fbpx

Pokój dla rodzeństwa – nasz projekt i metamorfoza

Pokój dla rodzeństwa – jak go zaprojektować żeby był funkcjonalny i rozwijający dla dzieci? Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, zaczęłam myśleć o tym, jak się pomieścimy w naszym 50 – metrowym mieszkaniu. O ile w pokoju dla jednego dziecka nie mieliśmy problemu z rozmieszczeniem łóżka czy też komody z zabawkami, tak z pokojem dla rodzeństwa mieliśmy sporą zagwozdkę.

Jak urodził się Junior, wiedziałam, że będzie z nami w pokoju. Chciałam mieć go jak najbliżej siebie i kosz Mojżesza postawiliśmy blisko naszego łóżka. Nie miał zbyt wielu swoich rzeczy, więc spokojnie zmieściliśmy je w komodzie.

Później, kiedy przybywało mu zabawek, a nasz salon, w którym śpimy zaczął się kurczyć, zaczęłam myśleć o tym, żeby w Lilki pokoju zorganizować mu kilka półek na zabawki. Cały czas spał z nami, ale coraz więcej czasu przebywał w pokoju siostry.

Znacie to uczucie, które towarzyszy wszystkim krokom milowym dzieci?

Ja zawsze bardzo się cieszę, ale jednocześnie jest mi też trochę smutno, że dzieci tak szybko rosną. Kiedy pomagaliśmy Juniorowi zdmuchnąć pierwszą świeczkę na torcie, to uczucie się we mnie jeszcze mocniej obudziło.

Mój malutki synek już chodzi, gada jak najęty i mówi teraz, że ma „jeden lat”, zjada sam jajecznicę w ekspresowym tempie i prosi o swoją „kawę”. Ściska mnie trochę w dołku, że ten czas tak szybko leci i te etapy przechodzi jak burza. Ja chyba do końca nie jestem na to przygotowana i każdą chwilę, kiedy jest jeszcze malutki, celebruję jeszcze bardziej, bo wiem, że one też niedługo przeminą.

Tak właśnie było też z Julka „wyprowadzką” do pokoju siostry. Lekko odciągałam to w czasie, żeby nie dać mu jeszcze pełnej niezależności. Całe dnie spędzał u niej w pokoju, ale noce wciąż był ze mną. Wspominałam Wam, że nasza mleczna droga niedawno się skończyła i żeby zająć głowę, zaczęliśmy myśleć o pokoju dla rodzeństwa.

Lilki pokój wyglądał tak:

 Pokój przedszkolaka:

Pokój dla rodzeństwa to nie jest wcale taki prosty temat. Zwłaszcza, że między naszymi dziećmi jest spora różnica wieku (3,9) oraz różnią się płcią. Każde jest na totalnie innym etapie rozwoju ruchowego i psychicznego. Mają inne zainteresowania i potrzeby.

Szukałam na własną rękę różnych rozwiązań, przeszukałam cały internet i gazety wnętrzarskie. Żaden pokój dla rodzeństwa nie zrobił na mnie takiego wrażenia, że mogłabym zastosować te rozwiązania u siebie. Stwierdziłam, że poproszę o pomoc fachowca. Jednak uprzedziła mnie moja czytelniczka, Agata, która jest projektantką wnętrz w Pracowni Projektowania Wnętrz A+A Kids (zobaczcie ich genialne realizacje), a prywatnie  jest mamą dwójki dzieci z podobną różnicą wieku jak moje.

Zaproponowała mi swoją pomoc. Nie dość, że „zna” nas z bloga, wie, co lubimy, to jeszcze sama na podstawie doświadczeń ze swoimi dziećmi miała dla nas kilka rozwiązań. Spotkałyśmy się kilka razy i w przerwach w rozmowie o książkach, metodzie Montessori i gadżetach dziecięcych rozmawiałyśmy o naszym pokoiku.

Tak wygląda docelowy projekt pokoju dla rodzeństwa, który będzie pewnie gotowy na początku roku.

Pokój dla rodzeństwa

pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa

Cudowną tapetę w gruszki zaprojektowała Beata Dejnarowicz

Jest to wszystko, na czym mi zależało. Idealny pokój dla rodzeństwa w różnym wieku. Lila marzyła od zawsze o piętrowym łóżku i uznałyśmy, że to jedyna okazja żebyśmy mogły jej marzenie spełnić. Chciałam też, żeby miała swoją kryjówkę przed bratem, czyli do zabawy małymi rzeczami, których nie będzie jej zabierał. Dlatego też zmieniamy biurko na wyższe. Przy niskim stoliku przeszkadza jej przy pracy. Będzie też miała wyżej swoje półki, które będą poza zasięgiem młodszego współlokatora. Postawiłyśmy wykorzystać przestrzeń wkoło okna na półki i półeczki. Zamiast zasłon będzie roleta, która powiększy pokój.

Na górze będzie pawlacz na zabawki, które zmieniam co kilka tygodni. W końcu szafa w salonie opustoszeje.

Strefa Julka będzie na jego łóżku oraz obok. Dzięki mobilności będzie można je ustawiać w dowolny sposób. O tym projekcie będę jeszcze pisać nie raz.

Przejdźmy do pierwszego etapu remontu.

Chciałam podzielić go na dwa razy, żeby nie mieć wyłączonego pokoju przez kilkanaście dni.

Pierwszy etap już za nami i dziś się Wami nim podzielę. Nasz pokój dla rodzeństwa jest gotowy.

Pokój Lilki był pomalowany zwykłą satynową farbą, która niestety nie do końca spełniała swoje funkcje. Wybierała nam ją ekipa remontowa, która nie wzięła pod uwagę tego, że będzie tam mieszkało dziecko. My się kompletnie na tym nie znamy, więc zaufaliśmy im w 100 %. Po 1,5 roku od malowanie ściany wyglądały niezbyt świeżo.

Z Agatą doszłyśmy do wniosku, że zrobimy coś zwariowanego i dodamy dzieciom trochę koloru na ścianie. Długo nie trzeba było mnie namawiać kiedy usłyszałam jedno słowo: „OMBRE”, czyli ściana, która zaczyna się od najciemniejszego koloru, a kończy na najjaśniejszym. Ten pomysł wydał mi się genialny!

Zaczęłam szukać odpowiednich farb oraz fachowca, który taki efekt uzyska na naszych ścianach

Mój wybór padł na markę Beckers, która zgodziła się wziąć udział w tym odważnym malowaniu. Po wielu rozmowach uznaliśmy, że to właśnie te farby najlepiej będą się nadawały do naszego remontu. Dlaczego? Przede wszystkim mają farby, które są antyalergiczne bez zawartości Lotnych Związków Organicznych. Mają też atesty i certyfikaty. Spodobały mi się też sprytne, ekologiczne opakowania brainy pack, które można wykorzystać do ostatniej kropli i są niesamowicie ergonomiczne: łatwo się je nalewa na tackę lub do sprężarki.

Najpierw ściany zagruntowaliśmy Beckers Designer Primer później pomalowaliśmy na biało Beckers Designer White, na koniec Pani Dorota za pomocą sprężarki zrobiła efekt ombre farbą Beckers Väggfärg 7 z mieszalnika, kolor NCS  S 2070Y10R.

Kiedy miałam już wybrane farby, kolor z palety NCS to nie mogłam znaleźć fachowca, który pomaluje w taki sposób ścianę. Przecież ekipa remontowa nie będzie bawić się w takie niuanse. Myślałam, szukałam, pytałam i w końcu znalazłam osobę, która zajmuje się artystycznym malowaniem ścian.

Pani Dorota kiedy tylko usłyszała o moim pomyśle, od razu się zgodziła. Zajęła się również wszystkimi pracami, czyli malowaniem sufitu, dwukrotnym pomalowaniem ścian na biało i na koniec jako wisienkę na torcie wyczarowała nam ombre na ścianach.

Jestem niesamowicie zadowolona z tego efektu! Gradient sięga odrobinę wyżej niż widać na zdjęciu i przechodzi płynnie do białego.

Jeżeli szukacie kogoś, kto artystycznie maluje na ścianach zajrzyjcie do Pani Doroty TUTAJ

Malowanie trwało 3 dni, a my w tym czasie żyliśmy w komunie w naszym salonie. Ciekawe doświadczenie;) Nie musieliśmy się wyprowadzać z mieszkania, bo farby Beckers są praktycznie bezzapachowe i nie było czuć typowego zapachu farby.

Pierwszy etap naszego remontu już za nami, a ja z naszych rzeczy oraz kilku nowych dodatków zrobiłam dzieciom pokój, który będzie im służył do momentu realizacji projektu architekt. Trochę to potrwa, dlatego chciałam żeby ten pokój dla rodzeństwa był już w pełni funkcjonalny. Dzieciom bardzo podoba się kolor na ścianach i to, że Julek śpi razem z Lilą. Oni są tak samo podekscytowani jak my i na razie o dziwo siedzą w swoim pokoju, a nie na nas (jak dotychczas).

Pokój dla rodzeństwa w wieku 5 lat i 1,5 roku

pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa
pokój dla rodzeństwa

Po tej przeprowadzce mam wrażenie, że Julek urósł o kilkanaście centymetrów. 

Cieszę się też, że remont rozłożyliśmy na dwa etapy. Dzięki temu możemy spokojnie myśleć o końcowym efekcie. Wcześniej myślałam, że sama ze wszystkim dam radę sama: z projektem, malowaniem itd. Jestem zadowolona, że oddałam te funkcje profesjonalistom. Wszystkie produkty Beckers sprawdziły się znakomicie przy tym niestandardowym malowaniu i jestem przekonana, że dzieci długo będą mogły bawić się w pokoju ze słoneczną łuną na ścianach.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Jak odstawić dziecko od piersi w łagodny sposób i bez poczucia utraty bliskości?

Jak odstawić dziecko od piersi? Wiele mam zadaje sobie to pytanie i z lekkim przerażeniem myśli o tym, że ich dziecko będzie jadło mleko do 18-tych urodzin. Może to się wydawać trudne, jednak jeżeli dobrze się razem przygotujecie, ten proces może wcale nie być taki straszny.

Wiecie jak się teraz czuję, po weekendzie kiedy zakończyliśmy naszą mleczną drogę, która trwała 16,5 miesiąca?

Mogłabym stanąć i zaśpiewać:

„To jest już koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść.”

Decyzja o zakończeniu mlecznej drogi

Najtrudniej jest podjąć decyzję. Jednak w wielu sytuacjach to dzieci decydują o tym, kiedy już nie chcą jeść mleka i same się odstawiają. Mamom, które nie były na to przygotowane, często jest z tego powodu przykro. Ale szanują decyzję dziecka i nie wmuszają nic na siłę.

Jak odstawić dziecko od piersi

Druga sytuacja jest to taka, kiedy mama podejmuje decyzję o odstawieniu dziecka od piersi, ale często nie wie jak to zrobić.

Chciałabym zwrócić uwagę na to, że w naszym społeczeństwie wiele osób chce mieć wpływ na decyzję, która tak naprawdę należy do matki i jej dziecka. Niestety, ludzie, którzy nie są kompetentni, próbują przekonać matkę, żeby przestała karmić lub odwieść ją od decyzji o odstawieniu.

Nie ukrywam, że takie sytuacje strasznie mnie denerwują, bo to mama oraz jej dziecko wiedzą najlepiej, kiedy jest właściwy moment.

Skandaliczne są komentarze ludzi, którym tak naprawdę nic do tego – dają rady kiedy i jak odstawić dziecko od piersi. Myślałam, że mnie ten temat nie dotyczy, ale ostatnio flebolog podczas zabiegu wygłosił mi wykład, o tym, że karmię syna samą wodą i po co tak się męczyć. Dodam jeszcze, że był to młody, wykształcony człowiek, który miał zerową wiedzę na temat laktacji, a mimo to, używając autorytetu białego fartucha chciał wpłynąć na MOJĄ decyzję.

Oczywiście, powiedziałam mu (chociaż to totalnie nie w moim stylu), że powinien się dokształcić w tym temacie, bo z jego wypowiedzi wynika, że nic na ten temat nie wie.

Mamy karmiące, nie dajcie sobie wmówić, że:

„To już czas”

„Nic już tam nie ma”

„Masz bezwartościowe mleko”

To ma być tylko i wyłącznie WASZA decyzja.

Jeżeli jednak macie jakieś wątpliwości np. na temat przyjmowania leków i laktacji – zawsze warto skonsultować się z drugą osobą, która jest bardziej kompetentna.

Trzecia sytuacja to wspólna decyzja: mamy i dziecka.

[pJak odstawić dziecko od piersi? Na pewno nie pod wpływem impulsu.

Tak było u nas. Wydaje mi się, że może być najbardziej komfortowa dla dwójki. A jak to u nas było napiszę Wam poniżej.

Jak odstawić dziecko od piersi

Ja mam jedną odpowiedź na to pytanie.

Najlepiej jest odstawiać od piersi ŁAGODNIE.

Czyli jak?

Łagodne odstawianie od piersi to proces, który u nas trwał aż 10 miesięcy!

 *Wiem też, że nie u wszystkich dzieci może się sprawdzić.

Do 6 miesiąca życia WHO zaleca wyłączne karmienie piersią na żądanie, czyli bez żadnych przecieranych jabłek, herbatek, czy też wody. Po 6 miesiącu życia zaczęliśmy bardzo delikatnie wprowadzać nowe smaki. Przyznam szczerze, że tym razem aż tak nie stosowałam się do BLW – metody, którą rozszerzaliśmy dietę u starszej córki. Pojawiły się również papki.

Wprowadzanie nowych posiłków jest najbardziej naturalną metodą odstawiania dziecka od piersi. Przez pierwsze miesiące nie zastępowałam mleka posiłkiem stałym. Dopiero około 10 miesiąca można było zauważyć wyraźnie zmniejszenie się ilości karmienia i zacząć się zastanawiać jak odstawić dziecko od piersi.

Chciałabym też przypomnieć, że Amerykańska Akademia Pediatrii zaleca aby w pierwszym roku życia nie podawać dzieciom soków owocowych, ze względu na ryzyko otyłości i próchnicy.

Około 10 miesiąca Junior o mleko upominał się coraz rzadziej. Kiedy dużo się działo, to w ogólne o tym nie myślał, a ja mu nie proponowałam. Na przykład przestał jeść poza domem.

Cztery najważniejsze karmienia:

  • po przebudzeniu
  • przed 1 drzemką
  • przed 2 drzemką
  • przed spaniem nocnym

były zawsze – wtedy również mu proponowałam i nigdy nie odmówił;)

Dodam jeszcze, że nocne karmienie trwało u nas non stop. Nie wynikało tylko z potrzeby głodu, ale również i bliskości.

Po pierwszych urodzinach przestałam mu proponować mleko przed drzemkami. A sam się nie upominał.

Zdaję sobie sprawę, że każde dziecko jest inne. Mój syn w ciągu dnia był tak pochłonięty eksplorowaniem otoczenia i nabywaniem nowych umiejętności, że przestał w dzień prosić o mleko, a ja idąc za jego decyzją mu nie proponowałam. Kiedy był głodny – biegł do kuchni, odsuwał krzesło i krzyczał głośno: „am!”

Zostały nam karmienia nocne, które często były całonocne. Traktowałam to jako coś zupełnie naturalnego, jednak w pewnym momencie uznałam, że warto spróbować czegoś innego. Od urodzenia Junior spał w koszu Mojżesza, jednak około 5-6 miesiąca wylądował w naszym łóżku. Nie miałam siły wstawać do niego nawet 6 razy w nocy, dlatego podjęłam taką decyzję i wcale jej nie żałuję, bo naprawdę wysypiałam się.

Około 3 miesiące temu zaczęłam odkładać go do swojego łóżeczka, które do tej pory służyło za pojemnik na pościel. Potrafił przespać w nim nawet 3 h, pamiętam jak bardzo się z tego cieszyłam.

Jak pewnie pamiętacie – córkę odstawiłam od piersi kiedy była w podobnym wieku, dlatego i tym razem uznaliśmy, że to dobry moment. Zapytałam również pediatrę, co o tym sądzi. Jednak ona doradziła nam, żeby poczekać do końca lata, bo w tym czasie wirusy, które są odpowiedzialne za żołądkowe sensacje są wyjątkowo aktywne. Jakie było moje zdziwienie, kiedy 2 tygodnie później cała nasz rodzina miała to paskudztwo, a Junior zniósł to najlepiej.

Minęło lato, więc wróciłam do tematu. Wszystkie zęby (16) wyszły mu już 3 miesiące temu, w ciągu dnia je wszystko w sporych ilościach, więc uznaliśmy, że jest gotowy.

Godzina zero

Nastawialiśmy się na zarwane noce, więc odstawianie zaplanowałam na weekend żeby móc w razie czego odespać w dzień. Do tej pory myślałam, że do tego procesu niezbędny jest tata (tak było przy córce), a przy Juniorze mogę powiedzieć, że wcale nie.

Jak odstawić dziecko od piersi?

Zarówno starszą (nasza mleczna droga), jak i Juniora odstawialiśmy przez zmianę rytuału. Nasze wieczorne czynności są dość przewidywalne, bo wyglądają podobnie: kolacja, kąpiel, mleko (lub książka u Lili), zasypianie. Juniora od tygodnia nie karmiłam tez na noc, bo mnie nie prosił. Do tej pory najczęściej usypiałam go w wózku, a od około tygodnia zaczęłam go przyzwyczajać do zasypania w łóżeczku (z różnym skutkiem).

Tego dnia dokonaliśmy małej rewolucji, bo wstawiliśmy jego łóżeczko do pokoju córki. Pokazywaliśmy mu, że tam będzie spał i przenieśliśmy tam jego rzeczy. Kiedy przebrałam go w piżamę, zrobiłam inhalację w nosidle (też zadziałało jak zmiana rytuału) powiedziałam, że idziemy do łóżka. Poszedł do Lilki pokoju i chciał tam wejść. Zasnął bardzo szybko. Mąż tej nocy spał w pogotowiu w tym pokoju. Jednak Junior wstał o 6:00 dnia następnego, czyli przespał całą noc od godziny 20:00.

Byliśmy w niemałym szoku.

Drugiego dnia obudził się około pierwszej w nocy. Poszłam do niego i usypiałam go w łóżeczku (podając dłoń przez szczebelki i śpiewając). Zajęło to około pół godziny, a ja zasnęłam na podłodze.

Trzecia noc tez była super tylko wstał o 5 rano.

Dziś była czwarta noc i było trochę gorzej. Musiałam go wziąć do łóżka, bo płakał.

Ale od piątku ani razu nie poprosił o mleko!

A ja oczywiście nie proponuję.

Z perspektywy czasu, wiem , że te nocne maratony mogłyby wyglądać zupełnie inaczej gdybym na każde miałknięcie, czy stęknięcie nie proponowała mleka, a próbowała w inny sposób uśpić.

Uczucia po odstawieniu

Myślałam, że przeżyję to gorzej, jednak nie czuję się tak jak przy odstawianiu córki. Nawet się cieszę, że udało się nam to zrobić w tak łagodny sposób.

Często mamy, które myślą o odstawianiu, zastanawiają się,  jak po zakończeniu karmienia będzie wyglądała bliskość z dzieckiem. Nie będzie się już wtulało swoim malutkim ciałkiem i nie będzie patrzyło swoim ufnym wzrokiem prosto w oczy. Co też mają powiedzieć mamy, które od początku karmiły swoje dzieci butelką?

Mam tylko jedną odpowiedź:

Jest mnóstwo cudownych sposobów budowania więzi i bliskości z dziećmi. Sama od początku je stosuję i uważam, że się świetnie sprawdzają i zapewniają nam cudowne momenty, które na długo zostaną w naszej pamięci.

Wraz z partnerem dzisiejszego wpisu o bliskości z dzieckiem – marką Baby Dove – pokażę Wam nasze ulubione momenty, które służą budowaniu więzi.

To właśnie zabiegi pielęgnacyjne możemy traktować jako okazję do budowania więzi: czuły dotyk rodzica, oddziaływanie na zmysły i poczucie bezpieczeństwa sprawiają, że dzieci uwielbiają te chwile.

Rodzic ma wtedy czas dla dziecka, patrzy mu w oczy i spokojnie wykonuje na pozór błahe czynności. Jednak gdyby się dokładniej temu przyjrzeć to widać w tych gestach i spojrzeniach ogromną miłość. Zarówno rodzica do dziecka jak i dziecka do rodzica.

Niesamowite jest to, że dzieci podczas pielęgnacji są takie uważne

Śledzą nasz ruch i zapamiętują dużo rzeczy. Podczas takiej ciepłej relacji uczą się najwięcej, dlatego ja ten czas przeznaczam również na naukę.

Często śpiewam dzieciom piosenki, opowiadam wierszyki, czy też się wygłupiam. Moje dzieci uwielbiają takie zabawy, które są zawsze jeden na jeden z rodzicem i myślę, że ich nigdy za wiele.

Uwielbiamy też siłowanki, czyli swobodne zabawy na dywanie lub łóżku. Są to dzikie harce, które momentami mrożą krew w żyłach, ale ich potrzebuje każde dziecko.

Podczas wygłupów dzieci budują bliskie relacje, zwiększają zaufanie, a przy okazji rozładowują napięcie i trudne zachowania. Jest to świetny sposób zabawy, bo w niej zazwyczaj dowodzi dziecko i pokazuje, co możemy razem robić.

jak odstawić dziecko od piersi

Wspólne czytanie książek – mój ulubiony sposób. Dzieci ładują mi się na kolana i czytamy. Przy okazji wykorzystuję każdą chwilę na kradzież całusa w delikatną szyjkę, czy przytulanie.

Zabawy z rodzicem – to dopiero gratka. Najfajniejsze są takie kiedy razem się śmiejemy i używamy do tego różnych przedmiotów.

Noszenie na rękach – mój kregosłup ma na ten temat inne zdanie;) Ale moje dzieci uwielbiają być noszone i ile jeszcze będę mogła – to będę to robić. Tak niewiele jest sytuacji kiedy oczy dziecka są na poziomie oczu rodzica. Dlatego lubię ten czas. Czasami jeszcze zapinam Julka w nosidle i napawam się zapachem jego główki. Jednak on zdecydowanie woli przemierzać świat na swoich nogach.

Przytulasy i to wcale nie takie lekkie! Moje dzieci wolą mocne i zdecydowane, które oddziałują na czucie głębokie. Ciekawe jest też to, że żadne z nich nigdy nie miało ulubionej przytulanki, bez której nie mogłyby żyć.

Jak odstawić dziecko od piersi? Łagodnie i w zgodzie ze sobą!

Dzięki tym momentom łatwiej jest mi zaakceptować fakt, że moja mleczna droga już się skończyła. Nie mam poczucia braku, czy też smutku. Sposobów na to jak odstawić dziecko od piersi jest wiele, ale warto ten temat mocno przemyśleć i nie podejmować decyzji pochopnie. Trzeba też pamiętać, że jest to proces, w którym uczestniczą dwie osoby, a także są zaangażowani najbliżsi.

A ja ściskam mojego Synka mocno i nie mogę się nadziwić jak czas szybko ucieka.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Zabawki dla małych dzieci – nowości na półce

Dziś pokażę Wam nasze ulubione ostatnio zabawki dla małych dzieci. Na rynku pojawia się coraz więcej ciekawych rzeczy, którym warto przyjrzeć się bliżej. Junior ma już prawie 17 miesięcy i na samodzielnej zabawie spędza coraz więcej czasu. 

Myślę, że prezentowane przeze mnie dziś zabawki dla małych dzieci są uniseks. Z resztą ja nie przepadam za stwierdzeniami „dla chłopców” i „dla dziewczynek” i staram się je eliminować.

Zabawki dla małych dzieci

Stolik edukacyjny Janod

Zaczynam od stolika edukacyjnego. Czekałam na niego bardzo długo, bo wypatrzyłam go na Targach w Kielcach. Miałam cichą nadzieję, że do maja pojawi się na rynku i będzie świetnym prezentem na roczek. Niestety tak się nie stało. Ale mamy go już kilka miesięcy i zainteresowanie nim nie słabnie. A nawet wraz z nabywaniem nowych umiejętności Junior bawi się niem inaczej. Stolik bardzo nam pasuje do salonu, bo nie musiałam kupować oddzielnej półki czy komody na zabawki.

Łatwo jest też go utrzymać w porządku, bo każdy z elementów ma swoje miejsce. Na początku myślałam, że elementów jest za dużo. Jednak przekonałam się podczas obserwacji zabaw, że nie – jest idealny. Dwie rzeczy są jeszcze dla niego za trudne (nakręcanie i odkręcanie, obroty klockiem) ale widzę, że walczy. Bardzo lubi też sorter, który dopiero niedawno zaczął układać.

Podsumowując jest to świetna zabawka dla dzieci od roku. Pamiętam jak Junior nie mógł się niczym bawić, bo jego potrzeba chodzenia była tak silna, że się niczym nie zajął. Przy takim stoliku może chodzić, stać, kucać i przy okazji ćwiczyć ważne umiejętności. Poniżej inne zabawki dla małych dzieci.

Widzę, że nie tylko ja doceniłam jego walory, bo już prawie nigdzie go nie ma. Mają być znów za 2 tygodnie. Jeżeli zdecydujecie się na rezerwację TUTAJ , to dostaniecie na niego rabat 10% 

zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci

Układanka kształty Kid O

Jest to najfajniejsza układanka do wprowadzania kształtów. To na niej się zaczęliśmy uczyć słów: koło, kwadrat, trójkąt. Do tego ma proste kolory, a uchwyty (również w kształtach) wymuszają chwyt pęsetkowy. Niestety, nie znalazłam jej w regularnej sprzedaży. A swoją kupiłam w Tkmaxx jak Junior miał miesiąc. Podobne znalazłam TUTAJ

Jest jeszcze wersja z samymi kółkami na późniejszy etap TUTAJ

zabawki dla małych dzieci

Telefon drewniany Janod

Nie ma co ukrywać, że najbardziej pożądanymi przedmiotami w naszym domu są piloty oraz telefony. Dlatego jak zobaczyłam ten, to wiedziałam, że to jest to. Najbardziej podoba mi się to, że telefon nie jest głośny i łatwo go obsługiwać. Jul uwielbia z niego dzwonić do taty.

Dostępny TUTAJ

zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci

Skuter Jeździk Fisher Price

Cóż mogę Wam napisać? Że pierwszą rzeczą jaką Jul robi po pobudce to wsiada na swój motor? :)Naprawdę nie wiedziałam, że zabawka może dziecku sprawić taką radość. A co najważniejsze jest bezpieczna, stabilna, nie da się nią najechać na stopę (jak w metalowym, który mamy). Dodam też, że skuter jeździ dość wolno i nie da się nim wjechać w ścianę.

Dostępny TUTAJ

zabawki dla małych dzieci

Aparat Janod

To kolejna zabawka, która imituje przedmiot używany przez dorosłych. Jako, że mnie można często spotkać z aparatem, dlatego też zamówiłam coś podobnego Julowi. Aparat po naciśnięciu spustu migawki wydaje dźwięk zrobionego zdjęcia oraz zapala się światełko. Kiedy dziecko patrzy przez wizjer widzi świat podzielony na kilkanaście kawałków. Naprawdę fajna zabawka dla małych dzieci.

Dostępny TUTAJ

zabawki dla małych dzieci

Sorter kształtów Fisher price

Nawet nie wiem ile ma lat, bo Lilka go dostała po swoim kuzynie. Służył nam doskonale, więc schowałam go dla potomnych. Mimo tego, że mamy kilka sorterów (również drewanianych) to ten cieszy się największym powodzeniem. Pewnie dlatego, że łatwo wyjąć z niego klocki i można nieść za rączkę

Dostępny najtaniej TUTAJ

zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci

Sorter naturalny Wooden story

Kolejna pomoc do nauki kształtów. Przepięknie wykonana układanka, którą jak widać można wykorzystywać na różne sposoby.

Dostępny TUTAJ

Traktor Playmobil 123

Nie wiem dlaczego nigdy nic nie mieliśmy z Playmobil. To moje odkrycie! Kupiłam Julkowi ten traktor  4 miesiące temu i do tej pory jest to jego ulubiony pojazd. Nie wiem czy znacie zabawki tej marki, ale ja jestem zachwycona – jakość jest niesamowita! Szukam już następnych zestawów. Lilce teraz też kupiliśmy zestaw na 5 urodziny. Do tego nie kosztuje strasznie dużo i może służyć przed długie lata.

Zobaczcie też koniecznie inne zestawy, na które mam oko:

Rodzice z kołyską TUTAJ

Ciężarówka z garażem TUTAJ

Autobus z pasażerami TUTAJ

Traktor dostępny najtaniej TUTAJ

Sorter Btoys

To pierwszy sorter, który w ogóle zaciekawił Jula. Bardzo mu się podoba to, że można obserwować wpadający klocek. Kiedy element spada lub wypada z sortera, wydaje dźwięk (jak pohukiwanie sowy).

Do tego Junior lubi przekładać koraliki i obserwować jak się przetaczają. Bez problemu jest w stanie wyjąć klocki, obracając sorter do góry nogami. Bardzo fajna zabawka na początek.

Dostępny TUTAJ

zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci
zabawki dla małych dzieci

Jul ma na sobie:

T-shirt z długim rękawem Lindex TUTAJ

Spodnie H&M TUTAJ

Kapcie Soft sole Bobux TUTAJ

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

„Jano i Wito” – książka do wspierania rozwoju mowy WYNIKI

W naszym domu od dłuższego czasu panoszy się nowy język obcy. Każda rzecz, każdy przedmiot, każda czynność ma swoją skróconą nazwę. Wszystkich określeń używamy wspólnie i sami wymyślamy nowe nazwy. A wszystko po to żeby nauczyć mówić naszego najmłodszego członka rodziny.

W ostatnim live, który prowadziłam na Instagramie padło wiele pytań jak wspomagamy rozwój mowy Julka, że tak pięknie mówi. Odesłałam Was do mojego wpisu na ten temat Jak wspomagać rozwój mowy

Wszystkie wspomniane wyżej „metody” przychodzą mi bardzo naturalnie. Ale wiem, że niektórzy z Was mają z tym problemy. Pamiętam jak jedna czytelniczek napisała do mnie wiadomość, że jej synek niewiele mówi i nie bardzo wie co ma zrobić. Zapytałam ją jak np. zwraca się do synka, prosi o powtórzenie różnych rzeczy i jak zadaje pytania. Była lekko zdziwiona kiedy jej napisałam, że śmiało może trochę uprościć komunikacje z dzieckiem. Długie polecenia, czy też wyrazy trudne do wymówienia mogą wpływać na dziecko demotywująco.

Zapytałam ją: Kasia, a jak jest ulubiona zabawka Twojego syna?

Samochód – odpowiedziała.

Po chwili też dodała, że on nie wymawia tego słowa, bo jest za trudne.

Powiedziałam jej, że rzeczywiście wypowiedzenie słowa: „samochód” jest za trudne dla rocznego dziecka. Ale równie dobrze może nazywać go: brrym brrym (wibracja warg bez „r”), dudum lub zwyczajnie krócej: auto.

Pamiętam jej zdziwienie, że samochód to przecież auto, a „auto” jest zdecydowanie łatwiej powiedzieć.

Tak jak pewnie się domyślacie, że nasz nowy język opiera się na wyrażeniach dźwiękonaśladowczych i neologizmach. To właśnie na ich podstawie dzieci się uczą mówić.

Większość rzeczy, czynności ma u nas w domu swój odpowiednik, który jest o wiele łatwiej powiedzieć. 

hej ho – to pojazdy budowlane

kawa – to wszystkie napoje

koko – wszystkie ptaki

dudu – to auta

tuli tuli – to przytulać

aaaaaa- to spać

Lila zaczęła wymyślać różne śmieszne rzeczy, właśnie na tej podstawie np. że odkurzacz robi: odku odku

Junior powoli już przechodzi do wyrazów i krótkich zdań, a wszystkie wypowiedzi buduje właśnie na onomatopejach.

Duży wkład w rozwój mowy mają też książki i codzienne czytanie. Mamy dosłownie kilka książek, które są napisane z wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi, więc kiedy Wiola Wołoszyn (również logopeda, autorka bloga matkawariatka.pl) powiedziała mi, że zamierza napisać taką książkę dla dzieci to powiedziałam jej, że w ciemno ją biorę pod patronat. I tak się stało – trzymam właśnie w rękach egzemplarz książki, która jutro trafi na półki sklepowe.

Jano i Wito to jej trzecie dziecko, spełnienie młodzieńczych marzeń.

Dwóch chłopców podczas zabawy przy pomocy magicznego kamienia wyrusza w krainę onomatopei. Chłopcy spotykają żabę „kum kum”, węża „sssss”, ptaszka „ćwir ćwir”, konika polnego „cyk cyk”, ale wciąż nie mogą wrócić do domu. W końcu im się to udaje i przenoszą się prosto w czułe ramiona rodziców.

Bardzo prosta historia, która jest naszpikowana wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi. Na każdej stronie pojawiają się te same zwroty, aby pomóc dziecku w zapamiętaniu. Powtarzalność jest bardzo pożądanym zabiegiem przy wspieraniu rozwoju mowy.

Do tego przepiękne ilustracje, których autorem jest Przemek Liput. Bardzo podoba mi się to, że na stronach jest dużo białej przestrzeni. Pozwala ona skierować wzrok dziecka, na to co istotne. Przez to dzieci nie mają najmniejszego problemu z odnalezieniem odpowiedniego elementu. Pojawił się nawet mały element sensoryczny, który lubię w książkach. Kamień jest chropowaty, a autorka zachęca dziecko żeby go dotknęło.

Jano i Wito jest według mnie genialną książką do wspierania rozwoju mowy i nauki pierwszych słów. U nas nawet w jeden dzień zdetronizowała „Pucia”.

Mam również dla Was niespodziankę. Razem z autorką i wydawnictwem przygotowałam dla Was 5 książek. Wystarczy, że w komentarzu pod postem napiszecie jakie najśmieszniejsze wyrażenie dźwiękonaśladowcze  lub neologizm mówi bądź mówiło Wasze dziecko. Bawimy się do 27.09.17 r.

Książka do kupienia TUTAJ

WYNIKI

Dziękujemy za tak liczny udział:) Książki wędrują do:

Michasia

apsik

Myszko

Paszunia

Mamulka_anulka

Napiszcie na kontakt@nebule.pl swoje dane teleadresowe.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Mamo, wyjdź z domu!

Kiedy 5 lat temu tuliłam w ramionach moją nowonarodzoną córkę byłam przeszczęśliwa. Chciałam pokazać jej cały świat i nauczyć wielu rzeczy. Nie miałam wielkiego planu na moje macierzyństwo. Owszem, byłam lekko zestresowana i o wszystko pytałam położną. Ale kiedy w końcu wróciliśmy do domu czułam, że dajemy radę. Aż do czasu… pierwszego wyjścia. Niestety wtedy brakowało przestrzeni, w której mama mogłaby w komfortowych warunkach przewinąć i nakarmić dziecko. Dlatego nie wychodziłam zbyt daleko.

W domu czułam się bezpiecznie, wszystko miałam pod kontrolą i wiedziałam mniej więcej co mam robić. Pierwsze trzy miesiące to był najtrudniejszy okres mojego macierzyństwa. To wtedy poznałam, co to strach, co to zmęczenie, takie, że nie wiem jak się nazywam i co to wielka miłość. Bywały dni, że do 16 chodziłam w piżamie, a bywały też takie, że odliczałam godziny do powrotu męża.

I tak jak w domu wiedziałam, co mam robić, jak mam nosić i karmić dziecko. Tak na zewnątrz ogarniał mną paniczny strach. Dosłownie, bałam się wychodzić dalej niż 300 metrów od domu. Krążyłam jak satelita wokół bloku z córką śpiącą w wózku.  W mojej głowie kłębiły się same czarne scenariusze:

Co będzie jak zacznie płakać? A uspokoić się tylko da przy piersi.

Co będzie jak będę musiała zmienić pieluchę? W deszczowym październiku nie dało się już przewijać w gondoli.

Co będzie jak będzie tak płakać, że będę musiała ją nieść? Nie dam rady przecież jednocześnie pchać wózka.

Pora roku zupełnie nie sprzyjała zmniejszeniu moich obaw.

Spacerowałam tylko wokół bloku żeby móc w każdej chwili móc wrócić do domu i frustrowałam się, że jestem więźniem własnego dziecka.

Chociaż miałam prawo jazdy od 9 lat, to bałam się wsiąść z noworodkiem sama do auta.

A w domu czułam się bezpiecznie. Mogłam karmić co pół godziny w takiej pozycji jak mi się tylko podoba. Podkładam 5 poduszek i karmiłam. Mogłam przewijać dziecko bez najmniejszych problemów. Mogłam nosić je tak jak nam jest wygodnie.

Do tego byłam sama lub w gronie najbliższych.

W tamtym czasie żadna z moich przyjaciółek nie była w ciąży, ani nawet jej nie planowała. Nie miałam się z kim spotykać i moje życie towarzyskie ograniczało się do krótkich wypadów bez dziecka.

Kiedy minął tzw. czwarty trymestr i moje dziecko stało się bardziej przewidywalne umówiłam się z koleżankami w kinie na seans dla mam z dziećmi. Najpierw upewniłam się, czy wszystko jest na miejscu i czy dam radę to ogarnąć.

Byłam bardzo miło zaskoczona, że były tam przewijaki, pieluszki. A w czasie seansu mogłam dziecko nakarmić i uśpić w chuście. Wiecie jak się wtedy poczułam? Że w końcu mam miejsce gdzie mogę wychodzić z dzieckiem bez obaw. Miałam to, czego mi było trzeba, a do tego towarzystwo innych mam w podobnej sytuacji.

Od tamtego czasu minęło prawie 5 lat i wiele się zmieniło. Na szczęście! Posiadanie drugiego dziecka już nie jest dla mnie tak stresujące. Od początku wiedziałam jak powinnam postępować i na co zwracać uwagę. Na pewno spory wpływ miała też pora roku, w jakiej urodziłam Juniora.

Było pięknie i ciepło, a wyjście na zewnątrz z dwójką dzieci zajmowało mi o połowę mniej czasu niż samą Lilką w listopadzie. Nabrałam również więcej odwagi, co do publicznego kp i było mi łatwiej. Przewijałam Juniora w gondoli, karmiłam na ławce i byłam szczęśliwa, że daję sobie radę z dwójką dzieci.

Bez wątpienia, sporo się też zmieniło w przestrzeni miejskiej – jest coraz więcej miejsc przyjaznym mamom z dziećmi. Ogromnie mnie to cieszy! Pokoiki dla mam z dziećmi to najlepszy wynalazek. Miejsce gdzie można w spokoju przewinąć dziecko, usiąść na miękkim fotelu i w intymnej atmosferze nakarmić. Takie wsparcie jest mamom niezwykle potrzebne. Sama się z takich miejsc ogromnie cieszę, bo pokazują one, że ktoś myśli o młodych mamach, którym takie pomysły służą.

Jak wiecie jesteśmy rodziną, która nie może spokojnie siedzieć w domu.

Kiedy tylko nadarzy się okazja korzystamy jak tylko się da. Tak też było w ten weekend. Pogoda (wyjątkowo) nam dopisała i wybraliśmy się na Targ śniadaniowy na warszawskim Żoliborzu. Stwierdziliśmy, że pożegnanie lata chcemy spędzić na podwórku. Bardzo lubimy takie miejsca, bo może spędzić fajny czas razem. Coś jemy, rozmawiamy, bawimy się – do tego świeci słońce i jest cudownie.

Dzieci były przeszczęśliwe, że mogły próbować różnych potraw, a później się pobawić. Według mnie jest to idealne miejsce dla rodzin.

Zrobiliśmy też zakupy u lokalnych rolników

Odwiedziliśmy też nowe miejsce, które zostało stworzone dla rodziców z tymi najmniejszymi gośćmi. W końcu! SPOKOIK to miejsce gdzie bez problemu można wjechać wózkiem. W spokojnej atmosferze przewiniemy dziecko lub przebierzemy. W oddzielnym pomieszczeniu możemy również niespiesznie i bez skrępowania dziecko nakarmić siedząc na miękkim fotelu.

Cała inicjatywa jest częścią większej akcji „Wspólnie dbamy o bobasy” organizowanej przez markę Pampers. Jej zadaniem jest wspieranie rodziców w rodzicielstwie i zachęcanie społeczeństwa do pomocy rodzicom.

Oczywiście, sami również skorzystaliśmy z tej możliwości i w miłej atmosferze mogliśmy zapewnić dzieciom to, czego potrzebują. Cieszy mnie ogromnie fakt, że w SPOKOIKU jest też miejsce dla Taty, który też zmienia pieluchy i zajmuje się dzieckiem na równi z mamą.

W innych miejscach np w galeriach handlowych jest często wykluczany (sama nazwa „Pokój dla matki z dzieckiem” nie zachęca ojców do wychodzenia samemu z niemowlakiem). Przewijaki prawie zawsze znajdują się w toaletach damskich. Według mnie jest to krzywdzące.

SPOKOIK będzie na Targu śniadaniowym na warszawskim Żoliborzu i Mokotowie do końca sezonu.

Mam nadzieję, że takich miejsc będzie coraz więcej. Rodzice, którzy wychodzą z dziećmi potrzebują wsparcia społeczeństwa. Organizowanie przyjaznych przestrzeni jest wręcz niezbędne. To tak niewiele: postawić przewijak, zapewnić fotel do karmienia… A w ten sposób ułatwić młodym rodzicom przebywanie w przestrzeni miejskiej.

*wpis powstał w ramach współpracy z marką Pampers

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Na co czekam tej jesieni? Książki, seriale, nowy plac zabaw…

  • ROZRYWKA
  • 4  min. czytania
  •  komentarze [9]

Muszę przyznać, że tegoroczna jesień lekko nas zaskoczyła. Ze strojów kąpielowych, które nosiliśmy nad Bałtykiem przeszliśmy od razu do kaloszy i płaszczy. Nie ukrywam, że się na to nie przygotowaliśmy i trochę nam żal. Ciągle mam cichą nadzieję, że jesień się zreflektuje i będzie nam dane cieszyć się słoneczną, jesienną pogodą.

Wrzesień, październik i listopad to miesiące, w których wciąż na coś czekam, więc dziś chciałabym Wam pokazać trochę inspiracji, które napędzają mnie do działani i skreślania dni w kalendarzu.

Najbardziej niecierpliwie czekam na nowy plac zabaw, który powstaje właśnie w stolicy w Parku Ujazdowskim.

Kiedy zobaczyłam pierwsze wizualizacje, aż zaniemówiłam z wrażenia.

Na placu wybudowana zostanie sieć tuneli, górek i mostków. Teren wyposażony zostanie w ścieżkę sensoryczną oraz różne budowle, np. altankę z dachem ze strzechy, tematyczny domek z kuźnią, piecem kaflowym, kowadłem i paleniskiem czy łódkę. Opiekunowie najmłodszych dzieci będą mogli korzystać z huśtawki, na której jednocześnie buja się dorosły i dziecko

Specjalnie zadzwoniłam do Zieleni Warszawskiej, aby zapytać kiedy będzie gotowy. Termin oddania to koniec października, ale ZW przewiduje opóźnienie.

Mam nadzieję, że jeszcze zdążymy przed śniegiem pobawić się na tym placu zabaw.

Seriale

Belfer

Ależ długo kazali na siebie czekać! Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że okaże się tak dobry. Trzyma w napięciu, fajnie nakręcony, bez sztywnej gry nastolatków. Wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki.

Nowy sezon już 22 października

This is us

Czekam na kolejny sezon i doczekać się nie mogę. Kto jeszcze go nie oglądał, to polecam.  Serial jest o relacjach rodzinnych. Niesamowita historia trojaczków, która przedstawiona jest dwutorowo – czasami przenosimy się do przeszłości, a czasami jesteśmy w czasie teraźniejszym kiedy mają 36 lat. Genialnie nakręcony serial, który ogląda się jak film. Ten serial obejrzeliśmy jednym tchem – mam nadzieję, że kolejne odcinki również takie będą.

Nowe odcinki już 26.09

Shameless

Oj lubimy ten serial! Już ósmy sezon, a wciąż trzyma poziom. Wiele razy rozbawił mnie do łez, pomógł się oderwać od wielu spraw i sprawił, że trochę inaczej patrzymy na nasze rodzicielstwo. To serial o patologicznej rodzinie, która ma wiele problemów. W niektórych momentach jest dość mocny i przerysowany. Bardzo go polecam, bo naprawdę jest tego wart.

Książki

Jano i Wito w trawie – Wiola Wołoszyn, Przemek Liput wyd. Mamania

Zapowiada się wspaniała książka dla maluchów! Wiola,  z wykształcenia logopeda, a znacie ją pewnie z bloga matkawariatka.pl napisała książkę dla dzieci. Nie mogę się jej doczekać, bo zapowiada się naprawdę ciekawie.

Książka będzie w sprzedaży od 20.09

Idziemy na niedźwiedzia Michael Rosen, Helen Oxenbury, wyd. Dwie siostry

Kartonowa wersja książki, która ma niesamowity rytm i sporo wyrażeń dźwiękonaśladowczych, które są u nas na topie.

Książki dla starszaków

Coco i jej mała czarna – Annemarie Van Haeringen, wyd. Muchomor

Pięknie ilustrowana książka o historii Coco Chanel. Chcę ją podarować Lilce.

Dostępna od połowy września.

Malarze dzieciom: Baletnice – Agnieszka Starok, Vincent van Gogh wyd. Tekturka

„Klara i Emilia, zachęcone przez mamę, zaczynają chodzić na lekcje baletu. Wkładają przepiękne szeleszczące suknie i białe, mięciutkie baletki. Szybko okazuje się jednak, że balet wymaga ciężkiej pracy. Baletnice to opowieść o dziecięcych marzeniach i wytrwałości w dążeniu do wyznaczonych celów. Książka jest ilustrowana oryginalnymi obrazami Edgara Degasa.”

To może być coś pięknego!

Dostępna od 16.10

Książki dla dorosłych

Czekam też (jak na szpilkach) na nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego. Poprzednie pochłonęłam dosłownie w kilka dni. Nowa książka o tytule „Jak zawsze” ukaże się w listopadzie. Mam nadzieję, że dzieci będą łaskawe i dadzą mi szybko przeczytać;)

Łuski od Miszkomaszko

Czekam też na kultowy wzór od Miszkomaszko w syreny! Kto wie, może Julowi też coś nabędę i będzie jak tryton:)

Muszę Was zapytać, czy też na coś czekacie? Jeżeli tak, to podzielcie się w komentarzu:)

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Jak (nie) odpoczywa mama?

  • KOSMETYKI
  • 8  min. czytania
  •  komentarze [29]

Jak tam Mamy, odpoczęłyście na wakacjach? Jeżeli i Wam po takim pytaniu rysuje się na zmęczonej twarzy nerwowy uśmiech, to ten wpis jest dla Was. Co to znaczy „odpoczynek” w słowniku kobiety, która ma na głowie dom, dziecko, pracę, męża, czasem nawet jakieś zwierzę domowe? Czy „odpoczynek mamy” jest oksymoronem, w którym jeden wyraz przeczy drugiemu i odwrotnie? 

W ubiegłym tygodniu byłam sama z dziećmi i kiedy wrócił mój mąż, poszłam załatwić kilka spraw. Tak naprawdę chciałam pobyć chwilę sama, a przy okazji odebrać przesyłkę na poczcie.

Przede mną stało 5 osób. Każdy z nich miał swoje sprawy i czekał cierpliwie w kolejce. Pan, który stał na samym początku wyciągnął z przepastnej, niebieskiej torby, którą ostatnio podrobił Balenciaga około 120 listów.

Pani przede mną aż uniosła wzrok ku mrugającym jarzeniówkom i głośno westchnęła. A ja w duchu aż poskoczyłam z radości: „Yeeeessss, dodatkowe 20 minut dla mnie” i wyciągnęłam z torby ulubioną gazetę, do której nie miałam czasu zajrzeć od tygodnia.

Czas niestety leciał za szybko, a Pani w okienku kończyła stemplować przesyłki. Podeszłam do okienka, wyjęłam awizo. Byłam już tak padnięta, że ledwo widziałam na oczy, ale nie pomyliłam tego papierka z receptą. Pani przyniosła moją paczkę i podała mi blankiet do podpisania.

Imię, nazwisko i data.

Z pierwszymi poradziłam sobie bez najmniejszego problemu, bo gdybym tego automatyzmu nie dała rady napisać, to już bym prosiła o telefon na pogotowie z podejrzeniem udaru. Ale kiedy przyszło mi napisać datę, to autentycznie miałam pustkę w głowie. Zaczęłam liczyć, dodawać, odejmować.

Miałam rozładowaną moją pamięć zewnętrzną, mój mózg, który zawsze mam pod ręką (czyt. telefon). Zakłopotana zapytałam Panią w okienku: „Który dziś?”. Pani rzuciła tylko: „Ósmy”. Zaczęłam kreślić ósemkę, miesiąc jakoś ogarnęłam – bez przesady, aż tak źle ze mną nie jest. Następnie napisałam „20..” i tu się zatrzymałam.

Zmarszczyłam brew, spojrzałam do góry, głośno westchnęłam. Nie uwierzycie, poziom mojego zmęczenia sięgnął zenitu, bo do jasnej Anielki nie byłam w stanie, przez dłuższą chwilę przypomnieć sobie, czy jest rok 2007 czy 2017. Aż mi się gorąco zrobiło! W końcu przywołałam rok urodzenia Juniora i wtedy już wiedziałam. Ale to co działo się ze mną przez tamte chwile przeraziło mnie na dobre.

Podobno jest tak, że jeżeli jesteś rodzicem i na koniec dnia nie czujesz zmęczenia to robisz TO źle!

czytaj: jesteś złym, leniwym rodzicem i najpewniej Twoje dzieci od rana do nocy oglądają bajki

Tamten dzień był wyjątkowy, bo dosłownie dałam z siebie WSZYSTKO dzieciom, pracy i mężowi. Nic nie zostawiłam dla siebie.

To błąd, który popełnia wiele mam. Tak bardzo chcemy wszystkich wkoło zadowolić, że nic lub prawie nic nie zostawiamy dla siebie. Dlaczego?

Nie da się dbać o innych, nie dbając o siebie.

Zgadzacie się? Nie mam nawet myśli przesadnego dbania o wygląd. Tylko takiego ogólnego bycia dla siebie dobrą. Macie z tym problem? Ja już nie mam.

Pamiętacie mój wpis o wrażliwych dzieciach? Każda z Was była zdziwiona ostatnim punktem. Przytoczę go:

13. DBANIE O SIEBIE – wiem, że zabrzmi jak banał, ale rodzice małych wrażliwców MUSZĄ  bardziej dbać o siebie. Kiedy to tylko możliwe muszą mieć szansę na odreagowanie, zrelaksowanie, odpoczynek i czas dla siebie. Bez tego nie będą w stanie reagować na taki ładunek emocji od dzieci.

Wiele z Was napisało mi, że są zdziwione, dlaczego to jest tak ważne.

Czy Wy też oddajecie dzieciom ostatni kawałek ciastka, mimo tego, że zjadły przed chwilą swoje?

Czy zostawiacie swoje sprawy żeby pomóc dziecku? Jesteście na każde zawołanie?

Spełniacie potrzeby, prośby, zachcianki?

Jesteście przy dziecku kiedy ma świetny humor i kiedy od samego rana wszystko jest na „NIE”?

Ja też i gdybym nie miała czasu na regenerację nie byłabym w stanie być tą uśmiechniętą Mamą, którą zawsze chciałam być. A nie tą sfrustrowaną, którą denerwuje własne dziecko. 

Jak w takim razie odpoczywa Mama?

Spędza sama weekend w SPA, pije drinki z parasolką i ma więcej niż godzinę dziennie na czytanie książki.

Do spa na weekend wolę pojechać z rodziną i znaleźć tam trochę czasu dla siebie:)

YYY, osobiście nie znam takiej Mamy.

Już dawno doszłam do wniosku, że taki wyjazd nie jest dla mnie, chociaż w sferze marzeń wielu kobiet tak to właśnie wygląda. Tak sobie wyobrażają ODPOCZYNEK.

Myślę, że nie ma co aż tak wyolbrzymiać swoich oczekiwań. Chyba, że naprawdę o czymś takim marzycie to ok. Jednak utożsamianie odpoczynku absolutnego z takim właśnie wyjazdem może być frustrujący, że w swoim matczynym życiu nic „tylko dla Was” nie czeka.

Ja też kiedyś wpadłam w taką pułapkę myślenia pt. „Ja nic nie mam z życia”.

„Shantaram” może przeczytam za dwa lata;)

Tylko się dołowałam. Przeglądałam fotki Mam  w sieci i popadałam w frustrację, że np. ta z Nebule była tam i siam i nawet kawkę w hamaku było dane jej wypić i gazetę poczytać. A moja kawa już lodem się skuła. Albo jak ona te pazury ma zawsze na najmodniejszy kolor zrobiony i nawet nie odpryśnięty? A ja nie mam niani i na 3 h na manikiury i pazikiury pójść nie mogę, a Shantarama czytam już drugi rok.

Wtedy usiadłam i stwierdziłam, że coś jest nie tak. To nie może być, że jestem utyrana, sfrustrowana i wiecznie zmęczona! Nie tak miało wyglądać moje macierzyństwo! Nie chcę żeby taką pamiętały mnie moje dzieci.

Na kartce wypisałam, co w moim życiu jest tylko moje. Co sprawia mi przyjemność i dodaje powera? Jak odpoczywam? Co robię dla siebie?

W poszukiwaniu czasu dla mnie zapisałam się nawet na siłownię. Uznałam, że skoro nie mogę znaleźć czasu dla siebie to go sobie zwyczajnie kupię. Jednak po dwóch wizytach stwierdziłam (po raz kolejny), że to nie jest moja bajka i tylko bym się wpędzała w kolejne poczucie winy, kiedy mam iść na trening, a mój mąż musi zostać w pracy. To nie dla mnie.

Zaczęłam ćwiczyć w domu. Każdą drzemkę Juniora przeznaczam na pracę, więc nie mogę w tym czasie ćwiczyć. Uzgodniłam więc z mężem, że 3 razy w tygodniu będzie zabierał dzieci sam na podwórko. Do tej pory chodziliśmy razem, bo to naprawdę fajny czas kiedy możemy być we czwórkę. Jednak uznałam, że bardziej potrzebuję tego czasu tylko dla siebie. Z resztą to tylko 40 minut.

Wkręciłam się również w samodzielne robienie paznokci hybrydowych. Dzięki temu mam piękne paznokcie przez 10 dni, a sam proces ich robienia relaksuje mnie i pozwala odpocząć od codziennych spraw. W trakcie malowania słucham podcastów, webinarów lub filmików na youtube.

Zauważyłam również, że im bardziej czynność, którą wykonuję jest tematycznie oddalona od dzieci tym lepiej wypoczywam. 

Jak wiecie jestem też kosmetycznym freakiem. Uwielbiam testować nowości, czytać recenzje i szukać kosmetyków idealnych. Każdy dzień rozpoczynam od pielęgnacji. Nie mam dużo czasu, a czasem prawie w ogóle, więc stawiam na moje pewniaki, które nie zabierają dużo czasu. Naprawdę widzę zależność – im bardziej dbam o siebie i więcej czasu poświęcam własnej osobie to jestem bardziej cierpliwa i miła dla innych.

Często rano nie mam nawet jak się wykąpać, bo wolę się porządnie wyspać niż wstawać przed wszystkimi. Dlatego np. po śniadaniu wstawiam krzesło do karmienia z Juniorem w środku do łazienki i on mi towarzyszy podczas kąpieli. Samego nie mogłabym go zostawić, bo ma obecnie fazę „Na Kukuczkę” i w 8 sekund jest w stanie wejść na stół.

Te moje codzienne czynności są formą oczyszczenia.

W tym terminie zawiera się nie tylko OCZYSZCZANIE zewnętrzne, ale również duchowe. To, że sobie przecieram rano i wieczorem twarz płynem micelarnym wpływa na mnie relaksująco. Mam czas dla siebie (chociaż to 2 minuty) i oddam go później innym z uśmiechem. A nie wiecznym grymasem, że: „Nawet nie mam się jak wykąpać”.

Zmywam makijaż jak dzieci siedzą w wannie lub się bawią. Tonizuję skórę twarzy chwilę po tym.  Krem wklepuję jak wsuwają śniadanie. Rozczesuję włosy jak na chwilę przysiądą poczytać książki. Wydaje się, że to są tylko minuty i w tym czasie nie da się odpocząć jak w SPA w weekend, ale kiedy zsumujemy z całego tygodnia te wszystkie czynności tylko dla siebie, to wyjdzie podobnie. Naprawdę!

A przy okazji dbam o swoją skórę, która z wiekiem stała się bardziej wymagająca. Często kobiety (w tym Mamy) o tym zapominają! Dla mnie to było ODKRYCIE: jeżeli nie zmyję dobrze makijażu, nie użyję toniku to ten krem, który tak sumiennie wklepuję pod zmęczone powieki zwyczajnie nie zadziała na 100%!

Dobre oczyszczanie to ponad 50% sukcesu. Tonik pozwala naszej skórze wrócić do prawidłowego funkcjonowania. przywraca jej naturalne pH, które woda kranowa zwyczajnie zaburza. Całkiem nieświadomie utrudniałam sobie kolejne kroki pielęgnacji. Ale teraz już wiem:)

Dlatego od niedawna moja mała wielka pięlęgnacja wygląda tak: 

  1. Mikrozłuszający żel peeling do mycia twarzy tołpa dermo face, sebio. – pierwszy raz mam żel, który dobrze dobrze myje skórę i delikatnie złuszcza naskórek.
  2. Złuszczająca pasta – maska do mycia twarzy tołpa dermo face, sebio – używam jej dwa razy w tygodniu, na wieczór. Nakładam kolistymi ruchami i zostawiam na kilka minut. Jest genialna, bo skóra po niej jest świetnie oczyszczona.
  3. Normalizujący płyn micelarny do mycia twarzy tołpa  dermo face, sebio. – doskonale zmywa makijaż i zanieczyszczenia ze skóry. Zwęża pory i zostawia odświeżoną skórę gotową do następnego kroku.
  4. Tonik- serum 2w1 tołpa dermo face, physio. Lekko nawilża skórę, przywraca jej właściwe ph i świetnie przygotowuje skórę na nałożenie kremu.

Jak widzicie, to tak niewiele, a może pomóc w dbaniu o siebie.

Chwilka na kawę i parę przeczytanych zdań pozwalają mi odpocząć i być myślami gdzieś indziej. Jednocześnie zakładam sobie, że mogę tego nie dokończyć.

Same powtarzanie sobie, że może się uda, nie powoduje takiej złości jak ktoś mi przerwie w połowie. Zdarzyło mi się chodzić np. z pomalowanymi paznokciami na jednej stopie przez dwa dni, bo akurat nie miałam jak dokończyć.

Jeżeli też tak masz, to wiedz, że inne Mamy mają podobne dylematy. Próbują rozciągać dobę, która nie jest z gumy i walczą z czasem. Lubię też mój tryb „oszczędzania energii”. Włączam go, kiedy wiem, że przed mną jest ciężki dzień.

Do napisania tego wpisu zachęciła mnie marka tołpa, która zwraca uwagę na z pozoru tak banalną czynność, jaką jest oczyszczanie skóry twarzy. A to kluczowy krok w codziennej pielęgnacji.

Czasami popełniamy błędy, z których sobie nawet nie zdajemy sprawy. Warto ten temat eksplorować. Razem chcemy Was zachęcić do pogłębienia tego tematu i naprawy codziennych rytuałów oczyszczania. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ

Mam dla Was również niespodziankę od marki tołpa – wyjątkowy rabat „nebule17”  -20% na zakupy na stronie tolpa.pl

Kod nie łączy się z innymi promocjami i kodami rabatowymi w ramach jednego zamówienia. Kod jest ważny do 23.09.2017 r.

*wpis powstał w ramach współpracy z marką tołpa

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Te proste sposoby pomogą Ci w opanowaniu bałaganu w zabawkach

Jeżeli potykacie się w domu o zabawki, a wieczorem nikt nie jest chętny do sprzątania pokoju, który wygląda jak po wybuchu bomby – to ten wpis jest dla Was. Pokażę Wam jak w prosty sposób nad tym zapanować.

Często dostaję od Was wiadomości: „Jak to jest, że u Was jest tak mało zabawek na półkach, a tak dużo różnych rzeczy pokazujesz?”, „Jak zapanować nad bałaganem w zabawkach? albo „Moje dziecko niczym się nie bawi, a ma mnóstwo zabawek”

W dzisiejszym wpisie pokażę Wam bardzo proste rozwiązania, które stosujemy w domu od samego początku. Sporo z nich jest zaczerpniętych z pedagogiki Marii Montessori, a inne są wypróbowane przez nas (metodą prób i błędów).

Pokażę Wam też najczęściej popełniane błędy, które utrudniają (chociaż o tym nie wiemy) zapanowanie nad zabawkami.

Zaznaczę też, że u nas również czasami często nie da się przejść i zabawki leżą na podłodze. To normalne! Nie chodzę za dziećmi i nie pilnuję żeby odkładały każdą rzecz na półkę lub proszę aby bawiły się jedną rzeczą jednocześnie (absurd! a przy dwójce dzieci niewykonalne). Jednak dzięki tym sposobom jest „w miarę”, gdybym ich nie stosowała byłoby zdecydowanie gorzej. 

Najczęstszy problem to: za dużo zabawek!

Wszędzie zabawki! Dostajemy je przy każdej wizycie gości, wciskają ją nam za zakupy na stacji benzynowej, w prawie każdej gazetce dla dzieci również znajdziemy zabawkę. Naprawdę, nic dziwnego, że dzieci mają ZABAWEK NAPRAWDĘ DUŻO! 

Pierwszy błąd: Często mają ich po prostu za dużo.

Nam się może wydawać, że to nic takiego, ale nadmiar zabawek działa na dzieci ROZPRASZAJĄCO. Zamiast bawić się tym co mają, nie mogą się skoncentrować na jednej rzeczy i w rezultacie nie bawią się niczym.

U swoich dzieci też to często obserwuję i wygląda to mniej więcej tak: po śniadaniu (najlepszy czas koncentracji) kiedy jesteśmy w domu i nigdzie nie wychodzimy dzieci chodzą z kąta w kąt i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Towarzyszą mi wtedy wszędzie i widzę, że się nudzą. Wtedy wiem, że muszę ZNÓW się wziąć za sprzątanie w zabawkach (a robię to średnio raz w miesiącu).

Nie robię tego nigdy w złości, za to, że jest bałagan. Najczęściej proszę męża żeby zajął się dziećmi, a ja mam wtedy trochę czasu żeby to zrobić.

Co robię podczas takiego sprzątania?

  • wyrzucam niektóre plastiki z gazetek, stare rysunki, wycinanki, przeglądam kolorowanki
  • odkładam rzeczy, z których dzieci wyrosły i są marne szanse, że znów się tym będą bawić. Takie zabawki najczęściej sprzedaję lub oddaję do Domu samotnej matki lub zanoszę do przedszkola publicznego w okolicy
  • zamieniam zabawki na inne, które mogą zainteresować dzieci

Drugi błąd: zabawki niedostosowane do wieku i umiejętności dziecka

Czym się kieruję przy zamianie: najczęściej zainteresowaniami dzieci i ich okresami wrażliwymi. Przeglądam zabawki w mojej magicznej szafie, którą pokażę Wam na koniec i wybieram te, które będą odpowiednie do wieku oraz umiejętności. Julkowi często zdejmuję coś „na próbę”, jeżeli widzę, że sobie z czymś zupełnie nie radzi to chowam zabawkę na później. Jeżeli zabawka nie jest dostosowana do wieku to najczęściej leży na podłodze.

Naprawdę nie ma sensu trzymać na półkach lub w koszach zabawek, z których dzieci wyrosły np. w naszym przypadku grzechotek, gryzaków itd.

Taka zabawka nie jest interesująca i z pewnością od razu wyląduje na podłodze. A nas będzie tylko wkurzać!

Zabawki za trudne i niedostosowane do umiejętności również szybko wylądują na podłodze. Zdecydowanie lepiej żeby zabawek było mniej, ale żeby wspierały rozwój dziecka.

Trzeci błąd: zła ekspozycja zabawek i przechowywanie

Jeżeli Twoje dziecko ma sporo zabawek, a niczym się nie bawi to może zabawki są źle wyeksponowane. Najlepsze są półki, które są na wysokości oczu dziecka. Wtedy jest największe prawdopodobieństwo, że dziecko po coś sięgnie. Nie może  mieć również trudności ze zdjęciem/odłożeniem zabawki na miejsce, bo to utrudnia użytkowanie.

Najlepiej sprawdzają się niskie koszyczki lub tacki. Dziecko wtedy widzi zawartość i łatwiej będzie mu wziąć do ręki, to co akurat chce. Jeżeli koszyk, pudełko jest wysokie to najprawdopodobniej dziecko wyrzuci wszystko na podłogę żeby odnaleźć jedną, potrzebną mu rzecz. Z tacki, czy niskiego koszyczka może bez problemu wziąć, to co akurat potrzebuje.

Będzie mu też łatwiej wziąć całość na dywan lub do stolika i na koniec do niego posprzątać. Niby jest to takie proste, ale wielu rodziców o tym nie wie. Spróbujcie, może i u Was się sprawdzi.

Zobaczcie jaka jest różnica:

W jasnym koszyczku wszystko widać, dziecko weźmie jedną zabawkę lub cały koszyk i postawi na podłodze. Zielony najprawdopodobniej zdejmie i wyrzuci z niego wszystko, bo nic w nim nie widać.

Lili sposób na ułożone Lego, które może przenosić i się nim bawić.

Klocki, o których pisałam Plus plus

Przechowywanie klocków

To właśnie klocki „robią” nam największy bałagan. Pokażę Wam nasze patenty.

1.Skrzynka na Lego Duplo, w której łatwo jest znaleźć klocki. Nie trzeba wysypywać całej zawrtości na podłogę. Wystarczy dobrze zamieszać ręką i już mamy to, czego potrzebujemy. Dla kontrastu pokażę Wam kosz, który też jest dedykowany do Lego. Kupiłam go zupełnie bezmyślnie. Nie da się w nim nic znaleźć i  dzieci za każdym razem wysypywały klocki na podłogę. A na koniec każdy był zbyt zmęczony żeby je składać;) Teraz ten pojemnik służy nam za kosz na śmieci. Nasza TUTAJ

Dla porównania:

2. Worek Play and go.

Sprytny worek, który można powiesić na wieszaku na ścianie lub wsunąć pod łóżko. Kiedy rozłożymy go na płasko służy jako mata. Oczywiście, kilka klocków zawsze ląduje po za nią, ale jest ich zdecydowanie mniej. Worki TUTAJ

Jak przechowujemy inne rzeczy?

Sprawdzają się u nas również różne małe walizeczki. Szczególnie u Lilki, która ma sporo swoich małych rzeczy, które chowa przed bratem. Jest to naprawdę fajne rozwiązanie. Jak ma chęć pobawić się np. swoimi laleczkami Lori (TUTAJ), to bierze walizkę i idzie np. na łóżko. Po skończonej zabawie wszystko składa i zamyka. Bałaganu brak.

Małe Lego trzymamy też w pojemniku pod łóżkiem. Jest z nim trochę więcej zachodu, bo ciężko się otwiera. Po za tym Lila bawi się nimi, kiedy młodszy brat śpi.

Dobrze pod tym względem sprawdza się też stolik edukacyjny Janod (napisze o nim we wpisie z  obecnymi zabawkami Jula). Każda rzecz ma swoje miejsce i dzięki temu naprawdę łatwo uporządkować jego elementy.

Przyznam Wam się szczerze, że mam też takie zabawki, których nie znoszę i wyjmuję je najczęściej wtedy kiedy mogę nad nimi zapanować, czyli jak siedzę na dywanie. Nie jestem straszną pedantką, ale naprawdę nic mnie tak nie doprowadza do szału jak zgubiony element zabawki np. matrioszki.

Jul obecnie uwielbia ją rozkładać, ale nie potrafi jej złożyć i każdą część znajduję w innej części mieszkania. Moje ciśnienie mocno się wtedy podnosi, dlatego daję mu tę zabawkę jak siedzę obok. Tak samo jest z basenem z kulkami – wyjmuję go tylko co jakiś czas i na jakiś czas. Po pierwsze zajmuje dużo miejsca, a po drugie kulki są wtedy wszędzie. Dzieciom też szybko się nudzi, dlatego go chowam do komórki.

Rotacja zabawek

Najważniejsza zasada utrzymania małej ilości zabawek na półkach. Średnio raz w miesiącu zmieniam, to co jest na półkach. Jeżeli widzę ogromne zainteresowanie jakąś zabawką, to jej oczywiście nie chowam. Staram się aby na jedną aktywność była jedna zabawka, a nie dwie czy trzy np. dwa podobne kulodromy czy sortery kształtów. Wyjmuję je zamiennie.

Nie wyjmuję dwóch kulodromów na raz, tylko wybieram jeden. Drugi czeka w szafie.

Czasami np. w takie deszczowe dni jak dziś Lila mnie prosi żeby zdjąć „coś z góry”. Wtedy wyjmuję coś zapomnianego.

Jakie są plusy rotacji zabawek?

  • mało zabawek na półkach
  • większa koncentracja uwagi na tym co jest
  • mniej sprzątania i bałaganu
  • zainteresowanie starymi zabawkami
  • unika się nudy

Jakie są minusy?

  • zajęta szafa
  • potrzebny czas na wymianę

Podsumowując, jeżeli uważacie, że Wasze dzieci mają za dużo zabawek i niektórymi już się nie bawią, spróbujcie zastosować moje sposoby:

  1. Porządki w zabawkach (wyrzucanie, oddawanie, chowanie)
  2. Sprawdzanie, czy zabawki są odpowiednie do wieku i zainteresowań dziecka.
  3. Usiądźcie na podłodze lub przykucnijcie i zobaczcie z jakiej perspektywy Wasze dziecko widzi zabawki. Czy są one dla niego dostępne?
  4. Rotacja zabawek – pomyślcie nad rotacją zabawek

Tak wygląda moja szafa w salonie. Zabawki zajmują trzy duże półki.

Niedługo robimy wielki remont pokoju i wtedy może uda nam się wkomponować w przestrzeń pokoju miejsce do przechowywania.

Jeżeli uważasz, że ten wpis może przydać się Twoim znajomym, śmiało – możesz go udostępnić.

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!

Najfajniejsza książka, jaką czytaliśmy w wakacje

Wiem, wiem, że okres wakacyjny nie wpływa szczególnie na wzrost czytelnictwa u dzieci. Ale kto by tu w książkach siedział, kiedy za oknem jest słońce i jest ciepło. Przez dwa miesiące czytaliśmy trochę mniej, bo tylko wieczorem przed snem i to jedną książkę. Dziś Wam o niej napiszę.

Wiem, że lubicie zestawienia kilku lub kilkunastu książek, ale mam wrażenie, że fajniejsze pozycje wtedy giną. Dlatego o tej książce chciałam napisać Wam oddzielny wpis.

Czekałam na nią długo, widziałam ją w zapowiedziach wydawnictwa i się niecierpliwiłam. Moją uwagę zwróciła piękna okładka oraz opis na stronie w zapowiedziach:

Lilka lubi czekoladowe cukierki i zabawy na śniegu, Antoś uwielbia piłkę nożną i czasem bywa płaczliwą marudą. Sprzeczają się, a potem godzą. Jak każde zwyczajne rodzeństwo. Za to dywan w pokoju Lilki jest zdecydowanie nadzwyczajny!

Kryje się pod nim cała masa przedmiotów, sprzątniętych w pośpiechu. Gdy dziewczynka próbuje coś spod niego wyciągnąć, dzieją się dziwne rzeczy – wszystko wkoło zaczyna wirować i Lilka trafia w inną rzeczywistość. W tym równoległym świecie przeżywa przygody, które wywierają wpływ na jej prawdziwe życie. Za każdym razem odkrywa coś nowego i wiele uczy się o sobie i innych. Dzięki temu nie patrzy na świat tak samo jak przedtem.

„Historie zamiecione pod dywan” to zbiór kilku osobnych opowieści, które bawią i wzruszają. Pobudzają do refleksji, a zarazem mogą być punktem wyjścia do rozmowy o rzeczach ważnych.Wydawnictwo Kocur bury

„Historie zamiecione pod dywan” Agnieszka Zimnowodzka

Przecież to jest historia o mojej Lilce!

Przyszedł do nas taki etap, że więcej dzieje się w jej wyobraźni niż w realu. Jest w stanie leżeć na łóżku i wymyślać różne historie i postaci. Cały czas mnie zaskakuje złożonymi historiami na temat wymyślonych zwierząt, czy też rzeczy. Widzę, że jest to dla niej ważne i rozwijające.

Dlatego uznałam, że książka o takich wyobrażonych historiach będzie dla niej idealna. Tak też się stało.

W książce znajdziecie 7 bardzo ciekawych historii, w których główna bohaterka, Lilka, przenosi się w świat wyobrażony.

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się też, że po zakończonej przygodzie wraca z powrotem do swojego pokoju i historia jest domknięta. Często w innych książkach nie ma tego brakującego wg mnie elementu.

Powiem Wam szczerze, że się nawet lekko niepokoiłam, że tak łatwo potrafi uciec do wyobrażonego świata, Uwagę na to zwracała Maria Montessori, że jest to niepokojący objaw. Dlatego tak bardzo cieszę się z tej książki, bo widzę, że się jej podoba, a jednocześnie „porządkuje” wyprawy do krainy wyobraźni.

Jeżeli jeszcze nie znacie „Historii zamiecionych pod dywan” to koniecznie sprawdźcie. Książka wg mnie jest dla dzieci w wieku 5+.

Sami zobaczcie jaka jest piękna.

p.s. Duże litery będą świetnie się nadawały do samodzielnego czytania.

Dostępna jest TUTAJ

Pracujemy nad jeszcze piękniejszym nebule.pl dziękujemy za Waszą cierpliwość!