fbpx

Ta jedna rzecz, której brakowało nam w salonie

  • DOM
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [3]

Chociaż wydawać by się mogło, że mamy już wykończony dom i tak naprawdę nic już nam nie trzeba… Ale kto niedawno skończył się urządzać ten wie, że zawsze jest coś, co można ulepszyć lub wymienić. Prawda jest też taka – często wydaje się nam, że dane rozwiązanie jest dla nas najlepsze, a po czasie widzimy, że jednak nie do końca.

Wpis powstał w ramach współpracy z marką WiZ

Tak też było i u nas

We wrześniu się wprowadziliśmy do naszego nowego domu i przez ten czas spędziliśmy w nim naprawdę dużo czasu. Szybko zorientowaliśmy się, że jest coś w salonie, co można by było ulepszyć i jest przysłowiową “kropką nad i”.

Każdy kto wykańczał dom lub mieszkanie wie, że na samej końcówce remontu nie zawsze ma się taką świeżość umysłu i entuzjazm, jak na początku i często wybiera się rozwiązania najprostsze.

Również u nas ta teoria się sprawdziła

Jak już byliśmy na ostatniej prostej, to nawet nie do końca mieliśmy chęć wyszukiwać ciekawostek i nowinek technologicznych, bo zwyczajnie byliśmy zmęczeni. Uznaliśmy, że ewentualnie coś ulepszymy lub wymienimy, kiedy tu pomieszkamy i zobaczymy, co nam się sprawdza, a co nie do końca.

Kiedy nadeszły długie listopadowe wieczory, to dość szybko zauważyliśmy, że czegoś nam brakuje w salonie. Wszystkie meble były, układ funkcjonalny się zgadzał, a jednak można by było coś dodać.

Jak wiecie świadomie ze względów ekologicznych zrezygnowaliśmy z kominka w salonie. Wiem, że miło jest posiedzieć przy ciepłym świetle wieczorem z herbatą i książką w ręku. Jednak uznaliśmy, że mając inne źródło ogrzewania domu nie byłby to dobry wybór dla nas. Co prawda, klimat kominka jest niepowtarzalny – daje miłe i przyjemne dla oczu światło i stwarza ciepłą atmosferę. Jednak uznaliśmy, że jest nam zbędny i nie będziemy go mieli tylko po to tylko żeby mieć fajny nastrój w salonie.

A czego tak naprawdę nam brakowało?

Klimatu – nastroju, który wieczorem po całym dniu utuli nas do snu. Zrelaksuje i pomoże się wyciszyć.

Na początku myślałam o jeszcze dwóch dodatkowych lampkach – przy fotelu i nad kanapą. Ale znaleźliśmy lepsze rozwiązanie, do tego znacznie tańsze i nie zabierające miejsca. Ideał? Zaraz się przekonamy.

W poprzednim mieszkaniu mieliśmy tylko dwa źródła światła w salonie: lampa górna i lampka. Dlatego nowym domu postanowiliśmy, że chcemy mieć: kinkiety, spoty i lampy górne. Właśnie po to żeby mieć wiele opcji i móc z nich korzystać. A kiedy na końcowym etapie wybierałam już żarówki: ich moc, natężenie i barwę to wybrałam najbardziej uniwersalną opcję.

Teraz już wiem, że zupełnie niepotrzebnie poszłam na kompromis, bo jak wiadomo nie są one do końca dobre.

Ale wtedy jeszcze nie znałam żarówek WiZ. Testujemy je od kilku tygodni i muszę przyznać – żałuję, że nie znałam ich wcześniej.

Na czym polega ich fenomen?

Nie musicie wybierać: barwy i natężenia światła żarówek, bo możecie je dostosować jednym kliknięciem na darmowej aplikacji nie wstając z kanapy lub zmienić sterowaniem głosowym.

Mi brakowało takiej funkcji, bo innego światła potrzebuję jak czytam książkę, a zupełnie innego jak oglądamy TV

Jak wygląda montaż i łączenie?

Na początku wybieracie, na czym najbardziej Wam zależy: czy chcecie kolorowe żarówki, które mogą świecić na milion sposobów, czy wolicie raczej żarówki ze światłem standardowym (ale też możecie zmieniać barwę i natężenie światła). Do wyboru jest kilka ciekawych opcji i możecie wybrać, to co najbardziej Wam pasuje.

My mamy:

  • taśmę LED przyklejoną na lamelach (jest zupełnie niewidoczna za dnia)
  • żarówki filament nad wyspą i nad kanapą do czytania
  • żarówki kolorowe w spotach nad TV

I już te trzy różne źródła oświetlania potrafią zrobić nam bardzo fajną atmosferę w salonie.

Montaż był prosty – wystarczyło wkręcić żarówki, zainstalować darmową aplikację i połączyć z siecią WiFi. Od tej pory możemy sterować oświetleniem za pomocą aplikacji lub głosowo. Obie opcje są fajnym rozwiązaniem, a dla gadżetomaniaków będą idealne.

Co najbardziej zwróciło moją uwagę?

Kiedy wieczorem jestem zmęczona, to drażni mnie ostre światło. Nie lubię kiedy świeci zbyt mocno i przeszkadza w oglądaniu filmu lub czytaniu książki. Teraz ustawiam na aplikacji tzw. sceny świetlne, które zmniejszają automatycznie swoją intensywność żeby jak najmniej ingerować w nasz zegar biologiczny i przygotować do snu. Wieczorem mam już wszędzie ciepłe, wygaszone światło przypominające świece. Uwielbiam ten klimat.

Inteligentne oświetlenie jest proste w obsłudze

Jestem gadżeciara – to fakt, ale ciężko mi się połapać w ustawieniach, konfiguracjach itd. Tutaj poszło szybko, a sama obsługa jest dziecinnie prosta. Wystarczy zainstalować aplikację i już możemy dostosować oświetlenie do naszych potrzeb. Przed instalacją obejrzałam też kilka filmików na YouTube i one mnie przekonały.

Możecie też sterować światłem w domu, kiedy jesteście na wyjeździe – jest to bardzo fajna opcja, z której na pewno skorzystamy.

Ale i tak najbardziej lubię ten wieczorny klimat, który robią żarówki WiZ.

Najlepsze jest to, że gdybym zobaczyła je na półce w markecie, to nie byłabym do końca przekonana, czy to jest fajna opcja dla nas. Teraz, po kilku tygodniach testowania już wiem, że jest to idealny wybór dla nas.

Jeżeli też macie chęć zobaczyć, jak działają inteligentne żarówki to sprawdźcie je TUTAJ.

A jak u Was? Co byście zmienili w swoim domu, co Wam wcześniej nie przyszło do głowy?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Nie ma medalu za bycie najlepszą Mamą – o tym jak nauczyłam się odpuszczać

  • RODZICE
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [12]

Moje macierzyństwo zaczęło się na długo przed porodem. Chciałam być jak najlepszą mamą. Taką, która wszystko wie jak Wikipedia, jest kreatywna jak Pinterest, wyrzuca najnowsze wyniki badań dotyczące rozwoju dzieci jak Pubmed. To była moja wizja macierzyństwa – potęgowana dodatkowo przez presję środowiska.

Każdą wolną chwilę, którą teoretycznie mogłam wykorzystać dla siebie – spędzałam na szukaniu, czytaniu, porównywaniu różnych kwestii związanych z dziećmi. Mój świat się wokół tego kręcił, a jak jak chomik w kołowrotku napędzałam ten mechanizm. Wycinałam jak głupia montessoriańskie pomoce i krzywiłam się, kiedy moje dziecko wolało stary telefon.

Aż któregoś dnia dostrzegłam, że się wypalam. Byłam nerwowa, mój lont zapalał się w 3 sekundy i przestałam odczuwać przyjemność z bycia mamą.

Wstawałam rano i myślałam, że dziś już nie dam rady.

Na szczęście dosyć szybko połączyłam kropki i doszłam do szalenie istotnych wniosków.

Wyjście po zakupy do Biedry nie jest dbaniem o siebie. Nie jest napełnianiem swojego kubeczka, z którego muszę później wszystkim rozlać. Mój kubeczek był pusty, a ja lałam z niego dalej. Jechałam na rezerwie. A droga przede mną była długa.

Miałam nawet takie myśli, że chciałbym trafić do szpitala ( na coś niegroźnego) – to bym sobie odpoczęła! (jak to teraz czytam, to jest to przerażające).

Gdyby macierzyństwo było pracą, to musiałoby być dobrze opłacane żeby ktoś chciał w tym zdobywać kolejne szczeble kariery.

Umówmy się, to byłaby ciężka praca:

  • Nie ma urlopu
  • Szef jest bardzo wymagający, czasem nawet w nocy
  • Szef często zmienia zdanie i potrafi zrobić awanturę o kolor kubka albo pietruszkę w zupie
  • Nie ma premii
  • Nie ma prestiżu, ani fejmu – a do tego wiecznie Cię krytykują, że robisz coś źle
  • Nie pracujesz z domu, tylko mieszkasz w pracy

Serio – nie jest to praca marzeń. I żeby nie była płatna w uśmiechach “bombelka” to nikt by się na nią nie decydował.

I kiedy tak spojrzałam na macierzyństwo jakby to był etat, to zobaczyłam, że ja po tej pracy w ogóle nie odpoczywam. W każdej wolnej chwili czytałam poradniki o rozwoju dzieci, wieczorem szukałam edukacyjnych pomocy i przygotowywałam różnorodne dania, bo przecież makaron to nie jest wartościowy posiłek.

Jak patrzę na dawną siebie, to ja się wcale nie dziwie, że byłam wypalona.

Tyle czasu i zaangażowania, a rzadko kiedy ktoś to doceniał.

Nikt nie daje medali za bycie super matką

Za poświęcenie swojego wolnego czasu, za lody z kalafiora, za gacie wyprasowane na kant. NIKT.

A to jest taka niewidzialna praca, której dzieci nie widzą.

Ale za to widzą Mamę, która jest smutna, przepracowana i wypalona.

Jak poluzowałam?

Powoli, ale skutecznie i w jednej dziedzinie na raz.

  • Zaczęłam odpuszczać sprzątnie, odgarniałam klocki nogą i zbieraliśmy je dopiero na koniec dnia.
  • Zaczęłam odpuszczać wymyślne ekodania i robiłam dziecięcy comfort food, który nie spotykał się z wyraźnym “ble”. Nowe składniki wprowadzałam oddzielnie, tak aby można było je szybko zdjąć z talerza
  • Przestałam się biczować za płatki na śniadanie, wybieram te bez tony cukru i dzieci żyją
  • Kupuję ubrania, które same są w stanie założyć i zdjąć – a do tego (to ważne) nie przejmuje się, że mogą je zniszczyć. Zawsze po zakupach pytam, czy jest coś co nie do końca się podoba. Jeżeli tak – to oddaję. Nie będę później się stresować, że czegoś nie chcą włożyć. Chodzą jak chcą, może ich outfit nie wyglądają jak z katalogu, ale mam to w nosie.
  • Mniej gotuję, więcej kombinuję. Kupuję pierogi od Leniwej Grażyny. Sporo rzeczy mrożę i wyciągam, jak jest potrzeba. Nauczyłam dzieci jeść paluszki rybne i jestem dumna, bo to jedyna ryba, jaką jedzą. Parówek tylko nie lubią;)
  • Mam w nosie różne teorie, nie jestem do końca konsekwentna i łatwo mnie przekonać.
  • Stosuję metodę Pareto – gdzie 80% wyników wypływa tylko z 20% przyczyn. Te założenie pokazuje, że mniejszymi środkami oraz wysiłkiem można osiągnąć dużo większe korzyści czy efekty. Na przykład robię tylko 1 spoko rzecz z dziećmi dziennie – wyjście na plac zabaw lub robię gofry lub robię bransoletki. Po takiej 1 aktywności moje dzieci są bardzo szczęśliwe i zawsze mówią, że jestem super mamą. A ja nie czuję się zmęczona byciem mamą na FULL TIME.
  • Przejmuję się tylko opiniami innych, na których mi zależy – i opinia sąsiadki o tym, że moje dzieci jedzą popcorn na kolację jest dla mnie nieważna.

Oczywiście, to wszystko jest możliwe, bo zmieniłam myślenie, ale też wiek dzieci ma znaczenie. Jednak trochę żałuję, że te kilka lat starałam się być idealną matką. Dojechałam się, ale odbiłam. Inaczej teraz na to wszystko patrzę i dopiero takie macierzyństwo na 60 % sprawia mi przyjemność. Mam wielkie chęci żeby spędzać czas z dziećmi i nie przewracam już oczami, kiedy proszą mnie o zabawę.

Napełniam ten swój kubeczek wieczorami, w weekendy i później mam z czego nalać.

I wtedy nawet rozlane mleko na drewnianej podłodze mnie nie rusza.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Mały ogród w mieście – w końcu gotowy

  • OGRÓD
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [18]

W końcu jest! Nasz taras jest gotowy, a my możemy delektować się odpoczynkiem na zewnątrz. Nieduży, ale własny, a do tego mało wymagający – na tym najbardziej nam zależało.

Kiedy zaczynaliśmy projektować nasz 40-metrowy taras to miałam sporo watpliwości, a teraz kiedy jest już gotowy wiem, że jest dla nas idealny. Przestrzeń, która zachęca do spędzania czasu na zewnątrz.

Dziś pokażę Wam, jak zaaranżowaliśmy nasz mały ogród w mieście.

Tu możecie na jednym zdjęciu zobaczyć tę metamorfozę

PRZED

PO

Jestem bardzo zadowolona z efektu i właściwie każdą wolną chwilę spędzamy teraz na tarasie.

Za projekt i wykonanie bardzo chcę podziękować naszym architektkom – Ani i Magdzie z Nasz Zespół Projektowy. Dziewczyny zrobiły świetną przestrzeń, a było to niezłe wyzwanie!

Poniżej opiszę Wam wszystkie strefy w naszym ogródku

STÓŁ I KRZESŁA – STREFA POSIŁKÓW I PRACY

Zależało mi na takim miejscu, w którym będzie można zjeść posiłki niezależnie od pogody lub pracować od rana przy komputerze.

Duży stół CALAIS KLIK

Krzesła VABY KLIK – niestety już niedostępne, ale są też inne KLIK

Poduszki na krzesła KLIK

Dywan zewnętrzny ARRE KLIK

Pergola

Drewnianą pergolę zaprojektowały Ania i Magda z Nasz Zespół Projektowy, a wykonał ją świetny stolarz Piotr Gajewski KLIK – wykonuje głównie projekty w okolicach Warszawy. Bardzo Wam polecam usługi Pana Piotra, bo dawno nie spotkałam się z takim profesjonalizmem i talentem. Pergola jest dokładnie tak jak chcieliśmy, a do tego wygląda rewelacyjnie. Zadaszenie KLIK

Zgodnie z projektem wybudowaliśmy murek obłożony cegiełką. Na środku jest lustro ogrodowe, które optycznie powiększa przestrzeń. Jak tylko rośliny urosną, to efekt będzie jeszcze ciekawszy.

Lustro TUTAJ

ZIELNIK

W ogródku zależało mi też na zielniku. Mamy swoje ulubione zioła, które można hodować w doniczkach. Popularne są teraz ogródki wertykalne na balkonach, podobny efekt udało nam się uzyskać na tarasie. Mamy kolendrę, bazylię, curry, tymianek, oregano, a nawet poziomki i pomidorki koktajlowe. Zasadziłam je w doniczkach i pięknie rosną. Stojak TUTAJ

HAMAK

Zdecydowaliśmy się na miękki hamak. Jest bardzo wygodny i nie ukrywam, że zawsze są o niego kłótnie. Mamy TEN

Strefa odpoczynku

Zależało mi żeby połączyć zestaw wypoczynkowy z leżakiem (na który już nie było miejsca) i mamy 2 w 1. Jest idealne rozwiązanie, bo kiedy przychodzą goście, to jest sporo miejsca do siedzenia. A później mogę unieść zagłówek i mogę czytać gazetę na leżąco.

Leżak ALASSIO KLIK

Stolik Kawowy ALSSIO KLIK

OŚWIETLENIE

Z oświetleniem mieliśmy mały problem, bo nie chcieliśmy przeciągać prądu na drugą stronę ogrodu. Wybraliśmy za to najbardziej eko opcję, czyli lampki solarne i girlandę z żarówek.

Bardzo pomocny jest rozgałęziacz PLUGGE – mamy ukryte kontakty w kamieniu

Tak wygląda w świetle dziennym

A tak wieczorem

Girlanda RAGGELITO TUTAJ – świetne też na balkon

Przy murku mamy małe spoty solarne – robią ciekawy klimat

Spot ICECUBE (mamy w sumie 6) – KLIK

Dobrym rozwiązaniem są też świeczki na baterie – można je bez obaw zostawić na tarasie.

Świeca bryłowa PETE KLIK – mamy 3 w różnych rozmiarach

2 z nich stoją w lampionie RELAXA KLIK

DEKORACJE I DONICZKI

Mamy kilka doniczek z roślinami, niektóre z nich wiszą na pergoli.

Duża donica na trawę KLIK, a małe obecnie wyprzedane KLIK

Duża prostokątna donica KLIK

Wazon BULAN KLIK

Świeca twarz KLIK

Tak wygląda nasz taras i muszę przyznać, że uwielbiam tu przebywać. Trudno było znaleźć nowoczesne meble i dodatki ogrodowe, bo większość jest w stylu boho lub romantycznym, ale udało się. Więcej rzeczy w tym stylu możecie znaleźć w Jotex.

Tu mam dla Was kod rabatowy NEBULEJUNE30 – który daje aż 30% rabatu* na całe zamówienie + 5% dodatkowego rabatu* dla cen na czerwono.

* Warunki: Promocja nie łączy się z innymi ofertami i rabatami. Nie dotyczy produktów przecenionych lub oznaczonych „Deal!”. Jednorazowa promocja dla każdego klienta. Do 15.07.2021.

Jak Wam się podoba nasza przestrzeń?

Tu był post w kótrym opisywalam Projekt tarasu – wcześniej było tak:

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Cukrownia Żnin – najbardziej designerski hotel dla rodzin w Polsce

  • PODRÓŻE
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [1]

Cukrownia Żnin była na mojej top liście do odwiedzenia od dłuższego czasu. Zobaczyłam zdjęcia, opis atrakcji, historię i totalnie przepadłam. Wiedziałam, że jak tylko będziemy mogli to pojedziemy tam z rodziną i znajomymi.

Dla kogo jest hotel Cukrownia Żnin?

  • dla rodzin z dziećmi
  • dla znajomych na wypad
  • dla osób, które chcą odpocząć w pięknych wnętrzach, ale w aktywny sposób
  • dla osób, które lubią historię
  • dla architektów – bo wystrój jest genialny

Wyjazd zarezerwowaliśmy około miesiąc temu TUTAJ – oczywiście z opcją odwołania rezerwacji, bo z dziećmi różnie bywa i zawsze zostawiam sobie opcję rezygnacji.

Wybraliśmy pokój dwupoziomowy, bo tak bardzo mnie zauroczył jego wystrój. Nasi znajomi (pojechaliśmy w 4 rodziny) również zdecydowali się na te pokoje i jak się okazało były obok siebie, a każdy z nich miał wyjście prosto na patio przed hotelem, więc po uśpieniu dzieci mogliśmy razem spędzić czas przed budynkiem. Polecam Wam tę opcję! Bo dzięki temu mogliśmy spokojnie siedzieć i rozmawiać po uśpieniu dzieci.

Pokoje dwupoziomowe są naprawdę duże i mają 2 łazienki. Natomiast w pokojach mogłoby być więcej miejsca na przechowywanie ubrań. Jeżeli lubicie na basen przechodzić w szlafrokach to weźcie swoje, nie ma ich w pokojach.

Położenie

Cały hotel, a właściwie kompleks hotelowy jest położony nad jeziorem. Około 300 metrów jest na plażę – spędziliśmy tam super czas i czułam się jak na prawdziwych wakacjach. Na plaży jest plac zabaw i bar, gdzie można kupić lody i napoje. Trochę szkoda, że nie ma nic do jedzenia – mogłyby być drobne przekąski.

Atrakcje w Cukrowni Żnin

Sam hotel oferuje tak dużo atrakcji, że na wyjeździe 3-dniowym zupełnie nie odczuwaliśmy potrzeby wychodzenia poza teren hotelu. Więcej szczegółów macie TUTAJ

Co oferują?

  • Ogromna zjeżdżalnia z 4 piętra dla dzieci i dorosłych
  • Basen ( 3 baseny: brodzik ze zjeżdżalniami, pływacki, rekreacyjny z wirami, 2 jacuzzi, duża zjeżdżalnia, sauny)
  • Duża sala zabaw – bardzo fajna przestrzeń z ogromnym małpim gajem
  • Kręgielnia – bardzo Wam polecam, bo są tory przystosowane do dzieci – 5- łatki dadzą sobie radę
  • Kino
  • Ognisko
  • Dla starszych – możliwe zwiedzanie terenu Cukrowni Żnin
  • Wypożyczalnia sprzętu wodnego

Poza hotelem możecie się wybrać na ciekawe wycieczki np. do Biskupina

Jedzenie i restauracja

W hotelu są 2 czynne restauracje, ale obsługiwane przez jedną kuchnię. Jedzenie jest smaczne i różnorodne, ale podczas naszego wyjazdu w weekend czerwcowy było sporo ludzi. Czas oczekiwania na jedzenie był mocno wydłużony (ok 1 h) – nie wiem jak jest teraz, możliwe, że jest krócej.

Śniadania za to były różnorodne, w formie bufetu. Dzieci mogły znaleźć swoje ulubione dania.

A tu łapcie wpis gdzie rekomenduje inne Hotele dla rodzin z dziećmi

Czy polecam wyjazd do Cukrowni Żnin?

Tak, jak najbardziej! Bardzo nam się podobało i z pewnością tam kiedyś wrócimy.

Możecie też wykorzystać bon turystyczny.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jak nie zgubić dziecka w sieci – genialna książka, która wprowadza dzieci i rodziców w świat Internetu

Pozwalać czy nie pozwalać korzystać z nowoczesnych technologii, jak tablety, telefony i laptopy z dostępem do sieci? A jeśli pozwalać, to jak? Na czas? Pod nadzorem? Kontrolując? Ile czasu to dobrze? A ile już źle?

To pytania, które współcześni rodzice zadają sobie nieustannie, miotając się wśród informacji o szkodliwym wpływie urządzeń, a ciekawością dzieci. No i jeszcze wiedza, którą daje internet. Wszystkie możliwości edukacyjne – czy one przewyższają negatywny wpływ urządzeń? Nie, chyba nie – wiadomo, urządzenia i dostęp do sieci dla dzieci to zło. Tak mówią.

Polecałam wam już kilka książek tego autora – Jak zapewnić swojemu dziecku najlepszy start czy Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Dziś książka, w której autorzy odczarowują czas ekranowy!

DOŚĆ!

Oto książka, która sprawi, że dając dziecku tablet, pozbędziecie się wyrzutów sumienia. Zrozumiecie, podobnie jak ja zrozumiałam, że jest to narzędzie. A jak nauczycie dziecko z niego korzystać, zależy od Was samych.

 Nie musicie odmierzać czasu przed tabletem. Nie musicie być kontrolerami. Musicie wychować dzieci, uzbrajając je w wiedzę o świecie wirtualnym, podobnie, jak robicie to ze światem prawdziwym, uprzedzając o tym, co może je tam spotkać i jak reagować na zagrożenia.

Ucząc czego unikać i jakie konsekwencje niosą konkretne ruchy, jak na przykład wstawianie niektórych zdjęć na profile społecznościowe. To zupełnie nowe spojrzenie na obecność dzieci w internecie. Ściągające poczucie winy z rodziców. Internet jest dobry – jeżeli dziecko umie z niego dobrze korzystać. Jak długopis. Można sobie go wbić w rękę, albo napisać wspaniałą powieść. Książka „Jak nie zgubić dziecka w sieci?”, Zyty Czechowskiej (Nauczycielka Roku 2019) i Mikołaja Marcela (wykładowca, nauczyciel, pisarz) jest właśnie o tym.

Dla kogo jest ta książka?

To poradnik dla KAŻDEGO RODZICA. Można powiedzieć, że powinien być to podręcznik do wychowania dla współczesnych rodziców, którzy wyrośli bez dostępu do internetu, w czasie ich własnego dzieciństwa. To również pozycja dla nauczycieli, dziadków i wszystkich, którzy pracują z dziećmi.

Czego dowiecie się z „Jak nie zgubić dziecka w sieci”?

Ta książka przebuduje Wasze podejście do dzieci w sieci. Przestaniecie się obwiniać, że dziecko „znowu siedzi przy tablecie”. Jeśli tylko wyposażycie je w odpowiednią wiedzę, a z kontrolerów, zamienicie się w przewodników, sieć stanie się kopalnią wiedzy, pomysłów, kreatywności.

  • Przestaniecie uważać, że internet to zło! To, co nowe nie musi być złe. Trzeba umieć tylko z tego mądrze korzystać. I to jest rola rodziców, by nauczyć tego dzieci;
  • Odczarujecie mity dotyczące dzieci w sieci. Dowiecie się, dlaczego wielozadaniowość i krótkie skupienie uwagi nie są złe;
  • Przestaniecie uważać, że coś jest dobre tylko dlatego, że tak robiono od zawsze.

Spojrzycie krytycznie na to, co tradycyjne, rozumiejąc, że każda tradycja kiedyś była nowinką;

  • Spojrzycie z dystansem na swoje lęki związane z dziećmi w sieci. Zmierzycie się z demonizowanym, negatywnym wpływem technologii na maluchy. Czy rzeczywiście to technologia jest decydującym czynnikiem w procesie wychowania?;
  • Dostaniecie konkretne narzędzia do postępowania. Dowiecie się, jak uczyć dzieci życia w internecie. Co im mówić? Przed czym przestrzegać i dlaczego jednak nie warto z tabletu robić niańki własnych dzieci;
  • Zrozumiecie, że długie siedzenie przed komputerem nie zawsze oznacza uzależnienie. Takie diagnozowanie byłoby zbyt trywialne. Dowiecie się, że nie każde dziecko i dorosły, które spędza całe dnie w internecie, jest uzależnione od niego;
  • Dostaniecie konkretne informacje o tym, jak nowe technologie wpływają na mózg. I czy rzeczywiście negatywnie, jak ciągle się powtarza? Zrozumiecie, jaka jest korelacja pomiędzy lajkami na FB a ocenami w szkole;
  • Przypomnicie sobie, że nie gderanie, a własny przykład przynosi rezultaty wychowawcze. Także w świecie technologii. Dzieci obserwują i naśladują;
  • Stanie się dla Was oczywiste, że nie powinniście dzieciom zabraniać korzystania z sieci. Bo dziś także tam buduje się relacje. I wcale nie zastępują one tych prawdziwych;
  • Zrozumiecie, że to relacje mają największy wpływ na sposób korzystania dzieci z sieci. Wasze relacje z dziećmi;
  • Dowiecie się, ile czasu powinno spędzać dziecko w sieci. Będziecie zaskoczeni, gdy dowiecie się o równowadze on i offline i że ustalanie „czasu ekranowego” to ślepy zaułek;
  • Zastanowicie się, zanim sami wrzucicie do sieci zdjęcie swojego dziecka. Czy przyszło Wam do głowy, że powinniście je zapytać o zdanie?;
  • Przestaniecie uważać granie za stratę czasu. Granie to nowe czytanie – zgodnie z teorią autorów;
  • Zrozumiecie, że nowe technologie to okno na świat i edukacja, być może nawet cenniejsza niż ta szkolna. Biorąc pod uwagę archaiczność szkolnych metod nauczania i nowoczesne podejście do nauki w sieci.

Nie bądź strażnikiem – bądź przewodnikiem!

Jeśli Wasze dzieci jeszcze nie zaczęły korzystać z nowych technologii, odrzućcie wszystko, co złego o niej słyszeliście, otwórzcie umysł i sięgnijcie po książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci”. To zupełne odwrócenie demonizowanego wpływu internetu na dzieci i młodzież. Jeśli Wasze dzieci już korzystają z internetu, też ją przeczytajcie i dowiedzcie się, czy są tam bezpieczne. Jeśli tak, przestańcie mieć wyrzuty sumienia. Być może to tam znajdą wiedzę, która poprowadzi ich przez życie, pozwoli odnaleźć pasje, a nawet przyjaciół.

Najważniejszym przesłaniem książki jest to, by dając dziecku narzędzie, jakim są nowe technologie, dać mu także instrukcję obsługi.

A wszystko będzie dobrze. A nawet lepiej. Mając w kieszeni całą wiedzę świata, dzieci i młodzież będą wiedziały, jak ją wykorzystać. Z mądrym wsparciem dorosłych. Bez zakazów. Witajcie w XXI wieku!

Jak już przeczytacie „Jak nie zgubić dziecka w sieci?”, dajcie znać, co sądzicie o książce i takim spojrzeniu na nowe technologie w życiu dzieci i młodzieży.

Książka do kupienia TUTAJ

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Bądź z nami na bieżąco
Dołącz do nas na Facebooku
NEBULE NA FACEBOOKU
Możesz zrezygnować w każdej chwili :)
close-link