Blog parentingowy dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej
Wychowanie

Dyscyplina to podstawa wychowania-bajka dla dorosłych

Dziecko należy ustawić w szeregu, niechaj kolejno odlicza. Sztywno, równo i posłusznie, a do tego bez wahania. Dyscyplina! Dyscyplina, to podstawa wychowania…*

* Pan Kleks W Kosmosie (Akademia Pana Kleksa)

Inka – bardzo kochała swoje dzieci.

Choć wcześniej wydawało jej się, że na pierwsze chwile po wykluciu – wszystko już jest naszykowane – teraz jednak popędziła zabiedzonego papę gęsiora Tofla po rzekomo nie cierpiące zwłoki sprawunki. Sama natomiast bezzwłocznie przystąpiła do wprowadzania – koniecznego wszakże w 9-cio pisklętowej komandzie porządku. Najpierw oznajmiła – nakarmimy wasze młode gęsie ego – opanowując sztukę chadzania wszędzie gęsiego! Małe niezborne nóżki, dzióbki i futerka, cichutko popiskując, szybko uznały autorytet rodzicielki i poddały się jednej słusznej rutynie. Oprócz jednego rebelianta, małego gąsiorka Bolka, który wykluł się jako pierwszy i kiedy jego rodzicielka zajęta była przeliczaniem pojawiających się sumiennie i zgodnie z harmonogramem na świecie jego braci i sióstr, zdążył tymczasem dać drapaka…

Kurka z sąsiedniego podwórka bardzo kochała swoje dzieci.

Jak tylko usłyszała pierwsze popiskiwania dobywające się z pękających skorupek, przyzwała głośnym gdakaniem tatę kogucika i razem dumnie i gromko hałasując pomagali małym brzdącom stanąć na nogi. Biegali jak oszalali po kurniku i robili rejwach na całą okolicę. Masa żółtego pierza, niezliczona ilość łap, oczków, dzióbków. Masa nieopanowywalnego pisku, masa szczęścia.

Gdyby Inka nie była zbyt zajęta musztrowaniem gęsiej gromadki – z pewnością z potępieniem patrzyłaby na te spontaniczne wybuchy radości i organizacyjny chaos. U niej wszystko było dawno dokładnie rozplanowane i poukładane. Pasza dla bobasów była przygotowana, podzielona na 9 równiutkich stosików, każdy z nich podpisany, zważony i naturalnie dietetycznie zoptymalizowany pod kątem jak najszybszego przyrostu masy. Już ona pokaże gospodarzowi że wszystkie pisklaki będą w 10tym centylu. Bólu głowy przysparzał jej tylko ten huncwot Bolko? Gdzież on się już zdążył zapodziać? A niech go gęś kopnie!

Po paru dniach u kurek wydawało się nieustannie trwa opanowywanie chaosu. Całe stadko biegało w tę i z powrotem, przekomarzając się szpetnie. Gdyby ktoś zapytał kurkę czy doliczyła się już swoich pociech – usłyszałby odpowiedź że cyfra za każdym razem wychodzi inna – ale co tam, wszak szczęście jest niepoliczalne. Dzięki właśnie dokładnie takim warunkom, Bolko był w stanie zadomowić się u kurek na dobre, swojsko czuł się w dynamicznej grupie, uczył się samodzielności i walki o swoje.

Tymczasem w zagrodzie gęsi panowała żelazna dyscyplina. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Każde z nich dostało swoje wyraźnie oznaczone 10 cm przestrzeni. Dysponowało komfortowymi warunkami. Inka miała wszystko dokładnie rozpisane. Każdy kuper był codziennie ważony, mierzony, jego dieta na bieżąco korygowana. „Dzieci potrzebują rutyny”, „to im daje poczucie bezpieczeństwa” – Inka mogła na wyrywki cytować podręczniki i fora. Budziła swoje pociechy nawet w nocy na karmienie. Choćby spały kamiennym snem – ona lepiej wszak wiedziała, iż ich malutkie żołądki bez dwóch zdań potrzebują karmienia dokładnie co 4 godziny. Papa Tofel jako gabarytowo mniejszy od szacownej małżonki, chciał chyba nadrobić parszywą posturę bo jeszcze był sumienniejszy od  niej. Kiedy jakieś gąsiątko próbowało choć nieśmiało zaprotestować, licząc na to iż ktoś inny niż mama zrozumie drobną żołądkową niesubordynację, dostawało bezpardonowo lejek w dziób, i dodatkową porcję paszy prosto do przepełnionego żołądka. Nawet jednak wzorcowy służbista Tofel, nie był stanie zapanować nad Bolkiem, który znikał wciąż jak kamfora.

Kurka z sąsiedniego podwórka kochała swoje dzieci. Chodziła wolno po wybiegu i wspierała swoje niezgrabne wpierw maluchy. Tu prezentowała jak drapnąć tłustego robaka, tam wskazywała dziobem co smaczniejsze kępki trawy. Dwoiła się i troiła by pisklaki same potrafiły odnaleźć swoje gusta. Krzyczała na kogucika kiedy za bardzo chciał wyręczyć któregoś szkraba w poszukiwaniu pokarmu. „Najbardziej im posmakuje to co sami sobie zorganizują” klarowała. „Nie odbieraj im możliwości uwierzenia we własne siły!” Podwórko kurek mogło razić wizualnie uwrażliwionych kibiców. Każde z kurczątek leniwie uczyło się polowania na smakowite kąski, każde w swoim tempie. Właściwie nie było chwili kiedy któreś z nich nie jadło. Mimo iż rodziciele cierpliwie dwoili się i troili próbując zapanować nad jako takim porządkiem – musiał on polec na ołtarzu tej spontanicznej nauki dziobania, ale kurka hołdowała zasadzie jakiej nauczył ją jeden francuski piesek: „jem tyle na ile mam ochotę, ani mniej ani więcej”. Kurki nie poddawały się więc presji talerza. Jeśli uznały że mimo iż dopiero pół naczynia jest puste, ich brzuszki są już pełne – pędziły czym prędzej fikać koziołki z rodzeństwem. Lubiły zresztą odkrywać co rusz to nowe smaki i faktury. Ziarno było nudne jak flaki z olejem.

Za płotem gęsiej zagrody, próżno byłoby szukać choć zmarnowanego ziarenka. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Wpierw próbowała pozwolić gąskom jeść samodzielnie, szybko jednak uznała taką formę za mało efektywną. O estetyce nie wspominając. Gąski próbowały się wygłupiać, potrafiły się pobrudzić czy nie daj boże zmarnować jakiś okruch! Nie nie nie i jeszcze raz nie! Inka szybko podjęła decyzje iż tak być nie może. Zakazała używać przy jedzeniu jakichkolwiek kończyn. Nie ma mowy o pomaganiu sobie skrzydełkami, drapaniu nóżką. Po paru eksperymentach rozkazała iż po prostu siedzieć proszę na kuprze i nie dyskutować tylko dziobać dziobać dziobać! Przecież pasza, którą gospodarz przynosił musi być bez dwóch zdań spożyta co do ostatniego okruszka!

Dni upływały w szalonym tempie. Kurka z kogucikiem może i zainspirowaliby się porządkiem panującym w gęsiej zagrodzie, ale po prostu nawet nie mieli czasu zajrzeć do wzorowo zorganizowanej sąsiadki. Małe kurczątka nie ustawały bowiem w zaskakiwaniu rodzicieli coraz to nowymi umiejętnościami rozrabiania. Przez to że dzieciaki prześcigały się w zdobywaniu urozmaiconego pożywienia – ich zdolności motoryczne rozwijały się niepomiernie. Skrzydła przejawiały właściwości wręcz chwytne, koordynacja łapa-oko prócz efektywnego polowania na robaki pozwalała im bardzo szybko opanować zdolność skrobania jak kura pazurem. Rodzicom wydawało się że to pokolenie chyba pójdzie od razu do gimnazjum, na samą myśl dostawali gęsiej skórki.

Tymczasem u Inki i Tofla wyścig szczurów osiągał kulminację. Nie ustawali oni zgodnie w staraniach by prześcignąć oczekiwania gospodarza. Im więcej przynosił im karmy – tym więcej jeszcze prosili. Gąski były karmione już nie co 4 a co 3 godziny. Budowanie biomasy szło w imponującym tempie. Odkryli, iż dobrze działa też wykluczenie jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Gąski siedziały na kuprach, każda miała przypisany lejek a rodzice sypali w nie paszę jak do worka. Inka nie posiadała się ze szczęścia. Codziennie mierzyła i ważyła swoje pociechy. Wiedziała że im bardziej się przyłożą, tym prędzej gąski osiągną tak wymarzoną przez gospodarza dojrzałość. Inka bardzo kochała swoje dzieci.

Bolko bardzo odstawał od swoich rówieśników. Był najgorszą skazą nieskazitelnej gęsiej zagrody. Odmieniec ważył połowę tego co rodzeństwo. Co gorsza był nad wyraz ruchliwy, niepokorny i wyszczekany. Skaranie boskie z takim łobuzem. Potrafił podlecieć nad wysoki płot, potrafił wyskrobać swoje imię na płocie, przez to często spotykał się z aktywną dezaprobatą gospodarza. Tyle pożytku, że rodzice mogli go używać jako negatywnego przykładu ze swojego podwórka dla reszty posłusznej czeredy. Rodzice namiętnie straszyli nim resztę dzieciaków – „jak będziesz niesforny jak ten Bolko to na zawsze zostaniesz taki drobny!”

Inka aż cała się trzęsła z radości, kiedy pewnego dnia na gospodarstwo zajechał ten wielki błyszczący kurnik na kołach. Cała jej familia była idealnie przygotowana. Jej perfekcyjny plan powiódł się prawie w 100 procentach. Wypucowała jeszcze piórka i skrzydełka swej nieruchliwej tłustej gromadce. Bielutkie pierze na wypasionych gąskach lśniło i puszyło się dumnie w ciepłym słońcu. Nawet Pan Tofel zasłużył dziś na pochwałę! Przyczynił się aktywnie do sukcesu wyprowadzając przed dom gospodarza – pięknie maszerującą gęsiego defiladę. Gospodarz i jego gość cmokali i mlaskali z zadowolenia. Poprosili nawet o repetę z defilady zanim zaprosili gąski do wnętrza luksusowego vana. Inka była w takiej ekscytacji, że właściwie wyparła ze swej lśniącej białogłowy istnienie Bolka. Wiedziała jak psułby tę sielankę swą cherlawą posturą, do tego brudny i umorusany jak nie przymierzając zmokła kura.

Gęś Inka bardzo kochała swoje dzieci. Łzy szczęścia zakręciły się jej w oku kiedy komfortowy van do kurortu o egzotycznej nazwie „Ubojnia drobiu” odjechał w gęsiną dal.

Tylko Bolko przegrał życie…

Ten wpis ma 4 komentarzy

  1. Anonimka

    Dobre. Mocne. Dziękuję!

  2. Martaa

    Z wolnego wybiegu tez prędzej czy później trafiają na stół…

  3. agataa

    świetne:) i cuudna koszulka! gdzie można taką zdobyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *