kontakt i współpraca
Jestem chomikiem śmieciowym. Zanim coś wyrzucę 10 razy się zastanowię czy aby na pewno nie jestem w stanie wykorzystać tego szarego kartonu do stworzenia ciekawej zabawki.
Chowam różne surowce na później… a nuż mi się do czegoś przydadzą. I tak mam szafki pełne ciekawych słoików, pojemników, gąbek, folii bąbelkowej i innych „śmieci”. Dla mnie to nie są śmieci. To materiał do świetnej zabawy!
Sami zobaczcie.
Bombki to maleńkie pomponiki przyklejone do wykałaczek.
Prowadzę bloga od ponad 2 lat. W ciągu tego czasu wiele się zmieniło. Zaszło we mnie wiele zmian i wiem, że duża zasługa jest właśnie w tym co tutaj robię. Uwielbiam dzielić się moim spostrzeżeniami, pomagać innym oraz realizować swoje pomysły.
To wszystko dzieje się właśnie tutaj. Pewnie pamiętacie, że w marcu spotkała mnie niemiła niespodzianka po powrocie do pracy. Wiele z Was pisało, że pewnie za jakiś czas spojrzę na to inaczej, że pewnie nie będę żałowała. Miałyście rację. Tak właśnie się stało. Czuję, że to jest moje miejsce i chcę to dalej robić.
Kiedy dostaję od Was prywatne wiadomości, w których mi dziękujecie za to co robię daje mi to niesamowitego kopa.
Wkładam w blog wiele pracy, ale daje mi to ogromną satysfakcję, że ktoś korzysta z mojej wiedzy i pomysłów. Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję, że tu zaglądacie!
Niedawno na naszym fanpage na Facebooku zrobiła się okrągła liczba obserwujących oraz konto na Instagramie zyskało sporo nowych followers.
W związku z tym pomyślałam, że chcę Was nagrodzić! Długo myślałam, co to by mogło być, żeby wygrana była atrakcyjna. Dlatego dość długo poszukiwałam sponsora do moich działań. Chciałam żeby nagroda była niebanalna, a do tego użyteczna.W końcu znalazłam.
To dwa sklepy internetowe: klik i klik
Co prawda konkurs będzie na Instagramie i Facebooku, ale już dziś o tym piszę tutaj. Zgadnie co będzie do wygrania? 2 nagrody ze sklepów z linków powyżej.
Nie wiem jak u Was, ale jak ja ja byłam dzieckiem to prezenty mikołajkowe znajdywało się pod poduszką lub w bucie.
Pamiętam jak dziś. Budziłam się bardzo wcześnie i szukałam prezentów. Przez następny tydzień robiłam dokładnie tak samo tylko z innym skutkiem:)
Dlatego moje wybory mikołajkowe to drobiazgi. Takie cieszą najbardziej. Skarby, które później moja córka nosi, gubi, szuka. Coś ważnego dla niej znaczą.
Zaprezentuję Wam dziś naszą listę mikołajkową, może kogoś zainspiruje, bo wiem, że pędzicie i nie macie za bardzo na to czasu.
Postawiłam sobie poprzeczkę wysoko, bo stwierdziłam, że to mają być prezenty do 60 zł (najpierw było 50 zł, ale znalazłam kilka odrobinę droższych perełek).
Zaczynając od lewego, górnego rogu
1. Drewniany Iphone z kredą i tabliczką. Zauroczył mnie kompletnie!
2. Żabki Kid O– gra zręcznościowa- coś dla mnie i L. w trenowaniu wytrwałości – tu
3. „Anatomia farmy” – świetne ilustracje + ciekawe informacje – tu
4. Lornetka Rex – dla tropicieli i odkrywców – tu
5. Loteryjka obrazkowa The Purple cow – w małym pudełku świetna gra rozwijająca słownictwo – tu
6. W naszym domu Scotchi – układanka w duchu Montessori – tu
7. Drewniane klocki
8. Kolorowanka i fartuszek Bardzo głodna gąsienica i przyjaciele
Pamiętajcie, że 2.12 to w większości sklepów internetowych dzień darmowej dostawy:)
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Jestem gadżeciarą – to wiadomo nie od dziś. „Make life easier”- to moja maksyma. Nie poddaję się modzie na minimalizm, dlatego, że każdy mój wybór jest przemyślany i nie kupuję pod wpływem impulsu.
Dziś zaprezentuję Wam 10 rzeczy, które bardzo ułatwiają mi życie.
Używam go odkąd L. się odpieluchowała i wszystkie torby wózkowe wrzuciłam do szafy. Nie muszę już nosić, ani pieluch ani chusteczek, więc ten organizer mieści nasze rzeczy. Portfel, uchwyt na bidon, zamykana kieszonka na klucze – jest wszystko czego potrzebuję.
Pasuje na każdy pojedynczy wózek, bardzo szybko go przekładam z Bugaboo na Babyhome. Niepotrzebne też są uchwyty na kubek. Zmieści bidon L. i moją wodę.
Dawno temu, kiedy miałam czas zaglądałam do blogerek kosmetycznych i one polecały jedwabne poszewki na poduszki.
Uważam, że to był świetny zakup i widzę jej pozytywny wpływ na cerę i włosy. I chociaż nie mam czasu na smarowanie się kremem i maseczki upiększające to ta poduszka daje mi poczucie, że coś jednak dla siebie robię;)
Jak już poduszka zawiedzie, a właściwie niemożność przytulenia się do niej ratuje mnie korektor Collection 2000. Dawno temu poleciła mi go koleżanka i przy okazji wyjazdu kupiłam go. Kosztuje niewiele (szukajcie na All), a działa cuda. Givenchy, Estee Lauder mogą się schować.
Na największe wory pod oczami po zarwanej nocce działa lepiej niż 2 godziny dodatkowego snu w dzień. Ten produkt powinni dawać w pudełkach w szpitalu. Serio!
Czyli zapasowa bateria do smartfona. Ładuję to cudeńko w domu do komputera i jak ajpon padnie podłączam ten zielony akumulatorek. Na 100% ładuje go w godzinkę. Kupiłam w TKmaxx.
Lubię ten telefon, ale też mnie wkurza. Tak czy inaczej bardzo mi ułatwia życie. A życie blogerskie to już w ogóle. Wszystko co mogę robię w telefonie. Jedynie piszę posty i obrabiam zdjęcia na kompie.
Sprawiłam sobie porządną obudowę, bo wizja 1000 zł za nowy wyświetlacz mi się nie podoba. Mam Spigen Linear i wiem, że dzięki niej zaoszczędziłam sporo pieniędzy. L. nie bawi się moim telefonem, ale ja mam za to dziurawe ręce i upadł mi może ze 100 razy. Nie ma na nim nawet ryski.
Wybrałam Olympus, bo… nie wygląda jak torba na aparat:) Pakuję do niej lustrzankę, obiektyw, portfel, ciuchy na zmianę dla L. i miasto jest nasze.
Mufka na wózek. Produkt idealny na teraz. My często używamy jej w sposób odmienny. Zapinam ją na pałąku i L. grzeje sobie rączki.
Trzyma trochę temperaturę i do tego fajnie wygląda.
Przy foteliku tyłem do kierunku jazdy wg mnie jest niezbędne! Ułatwia nam podróże niesamowicie. Mamy z firmy Besafe.
Jednym z ogromnych plusów blogowania jest możliwość poznawania nowych ludzi. I nie mam na myśli kontaktów wirtualnych, a twarzą w twarz. Na Księżniczkę w kaloszach trafiłam stosunkowo niedawno, a na jej blogu poczułam się bardzo dobrze. Trochę nawet jak w domu.
Założyłam ciepłe kapcie, okryłam się kocem i z herbatą zimową jednym kliknięciem wprosiłam się w jej blogowe progi. Post za postem, a ja już od razu wiedziałam, że się dogadamy.
Jej punkt widzenia często pokrywa się z moim, mimo tego, że styl życia jest kompletnie inny. Ja wychowana praktycznie na wsi mam wciąż ciągoty do sielskiego życia. I ona na końcu świata, tam gdzie sygnał gps to bardzo pożądana rzecz.
Mieszkają nad stajnią, w samym środku… niczego. Porzucili miejskie życie żeby spełniać swoje marzenia. To widać, słychać i czuć. Dom z duszą, a nie z pinterestu z oknem z kuchni do stajni. Niesamowite.
Przeszłam przez bramę i nie odróżniłam owcy od kozy (!), kaczkę z gęsią też pomyliłam. Brakuje mi tego. Z ogromnym uśmiechem patrzę na nich, na ich syna, który ma możliwość bycia tak blisko natury. Tam gdzie rytm roczny wyznaczają pory roku, a nie wyprzedaże w Zarze.
Ich Stajnię Zamczysk mam zamiar odwiedzić jeszcze nie raz, bo tam znów mam wrażenie, że mam 5 lat.
Przyszła wczoraj. Cały czas przy niej siedzimy, mażemy, marzymy i śmiejemy się na głos. Tulletomania trwa u nas cały czas, więc ta kolorowanka to prawdziwy rarytas dla wielbicieli autora.
Niesztampowe podejście i dawka humoru sprawiają, że książka będzie u nas dłuuuugo eksploatowana. Duży format, ilość i forma aktywności zachęcą nawet dzieci, które nie przepadają za rysowaniem. Genialna!
Po pokolorowaniu obrazków można zostawić ją do przeglądania. Myślę, że ucieszy się z niej i 2-latek i 6-latek. Ja mam trochę więcej i też mi się podoba.
Świetny pomysł na ciekawy prezent mikołajkowy!
W gabinecie terapeutycznym jest ciekawą alternatywą dla nudnych ćwiczeń grafomotorycznych.
„Książka do kolorowania” – Herve Tullet
Znawcy tematu twierdzą, że metoda stworzona przez M. Montessori jest dla wszystkich dzieci.
Jednak nie jest dla wszystkich rodziców… Dlaczego?
a) Odkładasz książkę, gazetę i lecisz na pomoc depcząc po drodze dywaniki innych dzieci, które pracują sumiennie na podłodze i robisz to za niego.
b) Przez całą salę krzyczysz: „Kazik, nie tam to wkładasz. Spróbuj to przełożyć. O tak, tam! Brawo!”
c) Nie robisz nic. Obserwujesz dalszy rozwój sytuacji.
a) Nie zgadasz się, prosisz o złożenie i szybko wychodzisz.
b) Próbujesz negocjować, wytaczasz nawet bardziej przekonujące argumenty (np. słodycze w domu).
c) Siedzisz i cierpliwie czekasz.
a) Podchodzisz do nauczycielki i pytasz dlaczego zabija dziecięcą wyobraźnię
b) Nie robisz nic, po powrocie do domu szukasz w sieci odpowiedzi na to pytanie, bądź wyżalasz się na forum i pytasz co robić.
c) W pełni akceptujesz założenia pedagogiki i jej ufasz
a) „Matko jedyna, stówę kosztowała ta bluzka, do kosza się tylko nadaje”
b) „Dziecko jak Ty wyglądasz. Nie mogłaby Pani Cię pokarmić następnym razem?”
c) „O, widzę, że miałeś dziś ciekawy dzień. Pracowałeś w kąciku wodnym i sam nalewałeś barszcz?”
a) Bardzo się tym martwisz. Masz wizję, że starsze dzieci w grupie to nic dobrego.
b) Prosisz nauczycielkę żeby miała oko na Twojego malca.
c) Jesteś zadowolona/-y, że Twoje dziecko będzie miało możliwość przebywania ze starszymi dziećmi w końcu grupa rówieśnicza to sztuczne środowisko.
a) „I za to płacę 1500 zł miesięcznie?”
b) „Ok, pewnie nie pamięta”. Podchodzisz do nauczycielki i pytasz z czym Kazik dziś pracował. Ona potwierdza, że cały dzień spędził na dywaniku pracując z czerwonymi belkami. Myślisz sobie, że jeżeli czegoś porządnego go w końcu nie nauczą to zmieniasz placówkę.
c) „Ok, widocznie ma teraz na to fazę”
a) „Ehhh, wprowadziliby tablicę multimedialną, a nie tylko to drewno i drewno”
b) „Ale jak to nie ma Świnki Peppy?”
c) „Ufam, że jest miejsce naturalnie wspomagające rozwój dziecka’.
a) „Chyba Pani się pomyliła i postawiła te niebezpieczne rzeczy za nisko”
b) „Sprawdzę, czy nauczycielki mają kurs pierwszej pomocy”
c) „Cieszę się, że moje dziecko będzie miało możliwość pracowania z każdym materiałem”
a) @#$&^**($$ (cenzura)
b) Liczysz do 10, wdech wydech i prosisz nauczycielkę na słówko
c) Myślisz sobie, że Kazik ma naprawdę świetną zabawę.
a) Jesteś przerażona. NALEGASZ, aby Kazik teraz usiadł i zjadł swój obiad. On nie chce. Ty nadal nalegasz. W końcu mówisz, że jak nie zje to nie będzie bajki.
b) Prosisz nauczycielkę żeby następnym razem przekonała go do jedzenia. Najlepiej żeby go nakarmiła.
c) Pytasz Kazika dlaczego nie zjadł obiadu. On mówi ” Mama nie miałem casu”. Myślisz ok, w końcu nie umrze z głodu.
No i jak wypadacie?
a tu macie wpis z perspektywy czasu i doświadczeń – Metoda Montessori – co nam się sprawdziło a co nie.
Zainteresowanie geografią pojawiło się u nas już jakiś czas temu. Na początku roku odwiedziliśmy Centrum Nauki Kopernik, przy wyjściu wstąpiliśmy do sklepiku z pamiątkami. Lila poprosiła, żeby kupić jej globus. I od tego właściwie się zaczęło…
Później trafiłam na promocję i kupiłam globus zoologiczny. Często rozmawiając o zwierzętach pokazujemy je również na globusie.
a) są to puzzle
b) mają nadrukowaną mapę, na której zaznaczone są charakterystyczne dla danego regionu budowle oraz zwierzęta.
Puzzle układamy razem, a później L. sama ustawia figurki. Wymyśliła żeby dodać do tej zabawy globus zoologiczny.
Wiecie, że uwielbiam takie zabawki, które wiem, że będą nam również służyć za kilka lat, ale w innej formie.
Figurki Schleich
Puzzle Jumbo „Mapa świata„- Mudpuppy
Pamiętacie mój wpis o Basi i Franku? Miłość do tych książeczek trwa u nas nieprzerwanie. Niestety nie mogłam znaleźć brakujących nam do kolekcji „Basia, Franek i liczenie” i „Basia Franek i pojazdy”. Kiedy odkryłam, że wydawnictwo Egmont wydało właśnie „Wielką księgę Basi i Franka” ucieszyłam się ogromnie.
W jednej książce mamy zbiór wszystkich przygód Basi i Franka + kilka nowych. Bardzo fajnym pomysłem było dodanie kilku zgadywanek w tematyce opowiadań. No i cóż mogę jeszcze napisać? Książka ma 158 (!) stron. Czytamy ją na raz. Inne opcje nie wchodzą w rachubę tak Lilka polubiła się z tym sympatycznym rodzeństwem.
Dodatkowo piękne ilustracje i ciekawe teksty zachęcają do kolejnego czytania. Mam nadzieję, że powstaną kolejne części przygód Basi i Franka.
Polecam ją wszystkim. Wg mnie idealna dla dzieci 18m +
A to mój ulubiony fragment:
Mamy również Wielką Księgę Basi – jest to zbiór opowiadań, które ukazywały się cyklicznie w magazynie Dziecko. Jest to pozycja dla troszkę starszych dzieci. L. jeszcze nie jest w stanie skupić wzroku na kartkach gdzie nie ma obrazków. Ale czeka na nią już na półce:)
Wielka księga Basi i Franka – wydawnictwo Egmont tu
A tu najnowszy wpis o Basi a w nim rabaty!!!
Zacznę od cytatu:
„Matka, która daje jeść dziecku, a nie uczy go, jak trzymać łyżkę i trafiać z nią do ust, albo też matka, która, jedząc sama, nie wskazuje dziecku, jak to czyni, jest złą matką. Obraża ona godność ludzką swego dziecka, (…). Nauczyć dziecko, aby się samo myło, samo jadło, jest pracą dłuższą, dziełem cierpliwości bardziej uciążliwej, aniżeli wykonywać wszystkie te czynności dla niego.”
M. M. Domy Dziecięce, s. 62
Ja, aż takim konserwatystą nie jestem i wcale nie uważam, że matki karmiące, myjące, ubierające są złe. Ale warto chwilkę nad tym się zastanowić.
Jest to temat obecny u nas od dłuższego czasu. Zaczęło się oczywiście od ściągania skarpet. Tę umiejętność moje dziecko opanowało do perfekcji. Następnie dołączyła kolejna część garderoby – czapka, na szczęście było lato, więc nie nalegałam.
Przy każdym taki manewrze uśmiech na buzi mojego dziecka był nie do opisania. Zawsze łatwiej jest się rozebrać niż ubrać, dlatego jest to normalny etap w rozwoju samodzielności.
Teraz idziemy już w drugą stronę. Lilka zaczyna się sama ubierać. Zaczęło się również od skarpet, kapci oraz czapki. Powoli dołączają kolejne części garderoby. Właśnie około 18 m.ż prawie każda mama ma przed sobą uciekające w jednej skarpecie dziecko, które nie chce się UBIERAĆ.
To jest duża różnica i najczęściej takie właśnie przedmiotowe traktowanie dziecka może powodować opór i niechęć. Nie mówię o sytuacjach kiedy jesteśmy spóźnione do pracy/bardzo nam zależy na szybkim i sprawnym założeniu ubrania.
Ok, rozumiem to w 100%, bo sama mam takie sytuacje. Jednak w momentach, które nie wymagają od nas pośpiechu pozwólmy dzieciom zrobić to samodzielnie. Nieopisaną radość sprawi im ta czynność kiedy będą mogły zrobić to samodzielnie.
Od dłuższego czasu zwracam uwagę na funkcjonalność butów i ubrań.
Czy moje dziecko będzie w stanie założyć je samo? – to najczęstsze pytanie jakie zadaję sobie podczas zakupów Dlatego bardzo często wybieram ubrania luźniejsze, większe o rozmiar, aby łatwiej jej było samodzielnie się ubrać lub rozebrać.
Tak samo jest również z kapciami. Jest to część garderoby, która jest wkładana i zdejmowana kilkanaście razy dziennie dlatego zdecydowałam się na kapcie z miękką i oddychającą podeszwą, a nie popularne skórzane mokasyny.
Dodam też, że często Lilce zdarza się założyć je odwrotnie (prawy na lewą nogę) i pozwalam jej tak chodzić, bo w końcu zauważa, że coś jest nie tak i SAMA je zamienia.
Kapcie Collegien – tu
Misiek Trave Buddy z magnesami w łapkach – tu
Pościel i wieszaczek H&M home
Plakat miasteczko – tu
Łóżeczko – Ikea
Piżama – Carter’s
Bluza Emile et ida
Getry Kappahl Newbie
My już jesteśmy gotowe na zimę! A Wy?
Kombinezon z ubiegłego roku pasuje jak ulał, ciepła kurtka z futrem na kapturze wisi już w szafie, buty zimowe już od 2 tygodni w użyciu, a nowa czapka i szalik grzeją Lilkową głowę.
W tym roku stawiam na uniwersalność i wygodę. Co sezon przygotowuję Wam zestawienie naszych typów obuwia. Teraz takiego nie będzie!
Dlaczego? Bo w tym roku poszukiwania trwały niezwykle krótko. Zobaczyłam Pandy z Nowego Targu i przepadłam. Już nie musiałam niczego innego szukać. Idealne do naszego kraciastego kombinezonu jak i granatowej parki. O kałuże i błoto pośniegowe też już nie muszę się martwić.
Mamy jedne buty, a porządne i jak Lilce stopa gwałtownie nie urośnie to do wiosny będzie w nich biegać. A może nawet jeździć… tak jak wczoraj na hulajnodze. Są miękkie i dobrze dopasowują się do stopy. Pasują do spodni i sukienki.
Także zimo, czekamy na Ciebie! Przybywaj:)
Buty Pandy- Mrugała
Czapka i szalik z niegryzącej wełny Merino- @werkat- szukać na Instagramie
Niedawno u Lili zaobserwowałam niebywałe zainteresowanie puzzlami. Często pierwszą rzeczą jaką robi tuż po przebudzeniu jest układanie. Chętnie zajmuje się nimi również po kąpieli przed wieczornym czytaniem.
Chyba ma to po mnie, bo ja również jestem puzzlomaniaczką. Jak byłam z L. w ciąży układałam namiętnie Wasgij (znacie?)
Teraz idziemy już w kierunku coraz większej liczby elementów.
Bardzo lubię obserwować u niej skupienie na twarzy. Myśli wtedy mocno i często mówi „Hmmmm”…
Od czego zaczynałyśmy przy pierwszych układankach? Miałyśmy wersję podpowiedzią, czyli pod spodem był rysunek. To bardzo jej pomogło zrozumieć o co chodzi. Poniżej przykład takiego zestawu. Do puzzli dołączony jest plakat, na którym można je układać. W wersji trudniejszej można obrazek schować.
Puzzle Moulin Roty La grande familie tu
Od dwóch tygodni pijemy bombowe koktajle.
Koktajle z bombową dawką wit. C.
Składniki:
Dziewczyny!
Pod jednym z wpisów pisałyście, że podajecie dzieciom aloes. Napiszcie coś więcej!
A tu wpis w którym opisuję dlaczego potrzebna ci jest Wyciskarka wolnoobrotowa
Poszukiwania wózka idealnego trwały u nas baaardzo długo. Po dogłębnym researchu, który przeprowadziłam w sieci i wśród znajomych zdecydowaliśmy się na Bugaboo Cameleon.
Przed zakupem założyliśmy, że będziemy używać wózka długo. Najpierw skorzysta z niego L., a później pewnie przyszłe rodzeństwo. W związku z tym nie wahaliśmy się wydać sporej sumy pieniędzy na wózek.
Dziś po 2 latach użytkowania mogę Wam w końcu zrecenzować nasz wózek i napisać rzetelną opinię. Zapraszam!
Cameleon zmienia się jak… kameleon.
Model, którym posiadamy jest z drugiej generacji. O szczegółowych różnicach możecie przeczytać tu
Tak, jak się pewnie domyślacie nie ma wózka idealnego. I taki też jesz nasz Bugaboo Cameleon. Pierwszym, podstawowym atutem są gabaryty po złożeniu. Tylko ten wózek zmieścił się do mojego mikroskopijnego bagażnika. W pół minuty mamy zdjęte kołka i odmontowaną górną część.
Drugą kwestią jest jego funkcjonalność. Jest to wózek od urodzenia (ma najdłuższą gondolę dostępną na rynku- idealny dla dzieci urodzonych jesienią, które w gondoli będą jeździły przez pół roku) do ok 3 lat. L. urodzona we wrześniu rzeczywiście jeździła nim do końca marca.
Mamy możliwość dokupienia adapterów do fotelika samochodowego i zamontowaniu na stelażu wózka.
Za co jeszcze uwielbiam holenderską markę Bugaboo? Design! Mamy wersję limitowaną Missoni, która jeszcze mi się nie znudziła. Dodatkowo do Bugaboo można dokupować różne elementy zmieniające wygląd lub poprawiające funkcjonalność.
W ofercie są budki, nakładki na siedziska, parasolki, uchwytu do kubków torby… Jest w czym wybierać! Mamy uchwyt na kubek. Już go nie używam, bo ciągle spadał i obdzierał aplikację z bidonu. Teraz używamy super funkcjonalnego organizera na wózek J.L. Childress
Kolejną kwestią jest łatwość jego użytkowania. Składanie, rozkładanie jest płynne i lekkie. Ten wózek nie jedzie lekko. On jedzie SAM. Nie trzeba go pchać, tylko pilnować żeby nie odjechał.
Można obrócić je przodem do kierunku jazdy i sunąć przez błoto. Przednie, obrotowe kółka mają możliwość blokady (na wertepy). Dodatkowo mają amortyzacje. Dlatego jazda po warszawskich dziurawych chodnikach to bajka zarówno dla dziecka jak i mamy.
Rączka ma możliwość regulacji co niesamowicie ułatwia użytkowanie. Hamulec ręczny lekko się zaciąga, a i może służyć jako hak na torbę z zakupami;) Oooogrmony kosz na zakupy. To jest wg mnie największy atut tego wózka. Zmieści tygodniowe zakupy dla 3 osobowej rodziny i wózeczek spacerówkę dla Lali:)
Siedzisko można ustawiać w różnych konfiguracjach: przodem lub tyłem do kierunku jazdy oraz w pionie, półpionie i poziomie. Można również wózek ustawić jak przyczepkę. Używaliśmy go w taki sposób na plaży na Krecie.
Buda Bugaboo jest spora, ale nie do końca chroni przed słońcem kiedy siedzisko jest w pozycji poziomej. W 3 generacji budki są inne (!).
Dwa razy odjechałam z nią na dachu auta, bo zapomniałam schować. Również w 3 generacji jest to poprawione.
Kolejną sprawą są 5-cio punktowe pasy bezpieczeństwa. Niestety klamerki zjeżdżają i po chwili pasy są luźne. W 3 generacji jest już ok.
Jak widzicie Bugaboo dąży do perfekcji i każdy kolejny model jest coraz lepszy i bardziej funkcjonalny.
Dużym minusem wg mnie jest bardzo utrudniona dostępność do kosza na zakupy kiedy jest przypięta gondola. Dosłownie trzeba klękać:) Mam nadzieję, że i to w kolejnej generacji będzie poprawione.
Świetnie się sprawdza w mieście jak i na wsi. Na bardziej hardcorowe tracki wybrałabym Bugaboo Buffalo (nowy model z ogromnymi pompowanymi kołami).
Ten wózek służy przez lata, a i później zawsze chętni się na niego znajdą!
a tu pisalam wam jak się spisuje nasza Lekka spacerówka.
Ponad tydzień temu uczestniczyłam we wspaniałym wydarzeniu. Już po raz drugi wydawnictwo Mamania zorganizowało niesamowitą konferencję.
Na Konferencję Bliskości czekałam bardzo długo. Jak tylko ruszyły zapisy zgłosiłam chęć udziału. Z wypiekami na twarzy przeglądałam program konferencji. Przeglądam zdjęcia i wpisy na blogach… Pojawiły się niestety trudności. Okazało się, że mąż musi w tym czasie wyjechać w bardzo pilną delegację. Co zatem z Lilką? Na szczęście mój cioteczny szwagier przyjechał opiekować się L.
W sumie powstał niewielki konflikt interesów. Ja na konferencji 10 h, której głównym mottem jest bliskość z dzieckiem, a L. w domu z wujkiem.
Wyrzuty sumienia oczywiście miałam. Nawet długo. Ale tak bardzo mi zależało i wiedziałam, że oni się świetnie bawią.
Dotarłam spóźniona na konferencję, wbiegam na salę, widzę Hanię. Cichutko się witam, wymieniam uśmiechy. Przemawia Hafija. Rozsiadam się wygodnie, sięgam do torby po aparat. Włączam go, ustawiam przesłonę, czas i…. wyskakuje komunikat, że nie ma karty pamięci. W całym pośpiechu nie zdążyłam wziąć tego bardzo ważnego kawałeczka plastiku. Nad moją głową można chyba było wtedy zobaczyć błyskające pioruny ze wściekłości. Jako urodzona racjonalizatorka uznałam, że tak miało być. Będę chłonąć „bliskość” bezpośrednio, a nie przez pryzmat obiektywu.
Słucham dalej panelu „Kto uderza w polskie piersi?” Swoją drogą myślałam, że ten wykład będzie o ludziach, którzy uderzają w piersi mam karmiących w sposób negatywny. A to był panel o promowaniu kp. Świetny! Ogromnie podobało mi się to, że jednym z panelistów był mężczyzna Pan Tomasz Chodkowski prezes firmy Medela. Z ogromnym zainteresowaniem słuchałam wszystkich wypowiedzi, a w międzyczasie się rozglądałam.
Niektóre były zamotane w chustach.
Niektóre zasnęły podczas karmienia.
Niektóre bawiły się na matach na podłodze.
Żadne nie płakało.
Żadne nie wymuszało.
Żadne dziecko nie usłyszało od rodzica „Nie płacz, no!”
Po konferencji chwilę się zastanawiałam, czy ja w ogóle usłyszałam jak dziecko płacze? NIE! To jest naprawdę niesamowite. Moje uszy słuchały wykładów, a oczy tylko podążały za rodzicami, którzy dzieci nosili, przytulali i karmili. Niesamowity widok i bardzo pokrzepiający, że są na tym świecie ludzie, którzy myślą tak jak ja. Nie widziałam nawet dzieci zatkanych smoczkami!!!
o rodzicach dzieci z wyzwaniami rozwojowymi (bardzo spodobał mi się ten termin- myślę, że na stałe wykreślę ze swojego słownika „trudności rozwojowe” oraz „problemy rozwojowe”). Tematyka tego wykładu była mi bardzo bliska, ponieważ w swojej pracy bardzo często spotykam się z dziećmi z wyzwaniami rozwojowymi (!).
Wspaniali rodzice:
Przygody Mikołajka
Leoblog
Opowiadali o swojej bliskości z dziećmi, które trudniej było przytulić, które trudniej było naturalnie karmić oraz od początku budować więź.
Blogosfera Bliskości. Kto to taki? Miałyśmy się okazję poznać na oddzielnym spotkaniu. Było mi niezmiernie miło podyskutować na tematy, które mnie nurtują. Spotkanie poprowadziła A.Stein, której poglądy (jak już pewnie zdążyłyście zauważyć) darzę ogromną sympatią.
Później wystąpił Henrik Norholt. Niesamowity naukowiec z Uniwersytetu w Kopenhadze. W bardzo przyjemny sposób przekazał nam aktualne wyniki badań na tematy związane z rodzicielstwem bliskości. Zszokowały mnie badania, które podają, że kontakt skóra do skóry jest ogromnie ważny… nawet dla inteligencji dziecka (jest wyższa o 15 punktów u kangurowanych dzieci). Pokazywał również jedno badanie:
Prawda, że szokujące? Po tym filmie nie jestem sobie w stanie wyobrazić co czuje dziecko, które jest pozostawione samo sobie żeby się wypłakać…
Poznałam A.Stein. Ogromne wydarzenie, ponieważ bardzo ją cenię! Oprócz wspaniałej aury miała niebieski brokatowy manicure:)
Ale konferencja to przede wszystkim wspaniali ludzie. Poznałam w końcu w realu kilka „bliskich” mi osób.
Anitę z 3 plus pies, której każdy post bym sobie wydrukowała i czytała w odpowiednich chwilach
Hanię z Dookoła nas, z którą często dyskutujemy na różne tematy
oraz Alicję z Pinezek, której zdjęcia uwielbiam. Nie ma tam rzeczy, a są ludzie, emocje i relacje.
Spragniona bliskości mojej malutkiej córeczki.
Henrik Norholt
Nie ma co ukrywać jesień już się kończy. Niedługo nadejdzie szaruga, o 16 mrok i permanentny katar.
Co roku w tym czasie dopada mnie melancholia… Ale teraz postanowiłam, że się nie dam.
Oto nasze postanowienia na krótkie dni i dłuuugie wieczory:
Mamy zamiar obserwować wszelkie znaki natury, że nadchodzi zima.
Wychodzić z domu również po zmroku np. na patrol z latarką;)
Będziemy częściej chodzić na basen
Chodzić na zajęcia adaptacyjne dla 2-latków (L. uwielbia)
Czytać mnóóóóstwo książek
Pić soki z witaminą C (banan, pietruszka, sok z połowy cytryny).
A Wy jakie macie sposoby na ten ponury czas?
Dziś zrecenzuję Wam książkę duńskiego terapeuty i pedagoga Jespera Juula. O tym autorze mówiła również Agnieszka Stein na Konferencji Bliskości. „Twoje kompetentne dziecko” zaczęłam czytać już bardzo dawno, ale dopiero teraz JA sama czuję się kompetentna aby opisać Wam tę pozycję.
Myślę, że nie tylko dla rodziców. Wiele wątków okazało się pomocnych nie tylko dla mnie jako rodzica, ale i terapeuty, który pracuje z dziećmi i ich rodzinami. Pewnie się zdziwicie, ale ta książką dała również do myślenia mi jako żony.
Po lekturze, czuję, że nabyłam nowe KOMPETENCJE, a może je tylko odzyskałam?
Nie mam już wątpliwości czy pozwalam córce na zbyt wiele…
Już na pierwszych stronach odnalazłam odpowiedź na moje teraźniejsze problemy.
Płacze? to bunt dwulatka.
Nie chce się ubrać? to bunt dwulatka
Nie zjadło obiadu? to bunt dwulatka
U niektórych zaczyna się nawet ok. 18 m.ż.. Jeżeli będziemy źle postępować to może zakończy się wieku 18 lat, a może i nie.
Jesper Juul otworzył mi oczy… „Ja sama” „Ja nie chcę” „Lila nie lubi” to nie jest BUNT
Bunt będzie dopiero wtedy kiedy zaczniemy narzucać dziecku swoje zdanie i będziemy zawsze wiedzieć lepiej.
Cytat „Jeśli rodzic odniesie się do kiełkującej niezależności swego dwuletniego dziecka z niechęcią lub oporem, w ciągu kilku miesięcy dziecko albo zacznie się buntować- na opór odpowiadając oporem- albo całkowicie straci inicjatywę i stanie się jeszcze bardziej zależne”
Książka nie jest łatwa w odbiorze, uderza w samo sedno rodzicielskich błędów. Ja dzięki niej spojrzałam krytycznie na niektóre swoje zachowania. Zajęło mi to dość długo, ale teraz już wiem, że postępowałam źle. Najciekawsze jest to, że wcześniej się zastanawiałam:” Czy aby na pewno dobrze postępuję?” Dałam się ponieść konwenansom , a nie słuchałam siebie.
„Musimy traktować ich tak, jak chcemy by traktowali swoje dzieci” Widzicie jakie to proste?
Myślę, że nie wszyscy rodzice są gotowi na tę książkę. Wiecie dlaczego? Bo będą się bali, że dzieci „wejdą im na głowę”. Dzieci mają być grzeczne (czyt. uległe). J. Juul obala ten mit! Nie ma takiej potrzeby żebyśmy rządzili dzieckiem.
W jednym z rozdziałów autor pisze o poczuciu własnej wartości, wierze w siebie oraz o tym, że te terminy często są ze sobą mylone. Pamiętacie mój post Kocham, nie chwalę? W komentarzach wiele z Was miało wątpliwości co do skuteczności tej metody. Polecam właśnie Wam przeczytanie tej lektury. Wiecie, że nadmierne pochwały w stylu „wspaniały „cudowny” „fantastyczny” mogą przynieść więcej szkody niż pożytku? Te słowa nie wzmacniają wiary w siebie…
Juul nie tylko krytykuje złe zachowania, ale również tłumaczy jak postąpić inaczej. Dlatego ta książka jest trudna. Pozwala zrobić rachunek rodzicielskiego sumienia, ale również krzepi. Nikt nie jest idealny. Dziecko potrzebuje prawdziwego rodzica z trudnymi emocjami, ze złym humorem, z bolącą głową, popełniającego błędy…
A teraz o rozdziale, który ciągle przepracowuje w głowie.
Juul podaje IMO rewolucyjne rozwiązanie. Zamiast nakładać ograniczenia na dzieci, wytyczmy granice dla siebie.
„Uniwersalny zestaw zasad nie istnieje. Rodzice muszą nauczyć się ustalać SWOJE indywidualne granice w relacjach z dziećmi. Innymi słowy muszą zbudować własny autorytet, a nie sprawować władze autorytarną”.
Ja już od jakiegoś czasu miałam to w głowie. Juul nazywa to „automatyczną rodzicielską sekretarką”. W sytuacjach kryzysowych zadaję sobie kilka pytań:
„Czy rzeczywiście wierzę w to co mówię?
Które z moich uwag są zbyteczne? Które zostały przejęte od moich rodziców lub dziadków”
Język osobisty… to jest to z czym mam problem. Na podstawie tej książki uczę się używać czasownika „chcę” zarówno w rozmowie z dzieckiem jak i ze sobą.
Świetnie Jull obrazuje ta słowa scenką: Dzwoni telefon, a dziecko nie daje mamie powiedzieć ani słowa.
„Simon, mamusia chciałaby usłyszeć co ciocia mówi przez telefon”- te słowa mówią dziecku, że nie szanuję swoich granic możesz robić co chcesz.
„Simon, chcę żebyś był cicho, kiedy rozmawiam z ciocią” te słowa wyznaczają moją granicę i proszę Cię żebyś je uszanował.
Powiem szczerze, że mam z tym problem. Język osobisty jest u mnie do przepracowania!
Jeszcze jedno stwierdzenie mam do przerobienia. Nie wiem jak Wy, ale często zdarza mi się zwracać do mojego męża „Tato”, a o sobie w rozmowie z nim mówię „Mama”. Juul radzi żeby wyjść z roli. „Jeżeli kobiecie nie podoba się sposób jak jej mąż pomaga synowi w lekcjach, ważne jest, aby podeszła do niego jako jego żona, partnerka , a nie jako matka swojego dziecka”. Rewolucyjne, prawda?
Dlaczego rodzice mają podwójną moralność? Jeżeli relacje ze swoimi dziećmi są dobre to znaczy, że są dobrymi rodzicami. Jeżeli nie układają się pomyślnie to znaczy, że dziecko jest złe. Nie, dziecko nie jest złe! To my- dorośli źle postępujemy. Książka „Twoje kompetentne dziecko” jest właśnie przewodnikiem jak odzyskać bądź nabyć kompetencje do współdziałania z dziećmi.
Jesper Juul „Twoje kompetentne dziecko” – wydawnictwo Mind
Czy można przenieść się do czasów dzieciństwa? Czy da się cofnąć o prawie 25 lat do czasów kiedy prawie na wszystkich polskich podłogach królowało linoleum w boazerię? Pewnie nie.
A czy można chociaż przez godzinę mieć wrażenie, że znów jest się Anką z czarnymi włosami pofalowanymi od warkoczyków i wydzierającą się na cały regulator przy piosenkach Natalii Kukulskiej? Tak!!!
Byłyśmy z Lilką na premierze przedstawienia pt. „Senty-menty” w Teatrze małego widza i cofnęłyśmy się o te 25 lat do krainy mojego dzieciństwa.
Mogę śmiało powiedzieć, że było to widowisko muzyczne. Połącznie animacji z PRL-u, muzyki i śpiewu na żywo oraz gadżetów z tej dekady stworzyło niesamowity klimat. „Powrót do przeszłości” wywołały u mnie stroje muzyków-aktorów stylizowane na lata 70-80, fryzury, a nawet buty (jarmiłki!!!) do tego wspomniane wyżej linoleum na scenie, a na teatronie turecki dywan z poduszkami w motyw „no signal” i radziecki telewizor.
A „Łapy, łapy cztery łapy” w wykonaniu jednego z wokalistów z przedniojęzykowo-zębowym „ł” to był prawdziwy majstersztyk! Po przedstawieniu dzieci miały możliwość pobawienia się zabawkami rodem z PRL-u. Wańki wstańki, kalejdoskopy, metalowe bączki, matrioszki odmłodziły mnie o te 25 lat. Przy wyjściu na wszystkich czekała niespodzianka: poczęstunek w postaci słodyczy z tamtej dekady, czyli: galaretki w cukrze, raczki, krówki, ciepłe lody…
A Wam z czym się kojarzy ten okres?
Serdecznie polecam wszystkim dzieciom, rodzicom, dziadkom to widowisko! Świetnie się bawiłam, nie mówię nawet o Lilce, bo to wiadomo:)
Jakiś czas temu dostałam e-mail. Niby taki zwykły, ale nie do końca. Pewna osoba napisała kilka miłych słów na temat mojego bloga. Między wierszami padały słowa „piękne zdjęcia, interesujące pomysły…” „wyróżnia się wśród innych”.
Czytałam słowo za słowem i z coraz większym zaciekawieniem przewijałam tekst. Poproszono mnie o przesłanie numeru telefonu. Z wielką niecierpliwością czekałam na sygnał komórki. W końcu zadzwonił! Od słowa do słowa rozmawiałyśmy o mnie, o moim blogu, o jego wartości edukacyjnej i estetycznej.
Cieszę się ogromnie, że ktoś docenia moją pracę. Uwierzcie mi, wpisy nie powstają w godzinę, dwie. Same zdjęcia, tekst, edycja zajmuje mi sporo czasu. Mogę śmiało powiedzieć, że blog zajmuje 70 % mojego wolnego czasu i dlatego jak otrzymuję taki telefon, e-mail to czuję, że warto!
Pani powiedziała, że chcą przysłać nam prezent. Hmmm lubię prezenty, nawet bardzo! A prezenty niespodzianki to już w ogóle!
Więc pomyślałam: „Dlaczego nie?” i się zgodziłam. Ale oczywiście zapytałam: „A co będzie jak nam się nie spodoba?”. Pani spokojnym tonem odpowiedziała, że przejrzała cały mój blog i wie jakie rzeczy mi się podobają. „Wow”- pomyślałam!
Kiedy Pani zadzwoniła ponownie (dzień przed urodzinami Lilki), że chcą dziś nadać paczkę i pytała w jakich godzinach będę w dniu jutrzejszym w domu. Niestety nazajutrz wyjeżdżaliśmy i zapytałam, czy w takim razie mogę sama odebrać prezent? Pani się zgodziła i podała adres.
Lekko podekscytowana pojechałam w kierunku Mokotowa. Weszłam do środka i oniemiałam… Chodziłam od półki do półki. Oglądałam, dotykałam i podziwiałam.
Jestem wzrokowcem, dlatego zakupy w internecie nie są dla mnie. Uwielbiam zakupy w sklepach stacjonarnych. Czasami zupełnie inaczej prezentuje się dana rzecz niż w sieci. Nie wiedziałam, że ten sklep internetowy ma showroom, który jest wyposażony w prawie wszystko to co jest na stronie. Kiedyś kupiłam u nich Tulę, taki model jakiego nikt nie miał i zamówiłam kuriera. Nie zdawałam sobie sprawy, że sklep stacjonarny jest 3 km ode mnie;)
To Fabryka wafelków Ten sklep znajduje się blisko Ogródka Jordanowskiego na Odyńca
Odebrałam paczkę i popędziłam do domu.
Razem z Lilą otworzyłyśmy pakunki…. iiii tak, jak pewnie się domyślacie były tam same pięknie rzeczy i w NASZYM stylu. Pomyślałam sobie wtedy, że ktoś włożył naprawdę spory wysiłek żeby wpasować się w nasz gust. Zrobiło mi się bardzo miło.
Jesteście pewnie ciekawi co było w tej paczce. Uchylę Wam rąbka tajemnicy i pokażę troszeczkę… W całości pojawią się niedługo na blogu:)
Zdjęcie z naszego konta na Instagramie
Zacznę od tego, że do tej pory książki Erica Carle brałam w ciemno! O innych pozycjach tego autora pisałam we wpisie Gąsienica
Przybyła nam jeszcze edycja kolekcjonerska „Bardzo głodnej gąsienicy”, książka o liczbach i „Od stóp do głów”. Czytamy je praktycznie cały czas i niezmiennie uwielbiamy.
Kiedy tydzień temu weszłam do naszej osiedlowej biblioteki i zobaczyłam „Biedronkę” Erica Carle dosłownie się na nią rzuciłam. Nie zaglądałam nawet do środka. Wróciłam dumna do domu i wtedy pierwszy raz ją zaczęłyśmy czytać. Po pierwszych dwóch stronach miałam mieszane uczucia. Zamknęłam ją i odłożyłam. Przeczytałam ją całą jak Lilka poszła spać.
Jest to historia o krnąbrnej i zarozumiałej biedronce, która chce się bić z innymi zwierzętami. Ocenia inne gatunki zwierząt tylko i wyłącznie po gabarytach i za każdym razem stwierdza, że zwierzę, z którym chce się zmierzyć jest dla niej za słabe . Odwiedza coraz większe zwierzęta i nawet wieloryb jest dla niej „za cienki”. Dopiero kiedy oberwała porządnie wielorybim ogonem dostaje nauczkę i wraca z pokorą.
Bardzo rozczarowała mnie ta książka, mimo tego, że ma duży walor edukacyjny. Dziecko uczy się rozumienia pór dnia (wysokość słońca) i zegara. Dodatkowo, czcionka tekstu rośnie im większe zwierzę spotyka.
Miałyście do czynienia z tą książką? A może ja przesadzam?