fbpx

My się zimy nie boimy (wyniki konkursu)

Za oknem nieśmiało zawitała zima. Taka prawdziwa: ze śniegiem, obrazkami z  lodu na oknie i malowniczymi krajobrazami. Mróz przyjemnie szczypie w policzki, a nogi same się wyrywają do podjechania pół metra po zamarzniętej kałuży.

Banałem będzie stwierdzenie, że przez prawie 20 lat mojego życia nie lubiłam zimy, bo pewnie każdy tak ma. Dopiero kiedy pojawiają się na świecie dzieci zmienia nam się optyka i powracają wspomnienia z dzieciństwa.

DSC_2442

Moje również!  

Z każdym dodatkowym centymetrem śniegu przenoszę się do ferii zimowych u mojej babci i dziadka na wsi. Na ten temat można by było opowiadania wydać.

Budziły nas promyki słońca, które nieśmiało próbowały przebić się przez mrozowe malunki na szybach. Wygrzebywaliśmy się spod ciężkich pierzyn i szybko biegliśmy do kuchni żeby jak najszybciej usiąść na nagrzanej już ścianówce z kafli. Nie lada wyzwaniem było zmieszczenie się 6 małych ciałek na powierzchni jednego metra.

Grzaliśmy się i czekaliśmy na ciepłą zupę mleczną, która już bulgotała na piecu w garnku. Babcia zawsze pilnowała żeby nie zrobił się kożuch, no kto go lubił? Zjadaliśmy na prędce po dwa talerze i zaczynaliśmy snuć plany. Śniegu zazwyczaj było bardzo dużo, więc możliwości na spędzenie całego dnia na zewnątrz również.

Narty? Były tylko jedne biegówki. Sanki? 2 pary. Łyżwy? 2 pary na sześcioro. Figurówki o 5 rozmiarów za duże i powykrzywiane hokejówki. Nie przeszkadzał nam brak asortymentu sportowego. Mieliśmy jeden najważniejszy: wyobraźnię!

Mroźno było, oj tak. – 10 to było ciepło.

Zakładaliśmy po 4 pary spodni- ostatnią już po starszym rodzeństwie, bo się nogi nie mieściły od ilości warstw. 2 pary skarpet, a na to jeszcze wełniane robione przez babcię. Wszystko to ściągaliśmy ze sznurka przy piecu, gdzie się suszyły jeszcze z poprzedniego dnia.

Niektóre nabrały dziwnej sztywności.  Do tego ciepłe swetry i kurtki lub kożuchy. Na głowę ciepłe czapki, na szyję szaliki (czasami po dwa) i rękawice palczatki. W takimi stroju ledwo się ruszaliśmy, ale byliśmy gotowi jak Jerzy Kukuczka na Everest.

Nie było bielizny termicznej i koszulek merino. Buty przemakały nam po około godzinie, bo nie miały żadnej membrany. Wiatr przez wszystkie warstwy ubrania lizał naszą delikatną skórę. Nikomu to nie przeszkadzało, bo nie było nam zimno. Ciągle byliśmy w ruchu.

Ulubione sporty zimowe u Babci Anastazji i Dziadka Janka to:

  • hokej na stawiku – kije to powykrzywiane patyki, a krążki, no cóż zamarznięte odchody zwierząt (nie byliśmy w stanie oderwać kamieni od ziemi). Na łyżwach tylko najstarsi, bo były tylko 2 pary. Do dziś pamiętam, że przed wyjściem musiałam odpowiednio wypchać skarpetą lub gazetą przestrzeń pomiędzy moim rozmiarem, a łyżwą. Kaski? Jakie kaski?!
  • zjeżdżanie na workach nylonowych po nawozach wypchanych sianem i związanych sznurkiem od snopowiązałki. Były o wiele szybsze niż sanki! Nie pamiętam jednak żadnej górki, bo w okolicy raczej same niziny. Radziliśmy sobie jak tylko umieliśmy. Dziadek odpiłował nam 2 nogi od stołu do ping ponga żebyśmy mogli z niego zjeżdżać. Zabieraliśmy też nasze pojazdy nad zamarznięty stawik i tam z rozpędu ścigaliśmy się na brzuchu.
  • gigantyczne bałwany – miały po 2 metry i straszyły w ogrodzie aż do kwietnia
  • bitwy na śnieżki bez żadnych przywilejów, a różnica wiekowa między nami była nawet 5 lat
  • nacieranie śniegiem twarzy przeciwników aż do bólu
  • lizanie 40-centymetrowych sopli, które zbijaliśmy z dachu
  • kuligi z dziadkiem do lasu- do dziś pamiętam te dźwięki: dzwonki przy uprzęży i skrzyp śniegu pod saniami. A za nimi zaprzęg  z 2 sanek. Kto siedział na górze nakryty owczą skórą łapał za gałęzie oblepione puszystym śniegiem tak, aby spadł prosto na twarz tego, który siedział na sankach.

Do domu wracaliśmy po zmroku:

głodni, wyziębieni, nieprzytomni ze zmęczenia. Ubrania od śniegu i lodu były sztywne.  Przed wejściem obowiązkowo najstarsi obmiatali wszystkich miotłą zrobioną z gałęzi, bo wyglądaliśmy jak bałwany. Oblepieni cali śniegiem i lodem, a tylko poniżej czapki świeciły się szczęśliwe oczy.

Policzki malowane różem firmy Dziadek Mróz w kolorze buraczkowa czerwień. Zawieszaliśmy mokre ubrania na sznurek  przy piecu i przebieraliśmy się w piżamy. Jedliśmy jajecznicę z 12 jaj prosto z patelni postawionej na stołku i zagryzaliśmy domowym chlebem z masłem. Po kolacji graliśmy jeszcze w karty i zasypialiśmy pod wielkim pierzynami przy ciepłym piecu.

To były dopiero zimy!

Teraz wychodzimy maksymalnie na godzinkę i już mamy dość. Ubrani w membarny i merino szczękamy zębami  z zimna. Brakuje nam ruchu, a przede wszystkim towarzystwa do zabawy. Bardzo nad tym ubolewam. Dlatego staram się zapewniać od początku sporą dawkę ruchu w zimowej aurze. Sanki, spacery, a w tym tygodniu debiutujemy na tafli lodowiska.

Chciałabym aby moje dziecko zimę traktowało tak jak ja- jako okazję do spędzenia aktywnego czasu na zewnątrz, a nie tylko powodu do marudzenia.

DSC_2981

W moich latach dziecięcych nie brakowało mi specjalistycznej odzieży czy sprzętu sportowego. Jednak jest jedna rzecz, której brak odczuwam do dziś. Od długiego czasu spędzonego na zewnątrz i nie zabezpieczonej odpowiednio skóry miałam odmrożenia. Przez to, że skóra na twarzy jest bardzo delikatna, a w połączeniu z wilgocią od biegania popękały mi naczynka na policzkach.

Do dziś borykam się z tym problemem. Niestety, nie wygląda to estetycznie. Dlatego mam pewną zimową obsesję. Jest nią odpowiednia pielęgnacja delikatnej skóry, która narażona jest na mróz, chłód i zimny wiatr. Od samego początku dbam o to, żeby córka zawsze przed wyjściem (około 20 minut) miała zabezpieczoną skórę twarzy.

Nawet jak 3 lata temu była 4 miesięcznym berbeciem, leżącym w głębokiej gondoli i zasłonięta budą zawsze używałam kremu na zimę.

W tym roku postawiłam na Mustelę.

DSC_2414

Sztyft ochronny z Cold Cream

kupiłam już pod koniec listopada. W mojej ulubionej aptece miałam akurat chwilkę i mogłam spokojnie zobaczyć co jest w ofercie. Chwyciłam za niewielki sztyft, przeczytałam skład i oniemiałam.

To jest coś czego szukałam: brak wody w składzie, masło shea, które bardzo dobrze natłuszcza (zimą nie nawilżamy) najbardziej narażone na działanie zimna strefy (usta, nos, policzki). Odżywia i przede wszystkim chroni. Można go stosować od pierwszych dni życia.

Forma aplikacji jest genialna! Mój mąż nienawidzi smarować Lilki kremami. A tu nie mamy kontaktu z preparatem. Bezpośrednio ze sztyftu nakłada się na skórę. Nawet dziecko jest samo w stanie to zrobić. Po aplikacji nie mamy tłustych rąk.  Niewielki rozmiar ułatwia zabranie nam go na podwórko i w razie potrzeby możemy wyjąć go z kieszeni i posmarować wytarte usta. A teraz to co lubię najbardziej. Po sezonach zimowych zostawały mi resztki kremu w tubce. Wyrzucałam go po jakimś czasie. A ten sztyft będzie z nami do końca do smarowania ust jako pomadka.

Prawda jakie to genialne? Cena też jest przyzwoita, więc uważam ten sztyft za odkrycie roku.

DSC_2888

Jako uzupełnienie zimowej pielęgnacji wybrałam krem z tej samej serii Cold Cream Krem do twarzy. Jest to

krem ochronny z Cold Cream

do skóry suchej i narażonej na przesuszenia od pierwszych dni życia. Bardzo spodobał mi się jego skład, bo poza ochroną przed zimnem dodatkowo skórę odżywia.

Ma w składzie olejek Avocado, Masło Shea i olejki roślinne. Dodatkowo Ceramidy dostarczają skórze brakujących lipidów. Ten krem pozostaje na skórze nawet do 8h. Wygodna aplikacja (dla mnie, bo mąż używa tylko sztyftu;) i niewielki rozmiar sprawiają, że mam go zawsze w torebce i używam w razie potrzeby. Cena jest podobna jak sztyftu- mniej niż 20 zł.

DSC_2797

Oba kosmetyki testowaliśmy w ekstremalnych warunkach pogodowych -18 stopni i dały radę. Sama też ich używałam i potwierdzam działanie.

Jak to dobrze, że skończyły się czasy kiedy podczas ubierania w kombinezony i smarowania kremem musiałam stawać na głowie żeby nie płakała. Teraz robi to z przyjemnością, bo wie, że na zewnątrz czeka ją sporo atrakcji.

DSC_2782
DSC_2790
DSC_2808
DSC_2803

Na koniec Sztyft z Cold Cream do kieszeni i możemy iść!

DSC_2807

Razem z marką Mustela przygotowałam dla Was konkurs ze wspaniałymi nagrodami. Wystarczy pod tym wpisem zostawić komentarz z dokończeniem zdania „Lubię zimę, bo…”.  Konkurs będzie trwał do 27.01.2016 r. do północy. Wśród zainteresowanych wybiorę 3 najciekawsze wypowiedzi, które otrzymają taki Zestaw zimowy, który zawiera:

  • Mleczko do ciała z Cold Cream
  • Żel do mycia z Cold Cream
  • Cold Cream Krem do twarzy
  • Sztyft ochronny z Cold Cream 
  • Miś niebieski lub różowy
DSC_3378

A my lubimy zimę, bo… TAK:)

DSC_2822
DSC_2826
DSC_2841-side

Mama też dba o usta:)

DSC_2878
DSC_2882

A tata dba o takie atrakcje:

anigif

A po takiej aktywności tylko grzanie przy piecu kaflowym

DSC_2524-side

Zdjęcia zostały wykonane w bardzo klimatycznym miejscu: Wiejska Zagroda Podlasie

Regulamin konkursu Regulamin Mustela

WYNIKI KONKURSU:

Bardzo dziękujemy za wszystkie ciekawe odpowiedzi. Zima na chwilę nas opuściła, ale mam nadzieję, że jeszcze wróci.

Nagrodzone komentarze:

Emilia


27 stycznia 2016 at 19:43


Lubię zimę bo … rok temu zimą urodził się mój syn i teraz zima zawsze będzie kojarzyć mi się z jego narodzinami w piękny biały zimowy wieczór.
Lubię zimę za … wspomnienia z dzieciństwa kiedy wieczorami tata zabierał mnie i mojego brata na spacer do lasu gdzie rzucaliśmy się śnieżkami lub robiliśmy orzełki na śniegu, kiedy uczyłam się jeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie.


Lubię zimę za … wspomnienia z dorosłego dzieciństwa kiedy wyjeżdżaliśmy w góry gdzie przez cały dzień brnęliśmy w śniegu po pas z plecakami na plecach a potem dla rozgrzewki biegaliśmy boso po śniegu.
Lubię zimę bo … kojarzy mi się z kursem turystyki zimowej, ze wspinaczką po lodospadzie i wycieczką na Zawrat i najpiękniejszymi zimowymi widokami Tatr.

Lubię zimę za … wspomnienie pobytu w schronisku w Dolinie Roztoki, gdzie razem z mężem byliśmy jedynymi gośćmi, grzaliśmy się przy kominie po całodziennych wycieczkach i objadaliśmy oscypkiem z żurawiną.


Lubię zimę bo … kojarzy mi się z urodzinami mojego męża, który jak nie był jeszcze moim mężem organizował imprezy urodzinowe przy ognisku co bardziej dymiło niż się paliło.

Lubię zimę bo … w nocy po nakarmieniu synka można usiąść w kuchni na stole z kubkiem gorącej herbaty i gapić się bez końca na płatki śniegu wirujące w świetle lamp ulicznych.


Lubię zimę za … ciepło i ciszę krajobrazu

Lubię zimę bo … mam nadzieję z każdym rokiem dopisać kolejne piękne wspomnienia czasu spędzonego z rodziną czy to w lesie za naszym domem czy też w moich ukochanych Tatrach.

—————————————————————————————————————————

Ania D.G.

20 stycznia 2016 at 08:36

Lubię zimę, bo ….
Bo bezkarnie mogę zjeżdżać z wrzaskiem na sankach z górki i nikt nie patrzy na mnie jak na wariatkę- przecież mam dzieci i świetnie się z nimi bawię.
Bo cały szary świat jest przykryty białą kołderką ze śniegu, który skrzypi rano pod stopami moich dzieci.
Bo moje dzieci po zabawie na śniegu mają policzki rumiane jak najsłodsze jabłka.
Bo można urządzać bitwy na śnieżki i mam okazję w wieku 31 lat poczuć się jak dziecko.
Bo jest zimno:)
Bo też pochodzę z Podlasia, krainy zimnem słynącej i mam bardzo podobne wspomnienia z dzieciństwa do Twoich:)

—————————————————————————————————————————

Izabela

20 stycznia 2016 at 09:04

Lubię zimę, bo przychodzi tuż po szaroburej jesieni, zjawia się po cichutku, kiedy to ni stąd ni zowąd za oknem zaczyna padać śnieg! Najpiękniejsze są te ogromne białe płatki, wirujące wesoło i przykrywające wszystko, co spotkają na swojej drodze. I wtedy nie ważne kim się jest i ile ma się lat – człowiek po prostu wzdycha i uśmiecha się do siebie.


Później już tylko czekać na bezchmurne niebo, oślepiające słońce i wielki mróz… trzeba ciepło się ubrać (tak, żeby ledwo móc się w tym ubraniu poruszać), nasmarować porządnie policzki i nosy i gotowe! Można ruszać – na spacer, na sanki, na narty, na łyżwy, z dziećmi, z ciocią, z babcią, z ukochanym, ukochaną czy z psem – wszystko jedno! Ważne, żeby spacerując usłyszeć pod butami skrzypiący śnieg i poczuć wiatr w oczach zjeżdżając na sankach.


A gdy już dość tego mrozu, nosy czerwone, ręce skostniałe – pora wracać, ciepło w domu jest wtedy najcieplejsze, a pachnąca zupa najsmaczniejsza. Stopy na termofor, a w dłonie kubek gorącej herbaty z miodem, plastrem imbiru i gałązką rozmarynu… Do tego dobra książka, najlepiej w towarzystwie małej pociechy, która z równie czerwonymi policzkami jak Twoje gramoli Ci się na kolana.

Czasem z zimą nie ma żartów, kiedy mocno wieje, pada śnieg z deszczem albo mróz jest naprawdę mroźny… ale wtedy można przynajmniej bez wyrzutów sumienia siedzieć w domu i obejrzeć dobry film czy fajną bajkę, pograć w grę planszową albo upiec jakieś aromatyczne ciasteczka!
No i po zimie przychodzi wiosna! Czy to samo przez się nie przemawia za tym, aby zimę lubić? 

GRATULUJĘ!

Autorów wyróżnionych komentarzy proszę o kontakt w ciągu 7 dni na adres e-mail: kontakt@nebule.pl

Kto będzie pierwszy ten wybierze sobie kolor Misia:)

Minął tydzień od ogłoszenia wyników i nie nie zgłosiła się jedna osoba. Wg regulaminu wybrałam kolejną osobę:

Czekam na wiadomość kontakt@nebule.pl z danymi do wysyłki

atram86

26 stycznia 2016 at 20:48

Lubię zimę, bo mimo iż nie jest to już taka zima, jaką zapamiętałam z dziecięcych lat, to wciąż ta pora roku sprawia, że moje wewnętrzne dziecko szaleje. Widząc spadający z nieba śnieg, otwieram buzię i łapię co większe płatki, szuram butami po świeżym puchu, albo dziarsko przemierzam białe chodniki, skrzypiące pod podeszwami. Jakby tylko nadarzyła się okazja, wsiadłabym na sanki i zjeżdżała żwawo z górki, drąc się w niebogłosy. Innym razem sturlałabym się po bielutkim zboczu, by u dołu wstać, otrzepać się, powiedzieć sobie (a raczej temu dziecku we mnie), „no już, wystarczy, pora do domu”.

Lubię zimę, bo mimo iż słońca jest jak na lekarstwo, a katar i kaszel to niejako nieodłączne jej składowe, jest w tej porze roku coś uroczego, magicznego. Magia zimy łączy się w mojej głowie ze Świętami, które przecież od dobrych paru lat są raczej wiosenne niż zimowe, a mimo to wyobraźnia działa na pełnych obrotach… I kiedy prezenty zjawiają się pod choinką, to mogę dać sobie uciąć rękę, że są lekko zziębnięte i opruszone śnieżną pierzyną.

Lubię zimę, bo jako kierowca z prawie dziesięcioletnim stażem właśnie zimą czerpię z jazdy najwięcej frajdy. Co prawda do pasji doprowadzają mnie inni uczestnicy ruchu, którzy na widok śniegu zwalniają i tempem dorównują matkom wózkującym, ale jakoś przymykam na to oko. ? Uwielbiam natomiast zbaczać z miejskich szos i odwiedzać co bielsze parkingi lub opustoszałe drogi, by sprawdzić się jako kierowca w warunkach dla mnie ekstremalnych. Po takim treningu lekkie poślizgi w białej miejskiej dżungli mi nie straszne – wiem, jak hamować, by opanować samochód, a przede wszystkim wiem, jak opanować emocje i nie dać się porwać panice.

I choć kocham lato, słońce, rozgrzany piasek pod stopami, to lubię zimę!

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Z makóweczki.pl u folkmyself.pl w stajniazamczysk.pl – czyli blogerski meeting

  • PODRÓŻE
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [11]

Czasami przychodzi taki czas, że mam wszystkiego dość. Życie w centrum miasta wdaje nam się we znaki i zwyczajnie więcej nie jesteśmy tego znieść. Przeciążone procesory nie pracują zbyt dobrze. Dlatego jak przychodzi taki moment to pakuję torby, tankuję do pełna i jadę do mamy na Podlasie.

To jest moje miejsce na ziemi gdzie odnajduję spokój, koję nerwy i czuję bezpiecznie. Tam również ładuję swoje akumulatory na przyszłość. Wczesne pobudki wcale mi nie psują humoru, bo wiem, że na dole czeka na mnie ciepła kawa, którą mogę wypić  w starym swetrze mojej mamy patrząc głęboko w ogień w kominku. Ciepło, które od niego bije sprawia, że powoli się budzę i obmyślam plany na dzień bieżący.

Nie myślę o tym co będzie jutro, pojutrze za tydzień. Siedzę w wiklinowym fotelu, trzymam gorącą kawę i delektuję się CHWILĄ. Sieć komórkowa nie ma tu zasięgu i mam święty spokój. Jedyne o czym myślę to, że jest mi dobrze.

Będąc w stolicy o tej samej porze, w analogicznej sytuacji układam wszystko na jutro, pojutrze, na za tydzień.

Gorączkowo sprawdzam w kalendarzu, dzwonię do męża, sprawdzam wspólny grafik. Nie myślę o tym co jest teraz…  Wspaniała rodzinę, ludzi, których kocham  doceniam najbardziej tu, na Podlasiu. Tu mam więcej czasu dla córki i dla siebie. To prawdziwe wakacje od życia.

Po jakimś czasie oczywiście zaczyna mi brakować pędu i ciągle dzwoniącego telefonu. Wiem, że jak wrócę to będę lepsza. Lepsza dla siebie i innych.

Nasze wyjazdy często obfitują w ciekawe spotkania. Tak też było i teraz. Razem z Marleną z Makóweczki.pl odwiedziłyśmy już Wam znaną z poprzednich  postów Księżniczkę w kaloszach.

Stajnia Zamczysk jest położona ok 20 km od Białegostoku. W sam raz na wypad za miasto. Jest to miejsce, które przyciąga. Tam czuje się miłość do natury i można posmakować sielskiego życia. A to za sprawą wspaniałych ludzi, którzy wyprowadzili się z miasta na wieś w poszukiwaniu szczęścia.

Było mnóstwo śmiechu i pysznego ciasta! Niewątpliwie najwięcej emocji wśród dzieci wzbudzały kurczaki, które mogły wziąć do rąk i pogłaskać. Od razu wróciły wspomnienia moich wakacji na wsi.

Jeżeli również macie chęć to możecie przyjechać do Stajni Zamczysk na agroturystykę.

DSC_7511
DSC_7515
DSC_7547
DSC_7551
DSC_7568
DSC_7582
DSC_7585
DSC_7590
DSC_7595-horz
DSC_7599
DSC_7601
DSC_7610
DSC_7611-horz
DSC_7612
DSC_7616
DSC_7621
DSC_7625
DSC_7630
DSC_7633
DSC_7644
DSC_7649
DSC_7660
DSC_7665-horz
DSC_7667
DSC_7670-horz
DSC_7675
DSC_7681
DSC_7688
DSC_7693
DSC_7698
DSC_7710
DSC_7722-horz
DSC_7726
DSC_7728
DSC_7738
DSC_7743
DSC_7757
DSC_7766
DSC_7771
DSC_7780
DSC_7783-horz
DSC_7791
DSC_7793
DSC_7797
DSC_7808
DSC_7826
DSC_7828

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej