fbpx

Zaangażowany tata, czyli pomóż mu zrobić to samodzielnie

Często moi znajomi lub rodzina dziwi się, że mój mąż mi nie pomaga. Tak jakby dzieci i dom były tylko moim obowiązkiem, a ich tata od czasu do czasu by nam pomagał. Nie lubię tego stwierdzenia „pomagać w domu”, bo stwierdza ono, że ktoś jest głównym opiekunem, a reszta tylko od czasu do czasu wykonuje czynności pomocnicze, często na prośbę. 

Dużo rozmawiam z kobietami w moim otoczeniu. Spotykamy się lub wymieniamy wiadomości, z których jasno wynika, że ojcowie ich dzieci właśnie pomagają. Nasuwa mi się pytanie, dlaczego tak jest?

Dlaczego to jest matki obowiązek, a ojca tylko przywilej (czasem dość wątpliwy)?

A już kiedy zostanie z dzieckiem sam to wygłaszają mu peany pochwalne i biją brawo za zmienioną pieluchę?

Wkurza mnie to, że sporo kobiet narzeka na swoich facetów i kreuje ich na mało ogarniające czasoprzestrzeń istoty. Serio? Takiego mężczyznę sobie sama wybrałaś, z wszystkimi wadami i zaletami. Mój nie umie robić prezentów, ale za to dzieciakami  zajmuje się lepiej niż ja.

Mężczyźni się nie zmieniają – mówili. I to jest prawda.

Gdybym nie karmiła piersią mogłabym wyjechać na tydzień i wiem, że mój mąż znakomicie by sobie poradził. Na swój własny sposób, nie na mój – wg listy, czy moich przykazań.

Moim zdaniem kobiety często (nie zawsze) same sobie gotują tak los, tymi wszystkimi stwierdzeniami: „Nie tak!” „Źle to robisz”, „Czekaj, pokażę Ci jak to zrobić”. A kiedy i tak nie zrobi tak jakbyśmy tego chciały to już mamy dość i same to robimy.

Spróbujmy postawić się z drugiej strony. Facet, który nie nosił dziecka pod sercem przez 9 miesięcy, nie czyta blogów, poradników, a nawet nie dostaje rad od swojej mamy – często nie wie jak zajmować się niemowlęciem. Nie ma jednego właściwego sposobu. Mogą być różne. I to jest właśnie najfajniejsze.

„Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”

Borys Szyc

Mój sposób jest najlepszy

Dziecko od początku ma możliwość obserwacji różnych zachowań. Nawet sama pielęgnacja jest ciekawsza, gdy dzieckiem zajmują się dwie osoby. Dla harmonijnego rozwoju bardzo służy różnorodność. Mama tak zmienia pieluchę, a tata inaczej. I to jest fajne. Nie ma jednej- tej właściwej instrukcji obsługi niemowlęcia.

Tata sam w domu

Zostawiacie często dziecko/dzieci same z tatą? A dzwonicie później i dopytujecie jak sobie radzą? Albo przygotowujecie długie listy co, jak i z czym ma zrobić? To przestańcie. Tata nie jest półmózgiem, który sobie nie poradzi. A Wy wcale nie zajmujecie się NAJLEPIEJ dzieckiem. Wczoraj na Facebooku napisałam, że wstałam, wypiłam kawę, mąż się zajął dzieckiem, a ja poszłam się wykąpać. Ktoś napisał: „Brawa dla taty”. No ludzie kochani. Dla mnie to jest totalnie normalne. Odciągam mleko i wychodzę. Poradzą sobie bez dwóch zdań. Tak, z dwójką zmęczonych już dzieci. Jeżeli martwicie się, że dziecko będzie płakać (noworodek, niemowlę) to pomyślcie, że u Was na rękach też dziecko płacze i też czasami nie wiecie jak je uspokoić. Dopóki dziecko ma co jeść, będzie ok.

Tata też musi pobyć sam na sam z dzieckiem żeby wypracować sobie swój własny system (bez nadzoru;).

Często mężczyźni nawet lepiej sobie radzą z dziećmi niż kobiety. Dlaczego? Bo nie spinają się, nie denerwują i mają więcej cierpliwości. A już na pewno nie zastanawiają się co pomyślą inni.

Tata do zabawy, mama od obowiązków

Od początku naszego rodzicielstwa nie chciałam żeby  tak było. Mimo tego, że sama wychowałam się bez ojca to wiedziałam jak ma wyglądać nasze „bycie rodzicami”. Właśnie,  dlatego jest mi łatwiej, bo nie mam wzoru. Nie zaszufladkowałam roli ojca, który po powrocie z pracy wkłada kapcie i czyta gazetę. Miałam tylko wyobrażenia, które udało mi się spełnić. Zaangażowany tata. Partnerstwo i zrozumienie.

W wielu domach to właśnie tata jest od samych przyjemności. Zabrać na rower, na lody, zrobić hopa hopa na kolanie. Nie u nas. Zamieniamy się tak żeby nie było ani dobrego policjanta, ani złego. Nie dążę za wszelką cenę do perfekcji i może dlatego jest mi łatwiej. Jak tata zrobi kolację, to jest smażona kiełbasa i chleb moczony w oliwie, a na obiad mięso, ziemniaki i mizeria. No i super. Lilka uwielbia smakołyki taty. Moczy ziemniaki w śmietanie (jak tata), a ja w myślach przeliczam wartości odżywcze tegoż.

Komentarze zostawiam sobie. Tata nie jest od samych przyjemności, ćwiczy z córką oczy i robi inhalacje. Jeżeli chodzi o podział obowiązków w naszym domu to tylko trzy czynności należą tylko do mnie: podawanie leków w czasie choroby, obcinanie paznokci i karmienie piersią. Resztą się wymieniamy i nie chodzi tu o żadne kompromisy, bo jednak w przy tak popularnym kompromisowym rozwiązaniu sprawy obie strony są niezadowolone. Więcej we wpisie Mama to nie jest to samo co tato!

W Polsce podziwia się ojców, którzy są tak samo oddani jak matki. Dlaczego?

Tu chodzi o partnerstwo.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” pod postem na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Zdanie-m taty

Na początku było słowo, a teraz jest zdanie. Zdania układają się już w przemyślany dialog…

Nie ogarniam. Lilka używa słów, a ja nie wiem gdzie ona się ich nauczyła. To jest jak lawina.

To było wspaniałe uczucie – kiedy na początku budowania słownictwa – dokładnie byłem w stanie określić, skąd pochodzi każde nowe użyte przez nią słowo! Po opanowaniu „Księgi dźwięków”, opracowaniu wszelkich możliwych odgłosów, kiedy była już w stanie skupić się na paru zdaniach treści – rozpoczęliśmy cowieczorne czytelnicze przygody – na co dzień można było dokładnie określić, które nowe słowo pochodzi, z której lektury.

Kiedy pojawiał się czasem jakiś zwrot, którego nie byłem w stanie zidentyfikować – wystarczało maleńkie śledztwo – i mama przypominała sobie, że pani w piaskownicy w taki sposób zwracała się do bawiącej się obok Lilki pociechy.

Teraz córcia jest nie do zatrzymania.

Buzia się jej nie zamyka. Kiedy wracam z pracy i pytam jak minął dzień, otrzymuję dogłębny raport z przedpołudniowych przygód. Naturalnie trzeba często skonfrontować z rodzicielką te z przejęciem opowiadane strzępy informacji – by odnaleźć w nich odpowiednią chronologię! Nieustannie jednak serce rośnie.

Kiedy człowiek słyszy z ust Lilci zamiast „japko” piękne dźwięczne „jabłko”, to widzi jak procentuje trochę może aż nienaturalna staranność przy artykułowaniu czytanych przed snem przygód „Basi i Franka” czy obecnie oblubionych „Tosi i Tymka”.

Zdaję sobie sprawę, że to bardzo na wyrost – ale próbuję aż przesadnie pilnować dykcji. To niedbałe „japko” – może potem powodować kłopoty przy nauce pisania – bo niby czemuż to wymawiane na szybko „p” – miałoby się w pisowni cudem jakimś przeradzać w „bł”? Błahostka ale jednak…

Próbowałem też wstępnie w podróży zaszczepić słuchanie audiobooków

ale jeszcze za wcześnie na skupianie się za długo na wspaniałym głosie Edyty Jungowskiej, która w charakterystyczny sposób wymawia imię [Szasztin] (Kerstin) – postaci  z „Dzieci z Bullerbyn”. Połowa sukcesu jest taka – na fali są obecnie w samochodzie ponadczasowe hity w wykonaniu P.Fronczewskiego  z „Pana Kleksa”.

Piękne jest naturalnie i inspirujące nie skrępowane niczym słowotwórstwo. Choć jeszcze do przedwczoraj – na pytanie kim chce zostać jak dorośnie – odpowiadała z oczywistością lepiej od najtęższych filozofów „ja będę Lilą!” – dziś zostałem uraczony nową odpowiedzią – „ja będę rolniczką”! Inne- godne zapisania neologizmy to: „kombizenon” i „kozaki”- kozy

Kochana jest niezawodna dosłowność jej odpowiedzi – na retoryczne pytania:

– a kto tu tak skacze jak kangurek skit skit (to jej wynalazek na dźwięk wydawany przy skakaniu)?

– Lila!

– a czy ty jesteś  moim małym pingwinkiem?

– NieeeeeeEeee, ja jestem Lila!

Ujmujące jest stosowanie męskich form. Pierwsze słowa rano po przebudzeniu:

– yYyyyy jestem bardzo głodny!

Albo  – ja jestem twoim córkiem!

Wszystko to zostanie potem naturalnie wyparte przez poprawne formy. Tak samo jak wynaleziona przez nią i przez parę miesięcy używana forma wyrażania próśb w grzecznościowej formie:

– Może są płatki?

– Może Lila pójdzie na huśtawkę?

Rodzice sami zostali zdominowani przez latorośl i nieświadomie zaczęli stosować tę samą konstrukcję.

Ulubiona obecnie zabawka to telefon.

Choć czasem jest udawany choćby przez mydło – to wszak można z niego i zadzwonić do babci, i jak się okazuje wysłać smsa – ale i zrobić zdjęcie – kiedy córka przyłoży go do lewego oczka i poinstruuje swój model niezawodnym „uśmiech!”

A i z prawdziwego telefonu można powoli z pociechą pokonwersować i liczyć na coraz dłuższy, ba – nawet zazębiający się miejscami dialog!

Największy komplement trafił się nam na rynku bodajże w Poznaniu, kiedy to mama doświadczyła podziwu od bardzo wiekowego przechodnia, który nie mógł się nadziwić dialogowi jaki prowadziły. Przystanął i zaczął nagabywać jak to jest możliwe?

Tłumaczył, iż w jego czasach – nikt w ogóle się nie trudził zwracaniem się do tak małego dziecka. Nikt nie wierzył, że ma to jakikolwiek sens i przełożenie na rozwój. Dziecko się ignorowało jako przecież zupełnie niewprawnego w mowie dyskutanta.

A to przecież właśnie klucz.

Mówić, mówić, mówić. Zniżyć się fizycznie do poziomu twarzy dziecka. Dać mu poobserwować gdzie powstają w buzi jakie głoski. Powtarzać to co dziecko powiedziało. Nie poprawiać. Nie pouczać.

Po prostu rozmawiać. Otwierać dialog. Powtarzać po dziecku – za każdym razem odrobinę ubogacając zdanie. Dać dziecku czas na odpowiedź. Zadawać pytania które będą zachęcały do dłuższej odpowiedzi. Drążyć temat. Kiedy dziecko jest podekscytowane – dzielić jego nastrój i modulować ton wypowiedzi by czuło, że jesteśmy równie zafascynowani.

Jeżeli spotkacie kiedyś ogromną, szafirową hortensję, to nie mówcie, że to kwiatek. A użyjcie jak najwięcej epitetów, pozwólcie dotknąć, poczuć i zapamiętać.

To wystarczy.

Stan na chwilę obecną – Lila jak na córkę logopedki przystało – coraz częściej już prezentuje piękne wibrujące „r”. Wszystkie spółgłoski wskakują poprawnie na swoje miejsca. Jeszcze frykatywy „s”, „ś”, „sz” to jedno wielkie seplenienie międzyzębowe. W Hiszpanii córcia byłaby traktowana z nimi jak swoja! Adios amigos!

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!