fbpx

Dlaczego warto nauczyć dziecko samodzielnego ubierania się?

Chyba każdy rodzic chciałby żeby jego dziecko potrafiło samo się ubrać od stóp do głów, szczególnie rano kiedy mamy niewiele czasu na to żeby się przygotować do wyjścia. My dorośli ubieramy się automatycznie i nie zwracamy już na to uwagi. A dzieci? Będą musiały się tego nauczyć. Nie jest to dla nich takie proste. Wbrew pozorom na te czynności składa się mnóstwo precyzyjnych ruchów, które dziecko musi wykonać. 

Nigdy nie wyręczaj dziecka w tym, co może zrobić samodzielnie.

Maria montessori

Ten cytat często mam w głowie kiedy chcę coś zrobić za moje dziecko. Zapala mi się wtedy czerwona lampka i wiem, że powinnam odpuścić – szczególnie wtedy kiedy dziecko komunikuje: „Ja siama/ja siam” i przez godzinę zakłada jedną skarpetę. Często rodzice nazywają to buntem 2-latka lub opieraniem się. Jest to bzdura, dzieci w ten sposób budują swoją osobowość.

Nie ma nic lepszego jak namacalny dowód wykonanej przez nie pracy. Nam może się wydawać, że to takie banalne – dziecko włożyło jeden but i to do tego nie na tą nogę co trzeba. Jest z siebie dumne, a rodzic podchodzi i mówi: „Nie na tą nogę założyłeś”. Jak się czuje wtedy dziecko? Chyba sami wiecie.

Co dzieciom daje samodzielność?

Przede wszystkim buduje poczucie własnej wartości. Naprawdę w życiu jest tak niewiele czynności, których efekt widać od razu. Tak jest właśnie z samodzielnym ubieraniem się. Nawet to, że dziecko ściągnęło jedną skarpetę może być dla niego budujące.

To właśnie wtedy uczy się, że ma moc sprawczą. Wie, że ma wpływ na siebie i swoje otoczenie. Jest panem swojego ciała. Uczy się, że to co robię jest ważne i widzę efekt mojej pracy. Nie widzę powodu żeby bić brawa w sytuacji kiedy dziecko samo coś zrobi. Owszem radujemy się i cieszymy z kolejnego kroku milowego, ale uzależniając dziecko od swojej opinii stąpamy po cienkim lodzie.

Kolejnym razem dziecko będzie zakładało skarpetę po to żeby dostać owacje na stojąco. Naprawdę jest to zbędne, dziecko samo widzi, że coś zrobiło i nie musi otrzymywać wzmocnienia z zewnątrz.

Wygoda dla rodziców

Wyobraźcie sobie, że wieczorem lub rano przygotowujecie ubrania dla dzieci, a rano po śniadaniu Wasze dziecko myje zęby idzie do pokoju i ubiera się. Od stóp do głów SAMO wszystko zakłada, wywraca nawet rajstopy i wyciąga rękawy z bluzki, zapina nawet guzik w spodniach i rozporek.

Później przed wyjściem zakłada ciepłe spodnie,  buty, zapina kurtkę, zakłada rękawiczki i prosi tylko o zawiązanie szalika. Wydaje się niemożliwe? Mam taki 4- letni model w domu.

Czy to się stało przypadkiem? Nie!

To nasza praca i cierpliwość. W tym poście zdradzę jak tego dokonaliśmy oraz przekażę Wam kilka trików, które ułatwiły naukę samodzielnego ubierania się.

Kiedy zaczęliśmy ćwiczyć?

Już przed pierwszymi urodzinami nasza córka z uporem maniaka sama ściągała sobie skarpety. Niektórym może się wydawać, że to zabawa albo nawet zwykła złośliwość. A ja z racji z swojego wykształcenia, wiedziałam, że dzieje się coś ważnego – dla niej i dla nas. Uczy się samodzielności.

Ściągała skarpety z coraz większą wprawą, a ja tylko obserwowałam. Widziałam, że sprawia jej to radość i czuje, że robi coś niesamowitego. Miałam komfort, bo rano zazwyczaj nigdzie się nie spieszyliśmy i nie musieliśmy być na umówioną godzinę, dlatego przez 3 lata codziennie ćwiczyliśmy samodzielne ubieranie się.

Co pomaga przy nauce samodzielnego ubierania się?

Przede wszystkim akceptacja tego co robi dziecko.

Najłatwiej jest się rozebrać, dlatego pozwólmy dzieciom w ciągu dnia ćwiczyć tę umiejętność.

Rodzice często postrzegają samodzielne rozbieranie jako nieposłuszeństwo. Dziecko mi robi na złość, bo je ubrałem, a ono poszło w kącik i się rozebrało. Jest to BŁĘDNE myślenie.

Właśnie wtedy dziecko uczy się jak samodzielnego ubierania, chociaż tak naprawdę się rozbiera.

  • Obserwacja jest zdecydowanie lepsza niż ingerencja. Owszem możemy pokazać jak coś zrobić, jednak dziecko szybciej dojdzie do tego jak coś zrobić.
  • Przystosowane otoczenie, które sprzyja samoobsłudze. Pisałam o nim Przystosowane otoczenie. To, że dziecko ma swój wieszak przy wejściu, zawieszony na jego wysokości zachęca do nauki samoobsługi.
  • Izolacja trudności, czyli nie wszystko na raz i odpowiednio do wieku (poniżej zamieszczę możliwości dzieci). Dziecko nawet przez 3 tygodnie może ćwiczyć ściąganie jednej skarpety. Nie wszystko na raz i powoli.

Morze cierpliwości dla rodzica

  • We mnie czasami aż się gotowało, bo chciałam szybko wyjść. W sytuacjach kiedy byliśmy umówieni zaczynałam odpowiednio wcześniej albo zwyczajnie mówiłam, że się dziś bardzo spieszymy i proponowałam pomoc. I tak najczęściej wtedy słyszałam: „Ja siama”.
  • Przystosowane ubrania – bardzo ważny punkt. Już podczas zakupów zwracałam uwagę na to czy dana rzecz będzie bardzo trudna do ubrania. Zwróćcie też uwagę, że za duże ubrania jest łatwiej założyć niż dość ciasne. Do treningu możemy dawać naprawdę za duże rzeczy. Naszą czapkę lub kapelusz dziecko założy w sekundę. A ze swoją będzie miało  problem.
  • Odpowiednie buty – buty dzieci zdejmują i zakładają stosunkowo wcześnie, dlatego zawsze zwracałam uwagę żeby były przystosowane do umiejętności dziecko. Najłatwiej jest założyć samemu kalosze.
  • Dajcie dzieciom ubrania do zabawy – możecie nawet zrobić specjalny koszyk z ubraniami, na których może ćwiczyć: szerokie skarpety, czyste kalosze, czapka, szalik, rękawiczki jednopalczaste. Pamiętajcie, że dzieci uczą się przez zabawę.
  • Lustro – dzieci uwielbiają się oglądać w dużych lustrach i z doświadczenia wiem, że niektórym dzieciom łatwiej jest ubierać się pod kontrolą wzrokową, szczególnie dzieciom z dyspraksją. Kiedy widzą siebie w odbiciu jest im zdecydowanie prościej.
  • Zabawki wspierające rozwój manualny pomagają w nauce precyzji ruchów pisałam o nich tu: Mała motoryka i Pomysły na prezent

Co dziecko może ćwiczyć w danym wieku?

Oczywiście wiek podany jest orientacyjnie. To, że dziecko nie potrafi czegoś w danym wieku zrobić nie świadczy o żadnych problemach.

1 rok

  • zdejmowanie skarpetek i butów
  • zdejmowanie czapki
  • wkładanie rąk do rękawów

2 rok

  • zdejmowanie spodni na gumce
  • rozpinanie dużych guzików
  • zapinanie rzepów
  • zakładanie czapki
  • włożenie spódnicy
  • nauka zakładania kurtki, swetra, bluzy SPOSOBEM, który pokażę na końcu

3 rok

  • zakładanie butów wsuwanych i na rzepy
  • wkładanie bluzek
  • wkładanie spodni/getrów
  • wkładanie skarpet
  • zapinanie dużych guzików
  • zapinanie i rozsuwanie suwaków
  • wkładanie plecaka na plecy

4 rok

  • zapinanie małych guzików
  • wywracanie ubrań z lewej na prawą
  • sprawne zapinanie i rozpinanie różnych zapięć w tym guzików
  • zawiązywanie szalika i wkładanie rękawiczek

5 rok

  • ubieranie się „od stóp do głów” bez pomocy

6 rok

  • zawiązywanie sznurówek

Poniżej zamieszczam nasz SPOSÓB na zakładanie: swetra, rozpinanej bluzy, kurtki, plecaka:

A tu znajdziecie jeszcze inne dwa sposoby jak to zrobić:

Sposoby na samodzielne ubieranie się

Naprawdę warto uczyć dzieci samoobsługi. Te proste, na pozór czynności są ważne w budowaniu swojej wartości. Dzieci zupełnie nieświadomie ćwiczą wiele ważnych funkcji, które później będą im niezbędne np. przy nauce pisania. 

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Pieczone pączki ze zdrowym, kokosowym lukrem

  • PRZEPISY
  • 2  min. czytania
  •  komentarze [8]

Dziś mam dla Was przepis na przepyszne pączki, donuty czy też oponki. Dawno nic nie piekłam, bo powiem Wam w sekrecie, że trochę ograniczam produkty z bardzo wysokim indeksem glikemicznym. Staram się nie jeść białej mąki, cukru i innych produktów, przez które nie mogę zrzucić pociążowych kilogramów.

Szukam zdrowszych alternatyw, ale wciąż mam smaki na dobre rzeczy. Tak zrobiłam gryczano- pełnoziarniste pieczone pączki, a zwykły lukier zastąpiłam tajemnym składnikiem.

PIECZONE PĄCZKI

Składniki na pączki:

1 1/3 letniego mleka (użyłam orkiszowego)

2 łyżki roztopionego masła

2/3 szklanki cukru trzcinowego

2 jaja

5 szklanek mąki (użyłam: 1 szklanki mąki pszennej, 2 szklanki mąki pełnoziarnistej, 2 szklanki mąki gryczanej) Im więcej mąki ciemnej tym pączki będą twardsze.

szczypta soli

1 paczka drożdży instant (7 g) lub 14 g drożdży świeżych

Przygotowanie:

Jeżeli robimy ciasto z dodatkiem świeżych drożdży to trzeba zrobić rozczyn ,a jeżeli robimy z drożdży suchych – wystarczy dodać je do mąki.

Mąkę przesiać przez sito z drożdżami, a później dodać wszystkie składniki, na końcu rozpuszczony tłuszcz. Wyrabiamy przez kilka minut, aż ciasto będzie sprężyste i gładkie. Kiedy już wyrobimy, wkładamy ciasto do miski, nakrywamy bawełnianą ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (1,5 h).

Po tym czasie odrywamy kawałki i wałkujemy dość grubo (na 13 mm) i wykrawamy kołka (duże kółko to u mnie kubek, a małe to kieliszek). Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, nakrywamy ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (45 min).

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. (bez termo) i pieczemy po 8-10 min.

Jeżeli macie multicookera (ja w tym robiłam) to najpierw wrzucacie składniki mokre, później suche a na górę drożdże. Nastawiamy program do ciasta drożdżowego. A po wyjęciu można od razu wałkować i wykrawać.

Oryginalny przepis był inny, jednak ja go zmieniłam na zdrowszy.

Składniki na lukier:

3 łyżki zmielonych wiórków kokosowych (mieliłam w młynku do kawy)

łyżka cukru trzcinowego

2 łyżki wody

pół łyżki oleju lub oliwy z oliwek

Wszystkie składniki utrzeć na masę. Aby uzyskać kolor wrzuciłam 3 mrożone maliny i podgrzałam na małym ogniu. Lukier przełożyłam do strzykawki i udekorowałam pączki.

smacznego

a tu macie Zdrowe przekąski dla dzieci

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Czy leżaczki szkodzą dzieciom?

Leżaczek niemowlęcy – jaki ma wpływ na rozwój dzieci? Czy warto go kupić, czy też lepiej omijać leżaczek z daleka? Rozmawiam dziś z Agnieszką Słoniowską – mgr rehabilitacji, terapeutą NDT-Bobatht, terapeutą Integracji Sensorycznej, trenerką Masażu Shantala, a prywatnie mamą czwórki dzieci.


Anna Trawka: Czy istnieją badania na temat wpływu jaki może mieć leżaczek niemowlęcy na rozwój dziecka? Tak jak kiedyś masowo dzieci chodziły w chodzikach, to teraz siedzą w leżaczkach.

Agnieszka Słoniowska: Może nie tyle są potrzebne badania, a obserwacja dziecka. Rodzic powinien obserwować swoje dziecko – jak wygląda napięcie mięśniowe w stopach i dłoniach, jak leży na twardym podłożu (np. na macie piankowej), a jak ono się zmienia kiedy włożymy je do leżaczka, czyli na miękkie podłoże.

A.T.: Jakie są to różnice?

A.S.: Różnica jest taka: jeżeli leżymy na twardym podłożu – ono daje informację dla tułowia gdzie ono się znajduje i wtedy odpowiednie mięśnie napinają tułów czyniąc go stabilnym i dają bazę dla ruchów kończyn. W drugim przypadku tą bazą jest leżaczek niemowlęcy. Dziecko nie musi wykonywać żadnej pracy w centrum ciała i dziecko napięcie mięśniowe buduje na obwodzie.

A.T.: Jakie są tego objawy? Jak rodzic może to zobaczyć?

A.S.: W postaci zaciskania rąk, spinania, ściągania palców stóp w dół. Stopa, która dobrze się porusza to jest tzw. stopa pływająca, która porusza się spontanicznie we wszystkich kierunkach. Natomiast stopa dziecka, które przebywa w leżaczku jest stopą często obciągniętą w dół albo skrajnie zgiętą do góry. Nie jest to stopa luźna. Żeby luz był w stopie musi być aktywność w centrum ciała.

A.T.: Czy rodzic bez wykształcenia w kierunku fizjoterapii jest w stanie to zauważyć?

A.S.: Myślę, że nie. Jeżeli ja bym pokazała te różnice to pewnie tak. Jednak bez takiego instruktażu rodzic nie wie, że nie jest to prawidłowy wzorzec. Rodzic najczęściej widzi, że dziecko kopie nogami i nawet się cieszy z tego powodu, że dziecko nauczyło się bujać w leżaczku niemowlęcym. Tymczasem dziecko nauczyło się huśtać mięśniami zginającymi i prostującymi nogi, nie wiedząc nic o swoim tułowiu. Siedząc w leżaczku tułów nie wymaga koordynacji mięśniowej. Stelaż leżaczka przejmuje kontrolę za dziecko. Rodzic często się z tego cieszy, że dziecko nauczyło się kopać, ale kiedy przełoży dziecko na twarde podłoże to jest zdziwiony, że już tego nie potrafi. Przykleja wtedy ręce, nogi do podłoża i nie wie co ma z nimi zrobić, bo musi ich używać żeby stabilizować tułów.

A.T.: Czyli później każde położenie powoduje płacz i frustrację? Dzieci przez leżaczki nie lubią później leżeć na podłodze np. na brzuchu?

A.S.: Tak, a na brzuchu to już zdecydowanie. Dziecko siedząc w leżaczku nabiera przekonania, że jego głowa jest przez kogoś lub coś zawsze trzymana. Nie jest odpowiedzialne za pracę głowy, przy czym w leżaczku jest położona ona najwyżej i dziecko więcej widzi. Przez to, że się buja prawie cały czas to dostarcza sobie wiele bodźców wzrokowych – tak jak na huśtawce. Obraz jest lekko zawirowany i nie może fiksować wzroku na konkretnych przedmiotach.

A.T.: A w pozycji na brzuchu na macie napięcie mięśniowe rozkłada się zupełnie inaczej?

A.S.:W momencie kiedy dziecko jest na brzuchu to musi samo dźwignąć głowę, co więcej – musi wypychać ręce przed ciało napinając mięśnie brzucha. A dziecko leżąc w leżaczku nie ma możliwości napiąć mięśni brzucha. Rodzic sam może spróbować czy jest to wykonalne próbując wstać z miękkiego leżaka mając np. książkę w ręku. Jest to zwyczajnie niemożliwe. Na miękkim podłożu nie da się pracować mięśniami brzucha.

A.T.: A co z czworakowaniem?

A.S.: Leżaczek niemowlęcy również opóźnia pozycję czworaczą. Wszystko to rozbija się o wzorzec podciągania i pchania:

pchanie: wyciąganie rąk przed twarz, napinanie brzucha i stanie na całych stopach np. podczas stania przy ścianie. Jeżeli ją pchamy rękami to  stopy będą stały mocno na ziemi i jeżeli dzieci stosują ten wzorzec to są dobrze skoordynowane np. później wstają z pozycji „na misia” lub opierając się o coś.

Dzieci, które większość czasu spędzają w leżaczku  wstają przez podciąganie. Czyli przez przyciąganie rąk do ciała, zaciskanie dłoni. W efekcie stają na palcach lub mają bardzo szeroko rozstawione stopy.

A.T.: Jakie ma to konsekwencje dla dalszego rozwoju?

A.S.: Jeżeli dziecko staje przez pchanie to wtedy buduje się baza w centrum, która jest niezbędna do rozwoju małej motoryki. Dziecko czuje że stoi twardo na ziemi – dosłownie i w przenośni, bo równowaga w ciele korzystnie wpływa na poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. A jeżeli dziecko rozwija się przed podciąganie (do siadu, do stania) to wciąż pozostaje w odruchach pierwotnych i one uniemożliwiają dziecku dalszy rozwój np. koordynację oburęczną, umiejętność pisania, koordynację wzrokowo-ruchową. Możemy powiedzieć że dziecko nie staje na nogi, a pionizuje się dzięki rękom. Kontrola postawy oparta na informacji płynącej z kończyn górnych upośledza ich funkcje np. Ma to wpływ na dalsze życie: dzieci mają napięte mięśnie karku, szybko męczą się im oczy podczas czytania. To wszystko utrudnia również obuoczne widzenie,  patrzą raz jednym raz drugim okiem. Powstają również zezy ukryte. Niestety, niewłaściwa pielęgnacja w okresie niemowlęctwa ma wpływ na gotowość szkolną

A.T.: Te wszystkie deficyty „wychodzą” w szkole i wtedy rodzice zgłaszają się do terapeutów?

A.S.: Dokładnie, a my musimy przerobić cały rozwój motoryczny od początku. Zamieniamy wzorce podciągania na pchania. Znowu uczymy pozycji czworaczej, stabilizacji obręczy, wyciągania rąk nad głowę, siedzenia bez podpierania głowy i bez potrzeby ciągłego poruszania się na krześle. Rodzice na początku często zaprzeczają diagnozie, bo ich dziecko wygląda na bardzo sprawne, ruchliwe. Lubi się wspinać, być ciągle w ruchu.

A.T.: A to nie dobrze?

A.S.: Nie, bo ma zły wzorzec. To wszystko wykonuje kończynami, a nie tułowiem. Jak poprosimy dziecko, żeby stanęło w czworakach i np. podniosło jedną rękę do góry (po pierwsze wiele z tych dzieci nie potrafi przyjąć takiej pozycji, bo narzekają, że boli je nadgarstek albo łokieć), a już oderwanie jednej ręki od podłoża i wyciągnięcie jej z wyprostowanym łokciem jest niemożliwe. To jest właśnie paradoks, bo te dzieci wydają się być świetnie rozwinięte.

A.T.: A co kiedy leżaczek niemowlęcy nie ma blokady bujania i przebywające w nimi dzieci są ciągle w ruchu. Czy ma to jakiś wpływ na dalszy rozwój?

A.S.: Żeby prawidłowo rozwijała się koordynacja wzrokowo-ruchowa dziecko potrzebuje stabilnego, nieruchomego podłoża. Aby dziecko rozwinęło koordynację ręka-oko czyli np. sięgnęło po rzecz, która je interesuje musi najpierw ZAFIKSOWAĆ, zatrzymać wzrok na danym przedmiocie. Jeżeli dziecko cały czas jest w ruchu spowodowanym bujaniem leżaczka to ta fiksacja jest znacznie opóźniona i dziecko będzie sięgać po przedmioty o wiele później.

A.T.: A co z koordynacją oburęczną, która jest niezbędna w dalszym rozwoju?

A.S.: Dziecko, które siedzi w leżaczku nie jest w stanie używać obu rąk na raz. Nie da rady badać swojego pępka, kolan, stóp obiema rękoma na raz. Jest w stanie dotknąć tylko prawą ręką prawego kolana i nic więcej.  Pasy również uniemożliwiają przekraczanie linii środka ciała, która jest niezbędna do dalszego rozwoju. Te wszystkie trudności wychodzą później kiedy np. musi zapiąć sobie guziki, nawlec sznurówkę do buta, jeść sztućcami lub też pisać w szkole. Do tego potrzebna jest koordynacja oburęczna. Te czynności są uwarunkowane pielęgnacją już w wieku niemowlęcym.

A.T.: A co z tymi dziećmi, które siedziały w leżaczkach niemowlęcych, ale rozwijają się prawidłowo?

A.S.: Wiele dzieci, które przebywało w niemowlęctwie w leżaczku wychodzą na prostą. To są te dzieci, które  oprócz leżaczka spędzały czas również na podłodze, w chuście, w wózku na brzuchu, były prawidłowo noszone,  a ok. 2 roku życia były motywowane  do bardzo intensywnego treningu ruchowego i mogą nadrobić zaległości. Niestety większość rodziców korzysta z dobrodziejstw cywilizacji i dzieci jeżdżą w wózkach do 3, 4 roku życia i nie są w stanie wyrównać tych deficytów. Coraz częściej spotykam dzieci wyręczane w samoobsłudze, nie wdrożone do obowiązków domowych.  Bezsprzecznie,  codzienne praktyki w postaci zamiatania, odkurzania, składania ubrań, skarpetek czy wreszcie wiązania butów są  doskonałą bazą ruchową dla prawidłowego rozwoju.

A.T.: Agnieszko, a jeśli chodzi o leżaczek niemowlęcy – czy jest jakiś bezpieczny czas, w którym dziecko może w takim dziennie przebywać? Wiem, że rodzice często się nimi ratują kiedy nie mają już siły nosić marudzące niemowlę. Ten czas szybko leci z 20 min robi się godzina.

A.S.: Jestem zdania, że specjaliści POWINNI rodziców informować o zagrożeniach, a rodzic ma sam zadecydować mając już tę wiedzę. Ja rodzicom nigdy nie zakazuję niczego, ale informuję, że jeżeli muszą korzystać z leżaczka to żeby było to rzeczywiście 20 minut dziennie (a nie 40, czy godzina) i żeby od razu po wyjęciu dziecko przebywało na podłodze. Najważniejsza w rozwoju jest różnorodność: dzieci powinny przebywać trochę na rękach, trochę w chuście, na podłodze, w wózku itd. Trzeba zachować zdrowy rozsądek. NIEBEZPIECZNE jest kiedy dziecko spędza czas wyłącznie: w chuście lub w leżaczku albo jest stale na rękach i to w jednej, i tej samej pozycji..

A.T.: Dlaczego?

A.S.: Bo otrzymuje dwie narzucone z zewnątrz rodzaje stabilizacji. Chusta daje przepiękną stabilizację, dziecko czuje siebie w kontekście rodzica, czuje bliskość. Później wkładamy je do leżaczka i jest tam przeszczęśliwe, bo nie musi dużo pracować. Wystarczy, że lekko ruszy nogą i już się kołysze, ma bardzo dużo bodźców wzrokowych. Leżaczek świetnie karmi wzrok. Jeżeli są to tylko dwa środowiska i jest w końcu położone na podłodze musi się zmierzyć samo ze sobą, to często powoduje bardzo dużą frustrację. Jest oczywiste, że oglądanie kurzu pod kanapą jest znacznie mniej atrakcyjne niż krajobraz z nad barku rodzica.

A.T.: Czyli najlepsza jest podłoga?

A.S.: Najlepsza jest różnorodność i w jej ramach również aktywności podłogowe. Wtedy  umożliwiamy dziecku rozwój samodzielności. Dziecko, które ma władze nad swoim ciałem  ma kompetencje do tego by uczyć się słuchać swojego ciała, swoich potrzeb, rozpoznawać emocje.  Dzieci sprawne ruchowo znacznie lepiej radzą sobie w sytuacjach stresujących, łagodniej przechodzą okres lęku separacyjnego. Pomagamy dziecku uczyć się samodzielności i prawidłowo interpretować informacje ze swojego ciała: ”Masz kompetencje do tego żeby czuć siebie. Masz władzę nad swoim ciałem.”

A.T.: Czyli jak najlepiej się bawić z dzieckiem na podłodze?

A.S.: Kiedy dziecko zaczyna marudzić to najczęściej się nudzi. Warto z dzieckiem bawić się jego własnym ciałem, a nie od razu sięgać po stymulujące zabawki. Pokazać dziecku gdzie ma kolana, a gdzie stopy. Próbować się turlać, czy też dociskać stawy. Doskonałą formą stymulacji jest masaż, spontaniczny, może być przez ubranie, czy tez na gołe ciało, dłonią, pluszaczkiem, czy każda inną zabawką. Pamiętając o różnorodności również w tempie i sile dotyku z pewnością będziemy korzystnie wpływać na rozwój malucha.

Większość zabawek stymuluje tylko wzrok, a to właśnie ten zmysł jest najsłabiej rozwinięty. Tak naprawdę to dotyk  i ukł. przedsionkowy są najlepiej rozwinięte. Lepiej jest używać tych zmysłów w zabawach. A my wkładając dziecko do leżaczka i owszem stymulujemy zmysł przedsionkowy, ale z różnorodnością  ruchu ma to niewiele wspólnego. chcemy je spacyfikować żeby jak najmniej czuło i ruszało się, a na dodatek karmić wzrok, który jest niedojrzały. Przez to przestymulowujemy dziecko i ono zapomina o swoich kompetencjach dotykowych i ruchowych, z którymi się rodzi.

A.T.: Pytanie na koniec: czy leżaczek niemowlęcy a właściwie to jego używanie zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia onanizmu dziecięcego?

A.S.: Pas na kroku, zarówno w leżaczkach jak i fotelikach może stymulować krocze. Dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym w centrum ciała mogą stosować onanizm jako formę poznania/czucia  własnego ciała, gdyż ich bazowe napięcie jest niewystarczające do kształtowania prawidłowego schematu ciała. Krótko mówiąc – dziecko spinając mięsnie miednicy może wreszcie poczuć ten obszar. Z tego samego powodu te same dzieci mogą mieć potrzebę gryzienia i ściskania przedmiotów, ludzi – dopiero wtedy czują mięśnie żuchwy, rąk.

AT: Bardzo dziękuję za  rozmowę.

Ten wpis jest źródłem wielu bardzo ważnych informacji jeśli chodzi o leżaczek niemowlęcy i temat jego używanie. Nigdzie indziej w sieci nie znajdziecie tak rzetelnej wypowiedzi w tym temacie. Dlatego mam do Was prośbę o kliknięcie „Lubię to” oraz udostępnienie TUTAJ. W ten sposób dotrze do jak największej ilości osób. 

Agnieszka Słoniowska oprócz terapii prowadzi również warsztaty dla rodziców (przyszłych rodziców) na temat pielęgnacji neurorozwojwej i masażu Shantala. Warto obserwować jej profil klik

zobaczcie tez wpis Leżaczek bujaczek

zapraszam też na wpis 10 ciekawostek o rozwoju dzieci o których nie przeczytasz w żadnym poradniku!

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Zabawa bez zabawek dla niemowląt

Jeszcze niedawno kiedy pisałam o zabawkach dla niemowląt, byłam dość mocno zaskoczona, że mój syn rzeczywiście się nimi bawi. Każdy przedmiot, który pokazywałam w poście zajmował go na kilka minut (co jest całkiem normalne w tym wieku i nie należy się spodziewać, że dziecko pół godziny będzie się bawić jedną grzechotką).

Wraz z  szybkim rozwojem motorycznym pojawiło się zainteresowanie przedmiotami codziennego użytku. Odkąd Julek się przemieszcza to eksploruje otoczenie z ogromną pasją. Wszystkie napotkane przedmioty bada organoleptycznie, ZAWSZE wkładając ów obiekt do jamy ustnej. To również jest normalne, w końcu w buzi jest dużo więcej receptorów niż na opuszkach palców i tak dzieci poznają faktury, smaki, a nawet temperaturę.

Musieliśmy usunąć wiele niebezpiecznych przedmiotów oraz zabezpieczyć mieszkanie przed ruchliwym niemowlakiem. Zabawki przestały go interesować, a na topie są przedmioty codziennego użytku. Nakrywka od garnka i drewniana łyżka zajmie go na wiele dłużej niż grzechotka. W związku z tym często buszuję po szufladach i szukam ciekawych i BEZPIECZNYCH dla niego rzeczy.

Często zbieram przedmioty i wkładam do koszyka. Tak łatwiej jest je przenosić i nawet wyjmować.

Bardzo fajnym pomysłem są koszyki sensoryczne dla dzieci.

Jak je zrobić? Właściwie nie potrzebujecie niczego specjalnego. Za koszyk może nawet służyć miska. Zbieracie przedmioty wg jakiejś cechy i wkładacie do koszyka i podajecie dziecku do zabawy. Chociaż podczas selekcji rzeczy zwracam uwagę na bezpieczeństwo to i tak mam zawsze dziecko na oku. Nie są to przedmioty z atestami itd. dlatego jestem wtedy blisko.

Propozycje koszyków sensorycznych:

  • ze względu na kolor przedmiotów: czerwone, czarno-białe, zielone itd.
  • ze względu na kształt przedmiotów: w kształcie koła, walca, prostokąta
  • ze względu na materiał z jakiego są zrobione: drewniane, metalowe, papierowe, tkaniny
  • ze względu na fakturę: szorstkie, gładkie
  • inne

Zasady prezentowania koszy sensorycznych:

  • najważniejszą zasadą jest bezpieczeństwo, przy wyborze przedmiotów sprawdźcie czy elementy są bezpieczne, ale i tak miejcie dziecko na oku. Nie dawajcie do koszyka rzeczy jadalnych.
  • częste wymienianie przedmiotów –  rzeczy dość szybko się nudzą, więc wymieniajcie je kiedy zajdzie potrzeba
  • coś co podobało się dziecku tydzień temu wcale nie musi podobać się dziś
  • jeżeli nie ma potrzeby to nie ingerujcie w zabawę, niech dziecko samo ogląda przedmioty, a mama niech napije się w tym czasie kawy (jest na to duża szansa, bo dzieci uwielbiają takie zabawy)
  • po skończonej zabawie mama sprząta rzeczy do koszyka i głęboko wierzy w to, że dziecko kiedyś też to zrobi;)

To tyle! Miłej zabawy i smacznej kawy:)

Koszyk drewniany: łyżki, łyżeczki, dziadek do orzechów, wyciskarka do cytrusów, 2 klocki Toms
Różne piłki
Kolor czerwony: klocki, muszelka Bilibo, skarpetka

Zawsze można też dziecko włożyć do ogromnego „kosza sensorycznego” 😉

Basen z kulkami MiniBe

A jeżeli macie w domu starszaka, którego też chcecie czymś fajnym zająć to polecam układanie patyczków.

Pomysł stąd. Szablon do wydruku Snowflake-Busy-Bag

Jeżeli szukacie podobnych zabaw dla starszaków to polecam moje wpisy: zabawki z recycylingu, 10 zabawek, które każdy ma w domu, zabawki z gospodarstwa domowego 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu na facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Jak wspomagać rozwój mowy?

  • LOGOPEDIA
  • 2  min. czytania
  •  komentarze [29]

Każdy z nas ma ogromny wpływ na to jak i kiedy będą mówiły nasze dzieci. Pewnie jesteście ciekawi jak w sposób naturalny stymulować rozwój mowy dziecka.

No więc jak wspomagać rozwój mowy?

  1. Karm piersią – podczas jedzenia mleka mamy dziecko naturalnie ćwiczy mięśnie aparatu artykulacyjnego.
  1. Rozszerzaj dietę metodą BLW- kiedy dziecko już samo siedzi jedząc stałe pokarmy również ćwiczy aparat mowy, a dodatkowo ćwiczy koordynację ręka-oko i prawidłowy chwyt.
  1. W miarę możliwości nie stosuj smoczków, butelek – a po pierwszych urodzinach pożegnajcie gumowego przyjaciela – pisałam o tym wpis: O złych smokach.
  1. Zamiast niekapków używaj Doidy cup w domu, a na spacerach bidonu ze słomką (zwróć uwagę żeby rurka była na środku warg i żeby maluch jej nie gryzł).
  1. Stosuj tzw. „kąpiel słowną”- „kąp” dziecko w słowach. Wykonując daną czynność opowiadaj dziecku o tym, co robisz np.: ” Założymy bluzkę. Tak, ta bluzka jest czerwona. Na tej bluzce jest pies. Pies robi hau. Najpierw włożymy lewą ręką, a później drugą” itd. Oczywiście, mówimy w taki sposób jak czujemy, nie sztucznie. Mówimy w miarę powoli, używamy naturalnej intonacji.
  1. Przy malutkim dziecku pochylaj się bardzo blisko – na wyciągnięcie jego rączek. Pozwalajmy badać swoją twarz. Nazywajmy części twarzy.
  1. Karmiąc butelką bierz dziecko na ręce i podczas karmienia również do niego mów .
  1. Staraj się aby otoczenie było ciekawe i stymulujące. Nie polecam leżaczków, pisałam o tym tu: Leżaczkowo .
  1. Od samego początku używajmy onomatopei czyli wyrażeń dźwiękonaśladowczych, to od tego niewinnego „miau” dzieci zaczynają mówić. Tak jak już kiedyś o tym pisałam, bardzo polecam książki wspierające rozwój mowy.

Jak jeszcze wspomagać rozwój mowy

  1. Mów do dziecka jak do dorosłego człowieka – nie spieszczajmy „ziałuś ciapećke Malcinku” .
  1. Powtórz po dziecku prawidłowo, ale nie wymagaj powtórzenia – „Mama, mam pępka” „Tak, masz pępek”.
  1. Podpieraj słowo gestem – również kiedy dziecko coś pokazuje nazywaj to.
  1. Motywuj do mówienia – nie przerywaj kiedy mówi.
  1. Czytaj dużo książek – najpierw dziecko posiądzie słownik bierny, a dopiero później czynny, czyli najpierw zacznie rozumieć dane słowo, a później zacznie je mówić
  1. Śpiewaj dziecku – nawet jeżeli nie masz głosu, ono i tak uważa, że robisz to lepiej niż Monika Brodka. Świetne są wierszyki i piosenki z pokazywaniem. Sporo ciekawych zabaw i piosenek możecie znaleźć tu

  1. Śpiewaj razem z dzieckiem – doskonałe na pierwsze piosenki są zabawy z Dudu i Bibi. Tam znajdziesz spersonalizowane piosenki wspierające rozwój dziecka
https://www.youtube.com/watch?v=oprOy88qNBk
  1. Dmuchajcie, chuchajcie i parskajcie – wygłupiajcie się przed lustrem.
  1. Stosuj pytania otwarte, czyli takie pytanie, na które nie da się odpowiedzieć  „tak” lub „nie” (nie dotyczy mam dwulatków;)
  1. Woź dziecko w wózku przodem do siebie i rozmawiajcie, śpiewajcie i opowiadajcie.
  1. Ćwiczcie dłonie – precyzyjne ruchy rąk, czyli mała motoryka ma ogromny wpływ na rozwój mowy. Pola ruchowe ręki oraz narządów artykulacyjnych znajdują się w sąsiadujących okolicach w korze mózgowej (A. Regner). /BLW!!!/
  1. Jeżeli Twoje dziecko jest dwujęzyczne zawsze mów do niego w swoim ojczystym języku, a tata w swoim.

Jeśli masz wątpliwości co do rozwoju mowy swojego dziecka zapisz się na konsultację do logopedy.

Jakiś czas po napisaniu tego wpisu zostałam autorką serii książek dla dzieci – są idealne jako pierwsze książki dla dzieci . Ich głównym zadaniem nie jest dostarczanie rozrywki – ale właśnie stymulacja najmłodszych do komunikacji z rodzicami. Dostępne tylko tu:

Żeby było obiektywnie, tu ich recencja od Aktywne Czytanie:

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Własnoręczny prezent na Dzień Babci i Dziadka

To już tradycja, że co roku robimy własnoręczne prezenty na Dzień Babci i Dziadka.

Dwa lata temu robiliśmy takie odciski wg wpisu Pomysły na prezent

A rok temu świece i kubki Prezent dla babci i dziadka

Z tego co widzę dziadkowie piją z kubków bardzo często i to był naprawdę świetny pomysł.

Co roku staram się wymyślać takie prezenty żeby to Lilka umiała je zrobić (z niewielką moją pomocą). Zawsze biorę pod uwagę jej zainteresowania i umiejętności. Wolę żeby rzecz, którą wykonuje była krzywa, ale zrobiona przez nią. Jak najmniej staram się ingerować w cały proces. W tym roku moje dziecko uwielbia różnego rodzaju wyklejanki, wycinanki, kolaże itd.

Postanowiłam, że zrobimy dziadkom zakładki do książek.

Wykorzystałam wszystko to co mieliśmy w domu, nawet nie musiałam nic kupować. Zdaję sobie sprawę, że półprodukty, które pokażę poniżej nie znajdują się w każdym domu. Ale wiele z nich można przecież zastąpić tym co akurat mamy w domu. Na nitkę można nawlec stare koraliki lub nawet drobny makaron i pomalować farbami.

Zakładka może być z kartonu z rysunkiem albo nawet można wszystkie rzeczy wkleić do… szerokiej przeźroczystej taśmy klejącej. Będzie taki sam efekt jak z laminarki. Można również powycinać literki z gazet i poprzyklejać.

O drewnianych koralikach pisałam we wpisie Niebanalne pomysły na prezent

Dzieci będą mogły stworzyć coś same i naprawdę będą z siebie dumne.

Nasza praca:

Wydrukowałam zdjęcia z naszego Instagramu

Wycięłam folię do laminarki. Lilka układała sama napisy „Babcia” i „Dziadek”

Do środka włożyła różne ozdoby: brokat, piórko, cekiny, śnieżynki. Kupuję te półprodukty tutaj Mają również sklep stacjonarny na Żelaznej. Często tam zaglądam z Lilką, bo ona uwielbia tworzyć różne rzeczy, a tam jest wszystko.

Kiedy kompozycja była już gotowa całość skleiłam laminarką. Ale tak jak pisałam wyżej można równie dobrze użyć szerokiej, przezroczystej taśmy klejącej – efekt będzie podobny.

Na koniec zrobiłam dziurkę i przyczepiłam na sznurku koraliki z napisami.

Gotowe:)

Myślę, że dziadkom spodoba się ten prezent. Wydrukuję jeszcze z Printoteki gotowe laurki z napisami i wszystko wyślemy razem.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Warszawa dzieciom – Klockownia

  • MIASTA
  • 5  min. czytania
  •  komentarze [10]

Jak wiecie nie przepadam za typowymi kuleczkami (Dlaczego) i przed takimi miejscami wzbraniam się maksymalnie. Jednak moja czytelniczka napisała do mnie meila o treści:

Hej Aniu, jestem stałą czytelniczką Twojego bloga i wielokrotnie korzystałam z polecanych przez Ciebie na jego łamach sposobów spędzania czasu z dzieckiem w Warszawie. Teraz sama chciałam Ci polecić miejsce, które odwiedziliśmy niedawno z naszym prawie 3 -letnim synkiem. To miejsce to Klockownia – sala zabaw z klockami (różne rodzaje i wielkości). Naprawdę świetnie się bawiliśmy, w załączeniu przesyłam kilka zdjęć 🙂 Jest tam też kącik dla mniejszych dzieci więc Julek też by pewnie miał się czym bawić. Co do ceny – to my akurat trafiliśmy na promocję i drugi rodzic wchodził bezpłatnie więc 2h zabawy kosztowały nas łącznie 35 zł. Dzieci do 9 miesiąca chyba wchodzą bezpłatnie. Może będziesz chciała odwiedzić 🙂

Postanowiłam dziś sprawdzić te świetne miejsce. Niedawno wróciliśmy i wciąż mówimy o Klockowni. Dlatego też dziś polecam tę niepozorną bawialnię.

Klockownia znajduje się na Bródnie, na ul. Rembielińskiej w malutkiej galerii handlowej. Świetnie, że jest parking podziemny – jest to duże ułatwienie szczególnie zimą.

Na 2 piętrze na dość dużym metrażu znajduje się Klockownia. Julek akurat zasnął, więc uznałam to za sprzyjający warunek. Powitała nas bardzo miła Pani animatorka i przedstawiła panujące zasady.

Dzieci bawią się w skarpetkach lub miękkich kapciach. Nie można wjeżdżać wózkami – nie ukrywam, że byłam lekko rozczarowana, ale później już zrozumiałam dlaczego. Podłoga jest wyłożona dywanem i mogłaby się zabrudzić. Jednak Pani z obsługi pozwoliła mi postawić wózek tak żebym widziała śpiącego w wózku Jula.

Za 2 h zabawy zapłaciłam 30 zł. Drugi rodzic również płaci ze wejście. Dostałam kluczyk do szafki i żółty zegarek, który mierzy czas i można nim płacić w kawiarni.

Sama Klockownia jest ABSOLUTNIE genialna. Lilka bawiła się znakomicie w różnych strefach, a kiedy obudził się Junior to również skorzystał z ogromnej powierzchni do eksplorowania. Dzieciom bardzo się podobało. Z Lilką musiałam negocjować wyjście, a to się rzadko zdarza, bo zazwyczaj po godzinie jest już znudzona.

Miałam oczywiście obawy, czy jest czysto itd. jednak miejsce jest bardzo zadbane i nie miałam żadnych wątpliwości. Julian raczkował i stawał przy większych konstrukcjach. Bez problemu ogarnęłam 2 dzieci, a nawet napiłam się kawy.

Sam pomysł jest naprawdę ciekawy. Duża sala podzielona jest na mniejsze strefy:

  • MAŁE PALUSZKI: dla mniejszych dzieci od 9m do 5 roku życia. Znajdziecie tam może 40 rodzajów klocków: drewniane, magnetyczne, silikonowe, materiałowe
  • NA CZTERY RĘCE: duże klocki – do przechodzenia, wspinania się
  • STREFA HOCKI KLOCKI – przy stołach różne klocki (Lego, mini wafle itd.)
  • kolejna STREFA MAJSTER W AKCJI – mnóstwo klocków w kształcie cegiełek
  • STREFA DEMOLKA– miękkie klocki do skakania i rozwalania

Od jakiego wieku jest Klockownia? Myślę, że raczkujące niemowlę będzie się tam już dobrze bawiło.

A jaka jest górna granica? To zależy od dziecka, ale myślę, że do 10 lat spokojnie.

Dodam, że starsze dzieci można tam zostawić i np. iść na zakupy spożywcze obok. Pierwszy raz mogłabym taką ewentualność rozważyć, bo miejsce jest naprawdę bezpieczne.

Na terenie Klockowni jest mała kawiarnia, gdzie można zamówić (dobrą) kawę  i ciastka.

STREFA MAŁE PALUSZKI

STREFA NA CZTERY RĘCE

STREFA HOCKI KLOCKI

STREFA MAJSTER W AKCJI

STREFA DEMOLKA

Podsumowując jest to naprawdę ciekawe miejsce na mapie Warszawy. Klockownia jest dobrą alternatywą dla placu zabaw- szczególnie w okresie zimowym.

Z pewnością tam wrócimy, a może nawet zorganizujemy tam Lilki urodziny (jest taka opcja).

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

10 zasad szczęśliwego rodzicielstwa

Koniec roku to dobry czas na podsumowania. Ja już nie robię postanowień noworocznych, bo prawie ZAWSZE ich nie spełniam. Jednak jest coś do czego dążę i dziś chciałabym się z Wami tym podzielić.

Moje postanowienie, które realizuję już od dawna to być szczęśliwym. Tak po prostu. Być szczęśliwą matką, żoną, kobietą i nic więcej.

10 zasad szczęśliwego rodzicielstwa

  1. Pierwsza najważniejsza zasada, którą stosuję już od dłuższego czasu i działa u mnie najlepiej. Bez niej całe moje macierzyństwo byłoby koszmarne i wciąż żyłabym z wyrzutami sumienia. Ta zmiana sprawiła, że jestem naprawdę szczęśliwa i cieszę się każdym dniem. Jesteście ciekawi co to za zasada? Jest bardzo skomplikowana, ale wdrożenie jej do życia rodzinnego odmieniło moje podejście. Tak, już jesteście gotowi? NAJWAŻNIEJSZA ZASADA MOJEGO MACIERZYŃSTWA:

ŻADNYCH ZASAD

Tak, dokładnie. Nie stosuję żadnych zasad. Wiecie dlaczego? Bo powodują odwrotny skutek niż był      zamierzony. A każda próba kończy się wyrzutami sumienia i poczuciem beznadziejności. Tak więc, wyzbyłam się wielu zasad, których trzymałam się kurczowo i jestem bardziej szczęśliwa.

2. ZŁA MATKA

Mówisz tak czasami na siebie? Ja tak. Szczególnie wtedy kiedy robię coś co sobie inaczej założyłam.          Jeżeli myślisz o sobie tak kilka razy dziennie, że jesteś złą matką to znaczy, że jesteś… BARDZO DOBRĄ MATKĄ. Prawdziwe „złe matki” nie zastanawiają się nad tym i nie mają autorefleksji.

Pamiętam jak kiedyś na grupie facebookowej przeczytałam post mamy dwójki dzieci, która zapytała co inne mamy robią z pracami swoich dzieci. Chodziło oczywiście o te na kartkach: rysunki, głowonogi, niedomknięte kołka, bohomazy i inne wytwory. Byłam tego ciekawa, bo sama wieszałam na ścianie je bardzo rzadko.

Ta mama napisała, że prawie wszystkie prace skanuje i wrzuca ja do specjalnego folderu na komputerze. Trzyma je na pamiątkę żeby dzieci mogły je sobie kiedyś obejrzeć.

A co robię ja?

Najczęściej wyrzucam jak Lilka nie widzi. Czasami zdarza się, że później ona tego szuka, więc jej mówię, że skoro obrazek nie został przypięty do lodówki lub taśmą do ściany to uznałam, że jest jej niepotrzebny i można go wyrzucić.

Ale poczułam zakłucie w serduszku mojego cudownego macierzyństwa. ZŁA MATKA ZE MNIE, że nie skanuje tych wszystkich wytworów.

A później sobie pomyślałam, że to bez sensu. Czy ja bym chciała teraz w życiu dorosłym oglądać swoje bohomazy? Nie! Nie ma sensu tak się kotwiczyć w przeszłości. Żyję tu i teraz.

3. WYLUZOWANIE

Tak, wiem czasami trudno wyluzować. Ale czasami jest to najlepsza metoda. Nie ma idealnych ludzi, każdy popełnia błędy i na nich się uczy. Milion razy dziennie zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze czy też nie. Teraz mam taką metodę, że w chwilach wątpliwości tłumaczę sobie, że widocznie to było wówczas najlepsze wyjście.

4. PORZĄDKI

Tak jak Wam już pisałam wieczorem ogarniam lekko ten rozgardziasz bajzel na kółkach tak żeby rano nie wstać w mieszkaniu, które wygląda jak po wybuchu granatu. Mój mąż wieczorem sprząta kuchnię, a ja resztę. Dziś np. odkurzałam z Julem w nosidle żeby mieć czas na pracę na drzemce.

5. GOTOWANIE

Taaaak, pewnie myślicie, że u nas codziennie jest pyszne pożywne śniadanko. Jak już jestem taka szczera, to piszę prawdę. W tygodniu śpię z Julem do około 8.30 i Daniel nasypuje Lilce płatki – dodaje mleko.

Posmaruje bułkę masłem lub naleje oliwy z oliwek na talerz. Ona o 8.30 ma dobre, ciepłe śniadanie w przedszkolu, więc tam ją lepiej karmią niż w domu. Czy mam z tego powodu wyrzuty. Kiedyś miałam, a teraz jestem wdzięczna.

BARDZO BYM CHCIAŁA robić owsianki, jaglanki itd. Ale odkąd jest Jul nie mam jak. Odpuściłam temat.

Bywa i tak (nawet 3 razy w tyg), że nie robię obiadu. To się już zmienia, bo Jul zaczyna jeść coraz więcej i zwyczajnie muszę. Najczęściej kupuję obiad w barze mlecznym przy Lilki przedszkolu lub wyjmuję z zamrażarki pierogi. Z tego powodu też ma wyrzuty sumienia. Ale zamierzam się poprawić!

p.s. Czasami jemy parówki i słodkie serki.

6. CZAS Z DZIEĆMI

Oj jakże ja bym chciała żeby to było DUŻO I BARDZO EFEKTYWNEGO czasu. Niestety biorę to co mam i się nad tym nie zastanawiam. Nie odpuszczam jedynie usypiania Lilki. Mogłabym włączyć jej kołysankę z DUBI, czy też projektor z muzyczką, ale nie chcę.

Chcę jak najdłużej móc ją usypiać. Może wydawać się Wam to dziwne, bo Lilka dałaby radę sama zasnąć. Ale to jest właśnie ten, mój czas 1:1 tylko z nią. Bardzo rzadko się zdarza, że usypiam dwójkę na raz. Staram się mieć właśnie ten czas dla niej i mam.

W tym roku chcę kilka razy wyjść z nią sama, tak jak było kiedyś.

7. RADY INNYCH

Słucham biernie, kiwam głową, robię po swojemu. Zasada, która uratowała moje macierzyństwo. To TY znasz najlepiej swoje dziecko, nie jakaś Anka z bloga nebule. Zajęło mi to trochę czasu, jednak wiem, że „złote rady” nie działają.

8. SŁUCHAJ SWOJEGO DZIECKA I PODĄŻAJ ZA NIM

Tak rzadko słuchamy swoich dzieci, szczególnie tych mniejszych. Naprawdę wiele razy to one pokazują nam najwłaściwsze rozwiązanie, a my szukamy, myślimy, zastanawiamy się. Robienie rzeczy na siłę NIE DZIAŁA. Uwierzcie mi!

9. BĄDŹ DOBRA DLA SIEBIE

Myśl czasami o sobie i swoich potrzebach. Kiedy jestem zła, chodzę i podnoszę głos – wiem, że to moja wina. Dlaczego moja? Bo gdzieś wyczerpałam swoją energię i jej nie odbudowałam. Najczęstszym winowajcą u mnie jest praca (za dużo siedzę na telefonie).

Matkom tak często brakuje takiego poczucia, że są wystarczająco dobre. Ja też na wielu polach mocno odpuszczam, ale wiem, że tego właśnie mi trzeba. Bez przesady z tym krytycyzmem.

10. NIE PLANUJĘ

Nie planuję, nie zapisuję swoich planów, nie myślę o tym co będzie za pół roku. Nie mam żadnego planu dnia, idę na żywioł. Wiele razy sobie coś zaplanowałam i to nie wyszło, byłam zła na siebie i zwalałam winę na siebie. Tymczasem to nie tylko moje przewinienia.

Przy drugim dziecku bardzo rzadko spoglądam na zegarek, nie wiem ile czasu spało, o której poszło spać lub ile razy się obudziło. Dzięki temu jestem szczęśliwa, bo skupiam się na rzeczach ważniejszych.

Teraz po dwóch tygodniach chorowania cieszy mnie wszystko. Bardzo spokorniałam i niewiele mi trzeba do szczęścia. Ten cały antyporadnik jest właśnie po to, żebyś inaczej spojrzała na siebie, na swoją rodzinę i się zastanowiła co jest naprawdę ważne.

Zdjęcie tytułowe Fabryka przygody

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu na FB: https://www.facebook.com/nebuleblog/

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Test Nifty – czy warto go zrobić?

  • ZDROWIE
  • 3  min. czytania
  •  komentarze [42]

Test Nifty jest jednym z badań prenatalnych, które można wykonać będąc w ciąży. W dzisiejszym wpisie napiszę Wam moją opinię oraz wnioski, czy warto zrobić ten test.

Jak wiecie moja droga do macierzyństwa po raz drugi nie była usłana różami (Przerwane oczekiwanie). Kiedy w końcu dotarłam do 13 tygodnia wierzyłam, że się uda. Skoro jestem już tak daleko to znaczy, że teraz będzie inaczej i donoszę tę ciążę. Jednak życie znów dało nam prztyczka w nos i sprowadziło na ziemię.

Dodam, że ciąża po stratach jest inna – okropna.

Boisz się cieszyć. Nie ma minuty żebyś o tym nie myślała. Raz masz w głowie szczęśliwe zakończenie, a za chwilę lecisz do łazienki, bo poczułaś malutki skurcz w podbrzuszu. Każde badanie USG to koszmar. Czekasz tylko żeby usłyszeć tętniące serce.

Teraz już prawie tego nie pamiętam. Ale kiedy zaczynam drążyć to przypominam sobie masę niepewności, strachu, łez i… nadziei. Nadzieja podobno umiera ostatnia. Tak też było u nas.

Drugą ciążę straciłam dzień przed USG prenatalnym w 12 tygodniu. Do tego czasu w ciąży z Julkiem byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Żyłam z dnia na dzień. Wiedziałam dokładnie, który to tydzień ciąży, a nawet który dzień. Dzień przed tym USG nie mogłam nic nawet jeść. W drodze na badanie kręciło mi się w głowie, a przed gabinetem myślałam, że zemdleję.

Kiedy w końcu lekarka przyłożyła głowicę USG do mojego brzucha i usłyszałam bijące serce – odetchnęłam z ulgą. „Teraz już będzie dobrze”- pomyślałam. Spojrzałam ze łzami w oczach na mojego męża i ścisnęliśmy sobie dłonie.

Jak wiecie w trakcie tego USG sprawdzane są najważniejsze parametry, które mogą być diagnostyczne przy wykrywaniu wad u płodu.

Lekarka przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Najpierw myślałam, że tak bardzo przykłada się do swojej pracy i milczy. Widziałam też, że kilkanaście razy wykonuje różne pomiary. W końcu się odezwała, a mi zrobiło się słabo…

„Niestety przezierność karkowa jest w samej górnej granicy normy. To wciąż norma, ale z jakiegoś powodu jest podwyższona. Reszta parametrów ok”

Nie musiała mi tłumaczyć co to znaczy, bo ja to wiem. Podwyższone NT może świadczyć o wadach genetycznych u płodu.

Dała nam trzy opcje: nie robienie niczego, zalecenie testu Pappa, test NIFTY. Pozwoliła się zastanowić i podała nr tel. do siebie.

Wyszliśmy stamtąd i byliśmy mocno skołowani. Co robić? Jakie wyjście będzie dla nas najbardziej korzystne?

W domu przemyśleliśmy na szybko, że test Pappa nie jest dobrym wyjściem, bo jednak bazuje na statystyce. Może nas zmylić, a na amniopunkcję po złym wyniku testu bym i tak się nie zdecydowała.

Najpierw uznaliśmy, że nie zrobimy nic. Dziecko na pewno jest zdrowe i wszystko będzie dobrze. Jednak, jak to ja, zaczęłam czytać historie w sieci. Przeczytałam również, że u kobiet z mutacją MTHFR jest zwiększone ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną.

Nie mogłam spać, bo tylko się zastanawiałam czy dobrze robimy. W końcu pomyśleliśmy, że może warto zrobić test Nifty. Jedyne co nas powstrzymywało to cena (2300 zł). Jednak mój mąż widział w jakim jestem stanie i wiedział, że jeżeli ten test może rozwiać wszelkie (99,5 %) wątpliwości to warto zapłacić tyle pieniędzy.

Kilka słów o teście Nifty:

  • jest to test nieinwazyjny i nie zwiększa ryzyka poronienia
  • polega na pobraniu krwi matki między 10, a 24 tc.
  • test Nifty określa ryzyko chromosomów 21, 18 i 13 płodu (zespół Downa, Edwardsa i Patau), aneuploidii chromosomów płci oraz kilkunastu zespołów wad wrodzonych, spowodowanych innymi nieprawidłowościami chromosomowymi
  • z próbki krwi matki jest izolowane DNA dziecka
  •  wykrywalność w/w wad wynosi 99,5 %, czyli jest to bardzo czuły test
  • po badaniu poznacie również płeć dziecka
  •  test Nifty można można wykonać w wielu przychodniach w Polsce
  • próbka jest badana na terenie Polski
  • czas oczekiwania na wynik to ok 9 dni roboczych

Kiedy zdecydowaliśmy się zrobić ten test zaczęłam szukać miejsc gdzie można go zrobić.

Okazało się, że w wielu warszawskich przychodniach wykonują go od ręki. Przeczytałam, że wystarczy być na czczo i udać się do wybranego miejsca. Nie zalecano picia dużej ilości wody przed pobraniem próbki (krew wtedy jest bardziej gęsta).

W rejestracji powiedziałam, że chcę wykonać ten test, zapłaciłam i czekałam na swoją kolej do gabinetu pielęgniarki. Przed badaniem przeprowadziła ze mną krótką ankietę. Jest kilka przeciwwskazań do wykonania testu. Pielęgniarka pobrała próbkę krwi i poinformowała mnie, że na wynik czeka się ok 9 dni roboczych.

Dni na szczęście płynęły szybko i kiedy dostałam SMS (po 5 dniach roboczych), że wynik jest do odbioru pędziłam z Lilką pod pachą do przychodni. Kiedy otworzyłam kopertę i zobaczyłam słowa:

„Nie stwierdzono podwyższonego ryzyka trisomii chromosomów 21, 18 lub 13 pary ani nieprawidłowości w zakresie liczby chromosomów płci. Zespołów delecyjnych nie stwierdzono. Badany płód jest płci męskiej.”

Prawie popłakałam się ze szczęścia.  Powiedziałam wtedy Lilce: „Będziesz miała braciszka”.

Z perspektywy czasu myślę, że to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć. Z racji tego, że wcześniejsze wydarzenia mocno nas doświadczyły to wynik testu Nifty naprawdę nas uspokoił. Od momentu kiedy go  odebrałam moja ciąża przebiegała o wiele spokojniej. Wiedziałam, że syn jest zdrowy i tego się trzymałam. 

Jedynym minusem testu Nifty jest cena. Jednak z perspektywy czasu wiem, że spokój w ciąży jest bezcenny i zrobiłabym go ponownie.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]

Gdzie trzymać książki dla dzieci?

W dzisiejszym wpisie pokażę Wam moje  sprawdzone pomysły na przechowywanie książek dla dzieci. Książek w naszym mieszkaniu wciąż przybywa. Co prawda jest spora rotacja, bo mam genialną bibliotekę koło domu. Staram się również oddawać niektóre pozycje (koleżankom z młodszymi dziećmi lub do biblioteki), ale wciąż mamy ich sporo.


Z książkami dla dorosłych nie ma takiego problemu, bo wystarczy, że przeczytaną książkę odstawię na regał. Nie zaglądam do niej 20 razy dziennie (jak się czasami zdarza dzieciom). Jak w takim razie przechowywać książki aby:

  • dzieci miały do nich SWOBODNY dostęp
  • były wciąż pod ręką
  • dzieci mogły ćwiczyć odkładanie rzeczy na miejsce
  • zachęcać do czytania
  • nie zagracać pokoju
  • stanowić dekorację

Pokażę Wam dziś moje sprawdzone sposoby na przechowywanie książek dla dzieci.

Dodam jeszcze, że wyjęte mam tylko książki, które są dla tego wieku, w którym są obecnie dzieci. Inne mam schowane w szafie i wymieniam. Naprawdę sprawdza się reguła, że IM MNIEJ TYM LEPIEJ.

KOSZYKI

Na pierwszym etapie czyli niemowlęcym warto trzymać książki w koszyku. Najlepszy będzie taki, który będzie miał twarde ścianki. Mój jest akurat ze sklepu Tiger i kosztował 10 zł. Stoi na piankowej macie i zaprasza do sięgnięcia po książkę.

Zwróćcie uwagę żeby nie miał zwężenia ku dołowi ani rączki, która utrudnia wyjęcie książki z koszyka. Myślę, że równie dobrze sprawdziłoby się pudełko po butach (ale nie testowałam). To drewniane pudełko by się sprawdziło.

SKRZYNKI

Kiedy książek przybywa i nie mieścimy się w koszyku można je przełożyć do drewnianej skrzynki. To moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu, że deski na dole są poziome to utrzymują książki przed zjeżdżaniem. Naprawdę sprawdza się to znakomicie.

Takie rozwiązania świetnie sprawdzają się do roku kiedy dzieci najczęściej siadają i „czytają”.

PÓŁKI

Półki z książkami dla dzieci to bardzo dobry pomysł na ich przechowywanie. Kiedy Lilka miała około roku zaadaptowałam taką łazienkową półeczkę z Ikei. O ile ustawienie pionowe książek sprawdza się dobrze, to układanie książek jedna na drugiej niestety już nie. Tak małe dziecko nie jest w stanie podnieść tej książki, która leży na dole i drugą ręką ją wyciągnąć.

PÓŁKI NA ŚCIANIE

Kiedy Lilka już dostała swój Pokój przedszkolaka to i miejsca zrobiło się więcej. Zdecydowałam się na ustawienie książek okładką do przodu. Jest to bardzo dobry pomysł z tego względu, że dziecku jest łatwo wziąć i odstawić książkę na miejsce.

Piękne okładki zachęcają wręcz do sięgnięcia po ulubioną książkę. Takie półki z książkami są też ciekawą dekoracją ściany.

REGAŁ

Ostatnio dokupiłam też mały regalik i w sumie z niego jestem zadowolona najbardziej. Kwadratowa wnęka (mniejsza) bardzo dobrze trzyma książki. Nie rozjeżdżają się i równo stoją. Nie bardzo jednak widać okładki dlatego Lilka sięga po nie dość rzadko. To ja raczej zmieniam książki z półki nad łóżkiem.

Drewniana skrzynka na kółkach na klocki to NOBOBOBO

A Julkowi zamierzam kupić tę półkę. Wydaje się być idealna dla takich maluchów.

Jak ktoś ma dużo miejsca to ta półka jest również godna uwagi: tutaj

Albo polskie Bambooko 

Jeżeli spodobał Ci się ten post kliknij „Lubię to” na profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

[instagram-feed num=4 cols=4 showheader=false showfollow=false showbutton=false]