fbpx

Metoda Montessori w domu – co nam się sprawdziło, a co nie?

Był taki czas, kiedy uważałam tę metodę za bardzo pomocną przy wychowywaniu dzieci. Starałam się stosować te zasady w życiu codziennym, jednak zauważyłam, że metoda Montessori stosowana w domu w całości,może nie wszystkim służyć.

Metoda Montessori na czym polega?

Trzeba pamiętać przede wszystkim (i jest to to bardzo ważne), że jest to kierunek pedagogiki, czyli są to działania związane ściśle z edukacją. Wspieranie rozwoju dziecka jest tutaj kluczowe. Zwraca się uwagę na takie założenia:

Metoda Montessori – pomoce Montessori

Jeżeli stosujemy te elementy ogólnie – to według mnie możemy opierać się na nich w wychowywaniu dzieci. Mogą być naprawdę dobrym drogowskazem dla rodziców.

Natomiast jeżeli zaczynamy podchodzić do tej metody, jako głównego sposobu na życie codziennie – to warto to jeszcze przemyśleć.

Czy Maria Montessori zmieniłaby swoją metodę?

Metoda Montessori ma ponad 100 lat i nie miała żadnych aktualizacji. Dużo na ten temat myślałam, co na przykład Maria Montessori zmieniłaby gdyby żyła w dzisiejszych czasach. Świat przecież idzie do przodu cały czas, a zapatrując się ślepo w metody sprzed ponad wieku możemy wpaść w pewny konserwatywny schemat.

Gdy ja go u siebie zauważyłam, zdecydowałam, że będę stosować tylko wybrane elementy pedagogiki Marii Montessori w domu. Zrobiłam to bardzo świadomie i nie żałuję. Przestałam się zadręczać, a zaczęłam cieszyć się macierzeństwem.

Metoda Montessori – zabawa ze spinaczami dla dziecka

Czy w takim razie pedagogika Montessori nadaje się do stosowania w domu?

Kiedyś odpowiedziałabym – tak, zdecydowanie. A dziś, kiedy 7 lat macierzyństwa już jest za mną – mogę jedynie odpowiedzieć „nie wiem”. Był taki czas, że metoda Montessori była dla mnie bardzo ważna i rzeczywiście robiłam wciąż nowe materiały, przygotowywałam wieczorem ciekawe zajęcia… A rano moje dziecko zupełnie się tym nie interesowało, albo nie pracowało z pomocą tak jak nakazuje instrukcja.

Wiele osób mi zarzucało, że odchodzę od metody Montessori i to była prawda. Ja nie czułam, że jest to dobre dla mojego dziecka w takim wydaniu.

Co innego przedszkole Montessori – dziecko ma określone zasady, które są dość konserwatywne. A kiedy wychodzi z przedszkola ma możliwość styczności na przykład z fikcją, która jest dozwolona w tej metodzie od 6 roku życiu. 100 lat temu ograniczenie fikcji rzeczywiście było możliwe, bo nie było ani bajek, ani internetu. A w dzisiejszych czasach, czy jest to możliwe? Według mnie nie i w końcu prędzej czy później dziecko się z nią zetknie – możliwe, że nie będzie na to przygotowane. Może to być niebezpieczne.

Prawdziwe przedszkole Montessori za to jest wspaniałym miejscem. Dziecko ma możliwość wszechstronnego rozwoju i kiedy wychodzi z niego do domu ma właśnie tę różnorodność. Tak samo szkoła Montessori – małe klasy mieszane wiekowo, nauczyciel jest mentorem, który poprzez mądre przewodnictwo uczy dzieci.

Metoda Montessori – dziecko bawi się spinaczami

Dlaczego nie sprawdziła nam się Metoda Montessori w domu?

Z prostej przyczyny, ja podchodziłam do tego bardzo ambitnie i chciałam aby jak najwięcej elementów było spełnionych. Nauczycielki w przedszkolu Montessori lub w szkole nie muszą w tym czasie prać, sprzątać, zmywać, żeby móc towarzyszyć dziecku w procesie uczenia. Mogą w czasie pracy własnej obserwować dzieci, robić notatki, pisać opinie i dzięki temu móc dostosowywać program do indywidualnych potrzeb.

A ja zwyczajnie nie dałam rady. Wolałam swoje wydanie „Montessori”: czyli dzieci ze mną sprzątały, gotowały, rozwieszały pranie. Przestałam przygotowywać prace i zamiast tego kupowałam ciekawe edukacyjne zabawki, które według mnie były ciekawsze niż pomoce Montessori. Mogę śmiało powiedzieć, że straciłam radość macierzyństwa starając się być nauczycielem mojego dziecka. Widziałam w dzieciach wielkie zainteresowanie światem fikcji, a wg twórczyni powinnam się wstrzymać do 6 roku życia. Moje dzieci też miały wiele kreatywnych pomysłów, co do pracy z pomocami i nie mogłam im tego odmówić, a wręcz przeciwnie – podziwiałam sposób myślenia poza schematem.

Na przykład instrukcja rozwijania dywanika. Zobaczcie na youtube jak to wygląda:

Pokazałam Lilce, jak to się robi, a ona wolała na dywaniku jeździć na brzuchu po korytarzu. A później złożyła dywan w kostkę (co jest złamaniem zasady i w przedszkolu jest niedopuszczalne).

Dzieci wykorzystują wszystkie możliwości do rozwoju i trzeba im zapewnić pomoc. Uczenie to nie tylko metody, programy, artykuły, to przede wszystkim obserwacja dziecka.

Kurczowe stosowanie się do zasad, a szczęśliwe dziecko

Szkoła podstawowa czy przedszkole według mnie są świetnym pomysłem na alternatywną edukację – ale pełne wykorzystanie tej metody w domu jest według mnie niemożliwe. A co z kolejnymi etapami edukacji? Liceum, studia? To już nie są takie proste decyzje. Szkoły Montessori są też dobrym pomysłem dla dzieci, które nie odnajdują się w systemie.

Na koniec mam jedno przemyślenie – odkąd przestałam kurczowo trzymać się zasad, to stałam się szczęśliwsza i moje dzieci również.

Jeśli interesuje cię Metoda Montessori tu moje poprzednie wpisy:

Komentarze

    Jaki kurs Montessori kończyłaś? W polskim Instytucie Montessori, czy w Polskim Stowarzyszeniu Montessori?

    Poza spaniem jakie przysługuje tym dzieciom to nic innego nie jest ważne tylko ciągła nauka. Oddajcie tym dzieciom dzieciństwo. Te dzieci robią to wszystko wg schematów, to chore. Idąc do szkoły widzą inny świat. Nic na siłę. Osobiście nie polecam tej metody.

    No właśnie… moje przemyślenie jest takie, że zbyt dużo narzuca się dzieciom w tej metodzie (sama byłam na pewnym etapie macierzyństwa bardzo wkręcona w temat)… trzeba pokazać dziecku jak pracuje się z daną pomocą i dziecko ma robić tak, a nie inaczej. Co według mnie nieco ogranicza wyobraźnię… Natomiast pewne ogólne zasady jak nauka przez obserwację czy doświadczanie, obserwowanie i reagowanie na fazy wrażliwe są rzeczywiście bardzo trafione i przydatne.

    Przy pierws!ym dziecku ciągle czytałam różne poradniki, stosowałam metodę Blw i montessori ale nie aż tak rygorystycznie. Oczywiste dla mnie było, że trzeba pewne jej aspekty uwspółcześnić, aby przystosować dziecko do ciągle zmieniającego się świata. Przy drugim dziecku dałam na luz i gdy słyszę jak matki na placu zabaw podniecają się metodą Montessori, to w duchu śmiać mi się chce. Ja już się w te pomoce nie bawię wolę spontaniczne zabawy z dzieckiem i przytulanie a nie przekładanie orzechów pincetą. Natomiast szkoły Montessori w Polsce są z reguły bardzo źle prowadzone. Miałam bliską styczność z dwiema i zdecydowanie odradzam. A wszystkim matkom radzę po prostu więcej luzu i uśmiechu zwłaszcza przy pierwszym dziecku.

    Wszystko zależy od źródła, z którego czerpało się wiedzę i umiejętności dotyczące pedagogiki Marii Montessori. A ja od prawie 30 lat jako mama i teraz babcia zachwycam się nią. Bardzo współczuję rozczarowanym. To nie metodą, jak ją nazywacie. a źródło, wasze zrozumienie….

    Ja bym jeszcze dodala, ze wlasny rodzic nie powinien byc nauczycielem. Zupelnie inna jest relacja dziecka z obcym dla niego instruktorem. Znajomy – ratownik – zapisal corki na plywanie na basenie. narciarze – oddaja dzieci instruktorowi. Tak to dziala jakos skuteczniej.

    Bardzo ważną rzecz napisał kiedyś Juul, żeby rodzice nie wzorowali się na specjalistach od dzieci (pedagogach, nauczycielach, psychologach) ponieważ rozwijają oni z dziećmi relację zawodową, zadaniem zaś rodzica jest rozwijać z dziećmi relację rodzicielską.

    Jak to rodzic nie powinien być nauczycielem? A Was drogie Panie matki niczego nie uczyły? Nie chodzi mi o rolowanie dywaników, ale np. obserwację przyrody na spacerze, nazewnictwo owadów, drzew, naukę czytania, pisania, liczenia. Bez przesady. Tak jak pisałam ja już pracę metodą Montessori mam poniekąd za sobą, ale uważam, że rodzic to najlepszy nauczyciel dla dziecka. Pływania nauczyłam dzieci w jeziorze i tu się także nie zgodzę, że do wszystkiego dziecko potrzebuje specjality.

    Nauczyciel ma przede wszystkim uczyć. Rodzic ma przede wszystkim być ze swoim dzieckiem i je kochać.

    Nie, Rodzice nie uczyli mnie pisać i czytać…Ten wyścig szczurów w dzisiejszych czasach to jakaś paranoja. Niektórzy uważają, że jak dziecko nauczą czytać i pisać przed pójściem do szkoły, to dziecko jest skazane na sukces. Więcej luzu

    Moja córka chodzą 3 lata do przedszkola Montessorianskiego teraz od września chodzi do szkoły monstessorianskiej, ona jest bardzo zadowolona ja również . Syn od września zaczął przygodę w tym samym przedszkolu . Ja natomiast odbywał kurs na prawach studiów podyplomowych Pedagogika Marii Montessori . . Edukacja i terapia. Jestem bardzo zadowolona całkiem inaczej spostrzegam ta metodę i naukę pokazywania materiałów dzieciom . Wcześniej byłam tylko na warsztatach w przedszkolu ale to nie to samo. Pracuję w takim przedszkolu i wiem że jeśli dziecko pracuję z danym materiałem to nie zwracamy mu uwagę że zrobił coś źle lub inaczej , pokazujemy mu że to może zrobić również w inny sposob. Natomiast nie stosuje materiałów w domu , staram się odnosić do dzieci wg tej metody ale materiałów nie mam. Na obecną chwilę nie mam zastrzeżeń do tej metody , widzę po córce same plusy jak się rozwija, jak jej to pomaga.

    Polecam pójść na kurs organizowany przez AMI.
    W tej metodzie absolutnie nie chodzi o schematy. Nauczyciel pokazuje dziecku jak pracuje z danym materiałem, a później bardzo często dziecko odkrywa kolejne rzeczy jakie można z tym materiałem zrobić. Większość materiałów jest tak skonstruowana, aby dziecko samo odkrywało wiedzę i daje im to ogromna radość i satysfakcję.
    Jestem nauczycielem w takim przedszkolu (wcześniej w szkole), moja siostra uczęszcza obecnie do szkoły Montessori i zakochałam się w tej metodzie widząc jakie dzieci potrafią być szczęśliwe. W domu raczej zwróciłam uwagę na takie rzeczy u dziecka jak samodzielność oraz umiejętność dbania o siebie i otoczenie (jest bardzo wspierana przez nauczycieli montessori na każdym etapie edukacji).

    Jako młoda mama wszędzie wokół widziałam tylko elementy montessori i uważałam, że to naprawdę fajna sprawa. Ale im bliżej było wieku przedszkolnego tym bardziej pewne elementy mi nie leżały. Np. ta wspomniana fikcja- osobiście ja i moje 3 letnie dziecko jesteśmy wielkimi fanami książek. Absurdalne wydaje mi się unikanie przy małemu dziecku fikcji (tu jako kłamstwa) skoro jego wyobraźnia pracuje wtedy najbardziej, dzieciństwo to trochę magia. Wybraliśmy się np. w wakacje do Magicznych Ogrodów- i syn i my byliśmy oczarowani, minęło kilka miesięcy a on stale o tym opowiada. Poza tym miałam wrażenie, że w przedszkolu montesorrianskim to głownie tacy mali przyszli programiści siedzą, kodują i klepią swoje zadania. Wybraliśmy przedszkole z elementami waldorfskimi i to była najlepsza decyzja ever 🙂

    No tak. Karmimy dzieci fikcjami, a potem się dziwimy, że mają problemy z nauką fizyki, albo że jako dorośli ludzie nie mają kontaktu z rzeczywistością. Takie rzeczy przecież nie biorą się znikąd. Takie maluchy nie widzą granicy między prawdą a fałszem. Dlatego tak ważne, żeby dawać im jako budulec myślowy tylko elementy prawdziwe. Nie równa się to zaniechaniu fantazji. Świat rzeczywisty jest wystarczająco niesamowity, żeby dać pożywkę fantazji. Moim zdaniem, chodzi raczej o ograniczenie elementów, które zaburzają rozumienie świata typu supermoce, magia, potwory itp.

    Wiesz, mity i basnie to opowiesci znane od wiekow, zawieraja archetypy wspolne dla kazdego czlowieka, przekazuja jakas nauke, ktora dana spolecznosc uznala za istotna. A jakos te mimione pokolenia byly w stanie nauczyc sie fizyki i dojsc do czegos, Newton Czy Einstein raczej nie chodzili do szkoly gdzie im kazali klocki dopasowywac do kolorow w ciszy.

    Mity i baśnie były dla dorosłych, nie dla dzieci, dopiero od niedawna serwuje się je dzieciom w wersjach ułagodzonych.

    Aniu, dzieki za ten wpis. Kiedy zostalam mama bardzo inspirowalam sie Twoim blogiem, spodobala mi sie filozofia montessori i twoje prace z lilą; jednak moja corka jest cholerykiem, ktory trudno skupia uwage, nie lubi klasycznie rysowac, woli spedzac czas na bieganiu itp. czasami wrecz czulam sie winna ze nie dbam dostatecznie o jej rozwoj. Duzo czasu mi zajelo zrozumienie ze znam najlepiej swoje dziecko i jesli zastosuje tylko 50% zasad montessori to tez bedzie ok;) Twoj dzisiejszy wpis jeszcze bardziej mnie w tym utwierdza, ciesze sie ze mialas odwage to napisac! Ogolnie podoba mi sie w jaka strone idzie ten blog i lubie Ciebie w bardzoej wyluzowanej niz kiedys wersji:) sama tez mam juz drugie dziecko i widze ze „z urzedu” daje to wiecej wiary w siebie i luzu

    Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ta metoda niesamowicie wstrzymuje rozwój kreatywności i wyobraźni. Całe moje obecne życie ukształtowała miłość do fikcji z wczesnego dzieciństwa. Tworzenie z dziadkiem i spisywanie opowiadań, tworzenie własnych historii, ilustrowane ich. Magiczne światy które odkrywalam przez całe życie eksperymentuje z formą i kształtem. Może musiałabym więcej poczytac, jednak z tego opisu jestem totalnie na nie.

    Może warto sobie przypomnieć skąd wzięła się metoda Marii Montessorii. Przecież ona uczyła dzieci zaniedbane, ze środowisk biednych, wręcz patologicznych. Uczyła tego wszystkiego, czego dzieci nie mogły nauczyć się w domu. Nakrywania do stołu, przyrządzania posiłków, dbania o swój ubiór, o otoczenie. Najkrócej mówiąc, tego co okazuje się bardzo istotne dla rozwoju poznawczego; samoobsługi. Poprzez te wszystkie czynności, dziecko uczy się planowania, organizacji przestrzeni, rozumienia tej przestrzeni, koordynacji, koncentracji, wyhamowywania niektórych reakcji itd. to wszystko wpływa na rozwój poznawczy na późniejszych etapach. Najfajniejszymi zabawkami dla dzieci są przedmioty codziennego użytku..Moja córka świetnie bawiła się doniczkami przy przesadzaniu ze mną kwiatków na balkonie. Przypinanie klamerkami prawdziwego prania ma o wiele większy sens niż przypinanie ich do kartoników. Jeśli można uczyć dzieci „Do życia przez życie” to jest to jak najbardziej motywujące do uczenia ich wielu umiejętności i może też być wspaniałą zabawą.

    Dziękuję za filmik z rozwijaniem dywanika. Dziwnie to wygląda. Gdybyśmy stosował takie schematy do wszystkiego co robi nasze Dziecko, to mielibyśmy z Żoną w domu tresowaną małpkę. Niech dziecko samo weźmie w ręce dywanik i rozłoży go, albo niech mama rozwinie go przy nim tak jak to robiła zawsze, a nie zachowuje się jak jakiś zaprogramowany robot. Była moda na wegetarianizm, na brak glutenu, jest na autyzm, weganizm i elektryczne hulajnogi, którymi jeżdżą „starzy” ludzie. Jest i metoda Montessori, która pewnie co kilkanaście lat staje się super odkryciem.

    Byłam nauczycielką ale raczej cudzych a nie własnych dzieci. Kurs Montessori kończyła w 1997 r czyli jak mówią w czasach dinozaurów. Wtedy pracowano ta metodą tylko w Szkołach Specjalnych, czasem w prywatnych przedszkolach. Metoda M. Montessori nigdy nie została oficjalnie zakwalifikowana jako dopuszczona przez MEN do pracy z dziećmi> Dzieci tą metoda uczą się w swoim tempie, czyli mocno zwolnionym w stosunku do wymagań w normalnej szkole. Dzisiaj po moich doświadczeniach w różnych szkołach mogę powiedzieć,że każda metoda ma swoje wady i zalety. BYCIE MAMĄ TO STWARZANIE DZIECKU WARUNKÓW DO ROZWOJU. Im więcej za dziecko robisz tym ono mniej umie. Im więcej kolorowych zabawek mu wciskasz tym, ono jest mniej kreatywne i bardziej znudzone..Moje dzieci w czasach kryzysu czyli w latach 1986-1995 mialy w domu klocki drewniane i klocki jeżyki piekne kolorowe, bo zostały mi w spadku po rodzince, która miała liczną niemiecką rodzinę. Potem doszły klocki lego. O Montessori wtedy mało kto u na słyszał. Moja matka i teściowa uważały, że jestem walnięta, bo moje dzieci bawiły się patyczkami,, makaronami, mąką , grochem itp. Z butelek i puszek robiłam im instrumenty. Zbieraliśmy roślinki, , szyszki, mech, a jesienią liście i kasztany. Bawiliśmy się tym co mi wpadło w ręce, bo moje ciekawskie dzieci szybko się nudziły. Chciały robić salta w powietrzu. Proszę bardzo wyjmowałam z łóżka materac. Metoda Montessori to podążanie za dzieckiem. Nigdy moich dzieci nie „zmuszałam” do zabawy określoną zabawką. Siadałam na podłodze i budowałam budowle z klocków, albo w kuchni na szybko myłam podłogę i dawałam dziewczynkom miskę , sitko ubijaczke i plastikową butelkę oraz ryż, makaron czy groch. 2 godziny spokoju i świetnej zabawy w gotowanie. Kochane mamy bądźcie kreatywne i pamiętajcie zadowolona mama to zadowolone dzieci. Dziecko można nauczyć liczyć na samochodzikach. Pojemności nauczy się przelewając wodę z plastikowych pojemników plaskich do butelek czy wazonów do tego nie są potrzebne specjalistyczne pomoce. Jedno moge polecić na 100% drewniane klocki kolorowe i kolorowe pomponiki. Uczą kolorów, rozwijają sensorycznie i motorykę małą, koordynację wzrokowo ruchową. Jeśli mam przy tym rozmawia z dzieckiem przynieś czerwone kółka, Pod stołem leży zielony walec , na stole położyłam koszyk z pomponami to dziecko uczy się stosunków przestrzennych. Życzę wszystkim mamom powodzenia. Czytajcie, kształćcie się, bo mądre mamy mają mądre dzieci.

    To najlepsze motto: Trzeba podążać za dzieckiem.
    Obserwuję taką placówkę.
    Dzieci są grzeczne, sprzataja po sobie, ale są jakieś smutne…
    Ile razy i jak długo dziecko będzie to samo przesypywało, nakładało, czy układało? Klockami w końcu też się znudzą. Nie każde dziecko lubi rysować, malować. Niektóre Dzieci 2,5- letnie znają już kolory, umieją porównywać, nawet rozróżniać kształty. Puzle i różne układanki mają w domu. Kredki, farbki, masy plastyczne (plastelina, ciastolina, modelina) taż są pod ręką, więc po jakiś czasie zaczynają się pr,edszkolu nudzić. W tych placówkach brakuje spontanicznej zabawy! A pomoce, materiały powinne być często wymieniane i wzbogacane.Nie zauważyłam spontanicznego malowania, czy lepienia np. z plasteliny. Pewnie wynika to z problemu sprzątania. Intigentne dzieci nudzą się najszybciej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

%d bloggers like this: