fbpx

Jestem Lila

  • DZIECKO
  • < 1  min. czytania
  •  komentarze [13]

Jestem Lila i w sobotę skończyłam 16 miesięcy. Potrafię rozpykać sorter w minutę i zjeść puszkę kukurydzy w półtorej.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Praca, a nie zabawa

  • DZIECKO
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [25]

Dziecięce zabawy są w dzisiejszych czasach traktowane dziwnie. Mówię tu o takich zwykłych zabawach kiedy dziecko bierze jakiś przedmiot i się nim bawi (są różne wersje: sam, z innym dzieckiem, z dorosłym). W przedszkolach, żłobkach dzieci się bawią. Tak zawsze było.

Od jakiegoś czasy obserwuję nagonkę na te właśnie zabawy. Tak jakby dzieci traciły swój cenny czas. Powinny w tym czasie uczyć się perskiego, tekłondo i robotyki. Mam zupełnie odmienne zdanie niż większość rodziców w dzisiejszych czasach. Chcę żeby moja córka mogła sobie biegać, skakać, brykać, układać z klocków, bujać lalę niż żeby uczyła się rożnych nowych rzeczy na tzw. „zajęciach dodatkowych”.

Pomysł usunięcia takich zajęć spodobał mi się bardzo. Sporo rodziców uważa jednak, że przedszkole musi mieć dłuuuuugą listę zajęć dodatkowych. A ja uważam zupełnie inaczej: niech dzieci mają święty spokój!

Często jest tak, że właśnie w samym środku budowania mega statku kosmicznego dziecko jest właśnie zabierane na np. takewondo. Myślę, że to wszystko o czym dziś pisze wynika z niewiedzy. Większość rodziców postrzega swobodną zabawę jako stratę czasu. A to właśnie wtedy dzieci najwięcej się uczą.

Czynności wybierane przez dziecko trafiają właśnie w sam środek okresu sensytywnego (czyli takiego czasu, w którym organizm dziecka jest szczególnie wrażliwy na bodźce ważne dla rozwoju jakiejś funkcji). Właśnie wtedy najszybciej się tego uczy.

Upraszczając, skoro dziecko układa wieże z klocków po raz enty to znaczy, że jego układ nerwowy właśnie się uczy tej funkcji. Inny przykład: Lila teraz non stop biega, skacze, wspina się (przyprawiając mnie niekiedy o zawał). Widzę dokładnie, że ćwiczy równowagę, układ proprioceptywny (układ odpowiedzialny za czucie ciała  w  przestrzeni), koordynację i wzmacnia napięcie mięśniowe.

Takie jest jej zapotrzebowanie i to cały czas realizuje. Dlatego też taka właśnie zabawa w teorii M. Montessori nazywa się pracą. U nas w przedszkolu nie mówi się, że dziecko się bawi np. szorstkim alfabetem. Tylko, że pracuje. Uważam, że jest to o wiele lepsze sformułowanie.

Na zabawki używa się sfomułowania „pomoce”. Też genialne określenie, bo pomagają im się rozwijać. Po skończonej pracy własnej dzieci siadają w kręgu i opowiadają z czym pracowały. Nauczyciel traktuje ich pracę z ogromnym szacunkiem i wypytuje o szczegóły.

Dlatego pewnie i tu znajdą się osoby, które uważają, że taka zabawa to strata czasu. Lepiej żeby uczyło się angielskiego lub tańca. Wyścig szczurów zaczyna się już od urodzenia i skoro inne dzieci chodzą to moje też, bo przepadnie. A ja myślę, że właśnie zyska. Zyska bardzo dużo. 

No właśnie, a z czym pracuje Lila w domu?

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Zim(n)o!

  • DZIECKO
  • < 1  min. czytania
  •  komentarze [18]

Lubimy Cię, ale trochę przeginasz.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

BibLILOteczka- Księga dźwięków

Zaczynamy nowy cykl, bo nasza bibLILOteczka zaczyna pękać w szwach. Przedstawiam pozycję, którą kupiłam jak Lila miała 9 miesięcy. Od tamtej pory jest non stop w użyciu. „Księga dźwięków” Soledad Bravi to nic innego jak encyklopedia onomatopei.

Wiadomo nie od dziś, że dzieci zaczynają swoją przygodę z mówieniem od wyrażeń dźwiękonaśladowczych. Dlatego też tak szybko się zdecydowałam się na tę pozycję. Pierwsze „słowo” (oprócz „mama” i „tata”) brzmiało mniej więcej tak: „ałałałał' w reakcji na pieska w tej właśnie książce. Później już poleciało ptactwo i inne  czworonożne.

A co o samej książce? Świetnie wydana, piękne ilustracje i plus za humorystyczne podejście. Jedyny minus za grubość książki. Jest tak nieergonomiczna, że już po 2 tygodniach użytkowania nam się rozdarła. Nie pomogło klejenie i inne zabiegi. Jest obecnie w trzech tomach. Ale i tak ją uwielbiamy.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

ciąg dalszy hitów 2013 r.

Jest jedna rzecz, której o mnie nie wiecie. Jestem okropną kosmetykoholiczką. Uwielbiam kremy, mazidła, kolorówkę. Śledzę nowinki i dział KWC na wizażu. Mam kilka swoich ulubionych kosmetyków, których używam ciągle, ale lubię również nowości (czasami okazują się też niewypałem). Jako, że  wpis Hity 2013 r. okazał się… hitem, postanowiłam spisać Wam  moją kosmetyczną listę 2013 roku.

1. Płyn micelarny Be Beauty z Biedronki

Do Biedronki chodzę po kabanosy i płyn micelarny. Obecnie kończę 3 butelkę i chyba nigdy nie zmienię go na nic innego. Używałam pięciu innych, ale żaden nie działa takich cudów i do tego nie pustoszy kieszeni (jak np.  sławna Bioderma).

2. Bronzer Nars Laguna

Podobno ma go w swoim kuferku każdy szanujący się makijażysta świata. Mało tego ten odcień pasuje do większości typów urody. Czego chcieć więcej?! No i jedynie z dostępnością jest średnio. Czasem pojawia się na alledrogo.

3. Olejowanie włosów

Piszę ogólnie, bo odkąd zmieniłam pielęgnację moje włosy w końcu odzyskały blask. Dokładnie rok temu (w Sylwestra) zafundowałam sobie wizytę u fryzjera. Będę ją pamiętała już zawsze. Fryzjerka spaliła mi włosy i zrobiła najokropniejszy kolor ever (świński blond). Długo szukałam dla siebie ratunku. W końcu trafiłam na blogi włosomaniaczek i tam wyczytałam świetne rady. Zmieniłam pielęgnację i moje włosy w końcu nie wyglądają jak u Wodeckiego. Jak teraz  pielęgnuje moje włosy? Raz w tygodniu nakładam na noc olej (na mokro), używam szamponów bez SLS, parabenów i ograniczam silikony, zabezpieczam końcówki jedwabiem (bez alko), po umyciu na głowę zakładam miękki t-shirt zamiast ręcznika, czeszę tylko Tangle Teezer, śpię z włosami spiętymi w koczek, co mycie zmieniam odżywkę i szampon, nie używam suszarki ani prostownicy. Po ponad pół roku takiej pielęgnacji mogę śmiało stwierdzić, że nigdy nie miałam takich ładnych włosów jak teraz:)

4. Szampon i odżywka cedrowa z Planety Organika

Te dwa cuda robią na moich włosach efet łał! Z natury ma włosy bardzo wysokoporowate (po umyciu, wyglądam jakby ktoś mnie poraził prądem, puch i siano). Ten duecik ujarzmia towarzystwo znakomicie. Włosy są gładkie i błyszczące. Kosztują niewiele-13 zł za butelkę, a działają cuda.

5. Tangle Teezer

Wspomniana wyżej magiczna szczota. Wygładza, rozczesuje moje kudły, a do tego nie ciągnie. Ujarzmiam nią Lili kołtuny po spaniu. Mam zamiar jej kupić wersję dla dzieci. Swoją dostałam od przyjaciółki z UK, ale można ją też kupić w PL. Uważajcie tylko na chińskie podróby na alledrogo ( nie mają numeru seryjnego w środku).

6. Płyn Facelle

Wiele razy przechodziłam obok niego w Rossmannie. Dopiero jak wyczytałam u Sroki, że to takie cudo, to dopiero zakupiłam. Używam do wytworzenia przyjemnej pianki w wannie, do mycia, jako płyn do mycia rąk. Ma świetny skład (nie zawiera wysuszającego mydła) i kosztuje 3 i pół złotego (Laktacyd może się schować). Wszyscy w mojej rodzinie go używają:)

7. Maska aloesowa Natur Vital

Kosztuje ok 21 zł w Drogerii Natura. Zazwyczaj używam jej po olejowaniu na noc na pół godziny na zwilżone lekko włosy. Zakładam worek foliowy, ręcznik i pół godzinki trzymam. Zmywam normalnie. Włosy jedwabiste ( tu można wstawić słowo na z…).

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

O bag, bag O

Padła prośba żeby fotki torby poczynić. Mnie dwa razy nie trzeba prosić. Fotki na tzw. spontanie. Pozy szafiarskie na 3 z minusem wybaczcie.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Na początku było słowo

  • DZIECKO
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [16]

Na początku było hau. Niezależnie od przedstawiciela fauny o jakiego chodziło, było stanowcze hau. Cytując litanię klasyka w temacie zwierząt występujących w Polsce – żubr, bóbr,….., łoś, lis, wilk, kuna, koń, wydra, ryjówka, zając – wszystkie w ustach Lilki robiły hau. Tak człowiek buduje swój językowy świat – wpierw generalizacja.  Tu odrobinę zaburzyliśmy proces promując natrętnie świńskie chrrr chrrr. Hau bywało więc w zależności od humoru wymienne ze słodkim marszczonoskowym chrumkaniem.

Najłatwiej dziecku przyuważyć spółgłoski bilabialne, dwuwargowe – bo widzi jasno i wyraźnie gdzie powstają. Mama oraz bam pojawiły się więc jako jedne z pierwszych. Mając tyle tworzywa do dyspozycji Lilka od niechcenia stworzyła więc pełne zdanie hau bam. Ze zjadliwą premedytacją upuszczając misia na glebę gromko kwiliła  hau bam! hau bam! hau bam!

Na tata  trzeba było odrobinkę dłużej poczekać – dlatego że jest zębowe, i czai się dyskretnie schowane za wargami. Co ciekawe nie wiedzieć czemu raczej od mianownika upodobała sobie wołacz. Skąd wie ta bestia że to jej tato tato tato jeszcze bardziej ściska za serce? Tu też można zaobserwować jak generalizując buduje również sobie pierwsze zasady deklinacji – bo obok prawidłowych tato mamo – pojawiło się również babo, które w późniejszym terminie się wyprostuje przy aktualizacji deklinacyjnego oprogramowania. 

Dziadzi jest na razie na tyle trudne, że jeszcze ciężko się dosłuchać czy to mianownik czy wołacz który namiętnie próbuje artykułować. Z imionami na razie ciężko, o ile Ania jest jeszcze w miarę do wypowiedzenia to kuzyn Kajetan został dość drastycznie zredukowany to swojsko-japońsko brzmiącego Kago. Inny kuzyn która został zaszczycony indywidualnym desygnatem to Mima czyli jak już każdy się domyśla Mikołaj. Może to mieć jednak związek z intensywną grudniowo-świętowo-czerwono-biało-brodatą nagonką.

Homonimy są już dopuszczalne na tym etapie – Mima to również Mała Mi z ryciny na obiadowej plastikowej porcelanie. Jete – to słowo jest ostatnim krzykiem mody. Oznacza huśtawkę, zjeżdżalnię oraz wszelkie inne ogrodowo-jordanowskie szykany. Oznacza krzesło, stołek, taboret oraz każde inne dowolne pokojowo-kuchenne cele na które nasza mała kukuczka namiętnie urządza mrożące krew w żyłach ojca wyprawy. Oznacza wreszcie partykułoprzysłówek klasyfikowany przez innych jako modulant sytuujący jeszcze. 

Jest koko. Kulinarno-fizjonomiczne koko. Oznaczać może narząd wzroku lub też smakowitą kukurydzę. Na nasze szczęście są one tak dalekie że dajemy radę z kontekstu dojść o którym koko aktualnie mowa. 

Apsik jest bardzo wygodne. Bardzo się to jednemu rodzicielowi (nie będę pokazywał palcem) spodobało kiedy po donośnym fartnięciu córcia z uśmiechem na twarzy zdefiniowała ten wybryk przeciw kulturze zawadiackim apsik! 

Innym wyzwaniem ostatniego tygodnia było dość często powtarzane dińo. No durni rodzice. Dopiero musiała córcia na filmiku pokazać dinozaura by zrozumieli. A przecież mówi wyraźnie.Problemy się zaczynają ostatnio z filmikami. Jeszcze póki stanie wymownie machając brodą w kierunku telewizora żądając baja chrrr chrrr – to wiadomo że upomina byśmy przypadkiem nie zapomnieli o codziennej porcji świnki Peppy o 18.45.

Kiedy łapie za komputer/tablet/smartfona podśpiewując łaaaaa to ogarniają starzy że ma być Kate Perry w piosence Roar, ale i-ooo i-ooo może być frustrujące – ojciec grzecznie odpala Old McDonald by często spotkać się ze stanowczym Nie! Nie! Nie!

Zwierzęta bowiem mocno się rozbudowały. Co prawda jesteśmy już w kolejnym etapie budowy języka i przejścia od generalizacji do specjalizacji – ale idzie ona czasem w ciekawych kierunkach. Takto np. gęsie  gę gę zostało zaadaptowane do użycia w przypadku wszystkiego co ma skrzydła. Gę gę robiło więc nie tylko ptactwo domowe, dzikie ale również kolorowo uskrzydlony motyl… I-ooo I-ooo wydają teraz wszystkie nieparzystokopytne czy to zebra, osioł, klacz ogier czy inny perszeron.

Parzystopalczastym pobratymcom przyporządkowała muuu. Inne zwierzęta zwyczajów których znajomość jest niezbędna do przeżycia w naszej szerokości geograficznej – wąż robi ssssssssss,małpka robi i-i, tygrys vel lew łaaa. A wracając bliżej mysz szara polna pi-pi a traktor brrrrru.Zwierzaki których odgłosów Lilcia nie potrafi zasymulować zostają wymieniane z imienia (bez nazwiska) – i tak są już w zestawie dostępne: kaka kaczka – kodil krokodyl – oraz kota. Nie kot, nie kotka tylko właśnie KOTA. (Ale czasem to też jest gramatycznie bo w końcu gdyby zapytać „kogo czego nie ma?” no to przecież właśnie poprawnie będzie kota).

Jest również bi. To o pszczole. Tylko ciężko wyczuć czy to kategoria rzeczownik tylko po angielsku? Czy raczej nieudolna jeszcze próba onomatopei bzzzzzzz? A, no i jest jeszcze aba. Jak się ją pocałuje to jest niebezpieczeństwo iż zamieni się w księcia, staram się więc córcię przed tymi abami uchronić.Spieszę się z tym wpisem bo ostatnie dni to prawdziwy wysyp – i za chwilę nie nadążę wszystkiego spamiętać. Rozumie już skubana naprawdę bardzo dużo, a to tak właśnie jest przy nauce języków – bierna baza leksykalna jest dużo zasobniejsza niż czynna. Za to proces obserwowania jak nowe słówka i reguły są aplikowane – to prawdziwa uczta którą zamierzam się rozkoszować.

Neologizmy – już nie mogę się doczekać – pierwszą jaskółkę już podaję – wszystkie okrągłe przedmioty to bam – piłka, balon i inne okrągłe szpeje – po skonsumowaniu więc pierwszej w życiu mandarynki natychmiast poprosiła o kolejną smaczną bam bam am!

Najlepsze naturalnie zostawiam na koniec. Ostatni będą piersiami. Przekleństwa i wszelkie słowa tabu przecież jakoś zawsze najprędzej wchodzą do głowy! Pupa! Wiem że to gruby kaliber. Ale Lilcia też wie. Od kiedy to wypowiedziała i zobaczyła żywiołową reakcję rodziny – ciężko będzie naszą małą showmankę tego słowa oduczyć. Za to wyjątkowo dyskretna jest ze słowem cica… jak prosi mamę o cica to nie wiedzieć czemu zawsze robi to głęboko konspiracyjnym szeptem… choć w sumie to pewnie mądre… jeszcze by tato usłyszał…

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Hity 2013 roku u Liliija

  • GADŻETY
  • 4  min. czytania
  •  komentarze [49]

Już jesteśmy w domu i wracamy do blogowania. Dziś pokażę i opiszę Wam rzeczy dla ciała i ducha, które u nas rządziły w 2013 roku. Może o niektórych nie mieliście pojęcia? A inne kompletnie nie przypadły Wam do gustu? Kolejność przypadkowa.

1. Bidon Skip Hop Pszczółka

O ten to u nas w użyciu non stop. Nawet ja czasem z niego podpijam jak jesteśmy na mieście (odkręcam butelkę i walę z gwinta;). W maju wprowadziłam Lilce bidon. Wcześniej nosiłam ze sobą Doidy cup. Jednak bidon jest o wiele wygodniejszy. Zanim trafiłam na ideał miałam dwa inne: Tomme Tippee i Canpol. TT miał mało ergonomiczny dżinks, który przy piciu uwierał Lilkę w nos. A Canpol niemiłosiernie ciekł i zalewał wszystko w okolicy.Skip Hop rządzi. Nie cieknie, jest ładny, ma drugą rurkę na zmianę, łatwo rozłożyć go na części pierwsze i umyć. Jednym słowem mercedes wśród bidonów.

2. Bugaboo Cameleon

Dłuższa opinia jest planowana w formie postu. A po krótce… Od marca używany jako spacerówka. Wózek cudo. Ma tylko jedną wadę. Nie składa się w całości (tylko w dwóch częściach). Mam kilka gadżetów do niego: uchwyt na kubek, mufkę na zimę Teutonia, budkę off-white i pokrowiec na siedzisko w tymże kolorze. Uwielbiam bboo całym sercem, co i tak nie powstrzymało mnie przed kupnem małej spaceróweczki;) Jakby kto pytał to mamy Nuna Pepp w kolorze Bisquit.

Tak się prezentuje teraz nasza flota:

                            Polej (‚) 🙁

3. Tula – nosidło ergonomiczne

Uzupełnienie naszej floty. Nie nosimy w nim bardzo często, ale w najbardziej trudnych sytuacjach ratuje życie. Polecam szczególnie na wyjazdy. Myślę, że wiosną już zrezygnujemy z wózka i na spacery będziemy brać tylko Tulę.

4. Katarek – aspirator do nosa

Będąc w ciąży jakby ktoś mi powiedział, że to najlepszy sprzęt do czyszczenia nosa. Wyśmiałam go prosto w twarz. Jak to odkurzaczem?!?! Do tak małego noska?! Never i wywyliłam kasę na Fridę. Przy pierwszym katarze wywaliłam też Fridę. Ania, mama Mili powiedziała mi, że nie ma się czego bać. Ten potworny Katarek wyrównuje ciśnienie i nie wysysa mózgu (moja podstawowa obawa). Teraz nie używam niczego innego. Ba, nawet żałuję, że nie mam bardziej dizajnerskiego odkurzacza, bo przy 2-tygodniowym katarze stał się meblem w naszym domu. Także polecam:)

5. Paputki Sweet baby

Odkryte dzięki Oldze. Mamy model Pocahontas. Prześwietne obuwie dla maluchów. Wcześniej miałam podobne Inch blue, ale niestety były o wiele gorsze i do tego dwa razy droższe. Lila śmiga w nich non stop, a ja cieszę oko. Już zacieramy łapki na następne 2 pary (jedne domowe i drugie do przedszkola).

6. Jacek Hugo – Bader „Biała gorączka”

Książka, której nie mogłam przestać czytać. Serio. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

7. Bron|Broen – Most nad Sundem

Duńsko-szwedzki serial kryminalny, który zmroził mnie i D. parokrotnie. Świetnie zrobiony, ogląda się znakomicie. Dzięki Ola za polecenie! Dodatkowo moje zaciekawienie wzbudza główna aktorka, która gra policjantkę z Zespołem Aspergera (dobra jest!).

8.Clarins, Doux Exfoliant Lotion de Clarté [Gentle Exfoliator Brightening Toner] (Łagodny peeling rozświetlający)

Kosmetyczne odkrycie roku. Po miesiącu używania mam cerę jak po kilku mikrodermabrazjach. Nawet zmniejszył zmarszczki mimiczne (skubany!).

9. Kocyk bambusowy Aden+Anais

Używaliśmy go całe lato i jesień prawie do wszystkiego. Przez to, że jest bambusowy to  jak jest gorąco to chłodzi o dwa stopnie, a jak jest zimno- ogrzewa. No inteligentny kawałek szmatki. Do tego przemiły w dotyku. Cały czas w pobliżu. Podczas upałów pełnił nawet funkcję budki.

10. O bag

Torba, która wzbudza sensacje. Szał! Na ulicy zaczepiały mnie dziewczyny żeby zapytać o firmę. Mam kolor skalisty i do tego uchwyty sznurkowe jasne i czarne. Mieści się do niej wszystko, co matka potrzebuje. Mało tego! Pasuje gabarytowo do kosza w Cameleonie, a w Nunie bez problemu da się ją zawiesić na ramie wózka. Stworzona dla mnie:)

A Wy jakie miałyście hity???

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

(Wy)jazdy świąteczne

Przedwczoraj powróciliśmy dopiero z naszych wojaży świąteczno-noworocznych. Uwielbiam święta. Jako, że mieszkamy daleko od rodziny te nasze wyjazdy są prawdziwą eskapadą. Łącznie z dopychaniem kolanem walizki i układaniem w bagażniku wszystkich bobogratów na styk.

Jak już dojechaliśmy na południe szczęściu nie było końca. Lili z babcią i dziadkiem dogaduje się świetnie, a my mogliśmy się wybrać (sami!) na zakupy.

Eh już nie pamiętam, że zakupy można zrobić w spokoju i bez nerwów (nawet w okresie przedświątecznym).Tuż po świętach ruszyliśmy do naszych znajomych. Tam to dopiero się działo. Znajomi mają dwie córeczki w podobnym wieku. Dziewczynki dogadują się świetnie. Ze wzruszeniem przeglądam fotki z tego czasu. Na szczęście to jeszcze nie koniec tej wspaniałej atmosfery.

Jutro ruszamy na wschód na drugie święta, a prezenty dostarczy Dziadek Mróz.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!