fbpx
Blog parentingowy dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej
ZDROWIE

Trudny orzech do zgryzienia, czyli moje sposoby na ryzykowne jedzenie

Ssanie, gryzienie i połykanie to umiejętności kształtujące się naturalnie – bez potrzeby ingerencji ze strony rodziców. Dobrze jednak wiemy, że zanim dzieci zaczną sprawnie i samodzielnie jeść każdy rodzaj pokarmu, musimy nauczyć je nie tylko nowych smaków, ale także czuwać nad nabieraniem przez nie wprawy w spożywaniu „ryzykownego” jedzenia. Dziś Wam opowiem o moich sposobach, które pozwoliły mi nie osiwieć ze strachu przed zadławieniem. 

Dzieci krztuszą się właściwie od pierwszego karmienia. Nawet mlekiem z piersi. Prawdziwe kłopoty z tym związane zaczynają się jednak wraz z rozszerzaniem diety. Zanim zaczniecie rozszerzać dietę warto rozróżnić zakrztuszenie( z którym dziecko radzi sobie samo (kaszle, prycha, odkasłuje), od zadławienia, którego objawem jest trudność ze złapaniem oddechu, wytrzeszczanie oczu, nie możność wydobycia z siebie dźwięku, sinienie na twarzy.

W tej drugiej sytuacji musimy dziecku jak naszybciej pomóc.

Uważam, że każdy rodzic powinien zrobić chociaż krótki kurs pierwszej pomocy żeby móc być przygotowanym i na takie wypadki.

Jednak jeżeli nie macie takie możliwości to warto obejrzeć kilka razy filmy instruktażowe, np. ten:

A jak to było u nas?

Ja podeszłam entuzjastycznie do wprowadzania nowych smaków i konsystencji. Jednak szybko przyszedł ten pierwszy raz, gdy doszło do zakrztuszenia. Dzieci radziły sobie same i odkasływały. Nadal kontynuowałam stosowanie metody BLW (Baby Led Weaning), która z założenia omija podawanie niemowlętom papek na rzecz produktów, które trzeba gryźć. Uznałam, że zalety BLW są nieocenione. Gryząc, żując, odgryzając, mlaskając dziecko ćwiczy mięśnie, których rozwój jest potrzebny do nauki mówienia.

No dobrze, ale co z tym zadławienim – zapytacie. Nauczyłam się unikać sytuacji potencjalnie niebezpiecznych związanych z możliwością zadławienia.

Mam taką listę produktów, które budzą we mnie większą czujność i kiedy je podaję dzieciom to jestem ostrożna, a są to:

  • orzechy
  • marchew surowa
  • popcorn
  • landrynki (twarde cukierki)
  • winogrona (kroję w połówki dłuższe)
  • parówki

Oto moje sposoby na podawanie niemowlętom i małym dzieciom jedzenia, które może wywołać zadławienie:

  1. Zawsze czuwam – bez względu na to, czy dzieci są niemowlętami, czy teraz, gdy są większe, pilnuję, gdy jedzą. Oczywiście dziś nie ślęczę im nad głową podczas kolacji, ale w czasie jedzenia orzechów, winogron, borówek, czy innych drobnych pokarmów, siedzę obok nich i obserwuję. Gdy były niemowlętami i uczyły się gryźć, zawsze byłam przy nich – gotowa w razie potrzeby interweniować.
  2. Jemy tylko przy stole – ta zasada jest święta i ma związek nie tylko z bezpieczeństwem podczas jedzenia, ale także z pewną celebracją czasu, który spędzamy razem. Ponadto, jedzenie przy stole unieruchamia dzieci, które gdyby im pozwolić, biegałyby z kanapką po całym domu, a ruch – szczególnie w wykonaniu maluchów – sprzyja możliwości zadławienia.
  3. Staramy się nie rozmawiać z pełną buzią – to nie tylko kwestia kultury jedzenia, ale także ryzyka związanego z zakrztuszeniem. Sami wiecie, że gdy dwoje dzieci zaczyna rozmawiać i się śmiać, to nie da się tego opanować. W czasie rozmowy czy śmiechu, wciągamy powietrze także ustami, co może doprowadzić do zassania jedzenia do tchawicy, a to już stwarza niebezpieczeństwo zadławienia.
  4. Jemy i pijemy na siedząco – wydaje się to oczywiste, jednak znam  rodziców, którzy pozwalają dzieciom, szczególnie pić na leżąco. Taka pozycja to proszenie się o nieszczęście. Spróbujcie same położyć się i napić. Żartuję, lepiej tego nie róbcie – to naprawdę niebezpieczne.
  5. Gryziemy – małe dzieci, które jeszcze nie mają zębów muszą otrzymywać pokarmy dostosowane twardością do swoich możliwości. Jeśli damy bezzębnemu niemowlęciu orzech, będzie go memlało w buzi, a ostatecznie wypluje lub połknie w całości, dlatego ważne jest, by dostosować jedzenie do możliwości maluchów. Starsze dzieci, często spieszą się w trakcie jedzenia i niedokładnie gryzą pokarm, połykając duże kawałki jedzenia. To niezdrowe i ryzykowne.

Stosowanie się do tych zasad pozwoliło nam jak dotąd – odpukać – uniknąć potencjalnie niebezpiecznych sytuacji związanych z utratą oddechu, spowodowaną udławieniem.

Szczególnym wyzwaniem dla mnie, na początku macierzyństwa, było podawanie leków. Choć każdy syrop zawiera odpowiednią strzykawkę czy łyżeczkę z miarką, to ich użycie też wymaga wprawy. Chyba nie ma w Polsce osoby, która nie słyszałaby dramatycznej historii Oli, córki Ewy Błaszczyk, która w wieku 6 lat zakrztusiła się przy połykaniu tabletki i zapadła w śpiączkę. Myślę, że to wydarzenie wpłynęło na wiele współczesnych matek. Boicie się podawania tabletek swoim dzieciom?

 Są sposoby, by bezpiecznie aplikować leki różnego rodzaju.

Jak podaję dzieciom leki:

Syropy i krople:

Niemowlętom i małym dzieciom podaję leki w syropie – jeśli tylko jest to możliwe, to małym dzieciom podaję leki w płynnej formie. Łatwiej je aplikować, a dzieciom połykać.

Używam strzykawek załączonych do leków – są one bezpieczne, zakończone odpowiedniej średnicy otworem, bez ostrych krawędzi.

Syrop tłoczę strzykawką, kierując w policzek dziecka – to najbezpieczniejszy sposób podawania leków – także w nocy, gdy dziecko bywa nie do końca obudzone. Płyn nie ma możliwości pod ciśnieniem wystrzelić do gardła dziecka.

Zawsze na siedząco – o tym pisałam już wyżej, ale warto wspomnieć o tym jeszcze raz w kontekście podawania leków, które czasem musimy aplikować nocą i jest pokusa, żeby nie ruszać dziecka, tylko podać mu syrop w pozycji leżącej. Nigdy tak nie róbcie, konsekwencje mogą być dramatyczne.

Tabletki:

Niemowlętom i małym dzieciom kruszę – są leki, choć jest ich niewiele, które nie mają swojego płynnego odpowiednika, a jednocześnie trzeba je podać dziecku. Oczywistym jest, że maluszek ich bezpiecznie nie połknie, dlatego trzeba je rozkruszyć i podać wraz z płynem na łyżeczce.

Tłumaczę – z doświadczenia wiem, że dzieciaki współpracują, gdy wiedzą, że traktuje się je poważnie. Moim dzieciom wyjaśniam, jak trzeba połknąć tabletkę i czym jest zakrztuszenie. Wiedzą, że w czasie połykania nie ma śmiania się, wygłupów. Połykamy i wtedy możemy się bawić.

Na ratunek!

Pomimo zachowywanych środków bezpieczeństwa, zdarza się, że dziecko się zakrztusi. Co wtedy robić? Musicie zachować zimną krew. Nie wpadajcie w panikę. W większości wypadków dziecko poradzi sobie samo, kaszląc. Obserwujcie uważnie każdy oddech – rozpoznacie, czy potrzebna jest pomoc. Nie każcie mu podnosić rąk, nie klepcie po plecach. W większości przypadków efektywny kaszel jest skuteczny.

Gdy nie przyniesie efektów, dziecko straci oddech. Wtedy konieczne jest natychmiastowe działanie. Niemowlęta układamy na przedramieniu i przechylając głową w dół, z wyczuciem, klepiemy w plecy. Starsze dzieci powinny się pochylić do przodu. Gdy dziecko nadal nie odkrztusza, uciskamy okolice mostka (starsze dzieci uciskamy w nadbrzusze), by wywołać kaszel. Jeśli dziecko nadal nie oddycha lub straciło przytomność, rozpoczynamy resuscytację i wzywamy pogotowie.

Dramatyczne w skutkach przypadki zakrztuszenia, wbrew pozorom, nie zdarzają się bardzo często. Przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa i odpowiednich nawyków związanych z jedzeniem, zakrztuszenie – nawet, gdy się przytrafi – skończy się na kaszlu.
Pamiętajcie też o tym, żeby obserwować dziecko po zakrztuszeniu, bo może się zdarzyć, że pokarm przedostanie się do dolnych dróg oddechowych.

A Wy miałyście jakieś nieprzyjemne historie z zakrztuszeniem? Jakie są Wasze sposoby na uniknięcie takich sytuacji?


Ten wpis ma 7 komentarzy

  1. LeonaCassiani

    Nie rozumiem dlaczego w artykule ciągle piszemy o zakrztuszenie skoro nie są to tak niebezpieczne sytuacje. Najwiekszym problemem sa, jak zresztą na początku jest wspomniane, zadławienie, i czasem niestety nie pomogą nawet zasady przytoczone we wpisie. Mój synek niestety przyprawił mnie o zawał cztero- może pięciokrotnie kiedy siedząc normalnie w foteliku zadławił się jedzeniem (miękkie warzywa i owoce). Oczywiście moje reakcja była natychmiastowa i wszystko dobrze się skończyło, ale te duże przestraszone oczy i nieumiejętność złapania oddechu będą mnie prześladować. Przez to powiedziałam BLW zdecydowanie nie i przez pół roku byliśmy na papkach. Teraz ma 1,5 roku i już dawno nie doszło do takiej sytuacji, je wszystko normalnie, ale chciałam tylko podkreślić że czasem po prostu pewne zasady się nie sprawdzają q BLW może nie być dla każdego:)

  2. Moana

    Landrynki dzieciom?

  3. Doli

    Moja siostra kiedyś załatwiła się landrynka (przestrzegam). Miała chyba z kilka lat kiedy usłyszałam w pokoju paniczny krzyk i płacz mojej mamy. Gdy wyszłam z pokoju siostra była czerwona i nie mogła złapać oddechu. Byłam wtedy nastolatka, chodziłam do liceum i akurat niedawno miałam zajecia z pierwszej pomocy! Nie wiem jak to zrobiłam ale zachowałam zimną krew i pomogłem jej, złapała w pół i skierowałam w dół uciskając nadbrzusze i pechowy cukierek poturlał się po podłodze…to było wielkie przeżycie. Dziś minęło ok 15 lat i sama mam dwoje dzieci. Córka 13 lat -na szczęście nie było groźnych sytuacji może dlatego, że jestem przeczulona na punkcie zadławień i zawsze pilnowałam przy jedzeniu. Synek ma 5 miesięcy i dopiero zaczyna przygodę z jedzeniem. Mam nadzieję że nie będzie podobnych sytuacji.

  4. Magda

    Aniu, twardy- nie trudny 😉

  5. Marta

    Oj tak, siedzieliśmy kiedyś przy obiedzie z moim synkiem i bratanicą. Dzieci się śmiały i wygłupiały, trudno było je uspokoić. Ale jakoś się udało. Zapadła cisza. I po chwili patrzę, a cisza zapadła bo moja bratanica już była sina na twarzy i ledwo oddychała (siedziała obok mnie, ale karmiłam młodszego syna i byłam do niej odwrócona plecami). Dławiła się jedzeniem, moja mama zamarła w przerażeniu i nie mogła się ruszyć. Złapałam małą i nacisnęłam na przeponę, głową w dól, jedzenie wypadło a ona zaczęła płakać….. To było tyle lat temu, ale ciągle mam przed oczami… 🙁

    Innym razem ciocia zajmowała się dziećmi sąsiadów, dostały cukierki i zaczęły skakać po kanapie. Chłopiec się zakrztusił, a ciocia tak go ratowała, że mu jedno żebro złamała. Nie miała nigdy kursu ratownictwa, więc zrobiła, co jej instynkt podpowiedział…

    Kurs pierwszej pomocy powinien być obowiązkowy! Sama przeszłam go kilka razy, w tym 2 w ratowaniu dzieci.

  6. Adrian

    Dziękuję za udostępnienie mojego filmu. Zapraszam na kanał kursysos.pl na youtube. Pokazuję jak ratować życie

Leave a Reply

%d bloggers like this: