kontakt i współpraca
Jednym z fajniejszych zwyczajów, który przybył do Polski zza wielkiej wody jest baby shower czyli tzw. przyjęcie brzuszkowe. W Polsce nie jest aż tak popularne jak w USA, ale powoli zaczyna nabierać na znaczeniu i u nas. Pokaże wam też niżej inspiracje jaki prezent na baby shower i jakie dekoracje.
Przyjęcie organizuje się na cześć przyszłej mamy i jej nienarodzonego jeszcze dziecka. Zazwyczaj takie wydarzenie odbywa się pod koniec ciąży.
Całym przedsięwzięciem zajmują się najbliższe koleżanki przyszłej mamy. Najczęściej takie przyjęcia są dużą niespodzianką, bo główna bohaterka nie bierze udziału w przygotowaniach.
W Polsce bardziej popularne są tzw. odwiedki czyli odwiedziny tuż po porodzie. A wtedy często młoda mama i jej dziecko nie mają siły ani chęci na przyjmowanie gości. Zazwyczaj dopiero wtedy kupuje się coś dla dziecka, kiedy już wszystko jest kupione… Więc na odczepnego mamy proszą „pampersy”, bo nie mają chęci ani siły wyszukiwania potrzebnych rzeczy i robienia listy.
Myślę, że brak popularności baby shower w Polsce jest wciąż związany z zabobonami, które wciąż w naszym kraju wiodą prym.
Kiedy moje znajome chciały mi zorganizować takie przyjęcie w 9 m. ciąży podchodziłam do tego z dużym dystansem. Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi, ale to ja w naszym towarzystwie przecierałam te szlaki.
Na moim przyjęciu była deska serów oraz surowy łosoś- z tego menu „dla ciężarnej” śmiejemy się do dziś. W prezencie dostałam bardzo praktyczną wanienkę Flexi bath, która bardzo nam się później przydała.
Bardzo miło wspominam te wydarzenie, chociaż byłam do niego dość sceptycznie nastawiona i uważałam, że nie jest konieczne. Dopiero po porodzie zrozumiałam jak ciężko jest nam się spotkać w większym gronie i porozmawiać przez kilka godzin bez martwienia się, czy dziecko śpi czy też nie.
Na moim przyjęciu nie było tortów z pieluch czy konkursów. Spotkałyśmy się, dużo rozmawiałyśmy i spędziłyśmy naprawdę miły czas.
Obecnie jedna z moich przyjaciółek jest w 9m. ciąży. Także dla niej zorganizowałyśmy takie przyjęcie. Zachwyciła się:)
Już mamy wprawę w dobieraniu menu i nie pojawiła się tam żadna surowizna czy produkty niedozwolone w ciąży. Było za to mnóstwo śmiechu i dobrej zabawy. Przyszła mama dostała oczywiście kilka prezentów.
Długo myślałyśmy o prezencie idealnym, aż w końcu sama mama nam podsunęła świetny pomysł. Asia zażyczyła sobie szumiącego misia Whisbear. Przyznałam jej szczerze, że nie widziałam o istnieniu takiego wynalazku.
Jak Lilka była noworodkiem to puszczałam jej dźwięk suszarki z youtube:). Zatulona mocno w kocyk przy takich szumach uspokajała się momentalnie.
Uznałyśmy, że to będzie genialny prezent. Dołożyłyśmy jeszcze pasujący kolorystycznie otulacz. Przyjaciółka była wniebowzięta. Pierwszy miś dla jej córeczki okazał się strzałem w dziesiątkę. Taki zestaw to fajny pomysł na prezent dla przyszłej mamy.
Poniżej zdjęcia z baby shower organizowanego ponad rok temu dla przyszłej mamy chłopca. A potem reportaż z tego weekendu (przyjęcie drugiej przyjaciółki). A tak btw widzę porażającą różnicę w jakości zdjęć:)
A Wy miałyście baby shower?
Nie mam ostatnio pomysłów na śniadanie, a klasyczna owsianka już dawno nam się znudziła.
Moja przyjaciółka – Kasia z amicusdesign przekazała mi bardzo nowatorski przepis. Musiałyśmy go wypróbować! Wyszła przepyszna…
Egzotyczne smaki pobudzają zmysły od rana.
Składniki:
Do rondelka wsypujemy płatki i zalewamy je sokiem ananasowym. Mieszamy i odstawiamy na 15 minut. Jak płatki zmiękną, dodajemy pozostałe składniki i gotujemy. Co jakiś czas mieszamy. Po 10 minutach serwujemy.
Jeżeli macie jakieś ciekawe i szybkie przepisy na zdrowe śniadania napiszcie je w komentarzu:)
Dziś również prezentuję Wam 3 miejsca w stolicy, które warto odwiedzić w ten weekend:
Al. 3 Maja 2/153, 00-391 Warszawa
Podczas zajęć z muzykiem Jakubem Buchnerem dzieci będą miały okazję bawić się dźwiękami. Przewidziane jest również własnoręczne robienie instrumentów. Dla dzieci w wieku 2-4 lata.
Przepyszne włoskie jedzenie w fajnym klimacie. Na samym środku restauracji znajduje się ogromny pokój zabaw. W niedzielę jest również animatorka, która bawi się z dziećmi.p.s. Nie zamawiajcie na przystawkę foccaci- jest tak pyszna, że Lilka nie tknęła później zamówionego dania.
Jest to ostatnio moje ulubione miejsce. Można tam spędzić kilka godzin i nie zauważyć kiedy ten czas minął. Ogromny plus za naturalny plac zabaw, zero plastiku i pstrokacizny. Nie ma tam typowych huśtawek i karuzeli, ale jest mnóstwo fajnych atrakcji takich jak np. hamak lub koń parciany. Cały budynek domu kultury jest świetnie zaprojektowany.
Jak tam jestem to mam wrażenie, że jest np. w Holandii- tak modernistyczna jest ta architektura. Dla starszych dzieci jest również duża ścianka wspinaczkowa. W budynku często odbywają się ciekawe wystawy i koncerty. Warto śledzić ich kalendarz.
Na dole znajduje się kawiarnia z pyszną kawą i małymi przekąskami, które można zjeść na zewnątrz na leżakach lub wielkich schodach.
Dodatkową atrakcją są kozy… Tak, na Służewiu można pokarmić jabłkami kozy i zobaczyć ule.
Gorąco polecam!
Święta i Mikołajki coraz bliżej, a ja chciałabym Wam pokazać inspiracje na prezenty dla kobiet. Znajdziecie tutaj pomysły na sprawdzone upominki dla mamy, siostry, żony, czy partnerki.
W tym roku wspieram małe polskie firmy, którym w tym roku jest znacznie trudniej.
Pokochałam biżuterię z małych kamiennych koralików – jest niezobowiązująca i pasuje do wszystkiego.
Takie piękności możecie zamówić TUTAJ
KLIK
Jeżeli macie w swoich kręgach osoby, które mają poczucie humoru, a jednocześnie wyczucie smaku – to zabaczcie Révolte
Świece, które wspaniale pachną, a do tego mają działanie prozdrowotne.
KLIK – macie rabat na całą markę Hydro Flask
To pierwszy kubek termiczny na kawę, z którego jestem w 100 % zadowolona. Trzyma temp. nawet do 12 h i co najważniejsze nie przecieka.
KLIK – mam dla Wasz rabat na EMU
Polecam je od 3 lat – ulubione kapcie, które noszę codziennie. Ciepłe, a do tego stylowe – każdy byłby zadowolony z takiego prezentu.
KLIK – Rabat na wrotki, rolki i ochraniacze
Moje małe marzenie się spełni na Święta, bo w moim liście do Mikołaja są właśnie rolki Impala. To jeden z niewielu sportów, które uwielbiam!
Dla wszystkich miłośników układania puzzli mam takie cudo. Zajrzyjcie do tego linku KLIK i zobaczcie te cudowne ilustracje.
Jeżeli wiecie, że ktoś uwielbia pić herbatę – to zerknijcie na ten pięknye zestawy KLIK
Piękny i porządny kubek na pyszną herbatę. KLIK
Dla wszystkich miłośników pięknych rzeczy – taki piękny pokrowiec na laptop. Mieści się do plecaka lub torby typu shopper.
Dostępny TUTAJ
Dostępny w dobrej cenie TUTAJ
Mam go od roku i uważam, że tu jeden z lepszych gadżetów, jaki mam. Naprawdę mnie motywuje do ćwiczeń i pokazuje postępy. Ja mam najtańszy model i dla mnie jest wystarczający. Może bateria mogłaby dłużej trzymać (teraz jest to max 2 dni).
Świetne czapki (robione w Polsce) z bawełny organicznej lub wełny z pomponem. Idealne prezenty dla kobiet. Każda czapka ma dwie opcje noszenia: pompon jest odpinany i można go zmieniać na inne lub nosić bez.
Nigdy nie byłam przekonana do poduszek z wypełnieniem z ziaren – dopóki ich nie spróbowałam. Od miesiąca śpię na poduszce z gryką i mam wrażenie, że poprawił mi się sen – do tego budzę się bez odciśniętej poduszki na twarzy. Mam też opaskę, której używam do odpoczynku.
W nowym domu częściej palę świecę, bo lubię ten relaksujący zapach. Bardzo lubię te świeczki, bo są nienachalne i mają piekne kompozycje zapachowe.
W tamtym roku kupiłam pierwszy kalendarz z tej polskiej marki i sprawdził mi się znakomicie. W tym roku w ofercie są też minimalistyczne kalendarze ścienne i biurkowe – idealnie nadają się na prezenty.
Marka w tym roku wprowadziła nowe produkty i muszę przyznać, że to pierwsze dresy, w których wyglądam dobrze. Mam 2 bluzy i spodnie – jak to mówią: Jeżeli kupisz pasujący do Ciebie dres to chodzisz w nim non stop. Tak właśnie jest u mnie – to pierwszy zestaw, w którym mogłabym chodzić non stop. Polecam szczególnie jeżeli obdarowana osoba nie jest wysoka (spodnie leżą idealnie). Bawełna jest mięciutka i bardzo ciepła.
Coś pięknego – bielizna z wełny merino w tak kobiecym wydaniu! Ja mam bluzkę Jolene i ona naprawdę grzeje, a do tego pięknie wygląda.
Skarpetki tak energetyzujące, że nie nie trzeba kawy – kolorowe i wesołe, a do tego z dobrym składem. Są też skarpetki dla zmarźluchów – z wełny merino.
Dla wszystkich miłośników pięknych zapachów
Jeżeli znudziły się Wam zapachy typowych choinek do samochodu – mam dla Was coś ekstra! Stylowy produkt do samochodu, który dostarcza trwały i nieprzerwany zapach, niczym prawdziwe perfumy.
Od dwóch lat mam szlafrok tej marki i nadal jest w świetnym stanie. Piękny wzór i uniwersalny fason doskonale się sprawdzi na prezent.
Mam też koszulę nocną bambusową i czarny T-shirt, który jest idealny (ma spory dekolt i ścięty rękaw. Jeżeli szukacie takiego – zajrzyjcie do Yellow Meadow.
Piękna szczotka do rytuału szczotkowania – dobrze trzyma się w ręce i pięknie wygląda na półce.
Jeżeli nie wiecie, co ktoś lubi to dobrym pomysłem jest karta podarunkowa no. do Riska
To już wszystkie prezenty dla kobiet – mam nadzieję, że coś Wam wpadło w oko.
Jeśli chcecie zainspirować partnera – to inne podpowiedzi są jeszcze we wpisie: Prezenty dla niej i dla niego
A jeśli to wy chcecie coś kupić dla partnera to zobaczcie wpis z Dnia Ojca – Co jest 23 czerwca albo do wpisu Prezenty dla niego
a dla dzieci wpis już pewnie znacie? Prezenty na święta dla dzieci – hity 2020
Wg aktualnych danych z Google Analitycs najwięcej (ponad 30%- 30 000) czytelników mojego bloga jest z Warszawy. Dlatego postanowiłam rozpocząć cotygodniowy cykl „Warszawa dzieciom”.
Posty z tej serii będą się pojawiały zawsze w piątki. Moje propozycje oczywiście będą się opierały na wcześniejszych doświadczeniach. Będę polecała miejsca godne uwagi do odwiedzenia razem z dzieckiem w weekend.
Co tydzień pojawią się trzy miejsca na nebulowej mapie. Będę je wybierała tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Miejsca będę prezentować wg trzech kategorii:
1. Ruch – park, plac zabaw, wycieczka
2. Kultura – teatr, kino, muzeum, galeria
3. Jedzenie– restauracje przyjazne dzieciom
No to zaczynamy. W tym tygodniu polecam:
Odkryty przez nas zaledwie rok temu. Trzy ogromne place zabaw z jeziorem i kaczkami znajdują się w otulinie zieleni i drewna. Ten park umiejscowiony w centrum miasta, niedaleko Starego Miasta przyciąga jak magnes.
Wszystkie atrakcje są ze sobą spójne pod względem designu jak i funkcjonalności. Nie znajdziecie tam obdrapanych huśtawek i drabinek- koszmarków. Wszystko jest nowe- zrobione ze stali i drewna. Te elementy niesamowicie cieszą oko.
W samym centrum parku znajduje się wielka fontanna, gdzie można się ochłodzić w upał.
Czy można dotknąć tęczy? Tak, jak najbardziej. Podczas tego niesamowitego widowiska dzieci mają możliwość obcowania z kolorami i wodą. Dzieci czynnie uczestniczą w tworzeniu spektaklu. Nie siedzi się na drewnianych krzesłach, a na miękkich poduchach na podłodze.
Przedstawienie niesamowicie pobudza dziecięcą wyobraźnię oraz stymuluje zmysły. Więcej o spektaklu można przeczytać tutaj
Moja ulubiona restauracja zarówno na śniadanie, lunch lub obiad. Świetne wnętrze i jedzenie. Lokal jest w pełni przystosowany do potrzeb dzieci. Przy głównym pomieszczeniu znajduje się spora sala zabaw ze ścianą pomalowaną farbą tablicową.
Na samym środku znajduje się ogromna drewniana kolejka oraz zbiory ciekawych zabawek. Przemiła i bardzo wyrozumiała obsługa. Latem przed restauracją można jeść na zewnątrz i mieć oko na dziecko bawiące się w piaskownicy. Gorąco polecam sałatkę z burakiem i kozim serem:)
Szpital. Minęły dwie doby po urodzeniu Lilki. Wchodzą po kolei – 3, 4 osoby. Oglądają mnie, moje dziecko trochę dłużej niż koleżanki pierworodnego z łóżka obok. Ona urodziła 7 h po mnie, ona już się pakuje do domu. Mąż z fotelikiem już czeka na zielonym korytarzu za ścianą.
Mój też czeka, bardzo podenerwowany, bo wciąż nie umie wypinać Maxi cosi z bazy. Obchód lekarski wychodzi, a wchodzą mężowie. Koleżanka obok w euforii wykrzykuje „Pakujemy manatki, zaraz wychodzimy”.
Hormony, zmęczenie, nawał – wszystko na raz. Mąż z przerażeniem pyta, co się stało. Ja z drżącą brodą próbuję z siebie wydusić: „Żółtaczka, my nie wychodzimy”.
Przez łzy ciągle powtarzam: „Przecież ona w ogóle nie jest żółta”. Za chwilę pielęgniarka przynosi łóżeczko do fototerapii, każe rozebrać dziecko. Zakłada jej gogle lotnika i kładzie golutką na ciepłym kawałku plastiku podłączonym do prądu.
Koleżanka obok już ubiera pierworodnego w polarowy kombinezonik, a ja obok ryczę jak patrzę na moje maleńkie dzieciątko leżące na tym czymś. Ma na tym przebywać cały czas. Możemy co 3 h ją zdjąć i nakarmić. Przytulam jej malutkie ciałko i mówię: „Przecież ona w ogóle nie jest żółta”.
Najlepiej żeby była tam cały czas. Ja nie umiem karmić na leżąco, więc moja frustracja sięga granic. Minęła doba, a ja mam wrażenie, że to cała wieczność. Wyniki bilirubiny są wysokie. Mijają kolejne dni. Jesteśmy w szpitalu już 6 dobę. Jak śpi to słucham jej spokojnego oddechu, podczas karmienia głaszczę po malutkim policzku i mówię do męża: „Przecież ona w ogóle nie jest żółta”.
W końcu 7 dnia wychodzimy, ale pediatra ostrzega, że poziom bilirubiny jest na tyle wysoki, że musimy przyjść na kontrolę. Nic mnie już nie obchodzi – wychodzimy do domu. Mąż z wrażenia nie umie jednak wypiąć fotelika z bazy. Niesie Maxi cosi razem z przypiętą bazą.
Kładę ją do łóżeczka, które stoi już skręcone od 3 miesięcy i na nią czeka. Staję na kolanach przy niej, tak aby być twarzą w twarz. Patrzę w jej granatowe oczyska i znów mówię: „Przecież ona w ogóle nie jest żółta”.
Dziś jak oglądam zdjęcia z tamtego okresu to Lilka jest na nich pomarańczowa. Jej pomarszczona skórka ma wszystkie odcienie żółci: kanarkowy, cytrynowy, słoneczny. Jak ja mogłam tego nie widzieć?
W końcu to same najlepsze geny zebrane od dwóch osobników ludzkich. Ja mam odstające uszy, mąż nie. Lilka ma najpiękniejsze przylegające do czaszki małżowiny uszne. Ja mam pełne, różowe usta, a mąż lekko widoczne kreski.
Nasze dziecko ma przepiękne usta jak płatki róży. My jako rodzice mamy również różne wyobrażenia na jej temat. Jest najmądrzejsza, najpiękniejsza i na każdą literę alfabetu jesteśmy w stanie wymyślić superlatywy na jej temat. To normalne, tak nas stworzyła matka natura, że w naszych dzieciach często nie widzimy złych cech.
Niestety często też nie widzimy, że coś się dzieje złego. Tak jak ja nie widziałam ogromnego zażółcenia skóry u mojego dziecka.
Zwróciła mi na nią uwagę czujna teściowa. Co z tego, że mam dyplomy, doświadczenie w pracy z dziećmi. Jak nasza natura potrafi nam zmienić optykę na postrzeganie naszych dzieci. Idealizujemy je żeby bardziej o niej dbać i kochać jeszcze mocniej.
To hormony i odruchy dbania o potomstwo mydlą nam oczy. Dopiero duże zaburzenia i nieprawidłowości zauważamy od razu. Nasze dzieci widzimy codziennie, nie mamy punktu odniesienia ani dobrego porównania.
Jakim szokiem była dla mnie wizyta adaptacyjna u stomatologa. Tuż po wejściu Paulina, którą kontaktowałam się tylko meilowo i mojego dziecka nie widziała na żywo mówi do mnie: „Hej, fajnie, że jesteście. Wiesz, że Twojej córce ucieka oko?” Ja oczywiście wytrzeszczyłam oczy: „Że co?” „Ucieka jej oko” „Nieeee, no gdzie?” I do końca wizyty byłam na nią wściekła.
Robiliśmy przegląd zębów, a mi tylko kłębiły się myśli „Co ona może wiedzieć” „Przecież bym zauważyła” „No bzdury totalne” „Całe dnie na nią patrzę i nic takiego nie zauważyłam”. Po powrocie do domu powiedziałam o całej sytuacji mężowi. On również popukał się w czoło i stwierdził, że nic takiego również nie zauważył.
Minął tydzień, dwa. A ja ciągle wpatrywałam się w jej niebieskie oczy. W końcu TO zauważyłam. Na zdjęciach, jak się zamyśli leciutko gałka oczna ucieka w kierunku kącika zewnętrznego.
Telefon do profesor, szybkie umawianie się na wizytę. Liczne badania, atropina zapuszczana 5 dni. Diagnoza. ZEZ. Okulary terapeutyczne. Plan leczenia. Mam do siebie ogromne pretensje, że nie zauważyłam.
Pewnie wyparłam tę informację, bo burzyła mi wizerunek mojego idealnego dziecka. Gdybyśmy zauważyli to dawno prawdopodobnie obyłoby się bez okularów. A teraz nie wiem jak będę zaklejać jej oczko na 2 godziny dziennie. Chociaż wiem, że moje dziecko jest najmądrzejsze i przecież da się jej to wytłumaczyć.
Ten post to apel. Apel do wszystkich, którzy coś widzą u koleżanki, siostry, sąsiadki dziecka. Jeżeli coś niepokojącego zauważycie delikatnie o tym powiedzcie. Na 80 % ta osoba najpierw się obrazi i będzie tę informację wypierać, ale może Wam później podziękuje.
Wraz z początkiem nowego roku, tak jak pewnie większość osobników ludzkich postanowiłam zrzucić kilka (kilkanaście) kilogramów. Zazwyczaj jednym z fundamentów tego postanowienia jest ograniczenie słodyczy.
Rzadko kto decyduje się na całkowitą eliminację cukru i jego zastępników z diety. A ja poważnie nad tym zaczęłam się zastanawiać! Moje dziecko, jak chyba każde na świecie uwielbia słodki smak. Słodyczy jako takich je mało, ale bardzo lubi miód, dżemy, a nawet leki- tylko dlatego, że są słodzone.
Uznałam, że jest to dobry moment na książkę z wydawnictwa Mamania „Bez cukru”
Autorka, Martina Fontanna w bardzo ciekawy i przystępny sposób radzi nam jak krok po kroku odciąć się od cukru. Obala w niej najbardziej popularne mity np. dzięki czekoladzie poprawiamy sobie humor.
„Niestety badacze czekolady już dawno odkryli, że to nie te substancje (takie jak serotonina, tryptofan czy fenyloetylamina) wywołują uczucie szczęścia podczas wgryzania się w czekoladowego batonika – zawarte w nim ilości są mianowicie o wiele za małe, względnie nasz organizm częściowo nie potrafi ich przyswoić.”
Jesteście rozczarowani? Bo ja byłam bardzo! A wiecie dlaczego myślimy, że czekolada polepsza humor? Bo zwyczajnie jest nam miło jak ją zjadamy. I tyle:)
Jednym z wielkich zarzutów wobec cukru jest jego uzależniające działanie. Tego nie da się ukryć – cukier działa jak narkotyk. Szczególnie widać to po dzieciach, które nie potrafią ukryć swoich żądzy i chęć zjedzenia czegoś słodkiego jest u nich niezwykle silna. Ja sama często po zjedzeniu czegoś bardzo słodkiego na drugi dzień nie czułam się najlepiej.
Mało tego, miałam wrażenie, że mam cukrowego kaca. A po zjedzeniu małej kosteczki czekolady, zawsze ma się chęć żeby sięgnąć po drugą. Dlaczego tak się dzieje? Nasz organizm dzięki napływowi tej substancji jest wprawiany w cukrowy rollercoaster – wg mnie to świetne określenie.
W kilku rozdziałach daje nam wskazówki jak pożegnać się na zawsze z cukrem. Pierwszym krokiem jest identyfikacja problemu. Ja u siebie zdiagnozowałam jedzenie słodyczy z przyzwyczajenia. Przemyślałam swoje zachowania i doszłam do wniosku, że to jest mój największy problem. Jem bardzo schematycznie i wiem, że tu leży mój problem. Kawa+ciastko, miętówka w samochodzie, słodka owsianka na śniadanie, spacer z wózkiem plus lody- to moje grzeszki. Autorka pisze o tym jak odłączyć od siebie te oczywiste dla nas połączenia. Jedno bez drugiego jest w stanie funkcjonować. To tylko w naszym mózgu powstały synapsy pomiędzy kawą, a ciastkiem.
Polecam wszystkim, którzy myślą o porzuceniu cukru na dobre.
Siad W, siad między piętami, „siad żaby” tak nazywana jest pozycja, w której dzieci lubią spędzać czas podczas zabawy na podłodze. Coraz częściej widzę, że rodzice nie zwracają na to uwagi. Czy słusznie?
Na moje pytania odpowiada Agnieszka Słoniowska- fizjoterapeuta, Terapeuta NDT-Bobath, PNF, SI, trener Shantala Special Care. Agnieszka prowadzi stronę internetową www.fizjoterapia.waw.pl
Powodów siadu W jest kilka:
Często jest to kwestia wzorca jaki daje rodzic.
Niejedna mama, do której przychodzę do domu w związku z problemem ruchowym dziecka siada na podłodze obok niego właśnie w taki sposób. Dzieci w swoim rozwoju często szukają rozwiązań ruchowych obserwując swoich opiekunów.
Najczęstszym jednak powodem jest słaba stabilizacja posturalna ciała dziecka ( osłabione napięcie mięśni brzucha, a podniesione napięcie w grzbiecie). Zazwyczaj jest to konsekwencja rozwoju dziecka w pierwszych miesiącach życia na miękkim podłożu. Jeśli dziecko jest kładzione czy sadzane stale na kanapie, łóżku, leżaku, czy poduszkach to nie ma możliwości wzbudzić odpowiedniego napięcia mięśni brzucha.
Aby wykonywać takie ćwiczenia- charakterystyczne dla prawidłowego rozwoju niemowlęcia- należy mieć pod sobą twarde podłoże.
Jeśli maluszek uczy się przetaczania czy siadania na miękkim podłożu to pracuje samymi mięśniami grzbietu – rodzice to obserwują i mówią, że dziecko się chętnie odgina.
Nierównomierna praca mięśni klatki piersiowej powoduje, że niemowlę ma trudność w utrzymaniu pozycji leżenia na boku i nie rozwija się dostatecznie umiejętność rotacji w tułowiu. Powyższe zaburzenia są powodem opóźnienia w rozwoju reakcji równoważnych.
Im lepsza równowaga w naszym ciele tym mniejszej potrzebujemy płaszczyzny podporu. Dzieci rozwijające powyższy wzorzec – odgięciowy, mając słabą równowagę, szukają sposobów na poszerzenie tej płaszczyzny w czasie stania – rozstawiając szeroko nogi i koślawiąc stopy, a w siadzie poprzez rozstawienie nóg na zewnątrz miednicy i tym samym biernie ją stabilizując.
– powodem może być również obniżone napięcie mięśniowo- więzadłowe w całym ciele. Wtedy dzieci od początku w rozwoju preferują szeroką podstawę i będąc na etapie czworaków szybko się męczą i sadzają pupę między nogi, a nie na pięty lub z boku właśnie z powodu zbyt szerokiego rozstawienia nóg.
U dzieci ze skrajnie niskim napięciem, np.u dzieci z Zespołem Downa możliwy jest taki siad nawet prosto z leżenia na brzuchu przy mocno odwiedzionych kończynach dolnych. (przez tzw. gimnastyczny „ sznurek”)
Normą jest wtedy gdy siad W jest jednym z kilu sposobów siadania przez dziecko. Niepokoić powinno rodzica każde zachowanie, w którym pojawia się ograniczenie różnorodności. Jeśli dziecko siada również „po turecku”, w siadzie bocznym na jedną i na drugą stronę oraz na piętach to nie ma czym się niepokoić.
Jeśli natomiast siad pomiędzy stopami jest dominującym sposobem utrzymywania sylwetki w zabawach przypodłogowych wtedy warto pokazać dziecko fizjoterapeucie, który odnajdzie przyczynę i pomoże zapobiec kolejnym konsekwencjom głównego problemu.
Siad W należy rozpatrywać głównie jako objaw jakiegoś innego problemu, a nie jako czynnik szkodzący sam sobie. Jeśli dziecko będzie odpowiednio stymulowane z uwzględnieniem powodu, dla którego preferuje taką pozycję preferuje to nie powinno zaszkodzić.
Niestety jeśli dziecko często siada w ten sposób to stopy nie są odpowiednio stymulowane (dotykają podłoża krawędzie, a nie podeszwa), często wręcz nasila rotację stopy do środka lub na zewnątrz- w zależności jak dziecko w siadzie układa stopy.
Utrzymywanie miednicy pomiędzy stopami wpływa również na ograniczenie rotacji w tułowiu co warunkuje rozwój obustronnej koordynacji i umiejętności przekraczania osi ciała podczas sięgania po zabawki. To z kolei ma przełożenie na sprawne działanie gałek ocznych- co później się może objawić zaburzeniami ortoptycznymi.
No i wreszcie pozycja miednicy w tym siadzie narzuca ułożenie wyżej znajdujących się elementów- kręgosłupa, obręczy barkowej i głowy. Kręgosłup przypłaci to słabymi mięśniami posturalnymi i dziecko będzie się garbić a przy nawet niewielkiej asymetrii w okresie wzmożonego wzrostu dziecko narażone będzie na skoliozę.
Ustawienie głowy zaś warunkuje rozwój aparatu żucia i mowy. Aparat artykulacyjny ma znacznie utrudnione warunki rozwoju gdy głowa nie jest ustawiona osiowo a w tym przypadku najczęściej jest „zawieszona” w barkach w tyłopochyleniu.
Po pierwsze warto zadbać o dobre warunki do rozwoju dla dziecka od maleńkości, a więc nie (o ironio) miękkie łóżko rodziców na czas aktywności niemowlęcia lecz mata piankowa, lub karimata na podłodze.
Pozwolić dziecku zdobywać kolejne umiejętności w swoim czasie. Nie wolno również sadzać na siłę dziecka, które samo jeszcze nie siada z czworaków ani nie prowadzać za rączki tego, które samo nie chodzi.
Kiedy dziecko już samo siada, dobrze jest zachęcać je do siadania nie tylko takiego zwykłego- prostego ale równie często do siadu bocznego z podporem na jednej ręce i z obiema nogami skierowanymi w stronę przeciwną niż ręka podporowa. Oczywiście warto to robić na obie strony, zwłaszcza że do momentu aż dziecko nie rozwinie w pełni skoordynowanego chodu (ok 18 m-ca) nie powinna się pojawiać ani prawo ani leworęczność.
Jej obecność raczej przemawia za asymetrią w ciele dziecka. Poza tym kiedy sadzamy dziecko sobie na kolanach to warto to robić tak by nie przejmować na siebie całego ciężaru dziecka ( by się o nas nie opierało) lecz by musiało samo trzymać wyprostowaną sylwetkę . Najłatwiej to osiągnąć sadzając dziecko bokiem do siebie- i wtedy może być blisko nas lub tyłem, ale na końcu swoich złączonych kolan z jego nóżkami też wyprowadzonymi do przodu tak by nas nie obejmowało stopami.
Jak dziecko już jest chodzącym i biegającym maluchem to warto zaopatrzyć się w taki mały stołeczek łazienkowy i uczyć siadania na nim. Im starsze dziecko tym wyższy taboret. Chodzi o to by w stawach biodrowych i kolanowych zachowane były kąty proste, a stopy były oparte o podłoże. W tej pozycji dziecko odpychając się stopami od ziemi może budować odpowiednie napięcie posturalne i przeciwdziałając sile grawitacji, ustawiając osiowo całe ciało.
Taka pozycja jest pozycją aktywną i umożliwia dziecku trwanie w gotowości do wykonania dowolnej czynności zarówno rękoma w każdym zakresie, głową oraz uczy płynnego przenoszenia ciężaru ciała wzdłuż stopy (tzw. przetoczenie) w trakcie np. sięgania po coś przez dziecko, nie mówiąc już o rozwoju reakcji równoważnych .
Przede wszystkim na różne sposoby. Może to być siad boczny, o którym mówiłam wcześniej, może być też siad płaski (ważne by nóżki nie były mocno wyprostowane, a lekko ugięte w kolankach i stopach co będzie świadczyło o dobrej równowadze).
W żłobkach i przedszkolach preferują siad skrzyżny, który nie jest najszczęśliwszym. Po pierwsze z tego powodu że dominuje (zaburza różnorodność), po drugie ustawia miednicę w skrajnych pozycjach (przodo- lub tyłopochyleniu) co wcale nie rozwija równowagi, której cechą jest umiejętność pozostawania nie w skrajnych pozycjach a w pozycji pośredniej.
Generalnie podłoga nie jest najlepszym miejscem do siedzenia dla człowieka więc im szybciej nauczymy dzieci siadać na stołeczkach tym lepiej.
Jak najszybciej go zmienić na bardziej aktywny i pracować nad problemem, który przyczynił się do wybrania właśnie takiego a nie innego siadania.
zobaczcie też wpis Stopy dziecka
Przyjeżdżam do mamy, a tam jak zawsze pachnie drewnem i świeżym ciastem. Tak też było i tym razem. Już w progu krzyczę: „Mamuś, ale jestem na diecie!” (jasne;)). A mama na to, że to nie jest ciasto, tylko tak wygląda. „Samo zdrowie”- dodaje, a ja już kroję pierwszy kawałek.
Dziś sprzedam Wam przepis na ten smakołyk- idealny na weekend! A wykonanie super proste!
Kruszonka:
Jabłka myjemy, obieramy, usuwamy gniazda nasienne i kroimy na ósemki
W międzyczasie odnosimy pomocnika, który zasnął podczas jedzenia jabłek
Jabłka kroimy na małe kawałki. Rozgrzewamy patelnie i dodajemy łyżeczkę masła. Jak się rozpuści wsypujemy jabłka, posypujemy rodzynkami i skrapiamy sokiem z cytryny. Dusimy do miękkości.
Formę do pieczenia smarujemy masłem i posypujemy płatkami.
Robimy kruszonkę- mąkę, masło, cukier i wanilię mieszamy w misce i kroimy nożem. Rozdrabniamy palcami, aby nie było dużych grudek.
Do kruszonki dodajemy pokruszone orzechy
Na płatki wykładamy masę jabłkową i posypujemy kruszonką. Piekarnik nastawiamy na 180 st. i pieczemy przez 45 min.
Smacznego!
p.s. Ciepłe ciasto najlepiej smakuje z gałką lodów waniliowych:)
Wiele razy Wam wspominałam, że aby stworzyć Lilce pokój przenieśliśmy się do salonu. Stwierdziliśmy, że takie rozwiązanie będzie dla wszystkich najkorzystniejsze.
Duża sypialnia, w której tylko spaliśmy i nie korzystaliśmy w ciągu dnia stała się dziecięcym pokojem, a my zaanektowaliśmy salon. Takie rozwiązanie doskonale nam się sprawdza, ale potrzebuje kilku małych poprawek.
W salonie obecnie stoi nasze ogromne łóżko z materacem i chociaż jest najwygodniejsze trochę utrudnia dzienny pobyt w tym pokoju.
Razem z moja przyjaciółką Kasią – architektem wnętrz, autorką bloga Make new home próbujemy przearanżować nasz salon tak, aby spełniał funkcje sypialni, jak i pokoju dziennego.
Kasia, wysłuchała moich potrzeb i stworzyła projekt przyszłego ustawienia mebli.
Priorytetem jest zamiana łóżka. Mąż bardzo długo oponował, że za nic w świecie nie zamieni łóżka z materacem kieszeniowym na kanapę. Dlatego zaczęłam szukać odpowiedniego rozwiązania, czyli kanapy z materacem do spania. Na rynku jest dostępnych kilka ciekawych modeli.
1. Ikea
2. Ikea
Oraz kanapy mniej oczywiste
1. Karup z materacem gryka-kokos
2. Colpus Innovation z materacem kieszeniowym
Ciekawi jesteście, którą wybraliśmy? Za jakiś czas pokażę nasz wybór na blogu.
A teraz jeszcze kilka inspiracji z Westwing, gdzie szukam niebanalnych dodatków do naszego mieszkania.
…, a nie 30 to jakby wyglądało moje życie?
Pod jednym względem byłoby o 100% lepsze.
Ale może zacznę od początku. Byłam dzieckiem bardzo płaczliwym i wrażliwym. Większość zdjęć jakie mam z dzieciństwa wygląda mniej więcej tak: siedzę pod stołem i płaczę.
Teraz już nie pamiętam powodów moich smutków, bo w głowie mam najwięcej tych miłych wspomnień. Jako 5-6 latka byłam bardzo ruchliwa. Prawie cały wolny czas wykorzystywałam bardzo aktywnie. Biegałam po podwórku i intensywnie korzystałam z dobrodziejstw placów zabaw. W tamtym właśnie okresie zaczęło być widać moje problemy.
Miałam bardzo duże zaburzenie równowagi. Właściwie codziennie podczas podwórkowych eskapad zaliczałam potoczną „glebę”, a przedwczorajsze strupy nie zdążyły się nawet zagoić. Miałam kolana zdarte do gości. Jak ktoś patrzył na mnie z boku to miał wrażenie, że zaczepiam się o własne nogi.
Bardzo się cieszyłam z wyjazdu nad morze. Zbliżał się dzień wyjazdu, a ja tuż przed klatką schodową wywinęłam takiego orła, że znów strupy nie miały szansy się zagoić. Mama podjęła decyzję, że na kolonie pojadę dopiero jak chociaż trochę rany się zagoją. Bardzo rozpaczałam z tego powodu.
Kolejnym moim problemem była bardzo silna choroba lokomocyjna. Jazda ze mną to był koszmar. Podczas jednej krótkiej przejażdżki musiałam wysiadać kilka razy aby zwrócić zawartość żołądka. Później dostawałam już magiczną tableteczkę na „A” i zazwyczaj przesypiałam podróż.
Koszmarem również była dla mnie jazda pociągiem, ale nie z powodu nudności. Jak wysiadałyśmy na stacji później trzeba było zmierzyć się ze schodami nad torami, które między każdym schodkiem miały prześwit. Innej drogi nie było. Szłam po nich i kurczowo trzymałam się maminej spódnicy. Tak bardzo się bałam. Te schody śnią mi się do tej pory.
Moja mama szybko zauważyła problemy i baaardzo dużo ze mną pracowała w domu. Nawet dziś pamiętam, że tak nie lubiłam tych ćwiczeń, że wrzucałam zeszyty z dyktandami za szafę i udawałam, że się zgubiły. Gdyby nie praca mojej mamy prawdopodobnie byłabym dziś dysortografem i dysgrafem.
Na lekcjach było mi bardzo trudno wysiedzieć. Miałam sporo uwag w dzienniczku. Niemożność ruchu kompensowałam sobie „gadaniem na lekcjach” i huśtaniem się na krześle, co nie wiązało się z niezbyt przychylną uwagą pani nauczycielki. Odliczałam sekundy do dzwonka na przerwie i korzystałam jak najbardziej tylko się dało. Któregoś dnia tak wyrwałam, że rozmawiająca w drzwiach nauczycielka włożyła mi palec do oka i przecięła paznokciem źrenicę.
To oczywiście była moja wina, bo „latam jak szalona”. Całe szczęście, że podczas przerw można było wychodzić na podwórko i biegać do woli. Tam mogłam wyładować potrzebę ruchu.
Każdy dzień to była próba oszukania zmysłów, rekompensowania w układzie nerwowym. Gdybym urodziła się 5 lat temu, a nie 30 to teraz chodziłabym na intensywną terapię Integracji sensorycznej. Byłoby mi łatwiej się uczyć i zapanować nad swoim zmysłami.
Zdiagnozowano by pewnie silną podwrażliwość proprioceptywną i nadwrażliwość przedsionkową, niepewność grawitacyjną. Wtedy byłam tylko niezdarą, która zaczepia się o własne nogi.
Jak to wygląda teraz? Niestety, wiele z tych zaburzeń zostało mi do dziś i najnormalniej na świecie utrudniają mi życie. Mam ogromny lęk wysokości i nadwrażliwość przedsionkową. Nie jestem w stanie nawet patrzeć jak Lilka kręci się na karuzeli. Została mi niestety dysgrafia mimo przepisanych 50 zeszytów. Nauczyłam się już z tym żyć, a dodatkowo mam w domu dorosłego z potworną nadwrażliwością słuchową.
Kiedy ktoś zarzuca, że Integracja sensoryczna to moda i sposób na wyciągnięcie pieniędzy od zdesperowanych rodziców to niech przeczyta mój tekst. Bardzo się cieszę, że wiele rodziców gdzieś usłyszy o istnieniu SI i szuka pomocy. Może te dzieci będą miały większego farta niż ja.
Czasami przychodzi taki czas, że mam wszystkiego dość. Życie w centrum miasta wdaje nam się we znaki i zwyczajnie więcej nie jesteśmy tego znieść. Przeciążone procesory nie pracują zbyt dobrze. Dlatego jak przychodzi taki moment to pakuję torby, tankuję do pełna i jadę do mamy na Podlasie.
To jest moje miejsce na ziemi gdzie odnajduję spokój, koję nerwy i czuję bezpiecznie. Tam również ładuję swoje akumulatory na przyszłość. Wczesne pobudki wcale mi nie psują humoru, bo wiem, że na dole czeka na mnie ciepła kawa, którą mogę wypić w starym swetrze mojej mamy patrząc głęboko w ogień w kominku. Ciepło, które od niego bije sprawia, że powoli się budzę i obmyślam plany na dzień bieżący.
Nie myślę o tym co będzie jutro, pojutrze za tydzień. Siedzę w wiklinowym fotelu, trzymam gorącą kawę i delektuję się CHWILĄ. Sieć komórkowa nie ma tu zasięgu i mam święty spokój. Jedyne o czym myślę to, że jest mi dobrze.
Gorączkowo sprawdzam w kalendarzu, dzwonię do męża, sprawdzam wspólny grafik. Nie myślę o tym co jest teraz… Wspaniała rodzinę, ludzi, których kocham doceniam najbardziej tu, na Podlasiu. Tu mam więcej czasu dla córki i dla siebie. To prawdziwe wakacje od życia.
Po jakimś czasie oczywiście zaczyna mi brakować pędu i ciągle dzwoniącego telefonu. Wiem, że jak wrócę to będę lepsza. Lepsza dla siebie i innych.
Nasze wyjazdy często obfitują w ciekawe spotkania. Tak też było i teraz. Razem z Marleną z Makóweczki.pl odwiedziłyśmy już Wam znaną z poprzednich postów Księżniczkę w kaloszach.
Stajnia Zamczysk jest położona ok 20 km od Białegostoku. W sam raz na wypad za miasto. Jest to miejsce, które przyciąga. Tam czuje się miłość do natury i można posmakować sielskiego życia. A to za sprawą wspaniałych ludzi, którzy wyprowadzili się z miasta na wieś w poszukiwaniu szczęścia.
Było mnóstwo śmiechu i pysznego ciasta! Niewątpliwie najwięcej emocji wśród dzieci wzbudzały kurczaki, które mogły wziąć do rąk i pogłaskać. Od razu wróciły wspomnienia moich wakacji na wsi.
Jeżeli również macie chęć to możecie przyjechać do Stajni Zamczysk na agroturystykę.
Powstaje wiele nowych placówek, które w nazwie mają nazwisko włoskiej lekarki. Nam rodzicom – ta etykieta kojarzy się zazwyczaj bardzo dobrze. Jeżeli gdzieś usłyszymy „Montessori” to od razu wiemy, że miejsce jest godne uwagi.
Montessori – to słowo haczyk, na których łapie się wiele rodziców. Z jednej strony ogromnie mnie to cieszy, a z drugiej lekko przeraża. Termin „Montessori” jest już jak worek, do którego każdy może coś dorzucić albo dodać od siebie. Tylko, że to już wtedy nie jest TA pedagogika.
Maria Montessori stworzyła bardzo konserwatywną formę pracy z dziećmi i tak naprawdę aby cała metoda była spójna i logiczna nie powinniśmy za dużo dodawać od siebie, a już absolutnie nic nie zmieniać w głównych założeniach. Tak więc przedszkole, które ma „Montessori” w nazwie wcale takie być nie musi. Znalezienie autentycznej placówki może okazać się nie lada wyzwaniem.
W dzisiejszym poście napiszę Wam jakie ABSOLUTNIE OBOWIĄZKOWE punkty powinno spełniać przedszkole lub żłobek.
Osoby pracujące bezpośrednio z dzieckiem powinny mieć ukończone odpowiednie studia lub kursy Pedagogiki M.Montessori.
W przedszkolach Montessori nauczyciele powinny zwracać się do dziecka z ogromnym szacunkiem. Nauczyciele często schylają się lub kucają przy dzieciach, abo móc rozmawiać cicho, twarzą w twarz. Nie dopuszczalne jest żeby nauczyciel podczas pracy własnej wołał dziecko z drugiego końca sali. Musi podejść, poczekać aż dziecko skończy i wtedy je poprosić.
Miejsca do pracy- niskie stoliki z krzesełkami odpowiednimi do wzrostu dziecka oraz przestrzeń na dywanie. W koszu powinny być umieszczone małe dywaniki do pracy na podłodze. Szatnia, łazienka i jadalnia powinna być przystosowana do potrzeb dzieci
W przedszkolach montessoriańskich nie powinniśmy spotkać Kubusia Puchatka na ścianie, ani książki ze Świnką Peppą na półce. Powinny znaleźć się tam książki bez fikcji. Więcej na ten temat możecie przeczytać we wpisie – Kreatywnie nie koniecznie
Na półkach powinien się znaleźć materiał rozwojowy, który opracowała sama M.Montessori. Co ciekawe każda pomoc jest tylko w jednym egzemplarzu aby dzieci mogły nauczyć się czekania na własną kolej.
Podzielone tematycznie:
Najbardziej rozpoznawalną pomocą jest różowa wieża. Przykłady:
Oprócz materiału montessoriańskiego w przedszkolu znajdują się również inne pomoce. Raczej nie ma miejsca na plastik i pstrokaciznę.
Przedszkole wspiera samoobsługę „Pomóż mi to zrobić samodzielnie”- to maksyma tej metody. Dzieci ubierają się same, nakładają sobie jedzenie, a nawet po sobie zmywają.
Niezwykle ważne do prawidłowego rozwoju społecznego i emocjonalnego dzieci. Podobnie jak w rodzinie wielodzietnej dzieci mają możliwość bycia najmłodszym przez rok i z wielkim zainteresowaniem obserwować dzieci starsze. Za rok będą opiekowały się i pokazywały przedszkole dzieciom młodszym.
Praca własna w godzinach porannych. W tym czasie dzieci same wybierają sobie pomoce i z nimi pracują.
Oraz długie przebywanie na podwórku.
W tych placówkach naprawdę można poczuć obecność pewnego mistycyzmu. Wychodząc z placówki, która rzeczywiście jest prowadzona tą metodą ma się wrażenie lekkiego katharsis- piszę serio.
Tak wygląda poranek w przedszkolu prowadzonym tą metodą:
Taki hashtag jest bardzo popularny na Instagramie. Użytkownicy tak oznaczają zdjęcia, które zostały zrobione w muzeach z dziećmi. Bardzo lubię je przeglądać.
Sama uwielbiam odwiedzać takie miejsca. Przedmioty naruszone zębem czasu to ostatnio moje hobby. Lilka już jest w takim wieku, że bardzo dużo rozumie i wiele rzeczy ją interesuje. Dlatego często zabieramy ją do muzeum. Czasami mam wrażenie, że lepiej tam się odnajduje niż w kulkolandzie.
Podczas naszego pobytu w Eindhoven (spaliśmy w tym hotelu KLIK) odwiedziliśmy dwa muzea. Dziś zaprezentuję nasze zdjęcia i filmy stamtąd.
Muzeum sztuki współczesnej – Van Abbemuseum
Miejsce wyjątkowe. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nawet takie niuanse jak winda jeżdżąca w dół – śpiewa barytonem, a w górę – sopranem.
Poczuć zapach obrazu. Później wąchać kawę żeby oczyścić receptory zapachowe
Zwróćcie uwagę jak autor nazwał byki;)
To moje prawdziwe oblicze: „Lilka, wracaj!”
Pudzian to pikuś przy moim mężu
Film do obejrzenia
View this post on Instagram A post shared by Ania Trawka | Nebule ⭐️ (@nebule_pl)
A post shared by Ania Trawka | Nebule ⭐️ (@nebule_pl)
Muzeum Philipsa
Czyli podróż do przeszłości. Historyczny dzień- Lilka cały dzień w kucyku.
Genialny tomograf dla dzieci. Pokazujący jak działa ta maszyna. Philips umieszcza je na oddziałach dziecięcych aby w prosty sposób oswoić to urządzenie i zmniejszyć strach przed badaniem.
Tomograf- film
W ubiegłym roku z delegacji zadzwonił do mnie mój mąż. Krzyczał do słuchawki: „Nie uwierzysz, tu wszyscy są przebrani. Właśnie przeszedł koło mnie Elmo i Robin Hood. Zabiorę tu Was za rok. Lilka będzie wniebowzięta.”
Mój mąż dotrzymuje słowa. Zabrał nas na karnawał do Eindhoven. Przez 4 dni w roku miasto jest przyozdobione balonami, a ludzie przebierają się w niesamowicie kolorowe stroje. Wszyscy wychodzą na ulice i razem się bawią. Kiedy to zobaczyłam byłam bardzo pozytywnie zaskoczona.
W Polsce bale przebierańców organizowane są raczej tylko dla dzieci. A tam… nawet 70-letnie babcie przebrane świętują razem ze wszystkimi. Całe Eindhoven bawi się i tańczy na ulicy. Ludzie cieszą się z ostatnich dni karnawału. Jest bardzo mało turystów, więc w zasadzie są tam sami Holendrzy. Po dwóch dniach już mnie nie dziwił kelner-pirat i kucharz- żaba.
Najbardziej podobała jej się parada w centrum miasta. Z przejeżdżających kolorowych platform przebierańcy rzucali cukierkami. Niesamowite przeżycie słyszeć od dziecka: „Mamo, tato tu jest wspaniale”.
Samo miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. To mój pierwszy i na pewno nie ostatni raz w Holandii. Jest tam niesamowita atmosfera, wszyscy mówią po angielsku i są bardzo życzliwi. Zaskoczyło mnie przepyszne jedzenie i cudowna architektura. No i rowery, wszędzie rowery. Zapraszam Was na naszą relację.
Świetny hotel Inntel w starej fabryce Philipsa
I rowery, wszędzie rowery
Konkurs na Bloga roku jeszcze w toku… Blogerzy wyskakują z lodówki, namawiają „po chińsku”, rysują sprayem na murze numery sms-ów, na które trzeba głosować. A ja? Gdzie „ja” jestem w tym wszystkim? Nie wiem, nie śmiem Was prosić o głosy…
W tym roku biorę udział po raz pierwszy. Jakie są moje wrażenia, uczucia? Ambiwalentne – to dobre słowo! Mam obecnie 3 kulki, żeby wejść do pierwszej 10 brakuje mi pewnie 50-100 sms-ów. Uważam, że to jest naprawdę niewiele.
Tylko wydaje mi się, że taki czytelnik nie głosuje, bo wydaje mu się, że jeden głos nic nie zmieni. Owszem zmieni! Niech się zbierze takich kilkudziesięciu i już jestem w finałowej dziesiątce. Nie przekonuje ich również fakt, że dochód z głosowania zostanie przekazany na podopiecznych Fundacji Dzieci Niczyje.
Głosowałaś/-eś w konkursie na Blog roku?”
a) Tak, głosowałam/-em, bo…
b) Nie, nie głosowałam/-em, bo…
Wg mnie wygranych w konkursie wybierają nie stricte czytelnicy, tylko ich rodzina oraz inni blogerzy. Myślę, że tylko te osoby są w stanie w 100% docenić jego pracę. Wiele osób wchodzących tutaj uważają blogi za zabawę, chwilową fanaberię. Owszem, ja też tak uważałam na samym początku. Teraz jest to moja praca.
Nie będę pisać ile czasu na to poświęcam, ale chce żebyście wiedzieli, że daję z siebie bardzo dużo. Dlatego też postanowiłam sms-ami nagrodzić pracę innych blogerów, do których chętnie zaglądam. Kiedy mój blog był jeszcze własnością Googla to mogliście na bieżąco podglądać miejsca, które odwiedzam. Teraz nie jesem w stanie ogarnąć RRS.
Zaglądam do nich i bardzo kibicuję już od samego początku. Również jestem specjalistą, która wiele swoich teorii opiera na badaniach (Evidence Based Medicine). Do tego lekki język i charyzma nadają blogowi taki ton, że nawet mój mąż go czyta.
– czyli Paulina i jej domostwo. Uwielbiam zaglądać do ich Stajni Zamczysk, bo od razu przypominają mi się moje wakacje na wsi. Czasami jak mam dość miasta to marzę o takim odważnym kroku i uciec stąd na wieś. Do tego zdjęcia, które zapierają dech w piersi i słowa dające do myślenia.
Czyli blog Aleksego, który ma 13 lat- startuje w kategorii ” Blog nastolatków”. Podziwiam go bardzo… Założył blog w wieku 10 lat i wraz z młodszą siostrą dokonuje dogłębnych recenzcji książek. Uwielbiam za gust i język (szczerze, to wiele blogerów nie używa tak poprawnej polszczyzny jak Aleksy). Chciałabym żeby w Polsce było więcej takich mądrych nastolatków. Zawsze kiedy myślę o zamawianiu książek najpierw zaglądam do niego.
Blog Edwina Zasady, który będzie nową Ewą Chodakowską, tylko jego droga do sławy była bardziej kręta, ale za to wiarygodna. Zrzucił kilkadziesiąt kilogramów i na swoim blogu motywuje do zdrowego stylu życia. Podziwiam i często zaglądam jeżeli nie mam pomysłu na posiłek lub zwyczajnie brak mi motywacji.
Uwielbiam wizualne uczty, bo prawdziwych się już wystrzegam. Zdjęcia, cudowne aranżacje i ciekawe pomysły to siła tego bloga. Moja stylistyka:)
Czyli blog mojej krajanki. Dochodzę do wniosku, że Białostoczanki to najlepsze blogerki;) Blog Judyty to przede wszystkim ciekawe teksty i niebanalne zdjęcia, o które teraz dość trudno.
Duuuża dawka kultury! Piękne zdjęcia ukazujące codzienne życie rodziny. Lubię ich podejście do życia oraz lekkie pióro autorki.
Agaty chyba nie muszę nikomu przedstawiać, bo wiele razy linkowałam ją u nas. Jej praca i blog zmieniają ludziom życie. Kibicuję jej już od dawna i wiem, że się nie podda. W wielu kwestiach jest dla mnie autorytetem.
Zaglądam, lubię i podziwiam. Od Marleny uczę się wielu rzeczy związanych z techniczną stroną blogowania. Jej siła to odwaga, dobry gust i piękne zdjęcia.
Blog o świadomej pielęgnacji włosów. Zaglądam od dawna i nieustannie czerpię informacje na ten temat. A tak szczerze, to ten blog uratował moje włosy, które były suche i codziennie napastowane prostownicą i suszarką.
A teraz jeszcze kilka blogów, które odwiedzam, ale nie startują w konkursie
olgaiokoice.pl Mój numer jeden. Blog roku 2012-2013-2014 r. Jak widzę nowy wpis to rzucam wszystko i lecę…
bycblizej.pl- blog Anity oraz sama Anita są dla mnie ostoją. Wiem, że z każdym problemem mogę się do niej zwrócić i nie dostanę gotowego rozwiązania, a usłyszę słowa wsparcia.
Matkawariatka.pl– blog również logopedy. Lubię książkowe inspiracje i podróże małe i duże.
kaszkazmlekiem Przecudowne zdjęcia, ubrania i inspiracje
Cacaovo– dziewczyny z Krakowa, znakomity gust i przepiękne zdjęcia. Uwielbiam również ich konto na Instagramie.
mojedolcevita– blog Marty- mamy 2-letniej Marceliny. Zaglądam najczęściej wtedy kiedy zapominam, że też jestem kobietą, a nie tylko matką. Czuję, że nadajemy na tych samych falach.
Alexanderkowo- lubię Anię i jej podejście do życia i spraw związanych z rodzicielstwem.
Dookołanas – Hanka i Mikołaj- lubię podglądać ich codzienne życie
Za nami weekend. Długo pozostanie w mojej pamięci.
Kraków – miasto, które kocham i ludzie, którzy są dla mnie ważni.
Nie mogłabym inaczej spędzić swoich urodzin.
Kocyk i poduszka w krowie łaty – Maylily
Walizka- skuter – tu
Czyli rozterki Matki Polki fitnesowej
Przychodzi taki czas, że coś by się chciało w sobie zmienić. W moim przypadku nałożyły się 2 newralgiczne momenty – Nowy rok – jak większość oraz zmiana kodu z przodu, czyli combo motywacyjne. „To już nie żarty”- pomyślałam i najnormalniej na świecie wzięłam się za siebie.
Nie było by w tym pomyśle nic trudnego, gorzej jak zwykle jest z realizacją. Kiedy już zjadłam ostatnie kostki czekolady z postanowieniem „Od jutra się odchudzam”, a potem jeszcze 5, bo przecież od jutra się odchudzam – nadszedł ten dzień.
Wstałam rano uśmiechnięta i zadowolona. Powoli nasypywałam kawę i myślałam jaki mieć gry plan? Pierwszy punkt – 0 (słownie zero) słodyczy. Ale jak to zrobić jak w szafce obok jest jeszcze sterta słodyczy z Lilkowej paczki od Mikołaja. No przecież nie wyrzucę. Przekładam wszystko w najdalszy zakamarek szafki i zastawiam poppingiem z amarantusa w myśl zasady „Co z oczu, to z serca”.
Hmm… szukam czegoś w lodówce. Podchodzi Lilka i przez moje nogi zagląda i krzyczy „Baaaaton, tam jest. Daj mi”. Ups. Mleczna kanapka z paczki od M. Trudno, daję jej, ale z wielkim zaciekawieniem patrzę i mówię „Liluś, ale Ty nie lubisz przecież czekolady”. Nic to nie działa, ma na nią chęć.
Trudno, na obiad zrobię soczewicę i bilans się wyrówna. Siedzę naprzeciwko jej i patrzę jak je. Po chwili odchodzi i mówi, że już nie chce. I tak leży sobie samotna Mleczna kanapka w ilości więcej niż pół. Stoję i patrzę na nią. Sprawdzam na opakowaniu ile ma kalorii. Odliczam zjedzoną część, wychodzi tyle co dwa jabłka.
Najwyżej nie zjem tych jabłek. No przecież jej nie wyrzucę! Zjadam z wielką przyjemnością i małymi wyrzutami sumienia.
Nadchodzi wieczór, trzeba wziąć się również za ćwiczenia. Sposób najprostszy i co najważniejsze skuteczny. Polubiam znów Ewę Ch. na Facebooku (kiedyś już ją lubiłam, ale później wkurzały mnie te chude laski po metamorfozie, więc odlajkowałam). Przepraszam się, więc z nią szczerze i odpalam Youtube.
Przybiega zaciekawiona Lilka. „Mama, tańczysz?” i robi to samo co ja obok. Nie mogę ze śmiechu patrzeć na Ewę… Uff poszła, no to znów power. „Dasz radę”- słyszę, ale chyba jednak nie dam.
Endorfinki nie spływają, bo znów podbiega Lilka i przechodzi mi pod nogami, bo przecież robię tunel. Czekam tylko na te 4 ostatnie słowa. Robię tak na pół gwizdka i czekam. Jest!
ja z siebie też.
Postanawiam poszukać czegoś poza domem. Może siłownia lub fitness. Bieganie odpada, bo pogoda nie sprzyja. Znajduję ciekawe miejsce obok nas. Przeglądam ofertę zajęć: ABT, TBC – nic mi to nie mówi. Bliższe mi skróty to: BLW, AZS, WNM, RB. Tamte muszę wyguglować. 'Fat burner”- nazwa mówi sama za siebie. Decyduję się na nie – dawno nie paliłam.
Zbliża się godzina wyjścia i oczywiście mam odwieczny problem każdej kobiety. Ale serio nie mam co na siebie włożyć. Decyduję się na t-shirt czarny h&m mama do karmienia piersią – z daleka wygląda trochę fitnessowo i spodnie dresowe, w których chodziłam na ćwiczenia w ciąży.
Wyciągam z czeluści szafki stare adidasy. AAA – najgorzej, nie mam się w co spakować.
a)plecak męża, z którym chodził kiedyś grać w piłkę
b) torebka foliowa – totalna wtopa
c) torby wózkowe.
Wyciągam torbę Beaba i pakuje moje rzeczy. W międzyczasie jeszcze wyciągam z bocznej kieszonki – pampersa w rozmiarze 3 i żel na ząbkowanie.
Idę! A właściwie lecę. Czuję wolność. Słucham muzy na full i przechodzę na czerwonym świetle (z dzieckiem zawsze czekam na zielone, ekhm). Wbiegam lekko spóźniona na siłownię i doznaję szoku. Ja w dresie, adidasy okazały się za małe po 2 latach (ah ta ciąża), a wszystkie laski wyglądają jak Ewa Ch. Piękne leginsy (obcisłe, kolorowe i dobrane kolorystycznie do karnacji) staniki sportowe we fluorescencyjnych kolorach, a na to luźny tiszert oczywiście znanych firm na A., N, R. A ja jak sierota w tych dresach.
Do tego większość ćwiczy z rozpuszczonymi włosami (?). No cóż, jak się ostatni raz było na siłowni 10 lat temu to i moda się lekko zmieniła. Wycisk był niezły – 3 dni miałam zakwasy.
Ja jem sałatkę z łososia lekko skropioną oliwą, a dziecko moje pyszny świeżutki chlebek z masłem i żółtym serem. Siedzę naprzeciwko jej i patrzę z zazdrością. A właściwie to pożeram wzrokiem jej kanapkę, a w ustach czuję smak wędzonego łososia.
To nie fair. Ale nic straconego, może zostawi kawałek na 2 gryzki. Nagle, odchodzi od stołu. Ja już sięgam ręką po kanapkę, ona się odwraca i mówi: „Mama, ale nie zjesz mi kanapki?”. Czar prysł.
Przedwczoraj patrzę na grafik i myślę, które zajęcia wybrać. Zumba nie dla mnie, Body pump – co to jest? Ok, idę. Ale najpierw jemy obiad. Mówię do męża: „Ale mi się nie chce…” „A na co idziesz?”- pyta „Sztangi”- odpowiadam „To nie idź”, „Ok, przekonałeś mnie”- odpowiadam z uśmiechem.
*zbieżność postaci jest nieprzypadkowa, to ja Matka Polka Fitnesowa
Jak już pewnie wiecie jesteśmy w trakcie urządzania pokoiku naszej 2-latki. Staram się, aby był ciekawy pod względem estetycznym jak i rozwojowym. Zależy mi na tym, aby był przede wszystkim dla niej. A nie stworzony wg zdjęcia na Pintereście.
Obserwuję ją codziennie i wymyślam ciekawe, ergonomiczne rozwiązania tak aby pokój był dostosowany do jej potrzeb.
Jednym z ważnych miejsc jest niewątpliwe strefa do czytania i wyciszania się. Początkowo myślałam o foteliku, jednak po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw wybrałam dużą, miękką poduchę.
Można na niej odpocząć, poczytać, poprzytulać się. Mieścimy się tam we dwoje i jest nam bardzo wygodnie. Na foteliku zmieściła by się tylko Lilka, a tak korzyść jest obopólna.
W gabinetach SI, przedszkolach można często trafić na worki sako. Taka poducha je może godnie zastąpić, a dodatkowo stymulować zmysł dotyku.
Poducha na specjalnie zamówienie Maylily
A tu w temacie wnętrzarskie z nowego domu Inspiracje, tu post na temat Wykończenie domu a tu Kolory ścian
Poznałyśmy się na studiach. Każda z nas chciała się kształcić w tym samym kierunku. Mimo, że po roku miałyśmy wybór specjalizacji to i tak trafiłyśmy do tej samej grupy. Co nami kierowało?
Pewnie brak zdolności matematycznych. Typowe humanistki. Oraz miłość do języka polskiego i w pewnym stopniu do zagadnień medycznych. Tak dokładnie było ze mną. Podczas oglądania z wypiekami na twarzy „Ostrego dyżuru” zamykałam oczy kiedy pojawiała się krew lub zwykła strzykawka.
Jednak miłość do ludzi i chęć pomagania innym zwyciężyła. Rozpatrywanie przypadków, stawianie diagnozy, często trudna terapia, małe sukcesy- to mnie motywowało. Dlatego zostałam logopedą. Pewnie z podobnych przyczyn i ONE znalazły się na tych studiach! Dzięki Bogu!
Bo bez nich to byłyby najnudniejsze 5 lat w moim życiu. Wspólne wypady po zajęciach lub podczas 😉 Pierwsza praca. Problemy. Szczęścia. Rozterki. Bez rodziny w Warszawie było mi naprawdę ciężko. Dzięki nim wracałam po weekendzie w domu z uśmiechem na twarzy.
„Anka, w domu byłaś?”
„Tak, a co?”
„A, bo zaciągasz po białostocku…”
Kochane.
Po studiach jeszcze bardziej się zżyłyśmy. Spotykałyśmy się praktycznie co weekend. Z facetami lub bez. Co ciekawe, byłyśmy na różnych etapach życia już wtedy, a i tak znajdywałyśmy wspólny język.
Telefony o 22 „Zaręczyłam się”, „Rzucił mnie”, „Jestem w ciąży”- tylko nas do siebie zbliżały.
Wiele osób mi mówiło, że jak urodzę dziecko to wszystko się zmieni. Nie będę miała czasu na nic. Na spotkania m.in. z przyjaciółmi. Zwłaszcza z tymi, którzy nie mają dzieci. Wiele przyjaźni rzeczywiście przepadło.
Zostały najbardziej trwałe. Dlaczego?
Bo tego bardzo chciałam. Zależało mi tak mocno, że byłam gotowa do poświęceń. Mimo tego, że tylko ja miałam (w tamtym czasie) dziecko to rozumiałyśmy się i tak. Przyjaźń również wymaga poświęceń i starań.
Pamiętam, jak Lilka miała 2 miesiące i chciałyśmy się spotkać (same) to dziewczyny umówiły się ze mną w kafejce po drugiej stronie ulicy żebym nie traciła czasu w korkach pomiędzy karmieniami. Same również były zajęte, ale potrafiły w tak empatyczny sposób pójść mi na rękę. Zapytacie pewnie, dlaczego nie zaprosiłam ich do domu. BO TO NIE JEST TO SAMO.
Do tej pory bardzo to pielęgnuje. Owszem spotykamy się teraz z dziećmi, ale to nie jest to samo. Ja wiem, że wiele rzeczy się w życiu zmienia. Przewartościowujemy pewne sprawy. Ale trzeba mieć taki wentyl. Kiedy idę z nimi, nikt mnie nie szarpie za nogę, nie oblewa sokiem. Spuszczam całe powietrze i później wracam naładowana pozytywną energią jak nigdy.
Gdybym nie miała przyjaciółek to pewnie chodziłabym do psychoterapeuty.
Owszem lubię poznawać nowych ludzi, jestem bardzo kontaktowa i towarzyska. Traktuję je jednak jak znajomości. Wydaje mi się, że potwornie trudno w dzisiejszych czasach o prawdziwą przyjaźń. Nikt nie ma czasu, ciężko się zgrać, często poświęcamy więcej wolnego czasu na czyjeś prywatne życie niż na swoje. Instaprzyjaźnie, przyjaźnie blogerów- podchodzę do nich z rezerwą.
Nie znasz mnie, prawdopodobnie nigdy mnie nie poznasz, a jednak tu jesteś, poświęcasz swój wolny czas.
A teraz zamknij klapę od laptopa lub wyjdź z przeglądarki w Twoim smartfonie i zadzwoń do swojego przyjaciela/ przyjaciółki, z którym masz wiele wspomnień.
www.pinterest.com