kontakt i współpraca
Zostałam poproszona o przygotowanie posta o niezbędniku wakacyjnym. Tym razem forma samolotowa, lecimy zagramanicę:)
Pierwsza sprawa. Przy wyborze kierunku takiej wyprawy sprawdzajmy temperatury. Ja zawsze sprawdzam na Accuweather.com Jeżeli macie taką możliwość wybierajcie terminy mniej popularne. A dodatkowo bierzcie pod uwagę klimat panujący wówczas w danym miejscu. Włochy w sierpniu, Kuba w czerwcu? To nie dla mnie…
Wybieramy zazwyczaj maj – czerwiec lub końcówkę września. Na wyspach nie jest tak gorąco jak na kontynencie. Ale wyspy też mają mały minus – wiatr. Aha! Sprawdźcie jaka jest plaża. Na Krecie np. ciężko o plażę piaszczystą.
Przy zakupie wycieczki również zapytajcie o ubezpieczenie z możliwością rezygnacji. Przy małych dzieciach i ich chorobach ciężko jest przewidzieć, czy przed wyjazdem się nie rozchoruje. Powoli zbliża się czas wyjazdu… i zaczyna się wielkie pakowanie.
A tu kilka moich propozycji, które umilą taki wyjazd
1. Kocyki bambusowe Aden+Anais tu
2. Foremki, które zajmują bardzo mało miejsca, a nadają się do piachu i wody
3. Piłka dmuchana
4. Okulary Beaba – teraz -15% na Beaba
5. Namiot plażowy Beaba – nad Bałtyk i wyspy
6.Poncho Little Life na plażę i basen dla chodzących maluchów
Do tego mega duża torba wózkowa:
Beaba Stockholm tu też -15% teraz W ostatniej chwili znalazłam jeszcze fajne ręczniki w typie poncho- są teraz w H&M home (niestety tylko tam gdzie jest dział Kids)
Uwielbiam wyjeżdżać. Każdą wyprawę traktuję jako nową lekcję. Ten wyjazd był wyjątkowy. Odżyły wspomnienia i skłoniły mnie do wielu refleksji.Nasze stare krakowskie mieszkanie.
Nudy w podróży, czyli collage warzywny na kolanie.
Cafe Moment na Kazimierzu
Sklep Bukowski przy Rynku
Spacery po Rynku
Lanckorona i najlepsze pierogi w Arce
My Sunshine
Cieplutki chleb prosto ze starej piekarni w Lanckoronie Pierwsze lekcje muzyki z wujkiem Włoski Cyrk Medrano i ich show motorowe, które wbiło mnie w krzesło
Często mnie prosicie o polecenie książek. Ostatnio czytam w każdej wolnej chwili i moja rodzicielska biblioteczka się rozrasta. Najwięcej pozycji mam z wydawnictwa Mamania. Są to książki najbliższe mi ideowo.
Z niecierpliwością czekam na nowości i czerpię z nich wiedzę w ogromnych ilościach. Dziś napiszę Wam o najnowszej książce Agnieszki Stein „Dziecko z bliska idzie w świat.” Jest to sequel „Dziecka z bliska”, który również stoi na mojej półce.
„Carlos Gonzales w swojej książce „Besame mucho” (…) pisze, że książki dla rodziców dzielą się tylko na dwa rodzaje. Takie, które pisane są założeniem, że dzieci rodzą się złe. I takie, które powstają w oparciu o przekonanie, że dzieci rodzą się dobre”.
Ten cytat jest bardzo prawdziwy. Rodzice, którzy uważają, że ich dzieci nie trzeba straszyć, trenować, karać sięgają po pozycje z tej drugiej kategorii. Takajest właśnie ta książka. Myślę też, że powinni ją przeczytać rodzice, którzy są przekonani, że Rodzicielstwo Bliskości jest tylko dla rodzin z małymi dziećmi i najlepiej z jedynakami.
Często wobec wychowania w duchu AP pojawiają sie zarzuty, że dziecko wychowane według tych wartości w przyszłości jest rozpieszczone, samolubne, skupia się tylko na sobie. Mało tego! Niektórzy uważają również, że te dzieci nigdy nie wyprowadzą się z domu, bo więź z rodzicami jest tak silna. Ta książka obala te mity. Pokazuje, że więź daje siłę do wkraczania w tak trudny wiek dojrzewania i rozpoczynania samodzielnego życia.
Rodzice i dziecko traktuje o tym jak ważny jest kontakt i komunikacja dziecka z rodzicami.
ten rozdział jest o tych dwóch najważniejszych (czasem jednej) osobach w życiu dziecka. Stein pisze w nim o tym, że rodzic ma prawo do słabości, gorszych dni. Nie musi być w ciągle dobrym humorze. To podejście bardzo mi się podoba, ponieważ media, społeczeństwo w dzisiejszych czasach od nas tego wymagają. A jest to fałszywy obraz rodzicielstwa. W tym rozdziale A.S. radzi również jak sobie radzić z najbardziej (imo) powszechnym uczuciem u rodziców, czyli z poczuciem winy i wewnętrznym krytykiem. Napiszę szczerze, że tę część przeczytałam dwukrotnie i powoli wdrażam w życie. Świetny jest również fragment o związkach między dorosłymi. Zainspirował mnie do wielu przemyśleń.
ten rozdział jest o samym dziecku. O dziecku, które powoli wkracza w świat dorosłych. Stein pisze w nim o bardzo ważnych zmianach, które zachodzą u dzieci rozpoczynających naukę w szkole. Jeden podrozdział dotyczy motywacji. Z największą chęcią bym go tu przekleiła;) Ten fragment utwierdził mnie w przekonaniu, że niestosowanie kar i nagród przynosi ogromną korzyść dla dziecka.
Wg Stein dzieci, które są intensywnie chwalone bardzo często unikają zadań, które są nowe i wydają się być trudne. Pamiętam też, że na jednym z moich ulubionych blogów wywiązała się dyskusja na temat wysokiej samooceny w życiu dorosłym i poczucia, że dziecko jest pępkiem świata.
Taka sytuacja wg Stein może zaistnieć dopiero wtedy gdy człowiek ma niskie poczucie własnej wartości i kompensuje je wysoką samooceną.– Dziecko i dzieci- w tym rozdziale opisane są kontakty dziecka z innymi dziećmi.
Najbardziej utkwił mi w pamięci podrozdział o rywalizacji i współpracy. Stein pisze o bardzo ważnej kwestii.
O tym jak zamienić rywalizację na współpracę dowiecie się więcej w tej książce.
rozdział o relacji, która jest nieunikniona. Moja mama zawsze mi powtarza: „Wychowujesz Lilkę dla świata, nie dla siebie” myślę, że jest to bardzo ważne zdanie. Wielu rodziców o tym zapomina…Stein w tym rozdziale również obala pewien stereotyp, że dziecko wychowane w duchu RB nie poradzi sobie w pracy, że brak kar i nagród w domu nie nauczy go funkcjonowania w prawdziwym dorosłym świecie.
Do wielu refleksji i rozmyślań skłonił mnie również rozdział o talentach. Na końcu książki jest lista książek, linków, filmów związanych z nurtem RB. Na mojej liście są już następne pozycje do czytania:)
Wybaczcie, że tak się rozpisałam. Bardzo chciałam Wam przybliżyć tę pozycję. Z tego co się orientuję to czytają mnie raczej mamy młodszych dzieci. Pomyślicie pewnie, że ta książka nie jest jeszcze dla Was. Ja czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem ponieważ miałam wrażenie, że czytam o naszej przyszłości. Po tej lekturze uspokoiłam się, że wychowanie w duchu RB jest doskonałym startem naszego dziecka w dorosłość.
A tu macie moje rekomendacje na Książki o wychowaniu dzieci
Pogoda sprzyja wyjazdom, dlatego dziś będzie post o podróżowaniu z dziećmi. Jeździmy bardzo często i dużo. Przynajmniej raz w miesiącu jesteśmy w trasie. Chciałam Wam pokazać jakie rzeczy się u nas sprawdzają i mogę je polecić.
Genialny na lato również do użytkowania na spacerach. My go używamy w podróży do przykrywania Lili jak zaśnie, ale zdarzało nam się też zasłaniać okno żeby słońce nie świeciło Lilce w oczy. Kiedyś już pisałam, że bambus ma świetne właściwości. Jak jest zimno to ogrzewa, a jak jest gorąco to chłodzi. Generalnie takie kocyki są bardzo drogie, dlatego napiszę jak my wykombinowałyśmy;)
Aden+Anais sprzedaje takie kocyki po 3 w jednym opakowaniu. Zamówiłam takie opakowanie i jeden sprzedałam Oldze, a drugi Ani. W ten sposób cenę podzieliłam na 3. Kosztował mnie w sumie 65 zł.
kupiony dość dawno w Tkmaxx. Jest fajny, bo dwupoziomowy. Na dole ma kilka przegródek. W podróż zabieram raczej jedzenie nie brudzące i nie kruszące się. Najczęściej w tym pudełku mam: rodzynki, suszone morele, daktyle.
z tego produktu nie jest akurat zadowolona. Kilka razy pudełko mi się otworzyło w torbie i chusteczki wyschły.
odkąd je mamy nie muszę już zasłaniać okna kocykiem. Lila już teraz sama o nie prosi. Mówi: „sieci, oku!”. Czyli „świeci, daj okulary”.
od niedawna lubi słuchać „tani” w aucie. Do tej pory miałam tylko jedną płytę z muzyką Zwierzaki – Faceci dla dzieci. Miałam ją zgraną na telefonie i w aucie podłączałam za pomocą kabelka do radia. W tym tygodniu kupiłam z polecenia koleżanki płytę Ani Brody „A ja nie chcę spać”. Powiem Wam szczerze, że jest rewelacyjna. Ania śpiewa m.in. wiersze Wawiłow. Uwielbiamy „Szybko, szybko…” i „Lala lili”. Nawet mój mąż, który nie przepada za poezją śpiewaną tą płytą jest oczarowany.
No i kolejna niezbędna płyta to Dubi
mam często w torbie pudełko, w którym są małe skarby. Akurat w tym są: bransoletki, stopery (ostatni hit), szklane kulki, małe figurki zwierząt, piłeczki.
wcześniej miałyśmy pszczołę, ale nie przeszła próby wygotowania w garnku. Bidonu nie muszę chyba zachwalać, uważam, że jest doskonały i nie trafiłam jeszcze na godnego zastępcę.
zawsze na podróż mam nową malowankę z naklejkami. Lilka uwielbia podczas podróży odklejać, przyklejać, naklejać, wyklejać, a później zdrapywać. Zazwyczaj kupuję je hurtem i trzymam w ukryciu, a w razie podróży zabieram za sobą. Takie książeczki sprawdziły się też doskonale podczas lotu samolotem. Malowanki zazwyczaj kupuję tu
nasza nowość i już mogę powiedzieć, że jest świetna. Jest duża, mieści wszystko co trzeba mieć ze sobą podczas podróży. Najbardziej lubię w niej to, że się cała otwiera i wszystko mogę w niej znaleźć. Nasza skip hop niestety takiej opcji nie miała i często szukałam czegoś w ciemno. To pierwsze wrażenia… Jak przetestuję ją w warunkach ekstremalnych na pewno napiszę jej recenzję.To tyle z rzeczy, które są z nami w środku.
W bagażniku zawsze mamy:
graphite. Mamy je już 1,5 roku i uważam, że to był zakup doskonały. Dużo podróżujemy i ciągle go używamy. Był nawet taki czas kiedy złożyłam w domu drewniane łóżeczko, a używaliśmy Inglesiny. Jeżeli będziecie zainteresowane to zrobię o nim odzielny post.
zawsze i wszędzie jest z nami, chociaż rzadko jej używamy. Wyciągamy ja tylko w sytuacjach awaryjnych
służy nam na wyjazdach za kołderkę do łóżeczka
Aha i zapomniałam! Podróże stały się o wiele mniej uciążliwe odkąd zmieniliśmy fotelik na większy.
A Wy macie jakieś sprawdzone rzeczy w podróży?
Dziś kilka fotek, które zrobiłam niedawno. A my zmykamy na wschód na Święta.Wszystkim czytelnikom naszego bloga życzymy Wesołych Świąt i barrrrdzo mokrego Śmigusa Dyngusa.Lili i ja 🙂
Korona i tipi by Mama
Tak jak pisałam Wam w poście Montessori a Rodzicielstwo Bliskości jedną z zasad pedagogiki stworzonej przez Marię Montessori jest niestosowanie kar i nagród.
Pewnie bardzo Was to zdziwi, bo macie teraz przed oczami Lilkę, która pewnie pierwszy raz zrobiła jakąś czynność (dziś np. na Insta wrzuciłam filmik jak pierwszy raz rysuje kółka) i mnie z kamienną twarzą siedzącą obok. Byłam dumna, a jak! Pewnie zapytacie dlaczego jej nie pochwaliłam?
Z prostej przyczyny. Gdybym ją pochwaliła, biła brawo, krzyczała „Super, Liluś”, dała buziaka w nagrodę itp. Lila najprawdopodobniej dziś by już nie narysowała żadnego kółka, kropki, nic. Ona zrozumiałaby to w ten sposób: „Narysowałam jakieś kółka, trudne to było, ale się udało. Mama bije mi brawo, cieszy się ogromnie, bo to najpiękniejsze (jak dotąd) kółka jakie narysowałam. Skoro mama tak mnie chwali to już nie muszę się starać.
Albo narysuje inne byle jakie i tak się będzie cieszyć”. Często dzieci w takiej sytuacji robią coś i czekają na „brawo”. Robią coś tylko po to żeby dostać naklejkę, pieczątkę, buziaka. Nie ćwiczą nowej czynności dla siebie.
Uwierzcie mi, tak jest! Dzieci są wówczas zewnątrzsterowne, podatne na wpływ innych ludzi, ciężko im samodzielnie podejmować decyzje. Brak kar i nagród pobudza w dziecku wewnątrzsterowność. Dziecko polega na własnych opiniach, jest pewniejsze siebie, ma własne cele. Reasumując, chwaląc dziecko to my sterujemy jego zachowaniami.
Pamiętajmy też, że brak nagrody jest dla dziecka karą. A jak to wygląda w praktyce? Kiedy zupełnie nie mogę wytrzymać żeby ją pochwalić nazywam spokojnie daną czynność: „Tak, narysowałaś kółko”, a w wyobraźni biję brawo, podskakuję ze szczęścia i wrzeszczę w niebogłosy: „Lila, narysowałaś kółko!!! Najpiękniejsze kółko jakie w życiu widziałam”.
p.s. Kiedyś któraś z Was mnie pytała jak pracuję nad tym, że Lilka tak długo skupia uwagę na danej czynności. To jest również jedna ze składowych. Niedawno w jednej z kafejek dla mam widziałam mamę z chłopcem. On wrzucał klocki do sortera, a mama siedziała obok. Wrzucił jeden klocek, patrzył na mamę. Mama biła brawo i tak w kółko. On wrzucał te klocki tylko po to żeby dostać brawo, a nie żeby doskonalić tę umiejętność.
Na Podlasiu jest takie miejsce gdzie uwielbiam wracać. Miejsce magiczne, tam gdzie ma się wrażenie, że obcuje się z prawdziwą przyrodą. Nie ma plastiku, miliona kolorów i głośnych dźwięków miasta. Słychać śpiewy słowików, klekotanie bociana i rechot żab nad stawikiem. Pierwszy raz wybraliśmy się tam z Lilą. Była uradowana!
Podobało jej się bardziej niż w zoo. Biegała po trawie, a obok niej pies gonił królika. Bujała się na drewnianej huśtawce, a metr od niej stała sarna. Niesamowite miejsce. Odpoczęłam tam od nadmiaru bodźców i z pewnością jeszcze tam wrócimy.P.s.
Jest tam również restauracja z pysznym, domowym jedzeniem.
Takie śniadanie jem dokładnie od 1,5 roku. Zaczęłam je przygotowywać w taki sposób odkąd wróciłyśmy ze szpitala po porodzie. Lila je owsiankę w takiej formie od skończonego 10 m.ż . Nawet jak gdzieś wyjeżdżamy składniki zabieramy ze sobą:)
Czego potrzebujemy?
Wszystko wrzucam do rondelka, zalewam wodą tak aby wszystkie produkty były przykryte. Całość gotuje, aż woda wyparuje. Cały czas mieszam, bo owsianka bardzo lubi się przypalić.
Siemię mielę w młynku do kawy:)
Obowiązkowo Inka wanilia i pomarańcza
Lili zastawa rodowa:
Śliniak, łyżeczka i miska – jedyna jaką mamy, która ma pod spodem gumkę i się nie suwa – Beaba
Tacka – Ikea
Kubek – Auerhahn
Serwetka ze słoniem – H&M Home
O śliniaku będzie jeszcze osobny post, bo jest boski! Nie dość, że ładny to cały rosół nie ląduje na kolanach:)
Jakiś czas temu odwiedziłyśmy z rockintwins Mamamija. Świetne, nowe miejsce na warszawskiej mapie knajpek dla dzieci. Bardzo przypadł mi do gustu wystrój tego miejsca. Jest sporo fajnych zabawek, gier dla starszych dzieci. No i jest coś czego nie ma w innych tego typu kafejkach. Można razem z dzieckiem zrobić pachnące mydełka lub świeczki. A no i przepyszne gofry! Mniam!
Wiem też, że są tam ciekawe zajęcia dla dzieci, co jest ciekawą alternatywą na pochmurne dni. Wpadnijcie i sami się przekonajcie:)
Inne miejsca:pomponcud miód malina
Ten dzień wyobrażałam sobie od dawna. Właściwie od początku wiedziałam, że chcę wrócić do pracy. Najbardziej zależało mi na tym, żeby Lila miała możliwość uczęszczania do placówki Montessori. Uważałam, że tylko tam będzie miała możliwość rozwijania się w zgodzie ze sobą, bez kar i nagród, karnego jeżyka…
Dodatkowo to miejsce miało swoją magię. Tak bardzo chciałam żeby to ona była najważniejsza, a nie np. nauczyciel. Wiedziałam, że w tym miejscu czeka ją dużo dobrego. Przygotowania do tego wielkiego dnia zaczęłyśmy już dawno. Zaczęło się od tego, że przesuwałam lekko Lilki drzemki. W dużej mierze też powrót do żłobka/pracy zmotywował mnie do myślenia o przerwaniu kp.
Od dawna szykowałam Lili wyprawkę. Kupiłam takie kapciuszki żeby sama mogła je wkładać. Nabyłyśmy też śniadaniówkę żeby Lila mogła ze sobą zabierać drugie śniadanie. Kompletowałam wyprawkę i z optymizmem wyobrażałam sobie jak cudownie będzie.
W niedzielę wieczorem do późna prasowałam Lilkową pościel do żłobka. Z wielką dokładnością wygładzam każdy róg żeby wszystko było idealne. Podpisałam materiałowy worek. Miałam wyrzuty sumienia, że nie zdążyłam wyszyć jej imienia- tak jak 25 lat temu zrobiła to moja mama. Wczoraj wstałam rano lekko podekscytowana myślałam: „Dziś jest ten dzień”. Było mi trochę smutno, że Lila dorasta, jednak wiedziałam, że w tym miejscu nic złego nie może jej spotkać. O omówionej godzinie podekscytowane stawiłyśmy się w gabinecie Pani Dyrektor. I mój sen się skończył się. Pani Dyrektor poinformowała mnie, że dla Lili nie ma jednak miejsca, a ja otrzymałam wypowiedzenie…
I magia tego miejsca skończyła się na zawsze.
Pod poprzednim postem pojawiło się wiele komentarzy… Niektóre nawet od stałych czytelniczek, które odważyły się pierwszy raz skomentować. Nasunęło mi to pewien pomysł. Chciałabym Was lepiej poznać! Jeżeli macie chęć w komentarzu zostawcie kilka słów o sobie. A może chciałybyście żebym o czymś dla Was napisała? Zapraszam:)
Za tydzień o tej porze będę biegała w kółko po domu, zbierała rzeczy, ubierała Lilkę, robiła kanapki. W jednym bucie pewnie będę szukała telefonu i drugą ręką dopychała Lili śniadaniówkę. Za tydzień o tej porze zaczynamy nowy etap. Lila idzie do żłobka, a ja wracam do pracy. Na szczęście jestem w komfortowej sytuacji i Lila będzie pracować ze mną. Na jakiś czas rezygnuję z etatu terapeuty i będę opiekunką w naszych montessoriańskich maluchach.
Bardzo się cieszę, że mam taką możliwość, ale i tak jestem pełna obaw. Widzę u Lilki gotowość do żłobka i to mnie napawa optymizmem, że będzie dobrze. Tam gdzie są dzieci ja mogę nie istnieć. Na razie jest to zabawa równoległa, ale z pewnością to się niedługo zmieni. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Trzymajcie za nas kciuki!
Prosiłyście mnie o podanie książek związanych mniej lub bardziej z tematyką Montessori i Rodzicielstwem Bliskości.Oto mój spis:
– William Sears, Martha Sears – ” Księga Rodzicielstwa Bliskości” – Małgorzata Miksza „Zrozumieć Montessori”– Grazia Fonegger Fresco „Być rodzicami. Jak przygotować się na przyjęcie dziecka, a potem wychować je mądrze i z miłością”– Maja Pitamic „Naucz mnie samodzielności”– Agnieszka Stein „Dziecko z bliska”– „Poradnik dla zielonych rodziców” – nie jest związany bezpośrednio, ale wiele zasad z tej książki stosujemy m.in. rozdział o rozszerzaniu diety (dość niestandardowy).
Ten post właściwie powinien mieć inną nazwę: „Montessori i Rodzicielstwo Bliskości”. Dlaczego? Obydwie metody mają wiele wspólnych mianowników, które spróbuje przytoczyć w tym poście.
Napiszę dość nietypowo, bo większość rodziców zazwyczaj najpierw dowiaduje się o RB, a dopiero później kiedy decydują się na zapisanie swojej pociechy do jakiejś placówki trafiają na metodę Marii Montessori.
O metodzie Montessori dowiedziałam się ponad 10 lat temu, będąc jeszcze na studiach. Już wtedy wzbudziła moje ogromne zainteresowanie. Kilka lat później zaczęłam pracować w przedszkolu montessoriańskim i wtedy miałam przyjemność zaznajomienia się z tą metodą. Od początku jest dla mnie metoda i-d-e-a-l-n-a. Kilka lat pracowałam w takich placówkach, aż urodziłam Lilkę. Wiedziałam, że tę metodę będziemy stosować również w domu.
Otóż, podsunęłam mu do czytania kilka lektur, artykułów i wsiąkł tak samo jak ja. Któregoś dnia, jak Lilka miała chyba 3-miesiące trafiłam na artykuł o Rodzicielstwie Bliskości. Przeczytałam, przemyślałam i stwierdziłam, że my dokładnie wychowujemy córkę w duchu RB (jedynie z nią nie śpimy). Tak też stwierdziłam, że właśnie metoda Montessori ma wiele wspólnego z RB.Zacznę może od podstaw…
W Montessori nauczyciel jest jedynie przewodnikiem dziecka, to nie on jest najważniejszy. Dzieci traktuje się podmiotowo, a nie przedmiotowo. Wychowanie jest przed wszystkim naturalne. To dziecko pokazuje na co jest gotowe i wybiera do tego stosowne pomoce. Nic nie jest mu narzucane. W przedszkolach masowych często jest realizowany program według którego dzieci muszą się danych umiejętności uczyć.
Przykładowo: 3-latek jeżeli ma chęć i wykazuje gotowość może uczyć się liter. Ważne jest wykorzystywanie tzw. okresów sensytywnych. Często w przedszkolach masowych są przegapiane takie momenty i takiemu dziecku później o wiele trudniej będzie przyswoić umiejętność, na którą okres sensytywny już minął. Następną kwestią jest zaufanie.
Nauczyciel ufa naturalnym instynktom i odruchom dziecka. Od samego początku używa się malutkich przedmiotów, porcelanowych dzbanuszków i innych pomocy, które w masowym przedszkolu/żłobku mogłyby być nie używane ze względu na pozorne niebezpieczeństwo. Szacunek, kolejna bardzo ważna sprawa.
W czasie pracy własnej rozmawia się szeptem, nauczyciel jak coś mówi do dziecka zawsze kuca, aby być twarzą w twarz z dzieckiem. Kiedy dziecko jest zmęczone może udać się na drzemkę. Nie jest do tego zmuszane (moja trauma z przedszkola). Nie ma też kar, ani nagród. Nie ma pieczątek, naklejek i innych form nobilitacji pracy dziecka.
Właśnie ta wewnątrzsterowność pozwala wydobyć z dziecka jego własne zainteresowania, zachęca do pracy nad sobą (kiedyś napiszę jeszcze o tym post).Jak widzicie jest wiele cech wspólnych obu metod. Często rodzicie wychowujący dzieci w duchu RB boją się jak dziecko poradzi sobie w przedszkolu.
Placówki montessoriańskie są właśnie takimi miejscami gdzie te zasady są priorytetowe. Fajne prawda?
Wszyscy pewnie czekają na foty z wyjazdu. No to wrzucam. Uprzedzam, nie będzie tałer bridż, bakingam palas i soho strit. Te atrakcje już zwiedziliśmy wiele razy podczas poprzednich wyjazdów.
Polecieliśmy do naszych znajomych w odwiedziny i to z nimi spędzaliśmy większość czasu. Jeszcze raz dzięki! Tekstu mało, bo niestety Lil dopadło najgorsze… Niestety ma zapalenie płuc i pierwszy antybiotyk w życiu. Myślcie o nas ciepło, bo nie jest to lekki czas.
Jak pewnie wiecie jesteśmy obecnie na wyspach. Niestety nie na kanaryjskich, chociaz i tak nie jest źle jeżeli chodzi o pogodę. Najważniejsze, że nie ma śniegu. Nawet deszcz mi nie przeszkadza. Bardzo nam sie tu podoba. Większość miejsc jest przystosowanych do dzieci, a to najważniejsze. Kilka fot dla ciekawskich:
A teraz ogromne wow. Zobaczcie jak wygląda tzw. parent’s room w galerii handlowej
Jest jedna rzecz, której o mnie nie wiecie. Jestem okropną kosmetykoholiczką. Uwielbiam kremy, mazidła, kolorówkę. Śledzę nowinki i dział KWC na wizażu. Mam kilka swoich ulubionych kosmetyków, których używam ciągle, ale lubię również nowości (czasami okazują się też niewypałem). Jako, że wpis Hity 2013 r. okazał się… hitem, postanowiłam spisać Wam moją kosmetyczną listę 2013 roku.
Do Biedronki chodzę po kabanosy i płyn micelarny. Obecnie kończę 3 butelkę i chyba nigdy nie zmienię go na nic innego. Używałam pięciu innych, ale żaden nie działa takich cudów i do tego nie pustoszy kieszeni (jak np. sławna Bioderma).
Podobno ma go w swoim kuferku każdy szanujący się makijażysta świata. Mało tego ten odcień pasuje do większości typów urody. Czego chcieć więcej?! No i jedynie z dostępnością jest średnio. Czasem pojawia się na alledrogo.
Piszę ogólnie, bo odkąd zmieniłam pielęgnację moje włosy w końcu odzyskały blask. Dokładnie rok temu (w Sylwestra) zafundowałam sobie wizytę u fryzjera. Będę ją pamiętała już zawsze. Fryzjerka spaliła mi włosy i zrobiła najokropniejszy kolor ever (świński blond). Długo szukałam dla siebie ratunku. W końcu trafiłam na blogi włosomaniaczek i tam wyczytałam świetne rady. Zmieniłam pielęgnację i moje włosy w końcu nie wyglądają jak u Wodeckiego. Jak teraz pielęgnuje moje włosy? Raz w tygodniu nakładam na noc olej (na mokro), używam szamponów bez SLS, parabenów i ograniczam silikony, zabezpieczam końcówki jedwabiem (bez alko), po umyciu na głowę zakładam miękki t-shirt zamiast ręcznika, czeszę tylko Tangle Teezer, śpię z włosami spiętymi w koczek, co mycie zmieniam odżywkę i szampon, nie używam suszarki ani prostownicy. Po ponad pół roku takiej pielęgnacji mogę śmiało stwierdzić, że nigdy nie miałam takich ładnych włosów jak teraz:)
Te dwa cuda robią na moich włosach efet łał! Z natury ma włosy bardzo wysokoporowate (po umyciu, wyglądam jakby ktoś mnie poraził prądem, puch i siano). Ten duecik ujarzmia towarzystwo znakomicie. Włosy są gładkie i błyszczące. Kosztują niewiele-13 zł za butelkę, a działają cuda.
Wspomniana wyżej magiczna szczota. Wygładza, rozczesuje moje kudły, a do tego nie ciągnie. Ujarzmiam nią Lili kołtuny po spaniu. Mam zamiar jej kupić wersję dla dzieci. Swoją dostałam od przyjaciółki z UK, ale można ją też kupić w PL. Uważajcie tylko na chińskie podróby na alledrogo ( nie mają numeru seryjnego w środku).
Wiele razy przechodziłam obok niego w Rossmannie. Dopiero jak wyczytałam u Sroki, że to takie cudo, to dopiero zakupiłam. Używam do wytworzenia przyjemnej pianki w wannie, do mycia, jako płyn do mycia rąk. Ma świetny skład (nie zawiera wysuszającego mydła) i kosztuje 3 i pół złotego (Laktacyd może się schować). Wszyscy w mojej rodzinie go używają:)
Kosztuje ok 21 zł w Drogerii Natura. Zazwyczaj używam jej po olejowaniu na noc na pół godziny na zwilżone lekko włosy. Zakładam worek foliowy, ręcznik i pół godzinki trzymam. Zmywam normalnie. Włosy jedwabiste ( tu można wstawić słowo na z…).
Padła prośba żeby fotki torby poczynić. Mnie dwa razy nie trzeba prosić. Fotki na tzw. spontanie. Pozy szafiarskie na 3 z minusem wybaczcie.
Przedwczoraj powróciliśmy dopiero z naszych wojaży świąteczno-noworocznych. Uwielbiam święta. Jako, że mieszkamy daleko od rodziny te nasze wyjazdy są prawdziwą eskapadą. Łącznie z dopychaniem kolanem walizki i układaniem w bagażniku wszystkich bobogratów na styk.
Jak już dojechaliśmy na południe szczęściu nie było końca. Lili z babcią i dziadkiem dogaduje się świetnie, a my mogliśmy się wybrać (sami!) na zakupy.
Eh już nie pamiętam, że zakupy można zrobić w spokoju i bez nerwów (nawet w okresie przedświątecznym).Tuż po świętach ruszyliśmy do naszych znajomych. Tam to dopiero się działo. Znajomi mają dwie córeczki w podobnym wieku. Dziewczynki dogadują się świetnie. Ze wzruszeniem przeglądam fotki z tego czasu. Na szczęście to jeszcze nie koniec tej wspaniałej atmosfery.
Jutro ruszamy na wschód na drugie święta, a prezenty dostarczy Dziadek Mróz.
O tym miejscu dowiedziałam się od mojej koleżanki Zuzy. Chodzimy tam bardzo często. Uważam, że jest to jedno z lepszych miejsc dla malutkich dzieci. W wielu knajpach dla dzieci kącik dla niemowląt jest tzw. prowizorką. Cud Miód Malina taka nie jest. A dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Właścicielka ma małe dziecko i doskonale wie, czego takim szkrabom trzeba. Czyli jest miękki dywan, leżaczek (chociaż nie przepadam – jak ktoś nie czytał Leżaczek bujaczek), zabawki dla niemowląt.
Do tego jest pyszne i tanie jedzenie. Pani za barem tak zmodyfikuje Ci danie, że nawet alergik zje. Aniu, dobre były naleśniki z kozim mlekiem? O przewijakach nie wspominam, bo to oczywistość. Kto nie był niech się wybierze. A no i ma coś czego nie ma Pompon. Tłoku.
Fot dużo. Wybaczcie…