kontakt i współpraca
Kiedyś moja koleżanka powiedziała mi wprost „Anka, na blogu Twoja córka jest idealnym dzieckiem. Zmień trochę jej wizerunek, bo to trochę wkurzające jest”. Długo nad tym się zastanawiałam, co to znaczy, że moje dziecko jest idealne? W sumie nie uważam, żebym Was z premedytacją okłamywała.
To, że moje dziecko siedzi na dywaniku i coś układa, rozkłada to nie znaczy, że ona tak robi cały czas. Chyba to jest oczywiste, że skoro siedzi tam teraz to zaraz wstanie poskłada zabawkę lub też nie poskłada i pójdzie robić coś innego. Czasami nawet jak ma zły humor to porozrzuca tylko zabawki dookoła.
Od urodzenia przejawiała właśnie takie objawy. Ogromna potrzeba „bycia blisko” wygrywała z najbardziej dizajnerskimi zabawkami. Owszem, pojawiały się przebłyski samodzielnej zabawy, ale trwały niezwykle krótko. Nie jestem w stanie nawet przypomnieć sobie, żeby leżała w łóżeczku i patrzyła na kręcącą się karuzelę.
Z perspektywy czasu widzę to coraz wyraźniej. Jedyną zabawkę jaką akceptowała był rodzic. Tak jest też teraz. Oczywiście czasami jak ma okres sensytywny na daną czynność to nawet mnie nie zauważa, ale z reguły bawimy się z nią. Jest to całkowicie normalne.
Jako, że jesteśmy rodzicami w pełni słuchającymi próśb swojego dziecko (często absurdalnych) jej osobowość może się swobodnie rozwijać. Pamiętam jak tydzień temu wracałyśmy z zajęć adaptacyjnych, na których Lilka stworzyła obrazek z bałwanem i brokatowymi gwiazdkami. Niosła dumnie swoje dzieło, stałyśmy przy przejściu dla pieszych (ogromnym-przez dwie ulice), zapaliło się zielone światło, więc ruszyłyśmy. Ja jedną ręką pcham wózek, za drugą prowadzę dziecko.
Jesteśmy już w połowie zebry, kiedy moje dziecko zauważyło, że odkleiła się jedna brokatowa gwiazdka. I krzyczy „gwiazda, gwiazda”. Bez mrugnięcia okiem zawracam na chodnik i szukamy zguby. Jest, znalazła się:) Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że jestem nienormalna. Może i jestem. Ale ta gwiazda była dla niej tak ważna jak dla mnie np. mój ajfon.
Często też zadaję sobie pytanie „Czy naprawdę ona nie może tego robić”? i „Czy to naprawdę tak mi przeszkadza?” Na pewno nigdy nie powiem, że moje dziecko robi mi na złość lub robi coś specjalnie, żeby tylko mnie wkurzyć. Dzieci z natury są dobre, to my mamy jakieś dziwne wyobrażenia o nich.
Często dostaję też od Was maile w stylu: „A Lila to takie grzeczne dziecko”. Czy Lila jest grzeczna? Nie! Powiem Wam, że jest niegrzeczna. I ja się z tego bardzo cieszę. Grzeczny wg mnie jest ten kto bezmyślnie podporządkowuje się drugiej osobie, która nią rządzi.
Ile razy w dzieciństwie słyszeliśmy „bądź grzeczny/-a”? A co to tak właściwie znaczy? Spełniaj moje żądania, bądź mi podległy, ja tu rządzę. Tak naprawdę dzieci nie rozumieją znaczenia słów „Bądź grzeczny”. Jeżeli mamy jakieś konkretne oczekiwania to warto je wyrazić, a nie wrzucać do jednego „grzecznego” wora.
Te słowa to są właściwie etykiety, które bardzo szybko przylegają do dzieci w placówkach opiekuńczych. Ciężko później tę łatkę odkleić.
Lilka ma 2-lata, czyli „przepisowy bunt dwulatka”. Nie uznaję tego określenia. To prawda częściej nie chce robić tego o co ją proszę, ok jej wola. Tłumaczę, podaję przykłady, nie zbywam „bo tak”.
Czy mamy w domu trudne sytuacje? Oczywiście, są ich tysiące, jesteśmy tylko ludźmi. Sytuacji ekstremalnych jest stosunkowo niewiele, bo udaje nam się zazwyczaj dogadać. Spazmy po wyjściu ze Smyka również były:)
Akceptuję złość, nie mówię „nie płacz” „nic takiego się nie stało” itp.Tylko jeden mam sposób na takie problemy. Nie wysyłam do kąta, nie zamykam w pokoju i nie każę. Podchodzę, kucam i cichutko pytam: „Czy Cię przytulić?”. Zazwyczaj to pomaga.
Jak już pewnie wiecie nie przepadam za interaktywnymi zabawkami. Tu się naciśnie, tam zagra i zaświeci. Czasami nawet niespodziewanie o północy potrafi takie ustrojstwo zagrać „Dla Elizy” włączone przez kręgiel w koszu zabawkami. Przyznam Wam szczerze, że jeszcze nigdy nie trafiłam na fajną, ładną, a do tego ciekawą plastikową zabawkę interaktywną.
Staram się ograniczać plastik do minimum. Inwestuję w zabawki drewniane lub wykonane z dobrej jakości tkanin. Zależy mi żeby moja córka miała styczność z różnorodnymi fakturami i materiałami. Dodatkowo strasznie mnie drażnią dźwięki takich zabawek i mam ochotę zatykać uszy podczas takiego koncertu.
Wyjmowanie baterii, wkładanie + do – lub udawanie, że zabawka się zepsuła też nie wchodzi w grę, bo nie oszukuję swojego dziecka. Poszłam po najmniejszej linii oporu. Moje dziecko nie ma ani jednej takiej zabawki… Trochę to też egoistyczne zachowanie. Dla mojej higieny psychicznej nie kupuję zabawek grających.
U znajomej miałyśmy okazję pobawić się zabawką, która była interaktywna. Świeciła, grała i zachęcała do interakcji z zabawką jak i drugą osobą. Czyli wszystko to, czego nie lubię w zabawkach. „Wow!”- pomyślałam po 15 min zabawy nie miałam ochoty walić głową w ścianę. Te melodie wpadły mi w ucho. Mało tego, podobały mi się szalenie.
Ok, zdecydowałam się na nią. Symfonia od B.Toys jest z nami od 2 tygodni, a ja ją uwielbiam. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta! Bo jest to mądra zabawka!
Całą zestaw składa się z konsoli oraz 12 instrumentów podzielonych na grupy (przy naciśnięciu przycisku podświetlają się wszystkie z danej grupy):
Instrumenty są ruchome, lekko gumowe. U podstawy mają kształt, który również trzeba dopasować do odpowiedniego miejsca (trudniejszy sorter). Można regulować głośność oraz tempo.
Uważam, że jest to zabawka doskonała. A jak wiecie, nieczęsto zdarza mi się używać takich określeń.
Kształtuje słuch muzyczny, uczy rozpoznawania dźwięków tylko na drodze słuchowej oraz stymuluje wzrokowo. Lilka bawi się nią sama, ale często też zaprasza nas na quiz muzyczny.
Pulpit dyrygenta uczy jak powstaje muzyka. Pomagają to zrozumieć dwa przyciski „melodia” i „akompaniament”
Ustawiamy do 6 instrumentów na pulpicie, naciskamy „play” i mamy koncert. Podczas trwania utworu możemy instrumenty ustawiać lub zdejmować. Różnica w dźwięku następuje natychmiastowo. Symfonia uczy słuchania muzyki.
Do tego dźwięki są realne, przyjemne dla ucha. Czuję się jak w filharmonii!
A tu nasze zabawy. Uznałam, że same zdjęcia to za mało żeby zaprezentować „moc” tej zabawki.
Solo
W duecie
Symfonia B.toys
Kiedy nie miałam jeszcze dziecka, do głowy by mi nie przyszło, że ktoś będzie chciał być mną. Od jakiegoś czasu obserwuję u mojej córki bardzo silną wolę bycia jak najbardziej podobną do mnie. W tej chwili Lila naśladuje mnie jak cień i kiedy już robi dokładnie to co ja z uśmiechem na twarzy rzecze:
Jak mama robi zdjęcia.
Jak mama chce nosić stanik.
Jak mama chce się malować pędzlem.
Jak mama ma brązowe buty.
Jak mama pcha wózek.
Jak mama maluje się pomadką.
Jak mama ma jeansy.
Jak mama nosić bluzkę w paski (ulubione).
Ta sfera w obecnej chwili jest najbardziej rozwinięta. Ma ogromną chęć opiekowania się kimś. Karmienia, kąpania, ubierania i noszenia…
Wręcz z perfekcją kopiuje czynności, które ja do tej pory wykonywałam przy niej. Jest to dla niej bardzo ważne. W ogóle zabawa w naśladowanie dorosłych ma ogromny wpływ na harmonijny rozwój dziecka. Takie kopiowanie dorosłych, ich czynności to atawistyczne zachowania.
Dziecko myśli sobie:” Skoro ona/on tak robi ja też muszę postępować tak samo, bo on już urósł i w międzyczasie nie zjadł go dziki zwierz. Muszę postępować tak samo, żeby przeżyć.”. Czyi takie zabawy budzą w dzieciach ogromne poczucie bezpieczeństwa oraz uczą funkcjonowania w świecie.
Zabawy lalką pojawiły się u nas niedawno. Zdecydowałam się na Rubens Barn, dlatego, że podobał mi się ich wygląd. Cała filozofia powstawania tych lalek zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Kiedyś byłam na wymianie polsko-niemieckiej w Bawarii w szkole specjalnej. Tam właśnie dzieci bawiły się tym szwedzkimi, ręcznie robionymi lalkami. Lalki empatyczne- taka metka do nich przywarła. I bardzo słusznie, bo rzeczywiście te lalki powodują uśmiech na twarzy dziecka oraz wzbudzają opiekuńcze zachowania.
Nasza Lala, a właściwie moja wnuczka ma na imię Amelia. Jest mięciutka, ma zdejmowane ubranka i jest towarzyszką zabaw od dłuższego czasu.
Wnuczka Amelia Lilia Anna
Mamy oczywiście cały arsenał do zabawy „W mamę’.
Lalka Rubens Barn
Pościel – Ciocia made it
Wanienka – Ikea
Dziś pokażę Wam nasze ostatnie biblioteczne zdobycze. Te 3 książki od miesiąca są w ciągłej eksploatacji. Chyba przedłużę je na następny miesiąc.
Absolutny nr 1. Po jej przeczytaniu, przed snem Lilka prosi mnie aby śpiewać o Józefie;)
O czym jest ta żydowska pieśń (na podstawie książki)?
Miał raz Józef płaszcz. Płaszcz mu się zniszczył, więc zrobił z niego kurtkę. I teraz na oczach dziecka dzieje się magia. W prawej części książki są wycięte dziurki. Po przełożeniu strony płaszcz zmienia się w kurtkę, kurtka w kamizelkę, kamizelka w szalik, szalik w chustkę, chustka w guzik.
Świetny pomysł. Treść jest ciekawa, powtarzająca się i z morałem. Zamiast wyrzucać można zrobić coś z niczego.
Czyli opowieść o poszukiwaniach czerwonej czapeczki. Budzi emocje, muszę przyznać! Reakcja na czerwoną stronę jest zawsze taka sama. Przepiękne ilustracje!
O czapeczce też czasami śpiewam;)
Nietypowa książka o cyrkowych atrakcjach. Niebanalne rymy i zbiór plakatów stworzonych przez polskich mistrzów powodują, że moje dziecko ciągle do tej pozycji chce wracać. Mało tego, Lilka cytuje wiersze z tej książki. Niektórych zadziwia „lew salonowy” i „klaun Brrrown” z ust 2 -latki.
W takiej wersji akceptuję cyrk z całym jego inwentarzem
Jestem chomikiem śmieciowym. Zanim coś wyrzucę 10 razy się zastanowię czy aby na pewno nie jestem w stanie wykorzystać tego szarego kartonu do stworzenia ciekawej zabawki.
Chowam różne surowce na później… a nuż mi się do czegoś przydadzą. I tak mam szafki pełne ciekawych słoików, pojemników, gąbek, folii bąbelkowej i innych „śmieci”. Dla mnie to nie są śmieci. To materiał do świetnej zabawy!
Sami zobaczcie.
Bombki to maleńkie pomponiki przyklejone do wykałaczek.
Są takie dni kiedy czas płynie wolniej, a kawa stygnie szybciej. Nie zwracam na nic uwagi, tylko na nią. Outfit of the day to piżama lub w porywach dresy.
Wszystkie zasady wychowawcze legną w gruzach. Mogłabym wtedy pisać kryptobloga o nośnym tytule „Parents in crime” i dokonywać tam zapisków moich małych zbrodni.
Właśnie te gorsze dni zwiastują tony chusteczek higienicznych, zapach syropu z cebuli oraz ciastka (z najprawdziwszym cukrem!). Nie zasnęła nawet w wózku podczas oglądania bajki, nie chciała nawet do tego kombo ciastka. Tak wiem, bardzo pedagogiczne;) Drzemka- game over?
Od wczoraj koczujemy w domu i ratujemy się jak możemy. W akcie desperacji wyciągnęłam nawet jeden prezent mikołajkowy. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie napisać nową wishlistę.
Dla takich niecierpliwych osób jak L. i ja to świetny trener wytrwałości. A ile radości jak ropucha wyląduje w lilii wodnej. To nasza pierwsza gra rodzinna i już jest hitem. Nie spodziewałam się, że L. potrafi czekać na swoją kolej;)
Żabki Kid o- tu
Kosz na zabawki Elodie Details-tu
Nie wiem jak u Was, ale jak ja ja byłam dzieckiem to prezenty mikołajkowe znajdywało się pod poduszką lub w bucie.
Pamiętam jak dziś. Budziłam się bardzo wcześnie i szukałam prezentów. Przez następny tydzień robiłam dokładnie tak samo tylko z innym skutkiem:)
Dlatego moje wybory mikołajkowe to drobiazgi. Takie cieszą najbardziej. Skarby, które później moja córka nosi, gubi, szuka. Coś ważnego dla niej znaczą.
Zaprezentuję Wam dziś naszą listę mikołajkową, może kogoś zainspiruje, bo wiem, że pędzicie i nie macie za bardzo na to czasu.
Postawiłam sobie poprzeczkę wysoko, bo stwierdziłam, że to mają być prezenty do 60 zł (najpierw było 50 zł, ale znalazłam kilka odrobinę droższych perełek).
Zaczynając od lewego, górnego rogu
1. Drewniany Iphone z kredą i tabliczką. Zauroczył mnie kompletnie!
2. Żabki Kid O– gra zręcznościowa- coś dla mnie i L. w trenowaniu wytrwałości – tu
3. „Anatomia farmy” – świetne ilustracje + ciekawe informacje – tu
4. Lornetka Rex – dla tropicieli i odkrywców – tu
5. Loteryjka obrazkowa The Purple cow – w małym pudełku świetna gra rozwijająca słownictwo – tu
6. W naszym domu Scotchi – układanka w duchu Montessori – tu
7. Drewniane klocki
8. Kolorowanka i fartuszek Bardzo głodna gąsienica i przyjaciele
Pamiętajcie, że 2.12 to w większości sklepów internetowych dzień darmowej dostawy:)
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Jestem gadżeciarą – to wiadomo nie od dziś. „Make life easier”- to moja maksyma. Nie poddaję się modzie na minimalizm, dlatego, że każdy mój wybór jest przemyślany i nie kupuję pod wpływem impulsu.
Dziś zaprezentuję Wam 10 rzeczy, które bardzo ułatwiają mi życie.
Używam go odkąd L. się odpieluchowała i wszystkie torby wózkowe wrzuciłam do szafy. Nie muszę już nosić, ani pieluch ani chusteczek, więc ten organizer mieści nasze rzeczy. Portfel, uchwyt na bidon, zamykana kieszonka na klucze – jest wszystko czego potrzebuję.
Pasuje na każdy pojedynczy wózek, bardzo szybko go przekładam z Bugaboo na Babyhome. Niepotrzebne też są uchwyty na kubek. Zmieści bidon L. i moją wodę.
Dawno temu, kiedy miałam czas zaglądałam do blogerek kosmetycznych i one polecały jedwabne poszewki na poduszki.
Uważam, że to był świetny zakup i widzę jej pozytywny wpływ na cerę i włosy. I chociaż nie mam czasu na smarowanie się kremem i maseczki upiększające to ta poduszka daje mi poczucie, że coś jednak dla siebie robię;)
Jak już poduszka zawiedzie, a właściwie niemożność przytulenia się do niej ratuje mnie korektor Collection 2000. Dawno temu poleciła mi go koleżanka i przy okazji wyjazdu kupiłam go. Kosztuje niewiele (szukajcie na All), a działa cuda. Givenchy, Estee Lauder mogą się schować.
Na największe wory pod oczami po zarwanej nocce działa lepiej niż 2 godziny dodatkowego snu w dzień. Ten produkt powinni dawać w pudełkach w szpitalu. Serio!
Czyli zapasowa bateria do smartfona. Ładuję to cudeńko w domu do komputera i jak ajpon padnie podłączam ten zielony akumulatorek. Na 100% ładuje go w godzinkę. Kupiłam w TKmaxx.
Lubię ten telefon, ale też mnie wkurza. Tak czy inaczej bardzo mi ułatwia życie. A życie blogerskie to już w ogóle. Wszystko co mogę robię w telefonie. Jedynie piszę posty i obrabiam zdjęcia na kompie.
Sprawiłam sobie porządną obudowę, bo wizja 1000 zł za nowy wyświetlacz mi się nie podoba. Mam Spigen Linear i wiem, że dzięki niej zaoszczędziłam sporo pieniędzy. L. nie bawi się moim telefonem, ale ja mam za to dziurawe ręce i upadł mi może ze 100 razy. Nie ma na nim nawet ryski.
Wybrałam Olympus, bo… nie wygląda jak torba na aparat:) Pakuję do niej lustrzankę, obiektyw, portfel, ciuchy na zmianę dla L. i miasto jest nasze.
Mufka na wózek. Produkt idealny na teraz. My często używamy jej w sposób odmienny. Zapinam ją na pałąku i L. grzeje sobie rączki.
Trzyma trochę temperaturę i do tego fajnie wygląda.
Przy foteliku tyłem do kierunku jazdy wg mnie jest niezbędne! Ułatwia nam podróże niesamowicie. Mamy z firmy Besafe.
To nie tajemnica, że Basia i Franek mieszkają u nas od dawna (tu np ostatni wpis o Basi).
Teraz i u Was może zamieszkać to sympatyczne rodzeństwo.
Razem z wydawnictwem Egmont ruszamy dziś z „Basiowym konkursem” abyście i Wy mieli szansę ich bliżej poznać.
Do zgarnięcia 3 egzemplarze „Wielkiej księgi Basi i Franka”. Czyli zbioru wszystkich do tej pory wydanych przygód Basi i Franka plus kilku nowych.
A warto!
Zapraszamy!
Wystarczy zostawić komentarz pod tym postem wraz z adresem e-mailowym. Konkurs trwa od dziś do 1.12.2014 r. do godz 23.59. Maszyna losująca już nie może się doczekać:) Wyniki konkursu zamieszczę w tym poście w ciągu tygodnia.
Powodzenia!
Wyniki:
Gratulujemy!
Z wygranymi skontaktuję się niebawem:)
OK, dostałam info, że nie wszystkim otwiera się film.
Poniżej print screen:
Jednym z ogromnych plusów blogowania jest możliwość poznawania nowych ludzi. I nie mam na myśli kontaktów wirtualnych, a twarzą w twarz. Na Księżniczkę w kaloszach trafiłam stosunkowo niedawno, a na jej blogu poczułam się bardzo dobrze. Trochę nawet jak w domu.
Założyłam ciepłe kapcie, okryłam się kocem i z herbatą zimową jednym kliknięciem wprosiłam się w jej blogowe progi. Post za postem, a ja już od razu wiedziałam, że się dogadamy.
Jej punkt widzenia często pokrywa się z moim, mimo tego, że styl życia jest kompletnie inny. Ja wychowana praktycznie na wsi mam wciąż ciągoty do sielskiego życia. I ona na końcu świata, tam gdzie sygnał gps to bardzo pożądana rzecz.
Mieszkają nad stajnią, w samym środku… niczego. Porzucili miejskie życie żeby spełniać swoje marzenia. To widać, słychać i czuć. Dom z duszą, a nie z pinterestu z oknem z kuchni do stajni. Niesamowite.
Przeszłam przez bramę i nie odróżniłam owcy od kozy (!), kaczkę z gęsią też pomyliłam. Brakuje mi tego. Z ogromnym uśmiechem patrzę na nich, na ich syna, który ma możliwość bycia tak blisko natury. Tam gdzie rytm roczny wyznaczają pory roku, a nie wyprzedaże w Zarze.
Ich Stajnię Zamczysk mam zamiar odwiedzić jeszcze nie raz, bo tam znów mam wrażenie, że mam 5 lat.
Pierwsza myśl jaka Wam pewnie przyszła do głowy to pewnie, że już do końca oszalałam…
Nie, nie oszalałam i mam się dobrze.
Kilka słów o zabawkach Fisher price… Nie są w moim guście i myślałam, że to się raczej nigdy nie zmieni. Nigdy nie kupiłam L. żadnej zabawki Fp, ani nie podarowałam nikomu w prezencie. Miałam styczność z kilkoma produktami tej firmy i niestety muszę stwierdzić, że nie są to ciekawe zabawki. Mam nawet wrażenie, że są lekko ogłupiające. Jestem purystą językowym i nie mogę pozwolić na to, żeby moje dziecko bawiło się zabawką z błędami. Tyle na temat.
Ale kiedy trafiłam w sieci na linię Fisher price classics to moje serce zabiło mocniej.
Retro design oraz bardzo prosta forma spowodowała, że byłam bardziej ciekawa tych produktów.
Będę Wam dawkować wrażenia i dziś pokażę tylko jedną. Fisher price wydał w USA edycję classics. Jak dla mnie mogliby zabrać wszystkie zwykłe i zastąpić je kilkoma modelami z linii classics…
– to nic innego jak prosty projektor bajek. Nie ma baterii, nie ma światełek, nie ma żadnej interaktywności.
Dziecko ma do dyspozycji 3 filmy z bajkami, które wkłada w odpowiednie miejsce. Przez wizjer „ogląda” bajkę. Naciskając na przycisk wprawia w ruch film. Odgłos jaki wydaje przypomina dźwięk migawki. Niesamowity sprzęt. Bardzo prosty i właśnie dlatego taki fajny. W korpusie aparatu jest skrytka na filmy. Animacje są vintage.
Jest to jedna z ulubionych zabawek mojej córki. Moja też…
Przyszła wczoraj. Cały czas przy niej siedzimy, mażemy, marzymy i śmiejemy się na głos. Tulletomania trwa u nas cały czas, więc ta kolorowanka to prawdziwy rarytas dla wielbicieli autora.
Niesztampowe podejście i dawka humoru sprawiają, że książka będzie u nas dłuuuugo eksploatowana. Duży format, ilość i forma aktywności zachęcą nawet dzieci, które nie przepadają za rysowaniem. Genialna!
Po pokolorowaniu obrazków można zostawić ją do przeglądania. Myślę, że ucieszy się z niej i 2-latek i 6-latek. Ja mam trochę więcej i też mi się podoba.
Świetny pomysł na ciekawy prezent mikołajkowy!
W gabinecie terapeutycznym jest ciekawą alternatywą dla nudnych ćwiczeń grafomotorycznych.
„Książka do kolorowania” – Herve Tullet
Znawcy tematu twierdzą, że metoda stworzona przez M. Montessori jest dla wszystkich dzieci.
Jednak nie jest dla wszystkich rodziców… Dlaczego?
a) Odkładasz książkę, gazetę i lecisz na pomoc depcząc po drodze dywaniki innych dzieci, które pracują sumiennie na podłodze i robisz to za niego.
b) Przez całą salę krzyczysz: „Kazik, nie tam to wkładasz. Spróbuj to przełożyć. O tak, tam! Brawo!”
c) Nie robisz nic. Obserwujesz dalszy rozwój sytuacji.
a) Nie zgadasz się, prosisz o złożenie i szybko wychodzisz.
b) Próbujesz negocjować, wytaczasz nawet bardziej przekonujące argumenty (np. słodycze w domu).
c) Siedzisz i cierpliwie czekasz.
a) Podchodzisz do nauczycielki i pytasz dlaczego zabija dziecięcą wyobraźnię
b) Nie robisz nic, po powrocie do domu szukasz w sieci odpowiedzi na to pytanie, bądź wyżalasz się na forum i pytasz co robić.
c) W pełni akceptujesz założenia pedagogiki i jej ufasz
a) „Matko jedyna, stówę kosztowała ta bluzka, do kosza się tylko nadaje”
b) „Dziecko jak Ty wyglądasz. Nie mogłaby Pani Cię pokarmić następnym razem?”
c) „O, widzę, że miałeś dziś ciekawy dzień. Pracowałeś w kąciku wodnym i sam nalewałeś barszcz?”
a) Bardzo się tym martwisz. Masz wizję, że starsze dzieci w grupie to nic dobrego.
b) Prosisz nauczycielkę żeby miała oko na Twojego malca.
c) Jesteś zadowolona/-y, że Twoje dziecko będzie miało możliwość przebywania ze starszymi dziećmi w końcu grupa rówieśnicza to sztuczne środowisko.
a) „I za to płacę 1500 zł miesięcznie?”
b) „Ok, pewnie nie pamięta”. Podchodzisz do nauczycielki i pytasz z czym Kazik dziś pracował. Ona potwierdza, że cały dzień spędził na dywaniku pracując z czerwonymi belkami. Myślisz sobie, że jeżeli czegoś porządnego go w końcu nie nauczą to zmieniasz placówkę.
c) „Ok, widocznie ma teraz na to fazę”
a) „Ehhh, wprowadziliby tablicę multimedialną, a nie tylko to drewno i drewno”
b) „Ale jak to nie ma Świnki Peppy?”
c) „Ufam, że jest miejsce naturalnie wspomagające rozwój dziecka’.
a) „Chyba Pani się pomyliła i postawiła te niebezpieczne rzeczy za nisko”
b) „Sprawdzę, czy nauczycielki mają kurs pierwszej pomocy”
c) „Cieszę się, że moje dziecko będzie miało możliwość pracowania z każdym materiałem”
a) @#$&^**($$ (cenzura)
b) Liczysz do 10, wdech wydech i prosisz nauczycielkę na słówko
c) Myślisz sobie, że Kazik ma naprawdę świetną zabawę.
a) Jesteś przerażona. NALEGASZ, aby Kazik teraz usiadł i zjadł swój obiad. On nie chce. Ty nadal nalegasz. W końcu mówisz, że jak nie zje to nie będzie bajki.
b) Prosisz nauczycielkę żeby następnym razem przekonała go do jedzenia. Najlepiej żeby go nakarmiła.
c) Pytasz Kazika dlaczego nie zjadł obiadu. On mówi ” Mama nie miałem casu”. Myślisz ok, w końcu nie umrze z głodu.
No i jak wypadacie?
a tu macie wpis z perspektywy czasu i doświadczeń – Metoda Montessori – co nam się sprawdziło a co nie.
Zainteresowanie geografią pojawiło się u nas już jakiś czas temu. Na początku roku odwiedziliśmy Centrum Nauki Kopernik, przy wyjściu wstąpiliśmy do sklepiku z pamiątkami. Lila poprosiła, żeby kupić jej globus. I od tego właściwie się zaczęło…
Później trafiłam na promocję i kupiłam globus zoologiczny. Często rozmawiając o zwierzętach pokazujemy je również na globusie.
a) są to puzzle
b) mają nadrukowaną mapę, na której zaznaczone są charakterystyczne dla danego regionu budowle oraz zwierzęta.
Puzzle układamy razem, a później L. sama ustawia figurki. Wymyśliła żeby dodać do tej zabawy globus zoologiczny.
Wiecie, że uwielbiam takie zabawki, które wiem, że będą nam również służyć za kilka lat, ale w innej formie.
Figurki Schleich
Puzzle Jumbo „Mapa świata„- Mudpuppy
Pamiętacie mój wpis o Basi i Franku? Miłość do tych książeczek trwa u nas nieprzerwanie. Niestety nie mogłam znaleźć brakujących nam do kolekcji „Basia, Franek i liczenie” i „Basia Franek i pojazdy”. Kiedy odkryłam, że wydawnictwo Egmont wydało właśnie „Wielką księgę Basi i Franka” ucieszyłam się ogromnie.
W jednej książce mamy zbiór wszystkich przygód Basi i Franka + kilka nowych. Bardzo fajnym pomysłem było dodanie kilku zgadywanek w tematyce opowiadań. No i cóż mogę jeszcze napisać? Książka ma 158 (!) stron. Czytamy ją na raz. Inne opcje nie wchodzą w rachubę tak Lilka polubiła się z tym sympatycznym rodzeństwem.
Dodatkowo piękne ilustracje i ciekawe teksty zachęcają do kolejnego czytania. Mam nadzieję, że powstaną kolejne części przygód Basi i Franka.
Polecam ją wszystkim. Wg mnie idealna dla dzieci 18m +
A to mój ulubiony fragment:
Mamy również Wielką Księgę Basi – jest to zbiór opowiadań, które ukazywały się cyklicznie w magazynie Dziecko. Jest to pozycja dla troszkę starszych dzieci. L. jeszcze nie jest w stanie skupić wzroku na kartkach gdzie nie ma obrazków. Ale czeka na nią już na półce:)
Wielka księga Basi i Franka – wydawnictwo Egmont tu
A tu najnowszy wpis o Basi a w nim rabaty!!!
Zacznę od cytatu:
„Matka, która daje jeść dziecku, a nie uczy go, jak trzymać łyżkę i trafiać z nią do ust, albo też matka, która, jedząc sama, nie wskazuje dziecku, jak to czyni, jest złą matką. Obraża ona godność ludzką swego dziecka, (…). Nauczyć dziecko, aby się samo myło, samo jadło, jest pracą dłuższą, dziełem cierpliwości bardziej uciążliwej, aniżeli wykonywać wszystkie te czynności dla niego.”
M. M. Domy Dziecięce, s. 62
Ja, aż takim konserwatystą nie jestem i wcale nie uważam, że matki karmiące, myjące, ubierające są złe. Ale warto chwilkę nad tym się zastanowić.
Jest to temat obecny u nas od dłuższego czasu. Zaczęło się oczywiście od ściągania skarpet. Tę umiejętność moje dziecko opanowało do perfekcji. Następnie dołączyła kolejna część garderoby – czapka, na szczęście było lato, więc nie nalegałam.
Przy każdym taki manewrze uśmiech na buzi mojego dziecka był nie do opisania. Zawsze łatwiej jest się rozebrać niż ubrać, dlatego jest to normalny etap w rozwoju samodzielności.
Teraz idziemy już w drugą stronę. Lilka zaczyna się sama ubierać. Zaczęło się również od skarpet, kapci oraz czapki. Powoli dołączają kolejne części garderoby. Właśnie około 18 m.ż prawie każda mama ma przed sobą uciekające w jednej skarpecie dziecko, które nie chce się UBIERAĆ.
To jest duża różnica i najczęściej takie właśnie przedmiotowe traktowanie dziecka może powodować opór i niechęć. Nie mówię o sytuacjach kiedy jesteśmy spóźnione do pracy/bardzo nam zależy na szybkim i sprawnym założeniu ubrania.
Ok, rozumiem to w 100%, bo sama mam takie sytuacje. Jednak w momentach, które nie wymagają od nas pośpiechu pozwólmy dzieciom zrobić to samodzielnie. Nieopisaną radość sprawi im ta czynność kiedy będą mogły zrobić to samodzielnie.
Od dłuższego czasu zwracam uwagę na funkcjonalność butów i ubrań.
Czy moje dziecko będzie w stanie założyć je samo? – to najczęstsze pytanie jakie zadaję sobie podczas zakupów Dlatego bardzo często wybieram ubrania luźniejsze, większe o rozmiar, aby łatwiej jej było samodzielnie się ubrać lub rozebrać.
Tak samo jest również z kapciami. Jest to część garderoby, która jest wkładana i zdejmowana kilkanaście razy dziennie dlatego zdecydowałam się na kapcie z miękką i oddychającą podeszwą, a nie popularne skórzane mokasyny.
Dodam też, że często Lilce zdarza się założyć je odwrotnie (prawy na lewą nogę) i pozwalam jej tak chodzić, bo w końcu zauważa, że coś jest nie tak i SAMA je zamienia.
Kapcie Collegien – tu
Misiek Trave Buddy z magnesami w łapkach – tu
Pościel i wieszaczek H&M home
Plakat miasteczko – tu
Łóżeczko – Ikea
Piżama – Carter’s
Bluza Emile et ida
Getry Kappahl Newbie
My już jesteśmy gotowe na zimę! A Wy?
Kombinezon z ubiegłego roku pasuje jak ulał, ciepła kurtka z futrem na kapturze wisi już w szafie, buty zimowe już od 2 tygodni w użyciu, a nowa czapka i szalik grzeją Lilkową głowę.
W tym roku stawiam na uniwersalność i wygodę. Co sezon przygotowuję Wam zestawienie naszych typów obuwia. Teraz takiego nie będzie!
Dlaczego? Bo w tym roku poszukiwania trwały niezwykle krótko. Zobaczyłam Pandy z Nowego Targu i przepadłam. Już nie musiałam niczego innego szukać. Idealne do naszego kraciastego kombinezonu jak i granatowej parki. O kałuże i błoto pośniegowe też już nie muszę się martwić.
Mamy jedne buty, a porządne i jak Lilce stopa gwałtownie nie urośnie to do wiosny będzie w nich biegać. A może nawet jeździć… tak jak wczoraj na hulajnodze. Są miękkie i dobrze dopasowują się do stopy. Pasują do spodni i sukienki.
Także zimo, czekamy na Ciebie! Przybywaj:)
Buty Pandy- Mrugała
Czapka i szalik z niegryzącej wełny Merino- @werkat- szukać na Instagramie
Niedawno u Lili zaobserwowałam niebywałe zainteresowanie puzzlami. Często pierwszą rzeczą jaką robi tuż po przebudzeniu jest układanie. Chętnie zajmuje się nimi również po kąpieli przed wieczornym czytaniem.
Chyba ma to po mnie, bo ja również jestem puzzlomaniaczką. Jak byłam z L. w ciąży układałam namiętnie Wasgij (znacie?)
Teraz idziemy już w kierunku coraz większej liczby elementów.
Bardzo lubię obserwować u niej skupienie na twarzy. Myśli wtedy mocno i często mówi „Hmmmm”…
Od czego zaczynałyśmy przy pierwszych układankach? Miałyśmy wersję podpowiedzią, czyli pod spodem był rysunek. To bardzo jej pomogło zrozumieć o co chodzi. Poniżej przykład takiego zestawu. Do puzzli dołączony jest plakat, na którym można je układać. W wersji trudniejszej można obrazek schować.
Puzzle Moulin Roty La grande familie tu
Od dwóch tygodni pijemy bombowe koktajle.
Koktajle z bombową dawką wit. C.
Składniki:
Dziewczyny!
Pod jednym z wpisów pisałyście, że podajecie dzieciom aloes. Napiszcie coś więcej!
A tu wpis w którym opisuję dlaczego potrzebna ci jest Wyciskarka wolnoobrotowa
Poszukiwania wózka idealnego trwały u nas baaardzo długo. Po dogłębnym researchu, który przeprowadziłam w sieci i wśród znajomych zdecydowaliśmy się na Bugaboo Cameleon.
Przed zakupem założyliśmy, że będziemy używać wózka długo. Najpierw skorzysta z niego L., a później pewnie przyszłe rodzeństwo. W związku z tym nie wahaliśmy się wydać sporej sumy pieniędzy na wózek.
Dziś po 2 latach użytkowania mogę Wam w końcu zrecenzować nasz wózek i napisać rzetelną opinię. Zapraszam!
Cameleon zmienia się jak… kameleon.
Model, którym posiadamy jest z drugiej generacji. O szczegółowych różnicach możecie przeczytać tu
Tak, jak się pewnie domyślacie nie ma wózka idealnego. I taki też jesz nasz Bugaboo Cameleon. Pierwszym, podstawowym atutem są gabaryty po złożeniu. Tylko ten wózek zmieścił się do mojego mikroskopijnego bagażnika. W pół minuty mamy zdjęte kołka i odmontowaną górną część.
Drugą kwestią jest jego funkcjonalność. Jest to wózek od urodzenia (ma najdłuższą gondolę dostępną na rynku- idealny dla dzieci urodzonych jesienią, które w gondoli będą jeździły przez pół roku) do ok 3 lat. L. urodzona we wrześniu rzeczywiście jeździła nim do końca marca.
Mamy możliwość dokupienia adapterów do fotelika samochodowego i zamontowaniu na stelażu wózka.
Za co jeszcze uwielbiam holenderską markę Bugaboo? Design! Mamy wersję limitowaną Missoni, która jeszcze mi się nie znudziła. Dodatkowo do Bugaboo można dokupować różne elementy zmieniające wygląd lub poprawiające funkcjonalność.
W ofercie są budki, nakładki na siedziska, parasolki, uchwytu do kubków torby… Jest w czym wybierać! Mamy uchwyt na kubek. Już go nie używam, bo ciągle spadał i obdzierał aplikację z bidonu. Teraz używamy super funkcjonalnego organizera na wózek J.L. Childress
Kolejną kwestią jest łatwość jego użytkowania. Składanie, rozkładanie jest płynne i lekkie. Ten wózek nie jedzie lekko. On jedzie SAM. Nie trzeba go pchać, tylko pilnować żeby nie odjechał.
Można obrócić je przodem do kierunku jazdy i sunąć przez błoto. Przednie, obrotowe kółka mają możliwość blokady (na wertepy). Dodatkowo mają amortyzacje. Dlatego jazda po warszawskich dziurawych chodnikach to bajka zarówno dla dziecka jak i mamy.
Rączka ma możliwość regulacji co niesamowicie ułatwia użytkowanie. Hamulec ręczny lekko się zaciąga, a i może służyć jako hak na torbę z zakupami;) Oooogrmony kosz na zakupy. To jest wg mnie największy atut tego wózka. Zmieści tygodniowe zakupy dla 3 osobowej rodziny i wózeczek spacerówkę dla Lali:)
Siedzisko można ustawiać w różnych konfiguracjach: przodem lub tyłem do kierunku jazdy oraz w pionie, półpionie i poziomie. Można również wózek ustawić jak przyczepkę. Używaliśmy go w taki sposób na plaży na Krecie.
Buda Bugaboo jest spora, ale nie do końca chroni przed słońcem kiedy siedzisko jest w pozycji poziomej. W 3 generacji budki są inne (!).
Dwa razy odjechałam z nią na dachu auta, bo zapomniałam schować. Również w 3 generacji jest to poprawione.
Kolejną sprawą są 5-cio punktowe pasy bezpieczeństwa. Niestety klamerki zjeżdżają i po chwili pasy są luźne. W 3 generacji jest już ok.
Jak widzicie Bugaboo dąży do perfekcji i każdy kolejny model jest coraz lepszy i bardziej funkcjonalny.
Dużym minusem wg mnie jest bardzo utrudniona dostępność do kosza na zakupy kiedy jest przypięta gondola. Dosłownie trzeba klękać:) Mam nadzieję, że i to w kolejnej generacji będzie poprawione.
Świetnie się sprawdza w mieście jak i na wsi. Na bardziej hardcorowe tracki wybrałabym Bugaboo Buffalo (nowy model z ogromnymi pompowanymi kołami).
Ten wózek służy przez lata, a i później zawsze chętni się na niego znajdą!
a tu pisalam wam jak się spisuje nasza Lekka spacerówka.