fbpx

Trudny orzech do zgryzienia, czyli moje sposoby na ryzykowne jedzenie

Ssanie, gryzienie i połykanie to umiejętności kształtujące się naturalnie – bez potrzeby ingerencji ze strony rodziców. Dobrze jednak wiemy, że zanim dzieci zaczną sprawnie i samodzielnie jeść każdy rodzaj pokarmu, musimy nauczyć je nie tylko nowych smaków, ale także czuwać nad nabieraniem przez nie wprawy w spożywaniu „ryzykownego” jedzenia. Dziś Wam opowiem o moich sposobach, które pozwoliły mi nie osiwieć ze strachu przed zadławieniem. 

Dzieci krztuszą się właściwie od pierwszego karmienia. Nawet mlekiem z piersi. Prawdziwe kłopoty z tym związane zaczynają się jednak wraz z rozszerzaniem diety. Zanim zaczniecie rozszerzać dietę warto rozróżnić zakrztuszenie( z którym dziecko radzi sobie samo (kaszle, prycha, odkasłuje), od zadławienia, którego objawem jest trudność ze złapaniem oddechu, wytrzeszczanie oczu, nie możność wydobycia z siebie dźwięku, sinienie na twarzy.

W tej drugiej sytuacji musimy dziecku jak naszybciej pomóc.

Uważam, że każdy rodzic powinien zrobić chociaż krótki kurs pierwszej pomocy żeby móc być przygotowanym i na takie wypadki.

Jednak jeżeli nie macie takie możliwości to warto obejrzeć kilka razy filmy instruktażowe, np. ten:

A jak to było u nas?

Ja podeszłam entuzjastycznie do wprowadzania nowych smaków i konsystencji. Jednak szybko przyszedł ten pierwszy raz, gdy doszło do zakrztuszenia. Dzieci radziły sobie same i odkasływały. Nadal kontynuowałam stosowanie metody BLW (Baby Led Weaning), która z założenia omija podawanie niemowlętom papek na rzecz produktów, które trzeba gryźć. Uznałam, że zalety BLW są nieocenione. Gryząc, żując, odgryzając, mlaskając dziecko ćwiczy mięśnie, których rozwój jest potrzebny do nauki mówienia.

No dobrze, ale co z tym zadławienim – zapytacie. Nauczyłam się unikać sytuacji potencjalnie niebezpiecznych związanych z możliwością zadławienia.

Mam taką listę produktów, które budzą we mnie większą czujność i kiedy je podaję dzieciom to jestem ostrożna, a są to:

  • orzechy
  • marchew surowa
  • popcorn
  • landrynki (twarde cukierki)
  • winogrona (kroję w połówki dłuższe)
  • parówki

Oto moje sposoby na podawanie niemowlętom i małym dzieciom jedzenia, które może wywołać zadławienie:

1. Zawsze czuwam

bez względu na to, czy dzieci są niemowlętami, czy teraz, gdy są większe, pilnuję, gdy jedzą. Oczywiście dziś nie ślęczę im nad głową podczas kolacji, ale w czasie jedzenia orzechów, winogron, borówek, czy innych drobnych pokarmów, siedzę obok nich i obserwuję. Gdy były niemowlętami i uczyły się gryźć, zawsze byłam przy nich – gotowa w razie potrzeby interweniować.

2. Jemy tylko przy stole

ta zasada jest święta i ma związek nie tylko z bezpieczeństwem podczas jedzenia, ale także z pewną celebracją czasu, który spędzamy razem. Ponadto, jedzenie przy stole unieruchamia dzieci, które gdyby im pozwolić, biegałyby z kanapką po całym domu, a ruch – szczególnie w wykonaniu maluchów – sprzyja możliwości zadławienia.

3. Staramy się nie rozmawiać z pełną buzią

to nie tylko kwestia kultury jedzenia, ale także ryzyka związanego z zakrztuszeniem. Sami wiecie, że gdy dwoje dzieci zaczyna rozmawiać i się śmiać, to nie da się tego opanować. W czasie rozmowy czy śmiechu, wciągamy powietrze także ustami, co może doprowadzić do zassania jedzenia do tchawicy, a to już stwarza niebezpieczeństwo zadławienia.

4. Jemy i pijemy na siedząco

wydaje się to oczywiste, jednak znam  rodziców, którzy pozwalają dzieciom, szczególnie pić na leżąco. Taka pozycja to proszenie się o nieszczęście. Spróbujcie same położyć się i napić. Żartuję, lepiej tego nie róbcie – to naprawdę niebezpieczne.

5. Gryziemy

małe dzieci, które jeszcze nie mają zębów muszą otrzymywać pokarmy dostosowane twardością do swoich możliwości. Jeśli damy bezzębnemu niemowlęciu orzech, będzie go memlało w buzi, a ostatecznie wypluje lub połknie w całości, dlatego ważne jest, by dostosować jedzenie do możliwości maluchów. Starsze dzieci, często spieszą się w trakcie jedzenia i niedokładnie gryzą pokarm, połykając duże kawałki jedzenia. To niezdrowe i ryzykowne.

Stosowanie się do tych zasad pozwoliło nam jak dotąd – odpukać – uniknąć potencjalnie niebezpiecznych sytuacji związanych z utratą oddechu, spowodowaną udławieniem.

Szczególnym wyzwaniem dla mnie, na początku macierzyństwa, było podawanie leków. Choć każdy syrop zawiera odpowiednią strzykawkę czy łyżeczkę z miarką, to ich użycie też wymaga wprawy. Chyba nie ma w Polsce osoby, która nie słyszałaby dramatycznej historii Oli, córki Ewy Błaszczyk, która w wieku 6 lat zakrztusiła się przy połykaniu tabletki i zapadła w śpiączkę. Myślę, że to wydarzenie wpłynęło na wiele współczesnych matek. Boicie się podawania tabletek swoim dzieciom?

Są sposoby, by bezpiecznie aplikować leki różnego rodzaju.

Jak podaję dzieciom leki:

Syropy i krople:

Niemowlętom i małym dzieciom podaję leki w syropie – jeśli tylko jest to możliwe, to małym dzieciom podaję leki w płynnej formie. Łatwiej je aplikować, a dzieciom połykać.

Używam strzykawek załączonych do leków – są one bezpieczne, zakończone odpowiedniej średnicy otworem, bez ostrych krawędzi.

Syrop tłoczę strzykawką, kierując w policzek dziecka – to najbezpieczniejszy sposób podawania leków – także w nocy, gdy dziecko bywa nie do końca obudzone. Płyn nie ma możliwości pod ciśnieniem wystrzelić do gardła dziecka.

Zawsze na siedząco – o tym pisałam już wyżej, ale warto wspomnieć o tym jeszcze raz w kontekście podawania leków, które czasem musimy aplikować nocą i jest pokusa, żeby nie ruszać dziecka, tylko podać mu syrop w pozycji leżącej. Nigdy tak nie róbcie, konsekwencje mogą być dramatyczne.

Tabletki:

Niemowlętom i małym dzieciom kruszę – są leki, choć jest ich niewiele, które nie mają swojego płynnego odpowiednika, a jednocześnie trzeba je podać dziecku. Oczywistym jest, że maluszek ich bezpiecznie nie połknie, dlatego trzeba je rozkruszyć i podać wraz z płynem na łyżeczce.

Tłumaczę – z doświadczenia wiem, że dzieciaki współpracują, gdy wiedzą, że traktuje się je poważnie. Moim dzieciom wyjaśniam, jak trzeba połknąć tabletkę i czym jest zakrztuszenie. Wiedzą, że w czasie połykania nie ma śmiania się, wygłupów. Połykamy i wtedy możemy się bawić.

Na ratunek!

Pomimo zachowywanych środków bezpieczeństwa, zdarza się, że dziecko się zakrztusi. Co wtedy robić? Musicie zachować zimną krew. Nie wpadajcie w panikę. W większości wypadków dziecko poradzi sobie samo, kaszląc. Obserwujcie uważnie każdy oddech – rozpoznacie, czy potrzebna jest pomoc. Nie każcie mu podnosić rąk, nie klepcie po plecach. W większości przypadków efektywny kaszel jest skuteczny.

Gdy nie przyniesie efektów, dziecko straci oddech. Wtedy konieczne jest natychmiastowe działanie. Niemowlęta układamy na przedramieniu i przechylając głową w dół, z wyczuciem, klepiemy w plecy. Starsze dzieci powinny się pochylić do przodu. Gdy dziecko nadal nie odkrztusza, uciskamy okolice mostka (starsze dzieci uciskamy w nadbrzusze), by wywołać kaszel. Jeśli dziecko nadal nie oddycha lub straciło przytomność, rozpoczynamy resuscytację i wzywamy pogotowie.

Dramatyczne w skutkach przypadki zakrztuszenia, wbrew pozorom, nie zdarzają się bardzo często. Przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa i odpowiednich nawyków związanych z jedzeniem, zakrztuszenie – nawet, gdy się przytrafi – skończy się na kaszlu.
Pamiętajcie też o tym, żeby obserwować dziecko po zakrztuszeniu, bo może się zdarzyć, że pokarm przedostanie się do dolnych dróg oddechowych.

A Wy miałyście jakieś nieprzyjemne historie z zakrztuszeniem? Jakie są Wasze sposoby na uniknięcie takich sytuacji?


Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Książka do samodzielnego czytania – Mopsik, który chciał zostać jednorożcem

Opowieść o uroczym mopsiku – Peggy – który bardzo chce być kochany, to nie tylko historia o małym piesku, ale przede wszystkim o tym, że zawsze warto być sobą. (Choć bycie jednorożcem wydaje się kuszące?).

Mopsik, który chciał zostać jednorożcem – Bella Swift, wyd. Wilga

KLIK

Cześć Peggy!

Na początku tej historii poznajemy uroczego szczeniaczka, który znalazł się w niewłaściwym domu, z nieodpowiednią właścicielką. Maluch ostatecznie trafia do schroniska, tracąc poczucie własnej wartości, będąc przekonanym, że na miłość musi zasłużyć, bo nie jest wystarczająco fajny, by być kochany takim, jakim jest.
Splot różnych zdarzeń sprawia, że Peggy trafia do nowej rodziny, gdzie poznaje Chloe – dziewczynkę, która marzy o jednorożcu. Tak, dobrze myślicie – Peggy postanawia zostać jednorożcem, żeby stać się spełnieniem marzeń Chloe i zostać w nowej rodzinie na zawsze.

książki dla dzieci

A więc chcesz mieć psa…?

Na marginesie całej historii mamy całkiem fajny humor, który z pewnością spodoba się nie tylko dzieciom, ale także miłośnikom psów i kotów. W zabawny sposób przedstawione są typowe zachowania szczeniaków oraz zdystansowanych, zblazowanych i sarkastycznych kotów.

Biorąc pod uwagę powszechne pragnienie dzieci posiadania psa, te elementy opowieści z pewnością pomogą Wam uzmysłowić dziecku, z jakimi problemami przyjdzie się Wam zmagać, jeśli zdecydujecie się przygarnąć do domu zwierzaka.

Mamy tu zatem pogryzione buty czy zniszczony dywan, ale także tęsknotę psa za swoją panią, która przez większość dnia jest nieobecna. Nie zabraknie też kilku zabawnych wkrętek dotyczących fizjologii zwierzaków.

Bądź sobą!

Najważniejszym „podprogowym” przekazem opowieści o Peggy jest to, że każdy jest fajny taki, jaki jest. Nikt nie musi nikogo udawać.


Dzieciom czasem brakuje pewności siebie, bez względu na to, jak staramy się o to zadbać. Ta książeczka pozwoli im uświadomić sobie, że czasem wydaje się im, że powinny być lepsze, zabawniejsze, fajniejsze, podczas gdy są cudowne takie, jakie są. I nie muszą nikogo naśladować, bo do bycia super, wystarczy, że będą sobą.


Hej, czy to przekaz tylko dla dzieci? ?
Budowanie pewności siebie to trudne zadanie. Choć zapewne wszystkie staramy się ją wspierać u dzieci, to także środowisko rówieśnicze ma wpływ na to, jak dziecko postrzega samo siebie.

Z pewnością możemy nasze dzieci wyposażyć w ładunek dobrych emocji i wsparcia, by wśród kolegów było im łatwiej. „Mopsik, który chciał zostać jednorożcem” jest taką cegiełką, którą możecie ułożyć na budowli poczucia własnej wartości dziecka.

Historia Peggy uczy maluchy, tego, co staram się powtarzać nieustannie własnym dzieciom:

Taki, jaki jesteś – jesteś fajny. Nie musisz być idealny!

Nikt nie jest przecież doskonały. Każdy człowiek (a nawet mopsik) popełnia błędy czy zawodzi, ale to nie czyni go złym. Nie musi zmieniać się w kogoś innego. Może być coraz lepszą wersją samego siebie.

Książka „Mopsik, który chciał zostać jednorożcem

nadaje się zarówno dla młodszych, jak i starszych dzieci. Młodsze mogą jej słuchać jako opowieści na dobranoc. Starsze – samodzielnie czytać. W książce są urocze ilustracje Mopsika – wierzcie mi, chce się tego psiaka przytulić.

Dzięki takim książkom dzieci zarażają się miłością do literatury. Sprawdźcie same! Może i Wy przestaniecie marzyć o byciu jednorożcem i zobaczycie, jakie jesteście fajne? ?


Koniecznie dajcie znać, co sądzicie o Mopsiku i jak Waszym maluchom podobała się ta historia.


Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Czy dzieci potrzebują czasu sam na sam tylko z jednym rodzicem?

Kiedy byłam w ciąży z Julkiem, to obiecałam sobie, że moja relacja ze starszą córką się nie zmieni. Miałam w głowie gotowy plan, jak to zrobię i bardzo mi na tym zależało. Czy się udało i jaki miało wpływ na naszą relację o tym napiszę w dzisiejszym wpisie.

Jak wiecie jestem jedynaczką i zawsze miałam mamę tylko dla siebie. Jak miałam jedno dziecko to byłam skupiona tylko na nim i było mi trudno wyobrazić sobie sytuację, że uwaga rodzica jest podzielona na dwoje dzieci (niestety często nie po równo, bo młodsze dzieci mają często większe potrzeby niż starsze).

Kiedy przywieźliśmy Julka ze szpitala i zobaczyłam Lilę, to wydała mi się taka duża! A ona przecież wciąż miała tylko 3 lata. Starałam się poświęcać jej dużo uwagi, a do tego postanowiłam wdrożyć mój plan – co jakiś czas wyjścia sam na sam, na tzw. babskie wyjście.

Wiem, że niektórzy rodzicy nazywają takie wyjścia z dziećmi jako „randki” i to też fajne określenie.

Dziś chciałabym się przyjrzeć takim wyjściom sam na sam. Przenalizować, co one dają dziecku i rodzicowi. A do tego zachęcić Was do takich wypadów. Pokażę Wam też naszą ostatnią randkę.

Przyznam, że w ciąży planowałam taki wypad raz na miesiąc. Oczywiście nie udało mi się go zrealizować (życie:) Na początku było zdecydowanie trudniej, bo Julek był malutki. Ale teraz faktycznie udaje się nam wyjść raz na miesiąc same.

Co dobrego wniosą wyjścia sam na sam do Waszego życia?

Inaczej spojrzycie na swoje dziecko

Wiem, że to może się wydać dziwne, ale wyjścia sam na sam z dzieckiem umożliwiają zobaczenie pewnych rzeczy, na które na co dzień nie zwracacie uwagi. W czasie takich wyjść zawsze udaje mi się odkryć coś nowego i ciekawego u swojego dziecka, czego wcześniej nie widziałam.

Możecie być w 100 % dla dziecka

To jest wg mnie bardzo wartościowy czas, który pomaga w budowaniu relacji. Nie ma obowiązków domowych, pracy, ani skupiania się na innych ludziach. Jesteś tylko Ty i dziecko, które bardzo docenia ten czas i czuje się ważne.

Może pomóc w zmniejszeniu zazdrości wśród rodzeństwa

Szczególnie na początku, jak pojawia się małe dziecko w domu, to często dzieciom może towarzyszyć uczucie zazdrości. W tym czasie może też prosić o uwagę w najmniej przyjemny sposób, czyli przez bicie, krzyki i niemiłe słowa. Taki wypad z dzieckiem sam na sam pomoże mu zrozumieć, że rodzic wciąż będzie gotów by spędzać czas z dzieckiem. Spokojna rozmowa z dzieckiem (nieprzerywana obowiązkami domowymi, czy opieką nad drugim dzieckiem) też pozytywnie wpłynie na Waszą relację.

Ja na początku wychodziłam ze starszą córką blisko domu np. do warzywniaka, czasem to wystarczyło żeby nabrać dystansu i porozmawiać o różnych sprawach.

Dzieci poczują się ważne

Takie spotkanie z rodzicem, miły czas i serdeczna rozmowa bardzo pozytywnie wpływają na poczucie własnej wartości u dzieci. Dzieci wtedy myślą, że są ważne i doceniane.

Wy też poczujecie się lepiej

Ja zawsze z takiego spotkania wracam spokojniejsza i zadowolona, że spędziłam taki fajny czas z dzieckiem. Czuję też większą więź i ogromną wdzięczność za to, co mam i kim są moi bliscy. Taki wypad pozwala mi też nabrać dystansu do problemów, które mam. Cieszę się chwilą.

Uczycie się umawiania ze sobą na przyszłość

Ja po każdym takim wypadzie wyobrażam sobie, jak wygląda moja relacja z dorosłym dzieckiem. Jak spędzamy czas, którego jest znacznie mniej i jak ze sobą rozmawiamy. Zależy mi na tym, żeby za 15 lat moje dziecko spontanicznie do mnie zadzwoniło i powiedziało: „Mamo, szykuj się – zabieram Cię na kawę”.

Im mocniej przyglądam się tym wypadom, to widzę same plusy

Chociaż chciałabym częściej móc wychodzić z jednym dzieckiem to jestem na razie zadowolona, że od czasu do czasu udaje nam się taki wypad. Jeżeli obecnie macie wyrzuty sumienia, że nie udaje się Wam takie wyjście, to pewnie Wasze dzieci są jeszcze małe. Dajcie sobie czas. Z doświadczenia wiem, że im większe dzieci tym jest łatwiej.

A co można robić w tym czasie? Wiele rzeczy!

  • pójść na spacer do parku i plac zabaw
  • pójść do kawiarni
  • pójść na łyżwy/rolki/rower
  • zacząć się razem uczyć nowej rzeczy np. tenis
  • pójść na kręgle
  • pójść do teatru/kina

I powiem Wam szczerze, że u nas zazwyczaj taka randka to jest spacer + kino lub kawiarnia + kino. Odkąd dzieci są starsze to mogę spędzić nawet 3 h poza domem. A jak dzieci były mniejsze, to na przykład zabierałam Lilę na 30 minutowy spacer.

Nasz ostatni wypad udał się znakomicie, bo miałyśmy ciekawy plan. Wypatrzyłyśmy trailer nowej bajki „Śnieżka i Fantastyczna Siódemka”, który właśnie wszedł do kin i ustaliłyśmy, że jak tylko pojawi się na ekranie to razem pójdziemy.

Trailer możecie obejrzeć poniżej:

Plan był taki, że najpierw idziemy na spacer pogadać, a póżniej idziemy do kina.

Na spacerze trochę zmarzłyśmy, więc w podskokach poszłyśmy do kina i mogę śmiało polecić Wam tę bajkę.

„Śnieżka i Fantastyczna Siódemka”

to znana wszystkim baśń, ale w zupełnie nowej odsłonie. Ja jeszcze nie czytałam Lili prawdziwej historii Śnieżki i cieszę się, że poznała ją pierwszy raz w takiej odsłonie.

Historia jest trochę inna, bo głównym motywem jest postrzeganie siebie i pozytywny stosunek do swojego wyglądu. W tej historii najważniejsze jest serce i to jakie masz wartości, a nie jak wyglądasz. Dlatego Śnieżka wygląda zupełnie inaczej niż w klasycznej wersji. Bajka ma walory edukacyjne, bo pokazuje piękno bez kompleksów i podkreśla bohaterstwo bez limitów.

Do tego jest zabawna, mądra i przemyca między wierszami najważniejsze wartości

Uczy, że prawdziwe piękno jest w każdym znas, niezależnie od wyglądu. Parę razy śmiałam się w głos, a był też moment wzruszenia. Wyszłyśmy z kina usatysfakcjonowane i rozmawiałyśmy o tym, co jest naprawdę ważne, czyli to, co mamy w sercu.

Głównym postaciom głosów użyczyli: Julia Kamińska, Antoni Królikowski i Adam Zdrójkowski. Akcja była wartka i ciekawa. Jeżeli szukacie pomysłu na wyjście z dzieckiem, to polecam Wam „Śnieżkę i Siedmiu Wspaniałych”.

A ja jestem ciekawa, czy też wychodzicie z dziećmi sam na sam? A może macie inne sposoby żeby spędzić wartościowy czas z dziećmi, to koniecznie podzielcie się w komentarzach.

Zdjęcia Maciejimałgosia

a tu macie rozrywką dla całej rodziny – najlepsze Filmy familijne

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Jak wspierać poczucie własnej wartości u dzieci?

Każdy rodzic chciałby żeby jego dziecko miało wysokie poczucie własnej wartości. Natomiast wśród różnych porad możemy znaleźć artykuły, które głównie piszą o tym, czego nie robić. „Nie karaj”, „Nie bij brawo”, „Nie mów nie wolno” itd. A ja postanowiłam dziś Wam napisać, co konkretnie robić żeby mądrze wspierać poczucie własnej wartości.

Do napisania tego wpisu zaprosiło mnie LEGO

Co to jest „poczucie własnej wartości”?

Myślę, że jest to wewnętrzne przekonanie człowieka, że jest wartościowy, niezależnie od talentów, umiejętności, czy też sukcesów.

Podoba mi się też określenie Jespera Juula:

„Jestem w porządku i mam swoją wartość tylko dlatego, że istnieję”

Każde dziecko rodzi się z poczuciem własnej wartości, a później wiele zależy od nas.

Większość rodziców zupełnie nieświadomie, codziennie wspiera poczucie własnej wartości dzieci i to jest właśnie najpiękniejsze, bo jest to prawdziwe .

A ja napiszę Wam o moich sposobach, które też naturalnie wynikają z naszego stylu wychowania.

1. Spójrz na siebie z empatią

Myślę, że najtrudniej jest wspierać w dziecku poczucie własnej wartości, kiedy, my rodzice, mamy ją na niskim poziomi. Jeżeli dostrzegacie u siebie taki problem, to warto skonsultować się z psychologiem lub psychoterapeutą. Specjalista przepracuje z Wami wszystkie kwestie i da Wam narzędzia, które pomogą wspierać Wasze dzieci.

2. Poświęcanie dziecku niewartościującej uwagi

To jest właśnie ciekawe – aby wspierać poczucie własnej wartości, trzeba zapewnić niewartościującą uwagę.

Co to jest? Jest to pełna akceptacja zachowań dziecka, kiedy ciągle go nie chwalimy, nie motywujemy nagrodami. Po prostu jesteśmy i doceniamy to, że dziecko jest. Wpojono nam, żeby dzieci chwalić na każdym kroku i nagradzać, bo inaczej nie będą się starać. Będą się starać, ale nie dlatego, że chcą – tylko po tę nagrodę. Albo będą robić coś, bo mama lub tata będzie zadowolona.

Niewartościująca uwaga jest wtedy, kiedy dziecko weszło na najwyższą drabinkę i krzyczy do nas: „Mamo, spójrz” i ma ten charakterystyczny uśmiech na twarzy, który świadczy o wielkim szczęściu i zadowoleniu. Nie oczekuje od nas, że my będzie krzyczeć „Super, brawo! W nagrodę kupię Ci lody” tylko czeka na nasze spojrzenie, niewartościującą uwagę i powiedzenie np. „Widzę Cię! Wszedłeś na najwyższy stopień drabinki!” Dziecko samo w sobie wytworzy tę dumę i będzie wiedziało, że rodzic ZAWSZE jest dla niego. Po takich sytuacjach ja często też pytam: „Jak się czułaś tam na szczycie? „Czy było trudno tam wejść?” „Czy następnym razem chcesz poszukać jeszcze wyższej”

3. Uczenie wyrażania własnych uczuć i nazywanie emocji

Kolejny sposób, którego też nas nikt nie nauczył. Mam wrażenie, że niektórzy rozróżniają tylko smutek, szczęście i złość. Przecież istnieje wiele innych, których odczuwanie powoduje w nas dyskomfort, bo nie wiemy do końca co czujemy.

U nas każda rozmowa na ten temat zaczyna się zazwyczaj od słów „Dziwnie się czuję…” i wtedy wiem, że możemy porozmawiać. Nazywanie emocji jest naprawdę czymś trudnym, a nauczenie tego dziecka może być wyzwaniem.

My często używamy dwóch słów i robimy z nich jedno np. trochę się boję i cieszę na nową aktywność i łączymy to w „bocieszę się” (ten sposób jest z książki Kacper i Emma najlepsi przyjaciele KLIK).

O ile łatwo jest nazwać takie emocje, które widać jak: strach, złość, radość. To kiedy emocje łączą się, to robi się trudniej np: radość i strach często towarzyszy dzieciom razem i może na przykład powodować wstyd. Czyli w sytuacji, kiedy dziecko bardzo czeka na jakąś atrakcję, a trochę się boi to te dwie emocje mogą spowodować, że dziecko schowa się za nami, będzie się wstydzić nowej osoby lub wyjść z auta itd. A u dorosłych te same emocje, czyli radość i strach mogą powodować poczucie winy (znane wielu mamom).

Aby dzieci miały wysokie poczucie własnej wartości warto mówić, że wszystkie emocje są dobre. Ja też tak mówię, że dobrze jest się złościć i nie ma czegoś takiego jak emocje pozytywne (które oczywiście częściej są pożądane) i negatywne (które często chcemy zdusić w zarodku).

Niestety nie jest to takie łatwe, bo kiedy nie pozwolimy dziecku odczuwać złości, smutku, rozczarowania, to może być tak, że słabiej zacznie wyrażać również radość, zadowolenie itd. Emocje przyjmujemy w całości!

4. Pozwalać dokonywać samodzielnych wyborów

Jedno z moich ulubionych, bo mnie również uczy tego żeby akceptować czyjeś wybory bezwarunkowo. Oczywiście wszystko w ramach rozsądku. Zaczynając od jedzenia (BLW), przez ubieranie się (jak dzieci były mniejsze i była kiepska pogoda to dawałam 2 zestawy do wyboru) po trudniejsze decyzje, takie jak zajęcia dodatkowe. Staram się też umożliwiać sytuacje, kiedy dziecko samo może coś wybrać, np. deser w kawiarni, czy książkę w księgarni.

5.Wspierać samodzielność i samoobsługę

Samodzielne ubranie się dziecka, czy też samodzielne umycie wpływa bardzo pozytywnie na poczucie własnej wartości. Znaczy dla dziecko tyle co: „Potrafię, umiem, jestem wystarczalny”. Wiele razy przymykałam oko na krzywo zapiętą koszulę, po to aby nie zepsuć tego efektu. Później dziecko samo widziało w lusterku, że jest krzywo i szybko się poprawiało. Gdybym od razu powiedziała, że „Super, ale krzywo się zapiąłeś”, to dziecko zapamięta tylko „Krzywo się zapiąłem” i możliwe, że nie będzie chciało podejmować prób.

trudny wybór: czekolada, czy spienione mleko?

6. Zabawy wspierające poczucie własnej wartości

Zabawy z ogrywaniem ról są bardzo dobrą okazją właśnie do tego. Najczęściej dziecko jest tym bohaterem, którego trzyma w ręku, a my mamy możliwość z nim „rozmawiać” na innym poziomie niż robimy to zazwyczaj. W czasie zabawy dziecko ma możliwość, być kim chce: piosenkarką na kolorowej scenie, fotografką, naukowcem, lekarzem. A my możemy ich umacniać, że mogą być kim tylko chcą. Ja mam dwa sposoby zabawy: czynny i bierny. Czasami uczestniczę, coś dopowiadam itd. A czasami daję dziecko całkowitą dowolność i nawet się nie odzywam – taka zabawa też daje dziecku poczucie i wspiera poczucie własnej wartości, bo mama czy tata robi to co ja chcę.

Bawimy się nowymi kostkami LEGO, które można zabrać wszędzie ze sobą, bo są kieszonkowych rozmiarów. W każdym zestawie jest mała laleczka, zestaw klocków i instrukcja. Możecie się wcielić w: kucharkę Stephanie, chemiczkę Olivię, weterynarz Mia, fotografkę Emmę, piosenkarkę Andreę. Wszystkie kostki można ze sobą łączyć i dokładać klocki z innych zestawów LEGO.

7. Doceń wysiłek dziecka, a nie tylko efekt

Bardzo często widzimy tylko efekt końcowy i nie zdajemy sobie sprawy, ile ktoś musiał nad tym pracować. Czasem jest nawet tak, że dzieci nie są zadowolone z efektu końcowego, bo włożyły tak dużo wysiłku. Za każdym razem jak widzę doskonałą pracę, piękny występ, czy wielką budowlę staram się doceniać pracę i wysiłek a nie „piękną wieżę”. Po prostu nazywam to co, dziecko zrobiło i dopytuję. Jest to trudniejsze od powiedzenia „Super wieża”, ale daje więcej satysfakcji dziecku i uczy je, że wysiłek jest ważniejszy niż sukces. Takie podejście przygotowuje na łagodniejsze zniesienie porażki.

8. Po prostu być i poświęcać czas dzieciom

Niby takie proste, a jednak nie zawsze się udaje żeby znaleźć czas na wspólne czytanie, przytulanie, rozmowę, a czasem nie trzeba nic więcej.

Wspieranie poczucia własnej wartości nie jest może łatwe, ale zdecydowanie tego warte. Dzięki nam i naszemu otoczeniu (nasi bliscy, przedszkole, szkoła) dzieci mają okazję żeby wyrosnąć na ludzi, którzy też kiedyś przekażą te wartości swoim dzieciom.

Zdjęcia powstały w słodkiej kawiarni Słodko, a zdjęcia zrobili nam Maciejimałgosia.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

10 naturalnych metod, jak mieć więcej energii – moje sprawdzone sposoby

Jeżeli cierpicie na brak energii to ten wpis jest dla Was! W okolicach października – listopada miałam spore deficyty mocy, więc wdrożyłam różne ciekawe sposoby, które postawiły mnie do pionu.

W dzisiejszym wpisie przeczytacie o tym, co zrobić żeby powróciła Wasza energia.

Zacznę od podstawowej rzeczy – jeżeli gorzej się czujecie to najpierw polecam wizytę u lekarza.

Zróbcie sobie wyniki badań z krwi. Ja oprócz podstawowych oznaczam też:

  • poziom wit. D3
  • hormony tarczycy (to one często są odpowiedzialne za złe samopoczucie)
  • jeżeli nigdy nie badaliście, czy macie insulinooporność to zróbcie krzywą cukrowo-insulinową

A co zrobić jak wszystkie wyniki są w porządku?

Ja tak miałam właśnie jesienią. Wyniki w porządku, jestem zdrowa, a energii brak. Zaczęłam się wtedy przyglądać moim nawykom, czytać sporo artykułów naukowych i powoli zaczęłam wdrażać wszystkie zmiany.

Po miesiącu czułam już różnicę

Jakie są moje metody żeby mieć więcej energii?

1. Suplemenetujesz witaminę D3?

Tak, ja też brałam – raz w tygodniu, albo i rzadziej. Jak z ręką na sercu przeanalizowałam częstotliwość, to przyznałam sama przed sobą, że nie ma w tym ani regularności ani sensu. Do tego zamieniłam suplement diety na lek i naprawdę zaczęłam się przykładać (codziennie i w odpowiedniej dawce ustalonej przez lekarza). Efekty poczułam już po miesiącu.

uśmiech na brak energii. Kobieta z cytrynami na oczach

2. Jak długo śpisz?

Choćby ktoś robił cuda i przyjmował różne rzeczy, to jak nie będzie dosypiał, to będzie zmęczony. Moje dzieci w miarę przesypiają noce, ale wstawałam do nich, jak się budziły. Teraz po prostu machnęłam ręką i jak się budzą to wołam je do naszego łóżka. Po prostu śpią z nami. Mam też takie podejście, że mój sen to ważna sprawa: ważniejsza niż serial, praca, składanie prania. Mój organizm nie funkcjonuje dobrze poniżej 7 h snu i bardzo o to dbam.

3. Jak dużo pijesz wody?

W okresie jesienno-zimowym nie chce się tak pić jak latem. Widzę to bardzo wyraźnie i jak zaczęłam liczyć to wychodziło mi dziennie 700 ml (mało prawda?). Nie liczymy tego, a organizm nie ma kontrolki „za mało wody”. Przez to, że nie kupujemy wody, tylko pijemy kranówkę to nie liczymy ile wypiliśmy. Zaczęłam nalewać wodę do dzbanka i stawiam w różnych, często uczęszczanych miejscach w domu. Czy jest lepiej? Zdecydowanie!

4. Jaką dietę stosujesz?

Ja, co prawda jestem już od dawna na diecie z niskim IG, ale zdarzają mi się grzeszki. Jak to działa: węglowodany na śniadanie (owsianka, jaglanka) i brak energii murowany – mam zjazd energetyczny po 1 h. Zamiast tego jem śniadanie białkowo-tłuszczowe i naprawdę czuję ogromną różnicę! Nie będę też pisać, że cukier wpędza nas w koło spadków energetycznych, bo na pewno o tym wiecie;) Staram się trzymać zdrową dietę, bogatą w zielone warzywa. Robię też koktajle i sałatki.

Zawsze też dodaję zdrowe tłuszcze, bo kwasy omega 3 zawarte w olejach tłoczonych na zimno mają duży wpływ na nasze samopoczucie. Jeżeli ten temat Was interesuje to przeczytajcie ten artykuł KLIK. Pamiętajcie też żeby wybierać dobre oleje – ja lubię oleje Olini. Olej z czarnuszki z Olini bierzemy w domu wszyscy – pisałam o tym tutaj KLIK

5. Stosujesz naturalne wspomagacze?

Ja tak i to sporo. Jednym z nich jest ocet jabłkowy. Raz dziennie piję ocet z sokiem z grejpfruta i czuję dużą różnicę. Jak działa dobrej jakości ocet?

zdjęciu butelki w której jest ocet jabłkowy Olini, remedium na brak energii
  • pobudza przemianę materii i zwiększa uczucie sytości – pektyny wspomagają trawienie tłuszczy i zwiększają wydzielanie soków trawiennych. Co tu dużo mówić – ocet jabłkowy przyspiesza metabolizm
  • pomaga zachować odpowiedni poziom cukrów we krwi (a nawet go obniża i jest świetny przy insulinooporności)
  • ma działanie antybakteryjne i antyseptyczne

Warto zwrócić uwagę na jakość octu, bo nie każdy dostępny w sklepie będzie miał takie właściwości. Ważne żeby ocet był dojrzały (im dłuższy proces fermentacji tym więcej dobroczynnych substancji i bogatszy smak) i niepasteryzowany – taki ocet jest żywy, bioaktywny – obfituje w żywe kultury bakterii oraz enzymy. Taki ocet będzie cały czas pracował i z czasem nabiera mocy już na Waszej półce.


Octy jabłkowe zamawiam TUTAJ. Dojrzewają ponad dwa lata i mają pyszny smak

Jeżeli jeszcze nie próbowaliście tej metody to bardzo Wam polecam taki energetyczny shot:

wyciskany sok z 1 grejpftuta (lub jednodniowy sok z tegoż) i 2 łyżki stołowe octu – wymieszać i wypić

Octy jabłkowe zamawiam TUTAJ

Polecam Wam też obejrzenie filmiku o octach jabłkowych i ich właściwościach:

6. Czy ruszasz się?

Przyznaję się bez bicia, nie lubię ćwiczyć! Ale jak się już przemogłam (3 razy w tyg po 30 min na orbitreku) i do tego 10 000 kroków dziennie to było WOW. Ja naprawdę nie znoszę ćwiczyć, ale uwielbiam moje samopoczucie po ćwiczeniach.

Nie wiem czy to endorfiny z faktu, że już przestałam męczyć moje ciało, czy może faktycznie są to potreningowe moce. Ale to działa! Wcześniej ćwiczyłam bez większego przekonania, ale jak kupiłam sobie smartwatch (tego) to wszystko ruszyło ze zdwojoną mocą. Zamykam codziennie pierścienie i ruszam się 2 razy więcej.

ćwiczenia jak antidotum na brak energii, motywator w postaci smartwatcha

7. Czy bierzesz probiotyki?

Ja też się do tego nie przykładałam, ale jak przeczytałam wyniki tych badań KLIK to się zdziwiłam, że probiotyki mają wpływ na nasze samopoczucie, a nawet są zalecane przy depresji. U chorych zaobserwowano też zmiany biochemiczne, które sugerują zmianę tryptofanu do serotoniny. Ja też widzę poprawę samopoczucia odkąd piję zakwas, jem więcej kiszonek i biorę probiotyki.

8. A może za dużo kawy?

Wbrew pozorom kawa nie daje aż takiego energetycznego kopa. Przekonałam się o tym, jak na 2 miesiące całkowicie odstawiłam kawę. (Nie wierzę, że to piszę, ale naprawdę pierwszy raz od 20 lat nie piłam kawy). Jak ma się do tego brak energii?

Zaczęłam o tym czytać i byłam w szoku: kawa powoduje stymulację nadnerczy, a co za tym idzie wydziela się nam kortyzol (hormon stresu). Jak wiadomo stres wyostrza nasze zmysły i mamy wrażenie pobudzenia, ale jest to chwilowe. Ja oczywiście wróciłam do picia kawy (bardziej chodzi o nawyk i celebrację chwili dla siebie) ale piję max 2 dziennie.

Do tego mam świetną metodę, która naprawdę działa (spróbujcie kiedyś) – jak czuję, że mam spadek energii to zamiast kawy piję szybko i na raz 2 spore szklanki wody. Do tego ta metoda działa, jak zaczyna mnie boleć głowa (na samym początku).

ręka trzyma filiżankę kawy

9. Pijecie zieloną herbatę?

Będzie Wam trudno uwierzyć, jak Wam napiszę, że potrafię łatwo rozróżnić wieczory kiedy w ciągu dnia wypiłam zieloną herbatę? Nie wiem jak to się dzieje, ale mam więcej energii, nie zasypiam na siedząco i czuję moc. Kiedyś byłam fanką herbaty owocowej, ale spróbowałam jednej zielonej herbaty i się zakochałam. Uwielbiam za smak, aromat i tę czystość umysłu po niej.

Pamiętajcie tylko, że zielona herbata pobudza kiedy jest parzona nie w 100 stopniach tylko 90 i przez 2-3 min. Jeżeli zostawicie „fusy” na dłużej to taki napar Was zamuli. Zieolona herbata do tego zawiera wyjątkowy zestaw polifenoli o różnorodnym działaniu oraz katechiny, silne antyoksydanty. Są też garbniki, alkaloidy, lipidy, aminokwasy, teina, witaminy (A, B, C, E), liczne mikroelementy (wapń, potas, miedź, cynk, mangan, fluor).

10. A może poszukaj nowej pasji?

Nic nie dodaje takiego kopa motywacyjnego jak nowości w życiu (albo tylko u mnie to działa?). Przeprowadzka, nowe studia, nowy sport i naprawdę to czuję. Zaczęłam grę w tenisa, wróciłam po 12 latach na narty i czuję, że żyję.

To już wszystkie moje metody by zwalczyć brak energii, ale wciąż szukam nowych. Myślałam nawet o ashwagandzie – może Wy ją stosowaliście? Napiszcie o swoich odczuciach.

Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym – może też potrzebują energetycznego kopa!

A jeżeli macie chęć spróbować mocy zakwasów, olei i octów jabłkowych to możecie skorzystać z rabatu do Olini. Na hasło NEBULE macie -10% przez cały rok:) Korzystajcie do woli.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Zdrowe przekąski dla dzieci – słodycze, które kupuję bez wyrzutów sumienia

Zdrowe przekąski dla dzieci na dobre zagościły na naszych półkach i uważam, że jest to dobra alternatywa dla różnych produktów kierowanych do najmłodszych. Dziś chciałabym Wam pokazać, co kupuję dzieciom zamiast słodyczy i jak im to wydzielam.

Żeby było jasne, to zdarza mi się też kupić typowe produkty (jak na przykład Kinder jajko, czy lizak). Jestem zdania, że we wszystkim najważniejszy jest umiar i nie będę udawać przed dziećmi, że słodycze nie istnieją. Natomiast te zwykłe produkty kupuję rzadko (raz na miesiąc lub dwa), bo chcę nauczyć dzieci, że warto czytać składy, analizować i zawsze wybierać zdrowsze wersje.

Mam też pewne zasady, co do słodyczy, ale może o tym napiszę w innym wpisie (na przykład nigdy nie daję im nic słodkiego jak są smutne). Maksymalnie raz dziennie daję też dzieciom taką zdrową przekąskę. Ale żeby była jasność – nie ma u nas słodyczy codziennie.

Zdrowe przekąski to dla mnie zawsze owoce i warzywa – tego się trzymam, ale są takie momenty kiedy proszą o coś słodkiego to wtedy daję coś z poniższej listy.

Przechodzimy do naszych ulubionych produktów, które kupuję dzieciom

Zdrowe przekąski dla dzieci – słodycze z dobrym składem

Ślimak Bob

Dostępny w różnych wersjach (najtaniej TUTAJ), ale jest też w różnych sklepach (na przykład Rossmann)

Nasza przygoda ze zdrowymi słodyczami zaczęła się właśnie od tych żelków, które składają się tylko z owoców. Moje dzieci je bardzo lubią.

zdrowe przekąski

Ryż z ksylitolem i naturalnymi barwnikami

Dostępny TUTAJ

To jest u nas hit – dzieci nasypują sobie na talerzyk i wyjadają językiem (przy okazji ćwicząc aparat artykulacyjny)

zdrowe przekąski

Paluszki Ezerki graham

Dostępne TUTAJ

Co prawda paluszki kupuję też normalne, ale jak już robię większe zamówienie to kupuję te.

Ksyli-landrynki

dostępne TUTAJ

Landrynki dla starszych dzieci (nie daję ich 3-latkowi) z ksylitolem i naturalnymi barwnikami.

Bezy ksylitolki

dostępne TUTAJ

Bezy bez cukru z ksylitolem i naturalnymi barwnikami

zdrowe słodycze

Chrupki żytnie Milzu

dostępne TUTAJ

Pewnie też je znacie, moje dzieci często proszą żeby nasypać je do pojemniczka i zjeść jak zwykłe chrupki.

zdrowe przekąski

Płatki śniadaniowe Milzu

Dostępne TUTAJ (taniej niż w Rossmannie)

Talarki orkiszowe/gryczane i jaglane

Dostępne TUTAJ

Takie chrupki są zdecydowanie lepsze niż chipsy i jako zdrowa przekąska z warzywami będzie dobrym rozwiązaniem.

Chrupki krokodylki

dostępne TUTAJ

Nie ukrywam, że to chrupki to u nas hit. Są bardzo dobre i mają malutko soli. Są też misie KLIK i gwiazdki KLIK

zdrowe przekąski dla dzieci

Wafelek z samopszy z cukrem kokosowym

Dostępny TUTAJ

Jest po prostu pyszny i smakuje lepiej niż Prince polo:P

zdrowe słodycze

Chipsy jabłkowe Puffins – szybka zdrowa przekąska

Dostępne TUTAJ

Pyszne, chrupiące i zero dodatkowego cukru.

zdrowe przekąski

Ciasteczka owsiane Foods by Ann

Dostępne TUTAJ

Bardzo dobre, chrupiące ciacha z pestkami dyni.

zdrowe słodycze

Paluszki orkiszowe

Dostępne TUTAJ

Pyszne, grube paluchy, które bardziej przypominają grissini.

zdrowe przekąski

Lizaki Yumearth kwaskowate

Dostępne TUTAJ

Sam je lubię czasem podbierać dzieciom. Taka paczka wystarcza nam na około 4 m. Lizaki są bardzo dobre i niesłodkie.

A jakie Wy podajecie zdrowe przekąski dzieciom? Może coś jeszcze polecicie, czego nie znamy?

Jeżeli szukacie pomysłów, co włożyć do śniadaniówki to Wam podpowiem mój wpis. Znajdziecie w nim inspiracje na: Śniadaniówka 15 pomysłów

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Jak (nie) kupować na wyprzedażach?

  • MODA
  • 4  min. czytania
  •  komentarze [6]

Przyznam Wam się do czegoś – kiedyś słowo „wyprzedaż” wzbudzało we mnie dreszczyk emocji i powodowało rozszerzenie źrenic. A teraz? Wiem, jak i co kupować na wyprzedażach żeby być w zgodzie ze sobą i nie mieć po nich „kaca moralnego”.

Kiedyś uwielbiałam kupować na wyprzedażach i kupowałam dużo, a nawet bardzo dużo. Uważam nawet, że wpadłam w pułapkę, bo dopiero zauważyłam to po dłuższym czasie. Ulegałam złudzeniu, że to jest prawdziwa okazja, a ja muszę z niej skorzystać. Kupowałam rzeczy niepotrzebne, tylko po to żeby odczuć satysfakcję z tego, że wydałam mniej pieniędzy. I co z tego, skoro wydałam na coś czego później nie używałam lub nie nosiłam.

T-shirt za 9.90 to nie jest okazja, jeżeli go naprawdę nie potrzebujesz

Musiało minąć wiele czasu żebym to zrozumiała, a budziłam się kiedy zaczęłam przeglądać rzeczy dzieci, z których wyrosły, a w śród nich były ubrania z sieciówek z metką kupione na wyprzedaży.

Lubiłam robić te zakupy wyprzedażowe – przyznaję. Czułam się wtedy fajnie i dumna z siebie, że jestem taka przedsiębiorcza. I tak jak na spodniach dziecięcych była metka 49 zł przekreślona na 29 zł, a moje dziecko nie włożyło ich ani razu. To ja nie zaoszczędziłam 20 zł, tylko straciłam 29!

Ze 3 lata temu doszłam właśnie do takich wniosków i zmieniłam kompletnie moje podejście do wyprzedaży.

Stosuję teraz takie metody, którymi z Wami się też podzielę:

1. Fast fashion

przestałam masowo kupować w sieciówkach – martwi mnie zanieczyszczenie naszej planety i staram się unikać sklepów z ubraniami słabej jakości na jeden sezon. W czasie wyprzedaży nie jest to dla mnie okazją kupić coś za 20 zł – patrzę na to ubranie przez pryzmat tego, ile wody zostało zużytej do produkcji, jak dużo CO2 zostało wyprodukowanego do wyprodukowania itd.

Myślę też jaka jest żywotność tego ubrania, czy 3 dzieci będzie w stanie donosić je, czy pójdzie na śmietnik?

2. Nie kupuję rzeczy pod wpływem impulsu

nie chodzę po sklepach, bo może mi się coś spodoba. Takie „spacery” powodują często, że kupuję coś zupełnie niepotrzebnego

3. Zadaję sobie pytanie

czy ta rzecz tak bardzo jest mi potrzebna lub tak bardzo mi się podoba, że byłabym w stanie zapłacić za nią pełną kwotę? Jeżeli odpowiedz jest twierdząca, to poważniej się nad nią zastanawiam.

4. Kupuję rzeczy na lata

to jest moja podstawowa zasada. Oceniam ile lat będę mogła tę rzecz używać, jeżeli tylko rok to zazwyczaj nie decyduję się na zakup (chyba, że chodzi o buty dziecięce).

5. Nie kieruję się trendami i modą

one szybko przemijają, a przez to musimy kupić coś nowego. Kiedyś często przeglądałam trendy, bo mnie interesowało, ale teraz nie zwracam już na to uwagi.

6. Całą swoją garderobą nazwałabym klasyczną

staram się oceniać ubrania i buty w ten sposób, że jak coś było na topie 5 lat temu, to i za 10 lat będzie też modne.

7. Zwracam uwagę na materiały:

nie pamiętam już kiedy kupiłam rzecz 100 % poliester.

8. Jeżeli mi się coś podoba i planuję to kupić i wiem, że na przykład niedługo będzie wyprzedaż to zazwyczaj czekam na obniżkę,

bo wiem, że mogę zaoszczędzić.

Tak na przykład było w tamtym roku, jak szukałam idealnego płaszcza. Najpierw przejrzałam wszystkie sieciówki, później marki premium, później czytelniczki mi podpowiedziały świetną polska markę, która szyje płaszcze w Polsce. Zajrzałam na stronę Talia płaszcze, wypatrzyłam sobie jeden model, który od razu wpadł mi w oko. Poczekałam do wyprzedaży i kupiłam mój ideał 🙂

Chodzę w nim od tamtej pory i uwielbiam. Do tego stopnia mi się spodobał, że jak przyszły chłody to zamówiłam drugi zimowy. Niestety wtedy nie był przeceniony, bo to nie był czas wyprzedaży, ale teraz już jest. Więc jeżeli i Wy od lat nie możecie znaleźć ideału, to zajrzyjcie do Talii. Możecie też skorzystać z dodatkowego rabatu na wyprzedaż (Nebule10 da Wam dodatkowe 10% rabatu).

To płaszcz Talia model Oktawia – ja mam rozmiar S KLIK jest wiosenno jesienny

A to Viola wino (kolor w rzeczywistości jest winny) – ma podpinkę i jest ciepły KLIK

9. Stawiam na sprawdzone marki i produkty

pewnie też tak macie, że jak coś Wam podpasuje to wybieracie to co znacie. Ja tak mam na przykład z marką Emu. Już sobie nie wyobrażam innych butów na zimę – po prostu. Zmieniam je co dwa lata i noszę cały czas.

Wiem, że jakbym miała znów kupować za rok, to pewnie kupiłabym je na wyprzedaży, bo rozmiar mi się nie zmieni, a gust też. Teraz są właśnie w promocji, ale ja mam z tego roku, więc nie potrzebuję na przyszły.

10. Polskie marki

przyznaję szczerze, że wolę kupić daną rzecz u polskiego producenta, gdzie mam pewność, że jest to produkt polski. Zaglądam do polskich marek bardzo często i wspieram ich biznesy. Nawet u nich są wyprzedaże i na przykład świetne polskie ubranka można kupić za ceny sieciówkowe:

tu macie wpis Polskie marki odzieżowe dla dzieci

I tak z wyprzedażowej bestii stałam się świadomym konsumentem. Dobrze mi z tym i cieszę się, że ludzie też zaczynają tak postępować. A Wy coś kupujecie na wyprzedażach? Macie swoje sposoby?

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Zima z dziećmi – pierwszy wyjazd na narty

Kiedy nadawałam na Instastories z gór pytaliście mnie o mnóstwo rzeczy. Czy kupowaliśmy sprzęt, buty, kaski, czy może wypożyczaliśmy. Jak wiecie, decyzję o wyjeździe na narty podjęliśmy już w sierpniu i wtedy zaczęliśmy o tym myśleć.

Dziś napiszę Wam o naszych przygotowaniach, jak wyglądały, co się nam sprawdziło, a co nie. Myślę, że ten wpis pomoże Wam w podjęciu kilku decyzji, a też na moich błędach nauczycie się czegoś nowego.

Ubrania narciarskie

Ubrania dla mnie i dla Daniela kupiłam już w październiku. Wiedziałam, że chcę porządne ciuchy, które wystarczą nam na kilka lat, więc zamówiłam je przed sezonem, bo zależało mi na atrakcyjnej cenie. Ubrania narciarskie są wykonane ze specjalnych materiałów i dlatego nie są tanie. Kiedy zaczynałam poszukiwania spodni i kurtek dla nas od razu zaczęłam od Limango.

Akurat w outlecie Limango było dużooo ciekawych modeli i ciężko było mi zdecydować. Finalnie zamówiłam dla siebie: kurtkę Billabong i spodnie z tej samej marki – całość kosztowała około 500 zł. Daniel ma spodnie Salomon i kurtkę Burton też z outletu Limango. Przyznam Wam, że te ubrania sprawdziły się znakomicie! Właśnie poluję na jeszcze jedne spodnie, bo potrzebuję mieć na zmianę, bo jasne się brudzą. Więc, jak będziecie kupować ubrania narciarskie, to nie popełnijcie mojego błędu i kupcie ciemne spodnie, lub wtedy dwie pary. I już wypatrzyłam spodnie Icepeak w dobrej cenie.

Jeżeli zależy Wam na szybkiej wysyłce, bo wyjeżdżacie to zajrzyjcie do Limango Outletu – zamówienia wysyłają bardzo szybko i trzeba czekać.

I tak jak kurtki i spodnie sprawdziły nam się super to popełniłam jeden błąd – uznałam, że nie potrzebujemy bielizny narciarskiej (termicznej) i pierwszego dnia lekko odmroziłam sobie nogi, a drugiego dnia jak założyłam pod kurtkę zwykły T-shirt i bluzę GAP to spociłam się okrutnie.

Dlatego uważam, że bielizna termiczna to dobry pomysł i na pewno zaopatrzę całą naszą rodzinę w takie ubrania – przeglądam właśnie ofertę i coś wybiorę LINK.

Czapki mieliśmy swoje, ale nie zakładaliśmy ich pod kaski, a zamiast szalika bardzo Wam polecam cienkie kominy . Dzieci i Daniel miały coś takiego na szyi i sprawdziło się rewelacyjnie. Ja jedyna nie miałam i mi wiatr wiał w szyje z tyłu na stoku.

Polecam Wam też dłuższe skarpety. Mogą być narciarskie, bo dobrze dopasowują się do nogi i grzeją np. Salomona

Co do butów – koniecznie nieprzemakalne śniegowce. Ja w ostatniej chwili kupowałam dzieciom takie, bo ich skórzane by przemokły. Bardzo fajną są na przykład z Kamika lub Muflon. Lilka miała Emu Brumby (wodoodporne). Zobaczcie jeszcze tu są dobre ceny i fajne modele

Co do ubrań narciarskich dla dzieci to mamy kombinezon Ducksday i kurtkę i spodnie Ducksday. Czy ponownie zdecydowałabym się na taką konfigurację? Nie – już piszę dlaczego.

Spodnie i kurtka sprawdziły się rewelacyjnie! Nie są grube, więc nie ograniczają ruchów, ale za to bardzo ciepłe. Dzieci dosłownie turlały się godzinami w śniegu i były suche. Lili kurtka miała też kieszonkę na rękawie na skipass (powiem szczerze, że to super opcja), bo Jul w kombinezonie nie miał, więc Daniel stał przy bramce i mu odbijał.

Druga kwestia jest praktyczna:

zawsze po zejściu ze stoku szliśmy na jedzenie i tak jak Lila zdejmowała tylko kurtkę, to Julkowi trzeba było zdjemować buty (on stawał skarpetą na mokrą podłogę:P) i zdejmowaliśmy cały kombinezon, a później trzeba było go włożyć. Naprawdę polecam Wam opcję: spodnie plus kurtka ( z kieszonką na rękawie).

Kupcie też porządne rękawice narciarskie – będziecie z nich korzystać cały dzień i przez cały wyjazd i muszą być naprawdę dobre. My mieliśmy z firmy LEVEL i sprawdziły się znakomicie TUTAJ.

Sprzęt narciarski

Co do sprzętu – zależało mi bardzo żeby dzieci miały własne kaski i buty narciarskie. Tę decyzję podjęliśmy już na wstępie. Dlaczego? Ze względu na higienę. Owszem, można wypożyczyć przy stoku zarówno kaski, buty, jak i narty. Ja mam małą obsesję związaną z użytkowaniem takich artykułów przez inne dzieci (a i też wiem, że na przykład po powrocie z ferii jest zazwyczaj wysyp wszawicy w szkołach i przedszkolach), więc kaski i buty mieliśmy swoje.

Kaski mają regulację ( u moich dzieci 52-56 cm), więc spokojnie jeszcze na przyszły sezon lub dwa wystarczą. My też jeździmy na łyżwach, więc idealnie sprawdzają się też na lodowisku.

Poprosiliśmy o doradztwo i zdecydowaliśmy się na sprzęt Head. Kaski z wbudowanymi goglami są dobrą opcją. Jak widziałam dzieci ze spadającymi goglami albo krzyczące, że im cisną to tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to był dobry wybór. Daniel nosi okulary i to jedyny kask, który mu nie przeszkadzał i mógł mieć okulary pod goglami.

Dodam też, że pod kaski nie ma potrzeby wkładania czapki – ja chciałam tego uniknąć, bo wiem, że kask na czapce nie pracuje tak jak trzeba. I jak widziałam na stoku dzieci w czapce z pomponem, a na to kask, to trochę się obawiałam o ich bezpieczeństwo.

Do tego wentylacja i regulacja

nie było nam zimno bez czapek, a w dzień kiedy było naprawdę ciepło przez wywietrzniki dobrze odprowadzała się wilgoć i Julek nie miał mokrej głowy.

Lili kask TUTAJ, Julka kask TUTAJ, mój kask TUTAJ, Daniela kask TUTAJ

Buty HEAD TUTAJ

Kasków też używaliśmy na sankach, bo prędkość zjazdu była naprawdę niezła.

Tak samo z butami – też z firmy HEAD – super dopasowane do nogi, ale też dobrze trzymające stawy. Wybrałam uniseks kolor, aby później mogły przejść na Julka. Dobrze się je zapina i reguluje. A dzieci, które były pierwszy raz na nartach nie narzekały, że bolą je nogi.

Narty, wypożyczyliśmy na miejscu

Pan dopasował je do naszych gabarytów – to też jest bardzo ważne. Jeżeli nie znacie się na doborze nart, to zapytajcie specjalistów- na przykład w dobrazima.pl

Mam też mały bonus (bo prosiliście) – rabat 5% na zakupy w dobrazima.pl, hasło Nebule5

To już wszystkie moje uwagi, jeżeli macie jakieś swoje patenty i rady to koniecznie napiszcie je w komentarzach.

Jeżeli spodobał się Wam wpis i uważacie, że jest przydatny to proszę kliknijcie „Lubię to” na Facebooku.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Zimowy wyjazd z dziećmi – nasza relacja

  • HOTELE
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [4]

Zimowy wyjazd z dziećmi chodził nam po głowie już od początku 2019 roku. Nigdy wcześniej nie planowaliśmy takiego wypadu, ale uznaliśmy, że możemy spróbować. Dzieci są już w takim wieku, że skorzystają z nart, sanek i innych ciekawych atrakcji.

Niedawno wróciliśmy z Wisły i mam dla Was relację z tego miejsca – jak zorganizować, gdzie możecie spać i co robić. Przeczytacie tutaj też o informacjach praktycznych – o stoku i innych miejscach.

Tak naprawdę do zimowego wyjazdu z dziećmi namówili nas znajomi, którzy są zapalonymi narciarzami.

W tamtym roku byli w Wiśle z córeczkami i byli zachwyceni – tak nas nakręcili, że już w sierpniu mieliśmy zarezerwowany wyjazd.

Jako, że miał to być pierwszy wyjazd zimowy z dziećmi i nie byliśmy pewni, czy im się spodoba to stwierdziliśmy, że lepiej nie jechać za granicę. Przewidywałam też takie scenariusze, że na stoku będziemy 10 minut, bo nie wiedzieliśmy, czy zapałają miłością do nart.

Zimowy wyjazd z dziećmi. Co brałam pod uwagę:

  • rekomendacja znajomych była dla nas najważniejsza – byli tam i wypróbowali. Do tego byli tak zadowoleni, że od razu zabookowali pobyt na kolejny rok
  • hotel przy samym stoku – bardzo mi na tym zależało, bo cała logistyka z dziećmi, sprzętem itd. lekko mnie przerażała
  • wypożyczalnia sprzętu i szkółka na miejscu (lekcje codziennie z tym samym instruktorem)
  • hotel z atrakcjami dla dzieci – marzyłam o tym żeby po nartach móc wskoczyć do basenu
  • z racji tego, że nasz zimowy wyjazd z dziećmi zahaczał o Sylwester to chciałam żeby były ciekawe atrakcje na ten czas. Byliśmy na prawdziwym balu, a dzieci w tym czasie były na balu dziecięcym (jak to zrobiliśmy napiszę poniżej)

Czego się obawiałam przed wyjazdem (jak to mama;)?

  • czy będzie śnieg? (podglądałam kamerkę na stoku) i dzień po naszym przyjeździe otworzyli mały stok
  • czy dzieciom się spodoba?
  • czy się nie rozchorują?
  • czy w Wiśle będzie dobra jakość powietrza umożliwiająca sport na zewnątrz?

Moje obawy, co do śniegu były naprawdę duże i kiedy na dzień przed naszym przyjazdem zobaczyłam na kamerze, że na stoku jest śnieg to się bardzo ucieszyłam. Warunki były dobre – działał mały stok i górka saneczkowa, a w Nowy Rok otworzyli duży stok.

Bałam się, że dzieci założą narty, pojeżdżą 10 minut i będą miały dość. Na szczęście spodobało im się bardzo – codziennie miały godzinę jazdy z instruktorem i właściwie tyle czasu spędzały na stoku (1 h dziennie). Później szliśmy obok na górkę do zjeżdżania na sankach. Robiliśmy też bałwany i bitwy na śnieżki. Z racji tego, że tak dużo atrakcji było na stoku i w hotelu, to ani razu nie wyszliśmy poza teren hotelu. Tylko ja raz wybrałam się na długi spacer.

Zabrałam oczywiście mój amulet na choroby, czyli inhalator

Na szczęście nikt się nie rozchorował i mieliśmy lepsze rozrywki niż Nebulizacja🙂

Bałam się też czy jakość powietrza w Wiśle będzie umożliwiała sport na zewnątrz (paranoja żeby musieć martwić się o takie rzeczy, prawda?). Ale czujniki pokazywały dobre powietrze przed naszym wyjazdem i w trakcie.

Zapytacie pewnie o hotel

Zatrzymaliśmy się Hotelu Stok. Oprócz rekomendacji znajomych, jest to także hotel który pojawił się w rankingu: Hotele na narty z dziećmi – TOP 20 z ankiety czytelników! Byłam więc pewna, że to sprawdzona rekomendacja. Tak jak pisałam wcześniej – wyjazd rezerwowaliśmy w sierpniu, bo zainteresowanie było tak duże.

Sam hotel jest bardzo duży, składa się z 3 budynków i sporo kroków zrobiliśmy na tym wyjeździe. Hotel nie jest nowy i nie jest designerski, ale ma wszystko to, czego potrzebowaliśmy do szczęścia:

Hotel Stok – zalety

  • jest przy samym stoku, górce saneczkowej, wypożyczalni sprzętu i szkole
  • ma 3 sale zabaw, w tym jedną ogromną
  • w czasie tego wyjazdu był bardzo bogaty program animacji, nie byliśmy w stanie z wszystkiego skorzystać, bo głównie byliśmy na podwórku
  • był bardzo fajny Bal sylwestrowy dla dorosłych i oddzielny dla dzieci. Pod okiem animatorów i opiekunek dzieci świetnie się bawiły do godziny 1 (żeby mogły się bawić, położyliśmy się wszyscy spać około 16 i do 18.30 odpoczywaliśmy)
  • w Nowy Rok nie było pokazu fajerwerków tylko pokaz laserowy i biesiada z zespołem góralskim na zewnątrz
  • jedzenie było bardzo – były nawet dziecięce dania.
  • mieliśmy nowszy pokój Comfort w części STOK 3. W innych częściach są starsze pokoje, ale są na przykład podwójne.

Czy nam się podobało?

Bardzo! Byliśmy ze znajomymi, dużo czasu spędzaliśmy razem i nasze dzieci świetnie się bawiły. Ten wyjazd zimowy z dziećmi naprawdę utwierdził nas w przekonaniu, że warto uczyć dzieci jazdy na nartach. Już szukamy stoku w naszej okolicy i będziemy jeździć.

AAA! Wiem, że są takie osoby, które nie przepadają za hotelami i wolą apartamenty. Przy „naszym” stoku w Wiśle są apartamenty Szuflandia – możecie tam spać i korzystać ze stoku, górki saneczkowej, a nawet odpłatnie skorzystać z basenu w Hotelu Stok.

Pewnie jesteście też ciekawi, co ze sprzętem i przygotowaniem do wyjazdu. Napiszę Wam jutro lub pojutrze, co się sprawdziło, czy wypożyczaliśmy sprzęt, gdzie kupowaliśmy stroje narciarskie itd.

A Wy dajcie znać, co porabialiście w tym czasie i czy macie może do polecenia jakieś ciekawe miejsca na przyszły rok.

Patrząc na inne miejscówki w Wiśle ciekawa jestem nowiutkiego hotelu Aries – tam pewnie jest trochę luksusowo:) Są tu też takie tuzy jak Gołębiewski, takie butikowe ciekawostki jak Villa Japonica. Są też Apartamenty u Małyszów.… albo Apartamenty Malinka i dużo dużo dużo innych każdemu wedle preferencji – a wy jakie miejscówki blisko stoku i z udogodnieniami dla dzieci polecacie?

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl jak wiecie - 2020 nie rozpieszcza:) dziękujemy za Waszą cierpliwość!