kontakt i współpraca
W moim ostatnim poście o przewrotnym tytule „Dlaczego nie warto uczyć dziecka języka obcego?” pisałem o zaszczepianiu w dziecku językowej ciekawości i dociekliwości. O uwrażliwianiu go na to, jak różne języki, potrafią przeróżnymi środkami wyrazu, oddać potrzebne w danej chwili konstrukcje. Tu podzielę się doświadczeniami, co faktycznie robimy z dziećmi aby pomóc im przyswoić język obcy i jak u nas na co dzień wygląda nauka angielskiego.
W tamtym wpisie opowiadałem, co to są pary minimalne i siatka fonologiczna. W dorosłym życiu, kiedy ta rzeczona siatka fonologiczna jest już zbudowana i zamknięta – naturalnie możemy ją świadomie otworzyć. Możemy wkładając w to trochę wysiłku, rozbudować ją o potrzebne w docelowym języku głoski. Możemy zagłębić się w szczegóły i dociec, że np. w języku polskim głoska „t” jest artykułowana z końcówką języka przy dolnej części zębów. A ta sama teoretycznie głoska „t” w języku angielskim jest produkowana z końcówką języka dotykającą dziąseł! Prawie tam gdzie my układamy język by uzyskać „cz”.
Tylko, że dla nas jest to odrębny kawałek wiedzy, który musimy nabyć – dodatkowy wysiłek. Natomiast dzieci, które w młodym wieku będą eksponowane na dane dźwięki – mają szansę przyswoić tę wiedzę bezwiednie i gratis. Ich siatka fonologiczna będzie po prostu szerzej skalibrowana.
Taki był też dokładnie zamysł, kiedy z córką już w bardzo młodym wieku, uczyliśmy się chińskiego. Vide 10 dowodów na to, że chiński jest łatwiejszy niż angielski! Chciałem by wyczuliła się na TONY, specyficzny aspekt, który może doskwierać, tym którzy uczą się w późniejszym wieku. I choć po naszej wyprowadzce z Warszawy chiński zarzuciliśmy, jestem głęboko przekonany, że gdyby kiedyś w przyszłości chciała do niego wrócić – tamte ćwiczenia jeszcze zaprocentują.
Mózg to sprytna maszynka, która by być efektywna energetycznie, nieustannie się optymalizuje. Musi mocno filtrować wszelkie wchodzące dane, wyłaniać z nich automatycznie tylko to co najistotniejsze. Aby osiągnąć ten cel, usuwa więc czym prędzej z podręcznej pamięci, wszystko czego nie używa na co dzień. Dopiero wielokrotne powtórzenie (bodajże 21 razy) sprawia, że zapisuje na twardo konkretną ścieżkę neuronową. Modyfikuję swą sieć, by mieć szybki dostęp do danych, które często są w użyciu. Proces przyswojenia to wpajanie mu poprzez powtórzenia przykładowego słówka/konstrukcji.
Dlatego nasze początki to były wszelkiego rodzaju fiszki. Z nimi dzieci uczyły się słówek, ich wymowy, znaczenia. Ważne, że bawiliśmy się z nimi regularnie, po kilka minut ale codziennie. Był to oczywiście zupełnie podstawowy poziom, kiedy dzieci były naprawdę bombelkami.
Aplikacje w telefonie. Legendarne już Duolingo, Memrise czy ostatnio Drops. Wykorzystaliśmy naturalnie parcie dzieci na ekrany. Nie instalowaliśmy gier, a wprowadzali zabawy z sową (Duolingo) jako formę rozrywki, nauki przez zabawę. Zresztą oprócz języków, dzieci mogą tam też ćwiczyć podstawy matematyki czy muzyki!
Nasz syn (prawie 10 lat) do tej pory nie ma własnego telefonu komórkowego (więcej możesz poczytać o tu: Pierwszy telefon dla dziecka). Jest to więc dla niego ekscytujący moment dnia, kiedy może porobić misje w Duolingo. Córka (13 lat) ma komórkę, natomiast dzięki ustawieniom nadzoru rodzicielskiego limitujemy godziny dostępu/odpowiedni wiekowo content/czas na aplikacjach. Z 2 wyjątkami – na aplikacje do czytania: Legimi, Storytel, Empik oraz aplikacje do nauki języków obcych – na te ma pełną wolność (naturalnie w godzinach dostępu do telefonu 8-21).
A właściwie od nauki stricte słówek do posługiwania się obcym językiem. Każdy rodzic jest zabiegany/zarobiony – a chciałby zapewnić dziecku tę możliwość przyswojenia kolejnego języka.
Sięgnijcie pamięcią, w lekturach szkolnych czytaliśmy, jak dzieci nawet w dawnych czasach, miały nauczycielki czy guwernantki, które zajmowały się tą sferą kształcenia. Uczyły dzieci francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego czy łaciny! By młodzi adepci mogli potem doznawać czytania Dostojewskiego, Prousta czy Goethego w oryginale. Czy kogoś z nas dziś na to stać:)?
Na szczęście czasy o tyle się zmieniły, że nie musimy już rzeczonej guwernantce zapewniać dachu nad głową, wiktu ani nawet opierunku! Ba, nie jesteśmy już nawet zmuszeni, by zapewniać dowozy, marnować czas na dojazdy a potem oczekiwanie na dziecko pod salą. Naturalnie w przypadku obojga dzieci – korzystaliśmy z lektorów/tutorów/mentorów on-line. Córka uczyła się w innej szkole a syn od około 2 lat konwersuje ze swoim tutorem na platformie AllRight.
Są do wybory różne czasy trwania lekcji, ale moim zdaniem lepiej mniej a częściej. Dlatego Julek ma 2-3 razy w tygodniu 25 minutowe spotkania. Tu znów wykorzystujemy fakt, że nie ma on własnego komputera. Dlatego ten czas ekranowy to dla niego jakby zabawa z elektroniką. Zdecydowaliśmy się akurat na AllRight, bo w swoich materiałach dydaktycznych używają takich motywów przewodnich jak Minecraft, LEGO czy Roblox. Po prosty przygotowali je, mając na względzie jaka tematyka interesuje dzieci.
Ma tam swojego ulubionego tutora – Dominika. Jako, że znają się już prawie te 2 lata, traktuje to jak spotkania z kolegą, któremu opowiada z zapałem co u niego nowego słychać.
Można sobie wybrać lektora/lektorkę wg swojego uznania, czy to obcokrajowca czy to Polaka/Polkę. Myśmy od razu tak trafili w 10-kę, że trzymamy się naszego pierwszego wyboru.
Jasne, na początku dziecko chce kupić czas, zagaduje po polsku by tylko opóźnić moment przejścia na angielski. I nie stanie się to w tydzień, ani nawet nie stanie się to w miesiąc. Jednak kiedyś nastąpi ten przełomowy moment, kiedy usłyszysz już od początku lekcji:
– Hi Julek, how are you?
– Not bad, not bad at all… and how are you Dominik:)?
Na początek polecam umówić się na DARMOWĄ lekcję próbną. Niech twoje dziecko samo oceni jak bardzo taka forma przyswajania języka w formule 1 na 1, kiedy nauczyciel jest w 100% skupiony na twoim dziecku, przypadnie mu do gustu:)
Link macie TUTAJ. A gdybyście się decydowali na zakup to w tej chwili, oprócz bieżących promocji na kod NEBULE — dostaniecie 10% zniżki na lekcje przy pierwszej płatności.
Tu podpowiem wam tylko jeden lifehack. Większość platform – i choć ja to z biznesowego punktu widzenia absolutnie rozumiem – wymusza na kupującym model subskrypcyjny. Zamawiasz np. 2 lekcje w tygodniu i w zależności jak ustawisz czy to co miesiąc czy to co 6, należność jest pobierana z karty. Ja zawsze kupuję nowy pakiet lekcji – wybieram patrząc po cenie. Np. jak wiem że mogę wydać około w tej chwili 1000 zł – szukam takiego pakietu lekcji, który tyle kosztuje.
Absolutnie nie patrzę na częstotliwości, czy 2 lekcje w miesiącu czy 7 w tygodniu – nie ma to znaczenia. Dobieram sobie odpowiadający mi cenowo pakiet. Przy jego zakupie liczy się po prostu ile w totalu kupiłeś lekcji. Naturalnie im więcej tym za 1 lekcję wychodzi taniej. Na późniejszym etapie dopiero rezerwuje się konkretne dni/godziny. Tu macie zupełną dowolność, jak to mówi młodzież: nikt tego nie sprawdza…:)
A gdzie tu lifehack, o którym wspomniałem? Otóż płacę BLIKiem:). Jasne, możesz zapłacić karta, potem przeklikać 17 razy, że nie chcesz aby płatność była automatycznie pobierana jak skończy się saldo lekcji. Albo możesz bez klikania po prostu zapłacić BLIKiem. Bo tą drogą żadnych kolejnych płatności nie ściągną:)
Był czas, kiedy czytanie dziecku przed snem – to był wspaniały moment wyciszenia. Uspokojenia gonitwy myśli po całym dniu, w bezpiecznym ciepełku leżącego obok rodzica. Moment kiedy dziecko nie jest przebodźcowane jak po szkole. Chwila kiedy można z nim/nią porozmawiać i usłyszeć dłuższe odpowiedzi na pytania niż „OK”:).
Potem nadeszła chwila, kiedy dziecko zaczęło przed snem już czytać samodzielnie. To ważny moment, a przy tym nauka samoregulacji i wyciszania. Organizm szykujący się do zaśnięcia. W naszym przypadku zdarzyło się jakoś właściwie przypadkowo, że jednej części najnowszej książki „Dziennik cwaniaczka” nie było jeszcze po polsku, a dostaliśmy wersję angielską. Córka namówiła – poczytaj ze mną po angielsku z tłumaczeniem!
„Dziennik cwaniaczka” to przezabawna seria książek, opowiadająca o perypetiach Grega Heffleya. Greg ma dwóch braci, starszego Rodricka i młodszego Manny-ego. Sam chodzi do podstawówki i co rusz pakuje się w różne tarapaty. Dzieciaki mają punkt odniesienia, który jest dla nich zrozumiały. Jest to ich codzienny świat, perypetie w szkole, przejścia z nieodrodnym rodzeństwem. Do tego oczywiście budowanie relacji z rówieśnikami, nauczycielami i naturalnie z rodzicami.
Seria ma już powoli około 20 tomów – więc lektury wam nie zabraknie. Co najważniejsze czyta się to lekko i jest zabawne nie tylko dla dziecka ale i dla rodzica. Oboje będą się podczas tego wspólnego czytania świetnie bawić. W niektóre wieczory naprawdę ciężko się oderwać od lektury i czasem wpadamy w pułapkę „jeszcze tylko jednej strony”
My robimy tak, że dziecko kiedy dziecko czyta po angielsku – rodzic tłumaczy. A potem na odwrót. Dzięki temu ćwiczymy zarówno wymowę jak i rozumienie/tłumaczenie. Na początku ćwiczyliśmy tylko czytanie/wymowę. Tłumaczenie to kolejny etap, który wszedł kiedy już zauważyłem, że dziecko śmieje się w czasie czytania = samo rozumie już sens tego co czyta:)
jedno zdjęcie lepsze niż 1000 słów:)
Otóż wyjątkowe jest to, że layout strony zostaje identyczny i w oryginale i w tłumaczeniu! Czyli nawet jeśli nie czujesz się mistrzem tłumaczenia, możesz trzymać sobie pod spodem polską wersję i na bieżąco weryfikować:)
Julek już się nauczył, że tłumaczenie jest „albo wierne albo dobre„:) Często porównujemy jak dana fraza/idiom/wyrażenie jest tłumaczone przez nas – a jak wygląda po profesjonalnej redakcji. Dzięki temu uczymy się, dlaczego często aby oddać sens wypowiedzi – absolutnie nie wolno tłumaczyć słowa po słowie.
tu macie przykładowe Cwaniaczki do kupienia w 2 wersjach językowych online (choć można też trafić na nie na półce z obcojęzycznymi książkami w Empiku!)
Dziennik cwaniaczka – polskie wersje – TUTAJ
The Diary of a Wimpy Kid – wersje angielskie – TUTAJ
Powiem wam więcej, możecie z takim samym powodzeniem używać ich nie tylko do nauki angielskiego ale też i innych języków! Tu wersje – niemiecka, hiszpańska, francuska i wiele, wiele innych!
A wy jakich jeszcze sposobów, książek używacie?