kontakt i współpraca
Czyli to co słyszę prawie za każdym razem jak ktoś widzi L. podczas rysowania, jedzenia a nawet dłubania w nosie i patrzy na mnie z politowaniem.
Jak rozwija się lateralizacja?
Praworęczność jest już ustalona około 2 – 3 r. ż, a leworęczność ok 3 – 4 r. ż. J. Bauer twierdzi nawet, że najpóźniej w 13 miesiącu życia dzieci praworęczne dokonują wyboru ręki przez gest wskazania palcem.
Jak widzicie jest to proces bardzo złożony. Rozwój lateralizacji przebiega wielostopniowo. Dlatego wciąż nie rozumiem osób, które wyjmują dzieciom kredki lub łyżki z lewej ręki. Dominującej prawej półkuli u osób leworęcznych nie da się oszukać. Jeżeli kiedykolwiek ktoś wróci uwagę Waszemu dziecku to powiedzcie jej, żeby sam wziął widelec do niedominującej ręki i zaczął jeść. Tak naprawdę jedynym ruchem wymaganym społecznie od osób leworęcznych jest podanie na „dzień dobry” ręki prawej.
Leworęczność nie jest czymś co utrudnia życia. W dzisiejszych czasach są nawet nożyczki, myszki, a nawet gitary dla leworęcznych osób. Odkryłam również sklep z gadżetami dla leworęczych (nie lubię słowa „mańkut”) tu.
OKO
UCHO
NOGA
Najlepiej żeby lateralizacja była jednorodna, czyli np. lewostronna lub prawostronna. Problemy zaczynają się wtedy gdy mamy np. dominujące lewe oko, prawą rękę, lewe ucho i prawą nogę (jak mój mąż np.). Utrudnia mu to wiele codziennych czynności.
Sami możecie wykonać sobie orientacyjne badanie lateralizacji
Co ciekawe jeżeli masz wadę wzroku lub słuchu, to i tak dominacja się utrzymuje.
p.s. Są te badania jedynie orientacyjne. Jeżeli macie wątpliwości co do lateralizacji Waszych dzieci od lat 6, warto skonsultować się ze specjalistą.
Zęby. Mogłoby się wydawać, że wiemy o nich wszystko, a jednocześnie to samo wszystko wydaje się czarną magią. Dziś opowie Wam o nich i ich pielęgnacji lek.dent. Karolina Jaroch
Zawiązki zębów powstają już w życiu płodowym, pod koniec drugiego miesiąca zaczynając od mleczaków. Proces niezwykle długotrwały, bo ostatnie zawiązki – zębów mądrości -kształtują się w piątym roku życia.
Fakt niezwykle ważny, biorąc pod uwagę, że przez ten cały czas, wiele czynników ma wpływ na to, czy ząb powstanie, jakie będą jego właściwości, a przede wszystkim – czy będzie na tyle „mocny” by nie poddać się działaniu kwasów bakteryjnych, a tym samym – próchnicy.
Żeby zrozumieć celowość swojego postępowania trzeba zrozumieć istotę próchnicy. Dlaczego tak jest, że próchnica czasem powstaje, a czasem nie? Wpływają na to cztery czynniki: podatność tkanek zęba, płytka nazębna zawierająca bakterie próchnicotwórcze, substraty dla produkcji kwasów, czyli najczęściej cukier oraz czas przez jaki ten cukier będzie znajdował się w jamie ustnej.
Niezmiernie ważną rolę w kształtowaniu tkanek zęba ma żywienie. Nie jest to żadna nowość. Natomiast nie każdy zdaje sobie sprawę z tego jak wiele składników żywienia ma wpływ na ten proces. Nie będę zagłębiać się w to, jakie skutki wywołują braki poszczególnych substancji, gdyż artykuł nie miałby końca, nie mniej spróbuje nakreślić ogólny zarys całej sytuacji 😉
Na początek weźmy pod lupę okres płodowy. Już matka ma wpływ na to jakiej jakości będą tkanki zęba. Oczywisty jest wpływ witamin, z resztą nie tylko na zęby. W przypadku zębów najistotniejszą rolę grają witaminy: A, C oraz D. Odpowiadają za tworzenie mikrostruktury szkliwa, zębiny, miazgi – czyli tego, z czego składa się ząb oraz za jakość kości, w której zęby tkwią. Niezwykle ważny jest także odpowiedni stosunek węglowodanów, białek oraz tłuszczy.
Badania wykazały, że kobiety, które w ciąży spożywały duże ilości węglowodanów prostych, a zatem słodyczy rodziły dzieci o znacznie bardziej podatnych na próchnicę zębach. Jeśli chodzi o mikroelementy, ważne są tu: żelazo, miedź, cynk, mangan, magnez i oczywiście: wapń i fosfor. Jednym słowem, aby nasze dziecko miało zdrowe zęby obowiązuje racjonalna, pełnowartościowa dieta. Zasady te tak samo obowiązują w komponowaniu diety już narodzonego dziecka. Mleko matki bądź też mleko modyfikowane dostarcza tych substancji w okresie noworodkowym i niemowlęcym, natomiast rozszerzając dietę dziecka o zapotrzebowanie na to substancje muszą zadbać rodzice.
Jeszcze kilkanaście lat wstecz stosowano endogenną (doustną) profilaktykę związkami fluoru, podając dzieciom krople czy też tabletki fluorkowe, fluorkując wodę, sól kuchenną, a nawet mąkę. Obecnie nie ma to medycznego uzasadnienia, ponieważ sumaryczna ilość fluoru, jaką obecnie przyjmują dzieci, którą źródłem jest m.in. woda czy ryby morskie, a także ilość fluoru dostarczana w pastach do zębów jest dostateczna, do prawidłowego rozwoju zębów.
Fluor jest niezbędny, aby tkanki zęba były bardziej odporne na próchnicę, wynika to z tego, iż związki chemiczne tworzące szkliwo są mniej rozpuszczalne w kwasach, niż te, które w swojej strukturze fluoru nie zawierają. Jednak jak ze wszystkim – nadmiar szkodzi. Objawia się to tzw. fluorozą, która jest efektem przewlekłego zatrudnia fluorem. Obraz zęba dotknięty fluorozą może być różny – począwszy od białych, matowych plam, linii, cętek przez żółtawo-brązowe przebarwienia szkliwa, aż po całkowity jego brak.
Fluorotyczne plamy cechują się mniejszą podatnością na próchnicę, niż pozostałe szkliwo, stanowią jednak problem estetyczny. Natomiast pozostałe zmiany są wynikiem niedostatecznej mineralizacji (szkliwo jest „słabsze”) bądź jego zmniejszenia jego ilości i tu problem staje się poważniejszy. Należy pamiętać, że fluoroza dotyka jednak znacznie częściej zęby stałe, niż mleczne. Wynika to między innymi z tego, iż stężenie fluoru we krwi ciężarnej, gdy trwa mineralizacja zębów mlecznych jest zbyt małe by fluor przeniknął przez łożysko, ponadto okres mineralizacji mleczaków jest krótszy niż zębów stałych.
Należy używać odpowiedniego stężenia oraz odpowiednich past do zębów. Jednak nie chodzi tutaj o te zęby, które już się wyrznęły, ale o te, które jeszcze znajdują się w kości, ponieważ jak nie jedna mama się już na pewno przekonała – większość pasty nie jest wypluwana, a zjadana.
Przejdźmy teraz do posterytuptywnego wpływu żywienia, czyli co należy jeść, aby zęby były zdrowe już po ich wyrznięciu. Zacznijmy od tego, iż fakt, że ząb pojawił się w jamie ustnej nie oznacza, że jest to ząb całkowicie ukształtowany. Wyrzynając się ząb posiada ok. ½ostatatecznej długości korzenia, więc wciąż obowiązują zasady wspomagania tworzenia zdrowych tkanek zęba „od wewnątrz”, natomiast od tego momentu koniecznym jest też zadbanie o niego od strony jamy ustnej.
Po wyrznięciu mamy do czynienia z tzw. „posteruptywnym dojrzewaniem szkliwa”. Polega to na tym, iż dochodzi do zamiany różnych jonów w strukturze szkliwa oraz jego przebudowy, w którym biorą udział zarówno związki zawarte w pożywieniu, jak i te, które bezpośrednio będą kontaktować się z zębami.
Natomiast nie chodzi o byle jaki cukier, a o sacharozę, czyli nasz kuchenny kryształ. Następna w kolejce jest glukoza. Myślę, że każdy wie jak to działa. Bakterie przetwarzają cukier na kwasy, kwasy rozpuszczają tkanki zęba. Jednak ważny jest nie tylko rodzaj cukru, ale także jego forma. Na przykład – nieoczyszczone ziarna zbóż czy jedzenie kawałków jabłka powodują, że w wyniku żucia dochodzi do mechanicznego oczyszczania powierzchni zęba z tzw. płytki nazębnej, co jest zjawiskiem pozytywnym.
Rozpatrując możliwości oczyszczania powierzchni zęba najbardziej negatywny wpływ będą miały produkty pokroju ciastek. Dlaczego? Ponieważ zawierają sacharozę, a w połączeniu z lepką strukturą przetworzonej skrobi przyklejają się do zębów dając bakteriom pole do popisu. Nie mniej zaskakującym faktem jest to, iż karmel został uznany za zdrowszy od wyżej wymienionych ciastek 😉 W badaniach nie okazał się tak próchnicotwórczy jak się spodziewano.
Nie polecam chemicznie syntetyzowanych słodzików typu aspartam, ponieważ do dziś nauka nie może zając jednoznacznego stanowiska co do ich szkodliwości, natomiast polecałabym sorbitol, a przede wszystkim ksylitol. Są słodkie, a bakterie nie są w stanie lub tylko w niewielkim stopniu mogą przetworzyć je na kwasy.
W powstawaniu choroby próchnicowej niezwykle ważna jest częstotliwość spożywania cukru, co przekłada się na wymieniony na początku czas jego bytowania w jamie ustnej.
Wróćmy jeszcze do fluoru – jak działa przed wyrznięciem zęba już wiemy. Natomiast po wyrżnięciu jest też dostarczany w pastach do zębów, a później także i w innych produktach. Nie będę rozdrabniać się nad mechanizmami, jakie rządzą wpływami fluoru w tym okresie. Przejdę do profilaktyki.
Kiedy zacząć dbać o higienę jamy ustnej? Od samego początku. Zanim jeszcze pojawią się zęby, zalecane jest oczyszczanie zachyłków jamy ustnej z resztek mleka gazą nawilżoną solą fizjologiczną, przegotowaną wodą bądź też rumiankiem. Wydaje się to nielogiczne, przecież dziecko jeszcze nie ma zębów. Ale gdy przyjrzymy się bliżej sprawie – bakterie bytują nie tylko na zębach, ale również na błonie śluzowej jamy ustnej oraz w ślinie.
Bakterie próchnicotwórczecechują się tym, iż lubią wszelkie resztki pokarmowe, a w tym cukier. Im mniej pozostanie go w jamie ustnej, tym większe prawdopodobieństwo, że takich szczepów bakteryjnych rozwinie się mniej.
Możemy dalej posługiwać się gazą, dostępne są też specjalne szczoteczki z tworzyw sztucznych do nakładania na palec. Jeden raz dziennie to absolutne minimum. Najkorzystniej byłoby oczyszczać żeby po ostatnim karmieniu przed spaniem. Jest to jednak dość problematyczne biorąc pod uwagę, że zwykle niemowlę zasypia, a takie manipulacje w buzi najprawdopodobniej je obudzą. Płytka nazębna staje się szkodliwa, kiedy ma 24 godziny. Jeśli więc raz dziennie, w dzień oczyścimy zęby maleństwa, powinno wystarczyć.
Kiedy brzdąc skończy rok należy zakupić szczoteczkę do zębów (dziecięcą – mają krótsze trzonki i mniejszą część pracującą oraz miękkie włosie – nie trudno je odróżnić na sklepowych półkach). Dzieci uczą się poprzez naśladowanie, zatem korzystnie jest zabierać ze sobą dziecko do łazienki, kiedy sami idziemy szczotkować zęby. Szczoteczkę trzeba dać dziecku, pamiętając jednocześnie, żeby mieć na malucha na oku! Do trzeciego roku życia jest to co prawda bardziej forma zabawy, nie mniej w przyszłości zachęci pociechę do używania szczoteczki. Aby maluch nie zrobił sobie krzywdy, można zakupić szczoteczkę z ogranicznikiem.
Dla „Zoś-samoś”polecam szczoteczki dziecięce o przedłużonym trzonku, gdzie rodzic szczotkuje zęby maluchowi razem z nim.
Nie ma konkretnych wytycznych co do tego. Ogólnie uznaje się, że momentem kiedy wprowadzamy pastę jest ten, w którym dziecko nauczy się świadomie wypluwać, a także płukać jamę ustną. Zwykle ma to miejsce około 2 roku życia. Ostatnio zalecane jest „muśnięcie” włosia szczoteczki nawet wcześniej, co ma na celu zachęcenie dziecka do szczotkowanie zębów. Bez obaw – taka ilość pasty nie będzie w stanie wywołać fluorozy. Pasty dla dzieci różnią się od tych dla dorosłych przede wszystkim stężeniem fluoru. Poniżej przedstawiam jeden z zalecanych schematów wprowadzania środków i przyrządów do higieny jamy ustnej:
– od 18 m.ż. do 3 r.ż. 400-500 ppm F¯ ; szczoteczka miękka; szczotkowanie minimum 1x dziennie
– od 3 do 6 r.ż. 400-500 ppm F¯ ; szczoteczka miękka; szczotkowanie 2x dziennie
– od 6 do 11 r.ż. 1000 ppm F¯ ; szczoteczka miękka lub średnia; szczotkowanie 2x dziennie ; gdy wyrzną się pierwsze stałe zęby trzonowe można wprowadzić nitkę dentystyczną do oczyszczania przestrzeni międzyzębowych
– powyżej 11 r.ż . 1250 – 1500 ppm F¯ (czyli standardowa pasta dla dorosłych) ; szczoteczka średnia; szczotkowanie 2x dziennie; nitka dentystyczna
Jeśli zaś chodzi o ilość pasty – do 3 r.ż. zalecane jest wcześniej wspomniane „muśnięcie” włosia szczoteczki. Natomiast im dziecko starsze, tym ilość pasty zwiększamy. Nie przekraczając jednak ilości odpowiadając ziarnku groszku. Jeśli zaś chodzi o technikę szczotkowania zębów, najlepiej zapytać o to dentystę, gdyż jest to dość trudne do przekazania w takiej formie 😉 Należy wspomnieć, iż rodzice powinni kontrolować jakość oczyszczenia zębów aż do 12r.ż.
Wyżej wymienione zalecenia są oczywiście ogólne i powinny być dostosowane do możliwości manualnych oraz indywidualnego rozwoju dziecka.
Ostatnią kwestią jaką chciałabym poruszyć jest to, jak dziecko zachęcić do tego wszystkiego.
Jak najwcześniej wprowadzić przybory do oczyszczania zębów w środowisko dziecka. Jeśli nagle trzylatek dostanie szczoteczkę i odgórny „przykaz” szczotkowania zębów, raczej będzie to ciężka współpraca.
Dziecko powinno przyglądać się rodzicom podczas szczotkowania zębów, musi być to coś całkowicie normalnego w mniemaniu malucha.
Dzieci lubią rutynę w codziennych czynnościach. Rodzice nie powinni więc odpuszczać mycia zębów, nawet jeśli wieczorne zabawy były maksymalnie wyczerpujące. Nigdy nie można straszyć brzdąca. Słowa „Jeśli nie umyjesz zębów zjedzą je robaki”… Albo: „Jeżeli nie będziesz szczotkować zębów, to wszystkie powypadają” – raczej nie napawają optymizmem.
Wybór szczoteczek do zębów, kubków do płukania jamy ustnej i stojaków na przybory higieniczne jest tak bogaty, że każdy fan spidermana, batmana, księżniczek i innych znajdzie coś dla siebie.
Pasty do zębów dla dzieci. Kolorowe opakowania, przyjemny smak, a same pasty posiadają nawet brokat 😉. Pamiętajmy jednak, że słodka pasta do zębów wiąże się z tym, że maluch będzie chciał wsunąć całą tubkę pasty… To może być tragiczne w skutkach!
Szczoteczki elektryczne. Z jednej strony też mogą zmotywować dziecko do dbania o higienę. Pamiętajmy tylko, że szczoteczki te wydają dość charakterystyczny dźwięk, mogący malucha wystraszyć!
Książki, kolorowanki oraz bajki o szczotkowaniu zębów – często również przemawiają do dzieci.
2. Pasta bez fluoru Jack&Jill
3. Klepsydra z Krecikiem
4. Szczoteczka Jack&Jill
5. Kubek Petit Jour Paris
6. Stojak z klepsydrą Vilac
7. Kubek Petit Jour Paris
8. Uchwyt na szczoteczkę Kikkerland
Potrzebujemy:
Zadaniem dziecka jest zapakowanie kasztana w folię aluminiową.
wiek dziecka 18+
I Lili siedzi i zawija je w te sreberka…
Inne wpisy z tej kategorii znajdziecie w zakładce Montessori oraz Rozrywka – zabawy dla dzieci
Przyszedł już czas, że Lila mocno interesuje się innymi dziećmi. Bardzo dużo o nich mówi i szuka z nimi kontaktu. Powoli oddala się ode mnie, ale cały czas muszę być w pobliżu. To całkowicie normalny proces socjalizacji. Lila z innymi dziećmi bawi się jeszcze równolegle (każdy sam), ale pojawiają się już momenty interakcji. Tych z uśmiechem na twarzy i łzami jak grochy na różowym policzku.
Kiedy odwiedziliśmy Zuzę i chłopaków Lila bardzo wylewnie się przywitała z Antkiem i Leonem. Podeszła, powiedziała „Hello” i przytuliła Antka:) Bardzo miły widok.
Znam Zuzę, Anię i Olę od 1, 5 roku. Nasze dzieci „poznały” się jak miały niecałe pół roku. Spotykałyśmy się wtedy dość często (każda na macierzyńskim), ale nie dlatego żeby nasze dzieci się razem bawiły. Potrzebowałam wtedy bardzo kontaktu z innymi kobietami, które są na tym samym etapie życia co ja. Przegadywałyśmy wszystkie „mamuśkowe” sprawy.
W temacie, który był dla mnie bardzo ważny (czyt. macierzyństwo) było odległe o kilka lat.
Te spotkania dały mi bardzo dużo. Jak było mi źle, ciężko, ręce od noszenia wyciągały się do ziemi, a obiad się przypalił…
Zbierałam wszystkie bobograty i ruszałam z domu. To działało lepiej niż sesja u psychoterapeuty. Bo one miały takie same problemy jak ja, takie same wątpliwości jak ja i takie same radości.
Teraz nasze dzieci powoli nawiązują ze sobą kontakt.
Czy Lilka tego potrzebuje? Pewnie tak.
A czy ja tego potrzebuję? Ja, bardzo.
Dziś chciałabym Wam zaprezentować serię książek o perypetiach Basi i Franka. Pierwszą książkę kupiliśmy jak byliśmy nad morzem i od tamtej pory przybyło ich nam jeszcze cztery. Lila uwielbia tę serię. Książki mają twarde strony, więc nadają się również dla mniejszych dzieci.
Co mnie w nich urzekło? Przede wszystkim ilustracje. Proste, a zarazem ładne.
Tekst jest ciekawy, inny niż wszystkie. Basia i Franek są typowymi dziećmi, mają swoje problemy, humory i grymasy. Podoba mi się, że w tych książkach Franek płacze, stawia na swoim i inni jego zdanie szanują.
Najfajniejsze są wg mnie i Lilki „Basia, Franek i kolory” i ” Basia, Franek i zwierzęta”.
Seria o Basi i Franku – wydawnictwo HarperCollinsPolska
Idealne moim zdaniem dla dzieci w wieku 18+
A tu nasz „nowy” regał na książki.
Idealnej półki na książki szukałam około roku. Do tej pory trzymaliśmy BibLILOteczkę w koszykach:) Nie lubię stałych rozwiązań, więc szukam różnych alternatyw…
Ten regalik wyciągnęłam z naszej kanciapy. Służył nam kiedyś w łazience w wynajmowanym mieszkaniu. Kupiliśmy go w Ikei za 30 zł.
Po małym tunningu idealnie nadaje się na książki.
A tu wpis o najnowszych przygodach Basi
Kiedy tam wracam wszystkie wspomnienia odżywają… Mam przed oczami dziewczynkę, która ma długie rozwichrzone, czarne warkocze i grzywkę pod linijkę. Ubranie zazwyczaj brudne, potargane. Na kolanach strupy, strupki, strupeczki. Niektóre nie zdążą zniknąć, a obok już nowe pojawiają się w tempie ekspresowym.
e zagojone szybko są zdrapywane paznokietkiem, za którym jest ziemia pomieszana z sokiem z truskawek. Pachnie wiatrem i mlekiem prosto od krowy. Nogi ma podrapane od ścierniska. W rękach najczęściej ma kwiatki z łąki, patyk, a nawet scyzoryk.
To ja – prawie 25 lat temu na wakacjach u babci na wsi.
Mama mnie wychowała sama. Sama z pomocą jej rodziny. W ciągu tygodnia spędzałyśmy czas w naszym mieszkaniu w bloku, a w piątek po przedszkolu biegłyśmy na pociąg lub PKS. Wujek czekał na nas na stacji. Czasami jak się spóźniał to szłyśmy drogą przez las. Ja się trochę bałam, ale Mama zawsze umiała tak odwrócić moją uwagę, że o tym zapominałam.
Wujek przyjeżdżał po nas furą z koniem lub motorem (ja siedziałam zawsze w środku mocno go obejmując w pasie). Później miał już bordową Ładę. Babcia i dziadek mieszkali niedaleko lasu za wielkim dębem. Tam też mieszkali moje siostry cioteczne i brat /nie potrafię mówić na nich kuzyni/. Tylko zdążyłam się przywitać z babcią i dziadkiem od razu biegłam na podwórko. STOP. Mama dawała mi wcześniej ubranie na zmianę.
Zbierać jajka
Karmić świnki
Ganiać koguta
Grać w noża z moim starszym bratem
Jeść owoce i warzywa prosto z ogródka. Brudną ręką zajadać ogórki z solą.
Chlupać się w wodzie
Skakać na sianie
Jeść jajecznicę z 6 jaj prosto z patelni postawionej na schodach przed domem
Zimą grać w hokeja na zamarzniętym stawie (za krążek służył zamarznięty krowi placek)
Wieczorem grać z babcią w karty w durnia albo świnkę
Jeść kanapki ze świeżutkiego chleba z masłem i solą
Jeździć na koniu (na oklep)
Chodzić do lasu na jagody i wracać z fioletową buzią
Wbijać młotkiem gwoździe w ziemię
Przychodziliśmy do domu grubo po zmroku zadowoleni, brudni i bardzo pozytywnie zmęczeni. Nie pamiętam nawet żebyśmy oglądali bajki w tv. Wieczorem oczywiście były pertraktacje kto z kim śpi, bo łóżek było mniej niż osób. Zasypiałam szybko przykryta wielką pierzyną. Rano na śniadanie była najczęściej zupa mleczna. Ahhh ten smak.
Idę z Lilką za rękę przez park, ona zatrzymuje się przy kamieniach, żołędziach, patykach… Przykucnie nawet jak zobaczy mrówkę. Chce w niej pielęgnować tego wiejskiego ducha. Jedności z naturą.
Przed nami idzie babcia/opiekunka z chłopcem w wieku Lilki. Chłopiec nagle zatrzymuje się… coś zauważył. Schyla się po liść. Kobieta mocno wyszarpuje mu z ręki ten skarb, wyrzuca i krzyczy: ” Nie podnoś liści, one są BRUUUdne. Nie wolno”. Po czym bardzo mocno wyciera chusteczką nawilżaną jego małe dłonie.
A ja znów mam przed oczami tę dziewczynkę, która jest brudna od stóp do głów i … bardzo szczęśliwa.
Na zdjęciach Lilka ma butki Emel tu
Drugi zwycięski przepis w konkursie „Zdrowe śniadanie z Beaba” to:
Kaszka jaglana z malinami
1/2 szklanki wody1/2 szklanki mleka2 łyżeczki kakao4 łyżki kaszy jaglanejcukier/miód lub inny preferowany słodzik2 garście malinKaszkę zmielić w młynku do kawy – to można pominąć w zależności od preferencji.
Do garnka wlać wodę i mleko, dodać kaszę i kakao. Gotować około 15 na wolnym ogniu do miękkości co jakiś czas mieszając – czas gotowania jest zależny od stopnia zmielenia kaszy.Po ugotowaniu dodać cukier lub miód- ilość w zależności od preferencji. Dodać maliny – kilka zostawić w całości na wierzch, resztę zanieść z kaszą.
Kakao można pominąć
Nie znoszę kaszy jaglanej, a w tym przepisie zupełnie jej nie czuć.
Zwycięzca otrzymuje ten zestaw:
Skontaktuję się z Tobą e-mailowo
Wszystkim uczestnikom bardzo dziękujemy za udział. Niektóre przepisy wypróbuję i zmieszczę w ebooku:)
Jak już pewnie zauważyliście jesteśmy na nowej domenie. Jeszcze wszystko nie działa tak jak powinno, ale z czasem będzie idealnie.
Tymczasem nie zważając na różne przeciwności dodaję nowy wpis.
Na konkurs przyszło wiele świetnych przepisów, można by było z nich stworzyć książkę kucharską. Bardzo trudno było mi wybrać dwa, wg mnie najlepsze. Dlatego postanowiłam je również wypróbować.
Dziś pierwsze zdrowe śniadanie z Beaba
Omlet owsiano-bananowy
Składniki:
Wszystkie składniki miksujemy z pomocą blendera i na muśniętą oliwą patelnie wylewamy omlet.
Po usmażeniu polałam omlet syropem z agawy.
Bardzo szybkie, proste i pyszne danie!
Gratuluję zwycięzcy, odezwę się do Ciebie meilowo.
To zestaw dla Ciebie
A teraz mam pytanie do wszystkich uczestników. Razem z marką Beaba chcemy wydać kilkanaście przepisów w formie ebooka. Będzie można go pobrać z nebule.pl i strony Beaba. Co o tym myślicie?
Wydawać by się mogło, że to taka banalna sprawa. Idę do sklepu i kupuję pierwsze lepsze kredki. Otóż, to wcale nie jest takie proste… To czym teraz będzie rysowało Twoje dziecko ma ogromny wpływ na to jak będzie kiedyś pisało. Nie przesadzam!
Warto już teraz zadbać o to żeby kreować prawidłowe nawyki.
Zauważyłam, że coraz częściej pojawią się na blogach, Instagramie kredki, które formą absolutnie nie przypominają narzędzia pisarskiego, czyli np. kredki w formie zwierzątek, prostokątów, klocków itp.
Takie kredki używane przez dziecko z dużą częstotliwością mogą właśnie zaburzyć rozwój prawidłowego chwytu. Dlatego radzę żeby nie były jedynymi kredkami w domu. Ważne jednak żeby „głównymi” narzędziami pisarskimi były zwykłe kredki.
Kredek idealnych zaczęłam szukać kiedy Lilka skończyła rok. Już wtedy posługiwała się prawidłowym chwytem pęsetkowym. Wydaje mi się, że właśnie dzięki BLW chwyt u Lilki rozwijał się tak harmonijnie.
O etapach rozwoju możecie przeczytać tu.
Znalazłam również w internecie grafikę przedstawiającą nieprawidłowe chwyty.
Najpierw kupiłam zwykłe okrągłe świecowe kredki. Niestety szybko się połamały i były dużo za grube. Moje poszukiwania trwały aż do teraz. Przez przypadek w Rossmannie wypatrzyłam kredki Bic.
Na pierwszy rzut oka wydawały się ok, więc je wrzuciłam do koszyka ( do tego cena byłą bardzo przyjazna -6 zł). Lilce bardzo się spodobały. Od razu je chwyciła i zaczęła rysować.
…nadchodzi nowe
Moi drodzy, mój blog niedługo kończy 2 lata. Uznałam, że to dobry czas na zmiany. Myślę, że przez ten czas bardzo wiele się nauczyłam, zyskałam wspaniałych czytelników oraz poznałam ciekawych ludzi.
W najbliższym czasie Liliija będzie przeżywała ogromną transformację. W każdej chwili może zniknąć…
Jednak nie martwcie się! Z pomocą Olgi i Agaty powstaje właśnie coś nowego. Stare posty zostaną przeniesione na nową platformę i blog będzie miał nową nazwę:)
Trzymajcie kciuki żeby wszystko się udało i jeżeli nagle nie będziecie mogli wejść na bloga wpisujcie: www.nebule.pl
Tam będziemy! Dla Was:)
Może napiszę kilka słów o nazwie.
Wg M.Montessori są to wrodzone zdolności, gotowość do opanowania nowych umiejętności. np. mowy, ruchu. Przykładowe nebule mowy są to zdolności do przyswajania każdego języka, z którymi się rodzimy.
Mam nadzieję, że właśnie takie będzie Nebule. Dzięki mojemu blogowi będziecie mogły się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy na temat rozwoju dziecka i wychowania.
Nie zabraknie też wpisów na temat zabawek, książek itp. Jeżeli macie jakieś sugestie co do wyglądu, formy bloga napiszcie w komentarzach.
Nebule (mgławice) to też najpiękniejsze zjawiska w kosmosie. Są to obłoki gazu i pyłu międzygwiazdowego lub bardzo rozległe otoczki gwiazd.
Możecie też zaglądać na fp na Facebooku tu Będę Was informowała na bieżąco.
Niestety jesień zawitała do nas o wiele wcześniej niż można by było przypuszczać. Dlatego już od jakiegoś czasu rozglądałam się za bucikami dla Lilki. Jak zwykle stawiamy na wygodę + styl. W tym roku moje zestawienie jest spore, bo znalazłam naprawdę świetne typy. Podczas wybierania bucików najważniejsza jest dla mnie wygoda.
Nigdy nie kupię Lilce butów, którymi można gwoździe wbijać (chodzi mi o podeszwę). Muszą być przede wszystkim miękkie i z oddychającego materiału. Oto moje typy:
1, 4, 7 – Emel
2, 3, 6 – Mrugała – pierwszy raz prezentuję te butki, ale nie miałam niestety z nimi do czynienia. Wyglądają bardzo fajnie, nie wiem niestety jak jest z miękkością i jakością.
5 – Elefanten
Kiedyś już Wam pisałam, że buciki tej marki są naprawdę warte uwagi
8. Emel
A teraz pokażę Wam nasz wybór
Chyba nikt nie będzie zaskoczony
Dokładnie takie same miałyśmy w rozmiarze 21. Teraz mamy 23:)Zdecydowałam się na nie, bo ciągle jestem nimi zauroczona. Są mięciutkie, łatwo się je wkłada i pasują do większości garderoby.
Kupiłam je tu
p.s. Emel wprowadził bardzo fajne miarki do stópek. Wyglądają jak normalny but, tylko mają całkowicie odkryte palce. Dzięki temu dokładnie widać gdzie są palce. Gdybyśmy się nie wybrały do sklepu stacjonarnego to bym kupiła Lilce za mały rozmiar. W Krakowie polecam sklep Ciocia Klocia.
Mamy ogromny sentyment do Krakowa. D. mieszkał tam przez 10 lat i wiąże z tym miastem wiele wspomnień. Pamiętam jeszcze jak dziś kiedy urywałam się z ostatnich zajęć aby zdążyć na intercity do Krakowa. Już w pociągu włączał mi się Kraków state of mind.
Wszystko w tym mieście jest inne. Nawet ludzie wydają się być inni. Żyją wolniej i tu i teraz. Wąskie uliczki, zabytkowe kamienice, alternatywne miejsca nadają temu miastu ciekawy klimat.
My jednak nie jeździmy tam tylko żeby posiedzieć w knajpkach i po raz 25 przejść przez Rynek. Mamy tam przyjaciół, którzy mają dzieci w zbliżonym wieku do Lilki. Mimo tego, że mieszkamy daleko to widzimy się z nimi częściej niż z niektórymi znajomymi z Warszawy.
Nie mogę powiedzieć, że dziewczynki się ze sobą non stop bawiły, bo tak nie było. Są w takim wieku, że bawiły się raczej równolegle. To taki czas:) Mimo tego Lilka od razu po wstaniu z łóżka prosiła żeby ją zabrać do dziewczynek.
Widzę, że powoli coraz chętniej wchodzi w reakcje z dziećmi. Myślę, że za rok już z dziewczynki razem będzie chować się pod schodami i będą miały swoje pierwsze sekrety.
Nie będę pisać o szkodliwości cukru, bo można by było ten temat popełnić pracę doktorską, a nawet później i habilitację. Jeżeli ktoś miałby jednak chęć poczytać to proszę kliknąć tu.
Już dawno zauważyłam, że rodzice podzielili się na kilka (zwalczających się nawzajem) obozów ze względu na stosunek do cukru w diecie dziecka.
Ignoranci – przecież Danonki mają witaminę D i wzmacniają kości. A poza tym to nie są słodycze. Słodycze to: czekolada, lizaki i gumy. Soczki mają cukier? Jak to? Ten obóz często ma też jedną świetną metodę i u nich w domu obiady znikają w tempie ekspresowym. Bo jak się zje mięsko i ziemniaki to w nagrodę jest kinder niespodzianka.
Sugar Nazi – czyli jak tylko dziecko się urodzi nakładają embargo na produkty zawierające cukier. Nikt w tym domu nie zje ani grama cukru. Jakiego cukru? Ostatni raz był widziany w tym domu zanim urodziło się dziecko. Widziałam kiedyś dziecko, któremu wręczono lizaka. Lizak został skonfiskowany zanim jeszcze zbliżył się do dziecka na 15 cm. To było bardzo smutne dziecko.
Ambiwalentni, dzielą się na dwie grupy:
a) Wstrzemięźliwi – słodycze są ok, ale tylko w słodki dzień. Czyli słodycze zbieramy cały tydzień i w końcu kiedy jest już ten wyczekany dzień jest dyspensa i dzieci mogą zjeść zgromadzone łupy, nierzadko kończy się to bólem brzucha.
Znam jednego rodzica z tej grupy, który czasem podwędza dzieciom słodycze i pałaszuje je w toalecie.
b) Kombinujący – niezdrowe słodycze tylko w sytuacji kiedy ktoś je poczęstuje (cukierek od babci, lizak od koleżanki). Generalnie sami nie kupują, ale zdarzają się sytuacje wyjątkowe. Szukają zdrowszych zamienników bez syropu glukozowo-fruktozowego i innych zalepiaczy.
Zaliczamy się do „Kombinujących”. Cały czas szukam czegoś zdrowego, co jednak byłoby słodkie. Dzieci potrzebują słodkiego, mleko matki jest słodkie (mm też). Często dzieci kojarzą słodki smak z poczuciem bezpieczeństwa. Staramy się aby słodki posiłek nie był daniem głównym. Lila mnie czasami prosi o paluszki czy lizaka, ale tylko jak to widzi.
Dlatego w sklepie jestem dość bezradna i muszę szukać zdrowszych zamienników. Ostatnio odkryłam kilka rarytasów i chętnie z Wami się nimi podzielę (nie dosłownie, bo połowy już nie ma:).
Ulubionym słodyczem Lilki są chyba lizaki i batoniki z suszonych owoców Babydream z Rossmanna. A tu inne smakołyki:
Na ostatnim zdjęciu jest kaszka bez cukru i mleka modyfikowanego (kosztuje 8 zł).
Jak tylko zaszłam w ciążę z Lilką to z jednej strony bardzo się cieszyłam, a z drugiej strony ogromnie się obawiałam. Nie bałam się tego jak to będzie jak Lilka się już urodzi, czy sobie poradzimy i jak zmieni się nasze życie.
Ja się panicznie bałam porodu! Naprawdę, nie potrafiłam sobie wyobrazić jak ja urodzę Lilkę. Przez głowę mi przechodziło milion myśli. Szukałam nawet u siebie różnych chorób żeby móc mieć poród przez cesarskie cięcie. Mało tego, ja już nawet myślałam, że mam tokofobię (lęk przed porodem) i powoli wybierałam się do psychiatry.
Niestety mój zawód mi tego nie ułatwiał. Z jednej strony pedagog specjalny, który wielokrotnie miał do czynienia z dziećmi z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym po przedłużającym się porodzie SN i w wyniku niedotlenienia wystąpiły nieodwracalne zmiany w mózgu. A z drugiej strony logopeda i terapeuta Integracji Sensorycznej, w teorii, których historia porodu jest jedną z najważniejszych rzeczy i którego skutki (CC) widać często u dzieci zgłaszających się na terapię.
Byłam rozdarta i czułam wewnętrzny niepokój. Niestety nie pomagały historie koleżanek i osób z rodziny, które miały fatalne porody. Nikt z mojego otoczenia nie miał dobrych wspomnień z porodówki.
Doszło nawet do tego, że zaczęłam szukać nawet w necie informacji o cesarce na życzenie…
Ale jednocześnie czytałam cały czas o fizjologicznych porodach siłami natury. Im moja wiedza była większa tym lęk był mniejszy. Czytałam mnóstwo na forach internetowych o tym, że poród może być wspaniały. Z miesiąca na miesiąc dojrzewałam do decyzji, że bardzo chcę urodzić naturalnie. Mało tego, marzyłam nawet o tym, żeby nie musieć korzystać ze znieczulenia.
Bardzo dużo pomogła mi położna, z którą wcześniej się spotkałam i umówiłam moje obawy. Później przeczytałam, że lęk przed porodem u kobiety w ciąży jest czymś bardzo normalnym i zmniejsza się wraz z końcem ciąży.
Często w prywatnych wiadomościach pytacie mnie o swoje obawy związane z rozwojem Waszych dzieci. Pytacie czy poród miał mieć wpływ na np. zaburzenia SI. Jaka jest moja odpowiedź? I tak i nie, tego nie wiemy.
Możemy jedynie stwierdzić, że rzeczywiście większy odsetek dzieci po CC ma problemy z przetwarzaniem sensorycznym. Jak to się dzieje?W okresie płodowym dziecko ma swój własny świat. Jest ciemno, ciepło, ciasno i przyjemnie. Wraz z przyjściem siłami natury na świat dziecko zostaje odwrażliwione.
Dziecko przedostając się na zewnątrz ruchem śrubowym silnie stymuluje układ dotykowy (czucie powierzchniowe i głębokie) i jest to jego pierwszy masaż. Zwłaszcza okolice twarzy, szyii i obręczy barkowej ulegają odwrażliwieniu. Często u dzieci urodzonych przez cesarskie cięcie możemy zaobserwować nadwrażliwość tych sfer. Dzieci mogą wykazywać niechęć podczas zabiegów pielęgnacyjnych (obcinanie, mycie i czesanie włosów) mycie zębów.
Również podczas porodu siłami natury ukł. przedsionkowy odpowiedzialny za równowagę i czucie ciała w przestrzeni ulega silnej stymulacji, który jest niezbędny do rozwoju tego zmysłu.
nawet, że poród przez cesarskie cięcie może zmienić kod genetyczny, dlatego też ryzyko wystąpienia chorób immunologicznych (cukrzyca, rak, astma)jest częstsze (źródło tu). Podczas porodu siłami natury u dziecka hormon stresu wydziela się równomiernie. Im bliżej przyjścia na świat tym poziom kortyzolu jest wyższy.
Przy cesarskim cięciu kortyzol ma jeden duży wyrzut i to właśnie ten moment ma ogromny wpływ na zmianę kodu genetycznego.Tuż po urodzeniu pierwszą rzeczą jakie widzi jest światło. Zazwyczaj jest to ostre światło z jarzeniówek w szpitalu (niestety).
Bardzo ważny jest pierwszy kontakt skóra do skóry, wtedy dziecko może poczuć swoją mamę. Wtedy również uruchamia się odruch szukania piersi, dzieci często potrafią same doczołgać się do piersi i ssać. Jeżeli poród był przez cesarskie cięcie to dobrze żeby to tata trzymał gołe dzieciątko na sobie.
Nie będę pisać o wpływie rodzaju porodu na kobietę, bo tego typu wpis powinien popełnić lekarz.
To jest najfajniejsze latem, że materiał sensoryczny, który zazwyczaj jest w przedszkolach Montessori mamy dostępny na zewnątrz. Jednym z nich jest piasek i woda, czyli dobrodziejstwo plaż.
Tak naprawdę dopiero od wiosny Lilka bawi się w piaskownicy. Jednak po jakimś czasie odkryłam, że standardowy zestaw wiaderko+sitko+foremki+łopatka+grabki nie robi Lilce najmniejszego wrażenia. Więc stworzyłam jej zestaw alternatywny, który również zabraliśmy na wakacje.
1. Silikonowy lejek
2. Plastikowa miarka z uchwytem
3. Łyżka do makaronu z Ikei
4. Silikonowe sitko
5. Miarka z Ikei
6. Metalowe pudełko na skarby
7. Duży, przezroczysty pojemnik po obrzydliwym napoju, który wylałam
8. Puste opakowanie po bańkach
9. Plastikowa bardzo długa rurka od pojemnika nr 7.
Jak widzicie sporo z tych rzeczy to puste opakowania po różnych rzeczach. Muszę się Wam przyznać, że mam tego w domu mnóstwo. Przed wyrzuceniem zawsze się zastanawiam czy nie mogłabym tego opakowanie wykorzystać do jakiejś pomocy dla Lilki.
Zbieranie kamieni i muszelek to też świetna zabawa. Można je później wykorzystać do różnych ciekawych zabaw.
Np. takich:
A Wy macie jakieś niestandardowe zabawki do piachu?
Te dwie kartonowe pozycje dostałyśmy tuż przed naszym wyjazdem na wakacje. Chciałam je zachować na czarną godzinę w podróży…
Ale nie dałam rady! Musiałam je pokazać Lilce.
Pierwsza z nich „Bardzo głodna gąsienica” to już książka kultowa. Wydana po raz pierwszy w 1969 r. Niesamowite, że zarówno treść jak i ilustracje są w tej książce tak ponadczasowe. Podczas gdy pierwszy raz ją czytałam Lilce już nie mogłam się doczekać kiedy przeczytam ją po raz drugi.
W skrócie książka jest o rozwoju motyla taki jak znamy z biologii jajo-larwa (gąsienica)-poczwarka- motyl, ale przedstawiony w bardzo humorystyczny sposób, bo gąsienica miała dość nietypowy (jak na gąsienicę) gust kulinarny. Jadła jabłka, gruszki, lody, babeczkę i inne rarytasy i wciąż była bardzo głodna.
Podczas czytania książki dodatkowo dzieci uczą się liczyć (tak jak w Montessori) przez doświadczenie, czyli wkładając paluszek do dziurki w owocach (tak jak przegryzała się gąsienica).Dodatkowo w sposób naturalny uczą się dni tygodnia.
Jednym słowem jest to jeden z must have w dziecięcej bibliotece. Serio!
Druga książka to nowość na polskim rynku. Również jest to książka wymagająca aktywności od dziecka. Zadaniem dziecka jest dopasowanie kolorów do przedmiotów. Tak jak ze wszystkim dzieci muszą najpierw nabyć wiedzę biernie (czyli zrozumieć) po to żeby za jakiś czas użyć jej czynnie (nazywać kolory). Ta książka jest właśnie do tego idealna.
Lilka wcześniej już wykazywała duże zainteresowanie nauką kolorów. Dzięki tej książce, w 2 tygodnie się tego nauczyła! Zaczyna już poprawnie nazywać podstawowe kolory.
„Bardzo głodna gąsienica”- Eric Carle
„Moja pierwsza książka o kolorach”- Eric Carle Wydawnictwo Tatarak
A dla tych, którzy znają już „Bardzo głodną gąsienicę” mam niespodziankę,, którą dziś znalazłam na stronie Erica Carle. Malowanka, z której można zrobić wiele ciekawych rzeczy.
Wczoraj był post pokazujący piękno naszego wybrzeża oraz okolic. Tak jest w blogosferze, że zazwyczaj pokazuje się tylko jedną stronę. Albo wszystko piękne, czyste i tęcza nad hotelem, albo post w stylu „moja noga nigdy więcej tam nie postanie”.
Ja zrobiłam pewien eksperyment. Przez cały nasz wyjazd fotografowałam widoczki (często było to bardzo trudne z uwagi na ogrom ludzi) pustą plażę (tylko przed 7 rano) i ciekawe zjawiska architektoniczne, a w ostatni dzień postanowiłam zrobić reportaż o tym jak naprawdę wygląda Mielno.
Myślę też, że ten post nakreśli Wam fizjonomię wszystkich większych miasteczek nadmorskich znajdujących się nad Bałtykiem w okresie 01.07-31.08.
Jaka jest prawda? Jak wyglądają nadmorskie miasteczka w okresie wakacyjnym?
Nigdy, powtarzam nigdy nie widziałam tyle kiczu, plastiku i wszechobecnego brzydactwa. Ludzi full od RZE po ZS. Czasem można nawet spotkać Deutsche Volke. 40% to młodzież pijąca i przeklinająca na ulicy, 30% to rodzice z dziećmi również pijący i przeklinający na ulicy, ostatnie 30% to starsi ludzi przyjeżdżający na odpoczynek ( co jest raczej nie możliwe przy tych dwóch wcześniejszych grupach).
W takim układzie procentowym my się chyb zaliczamy do 3 grupy. Pełen obraz nadmorskich wczasowiczów widać oczywiście na plaży, na którą dosłownie każdy targa piwo i parawany. Zastanawia mnie fenomen tego rodzaju ilozacji. D. wymyślił, że jest to namiastka korporacyjnego kubiku. Skoro 40 h tygodniowo przez cały rok siedzi się w 4 ścianach to również na plaży ludzie starają się stworzyć swoją przestrzeń. My parawan mielismy tylko pierwszego dnia, stwierdziliśmy, że nie ma po co go nosić skoro wszyscy wokół nas zaparawanieni to my mamy też swoją przestrzeń, tylko każda ściana jest w inny wzór.
Jakie miejsce jest najbardziej pożądane na plaży? Oczywiście, że przy samym morzu! Żeby zająć takie elitarne miejsce trzeba na plaży stawić się przed 9. Co prawda istnieją też tacy, którzy przychodzą około południa i bezpardonowo rozbijają swój parawanik tuż przed Tobą. A wydawać by się mogło, że jesteś w pierwszej linii od morza.
Ludzie mają też dziwne podejście do opalania. My codziennie targaliśmy ze sobą parasol przeciwsłoneczny i chowaliśmy się z ulgą w jego cieniu, nacierając się (dosłownie) kremem z filtrem UV 50, a inni nabierali do butelek wodę z Bałtyku i podczas leżenia, a właściwie smażenia nacierali się nią aby jeszcze mocniej strzaskać się na heban. Zero świadomości i troski o swoje zdrowie.
Skoro nie jest nasze to można zostawić puszkę po pasztecie, butelki po piwie, kiepy… Przy mnie gość pociągnął ostatni łyk piwska, beknął i wyrzucił pustą butelkę do morza. Gdyby była postury Pudzianowskiego to bym zwróciła uwagę. Sad but true.
Kilka słów o młodzieży. Niestety Mielno ma też drugą nazwę „Polska Ibiza”. Żeby chociaż woda była taka jak na Balearach…W mieście znajduje się kilka klubów muzycznych (to za dużo powiedziane) i imprezy później przenoszą się na plażę. Często przechodząc wieczorem obok nich miałam wrażenie, że jestem na planie Warsaw Shore. Komentować nie będę.
Wzdłuż deptaku znajduje się wiele atrakcji, automatów do gry i automatów z różnymi gadżetami. Można tez przejechać się za 30 zł konno po parkingu. Z automatu można kupić wszystko (od popcornu po kibelki, a nawet automat powróży z ręki. Trzeba mieć tylko duże ilości bilonu, bo często to ustrojstwo lubi się zaciąć.
Na straganach w dzień targowy można również wszytsko kupić.
Niemiecka chemia, ciuchy Majkel Kors, durnostojki itd. Można nawet w lombardzie zrobić sobie tatuaż…Jak to mawia D. szwarc, mydło i powidło.
Tak niestety to wygląda… Dobrze, że znaleźliśmy sobie kilka ścieżek żeby unikać tego dobrodziejstwa. Podobno pod koniec sierpnia natężenie kiczu wraz z temperaturą powietrza nad Bałtykiem drastycznie spada. Może przekonamy się o tym osobiście za rok.
A teraz żeby nie być gołosłowną- dokumentacja…
Wróciliśmy! Zaglądaliście do nas? Trochę nas nie było. Pomiędzy rozwieszaniem prania a robieniem obiadu skreślę kilka słów i dodam zdjęcia (dużooo).
Kilka słów o samym pomyśle…
Kiedy zaczęliśmy się zastanawiać z D. gdzie w tym roku wybrać się na wakacje nie braliśmy pod uwagę naszego Bałtyku. Dlaczego? Przede wszystkim z obawy o złą pogodę. Do tego temperatura wody w morzu nie rozpieszcza. Jednak jak zrobiliśmy burzę mózgów to doszliśmy do wniosku, że idealne wakacje dla 22- miesięcznej Lilki powinny zawierać takie atrakcje jak:
a) plaża
b) basen kryty
c) plac zabaw na zewnątrz
d) sala zabaw w środku
Żadnego zwiedzania z Lilką sobie NIE WYOBRAŻAM.
No więc pomyśleliśmy, że odczarujemy Bałtyk. Długo nie mogliśmy znaleźć nic godnego uwagi. Aż przypomniało nam się, że mój wujek jeździ ze swoimi dziećmi od 6 lat do Mielna. Coś chyba musiało ich tam ciągnąć skoro rok w rok obierali kierunek- Bałtyk. Mało tego w tym roku postanowili jeszcze dodatkowo na początku wakacji pojechać do Włoch.
Kiedy powiedzieli o swoich planach dzieciom (8-letnie bliźniaki) to miny im zrzedły i się popłakały, że chcą do Mielna. Postanowiliśmy to sprawdzić osobiście, czy jest to raj dla dzieci.
My również wybraliśmy się do tego samego Ośrodka. To miejsce ma wszystkie wyżej wymienione atrakcje, a do tego pełne wyżywienie (pyyyszne), krzesełka dla dzieci, ogromny zielony teren wokół hotelu z placem zabaw, w sezonie letnim animacje dla dzieci, windy, podjazdy dla wózków, fontannę (Lilka ma teraz na nie fazę). A do tego jest umieszczony 80 m od plaży. Co prawda standard pokojów nie był jak w Sheratonie, ale my i tak tam tylko spaliśmy.
Lilka była wniebowzięta! Cały czas mówiła, co chce teraz robić. Na plaży wynajdowała sobie różne atrakcje (bieganie po zjeździe, wchodzenie po schodach, huśtanie się na poręczach). Codziennie obowiązkowo gotowana kukurydza na plaży. Na placu zabaw naśladowała inne dzieci i zawierała znajomości.
Tego nam było trzeba. Bardzo odpoczęliśmy i wrócimy do rutyny dnia codziennego. Na koniec D. stwierdził, że jednak fajny ten Bałtyk:) Jest dobrze, pewnie wrócimy tam za rok.
Wszystkie murki były nasze:)
Kałuże też
Jedno z niewielu fotek razem. Niech Lilka kiedyś zobaczy na fotkach obojga rodziców:)
Jedną z atrakcji były wieczorne spacery na deptak, gdzie bboye codziennie mieli występy. Lilka z ogromnym zainteresowaniem oglądała show, a później cały następny dzień wspominała i demonstrowała jak się tańczy na głowie.
Animacje w hotelu! pewnie podpis nie pasuje Wam do tego zdjęcia:) Ale tak było! Ten Pan wraz z Panią są aktorami teatrzyku o „Tadku niejadku”-świetne!W następnym tygodniu były pokazy cyrkowe!
Lilka do tej pory wspomina jak Pan jeździł na rowerze, który miał jedno koło i żonglował kręglami.
Po całym dniu atrakcji zasypiała w łóżeczku (3 razy zdarzyło się, że powiedziała „Idę spać, paaa” i weszła do łóżeczka i zasnęła!
Niezastąpiony na upały był kocyk MayLily Etna
ekhm… straganowy szajs, ale Lilka uwielbia
Dyskoteka dla dzieci – ale emocje były i lizaki!
Babki są dla mięczaków. Za to salto na poręczy to już coś.
Zdjęcie pod tytułem „Mama czyta książkę lub się opala”.
Kuku monster – codziennie, nie do obrzydzenia, z piaskiem i solą najlepsza
Bambusowy ręcznik Maylily to absolutny hit wyjazdu. Nie sądziłam, że jest tak chłonny i miękki. Do tego ogromny i piękny. Myślę, że Lilka do 18 będzie go używać.
Zdjęcie pod tytułem „Mama musi dokończyć książkę, a tata jest w jacuzzi”.
W ciągu 14 dni były dwa dni chłodniejsze i tak w pełni wykorzystane.
Nasz nowy wózek sprawdził się znakomicie. Po powrocie nosił ślady płynu do baniek, rozduszonych rodzynek i błota. Jedno przetarcie szmatką i znów wygląda jak nowy. Mało tego jak wyczyściłam kółka z piachu i porządnie naoliwiłam to przestały dzwonić:)
Beaba Stockholm – w podróży zawsze z nami
Przed siódmą na plaży tylko my i mewy
Z mamą i tatą, to nic, że oddzielnie:)
Chyba trzeba kupić statyw.
Bidon Beaba
Najlepsze desery w Stałym lądzie
Od kilku miesięcy Lila coraz bardziej interesuje się tekstem w książkach. Już nie tylko ogląda ilustracje, tylko prosi o przeczytanie. Wybieram teraz książki, które mają już jakąś fabułę.
Książki, które są teraz na topie to pozycje z niewielką ilością tekstu. Jedną z nich jest jest właśnie „Biegnij dynio, biegnij”- Eva Mejuto, Andre LetriaJest to tradycyjna, portugalska bajka.
Powiem szczerze, kiedy pierwszy raz po nią sięgnęłam byłam lekko przerażona, czy jest to książka odpowiednia do wieku Lili. Jednak kiedy pierwszy raz ją przeczytałam, uznałam, że jest to ciekawa i mądra pozycja.
Można mieć wrażenie, że jest to lżejsza wersja Czerwonego kapturka, bo jest i babcia i wilk zły…
Ale jest też dynia. I o co tak naprawdę w niej chodzi?
Babcia została zaproszona na wesele wnuczki. Przyjęcie odbędzie się na drugim końcu lasu. Babcia wyrusza na biesiadę i spotyka na swojej drodze trudności… A właściwie 3 postaci (wilka, lwa i niedźwiedzia), którzy najzwyczajniej chcą babcię pożreć.
Babci jednak udaje się dotrzeć na wesele. O swoich problemach opowiada pomysłowej wnuczce, która podsuwa jej pewien pomysł… Otóż, babcia wraca do domu przebrana za dynię. Udaje jej się w ten sposób bezpiecznie przebiec przez las.
Wg mnie te 3 bestie czyhające w lesie babcie to symbole codziennych problemów. Babcia stara się od nich uciec, ale dopiero z pomocą bliskiej osoby udaje jej się stawić czoła trudnościom.
W książce pojawiają się rymowane, a do tego powtarzające się zdania. Ułatwia to dzieciom zapamiętywanie tekstu.
Ilustracje są przepiękne, lekko przerysowane, tajemnicze, baśniowe. Książka ma lekko mroczny klimat i przez to jest inna. Lilka ją bardzo lubi i często prosi o jej przeczytanie.
Tę markę obserwowałam od dawna. Ich projekty coraz bardziej mnie wizualnie przekonywały. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, jakie są w dotyku, jak je się użytkuje i tym bardziej nie wiedziałam, że cała moja rodzina pokocha MayLily.
Piszę to bez kokieterii. Serio!
Kocyk (a właściwie to kocur, bo ma wymiary 140×150) Etna skradł moje serce. Zamówiłam go w wersji z szarymi pomponikami. Kiedy przyszedł to nie miałam nawet okazji go dokładanie obejrzeć, bo Lila wyciągnęła go z pudełka i nie chciała oddać. Na upały jest i-d-e-a-l-n-y! Lilka się nimi nakrywa (siama!) i tarmosi pomponiki.
Przede wszystkim jest cudownie miły w dotyku, ale przy tym bardzo mięsisty. Sama go od niej pożyczam:) Dobrze, że jestem mikrego wzrostu. Kocyk ma właściwości antyalergiczne, skóra się pod nim nie poci. Przez to, że jest taki wielki to Lila w nocy cała się nim okręca.
Zabieramy go na wakacje, ciekawa jestem jak się sprawdzi na plaży.
Na pierwszym zdjęciu jest jeszcze bambusowy ręcznik Szare babeczki. Zabieramy go na wyjazd i wtedy napiszę o nim kilka słów.