kontakt i współpraca
A wszystkim czytelnikom bloga Lili i ja życzymy:
Kiedy na padół ziemski zstępuje noc, a gwiazdy błyszczą na granacie nieba ujawniam swoje nowe oblicze. Przywdziewam strój sceniczny i zaczynam koncert. Ryczę różne pieśni, ale zazwyczaj o podobnej linii melodycznej. Tekst bardzo długo pozostaje w pamięci. A-a-a-a-a. Aaaa-aaaa-aaaa. Aaaaa-uuuu-aaaa-uuuu.
Nie wiem czemu moi słuchacze ciągle próbują mnie uciszać. Tylko ciiii i ciiii. Niedługo ruszam w trasę koncertową. Występy są przewidziane na Podkarpaciu i Podlasiu. Pani Grażynka z 8 piętra też będzie mogła posłuchać mojego śpiewu.
Sobota, niby imieniny kota. A my byliśmy na śledziu, śledziku, śledziuniu. Ale nie takim białostockim, a towarzyskim. Nowa, świecka tradycja wdziera się na salony.
Przygotowania trwały od rana. D. z Liluchną poszli na zakupy, a Mama robiła muffiny dyniowe. W książce kucharskiej wyglądały inaczej. Muszę zmienić albo przepis albo kucharza. Albo fotograf kulinarny coś zakrzywił czasoprzestrzeń.
Mama mnie wystroiła w najlepszą kiecę, która za chwilę miała mokre rękawy, bo ostatnio moim ulubionym zajęciem jest zjadanie łapki. A dokładniej zajadanie łapki do łokcia.
A później chciała mnie zmęczyć…
Ale się nie dałam- pół minuty w pozycji na małysza jest wystarczające
Na miejscu, czyli Śledziu chciano mnie uśpić…
Kto by spał jak jest tyle interesujących rzeczy do obejrzenia. Oczywiście w wertykalnej pozycji…
Pokaże gościom język, ciekawe co zrobią…
O, nawet ciekawie rzeczą..
Święty Mikołaj nie istnieje??? No, nie gadajcie!
A gdzie się podział tytułowy śledź??? O jest, ukrył się pod czekoladą!
Jakbym całą imprezę przeleżała w wózku to nawet nie zobaczyłabym tych dekoracji świątecznych.
Za rok będę je chciała dmuchać, a Mama będzie zapalać, a ja będę dmuchać, a Mama zapalać…
Jeszcze jedna słit focia z Mamą i wystarczy tych atrakcji!
Kolejny tydzień minął niepostrzeżenie… W uszach grała Lana Del Rey lub Radiowy Teatr Sensacji.
Jakiś czas temu przyszedł do nas rampers z wlkp upolowany przez Olgę. Tam chyba panuje moda w stylu flower power, bo u nas nie ma takich!
Piękny jest ten rampers, ma nawet szerszą nogawkę (prawie jak dzwony:D). No koniec sobie przypomniałam, że mam idealnie pasujące butki z frędzlami, co by dopełnić stylóweczkę:)
Miłego dzionka,A&L
CUBA
Końca świata o 12.12 nie było i jest wynik konkursu! Puszka pysznej, aromatycznej Inki wędruje do Millowego Wzgórza:)
Gratulacje!
W te kropki można wstawić dowolne słowo :D. Te niecenzuralne też! Dziś spoglądając przez okno przeżyłam małe załamanie nerwowe. Jak ja nienawidzę zimy! Nie przemawiają do mnie nawet białe święta. Taka aura za oknem, że tylko w domu siedzieć w ciepłych kapciach i kubkiem herbaty/inki* (niepotrzebne skreślić).
Przypomniały mi się nasze ostatnie wakacje w 2011r. W 2012 r. Lilka już rosła w brzuchu, więc wakacje spędziliśmy nad polskim morzem. Byliśmy w sumie tydzień. Słońce świeciło przez jeden dzień. Resztę dni lało i było 13 stopni…Lubię wracać do naszych wakacji… Kilka fot dla ocieplenia:) No i konkurs! Kto pierwszy zgadnie w jakim kraju się wylegiwaliśmy dostanie Inkę korzenną (ufundowaną przeze mnie), a co! Szymek rules nie bierze udziału, bo ona wie:P
Wyniki jutro o 22.OO:)
Ciepłego wieczoru:)
An.
Śnieg zasypał matce zwoje mózgowe i zwoje kabli od komputera i posta nie będzie. Chyba, że wieczorem Liluchna raczy usnąć to może się uda. Może nawet jakaś nagroda się znajdzie dla czytelników. A tymczasem piję pyszną, nową herbatkę z vitaxu. Hehe, to nie jest wpis sponsorowany! Po prostu dzielę się z Wami moim nowym zakupem). Do usłyszenia (może wieczorem)
P.s. Pudełko od morelowej rozerwałam, bo tak szybko chciałam ją zaparzyć. Eh, ja pazerna choleryczka:)
Kolejny zrzut ląduje… Ależ te tygodnie lecą…
Mama z Lilą były bardzo grzeczne i dostały super prezencior-mufkę do naszej fury. Pierwsze testy już za nami. Dziś pierwszy raz jest temperatura na minusie, a w łapy cieplucho. Nie muszę też za każdym razem ściągać rękawiczek żeby dotknąć Lilkowego policzka lub cyknąć fotkę do instagramowej niedzieli. No boska jest! Aż chce się łapki tam wsunąć, prawda?
P.s. Jakby kto pytał, to mufka teutonia
Dziś rano ktoś zapukał do naszych drzwi… Miś Martin z Teddykompaniet wygrany w konkursie u Olgi i Brunia. Ma mięciutkie futerko i przemiły pyszczek. Ubrany jest stosownie do panujących temperatur:) Lila ma teraz fazę na kolor czerwony, więc nie mogła od niego oderwać oczu. Zakochałyśmy się w nim od pierwszego wejrzenia… A zresztą zobaczcie sami:
DZIĘ-KU-JE-MY:)
No i dziś też mam wielki zrzut fot. Jak zwykle dużo się działo. Posta pisze z auta. Wracamy z naszej pierwszej podróży. Kraków nic się nie zmienił od maja. Nadal życie tam wolniej płynie, a ludzie jakby mniej się spieszą.
Miałam nazwać post DIY – z ang. du it jorself.
Hehe, w końcu znalazłam chwilkę żeby coś podziałać.Bransoletka ze skórzanych rzemieni z zapięciem magnetycznym.Czas wykonania: 5 min
Miłego dnia!
No i stało się! Nasza córa wkracza dziś żwawym krokiem w 3 miesiąc swego życia. A co się u nas działo? Oj dużo, dużo:
A matka niewątpliwie zamieniła role społeczne, bo ciągle na coś poluje. W kulturze zbieracko-łowieckiej to przecież ojciec powinien na polowania chodzić. W tamtym tygodniu upolowała na alledrogo karuzelę Muzpony za połowę ceny rynkowej. Przyszła dziś! Akurat w moje urodzinki! Cudowna jest! Miękkie materiały, nie lakierowane drewno, jak nówka! Gra i się kręcą misiole! Bardzo mi się podoba! I prezentuję się o tako (jak to mawiają na podlasju):
A tu Towarzysz Zajczyk – śpi kiedy ja śpię, a kiedy wstaję on się bawi ze mną. O, a tu mu się coś pomyliło…
To będzie cykl (a przynamniej zrobię wszystko, co w mojej matczynej mocy). W niedzielne wieczorki po dobranocce wielki zrzut fot z całego tygodnia. Foty wątpliwej jakości – taki ich urok:)
A na koniec z „normalnego” aparatu z dzsiejszego spaceru. Zdziwione drzewo aka zając i reszta:) Zdjęcie tyłem, bo nie wychodzi mi jeszcze poza na „szafiarkę”:)
Zainspirowana Matrioszką i Szymek rules wrzucam szybkiego posta, co się znajduje w mojej torbie. Obecnie używam tylko wózkowej. Jak gdzieś wychodzę sama wrzucam do małej torebeczki portfel i telefon.
Rzeczy podzieliłam na moje i Lilkowe:)
-ciuchy na zmiane
I inne rzeczy:
Przewijak /był dołączony do torby/
Bidon na wodę Aladdin
Ipod nano z paskiem jak do zegarka (obecnie „czytam” Gringo -Cejrowskiego) i telefon – nienawidzę pisać smsów na dotykowych telefonach… Ten model jest spoko, bo ma dotykowy ekran i klawiaturę qwerty.
Torba to:
Skip Hop Duo Deluxe kolor charcoal – Bardzo jestem z niej zadowolona, ale o tym to już pisałam:)
W sobotę odbyły się Lilki chrzciny. Wszystko przebiegło tak jak sobie zaplanowaliśmy. Lilka całą ceremonię przespała. Tak wyglądała (oczywiście fotki są zrobione dziś, bo w ferworze przygotowań nie było czasu żeby zrobić małą sesję zdjęciową)
A tu na obiedzie po chrzcie:
Razem z Olgą trzymamy dietę matek karmiących, bo nasze Maluchy lubią mieć spokojne życie:) a mamy mogą spać spokojnie w nocy. Oto co wczoraj wylądowało na stole:
KULKI Z PIERSI Z KURCZAKA Z KASZĄ JĘCZMIENNĄ I SAŁATĄ
Jedną dużą pierś z kurczaka ciacham blenderem na gładką masę. Do masy dodaję:
Masę mieszam łyżką. W międzyczasie wlewam do dwóch garnków wodę. W jednym ugotowałam kaszę jęczmienną, a w drugim w małej ilości wody z dodatkiem bulionu wegetariańskiego Drobdar, suszonej marchewki i pietruszki. Z mięsnej masy formuję nieduże kulki. Jak bulion się zagotuję wkładam kulki i gotuję ok 12 min. Do mixu sałat (tu hiszpańskie z Piotra i Pawła) dodałam sól, prażone pestki dyni i olej rzepakowy. Porcja jest spora, więc dziś na obiad znowu kulki:)
Gotowe!
Do picia sok z winogron. Skład: woda, sok z winogron 60%.
Pozdrowienia, An.
Lilcia dzis pobiła osobisty rekord! Spała ciurkiem 7 godzin (od 12 do 7)!!! Kochane maleństwo! Wczoraj mieliśmy przygody z brzuszkiem. W pt. położna nakrzyczała na mnie, ze tak ograniczam się z jedzeniem.
Kazała powoli wprowadzać nabiał. No i wczoraj dodałam mleczka do mojej ukochanej Inki korzennej. Efekt tego był taki, ze od 22 do 24 Lilka się maksymalnie męczyła. W końcu zrobiła „download” hehe.
Później zjadła i zasnęła do 7. Nie mogę w to uwierzyć.Fotki z wczorajszego spaceru.
Miłego dzionka! Mój na bank będzie miły, bo wyspałam się jak nigdy.
W końcu po 6 tygodniach i 3 dniach odpadł Lilce pępek. Jest już prawie dorosła:). W szpitalu zalecali pielęgnację octeniseptem i jałowymi gazikami. Niestety takie zabiegi nie pomagały.
Pediatra nam poleciła jednak „starą szkołę” czyli spirytus 70% i patyczki do uszu z ogranicznikiem. Powiedziała też , że nie ma co się z nim cackać, tylko porządnie odginać na boki i czyścić wszystkie zakamarki. Dopiero te zalecenia nam pomogły. Już myślałam że bez ingerencji chirurgicznej się nie obejdzie, ale przeczytałam gdzieś, że pępek może się trzymać nawet 3 miesiące. Na zdjęciu już dorosła Lilka:)