fbpx

Zabawy z kasztanami

  • DIY
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [1]

Sezon na kasztany w pełni – też macie już całą chałupę pełną tych jesiennych skarbów? Jeśli tak to przypominam wam niniejszym parę zastosowań. Zobaczcie jak można je wykorzystać w sposób edukacyjny!

dziecko trzyma stertę kasztanó

Naprawdę mnie to ujmuje – jak Julek z równie wielkim entuzjazmem znajduje setnego kasztana jak i tego pierwszego. Koszyk pełen, z kieszeni cały czas się turlają jak idzie, jednak każdy kolejny znaleziony traktowany jest jak najprawdziwszy skarb. Choć z drugiej strony gdybym ja tak znajdywała np. bursztyny… Muszę przyznać mu rację:) Każdy to skarb.

No dobrze – jeśli macie w domu podobnych entuzjastów – i tak jak my macie nieprzebraną stertę kasztanów w każdym pokoju – to pokażę Wam jak można by je edukacyjnie wykorzystać:

ZAWIJANIE

Potrzebujemy:

  • folię aluminiową pociętą w kwadraty
  • kasztany, orzechy włoskie lub żołędzie

Zadaniem dziecka jest zapakowanie kasztana w folię aluminiową.

wiek dziecka 18m+

I Lili siedzi i zawija je w  te sreberka…

SONY DSC
dziecko zawija kasztany w sreberko
SONY DSC

WRZUCANIE

Ta zabawa jest dla dzieci najmłodszych. Myślę, że nawet roczne dzieci będą w stanie wrzucać jr do butelek z szerokim wejściem. Butelkę można później zakręcić i toczyć po podłodze. Ciekawe efekty wizualne i słuchowe gwarantowane.

kasztany w butelce
dziecko wrzuca kasztany do butelki

PRZEWLEKANIE

Przygotowanie: cienkim śrubokrętem musicie zrobić otworki,  a końcówkę sznurka obkleić taśmą klejącą, aby była sztywna.Przewlekanie kasztanów jak korali doskonali koordynację ręka – oko.

My zrobiłyśmy gąsienice i Lilka dorysowała oczy i buzię, ale można zmieniać projekty wg uznania (dodać koraliki, makarony itd.)

zabawy z kasztanami
20160930-dsc_0464
20160930-dsc_0467

LICZENIE

Przypasowanie odpowiedniej liczby kasztanów do cyfry na kartce.

liczenie kasztanów
20160930-dsc_0480

Inne nasze pomysły, w których można użyć kasztanów znajdziesz też we wpisie: Prace domowe 8

LICZENIE

dsc_3551-1024x683

PRZESYPYWANIE

dsc_8133-1024x683

PRZEKŁADANIE

dsc_8063-1024x683

Oraz coś dla starszych:

PRZEPLATANKI Z KASZTANÓW

przeplatanki z kasztanów
źródło Pinterest

Jeszcze jest najcudowniejszy okres na zewnątrz. Słoneczko nas jak na październik mocno rozpieszcza. Korzystamy z każdej chwili na zewnątrz. Polska złota jesień jak malowana. Natomiast na długie zimowe szarobure popołudnia i wieczory polecam wam szerszy wpis podrzucam a w nim uniwersalne inspiracje na Zabawy dla dzieci w domu

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jak moje dziecko zaczęło jeść warzywa?

Wszystko miało wyglądać pięknie… niestety tylko w teorii. Rozkoszowałam się obrazkami w książce o BLW (Baby led weaning) dzieci umorusanych od stóp do głów warzywami. Snułam plany jak to moje dziecko będzie uwielbiało warzywa i dzięki temu będzie zdrowe.

Życie zweryfikowało moje plany dość mocno. Mimo, tego, że proponowałam córce wiele kolorowych warzyw, nie wyrażała żadnej chęci pochłonięcia choćby kawałka. „Ulubione” brokuły zawsze lądowały na ziemi, a ona zawsze wybierała mięso lub węglowodany. Na początku lekko się tym przejmowałam. Później mi przeszło i zaczęłam szukać przyczyny, dlaczego ona nie chce jeść warzyw.

Po lekturze książki Carlosa Gonzaleza „Moje dziecko nie chce jeść” wyluzowałam bardzo mocno.

Znalazłam kilka przyczyn dlaczego dzieci nie chcą jeść warzyw:

  • warzywa mają bardzo mało kalorii, żeby dziecko najadło się samą zieleniną musiałoby zjeść jej naprawdę dużo. Mózg nakazuje im najedzenie się dużą ilością kalorii jak najmniejszym wysiłkiem (dlatego najczęściej wybierają węglowodany)
  • atawistyczny lęk przed nieznanym– zakodowany w naszym genotypie lęk przed próbowaniem nowych rzeczy, które mogłyby być trucizną
  • zaburzenia sensoryczne– jedzenie warzyw jest powiązane z ogromną pracą zmysłów. Prawie każde warzywo jest kolorowe, ma zapach (niekoniecznie przyjemny) i do tego ma strukturę. Niektóre dzieci od małego mają pewne upodobania i dlatego mogą odmawiać jedzenia pewnych rodzajów warzyw
  • przykład idzie z góry– trudno się spodziewać żeby dziecko jadło warzywa skoro rodzice tego nie robią
  • presja społeczna– w dzisiejszych FIT czasach ciągle mówi się o jedzeniu warzyw itd. Rodzice mają wyrzuty sumienia, że ich dzieci nie lubią jeść warzyw i się tym przejmują. Jako ciekawostkę napiszę Wam, że w podręczniku o żywieniu dzieci z początku XX wieku zalecano żeby warzywa podawać dopiero po ukończeniu 3 r.ż. Nie wiem czy to przypadek czy nie, ale moja córka właśnie zaczęła jeść ich więcej po tym wieku.

Jak sobie  z tym poradziliśmy, że coraz więcej warzyw jest chętnie pochłanianych?

  1. Sami zaczęliśmy jeść więcej warzyw i to nie tylko do posiłków np. jako przekąska papryka pocięta w paski oprószona solą lub ogórek gruntowy.
  2. Po 3 latach zauważyłam pewne upodobania. Moje dziecko nie lubi gotowanych warzyw (i w sumie to bardzo dobrze, bo woli je surowe, a wiadomo, że takie mają więcej witamin). Przestałam serwować gotowane warzywa, a zamiast tego daję surowe i niekoniecznie do obiadu.
  3. Zero spinki i namawiania do jedzenia.
  4. Upodobania sensoryczne: zielony kolor ją przeraża. Staram się nie posypywać dania pietruszką, koperkiem itd., bo wiem, że tego nawet nie ruszy. Uwielbia za to miętę i bazylię, więc daję jej same listki na talerz lub pozwalam zrywać z krzaczka. Lubi też warzywa chrupiące: surowa marchew pocięta w paski, świeży ogórek gruntowy, papryka lekko oprószona solą. Już dawno przestałam gotować brokuły i kalafior ze względu na zapach.
  5. Kolorowe pudełka: bardzo lubi jak się wkłada pocięte warzywa do kolorowego pudełka na lunch (nawet w domu) o takich np. tutaj
  6. Zwykłe zupy zastąpiłam kremami i tam mogę już dodać wszystko co chcę. Do tego często prosi bagietkę i macza ją w zupie.
  7. Najlepiej sprawdza się u nas konsystencja curry, czyli najpierw gotuję i miksuję niektóre warzywa, a na koniec dodaję kawałki np. ciecierzyca.
  8. Koktajle, pudingi i smoothie- sama zaczęłam je pić namiętnie po ciąży. Byłam bardzo osłabiona i one postawiły mnie na nogi. Z racji tego, że w domu nie pijemy soków wszystkie moje mieszanki nazywam właśnie „sokami” i ta nazwa bardzo chwyciła. Najpierw sama obserwowała jak same je pije szklankami, a później sama prosiła. Teraz jak już chodzi do przedszkola, a koktajl robię np. rano to zawsze jej zostawiam szklankę w lodówce. Najbardziej polubiła takie mieszanki: pieczony burak+malina; szpinak, jabłko, banan, krople cytryny; jarmuż, pomarańcza, jabłko, banan, garść daktyli; mleko kokosowe + mango
  9. Sposób podania: w słoiczku lub w przezroczystej szklance, kiedy widzi co jest w składzie, a do tego kolorowa słomka i po minucie szklanka lub słoik jest pusta.
  10. Rozbudzanie apetytu przez wspólne gotowanie. O wiele chętniej coś zje jak widzi z czego to jest zrobione.

To są moje sposoby na warzywa. Nie jestem jakąś wielką fanką przemycania warzyw (tzn. żeby dziecko jadło je nieświadomie). Wolę żeby wiedziała co takiego tam jest i mogła nazwać smaki.

Wszystkie nawyki kształtujemy w dzieciństwie dlatego warto o nie zadbać już teraz.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Nebule testuje: wanienka Shnuggle

  • GADŻETY
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [19]

Kontynuując tematykę pielęgnacji sensorycznej chciałabym dziś napisać kilka słów o kąpieli noworodka i niemowlaka oraz o naszej genialnej wanience.

Ta pierwsza kąpiel najczęściej jest bardzo stresująca. Pamiętam, że zanim pierwszy raz wykąpaliśmy Lilkę obejrzeliśmy na youtube film znanego fizjoterapeuty. Niestety nasza kąpiel nie przypominała tej z prezentacji. My byliśmy roztrzęsieni, a dziecko dostało spazmów.

Dziś już wiem, że popełniliśmy kilka zasadniczych błędów.

Kąpiel prawie zawsze odbywa się na zakończenie dnia. Dzieci zazwyczaj są już bardzo zmęczone. Bodźce, które docierały przez cały dzień do tak młodego układu nerwowego muszą zostać odreagowane. To właśnie dlatego końcówka dnia w wielu domach nie należy do najprzyjemniejszych.

To właśnie wieczorem bardziej denerwują rozrzucone zabawki i ubrania, a dziecięce ucho potrzebuje kilku powtórzeń. 

Tak dobrze pamiętam te krzyki z łazienki przez pierwsze miesiące… Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że takie małe gardło potrafi emitować tak głośne dźwięki. Myśleliśmy, że ona po prostu nie lubi się kąpać…

20160623-dsc_8389

A my robiliśmy to źle. Dopiero za 10 czy może 15 razem poszło nam lepiej.

Po pierwsze kąpaliśmy głodne dziecko, po to żeby po kąpieli dużo zjadła i zasnęła. Tak rzeczywiście później się działo.

W łazience było za zimno, woda w wanience również była za zimna. Mimo tego, że wynosiła tyle, ile było napisane we wszystkich poradnikach.

Po kąpieli nieśliśmy ją do pokoju na przewijak i tam również było za zimno.

Pozycja (na leżąco) wzbudzała w niej ogromny niepokój. Samo opuszczanie na rękach powodowało aktywację odruchu Moro.

Wanienka ustawiona w wannie powodowała, że mój kręgosłup chciał każdą kąpiel zakończyć jak najszybciej.

Dlatego przy drugim dziecku skusiliśmy się na wanienkę Shnuggle.

20160623-dsc_8387

Mamy bardzo małą łazienkę, więc szukaliśmy czegoś naprawdę małego, ale i funkcjonalnego. Dziś kilka słów o niej.

Przede wszystkim na tle innych wyróżnia się tym, że ma stelaż, który naprawdę ułatwia kąpiel dziecka. Kręgosłup rodzica już nie jest tak obciążony, bo nie musi trzymać w powietrzu kilku kilogramów. Kąpiel może trwać tak długo ile tego pragniecie.

Druga kwestia: dziecko nie jest zanurzone w wodzie w pozycji horyzontalnej tylko wertykalnej i przez to tak się nie stresuje. Taka pozycja nie sprzyja aktywacji odruchu Moro, więc dziecko nie płacze i nie odczuwa żadnego dyskomfortu.

Sama konstrukcja tej wanienki przypomina trochę wiaderko do kąpieli. Dziecko, ma bardziej ograniczoną przestrzeń i przez to czuje się bezpieczniej. Można nawet nalać więcej wody i wtedy dziecku będzie cieplej.

20160623-dsc_8385-2-side

Wanienka ma jedną ściankę wyższą, a drugą niższą żeby ułatwić wkładanie i wyjmowanie dziecka. Część, która ma być przy plecach dziecka jest powleczona miękką pianką, która utrudnia wyślizgnięcie się.

Na dole znajduje się mała podstawka, która blokuje przemieszczanie się dziecka. Wanienka później może nam służyć jako miska na pranie, bo naprawdę zajmuje mało miejsca, a jest bardzo funkcjonalna.

No i do tego ten stelaż. Mój kręgosłup dziękuje za niego codziennie.

20160623-dsc_8402

Wanienka Shnuggle

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Prezenty dla czterolatki

Jak to prezenty dla czterolatki? Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że kończy już cztery lata. Niedawno była jeszcze takim bąblem jak Julek, a teraz rano przy śniadaniu potrafi mnie zastrzelić pytaniem: „Dlaczego niektóre kobiety mają wąsy?” i płacze, że chce być dorosła. 

nagłówek posta - prezenty dla 4 latki

Prezentownik jak zwykle dopasowany do naszych potrzeb, ale myślę, że i Wam się spodoba.

Prezenty dla czterolatki

Prezenty dla czterolatki

  1. Odkąd wsiadła u babci na stary rower z pedałami, też chce mieć taki. Długo szukałam czegoś idealnego dla nas. Padło na polską firmę Kross, która ma piękną linię vintage Le grand. Nasz model to Annie. . Podarujemy jej rower bez bocznych kółek, bo chcemy zobaczyć czy da radę utrzymać równowagę. Dlaczego? zobacz wpis Jak nauczyć dziecko jeździć na rowerze? Edit – rowerek też już inny absolutnie polecam nauczona doświadczeniem Woom 3

2. Ciągle chodziłaby w spódniczkach. Nawet sukienki nie są tak fajne, bo zazwyczaj się nie kręcą. Ta pasuje do niej idealnie.

3. Zabaw manualnych nigdy za wiele. Wyplatanka Janod zajmie ją na dłuższy czas.

4. Miłość do puzzli wróciła ze zdwojoną siłą. Takie puzzle w woreczku Mudpuppy można zabrać ze sobą na wyjazdy i zajmują mniej miejsca na półce.

5. Ma wielką chęć opieki nad młodszym bratem, więc kosz Mojżesza Numero 74 dla lali będzie świetnym pomysłem

6. Rysowałaby po wszystkim! Nowe kredki z piórnikiem z jednorożcem nosiłaby ze sobą w plecaku.

7. Niedawno zafascynowała ją historia drewnianego pajacyka. Tato przeczytał jej całą historię bez obrazków do snu. W tej książce z najpiękniejszymi ilustracjami Roberto Innocenti mogłaby to wszystko zobaczyć.

8. Dawno już nie widziałam tak ciekawej zabawki dla dziewczynek. Zestawy Goldieblox pobudzają umysły analityczne i mogą sprawić, że Wasze córki zostaną inżynierami.

9. Przyszedł już czas na Lego Friends. Duplo leży i od 3 lat się kurzy, a Friends zawsze się bawi u swojej 10-letniej kuzynki – więcej Lego inspiracji we wpisie – Prezent na dzień dziecka

Jeśli wciąż wam mało – tu macie wpis, który opisuje jak najlepiej dopasować Prezenty do wieku dziecka, a tu inspiracje na konkretny wiek:

Prezent na roczek 100 inspiracji

Prezenty dla 2 latka

Prezenty dla 3-latka

Prezent dla 4 latka

Prezenty dla 5-latka

Prezenty dla 6 latka

Prezenty dla 8-latka

Prezenty na święta dla dzieci 2020

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Pielęgnacja sensoryczna (wyniki konkursu)

Nie ma nic milszego w dotyku jak skóra niemowlęcia. Ciepła, sprężysta i gładka jak alabaster. Stópki, które nie postawiły jeszcze pierwszego kroku aż proszą się aby je dotknąć. Kiedyś pójdą w swoją stronę… A teraz kiedy są blisko, możesz wziąć je w dłoń i zacząć masować.

20160914-dsc_0054

W dzisiejszym poście napiszę o wspaniałych korzyściach płynących z dotyku i masażu dzieci.

Wpis powstał w ramach współpracy z marką Mustela 

Pamiętasz kiedy pierwszy raz dotknęłaś swojego dziecka? Ja pamiętam doskonale, jakby to było wczoraj. Od razu po tym jak moje dzieci się urodziły leżały u mnie na brzuchu, a ja dotykałam ich delikatnej skóry z ogromnym niedowierzaniem. Pamiętam dokładnie co wtedy czułam. To było niesamowite!

Zmysł dotyku rozwija się jako pierwszy w życiu płodowym (między 6-8 tc.). Powstaje z tego samego listka zarodkowego co układ nerwowy, więc oba układy są ze sobą bardzo powiązane. Mówi się nawet, że skóra odzwierciedla  stan układu nerwowego.

Przypominasz sobie jak byłaś w ciąży i przykładałaś dłoń do swojego brzucha? Dziecko to czuło i podpływało do miejsca, w której była Twoja ręka i układało się wzdłuż jak największą powierzchnią swojego ciała. Niesamowite prawda?

20160914-dsc_0056

Dzieci (w większości) uwielbiają być dotykane. Właśnie to uczucie pamiętają najlepiej z okresu życia prenatalnego. Zdecydowany dotyk rodzica wpływa na wiele funkcji:

  • rozluźnia mięśnie i zapewnia spokojny sen
  • wycisza
  • usuwa napięcie
  • buduje więź między rodzicem, a dzieckiem
  • daje poczucie bezpieczeństwa
  • pozytywnie wpływa na rodzica, który może stać się pewniejszy siebie i uwierzyć w swoje umiejętności bycia rodzicem (bardzo ważne szczególnie na początku)

Masaż wpływa na późniejszy rozwój emocjonalny dzieci. Wiele badań naukowych pokazuje, że dzieci masowane, często przytulane są mniej agresywne, gotowe do współdziałania i są bardziej empatyczne. W szwedzkich przedszkolach dzieci masują siebie nawzajem i nauczycielki zauważają, że w ten sposób jest mniej konfliktów między dziećmi („Nie będę bił kogoś, kogo wcześniej masowałem”).

Maluszki najlepiej jest masować około południa, bo wieczorem zawsze za dużo się dzieje.

20160914-dsc_0071

Pielęgnacja sensoryczna

Wiecie, że kąpanie w wannie, późniejsze ubieranie i zabiegi pielęgnacyjne można wykorzystać w bardzo ciekawy sposób? Warto skupić się na tych czynnościach – tylko dla dziecka. Wyłączyć radio, telewizor  i być razem. Wszystkie czynności wykonywać powoli (zwłaszcza przy mniejszym dziecku) i cieszyć się z tego czasu.

To nie jest tylko odruchowe zakładanie pieluchy,  smarowanie kremem i spoglądanie na ekran telefonu. Naprawdę warto stworzyć z tego wyjątkowy punkt dnia, a nie tylko obowiązek. To jest właśnie ten czas, który tak szybko nam mija. Można  zapalić tylko lampkę, włączyć cichutką muzykę, mówić do dziecka spokojnym tonem i celebrować te chwile. Dzieci tak szybko rosną.

20160914-dsc_0063

Rodzic może masować dziecko bez żadnych kursów i szkoleń. Niech polega na instynkcie i obserwacji dziecka. A jeżeli ma chęć pogłębić swoją wiedzę to polecam kurs- masaż Shantala.

Masaż olejkiem wpływa pozytywnie na wszystkie zmysły dziecka, a po nim  dziecko jest odprężone, a jego skóra jest nawilżona. My masujemy się po kąpieli suchym Olejkiem do masażu Mustela, który nie pozostawia na ciele tłustego filmu tylko wchłania się i doskonale nawilża skórę dziecka. Do tego ma doskonały skład!

Ten olejek jest wytworzony z 99% składników pochodzenia naturalnego (dobroczynny olejek z awokado, olejek z pestek granatu, olej słonecznikowy, a konserwantem jest witamina E).

Sama  Julkowi podbieram ten olejek i używam go po kąpieli. Ten zapach na zawsze będzie mi się kojarzył z okresem kiedy synek był mały.

20160914-dsc_0048
20160914-dsc_0078

Mam dla Was wyjątkowy konkurs. Napisz w komentarzu z czym kojarzy Ci się dotyk. Wybiorę 3 najciekawsze wypowiedzi.

 Do wygrania 3 olejki do masażu oraz niespodzianki od firmy Mustela. Możecie kliknąć „Lubię to” na profilu sponsora Mustela Polska. Na Wasze odpowiedzi czekamy do 22.09.2016 r. do północy.

Wyniki konkursu

3 olejki z niespodziankami wędrują do:

sylwia piotro

Aga

mama.gabrielki

Gratuluję!

Napiszcie swoje dane teleadresowe na kontakt@nebule.pl

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Mata edukacyjna nie wspiera rozwoju dziecka

  • ZDROWIE
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [59]

Cztery lata temu kiedy pierwszy raz zostałam mamą nie było tak wielu gadżetów dziecięcych. Miałam listę rzeczy, które wydawały nam się niezbędne i punkt po punkcie ją realizowałam. Od samego początku wiedziałam, że na pewno nie kupię maty edukacyjnej i leżaczka dla niemowląt. Prosiłam również znajomych i rodzinę odwiedzających nas, żeby nie kupowali nam tych rzeczy. Poniżej wyjaśnię Wam dlaczego.

Mata edukacyjna

Wg mnie „edukacyjność” w nazewnictwie zabawek lub przedmiotów jest mocno nadużywana. Rodzice często z niewiedzy kierują się dobrem dziecka i wybierają rzeczy okraszone taką nazwą.

Założenia maty edukacyjnej są na pewno takie, żeby stymulować rozwój malutkiego dziecka w wieku 0-6m (czasem dłużej). Czy rzeczywiście stymulują? Myślę, że tak, ale nie do końca w taki sposób jak potrzebuje tego dziecko. Czasem nawet przestymulowują, a nawet mogą zaburzyć pewne naturalne odruchy.

Zacznijmy od samego początku.

Wszystkie gadżety  powinny być stosowane „po rodzicu” a nie „zamiast rodzica”. Jest to bardzo ważne stwierdzenie, które najlepiej jest zapamiętać na całe życie. 

20160818-dsc_9622

Podłoga jest najbardziej stymulującą przestrzenią dla małych dzieci. Z poziomu podłogi dzieci mają możliwość obserwacji toczącego się życia rodzinnego. Jest bazą dzięki, której niemowlęta mogą prawidłowo się rozwijać. Warto od samego początku kłaść dzieci na podłogę w czasie aktywności. Dlaczego?

Przede wszystkim, jest odpowiednio twarda i przez to umożliwia dzieciom rozwój przez odpychanie, a nie bardzo powszechne podciąganie. Leżąc na podłodze dziecko może wykorzystywać naturalne odruchy potrzebne do prawidłowego rozwoju. Na miękkich powierzchniach takich jak łóżko, przewijak, kołyska, leżaczek jest bardzo trudno te umiejętności doskonalić, bo są za miękkie i przez to mięśnie są wyraźnie rozluźnione.

Konstrukcja maty edukacyjnej

Maty edukacyjne najczęściej są wykonane z tkanin, pod którą jest gąbka. Taki materiał utrudnia odpychanie się  od podłoża. Jest często śliski i utrudnia prawidłowy rozwój.

Pamiętajmy, że najlepiej jest kłaść dziecko w czasie aktywności w jak najmniejszej ilości ubrań- dzięki temu lepiej poczuje swoje ciało. Rajstopy lub spodenki skutecznie utrudniają doskonalenie nowych umiejętności. Zwróćmy również uwagę czy pielucha nie jest za mocno zapięta.

Stałe przytwierdzenie pałąków w macie edukacyjnej nie sprzyja wszechstronnemu rozwojowi niemowlęcia. Są zawsze umieszczone w tym samym miejscu i ograniczają poznawanie świata. Najlepiej jak zabawka jest zawieszona tuż nad pępkiem dziecka, a nie w wielu miejscach (niekoniecznie symetrycznych).

Zabawki

Zawieszki najczęściej zawieszone są w jednej wysokości, a przez to nie uczą dziecka postrzegania głębi. Wiszące zabawki bardzo rzadko są zmieniane i przez to nie dostosowują się do aktualnego rozwoju dziecka. Niemowlę na każdym etapie potrzebuje zmienności i różnorodności, a nie stałości. 

Zabawki najczęściej są bardzo pstrokate, często błyszczą, mienią się, a czasami nawet wydają dźwięki. Stymulują wszystkie zmysły na raz i przez wprowadzają dezorganizację w układzie nerwowym.

„Dla tak małych dzieci najlepsze są zabawki, które stymulują jeden zmysł na raz. Oczywiście dziecko poznaje ją wszystkimi zmysłami, ale dzięki temu, że intensywniejszy, bardziej zmienny jest jeden bodziec to jest w stanie szybciej go rozpoznać i nauczyć. Kiedy mamy do czynienia z zabawką, która drga, wydaje dźwięki, jest bardzo kolorowa i skonstruwana jest z wielu faktur, często dziecko bawi się nią, ale korzyści płynące z  tej zabawy są dużo mniejsze, niż gdyby te wszystkie bodźce  dotarły do dziecka po kolei”

Agnieszka Słoniowska fizjoterapeuta, terapeuta NDT Bobath

Zabawy od małego wielokolorowymi zabawkami, które stymulują wszystkie bodźce na raz może w prowadzić do rozdrażnienia, w efekcie przestymulowania.

Warto się nad tym zagadnieniem głębiej zastanowić i rozejrzeć się po przestrzeni, w której jest lub będzie przebywało dziecko. Czy bodźce nie przytłaczają dziecka i czy ma możliwość poznawania świata na swoich warunkach, a nie narzuconych z góry.

Jaka alternatywa?

Zdecydowanie wolę maty piankowe. Przy pierwszym dziecku miałam matę Mały geniusz, z której później korzystały moje przyjaciółki i również były  zadowolone.

Miałam również stojak z zabawkami Leka z  Ikei- jednak do końca nie byłam z niego zadowolona. Ma zbyt mały rozstaw nóg i dziecko w czasie aktywności uderza w niego rękoma. Boczne, obrotowe zawieszki mogą powodować asymetrię ułożeniową (którą miała Lilka).

Tym razem jeszcze bardziej zgłębiłam temat i wybrałam nowość na polskim rynku Baby gym Litte Leaf. Dokładnie czegoś takiego szukałam w pierwszej ciąży, ale niestety nic takiego nie znalazłam.

Stelaż wykonany jest z polskiego drewna bukowego, które jest bardzo gładkie w dotyku i nie potrzebuje żadnych lakierów. Jest bardzo stabilny, a szeroki rozstaw nóżek umożliwia swobodną zabawę i nie przeszkadza w obrotach na brzuch.

Najbardziej podoba mi się to, że można zmieniać zawieszki bez problemu i ustawiać w odpowiednim miejscu (tak żeby bodziec był nad pępkiem). Dołączone zawieszki można zdjąć i dać do zabawy lub można powiesić je na szerokiej gumie tak żeby dziecko mogło do nich dosięgać.

Przemawia do mnie, bo jest multifunkcjonalny i dostosowuje się do etapu, na jakim dokładnie jest dziecko, a nie tak jak mata to dziecko ma się dostosować do tego co jest elementem stałym.

20160818-dsc_9593
20160818-dsc_9568

Widzę również same plusy podczas użytkowania maty piankowej (w odróżnieniu od typowej maty edukacyjnej)

  • nie roluje się i jest zawsze przy podłodze
  • jest na tyle miękka, że zamortyzuje uderzenie np. głowy (w porównaniu z podłogą)
  • jest zdecydowanie większa niż standardowa mata edukacyjna i nie ogranicza dziecka
  • można zmieniać jej wielkość dowolnie (a nawet podzielić na pół) i mieć maty w dwóch miejscach dla mniejszego dziecka
  • dobrze izoluje zimno z podłogi, więc doskonale sprawdzi się również w domach
  • łatwo utrzymać jej czystość- łatwo można wytrzeć ślinę lub mleko, które często wypływa w pozycji na brzuchu
  • polecam ją szczególnie do mieszkań gdzie dziecko nie ma swojego pokoju. W ten sposób zorganizujemy kącik do zabawy dla dziecka. Będzie miało poczucie, że ma swoje rzeczy i pomoże w odnajdywaniu zabawek.
  • mata piankowa służy o wiele dłużej niż zwykła mata edukacyjna- można się na niej później bawić, czytać książki, a nawet budować z jej elementów konstrukcje przestrzenne.
20160914-dsc_0041

4 puzzli używam w mniejszych pomieszczeniach: kuchni i łazience

20160818-dsc_9615
20160818-dsc_9617

Na co warto zwrócić uwagę kupując matę piankową?

  • czy nie zawiera szkodliwego formamidu lub PVC
  • czy nie ma ftalanów
  • czy nie zawiera Bisfenolu A (BPA)
  • czy nie zawiera małych elementów

 Nasza mata to Skip hop Chevron dostępna najtaniej tutaj

Stojak drewniany i zawieszki gryzaki Little Leaf dostępny tutaj 

20160818-dsc_9634
20160818-dsc_9632
20160818-dsc_9646

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij poniżej:

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Warszawa dzieciom: Kawa i zabawa

Dawno nic nie pojawiło się w naszym cyklu Warszawa dzieciom, a długie jesienne wieczory przed nami. Wczoraj odwiedziliśmy nowe miejsce na stołecznej mapie- to Kawa i zabawa  umiejscowiona na ul. Terespolskiej 4. 

Oczywiście, przyciągnęła nas wielka zjeżdżalnia i to ona jest główną atrakcją tej kawiarni. Podczas naszej wizyty Lilka zjechała z niej może 120 razy i nie miała dość. Gdybym mogła napisać instrukcję zjeżdżalni idealnej to wyglądałaby właśnie tak. Szybki, zakręcony zjazd na długo pozostanie w głowie mojej córki.

Przejdźmy do konkretów.

20160911-dsc_9985
20160911-dsc_9993

Pod kawiarnią jest duży parking i nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem miejsca (co niestety jest rzadkością w Warszawie).

Duża, jasna przestrzeń cieszy moje purytańskie oko. Bardzo sprytnie schowane są kolorowe zabawki i dzięki temu nie zagracają przestrzeni. Dzieci bawią się we wnęce pod zjeżdżalnią.

Do toalety można wjechać nawet wózkiem. Znajdziemy tam również przewijak i … błękitne niebo.

Menu nie jest tutaj bardzo szerokie, bo jest to tylko kawiarnia. Można zjeść coś lekkiego: sałatkę lub naleśniki. A na deser przekąsić coś słodkiego i wypić naprawdę dobrą kawę! Całość zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie i z pewnością tam nie raz wrócimy.

W porównaniu z innymi warszawskimi kawiarniami ceny są tutaj atrakcyjne.

20160911-dsc_0007
20160911-dsc_0011
20160911-dsc_0010
20160911-dsc_0019
20160911-dsc_0003
20160911-dsc_0012
20160911-dsc_0020
20160911-dsc_0021
20160911-dsc_0024
20160911-dsc_0026

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Moje dziecko nie jest niejadkiem!

Chociaż bardzo mało je.

Coraz częściej z bliższego i dalszego otoczenia słyszę komunikaty, że moje dziecko niewiele je. Zwłaszcza po wakacjach ze znajomymi kiedy mieliśmy porównanie z młodszym o pół roku chłopcem, który pochłaniał może 3 razy tyle co Lilka na każdy posiłek. A moja córka po 15 łyżkach mówiła, że już „brzuch jest pełny”. Każde dziecko jest inne, to moje motto. Nie należy ich porównywać.

Niedawno będąc u mojej mamy rozmawiałam z nią na ten temat, bo była wyraźnie zmartwiona faktem, że Lilka je jak wróbelek. Rzeczywiście je naprawdę mało i bardzo wybiórczo, ale nie jest niejadkiem.

I nigdy nie pozwolę żeby ją tak nazywać.

Wiecie dlaczego?

Z byciem niejadkiem jest tak jak z jąkaniem. Dziecko zacina się, bo ma zbyt dużo myśli na minutę, a aparat artykulacyjny nie jest w stanie wyprodukować tych wszystkich dźwięków. Jest to rozwojowe, czyli dziecko najprawdopodobniej z tego wyrośnie. Chyba, że to zacinanie nazwiemy jąkaniem i zaczniemy na nie zwracać uwagę. Mogę Wam zagwarantować, że jeżeli będziemy mówić do zacinającego się dziecka „nie jąkaj się”,  „nie zacinaj się”, „mów płynnie”. To właśnie wtedy przekazujemy dziecku, że ma problem i od wtedy naprawdę zacznie się jąkać.

Tak samo jest z byciem niejadkiem.

Czasami sobie myślę, że gdyby Lilka była dzieckiem rodziców, którzy nie myśleliby tak jak my, nie jadła by nic. Serio! Jadłaby pewnie najbardziej powszechne suche bułki. I to wszystko.

Nie popełniliśmy żadnych błędów, że mamy teraz taką sytuację. Rozszerzaliśmy dietę metodą BLW i miała możliwość próbowanie różnych smaków i faktur. Nigdy nie zmuszaliśmy do jedzenia.

Posiłek u nas w domu od zawsze nie służy tylko pochłanianiu pokarmów. Traktujemy ten moment wyjątkowo. Rozmawiamy, cieszymy się sobą, a przy okazji jemy. Nigdy nie puściliśmy bajki podczas jedzenia w domu, nie zabawialiśmy przy jedzeniu i nie zagadywaliśmy.

W ciągu dnia też nie biegam za nią i nie pytam czy jest głodna i czy chce się jej pić. Chcieliśmy żeby nauczyła się kontrolować głód i pragnienie. A tylko w taki sposób może się tego nauczyć. Teraz umie doskonale odczytać swoje potrzeby. Wie kiedy chce jej się pić, a kiedy jest głodna.

Przez pewien czas nawet były w domu desery po obiedzie.

Jednak szybko z nich zrezygnowaliśmy, bo zaczęliśmy zauważać, że zjada obiad tylko po to, żeby dostać deser. Uznaliśmy, że jest to bez sensu. Nie chcieliśmy żeby jadła obiad tylko po to żeby dostać deser. Postanowiliśmy nawet, że coś słodkiego dajemy niezależnie od pory posiłków.

Jedyna metoda jaka u nas się teraz sprawdza żeby dziecko zjadało odrobinę więcej jest totalne niezwracanie uwagi na jedzenie i jego ilość. Mam wrażenie, że im więcej się rozmawia na tematy jedzenia, łyżek, ilości tym je mniej, a nawet nic.

Dzieci są bardzo mądre i zauważają szybko, że coś jest na rzeczy. Nawet jeżeli jakimś cudem Lilka zje wszystko z talerza (a było tak może 10 razy w życiu) to nigdy jej nie pochwaliłam, że „ładnie zjadła” ani nigdy nie powiedziałam, że cieszę się ze zjedzonego obiadu.

To nie działa w ten sposób.

Mówiąc w ten sposób uzależniamy dziecko od siebie i ono będzie jadło tylko po to żeby nas zadowolić lub nie będzie jadło właśnie dlatego, że nam na tym zależy  i nie może zaznaczać siebie.

W naszym kraju wciąż jedzenie kojarzy się z miłością. Matka karmiąc swoje dziecko i gotując dla rodziny przekazuje miłość. Często same matki stwierdzają: „Nie zjadło MI zupy”. Jak to „MI”? Trzeba oddzielić jedzenie od tego uczucia. Ono nie ma nic do rzeczy, a w przyszłości może powodować problemy. Uczucie po objadaniu się jest właśnie kojarzone z miłym samopoczuciem.

Naprawdę nie chcę żeby moje dziecko czuło się cudownie po zjedzeniu ogromnym ilości jedzenia. Dlatego postanowiliśmy świadomie oddzielać te dwa stany: pełnego brzucha i uczucia miłości.

Nie pozwólcie żeby ktoś nazywał Wasze dzieci niejadkami i sami też ich tak nie nazywajcie. To szufladka, etykietka, która bardzo szybko przylega do dziecka i bardzo trudno się jej pozbyć.

Zaburzenia odżywiania wg mnie zaczynają się w dzieciństwie i należy takim zachowaniom powiedzieć: „Nie!”

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Hotel Aubrecht – wyjątkowe miejsce na wyjazd

  • HOTELE
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [11]

W tym roku postanowiliśmy spędzić wakacje w Polsce. Z 3- miesięcznym niemowlakiem nie chciałam wybierać się od razu w dalekie podróże. Mój mąż był „lekko” nie pocieszony, bo fanem urlopu w naszej ojczyźnie to on nie jest. Wygrał zdrowy rozsądek i poczucie bezpieczeństwa.

Wiedziałam, że na pewno chcemy pojechać jak najpóźniej, aby nasz niemowlak był już trochę starszy. Nie ukrywam, że nie lubimy tłumów (no bo kto lubi?) i wybraliśmy na termin naszych wakacji koniec sierpnia. W ubiegłym roku byliśmy w tym czasie nad morzem i było cudownie.

Pogoda dopisała, ludzi już nie było i wypoczęliśmy bardzo. Do dyspozycji mieliśmy aż 14 dni, więc mogliśmy wybierać i przebierać w hotelach, pensjonatach i gospodarstwach agroturystycznych. Przejrzałam wzdłuż i wszerz blog Travelicious, ale nie znalazłam prawie żadnych terminów, który nam by pasował w ciekawych miejscach.

A na pierwszy tydzień urlopu znaleźliśmy cudowne miejsce, które dziś chciałabym Wam tu pokazać, bo skradło moje serce i z pewnością tam wrócimy.

To hotel Aubrecht na Kaszubach.

Długo szukaliśmy pięknego miejsca nad jeziorem i znaleźliśmy! Kiedy znajomi pytali nas gdzie się wybieramy na urlop, byli lekko zdziwieni, że jedziemy na Kaszuby. Przyznam szczerze, że ja też nie byłam do końca pewna naszego wyboru. Ale jak już przyjechaliśmy na miejsce zakochałam się!

Po pierwsze położenie.

Hotel Aubrecht
Hotel Aubrecht

Cały kompleks położony jest w otulinie zieleni. Wysokie i rozłożyste drzewa zrobiły na nas ogromne wrażenie (na Podlasiu takich nie ma). Hotel jest otoczony naturą i na tym najbardziej nam zależało.

Naprawdę żałowałam, że jezioro jest aż tak blisko, bo ścieżka była przeurocza i miałam niedosyt.

ścieżka prowadząca nad jezioro
ścieżka prowadząca nad jezioro

Jezioro Szczytno, jest bardzo czyste i chyba nawet ciche (ani razu nie słyszałam motorówki, czy skutera). A już najbardziej upodobałam sobie ławeczki na pomostach. Codziennie rano przyjeżdżałam tam ze śpiącym Julkiem i słuchałam ciszy.

Chyba nigdy jeszcze nie doświadczyłam takiego spokoju ze strony natury. Moje zmysły wypoczęły w bardzo dużym stopniu.

20160827-DSC_9906
20160827-DSC_9907
20160827-DSC_9917

Wiem, że to może zabrzmieć absurdalnie, ale naprawdę odpoczęłam na wakacjach z dziećmi. Nie jeździliśmy nigdzie samochodem, ograniczyliśmy dostęp do Internetu i ilość atrakcji. Wszystko na spokojnie i bez stresu. Nawet jak teraz o tym piszę to znów na mnie spływa ten spokój.

Kilka słów o hotelu Aubrecht i udogodnieniach dla dzieci, bo to jednak pod nie wybieraliśmy miejsce.

20160828-DSC_9925
Pansjonaty
20160828-DSC_9926
hotel

Cały kompleks składa się z 4 małych pensjonatów i hotelu. Nasze wakacje rezerwowaliśmy przez w hotelu. Zrobiliśmy to ze względu na dzieci, których nie musieliśmy nawet specjalnie suszyć po basenie.

Jest to duże ułatwienie.

W budynku głównym hotelu znajdują się: jadalnia z restauracją, basen z spa, sala zabaw dla dzieci i wszystkie inne atrakcje. Urocze pensjonaty są obok.

Nasz pokój był bardzo przestronny i bez problemu pomieścił naszą czwórkę.

20160828-DSC_9954
20160828-DSC_9968

Hotel Aubrecht jest miejscem bardzo przyjaznym dla dzieci i nie dziwi mnie to, że w  tym czasie było ich sporo.

My byliśmy bardzo zadowoleni, bo Lilka zawarła kilka znajomości i właściwie poświęcała dzieciom każdą chwilę. Ze śpiącym obok Julkiem czuliśmy się jak na wakacjach bez dzieci (no prawie;)

Dla dzieci przewidziane jest dziecięce menu i mały stolik do zabawy w jadalni. Obok spa jest też spora sala zabaw, w której w ciągu dnia odbywały się animacje dla dzieci (malowanie twarzy, baloniki skręcane i puszczanie baniek).

Na zewnątrz jest też świetny drewniany plac zabaw ze zjeżdżalniami. Hotel zrobił również dzieciom niespodziankę i w piątek przyjechały Panie animatorki z mocą atrakcji, a w sali zabaw czekały nawet nianie. Jak widzicie hotel jest genialny dla dzieci!

20160826-DSC_9811
Myszka Mickey na twarzy jednak jej nie przypadła do gustu
20160826-DSC_9812
Ale flaming na ręce już tak
20160827-DSC_9827
jadalnia
hotel aubrecht
sala zabaw
Hotel Aubrecht
20160827-DSC_9889
hotel aubrecht
genialny plac zabaw na zewnątrz

Ogromnym plusem jest jedzenie. Wykupiliśmy opcję z obiadokolacją i codziennie rozkoszowaliśmy się pysznym jedzeniem. Wszystkie potrawy były przepyszne, a ja codziennie jadłam rybkę. Jedzenie jest dokładnie takie jak lubimy: lokalnie, świeżo i bez ulepszaczy smaku.

Hotel Aubrecht ma nawet swoją plantację eko ziemniaków i ziół. No i kawa! Ehhh, pierwszy raz w życiu smakowała mi hotelowa kawa, która była ogólnie dostępna (nie za dodatkową opłatą jak prawie wszędzie).

Hotel Aubrecht
hotel aubrecht
20160827-DSC_9832
20160827-DSC_9825
Lemoniada
20160827-DSC_9859
ogródek ziołowy
20160827-DSC_9863
20160827-DSC_9849
pyszna kawa to podstawa wyjazdu;)
20160828-DSC_9924
codziennie świeżo wyciskane soki: mój ulubiony to burak, seler, jabłko

Cały Hotel Aubrecht jest w takim klimacie jak lubię: niewymuszonym, ale w miarę eleganckim

20160827-DSC_9854
hotel aubrecht
20160828-DSC_9934
20160827-DSC_9852

Spędziliśmy tam cudowny tydzień i z pewnością tam wrócimy, bo sam hotel jak i otoczenie zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jesienią te wszystkie drzewa  w feerii kolorów muszą wyglądać wspaniale.

Hotel Aubrecht

p.s. Pozdrawiam dwie moje czytelniczki, które spotkałam w HA:) Było mi bardzo miło!

tu macie inne rekomendacje na Hotele dla rodzin z dziećmi a tu Top 20 Hotel z dziećmi na narty

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Dlaczego nie warto uczyć dziecka języka obcego?

Długo szukałem tego słowa i będzie kontrowersyjne i nośne – szczepienie! Jest dużo bardziej adekwatne, bo po dogłębnych rozważaniach zdecydowałem że nie chcę mojej córki „uczyć” – chcę jej zaszczepiać lingwistyczną ciekawość. Rzekłbym nawet więcej – dociekliwość. Zgodnie z maksymą – dzieci się najlepiej uczą kiedy nie wiedzą że się uczą☺

Dementuję – na początku nie było słowo.

Słowo jest wtórne. Jest wytworem człowieka służącym do czegoś opisania, odmalowania, zdefiniowania. Ma konkretne meta granice. Słowo określa coś bardzo dokładnie – od – do.  To co się mieści w tych granicach to Pole Semantyczne. Piękne w językach jest to, że Pola Semantyczne w różnych językach mogą być różne.

Weźmy na warsztat słowo „jabłko” – w tym przykładzie – pewnie granice Pola Semantycznego w większości języków są takie same. Ucząc się odpowiednika słowa „jabłko” w polskim, łacińskim czy węgierskim – opanowujemy słówko i tłumaczymy jeden do jednego.

Weźmy teraz kolory „zielony” i „niebieski”

w języku polskim nikt jednego z drugim nie pomyli ani zamiennie nie użyje, a są języki, które tych dwóch barw nie rozróżniają – nasze dwa pola semantyczne to w tamtej rzeczywistości językowej jedno – wyobrażam sobie zbiorczy kolor „morski” w którym zmieścić się może cała paleta barw. „Śnieg” – dla nas jedno szerokie pojęcie, które w codzienności Eskimosów ma odbicie w kilkunastu odmiennych słowach.

Myślałby kto, że się nudzili, leżeli i wymyślali takie fanaberie – nie, dla nich to kwestia życia lub śmierci – czy aby ten śnieg o odrobinę innym odcieniu i strukturze się nagle pod człowiekiem nie załamie i nie pogrzebie go na wieki. Inne realia, które wymuszają na języku stworzenie adekwatnych narzędzi.

Kolejny przykład – słowo „tani” – dla mnie ma ono w większości języków które liznąłem odcień pejoratywny. „Tani” – oznacza oprócz przeciwności „drogiego” jednocześnie coś pośledniejszego. Coś gorszej jakości. Teraz by nie szukać daleko spójrzmy na holenderski odpowiednik – słowo „goedkoop” – jego etymologia to 2 słowa „goed” czyli „dobry” i „koop” od czasownika „kopen” – „kupować”.

W języku holenderskim „tani” to po prostu „dobrze kupiony”. W niderlandzkiej warstwie językowej rzekłbym, że „tani” to wręcz komplement! Nie ośmielam się dochodzić, czy to protestanckie wpływy i pochwała zaradności kształtowały język, czy na odwrót. Celem powyższego wywodu było pokazanie jaki filtr na ludzkie życie nakłada język, którym dany osobnik się w danej chwili posługuje.

Zwróć uwagę czytelniku, mówiąc różnymi językami, mówisz raz niższym raz wyższym tonem!

Mówiąc jednym językiem nieświadomie skupiasz się na czynności, a innym znowu na celu albo przedmiocie zdania. W jednym języku przechodzisz z wszystkimi na ty – w innym używasz rozbudowanych form grzecznościowych. Reasumując – spotkałem się kiedyś z pięknym cytatem, którego sens był mnie więcej taki

„Ucząc się języka obcego, możesz natknąć się na drzwi, o których nawet byś nie wiedział że istnieją”.

Ale odpłynąłem w daleki dryf od szczepienia☺

Przyznaję rozważałem – czy mówić do córki od niemowlęcia-pacholęcia po angielsku? Z jednej strony przyznaję kusiło – z drugiej, za wielką ciekawość miałem by być świadkiem jak dziecko przyswaja język. (O czym napisałem zresztą później mój pierwszy w życiu tekst: Na początku było słowo.

Żyła we mnie jakaś atawistyczna obawa że obcym słownictwem naruszę czy zubożę jej rozwój. W głębi ducha wiem że to bzdura, po prostu dzielę się swoimi osobistymi lękami, bo kiedy chodzi o własne potomstwo człowiek nakłada filtr na wszelkie resztki wykształcenia jakie tlą się na dnie umysłu po tych paru eonach od zakończenia obcowania z wyższą, ba nawet filologiczną katedrą.

Utkwiło mi w pamięci jedno przemawiające do wyobraźni badanie – wynikało z niego, że w rodzinach gdzie rodzice mówią do dziecka każde w innym języku – może się zdarzyć iż mały adept życia zgeneralizuje sobie iż wszyscy mężczyźni mówią w języku taty a wszystkie kobiety w języku mamy☺.

Naturalnie to w ramach anegdoty – dzieci rosną w środowiskach które czasem dają możliwość rozwinięcia nawet nie dwóch a jeszcze więcej języków i świetnie sobie dają radę. Choć występują przemieszania słownictwa i przejściowe zastoje – na dłuższą metę takie dziecko tylko zyska.

Jego plastyczny mózg ogarnie języki i równolegle zbuduje odpowiednie Pola Semantyczne, strukturę i gramatykę.

Nam się teraz wydaje, że jesteśmy do przodu, bo posługujemy się na co dzień angielskim – w poprzednich epokach nie było rzadkim by dzieci miały guwernantki od niemieckiego, rosyjskiego, angielskiego i francuskiego by czytać Goethego, Dostojewskiego i wszelkich innych tuzów literatury w oryginale.

Czas chyba przejść powoli do rzeczy – skoro podjąłem decyzję, iż nie będę aktywnie komunikował się z moją pociechą w języku obcym – tylko po polsku – co w takim razie zrobić by jakoś dzieciaka wyposażyć w zestaw narzędzi, który przyda się jak już nadejdzie czas samej nauki?

Zastanowiłem się – co tak naprawdę nie pozwala nam w dorosłym życiu opanować obcego języka do poziomu w którym byłby on nierozpoznawalny dla native speakera? Słownictwo, gramatyka, struktura języków indoeuropejskich – to wszystko jest stosunkowo łatwe do opanowania – natomiast przynajmniej w moim przypadku:

akcent i wymowa.

To są rzeczy, które ucho native speakera identyfikuje momentalnie.

Rzadko kiedy zdarza nam się nie rozpoznać obcokrajowca mówiącego w naszym języku. Choćby nie wiem jak opanował wszelkie aspekty języka – wymowa zdradzi często dokładnie jego pochodzenie. Wspomniałem więc jak tłukli do głowy na uniwersytecie: mały człowiek – przyswajając mowę, interpretując dźwięki – dostraja swój aparat słuchowy do głosek danego języka.

Buduje tak zwaną siatkę fonologiczną

Chodzi o to – że np. w języku polskim – jest istotna różnica pomiędzy głoskami „s”, „ś” i „sz”. Nie pomylimy ich. Dzieje się tak dlatego – że nie możemy ich mylić – nie jest możliwe podmienienie tych głosek, gdyż to zmieniałoby znaczenie wyrazu. „Sok vs. szok” „grubszy vs. grubsi”. W innych językach spokojnie sobie egzystuje jeden dźwięk na pograniczu „ś” i „sz” – bo tam po prostu różnica między nimi jest nieistotna – nie zmienia znaczenia słowa.

U nas akurat te różnice przesądzają o znaczeniu wyrazu. Porządkuje ten system pojęcie Pary Minimalnej – jeśli istnieje dwa wyrazy różniące się tylko jedną głoską i mają one różne znaczenie – mamy do czynienia właśnie z Parą Minimalną.

Cechą która odróżnia głoski może być dźwięczność, miękkość, nosowość, akcent i w innych językach jeszcze dużo innych… Aparat słuchowy adepta mowy budując wyżej wspomnianą Siatkę Fonologiczną – dostraja się.

Mózg ma i bez tego na co dzień dość sporo terabajtów danych do przefiltrowania – chce sobie uprościć życie (jak każdy porządny leń) – zwraca więc tylko uwagę na istotne różnice między głoskami – reszta różnic, które nie zmieniają znaczenia – są pomijalne! Tu dochodzimy do sedna.

Te w języku polskim POMIJALNE mogą być w innym języku kluczowe.

Obrazowy przykład jaki do tej pory tkwi mi w głowie – ponoć w języku japońskim nie ma rozróżnienia między głoskami „l” i „r”. Wymawiają coś pośredniego pomiędzy tymi dwoma dźwiękami – w ich siatce fonologicznej sprawdza się perfekcyjnie – natomiast ucząc się np. angielskiego – słuchający ich interlokutor może mieć problem ze zrozumieniem czy usłyszał:

„I eat a lot of rice” czy „I eat a lot of lice”.

Wracając więc do pociechy mojej małoletniej – nie uczę gramatyki, nie wtłaczam czasów zaprzeszłych, nie przepytuję z dopełniacza saksońskiego – próbuję budować bardziej uniwersalną siatkę fonologiczną. Chcę uniknąć tego czym sam jestem okaleczony – ja nabywając kolejne języki – postrzegam niestety ich brzmienie poprzez pryzmat polskich głosek. Całe szczęście, że nasz język ma ich trochę i jakoś idzie od biedy ogarnąć – natomiast dzieciaka od małego szczepię innymi językami – a jak to robię? To może opowiem kolejnym razem.

Daniel

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej