fbpx

Historia lubi się powtarzać

  • CIĄŻA
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [29]

Jako jedynaczka zawsze marzyłam o rodzeństwie. Na szczęście z moim kuzynostwem utrzymywaliśmy bardzo częste kontakty i dzięki temu aż tak bardzo nie odczuwałam braku siostry lub brata. W życiu dorosłym nasze drogi rozeszły się po całej Polsce i trudniej jest nam się spotkać. Cudownie by było mieć taką duszę, która byłaby z tej samej krwi.

Rodzeństwo

Od zawsze wiedziałam, że będę miała dwójkę dzieci. Dla nas i dla tego pierwszego dziecka, żeby oprócz starych rodziców miało tę jedną osobę, z którą łatwiej jej będzie iść przez dorosłe życie. Egoistyczne – wiem, bo dzieci rodzi się w innych celach. Jednak to było moje marzenie, które właśnie się spełnia.

Pierwsza ciąża

Kiedy tylko dowiedziałam się o pierwszej ciąży byliśmy wniebowzięci. Mimo wielu obaw oraz różnych dolegliwości czułam, że pod moim sercem rośnie cud. Nie miałam żadnych oczekiwań co do płci, wyglądu czy charakteru. Czekaliśmy na to, co nam przygotowało życie. I tak mamy cudowną córkę, która jest całym naszym światem.

Początki nie były łatwe. Pamiętam jak dziś: usypianie do pierwszej w nocy, pierwszą gorączkę, zmęczenie… Jednak te mniej pozytywne obrazy przysłaniają nam pierwsze kroki, uśmiechy i zabawne słowa. Teraz kiedy córka sama o sobie mówi, że jest „dorosła”, ten niesamowity czas znów się powtarza.

Tak samo przeżywam każde kopnięcie, centymetry w brzuchu oraz inne dolegliwości ciążowe. Chociaż inne mamy mówią, że jednak drugą ciążę przeżywa się inaczej – bez tylu emocji, to u nas jest tak samo. W pierwszej ciąży bardzo o siebie dbałam: jadłam zdrowe rzeczy, chodziłam na ćwiczenia oraz na codzienne spacery. Moja mama mówiła mi, że muszę wychodzić dzień w dzień tak jakbym już urodziła i miała dziecko w wózku.

Starałam się zapewniać sobie dużą dawkę odpoczynku oraz ruchu

Od początku dbałam również o moje ciało, które odwdzięczyło mi się już 8 miesięcy po porodzie i wróciłam do formy i wagi sprzed ciąży (z małym wysiłkiem, ale się udało). W trakcie ciąży miałam obawy czy na rosnącym brzuchu nie pojawią się rozstępy, do których niestety mam skłonność. Od momentu kiedy zrobiłam test ciążowy używałam kremu dla kobiet w ciąży i na 110-centymtrowym obwodzie brzucha nie pojawił się żaden rozstęp.

Ciąża była dla mnie bardzo łaskawa mimo tego, że ostatnie tygodnie spędziłam w domu z nogami w misce z zimną wodą (z powodu upałów).

598775_10151241974738255_2011828616_n
pierwsza ciąża

Druga ciąża

Kiedy znów okazało się, że jestem w ciąży wiedziałam, że będę postępować podobnie.  Już jeden dzień po zrobieniu testu poszłam do apteki po ten sam preparat na brzuch, bo wiedziałam, że trzeba go używać od samego początku aby zaczął odpowiednio działać. Otworzyłam pierwszą tubkę i moje wspomnienia sprzed 4 lat wróciły.

Mam doskonałą pamięć sensoryczną, która właśnie dała o sobie znać. Identyczny zapach przywołał moje wspomnienia. Te codzienne rytuały… Ja i mój brzuch z życiem w środku, tak nierealne, ale prawdziwe. Chociaż nie potrafię mówić do brzucha to z każdym muśnięciem dłoni po skórze mówię więcej niż tysiąc słów.*

*Wg Shantala kiedy mama w ciąży przykłada dłoń do brzucha to dziecko podpływa i układa się jak największą powierzchnią swojego malutkiego ciałka aby czuć ciepło i dotyk. Niesamowite, prawda?

Muszę się jednak przyznać, że z tą regularnością zabiegów pielęgnacyjnych, spacerów oraz ćwiczeń (a właściwie braku jakichkolwiek) w tej ciąży było gorzej – to wiem, że było warto skupić się troszkę na sobie. Ale Lilka mi bardzo pomagała:)

20160205-DSC_4113
20160205-DSC_4122

Mama w centrum uwagi

Okres ciąży jest takim czasem kiedy jesteś w centrum uwagi. A jeżeli to Twoje pierwsze dziecko jeszcze bardziej jesteś skupiona na sobie. Dogadzasz sobie różnymi smakołykami, dbasz o zdrowie i ruch. W pierwszej ciąży wklepałam w siebie tyle kremów, co przez całe życie nie było mi dane;) Wysypiałam się, odpoczywałam, a nawet inwestowałam w siebie i chodziłam na kurs angielskiego.

Poród i pojawienie się małego człowieka wywróciło moje życie do góry nogami. W ciągu sekundy kiedy pojawił się na świecie to nie ja już byłam najważniejsza. Owszem mąż i inni dbali o mnie i mi pomagali. Jednak wtedy już wszyscy mieli skierowany swój wzrok na nią, a nie na mnie. Dlatego myślę, że te 9 miesięcy jest właśnie po to żeby zadbać o siebie (dla siebie) i tego małego człowieka, który rośnie pod moim sercem.

Zarówno w pierwszej jak i drugiej ciąży towarzyszyła mi Mustela, której zapach zawsze już będzie przypominał ten niesamowity czas.

20160207-DSC_4306
20160207-DSC_4301
IMG_3144
IMG_3145
IMG_3146
IMG_3147

Wiecie, że rozstępy występują aż u 70% ciężarnych?

Mogą się pojawić już w pierwszym trymestrze na brzuchu, udach, biodrach, piersiach i pośladkach. Czynniki genetyczne jak i hormonalne mogą wpłynąć na to, że pierwszy rozstęp ujrzymy już w 2 miesiącu ciąży, a nie tak jak wszyscy myślą dopiero pod koniec kiedy napięta skóra nie wytrzymuje.

Dlatego tak ważne jest stosowanie kremów od samego początku aż do miesiąca po porodzie – jeżeli chcemy uniknąć rozstępów.

A co to w ogóle są rozstępy?

Są to blizny, na których nie ma gruczołów potowych i włosków.

Oprócz flagowego Kremu  przeciw rozstępom (który ma również wersję bezzapachową) Mustela ma jeszcze kilka preparatów, które są warte uwagi i są bezpieczne dla kobiet w ciąży.

20160422-DSC_6488
  • Mój ulubiony Olejek przeciw  rozstępom o świetnym składzie, którego używam też do olejowania włosów, a do tego ma przepiękny zapach
  • Serum korygujące rozstępy, nie przydał się (na szczęście) przy takiej obstawie. Ale jest to bardzo dobry produkt do używania miejscowego na rozstępy. Przyznam szczerze, że używałam go na stare rozstępy, które pojawiły się u mnie w okresie dojrzewania. Przez 2 miesiące smarowania 2 razy dziennie rozstępy stały się wyraźnie  gładsze. Przy świeżych rozstępach podobno działa cuda.
  • Balsam łagodząco-nawilżający na całe ciało. Bardzo dobrze nawilża i koi uczucie świądu. Wiecie dlaczego brzuch w ciąży swędzi? Możecie o tym zagadnieniu przeczytać tutaj
  • A teraz hit! Żel lekkie nogi, który działa cuda. Gdybym miała go 4 lata temu to nie musiałabym siedzieć z nogami w zimnej wodzie. Teraz pogoda jest inna, a mi i tak spuchły nogi (co prawda trochę mniej). Ten żel jest genialny, trzymam go w lodówce i wyjmuję wtedy kiedy potrzebuję. Uczucie chłodu pojawia się natychmiast i trwa długo. Podobno można go stosować nawet na cienkie rajstopy (np. w biurze) i nie zostawia śladów.

Po porodzie zamierzam stosować:

20160422-DSC_6489

Używam również bezpłatnej aplikacji w telefonie Mustela & Ja, która pokazuje co się dzieje z moim ciałem podczas tych 9 miesięcy.

20160422-DSC_6493

*Wpis powstał w ramach współpracy z  marką Mustela

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Moje domowe sposoby na katar i przeziębienia

  • ZDROWIE
  • 4  min. czytania
  •  komentarze [65]

Przełom zimy i wiosny to czas kiedy nasze dzieci częściej chorują. Osłabiona odporność i niezbyt stabilna pogoda sprzyjają zwiększeniu ilości zachorowań. Dzieci pociągają nosem, pojawia się kaszel, czasami gorączka. Dzieci są rozdrażnione, bo nie śpią w nocy przez katar i kaszel, a my niewyspani jak nigdy. Katar nieleczony podobno trwa 7 dni, a leczony tydzień. Tak nie jest w przypadku dzieci. Katar trwa zazwyczaj od 10 do 14 dni, czyli prawie dwa razy dłużej. Jak pomóc dzieciom w tym trudnym czasie? Jakie są moje domowe sposoby na katar i przeziębienia – odpowiem na te pytanie w dzisiejszym wpisie.

Mam wrażenie, że odkąd moja córka poszła do przedszkola uczestniczymy w maratonie przeziębieniowym. Od września do marca przeszła ok. 10 infekcji wirusowych. Z jednej strony jest to normalne, bo w taki sposób dzieci nabierają odporności, a z drugiej jest to dość wyczerpujące. Na szczęście nigdy żadne z przeziębień nie przerodziło się w nic poważniejszego. Katar i kaszel to wg mnie nie choroby. A to dlatego, że mam swój niezawodny zestaw przeziębieniowy, który stosuję od ponad 3 lat. Dzięki szybkiej reakcji tylko 2 razy był potrzebny antybiotyk, więc śmiało mogę powiedzieć, że nasze sposoby działają.

W czasie przeziębień jak tylko pojawią się pierwsze objawy stosuję domowe sposoby. Dotyczą one zarówno  funkcjonowania fizycznego jak i poprawy dobrego samopoczucia. Dzieci w tym czasie są marudne, rozdrażnione i wymagają więcej uwagi niż zwykle. To do nas – matek, lgną najbardziej w poszukiwaniu ukojenia i polepszenia humoru. A my staramy się, mimo zmęczenia, ten trudny czas uprzyjemnić i sprawić żeby dziecko nie cierpiało.

Dziś dzielę się z Wami moimi, domowymi sposobami na katar i przeziębienia stosuję je zawsze jak tylko zobaczę pierwsze objawy (najczęściej jest to katar).

Toaleta nosa

Kiedy pod nosem dziecka zaczyna błyszczeć, znana wszystkim, wydzielina zawsze wyciągam niezawodny inhalator. Jeżeli katar jest gęsty to zawsze przed rozpoczęciem inhalacji robimy toaletę nosa. Kiedy Lilka była mniejsza stosowałam taki zestaw: sól morska do nosa (aby rozrzedzić wydzielinę), później aspirator (polecam taki podłączany do odkurzacza). Teraz kiedy potrafi EFEKTYWNIE (jest to bardzo ważne, bo inaczej wydzielina zalega) wydmuchać nos to używam tylko soli morskiej. Jednak jeżeli katar jest bardzo gęsty to wracamy do aspiratora.

inhalator dla dzieci - domowe sposoby na katar i przeziębienia

Inhalacje

Inhalator (pisałam o nim Jak wybrać inhalator) – nasz najlepszy przyjaciel w czasie przeziębień. Wdychanie roztworu chlorku sodu powoduje rozrzedzanie wydzieliny i dlatego jest tak pomocne. Inhalacje robimy już kiedy nos jest czysty – wtedy działa najlepiej. Do tego zabiegu używamy tylko soli fizjologicznej NaCl, która ma również działanie antybakteryjne. Kiedyś próbowałam wersji hipertonicznej jednak spowodowała ona dodatkowe podrażnienie i wcale nie było lepiej. Na jedną inhalację wlewam jedną ampułkę. W tym czasie włączam Lilce bajkę. Kiedy była mniejsza do tego zabiegu były potrzebne dwie osoby. Jedna trzymała ją na kolanach i przykładała maskę do twarzy, a druga w tym czasie produkowała się wokalnie naprzeciwko – najlepiej sprawdzały się piosenki z pokazywaniem. Inhalacje robimy 2- 3 razy na dobę.

Kiedy karmiłam ją piersią i zatkany nos utrudniał jedzenie robiliśmy te 2 czynności przed jedzeniem. Jeżeli do kataru doszedł również kaszel mokry, odrywający się po 15 minutach od zakończenia inhalacji zawsze ją oklepuję, aby wydzielina się oderwała. Robię to zdecydowanym ruchem kładąc ją na brzuchu na kolanach. Rękę układam w łódeczkę i raz przy razie oklepuję.

Co jeszcze stosuję w czasie walki z katarem i przeziębieniami?

Woda, woda, woda

I tylko w postaci wody, a nie soczków i herbatek. Nawadnianie organizmu walczącego z infekcją jest bardzo ważne, a często dzieci w tym czasie nie odczuwają tak mocno pragnienia. Dlatego stosuję różne triki, aby tylko utrzymać prawidłowy poziom płynów w organizmie. Tak jak widać na zdjęciu wyciągam nawet najbardziej fikuśne butelki z kolorowymi słomkami aby tylko skłonić dziecko do picia. Pamiętam nawet, że przez 2 tygodnie chorowania Lilka piła wodę tylko z papierowego kubka po kawie ze stacji benzynowej. A jak już nic nie działa to nalewam wodę do małego dzbanuszka i pozwalam jej nalewać wodę do szklanek.

Odpowiednia dieta

W czasie przeziębień staramy się unikać kilku produktów, które niekorzystnie wpływają na rozwój choroby. Są nimi cukier i mleko krowie. Pierwszy składnik może zadziałać w ten sposób, że infekcja wirusowa nadkazi się bakteryjnie (bo bakterie lubią cukier) i wtedy będzie potrzebny antybiotyk oraz mleko krowie, które ma właściwości zaśluzowujące i zwiększa ilość wydzieliny, z którą tak bardzo w czasie przeziębień walczymy. Nie przeginam również z produktami powszechnie znanymi jako lecznicze. Uznaję zasadę zdrowego rozsądku i nie podaję kaszy jaglanej na każdy posiłek.

Odpowiednia temperatura i nawilżenie powietrza

Przed położeniem córki spać wietrzę jej pokój. Ze względu też na atopową skórę nie włączamy kaloryferów w jej pokoju. Często stoi u niej oczyszczacz powietrza. Powietrze musi być chłodne, nawilżone i oczyszczone.

Pozycja do spania

Kiedy katar spływa po tylnej ścianie gardła dzieci często się budzą i kaszlą. Dlatego w czasie infekcji wirusowej układam ją na dużej poduszce lub kładę na brzuchu. Kiedy się obróci znów przekładam do odpowiedniej pozycji.

To są nasze niezawodne domowe sposoby na katar i przeziębienia. Próbowałam również innych metod, ale tylko te przynoszą u nas efekty i polecam je każdej mamie. Zobacz też wpis: Wszystko co musisz wiedzieć o katarze – 10 pytań do zaufanego pediatry

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis zostaw komentarz tutaj lub wróć na Facebooka i kliknij „Lubię to” https://www.facebook.com/nebuleblog/ Dziękuję!

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

My się zimy nie boimy (wyniki konkursu)

Za oknem nieśmiało zawitała zima. Taka prawdziwa: ze śniegiem, obrazkami z  lodu na oknie i malowniczymi krajobrazami. Mróz przyjemnie szczypie w policzki, a nogi same się wyrywają do podjechania pół metra po zamarzniętej kałuży.

Banałem będzie stwierdzenie, że przez prawie 20 lat mojego życia nie lubiłam zimy, bo pewnie każdy tak ma. Dopiero kiedy pojawiają się na świecie dzieci zmienia nam się optyka i powracają wspomnienia z dzieciństwa.

DSC_2442

Moje również!  

Z każdym dodatkowym centymetrem śniegu przenoszę się do ferii zimowych u mojej babci i dziadka na wsi. Na ten temat można by było opowiadania wydać.

Budziły nas promyki słońca, które nieśmiało próbowały przebić się przez mrozowe malunki na szybach. Wygrzebywaliśmy się spod ciężkich pierzyn i szybko biegliśmy do kuchni żeby jak najszybciej usiąść na nagrzanej już ścianówce z kafli. Nie lada wyzwaniem było zmieszczenie się 6 małych ciałek na powierzchni jednego metra.

Grzaliśmy się i czekaliśmy na ciepłą zupę mleczną, która już bulgotała na piecu w garnku. Babcia zawsze pilnowała żeby nie zrobił się kożuch, no kto go lubił? Zjadaliśmy na prędce po dwa talerze i zaczynaliśmy snuć plany. Śniegu zazwyczaj było bardzo dużo, więc możliwości na spędzenie całego dnia na zewnątrz również.

Narty? Były tylko jedne biegówki. Sanki? 2 pary. Łyżwy? 2 pary na sześcioro. Figurówki o 5 rozmiarów za duże i powykrzywiane hokejówki. Nie przeszkadzał nam brak asortymentu sportowego. Mieliśmy jeden najważniejszy: wyobraźnię!

Mroźno było, oj tak. – 10 to było ciepło.

Zakładaliśmy po 4 pary spodni- ostatnią już po starszym rodzeństwie, bo się nogi nie mieściły od ilości warstw. 2 pary skarpet, a na to jeszcze wełniane robione przez babcię. Wszystko to ściągaliśmy ze sznurka przy piecu, gdzie się suszyły jeszcze z poprzedniego dnia.

Niektóre nabrały dziwnej sztywności.  Do tego ciepłe swetry i kurtki lub kożuchy. Na głowę ciepłe czapki, na szyję szaliki (czasami po dwa) i rękawice palczatki. W takimi stroju ledwo się ruszaliśmy, ale byliśmy gotowi jak Jerzy Kukuczka na Everest.

Nie było bielizny termicznej i koszulek merino. Buty przemakały nam po około godzinie, bo nie miały żadnej membrany. Wiatr przez wszystkie warstwy ubrania lizał naszą delikatną skórę. Nikomu to nie przeszkadzało, bo nie było nam zimno. Ciągle byliśmy w ruchu.

Ulubione sporty zimowe u Babci Anastazji i Dziadka Janka to:

  • hokej na stawiku – kije to powykrzywiane patyki, a krążki, no cóż zamarznięte odchody zwierząt (nie byliśmy w stanie oderwać kamieni od ziemi). Na łyżwach tylko najstarsi, bo były tylko 2 pary. Do dziś pamiętam, że przed wyjściem musiałam odpowiednio wypchać skarpetą lub gazetą przestrzeń pomiędzy moim rozmiarem, a łyżwą. Kaski? Jakie kaski?!
  • zjeżdżanie na workach nylonowych po nawozach wypchanych sianem i związanych sznurkiem od snopowiązałki. Były o wiele szybsze niż sanki! Nie pamiętam jednak żadnej górki, bo w okolicy raczej same niziny. Radziliśmy sobie jak tylko umieliśmy. Dziadek odpiłował nam 2 nogi od stołu do ping ponga żebyśmy mogli z niego zjeżdżać. Zabieraliśmy też nasze pojazdy nad zamarznięty stawik i tam z rozpędu ścigaliśmy się na brzuchu.
  • gigantyczne bałwany – miały po 2 metry i straszyły w ogrodzie aż do kwietnia
  • bitwy na śnieżki bez żadnych przywilejów, a różnica wiekowa między nami była nawet 5 lat
  • nacieranie śniegiem twarzy przeciwników aż do bólu
  • lizanie 40-centymetrowych sopli, które zbijaliśmy z dachu
  • kuligi z dziadkiem do lasu- do dziś pamiętam te dźwięki: dzwonki przy uprzęży i skrzyp śniegu pod saniami. A za nimi zaprzęg  z 2 sanek. Kto siedział na górze nakryty owczą skórą łapał za gałęzie oblepione puszystym śniegiem tak, aby spadł prosto na twarz tego, który siedział na sankach.

Do domu wracaliśmy po zmroku:

głodni, wyziębieni, nieprzytomni ze zmęczenia. Ubrania od śniegu i lodu były sztywne.  Przed wejściem obowiązkowo najstarsi obmiatali wszystkich miotłą zrobioną z gałęzi, bo wyglądaliśmy jak bałwany. Oblepieni cali śniegiem i lodem, a tylko poniżej czapki świeciły się szczęśliwe oczy.

Policzki malowane różem firmy Dziadek Mróz w kolorze buraczkowa czerwień. Zawieszaliśmy mokre ubrania na sznurek  przy piecu i przebieraliśmy się w piżamy. Jedliśmy jajecznicę z 12 jaj prosto z patelni postawionej na stołku i zagryzaliśmy domowym chlebem z masłem. Po kolacji graliśmy jeszcze w karty i zasypialiśmy pod wielkim pierzynami przy ciepłym piecu.

To były dopiero zimy!

Teraz wychodzimy maksymalnie na godzinkę i już mamy dość. Ubrani w membarny i merino szczękamy zębami  z zimna. Brakuje nam ruchu, a przede wszystkim towarzystwa do zabawy. Bardzo nad tym ubolewam. Dlatego staram się zapewniać od początku sporą dawkę ruchu w zimowej aurze. Sanki, spacery, a w tym tygodniu debiutujemy na tafli lodowiska.

Chciałabym aby moje dziecko zimę traktowało tak jak ja- jako okazję do spędzenia aktywnego czasu na zewnątrz, a nie tylko powodu do marudzenia.

DSC_2981

W moich latach dziecięcych nie brakowało mi specjalistycznej odzieży czy sprzętu sportowego. Jednak jest jedna rzecz, której brak odczuwam do dziś. Od długiego czasu spędzonego na zewnątrz i nie zabezpieczonej odpowiednio skóry miałam odmrożenia. Przez to, że skóra na twarzy jest bardzo delikatna, a w połączeniu z wilgocią od biegania popękały mi naczynka na policzkach.

Do dziś borykam się z tym problemem. Niestety, nie wygląda to estetycznie. Dlatego mam pewną zimową obsesję. Jest nią odpowiednia pielęgnacja delikatnej skóry, która narażona jest na mróz, chłód i zimny wiatr. Od samego początku dbam o to, żeby córka zawsze przed wyjściem (około 20 minut) miała zabezpieczoną skórę twarzy.

Nawet jak 3 lata temu była 4 miesięcznym berbeciem, leżącym w głębokiej gondoli i zasłonięta budą zawsze używałam kremu na zimę.

W tym roku postawiłam na Mustelę.

DSC_2414

Sztyft ochronny z Cold Cream

kupiłam już pod koniec listopada. W mojej ulubionej aptece miałam akurat chwilkę i mogłam spokojnie zobaczyć co jest w ofercie. Chwyciłam za niewielki sztyft, przeczytałam skład i oniemiałam.

To jest coś czego szukałam: brak wody w składzie, masło shea, które bardzo dobrze natłuszcza (zimą nie nawilżamy) najbardziej narażone na działanie zimna strefy (usta, nos, policzki). Odżywia i przede wszystkim chroni. Można go stosować od pierwszych dni życia.

Forma aplikacji jest genialna! Mój mąż nienawidzi smarować Lilki kremami. A tu nie mamy kontaktu z preparatem. Bezpośrednio ze sztyftu nakłada się na skórę. Nawet dziecko jest samo w stanie to zrobić. Po aplikacji nie mamy tłustych rąk.  Niewielki rozmiar ułatwia zabranie nam go na podwórko i w razie potrzeby możemy wyjąć go z kieszeni i posmarować wytarte usta. A teraz to co lubię najbardziej. Po sezonach zimowych zostawały mi resztki kremu w tubce. Wyrzucałam go po jakimś czasie. A ten sztyft będzie z nami do końca do smarowania ust jako pomadka.

Prawda jakie to genialne? Cena też jest przyzwoita, więc uważam ten sztyft za odkrycie roku.

DSC_2888

Jako uzupełnienie zimowej pielęgnacji wybrałam krem z tej samej serii Cold Cream Krem do twarzy. Jest to

krem ochronny z Cold Cream

do skóry suchej i narażonej na przesuszenia od pierwszych dni życia. Bardzo spodobał mi się jego skład, bo poza ochroną przed zimnem dodatkowo skórę odżywia.

Ma w składzie olejek Avocado, Masło Shea i olejki roślinne. Dodatkowo Ceramidy dostarczają skórze brakujących lipidów. Ten krem pozostaje na skórze nawet do 8h. Wygodna aplikacja (dla mnie, bo mąż używa tylko sztyftu;) i niewielki rozmiar sprawiają, że mam go zawsze w torebce i używam w razie potrzeby. Cena jest podobna jak sztyftu- mniej niż 20 zł.

DSC_2797

Oba kosmetyki testowaliśmy w ekstremalnych warunkach pogodowych -18 stopni i dały radę. Sama też ich używałam i potwierdzam działanie.

Jak to dobrze, że skończyły się czasy kiedy podczas ubierania w kombinezony i smarowania kremem musiałam stawać na głowie żeby nie płakała. Teraz robi to z przyjemnością, bo wie, że na zewnątrz czeka ją sporo atrakcji.

DSC_2782
DSC_2790
DSC_2808
DSC_2803

Na koniec Sztyft z Cold Cream do kieszeni i możemy iść!

DSC_2807

Razem z marką Mustela przygotowałam dla Was konkurs ze wspaniałymi nagrodami. Wystarczy pod tym wpisem zostawić komentarz z dokończeniem zdania „Lubię zimę, bo…”.  Konkurs będzie trwał do 27.01.2016 r. do północy. Wśród zainteresowanych wybiorę 3 najciekawsze wypowiedzi, które otrzymają taki Zestaw zimowy, który zawiera:

  • Mleczko do ciała z Cold Cream
  • Żel do mycia z Cold Cream
  • Cold Cream Krem do twarzy
  • Sztyft ochronny z Cold Cream 
  • Miś niebieski lub różowy
DSC_3378

A my lubimy zimę, bo… TAK:)

DSC_2822
DSC_2826
DSC_2841-side

Mama też dba o usta:)

DSC_2878
DSC_2882

A tata dba o takie atrakcje:

anigif

A po takiej aktywności tylko grzanie przy piecu kaflowym

DSC_2524-side

Zdjęcia zostały wykonane w bardzo klimatycznym miejscu: Wiejska Zagroda Podlasie

Regulamin konkursu Regulamin Mustela

WYNIKI KONKURSU:

Bardzo dziękujemy za wszystkie ciekawe odpowiedzi. Zima na chwilę nas opuściła, ale mam nadzieję, że jeszcze wróci.

Nagrodzone komentarze:

Emilia


27 stycznia 2016 at 19:43


Lubię zimę bo … rok temu zimą urodził się mój syn i teraz zima zawsze będzie kojarzyć mi się z jego narodzinami w piękny biały zimowy wieczór.
Lubię zimę za … wspomnienia z dzieciństwa kiedy wieczorami tata zabierał mnie i mojego brata na spacer do lasu gdzie rzucaliśmy się śnieżkami lub robiliśmy orzełki na śniegu, kiedy uczyłam się jeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie.


Lubię zimę za … wspomnienia z dorosłego dzieciństwa kiedy wyjeżdżaliśmy w góry gdzie przez cały dzień brnęliśmy w śniegu po pas z plecakami na plecach a potem dla rozgrzewki biegaliśmy boso po śniegu.
Lubię zimę bo … kojarzy mi się z kursem turystyki zimowej, ze wspinaczką po lodospadzie i wycieczką na Zawrat i najpiękniejszymi zimowymi widokami Tatr.

Lubię zimę za … wspomnienie pobytu w schronisku w Dolinie Roztoki, gdzie razem z mężem byliśmy jedynymi gośćmi, grzaliśmy się przy kominie po całodziennych wycieczkach i objadaliśmy oscypkiem z żurawiną.


Lubię zimę bo … kojarzy mi się z urodzinami mojego męża, który jak nie był jeszcze moim mężem organizował imprezy urodzinowe przy ognisku co bardziej dymiło niż się paliło.

Lubię zimę bo … w nocy po nakarmieniu synka można usiąść w kuchni na stole z kubkiem gorącej herbaty i gapić się bez końca na płatki śniegu wirujące w świetle lamp ulicznych.


Lubię zimę za … ciepło i ciszę krajobrazu

Lubię zimę bo … mam nadzieję z każdym rokiem dopisać kolejne piękne wspomnienia czasu spędzonego z rodziną czy to w lesie za naszym domem czy też w moich ukochanych Tatrach.

—————————————————————————————————————————

Ania D.G.

20 stycznia 2016 at 08:36

Lubię zimę, bo ….
Bo bezkarnie mogę zjeżdżać z wrzaskiem na sankach z górki i nikt nie patrzy na mnie jak na wariatkę- przecież mam dzieci i świetnie się z nimi bawię.
Bo cały szary świat jest przykryty białą kołderką ze śniegu, który skrzypi rano pod stopami moich dzieci.
Bo moje dzieci po zabawie na śniegu mają policzki rumiane jak najsłodsze jabłka.
Bo można urządzać bitwy na śnieżki i mam okazję w wieku 31 lat poczuć się jak dziecko.
Bo jest zimno:)
Bo też pochodzę z Podlasia, krainy zimnem słynącej i mam bardzo podobne wspomnienia z dzieciństwa do Twoich:)

—————————————————————————————————————————

Izabela

20 stycznia 2016 at 09:04

Lubię zimę, bo przychodzi tuż po szaroburej jesieni, zjawia się po cichutku, kiedy to ni stąd ni zowąd za oknem zaczyna padać śnieg! Najpiękniejsze są te ogromne białe płatki, wirujące wesoło i przykrywające wszystko, co spotkają na swojej drodze. I wtedy nie ważne kim się jest i ile ma się lat – człowiek po prostu wzdycha i uśmiecha się do siebie.


Później już tylko czekać na bezchmurne niebo, oślepiające słońce i wielki mróz… trzeba ciepło się ubrać (tak, żeby ledwo móc się w tym ubraniu poruszać), nasmarować porządnie policzki i nosy i gotowe! Można ruszać – na spacer, na sanki, na narty, na łyżwy, z dziećmi, z ciocią, z babcią, z ukochanym, ukochaną czy z psem – wszystko jedno! Ważne, żeby spacerując usłyszeć pod butami skrzypiący śnieg i poczuć wiatr w oczach zjeżdżając na sankach.


A gdy już dość tego mrozu, nosy czerwone, ręce skostniałe – pora wracać, ciepło w domu jest wtedy najcieplejsze, a pachnąca zupa najsmaczniejsza. Stopy na termofor, a w dłonie kubek gorącej herbaty z miodem, plastrem imbiru i gałązką rozmarynu… Do tego dobra książka, najlepiej w towarzystwie małej pociechy, która z równie czerwonymi policzkami jak Twoje gramoli Ci się na kolana.

Czasem z zimą nie ma żartów, kiedy mocno wieje, pada śnieg z deszczem albo mróz jest naprawdę mroźny… ale wtedy można przynajmniej bez wyrzutów sumienia siedzieć w domu i obejrzeć dobry film czy fajną bajkę, pograć w grę planszową albo upiec jakieś aromatyczne ciasteczka!
No i po zimie przychodzi wiosna! Czy to samo przez się nie przemawia za tym, aby zimę lubić? 

GRATULUJĘ!

Autorów wyróżnionych komentarzy proszę o kontakt w ciągu 7 dni na adres e-mail: kontakt@nebule.pl

Kto będzie pierwszy ten wybierze sobie kolor Misia:)

Minął tydzień od ogłoszenia wyników i nie nie zgłosiła się jedna osoba. Wg regulaminu wybrałam kolejną osobę:

Czekam na wiadomość kontakt@nebule.pl z danymi do wysyłki

atram86

26 stycznia 2016 at 20:48

Lubię zimę, bo mimo iż nie jest to już taka zima, jaką zapamiętałam z dziecięcych lat, to wciąż ta pora roku sprawia, że moje wewnętrzne dziecko szaleje. Widząc spadający z nieba śnieg, otwieram buzię i łapię co większe płatki, szuram butami po świeżym puchu, albo dziarsko przemierzam białe chodniki, skrzypiące pod podeszwami. Jakby tylko nadarzyła się okazja, wsiadłabym na sanki i zjeżdżała żwawo z górki, drąc się w niebogłosy. Innym razem sturlałabym się po bielutkim zboczu, by u dołu wstać, otrzepać się, powiedzieć sobie (a raczej temu dziecku we mnie), „no już, wystarczy, pora do domu”.

Lubię zimę, bo mimo iż słońca jest jak na lekarstwo, a katar i kaszel to niejako nieodłączne jej składowe, jest w tej porze roku coś uroczego, magicznego. Magia zimy łączy się w mojej głowie ze Świętami, które przecież od dobrych paru lat są raczej wiosenne niż zimowe, a mimo to wyobraźnia działa na pełnych obrotach… I kiedy prezenty zjawiają się pod choinką, to mogę dać sobie uciąć rękę, że są lekko zziębnięte i opruszone śnieżną pierzyną.

Lubię zimę, bo jako kierowca z prawie dziesięcioletnim stażem właśnie zimą czerpię z jazdy najwięcej frajdy. Co prawda do pasji doprowadzają mnie inni uczestnicy ruchu, którzy na widok śniegu zwalniają i tempem dorównują matkom wózkującym, ale jakoś przymykam na to oko. ? Uwielbiam natomiast zbaczać z miejskich szos i odwiedzać co bielsze parkingi lub opustoszałe drogi, by sprawdzić się jako kierowca w warunkach dla mnie ekstremalnych. Po takim treningu lekkie poślizgi w białej miejskiej dżungli mi nie straszne – wiem, jak hamować, by opanować samochód, a przede wszystkim wiem, jak opanować emocje i nie dać się porwać panice.

I choć kocham lato, słońce, rozgrzany piasek pod stopami, to lubię zimę!

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!