fbpx

Zabawy, których zazdroszczę sama sobie

Bez względu na to, czy wychodziliście na dwór, na pole, czy po prostu na zewnątrz, z pewnością łączy nas wszystkich to, że całe wiosenno-letnie dni spędzaliśmy na świeżym powietrzu. I choć dziś wielu narzeka, że „teraz to nie ma czasów”, to widuję wiele dzieci, które świetnie się bawią, w zabawy, znane mi z dzieciństwa.

Zainspirowana tą obserwacją, postanowiłam stworzyć listę zabaw i gier na świeżym powietrzu, w które bawiło się i grało nasze pokolenie, a które nadal są lub mogą być na topie, jeśli tylko przypomnicie je sobie i pokażecie własnym dzieciom.

Oto top lista zabaw dzieci PRL-u i lat 90 ubiegłego wieku! (czy dla Was też brzmi to wciąż dziwnie? UBIEGŁEGO wieku – SERIO?)

1.     Podchody

W podstawowej wersji, w jaką grała pewnie większość z nas, trzeba się było podzielić na dwie grupy (nigdy nie brakowało dzieci). Jedna z grup się chowała, zostawiając wskazówki, pomocne w odnalezieniu, w postaci strzałek. Oczywiście rzadko mieliśmy kredę, więc układało się je z patyków i kamieni. W bardziej rozbudowanych wersjach (jeśli komuś chciało się iść po kartkę i ołówek), pisało się tajemnicze wskazówki, dotyczące kryjówki. Świetna gra terenowa, w której emocji nie brakowało!

2.     Granie w gumę

Wystarczyła zwykła guma ze spodni czy majtek. Pamiętacie? Taka biała, którą mamy zawsze miały pod ręką. Teraz dzieci mogą mieć piękne, kolorowe wersje. W co się grało? Dziesiątki to absolutna klasyka gatunku. Każda liczba to określone kroki, które wykonywało się z użyciem gumy. Do zabawy potrzebne są minimum trzy osoby, ale nie raz grałam sama w domu, zaczepiając gumę o krzesła. Zaczyna się od najniższego poziomu – kostek, potem kolanka, biodra, pas, pachy i szyjki – pamiętacie wszystkie dziesięć kroków?

3.     Zabawa w chowanego

Wszyscy się chowają, jeden szuka – proste, ale ile to było emocji. Ile marudzenia😊. Pobite gary! A co potrzeba do zabawy? Absolutnie nic, poza innymi dziećmi i własnym podwórkiem. Tu potrzebna jest też kreatywność i spryt, bo wiadomo – nikt nie chce szukać, a niestety taki los czeka przegranych.

4.     Gra w klasy

Był taki czas, gdy gra w klasy straciła sens. Wszak klas powinno być 8! Tak to rysowaliśmy, ale jak wprowadzono gimnazja, klasy trąciły myszką. Dziś powrót do ośmiu klas przywrócił grze dawny sens. Wystarczy kredą na ulicy narysować wzór – pamiętacie go? Następnie po kolei celować kamieniem do „klas” i przeskakiwać z miejsca, na miejsce. Kto skończył osiem klas jako pierwszy – wygrywał.

5.     Berek (kibelek, samolot, cukierek, banan)

Ileż było wersji berka, nie zliczę! Od podstawowej, gdzie wystarczyło złapać osobnika, by odpadł z zabawy, poprzez zamrażanego – na różne sposoby. Berek kibelek – po złapaniu klęka się na kolanko i wystawia rękę. Wyratować takiego jegomościa można, spuszczając wodę, a więc, opuszczając jego rękę. Berek samolot – złapana osoba staje w rozkroku z rozłożonym rękami. Uratować ją można, czołgając się pomiędzy nogami delikwenta. Berek cukierek – złapany zawodnik kładzie się na ziemi i trzeba go przeturlać z brzucha na plecy, by mógł dalej uciekać. Berek banan – dziecko podnosi dwie ręce do góry i łączy je (jak w pajacyku). Uratować je można, obierając banana, a więc opuszczając jego ręce. Wersji jest mnóstwo. Nie ma nudy!

6.     Gąski, gąski do domu!

Najpierw przypomnienie rymowanki:

– Gąski, gąski do domu!

– Boimy się!

– Czego?

– Wilka złego!

– GĄSKI, GĄSKI DO DOMU!!!

I wtedy wszystkie „gąski” biegną do swojej mamy. Która wpadnie w sidła wilka, odpada z zabawy. Do tej gry potrzebna jest mama-gąska, wilk i oczywiście gąski. Im więcej dzieci, tym lepsza i bardziej emocjonująca zabawa wśród pisków i śmiechów.

7.     Dwa ognie

Choć nie byłam wielką fanką tej gry, wiele dzieci ją uwielbiało. Rysowało się kredą boisko na ziemi. Trzeba się było podzielić na drużyny. Każda z nich miała swoją „matkę”. Jej zadaniem było zbijanie zawodników drużyny przeciwnej. Który zespół zostanie szybciej zbity w całości – przegrywa. Proponuję do tej zabawy używać lekkich piłek halowych lub gumowych, żeby wrażliwsze dzieci – jak ja – nie miały traumy 😊.

8.     Zabawa w diabła

Jak tak teraz myślę, to trochę dziwne z tym diabłem, ale sama zabawa jest świetna. Im więcej dzieci, tym lepiej. Oczywiście najpierw wybiera się diabła. Reszta dzieci siada na ławce lub na zabawkach na placu zabaw, ostatecznie nawet na ziemi. I znowu rymowanka:

– Puk, puk!

– Kto tam?

– Diabeł?

– Co chciał?

– Farbę?

– Jaką?

– Niebieską! (zieloną, czerwoną, jakąkolwiek).

W tym momencie wszystkie dzieci, które mają na sobie cokolwiek niebieskiego (zielonego, czerwonego, jakiegokolwiek😉) uciekają, a diabeł je goni. Które zdoła wrócić na swoje miejsce, ma szczęście. Przegrany zostaje diabłem. Ileż emocji!

9.     Gra w kapsle

Najpierw rysowało się kredą tor. W uboższej wersji patykiem na piasku. Potrzebne były kapsle, które wtedy miał każdy pod ręką. Dziś trzeba je wcześniej zorganizować o mogą to być nakrętki od butelek. I pstrykając palcami, należy przemieszczać swój kapsel po torze. Jak wypadnie poza niego, zawodnik wraca na start. Kto pierwszy na mecie – wygrywa! Patrzcie, jakie to ćwiczenie motoryki małej!

10. Skakanie przez linę luz związaną skakankę

I znowu zabawa, gdzie im więcej osób, tym lepiej. Dwie z nich kręcą długą liną, a reszta skacze. Można grać w ilość skoków, albo robić rekordy ilości osób, jednocześnie skaczących. Widzieliście ostatnio dzieci skaczące w linę? Ja nie. A szkoda! Czas przywrócić tę super grę. Umawiamy się na pokazanie jej dzieciom?

Wiecie, co mi się bardzo podoba w tych wszystkich zabawach? To, że nie trzeba mieć do nich nic lub prawie nic.

Jeżeli pamiętacie swoje zabawy z dzieciństwa – dopiszcie je w komentarzach.

A na brzydką pogodę tu łapcie pomysły na Zabawy dla dzieci w domu.

Komentarze

    U mnie grało się czasem w pomidora. Rysowało się kredą koło, które było domkiem i stało w tym domku. Jedna osoba nie miała domku, pukała do pozostałych i zadawała pytania. W odpowiedzi nie można było się roześmiać ani powiedzieć nic innego niż „pomidor”, bo wtedy trzeba było zamienić się z „bezdomnym”. W domu w to nie graliśmy, wyłącznie na podwórku.

    Robiliśmy też „sekrety”. Jak się gdzieś miało jakieś płaskie kawałki szkła, to się chowało między nie jakieś roślinki, głównie kwiatki i szło gdzieś zakopać, a po dwóch, trzech tygodniach była zabawa w szukanie i odkopywanie tego.

    O hodowlach ślimaków to już nawet nie wspomnę.

    Co do skakania w gumę, to mieliśmy różne systemy, w zależności od liczby osób. Np. przy sześciu osobach graliśmy w „trójkąta”. Trzy osoby stały „w gumie”, a trzy pozostałe skakały. Podstawową zasadą było, że trzeba było skakać w tym samym czasie.
    Jak nam się nie chciało skakać, to graliśmy „w pająka” – dwie osoby trzymające gumę zaplątywały ja na sobie tak, że rozciągnięta między nimi tworzyła nieregularną sieć i trzeba było przejść na drugą stronę nie dotykając żadnej linii. Czasem kończyło się na skakaniu nad lub czołganiu się pod siecią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!