kontakt i współpraca
Lubimy Cię, ale trochę przeginasz.
Zaczynamy nowy cykl, bo nasza bibLILOteczka zaczyna pękać w szwach. Przedstawiam pozycję, którą kupiłam jak Lila miała 9 miesięcy. Od tamtej pory jest non stop w użyciu. „Księga dźwięków” Soledad Bravi to nic innego jak encyklopedia onomatopei.
Wiadomo nie od dziś, że dzieci zaczynają swoją przygodę z mówieniem od wyrażeń dźwiękonaśladowczych. Dlatego też tak szybko się zdecydowałam się na tę pozycję. Pierwsze „słowo” (oprócz „mama” i „tata”) brzmiało mniej więcej tak: „ałałałał’ w reakcji na pieska w tej właśnie książce. Później już poleciało ptactwo i inne czworonożne.
A co o samej książce? Świetnie wydana, piękne ilustracje i plus za humorystyczne podejście. Jedyny minus za grubość książki. Jest tak nieergonomiczna, że już po 2 tygodniach użytkowania nam się rozdarła. Nie pomogło klejenie i inne zabiegi. Jest obecnie w trzech tomach. Ale i tak ją uwielbiamy.
Jest jedna rzecz, której o mnie nie wiecie. Jestem okropną kosmetykoholiczką. Uwielbiam kremy, mazidła, kolorówkę. Śledzę nowinki i dział KWC na wizażu. Mam kilka swoich ulubionych kosmetyków, których używam ciągle, ale lubię również nowości (czasami okazują się też niewypałem). Jako, że wpis Hity 2013 r. okazał się… hitem, postanowiłam spisać Wam moją kosmetyczną listę 2013 roku.
Do Biedronki chodzę po kabanosy i płyn micelarny. Obecnie kończę 3 butelkę i chyba nigdy nie zmienię go na nic innego. Używałam pięciu innych, ale żaden nie działa takich cudów i do tego nie pustoszy kieszeni (jak np. sławna Bioderma).
Podobno ma go w swoim kuferku każdy szanujący się makijażysta świata. Mało tego ten odcień pasuje do większości typów urody. Czego chcieć więcej?! No i jedynie z dostępnością jest średnio. Czasem pojawia się na alledrogo.
Piszę ogólnie, bo odkąd zmieniłam pielęgnację moje włosy w końcu odzyskały blask. Dokładnie rok temu (w Sylwestra) zafundowałam sobie wizytę u fryzjera. Będę ją pamiętała już zawsze. Fryzjerka spaliła mi włosy i zrobiła najokropniejszy kolor ever (świński blond). Długo szukałam dla siebie ratunku. W końcu trafiłam na blogi włosomaniaczek i tam wyczytałam świetne rady. Zmieniłam pielęgnację i moje włosy w końcu nie wyglądają jak u Wodeckiego. Jak teraz pielęgnuje moje włosy? Raz w tygodniu nakładam na noc olej (na mokro), używam szamponów bez SLS, parabenów i ograniczam silikony, zabezpieczam końcówki jedwabiem (bez alko), po umyciu na głowę zakładam miękki t-shirt zamiast ręcznika, czeszę tylko Tangle Teezer, śpię z włosami spiętymi w koczek, co mycie zmieniam odżywkę i szampon, nie używam suszarki ani prostownicy. Po ponad pół roku takiej pielęgnacji mogę śmiało stwierdzić, że nigdy nie miałam takich ładnych włosów jak teraz:)
Te dwa cuda robią na moich włosach efet łał! Z natury ma włosy bardzo wysokoporowate (po umyciu, wyglądam jakby ktoś mnie poraził prądem, puch i siano). Ten duecik ujarzmia towarzystwo znakomicie. Włosy są gładkie i błyszczące. Kosztują niewiele-13 zł za butelkę, a działają cuda.
Wspomniana wyżej magiczna szczota. Wygładza, rozczesuje moje kudły, a do tego nie ciągnie. Ujarzmiam nią Lili kołtuny po spaniu. Mam zamiar jej kupić wersję dla dzieci. Swoją dostałam od przyjaciółki z UK, ale można ją też kupić w PL. Uważajcie tylko na chińskie podróby na alledrogo ( nie mają numeru seryjnego w środku).
Wiele razy przechodziłam obok niego w Rossmannie. Dopiero jak wyczytałam u Sroki, że to takie cudo, to dopiero zakupiłam. Używam do wytworzenia przyjemnej pianki w wannie, do mycia, jako płyn do mycia rąk. Ma świetny skład (nie zawiera wysuszającego mydła) i kosztuje 3 i pół złotego (Laktacyd może się schować). Wszyscy w mojej rodzinie go używają:)
Kosztuje ok 21 zł w Drogerii Natura. Zazwyczaj używam jej po olejowaniu na noc na pół godziny na zwilżone lekko włosy. Zakładam worek foliowy, ręcznik i pół godzinki trzymam. Zmywam normalnie. Włosy jedwabiste ( tu można wstawić słowo na z…).
Padła prośba żeby fotki torby poczynić. Mnie dwa razy nie trzeba prosić. Fotki na tzw. spontanie. Pozy szafiarskie na 3 z minusem wybaczcie.
Na początku było hau. Niezależnie od przedstawiciela fauny o jakiego chodziło, było stanowcze hau. Cytując litanię klasyka w temacie zwierząt występujących w Polsce – żubr, bóbr,….., łoś, lis, wilk, kuna, koń, wydra, ryjówka, zając – wszystkie w ustach Lilki robiły hau. Tak człowiek buduje swój językowy świat – wpierw generalizacja. Tu odrobinę zaburzyliśmy proces promując natrętnie świńskie chrrr chrrr. Hau bywało więc w zależności od humoru wymienne ze słodkim marszczonoskowym chrumkaniem.
Najłatwiej dziecku przyuważyć spółgłoski bilabialne, dwuwargowe – bo widzi jasno i wyraźnie gdzie powstają. Mama oraz bam pojawiły się więc jako jedne z pierwszych. Mając tyle tworzywa do dyspozycji Lilka od niechcenia stworzyła więc pełne zdanie hau bam. Ze zjadliwą premedytacją upuszczając misia na glebę gromko kwiliła hau bam! hau bam! hau bam!
Na tata trzeba było odrobinkę dłużej poczekać – dlatego że t jest zębowe, i czai się dyskretnie schowane za wargami. Co ciekawe nie wiedzieć czemu raczej od mianownika upodobała sobie wołacz. Skąd wie ta bestia że to jej tato tato tato jeszcze bardziej ściska za serce? Tu też można zaobserwować jak generalizując buduje również sobie pierwsze zasady deklinacji – bo obok prawidłowych tato i mamo – pojawiło się również babo, które w późniejszym terminie się wyprostuje przy aktualizacji deklinacyjnego oprogramowania.
Dziadzi jest na razie na tyle trudne, że jeszcze ciężko się dosłuchać czy to mianownik czy wołacz który namiętnie próbuje artykułować. Z imionami na razie ciężko, o ile Ania jest jeszcze w miarę do wypowiedzenia to kuzyn Kajetan został dość drastycznie zredukowany to swojsko-japońsko brzmiącego Kago. Inny kuzyn która został zaszczycony indywidualnym desygnatem to Mima czyli jak już każdy się domyśla Mikołaj. Może to mieć jednak związek z intensywną grudniowo-świętowo-czerwono-biało-brodatą nagonką.
Homonimy są już dopuszczalne na tym etapie – Mima to również Mała Mi z ryciny na obiadowej plastikowej porcelanie. Jete – to słowo jest ostatnim krzykiem mody. Oznacza huśtawkę, zjeżdżalnię oraz wszelkie inne ogrodowo-jordanowskie szykany. Oznacza krzesło, stołek, taboret oraz każde inne dowolne pokojowo-kuchenne cele na które nasza mała kukuczka namiętnie urządza mrożące krew w żyłach ojca wyprawy. Oznacza wreszcie partykułoprzysłówek klasyfikowany przez innych jako modulant sytuujący jeszcze.
Jest koko. Kulinarno-fizjonomiczne koko. Oznaczać może narząd wzroku lub też smakowitą kukurydzę. Na nasze szczęście są one tak dalekie że dajemy radę z kontekstu dojść o którym koko aktualnie mowa.
Apsik jest bardzo wygodne. Bardzo się to jednemu rodzicielowi (nie będę pokazywał palcem) spodobało kiedy po donośnym fartnięciu córcia z uśmiechem na twarzy zdefiniowała ten wybryk przeciw kulturze zawadiackim apsik!
Innym wyzwaniem ostatniego tygodnia było dość często powtarzane dińo. No durni rodzice. Dopiero musiała córcia na filmiku pokazać dinozaura by zrozumieli. A przecież mówi wyraźnie.Problemy się zaczynają ostatnio z filmikami. Jeszcze póki stanie wymownie machając brodą w kierunku telewizora żądając baja chrrr chrrr – to wiadomo że upomina byśmy przypadkiem nie zapomnieli o codziennej porcji świnki Peppy o 18.45.
Kiedy łapie za komputer/tablet/smartfona podśpiewując łaaaaa to ogarniają starzy że ma być Kate Perry w piosence Roar, ale i-ooo i-ooo może być frustrujące – ojciec grzecznie odpala Old McDonald by często spotkać się ze stanowczym Nie! Nie! Nie!
Zwierzęta bowiem mocno się rozbudowały. Co prawda jesteśmy już w kolejnym etapie budowy języka i przejścia od generalizacji do specjalizacji – ale idzie ona czasem w ciekawych kierunkach. Takto np. gęsie gę gę zostało zaadaptowane do użycia w przypadku wszystkiego co ma skrzydła. Gę gę robiło więc nie tylko ptactwo domowe, dzikie ale również kolorowo uskrzydlony motyl… I-ooo I-ooo wydają teraz wszystkie nieparzystokopytne czy to zebra, osioł, klacz ogier czy inny perszeron.
Parzystopalczastym pobratymcom przyporządkowała muuu. Inne zwierzęta zwyczajów których znajomość jest niezbędna do przeżycia w naszej szerokości geograficznej – wąż robi ssssssssss,małpka robi i-i, tygrys vel lew łaaa. A wracając bliżej mysz szara polna pi-pi a traktor brrrrru.Zwierzaki których odgłosów Lilcia nie potrafi zasymulować zostają wymieniane z imienia (bez nazwiska) – i tak są już w zestawie dostępne: kaka kaczka – kodil krokodyl – oraz kota. Nie kot, nie kotka tylko właśnie KOTA. (Ale czasem to też jest gramatycznie bo w końcu gdyby zapytać „kogo czego nie ma?” no to przecież właśnie poprawnie będzie kota).
Jest również bi. To o pszczole. Tylko ciężko wyczuć czy to kategoria rzeczownik tylko po angielsku? Czy raczej nieudolna jeszcze próba onomatopei bzzzzzzz? A, no i jest jeszcze aba. Jak się ją pocałuje to jest niebezpieczeństwo iż zamieni się w księcia, staram się więc córcię przed tymi abami uchronić.Spieszę się z tym wpisem bo ostatnie dni to prawdziwy wysyp – i za chwilę nie nadążę wszystkiego spamiętać. Rozumie już skubana naprawdę bardzo dużo, a to tak właśnie jest przy nauce języków – bierna baza leksykalna jest dużo zasobniejsza niż czynna. Za to proces obserwowania jak nowe słówka i reguły są aplikowane – to prawdziwa uczta którą zamierzam się rozkoszować.
Neologizmy – już nie mogę się doczekać – pierwszą jaskółkę już podaję – wszystkie okrągłe przedmioty to bam – piłka, balon i inne okrągłe szpeje – po skonsumowaniu więc pierwszej w życiu mandarynki natychmiast poprosiła o kolejną smaczną bam bam am!
Najlepsze naturalnie zostawiam na koniec. Ostatni będą piersiami. Przekleństwa i wszelkie słowa tabu przecież jakoś zawsze najprędzej wchodzą do głowy! Pupa! Wiem że to gruby kaliber. Ale Lilcia też wie. Od kiedy to wypowiedziała i zobaczyła żywiołową reakcję rodziny – ciężko będzie naszą małą showmankę tego słowa oduczyć. Za to wyjątkowo dyskretna jest ze słowem cica… jak prosi mamę o cica to nie wiedzieć czemu zawsze robi to głęboko konspiracyjnym szeptem… choć w sumie to pewnie mądre… jeszcze by tato usłyszał…
Już jesteśmy w domu i wracamy do blogowania. Dziś pokażę i opiszę Wam rzeczy dla ciała i ducha, które u nas rządziły w 2013 roku. Może o niektórych nie mieliście pojęcia? A inne kompletnie nie przypadły Wam do gustu? Kolejność przypadkowa.
O ten to u nas w użyciu non stop. Nawet ja czasem z niego podpijam jak jesteśmy na mieście (odkręcam butelkę i walę z gwinta;). W maju wprowadziłam Lilce bidon. Wcześniej nosiłam ze sobą Doidy cup. Jednak bidon jest o wiele wygodniejszy. Zanim trafiłam na ideał miałam dwa inne: Tomme Tippee i Canpol. TT miał mało ergonomiczny dżinks, który przy piciu uwierał Lilkę w nos. A Canpol niemiłosiernie ciekł i zalewał wszystko w okolicy.Skip Hop rządzi. Nie cieknie, jest ładny, ma drugą rurkę na zmianę, łatwo rozłożyć go na części pierwsze i umyć. Jednym słowem mercedes wśród bidonów.
Dłuższa opinia jest planowana w formie postu. A po krótce… Od marca używany jako spacerówka. Wózek cudo. Ma tylko jedną wadę. Nie składa się w całości (tylko w dwóch częściach). Mam kilka gadżetów do niego: uchwyt na kubek, mufkę na zimę Teutonia, budkę off-white i pokrowiec na siedzisko w tymże kolorze. Uwielbiam bboo całym sercem, co i tak nie powstrzymało mnie przed kupnem małej spaceróweczki;) Jakby kto pytał to mamy Nuna Pepp w kolorze Bisquit.
Tak się prezentuje teraz nasza flota:
Polej (‚) 🙁
Uzupełnienie naszej floty. Nie nosimy w nim bardzo często, ale w najbardziej trudnych sytuacjach ratuje życie. Polecam szczególnie na wyjazdy. Myślę, że wiosną już zrezygnujemy z wózka i na spacery będziemy brać tylko Tulę.
Będąc w ciąży jakby ktoś mi powiedział, że to najlepszy sprzęt do czyszczenia nosa. Wyśmiałam go prosto w twarz. Jak to odkurzaczem?!?! Do tak małego noska?! Never i wywyliłam kasę na Fridę. Przy pierwszym katarze wywaliłam też Fridę. Ania, mama Mili powiedziała mi, że nie ma się czego bać. Ten potworny Katarek wyrównuje ciśnienie i nie wysysa mózgu (moja podstawowa obawa). Teraz nie używam niczego innego. Ba, nawet żałuję, że nie mam bardziej dizajnerskiego odkurzacza, bo przy 2-tygodniowym katarze stał się meblem w naszym domu. Także polecam:)
Odkryte dzięki Oldze. Mamy model Pocahontas. Prześwietne obuwie dla maluchów. Wcześniej miałam podobne Inch blue, ale niestety były o wiele gorsze i do tego dwa razy droższe. Lila śmiga w nich non stop, a ja cieszę oko. Już zacieramy łapki na następne 2 pary (jedne domowe i drugie do przedszkola).
Książka, której nie mogłam przestać czytać. Serio. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Duńsko-szwedzki serial kryminalny, który zmroził mnie i D. parokrotnie. Świetnie zrobiony, ogląda się znakomicie. Dzięki Ola za polecenie! Dodatkowo moje zaciekawienie wzbudza główna aktorka, która gra policjantkę z Zespołem Aspergera (dobra jest!).
Kosmetyczne odkrycie roku. Po miesiącu używania mam cerę jak po kilku mikrodermabrazjach. Nawet zmniejszył zmarszczki mimiczne (skubany!).
Używaliśmy go całe lato i jesień prawie do wszystkiego. Przez to, że jest bambusowy to jak jest gorąco to chłodzi o dwa stopnie, a jak jest zimno- ogrzewa. No inteligentny kawałek szmatki. Do tego przemiły w dotyku. Cały czas w pobliżu. Podczas upałów pełnił nawet funkcję budki.
Torba, która wzbudza sensacje. Szał! Na ulicy zaczepiały mnie dziewczyny żeby zapytać o firmę. Mam kolor skalisty i do tego uchwyty sznurkowe jasne i czarne. Mieści się do niej wszystko, co matka potrzebuje. Mało tego! Pasuje gabarytowo do kosza w Cameleonie, a w Nunie bez problemu da się ją zawiesić na ramie wózka. Stworzona dla mnie:)
A Wy jakie miałyście hity???
Przedwczoraj powróciliśmy dopiero z naszych wojaży świąteczno-noworocznych. Uwielbiam święta. Jako, że mieszkamy daleko od rodziny te nasze wyjazdy są prawdziwą eskapadą. Łącznie z dopychaniem kolanem walizki i układaniem w bagażniku wszystkich bobogratów na styk.
Jak już dojechaliśmy na południe szczęściu nie było końca. Lili z babcią i dziadkiem dogaduje się świetnie, a my mogliśmy się wybrać (sami!) na zakupy.
Eh już nie pamiętam, że zakupy można zrobić w spokoju i bez nerwów (nawet w okresie przedświątecznym).Tuż po świętach ruszyliśmy do naszych znajomych. Tam to dopiero się działo. Znajomi mają dwie córeczki w podobnym wieku. Dziewczynki dogadują się świetnie. Ze wzruszeniem przeglądam fotki z tego czasu. Na szczęście to jeszcze nie koniec tej wspaniałej atmosfery.
Jutro ruszamy na wschód na drugie święta, a prezenty dostarczy Dziadek Mróz.
Jestem typem obserwatora. Lubię patrzeć na ludzi, ich zachowania, reakcje na daną sytuację. A najbardziej lubię obserwować dzieci (pewnie też z racji zawodu). A dlaczego? Bo najczęściej dzieci mają tak niesamowite pomysły, że dorosły nigdy by na to nie wpadł. Mogę siebie spokojnie nazwać matką -obserwatorem. Jak widzę, że Lili nie może sobie z czymś poradzić najczęściej nie robię nic tylko patrzę. Pewnie zapytacie: „Jak to nic?” No nic nie robię. Siedzę, stoję, leżę i patrzę jak wybrnie z danej sytuacji.
Co więcej sprawia mi to ogromną frajdę, bo wiem, że Lili myśli, kombinuje, sprawdza… No właśnie.
Jest rozwojowy. Staram się nie robić nic za nią, co jest na jej poziomie. Chyba, że jest zagrożenie zdrowia, wtedy oczywiście interweniuję. Jak pisała Maria Montessori: „Pomóż mi to zrobić samemu”. Dokładnie to jest moja maksyma w wychowywaniu Lilki. Jeżeli prosi mnie o pomoc, robię to w jak najmniej inwazyjny sposób. Chcę żeby była samodzielna. Bardzo jej ufam. Daję do zabawy małe przedmioty, bo wiem, że nie weźmie do buzi. Pozwalam chodzić po schodach. Kiedy gdzieś sama się wdrapie nie ściągam jej, bo wiem, że skoro sama tam weszła to będzie umiała też zejść. Owszem boję się o nią, ale w granicach rozsądku. Dlaczego to piszę? Bo niestety coraz więcej dzieci jest tylko marionetkami w rękach rodziców.
Pozwolę sobie przytoczyć przykłady z otoczenia, że np. 7,5 letnie dziecko nie umie posłodzić picia (o szkodliwym wpływie cukru nie będę się rozpisywać;). Jest to nie do pomyślenia. Dzieci karmione do 10-11 roku życia przez rodziców. Przykładów znam mnóstwo. Dlaczego rodzice nie mają zaufania do swoich dzieci???Jak sama przypominam moje dzieciństwo pamiętam, że mama miała do mnie ogromne zaufanie. Wiedziała, że nie zrobię niczego głupiego, zagrażającego życiu. Od małego powierzała mi mnóstwo obowiązków. Kiedy byłam w 1 klasie podstawówki wysyłała mnie z pieniędzmi do sklepu po zakupy lub rok później żebym zapłaciła rachunki. Jak teraz o tym myślę, to rzeczywiście pozwalała mi na dużo.
Wyrosłam na bardzo samodzielną osobę. Dwukrotnie byłam sama za granicą. Nie boję się ludzi i świata. Ostatnio zapytałam mamę czy się nie bała puszczać mnie w tzw. samopas. Odpowiedziała, że bała się bardzo, ale cały czas sobie powtarzała sobie, że wychowuje mnie nie dla siebie, tylko dla świata. Tak samo chcę wychować Lilę, jak moja mama wychowała mnie. Mam nadzieję, że wystarczy mi wiary i cierpliwości w nią i jej naturalne instynkty.
Wszystkim czytelnikom naszego bloga życzymy wesołych Świąt Bożego Narodzenia oraz samych cudów w 2014 roku.
A tu mały Mikołaj w saniach:
W niedziele miałyśmy iść na super imprezę na Mińskiej 25 (Super Kiddo), ale katar Lilki i londyńska pogoda nakazała nam zostać w naszym M. No i dopadły nas nudy. Nie pisałam Wam jeszcze o tym, że Lili nie bardzo bawi się zabawkami. Jako pedagog- matka (podobno najgorsze połączenie) bacznie ją obserwuję. Obecnie Lily ma okres sensytywny na kółka. Wszystko co okrągłe jest na topie. Tak też do sortera wpadają tylko kółka, uwielbia balony, piłki i inne okrągłe rzeczy. Na poczekaniu stworzyłam jej sorter (oczywiście kółek). Bardzo jej się podobało, a pomysł prosty. Szkoda tylko, że nie miałyśmy rolki po ręczniku papierowym. Wtedy efekt byłby jeszcze lepszy.
Drewniane kółka pochodzą z tej gry:
Dawno nie było. Już nadrabiamy…
O tym miejscu dowiedziałam się od mojej koleżanki Zuzy. Chodzimy tam bardzo często. Uważam, że jest to jedno z lepszych miejsc dla malutkich dzieci. W wielu knajpach dla dzieci kącik dla niemowląt jest tzw. prowizorką. Cud Miód Malina taka nie jest. A dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Właścicielka ma małe dziecko i doskonale wie, czego takim szkrabom trzeba. Czyli jest miękki dywan, leżaczek (chociaż nie przepadam – jak ktoś nie czytał Leżaczek bujaczek), zabawki dla niemowląt.
Do tego jest pyszne i tanie jedzenie. Pani za barem tak zmodyfikuje Ci danie, że nawet alergik zje. Aniu, dobre były naleśniki z kozim mlekiem? O przewijakach nie wspominam, bo to oczywistość. Kto nie był niech się wybierze. A no i ma coś czego nie ma Pompon. Tłoku.
Fot dużo. Wybaczcie…
No i jest nasz prezent mikołajkowy. Ekhmmm, tzn. Lilu Mikołaj to wyprodukował daleko w Laponii (prawie się zgadza kierunek fabryki Brio). Na pierwszy rzut oka jest świetna. Wykonana bardzo starannie, drewno świetnej jakości (jak to Brio). Jak tylko ją dostała to wpakowała prosiaka do piekarnika. Hahaha, moja kucharka. No i będzie wieprzowina na obiad.
Myślę, że to świetny prezent, bo można dokupować do niego rożne rzeczy: garnki, warzywa, fartuszek. Do tego jest lekka. Docelowo będzie stała w kuchni, a teraz żeby jeszcze mogła się nią nacieszyć stoi w salonie. Enjoy!
A jak tam u Was prezentowo?
p.s. Dodam jeszcze, że mnie Mikołaj nie pominął i sprawił mi kurs fotografii:) Kocham Mikołaja!
Pewnie myśleliście, że poprzedni wpis o zdolnościach kulinarnych Lili to było czcze gadanie (a raczej pisanie). Ha! O to dowód! Lili zrobiła ciacha, no a ja jej tylko troszkę pomogłam.
Zdradzę Wam też pewien sekret… W naszej rodzinie jest jeden Ciasteczkowy potwór… Dlatego często i gęsto coś słodkiego gości na naszym stole. Najczęściej są to zdrowe słodycze bez cukru, a czasami z niewielkim dodatkiem brązowego. Jedne z ulubionych to ciasteczka owsiane z bloga jadłonomia.com
A tak serio Lili zjadła 2 kęsy i wyrzuciła ciastko, bo nie przepada za słodkim. Za to ja jestem tytułowym potworem. Pozdrawiam, znad korzennej herbaty i ostatniego owsianego ciasteczka:)
No cóż mam poradzić, rośnie mi w domu mały Masterchef. Aby wspierać talent postanowiliśmy zakupić córce odpowiedni sprzęt AGD. Długo wybierałam. Kilka kryteriów musiało być spełnionych. Po pierwszy wizualny, po drugi gabarytowy ( nasze m2 już trzeszczy), po trzecie musiała być drewniana. I tyle. Kuchnia zakupiona. Zgadniecie która?
1. Ikea 2. Vilac 3.Le Toy Van 4.Brio
25.11.2013 r. o godz. 20.26 ( w Światowy Dzień Pluszowego Misia) narodził się nasz Miś.Waga: 1500 g.Wzrost: 72 cm (z uszami).Kochamy go bardzo, chociaż mamy go od wczoraj. Tata też chce takiego.A to fotki z adaptacji w domu.
Zapraszamy! strona nebule na Facebook! Tadą!
We wtorek ma spaść śnieg. Dramat! Już widzę Lilkę przewracającą się w brudnym śniegu. Jak my wytrzymamy do wiosny?!?!? Tymczasem oglądałam dziś sanki, bo musimy jakoś rę zimę oswoić.
Zamieszczam nasze foty spacerowe żeby może jakoś odstraszyć ten chłód.
W końcu dobiliśmy do magicznych 100 tysięcy wyświetleń. Bardzo nam miło, że do nas zaglądacie. Dołączam filmik, na którym Lili robi szoł. I tak co kolacje mam 100 tysięcy uśmiechów, śmiechów, chichotów i rechotów.
Jest w wawie kilka miejsc, które lubimy i często odwiedzamy. Fajnie, że niektóre mają udogodnienia dla maluchów. Jednym z naszych top of the top jest Pompon. Napiszę o nim kilka słów. Znajduje się na warszawskiej Woli. Urządzony z ogromnym smakiem. Po pierwsze wystrój. Jest rewelacyjny. Piękne obrazki na ścianach, na które miło się patrzy. Po drugie przepyszne jedzenie. Tamtejsza kuchnia bardzo nam smakuje, bo D. znajdzie tam bardzo pikantne curry, a ja dla nas pyszny rosół i gnocchi. Na deser beza Pavlova. No niebo w gębie. Dla starszych dzieci są nawet lizaki z ksylitolem. Wszystko przemyślane, świeże, kolorowe i przede wszystkim smaczne.
Trzecia sprawa, sala zabaw. Wyposażona w niebanalne w większości drewniane zabawki (raczej nie znajdziemy tam fiszer prajsa). Wielki plus za zabawki sensoryczne! Dla mamy – terapeutki aż się gęba uśmiechała jak pierwszy raz tam weszła. Huśtawka no podwiesiach, rewelacja! Drewniane zjeżdżalnie również cieszą oko. Dla dzieci niechodzących jest „zagródka” przy stolikach wyposażona w zabawki i tablice sensoryczne. O krzesełkach do jedzenia i przewijakach nawet nie będę pisać, bo to oczywistość. W łazience jest nawet zwykła suszarka jakby dziecko się oblało. Każdy znajdzie coś dla siebie: dla starszych dzieci jest nawet ps3 i Wii.
Dla mamy jest miniSpa. A dla całej rodziny jest sklepik z ładnymi zabawkami i książkami (tam zakupiliśmy naszą Czereśniową i macaliśmy zabawki B.toys, które powaliły nas na kolana). Jedyny minus jest taki, że nie tylko my kochamy Pompona. Zazwyczaj są tam tłumy i nie dość, że nie ma gdzie zaparkować to w środku jest bardzo gęsto. A tu foty z naszych wypraw pomponiastych:
Mila&Zygi:)