fbpx

Jak (nie) odpoczywa mama?

  • KOSMETYKI
  • 8  min. czytania
  •  komentarze [29]

Jak tam Mamy, odpoczęłyście na wakacjach? Jeżeli i Wam po takim pytaniu rysuje się na zmęczonej twarzy nerwowy uśmiech, to ten wpis jest dla Was. Co to znaczy „odpoczynek” w słowniku kobiety, która ma na głowie dom, dziecko, pracę, męża, czasem nawet jakieś zwierzę domowe? Czy „odpoczynek mamy” jest oksymoronem, w którym jeden wyraz przeczy drugiemu i odwrotnie? 

W ubiegłym tygodniu byłam sama z dziećmi i kiedy wrócił mój mąż, poszłam załatwić kilka spraw. Tak naprawdę chciałam pobyć chwilę sama, a przy okazji odebrać przesyłkę na poczcie.

Przede mną stało 5 osób. Każdy z nich miał swoje sprawy i czekał cierpliwie w kolejce. Pan, który stał na samym początku wyciągnął z przepastnej, niebieskiej torby, którą ostatnio podrobił Balenciaga około 120 listów.

Pani przede mną aż uniosła wzrok ku mrugającym jarzeniówkom i głośno westchnęła. A ja w duchu aż poskoczyłam z radości: „Yeeeessss, dodatkowe 20 minut dla mnie” i wyciągnęłam z torby ulubioną gazetę, do której nie miałam czasu zajrzeć od tygodnia.

Czas niestety leciał za szybko, a Pani w okienku kończyła stemplować przesyłki. Podeszłam do okienka, wyjęłam awizo. Byłam już tak padnięta, że ledwo widziałam na oczy, ale nie pomyliłam tego papierka z receptą. Pani przyniosła moją paczkę i podała mi blankiet do podpisania.

Imię, nazwisko i data.

Z pierwszymi poradziłam sobie bez najmniejszego problemu, bo gdybym tego automatyzmu nie dała rady napisać, to już bym prosiła o telefon na pogotowie z podejrzeniem udaru. Ale kiedy przyszło mi napisać datę, to autentycznie miałam pustkę w głowie. Zaczęłam liczyć, dodawać, odejmować.

Miałam rozładowaną moją pamięć zewnętrzną, mój mózg, który zawsze mam pod ręką (czyt. telefon). Zakłopotana zapytałam Panią w okienku: „Który dziś?”. Pani rzuciła tylko: „Ósmy”. Zaczęłam kreślić ósemkę, miesiąc jakoś ogarnęłam – bez przesady, aż tak źle ze mną nie jest. Następnie napisałam „20..” i tu się zatrzymałam.

Zmarszczyłam brew, spojrzałam do góry, głośno westchnęłam. Nie uwierzycie, poziom mojego zmęczenia sięgnął zenitu, bo do jasnej Anielki nie byłam w stanie, przez dłuższą chwilę przypomnieć sobie, czy jest rok 2007 czy 2017. Aż mi się gorąco zrobiło! W końcu przywołałam rok urodzenia Juniora i wtedy już wiedziałam. Ale to co działo się ze mną przez tamte chwile przeraziło mnie na dobre.

Podobno jest tak, że jeżeli jesteś rodzicem i na koniec dnia nie czujesz zmęczenia to robisz TO źle!

czytaj: jesteś złym, leniwym rodzicem i najpewniej Twoje dzieci od rana do nocy oglądają bajki

Tamten dzień był wyjątkowy, bo dosłownie dałam z siebie WSZYSTKO dzieciom, pracy i mężowi. Nic nie zostawiłam dla siebie.

To błąd, który popełnia wiele mam. Tak bardzo chcemy wszystkich wkoło zadowolić, że nic lub prawie nic nie zostawiamy dla siebie. Dlaczego?

Nie da się dbać o innych, nie dbając o siebie.

Zgadzacie się? Nie mam nawet myśli przesadnego dbania o wygląd. Tylko takiego ogólnego bycia dla siebie dobrą. Macie z tym problem? Ja już nie mam.

Pamiętacie mój wpis o wrażliwych dzieciach? Każda z Was była zdziwiona ostatnim punktem. Przytoczę go:

13. DBANIE O SIEBIE – wiem, że zabrzmi jak banał, ale rodzice małych wrażliwców MUSZĄ  bardziej dbać o siebie. Kiedy to tylko możliwe muszą mieć szansę na odreagowanie, zrelaksowanie, odpoczynek i czas dla siebie. Bez tego nie będą w stanie reagować na taki ładunek emocji od dzieci.

Wiele z Was napisało mi, że są zdziwione, dlaczego to jest tak ważne.

Czy Wy też oddajecie dzieciom ostatni kawałek ciastka, mimo tego, że zjadły przed chwilą swoje?

Czy zostawiacie swoje sprawy żeby pomóc dziecku? Jesteście na każde zawołanie?

Spełniacie potrzeby, prośby, zachcianki?

Jesteście przy dziecku kiedy ma świetny humor i kiedy od samego rana wszystko jest na „NIE”?

Ja też i gdybym nie miała czasu na regenerację nie byłabym w stanie być tą uśmiechniętą Mamą, którą zawsze chciałam być. A nie tą sfrustrowaną, którą denerwuje własne dziecko. 

Jak w takim razie odpoczywa Mama?

Spędza sama weekend w SPA, pije drinki z parasolką i ma więcej niż godzinę dziennie na czytanie książki.

Do spa na weekend wolę pojechać z rodziną i znaleźć tam trochę czasu dla siebie:)

YYY, osobiście nie znam takiej Mamy.

Już dawno doszłam do wniosku, że taki wyjazd nie jest dla mnie, chociaż w sferze marzeń wielu kobiet tak to właśnie wygląda. Tak sobie wyobrażają ODPOCZYNEK.

Myślę, że nie ma co aż tak wyolbrzymiać swoich oczekiwań. Chyba, że naprawdę o czymś takim marzycie to ok. Jednak utożsamianie odpoczynku absolutnego z takim właśnie wyjazdem może być frustrujący, że w swoim matczynym życiu nic „tylko dla Was” nie czeka.

Ja też kiedyś wpadłam w taką pułapkę myślenia pt. „Ja nic nie mam z życia”.

„Shantaram” może przeczytam za dwa lata;)

Tylko się dołowałam. Przeglądałam fotki Mam  w sieci i popadałam w frustrację, że np. ta z Nebule była tam i siam i nawet kawkę w hamaku było dane jej wypić i gazetę poczytać. A moja kawa już lodem się skuła. Albo jak ona te pazury ma zawsze na najmodniejszy kolor zrobiony i nawet nie odpryśnięty? A ja nie mam niani i na 3 h na manikiury i pazikiury pójść nie mogę, a Shantarama czytam już drugi rok.

Wtedy usiadłam i stwierdziłam, że coś jest nie tak. To nie może być, że jestem utyrana, sfrustrowana i wiecznie zmęczona! Nie tak miało wyglądać moje macierzyństwo! Nie chcę żeby taką pamiętały mnie moje dzieci.

Na kartce wypisałam, co w moim życiu jest tylko moje. Co sprawia mi przyjemność i dodaje powera? Jak odpoczywam? Co robię dla siebie?

W poszukiwaniu czasu dla mnie zapisałam się nawet na siłownię. Uznałam, że skoro nie mogę znaleźć czasu dla siebie to go sobie zwyczajnie kupię. Jednak po dwóch wizytach stwierdziłam (po raz kolejny), że to nie jest moja bajka i tylko bym się wpędzała w kolejne poczucie winy, kiedy mam iść na trening, a mój mąż musi zostać w pracy. To nie dla mnie.

Zaczęłam ćwiczyć w domu. Każdą drzemkę Juniora przeznaczam na pracę, więc nie mogę w tym czasie ćwiczyć. Uzgodniłam więc z mężem, że 3 razy w tygodniu będzie zabierał dzieci sam na podwórko. Do tej pory chodziliśmy razem, bo to naprawdę fajny czas kiedy możemy być we czwórkę. Jednak uznałam, że bardziej potrzebuję tego czasu tylko dla siebie. Z resztą to tylko 40 minut.

Wkręciłam się również w samodzielne robienie paznokci hybrydowych. Dzięki temu mam piękne paznokcie przez 10 dni, a sam proces ich robienia relaksuje mnie i pozwala odpocząć od codziennych spraw. W trakcie malowania słucham podcastów, webinarów lub filmików na youtube.

Zauważyłam również, że im bardziej czynność, którą wykonuję jest tematycznie oddalona od dzieci tym lepiej wypoczywam. 

Jak wiecie jestem też kosmetycznym freakiem. Uwielbiam testować nowości, czytać recenzje i szukać kosmetyków idealnych. Każdy dzień rozpoczynam od pielęgnacji. Nie mam dużo czasu, a czasem prawie w ogóle, więc stawiam na moje pewniaki, które nie zabierają dużo czasu. Naprawdę widzę zależność – im bardziej dbam o siebie i więcej czasu poświęcam własnej osobie to jestem bardziej cierpliwa i miła dla innych.

Często rano nie mam nawet jak się wykąpać, bo wolę się porządnie wyspać niż wstawać przed wszystkimi. Dlatego np. po śniadaniu wstawiam krzesło do karmienia z Juniorem w środku do łazienki i on mi towarzyszy podczas kąpieli. Samego nie mogłabym go zostawić, bo ma obecnie fazę „Na Kukuczkę” i w 8 sekund jest w stanie wejść na stół.

Te moje codzienne czynności są formą oczyszczenia.

W tym terminie zawiera się nie tylko OCZYSZCZANIE zewnętrzne, ale również duchowe. To, że sobie przecieram rano i wieczorem twarz płynem micelarnym wpływa na mnie relaksująco. Mam czas dla siebie (chociaż to 2 minuty) i oddam go później innym z uśmiechem. A nie wiecznym grymasem, że: „Nawet nie mam się jak wykąpać”.

Zmywam makijaż jak dzieci siedzą w wannie lub się bawią. Tonizuję skórę twarzy chwilę po tym.  Krem wklepuję jak wsuwają śniadanie. Rozczesuję włosy jak na chwilę przysiądą poczytać książki. Wydaje się, że to są tylko minuty i w tym czasie nie da się odpocząć jak w SPA w weekend, ale kiedy zsumujemy z całego tygodnia te wszystkie czynności tylko dla siebie, to wyjdzie podobnie. Naprawdę!

A przy okazji dbam o swoją skórę, która z wiekiem stała się bardziej wymagająca. Często kobiety (w tym Mamy) o tym zapominają! Dla mnie to było ODKRYCIE: jeżeli nie zmyję dobrze makijażu, nie użyję toniku to ten krem, który tak sumiennie wklepuję pod zmęczone powieki zwyczajnie nie zadziała na 100%!

Dobre oczyszczanie to ponad 50% sukcesu. Tonik pozwala naszej skórze wrócić do prawidłowego funkcjonowania. przywraca jej naturalne pH, które woda kranowa zwyczajnie zaburza. Całkiem nieświadomie utrudniałam sobie kolejne kroki pielęgnacji. Ale teraz już wiem:)

Dlatego od niedawna moja mała wielka pięlęgnacja wygląda tak: 

  1. Mikrozłuszający żel peeling do mycia twarzy tołpa dermo face, sebio. – pierwszy raz mam żel, który dobrze dobrze myje skórę i delikatnie złuszcza naskórek.
  2. Złuszczająca pasta – maska do mycia twarzy tołpa dermo face, sebio – używam jej dwa razy w tygodniu, na wieczór. Nakładam kolistymi ruchami i zostawiam na kilka minut. Jest genialna, bo skóra po niej jest świetnie oczyszczona.
  3. Normalizujący płyn micelarny do mycia twarzy tołpa  dermo face, sebio. – doskonale zmywa makijaż i zanieczyszczenia ze skóry. Zwęża pory i zostawia odświeżoną skórę gotową do następnego kroku.
  4. Tonik- serum 2w1 tołpa dermo face, physio. Lekko nawilża skórę, przywraca jej właściwe ph i świetnie przygotowuje skórę na nałożenie kremu.

Jak widzicie, to tak niewiele, a może pomóc w dbaniu o siebie.

Chwilka na kawę i parę przeczytanych zdań pozwalają mi odpocząć i być myślami gdzieś indziej. Jednocześnie zakładam sobie, że mogę tego nie dokończyć.

Same powtarzanie sobie, że może się uda, nie powoduje takiej złości jak ktoś mi przerwie w połowie. Zdarzyło mi się chodzić np. z pomalowanymi paznokciami na jednej stopie przez dwa dni, bo akurat nie miałam jak dokończyć.

Jeżeli też tak masz, to wiedz, że inne Mamy mają podobne dylematy. Próbują rozciągać dobę, która nie jest z gumy i walczą z czasem. Lubię też mój tryb „oszczędzania energii”. Włączam go, kiedy wiem, że przed mną jest ciężki dzień.

Do napisania tego wpisu zachęciła mnie marka tołpa, która zwraca uwagę na z pozoru tak banalną czynność, jaką jest oczyszczanie skóry twarzy. A to kluczowy krok w codziennej pielęgnacji.

Czasami popełniamy błędy, z których sobie nawet nie zdajemy sprawy. Warto ten temat eksplorować. Razem chcemy Was zachęcić do pogłębienia tego tematu i naprawy codziennych rytuałów oczyszczania. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ

Mam dla Was również niespodziankę od marki tołpa – wyjątkowy rabat „nebule17”  -20% na zakupy na stronie tolpa.pl

Kod nie łączy się z innymi promocjami i kodami rabatowymi w ramach jednego zamówienia. Kod jest ważny do 23.09.2017 r.

*wpis powstał w ramach współpracy z marką tołpa

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Czy nasze mamy miały lepiej?

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy moja mama  powiedziała mi te słowa: „Zrozumiesz to, jak sama będziesz matką”. Wiele razy później powtarzała tę frazę. Nie znosiłam kiedy tak mówiła! Trzaskałam drzwiami, wybiegając w jednym bucie na klatkę schodową, a pod nosem burczałam : A co Ty możesz wiedzieć!

Minęło ponad 13 lat, odkąd wyprowadziłam się z domu, a jej słowa realizują się jak samospełniająca się przepowiednia.

Dziś sama jestem matką i wiem, co to znaczy paniczny strach o zdrowie dziecka. Tego dziecka, które przed chwilą było uśmiechnięte i ściskało Twoje palce z całych sił. Wiem, co to znaczy być nieprzytomnym po nieprzespanej nocy. I nie mam tu na myśli 10 czy 16 pobudek, tylko siedzenie przy łóżku i pilnowanie czy przypadkiem dziecko znów nie wymiotuje i się nie dławi. Wiem też, jak to jest, kiedy uśmiech dziecka pomaga przetrwać ten czas.

Jesteś mamą i zawsze będziesz chciała jak najlepiej dla swoich dzieci.

To co moja mama próbowała mi wytłumaczyć 25 lat temu, dopiero teraz jest dla mnie jasne. Są to prawdy uniwersalne o byciu mamą. Nieważne, że minęło tyle czasu…

Czasy się zmieniają, ale ludzie pozostają tacy sami.

Często rozmawiam z moją mamą o wychowywaniu dzieci. Jak sama mi kiedyś przyznała: Wtedy było łatwiej!

Nie mogłam uwierzyć w jej słowa, bo jednak zawsze mi się wydawało, że mamy tyle udogodnień, długi i płatny  (TRZY RAZY DŁUŻSZY) urlop macierzyński, wsparcie zaangażowanych ojców i wszystkiego innego. A może mamy za dobrze i nie doceniamy tego, co mamy?

Postanowiłam przenieść się w czasie i sprawdzić, jak to było kiedyś i czy faktycznie było łatwiej, a może podobnie?

ROZMOWY KONTROLOWANE

Telefon, czerwony i błyszczący z kablem zakręconym jak świński ogon – marzenie każdej gospodyni domowej. Symbol luksusu i łączności ze światem. Nie dzwoniło się na plotki czy też bezsensowne pogaduchy z newsem, że Lewandowska z góry urodziła.

Telefon służył do przekazywania najważniejszych informacji: ktoś zmarł, ktoś się urodził, rzucili wózki na Lipowej lub też aranżowaniu spotkań towarzyskich. Często wpadało się bez zapowiedzi, ku „uciesze” wszystkich domowników.

Rozmowy face to face, zamiast naszego fejsa były znacznie łatwiejsze. Nikt się nie obrażał za to, że na końcu rozmowy nie dałaś ikonki Emoji z puszczonym oczkiem, bo to był jednak żarcik. A Ty to wzięłaś na serio.

Kiedy byłaś ciekawa, co słychać u sąsiadki pukałaś po szklankę cukru, a nie zaglądałaś na profil na Instagramie @sasiadka_z_gory.

Zamiast wystylizowanej fotki z kawą upiększonej filtrem Valencia – parzona kawa w szklance w metalowym koszyczku ze stylową grzałką obok. Teraz wiesz co jakaś @nebule jadła na śniadanie, a nie wiesz jak się nazywa sąsiad zza ściany.

Bez przypomnień na telefonie wiedziały, kiedy jest następne szczepienie na Polio czy też, o której zaczyna się przedstawienie w teatrze lalek. Zawsze przed czasem i na spokojnie – i to MPK-iem, bez buspasa.

Dziś wyjście i dojechanie z dwójką dzieci na umówioną godzinę muszę planować na dwie godziny przed, a i tak się stresuję czy zdążymy.

DBAJ O ZDROWIE TĘP MUCHY

Czy w PRL-u doba była o 3 godziny dłuższa, czy może matki się szybciej ze wszystkim uwijały? Mindfullness przy cerowaniu skarpet i kotlety mielone w stylu slow food przepuszczone przez maszynkę do mięsa zdiełaną w ZSRR, którą wujek Kazik przywiózł z wyprawy po złote łańcuszki. Jak to jest, że matki miały czas na wszystko?

Frania uprała górę prania i odwirowała ubrania – w trybie manualnym kręcąc za korbkę. Oczywiście nie sama! Spracowane dłonie – zakończone paznokciami w migdałki, pomalowane na perłowy kolor potrafiły zrobić wszystko. Teraz hybryda zdziera się tylko od stukania w klawiaturę i scrollowania fejsa.

Teraz zapłaciłabyś paypalem, przelewem lub zbliżeniowo, żeby doba była dłuższa o 3 h. Dziś luksusem jest czas, na który nie możesz sobie pozwolić. Siedzenie bezczynne to marnotrawienie pieniędzy. Jesteś 5 tygodni na macierzyńskim już powinnaś szyć kocyki minky. Zostajesz na wychowawczym? To może jakaś praca freelancera lub start-up?

Szkoda czasu na siedzenie na dywanie i czytanie po raz setny Pucia. A kiedy decydujesz się wrócić po roku na swoje stanowisko i jakimś cudem nie zajęła go młodsza o 10 lat dziewczyna w wieku (jeszcze) przedprodukcyjnym to jesteś ZŁĄ KORPOMATKĄ, która woli zarabiać hajs na nianię lub drogie przedszkole językowe.

KOSMETYCZNE MUST HAVE

Mydło wszystko umyje, nawet ciuchy i szyję – płatki mydlane detergent naszych mam do wszystkiego. Mydło – kosmetyk dla dzieci oraz zabawka kąpielowa w jednym! Łapać mydło pod wodą, bańki puszczać, a na pozostałym osadzie na wannie pisać litery. Skóra po takich zabiegach aż skrzypiała od czystości.

Płaszcz lipidowy zmyty do zera. Nie było niczego innego, więc matki i tak się cieszyły, że miały to mydło. Chyba, że nadeszła paczka zamorska z krajów zachodnich, wysłana pół roku wcześniej przez kuzynkę. A tam: czekolada, dwie pary majtek i Dove. Symbol luksusu i wielkiego świata. To nie było mydło, a kostka myjąca. Jeszcze wtedy matki nic nie wiedziały o pH skóry, o tym, że kosmetyk musi być neutralny.

Teraz już nie używamy zwykłych mydeł mimo, że nadal znajdziemy je na półkach (za antybakteryjne jest już internetowy lincz na forach dla matek), teraz jeśli sięgamy po mydło w kostce to tylko po KOSTKI MYJĄCE, czyli syndety. Kto by pomyślał 30 lat temu, że będą też produkty bezzapachowe, bo przecież to ma pachnieć mocno i ładnie.

Takich zamorskich rarytasów używało się od święta, więc i na rok go wystarczało. Teraz Dove w każdym osiedlowym Rossmannie, a od niedawna nawet w dedykowanej wersji Baby. Jakby tego burżujstwa było za mało to w dwóch wariantach: dla tych co lubią jak ich dzieci pachną, i dla tych co lubią jak ich dzieci pachną… dziećmi (czyli bez zapachu). 

Oldscholowa kostka wróciła do mojej łazienki dzięki kostce myjącej Baby Dove. Ona tylko z wyglądu przypomina zwykłe mydło, ale tak naprawdę mydłem nie jest i nie wysusza skóry. Moje dzieci łapią ją pod wodą, a przy okazji ćwiczą koordynację ręka-oko;) A przecież to ważne żeby wspierać rozwój dziecka!

KOBIETA PRACUJĄCA ŻADNEJ PRACY SIĘ NIE BOI

Sprzątanie w trybie manualnym (czytaj ściera i balia z wodą) plus asany na podłodze, w pozycji „pies z głową w dół” – z każdego kąta lakierowanego parkietu wytarte śmieci. Radziecki odkurzacz wył jak przy starcie Sputnika i mało kto dziś pamięta, że można było nim nadmuchać materac. Stylowa grzałka to był must have każdego gospodarstwa domowego.

Herbata i kawa tylko fusiasta – zostawiała niezły osad na zębach. Ciasta, szynki i kiełbasy piekło się w prodiżu postawionym na paździerzowym stołku. Jedzenie dla niemowląt przecierane ręcznym blenderem (czytaj: przez sitko), oczywiście wszystko eko i bio, bo na naturalnych nawozach od stryjka Zdzisia spod Pułtuska. Jaja od kurek szczęśliwych z wolnego wybiegu i mleko od krówek dojonych humanitarnie. Problem był wtedy, kiedy nie miało się rodziny na wsi.

PRZEPRASZAM, A ZA CZYM KOLEJKA TA STOI?

„Kobiety, jutro o 8 rzucą buty dla całej rodziny w tym sklepie na Górczewskiej” – to nie wiadomość z poczty pantoflowej z 85-go roku, a post na fejsie o plastikowych butach z logiem krokodyla. Lubimy dalej coś upolować, wystać, wyprosić, wywalczyć.

Wtedy to był nieodłączny element miejskiego lajfstajlu, a dziś? Promocja w drogerii potrafi przenieść nas na nowo do PRL-u, kiedy wszystkie Panie były jak… Pani Walewska – o tym samym zapachu.

WYPRAWKA W STYLU SMART

A właściwie eko i fair trade: tetra na pupę, tetra pod szyję, tetra na budę wózka. Silny trend minimalizmu – dostawało się ich 10. Genderowe ubranka po siostrze na brata, po bracie na siostrę i zawsze w czapeczkach, koniecznie wiązanych pod brodą – nawet w domu, a już zbrodnią było nie założenie jej po kąpieli.

Vintage kaftaniki wiązane na troczki to znak rozpoznawczy każdego berbecia – od ciągłego prania (Frania), wyrzynania przez rolki i prasowania z lekkim efektem sprania i przecierania. Dziś płacimy za takie ciuchy hiszpańskiej marki kilka stówek z hasztagiem #bobolovesyou.

Wózek dostawało się w spadku bo dziadku (od stryja siostry córki sąsiadki spod Łomży) lub jakimś fartem nowy ze sklepu. Podnoszenie takiego pojazdu dawało lepsze efekty niż crossfit 3 razy w tygodniu. Dziecko w takim wózku zasypiało 3 minuty, bo amplituda bujania na skórzanych paskach był wprost proporcjonalna do poziomu zmęczenia dziecka.

Z racji tego, że mamy nie miały takich luksusów jak np. pieluszki jednorazowe, nawilżane chusteczki, czy też nosidła ergonomiczne, były zmuszone zostawiać dzieci w domu. Dzieci w przestrzeni publicznej praktycznie nie było.

Zaglądam właśnie do mojej torby, bez której nie ruszam się z domu i mam tam moje pewniaki: pampersy, pielęgnacyjne chusteczki Baby Dove, 3 łyżeczki plastikowe, body z długim rękawem, jedna (?) skarpetka, śliniak, 3 klocki Lego. Z moich rzeczy jest tam: portfel. Pisałam już, że to moja torba?

Blogi w tamtych czasach nie miałyby racji bytu, bo była tylko jedna marka kocyków, jedna marka ubrań i jedna marka wózków. Zero inspiracji – wszędzie to samo. Być może blogi z DIY byłyby najbardziej popularne, bo tylko mama potrafiła uszyć z barchanowych gaci rożek do chrztu.

Czy w takim razie było lepiej czy gorzej?

Trudno orzec – widzę dużo podobieństw. Wydaje mi się, że nasze mamy nie miały takiej presji: bycia świetną mamą, pracownikiem roku, a do tego wzorową żoną. Miesiąc po porodzie nie musiała myśleć o nadliczbowych kilogramach, a mimo tego nigdy nie chodziła w dresie.

Zawsze zadbana, ubrana w garsonkę lub sukienkę z lekkim makijażem i perłową pomadką na ustach. Brak internetowych schadzek i scrollowania Facebooka  generował naprawdę sporo wolnego czasu, który można było spożytkować na coś ciekawego.

Wniosek jest tylko jeden.

Nie ma znaczenia ile masz lat, czy pamiętasz czasy Gierka, czy może Wałęsy.

Nie ma znaczenia w jakiej szerokości geograficznej mieszkasz, czy po wodę chodzisz do kuchni całej w marmurach i z baterią ze złota czy też musisz pokonać 20 km z bańką na głowie.

Nie ma znaczenia czy, dzieci Twoje dzieci wychowywałaś 30 lat temu, czy robisz to teraz.

Nie ma znaczenia, czy Twoje mieszkanie wygląda jak ze skandynawskiego katalogu, czy też przy wytapetowanej ścianie stoi brunatna meblościanka.

Jesteś mamą i zawsze będziesz chciała jak najlepiej dla swoich dzieci.

Jeżeli spodobał Ci się tan wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/

Pin it
Share
Tweet
Share
Email
Print

Wpis powstał we współpracy z marką Baby Dove

Stylizacja sesji: Monika Wielgo

Zdjęcia: Justyna Duszaj

Zdjęcia wykonano w Muzeum PRL

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!