fbpx

Jak mądrze wprowadzać dzieci w świat technologii?

Przyszło nam żyć w takich czasach, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki lub też na jedno kliknięcie. Mamy szeroki dostęp do nowości, ułatwień i gadżetów. Podajemy wszystko dzieciom na tacy, trochę rekompensując to, czego my nie mieliśmy w swoim szaroburym dzieciństwie. Podobno dzieci mają teraz o wiele łatwiej, właśnie ze względu na dostęp.

A ja się z tym nie zgadzam. Albo zgadzam się połowicznie, dzieci mają łatwiej, ale rodzice trudniej.

Żyjemy w czasach nadmiaru, który udostępniony bez ograniczeń utrudnia rozwój dzieci.

Nasi rodzice nie mieli tylu możliwości i chociaż chcieli – często nie mogli sobie pozwolić na dostarczenie tylu dóbr. Dostrzegam duży paradoks.

Kiedyś niedobór wszystkich atrakcji i wielka chęć do dostarczania

Dziś NADMIAR i gotowość rodziców do ograniczania

Jak odnaleźć się we współczesnym rodzicielstwie i nie zwariować?

Ostatnio rozmawiałam ze znajomą mamą, która martwiła się, że nie daje 5-letniemu dziecku grać w edukacyjne gry na tablecie. Z jednej strony nie chciałaby zostawiać dziecka w tyle, bo przecież dzieci  w tym wieku potrafią puścić ulubioną bajkę na youtubie. Wiedziała też, że prędzej czy później będzie musiała wprowadzić dziecko w świat elektroniki. Zastanawiała się tylko jak to zrobić mądrze.

Opowiem Wam jak jest u nas

Od samego początku ograniczaliśmy nadmiar bodźców, co pewnie zdążyliście już dawno zauważyć i skoro tu dalej ze mną jesteście to znaczy, że ta idea jest Wam bliska.

Czym jest nadmiar w takim razie? Jak znaleźć tę strefę komfortu swojego sumienia, a jednocześnie zaspokoić ciekawość dziecka oraz jego potrzebę obcowania w technologicznym świecie?

Moja 4- latka, gdybym jej tylko pozwoliła oglądałaby by bajki 12 h non stop i kiedy bym w końcu je wyłączyła to i tak by powiedziała, że to mało.

Nie chcę również popadać w skrajność, a co za tym  zupełnie odciąć ją od technologii i udawać, że nie istnieje.

Specjaliści głoszą swoje górnolotne tezy o szkodliwości telewizji, grania w gry, używania aplikacji itd. Czy słusznie? Nie wiem. Wiadomo, lepiej jest wiedzieć niż nie, ale wg mnie, żaden radykalizm nie jest dobry.

Trzeba wypracować system i trzymać się niego

Nie ukrywam, że  w świat technologii wprowadziliśmy córkę bardzo wcześnie – mało tego, używaliśmy smartfona zamiast smoczka. W sytuacjach podbramkowych, kiedy jazda samochodem się dłużyła lub w restauracji po zjedzeniu obiadu puszczaliśmy jej piosenki z yt. Uspokajała się momentalnie.

Teraz mam mieszane uczucia co do naszego zachowania, ale nie zastanawiam się nad tym, bo wiem, że widocznie nie mieliśmy innej opcji. Włączaliśmy rytmiczną piosenkę w sytuacjach kiedy byliśmy pewni, że marudzi z nudów i jako atrakcję wybieraliśmy smartfon.

Około 2 r.ż zaczęła oglądać dłuższe bajki (5-minutowe),  a z wiekiem powoli wydłużaliśmy czas. Od początku też uczyliśmy ją, że smartfon nie jest do zabawy. Nie dawaliśmy go do rąk tylko sami trzymaliśmy lub ustawialiśmy przed nią. Kiedy zobaczyłam, że bajka puszczona przed snem stała się rytuałem to… przestaliśmy je włączać.

Uznaliśmy, że taki nawyk wcale nie jest dobry i wolałabym puszczać bajkę o różnych porach i niezależnie od innej czynności. Taki system zadziałał u nas lepiej, bo skończyły się błagania o „bajecke”.

Do dziś mamy kilka zasad, które wg mnie są kluczem do rozsądnego używania urządzeń i bardzo nam ułatwiły:

  1. NIGDY podczas jedzenia. Przerażają mnie telewizory montowane w kuchni, czy też tablety przed dziećmi w czasie jedzenia. Znam to z autopsji – ilość pochłanianego wówczas jedzenia jest znacznie większa niż odczuwany głód.  Odwracanie uwagi dziecka ekranem wpływa bardzo źle na przyszłe nawyki żywieniowe. Mało tego, wg mnie psuje relację z innymi członkami rodziny. Przecież posiłek to chyba najlepsza okazja żeby zebrać wszystkich i porozmawiać. WYJĄTKIEM są rodzinne seanse filmowe kiedy raz na jakiś czas jemy przy TV. Wtedy robię popcorn i razem siadamy przed telewizorem.
  2. NIE CODZIENNIE – tak jak pisałam wyżej, kiedy zobaczyłam, że oglądanie bajki stało się nawykiem to zmieniłam go kompletnie. Nie chciałam aby brak powodował ataki histerii oraz błaganie. Są dni kiedy korzysta z technologii sporo, a są takie, że w ogóle.
  3. NIE PRZED SNEM – urządzenia emitują bardzo jasne światło, które hamuje wydzielanie się melatoniny, czyli hormonu snu. Mało rodziców wie, że oglądanie bajki czy też granie w grę na telefonie przed snem jest dla dzieci… stresujące.

Stuart Shenker, autor Self-Reg pisał dość obszernie  w swojej książce o ukrytych stresorach. Czym one są?

Są to rzeczy lub bodźce, które na pierwszy rzut oka uspakajają dzieci ale naprawdę tak bardzo angażują zmysły, że dziecko jest wyłączone. Spokój naszego dziecka jest tylko pozorny, bo zazwyczaj w jego układzie nerwowym dzieje się w tym czasie za dużo.

Wyłączenie bajki lub zabranie smartfona zazwyczaj powoduje opór. Tak tak jakby zabrać dziecku środek odurzający. Często bezpośrednio po zakończeniu dzieci potrzebują sporo czasu aby układ nerwowy powrócił do poprzedniego stanu.

oto one

4.  SPRAWDZONE TREŚCI – warto wiedzieć co dziecko ogląda. My mamy kilka bajek na cenzurowanym i ich nie puszczamy.

5. NIGDY JAKO KARA LUB NAGRODA – akurat my nie stosujemy takich metod, ale wiem, że niektórym się to zdarza. Ale u nas było dość widoczne pewne warunkowanie np. kiedy ja musiałam pracować, włączałam córce bajkę. Ona tak szybko się tego nauczyła, że od rana chodziła za mną i smęciła: „No kiedy w końcu będziesz pracować”, co było dla niej jednoznaczne  z tym, że będzie oglądać bajkę. Przerwałam i ten nawyk.

6. CIEKAWSZE ALTERNATYWY – pamiętam, że jak sama byłam mała to miałam bardzo dużą styczność z codziennymi pracami domowymi, czy też zabawami w realu u babci na wsi. Bajka była tylko wtedy kiedy była okropna pogoda, czy też nie było nic ciekawszego. A teraz tak mało dzieci ma styczności z życiem realnym, że ATRAKCJĄ jest dla nich pomoc mamie w gotowaniu czy też podlewaniu kwiatów. Wg mnie nie powinno tak być i warto angażować dzieci do takich prac. Wiecie ile radości sprawia wyczyszczenie liści kwiatka z kurzu mokrym wacikiem? Albo wspólne gotowanie?Ostatnio poprosiłam Lilkę żeby wzięła mokrą chusteczkę i przetarła swoje buty  z kurzu. Wiecie co zrobiła? Wyczyściła WSZYSTKIE, które stały w przedpokoju.

7. NIE NA WŁASNOŚĆ – mamy w domu stary tablet, który leży nieużywany i TEORETYCZNIE mogłabym powiedzieć, że jest to jej tablet, gdzie ma swoje bajki, swoją muzykę czy też aplikacje. Nie zrobię tego, bo wtedy wymknie mi się to spod kontroli. Wolę za każdym razem wstawać, włączać, wyłączać i wiedzieć kiedy to robi niż dla wygody odciąć od mojego wpływu. Nie wiem ile lat jeszcze minie, zanim podarujemy jej na własność takie urządzenie.

Jeżeli któregoś dnia zapytam dziecko co by wolało: smartfon do zabawy, czy też robienie wspólne pizzy i odpowie, że to pierwsze to uznam, że poniosłam porażkę rodzicielską.

Tak bardzo często dbamy o bezpieczeństwo i porządek, że zapominamy o podstawowych potrzebach dzieci takich jak kontakt z drugim człowiekiem oraz realne zabawy.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij: Lubię to lub udostępnij go swoim znajomym https://www.facebook.com/nebuleblog/

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Dlaczego Twoje dziecko jest złe i rozdrażnione? O przestymulowaniu

Jest Wigilia – pierwsze święta naszej pierworodnej córki. Ma równo trzy miesiące… Jestem niezwykle podekscytowana faktem, że są to jej pierwsze święta. Czuję ogromne wzruszenie, że spędzimy ten czas razem, z naszą bliską rodziną. Specjalnie na tę okazję kupiłam jej nawet body z napisem „My first Christmas”. Wyobrażam sobie magiczny czas przy choince kiedy siedzimy razem i śpiewamy kolędy. Jest miło, cichutko, pachnie kompot z suszonych i siano wystaje spod obrusa… Jednym słowem SIELANKA!

Po godzinie z dzieckiem pod pachą, z wózkiem na plecach, z torbami pełnymi prezentów – UCIEKAMY na wielkim alarmie z Wigilii. Lilka płacze tak jak nigdy wcześniej.

Wracamy do domu rodziców, a nasze dziecko jest przeszczęśliwe. Mało tego, pierwszy raz w życiu śmieje się na głos. Jakby chciało nam podziękować…

Co się takiego stało? Nasze dziecko pokazało nam w ten sposób, że nie podoba jej się ten cały rozgardiasz, feeria zapachów oraz światełka. Miała serdecznie dość i wyraziła swoją niechęć w jedyny znany jej sposób, czyli płaczem.

Piszę dziś o przestymulowaniu dzieci bodźcami, które jest tak bardzo powszechne  w okresie świątecznym.

Przystymulowanie występuje wtedy, kiedy układ nerwowy nie jest w stanie poradzić sobie z nadmiarem wrażeń zmysłowych.

A JAK TO WYGLĄDA W PRAKTYCE?

Przez zmysły docierają do nas różne bodźce – są słabsze lub mocniejsze. Mózg scala je w całość. Przystymulowanie następuje wtedy kiedy mózg nie jest w stanie ich przerobić, bo jest ich za dużo, są za intensywne. Organizm w reakcji obronnej zmusza nas do UCIECZKI lub WALKI.

Każdy z nas ma swój próg tolerancji. My dorośli wiemy, co nas doprowadza do szału. Staramy się tego unikać lub radzić sobie na różne inne sposoby. Żyjemy na świecie już tyle lat, że  ZAZWYCZAJ wiemy czego powinniśmy unikać. Ja np. nie znoszę styropianu. Wystarczy, że go widzę to przechodzą mi ciarki po plecach i nie mogę go nawet dotknąć.

Ostatnio kupiłam dzieciom chrupki kukurydziane. Zapomniałam zupełnie, że jeżeli trzyma się dwa chrupki w ręce i lekko się nimi pociera to dźwięk jest bardzo podobny do tego, którego nienawidzę. Więc jedzą sobie te chrupki od kilku dni, a ja chodzę wkurzona, GOTOWA DO WALKI, każda rozlana woda, rzucona łyżka na podłogę powoduje u mnie WZROST HORMONU STRESU przez co jestem totalnie rozbita i zwyczajnie jestem zła. Wczoraj w końcu doszłam do tego, że to te cholerne chrupki doprowadzją mnie do takiego stanu i je wyrzuciłam.

Zobaczcie, ja wiedziałam na podstawie moich wcześniejszych doświadczeń, że muszę WYELIMINOWAĆ ten bodziec, bo mnie denerwuje.

A dzieci tego nie wiedzą.

Dopiero się tego nauczą.

Jeszcze starsze dzieci, te chodzące np. mogą odejść, uciec, powiedzieć: „Nie!”, a niemowlę?

Niemowlę nie jest w stanie bronić się przed nadmiarem bodźców. Niemowlęta moją do tego niedojrzały układ nerwowy przez co niektóre bodźce z zewnątrz są odczytywane zbyt mocno lub zbyt słabo. One przez doświadczenie dopiero będą się tego uczyć.

CO MOŻEMY ZROBIĆ ŻEBY IM POMÓC?

  • Jeżeli wiemy, że czeka nas właśnie taki czas jak teraz, to warto spojrzeć na całe otoczenie z perspektywy niemowlęcia.
  • Najlepiej nosić jest dziecko tyłem do świata, wtedy w razie nadmiaru będzie mogło się schować w ramionach rodzica. Kiedy nosimy je przodem do świata to nawet wtedy kiedy ono czuje, że jest za dużo wszystkiego nie ma ja się schować.
  • Bardzo dobrym pomysłem jest chusta lub nosidło. Dziecko może samo decydować czy będzie oglądało świat czy też schowa się i poczuje bliskość rodzica.
  • Niemowlęta i małe dzieci odreagowują przestymulowanie nawet do 24 h po. Może się ono objawiać rozdrażnieniem, płaczem, bólem brzucha (układ nerwowy wpływa na pokarmowy –  jak my się denerwujemy również boli nas brzuch) oraz w drugą stronę dzieci mogą ciągle spać, w ucieczce przed nadmiarem bodźców

Dzieci najlepiej funkcjonują rano, dlatego jeżeli to możliwe na spotkanie umawiajcie się w tym czasie

  • Dzieci, które nie raczkują mają również zaburzone poczucie głębi i kiedy mama znika np. za ścianą mają wrażenie, że znika na zawsze.
  • Muszę wspomnieć o tym, że oczywiście dieta mamy karmiącej nie ma wpływu na rozdrażnienie i płacz u dziecka, więc kapustę możecie jeść do woli.
  • Jeżeli to możliwe ograniczcie dawanie dziecko do trzymania innym osobom. Każda z nich ma innych zapach, inaczej dziecko trzyma itd. Najlepiej niech to będą osoby, które dziecko dobrze zna.
  • Wiadomo, że wieczorem ilość doznań się kumuluje i dzieci są wtedy bardziej rozdrażnione (nie tylko te małe)
  • Po powrocie do domu możecie byś świadkami scen dantejskich (nie musicie być oczywiście;) Ale zazwyczaj w domu, przy bliskich osobach dzieci dopiero czują się bezpiecznie i wtedy MOGĄ wyładować wszystkie frustracje
  • My też jak jesteśmy zmęczeni po całym dniu również jesteśmy rozdrażnieni, dzieci to czują i kółko się zamyka. To jest normalne;)

Kilka słów o starszych dzieciach.

Mimo tego, że większość z nich wie już jak sobie radzić z nadmiarem bodźców np. przez ucieczkę do innego pokoju, czy też zatykanie uszu OBSERWUJCIE ich.

To, że dziecko nie chce siedzieć długo przy stole wigilijnym wcale nie znaczy, że jest źle wychowane czy też się nudzi. Dzieci tak szybko uciekają, bo często mają dość nadmiaru bodźców. Spróbujmy na to spojrzeć ich oczami.

„Babcia, dziadek dopytują jak jest w przedszkolu. Wujek z naprzeciwka kopie mnie pod stołem. Obok mama pyta czy chcę rybę czy pieroga, w tle rozmowy innych, siedzę na wysokim krześle, na którym jest mi niewygodnie, brzydko pachną śledzie, a do tego jest milion kolorów i faktur tuż przed moimi oczami. W tle miga i gra choinka. A w tle lecą kolędy z odtwarzacza CD. Do tego zwyczajnie nie mogę się doczekać prezentów. Nie jestem nawet w stanie nic zjeść, bo nie ma tu moich ulubionych dań, a nadmiar wrażeń zmysłowych wprowadza mój układ nerwowy w tryb WALKI lub UCIECZKI, więc odburknę mamie, że nic nie chcę i uciekam.”

Twoje dziecko

Pozwólmy dzieciom na to. Nie pytajmy czy były grzeczne, czy niegrzeczne. Niech idą do oddalonego pokoju i spokojnie się bawią.

Pamiętam jak na wszystkich imprezach rodzinnych (gdzie było min. 20 osób) najchętniej siedziałam pod stołem. Nikt mnie tam nie widział, wujek nie żartował, a mama nie dawała śledzia (a nie! Kłamię, bo śledzia to akurat lubiłam). Teraz już wiem dlaczego tak robiłam.

Wy też pozwólcie swoim dzieciom UCIEC jeżeli tego potrzebują.

Chcę jeszcze też napisać o słodyczach, których nadmiar pobudza układ nerwowy i nie zdziwcie się, że Wasze dziecko będzie złe, będzie krzyczało czy też płakało. Wszystko razem da nam mieszankę wybuchową!

Co jeszcze działa w ten sposób?

Ekrany

Kiedy wyłączamy bajkę, grę, czy też odkładamy telefon nasz mózg często sobie nie radzi z tak dużym szokiem.

„…dla dzieci to nagłe przejście od jednego stanu do zupełnie innego może stanowić silny stresor – czują się trochę tak, jakby ktoś zbyt mocno nadepnął w hamulec.”*

Po lekturze książki SELF-REG zupełnie inaczej patrzę na korzystanie z urządzeń elektronicznych. Widzę to również po sobie.

Granie w gry, korzystanie z Internetu w celach rozrywkowych uwalnia w naszym organizmie opioidy, czyli neurohormony, dzięki którym dobrze się czujemy. Intensywne kolory, głośne dźwięki, wszystko jest piękne i idealne – wzmacniają ten efekt. Kiedy jednym przyciskiem wyłączymy urządzenie to czujemy się jak „na głodzie”.

„Opioidy wiążą się z receptorami rozsianymi po całym  układzie nerwowym  i przewodzie pokarmowym. Działają w ten sposób, że dają nam zastrzyk energii i równocześnie hamują reakcje neuronów pobudzanych przez ból, stres czy lęk. To jeden z powodów, dlaczego dzięki nim czujemy się znacznie lepiej. Opioidy znajdują się w mleku matki, co stanowi istotny czynnik sprzyjający zarówno karmieniu, jak i wytwarzaniu przywiązania.”

Stuart Shenker

Dlatego właśnie dzieci płaczą po wyłączeniu bajki, a my jesteśmy wkurzeni kiedy ktoś nam przerywa oglądanie pięknych fotek na Instagramie.

Jak widzicie, warto na ten świąteczny czas odłożyć wszystkie kolorowe ekrany do szuflady żeby jeszcze bardziej nie pobudzać naszych dzieci, a co za tym idzie – naszych nerwów.

Pamiętajcie też żeby być dobrym dla siebie. Patrzeć nie tylko na swoje dzieci, męża i obowiązki. Zróbcie to dla siebie i odpocznijcie. Ja zauważam u siebie pewną prawidłowość, jeżeli dzieci mnie denerwują, słowo męża dotyka bardziej niż zwykle to wiem, że… to moja wina. Że za dużo biorę na siebie, za mało czasu poświęcam na odpoczynek i pielęgnacje swoich granic. Zastanawiam się wtedy co mogę zrobić? I robię wszystko, żeby zadbać o siebie.

Pomyślcie o tym!

Życzę Wam abyście spędzili te najbliższe dni z ukochanymi osobami i spędzili je spokojnie. Żeby nie zabrakło Wam czasu na przypomnienie swoich Świąt z dzieciństwa.
Tak jak Lila spogląda w lustrzaną bombkę tak i ja będę patrzeć w przeszłość. W te cudowne lata, które sprawiły, że tak lubię ten czas.

Jeżeli spodobał się Wam ten tekst, kliknij proszę „Lubię to” lub udostępnij go swoim znajomym, aby również mogli się o tym wszystkim dowiedzieć: https://www.facebook.com/nebuleblog/ 

*Cytat pochodzi z „Self-Reg” dr Stuart Shenker str. 248

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

„Montessori? Jestem na NIE”

Pojawiło się kilka ciekawych pytań na temat Montessori, na które udzieliłam  odpowiedzi.

„Jak to jest z dziećmi, które spędziły lata przedszkolne w filozofii Montessori, a potem idą do zwykłej szkoły. A nawet takie, które całą podstawówkę zrobiły w Montessori, a potem muszą zmierzyć się z normalnym liceum. Są jakieś badania, statystyki na ten temat?”

oraz bardzo podobne:

„Moje pytanie: jak dziecko nie chwalone, nie karane, pracujące samo przy stoliku poradzi sobie w życiu? Czy nie będzie zbyt odizolowane od reszty dzieci gdy zetknie się z „normalną” szkołą?”

Pedagogika Marii Montessori jest dostosowana do każdego dziecka. Została stworzona na potrzeby pracy z dziećmi upośledzonymi. Maria Montessori bardzo szybko zauważyła, że ta metoda sprawdza się również u dzieci w normie intelektualnej. Dzieci doskonale potrafiły dostosować się do zasad, które panowały w Casa dei Bambini. Wolność oraz brak kar i nagród spowodowały rozwój motywacji wewnętrznej wśród wychowanków.   W dzisiejszych czasach coraz częściej się na ten temat mówi i rodzice, którzy nawet nie ukończyli żadnych kursów bardzo intuicyjnie nie używają kar i nagród, czyli w przypadku szkoły ocen.

Z ogromnym zainteresowaniem obserwuję reformy edukacji. Pamiętam jeszcze jak w klasach 1-3 były oceny (bez niedostatecznej). Od dłuższego czasu są to oceny opisowe. Bardzo podobnie jest w systemie nauczania wg pedagogiki Montessori. Panuje błędny obraz tej metody. Dzieci same opracowują materiał wg programu i zgłaszają się na „zaliczenie” tego zakresu wiedzy. Są również karty pracy, które dzieci uzupełniają w czasie pracy własnej, więc przygotowywane są również pod tym kątem. Liczę na to, że w szkołach tradycyjnych w ciągu najbliższych lat zostaną zniesione prace domowe- tak jest w systemie Montessori. To czy sobie dziecko „poradzi” jest wypadkową wielu cech i umiejętności. Myślę, że rodzaj placówki przedszkolnej nie ma tu najmniejszego wpływu. A to rodzice najczęściej tym się przejmują. Dzieci mają niesamowitą zdolność do adaptacji. Zwrócę jeszcze uwagę na fakt, że naprawdę niewielu rodziców, którzy zapisują dzieci do placówek Montessori stosują tę metodę w domu. A i tak dzieci świetnie sobie radzą.

„Po czym poznać prawdziwe przedszkole/żłobek montressori od takiego, które nazwę metody stosuje głównie jako chwyt reklamowy?”

Polecam bardzo obszerny wpis na ten temat: Czy to prawdziwe Montessori

„Dzwoneczek zwiastujący ciszę, i same drewniane zabawki, układanki, zamki, guziki ect. Jestem jak najbardziej na NIE, nie podoba mi się ta metoda nauczania, wychowywania dzieci”

Metoda M.Montessori od wielu lat ma swoich zwolenników, jak i przeciwników. Wiele wątpliwości na temat tej pedagogiki pojawia się przede wszystkim z niewiedzy. Wszystkie elementy doskonale się uzupełniają i razem współgrają. Co z tym dzwoneczkiem? W przedszkolach tradycyjnych Panie mają również swoje sposoby aby odgraniczyć następne aktywności: klaszczą w dłonie, puszczają muzykę lub nawet używają gongu. Jest to niewerbalny sposób aby zwrócić uwagę na nauczyciela oraz oddzielić jedną aktywność od drugiej. Tak samo jest z dzwonkiem w szkole.

„Same drewniane zabawki, układanki, zamki, guziki etc. „- zabawki (zwane w Montessori pomocami edukacyjnymi) na półkach różnią się znacznie od tych, które możemy znaleźć w przedszkolach tradycyjnych. Rodzice mogą mieć pewność, że są to pomoce przemyślane i służą rozwojowi jakiejś funkcji.  Jednak w placówkach Montessori znajdziecie również bardziej standardowe zabawki takie jak: kuchnia do gotowania, klocki, lalki bobasy, książeczki.

Tutaj chciałabym również zwrócić uwagę na to, że metoda Marii Montessori nie jest metodą wychowywania dzieci. Wg mnie jest to dość ryzykowne- całościowe stosowanie tej metody w domu, a ostatnio jest dość modne. Nie ma żadnych badań na ten temat. Warunki panujące w placówce są zdecydowanie inne. Owszem, można kilka elementów z powodzeniem stosować, ale cała metoda jest bez wątpienia do wykorzystania w przedszkolach i szkołach.

Moje pytanie do konsultacji:-) Mam 7 letnią Córeczkę. Pedagogikę Montessori niestety odkryłam dosłownie kilka miesięcy temu- żałuję ogromnie. Zagłębiając się w jej założenia tym bardziej doświadczam żalu i wyrzutów sumienia, że nie miałam okazji więcej wcielać jej w codzienność przy dotychczasowym wychowywaniu Córci, choć intuicyjnie niektóre jej przesłanki również udawało mi się realizować, jednak zupełnie nieświadomie i nie aż w takim zakresie jak zrobiłabym to dziś. Mieszkam w niewielkim mieście i nie ma tu niestety ani jednego przedszkola Montessori. Doświadczenia z przedszkola publicznego mamy baaardzo dalekie od ideału, niestety. Czy mam więc jakąkolwiek szansę nadrobić jeszcze te zaległe lata przedszkolne w dalszej pracy rodzicielskiej z Córcią zgodnie z pedagogiką Montessori? Czy mam szansę choć trochę zniwelować skutki nieodpowiednio prowadzonej pracy z dziećmi w przedszkolu, której doświadczyła moja Córcia? Pocieszam się, że choć te pierwsze lata życia są bardzo istotne i niezwykle ważne, to jednak nasza pamięć w późniejszym życiu nie sięga aż tak daleko. Często zaczyna się ona właśnie od początków lat szkolnych, dlatego teraz chciałabym już bardziej świadomie nadrobić to co było. I w sumie ogromnie liczę tu na pocieszenie od Pani Ani i otrzymanie nadziei co mogę robić dalej od dziś…”

Droga Mamo, pamiętaj proszę, że Montessori nie jest metodą wychowywania dzieci. Skup się na przyszłości i budowaniu bliskiej relacji z Córką. Obojętnie jak. Najważniejsze żeby to było zgodne z Twoim sercem i potrzebami dziecka. Jeżeli masz chęć zgłębić metodę Montessori to polecam książkę: Odkrycie dziecka

„Mnie bardzo interesuje temat pochwał, a raczej ich braku w duchu Montessori, i jak się powstrzymać przed ciągłym „super, świetne” gdy samo ciśnie się na usta.”

Myślę, że najłatwiej jest się postawić w roli dziecka i pomyśleć czy samo „super, świetnie, cudownie” by zadowoliło mnie jeżeli napracowałbym się po uszy. Co by mi to dało? A co jeżeli zrobiłbym rysunek byle jak, a mama lub tata użyłaby uniwersalnego i pasującego do wszystkiego „super, świetnie, cudownie”?

Na początku mojej ścieżki zawodowej również miałam z tym problemy. Pomogło mi opisywanie danej czynności. Jeżeli np. dziecku po długich próbach w końcu udało się założyć but i przyszło do mnie pokazać swoją nową umiejętność, najczęściej używałam opisu: „Sam założyłeś but” lub „O, narysowałaś czerwony domek z kominem”. Czasami kiedy dziecko pomaga mi w domu i zrobi coś o co poproszę  zamiast „super, brawo, świetnie” mówię zwyczajne „dziękuję”. Myślę, że to wystarczy.

„A ja właśnie chciałabym zapytać o przedszkole Montessori. Chciałabym do takiego posłać córkę, ale nie jestem pewna czy zróżnicowanie wiekowe dzieci w przedszkolu to na pewno dobry pomysł już dla 2,5-latki. Kiedy byłyśmy na dniach otwartych czterolatek ofuknął moją córkę, że akwarium nie wolno dotykać i ona (jak rzadko) stanęła jak wryta i nie widziała co zrobić. Czy taki maluch poradzi sobie ze starszymi dziećmi, czy nie stanie się „najsłabszym ogniwem” grupy, tym który się podporządkowuje starszym dzieciom? Córka jest bardzo rezolutna, otwarta, chętnie wchodzi w relacje z innymi, ale nie wiem czy to nie za wcześnie na takie połączenie ze starszakami… byłabym bardzo wdzięczna za odpowiedź.”

Jest to jedno z najbardziej popularnych pytań odnośnie pedagogiki Montessori. Maria Montessori dążyła do naturalności w każdym aspekcie. Tak jak w społeczeństwie – rzadko kiedy będziemy pracować tylko z rówieśnikami – stworzyła model grupy mieszanej wiekowo. Zadbała również o to żeby w grupie znalazły się również osoby niepełnosprawne, które żyją w każdym społeczeństwie.

Grupa mieszana wiekowo ma być jak rodzina. Najpierw dziecko wchodzi do grupy jako najmłodsze. Ma możliwość uważnego obserwowania starszych dzieci i nauki od nich. Dzieci starsze pomagają tym najmłodszym. Za rok to ono będzie starsze i odnajdzie się w innej roli. Będzie miało okazję przebywać z dziećmi najstarszymi i najmłodszymi. Tylko w grupach montessoriańskich mają taką możliwość.

Zróżnicowanie wiekowe w grupie wg mnie jest bardzo korzystne. Przede wszystkim dla dzieci, które idą pierwszy rok do przedszkola. Wchodzą do grupy, która funkcjonuje już kolejny rok. Adaptacja przebiega wtedy łagodniej ponieważ przykładowa 30 trzylatków nie płacze z tęsknoty za mamą. Uważam również, że przebywanie ze starszymi dziećmi ma bardzo pozytywny wpływ na rozwój mowy. Dzieci obserwują uczą się słownictwa, którego prawdopodobnie nigdy nie usłyszałyby od rówieśnika.

Dziękuję bardzo za wszystkie pytania i zainteresowanie

Zapraszam też do wpisu „Metoda Montessori w domu – co nam się sprawdziło a co nie”

Anna Trawka – pedagog specjalny, nauczyciel Montessori z  kilkuletnim doświadczeniem w pracy w przedszkolach prowadzonych Metodą Marii Montessori, Logopeda, Terapeuta Integracji Sensorycznej, Autorka książek dla dzieci

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

„Mamo, kup mi to”- jak uniknąć męczących tekstów na zakupach spożywczych

W ubiegłym tygodniu pisałam o moich „live hacks” czyli sposobach na ułatwienie i organizację życia codziennego. Takie metody często się sprawdzają jeżeli zrobimy z nich nawyk i po jakimś czasie rzeczywiście możemy uznać je za skuteczne. Dziś chciałabym Wam napisać o moim kolejnym ułatwiaczu życia, przez który mam więcej wolnego czasu dla siebie oraz tracę mniej nerwów.

Przyznam Wam szczerze, że kiedyś uwielbiałam robić zakupy. Miałam cały swój rytuał z tym związany. Lubiłam przygotowywać listy zakupowe, wyszukiwać w internecie wykwintne przepisy kulinarne i poznawać nowości. Następnie spisywałam bardzo skrupulatnie wszystkie potrzebne składniki i z taką gotową ściągawką wybieraliśmy się we dwójkę w weekend na zakupy.

Mój mąż, z tego co wiem, jest ewenementem-  uwielbia zakupy spożywcze i mimo tego, że ma gotową listę to, musi przejść przy każdej półce i zobaczyć, czy nie ma czegoś nowego, co mogłoby nam posmakować.

Ja jestem zadaniowcem i rzadko kiedy kupuję coś spoza listy i nie mam chęci na długie, „romantyczne” spacery wśród sklepowych półek. Dlatego często w sklepach się rozdzielamy. Ja biegam i w myślach odhaczam kolejne pozycje z kartki, a on chodzi, wybiera, ogląda i analizuje. Dzięki temu mieliśmy zrealizowaną listę zakupową oraz kilka ciekawych nowości do wypróbowania.

A jak jest odkąd mamy dziecko? 

Obydwoje biegamy jak opętani po markecie i wrzucamy rzeczy na oślep. Często mamy podwójne egzemplarze jakiegoś produktu, bo obydwoje go lubimy, ale przy komunikacji ograniczającej się do „Nie możemy tego kupić”, „To jest niezdrowe”, „Jeszcze chwilę, wytrzymaj” nie możemy się porozumieć. Jest w tym sporo uroku, bo tylko naprawdę nasz rytuał weekendowy się zmienił o jakieś 180 stopni i przyjemności odnajdujemy w innych czynnościach z Lilką niż zakupy spożywcze.

Po 15 minutach w zatłoczonym markecie mam ochotę uciekać. Ilość bodźców docierających do mnie przekracza moje możliwości i po bardzo krótkim czasie staję się nerwowa i mało przyjemna. Jeżeli muszę jeszcze walczyć o prawie każdy produkt „z reklamy” i szerokim łukiem omijać półki z  kolorowymi słodyczami to mam serdecznie dość. Kiedyś wybraliśmy się w Rzeszowie bez Lilki na zakupy. Mimo tego, że był jeden dzień przed Wigilią i w hipermarkecie panował chaos i hałas zupełnie nam to nie przeszkadzało. Powiedzieliśmy o tym szwagrowi, który ma 3 dzieci i zaśmiał nam się w twarz: „Zakupy bez jednego dziecka?”:)

Mali konsumenci nie ułatwiają zakupów i o ile czasami udaje nam się zażegnać kryzys długimi pertraktacjami i małymi przekupstwami to często widzę matki, które nie są w stanie sobie poradzić z krzyczącymi i płaczącymi dziećmi. Wtedy porozumiewam się z nią spojrzeniem: „rozumiem Cię doskonale”, a do akcji wkraczają sklepowi Pedagodzy- obserwatorzy, w których oczach to Ty jesteś zawsze ta zła. Wiedzą lepiej wszystko, nawet to, że roczne dziecko chce Snickersa- a Ty wyrodna matka nie chcesz mu kupić.

Zakupy nie są już dla mnie/nas przyjemnością. A są obowiązkiem, który wymaga od nas nie lada gimnastyki.

Dlatego raz na jakiś czas robimy duże zakupy spożywcze w internecie. Odkryliśmy tę metodę, kiedy mieszkaliśmy na 5 piętrze w kamienicy na warszawskim Żoliborzu. Winda dojeżdżała na 4 piętro, a później wnosiliśmy jeszcze jedno piętro wyżej zakupy. Kiedyś dostawca pół żartem pół serio powiedział nam, że im wyżej ludzie mieszkają tym więcej zgrzewek wody zamawiają.;)

DSC_4413
Czwartek, godzina 22.45- robię zakupy
DSC_4704
Piątek, 8.30 rano- kończę zamawiać

Wróciliśmy do tej metody znów odkąd mamy dziecko. Czy mam wymienić plusy, bo minusów nie jestem w stanie dostrzec.

  1. Zakupy robię wg listy – wpisuję każdy produkt w wyszukiwarkę i od razu go znajduję- nie muszę krążyć po sklepie i szukać np. płatków jaglanych.
  2. Mogę je robić o każdej porze dnia i nocy, nie ograniczają mnie godziny otwarcia sklepów. Najbardziej lubię robić zakupy w nocy, kiedy Lilka już śpi, a ja z kubkiem herbaty mogę spokojnie zrealizować moją listę.
  3. Nikt mnie nie pyta o tysiąc rzeczy i nie błaga o lizaki przy kasie.
  4. Zakupy mogę zacząć dziś, a skończyć jutro jeżeli nie mam wystarczająco dużo czasu.
  5. Kupując w zaufanym i sprawdzonym sklepie, wiem, że produkty zawsze będą świeże, a mrożonki nie będą rozmrożone- co się niestety zdarzało po 3-godzinnych rodzinnych zakupach.
  6. Nie muszę nic ważyć, ani nawet o tym pamiętać (a często o potrzebie zważenia dowiadywałam się przy kasie, kiedy już miałam chęć stamtąd uciekać)
  7. Mogę na spokojnie przeczytać skład każdego produktu, a nie dowiadywać się o różnych „truciznach” już w domu
  8. Po skończonych zakupach mogę dokładanie porównać listę z zawartością wirtualnego koszyka. A nie liczyć,  na to, że chyba włożyłam masło i dopiero przy rozpakowywaniu zorientować się, że czegoś nie ma.
  9. Noszenie toreb, a właściwie ciągnięcie ich do domu. Nie mamy parkingu podziemnego i z naszego miejsca musimy przejść spory kawałek. Przy zakupach internetowych nie muszę się o to martwić. Zakupy są dostarczane pod mój próg
  10. Przypomnijcie sobie jak pakujecie zakupy przy kasie: ja wrzucam jak leci, bo jestem w trakcie bardzo ważnych pertraktacji na temat kupienia Tic taców i często znajduję kostkę do WC razem z warzywami. Zakupy zrobione w markecie internetowym dostawca przywozi posegregowane. Produkty, które  mają być w lodówce są w jednej reklamówce, a chemia jest oddzielnie. To bardzo duże ułatwienie!
DSC_4443
Sobota, 7.40 rano, mam zakupy u siebie

Mamy jeden taki sklep

z którego usług korzystamy już od dawna i jesteśmy bardzo zadowoleni. Więc kiedy Frisco zwróciło się do mnie z zapytaniem o recenzję, zgodziłam się od razu, bo korzystam z zakupów już przez długi czas i mogę śmiało polecić innym. Dlaczego tam?  Sposób w jaki zamówienie jest kompletowane jest zupełnie inny.

Ten sklep internetowy nie ma swojego hipermarketu stacjonarnego dlatego wszystkie świeże produkty są często pakowane już u dostawców. Właśnie dlatego, że stawiają na najwyższą jakość- wybrałam już dawno ten sklep. Dodatkowo zachęcają konkurencyjne ceny, w porównaniu z innymi marketami spożywczymi, właśnie z tego względu, że nie mają sklepu stacjonarnego.

Pełna usługa zakupów jest dostępna na terenie Warszawy i okolic, a poza tym obszarem obsługuje ich firma kurierska. Jednak produkty świeże w tym przypadku są wyłączone z oferty, bo bardzo dbają o jakość usług.

DSC_4455-2
DSC_4460

Spodobał Ci się ten wpis? Daj mi znać zostawiając komentarz lub klikając „Lubię to” na profilu https://www.facebook.com/nebuleblog/ Dziękuję

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!