Jak kupować taniej – moje sposoby

Przyznaję się – mam głęboko zakorzeniony tryb życia zbieracko -łowiecki. Uwielbiam polować, czatować na okazje, ustrzelić jakąś perełkę za grosze. Dziś napiszę Wam o mich sposobach na to, żeby nie wydawać majątku na zakupy.

Też lubicie ten dreszczyk i zadowolenie, kiedy uda się Wam kupić coś znacznie taniej niż myślałyście? Ja to KOCHAM, a mogę nawet powiedzieć, że od tej adrenaliny jestem lekko uzależniona.

Chodzi mi o te momenty, kiedy muszę coś kupić, bo tego bardzo potrzebuję, a udaje mi się wydać na to mniej pieniędzy.

Stwierdziłam, że może i Wam się przydadzą moje tricki, które weszły mi już w krew.

Biurko – Minko.co

10 sposobów żeby kupować taniej:

1. Idź i sprawdź

Najważniejsze że ten sposób pozwala na zaoszczędzenie 100 %, który planowaliście wydać i do tego najbardziej efektywny. ZAWSZE, ale to zawsze jak myślę, że czegoś potrzebuję do ubrania, czy też do domu to idę i sprawdzam, czy czegoś takiego nie mam.

Naprawdę, tak się złapałam ostatnio, bo uznałam, że nie mam czapki na zimę. Byłam o tym absolutnie przekonana, że jej potrzebuję. Szukałam ideału w kilku sklepach i kiedy byłam już gotowa na zakupy, to zajrzałam do górnej półki w szafie. Okazało się, że mam czapkę w świetnym stanie, o której zapomniałam. Zaoszczędzona kasa – 100%

2. Secondhandy

Wiecie, że jestem ogromną fanką tej instytucji, bo wiele razy za grosze udało mi się kupić prawdziwe perełki. (może kiedyś napiszę wpis, o moich sposobach na wyszukiwanie takich rzeczy?) Natomiast minus zakupów w SH jest taki, że potrzebujesz swetra, a wychodzisz z kurtką dla dziecka. Ciężko jest kupić coś, co akurat w tym momencie potrzebujesz.

3. Kluby zakupowe

To prosty sposób żeby kupić coś czego akurat planujemy kupić, tylko, że za mniejsze pieniądze. Najczęściej zaglądam na Limango i Limango Outlet. W pierwszym trzeba trochę poczekać na wysyłkę, ale zawsze można coś taniej upolować. A w Outlecie przesyłkę macie szybko w domu, a produkty są jeszcze tańsze.

Opiszę moje ostatnie zakupy. W grudniu pierwszy raz w życiu jedziemy na rodzinne narty. Ja ostatni raz jeździłam 12 lat temu i wtedy pożyczyłam strój od koleżanki;) A teraz mamy plan jeżdżenia co roku, więc uznałam, że warto kupić porządną kurtkę oraz spodnie dla siebie i męża. Zajrzałam do Outletu Limango i znalazłam kurtki i spodnie w dużo niższych cenach. Dlaczego kupiłam je teraz? O tym będzie w kolejnym punkcie.

Kurtka, która podobała mi się w sklepie kosztowała 800 zł, a tę kupiłam dużo taniej i mam zamiar użytkować ją przez kilka sezonów. Tak samo ze spodniami – kilka stów zostało w kieszeni.

A to zestaw Daniela

Kurtka Burton i spodnie Salomon

Dla dzieci teraz jest fajna kampania odzieży Outdoorowej Trollkids (zamówiłam właśnie dzieciom rękawice tej marki) I Helly Hansen

4. Zakupy przed sezonem

Chociaż na narty jedziemy pod koniec grudnia, to wiem, że w okolicach świąt będzie dużo wydatków, dlatego rozkładam zakupy w czasie. Też jest tak, że im dalej do sezonu tym jest taniej i wybór jest zdecydowanie większy. Dlatego wolę kupić wcześniej bez pośpiechu. W tym roku wcześniej też kupić prezenty na Święta, bo chcę uniknąć gorączki świątecznej.

5. Inwestuję w ubrania dobrej jakości

Kiedyś miałam mnóstwo ubrań byle jakiej jakości i ciągle musiałam kupować nowe. Ubrania lepszej jakości wychodzą często taniej. Mam je po kilka lat i noszę non stop. Jedne buty na kilka sezonów sprawdzają się znacznie lepiej, a i wychodzi mniej pieniędzy niż gdyby kupować co sezon nowe. Ja na przykład mam takie buty z Loft37, które są tak uniwersalne, że zaczynam w nich 3 sezon, myślę, że spokojnie kolejne 3 przede mną.

Klasyczne, czarne botki z wbudowanym obcasem – pasują do wszystkiego!

6. Wyprzedaże, Black friday, Dzień Darmowej Dostawy itd.

Nie lubię wyprzedaży, to przyznaję i bardzo rzadko kupuję wtedy. Ale mam na przykład zapisaną jedną rzecz, którą chcę kupić w BF i to ma wtedy sens. Dzięki takim przemyślanym zakupom nie kupujemy niepotrzebnych rzeczy.

7. Newslettery

Jestem zapisana do kilku newsletterów na takiej skrzynce, której nie używam na co dzień. Inaczej by mnie denerwowały ciągłe meile i powiadomienia. Dodam też, że newslettery zachęcają do ciągłego kupowania, więc ja mam je na innej skrzynce i jak coś akurat potrzebuję z danego sklepu to w wyszukiwarce patrzę, czy akurat nie ma rabatu do tego sklepu.

8. Nie odrywam metek

To ciekawy punkt;) Kiedy coś kupuję wcześniej i nie muszę tego nosić lub używać od razu – to nie odrywam metki. Wkładam rzecz do szafy i czekam na ten moment, kiedy faktycznie będę to nosić. Dlaczego? Bo może się zdarzyć, że uda mi się coś kupić jeszcze taniej lub trafić w SH i wtedy będę mogła daną rzecz zwrócić. Metki na spodniach i kurtce narciarskiej zostaną na nich aż do dnia wyjazdu, bo może jeszcze je wymienię na coś innego.

9. Korzystam ze zwrotów

Tak jak napisałam wyżej, dzięki temu, że nie odrywam metek, to mogę daną rzecz zwrócić. Korzystam z tego prawa dość często, bo wtedy mogę podjąć decyzję, że to jest to, co dokładnie chciałam i za takie pieniądze jak zaplanowałam. Ostatnio zamówiłam sobie kapelusz i specjalnie nie oderwałam metki. Kiedy na niego czekałam byłam pewna, że przechodzę w nim całą jesień.

Przyszedł i okazał się przepiękny, ale ja zaczęłam mieć wątpliwości, czy będę w nim dużo chodzić. Nie oderwałam metki i położyłam na półce. Przez cały tydzień kiedy wychodziłam z domu zakładałam kapelusz na głowę i zapamiętywałam do czego mi pasuje. Po tygodniu okazało się, że tylko do jednej stylizacji był idealny. Uznałam, że to za mało i zwróciłam go bez problemu.

10. Porównywarki

Korzystam z internetowych porównawarek, bo często widać jak różnią się ceny. Mało tego – jest często tak:

  • chcę kupić książkę i wrzucam to hasło w Google. Znajduje sklep i tam książka kosztuje 25 zł
  • wrzucam w porównywarkę internetową i tam w tym samym sklepie pokazuje, że ta sama książka kosztuje 23 zł – inna cena naliczyła się przez porównywarkę

11. Turystyka zakupowa

Dobra, może sama jej nie stosuję, ale często jak, moi znajomi jeżdżą gdzieś to mnie pytają co przywieźć. Mam też taką czytelniczkę (pozdrawiam Marta!), która kupuje mi rzeczy w USA. Wychodzi dużo taniej, ale jest ryzyko, że nie będzie pasować i wtedy może pojawić się problem. Dlatego w taki sposób kupuję tylko sprawdzone rzeczy, które wiem, że będą pasowały.

A Wy macie swoje sposoby? Chętnie o nich poczytam 🙂

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Szacunek Matkom składam – o tym, jak stałem się pełnoetatowym Tatą

(i nielicznym Ojcom, którzy zdecydowali się na ten odważny krok)

               Poniedziałek. 1 lipca. Jakoś rano.

Nie mam pojęcia, która godzina. Nie muszę mieć. Słoneczko dopiero leniwie bada grunt zanim zacznie smażyć.  Nigdzie się nie spieszę. Nie popędzam żadnego z szałaputów. Nie wylewam w pośpiechu ostatniej resztki mleka do płatków. Wcale nie tłumaczę, że w zamian nabędziemy drogą kupna śniadanie w drodze do szkoły. Nie mówię nieprzytomnie zaspany „dzień dobry” pani sprzątaczce, która patrzy z politowaniem, bo dla niej to już połowa dnia pracy.

Nie frustruję się w kolejce w spożywczym gdzie nie wiedzieć czemu nagle całe osiedle przyszło zrobić tygodniowe zakupy. Nie wracam z językiem na brodzie po zapomnianą pracę domową. Nie robię dzikich uników między rozpędzonymi elektrycznymi hulajnogami wiozącymi autonomicznych kierowców napędzanych litrami Starbucksa bez akcyzy.

Nie wracam drugi raz do domu po strój na zupełnie niespodziany przecież i wcale nie odbywający się od września dokładnie co poniedziałek WF. Nie witam się wylewnie z surowymi Paniami Woźnymi z wyćwiczoną latami i wykutą jak w skale obojętnością. Nie maszeruję na parking z wzrokiem utkwionym w mailu.

Mózg nie paruje nad rozwiązaniem 8 pożarów, które roznieciły się i rozszalały w ciągu 90 sekund od nominalnego rozpoczęcia godzin urzędowania. Nie mam gonitwy myśli, jaki priorytet nadać każdemu i kim mogę je gasić, bo jest dzielnym strażakiem na którym można polegać jak na Zawiszy = ma pecha być już punktualnie w biurze.

Nie spędzam upojnych 49 minut w korku, karmiąc wrzody, mieląc pod nosem przekleństwa i mentalnie dystrybuując każdego innego kierowcę na mojej drodze, na autostradę do wszystkich diabłów. Z uśmiechem na ustach nie loguję się w biurze.

Poniedziałek. Już od 3 minut się upajam.

        – Tato, tato, tato, taaaaato – ja chcę płaaaaaatki!

        Tego pamiętnego 1 lipca rozpoczęło się moje 24/7 z dwójką dzieci. Dziś po tych ponad 2 wakacyjnych miesiącach ciśnie się na usta nieuniknione – „A miało być tak pięknie…”.

        Nie będę szedł w kierunku – nieszczęśliwy rzucił korpo i przeniósł się w Bieszczady… (w końcu ja się przeprowadziłem na Podlasie:)). Nie będę demonizował korpo. Nie to żebym tam robił jakąś wielką karierę. Praca to praca – ja swoją nawet lubiłem. Rozwijająca się firma. W sprzedaży jak to w sprzedaży – na nudę narzekać nie można.

Praca dla klienta to codzienne trzymanie ręki na jego pulsie.

Diagnoza, badanie potrzeb, pytania uszczegóławiające – mam za sobą szkolenia, teorię i praktykę w małym paluszku. 15 lat doświadczeń z ludźmi z przeróżnych krajów. Adaptację tych umiejętności przez filtr kilku języków i kultur. Jestem wyekwipowany na wojnę konwencjonalną, atomową, cyfrową i hybrydową.

Moje kochane bombelki nie wiedzą co w nie uderzy… Oj teraz to sobie odpocznę! Zasłużenie! Czas na quality time z naszymi szałaputami. W końcu z własnej nieprzymuszonej woli przeniosłem się do Krainy Wiecznej Soboty! Zostałem Panem Domu!

No a po tym przydługim wstępie – oto wnioski z perspektywy 2 miesięcy, z „siedzenia” z dziećmi:

1. Kiedy negocjujesz z klientem, nawet w najcięższych momentach –  co cię utrzymuje przy życiu – to jego racjonalność. Klient nie oczekuje, że dasz mu teraz właśnie w tej chwili – ubierając się do wyjścia – papierowy worek z zielonym sznurkiem w jaki był zapakowany prezent na gwiazdkę w 2017.

2. Kiedy wynegocjujesz z dwójką klientów, że podczas obierania ziemniaków, jeden będzie ci podawał kartofla do obrania, a drugi będzie odbierał i wrzucał do garnka z wodą. Ba, kiedy dograsz już nawet, że co 7 ziemniaków zmiana – klient nie przynosi ci wtedy książki i nie oczekuje, że będziesz go w trakcie obierania animował – głośno czytając jego ulubioną lekturę.

3. Klient w pracy wchodzi ci na głowę tylko i wyłącznie psychicznie.

4. Jeśli bardzo potrzebujesz chwili wytchnienia – w pracy możesz zaszyć się w toalecie kiedy tylko chcesz. Sam. W domu często towarzyszy ci wierna asysta. Łapiesz się na tym, że kiedy przechodzisz koło toalety to robisz siku „na zaś” bo później już możesz nie mieć takiej możliwości.

5. Kiedy rozmawiasz przez telefon w pracy, nie musisz jednocześnie nieść na barana klienta wewnętrznego ani windykować jego kontrahentów z piaskownicy z koparko-ładowarek, które korzystając z chwili nieuwagi zostały przejęte przez nich w zarząd komorniczy.

6. Kiedy podzielisz na konkretne cegiełki i zdelegujesz zadania związane z poskładaniem klocków do pudełka, z reguły przy egzekucji nie musisz uciekać się do szantażu oraz gróźb karalnych.

7. Rozwijasz nowe skillsy z zakresu anger- i crowd management.

8. Przenosisz na nowy poziom techniki negocjacji. Połykasz podręczniki negocjatorów FBI. Normalką stają się negocjacje jak z kliką irracjonalnych terrorystów w pociągu pełnym dynamitu wjeżdżającym za 30 sekund w ścianę.

9. Budujesz refleks i crisis management skills. Osiągasz mistrzostwo w antycypowaniu spięć i unikaniu konfliktów pomiędzy klientami wewnętrznymi a resztą świata.

10. W pracy – klient zadaje ci pytania z zamkniętego zbioru – zakresu na jakim się znasz. Praca z twoim klientem genetycznym czyni z ciebie człowieka renesansu. Poznajesz wszelkie tajniki zarówno lalek serii LOL jak i całą zawiłą genealogię jak i mitologię rycerzy Jedi.

11. Masz czujność plus 1000. Zostajesz mistrzem Mindfulness. Orientujesz się w której z sieci są najkorzystniejsze promocje na najlepszy dla szałaputa ekologiczny krem do opalania z ziaren fioletowej marchwi.

12. W pracy do jakiegoś stopnia możesz zaplanować swoje w danym dniu aktywności. W domu wszystkie najważniejsze rzeczy do zrobienia próbujesz upchnąć w godzinę drzemki. Gorzej kiedy dziecko akurat nie zaśnie, albo sąsiad z wiertarką udarową czy jakiś inny (s)kurier obudzi je po 15 min…

13. Zostajesz mistrzem NLP. Nie popełniasz błędów mówiąc: „nie krzycz”, „nie płacz”, „nie rozlewaj”. Mówisz „bądź cicho”, „gdzie pocałować?”, „polej mi szwagier”.

14. Zalew emocji i ilość decybeli w twoim życiu drastycznie wzrasta. Przez 15 lat żaden klient zewnętrzny nie usłyszał mojego podniesionego głosu. Klienci wewnętrzni, owszem dostali dostąpili ciemnej strony mocy – dokładnie 3 razy – czyli raz na pięciolatkę. Moi klienci genetyczni mają nadprzyrodzoną moc uruchamiania tej wydawałoby się tak głęboko ukrytej struny. Średnio 5 razy dziennie.

15. Kiedy podpiszesz kontrakt z klientem, za nie dotrzymywanie ustaleń umowy – komfort psychiczny daje ci świadomość, iż zawsze za takie bycie niegrzecznym możesz go pozwać do sądu.

16. W pracy widać często efekty niektórych działań od razu. Przy wychowywaniu dzieci i dbaniu o ład w domu często jest to niemożliwie frustrujące, kiedy dopiero co rozładowany zlew zapełnia się jak za pstryknięciem palców, a świeżo poskładane wszyściutkie malutkie Lego już wszędzie – jak wnyki rozkładane nocą przez kłusowników – czyhają na twoją gołą stopę.

17. W pracy, czy zamykasz laptopa o 17 czy pracujesz do północy – zawsze mentalnie stawiasz tę granicę – „no, na dzisiaj koniec”….

18. Kiedy wybierasz miejsce na kolację z klientem zewnętrznym, priorytetyzujesz spośród wielu różnorakich kryteriów ale żadne z nich nie jest odpowiedzią na pytanie – czy restauracja posiada salę zabaw?

19. Nie wiesz jak to się stało, że wyprawa do Biedronki staje się atrakcją dnia.

20. A to z dziś – kiedy klient ma już 2 koszyki + wszystkie kieszenie pełne pięknych soczystych kasztanów – nie wije się jak piskorz i nie rzuca –  zupełnie jakby to było 1 raz w życiu – na widok – „O! Tato! Patrz! Kasztan!”

w pracy możesz rozmawiać z dorosłymi ludźmi, którzy:

a) słuchają Cię

b) potrafią milczeć dłużej niż 3 sekundy

c) potrafią czasem nawet odpowiedzieć na temat.

Mimo to i tak uśmiech „bombelka” wynagradza wszystko? A najlepiej jak już zaśnie i uśmiecha się przez sen.

Gdybym miał użyć jednego słowa, które rozróżnia te rodzaje klientów – proste – racjonalność. A właściwie irracjonalność?

Klient w pracy, kiedy powiesz mu „nie”, nie wraca do ciebie natychmiast z tym samym żądaniem tylko powtórzonym 134 razy rozdzierającym krzykiem i płaczem zwiastującym koniec jego świata.

Jedna rzecz zaczyna mieć w tym kontekście za to nabiera w końcu sensu. Pamiętasz, jak twoja partnerka była w ciąży i biegałeś dla niej po śledzie i lody waniliowe w środku nocy niedzieli niehandlowej? Doceń to! Nieświadomie chciała cię przygotować…

Hmm, a może to już były pierwsze podrygi twojego jeszcze nienarodzonego szałaputa;)?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Olej z czarnuszki – czy naprawdę działa i jakie są jego właściwości?

Czy olej z czarnuszki naprawdę działa? Wszędzie możecie przeczytać, że olej z czarnuszki ma prozdrowotne właściwości. Używamy go od 5 lat i dziś napiszę Wam o moich spostrzeżeniach.

Materiał sponsorowany przez rodzinną olejarnię

Wrzesień ma to do siebie, że niestety właśnie w tym miesiącu najczęściej zaczyna się sezon chorobowy. Pamiętam ten czas z ubiegłych lat – pierwsze tygodnie szkoły, przedszkola i już przyplątała się infekcja. Mimo tego, że o odporność dzieci dbam na wielu płaszczyznach, to i tak miałam do siebie pretensje, że mogłam jeszcze bardziej zadbać o ich zdrowie.

Prawda jest taka, że dzieci i tak chorują. Nie ma takiego specyfiku, który w 100 % pomógłby przy wzmacnianiu odporności. Możemy jedynie wspomagać odporność przez różne działania. Ja w tamtym roku postanowiłam, że się nie damy i byłam gotowa na walkę z wirusami.

Jak podawać olej z czarnuszki dzieciom?

Olej z czarnuszki polecany jest od roku. 

Dzieci powyżej 12 miesięcy – 1/4 łyżeczki dziennie, od 2 r.ż. 1/2 łyżeczki.

Dla dzieci do 3 r.ż dzienna dawka to 1/2 łyżeczki (2,5 ml) dziennie, a powyżej 3 r.ż to jedna łyżeczka (5 ml) dziennie.

Olej ma dość specyficzny smak i zapach, ale moje dzieci przyzwyczaiły się już do niego.

Można go podawać z miodem, sokiem lub syropem.

Polecam Syrop z pedów sosny Olini”

A jak przyrządzić miksturę?

Do kubeczka OLINI wlej łyżeczkę płynnego miodu (jak zachowacie tę kolejność – to nie będziecie musieli używać drugiej łyżki żeby zachować czystość w słoiczku miodu) i dodajcie łyżeczkę oleju.

1 łyżeczka miodu + 1 łyżeczka oleju z czarnuszki – całość energicznie zamieszać.

Na co działa jeszcze olej z czarnuszki?

  • wspiera przy astmie – regularnie stosowany zmniejsza katar sienny oraz łagodzi objawy kaszlowe. Szczególnie dobre efekty uzyskano w badaniach u małych astmatyków.
  • leczenie alergii – olej z czarnuszki ma również działanie przeciwalergiczne i przeciwzapalne. Stosuje się nią również w alergicznych nieżytach nosa i już po 14 dniach są widoczne efekty
  • leczenie AZS i łagodzenie objawów – olej stosowany bezpośrednio na skórę ma podobne działanie do maści sterydowych. Można go również stosować na poparzenia słoneczne.
  • działanie przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne – kuracja od 3 do 10 dni może zahamować działania patogenów, w tym Candida
  • ma działanie przeciwnowotworowe

Najważniejsze pytanie: czy olej z czarnuszki naprawdę działa?

Działa i to jak! Dzieci prawie w ogóle nie chorują, a katar trwa maksymalnie 3 dni. Sami też go pijemy, bo widzimy jego dobroczynny wpływ na zdrowie.

Olej z czarnuszki zamawiam TUTAJ, bo mam pewność, że jest tłoczony od razu po zamówieniu.

Od początku września podaję już regularnie – wieczorem, po kolacji, ale przed myciem zębów, bo obawiam się, że miód zostawiony na noc na zębach może spowodować próchnicę. Doczytałam w TYM artykule, że miód może mieć dobroczynny wpływ na zęby i dziąsła, ale nie ma badań, gdzie był zostawiony w jamie ustnej na całą noc. Wolę nie ryzykować i po podaniu oleju z miodem myjemy zęby.

Miód też mam zawsze w szafce, bo używam go do wspomagania przy infekcjach i w codziennej diecie. Dodaję go gdy przyrządzam mój ulepszony syrop z cebuli.

Pamiętajcie, że nie podajemy miodu dzieciom poniżej 12 miesiąca życia.

Nasz ulubiony Miodek: Miód rzepakowy kremowany z jagodą kamczacką Olini – mocno owocowy – świetnie nadaje się też do placuszków lub gofrów.

A jeżeli nie lubicie słodkiego miodu to koniecznie spróbujcie nowe smaki:

Miody też dodajemy do placków lub gofrów, nadają pyszny smak. Często też słodzę rooibos miodem. Tylko aby nie tracić właściwości miodu w wysokiej temperaturze to do herbaty wlewam zimną wodę. Dopiero wtedy dodaję łyżeczkę miodu.

A Wy podajecie lub podawaliście dzieciom olej z czarnuszki? Może spróbujcie z miodem? Myślę, że będzie smakował lepiej.

W tamtym roku korzystaliście z kodu rabatowego, więc teraz też mam 🙂

Jeśli też uzupełniacie swoje półki w naturalne wspomagacze, to możecie skorzystać z kodu Nebule do Olini.pl – daje on 10% zniżki. Zamawiając tam mam pewność, że produkty są najlepszej jakości i przygotowane w taki sposób aby wspierały nasze zdrowie.

A kolejne moje odkrycie to Jagoda kamczacka! W linku poczytacie więcej o jego właściwościach.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Wilno – atrakcje dla dzieci – kompletny przewodnik: gdzie jeść, co zwiedzać, gdzie spać

Wilno – atrakcje dla dzieci – kompletny przewodnik dla rodzin. Do napisania dzisiejszego wpisu zaprosiłam moją czytelniczkę, która mieszka w Wilnie. W niedalekiej przyszłości wybieramy się do naszych litewskich sąsiadów, a przewodnik, który od niej dostałam okazał się tak wyczerpujący, że postanowiłam się nim z Wami podzielić.

wpis zawiera linki afiliacyjne

Generalnie, Wilno jest małym miastem i wszystko to, co polecają przewodniki to rzeczywiście trzeba zobaczyć.

Na Wilno wystarczy od 1,5 dnia do 2 dni optymalnie (do 3 maximum). Można też zmieścić główne zabytki (starówka) w 1 dzień. 

Jeżeli planujecie jechać nad Bałtyk, do Palangi (Połąga) to generalnie warto, w lato są tłumy, bo to jeden z niewielu kurortów na Litwie. 
Inne piękne miejsce nad morzem to cała mierzeja Kurońska, w tym Nida.

Wilno atrakcje dla starszych:

Katedra i okolice, ul. Zamkowa (Pilies) via Ratusz i ulica Vokieciu, okolice Getta do Ostrej Bramy (po drodze kościół i klasztor Bazylianów z celą Konrada – mizerna, ale symbol)

Uniwersytet Wileński z kilkoma dziedzińcami, kościołem św. Janów (blisko ulicy Pilies)

Góra Gedymina, bo fajny widok na miasto. Ewentualnie zamiast tego polecam Górę Trzech Krzyży. Tam można kawałek wjechać autem.

Kościół św. Anny, kościół bernardyński, pomnik Mickiewicza – niedaleko jest park Bernardyński (jest za Katedrą blisko kościoła Św. Anny). 

Aleja Gedymina, główna handlowa ulica od Katedry przez plac Łukiski do Sejmu i dalej na Zwierzyniec ( letniskowa dzielnica, sporo drewnianych kolorowych domków) 

Muzeum MO – najnowsze muzeum w Wilnie, budynek zaprojektowany przez przez znanego architekta Daniela Libeskinda, wygląda jak dzieło artystyczne (www.mo.lt, Pylimo 17). Ogród z rzeźbami – ciekawy także dla dzieci.

Zarzecze, most graniczny, Anioł Zarzecza, konstytucja Republiki – ogólnie trochę warszawska Praga (ale taka w wersji mini).

Kościół św. Piotra i Pawła, perła baroku – to ciut dalej od centrum, więc niekoniecznie.

Cmentarz na Rossie, bo matka i serce syna, Lelewel, Montwiłł, itd. –

Warto odwiedzić Halę Targową (Halės Turgus) i kupić chleb, sery, twarogi – stoiska z przodu przy wejściu, ew. jakieś kindziuki. Na Litwie popularne są kiszonki z przeróżnych warzyw (pomidory, czosnek). Na Hali mozna także zjeść przy okazji zakupów – cepeliny, pizza, bajgle, pilaf. 
Hala jest otwarta od wtorku do niedzieli . Nieczynna w poniedziałki. 

  Pozostałe ciekawe plaże w Wilnie:

–  Jezioro Balžio ežero paplūdimys I – https://goo.gl/maps/3KGgoEdE4RGoTD49A(wake park, pomost);

–   Plaża nad rzeką Valakampai – https://goo.gl/maps/y8cAeKSE5L46WoE69 (plac zabaw, miejsce na grilla, plaża, boisko do siatkówki);

–   Plaża nad rzeką Zirmunu https://goo.gl/maps/wEfYab1BELWU8YPx9 (plac zabaw, miejsce na grilla, boisko do siatkówki);

·      Ścieżka poznawcza w Puszkarni:

– Początek przy wodospadach (tzw. Belmontas – obok znajdują 3 restauracje) – https://goo.gl/maps/inPr2FceBYZae2xH7

–  Koniec – dolny punkt widokowy – https://goo.gl/maps/zAKdgc4H3ChcoiBf8

–  Taras widokowy (najlepiej dotrzeć samochodem, dojście od ulicy Batoro) – https://g.page/Puckoriu-atodanga?share

Poza miastem na te 2 dni to polecam wyjazd do Trok na pół dnia.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Trokach

Można popływać rowerem wodnym wokół Zamku. 

Wilno – atrakcje i miejsca dla dzieci – porównując Wilno do Warszawy czy jakiekolwiek innego miasta niestety widać braki w fajnych placach zabaw (samych placów jest dużo, ale są małe) i miejscach dzieciolubnych. Podobnie jest z małymi prywatnymi sklepami spożywczymi (których po prostu nie ma – Litwa w porównaniu do Polski była w ZSRR i to zabiło wiele inicjatyw i niestety nadal przejawia się w zachowaniu i wyglądzie miasta), dominują tylko duże sieci spożywcze.

Z drugiej strony, odnośnie dzieci – większość Litwinów ma dużo dzieci (bardzo często min. 3) i spędzają z nimi czas w lasach i nad jeziorami (czyli aktywnie poza miastem). 

Wilno – atrakcje dla dzieci:

– Park Bernardyński – dobre miejsce na spacer, kawę i ciastko (przy wejściu https://www.facebook.com/StrangeLoveVilnius/ lub kawiarnia https://www.facebook.com/sugamourboutique/ w parku – jest też na ulicy Niemieckiej/Vokieciu). W Parku plac zabaw podzielony na dwie strefy, wokół parku biegnie rzeczka Wilenka.

– Muzeum Zabawekmuzeum-zabawek

– Za Ostrą Bramą obok Hali Targowej, nasza ulubiona miejscowka na śniadanie i na kupno chleba – Piekarnio – cukiernia Druska Miltai Vanduo VANDUOhttps://www.instagram.com/dmvkepykla/

– Place zabaw w centrum: S.Moniuškos skveras, Vilnius 01119 (skwer Moniuszki); Gaono g. 1, Vilnius 01131 (obok Ambasady RP): Mėsinių g. 7-9, Vilnius 01135 (na terenie byłego getta ulica Rudininku lub Mesiniu na google maps); na tyłach placu Łukiski (Spielplatz, Lukiškės, Vilnius 01107);   

– Kawiarnia Pinavija (mają kacik dla dzieci i pyszny miodownik/medutis): https://goo.gl/maps/PYQkvq5MtWPEV8jY8

– Pizzeria Casa La Familia (obok placu zabaw na terenie byłego getta) – oddzielna sala ze zjeżdżalnią dla dzieci (ale tak raczej do 3-4 lat?) https://www.facebook.com/CasaLaFamilia.Vilnius/

– Sieć pizzerii Jurgis ir Drakonas – https://jurgisirdrakonas.lt/en/ mają kąciki dla dzieci https://www.instagram.com/jurgisirdrakonas/ (w centrum większa z kącikiem to ta na Pylimo, mniejsza na Pilies/Zamkowej)

– Resturacja Veranda na Zwierzyńcuhttps://www.facebook.com/svetaineveranda/ mają zewnętrzny plac zabaw dla dzieci, dobre jedzenie,  obok jest Park Vingis (duży park z 2-3 placami zabaw) – trzeba przejść przez most ze Zwierzyńca – Vingis: https://en.wikipedia.org/wiki/Vingis_Park 

– Muzeum Iluzjihttps://vilnil.lt/en/ w centrum Wilna

– Plaża przy Zielonych Jeziorach (plac zabaw, molo, łódka/rower) https://goo.gl/maps/5SY9264ozHWXy2Uf7 

Green Lakes

– Restauracja 14 Horses – https://www.facebook.com/14Horsesbrasserie/ – w niedziele rodzinny brunch 12-16 plus zabawki, dodatkowe miejsce dla dzieci; 

Jest więcej miejsc z kącikami dla dzieci, ale są poza centrum lub w centrach handlowych (podobnie jak np. sale zabaw), więc nie podaję. Najbliżej centrum jest sala zabaw (ale to raczej dla mniejszych dzieci chyba): http://www.mazujukaralyste.lt/ 

Kawa/kawiarnia:

Elska Coffee https://goo.gl/maps/d39AN72KK8i6frLv9 mają dobre przekąski, wegan i wege. Dobra kawa.

– W centrum: Italala Caffe

Różne jedzenie:

– RoseHip Vegan dobre weganskie Bistro https://goo.gl/maps/M13qxK5799bQdttcA

– Etno Dvaras (litewska sieciowka, ale bardzo dobre) na Zamkowej (pilies) https://goo.gl/maps/JPmuP618strRX1Nt7 

-Etno Dvaras (litewska sieciowka, ale bardzo dobre) na Zamkowej (Pilies) https://goo.gl/maps/JPmuP618strRX1Nt7

– Kilka knajpek jest na ulicy Wileńskiej (idzie się od Gedimino przy Novotelu)  np. włoska Antonio: https://goo.gl/maps/e8qx4dqGpNxfmCik9 lub Guru Salotu Baras (na lunch itd.)- https://www.facebook.com/pg/salotubaras/photos/?ref=page_internal 

– Zielony Domek (blisko Katedry) polecany często https://goo.gl/maps/2AbtuQoRddGcrWxp8 

– Grey (ulica Zamkowa blisko Katedry) mix litewskiej i międzynarodowej – https://goo.gl/maps/LtDbd5dMwKSKwVKk8

– Mason GastroPub dobre jedzenie, luźna atmosfera (na małej ulicy obok Ratusza) https://goo.gl/maps/6AcabDc3D53Pwy5x7 (na mapie źle jest oznaczone to jest po drugiej stronie uliczki jakby wchodzi się z boku budynku, obok jest masaż tajski). Na tej samej ulicy jest kilka knajpek

– Zatar falafel na Vokieciu: https://goo.gl/maps/wvhTv3aj9kVFv2Sc8

– Bistro 18 (dobra kuchnia): https://goo.gl/maps/q2xxkDXfHHq4pBsFA

Inne ciekawe atrakcje na Litwie:

Scieżka spacerowa wśród drzew

Przy okazji taki blog i co warto zobaczyć w Palandze: maptrotting

Po drodze możecie jeszcze zatrzymać się w Druskiennikach. Jest tam duży aquapark i kryty stok narciarski – my się tam wybierzemy zimą.

A gdzie spać w Wilnie?

Zrobiłam wstępną selekcję i zapisałam sobie kilka linków:

Piękny, butikowy Pacai KLIK

Radisson BLU KLIK

Ciekawy hotel ze strefą SPA KLIK

Nowy hotel Vilnia KLIK

Hotel Hilton KLIK

Przydatne linki:

Strona informacji turystycznej w Wilnie (po polsku) – http://www.vilnius-tourism.lt/pl/

Krótkie przewodniki o Wilnie (do pobrania)- http://www.vilnius-tourism.lt/pl/vtic/o-nas/wydawnictwa/

Mapa dla dzieci – PDF
Mapa „The good coffee map

Nowoczesne Wilno – pdf

To już wszystkie atrakcje w Wilnie, jeżeli chcecie coś dodać to napiszcie w komentarzu.

zobaczcie też inne nasze Podróże

Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i chcecie żebym kontynuowała ten cykl to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym.

A jadąc w stronę Litwy – łapcie inspiracje – tu omawiam Podlasie i wszystkie jego atrakcje!

a w drodze powrotnej polecamy koniecznie zahaczyć o Druskienniki!

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Dlaczego wypisałam dziecko z wszystkich zajęć dodatkowych?

Za chwilę się zacznie – zostaniemy zalani falą ofert zajęć dodatkowych dla dzieci. Wszystkie są absolutnie cudowne, rozwijające kreatywność i wspomagające rozwój. Jak nie oszaleć, wybrać coś sensownego i nie być etatowym kierowcą naszych dzieci?

W tamtym roku zaczynaliśmy semestr z założeniem, że nie będziemy w TYM uczestniczyć.

Zupełnie nie wiem jak to się stało, że nagle w poniedziałek jechałam 40 min (2 km) na balet do centrum, w środę wieczorem na basen, a w sobotę na chiński i raz na 2 miesiące na Uniwersytet dzieci. Wkręciliśmy się w ten kołowrotek, widząc ogromne zainteresowanie i pasję dziecka.

Uznaliśmy, że lepiej jest spędzać długie i ciemne wieczory na ciekawych, rozwijających zajęciach niż nudzić się w domu. A tak wcale nie było – jesienne i zimowe wieczory wpływały na zmęczenie i większą frustrację. Naprawdę fajniej by było spędzić ten czas na czytaniu książek, czy wspólnych grach.

A tymczasem spędzaliśmy ten czas w pośpiechu, nerwach, dogryzając drożdżówki w długim korku – tak zupełnie bez sensu. Dzieci zasypiały w aucie jadąc na 16 na balet, a ja byłam wściekła, że jestem taka zmęczona. Mąż pędził z pracy, rzucał torbę z laptopem w kąt i jechał na basen. A wiecie jak wyglądają takie zajęcia: pół godziny jedziesz, pół godziny dziecko pływa, 40 minut je ubierasz i suszysz, a później wracasz na kolację. Wieczorem nie masz siły na NIC i przeklinasz pod nosem „Po co mi to było?”

Zajęcia dodatkowe dla dzieci nie zawsze są dobrze prowadzone

Dodam też, że naprawdę trudno jest znaleźć dobrze prowadzone zajęcia dodatkowe. Byliśmy w 5 szkołach baletu i każda nam nie odpowiadała. Chęć i pasja dziecka była ogromna, więc się nie poddawaliśmy. Niestety nie mogliśmy tego znieść, że np. dziecko nie może wyjść do toalety w czasie lekcji, bo powinno załatwić potrzebę przed zajęciami. Płacze dziewczynek na sali i rodzice krzyczący, że „Jak się nie przestaniesz mazać, to więcej tu nie przyjdziemy”. Ja rozumiem, że balet cechuje się pewnymi wartościami i dyscypliną, ale bez przesady, to są tylko dzieci, które wcale nie będą primaballerinami tylko chcą założyć tutu i nauczyć się 5 pozycji baletowych. Niektórzy prowadzący o tym zapominają i wg mnie podchodzą zbyt ambitnie.

Dlaczego wypisałam córkę?

Bo powiedziała po występie, że jej się nie podoba, jest jej zimno w tym stroju i zaczęło ją to nudzić. Jeszcze raz zapytałam czy chce chodzić dalej, bez namysłu odpowiedziała, że nie.

Od razu nasuwa się pytanie, czy warto namawiać dzieci żeby uczestniczyły w zajęciach. Według mnie nie. Nie ma sensu. Pamiętam jak w wywiadzie Ola Kwaśniewska powiedziała, że ma do swojej mamy żal, bo nie namawiała jej na kontynuację zajęć tanecznych. Myślę, że miałaby większą traumę gdyby ją namawiała albo kazała chodzić.

Ja sama jako dziecka i nastolatka próbowałam wielu rzeczy. Czasem była tylko na jednej lekcji, a były to:

  • basen
  • harcerstwo (jedna zbiórka)
  • balet (jedna lekcja)
  • taniec towarzyski (jeden semestr)
  • nauka gry na gitarze (dwie lekcje)
  • chór

Za każdym razem to była moja decyzja, że chcę chodzić. Rezygnowałam również sama. Jedyne do czego moja mama mnie przekonywała to j. angielski i za to jej dziękuję! Ale nawet nie pamiętam takich kryzysów, że nie chciałam chodzić.

Te wszystkie próby chodzenia na zajęcia nie wynikały ze słomianego zapału, słabej motywacji, braku talentu itd. tylko były motywowane poszukiwaniem siebie i wzmacnianiem relacji z innymi dziećmi.

Tak samo jest z dziećmi, to nie są fanaberie, czy humory. To sprawdzenie siebie, czy jest to interesujące i jak ja się z tym czuję. Widzę też, że dzieci chętniej chodzą jeżeli na takie zajęcia chodzą znajomi. Z tego względu wypisaliśmy też córkę z Uniwersytetu dzieci – zajęcia nie dość, że są w sobotę i zauważyliśmy, że przeszkadzają nam w czasie wolnym przeznaczonym na rodzinny czas, to za każdym razem w grupie są inne dzieci i ciężko jest nawiązać znajomości.

Od września chodziliśmy też dzielnie na basen i wytrzymaliśmy do kwietnia. Zwyczajnie szkoda było mi zabierać dziecko z podwórka, gdzie się bawiło w najlepsze z kolegami. Raz spróbowałam i uznałam, że to bez sensu.

Był jeszcze chiński, na który jeździliśmy w kratkę, bo był też w sobotę. Ale decydując się na szkołę w weekend byliśmy tego świadomi.

Za chwilę znów te decyzje przed nami i staram się ograniczyć zajęcia dodatkowe dla dzieci do minimum. Według mnie najlepiej jest, jak zajęcia dodatkowe są w szkole od razu po lekcjach, ale oczywiście nie wszędzie są. Albo nie ma takich, jak interesuje nasze dziecko.

W tym roku zdecydowaliśmy się tylko na taniec raz w tygodniu z koleżanką i j. chiński. Reszta będzie w szkole. Myślę, że każdy z nas chciałby żeby dzieci mogły korzystać z zajęć dodatkowych rozsądnie. Ale czasami ponosi nas za mocno.

Jak wybrać te najlepsze?

Sama tego nie wiem. Pytałam znajomych rodziców i chyba w końcu znalazłam sensowną szkołę tańca. Widzę w dziecku ogromną chęć, tylko do tej pory nie trafiliśmy na dobre miejsce.

Jeżeli też stoicie przed wyborem zajęć dodatkowych dla dzieci to bardzo Wam polecam przeczytanie wpisu Agnieszki Stein —> Zajęcia dodatkowe dla dzieci. Posyłać czy nie? Pomoże Wam podjąć decyzje.

Mi też zależy żeby dzieci miały czas na nudę, brak pośpiechu, zwykły czas w domu z rodzicami i na swobodną zabawę z rówieśnikami. Ale też widzę ogromny zapał u dziecka i talent, który mógłby się zmienić w prawdziwą pasję.

A jak Wasze podejście? Zapisujecie, czy nie?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Moja szafa – 10 stylizacji z białymi butami

  • MODA
  •  komentarze [7]

Pod ostatnim wpisie modowym prosiliście mnie o więcej takich tematów. Przyznam, że jestem lekko zaskoczona, że macie chęć podejrzeć więcej i się zainspirować. Nie uważam się za znawcę tematu, ale skoro Wam odpowiadają takie posty, to chętnie Wam je pokażę.

Sama uwielbiam oglądać takie wpisy, gdzie mogę się zainspirować i na przykład wybrać z mojej szafy konkretne ubrania, które do siebie pasują. Nie obserwuję typowych blogerek modowych, bo ich styl nie nadaje się na co dzień (do pracy, na zakupy, na spotkanie z koleżanką). Dodatkowo mam dość wymagającą sylwetkę i większość rzeczy nie wygląda na mnie dobrze.

Pisałam Wam już w Miałam pełną szafę, że mam niedużo ubrań, które w większości do siebie pasują, więc ubieram się szybko i sprawnie.

Dziś pokażę Wam moje ulubione stylizacje, które noszę z białymi butami. Oczywiście do tych zestawów pasują również inne, ale te wg mnie dodają fajnego luźnego charakteru.

Mogę śmiało powiedzieć, że białe buty to taki klasyk, który mam od 10 lat w szafie, czy to białe trampki Converse, czy klasyczne adidasy. Noszę je od około marca do listopada i są to buty, które zabieram na każdy wyjazd, bo są uniwersalne.

Sneakersy Superga, bardzo lekkie i wygodne.
Zdradzę Wam też sposób, dzięki któremu noga wygląda smukło – nie wiążcie sznurówek na kokardę, tylko schowajcie sznurówki po bokach.

Myślę, że sporo z tych ubrań (są to klasyki) macie w swoich szafach i zanim pomyślicie o zakupach to dokładanie sprawdźcie garderoby. Ja tak zawsze robię i czasami odnajduję ubrania, o których zapomniałam, a wcześniej nosiłam.

Przechodzę do moich stylizacji

Zwykłe niebieskie jeansy (Kiabi), biała miękka koszula (COS) i białe buty Superga – całość zawsze dobrze się prezentuje i bardzo często tak chodzę.

Prosta sukienka w paski Risk, bluza jeansowa Zara (ma 7 lat i non stop w niej chodzę) i białe buty.

Całość jest wygodna i pasuje idealnie do siebie. Mam w szafie dużo rzeczy w paski, bo nadają trochę charakteru moim stylizacjom i nie wychodzą z mody.

Inna sukienka (Risk) w paski i buty Superga.

Wcześniej nigdy nie nosiłam butów sportowych do sukienek, dopiero w tym roku się przełamałam.

Białe buty noszę też do cieplejszych rzeczy, to moje ulubione zestawy.

Aby wysmuklić nogę i dodać lekkości zazwyczaj podwijam nogawkę lub wybieram spodnie, które kończą się w okolicach kostki. Białe buty w połączeniu z jasnymi spodniami wydłużają nogę i nie tworzą skracających linii.

Tutaj: beżowy płaszcz polskiej marki Talia, golf kaszmirowy Zalando Esentials, jeansy Zara (mają z 7 lat) i buty Superga. Szary płaszcz Zara.

Ten zestaw to klasyk, który też bardzo często noszę: Bluzka w paski COS, jeansy Zara, ramoneska Mango (ma z 4 lata) i białe buty

Jak widać kolor czarny i biały to moja ulubiona kolorystyka, pasują do wszystkiego i nadają się na różne okazje. Czarna marynarka na białą bluzkę tworzy optyczną linię, która wyszczupla sylwetkę.

Po lewej: koszula COS, spodnie H&M (mają z 9 lat i zwróćcie uwagę, że kończą się w okolicach kostki i nie są ciężkie), ramoneska Mango. Po prawej spodnie Zara, koszula COS, marynarka dresowa Risk i buty Superga

Czarna ołówkowa spódnica Risk, bluzka w paski COS, buty Superga

Dwie stylizacje z szortami. Lubię połączenie krótkich spodenek z górą z długim rękawem: po lewej z lnianą koszulą Natula, a po prawej sweter w romby Tommy Hilfiger (ma z 7 lat i wciąż jest modny) i buty Superga.

Jeżeli przejrzałyście już szafy i widzicie, że brakuje Wam takich bazowych ubrań to polecam zajrzeć na Limango ( właśnie jest Risk w dobrych cenach KLIK), a buty Superga też akurat są w promocji .

Niestety na Limango zostało już niewiele rozmiarów – pełna rozmiarówka sneakersów Superga jest TUTAJ.

A Wy macie takie ubrania lub buty, które nosicie zarówno do stylizacji eleganckich jak i na co dzień?

Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i chcecie częściej zaglądać do mojej szafy to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Plecak Kanken – czy warto go kupić i skąd się wzięła moda na niego?

  • Materiał zawiera linki afiliacyjne - reklama dla Metapic

Plecak Kanken od fjallraven to jeden z najbardziej popularnych plecaków. Mam wrażenie, że z roku na rok wręcz panuje na niego większy szał. W dzisiejszym wpisie napiszę o moich przemyśleniach na temat Kankenów.

Przyznam szczerze, że nigdy nie rozumiałam tego fenomenu marki fjallraven. Pamiętam dobrze, jak Lila miała może rok, a ja szukałam jej plecaczka na wycieczki. Już wtedy w 2013 były modne. Ja się łapałam za głowę… jak plecak dla małego dziecka może kosztować ponad 300 zł. Uważałam to za bezsens i nie poddałam się wpływom modowym. Kupiłam jakiś zwykły z dziecięcym motywem i używaliśmy go przez rok. Po tym czasie się rozpruł, a do tego zwierzątko mojemu dziecku przestało się podobać.

żółty plecak kanken fjallraven

Pamiętam tę kankenową gorączkę „Jaki kolor wybrać”, „Jaki rozmiar” itd. A ja w tym czasie weszłam zupełnie przypadkowo do białostockiego secondhandu. Tam objawił mi się na haczyku musztardowy plecak Kanken Mini. Z biciem serca sprawdziłam jego cenę. Kiedy zobaczyłam, że widnieje na nim absurdalna cena 10,50 to poczułam się jakbym wygrała w totolotka.

Od tamtej pory mamy ten plecak i cały czas użytkujemy. Dopiero wtedy zrozumiałam, że on naprawdę jest wart tej ceny. Kiedy w tym roku szukałam plecaka na laptop 17′ i zobaczyłam, że fjallraven wypuścił ulepszoną linię do komputerów to nie zastanawiałam się ani chwili. Kupiłam go i przymknęłam oko na cenę, bo wiedziałam co kupuję i jak długo będę go używać.

Dokupiłam też portfel Kanken i uznałam, że to dobry moment aby opisać Wam o moich odczuciach.

Co ma plecak Kanken, że wyróżnia się na tle innych i nikt poza użytkownikami tego nie rozumie:

  • design – moda na skandynawski design wciąż nie przemija. Myślę, że plecak Kanken mógłby być jego ikoną. Marka Fjallraven powstała w 1970 roku i od tamtej pory jest modna w Skandynawii. Ale dopiero na przestrzeni ostatnich lat ich plecaki stały się bardzo popularne
  • uniwersalność – jak kupowałam plecak, to chciałam żeby były uniseks (mamy kolor ACORN) – taka abym ja mogła go nosić i mój mąż (dodam, że teraz musimy negocjować, kto dziś bierze plecak)
  • pasuje do wielu stylizacji. To chyba jeden z niewielu modeli plecaków, który dobrze wygląda i z sukienką i ze sportowym lookiem
  • ma zapinane rączki. Dzięki nim możecie przyczepić plecak do ramy wózka, ramy rowerowej lub innego miejsca. Szczerze powiedziawszy, to dziś zrezygnowałabym z typowej torby wózkowej i kupiłabym plecak Kanken.
  • głęboko rozpinany suwak. Jeżeli wkurza Was, że ciężko Wam coś znaleźć w plecaku, albo musicie go mocno spakować to suwak, który dojeżdża prawie do dna jest zbawienny
  • sam w sobie jest bardzo lekki, dzięki temu nie dodaje ciężaru na plecach
  • jest to plecak idealny na wycieczki i spełnia wymagania linii lotniczych, co do bagażu podręcznego

Przed zakupem miałam wątpliwości, czy paski nie będą się wrzynać, czy nie będzie się brudził i czy będzie funkcjonalny.

Jak zobaczyłam, że wersja plecaka Kanken na laptopa ma miękkie szelki, to wtedy moje wątpliwości zostały w większości rozwiane. Ale moje przyjaciółki mają wersje z normalnymi szelkami i nie zaobserwowały żadnego dyskomfortu, a noszą w nim dużo rzeczy dziecięcych.

Jak dbać o plecak Kanken?

Plecaków nie pierze się w pralce! Najlepiej jest go czyścić gąbką lub miękką szczoteczką z łagodnym detergentem. Możecie też kupić impregnat z woskiem pszczelim.

Kolejnym plusem Kankenów jest to, że ładnie się starzeją. Delikatne przetarcia, lekkie odbarwienia pojawiają się dopiero po dłuższym czasie i nadają plecakowi charakteru. Dzięki temu te plecaki naprawdę są na wiele lat.

Muszę Wam też napisać o podróbkach, które często pojawiają się w sieci i kosztują około 20-30 euro. One nie będą miały takich właściwości jak oryginał.

Marka Fjallraven ma również modele plecaków wyprodukowane z butelek (to model Re kanken). Warto też wspomnieć o lisku, który jest w logo. Czerwony lis na białym tle jest odblaskiem. Do tego zwraca uwagę na zagrożony gatunek lisa polarnego (1% ze sprzedaży wędruje do fundacji).

Oprócz głównej kieszeni dużej, mniejszej na poddupnik, małej z przodu – w wersji na laptop jest świetna kieszeń właśnie na komputer. Ma wzmocnione dno i miękkie plecy.

pakowność plecaka Kanken fjallraven
Plecak Kanken  zdjęcie bocznej kieszonki
wąska kieszeń na butelkę (trzeba dobrać ją do tej kieszeni)

Porównanie szelek w modelu na laptop i normalnego. Do cienkich szelek możecie też dokupić miękkie nakładki i pas piersiowy.

Plecaki Kanken kupisz np TUTAJ

porównanie 2 rozmiarów plecaka Kanken
13 i 15 plecaki Kanken fjallraven porównanie
po mojej prawej Kanken 13′, a po lewej 15′

Według mnie plecak Kanken na laptop sprawdzi się do szkoły – pisałam o tym we wpisie Plecak do 1 klasy

Portfel Kanken

Kilka słów o portfelach Kanken. Kiedy rozpadł mi się skórzany portfel za grubą kasę, zaczęłam szukać nowego, solidnego modelu. Moją uwagę zwrócił portfel Kanken, który wtedy wprowadził właśnie portfele ( większy i mniejszy). Jeszcze wtedy był obowiązek noszenia dowodu rejestracyjnego, więc wybrałam większy model.

Sprawdził się znakomicie i mieścił wszystko, czego potrzebowałam. Jednak po czasie okazał się za duży (bo dowodu już nie trzeba było nosić). Wtedy uznałam, że sprzedam większy i kupię mniejszy. To też był strzał w 10! Używam małego i bardzo dobrze się sprawdza.

zielony portfel Kanken
Duży portfel Kanken
wnętrze portfela Kanken fjallraven
Ma bardzo dużo kieszonek
do portfela Kanken mieści się telefon
Mieści się też duży telefon
porównanie portfeli kanken fjallraven
Porównanie dużego i małego

A tak wygląda mały:

Myślę, że plecak Kanken fjallraven jest świetnym wyborem na lata. Wciąż będzie modny i do tego funkcjonalny. Mój mąż nadal tej mody nie rozumie. Sam pewnie by się na niego nie zdecydowałTymczasem właśnie spakował wszystkie rzeczy na plażę i pojechał z nim rowerem.

A tu łap przegląd Plecak do szkoły 2025

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Przeprowadzka – jak się zorganizować żeby nie zwariować?

Przeprowadzka już za nami i mogę odetchnąć z ulgą. Już ostatnie kartony czekają na rozpakowanie i mogę powiedzieć, że poszło sprawnie i szybko. Byłam nastawiona mało optymistycznie, a tymczasem jestem bardzo zadowolona, że tak szybko się uwinęliśmy.

Dziś mam dla Was kilka pomysłów, jak się zorganizować żeby przeprowadzka nie była za bardzo stresująca.

Do podzielenia się moimi doświadczeniami z przeprowadzką zaprosił mnie Clicktrans

Przeprowadzka – od czego zacząć i na ile wcześniej?

My zaczęliśmy myśleć o organizacji już na miesiąc przed przewidywanym terminem. Od czego zaczęłam?

Przeprowadzka jest bardzo dobrym momentem na przejrzenie swoich rzeczy i pozbyciem się niepotrzebnych ubrań i przedmiotów.

Już na miesiąc przed – zaczęłam przeglądać ubrania dzieci i inne szpargały. Rzeczy przeglądałam pomieszczaniami. Najpierw wzięłam się za pokój dzieci. Odłożyłam wszystkie za małe ubranka i wystawiłam do sprzedania. Trochę ubrań zapakowałam do oddania. Przejrzałam też buty, zabawki i książki. Przez około 2 tygodnie wysyłałam i oddawałam rzeczy. Jeżeli też tak planujecie, to zacznijcie odpowiednio wcześniej.

Niestety dużo rzeczy też wyrzuciłam, bo nie nadawały się już do użytku. Zrobiłam też porządek w papierach. Dzięki temu do nowego miejsca zabraliśmy tylko potrzebne rzeczy. Bardzo polecam od tego zacząć – jest zdecydowanie łatwiej.

Kiedy znaliśmy już termin przeprowadzki zaczęliśmy szukać firmy, która nam pomoże przewieźć wszystkie rzeczy i tak trafiliśmy na Clicktrans. Przyznam, że wcześniej nie słyszałam o takich usługach.

Jak to działa?

Jeżeli szukacie transportu dla swoich rzeczy, auta, zwierzaka, mebli, palety, rowerów – to jest to super opcja. W serwisie są tylko zweryfikowani przewoźnicy, którzy jeżdżą po całej Europie. Wystarczy, że wpiszecie datę, ładunek, miejsce wysyłki i odbioru, a zgłoszą się do Was osoby, którym taki przejazd pasuje najbardziej. Nas zabrał duży bus jadący na pusto z Norwegii na Podlasie. Clicktrans działa też w innych krajach, nie tylko w PL, więc możecie wysyłać rzeczy za granicę.

Według mnie jest to super opcja, bo przewoźnicy nie jeżdżą na pusto i dzięki temu nie przyczyniają się do dodatkowej emisji CO2. Na miejscu też skorzystaliśmy z tej usługi żeby przewieźć nasze łóżko od babci, które stało tam kilka lat, a nie zmieściłoby się do auta.

W co się zapakować?

My kupiliśmy kilka rzeczy, które wg mnie bardzo pomogły przy pakowaniu:

  • kartony przeprowadzkowe – kupiłam ich 20 – mają specjalne uchwyty i są bardzo mocne
  • worki próżniowe – kupiłam 6 – tam włożyłam pościel, ręczniki, koce
  • worki na gruz – kupiliśmy 50 worków w sklepie budowlanym- zamiast plastikowych na śmieci
  • jeżeli nie macie markera niezmazywalnego to też kupcie
  • kupcie też mocną taśmę

Worki próżniowe oszczędzają dużo miejsca:

Pakowaliśmy się w torby, walizki i plecaki.

Od czego zacząć i kiedy?

My zaczęliśmy się pakować na tydzień przez przeprowadzką, zaczynając od NAJMNIEJ POTRZEBNYCH RZECZY. Czyli najpierw poszły w ruch książki, ubrania i buty zimowe, dokumenty itd.

WAŻNE – na koniec spakujcie się do jednej walizki, tak jakbyście jechali na wakacje, czyli: ubrania, piżamy, bielizna na 3 dni; leki, kosmetyczka, ręczniki, ładowarki itd. Będziecie mieć wszystko pod ręką zanim się na dobre rozpakujecie i nie będziecie musieli szukać po wszystkich kartonach.

Ubrania na wieszakach wkładałam po 10 do worków na gruz – dzięki temu po przeprowadzce nie musiałam wszystkiego wieszać drugi raz.

Wszystkie rzeczy podpisujcie tak: pokój do jakiego rzeczy przynależą + co jest w kartonie. To bardzo ułatwia. Napisanie: „sypialnia – dokumenty” pozwala na szybsze zlokalizowanie odpowiedniego pomieszczenia.

Podpisujcie kartony z boków. Jeżeli podpiszecie na górze i na nim będą stały inne kartony, to nie będziecie wiedzieli, co w nim jest

Lepiej mieć kartony zamykane, bo można je ustawiać na sobie. Worki warto związać sznurkiem na kokardkę – nie trzeba będzie przecinać. Torby z Ikei zawsze się przydają, ale jeżeli będziecie mieli same takie, to będzie ciężko je ustawiać jedne na drugich. Znajome pisały mi o kartonach na banany z marketów, które podobno dobrze się nadają – nam wystarczyło tych 20 kupionych.

To chyba tyle – wszystkie rzeczy zostały przewiezione bez uszczerbku, a my się rozpakowaliśmy w 1 dzień.

P.S. Jeżeli macie dzieci to na czas pakowania poproście kogoś żeby zajął się nimi – to bardzo ułatwia i sprawia, że idzie naprawdę sprawnie. Taka samo na dzień, kiedy będziecie się rozpakowywać.

p.s.2. I kupcie sobie dużo melisy/wina/kawy (niepotrzebne skreślić;)

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

10 produktów, które zawsze mam w domu, żeby moja rodzina jadła zdrowo

Przyznam szczerze, od prawie 8 lat zwracam uwagę na to, co jem. Kiedyś było mi to całkowicie obojętne – kupowałam bułkę i napój energetyczny na śniadanie. Aż sama się teraz przed sobą wstydzę…

No cóż, wtedy nie interesował mnie ten temat. Do tego świadomość ludzi nie była tak wysoka jak teraz. Myślę, że na przestrzeni ostatnich lat dokonała się mała rewolucja – ludzie naprawdę zaczęli zwracać uwagę na to co jedzą.

Ja też sama siebie nie poznaję – bardzo mi zależy na tym żeby moja rodzina jadła zdrowo, a dzieci uczą się przez osmozę. Czyli jeżeli my będziemy jeść bułki i popijać je napojem energetycznym to bardzo możliwe, że dzieci też tak będą robić.

Do podzielenia się moimi sposobami na świadome i zdrowe zakupy zaprosiło mnie Auchan

Od kilku lat robię świadomie zakupy. Co to znaczy?

Kupuję produkty sezonowe

Dlaczego? Produkty, które niedawno opuściły pole lub ogród mają najwięcej składników odżywczych. Sezonowe warzywa i owoce, które miały możliwość przebywać w takich samych warunkach klimatycznych jak my są najlepiej przyswajane przez nasz organizm.

tak wygląda lista na sierpień sezonowych owoców i warzyw ze strony salaterka.pl

Staram się kupować produkty lokalne

Słyszeliście o tej teorii, że najlepiej nas odżywiają produkty, które rosną w promieniu 50 km od nas? Mnie ta informacja bardzo zainteresowała. W USA jest nawet nazwa dla takiej diety „100 Miles Diet”, czyli jemy produkty, które wyrosły w pobliżu 160 km. Nie mam wątpliwości, że taka dieta jest najbardziej optymalna, bo dodatkowo produkty nie przebyły długiej drogi w transporcie, a auto którym jechało nie wyprodukowało zbędnego C02. Do tego wspieramy lokalne biznesy ludzi, którzy żyją niedaleko nas.

Pamiętam jak rozszerzałam dietę Lili i chodziłam na ekobazar po brzydkie i koślawe marchewki i pasternak – już wtedy moja świadomość zaczęła rosnąć.

Od tamtego czasu sporo się zmieniło – lokalne produkty od rolników możemy kupować też w dużych miastach. Powstało sporo inicjatyw, dzięki którym jest to ułatwione.

A teraz w Auchan możecie kupić takie produkty regionalne, od lokalnych rolników. Według mnie jest to ciekawy pomysł, bo w jednym miejscu możemy zrobić świadome zakupy. Wszystkie produkty (sezonowe i lokalne) są oznaczone logo „Pewni Dobrego”. Każdy produkt ma dokładny skład, opis produkcji i krótką historię firmy, z której pochodzi. Dzięki oznaczeniu mamy pewność, że produkty są zdrowe i lokalne. Teraz weszły pomidory i sałaty, bo jest na nie sezon, a w późniejszym czasie będą też inne produkty. Wypatrujcie ich w sklepach!

Czytam składy

Mam całą listę składników, których unikam. Wiem, że nikomu one nie służą, dlatego mam je na cenzurowanym. Kiedyś kupowałam produkty z syropem glukozowym, olejem palmowym i glutaminianem sodu bez mrugnięca okiem. Teraz trzymam się od nich z daleka.

Wybieram takie produkty, z których mogę zrobić wiele dań

Mam listę takich produktów w głowie, żeby nie musieć kombinować za dużo. Na przestrzeni lat zauważyłam, że wciąż ja mam w swoim koszyku zakupowym. Dziś Wam o nich napiszę.

Moja TOP lista produktów, które zawsze kupuję żeby moja rodzina jadła zdrowo:

  1. Warzywa i owoce – bezsprzecznie pierwsze podium – chyba nie muszę pisać o ich walorach? Zawsze mam w koszyku warzywa i owoce sezonowe. Mogę śmiało powiedzieć, że to na nich opiera się teraz nasza dieta. I chociaż moje dzieci jedzą wybiórczo, to mają listę swoich ulubionych owoców i warzyw, które są w stanie zjeść w każdej ilości.
  2. Kasze – kiedy dowiedziałam się o mojej insulinooporności to w naszym domu na dobre przyjęły się kasze. Kupuję gryczaną niepaloną i robię z niej gofry dla dzieci, z pęczaku robię pęczotto, z jęczmiennej warzywne kotlety. Julek na przykład nie lubi ziemniaków, ale kaszę zje w każdej postaci.
  3. Nasiona i oleje – pestki dyni, słonecznika, siemię lniane. Dodaję je do wielu potraw, bo wiem, że są źródłem kwasów omega 3, minerałów i witamin. Lubię je też w formie mielonej i dodanej do koktajlu.
  4. Orzechy – zawsze mam jakieś orzechy w domu. Używam ich jako przekąski, dodatku, zabieram w torebce jak wychodzę z domu.
  5. Jaja – mamy dostęp do jajek od bardzo szczęśliwych kurek i często korzystamy. Ostatnio z mężem zakochaliśmy się w szakszuce i przynajmniej raz w tygodniu zjadamy ją ze smakiem. Natomiast dzieci nie przełkną jajek gotowanych, więc robię im omlety, placuszki, tosty francuskie, gofry.
  6. Chude mięso i ryby – niestety nasze dzieci nie przepadają za rybami, więc sama jem je z mężem. Mam nadzieję, że niedługo się przekonają. Chude mięso kupuję z zaufanych źródeł i coraz rzadziej.
  7. Woda – wody nie kupuję w sklepie, tylko mam z dostawą do domu, a właściwie kranu 😉 Dzięki temu nie dźwigam butelek i nie produkuję dodatkowych śmieci.
  8. Mleka roślinne – od dłuższego czasu mleka od krowy używam tylko do kawy i opakowanie wystarcza mi na ponad tydzień. Do placków, płatków, owsianek dodaję mleko roślinne, bo wtedy lepiej nam smakuje.
  9. Zamienniki cukru – ostatnio śmiałam się z mężem, że ktoś do nas przyszedł i nie mieliśmy cukru do herbaty. Nawet nie zauważyliśmy, że od kilku tygodni nie mamy cukru. Obecnie używamy w niedużych ilości ksylitolu.
  10. Makaron – dzieciaki uwielbiają i często kupujemy, ale czasami też robimy sami w domu. Ostatnio też odkryłam makarony ze strączków. Znacie?

Bardzo mnie cieszy, że świadomość ludzi stale rośnie. Dzięki temu sklepy też będą zmieniały swoją ofertę, bo będą miały coraz bardziej wymagających klientów.

Do Was też mam prośbę – dopiszcie swoje ulubione, zdrowe produkty do tej listy – niech inni się zainspirują.

Zdjęcia zrobiła Małgorzata Jabłońska

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Plac zabaw w Parku Ujazdowskim w końcu otwarty i jest genialny!

Plac zabaw w Parku Ujazdowskim w końcu jest gotowy do użytku. Długo trzeba było czekać, ale zdecydowanie było warto. Zdążyliśmy już go odwiedzić dwa razy i dziś przeczytacie o nim wiele ciekawych informacji.

Plac zabaw w Parku Ujazdowskim

Kiedy najlepiej się wybrać?

Napiszę to na samym początku żeby każdy mógł tę informację przeczytać. Wczoraj (sobota, godzina 17) byliśmy na tym placu zabaw dosłownie 7 minut. Dzieci przeszły przez dwie atrakcje, a ja miałam wrażenie, że oszaleję. Na placu zabaw było chyba 200 osób! Nie dało się korzystać bezpiecznie z atrakcji i zabraliśmy stamtąd dzieci.

Plac zabaw w Parku Ujazdowskim jest placem zabaw bardzo specyficznym – o wszystkim Wam napiszę żebyście mieli dobry obraz tego miejsca.

Co prawda jest też skierowany do dzieci młodszych, ale większość atrakcji jest od 6 do 14 lat. Oczywiście młodsze dzieci tez mogą z nich korzystać, ale za 2- latkiem będziecie musieli iść krok w krok.

Kiedy wczoraj przyszliśmy na plac zabaw to dodatkowy tłum robili rodzice, którzy szli po atrakcjach dla starszych dzieci za małymi dziećmi.

Tłum powodował we mnie ogromny stres, bo dzieci zjeżdżały i znikały rodzicom z oczu. Przez tę ilość osób nie byłam w stanie szybko zbiec po schodkach żeby Julka złapać na dole po zjeździe ze zjeżdżalni.

Dodam też, że na środku placu jest ogromna dziura (około 4 m głębokości), do której przez nieuwagę i duży ruch można wpaść.

Przyznam szczerze, że jak stamtąd wczoraj szybko uciekliśmy miałam mieszane uczucia. Nie czułam się tam z dziećmi bezpiecznie, przez tę ilość osób i trudne atrakcje.

Według mnie ciężko Wam tam będzie samemu z dwójką dzieci. Chyba, że jedno jest już naprawdę duże.

Plac zabaw w Parku Ujazdowskim to jest tez miejsce, gdzie raczej nie odpoczniecie na ławeczce;) Będziecie chodzić za dzieciakami i im pomagać, co oczywiście jest świetne, ale jak jesteście zmęczeni po całym dniu, to lepiej wybierzcie inny termin.

Ale nie mogłam się wyprowadzić z Warszawy bez ponownego sprawdzenia, więc dziś (niedziela) byliśmy tam już o 8.30. Chciałam przetestować ten plac zabaw i zobaczyć, jak będzie bez tłumu.

Oprócz nas były dwie osoby, więc praktycznie mieliśmy cały plac zabaw dla siebie i powiem Wam szczerze, że zmieniłam o nim zdanie.

Plac zabaw w Parku Ujazdowskim jest chyba jedynym placem w Warszawie, gdzie starsze dzieci (6-14 lat) będą miały atrakcje adekwatne do umiejętności. Niektóre z nich wymagają skupienia, mobilizacji i precyzyjnych ruchów. Lilka była zachwycona, bo większość placów zabaw jest dla niej raczej prosta – tu była mocno zainspirowana.

Tak wygląda mapa placu zabaw:

Jest strefa z piaskownicami dla młodszych dzieci, proste drabinki i zjeżdżalnie. Są też tunele do przechodzenia. W domku jest też imitacja piecu kaflowego i pieca do pizzy (super do zabaw tematycznych, więc weźcie zabawki do piachu). Na środku jest też łódka z żaglem. Projektanci pomyśleli też o cieniu w piaskownicy.

Dalej są strefy dla starszych dzieci 6-14 lat i one są naprawdę ciekawe! Można chodzić, wspinać się, zjeżdżać, co kto lubi!

Plac zabaw w Parku ujazdowskim

Na środku jest wspomniana dziura – mimo tego, że dziś bez tłumów fajnie się z niej korzystało, to jednak trzeba uważać na maluchy, które mogą zaplątać się we własne nogi i tam wpaść.

Wejście do dziury od innej strony

Plac zabaw jest w środku parku i jest osłonięty drzewami.

Rady:

  • weźcie wygodne ciuchy, takie nawet do zniszczenia (mamy nie zakładajcie sukienek i obcasów, bo możliwe, że będziecie chodzić z dziećmi przez druciane, przezroczyste labirynty
  • koniecznie weźcie nakrycia głowy z daszkiem od słońca
  • załóżcie dzieciom porządne buty – nie wkładajcie klapków, Crocsów itd. – lepsze będą zakryte i dobrze trzymające się nogi
  • weźcie apteczkę – mówić serio – Jul wczoraj zjechał po tartanie i obtarł sobie nogę do krwi
  • możecie wziąć zabawki do piasku – przydadzą się na 100%
  • weźcie jedzenie i picie, bo w pobliżu nie ma sklepu
  • niestety nie wypatrzyłam w okolicy żadnej toalety 🙁 więc ja brałam dzieciom jednorazowy nocnik KLIK

Gdzie parkować i jak dojechać?

Komunikacją miejską dojedziecie bez problemu, sprawdzcie na jakdojade.pl

Najbliższy przystanek to Ulica Piękna. Wejście do parku najbliżej jest Alei Róż (na przeciwko tej ulicy jest brama do parku_

Jeżeli jedziecie autem to zaparkujcie na Alei Róż, Pięknej lub Chopina i kierujcie się do wejścia na przeciwko Alei Róż. Po wejściu kierujcie się w lewą stronę.

To tyle! Plac zabaw w Parku Ujazdowskim jest naprawdę ciekawy i myślę, że długo będzie popularny. Jeżeli będziecie wybierać dzień to postarajcie trafić w godziny bardzo poranne. Wtedy w pełni skorzystacie z tego miejsca.

A jeżeli szukacie innych placów zabaw to koniecznie przeczytajcie mój wpis: 10 najlepszych placów zabaw w Warszawie

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Język chiński – 10 dowodów na to, że Twojemu dziecku łatwiej będzie szła nauka chińskiego niż angielskiego

Język chiński

Kiedy tylko ktoś się dowiaduje, że Lila uczy się chińskiego, robi wielki oczy i w sumie nie wie co odpowiedzieć. Wyobraża sobie, że stoimy nad nią z bacikiem i wmuszamy niemożliwe do wymówienia słowa. Język chiński postrzegany jest jako bardzo trudny.

Jak to się stało, że zapisałem się z Lilą nie na angielski ale właśnie na chiński? Wiedziałem jedno – język chiński to język toniczny – z tego względu najlepiej zacząć od małego.

Oto jakie miłe niespodzianki czekały na nas jak już liznęliśmy ten język:

1. Brak czasów

Nawet nie odważę się jednoznacznie podsumować ile czasów ma język angielski – 12? 16? No zmora. Naukowcy sami spierają się o ostateczną liczbę. Aby się nimi posługiwać – jesteśmy zmuszeni uczyć się reguł tworzenia każdego z nich. Musimy opanować kiedy, który jest adekwatny. Ilość nieregularnych form czasowników zabija. Wyobraź sobie więc, że w chińskim musisz opanować czasownik tylko w 1 formie (słownie: JEDNEJ). Nie ma czasowników nieregularnych. Podoba się? Po to by umiejscowić zdanie w konkretnym czasie, wystarczy użyć w zdaniu odnośnika czasu – jutro, wczoraj, miesiąc temu…. Da się??

2. Brak odmiany przez osoby

Co za tym idzie – mówisz „ja, ty, on, ona, ono, my, wy, oni… pisać”. Ile godzin wkuwania reguł i form nieregularnych zaoszczędzone? Umówmy się, angielski też poszedł w podobnym kierunku i zachowało się niby tylko szczątkowe -s w 3ciej osobie, ale język chiński jest tu jeszcze bardziej bezkompromisowy i odmieniać przez osoby nie trzeba wcale ale to wcale.

3. Brak rodzajów gramatycznych

Choć istnieją co prawda zaimki on/ona – ale to właściwie wszystko w tym temacie. Tu na chwilę oddalę się od angielskiego ale kto liznął niemieckiego czy hiszpańskiego wie – ile czasu trzeba poświęcić na zapamiętanie jakiego każdy jeden rzeczownik jest rodzaju? La luna, das Madchen… W chińskim za to nic, nul, nada…

język chiński - słownik obrazkowy

4. Chiński przymiotnik

Odmiany brak. Przymiotnik opisuje stojący po nim rzeczownik, nie potrzebuje form: miła, miły, miłego, miłych itp. Jedna forma obsługuje wszystkie, które jesteśmy w stanie wymyślić. Choć tu muszę oddać honor – angielskiemu też wystarczy jedno nice.

5. Rzeczowniki nie używają liczby mnogiej

Oj po prostu mówisz czy 2, czy 57, czy dużo, czy mało – po co tu jeszcze coś gmerać przy rzeczowniku albo jeszcze wymyślać jak Anglicy nieregularne formy?

6. Nie lubisz przedimków? Język chiński też nie

Dla nas Słowian nawet ogarnięcie „a” czy „the” jest nowinką. Spoglądając na der, die, das, des, dem, den… Brrrr.

Chińczycy również nie przygarnęli tego bajeru. Znów parę godzin zaoszczędzonych na wkuwaniu, że:

 „Przedimek nieokreślony wstawiamy przed rzeczownikiem w liczbie pojedynczej, kiedy po raz pierwszy o czymś mówimy, natomiast przedimek określony wrzucamy przed rzeczownik, jeśli wiadomo, o czym mówimy, czyli gdy już określiliśmy daną rzecz, osobę, itd.” Pffffffff

język chiński - słownik obrazkowy
język chiński - znaki

7. Stały szyk wyrazów

SVO – Subject, Verb, Object – tu za to chiński jest bardzo sztywny – nie można zamieniać wyrazów miejscami. I brawo! My też używamy kolejności Podmiot, Orzeczenie, Dopełnienie więc będzie to dla nas prościzna.

8. Sprytne użycie liczebników

Po co używać ciał niebieskich i jak skojarzyć, że Dzień Słońca to akurat niedziela a Dzień Saturna to sobota (Sunday, Saturday etc.). Po co wkuwać nazwy miesięcy w przeróżnych systemach jeśli można zrobić tak jak Chińczycy – bez obcyndalania:

„tydzień 1” – poniedziałek

wtorek to uwaga…. – „tydzień 2”

„tydzień 3” – środa, itd….

„1 księżyc” – styczeń

„2 księżyc” – luty, itd…..

Lila więc muszę przyznać wcześniej opanowała dni tygodnia i nazwy miesięcy po chińsku niż po polsku…

9. Wymowa

Czy naprawdę muszę się rozpisywać, że widząc angielskie słowo – tak naprawdę nie mamy pojęcia jak je prawidłowo wymówić? W przeciwieństwie do polskiego, gdzie po opanowaniu kilku zasad – każde nowe słowo jakie zobaczymy zapisane – wiemy jak wymówić. Jeśli chodzi o angielski to, że tak to ujmę – this is not the case… Wbrew pozorom, język chiński tu się wiele od angielskiego nie różni, też są w nim znaki, które czytamy tak samo i na widok których mamy podobną szansę odgadnięcia wymowy jak w angielskim?

10. Tony w języku chińskim

Zarówno w angielskim jak i w polskim używamy różnych tonów. U nas wskazują one na to czy zdanie jest np. pytające. W ilu wariacjach możesz wymówić: „Really?” „Really!” Reaaaaally…”, „Naprawdę?”, Naprawdę!” – z przekonaniem, z sarkazmem, z powątpiewaniem itp., itd.

Jest to więc mechanizm naszym uszom doskonale znany, tyle że do czego innego używany. Dlatego po prostu lepiej zacząć w dzieciństwie, by mózg ogarnął, że można tego używać jako nośnika różnego znaczenia.

a jak istotna jest nauka tonów zobaczcie tu:

Ile trzeba znać chińskich znaków by być biegłym?

Zero!

Teraz będzie coś świętokradczego – a gdyby tak nauczyć się języka bez uczenia się systemu pisma? Absolutnie do tego nie zachęcam, to pozbawianie się połowy tego świata. Mówię tylko, że gdyby pominąć etap nauki znaków – mówić i porozumiewać się po chińsku można naprawdę szybciej niż jakimkolwiek bliskim nam językiem indoeuropejskim. Bariera wejścia i rozpoczęcia efektywnej komunikacji jest szalenie niska.

Dlaczego zachęcam do nauki znaków? Mimo tego że jest ich kilkadziesiąt tysięcy, przeciętny Chińczyk, kiedy tylko opanuje raptem 1500 – 2000 znaków – uznawany jest za biegłego w piśmie. Taki zasób szacuje się pozwala zrozumieć 98% tekstów.

Dzieje się tak też dlatego, że dużo słów – to po prostu słówka złożone. Bierzemy znak oznaczający król i syn – i otrzymujemy wyraz książę

sekret + numer = hasło

elektryka + mózg = komputer

elektryka + drabina = winda

Sama nauka znaków jest dla dziecka bardzo rozwijająca. Dziecko kaligrafując znaki pobudza drugą półkulę mózgową – jest to więc dla młodego adepta – doskonała mózgu gimnastyka. Chińczycy zresztą traktują kaligrafię jak dziedzinę sztuki. Mamy więc combo – naukę języka, ćwiczenie koordynacji ręka-oko i zajęcia plastyczne w jednym.

Podobnie toniczność języka. Użytkownicy obu – i angielskiego i chińskiego – podczas badania – wykazywali aktywność lewej półkuli. Jednak, użytkownicy chińskiego – wykazywali oprócz tego również aktywność prawej półkuli – w rejonie odpowiedzialnym za rejestrowanie muzyki. Wszystko dzięki tonom. Znów więc dostajemy w bonusie pobudzenie nowych połączeń w mózgu.

język chiński - ćwiczenia
język chiński - fiszki

Język chiński

Wikipedia podaje że język chiński to język ojczysty dla ponad 1,3 miliarda ludzi. Język angielski to według tego samego źródła ponad 3 razy mniej – raptem 372 miliony (choć aby być fair trzeba odnotować, że biorąc pod uwagę ilu ludzi posługuje się tymi językami jako wyuczonym drugim językiem – tu angielski nie oddaje pola).

Jeśli liznąłeś w życiu kilku języków, wiesz jak łatwy się wydaje do nauki język angielski. W porównaniu choćby do najbliższych mu innych germańskich to kaszka z mleczkiem. Romańskich a już najbliższych nam słowiańskich nie wspominając… Czytałem kiedyś artykuł, który udowadniał, że jednym z powodów „łatwości” języka angielskiego, jest fakt, iż na przestrzeni dziejów, Anglicy wchłonęli sporą liczbę pomniejszych ludów.

Z każdym takim podbojem, pod płaszcz angielskiego, trafiała grupa zupełnie nowych użytkowników, którzy przyswajając sobie nowy język, gubili obce im i niewygodne koniugacje, deklinacje etc. Jako, że tych różnych grup parę w historii angielskiego się zdarzyło – na koniec dnia – język ewoluował prężnie i adaptował chętnie wszelkie uproszczenia zgodnie z regułami ekonomii języka.

Historia Chin to jeszcze o niebo większa od Anglii, historia inkorporowania do Państwa Środka pewnie setek pomniejszych ludów. Tu też analogicznie oznaczało to przemożne dążenie do upraszczania.

Słowo na koniec – jasne, mogę łatwo napisać odwrotny wpis. Pokazać w jakich 10 aspektach to angielski jest łatwiejszy. Celem powyższego wpisu, jest odczarowanie chińskiego. Pokazanie że można i że warto. Większość z nas tkwi w przeświadczeniu że to jakaś niemożliwa do nauczenia chińszczyzna. Tymczasem gdyby mi ktoś wcześniej pokazał, że istnieje język, w którym właściwie trzeba się tylko nauczyć słówek! Gdzie bez żadnych skomplikowanych odmian – można ot tak rozmawiać – już dawno bym się go nauczył?

A po nasze najlepsze tricki działające przy nauce wszelkich języków zapraszamy tutaj – a tu łapcie Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny

a tu Rosyjski alfabet w 15 minut.

A może chcecie zrobić o języku chińskim edukacyjny Lapbook?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Rozstania nadszedł czas

15 lat minęło szybko. Myślę, że nawet za szybko. Ostatnie lata, miesiące, dni były jak w kołowrotku. Miałam wrażenie, że wstaję i już się kładę zmęczona do łóżka, a znów więcej o jeden dzień w mojej nieskromnej już metryce. Razem podjęliśmy decyzję, że mówimy STOP.

Ta miłość od początku była trudna. Mimo tego, że na większość rzeczy przymykałam oko, to w końcu moje zasoby się skończyły. Zamiast zalet zaczęłam dostrzegać więcej wad. Czułam, że marnuje swój czas.

Na początku, wiadomo – zauroczona chłonęłam wszystko. Był nawet moment, że się zachłysnęłam tym wszystkim, co potrafi zaoferować. Brałam tak dużo, że nie widziałam jakim kosztem. Byłam pewna, że moje dzieci są szczęśliwe, ale wtedy przyszedł pewien pochmurny dzień, kiedy siedzieliśmy razem w kuchni przy filiżance herbaty i rozmawialiśmy o naszej przyszłości.

Decyzja okazała się łatwa do podjęcia i rozwiązywała wszystkie nasze problemy.

Czy było mi trudno? Nie! Wiedziałam, że to jest tylko etap w naszym życiu. Rozstajemy się bez żalu, z wielkimi nadziejami na lepsze dni.

Wielu osobom nasza decyzja wydaje się szalona, a my w końcu odetchnęliśmy z ulgą. Może się starzeję i stąd te zmiany? A może jest to etap w życiu każdego człowieka? Tylko nie każdy decyduje się na taki odważny krok.

Ja miałam dość i czułam, że się duszę (czasem nawet dosłownie od stężenia benzopirenów;). I kiedy nasza decyzja już zapadła, to poczułam się znów szczęśliwa, że nie będę musiała się martwić o naszą przyszłość.

Tak więc, żegnaj Warszawo – to było dobre 15 lat, ale już wystarczy. Czas na nowy etap w Zielonych Płucach Polski.

p.s. Nie martwcie się, do Warszawy wciąż będziemy przyjeżdżać i opisywać dla Was wszystkie piękne miejsca. W końcu to tylko 1,40 h trasą S8.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Czy na wakacjach z dziećmi da się odpocząć?

Też widzicie w tytule dwa przeciwstawne słowa?;) Dzieci + odpoczynek, to się chyba nie może udać? Wróciliśmy niedawno z wakacji w Kołobrzegu i powiem szczerze, że pierwszy raz udało nam się odpocząć. A jak tego dokonaliśmy napiszę w poście poniżej.

Wakacje z dziećmi – nie mylić z odpoczynkiem?

Każdy z nas ma inne definicje odpoczynku. Powiedzmy sobie o tym szczerze – dla mnie odpoczynek to:

  • spokojne czytanie książki
  • przeglądanie gazety
  • rozwiązywanie sudoku
  • leżenie na leżaku przy basenie
  • drzemka na plaży
  • spokojne spożywanie pysznych posiłków
  • cisza i spokój
  • długie spanie
  • wieczorne pogaduchy w barze z przyjaciółmi

Tak wyglądały moje wakacje sprzed dzieci, mój mąż również te „aktywne” pasje podziela i doskonale odnajdywaliśmy się na wspólnych wypadach wakacyjnych.

I wtedy zostaliśmy rodzicami.

Z naszych ulubionych sposobów odpoczynku zostały tylko strzępki, urywane gdzieś na drzemce lub wieczorem, kiedy padamy na twarz. Myślę, że ludzie którzy aktywne spędzali swoje wakacje przed dziećmi mają znacznie łatwiej, są przyzwyczajeni do takiej dynamiki.

Tak naprawdę wakacje z dziećmi niewiele zmieniają. Nadal opiekujemy się dziećmi, nadal rozwiązujemy konflikty i nadal musimy je ubrać, nakarmić i pilnować. Zmienia się tylko miejsce gdzie to robimy.

Ja na wakacjach z dziećmi mówię, że odpoczywam! Odpoczywam od: prania, sprzątania i gotowania. To mi nawet wystarcza;)

Ale z ostatniego wyjazdu do Kołobrzegu wróciliśmy naprawdę wypoczęci – teraz widzę to wyraźniej dlaczego tak było. Zaprosił nas Hotel Aquarius żebyśmy sprawdzili, czy faktycznie jest to możliwe.

W styczniu odwiedziliśmy Aquariusa (relacja z naszego pobytu KLIK) po raz pierwszy i było świetnie. Zupełnie nam nie przeszkadzało, że jest zima. Podobało mi się, że miasteczko jest wyludnione i nie ma tłumów. No i pierwszy raz w życiu byłam zimą nad Bałtykiem.

Jak odpocząć z dziećmi na wakacjach? – moja top lista

1. Pojedź ze znajomymi, którzy mają dzieci

My dopiero niedawno odkryliśmy, że wyjeżdżając z innymi rodzicami jest zdecydowanie łatwiej! Dzieci bawią się same, a my możemy spokojnie pogadać. Do tego jak dzieci są odrobinę starsze to czasem nawet 1 rodzic może zostać ze wszystkimi dziećmi, a reszta może odpocząć.

Jak wyjeżdżamy tylko we czwórkę to jesteśmy wieczorem tak zmęczeni, że nawet nie chce nam się wdawać w zawiłe konwersacje, tylko marzymy o tym żeby chwilę pomilczeć. A ze znajomymi jest inaczej: dzieci śpią w pokoju z jednym rodzicem, a drugi może wyjść z koleżanką na pogaduchy do baru.

2. Przestań mieć wysokie oczekiwania

Ja na ten wyjazd jechałam bez specjalnych nadziei, że będę na plaży czytać w spokoju książkę. A tymczasem, dzięki spontanicznym decyzjom udało się i to. Gdybym założyła sobie, że przeczytam Shantaram na wakacjach z dziećmi to byłabym sfrustrowana, a dzięki obniżonym oczekiwaniom byłam przeszczęśliwa, jak dzieciaki były na animacjach, a ja czytałam przez 2 h!

3. Wybierz odpowiednie miejsce z atrakcjami dla dzieci

Jeżeli tak jak ja lubisz poleżeć z książką i mieć tylko oko na dzieci to wybierz hotel z atrakcjami dla dzieci. Dzieciaki będą wniebowzięte, a Ty naprawdę odpoczniesz. W Aquariusie były animacje codziennie w różnej tematyce i każdy mógł dobrać coś pod siebie. Był trening piłki nożnej, warsztaty decupage, pieczenie babeczek, dyskoteka, a wieczorem codziennie kino dla dzieci.

Jednego dnia wypożyczyliśmy też rowery z hotelu i wybraliśmy się na wycieczkę – super sprawa! Podczas naszego pobytu była impreza dla dzieci: Kolorowe Otwarcie Lata: był koncert, animacje i festiwal kolorów holi.

4. Zwróć uwagę, czy miejsce jest przyjazne dzieciom

W tamtym roku prze nieuwagę zarezerwowaliśmy hotel w Budapeszcie, który nie jest odpowiedni dla dzieci. Byliśmy tam tylko dwie noce, a strasznie się w nim wymęczyliśmy. Ciężko udawać, że dzieci to dorośli i nie czuliśmy się tam swobodnie.

Teraz zawsze sprawdzam, jakie są udogodnienia dla rodzin, bo na wakacjach chciałabym się czuć spokojnie. Inni rodzice są też bardziej wyrozumiali kiedy dziecko płacze w restauracji. Podczas naszego wyjazdu w hotelu były prawie same rodziny z dziećmi, więc czasem wystarczyło jedno miłe spojrzenie do mamy, której syn wylał sok na spódnicę. Od razu jest raźniej!

5. Przy rezerwacji wakacji pomyśl, co będziecie robić w razie niepogody

Trafiliśmy w tym roku na niezbyt ładną pogodę nad Bałtykiem. Owszem można spędzić jeden dzień w pokoju z dwójką dzieci na głowie. Ale tydzień? Byłoby ciężko. W Aquariusie byliśmy, jak było -10 stopni, więc wiedzieliśmy, że tam się nie będziemy się nudzić w razie niepogody. Dwie sale zabaw dla dzieci, plus basen i animacje zapewniały dzieciom tyle atrakcji, że na wszystko nie starczało czasu.

6. Wybierz miejsce z dostępem do basenu

Moje dzieci uwielbiają pluskać się w wodzie basenowej (niestety nie przepadają za kąpielami w zbiornikach wodnych) i zawsze zwracam uwagę, czy będziemy mieli do nich dostęp. Kilka godzin w basenie sprawia ogromną frajdę, a do tego nieźle męczy (i dzieci szybciej zasypiają;). Podczas tego wyjazdu byliśmy codziennie na basenie! p.s. Na dzieci w hotelu czekają aquariusowe piłki, szlafroki, a nawet kapcie.

7. Zwróć uwagę na jedzenie i pory posiłków lub znajdź miejsce gdzie będziecie się stołować

Nasi znajomi byli rok temu na Sycylii z dwójką małych dzieci w designerskim hotelu. Kolacja była podawana od 20! Niektóre dzieci już o tej porze śpią. Do dziś wspominają, jak poprosili dla córki „polpetta”, mając nadzieję na pulpeciki. Wyobraźcie sobie reakcję córki, która czekała ponad godzinę na swoją kolację i dostała wielki krwisty steak.

W czasie naszego wyjazdu jedliśmy głównie w hotelu (śniadanie i obiadokolacja jest w cenie). Jedzenie było przepyszne, bardzo różnorodne i dostosowane do potrzeb dzieci, a co najważniejsze w formie bufetu. Nie wiem czy Wasze dzieci też tak mają, ale nasze jedzą dość szybko i po 10 minutach chcą wychodzić. Na szczęście w rogu restauracji jest kącik zabaw. Dzięki temu nie musieliśmy się spieszyć. Dla dzieci były nawet na deser lody.

8. Zawsze bierz coś do czytania (chyba, że nie lubisz)

Za każdym razem jak wychodziłam z dziećmi z pokoju miałam ze sobą gazetę lub książkę. Dzieciaki tak się zajmowały na animacjach lub sali zabaw, że naprawdę miałam czas dla siebie. Nie wiem kto projektował salę zabaw w Hotelu Aquarius, ale chyba był rodzicem. Można czytać i pić kawkę, mając dzieciaki na widoku, za szybą. Love Aquarius🙂

9. Sprawdź, czy jest plac zabaw

W Warszawie chodzimy codziennie na plac zabaw, więc moje dzieci są do tego tak przyzwyczajone, że bez niego czują się dziwnie. Tam wyładowują prawie całą energię i cieszą się z bycia na zewnątrz. W czasie naszego wyjazdu codziennie korzystaliśmy z drabinek i huśtawek.

10. Znajdź wyjątkową chwilę tylko dla siebie

Każdy ma do tego prawo i wcale nie trzeba przebywać ze sobą non stop. Czy to samotny spacer, czy może masaż. Zależy, co kto lubi. Ja wybrałam się na zabieg na twarz. Już dawno nie leżałam w dzień ponad godzinę. A do tego efekt po nim był rewelacyjny i utrzymuje się do dziś. Jeżeli będzie w tym hotelu, to wybierzcie się do strefy SPA – kosmetyczka sama dobrała mi zabieg (V-lift) i w tym czasie zrelaksowałam się maksymalnie.

Muszę przyznać, że w czasie tego wyjazdu naprawdę odpoczęłam, a dzieci wspominają nasz pobyt do dziś. A Wy jaki macie styl odpoczynku z dzieciakami?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jak sprzedawać rzeczy? Moje sposoby i tricki na odgruzowanie mieszkania

Dwa razy w roku przychodzi taki moment, że mam wielką ochotę wywalić wszystko z szafek, przejrzeć ubrania, przymierzyć zapomniane sweterki i przemyśleć, czy na pewno tego potrzebuję.

Jak wiecie nasze mieszkanie ma 50-metrów i nie jest z gumy. Nie jestem też typem zbieracza i od zawsze sprzedaję, oddaję i wymieniam ciuchy, zabawki i inne rzeczy. Robię to regularnie i sprawia mi to ogromną radość.

Mało tego, mam wrażenie, że po takie wyprzedaży o wiele ostrożniej podchodzę do kolejnych zakupów i mocniej się zastanawiam, czy jest to mi potrzebne.

Dziś zdradzę Wam moje sposoby i sekrety, jak robić to skutecznie.

Gdzie warto sprzedawać ubrania, zabawki, buty, rzeczy do domu?

  • Allegro – tam wrzucam np. elektronikę i bardziej wartościowe rzeczy (ubrań już tam nie wystawiam, bo mam zawsze dużo i prowizje wychodzą całkiem spore) – do tego jest sporo roboty przy robieniu aukcji
  • OLX – wiedzie prym – fajne jest to, że można szukać lokalnie i np. podjechać po daną rzecz
  • Insta wyprzedaże – to też jest super opcja i chyba najszybsza. Jest cała masa kont z wyprzedażami: wystarczy, że w wyszukiwarkę wpiszecie „szafa” i wyskoczy Wam masa kont. Sami też możecie założyć takie konto. Insta wyprzedaże są super, bo jak trafimy na kogoś, kto ma np. dzieci starsze od naszych o rok to idealnie te ubranka będa pasować na nasze (trzeba tylko takie znaleźć)
  • Grupy na Facebooku – bardzo je lubię, bo są dedykowane zazwyczaj konkretnym markom np. grupa Risk made in Warsaw lovers (tam kupicie i sprzedacie ciuchy z Riska) albo grupa marki Kloo by Booso

Zacznę od trochę innej strony, ale wg mnie jest to jeden z ważniejszych aspektów udanego wyprzedawania.

Nauczona doświadczeniem wiem, że sukces sprzedaży lub drugiego życia danego przedmiotu jest zależny od jakości i często marki.

Tak, to prawda!

Ja często kupując daną rzecz, myślę o tym jak wyjdę z tej „inwestycji”. Wiem, że jak kupię droższą, markową rzecz, to jest bardzo duża szansa na to, że jak moje dzieci wyrosną np. z kaloszy to wiem, że je szybko sprzedam i nie będą mi zalegać w szafie.

Ludzie, którzy kupują na portalach aukcyjnych lub na OLX szukają konkretnych marek.

Dzieje się tak dlatego, że kupują to co znają lub marzy im się lepsza marka. Szkoda im pieniędzy na nowe lub uważają, że nie ma co kupować. Ja też tak czasami robię i np. kalosze Bisgaard kupiłam Julkowi na OLX.

Nowe kosztują 170 zł, a te kupiłam za 50 zł. Mało tego, wiem, że za rok jak Jul wyrośnie też sprzedam je za 50 zł. Wiele ludzi właśnie tak robi. Kupują na portalach aukcyjnych, używają, a później sprzedają za tyle samo lub nawet drożej.

Dla przykładu kupiłam kiedyś kalosze w Decathlonie, niemarkowe – zupełnie normalne za 30 zł. Julek pochodził w nich rok, miały kilka śladów użytkowania, bo jednak jakość była gorsza. Wrzuciłam je na OLX za pół ceny (15 zł) i nikt ich nie chciał. Więc tak naprawdę 30 zł wydałam i do mnie nie wróciły.

Ludzie naprawdę szukają markowych ubrań i one sprzedają się bardzo szybko. Dlatego zaglądają na takie portale żeby mieć coś ekstra za małą kasę. Daje to bardzo dużą satysfakcję i zaspokaja łowczy instynkt.

Podsumowując ten wątek: wiem, że jak kupię coś markowego używanego lub nie to jest duża szansa, że szybko to sprzedam i odzyskam część (lub całość pieniędzy).

Kwestia druga – regularność

Kiedyś po Lilce odkładałam prawie wszystkie ubranka dla „przyszłego rodzeństwa”. Urodził się Julek i przez 4 lata ubranka zdążyły pożółknąć i nawet wyjść z mody (!). Kiedy wzięłam się za wyprzedaż nikt tego już nie chciał i straciłam sporo pieniędzy. Dlatego teraz sprzedaję ubrania, buty, zabawki itd. regularnie. Często coś jest w modzie teraz, a za rok już nie i wtedy będzie mi to zalegać w szafie. Staram się robić też sezonowe wyprzedaże, czyli przed zimą sprzedaję ciepłe rzeczy, a latem letnie.

Trzecia kwestia – zdjęcia, opis

Weźmy np. OLX – warto zwracać na to uwagę. Jeżeli mamy już odłożone rzeczy na sprzedaż (dodam, że ja sprzedaje tylko te lepsze rzeczy, takie sprzed kilku lat, których sama bym od kogoś nie kupiła nie sprzedaję, tylko oddaję).

Wracając do zdjęcia – nie musicie mieć super aparatu czy umiejętności. Pokażę Wam kilka tricków, które pomogą Wam zrobić lepsze zdjęcie telefonem:

  • ja przed sprzedaniem zawsze wszystkie rzeczy piorę i pod światłem przeglądam, czy nie mają dziurek lub plam
  • jeżeli mają to staram się je naprawić i spróbować odprać z wybielaczem
  • staram się ubranko wyprasować, wtedy wygląda zdecydowanie lepiej
  • możesz powiesić je na małym wieszaczku (zawsze wygląda wtedy lepiej)
  • nie rób zdjęć z lampą lub przy świetle sztucznym
  • jeżeli chcesz mieć jasne, wyraźne zdjęcie: to po pierwsze przetrzyj aparat w telefonie (nawet bluzką), najładniejsze zdjęcia wychodzą przy oknie (ja często podsuwam ubranie pod okno np. na podłodze)
  • najładniejsze zdjęcia wychodzą na jasnym tle – jeżeli macie ciemną podłogę, to podłóż np. jasny koc i go wygładź. Telefonem wceluj tak żeby nie było widać podłogi

Tu pokażę Wam różnice – zdjęcia bez żądnych obróbek, zrobione telefonem.

Takich fotek nie róbcie! One zniechacaja! Zrobione przy świetle sztucznym, wygniecione, podłoga świeżością nie grzeszy (nie hejtujcie, zdjęcie stylizowane;), w rogu nocnik.

Te same spodnie, położone na jasnym kocyku, przy oknie w dzień.

Tak wygląda szerszy kadr

Zdjęcia na wieszaku zawsze lepiej wyglądają. Ja zawieszam na szufladzie komody.

Szerszy kadr tego samego zdjęcia wygląda tak:

To tyle, nie musisz obrabiać zdjęcia, jeżeli zrobiłeś tak, jak napisałam to z pewnością jest jasne.

Opis: w tytule napisz rozmiar, markę itd.

W opisie możesz napisać wymiary, jeżeli ich nie napiszesz to jest duże prawdopodobieństwo, że ludzie będą prosić o zmierzenie (czasami jest to upierdliwe;).

Ważne! Ludzie zwracają uwagę nie tylko na kondycję ubrania, ale też chętniej kupują jeżeli zadeklarujecie, że w Waszym domu nikt nie pali i nie ma zwierząt. Jeżeli tak jest, to zadbajcie żeby nie było śladów na ubraniu. Możecie też napisać, w jakim środku pierzecie (Lovela jest zawsze mile widziana).

Jakie marki dobrze się sprzedają: polskie! To jest fenomen – sama też takich szukam z drugiej ręki, bo je znam, wspieram polski rynek, a do tego wiem, że są zazwyczaj dobrej jakości. Dużo osób szuka też np. starszych kolekcji (ja też!)

Do tego są takie marki, na które ludzie mają ustawione powiadomienia. Czyli jak my coś wstawimy, to ta osoba dostaje powiadomienie. Jakie są to np. marki?

  • Newbie (Kappahl) to jest hit! Ludzie często kupują te ubrania właśnie dlatego, że później dobrze się sprzedają
  • Lindex
  • Carter’s
  • Next
  • Wszystkie polskie handmade dla dzieci: Pan Robak, Kukukid, Booso, Miszkomaszko, Pan Pantaloni, Kids on the moon itd.
  • buty: Converse, Hunter, New balance, Adidas itd….

A co jeżeli mamy bardzo dużo ubranek np. niemowlęcych w danym rozmiarze i nie chce nam się wystawiać wszystkiego pojedynczo?

Ja robię często paczki i tam dodaję markowe ciuchy i niemarkowe. Wtedy jest większa szansa na sprzedaż np. 5 body rozmiar 62 ( i tam np. Newbie, a reszta Next) i całość za 50 zł.

Podsumowując, jak dobrze sprzedać ubranka, buty, zabawki, wózki, akcesoria?

  1. Już na poziomie zakupów warto przemyśleć, czy kupić używane markowe (zawsze jest to eko wybór!), markowe nowe, czy może nie zwracać na to uwagi i na przykład później oddać.
  2. Sprzedawać regularnie i sezonowo. Nie trzymajcie rzeczy w szafkach albo liczcie się z tym, że później rzeczy mogą nie nadawać się do noszenia.
  3. Dobrze przygotować ubranka (wyczyścić, uprać, można uprasować)
  4. Zrobić jasne, ładne zdjęcie
  5. Zrobić dobry opis. Tytuł: marka plus rozmiar, a w opisie podać wymiary i w jakich warunkach było noszone. Podać stan: idealny, bardzo dobry, dobry (zrobić zdjęcia ewentualnych wad).
  6. Dotrzymywać obietnic (np. wysłać w umówionym terminie)
  7. Często jest tak, że kupujący zapisują sobie nasz profil i piszą wiadomość zwrotną „Dawno nie kupiłam ubranek w tak dobrym stanie i pachnących. Jak będzie Pani coś jeszcze sprzedawać to proszę o info.” – jeżeli kupujący będą zadowoleni to będą do Was wracać!
  8. Takie sprzedawanie ubrań uczy Was również tego, że kolejna nowa rzecz będzie oznaczała wysiłek włożony w oddanie lub sprzedaż i dzięki temu inaczej będziecie podchodzić do zakupów. Naprawdę!

W kolejnym wpisie (myślę, że w przyszłym tygodniu) napiszę o tym, gdzie oddawać ubrania, zabawki, książki dla potrzebujących lub jak wymieniać ubrania bezgotówkowo.

Jeżeli coś Was jeszcze interesuje to koniecznie dajcie znać.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

10 błędów, które popełniłam przy pierwszym dziecku

Mogę przyznać, że najwięcej wiedziałam o dzieciach, kiedy ich nie miałam. Chwila pokory przyszła już w szpitalu, niedługo po porodzie. Okazało się, że teorie owszem mogą być pomocne, ale bardzo często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Najwięcej uczymy się na błędach i ja dzięki temu, że je popełniłam – jestem teraz mądrzejsza. Nie patrzę też na nie jako porażkę, tylko szansę do rozwoju.

No cóż, teraz postąpiłabym zupełnie inaczej, ale może moje doświadczenia Wam się przydadzą.

Do podzielenia się moimi przemyśleniami zaprosił mnie Lajkonik

10 błędów, które popełniłam, a dzięki nim jestem teraz mądrzejsza:

1.Dziecko nie będzie z nami spało

Nie wiem dlaczego, uznaliśmy sobie za punkt honoru, że nasze pierworodne nie będzie z nami spało. Pamiętam te noce, kiedy wstawałam po 8 razy żeby je nakarmić. Przysypiałam na fotelu, a później odkładałam dziarsko do łóżeczka. Za pół godziny znów to samo. Poranek zaczynałam od policzenia ilości pobudek w nocy: 4 to był lajt, a rekord 13. Nie wiem, jak przetrwałam tamten czas. Ale przy drugim dziecku byłam mądrzejsza i spało z nami. Przesypiałam noc z małym ssakiem obok i byłam naprawdę wyspana.

2. Moje dziecko nie będzie jeść słodyczy

To był też jeden z punktów mojej rodzicielskiej listy, który z dumą chciałam zrealizować. Wyobrażałam sobie, że będę piec eko ciasta i robić kulki mocy. Jednak rzezczywistość okazała się inna. Przy pierwszym dziecku uważałam, że wszystkie słodycze są na cenzurowanym i przez to mieliśmy sporo nieprzyjemnych sytuacji: w sklepie, u koleżanki na urodzinach, podczas podróży. Pamiętam jak na imprezie rodzinnej moje dziecko dosłownie rzuciło się na żelki, bo nigdy ich nie widziało. Zadziałała teoria zakazanego owocu i przez to słodycze kusiły znacznie bardziej.

Teraz uważam, że nie sztuką jest zabronić. Znacznie trudniej jest nauczyć dziecko, że wszystko jest w porządku w umiarze. Dlatego przy drugim dziecku już nie popełniłam tego samego błędu i raz na jakiś czas kupuję małe co nieco. Staram się wybierać świadomie takie, które nie są bardzo słodkie, bez oleju palmowego i syropu glukozowo-fruktozowego. Z tego powodu często wybieram właśnie przekąski Lajkonik.

3. Anka, Ty sobie nie radzisz!

Przy pierwszym dziecku byłam tak niepewna siebie i swoich wyborów, że byłam bardzo krytyczna. Każdą porażkę odnosiłam do moich złych decyzji i ponosiłam za to duże konsekwencje. Nie wiem z czego to wynikało, ale nie czułam się wystarczająco dobrą matką. Przy drugim dziecku już było inaczej, czułam, że mam tę moc, którą sama w sobie wyzwoliłam. Przestałam krytykować siebie i polubiłam tę dziewczynę.

4. Moje dziecko nie będzie jeść łyżeczką

Pierwsze dziecko jadło tylko według metody BLW. Jednak muszę przyznać, że była to bardzo ortodoksyjna odmiana, bo NIGDY nie nakarmiłam córki łyżką. Przysporzyło nam to sporo: bałaganu, ćwiczeń cierpliwości przy zjadaniu groszku palcami i plam na obraniach. Ale było warto! Przy drugim dziecku trochę z lenistwa, a trochę z obserwacji dziecka postanowiłam wprowadzić papki (a nawet słoiki). Dodam, że przy pierwszym nigdy nawet takiego wynalazku dla leniwych nie korzystałam. A przy drugim dziecku stałam się mamą w stylu SMART i uznałam, że przecież to nic złego. Młodszy ma się dobrze, a je więcej niż starsza siostra, która teoretycznie powinna być smakoszem.

5. Słuchałam rad innych

Och, ile to mi nerwów przysporzyło! Byłam niepewna siebie i swoich wyborów, dlatego słuchałam różnych rad. Pamiętam jak kiedyś ktoś mi doradził żeby nauczyć dziecko samodzielnego zasypiania. Poddałam się tej głupiej „modzie” i tylko się frustrowałam, że moje dziecko samo nie zasypia. No wiecie co? Aż mi przykro, że mogłam posłuchać takich rad!

6. Przejmowałam się porządkami i chciałam mieć sterylnie czysto

Ok, sama siebie nie poznaję, ale kiedyś tak było. Kiedy dziecko zasypiało, to ja latałam na szmacie, zbierałam zabawki, odkładałam na miejsce. Bardzo się frustrowałam, że po godzinie nie było widać mojej pracy. W sobotę wyprawiałam tatę z dzieckiem na długi spacer, a sama przez kilka godzin sprzątałam.

Sprzątałam i byłam zła, że tak to wygląda. Przy drugim dziecku było już zupełnie inaczej – odpuściłam porządki. Uznałam, że nie ma sensu się denerwować. Wolę wyjść z dziećmi na piknik lub plac zabaw, a posprzątać pod wieczór lub nawet rano. Do tego zatrudniłam tez pomoc, która mi pomaga i czuję się z tym wspaniale.

7. Zapomniałam o sobie

Właśnie tak. Tak bardzo skupiałam się na dziecku, że moje potrzeby spychałam na sam koniec. Z perspektywy czasu wiem, że to był błąd. Bo ja się bardzo źle z tym czułam i nie czerpałam radości z bycia mamą. Wtedy to były dla mnie tylko wyrzeczenia. Teraz jest zupełnie inaczej – uważam wręcz, że mama MUSI zadbać o czas dla siebie, dla dobra jej i dzieci.

8. Myślałam, że wszystko wiem o dzieciach

No może trochę mniej niż w czasach kiedy ich nie miałam;) Mimo tej całej niepewności wydawało mi się, że teoria, której nauczyłam się na studiach pedagogicznych daje mi ogromną wiedzę. Teraz wiem, że teoria teorią, a w życiu jest inaczej. Kiedy sobie to uświadomiłam, to odczułam dużą ulgę i w końcu macierzyństwo cieszyło mnie bardziej.

9. Chodziłam z wózkiem wokół bloku kiedy dziecko spało

Z pierwszym dzieckiem wychodziłam na spacery i kiedy zasnęło to chodziłam dalej. W ten sposób 2 h chodziłam po pobliskich sklepach i parku. Przy drugim dziecku byłam mądrzejsza – od samego początku usypiałam je w domu i dzięki temu miałam o wiele więcej czasu dla siebie. A kiedy zasnęło na spacerze, to dosłownie biegłam do domu, bo wiedziałam, że będę mogła odpocząć.

10. Bardziej doceniam czas z dziećmi

Przy pierwszym dziecku chciałam szybciej przejść przez wszystkie okresy. Marzyło mi się żeby już było większe. A przy drugim chce się zatrzymać czas, wykorzystać go w 100 %. Odpuszcza się wiele rzeczy, po to żeby pobawić się klockami, pohuśtać dłużej na huśtawce a nawet ponosić na rękach 16- kilowego smyka. A prawie 7-latkę dalej usypiać śpiewając kołysanki.

A jak u Was? Też widzicie swoje błędy, na których nauczyłyście się najwięcej?


SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Miałam pełną szafę i nie miałam się w co ubrać

  • MODA
  •  komentarze [57]

A teraz robię to w dwie minuty i wszystko do siebie pasuje. Kiedyś moja szafa wyglądała jak sklep w czasie wyprzedaży – niby wszystko jest, ale i tak ciężko coś sensownego wybrać. Ubrania nie mieściły mi się w szafie, miałam 20 bluzek, a rano i tak byłam zła, że przebieram się po kilka razy.

Nie umiałam się ubrać odpowiednio do mojej sylwetki i tak naprawdę to nie interesowałam się tym tematem. Mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie przywiązywałam uwagi do ubioru. Natomiast wkurzało mnie to, że mam masę ubrań, których nie noszę, a nadal nie mam w się co ubrać.

Teraz wyraźnie widzę, że popełniałam masę błędów już na samym początku, czyli na zakupach. Dlaczego?

  • robiłam zakupy wg zasady: „a przejdę się po sklepach i coś może kupię”
  • kupowałam dużo ubrań bez pomysłu z czym je będę nosić
  • nie zwracałam uwagi na materiał z jakiego ubrania są wykonane
  • kierowałam się modą i trendami, a nie moją sylwetką (dlatego miałam pełno ubrań na jeden sezon)
  • kupowałam ubrania w złym rozmiarze, bo bardzo mi się podobały i z nadzieją, że może kiedyś będą dobre (a nigdy nie były)
  • kupowałam rzeczy bez przymierzenia ślepo wierząc, że może będą pasować, a później nie chciało mi się zwracać
  • kuszące promocje – często ulegałam zakupowi czegoś, bo jest tanie – takim sposobem dana rzecz nie podobała mi się na tyle żeby ją nosić
  • robiłam zakupy na poprawę humoru i kiedy za kilka dni miałam już lepszy, to ubranie przestawało mi się podobać

Aż któregoś dnia to się zmieniło – nie potrafię wyznaczyć cezury tych zmian – wydaje mi się, że to był proces, który trwał około 2 lat.

Zaczęłam zwracać uwagę na wiele rzeczy, z których nie zdawałam sobie wcześniej sprawy:

  • jaką mam sylwetkę i co mi służy (a co nie)
  • materiały z jakich są wykonane ubrania
  • do ilu rzeczy będzie pasować dana rzecz
  • jak będę je prać
  • uniwersalność, czyli to samo ubranie na różne okazje

Obserwowałam też styl moich przyjaciółek, znanych osób, czy autorek blogów i zaczęłam wybierać sobie z tego konkretne ubrania.

Co się zmieniło?

1.Przede wszystkim moje zakupy wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Po pierwsze nie mam już czasu na bezsensowne szwendanie się po sklepach z nadzieją, że coś mi się spodoba.

2. Teraz idąc do sklepu lub robiąc zakupy online dokładnie wiem co chcę kupić. Naprawdę! Tak dobrze znam już siebie, swój gust i cele zakupowe mam tak określone, że idąc do sklepu lub przeczesując stronę ja wiem czego szukam. Bardzo, bardzo rzadko chodzę po sklepie przeglądając rzeczy przypadkowe.

3. Mam swoje ulubione marki, którym jestem wierna i często wybieram inne produkty z tej samej firmy. (Poniżej Wypiszę je Wam)

4. Nie mogłabym nazwać mojej szafy kapsułową, ale faktycznie wiele rzeczy pasuje do siebie i dzięki temu mogę szybko się ubrać.

5. Zaczęłam nosić sukienki na co dzień. Wcześniej nosiłam je tylko na specjalne okazje, ale trafiłam na kilka idealnych modeli, które pasują na święto i na plac zabaw – wszystko zależy od dodatków.

6. W końcu skompletowałam bazę ubraniową – brakowało mi tzw. basic’ów, które są podstawą garderoby. Jak nie wiem, w co się ubrać to sięgam po coś takiego z szafy i zawsze wygląda to dobrze

7. Zaczęłam zwracać uwagę na materiały z jakich ubrania lub dodatki są wykonane. Dzięki temu mam ubrania, które służą o wiele dłużej niż poliestrowe bluzki na jeden sezon.

8. Dzięki temu, że znam moją sylwetkę to często wiem, że coś jest dla mnie (lub nie) to widzę nawet na wieszaku, czy to ubranie może na mnie dobrze wyglądać (np. wiem doskonale, że oversize nie jest dla mnie)

9. Nie śledzę trendów i nie sugeruję się co jest modne w tym sezonie. Raczej stawiam na ubrania ponadczasowe, które były modne 20 lat temu i będą modne też za jakiś czas.

10. Wolę mieć mniej ubrań, ale dobrej jakości niż dużo i byle jakiej. Mam sporo ubrań droższych, ale za to chodzę w nich po kilka sezonów.

11. Zaczęłam zwracać uwagę na etykę marki i kraj pochodzenia. Staram się wybierać polskie marki i często jak czegoś szukam, to sprawdzam, czy nie ma czegoś takiego na naszym rynku.

Dzięki tym wszystkim krokom kupuję zdecydowanie mniej, ale bardziej świadomie.

Tak jak wspomniałam wyżej mam listę ulubionych marek. Są to marki, których produkty są często droższe niż z sieciówki, ale za to wiem, że są lepszej jakości. A ja nie lubię przepłacać, dlatego często korzystam z promocji i zaglądam do klubów zakupowych.

Jak akurat czegoś potrzebuję to zaglądam najpierw tam. Nie lubię przepłacać, więc często poluję na promocje. Dlatego chętnie kupuję na Limango.

Podam taki przykład: zamówiłam w sklepie internetowym okulary Erika Ray ban – poprzedni model (Wayfarer) nosiłam 5 lat, więc jakość jest świetna. Trochę mi się porysowały, więc kupiłam nowe ze ponad 600 zł z polaryzacją. W międzyczasie na Limango pojawiła się kampania okularów Ray ban i kupiłam te same za 300 zł. Tamte odesłałam i cieszę się z tego, że mam super okulary za dobrą cenę.

Mam swoją listę ulubionych marek i zazwyczaj je wybieram, a do tego są to rzeczy ponadczasowe.

Na przykład biżuteria Pandora

(jest teraz na Limango) – zamiast kolejnych – macie ponadczasowe modele, które pasują do wszystkiego.

Pandora


Białe trampki Converse

Są w trendach od dawna i nie wychodzą z mody. Do tego łatwo je wyprać w pralce. Buty i ubrania Converse w dobrych cenach

Białe Converse pasują i do sukienki i do jeansów

Buty Melissa

Buty Melissa też już od dawna są w modzie i również pasują do wszystkiego. Ja mam szpilki Melissa od 4 lat i są najlepsze!

Melissa też jest teraz na Limango


Sukienki Risk made in Warsaw

Przyznam, że do tej pory nie chodziłam w sukienkach na co dzień, ale to się zmieniło jak pierwszy raz założyłam sukienkę tej marki. Miałam ją na sobie na Gali Paszportów polityki i od tamtej pory noszę bardzo często. Leżą na mnie idealnie, a do tego są tak wygodne, że kompletnie ich nie czuję.

Risk jest w dobrych cenach na Limango

Biała koszula

W szafie nie miałam porządnej białej koszuli – swoją kupiłam w COS i bardzo często noszę. Mam tak nawet, że jak gdzieś wychodzę to zawsze mam swój zestaw alarmowy i jest to biała koszula oraz jeansy.

Jeansy

Kiedyś nosiłam biodrówki rurki, które były wtedy modne. A teraz wybieram proste o podwyższonym stanie (np. Jack, Lonny z Mango)

Ubrania lniane

W tym sezonie mam pierwsze lniane ubrania i czuję, że będę chodzić w nich bardzo długo.

Sukienka Natula Kalumi i Koszula feel Good to klasyki, które pasują mi do wszystkiego i na wiele okazji.

Bluzki w Paski

Ubrania we wzory nie są do końca dla mnie, ale odkryłam, że dobrze wyglądam w klasycznych paseczkach i mam ich w szafie sporo.

Trampki Chipie

Kupiłam je kiedyś w śmiesznej cenie na Limango i noszę już 3 sezon. Wciąż je lubię i poluję na kolejną kampanię. Na razie nie widzę, ale bardzo Wam też polecam buty TOMS to klasyka, która pasuje do wszystkiego

Z perspektywy czasu widzę, że wcale nie trzeba poświęcać dużo czasu na dobieranie ubrań jeżeli mądrze robi się zakupy. Dlatego nie pozwalam już sobie na kupowanie impulsywne, bo wiem, że źle to się dla mnie skończy.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

„A ja się boję!” – jak oswajać dziecięce lęki?

Sama byłam lękliwym dzieckiem – bałam się chyba wszystkiego, co tylko możliwe: ciemności, wysokości, owadów, zwierząt, wody… Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Niektóre z nich rosły, inne się zmniejszały, aż sama zostałam mamą i postanowiłam, że nie przeniosę tych lęków na moje dzieci.

W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam napisać o dziecięcych lękach z perspektywy mamy oraz terapeuty SI. Nie znam się na wszystkich sferach dziecięcego rozwoju, więc o aspekcie psychologicznym nie napiszę zbyt wiele. Ale udało mi się poprosić o komentarz – Anitę Janeczek- Romanowską autorkę bloga www.bycblizej.pli psycholog z pracowni Bliskiemiejsce (jej wypowiedź jest w dalszej części wpisu)

Lęki rozwojowe

Są to lęki, które są charakterystyczne dla danego okresu. Są zupełnie normalne i najczęściej same przechodzą. Ich opis dla danego wieku możecie przeczytać TUTAJ

Są też lęki, które mogą pojawić się nagle, czasami bez wyraźnego powodu. Dzieci bardzo często boją też rzeczy nowych i nieznanych. Jest to zupełnie normalne zjawisko, że lękamy się czegoś z czym nigdy nie miliśmy do czynienia.

Czasami pojawiają się też po trudnej sytuacji, kiedy dziecko odczuwało strach. Może być tak, że później świadomie będzie unikało takich wydarzeń, które będą o nim przypominały.

Czy lęk jest potrzebny?

Tak, inaczej byśmy wyginęli. Nasz umysł podpowiada nam, co jest bezpieczne, a co nie. Jest to zupełnie normalne, że się czegoś boimy. Tak samo jest z dziećmi.

Jednak rodzice dość często popełniają nieświadomie błąd.

Dziecko się czegoś boi, więc staramy się unikać tego negatywnego bodźca. Czy to pomoże? Nie, a wręcz szkodzi, bo lęk wtedy rośnie.

Sama popełniłam ten błąd i unikałam styczności z psami i wodą. Przez to musieliśmy wykonać o wiele więcej pracy żeby pomóc dziecku oswoić ten lęk.

Unikanie rzeczy, których boi się dziecko może wydawać się na daną chwilę najbezpieczniejszym wyjściem, ale na dłuższą metę jest bardziej szkodliwe.

Uwierzcie mi na słowo. Moja mama wypisała mnie z basenu po pierwszej lekcji. Tak bardzo się bałam, że nie nauczyłam się pływać (odczuwam teraz lęk jak stoję na moście, nie wsiadam do łódek i boję się o dzieci, jak jesteśmy nad wodą). Dopiero teraz – sama ze sobą – oswajam ten lęk i jest zdecydowanie lepiej. Za punkt honoru wzięłam naukę pływania moich dzieci, kiedy tylko zobaczyłam pierwsze obawy związane z wodą od razu wykupiłam roczny karnet na basen. Właśnie po to żeby nikt nie musiał się tak męczyć jak jak.

Jeszcze nigdy nikt nie przestał się bać po słowach „Nie bój się”

Kiedy dziecko się boi, nie mówcie w ten sposób, bo to zupełnie nic nie da. Ważne jest żeby:

  • nie wyśmiewać dzieci „Taki duży i się boi?!”
  • nie zawstydzać przed innymi
  • nie porównywać ze sobą lub innymi dziećmi „Ja w Twoim wieku… ” „A Twoja siostra to się nie boi”
  • nie umniejszać jego uczuciom „Przecież to tylko …”
  • nie wrzucać dziecka na „głęboką wodę”

Co w takim razie można zrobić?

Wysłuchać! Niech dziecko opowie o tym czego się boi. Czasami wypowiedziany lęk jest już troszkę oswojony. Możecie to narysować, nazwać, a nawet nadać imię;)

Specjaliści twierdzą zgodnie, że dzieci lękliwe są nadmiernie wyczulone również na niepokój innych ludzi. Do tego są niezbyt wystarczająco wrażliwe na oznaki spokoju.

Co to znaczy? Jeżeli Wasze dzieci się czegoś boją, to przyjrzyjcie się też sobie. Często jest tak, że jeżeli my się czegoś boimy to w nieświadomy sposób przenosimy te lęki na dzieci (tak jest niestety ze mną). A mózg lękliwy potrafi stać na straży cały czas. Jest w stanie gotowości do unikania niebezpieczeństwa. Co w takim razie zrobić? Można poprosić partnera żeby w bardziej przekonujący sposób zadziałał na dziecko i pokazał, że jest spokojny. Albo zacząć pracować nad sobą – ja tak zrobiłam.

Warto też pracować nad poczuciem bezpieczeństwa u dziecka

Jak to zrobić, kiedy jest tak trudno? Akceptowanie uczuć dziecka jest bardzo ważne. Dzieci wykształcają w sobie poczucie pewności siebie i bezpieczeństwa kiedy mają silną relację z bliskimi. Jednak czasami to nie wystarcza i mimo tego, że spędzamy z dziećmi czas, dajemy wszystko z siebie to zdarza się tak, że dzieci odczuwają lęk i jest to normalne.

Czasami jest jednak tak, że zastanawiamy się, czy warto pójść do psychologa z dzieckiem. Czy to jest już ten etap?

Poprosiłam Anitę Janeczek- Romanowską – psycholog, autorkę bloga www.bycblizej.pl o wypowiedź, kiedy warto pójść z dzieckiem do psychologa.

„Żeby odpowiedzieć na to pytanie, warto przyjrzeć się trzem kwestiom. Pierwsza, zasadnicza to to, na ile dany lęk jest rozwojowy, a więc częsty w danym wieku i będący pewnym etapem, który po prostu mija.

Kolejna kwestia (bez względu na to czy jest to lęk rozwojowy czy sytuacyjny) – czy i na ile dany lęk utrudnia dziecku funkcjonowanie i obniża jego jakość życia. Na ile sprawia, że dziecko unika różnych aktywności, wycofuje się, a jednocześnie doświadcza straty (warto tu być uważnym na to, co jest faktycznie stratą dla dziecka, a nie dla rodzica, np. “bo inne dzieci tak robią/nie boją się/ja bym chciała, żebyś się tego nauczył” itp.).

Jest też trzeci, istotny aspekt – na ile rodzic czuje, że nie ma już pomysłów albo zasobów, żeby wspierać dziecko w lęku. Wówczas taka wizyta u specjalisty może być wspierająca dla rodzica i to on będzie klientem a nie dziecko.

Podczas konsultacji będzie miał okazję zaopiekować swoje emocje związane z dziecięcym lękiem (a tu też często pojawia się lęk, który utrudnia towarzyszenie dziecku bez napięć, bo jak wiemy lęk dziecka plus lęk rodzica to podwójna dawka niepokoju).

Mam takie doświadczenie, że wsparcie psychologa pomocne będzie w każdej sytuacji, w której dana osoba czuje, że go potrzebuje i najlepiej przyłożyć do tego właśnie taki filtr. Bardzo często konsultacje u psychologa są okazją do zwentylowania tego, co trudne i obciążające dla rodziców towarzyszących dzieciom, które się boją. To uczucie “ufff” bywa czasem jak światło, które wskazuje wiele rozwiązań, pomysłów i strategii, bardzo często dostępnych danej rodzinie, ale z różnych powodów ukrytych gdzieś w cieniu.”

Skąd mogą się też brać lęki?

Sporo lęków może mieć swój początek w zaburzeniach integracji sensorycznej. Dzieje się to wtedy, kiedy dzieci unikają bodźców sensorycznych, bo się boją.

Z zaburzeń SI mogą wynikać:

  • lęki wysokości ( wynika z niepewności grawitacyjnej)
  • lęki w grupie dzieci/ludzi (często dzieci z zaburzeniami SI nie lubią przebywać w grupie dzieci, bo mogą być przypadkowo popchnięte, dotknięte)
  • lęki podczas uprawiania sportów, albo np. na placu zbaw boją się kręcenia na karuzeli (często dzieci z zaburzeniami SI unikają takich aktywności)
  • lęki przed zwierzętami (oprócz lęku przed ugryzieniam dzieci np. z obronnością dotykową będą się bały dotknąć psa)
  • to tylko niektóre z nich, a jest ich znacznie więcej

Jeżeli podejrzewacie, że Wasze dziecko może mieć zaburzenia SI, to warto rozwiązać Kwestionariusz Psychomotoryczny online KLIK

A jeżeli to nie są zaburzenia SI, albo są tak dyskretne, że nie jest potrzebna terapia?

Możemy próbować radzić sobie sami. Opowiem Wam, jak my poradziliśmy sobie z lękiem przed wodą.

Zaczynaliśmy tak jak większość: basen od małego – to napewno się oswoi i nie będzie się bać. Jednak przyszły choroby, inne obowiązki i porzuciliśmy lekcje na basenie. Dodam, że na wszystkie zajęcia w wodzie wchodził mąż, bo się przecież bałam. W pewnym momencie zobaczyłam problem z myciem głowy, który zaczął narastać. Później wizyta w parku wodnym otworzyła mi oczy: moje dziecko zaczyna bać się wody.

Ani razu nie powiedziałam tego głośno „Ty się boisz wody!”. Postanowiłam działać.

W terapii integracji sensorycznej w pracy z zaburzeniami postępuje się w pewien określony sposób. Na różne przyjazne dziecku sposoby odwrażliwia się dany zmysł lub grupę zmysłów. Dzięki temu układ nerwowy się oswaja i zaczyna akceptować nieprzyjemny do tej pory bodziec. Jak to jest w praktyce? Za pomocą różnych technik „odwraca się uwagę” od tego, który ćwiczymy. Taką samą technikę zastosowałam u nas.

Zabawa w wodzie jest super, jeżeli tej wody się nie boimy. A co jeżeli boimy moczyć się głowę, oczy? Jest kilka metod, które my stosowaliśmy i w sumie można ją użyć przy innych lękach:

  • oswojenie moich lęków – uznałam, że dopóki ja sama sobie z nimi nie poradzę to nie będę wiarygodna w tym co mówię dziecku. Zaczęłam wchodzić do wody, czerpać z tego przyjemność, a nawet nauczyłam się pływać z maską całotwarzową (to jest wow, jeżeli nie umiecie pływać, to kupcie tą maskę – gwarantuję, że zaczniecie pływać)
  • bajkoterpia – czytanie, oglądanie przyjemnych sytuacji związanych z tym czego się boimy może też wywoływać lęk. Ale jeżeli dobrze dobierzemy książkę lub bajkę to będzie pierwszy krok
  • metoda małych kroków i podążania za dzieckiem – jeżeli nie wywieramy presji na dzieciach, nie przekupujemy tylko pozwalamy na własne przepracowanie lęku, a tylko towarzyszymy – to bardzo pomaga. Dzieci widzą, że akceptujemy je w każdej sytuacji
  • zabawa – zabawa jest znakomitą formą oswajania lęków. Stosujcie ją, jak tylko możecie. Ja sama jak się czegoś boję, to się zaczynam bawić z dziećmi i lęk przechodzi.
  • zabawki, przytulanki i wszystko to, co powoduje, że dzieci czują się lepiej
  • obecność innych dzieci – u nas zadziało to najbardziej – do tej pory chodziliśmy sami na basen, a jak pojawiła się grupa, to jakby ten lęk minął ( a może to tez dlatego, że mnie wtedy nie ma, a ja się dalej trochę boję wody)

Zabawki do wody

Bardzo pomocne były też wszystkie gadżety i zabawki do wody. Zaczynaliśmy od pływania w rękawkach, które mają dobrą wyporność. Mieliśmy akcesoria różnych marek, a w tym sezonie testowaliśmy nową markę w Polsce SwimWays. Mają bardzo dużo ciekawych zabawek i angażują dzieci do ruchu i pokonywania swoich lęków. Są bardzo dobrej jakości i dzieci je uwielbiają.

Kalmary do nurkowania SwimWays
Pelikan SwimWays do łowienia rybek

Wcześniej żadne maski, okularki nie wchodziły w grę. Dopiero po jakimś czasie udało się je zaakceptować i to było odkrycie, że dzięki nim woda nie wlewa się do oczu. Można też zobaczyć co jest pod wodą.

Maska do nurkowania SwimWays

Na urodziny kupiliśmy też aparat, który robi zdjęcia pod wodą – to był strzał w dziesiątkę!

Później przyszedł czas na zabawki do nurkowania, które zatapiają się pod wodą a tam trzeba otworzyć oczy i je wyłowić. Kolejny punkt zaliczony!

Syrenka SwimWays do nurkowania

Dalej przyszedł czas na pływanie na materacu – to zawsze była duża obawa, a i ta została przełamana.

I wiecie co, niedawno Lila oglądała bajkę, w której postać zadała pytanie do widzów: „Jaki jest Twój ulubiony sport?”

A moje dziecko odpowiedziało bez namysłu: „Pływanie!”

Wiecie co wtedy poczułam? Ogromne wzruszenie, bo ja się wypisałam z basenu po pierwszej lekcji i ten lęk towarzyszy mi ponad 30 lat. A jej się udało, dzięki naszemu wsparciu i jej determinacji.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Węgry z dziećmi – nasza wyprawa

  • Materiał zawiera linki afiliacyjne

Kiedy w połowie maja okazało się, że mamy na początku czerwca tygodniowy urlop, to zaczęliśmy się zastanawiać gdzie wyjechać. Dlaczego znów pojechaliśmy na Węgry z dziećmi i czy wyjazd się udał – napiszę Wam poniżej.

Nawet rozważaliśmy inne kierunki, ale wygrały Węgry, bo:

  • jest blisko. Pisałam już Wam, że my jeździmy na wieczór do Rzeszowa, śpimy u dziadków i ruszamy na drugi dzień dalej. Obecnie podróże dłuższe niż 5 h są dla nas bardzo męczące i wszystkie dalsze kierunki odkładamy na kolejne lata.
  • chciałam odpocząć, czyli wg mnie: w czasie wyjazdu nie używać auta, nie zwiedzać, nie gotować, nie sprzątać. Chciałam żeby dzieci miały dużo atrakcji na miejscu i nie trzeba było dużo się przemieszczać.
  • zależało mi na nieograniczonym dostępie do wody dla dzieci. Lila doskonali teraz pływanie i uwielbia spędzać czas w wodzie. Julek też mógłby godzinami siedzieć w basenie. Na początku czerwca w innych krajach raczej trudno o takie możliwości, a na Węgrzech macie baseny termalne i nawet przy 10 stopniach dzieci mogą siedzieć w wodzie do oporu.
  • atrakcje dla dzieci – place zabaw – pisałam już Wam nie raz, że na Węgrzech są genialne place zabaw, na takie trafiliśmy też tym razem.
  • znalazłam bardzo fajne hotele z dostępem do wielu ciekawych atrakcji dla dzieci.

Tym razem wybraliśmy wschodnie Węgry, które są jeszcze bliżej z Rzeszowa. Byliśmy w dwóch miastach: Debreczyn (to 2-gie co do wielkości miasto) na Węgrzech i Nyíregyháza (oddalone o 50 km od Debreczyna).

W obu miejscach zatrzymaliśmy się poza miastem w pięknej rekreacyjnej okolicy.

DebreczynWęgry z dziećmi

Hotel Aquaticum KLIK

Zatrzymaliśmy się w hotelu Aquaticum, który jest w aquaparku. Uznaliśmy, że to jest najlepsze wyjście żeby mieć wejścia na basen w cenie noclegu. Jak wpiszecie w Bookingu to może się Wam wydawać, że cena jest dość wysoka (około 760 zł za dobę), ale macie w tej cenie:

  • wejścia całodzienne do aquaparku, który jest świetny( a bilety oddzielnie kosztują około 150 zł dla naszej rodziny)
  • śniadania i obiadokolacje
  • salę zabaw w hotelu (ogromną!)

Hotel i Aquapark są położone w przepięknym parku, obok placu zabaw, na którym spędzaliśmy prawie wszystkie wieczory. Okolica była tak kusząca, że pojechaliśmy tylko raz do centrum Debreczyna i szybko wróciliśmy. Właściwie można nie wyjeżdżać z hotelu tylko na hulajnogach lub pieszo pozwiedzać okolice.

W stawie w parku np. są ryby i żółwie. Za placem zabaw jest mały wodospad i strumyczek, przy którym dzieci spędziły kilka godzin, wrzucając kamienie.

Strumyk z wodospadem za placem zabaw
Węgry z dziećmi
Węgry z dziećmi
Plac zabaw w parku za hotelem – genialny!

Niedaleko hotelu jest też fontanna, po której można chodzić. Bardzo blisko jest też nieduże zoo i wesołe miasteczko (tej atrakcji nie polecam, bo widać było na niej ząb czasu).

Węgry z dziećmi
obok jest fontanna, w której można chodzić – genialne na upał

Sam hotel jest ok, przyznam, że po zdjęciach na bookingu spodziewałam się czegoś bardziej wypasionego, ale naprawdę nie ma do czego się czepiać. Śniadania były w porządku, na obiadokolacjach ogromny wybór (nawet słoiczki dla maluchów i dla starszych dzieci lody).

A sam Aquapark – bajka! Kilka godzin dziennie spędzaliśmy w wodzie. Są tam niezłe atrakcje:

  • zjeżdżalnie
  • basen z falami
  • ogromny brodzik
  • basen o głębokości 1m (idealny dla Lili do nauki pływania bez pomocy)
  • w środku rośnie bardzo dużo roślin i klimat jest bardzo przyjemny – wypatrzyliśmy nawet banany na bananowcu
  • możecie też tam zjeść obiad (pamiętajcie, że porcje są ogromne)
Węgry z dziećmi

Ile dni wystarczy? – my byliśmy 4, ale myślę, że 3 wystarczą w zupełności.

Później przyjechaliśmy do oddalonej o 50 km Nyíregyháza. Zatrzymaliśmy się w hotelu, który jest w Zoo. Tak, właśnie:) Nie w samym środku, ale jest! Kartą do pokoju otwiera się furtkę do zoo i możecie korzystać do woli. W ciągu 3 dni w Zoo byliśmy 5 razy.

Węgry z dziećmi – Hotel Pangea KLIK

Ten hotel już mi kiedyś mignął i zapisałam go sobie w inspiracjach. Jest naprawdę niesamowity i nawet mam wrażenie, że powinniśmy być 3 dni w Debreczynie, a 4 dni w Nyíregyháza.

Węgry z dziećmi
Węgry z dziećmi
Węgry z dziećmi
zobaczcie to przejście jak most – świetne!
Węgry z dziećmi
Winda z dinozaurami
Taras (tu można jeść posiłki) i z tyłu plac zabaw.

Hotel jest inspirowany dziejami Ziemi i wszędzie są takie motywy. Przed hotelem jest wielki tyranozaur, a w środku przy recepcji ogromne drzewo życia. Winda wygląda jak środek dżungli.

Każdy pokój też jest inspirowany światem zwierząt – przed każdym pokojem wyświetla się na podłodze jakieś zwierzę i to znaczy, że Wasz pokój w środku będzie miał motyw tego zwierzęcia. Super pomysł – dzieci i my – byliśmy zachwyceni! Jeżeli miałabym coś zmienić, to może bym rezerwowała pokój z widokiem na jezioro, a nie na budynki Zoo.

W środku jest nieduża sala zabaw, a na zewnątrz super plac zabaw. Tam też jest kilka dinozaurów i atrakcji związanych z dziejami ziemi.

Plac zabaw hotelowy, a za płotem zoo.

W tym hotelu było przepyszne jedzenie (lepsze niż w Debreczynie).

Przy zameldowaniu Pani powiedziała, że mamy gratis obiadokolacje. (Tak jak teraz patrzę na ceny tego hotelu, to widzę, że są już inne – my płaciliśmy zdecydowanie mniej i widzę, że we wrześniu ceny znów spadają).

Hotel Pangea jest położony nad jeziorem – nie zdążyliśmy skorzystać z jego dobrodziejstw (za kilka dni miało być dopiero otwarcie – bardzo fajna plaża – z cieniem i placem zabaw.)

jezioro przed samym hotelem

W Nyíregyháza nie wybraliśmy się do centrum, bo szkoda nam było czasu. Blisko hotelu jest też ogromny plac zabaw, a niedaleko są też termy. Byliśmy na nich dwa razy i było super! Są brodziki dla dzieci w środku i na zewnątrz – kompleks basenowy jest ogromny. (tu wszystkie info po polsku KLIK)

ogromny plac zabaw niedaleko hotelu (w stronę term)

Ale ceny są dość wysokie (w porównaniu do innych term na jakich byliśmy) za dzienny wstęp dla 4 osób (bilet rodzinny) zapłaciliśmy 170 zł. Natomiast jest to warte uwagi miejsce. Świetnie się tam bawiliśmy – znajdziecie tam atrakcje i dla 70- latka, 17-latka i 7-latka. Na miejscu są też bary (nawet są bary w wodzie), obiady i przekąski. Możecie też wziąć swoje jedzenie.

Piracki plac zabaw na termach
Brodziki
Ktoś, kto stworzył jacuzzi w strefie z brodzikami jest chyba rodzicem 🙂
Termy na zewnątrz i bar w wodzie
Brodzik na zewnątrz

Ale ja Wam polecam bardziej restauracje, która jest przed termami. Naprawdę genialna włoska knajpa z widokiem na jezioro.

Węgry z dziećmi
Świetna włoska restauracja przed termami

Węgry z dziećmi – Zoo Nyíregyháza

Główną atrakcją jest tutaj Zoo, do którego przechodzicie przez bramkę w hotelu.

Węgry z dziećmi
Wejście do zoo otwierasz kartą do pokoju.

Przyznam, że nie jestem fanką ogród zoologicznych – zawsze jest tłok, martwię się też o zwierzęta i niewielką przestrzeń. Przyznam, że zoo zrobiło na mnie ogromne wrażenie! Nigdy nie byłam w tak dużym i tak przemyślanym. Zwierzęta mają dużo przestrzeni i można im się przyjrzeć z bliska ( jest zbudowana kładka, tak że chodzicie wysokości głowy żyrafy). Jest naprawdę wielkie i dzięki temu, że hotel był obok obejrzeliśmy wszystko bardzo dokładnie na kilka razy.

Co jest ważne – przy każdym zwierzęciu macie opis po POLSKU – bardzo ciekawy

oko w oko z żyrafą
Węgry z dziećmi
Węgry z dziećmi
Karmienie lam
Pawie chodzą tam na wolności
Przepiękne tropikarium
Węgry z dziećmi
Lemury ogląda się z bliska – wchodzi się do ogromnej klatki – zwierząt nie można głaskać
Oceanarium
Węgry z dziećmi

Nie byliśmy w centrum, a jak się okazuje może trochę szkoda. Zerknijcie na tę stronę KLIK – wygląda naprawdę fajnie.

Cały pobyt minął nam bardzo szybko i było wspaniale. Jeżeli też planujecie wyjazd na Węgry to polecamy te dwa miejsca. Ale jeżeli miałabym wybrać, gdzie było lepiej – to zdecydowanie w Nyíregyháza. Myślę, że jeszcze tam wrócimy na szybki wypad (to tylko 300 km do Rzeszowa).

Jeżeli będziecie jechać przez Barwinek to polecam na obiad zatrzymać się po drodze bardzo niepozornej restauracji Anyukam Mondta KLIK (miejscowość Encs).

A jeżeli szukacie innych naszych relacji z Węgier, to możecie o nich przeczytać poniżej:

Węgry – 10 powodów

Miszkolc i okolice

Budapeszt z dziećmi

Węgierskie wakacje

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Słońce – wróg czy przyjaciel – rozmowa z dermatologiem

Ten temat chodził mi po głowie od dawna. Nie lubię skrajności i wystrzegam się takich opinii. Jestem daleka od smarowania dzieci non stop kremami z UV, ale też nie pochwalam zupełnej ignorancji. Nie ryzykuję zdrowia smarując siebie i dzieci olejami, ale też nie biorę pierwszego lepszego kremu z półki z filtrami. Uważam, że tylko umiar nas uratuje i świadomość.

Dlatego postanowiłam zasięgnąć wiedzy u specjalisty. Dziś na moje pytania odpowiada lekarz dermatolog – Aga Kobyłka-Dziki

Kiedy dzieci smarować kremami, a kiedy nie? Czy jest np. 20 stopni a my jesteśmy około godziny 11 dość krótko, to czy dziecko musimy smarować kremem czy nie? ( Ja tego nie robię)

Każda mama zna swoje dziecko najlepiej, wie w jaki sposób jego skóra reaguje na nasłonecznienie. Ogólna zasada, którą powinnyśmy się zawsze kierować dobierając rodzaj i stopień ochrony przeciwsłonecznej to, aby nie dopuścić do powstania rumienia czyli oparzenia słonecznego. Każda osoba ma swój indywidualny fototyp skóry czyli potocznie karnację, która w głównej mierze jest zdeterminowana poziomem naturalnej ochrony, którą zapewnia nam barwnik – melanina.

Skandynawowie mają jej bardzo mało, są bladzi „okropnie”?, ale w szerokości geograficznej gdzie mieszkają, gdzie natężenie promieniowania UV jest bardzo niskie muszą mieć taką barwę skóry, aby wytworzyć potrzebną im dawkę witaminy D3, muszą także pamiętać jadąc na urlop do Włoch, że prawdopodobnie po 10 min bez ochrony przeciwsłonecznej będą „oparzeni”.

Odwrotnie jest w przypadku osób o ciemnej karnacji

Jako lekarz kieruję się wiedzą i aktualnymi wytycznymi, które mówią, że w okresie od maja do października, a w szczególności w czerwcu na terenie Polski, w godzinach „alarmowych” czyli od 10-16 musimy chronić się przed negatywnymi skutkami promieniowania UV. Nie dopuścić do oparzenia i pamiętać o długoterminowym uszkodzeniu naszych genów, gdy zbyt długo i często przebywamy na słońcu bez ochrony.

Jeśli te 20 stopni C i godzina 11 mają miejsce w miesiącach późnojesiennych kiedy to promieniowanie „rumieniotwórcze” praktycznie nie dociera do powierzchni ziemi ( warto wspomnieć, że jest ono silne, ale stanowi tylko 5-6% całego spektrum promieniowania UV) to nie musimy nakładać kremu z filtrem. Poprawkę nakładam na pobyt w górach na obozie narciarskim, gdzie pokrywa śnieżna potrafi odbić aż do 80% UVB, które do nas wraca i działa mocniej – tutaj opłaca się mieć ze sobą krem z filtrem.

W okresie letnim, gdy słońce jest w zenicie czyli jak najwyżej ( godzina 12) to promienie słońca padają na nas pod kątem 90 stopni, najkrótsza droga, dodajmy bezchmurne niebo i spore narażenie mamy gwarantowane. Im dalej „po południu” kąt padania się zmniejsza a wraz z nim i narażenie. Warto o tym pamiętać, gdy planujemy spacer, a kremu z filtrem jeszcze nie kupiłyśmy, wtedy najlepiej umieścić go w godzinach bliżej 15 i lub przed 10 -11, ale czapki z daszkiem nie wypada zapomnieć?

Czy filtry hamują przyswajanie witaminy D3?

Według najnowszych badań stosowanie filtrów nie powoduje znaczącego zmniejszenia ilości witaminy D3 w naszym organizmie. Większość badań różniących się pod względem metodologii pokazuje, że u osób bez ochrony przeciwsłonecznej jej stężenie wzrasta, ale z kolei w grupie z filtrem na skórze nie wykazano niedoborów. Badań, które wykazują negatywny wpływ kremów ochronnych jest znacznie mniej i są one starsze ( lata 1987-1995).

Pamiętajmy o tym, że badania przeprowadzane są na różnych osobach, w różnym wieku i czasem w innych szerokościach geograficznych, w których natężenie UV i predyspozycje do produkcji witaminy D3 nie są jednakowe. Co ciekawe inne badania pokazują, że jedynie noszenie odzieży z długim rękawem oraz ciągłe przebywanie w cieniu może skutkować niedoborami witaminy D.

Do syntezy witaminy D3 wystarcza naprawdę niewielka ilość słońca, dawka „subrumieniowa”. Długie przebywanie na słońcu nie spowoduje, że nadprodukujemy sobie „na zapas” ponieważ przy zbyt dużej ilości UVB organizm przekształca ją do nieczynnych biologicznie metabolitów.

U starszych dzieci wystarczy od 15 -30 min ekspozycji samych nieochronionych przedramion i podudzi w czasie od 10-15 aby zapewnić dobrą produkcję. Oczywiście zakładamy, że dziecko jest zdrowe. Naukowcy z Kanady uważają, że gdy taką ekspozycję ograniczymy do dwóch razy na tydzień to będzie również pozytywnie. Lepiej wybierać godziny popołudniowe? Jako rodzice i lekarze musimy znaleźć balans między prawidłową ochroną i kontrolowanym narażeniem z korzyścią dla naszych dzieciaków. Osobiście uważam, że bardziej na niedobór witaminy D3 narażone są osoby, które całkowicie unikają słońca, czy to z przyczyn zawodowych czy nawykowych niż osoby, które przebywają regularnie na słońcu w bezpiecznym stylu! Żaden filtr nie blokuje 100% promieniowania UV?

Coraz częściej mówi się, że filtry szkodzą. Niewiele osób wie, że tylko te przenikające. A na rynku są kremy z dobrymi składami i filtrami mineralnymi. Co o nich myślisz?

Obecnie panuje przekonanie, że wszystko co „chemiczne” „wyprodukowane” jest złe, a naturalne i eko to samo zdrowie. Tutaj jednak nie ma systemu 0-1, a każdy produkt należałoby weryfikować osobno.

Każda substancja wchodząca w skład kremu z filtrem jest poddawana odpowiednim standaryzowanym testom, na podstawie których określany jest stopień ochrony. Oczywiście są na rynku produkty z lepszym i gorszym składem, jednak wiele z nich potrafi bezpiecznie ochronić naszą skórę już od pierwszych miesięcy życia.

U małych dzieci, do 2 roku życia, kiedy to skóra jest cieńsza, zawiera mniej melaniny i jest bardzo podatna na oparzenia powinniśmy stosować tylko filtry mineralne – tlenek cynku i dwutlenek tytanu. Najlepiej aby w składzie znajdowały się oba z nich. Działają na zasadzie „tarczy”, która odbija promieniowanie UV od naszej skóry. Nie wchłaniają się?Obecnie wchodzące na rynek produkty w postacie nanocząsteczek, mających o wiele mniejsze rozmiary od macierzystych nie stanowią zagrożenia w tych stężeniach w jakich występują w kosmetykach.

Filtry mineralne działają krócej, ale wywołują mniej reakcji alergicznych ( ważne dla skóry atopowej)

Białe zabarwienie jakie pozostawiają po nałożeniu spowodowane jest zawartością cynku. Pamiętajmy, ze tego typu preparaty mogą wysuszać skórę, dlatego koniecznie po zakończonych wojażach na plaży zmyjmy je z naszego bobasa. Dla dzieci ze skórą atopową szukajmy dodatkowo w składzie substancji nawilżająco – odżywczych ( betaina, oliwa z oliwek, olej lniany, bisabobol). 

U starszych dzieci możemy zacząć używać już filtrów chemicznych. I tutaj osobiście jestem zwolenniczką preparatów mieszanych ponieważ mamy akumulację dobrych cech oraz spektrum ochrony jest szersze ( żadna substancja pełniąca rolę filtra nie blokuje całości UVA i UVB). Filtry chemiczne absorbują promieniowanie UV niejako „unieszkodliwiają” je. Wchłaniają się do głębszych warstw skóry, ale dzięki temu działają dłużej. Każdy kosmetyk, aby zadziałać musi ulec wchłonięciu.  Filtr filtrowi nie jest równy! Są różne składy, różne konsystencje aby dopasować się do indywidualnych potrzeb skóry. 

Niektóre osoby tak się boją chemii, że stosują olejek z pestek malin jako ochrony przeciwsłonecznej. Czy nie jest to przesada?

Oleje naturalne są zdrowe i to nie ulega wątpliwości. Spożywane w pokarmach wywołują pozytywny skutek dla naszego organizmu. Jednak nie wszystko co naturalne może być używane w każdym celu. Dla przykładu słońce jest również składową „matki natury” a obecnie jesteśmy świadomi negatywnych skutków jakie może nam przysporzyć.

Podobnie oleje naturalne aplikowane na skórę w celach pielęgnacyjnych spełniają swoją rolę, ALE już jako filtry ochronne zdecydowanie NIE! Po pierwsze większość osób przywiązuje wagę do przebadania substancji pod kątem ich działania w konkretnym kierunku.

Nie wiem dlaczego, ale chyba z góry zakłada się, że to co naturalne nie potrzebuje badań, w tym przypadku możemy opierać się tylko na wiedzy przekazywanej z „ust do ust” Oleje naturalne nie przeszły żadnych testów, które dokładnie określiłyby ich SPF ( Sun Protective Factor)  czyli czynnik ochronny przed poparzeniem słonecznym.

Większość z nich ma przypuszczalny zakres SPF w okolicy mniej niż 10. Właściwa interpretacja czynnika SPF jest bardzo ważna. Tak naprawdę musimy go troszkę indywidualnie do siebie dopasować.

Jeśli mamy osobę o jasnym fototypie skóry, u której rumień na skórze nieochronionej pojawia się po około 10 min to krem z filtrem o SPF 50 zwiększy dawkę promieniowania, która spowoduje w końcu ten rumień 50x, pośrednio także właśnie czas jaki możemy spędzić na słońcu. Pamiętamy że żaden preparat nie działa jako BLOKER czyli „coś” całkowicie nieprzepuszczalne, dlatego zaleca się aplikację mniej więcej co 2 h!

Oleje naturalne dodatkowo posiadają inne właściwości, jak np. podgrzewają się, czyli mogą stanowić dodatkowe źródło, uzupełniające źródło dla poparzenia. Oczywiście nie neguje tego, że w jakimś stopniu chronią przed UV, jednak nie jest to stopień bezpieczny, szczególnie dla dziecka.

Jak zachować rozsądek? Przyznam, że unikamy przebywania na słońcu w godzinach kiedy najbardziej grzeje, a jeśli nie mamy takiej możliwości to wtedy smaruje kremem z filtrem. Czy to jest ok?

Twoje „słoneczne” zwyczaje są jak najbardziej prawidłowe. Każda mama najlepiej zna swoje dziecko, reakcję skóry na słońce i na podstawie tej obserwacji musimy dobierać spośród wachlarza możliwości ochronnych, co jest najlepsze dla nas w danym dniu. Zdrowy rozsądek łatwiej zachować gdy się dane zjawisko rozumie i mam nadzieję, że udało mi się to tutaj w prosty sposób przedstawić.

Jako lekarz jestem świadoma, że najważniejszą profilaktyką nowotworów skóry jest właśnie ochrona przed słońcem, szczególnie wtedy kiedy jego działanie najbardziej nam zagraża.

Jako mama czasami w pośpiechu i natłoku zapomnę nałożyć mojej córce krem z filtrem i w dodatku nie mam go w torebce, wtedy szukam innych rozwiązań, dopasowuje do sytuacji – jesteśmy odpowiednio krócej na zewnątrz, szukamy zacienionych miejsc, jeśli godziny są mocno popołudniowe to wrzucam na większy luz bo wiem, ze przy karnacji Julii i nasłonecznieniu w tej porze dnia nie dojdzie do oparzenia, ale zawsze obserwuje. 

Dziękuję za rozmowę:)

A od siebie dodam, że od dwóch lat zakładam dzieciom na plażę ubrania z filtrem UV 50 i to rozwiązanie sprawdza się znakomicie.

Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i uznacie go za wartościowy to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Dlaczego dzieci najwięcej uczą się na wakacjach? – 10 naukowych dowodów

Ja w ciągu swojego życia najwięcej nauczyłam się na wakacjach. Wasze dzieci też najpiękniejsze lekcje wyniosą właśnie z tych beztroskich momentów życia, a nie podczas siedzenia w ławce.

Do podzielenia się moimi doświadczeniami zaprosiło mnie PZU Pomoc.

Dlaczego tak się dzieje, że to właśnie w tym czasie dzieci uczą się najwięcej, a umysł jest chłonny jak gąbka?

Odpowiedzi jest mnóstwo, a ja dziś postaram się na nie odpowiedzieć na podstawie moich doświadczeń i wiedzy naukowej.

1. Witamina D3 i problemy z uczeniem się

Kiedyś nikt nie suplementował witaminy D3, więc pewnie wszyscy mieliśmy niedobory. Sama pamiętam siebie z ławki szkolnej, zasypiającą o godzinie 17! Prawie wszystkie dzieci były „zdolne, ale leniwe”, a może mieliśmy niedobory wit D3? Wiadomo nie od dziś, że witamina D3 ma wpływ procesy uczenia się. Za to pamiętam, że w 1 klasie opornie szło mi czytanie i dopiero na wakacjach nauczyłam się dobrze czytać.

2. Wolność i swoboda

Kiedy nie mamy nad sobą żadnej presji, to uczymy się najwięcej – często bez nadzoru rodziców. Zdziwicie się, jak mój kuzyn nauczył mnie ułamków. Aż na samą myśl się z tego śmieję. Na wakacjach u babci graliśmy w bardzo popularną wówczas grę w noża. Rysowało się na ziemi koło, a później rzucało się w pole nożem i „odkrajało” kawałek dla siebie. Miałam wtedy 7 lat i całkiem szybko poszły mi te ułamki.

Moja wakacyjna ekipa od zadań specjalnych (i wbijania gwoździ w ziemię)

3. Czego nie ma w zmysłach, nie ma też w umyśle

Im więcej zmysłów jest zaangażowanych, tym szybciej się uczymy. Dlatego wakacje sprzyjają nowym umiejętnościom i nauka w tym czasie jest zazwyczaj zdecydowanie szybsza. Nasze dzieci korzystają w tym czasie z dwóch systemów w mózgu odpowiedzialnych za zabawę i poszukiwanie bodźców. Dzięki temu w mózgu wyzwalają się: opioidy, oksytocyna i dopamina. Ja też pamiętam z dzieciństwa ten euforyczny stan, kiedy skakaliśmy razem do wody albo mieliśmy różne zwariowane pomysły. Jak teraz o nich myślę, to krew mi się mrozi w żyłach i cieszę się, że nic nam się nie stało.

4. Słońce i piękna pogoda nastraja nas bardzo pozytywnie

W końcu rano nie jest ciemno i naprawdę rano aż chce się wstać i podbić świat. Dzieci mają to samo – wiecie, że człowiek to jedyny ssak, który budzi swoje dzieci? W wakacje często dajemy się im w końcu wyspać, bo nie muszą wstawać na konkretną godzinę i dzięki temu pozwalamy na regenerację. Niestety słońce, czasem też powoduje szkody (sama kiedyś jako dziecko zasnęłam na słońcu nad jeziorem i miałam udar słoneczny). Dlatego trzeba zachować środki ostrożności i nauczyć dzieci zasad przebywania na słońcu.

5. Duża motoryka najlepiej rozwija się, kiedy jest ciepło

Oh, Wy też macie power do działania, jak jest wiosna i lato? Aż chce się wyciągnąć rower i pojechać przed siebie. Tak samo jest z dziećmi – wakacje to czas, kiedy mamy okazję nauczyć dzieci jeździć na rowerze, rolkach, nauczyć je pływać. Pamiętam jak dziś, że nie mogłam się bardzo długo nauczyć jeździć na rowerze (a miałam już 8 lat). Nie potrafiłam utrzymać równowagi, ani przejechać kilka metrów. Bardzo mnie to frustrowało, bo na wakacjach u babci na wsi duże odległości można było pokonać rowerem. Aż któregoś dnia wymyśliłam: startowałam odpychając się od płotu, zupełnie nie zauważając wystających gwoździ. Zraniłam sobie mocno nogę, ale za to nauczyłam się jeździć na rowerze i byłam z siebie bardzo dumna.

6. Chłonny umysł z rana

To jest niesamowite, jak rano wstajemy to nasz wypoczęty umysł zupełnie inaczej przyswaja informacje. W szkole często jest tak, że lekcje, które wcale nie wymagają skupienia są na początku, a te najważniejsze na sam koniec, kiedy już jesteśmy zmęczeni. Na wakacjach możemy już od rana robić to, co nas pasjonuje i dlatego uczymy się najszybciej.

7. Natura zmienia mózg

Wiecie, że są badania naukowe, które potwierdzają zbawienny wpływ natury na nasz mózg (KLIK, KLIK). Wynika z nich, że przyroda zmienia budowę mózgu. Dlatego warto zabrać dzieci na łono przyrody żeby mogły się pozytywnie naładować. Woda, świeże powietrze, zieleń drzew działa na nas wyzwalająco i czasami nawet pozwalamy sobie na więcej niż normalnie. Wypadki też się zdarzają, sama mam w tym doświadczenie, bo chyba byłam najbardziej kontuzyjnym dzieckiem w rodzinie i to zawsze gips przytrafiał mi się na wakacjach.

8. Nauka przez zabawę

Wiadomo nie od dziś, że nauka przez zabawę przynosi najwięcej korzyści. Dlatego, że dzieci nie czują, że się uczą. Czasem mają nawet alergię na zwrot: „Chodź, nauczę Cię…” Nie trzeba tego mówić, wystarczy coś pokazać w zabawie, a dziecko szybciej to załapie.

pierwsza w życiu wycieczka do Warszawy

9. Najwięcej uczymy się od osób, które lubimy

Ostatnio trafiłam na artykuł o tym, że uczymy się tylko od ludzi, których darzymy sympatią (tak jest też z nauczycielami klik). Jest w tym wiele prawdy, bo mózg zapamiętuje o wiele więcej, gdy dana informacja aktywuje pozytywne emocje. Dlatego tak dużo uczymy się od bliskich osób. W wakacje dzieci mają możliwość przebywania z nami i z dalszą rodziną. Jest to świetna okazja żeby nauczyć się nowych rzeczy. Nie wiem, czy u Was też, ale ja widzę taką tendencję, że moje dzieci z każdego wyjazdu zawsze wracają z nowymi umiejętnościami. Ja też jak spędzałam u babci dwa miesiące wakacji, to we wrześniu umiałam wiele nowych rzeczy.

10. Nauka na błędach – najskuteczniejsza nauka

Ile razy mówicie do dzieci, a one nie słuchają. Ja mam czasami wrażenie, że dopóki same nie spadną, nie uderzą się – to się nie nauczą, że np. wchodzenie na stół może skończyć się upadkiem. Ja też tak wiele razy miałam i ta swoboda wakacyjna często mi uderzała do głowy. Wiele razy miałam takie sytuacje, które nawet kończyły się gipsem na ręce, ale od tamtej pory wiedziałam już, że skok z góry trzepaka nie jest dobrym pomysłem.

Wypadki ciężko przewidzieć, a przecież nie będziemy dzieciom zakazywać w myśl zasady „Gdyby kózka nie skakała …’ Wiecie, że jest dalszy ciąg tego wierszyka? Brzmi on tak” Gdyby kózka nie skakała, to by nudne życie miała…”

Dlatego warto przed wakacjami pomyśleć o ubezpieczeniu NNW żeby później nie żałować, że o to nie zadbaliśmy. Oczywiście, lepiej by było żeby nic się nie wydarzyło, ale tego nie wiemy. Ja zawsze mam wykupioną taką opcję. Nawet w tamtym roku jak Julka użądliła pszczoła na Węgrzech (to też się wlicza) to też skorzystaliśmy z ubezpieczenia. Warto mieć takie świadczenie, mając dzieci.


Do 21.06 wchodząc na stronę www.wakacjezpzu.pl możecie bezpłatnie ubezpieczyć dzieci, od następstw nieszczęśliwych wypadków. Wystarczy wypełnić formularz i wyrazić zgody marketingowe. Ja już swoje wypełniłam, bo ruszamy na wakacje i nie chcę tym się przejmować. 

Możecie też wziąć udział w konkursie, wystarczy opowiedzieć o swoich niezapomnianych wakacjach sprzed lat, a do wygrania 10 bonów podarunkowych o wartości 2000 zł KLIK <— http://bitly.com/Wakacje_z_PZU_konkurs

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej