ciąg dalszy hitów 2013 r.

Jest jedna rzecz, której o mnie nie wiecie. Jestem okropną kosmetykoholiczką. Uwielbiam kremy, mazidła, kolorówkę. Śledzę nowinki i dział KWC na wizażu. Mam kilka swoich ulubionych kosmetyków, których używam ciągle, ale lubię również nowości (czasami okazują się też niewypałem). Jako, że  wpis Hity 2013 r. okazał się… hitem, postanowiłam spisać Wam  moją kosmetyczną listę 2013 roku.

1. Płyn micelarny Be Beauty z Biedronki

Do Biedronki chodzę po kabanosy i płyn micelarny. Obecnie kończę 3 butelkę i chyba nigdy nie zmienię go na nic innego. Używałam pięciu innych, ale żaden nie działa takich cudów i do tego nie pustoszy kieszeni (jak np.  sławna Bioderma).

2. Bronzer Nars Laguna

Podobno ma go w swoim kuferku każdy szanujący się makijażysta świata. Mało tego ten odcień pasuje do większości typów urody. Czego chcieć więcej?! No i jedynie z dostępnością jest średnio. Czasem pojawia się na alledrogo.

3. Olejowanie włosów

Piszę ogólnie, bo odkąd zmieniłam pielęgnację moje włosy w końcu odzyskały blask. Dokładnie rok temu (w Sylwestra) zafundowałam sobie wizytę u fryzjera. Będę ją pamiętała już zawsze. Fryzjerka spaliła mi włosy i zrobiła najokropniejszy kolor ever (świński blond). Długo szukałam dla siebie ratunku. W końcu trafiłam na blogi włosomaniaczek i tam wyczytałam świetne rady. Zmieniłam pielęgnację i moje włosy w końcu nie wyglądają jak u Wodeckiego. Jak teraz  pielęgnuje moje włosy? Raz w tygodniu nakładam na noc olej (na mokro), używam szamponów bez SLS, parabenów i ograniczam silikony, zabezpieczam końcówki jedwabiem (bez alko), po umyciu na głowę zakładam miękki t-shirt zamiast ręcznika, czeszę tylko Tangle Teezer, śpię z włosami spiętymi w koczek, co mycie zmieniam odżywkę i szampon, nie używam suszarki ani prostownicy. Po ponad pół roku takiej pielęgnacji mogę śmiało stwierdzić, że nigdy nie miałam takich ładnych włosów jak teraz:)

4. Szampon i odżywka cedrowa z Planety Organika

Te dwa cuda robią na moich włosach efet łał! Z natury ma włosy bardzo wysokoporowate (po umyciu, wyglądam jakby ktoś mnie poraził prądem, puch i siano). Ten duecik ujarzmia towarzystwo znakomicie. Włosy są gładkie i błyszczące. Kosztują niewiele-13 zł za butelkę, a działają cuda.

5. Tangle Teezer

Wspomniana wyżej magiczna szczota. Wygładza, rozczesuje moje kudły, a do tego nie ciągnie. Ujarzmiam nią Lili kołtuny po spaniu. Mam zamiar jej kupić wersję dla dzieci. Swoją dostałam od przyjaciółki z UK, ale można ją też kupić w PL. Uważajcie tylko na chińskie podróby na alledrogo ( nie mają numeru seryjnego w środku).

6. Płyn Facelle

Wiele razy przechodziłam obok niego w Rossmannie. Dopiero jak wyczytałam u Sroki, że to takie cudo, to dopiero zakupiłam. Używam do wytworzenia przyjemnej pianki w wannie, do mycia, jako płyn do mycia rąk. Ma świetny skład (nie zawiera wysuszającego mydła) i kosztuje 3 i pół złotego (Laktacyd może się schować). Wszyscy w mojej rodzinie go używają:)

7. Maska aloesowa Natur Vital

Kosztuje ok 21 zł w Drogerii Natura. Zazwyczaj używam jej po olejowaniu na noc na pół godziny na zwilżone lekko włosy. Zakładam worek foliowy, ręcznik i pół godzinki trzymam. Zmywam normalnie. Włosy jedwabiste ( tu można wstawić słowo na z…).

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

O bag, bag O

Padła prośba żeby fotki torby poczynić. Mnie dwa razy nie trzeba prosić. Fotki na tzw. spontanie. Pozy szafiarskie na 3 z minusem wybaczcie.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Hity 2013 roku u Liliija

Już jesteśmy w domu i wracamy do blogowania. Dziś pokażę i opiszę Wam rzeczy dla ciała i ducha, które u nas rządziły w 2013 roku. Może o niektórych nie mieliście pojęcia? A inne kompletnie nie przypadły Wam do gustu? Kolejność przypadkowa.

1. Bidon Skip Hop Pszczółka

O ten to u nas w użyciu non stop. Nawet ja czasem z niego podpijam jak jesteśmy na mieście (odkręcam butelkę i walę z gwinta;). W maju wprowadziłam Lilce bidon. Wcześniej nosiłam ze sobą Doidy cup. Jednak bidon jest o wiele wygodniejszy. Zanim trafiłam na ideał miałam dwa inne: Tomme Tippee i Canpol. TT miał mało ergonomiczny dżinks, który przy piciu uwierał Lilkę w nos. A Canpol niemiłosiernie ciekł i zalewał wszystko w okolicy.Skip Hop rządzi. Nie cieknie, jest ładny, ma drugą rurkę na zmianę, łatwo rozłożyć go na części pierwsze i umyć. Jednym słowem mercedes wśród bidonów.

2. Bugaboo Cameleon

Dłuższa opinia jest planowana w formie postu. A po krótce… Od marca używany jako spacerówka. Wózek cudo. Ma tylko jedną wadę. Nie składa się w całości (tylko w dwóch częściach). Mam kilka gadżetów do niego: uchwyt na kubek, mufkę na zimę Teutonia, budkę off-white i pokrowiec na siedzisko w tymże kolorze. Uwielbiam bboo całym sercem, co i tak nie powstrzymało mnie przed kupnem małej spaceróweczki;) Jakby kto pytał to mamy Nuna Pepp w kolorze Bisquit.

Tak się prezentuje teraz nasza flota:

                            Polej (‚) 🙁

3. Tula – nosidło ergonomiczne

Uzupełnienie naszej floty. Nie nosimy w nim bardzo często, ale w najbardziej trudnych sytuacjach ratuje życie. Polecam szczególnie na wyjazdy. Myślę, że wiosną już zrezygnujemy z wózka i na spacery będziemy brać tylko Tulę.

4. Katarek – aspirator do nosa

Będąc w ciąży jakby ktoś mi powiedział, że to najlepszy sprzęt do czyszczenia nosa. Wyśmiałam go prosto w twarz. Jak to odkurzaczem?!?! Do tak małego noska?! Never i wywyliłam kasę na Fridę. Przy pierwszym katarze wywaliłam też Fridę. Ania, mama Mili powiedziała mi, że nie ma się czego bać. Ten potworny Katarek wyrównuje ciśnienie i nie wysysa mózgu (moja podstawowa obawa). Teraz nie używam niczego innego. Ba, nawet żałuję, że nie mam bardziej dizajnerskiego odkurzacza, bo przy 2-tygodniowym katarze stał się meblem w naszym domu. Także polecam:)

5. Paputki Sweet baby

Odkryte dzięki Oldze. Mamy model Pocahontas. Prześwietne obuwie dla maluchów. Wcześniej miałam podobne Inch blue, ale niestety były o wiele gorsze i do tego dwa razy droższe. Lila śmiga w nich non stop, a ja cieszę oko. Już zacieramy łapki na następne 2 pary (jedne domowe i drugie do przedszkola).

6. Jacek Hugo – Bader „Biała gorączka”

Książka, której nie mogłam przestać czytać. Serio. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

7. Bron|Broen – Most nad Sundem

Duńsko-szwedzki serial kryminalny, który zmroził mnie i D. parokrotnie. Świetnie zrobiony, ogląda się znakomicie. Dzięki Ola za polecenie! Dodatkowo moje zaciekawienie wzbudza główna aktorka, która gra policjantkę z Zespołem Aspergera (dobra jest!).

8.Clarins, Doux Exfoliant Lotion de Clarté [Gentle Exfoliator Brightening Toner] (Łagodny peeling rozświetlający)

Kosmetyczne odkrycie roku. Po miesiącu używania mam cerę jak po kilku mikrodermabrazjach. Nawet zmniejszył zmarszczki mimiczne (skubany!).

9. Kocyk bambusowy Aden+Anais

Używaliśmy go całe lato i jesień prawie do wszystkiego. Przez to, że jest bambusowy to  jak jest gorąco to chłodzi o dwa stopnie, a jak jest zimno- ogrzewa. No inteligentny kawałek szmatki. Do tego przemiły w dotyku. Cały czas w pobliżu. Podczas upałów pełnił nawet funkcję budki.

10. O bag

Torba, która wzbudza sensacje. Szał! Na ulicy zaczepiały mnie dziewczyny żeby zapytać o firmę. Mam kolor skalisty i do tego uchwyty sznurkowe jasne i czarne. Mieści się do niej wszystko, co matka potrzebuje. Mało tego! Pasuje gabarytowo do kosza w Cameleonie, a w Nunie bez problemu da się ją zawiesić na ramie wózka. Stworzona dla mnie:)

A Wy jakie miałyście hity???

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

(Wy)jazdy świąteczne

Przedwczoraj powróciliśmy dopiero z naszych wojaży świąteczno-noworocznych. Uwielbiam święta. Jako, że mieszkamy daleko od rodziny te nasze wyjazdy są prawdziwą eskapadą. Łącznie z dopychaniem kolanem walizki i układaniem w bagażniku wszystkich bobogratów na styk.

Jak już dojechaliśmy na południe szczęściu nie było końca. Lili z babcią i dziadkiem dogaduje się świetnie, a my mogliśmy się wybrać (sami!) na zakupy.

Eh już nie pamiętam, że zakupy można zrobić w spokoju i bez nerwów (nawet w okresie przedświątecznym).Tuż po świętach ruszyliśmy do naszych znajomych. Tam to dopiero się działo. Znajomi mają dwie córeczki w podobnym wieku. Dziewczynki dogadują się świetnie. Ze wzruszeniem przeglądam fotki z tego czasu. Na szczęście to jeszcze nie koniec tej wspaniałej atmosfery.

Jutro ruszamy na wschód na drugie święta, a prezenty dostarczy Dziadek Mróz.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

(Nie) samodzielność

Jestem typem obserwatora. Lubię patrzeć na ludzi, ich zachowania, reakcje na daną sytuację. A najbardziej lubię obserwować dzieci (pewnie też z racji zawodu). A dlaczego? Bo najczęściej dzieci mają tak niesamowite pomysły, że dorosły nigdy by na to nie wpadł. Mogę siebie spokojnie nazwać matką -obserwatorem. Jak widzę, że Lili nie może sobie z czymś poradzić najczęściej nie robię nic tylko patrzę. Pewnie zapytacie: „Jak to nic?” No nic nie robię. Siedzę, stoję, leżę i patrzę jak wybrnie z danej sytuacji.

Co więcej sprawia mi to ogromną frajdę, bo wiem, że Lili myśli, kombinuje, sprawdza… No właśnie.

Problem pobudza do myślenia.

Jest rozwojowy. Staram się nie robić nic za nią, co jest na jej poziomie. Chyba, że jest zagrożenie zdrowia, wtedy oczywiście interweniuję. Jak pisała Maria Montessori: „Pomóż mi to zrobić samemu”. Dokładnie to jest moja maksyma w wychowywaniu Lilki. Jeżeli prosi mnie o pomoc, robię to w jak najmniej inwazyjny sposób. Chcę żeby była samodzielna. Bardzo jej ufam. Daję do zabawy małe przedmioty, bo wiem, że nie weźmie do buzi. Pozwalam chodzić po schodach. Kiedy gdzieś sama się wdrapie nie ściągam jej, bo wiem, że skoro sama tam weszła to będzie umiała też zejść. Owszem boję się o nią, ale w granicach rozsądku. Dlaczego to piszę? Bo niestety coraz więcej dzieci jest tylko marionetkami w rękach rodziców. 

Przerażają mnie dzieci, które są we wszystkim wyręczane.

Pozwolę sobie przytoczyć przykłady z otoczenia, że np. 7,5 letnie dziecko nie umie posłodzić picia (o szkodliwym wpływie cukru nie będę się rozpisywać;). Jest to nie do pomyślenia. Dzieci karmione do 10-11 roku życia przez rodziców. Przykładów znam mnóstwo. Dlaczego rodzice nie mają zaufania do swoich dzieci???Jak sama przypominam moje dzieciństwo pamiętam, że mama miała do mnie ogromne zaufanie. Wiedziała, że nie zrobię niczego głupiego, zagrażającego życiu. Od małego powierzała mi mnóstwo obowiązków. Kiedy byłam w 1 klasie podstawówki wysyłała mnie z pieniędzmi do sklepu po zakupy lub rok później żebym zapłaciła rachunki. Jak teraz o tym myślę, to rzeczywiście pozwalała mi na dużo.

Wyrosłam na bardzo samodzielną osobę. Dwukrotnie byłam sama za granicą. Nie boję się ludzi i świata. Ostatnio zapytałam mamę czy się nie bała puszczać mnie w tzw. samopas. Odpowiedziała, że bała się bardzo, ale cały czas sobie powtarzała sobie, że wychowuje mnie nie dla siebie, tylko dla świata. Tak samo chcę wychować Lilę, jak moja mama wychowała mnie. Mam nadzieję, że wystarczy mi wiary i cierpliwości w nią i jej naturalne instynkty.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Co, gdzie, jak w Warszawie – Cud Miód Malina

O tym miejscu dowiedziałam się od mojej koleżanki Zuzy. Chodzimy tam bardzo często. Uważam, że jest to jedno z lepszych miejsc dla malutkich dzieci. W wielu knajpach dla dzieci kącik dla niemowląt jest tzw. prowizorką. Cud Miód Malina  taka nie jest. A dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Właścicielka ma małe dziecko i doskonale wie, czego takim szkrabom trzeba. Czyli jest miękki dywan, leżaczek (chociaż nie przepadam – jak ktoś nie czytał Leżaczek bujaczek), zabawki dla niemowląt.

Do tego jest pyszne i tanie jedzenie. Pani za barem tak zmodyfikuje Ci danie, że nawet alergik zje. Aniu, dobre były naleśniki z kozim mlekiem? O przewijakach nie wspominam, bo to oczywistość. Kto nie był niech się wybierze. A no i ma coś czego nie ma Pompon. Tłoku.

Fot dużo. Wybaczcie…

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

qchnia Brio

No i jest nasz prezent mikołajkowy. Ekhmmm, tzn. Lilu Mikołaj to wyprodukował daleko w Laponii (prawie się zgadza kierunek fabryki Brio). Na pierwszy rzut oka jest świetna. Wykonana bardzo starannie, drewno świetnej jakości (jak to Brio). Jak tylko ją dostała to wpakowała prosiaka do piekarnika. Hahaha, moja kucharka. No i będzie wieprzowina na obiad.

Myślę, że to świetny prezent, bo można dokupować do niego rożne rzeczy: garnki, warzywa, fartuszek. Do tego jest lekka. Docelowo będzie stała w kuchni, a teraz żeby jeszcze mogła się nią nacieszyć stoi w salonie. Enjoy!

A jak tam u Was prezentowo?

p.s. Dodam jeszcze, że mnie Mikołaj nie pominął i sprawił mi kurs fotografii:) Kocham Mikołaja!

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Cookie monster

  • DOM
  •  komentarze [31]

Pewnie myśleliście, że poprzedni wpis o zdolnościach kulinarnych Lili to było czcze gadanie (a raczej pisanie). Ha! O to dowód! Lili zrobiła ciacha, no a ja jej tylko troszkę pomogłam.

Zdradzę Wam też pewien sekret… W naszej rodzinie jest jeden Ciasteczkowy potwór… Dlatego często i gęsto coś słodkiego gości na naszym stole. Najczęściej są to zdrowe słodycze bez cukru, a czasami z niewielkim dodatkiem brązowego. Jedne z ulubionych to ciasteczka owsiane z bloga jadłonomia.com

A tak serio Lili zjadła 2 kęsy i wyrzuciła ciastko, bo nie przepada za słodkim. Za to ja jestem tytułowym potworem. Pozdrawiam, znad korzennej herbaty i ostatniego owsianego ciasteczka:)

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

No i my na fejsie

  • DOM
  •  komentarze [3]

Zapraszamy! strona nebule na Facebook! Tadą!

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Ostatnie pomruki jesieni

We wtorek ma spaść śnieg. Dramat! Już widzę Lilkę przewracającą się w brudnym śniegu. Jak my wytrzymamy do wiosny?!?!? Tymczasem oglądałam dziś sanki, bo musimy jakoś rę zimę oswoić. 

Zamieszczam nasze foty spacerowe żeby może jakoś odstraszyć ten chłód.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

100 tysięcy

W końcu dobiliśmy do magicznych 100 tysięcy wyświetleń. Bardzo nam miło, że do nas zaglądacie. Dołączam filmik, na którym Lili robi szoł. I tak co kolacje mam 100 tysięcy uśmiechów, śmiechów, chichotów i rechotów.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Co, gdzie, jak z dzieckiem w Warszawie – Pompon

Jest w wawie kilka miejsc, które lubimy i często odwiedzamy. Fajnie, że niektóre mają udogodnienia dla maluchów. Jednym z naszych top of the top jest Pompon. Napiszę o nim kilka słów. Znajduje się na warszawskiej Woli. Urządzony z ogromnym smakiem. Po pierwsze wystrój. Jest rewelacyjny. Piękne obrazki na ścianach, na które miło się patrzy. Po drugie przepyszne jedzenie. Tamtejsza kuchnia bardzo nam smakuje, bo D. znajdzie tam bardzo pikantne curry, a ja dla nas pyszny rosół i gnocchi. Na deser beza Pavlova. No niebo w gębie. Dla starszych dzieci są nawet lizaki z ksylitolem. Wszystko przemyślane, świeże, kolorowe i przede wszystkim smaczne. 

Trzecia sprawa, sala zabaw. Wyposażona w niebanalne w większości drewniane zabawki (raczej nie znajdziemy tam fiszer prajsa). Wielki plus za zabawki sensoryczne! Dla mamy – terapeutki aż się gęba uśmiechała jak pierwszy raz tam weszła. Huśtawka no podwiesiach, rewelacja! Drewniane zjeżdżalnie również cieszą oko. Dla dzieci niechodzących jest „zagródka” przy stolikach wyposażona w zabawki i tablice sensoryczne. O krzesełkach do jedzenia i przewijakach nawet nie będę pisać, bo to oczywistość. W łazience jest nawet zwykła suszarka jakby dziecko się oblało. Każdy znajdzie coś dla siebie: dla starszych dzieci jest nawet ps3 i Wii.

Dla mamy jest  miniSpa. A dla całej rodziny jest sklepik z ładnymi zabawkami i książkami (tam zakupiliśmy naszą Czereśniową i macaliśmy zabawki B.toys, które powaliły nas na kolana). Jedyny minus jest taki, że nie tylko my kochamy Pompona. Zazwyczaj są tam tłumy i nie dość, że nie ma gdzie zaparkować to w środku jest bardzo gęsto. A tu foty z naszych wypraw pomponiastych:

Mila&Zygi:)

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Lili u Mili

Wczoraj byliśmy u Mili, Ani, Roberta, Kicioliny i Miszelki na imprezie. Towarzystwo było doborowe:) 10-cioro dzieci i prawie dwa razy tyle dorosłych. Jedzenie w stylu włoskim bardzo przypadło nam do gustu (krewetki z grilla mistrzostwo!!!).

Bawiliśmy się wyśmienicie. Dziękujemy za zaproszenie:).

le były pyszności! Zeżarłabym jeszcze grzaneczkę z grillowaną cukinią, suszonym pomidorem, serem kozim i rukolą:)

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Nasze randez vous z BeeLWu (BLW)

  • BLW
  •  komentarze [17]

Od dawna wiedziałam, że właśnie tą metodą będziemy rozszerzać dietę. Dlaczego? Otóż, wydaje mi się najbardziej naturalna, stosunkowo tania i prosta. Zaczęłam od przeczytania książki Gill Rapley „Bobas lubi wybór”. Zabierając się za lekturę już wiedziałam na czym to polega, natomiast chciałam uniknąć błędów. Naprawdę  polecam tę lekturę osobom, które się zastanawiają w jaki sposób rozszerzać dietę. Zaczęłam od zakupu odpowiednich gadżetów. Pierwszy must have: krzesło Antilop z Ikei. Łatwo się myje, szybko składa i tanie jak barszcz. Kupiliśmy dwa. Jedno jest u nas, drugie u babci. Często też je zabieramy jak jedziemy „w gości”. Lilka je bez tacki, na stole. Druga rzecz: 2 śliniaki z rękawami i gumką na mankietach. Te ikeowskie nie dały rady, bo jedzenie wpadało do rękawa. Jak będziecie zainteresowani wyszukam jakiś link i wrzucę. Co jeszcze? Kubek doidy – kolejny gadżet. Kosztuje swoje, ale warto. Polecam szczególnie dzieciom nie butelkowym. 

No i tyle. Żadne miski, łyżki sztućce nie są potrzebne.Pewnie zapytacie czy się bałam. Bałam się maksymalnie. Przy pierwszych gryzach ja sama gryzłam paznokcie z nerwów. A czego? No jak to czego? Zadławienia! (ten kto zna metodę ten będzie wiedział, że zakrztuszenie to nic poważnego). Jak się chwilę później okazało zupełnie niepotrzebnie. Lila sobie bardzo dobrze radziła.

Kiedy zacząć?

Wtedy jak dziecko samo siedzi. Lila siedziała sama jak miała 6 miesięcy (czyli proponowany wiek do zaczęcia BLW przez autorki). Natomiast usiadła sama z czworaków jak miała 7. Przez pierwszy miesiąc nie sadzałam jej w krzesełku tylko u mnie na kolanach. Jak tylko sama usiadła to przesadziłam ją do Antylopki.

Zapytacie pewnie co takiego dawałam jej na początku. Popełniłam duży błąd i zaczęłam od marchewki. Pierwsza myśl jaka przychodzi o jedzeniu dla 6-miesięcznego berbecia to oczywiście marchew. Nic bardziej mylnego. Marchew ugotowana/ugotowana na parze jest sprężysta i może spowodować wyżej wymienione zadławienie. Dlatego nie polecam takich rarytasów na początek. Zdecydowanie lepsze są brokuły. Jak zaczynałyśmy był marzec, czyli martwy okres na warzywa/owoce. Dlatego kombinowałam jak mogłam. Sporo miałam rzeczy pomrożonych np. dynię. Miałam też ziemniaki, marchew i pietruszkę uprawianą bez nawozów. Później przyszła wiosna i okres na warzywa. Przez cały okres naszego blw podawałam owoce sezonowe, najczęściej od rodziny.

Teraz Lila ma 13 miesięcy i je dosłownie wszystko. Czasem ma większy apetyt, czasem mniejszy, ale widzę, że ta metoda przyniosła świetne efekty. Powoli zaczyna jeść sztućcami, na podłodze jest coraz mniej jedzenia, a ona naturalnie odstawia się od piersi (obecnie je raz w dzień i 2 razy w nocy). 

Kubek

Aha, jeszcze słowo o Doidy cup. Zaczęła pić z tego kubaska jak miała sześć miesięcy. Na początku sama go trzymałam i powolutku przechylałam. Teraz Lila sama to robi. Świetny widok. 

Co do zadławień… Nigdy nie było sytuacji, że musiałam interweniować. Lila sobie sama radziła z odkrztuszaniem. Czyli nie taki wilk straszny… 

Nasz przykładowy dzienny jadłospis:

  • śniadanie – owsianka z mielonym siemieniem lnianym na wodzie z rodzynkami, morelami lub daktylami
  • 2 śniadanie- owoce
  • obiad – dziś był pieczony łosoś z pieczonymi ziemniakami i brokułami
  • na deser domowe ciastka owsiane
  • podwieczorek – owoce
  • kolacja – ryż z jabłkami i cynamonem

 

 

 
 
 
 
 
 
 
Na Węgrzech były też piąstki i paluszki 😉
 

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Liliija & olga i okolice & o tymonie

No w końcu udało się przenieść w real nasze pogaduchy.

Miejsce: Podlasie

Czas: ubiegły weekend

Obecni(w porządu alfabatycznym): liliija z familą, olgaiokolice z familią, otymonie z familią W ciągu dwóch dni spotkałyśmy się dwa razy. To znaczy, że w sobotę nie było drętwo;) Haha

Reportaż oddaje w pełni klimat tych dwóch mitingów.

Fot jest sporo, wybaczcie;)

 Chyba zaiskrzyło? Nie, Brunio uśmiecha się do Lili…ciastka

P.S. Mamy nadzieję, że ciąg dalszy swatów nastąpi;)

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Figa z makiem

Kiedy zbliżały się Lili pierwsze urodziny zaczęłam myśleć co by tu jej kupić/zrobić na prezent od nas. Niektórzy kupują zabawki, pojazdy, naszyjniki z brylantami, a nawet zakładają konto w banku.

A my poszliśmy w innym kierunku. Znajoma mojego D. jest znaną malarką. Kiedy pokazał mi jej obrazy zaniemówiłam z wrażenia. Są takie realne, świeże, kolorowe, jak zdjęcia. Nie znam się na sztuce, ale jak coś mi się spodoba to koniec.

Postanowiliśmy córce na rok zamówić dzieło. Dzieło sztuki. Troszkę musieliśmy poczekać i jest. Jak otwierałam paczkę to aż wstrzymałam oddech. Jest piękny. W realu robi jeszcze większe wrażenie. Myślę, że Lila będzie miała świetną pamiątkę. Jeżeli bylibyście zainteresowani to Paulina maluje obrazy też na zamówienie.

Oto „Figa z makiem” by Paulina Steliga:

 

 

 

A tu obraz, który podoba mi się barrrrrrdzo:

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

26.09.2012 r.

Jest godzina 5 w nocy (dla mnie to nie jest rano), jest jeden dzień po planowanym terminie. Budzi mnie lekkie pobolewanie brzucha. Wczoraj zjadłam na kolację dużo (dużo za dużo) sushi. Stwierdziliśmy z D., że to pewnie jedne z ostatnich wyjść do restauracji w najbliższym czasie, więc trzeba to wykorzystać.

Preludium

Idę do toalety i tak sobie myślę, że jednak przesadziłam z ilością sushi. Wracam do łóżka i nie mogę zasnąć. Leżę i czuję, że brzuch mnie nadal pobolewa. Zamykam oczy i myślę… A może to dlatego, że wzięłam się za porządkowanie łazienki wczoraj i coś sobie naciągnęłam. Wyszorowałam nawet fugi szczoteczką.

Dopiero po jakimś czasie do mnie dociera, że ból pojawia się i znika.”Hmm może to skurcze?” -pomyślałam. W ajpodzie mam aplikację do pomiarów częstotliwości. Człapie (dosłownie) po niego do salonu. Odpalam i zaczynam być lekko przerażona. Ból pojawia się co 5 min i trwa 30 s. O kurczę!!! Ja chyba zaczynam rodzić.

Akt I

Postanowiłam za mocno się nie emocjonować, bo bardzo bym była rozczarowana gdyby się okazało, że to nie to. Dzwonię do mojej położnej Joanny Radomskiej i informuję, że coś się dzieje, ale nie wiem czy to poród. Pani Joanna spokojnie pyta o szczegóły, a ja spokojnie (o dziwo!) mówię: Co 4-5 min skurcz 30 s. Położna radzi mi wziąć kąpiel i zadzwonić za pół godziny. Wchodzę do wanny, nalewam wodę, jestem w stanie euforycznym (tak, to dobre słowo). Barrrrdzo się cieszę.

Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Nie wiem już czy myję się szamponem czy żelem. Jest mi to obojętne. Nie mogę się CIEBIE doczekać i tak bardzo chcę żeby to wszystko się nie cofnęło.

Nadal czuję lekkie pobolewanie brzucha. Mierzę: co 3 min 30 sek. Myślę sobie, że to chyba często . Dzwonię do położnej. Ona mówi, że się zaczęło. Jeżeli byłby to fałszywy alarm to po kąpieli wszystkie objawy by ustąpiły. Cieszę się niezmiernie, że to już. Jednak Pani Joanna ma dla mnie złą wiadomość. W szpitalu nie ma miejsc.

Akt II

Jako, że mamy bardzo blisko postanawiamy przeczekać w domu. Położna daje kilka wskazówek jak spędzić ten czas. Idę do kuchni jem śniadanie. Robię kanapki do szpitala dla D. Pamiętam tą sytuację jakby to było wczoraj. Stoję w kuchni, robię kanapki. Wstaje D. Ja mówię: „Zaczęło się”. On zaspany: „Ale co?” Ja: ” No jak to co?! Poród” a On: „I Ty tak spokojnie kanapki robisz?”.

Haha, no a co mam robić? Dopakowaliśmy torby, siedzimy w salonie. Ja się bujam na piłce D. siedzi na kanapie. Czekamy na tel. od Pani Joanny. Dzwoni i mówi, że o 9.20 mamy się spotkać w szpitalu. Zbieramy 4 torby i idziemy do auta. Ja już mam takie skurcze, że jak idę to muszę się na chwilkę przytrzymać. Na przejściu dla pieszych też:) Przyjeżdżamy do szpitala. Pani Joanna mnie bada mnie i mówi, że jest super! 5-6 cm. Myślę spoko, jak tak będzie to w ogóle bomba. Jest tylko jeden problem. Nadal nie ma wolnej sali. jesteśmy na IP. Pani Joanna idzie na górę sprawdzić jak sytuacja z obłożeniem porodówek.

Wraca i mówi, że za 15 min  jedna będzie wolna. Myślę uffff, ulżyło mi. Idę na ktg. W końcu rysują się skurcze (a można nawet powiedzieć, że to były już skurczybyki). W pokoju pielęgniarek 3 kobiety też pod aparaturą. Każda po terminie. Patrzą na mnie z zazdrością. Ja siedzę i się uśmiecham. To już dziś! Dziś CIĘ zobaczę, dziś CIĘ przytulę, dziś już będziesz z nami.

Akt III

Przychodzi Pani Joanna i pytam ją co z ewentualnym zzo. Ona mówi do mnie tak: „Pani Aniu, jeżeli Pani stoi sobie tutaj ze mną i sobie gadamy, śmiejemy się to Pani nie jest w ogóle potrzebne znieczulenie.” Ja w szoku, ale dodało mi to takiego powera, że dam radę. Na IP jest bardzo gorąco, mimo tego, że jest koniec września jest upał, a do tego tłok. Przenosimy się do nocnego garażu dla karetek. Jest tam spokojnie, cicho i chłodno. Jemy kanapki, gadamy.

Pani Joanna przychodzi i mówi, że ma złe wieści. Przyjechała ciężarna z bardzo wysokim ciśnieniem i poszła do tej mojej sali. Musimy jeszcze czekać. Położna robi co może. My siedzimy dalej i czekamy. Do nikogo nie dzwonimy, nie piszemy. Nie chcemy żeby się denerwowali. Skurcze już dość mocno bolą. Dzwoni mój tel. Patrzę „Mami”. „Ale ma intuicję”- myślę. Odbieram i spokojnym tonem mówię, że rodzę. Niech się modli i się odezwiemy później. Za bardzo nie pamiętam,  co do mnie mówiła.

Le grand finale

W końcu położna przybiegła z góry z informacją, że zwolniła się sala. Jedziemy na górę. Wchodzimy „Prawie jak w Marriocie”- myślę sobie:) Sprzątaczki porządkują po poprzedniej pacjentce. Jest godzina 11.30. 8cm. Tak od 8cm do 10 nie bardzo pamiętam co się działo.

Pamiętam tylko, że ciągle tylko myślałam o tym, że już za chwilę się spotkamy. D. mnie wachlował, bo było mi duszno. Po jakimś czasie Pani Joanna mówi, że to już czas, Lilka zaraz się urodzi. W radio leci Gangam style. Pani Joanna mówi: „Jest główka”.  D. krzyczy ” Tylko nie na Gangam style”. Za późno. Jest godzina 13.55. Lila jest z nami. Ma 57 cm i waży 3800 kg. Leży u mnie na brzuchu. Kocham ją.

Kocham ją całym sercem od 19.01.2012r. /wtedy zrobiłam test/. Minął rok. A wszystkie te wydarzenia pamiętam jakby to było wczoraj. Cały ten dzień czułam się jakbym była na haju. Ale teraz już wiem, że to były hormony. Hormony szczęścia. Szczęście które trwa i będzie trwało już zawsze. Tak się zmieniałaś przez te wszystkie miesiące:

1 miesiąc

2 miesiąc

3 miesiąc

4 miesiąc

5 miesiąc

6 miesiąc

 7 miesiąc

 8 miesiąc

 9 miesiąc

 10 miesiąc

 11 miesiąc

12 miesiąc

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Kropka w kropkę

Każdy mówi, że Lili to cały Tata. Trochę mi przykro z tego powodu. Często szukam między nami podobieństw. Na dzień dzisiejszy widzę tylko, że Lili ma moje usta iii charakter, albo tzw. „charakterek”. Oj u mnie dziewczyna postawić na swoim:)

Dokopałam się do naszych zdjęć z dzieciństwa. Może chociaż wtedy była do mnie podobna? 

Na tym zdjęciu jesteśmy w podobnym wieku. I to tyle z podobieństw…

Ale za to jak sie dokopałam do zdjęć Daniela to aż się zaśmiałam… U dziadka siedzi jak żywa moja Lila!!!

U dziadka siedzi jak żywa moja Lila!!!

 

No to zagadka rozwiązana. A miała być uroda po mamusi, a charakter po tatusiu. A wyszło…

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Magyar

Na początku sierpnia odwiedziliśmy naszych bratanków Węgrów. Wyjazd udał się znakomicie. Lila nauczyła się tam udawać psa. Auauauauau to teraz również gołąb, no i pluszowy miś też.

 
 
 

To temperatura wody, temp powietrza była niższa o jeden stopień.

 
 

 

 
 

 

 
 

Ulubiona zabawka Lili- Giena przywieziony z Krety.

 

Platan

 

 

 

 

Baby arbuz

 

 

 
Lili Chrzestna:)
 

Żyrandol w winiarni 

 

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

I like Chopin

Pogoda sprzyja wycieczkom (tym bliższym i dalszym). W ten weekend wybraliśmy się do Żelazowej Woli. Urocze miejsce. Kto jeszcze nie był, serdecznie polecamy (szczególnie tym co robią co jakiś czas trasę PZN- WAW:).

Po spacerze i zwiedzaniu domu Chopina udaliśmy się do Polki Gesslerowej, gdzie Lila pochłonęła brokuły i kalafiora. Pani kelnerka pomyliła ją z chłopcem, bo często zwracamy się do niej per Czaruś (z racji roztaczania czaru;). Hehe i pani myślała, że to jej imię. 

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej