kontakt i współpraca
Mam nosa do książek i często już na etapie zamawiania wiem, że coś będzie u nas hitem. Dosłownie na palcach jednej ręki mogę zliczyć niewypały, które się u nas nie przyjęły. Kiedy zobaczyłam tę serię, to wiedziałam, że nam się spodoba.
Myślałam jednak, że to my będziemy je jeszcze czytać. Mimo tego, że Lila już dobrze sobie radzi to i tak czytamy książki przed snem ( nawet kiedyś spotkałam się z informacją, że do 10 roku życia jest to nawet zalecane, zobaczymy, czy dzieci w ogóle będą tego chciały;).
Tekstu jest w nich sporo i słowa nie są takie łatwe. A tymczasem Lilka przeszła płynnie od serii „Czytam sobie” na te książki. Jestem zaskoczona, bo ta seria jest naszpikowana trudnymi wyrazami i jak powiedziała sama zainteresowana – to podoba się jej najbardziej.
Na pierwszy rzut oka Lilkę i Pestkę dzieli wszystko: jedna jest spokojna, a druga lekko zwariowana. Jedna walczy z nieśmiałością, a druga jest wulkanem energii. Wybuchowa mieszanka charakterów powoduje wiele zabawnych sytuacji, które zawsze mają dobre zakończenie.
Muszę Was też uprzedzić, że w książce są poruszane tematy, które są trudne dla dzieci: dokuczania, zazdrości, rywalizacji. Myślę też, że dlatego ta seria odniosła taki sukces na świecie, bo ile można czytać o samych miłych rzeczach?
Seria „Nierozłączki” regularnie pojawia się na liście New York Timesa i została już przetłumaczona na 15 języków. W końcu jest też w Polsce.
Już Wam pokazuję jak wyglądają w środku i o czym są kolejne części.
W serii są 4 książki i kupicie je z dużym rabatem po wpisaniu „Nebule” na stronie www.egmont.pl – z tym kodem zapłacicie za nie około 13 zł.
Pierwsza to „Lilka i Pestka” – poznajemy w niej nasze bohaterki. Jak widać na ilustracji na okładce dziewczynki różnią się nawet wyglądem, a ich zwariowane pomysły spowodują, że dzieci nie oderwą się od książek.
W tej części dziewczyny powracają z nową przygodą i tym razem w szkolnej toalecie dostrzegają ducha. Czy uda się go przepędzić? Dowiecie się z książki.
Na początku tej części Pestka mówi, że się nudzi, aż do momentu kiedy wychowawczyni nie pokaże jej „Niezwykłej księgi rekordów”. W ten sposób Pestka dowiaduje się o wszystkich największych, najmniejszych i najdziwniejszych rzeczach, jakie istnieją na świecie. I nagle wszyscy drugoklasiści chcą bić rekordy. Mają niesamowite pomysły, a dzięki temu nie da się oderwać od książki.
W tej części Pestka zostaje pod opieką swojej starszej siostry Anki, która nie jest dla niej miła. Pestka puszcza wodze fantazji i wymyśla, jak spędzić popołudnie żeby się nie nudzić z siostrą.
Polecam Wam tę serię, bo Lila nie mogła się od nich oderwać i wciąż do nich wraca. Mam też do Was prośbę żebyście polecili ciekawe serii czytelniczne dla dzieci – musimy uzupełnić biblioteczkę.
Książki dostępne są TUTAJ z kodem „Nebule” wychodzą po około 13 zł.
(i nielicznym Ojcom, którzy zdecydowali się na ten odważny krok)
Poniedziałek. 1 lipca. Jakoś rano.
Nie mam pojęcia, która godzina. Nie muszę mieć. Słoneczko dopiero leniwie bada grunt zanim zacznie smażyć. Nigdzie się nie spieszę. Nie popędzam żadnego z szałaputów. Nie wylewam w pośpiechu ostatniej resztki mleka do płatków. Wcale nie tłumaczę, że w zamian nabędziemy drogą kupna śniadanie w drodze do szkoły. Nie mówię nieprzytomnie zaspany „dzień dobry” pani sprzątaczce, która patrzy z politowaniem, bo dla niej to już połowa dnia pracy.
Nie frustruję się w kolejce w spożywczym gdzie nie wiedzieć czemu nagle całe osiedle przyszło zrobić tygodniowe zakupy. Nie wracam z językiem na brodzie po zapomnianą pracę domową. Nie robię dzikich uników między rozpędzonymi elektrycznymi hulajnogami wiozącymi autonomicznych kierowców napędzanych litrami Starbucksa bez akcyzy.
Nie wracam drugi raz do domu po strój na zupełnie niespodziany przecież i wcale nie odbywający się od września dokładnie co poniedziałek WF. Nie witam się wylewnie z surowymi Paniami Woźnymi z wyćwiczoną latami i wykutą jak w skale obojętnością. Nie maszeruję na parking z wzrokiem utkwionym w mailu.
Mózg nie paruje nad rozwiązaniem 8 pożarów, które roznieciły się i rozszalały w ciągu 90 sekund od nominalnego rozpoczęcia godzin urzędowania. Nie mam gonitwy myśli, jaki priorytet nadać każdemu i kim mogę je gasić, bo jest dzielnym strażakiem na którym można polegać jak na Zawiszy = ma pecha być już punktualnie w biurze.
Nie spędzam upojnych 49 minut w korku, karmiąc wrzody, mieląc pod nosem przekleństwa i mentalnie dystrybuując każdego innego kierowcę na mojej drodze, na autostradę do wszystkich diabłów. Z uśmiechem na ustach nie loguję się w biurze.
– Tato, tato, tato, taaaaato – ja chcę płaaaaaatki!
Tego pamiętnego 1 lipca rozpoczęło się moje 24/7 z dwójką dzieci. Dziś po tych ponad 2 wakacyjnych miesiącach ciśnie się na usta nieuniknione – „A miało być tak pięknie…”.
Nie będę szedł w kierunku – nieszczęśliwy rzucił korpo i przeniósł się w Bieszczady… (w końcu ja się przeprowadziłem na Podlasie:)). Nie będę demonizował korpo. Nie to żebym tam robił jakąś wielką karierę. Praca to praca – ja swoją nawet lubiłem. Rozwijająca się firma. W sprzedaży jak to w sprzedaży – na nudę narzekać nie można.
Diagnoza, badanie potrzeb, pytania uszczegóławiające – mam za sobą szkolenia, teorię i praktykę w małym paluszku. 15 lat doświadczeń z ludźmi z przeróżnych krajów. Adaptację tych umiejętności przez filtr kilku języków i kultur. Jestem wyekwipowany na wojnę konwencjonalną, atomową, cyfrową i hybrydową.
Moje kochane bombelki nie wiedzą co w nie uderzy… Oj teraz to sobie odpocznę! Zasłużenie! Czas na quality time z naszymi szałaputami. W końcu z własnej nieprzymuszonej woli przeniosłem się do Krainy Wiecznej Soboty! Zostałem Panem Domu!
1. Kiedy negocjujesz z klientem, nawet w najcięższych momentach – co cię utrzymuje przy życiu – to jego racjonalność. Klient nie oczekuje, że dasz mu teraz właśnie w tej chwili – ubierając się do wyjścia – papierowy worek z zielonym sznurkiem w jaki był zapakowany prezent na gwiazdkę w 2017.
2. Kiedy wynegocjujesz z dwójką klientów, że podczas obierania ziemniaków, jeden będzie ci podawał kartofla do obrania, a drugi będzie odbierał i wrzucał do garnka z wodą. Ba, kiedy dograsz już nawet, że co 7 ziemniaków zmiana – klient nie przynosi ci wtedy książki i nie oczekuje, że będziesz go w trakcie obierania animował – głośno czytając jego ulubioną lekturę.
3. Klient w pracy wchodzi ci na głowę tylko i wyłącznie psychicznie.
4. Jeśli bardzo potrzebujesz chwili wytchnienia – w pracy możesz zaszyć się w toalecie kiedy tylko chcesz. Sam. W domu często towarzyszy ci wierna asysta. Łapiesz się na tym, że kiedy przechodzisz koło toalety to robisz siku „na zaś” bo później już możesz nie mieć takiej możliwości.
5. Kiedy rozmawiasz przez telefon w pracy, nie musisz jednocześnie nieść na barana klienta wewnętrznego ani windykować jego kontrahentów z piaskownicy z koparko-ładowarek, które korzystając z chwili nieuwagi zostały przejęte przez nich w zarząd komorniczy.
6. Kiedy podzielisz na konkretne cegiełki i zdelegujesz zadania związane z poskładaniem klocków do pudełka, z reguły przy egzekucji nie musisz uciekać się do szantażu oraz gróźb karalnych.
7. Rozwijasz nowe skillsy z zakresu anger- i crowd management.
8. Przenosisz na nowy poziom techniki negocjacji. Połykasz podręczniki negocjatorów FBI. Normalką stają się negocjacje jak z kliką irracjonalnych terrorystów w pociągu pełnym dynamitu wjeżdżającym za 30 sekund w ścianę.
9. Budujesz refleks i crisis management skills. Osiągasz mistrzostwo w antycypowaniu spięć i unikaniu konfliktów pomiędzy klientami wewnętrznymi a resztą świata.
10. W pracy – klient zadaje ci pytania z zamkniętego zbioru – zakresu na jakim się znasz. Praca z twoim klientem genetycznym czyni z ciebie człowieka renesansu. Poznajesz wszelkie tajniki zarówno lalek serii LOL jak i całą zawiłą genealogię jak i mitologię rycerzy Jedi.
11. Masz czujność plus 1000. Zostajesz mistrzem Mindfulness. Orientujesz się w której z sieci są najkorzystniejsze promocje na najlepszy dla szałaputa ekologiczny krem do opalania z ziaren fioletowej marchwi.
12. W pracy do jakiegoś stopnia możesz zaplanować swoje w danym dniu aktywności. W domu wszystkie najważniejsze rzeczy do zrobienia próbujesz upchnąć w godzinę drzemki. Gorzej kiedy dziecko akurat nie zaśnie, albo sąsiad z wiertarką udarową czy jakiś inny (s)kurier obudzi je po 15 min…
13. Zostajesz mistrzem NLP. Nie popełniasz błędów mówiąc: „nie krzycz”, „nie płacz”, „nie rozlewaj”. Mówisz „bądź cicho”, „gdzie pocałować?”, „polej mi szwagier”.
14. Zalew emocji i ilość decybeli w twoim życiu drastycznie wzrasta. Przez 15 lat żaden klient zewnętrzny nie usłyszał mojego podniesionego głosu. Klienci wewnętrzni, owszem dostali dostąpili ciemnej strony mocy – dokładnie 3 razy – czyli raz na pięciolatkę. Moi klienci genetyczni mają nadprzyrodzoną moc uruchamiania tej wydawałoby się tak głęboko ukrytej struny. Średnio 5 razy dziennie.
15. Kiedy podpiszesz kontrakt z klientem, za nie dotrzymywanie ustaleń umowy – komfort psychiczny daje ci świadomość, iż zawsze za takie bycie niegrzecznym możesz go pozwać do sądu.
16. W pracy widać często efekty niektórych działań od razu. Przy wychowywaniu dzieci i dbaniu o ład w domu często jest to niemożliwie frustrujące, kiedy dopiero co rozładowany zlew zapełnia się jak za pstryknięciem palców, a świeżo poskładane wszyściutkie malutkie Lego już wszędzie – jak wnyki rozkładane nocą przez kłusowników – czyhają na twoją gołą stopę.
17. W pracy, czy zamykasz laptopa o 17 czy pracujesz do północy – zawsze mentalnie stawiasz tę granicę – „no, na dzisiaj koniec”….
18. Kiedy wybierasz miejsce na kolację z klientem zewnętrznym, priorytetyzujesz spośród wielu różnorakich kryteriów ale żadne z nich nie jest odpowiedzią na pytanie – czy restauracja posiada salę zabaw?
19. Nie wiesz jak to się stało, że wyprawa do Biedronki staje się atrakcją dnia.
20. A to z dziś – kiedy klient ma już 2 koszyki + wszystkie kieszenie pełne pięknych soczystych kasztanów – nie wije się jak piskorz i nie rzuca – zupełnie jakby to było 1 raz w życiu – na widok – „O! Tato! Patrz! Kasztan!”
w pracy możesz rozmawiać z dorosłymi ludźmi, którzy:
a) słuchają Cię
b) potrafią milczeć dłużej niż 3 sekundy
c) potrafią czasem nawet odpowiedzieć na temat.
Gdybym miał użyć jednego słowa, które rozróżnia te rodzaje klientów – proste – racjonalność. A właściwie irracjonalność?
Klient w pracy, kiedy powiesz mu „nie”, nie wraca do ciebie natychmiast z tym samym żądaniem tylko powtórzonym 134 razy rozdzierającym krzykiem i płaczem zwiastującym koniec jego świata.
Jedna rzecz zaczyna mieć w tym kontekście za to nabiera w końcu sensu. Pamiętasz, jak twoja partnerka była w ciąży i biegałeś dla niej po śledzie i lody waniliowe w środku nocy niedzieli niehandlowej? Doceń to! Nieświadomie chciała cię przygotować…
Hmm, a może to już były pierwsze podrygi twojego jeszcze nienarodzonego szałaputa;)?
Dziś pokażę Wam książki dla dzieci, które są idealne do samodzielnego czytania. Przyszedł u nas czas, kiedy widzę non stop książki w Lili rękach. Czyta wszędzie – tuż przed wyjściem do szkoły, przed snem przy lampce i wszędzie zabiera ze sobą książki.
Właśnie wyszła kolejna seria książek dla dzieci, która wspiera samodzielne czytanie. Seria „Czytam sobie” z wyd. Egmont jest na rynku już od 8 lat i wiele dzieci, dzięki tym książkom stało się czytelnikami.
Zwykły elementarz odszedł do lamusa. Mieliśmy nawet krótki epizod z klasykiem Falskiego – jak się okazało kupiliśmy go dla siebie, bo wzbudzał w nas ogromny sentyment. Lila przejrzała kilka stron i uznała, że jej się nie podoba. Wiecie dlaczego? Bo treści tam przekazane były zwyczajnie nudne – nie powodowały żadnych emocji, takich jak książki powinny wzbudzać – zainteresowanie, ciekawość, radość.
Takie są założenia: aby dziecko chciało czytać musi być zaciekawione. Temat musi porwać do tego stopnia aby dzieci miały wewnętrzną motywację. Nic nie da zachęcenie, nagradzanie za czytanie – a może nawet spowodować odwrotny efekt.
Jak zwykle książki podzielone są na 3 poziomy umiejętności czytelniczych:
1 – składam słowa – 150-200 wyrazów w tekście, krótkie zdania, 23 podstawowe głoski w tekście czytanym, ćwiczenie głoskowania
2 – składam zdania – 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania (też elementy dialogu), 23 podstawowe głoski plus „h”, ćwiczenie sylabizowania
3 – połykam strony – 2500-2800 wyrazów w tekście, użyte wszystkie głoski, dłuższe i bardziej złożone zdania, alfabetyczny słownik trudnych wyrazów
My przeszliśmy przez wszystkie poziomy i jest to dobry pomysł na naukę płynnego czytania.
Na końcu każdej książki znajdziecie też naklejki.
Tym razem autorzy i ilustratorzy stworzyli cudowną serię EKO, która porusza tematy związane z ekologią. To jest super pomysł, bo przez książki dla dzieci możemy edukować.
Te książki oznaczone są zielonym listkiem EKO.
„Awantura na śmietniku” Marcin Baran, ilustracje Justyna Frąckiewicz
Pewnego dnia na śmietniku wybucha awantura: pudełko, drut, butelka i inne odpadki niestety nie chcą leżeć obok siebie. Na szczęście jest rozwiązanie – segregacja śmieci.
W książce w ciekawy i zabawny sposób jest poruszony temat segregacji śmieci.
DOSTĘPNA TUTAJ
Bardzo ciekawa książka o… wodzie. Dzieci dowiedzą się z niej wielu ciekawych informacji, a do tego nauczą się o nią dbać.
Piękne ilustracje i wartościowe treści
Kim jest tytułowy Inspektor? Maskonur patroluje wyspę w poszukiwaniu plastikowych torebek, słomek, butelek i innych śmieci. Codziennie sprawdza, czy nie ma zanieczyszczeń, bo wie co może zrobić zwierzętom plastikowa torebka.
Z tej książki dzieci dowiedzą się o materiałach, które długo się rozkładają i są szkodliwe dla naszej planety. Inspektor Maskonur podaje też bardziej ekologiczne zamienniki.
„Baba jaga i Duch Puszczy” Zbigniew Dmitroca, ilustrowała Joanna Furgalińska
Baba Jaga po powrocie z emigracji osiedla się w Puszczy. Zakłada ogródek i hoduje na polu rośliny lecznicze. Tymczasem z lasu zaczynają znikać drzewka i pojawia się Duch Puszczy.
W nowościach są dostępne też inne książki
To ulubiona książka Julka – czytam ją codziennie do snu.
Każdego dnia Batman rusza do akcji, a mieszkańcy liczą na jego pomoc. Każdego dnia mały chłopiec też pomaga innym i jest jak superbohater.
Prosta książeczka o dobrych uczynkach
Marysia uczy się w szkole baletowej. Dostaje rolę w „Dziadku do orzechów i jest przeszczęśliwa. Czeka ją wiele prób i ćwiczeń, ale czy wszystko pójdzie z planem?
*tę książkę uwielbia Lila, bo kocha takie tematy
Nelka postanawia pokazać Fafikowi swoje ulubione miejsca. Odwiedzają dom kultury, park. Wszystko go ciekawi i nagle znika. Nelka rusza na poszukiwania.
Czy olej z czarnuszki naprawdę działa? Wszędzie możecie przeczytać, że olej z czarnuszki ma prozdrowotne właściwości. Używamy go od 5 lat i dziś napiszę Wam o moich spostrzeżeniach.
Materiał sponsorowany przez rodzinną olejarnię
Wrzesień ma to do siebie, że niestety właśnie w tym miesiącu najczęściej zaczyna się sezon chorobowy. Pamiętam ten czas z ubiegłych lat – pierwsze tygodnie szkoły, przedszkola i już przyplątała się infekcja. Mimo tego, że o odporność dzieci dbam na wielu płaszczyznach, to i tak miałam do siebie pretensje, że mogłam jeszcze bardziej zadbać o ich zdrowie.
Prawda jest taka, że dzieci i tak chorują. Nie ma takiego specyfiku, który w 100 % pomógłby przy wzmacnianiu odporności. Możemy jedynie wspomagać odporność przez różne działania. Ja w tamtym roku postanowiłam, że się nie damy i byłam gotowa na walkę z wirusami.
Olej z czarnuszki polecany jest od roku.
Dzieci powyżej 12 miesięcy – 1/4 łyżeczki dziennie, od 2 r.ż. 1/2 łyżeczki.
Dla dzieci do 3 r.ż dzienna dawka to 1/2 łyżeczki (2,5 ml) dziennie, a powyżej 3 r.ż to jedna łyżeczka (5 ml) dziennie.
Olej ma dość specyficzny smak i zapach, ale moje dzieci przyzwyczaiły się już do niego.
Można go podawać z miodem, sokiem lub syropem.
Polecam Syrop z pedów sosny Olini”
Do kubeczka OLINI wlej łyżeczkę płynnego miodu (jak zachowacie tę kolejność – to nie będziecie musieli używać drugiej łyżki żeby zachować czystość w słoiczku miodu) i dodajcie łyżeczkę oleju.
1 łyżeczka miodu + 1 łyżeczka oleju z czarnuszki – całość energicznie zamieszać.
Działa i to jak! Dzieci prawie w ogóle nie chorują, a katar trwa maksymalnie 3 dni. Sami też go pijemy, bo widzimy jego dobroczynny wpływ na zdrowie.
Od początku września podaję już regularnie – wieczorem, po kolacji, ale przed myciem zębów, bo obawiam się, że miód zostawiony na noc na zębach może spowodować próchnicę. Doczytałam w TYM artykule, że miód może mieć dobroczynny wpływ na zęby i dziąsła, ale nie ma badań, gdzie był zostawiony w jamie ustnej na całą noc. Wolę nie ryzykować i po podaniu oleju z miodem myjemy zęby.
Miód też mam zawsze w szafce, bo używam go do wspomagania przy infekcjach i w codziennej diecie. Dodaję go gdy przyrządzam mój ulepszony syrop z cebuli.
Nasz ulubiony Miodek: Miód rzepakowy kremowany z jagodą kamczacką Olini – mocno owocowy – świetnie nadaje się też do placuszków lub gofrów.
A jeżeli nie lubicie słodkiego miodu to koniecznie spróbujcie nowe smaki:
Miody też dodajemy do placków lub gofrów, nadają pyszny smak. Często też słodzę rooibos miodem. Tylko aby nie tracić właściwości miodu w wysokiej temperaturze to do herbaty wlewam zimną wodę. Dopiero wtedy dodaję łyżeczkę miodu.
A Wy podajecie lub podawaliście dzieciom olej z czarnuszki? Może spróbujcie z miodem? Myślę, że będzie smakował lepiej.
W tamtym roku korzystaliście z kodu rabatowego, więc teraz też mam 🙂
Jeśli też uzupełniacie swoje półki w naturalne wspomagacze, to możecie skorzystać z kodu Nebule do Olini.pl – daje on 10% zniżki. Zamawiając tam mam pewność, że produkty są najlepszej jakości i przygotowane w taki sposób aby wspierały nasze zdrowie.
A kolejne moje odkrycie to Jagoda kamczacka! W linku poczytacie więcej o jego właściwościach.
Wilno – atrakcje dla dzieci – kompletny przewodnik dla rodzin. Do napisania dzisiejszego wpisu zaprosiłam moją czytelniczkę, która mieszka w Wilnie. W niedalekiej przyszłości wybieramy się do naszych litewskich sąsiadów, a przewodnik, który od niej dostałam okazał się tak wyczerpujący, że postanowiłam się nim z Wami podzielić.
wpis zawiera linki afiliacyjne
Generalnie, Wilno jest małym miastem i wszystko to, co polecają przewodniki to rzeczywiście trzeba zobaczyć.
Na Wilno wystarczy od 1,5 dnia do 2 dni optymalnie (do 3 maximum). Można też zmieścić główne zabytki (starówka) w 1 dzień.
Jeżeli planujecie jechać nad Bałtyk, do Palangi (Połąga) to generalnie warto, w lato są tłumy, bo to jeden z niewielu kurortów na Litwie. Inne piękne miejsce nad morzem to cała mierzeja Kurońska, w tym Nida.
– Katedra i okolice, ul. Zamkowa (Pilies) via Ratusz i ulica Vokieciu, okolice Getta do Ostrej Bramy (po drodze kościół i klasztor Bazylianów z celą Konrada – mizerna, ale symbol)
– Uniwersytet Wileński z kilkoma dziedzińcami, kościołem św. Janów (blisko ulicy Pilies)
– Góra Gedymina, bo fajny widok na miasto. Ewentualnie zamiast tego polecam Górę Trzech Krzyży. Tam można kawałek wjechać autem.
– Kościół św. Anny, kościół bernardyński, pomnik Mickiewicza – niedaleko jest park Bernardyński (jest za Katedrą blisko kościoła Św. Anny).
– Aleja Gedymina, główna handlowa ulica od Katedry przez plac Łukiski do Sejmu i dalej na Zwierzyniec ( letniskowa dzielnica, sporo drewnianych kolorowych domków)
–Muzeum MO – najnowsze muzeum w Wilnie, budynek zaprojektowany przez przez znanego architekta Daniela Libeskinda, wygląda jak dzieło artystyczne (www.mo.lt, Pylimo 17). Ogród z rzeźbami – ciekawy także dla dzieci.
– Zarzecze, most graniczny, Anioł Zarzecza, konstytucja Republiki – ogólnie trochę warszawska Praga (ale taka w wersji mini).
– Kościół św. Piotra i Pawła, perła baroku – to ciut dalej od centrum, więc niekoniecznie.
– Cmentarz na Rossie, bo matka i serce syna, Lelewel, Montwiłł, itd. –
Warto odwiedzić Halę Targową (Halės Turgus) i kupić chleb, sery, twarogi – stoiska z przodu przy wejściu, ew. jakieś kindziuki. Na Litwie popularne są kiszonki z przeróżnych warzyw (pomidory, czosnek). Na Hali mozna także zjeść przy okazji zakupów – cepeliny, pizza, bajgle, pilaf. Hala jest otwarta od wtorku do niedzieli . Nieczynna w poniedziałki.
– Jezioro Balžio ežero paplūdimys I – https://goo.gl/maps/3KGgoEdE4RGoTD49A(wake park, pomost);
– Plaża nad rzeką Valakampai – https://goo.gl/maps/y8cAeKSE5L46WoE69 (plac zabaw, miejsce na grilla, plaża, boisko do siatkówki);
– Plaża nad rzeką Zirmunu https://goo.gl/maps/wEfYab1BELWU8YPx9 (plac zabaw, miejsce na grilla, boisko do siatkówki);
– Początek przy wodospadach (tzw. Belmontas – obok znajdują 3 restauracje) – https://goo.gl/maps/inPr2FceBYZae2xH7
– Koniec – dolny punkt widokowy – https://goo.gl/maps/zAKdgc4H3ChcoiBf8
– Taras widokowy (najlepiej dotrzeć samochodem, dojście od ulicy Batoro) – https://g.page/Puckoriu-atodanga?share
https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Trokach
Można popływać rowerem wodnym wokół Zamku.
Wilno – atrakcje i miejsca dla dzieci – porównując Wilno do Warszawy czy jakiekolwiek innego miasta niestety widać braki w fajnych placach zabaw (samych placów jest dużo, ale są małe) i miejscach dzieciolubnych. Podobnie jest z małymi prywatnymi sklepami spożywczymi (których po prostu nie ma – Litwa w porównaniu do Polski była w ZSRR i to zabiło wiele inicjatyw i niestety nadal przejawia się w zachowaniu i wyglądzie miasta), dominują tylko duże sieci spożywcze.
Z drugiej strony, odnośnie dzieci – większość Litwinów ma dużo dzieci (bardzo często min. 3) i spędzają z nimi czas w lasach i nad jeziorami (czyli aktywnie poza miastem).
– Park Bernardyński – dobre miejsce na spacer, kawę i ciastko (przy wejściu https://www.facebook.com/StrangeLoveVilnius/ lub kawiarnia https://www.facebook.com/sugamourboutique/ w parku – jest też na ulicy Niemieckiej/Vokieciu). W Parku plac zabaw podzielony na dwie strefy, wokół parku biegnie rzeczka Wilenka.
– Muzeum Zabawek – muzeum-zabawek
– Za Ostrą Bramą obok Hali Targowej, nasza ulubiona miejscowka na śniadanie i na kupno chleba – Piekarnio – cukiernia Druska Miltai Vanduo VANDUO; https://www.instagram.com/dmvkepykla/
– Place zabaw w centrum: S.Moniuškos skveras, Vilnius 01119 (skwer Moniuszki); Gaono g. 1, Vilnius 01131 (obok Ambasady RP): Mėsinių g. 7-9, Vilnius 01135 (na terenie byłego getta ulica Rudininku lub Mesiniu na google maps); na tyłach placu Łukiski (Spielplatz, Lukiškės, Vilnius 01107);
– Kawiarnia Pinavija (mają kacik dla dzieci i pyszny miodownik/medutis): https://goo.gl/maps/PYQkvq5MtWPEV8jY8
– Pizzeria Casa La Familia (obok placu zabaw na terenie byłego getta) – oddzielna sala ze zjeżdżalnią dla dzieci (ale tak raczej do 3-4 lat?) https://www.facebook.com/CasaLaFamilia.Vilnius/
– Sieć pizzerii Jurgis ir Drakonas – https://jurgisirdrakonas.lt/en/ mają kąciki dla dzieci https://www.instagram.com/jurgisirdrakonas/ (w centrum większa z kącikiem to ta na Pylimo, mniejsza na Pilies/Zamkowej)
– Resturacja Veranda na Zwierzyńcu – https://www.facebook.com/svetaineveranda/ mają zewnętrzny plac zabaw dla dzieci, dobre jedzenie, obok jest Park Vingis (duży park z 2-3 placami zabaw) – trzeba przejść przez most ze Zwierzyńca – Vingis: https://en.wikipedia.org/wiki/Vingis_Park
– Muzeum Iluzji – https://vilnil.lt/en/ w centrum Wilna
– Plaża przy Zielonych Jeziorach (plac zabaw, molo, łódka/rower) https://goo.gl/maps/5SY9264ozHWXy2Uf7
Green Lakes
– Restauracja 14 Horses – https://www.facebook.com/14Horsesbrasserie/ – w niedziele rodzinny brunch 12-16 plus zabawki, dodatkowe miejsce dla dzieci;
Jest więcej miejsc z kącikami dla dzieci, ale są poza centrum lub w centrach handlowych (podobnie jak np. sale zabaw), więc nie podaję. Najbliżej centrum jest sala zabaw (ale to raczej dla mniejszych dzieci chyba): http://www.mazujukaralyste.lt/
Kawa/kawiarnia:
– Elska Coffee https://goo.gl/maps/d39AN72KK8i6frLv9 mają dobre przekąski, wegan i wege. Dobra kawa.
– W centrum: Italala Caffe.
– RoseHip Vegan dobre weganskie Bistro https://goo.gl/maps/M13qxK5799bQdttcA
– Etno Dvaras (litewska sieciowka, ale bardzo dobre) na Zamkowej (pilies) https://goo.gl/maps/JPmuP618strRX1Nt7
-Etno Dvaras (litewska sieciowka, ale bardzo dobre) na Zamkowej (Pilies) https://goo.gl/maps/JPmuP618strRX1Nt7
– Kilka knajpek jest na ulicy Wileńskiej (idzie się od Gedimino przy Novotelu) np. włoska Antonio: https://goo.gl/maps/e8qx4dqGpNxfmCik9 lub Guru Salotu Baras (na lunch itd.)- https://www.facebook.com/pg/salotubaras/photos/?ref=page_internal
– Zielony Domek (blisko Katedry) polecany często https://goo.gl/maps/2AbtuQoRddGcrWxp8
– Grey (ulica Zamkowa blisko Katedry) mix litewskiej i międzynarodowej – https://goo.gl/maps/LtDbd5dMwKSKwVKk8
– Mason GastroPub dobre jedzenie, luźna atmosfera (na małej ulicy obok Ratusza) https://goo.gl/maps/6AcabDc3D53Pwy5x7 (na mapie źle jest oznaczone to jest po drugiej stronie uliczki jakby wchodzi się z boku budynku, obok jest masaż tajski). Na tej samej ulicy jest kilka knajpek
– Zatar falafel na Vokieciu: https://goo.gl/maps/wvhTv3aj9kVFv2Sc8
– Bistro 18 (dobra kuchnia): https://goo.gl/maps/q2xxkDXfHHq4pBsFA
Scieżka spacerowa wśród drzew
Przy okazji taki blog i co warto zobaczyć w Palandze: maptrotting
Po drodze możecie jeszcze zatrzymać się w Druskiennikach. Jest tam duży aquapark i kryty stok narciarski – my się tam wybierzemy zimą.
Zrobiłam wstępną selekcję i zapisałam sobie kilka linków:
Piękny, butikowy Pacai KLIK
Radisson BLU KLIK
Ciekawy hotel ze strefą SPA KLIK
Nowy hotel Vilnia KLIK
Hotel Hilton KLIK
Strona informacji turystycznej w Wilnie (po polsku) – http://www.vilnius-tourism.lt/pl/
Krótkie przewodniki o Wilnie (do pobrania)- http://www.vilnius-tourism.lt/pl/vtic/o-nas/wydawnictwa/
Mapa dla dzieci – PDFMapa „The good coffee map”
Nowoczesne Wilno – pdf
To już wszystkie atrakcje w Wilnie, jeżeli chcecie coś dodać to napiszcie w komentarzu.
zobaczcie też inne nasze Podróże
A jadąc w stronę Litwy – łapcie inspiracje – tu omawiam Podlasie i wszystkie jego atrakcje!
a w drodze powrotnej polecamy koniecznie zahaczyć o Druskienniki!
Za chwilę się zacznie – zostaniemy zalani falą ofert zajęć dodatkowych dla dzieci. Wszystkie są absolutnie cudowne, rozwijające kreatywność i wspomagające rozwój. Jak nie oszaleć, wybrać coś sensownego i nie być etatowym kierowcą naszych dzieci?
W tamtym roku zaczynaliśmy semestr z założeniem, że nie będziemy w TYM uczestniczyć.
Zupełnie nie wiem jak to się stało, że nagle w poniedziałek jechałam 40 min (2 km) na balet do centrum, w środę wieczorem na basen, a w sobotę na chiński i raz na 2 miesiące na Uniwersytet dzieci. Wkręciliśmy się w ten kołowrotek, widząc ogromne zainteresowanie i pasję dziecka.
Uznaliśmy, że lepiej jest spędzać długie i ciemne wieczory na ciekawych, rozwijających zajęciach niż nudzić się w domu. A tak wcale nie było – jesienne i zimowe wieczory wpływały na zmęczenie i większą frustrację. Naprawdę fajniej by było spędzić ten czas na czytaniu książek, czy wspólnych grach.
A tymczasem spędzaliśmy ten czas w pośpiechu, nerwach, dogryzając drożdżówki w długim korku – tak zupełnie bez sensu. Dzieci zasypiały w aucie jadąc na 16 na balet, a ja byłam wściekła, że jestem taka zmęczona. Mąż pędził z pracy, rzucał torbę z laptopem w kąt i jechał na basen. A wiecie jak wyglądają takie zajęcia: pół godziny jedziesz, pół godziny dziecko pływa, 40 minut je ubierasz i suszysz, a później wracasz na kolację. Wieczorem nie masz siły na NIC i przeklinasz pod nosem „Po co mi to było?”
Dodam też, że naprawdę trudno jest znaleźć dobrze prowadzone zajęcia dodatkowe. Byliśmy w 5 szkołach baletu i każda nam nie odpowiadała. Chęć i pasja dziecka była ogromna, więc się nie poddawaliśmy. Niestety nie mogliśmy tego znieść, że np. dziecko nie może wyjść do toalety w czasie lekcji, bo powinno załatwić potrzebę przed zajęciami. Płacze dziewczynek na sali i rodzice krzyczący, że „Jak się nie przestaniesz mazać, to więcej tu nie przyjdziemy”. Ja rozumiem, że balet cechuje się pewnymi wartościami i dyscypliną, ale bez przesady, to są tylko dzieci, które wcale nie będą primaballerinami tylko chcą założyć tutu i nauczyć się 5 pozycji baletowych. Niektórzy prowadzący o tym zapominają i wg mnie podchodzą zbyt ambitnie.
Bo powiedziała po występie, że jej się nie podoba, jest jej zimno w tym stroju i zaczęło ją to nudzić. Jeszcze raz zapytałam czy chce chodzić dalej, bez namysłu odpowiedziała, że nie.
Od razu nasuwa się pytanie, czy warto namawiać dzieci żeby uczestniczyły w zajęciach. Według mnie nie. Nie ma sensu. Pamiętam jak w wywiadzie Ola Kwaśniewska powiedziała, że ma do swojej mamy żal, bo nie namawiała jej na kontynuację zajęć tanecznych. Myślę, że miałaby większą traumę gdyby ją namawiała albo kazała chodzić.
Ja sama jako dziecka i nastolatka próbowałam wielu rzeczy. Czasem była tylko na jednej lekcji, a były to:
Za każdym razem to była moja decyzja, że chcę chodzić. Rezygnowałam również sama. Jedyne do czego moja mama mnie przekonywała to j. angielski i za to jej dziękuję! Ale nawet nie pamiętam takich kryzysów, że nie chciałam chodzić.
Te wszystkie próby chodzenia na zajęcia nie wynikały ze słomianego zapału, słabej motywacji, braku talentu itd. tylko były motywowane poszukiwaniem siebie i wzmacnianiem relacji z innymi dziećmi.
Tak samo jest z dziećmi, to nie są fanaberie, czy humory. To sprawdzenie siebie, czy jest to interesujące i jak ja się z tym czuję. Widzę też, że dzieci chętniej chodzą jeżeli na takie zajęcia chodzą znajomi. Z tego względu wypisaliśmy też córkę z Uniwersytetu dzieci – zajęcia nie dość, że są w sobotę i zauważyliśmy, że przeszkadzają nam w czasie wolnym przeznaczonym na rodzinny czas, to za każdym razem w grupie są inne dzieci i ciężko jest nawiązać znajomości.
Od września chodziliśmy też dzielnie na basen i wytrzymaliśmy do kwietnia. Zwyczajnie szkoda było mi zabierać dziecko z podwórka, gdzie się bawiło w najlepsze z kolegami. Raz spróbowałam i uznałam, że to bez sensu.
Był jeszcze chiński, na który jeździliśmy w kratkę, bo był też w sobotę. Ale decydując się na szkołę w weekend byliśmy tego świadomi.
W tym roku zdecydowaliśmy się tylko na taniec raz w tygodniu z koleżanką i j. chiński. Reszta będzie w szkole. Myślę, że każdy z nas chciałby żeby dzieci mogły korzystać z zajęć dodatkowych rozsądnie. Ale czasami ponosi nas za mocno.
Sama tego nie wiem. Pytałam znajomych rodziców i chyba w końcu znalazłam sensowną szkołę tańca. Widzę w dziecku ogromną chęć, tylko do tej pory nie trafiliśmy na dobre miejsce.
Jeżeli też stoicie przed wyborem zajęć dodatkowych dla dzieci to bardzo Wam polecam przeczytanie wpisu Agnieszki Stein —> Zajęcia dodatkowe dla dzieci. Posyłać czy nie? Pomoże Wam podjąć decyzje.
Mi też zależy żeby dzieci miały czas na nudę, brak pośpiechu, zwykły czas w domu z rodzicami i na swobodną zabawę z rówieśnikami. Ale też widzę ogromny zapał u dziecka i talent, który mógłby się zmienić w prawdziwą pasję.
Pod ostatnim wpisie modowym prosiliście mnie o więcej takich tematów. Przyznam, że jestem lekko zaskoczona, że macie chęć podejrzeć więcej i się zainspirować. Nie uważam się za znawcę tematu, ale skoro Wam odpowiadają takie posty, to chętnie Wam je pokażę.
Sama uwielbiam oglądać takie wpisy, gdzie mogę się zainspirować i na przykład wybrać z mojej szafy konkretne ubrania, które do siebie pasują. Nie obserwuję typowych blogerek modowych, bo ich styl nie nadaje się na co dzień (do pracy, na zakupy, na spotkanie z koleżanką). Dodatkowo mam dość wymagającą sylwetkę i większość rzeczy nie wygląda na mnie dobrze.
Pisałam Wam już w Miałam pełną szafę, że mam niedużo ubrań, które w większości do siebie pasują, więc ubieram się szybko i sprawnie.
Mogę śmiało powiedzieć, że białe buty to taki klasyk, który mam od 10 lat w szafie, czy to białe trampki Converse, czy klasyczne adidasy. Noszę je od około marca do listopada i są to buty, które zabieram na każdy wyjazd, bo są uniwersalne.
Myślę, że sporo z tych ubrań (są to klasyki) macie w swoich szafach i zanim pomyślicie o zakupach to dokładanie sprawdźcie garderoby. Ja tak zawsze robię i czasami odnajduję ubrania, o których zapomniałam, a wcześniej nosiłam.
Zwykłe niebieskie jeansy (Kiabi), biała miękka koszula (COS) i białe buty Superga – całość zawsze dobrze się prezentuje i bardzo często tak chodzę.
Prosta sukienka w paski Risk, bluza jeansowa Zara (ma 7 lat i non stop w niej chodzę) i białe buty.
Całość jest wygodna i pasuje idealnie do siebie. Mam w szafie dużo rzeczy w paski, bo nadają trochę charakteru moim stylizacjom i nie wychodzą z mody.
Wcześniej nigdy nie nosiłam butów sportowych do sukienek, dopiero w tym roku się przełamałam.
Aby wysmuklić nogę i dodać lekkości zazwyczaj podwijam nogawkę lub wybieram spodnie, które kończą się w okolicach kostki. Białe buty w połączeniu z jasnymi spodniami wydłużają nogę i nie tworzą skracających linii.
Tutaj: beżowy płaszcz polskiej marki Talia, golf kaszmirowy Zalando Esentials, jeansy Zara (mają z 7 lat) i buty Superga. Szary płaszcz Zara.
Ten zestaw to klasyk, który też bardzo często noszę: Bluzka w paski COS, jeansy Zara, ramoneska Mango (ma z 4 lata) i białe buty
Jak widać kolor czarny i biały to moja ulubiona kolorystyka, pasują do wszystkiego i nadają się na różne okazje. Czarna marynarka na białą bluzkę tworzy optyczną linię, która wyszczupla sylwetkę.
Po lewej: koszula COS, spodnie H&M (mają z 9 lat i zwróćcie uwagę, że kończą się w okolicach kostki i nie są ciężkie), ramoneska Mango. Po prawej spodnie Zara, koszula COS, marynarka dresowa Risk i buty Superga
Dwie stylizacje z szortami. Lubię połączenie krótkich spodenek z górą z długim rękawem: po lewej z lnianą koszulą Natula, a po prawej sweter w romby Tommy Hilfiger (ma z 7 lat i wciąż jest modny) i buty Superga.
Jeżeli przejrzałyście już szafy i widzicie, że brakuje Wam takich bazowych ubrań to polecam zajrzeć na Limango ( właśnie jest Risk w dobrych cenach KLIK), a buty Superga też akurat są w promocji .
Niestety na Limango zostało już niewiele rozmiarów – pełna rozmiarówka sneakersów Superga jest TUTAJ.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i chcecie częściej zaglądać do mojej szafy to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym.
Plecak Kanken od fjallraven to jeden z najbardziej popularnych plecaków. Mam wrażenie, że z roku na rok wręcz panuje na niego większy szał. W dzisiejszym wpisie napiszę o moich przemyśleniach na temat Kankenów.
Przyznam szczerze, że nigdy nie rozumiałam tego fenomenu marki fjallraven. Pamiętam dobrze, jak Lila miała może rok, a ja szukałam jej plecaczka na wycieczki. Już wtedy w 2013 były modne. Ja się łapałam za głowę… jak plecak dla małego dziecka może kosztować ponad 300 zł. Uważałam to za bezsens i nie poddałam się wpływom modowym. Kupiłam jakiś zwykły z dziecięcym motywem i używaliśmy go przez rok. Po tym czasie się rozpruł, a do tego zwierzątko mojemu dziecku przestało się podobać.
Pamiętam tę kankenową gorączkę „Jaki kolor wybrać”, „Jaki rozmiar” itd. A ja w tym czasie weszłam zupełnie przypadkowo do białostockiego secondhandu. Tam objawił mi się na haczyku musztardowy plecak Kanken Mini. Z biciem serca sprawdziłam jego cenę. Kiedy zobaczyłam, że widnieje na nim absurdalna cena 10,50 to poczułam się jakbym wygrała w totolotka.
Od tamtej pory mamy ten plecak i cały czas użytkujemy. Dopiero wtedy zrozumiałam, że on naprawdę jest wart tej ceny. Kiedy w tym roku szukałam plecaka na laptop 17′ i zobaczyłam, że fjallraven wypuścił ulepszoną linię do komputerów to nie zastanawiałam się ani chwili. Kupiłam go i przymknęłam oko na cenę, bo wiedziałam co kupuję i jak długo będę go używać.
Dokupiłam też portfel Kanken i uznałam, że to dobry moment aby opisać Wam o moich odczuciach.
Przed zakupem miałam wątpliwości, czy paski nie będą się wrzynać, czy nie będzie się brudził i czy będzie funkcjonalny.
Jak zobaczyłam, że wersja plecaka Kanken na laptopa ma miękkie szelki, to wtedy moje wątpliwości zostały w większości rozwiane. Ale moje przyjaciółki mają wersje z normalnymi szelkami i nie zaobserwowały żadnego dyskomfortu, a noszą w nim dużo rzeczy dziecięcych.
Plecaków nie pierze się w pralce! Najlepiej jest go czyścić gąbką lub miękką szczoteczką z łagodnym detergentem. Możecie też kupić impregnat z woskiem pszczelim.
Kolejnym plusem Kankenów jest to, że ładnie się starzeją. Delikatne przetarcia, lekkie odbarwienia pojawiają się dopiero po dłuższym czasie i nadają plecakowi charakteru. Dzięki temu te plecaki naprawdę są na wiele lat.
Muszę Wam też napisać o podróbkach, które często pojawiają się w sieci i kosztują około 20-30 euro. One nie będą miały takich właściwości jak oryginał.
Marka Fjallraven ma również modele plecaków wyprodukowane z butelek (to model Re kanken). Warto też wspomnieć o lisku, który jest w logo. Czerwony lis na białym tle jest odblaskiem. Do tego zwraca uwagę na zagrożony gatunek lisa polarnego (1% ze sprzedaży wędruje do fundacji).
Oprócz głównej kieszeni dużej, mniejszej na poddupnik, małej z przodu – w wersji na laptop jest świetna kieszeń właśnie na komputer. Ma wzmocnione dno i miękkie plecy.
Porównanie szelek w modelu na laptop i normalnego. Do cienkich szelek możecie też dokupić miękkie nakładki i pas piersiowy.
Plecaki Kanken kupisz np TUTAJ
Według mnie plecak Kanken na laptop sprawdzi się do szkoły – pisałam o tym we wpisie Plecak do 1 klasy
Kilka słów o portfelach Kanken. Kiedy rozpadł mi się skórzany portfel za grubą kasę, zaczęłam szukać nowego, solidnego modelu. Moją uwagę zwrócił portfel Kanken, który wtedy wprowadził właśnie portfele ( większy i mniejszy). Jeszcze wtedy był obowiązek noszenia dowodu rejestracyjnego, więc wybrałam większy model.
Sprawdził się znakomicie i mieścił wszystko, czego potrzebowałam. Jednak po czasie okazał się za duży (bo dowodu już nie trzeba było nosić). Wtedy uznałam, że sprzedam większy i kupię mniejszy. To też był strzał w 10! Używam małego i bardzo dobrze się sprawdza.
A tak wygląda mały:
Myślę, że plecak Kanken fjallraven jest świetnym wyborem na lata. Wciąż będzie modny i do tego funkcjonalny. Mój mąż nadal tej mody nie rozumie. Sam pewnie by się na niego nie zdecydował… Tymczasem właśnie spakował wszystkie rzeczy na plażę i pojechał z nim rowerem.
A tu łap przegląd Plecak do szkoły 2025
Piórnik do szkoły leży już na biurku i czeka na pierwszy tydzień września. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam zakupy szkolne – jak byłam dzieckiem, to był mój ulubiony czas w wakacje.
Dziś pokażę Wam nasze wybory – piórnik do szkoły i akcesoria papiernicze, które sprawdzają nam się od dawna.
Wciąż są popularne piórniki z gumeczkami, gdzie się wkłada pojedynczo długopisy i kredki. Taki piórnik mieliśmy w zerówce i niestety Lili nie chciało się wkładać wszystkich kredek w gumki za każdym razem, więc uznałam, że może wypróbujemy czegoś innego.
Rozglądałam się też wśród piórników z wyposażeniem i byłam lekko zszokowana, ile waży piórnik 3-poziomowy – około 950 g. To bardzo dużo, a ja chciałabym żeby dzieci nosiły jak najlżejsze plecaki, więc się na taki nie zdecydowałam.
Mamy piórnik Jeune Premiere, ale na rynku jest dużo podobnych do nich. Poniżej inne piórniki w podobnym typie.
W środku jest kilka gumek, a resztę przyborów wkłada się luźno do środka.
Myślę, że dobrze się sprawdzi w szkole.
Piórnik do szkoły – inne ciekawe modele
1.Milan KLIK
2. St. Right KLIK
3. Head KLIK
4. Herlitz KLIK
5. Coocazoo KLIK
6. Liliputiens KLIK
7.Backup KLIK
8. Strigo KLIK
9. Coolpack KLIK
10. Hama KLIK
W połowie tamtego roku kupiłam akcesoria Ooly i naprawdę jestem zachwycona jakością, nasyceniem kolorów i funkcjonalnością.
Mamy mazaki dwustronne, z jednej strony cienkie z drugiej grube (jak zakreślacze) – piękne pastelowe kolory. Dostępne TUTAJ
Mamy też kredki, które idealnie nadają się do szkoły. Zamiast 24 kredek, które zajmują więcej miejsca, jest 12 kredek, ale za to dwustronnych. Dostępne TUTAJ
W ofercie tej marki są też piękne gumki i temperówki – kupiłam taki zestaw z pączkami. Dostępne TUTAJ
Mamy też gumkę wysuwaną i bardzo dobrze się sprawdza KLIK
Mamy też brokatowe długopisy żelowe (delikatnie pachną) – jestem zachwycona ich jakością – nie przerywają i bardzo długo ich używamy. Dostępne TUTAJ
Jak skończą nam się te, to napewno dokupię kolejne. Myślę też, że doskonale nadają się na prezenty i zamawiam je bliskim dzieciom.
Szukałam sklepu, gdzie jest wszystko z marki Ooly w dobrej cenie i znalazłam TUTAJ (są najtaniej). Tylko nie wpisujcie w wyszukiwarce tego sklepu „Ooly” tylko „kolorowe baloniki” i przejrzyjcie wszystkie strony – gwarantuję, że też się zakochacie.
My potrzebowaliśmy dodatkowych kredek KLIK, nożyczek KLIK i innych akcesoriów z wyprawki. Wszystko zamówiłam na raz.
Do tego flamastry zapachowe KLIK
A tu macie świeżutki wpis Plecaki szkolne tutaj Kapcie do szkoły
Wszystko już gotowe i czekamy na wrzesień:) Jak Wasze nastroje?
Przeprowadzka już za nami i mogę odetchnąć z ulgą. Już ostatnie kartony czekają na rozpakowanie i mogę powiedzieć, że poszło sprawnie i szybko. Byłam nastawiona mało optymistycznie, a tymczasem jestem bardzo zadowolona, że tak szybko się uwinęliśmy.
Dziś mam dla Was kilka pomysłów, jak się zorganizować żeby przeprowadzka nie była za bardzo stresująca.
Do podzielenia się moimi doświadczeniami z przeprowadzką zaprosił mnie Clicktrans
My zaczęliśmy myśleć o organizacji już na miesiąc przed przewidywanym terminem. Od czego zaczęłam?
Przeprowadzka jest bardzo dobrym momentem na przejrzenie swoich rzeczy i pozbyciem się niepotrzebnych ubrań i przedmiotów.
Już na miesiąc przed – zaczęłam przeglądać ubrania dzieci i inne szpargały. Rzeczy przeglądałam pomieszczaniami. Najpierw wzięłam się za pokój dzieci. Odłożyłam wszystkie za małe ubranka i wystawiłam do sprzedania. Trochę ubrań zapakowałam do oddania. Przejrzałam też buty, zabawki i książki. Przez około 2 tygodnie wysyłałam i oddawałam rzeczy. Jeżeli też tak planujecie, to zacznijcie odpowiednio wcześniej.
Niestety dużo rzeczy też wyrzuciłam, bo nie nadawały się już do użytku. Zrobiłam też porządek w papierach. Dzięki temu do nowego miejsca zabraliśmy tylko potrzebne rzeczy. Bardzo polecam od tego zacząć – jest zdecydowanie łatwiej.
Kiedy znaliśmy już termin przeprowadzki zaczęliśmy szukać firmy, która nam pomoże przewieźć wszystkie rzeczy i tak trafiliśmy na Clicktrans. Przyznam, że wcześniej nie słyszałam o takich usługach.
Jeżeli szukacie transportu dla swoich rzeczy, auta, zwierzaka, mebli, palety, rowerów – to jest to super opcja. W serwisie są tylko zweryfikowani przewoźnicy, którzy jeżdżą po całej Europie. Wystarczy, że wpiszecie datę, ładunek, miejsce wysyłki i odbioru, a zgłoszą się do Was osoby, którym taki przejazd pasuje najbardziej. Nas zabrał duży bus jadący na pusto z Norwegii na Podlasie. Clicktrans działa też w innych krajach, nie tylko w PL, więc możecie wysyłać rzeczy za granicę.
Według mnie jest to super opcja, bo przewoźnicy nie jeżdżą na pusto i dzięki temu nie przyczyniają się do dodatkowej emisji CO2. Na miejscu też skorzystaliśmy z tej usługi żeby przewieźć nasze łóżko od babci, które stało tam kilka lat, a nie zmieściłoby się do auta.
My kupiliśmy kilka rzeczy, które wg mnie bardzo pomogły przy pakowaniu:
Worki próżniowe oszczędzają dużo miejsca:
Pakowaliśmy się w torby, walizki i plecaki.
My zaczęliśmy się pakować na tydzień przez przeprowadzką, zaczynając od NAJMNIEJ POTRZEBNYCH RZECZY. Czyli najpierw poszły w ruch książki, ubrania i buty zimowe, dokumenty itd.
WAŻNE – na koniec spakujcie się do jednej walizki, tak jakbyście jechali na wakacje, czyli: ubrania, piżamy, bielizna na 3 dni; leki, kosmetyczka, ręczniki, ładowarki itd. Będziecie mieć wszystko pod ręką zanim się na dobre rozpakujecie i nie będziecie musieli szukać po wszystkich kartonach.
Ubrania na wieszakach wkładałam po 10 do worków na gruz – dzięki temu po przeprowadzce nie musiałam wszystkiego wieszać drugi raz.
Wszystkie rzeczy podpisujcie tak: pokój do jakiego rzeczy przynależą + co jest w kartonie. To bardzo ułatwia. Napisanie: „sypialnia – dokumenty” pozwala na szybsze zlokalizowanie odpowiedniego pomieszczenia.
Podpisujcie kartony z boków. Jeżeli podpiszecie na górze i na nim będą stały inne kartony, to nie będziecie wiedzieli, co w nim jest
Lepiej mieć kartony zamykane, bo można je ustawiać na sobie. Worki warto związać sznurkiem na kokardkę – nie trzeba będzie przecinać. Torby z Ikei zawsze się przydają, ale jeżeli będziecie mieli same takie, to będzie ciężko je ustawiać jedne na drugich. Znajome pisały mi o kartonach na banany z marketów, które podobno dobrze się nadają – nam wystarczyło tych 20 kupionych.
To chyba tyle – wszystkie rzeczy zostały przewiezione bez uszczerbku, a my się rozpakowaliśmy w 1 dzień.
P.S. Jeżeli macie dzieci to na czas pakowania poproście kogoś żeby zajął się nimi – to bardzo ułatwia i sprawia, że idzie naprawdę sprawnie. Taka samo na dzień, kiedy będziecie się rozpakowywać.
p.s.2. I kupcie sobie dużo melisy/wina/kawy (niepotrzebne skreślić;)
Przyznam szczerze, od prawie 8 lat zwracam uwagę na to, co jem. Kiedyś było mi to całkowicie obojętne – kupowałam bułkę i napój energetyczny na śniadanie. Aż sama się teraz przed sobą wstydzę…
No cóż, wtedy nie interesował mnie ten temat. Do tego świadomość ludzi nie była tak wysoka jak teraz. Myślę, że na przestrzeni ostatnich lat dokonała się mała rewolucja – ludzie naprawdę zaczęli zwracać uwagę na to co jedzą.
Ja też sama siebie nie poznaję – bardzo mi zależy na tym żeby moja rodzina jadła zdrowo, a dzieci uczą się przez osmozę. Czyli jeżeli my będziemy jeść bułki i popijać je napojem energetycznym to bardzo możliwe, że dzieci też tak będą robić.
Do podzielenia się moimi sposobami na świadome i zdrowe zakupy zaprosiło mnie Auchan
Dlaczego? Produkty, które niedawno opuściły pole lub ogród mają najwięcej składników odżywczych. Sezonowe warzywa i owoce, które miały możliwość przebywać w takich samych warunkach klimatycznych jak my są najlepiej przyswajane przez nasz organizm.
Słyszeliście o tej teorii, że najlepiej nas odżywiają produkty, które rosną w promieniu 50 km od nas? Mnie ta informacja bardzo zainteresowała. W USA jest nawet nazwa dla takiej diety „100 Miles Diet”, czyli jemy produkty, które wyrosły w pobliżu 160 km. Nie mam wątpliwości, że taka dieta jest najbardziej optymalna, bo dodatkowo produkty nie przebyły długiej drogi w transporcie, a auto którym jechało nie wyprodukowało zbędnego C02. Do tego wspieramy lokalne biznesy ludzi, którzy żyją niedaleko nas.
Pamiętam jak rozszerzałam dietę Lili i chodziłam na ekobazar po brzydkie i koślawe marchewki i pasternak – już wtedy moja świadomość zaczęła rosnąć.
A teraz w Auchan możecie kupić takie produkty regionalne, od lokalnych rolników. Według mnie jest to ciekawy pomysł, bo w jednym miejscu możemy zrobić świadome zakupy. Wszystkie produkty (sezonowe i lokalne) są oznaczone logo „Pewni Dobrego”. Każdy produkt ma dokładny skład, opis produkcji i krótką historię firmy, z której pochodzi. Dzięki oznaczeniu mamy pewność, że produkty są zdrowe i lokalne. Teraz weszły pomidory i sałaty, bo jest na nie sezon, a w późniejszym czasie będą też inne produkty. Wypatrujcie ich w sklepach!
Mam całą listę składników, których unikam. Wiem, że nikomu one nie służą, dlatego mam je na cenzurowanym. Kiedyś kupowałam produkty z syropem glukozowym, olejem palmowym i glutaminianem sodu bez mrugnięca okiem. Teraz trzymam się od nich z daleka.
Mam listę takich produktów w głowie, żeby nie musieć kombinować za dużo. Na przestrzeni lat zauważyłam, że wciąż ja mam w swoim koszyku zakupowym. Dziś Wam o nich napiszę.
Zdjęcia zrobiła Małgorzata Jabłońska
Biurka dla dzieci muszą być dostosowane do potrzeb naszych pociech i wzrostu. Do tego warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów. W poszukiwaniu idealnego biurka trafiłam na kilkanaście ciekawych modeli. Pokażę Wam też jakie sami wybraliśmy.
Kiedy dzieci idą do szkoły to biurko często staje się najważniejszym meblem w pokoju. To właśnie tam będzie odrabiało lekcje i spędzało dużo czasu.
Zanim wybierzecie biurko, zastanówcie się najpierw, w którym miejscu w pokoju je postawicie. Ważne jest żeby nie siedzieć tyłem do źródła światła. Najwygodniej jest kiedy biurko stoi przodem do okna lub bokiem. Jeżeli wybierzecie tę drugą opcję – to ustawcie biurko tak aby dziecko swoją dłonią nie zasłaniało źródła światła. Czyli u dzieci leworęcznych biurko powinno stać po innej stronie niż u dzieci praworęcznych.
Do tego bardzo polecam Wam wpis, który napisałam razem z Fizjoterapeutą odnośnie prawidłowej pozycji: Siedzi prawidłowo przy biurku
Takich modeli jest niewiele – według mnie zdecydowanie lepiej jest wybrać biurko takie jak Wam się podoba, a do tego dopasować krzesło rosnące razem z dzieckiem. Tak jest o wiele łatwiej i dziecku będzie wygodniej.
Wszystko zależy od potrzeb dzieci. Niektóre biurka dla dzieci mają różne schowki i przyznam Wam szczerze, że brakowało ich Lilce w poprzednim biurku, które nie miało ich wcale. Warto zwrócić na to uwagę przy wybieraniu biurka. Możecie też dokupić małą szafkę i postawić ją z boku.
Przejrzałam cały internet w poszukiwaniu ciekawych biurek dla dzieci i pokażę Wam najciekawsze.
My wybraliśmy polskie biurko Minko KIDS BASIC. Jeszcze go nie mamy, ale wiem, że też szukacie i zależy Wam na czasie. Jest piękne, proste i ma skrytki na akcesoria.
Jak tylko do nas dojdzie, to oczywiście Wam je pokażę.
Drugie biurko, które już dawno wpadło mi w oko to Wood szczęścia (niestety jest długi czas oczekiwania).
A jeżeli szukacie krzesła do biurka rosnącego z dzieckiem to zajrzyjcie do mojego wpisu. Jest tam wiele ciekawych modeli: Krzesełko do karmienia
A Wy już macie biurka dla Waszych dzieci?
Plac zabaw w Parku Ujazdowskim w końcu jest gotowy do użytku. Długo trzeba było czekać, ale zdecydowanie było warto. Zdążyliśmy już go odwiedzić dwa razy i dziś przeczytacie o nim wiele ciekawych informacji.
Kiedy najlepiej się wybrać?
Napiszę to na samym początku żeby każdy mógł tę informację przeczytać. Wczoraj (sobota, godzina 17) byliśmy na tym placu zabaw dosłownie 7 minut. Dzieci przeszły przez dwie atrakcje, a ja miałam wrażenie, że oszaleję. Na placu zabaw było chyba 200 osób! Nie dało się korzystać bezpiecznie z atrakcji i zabraliśmy stamtąd dzieci.
Plac zabaw w Parku Ujazdowskim jest placem zabaw bardzo specyficznym – o wszystkim Wam napiszę żebyście mieli dobry obraz tego miejsca.
Co prawda jest też skierowany do dzieci młodszych, ale większość atrakcji jest od 6 do 14 lat. Oczywiście młodsze dzieci tez mogą z nich korzystać, ale za 2- latkiem będziecie musieli iść krok w krok.
Kiedy wczoraj przyszliśmy na plac zabaw to dodatkowy tłum robili rodzice, którzy szli po atrakcjach dla starszych dzieci za małymi dziećmi.
Tłum powodował we mnie ogromny stres, bo dzieci zjeżdżały i znikały rodzicom z oczu. Przez tę ilość osób nie byłam w stanie szybko zbiec po schodkach żeby Julka złapać na dole po zjeździe ze zjeżdżalni.
Dodam też, że na środku placu jest ogromna dziura (około 4 m głębokości), do której przez nieuwagę i duży ruch można wpaść.
Przyznam szczerze, że jak stamtąd wczoraj szybko uciekliśmy miałam mieszane uczucia. Nie czułam się tam z dziećmi bezpiecznie, przez tę ilość osób i trudne atrakcje.
Plac zabaw w Parku Ujazdowskim to jest tez miejsce, gdzie raczej nie odpoczniecie na ławeczce;) Będziecie chodzić za dzieciakami i im pomagać, co oczywiście jest świetne, ale jak jesteście zmęczeni po całym dniu, to lepiej wybierzcie inny termin.
Ale nie mogłam się wyprowadzić z Warszawy bez ponownego sprawdzenia, więc dziś (niedziela) byliśmy tam już o 8.30. Chciałam przetestować ten plac zabaw i zobaczyć, jak będzie bez tłumu.
Oprócz nas były dwie osoby, więc praktycznie mieliśmy cały plac zabaw dla siebie i powiem Wam szczerze, że zmieniłam o nim zdanie.
Plac zabaw w Parku Ujazdowskim jest chyba jedynym placem w Warszawie, gdzie starsze dzieci (6-14 lat) będą miały atrakcje adekwatne do umiejętności. Niektóre z nich wymagają skupienia, mobilizacji i precyzyjnych ruchów. Lilka była zachwycona, bo większość placów zabaw jest dla niej raczej prosta – tu była mocno zainspirowana.
Tak wygląda mapa placu zabaw:
Jest strefa z piaskownicami dla młodszych dzieci, proste drabinki i zjeżdżalnie. Są też tunele do przechodzenia. W domku jest też imitacja piecu kaflowego i pieca do pizzy (super do zabaw tematycznych, więc weźcie zabawki do piachu). Na środku jest też łódka z żaglem. Projektanci pomyśleli też o cieniu w piaskownicy.
Dalej są strefy dla starszych dzieci 6-14 lat i one są naprawdę ciekawe! Można chodzić, wspinać się, zjeżdżać, co kto lubi!
Na środku jest wspomniana dziura – mimo tego, że dziś bez tłumów fajnie się z niej korzystało, to jednak trzeba uważać na maluchy, które mogą zaplątać się we własne nogi i tam wpaść.
Plac zabaw jest w środku parku i jest osłonięty drzewami.
Gdzie parkować i jak dojechać?
Komunikacją miejską dojedziecie bez problemu, sprawdzcie na jakdojade.pl
Najbliższy przystanek to Ulica Piękna. Wejście do parku najbliżej jest Alei Róż (na przeciwko tej ulicy jest brama do parku_
Jeżeli jedziecie autem to zaparkujcie na Alei Róż, Pięknej lub Chopina i kierujcie się do wejścia na przeciwko Alei Róż. Po wejściu kierujcie się w lewą stronę.
To tyle! Plac zabaw w Parku Ujazdowskim jest naprawdę ciekawy i myślę, że długo będzie popularny. Jeżeli będziecie wybierać dzień to postarajcie trafić w godziny bardzo poranne. Wtedy w pełni skorzystacie z tego miejsca.
A jeżeli szukacie innych placów zabaw to koniecznie przeczytajcie mój wpis: 10 najlepszych placów zabaw w Warszawie
Kiedy tylko ktoś się dowiaduje, że Lila uczy się chińskiego, robi wielki oczy i w sumie nie wie co odpowiedzieć. Wyobraża sobie, że stoimy nad nią z bacikiem i wmuszamy niemożliwe do wymówienia słowa. Język chiński postrzegany jest jako bardzo trudny.
Jak to się stało, że zapisałem się z Lilą nie na angielski ale właśnie na chiński? Wiedziałem jedno – język chiński to język toniczny – z tego względu najlepiej zacząć od małego.
Oto jakie miłe niespodzianki czekały na nas jak już liznęliśmy ten język:
Nawet nie odważę się jednoznacznie podsumować ile czasów ma język angielski – 12? 16? No zmora. Naukowcy sami spierają się o ostateczną liczbę. Aby się nimi posługiwać – jesteśmy zmuszeni uczyć się reguł tworzenia każdego z nich. Musimy opanować kiedy, który jest adekwatny. Ilość nieregularnych form czasowników zabija. Wyobraź sobie więc, że w chińskim musisz opanować czasownik tylko w 1 formie (słownie: JEDNEJ). Nie ma czasowników nieregularnych. Podoba się? Po to by umiejscowić zdanie w konkretnym czasie, wystarczy użyć w zdaniu odnośnika czasu – jutro, wczoraj, miesiąc temu…. Da się??
Co za tym idzie – mówisz „ja, ty, on, ona, ono, my, wy, oni… pisać”. Ile godzin wkuwania reguł i form nieregularnych zaoszczędzone? Umówmy się, angielski też poszedł w podobnym kierunku i zachowało się niby tylko szczątkowe -s w 3ciej osobie, ale język chiński jest tu jeszcze bardziej bezkompromisowy i odmieniać przez osoby nie trzeba wcale ale to wcale.
Choć istnieją co prawda zaimki on/ona – ale to właściwie wszystko w tym temacie. Tu na chwilę oddalę się od angielskiego ale kto liznął niemieckiego czy hiszpańskiego wie – ile czasu trzeba poświęcić na zapamiętanie jakiego każdy jeden rzeczownik jest rodzaju? La luna, das Madchen… W chińskim za to nic, nul, nada…
Odmiany brak. Przymiotnik opisuje stojący po nim rzeczownik, nie potrzebuje form: miła, miły, miłego, miłych itp. Jedna forma obsługuje wszystkie, które jesteśmy w stanie wymyślić. Choć tu muszę oddać honor – angielskiemu też wystarczy jedno nice.
Oj po prostu mówisz czy 2, czy 57, czy dużo, czy mało – po co tu jeszcze coś gmerać przy rzeczowniku albo jeszcze wymyślać jak Anglicy nieregularne formy?
Dla nas Słowian nawet ogarnięcie „a” czy „the” jest nowinką. Spoglądając na der, die, das, des, dem, den… Brrrr.
Chińczycy również nie przygarnęli tego bajeru. Znów parę godzin zaoszczędzonych na wkuwaniu, że:
„Przedimek nieokreślony wstawiamy przed rzeczownikiem w liczbie pojedynczej, kiedy po raz pierwszy o czymś mówimy, natomiast przedimek określony wrzucamy przed rzeczownik, jeśli wiadomo, o czym mówimy, czyli gdy już określiliśmy daną rzecz, osobę, itd.” Pffffffff
SVO – Subject, Verb, Object – tu za to chiński jest bardzo sztywny – nie można zamieniać wyrazów miejscami. I brawo! My też używamy kolejności Podmiot, Orzeczenie, Dopełnienie więc będzie to dla nas prościzna.
Po co używać ciał niebieskich i jak skojarzyć, że Dzień Słońca to akurat niedziela a Dzień Saturna to sobota (Sunday, Saturday etc.). Po co wkuwać nazwy miesięcy w przeróżnych systemach jeśli można zrobić tak jak Chińczycy – bez obcyndalania:
„tydzień 1” – poniedziałek
wtorek to uwaga…. – „tydzień 2”
„tydzień 3” – środa, itd….
„1 księżyc” – styczeń
„2 księżyc” – luty, itd…..
Lila więc muszę przyznać wcześniej opanowała dni tygodnia i nazwy miesięcy po chińsku niż po polsku…
Czy naprawdę muszę się rozpisywać, że widząc angielskie słowo – tak naprawdę nie mamy pojęcia jak je prawidłowo wymówić? W przeciwieństwie do polskiego, gdzie po opanowaniu kilku zasad – każde nowe słowo jakie zobaczymy zapisane – wiemy jak wymówić. Jeśli chodzi o angielski to, że tak to ujmę – this is not the case… Wbrew pozorom, język chiński tu się wiele od angielskiego nie różni, też są w nim znaki, które czytamy tak samo i na widok których mamy podobną szansę odgadnięcia wymowy jak w angielskim?
Zarówno w angielskim jak i w polskim używamy różnych tonów. U nas wskazują one na to czy zdanie jest np. pytające. W ilu wariacjach możesz wymówić: „Really?” „Really!” Reaaaaally…”, „Naprawdę?”, Naprawdę!” – z przekonaniem, z sarkazmem, z powątpiewaniem itp., itd.
Jest to więc mechanizm naszym uszom doskonale znany, tyle że do czego innego używany. Dlatego po prostu lepiej zacząć w dzieciństwie, by mózg ogarnął, że można tego używać jako nośnika różnego znaczenia.
a jak istotna jest nauka tonów zobaczcie tu:
Zero!
Teraz będzie coś świętokradczego – a gdyby tak nauczyć się języka bez uczenia się systemu pisma? Absolutnie do tego nie zachęcam, to pozbawianie się połowy tego świata. Mówię tylko, że gdyby pominąć etap nauki znaków – mówić i porozumiewać się po chińsku można naprawdę szybciej niż jakimkolwiek bliskim nam językiem indoeuropejskim. Bariera wejścia i rozpoczęcia efektywnej komunikacji jest szalenie niska.
Dlaczego zachęcam do nauki znaków? Mimo tego że jest ich kilkadziesiąt tysięcy, przeciętny Chińczyk, kiedy tylko opanuje raptem 1500 – 2000 znaków – uznawany jest za biegłego w piśmie. Taki zasób szacuje się pozwala zrozumieć 98% tekstów.
Dzieje się tak też dlatego, że dużo słów – to po prostu słówka złożone. Bierzemy znak oznaczający król i syn – i otrzymujemy wyraz książę
sekret + numer = hasło
elektryka + mózg = komputer
elektryka + drabina = winda
Sama nauka znaków jest dla dziecka bardzo rozwijająca. Dziecko kaligrafując znaki pobudza drugą półkulę mózgową – jest to więc dla młodego adepta – doskonała mózgu gimnastyka. Chińczycy zresztą traktują kaligrafię jak dziedzinę sztuki. Mamy więc combo – naukę języka, ćwiczenie koordynacji ręka-oko i zajęcia plastyczne w jednym.
Podobnie toniczność języka. Użytkownicy obu – i angielskiego i chińskiego – podczas badania – wykazywali aktywność lewej półkuli. Jednak, użytkownicy chińskiego – wykazywali oprócz tego również aktywność prawej półkuli – w rejonie odpowiedzialnym za rejestrowanie muzyki. Wszystko dzięki tonom. Znów więc dostajemy w bonusie pobudzenie nowych połączeń w mózgu.
Wikipedia podaje że język chiński to język ojczysty dla ponad 1,3 miliarda ludzi. Język angielski to według tego samego źródła ponad 3 razy mniej – raptem 372 miliony (choć aby być fair trzeba odnotować, że biorąc pod uwagę ilu ludzi posługuje się tymi językami jako wyuczonym drugim językiem – tu angielski nie oddaje pola).
Jeśli liznąłeś w życiu kilku języków, wiesz jak łatwy się wydaje do nauki język angielski. W porównaniu choćby do najbliższych mu innych germańskich to kaszka z mleczkiem. Romańskich a już najbliższych nam słowiańskich nie wspominając… Czytałem kiedyś artykuł, który udowadniał, że jednym z powodów „łatwości” języka angielskiego, jest fakt, iż na przestrzeni dziejów, Anglicy wchłonęli sporą liczbę pomniejszych ludów.
Z każdym takim podbojem, pod płaszcz angielskiego, trafiała grupa zupełnie nowych użytkowników, którzy przyswajając sobie nowy język, gubili obce im i niewygodne koniugacje, deklinacje etc. Jako, że tych różnych grup parę w historii angielskiego się zdarzyło – na koniec dnia – język ewoluował prężnie i adaptował chętnie wszelkie uproszczenia zgodnie z regułami ekonomii języka.
Historia Chin to jeszcze o niebo większa od Anglii, historia inkorporowania do Państwa Środka pewnie setek pomniejszych ludów. Tu też analogicznie oznaczało to przemożne dążenie do upraszczania.
Słowo na koniec – jasne, mogę łatwo napisać odwrotny wpis. Pokazać w jakich 10 aspektach to angielski jest łatwiejszy. Celem powyższego wpisu, jest odczarowanie chińskiego. Pokazanie że można i że warto. Większość z nas tkwi w przeświadczeniu że to jakaś niemożliwa do nauczenia chińszczyzna. Tymczasem gdyby mi ktoś wcześniej pokazał, że istnieje język, w którym właściwie trzeba się tylko nauczyć słówek! Gdzie bez żadnych skomplikowanych odmian – można ot tak rozmawiać – już dawno bym się go nauczył?
A po nasze najlepsze tricki działające przy nauce wszelkich języków zapraszamy tutaj – a tu łapcie Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny
a tu Rosyjski alfabet w 15 minut.
A może chcecie zrobić o języku chińskim edukacyjny Lapbook?
Plecak do pierwszej klasy już stoi w kącie pokoju naszego 7-latka. Codziennie jest mierzony, oglądany i tak szczerze – właściciel nie może się doczekać początku września.
W dzisiejszym wpisie dowiecie się na co zwracać uwagę przy wyborze plecaka, a do tego przygotowałam Wam zestawienie najciekawszych modeli (nie tylko do pierwszej klasy).
Płatna współpraca z marką:
Wszystkie plecaki wygodnie znajdziecie na jednym ekranie pod tym linkiem – TUTAJ
Dla naszego pierwszaka wybraliśmy ten model plecaka KLIK – jest dostępny w różnych kolorach. Możecie też go zamówić w zestawie z workiem i piórnikiem KLIK
Zamówiłam go z darmową wysyłką w Amazon Prime. Przyszedł na drugi dzień i jest idealny pod każdym względem:
Jeżeli macie starsze dzieci to listę z inspiracją dla starszych łapcie TUTAJ
Podczas szukania plecaka do pierwszej klasy moją uwagę przykuł ten zestaw KLIK. Zamówiłam z Amazon Prime (z darmową dostawą), bo chciałam go przymierzyć. Niebieski, sztywny plecak jest bardziej dostosowany do obecnych potrzeb. Ale dla starszych dzieci jest to świetny wybór, w dobrej cenie. Ma mnóstwo kieszonek, ergonomiczne plecy z wkładką przeciw poceniu. A w zestawie macie piórnik i worek – no ideał! Do tego ma piękne wzory dla chłopców i dziewczyn.
A tutaj łapcie wpis Kapcie do szkoły
Jeżeli wpis okazał się pomocny, to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam!
tu macie nasz tegoroczny wybór na Lunchbox i bidon 2025 a tu Plecak do szkoły 2025
15 lat minęło szybko. Myślę, że nawet za szybko. Ostatnie lata, miesiące, dni były jak w kołowrotku. Miałam wrażenie, że wstaję i już się kładę zmęczona do łóżka, a znów więcej o jeden dzień w mojej nieskromnej już metryce. Razem podjęliśmy decyzję, że mówimy STOP.
Ta miłość od początku była trudna. Mimo tego, że na większość rzeczy przymykałam oko, to w końcu moje zasoby się skończyły. Zamiast zalet zaczęłam dostrzegać więcej wad. Czułam, że marnuje swój czas.
Na początku, wiadomo – zauroczona chłonęłam wszystko. Był nawet moment, że się zachłysnęłam tym wszystkim, co potrafi zaoferować. Brałam tak dużo, że nie widziałam jakim kosztem. Byłam pewna, że moje dzieci są szczęśliwe, ale wtedy przyszedł pewien pochmurny dzień, kiedy siedzieliśmy razem w kuchni przy filiżance herbaty i rozmawialiśmy o naszej przyszłości.
Czy było mi trudno? Nie! Wiedziałam, że to jest tylko etap w naszym życiu. Rozstajemy się bez żalu, z wielkimi nadziejami na lepsze dni.
Wielu osobom nasza decyzja wydaje się szalona, a my w końcu odetchnęliśmy z ulgą. Może się starzeję i stąd te zmiany? A może jest to etap w życiu każdego człowieka? Tylko nie każdy decyduje się na taki odważny krok.
Ja miałam dość i czułam, że się duszę (czasem nawet dosłownie od stężenia benzopirenów;). I kiedy nasza decyzja już zapadła, to poczułam się znów szczęśliwa, że nie będę musiała się martwić o naszą przyszłość.
Tak więc, żegnaj Warszawo – to było dobre 15 lat, ale już wystarczy. Czas na nowy etap w Zielonych Płucach Polski.
p.s. Nie martwcie się, do Warszawy wciąż będziemy przyjeżdżać i opisywać dla Was wszystkie piękne miejsca. W końcu to tylko 1,40 h trasą S8.
Też widzicie w tytule dwa przeciwstawne słowa?;) Dzieci + odpoczynek, to się chyba nie może udać? Wróciliśmy niedawno z wakacji w Kołobrzegu i powiem szczerze, że pierwszy raz udało nam się odpocząć. A jak tego dokonaliśmy napiszę w poście poniżej.
Każdy z nas ma inne definicje odpoczynku. Powiedzmy sobie o tym szczerze – dla mnie odpoczynek to:
Tak wyglądały moje wakacje sprzed dzieci, mój mąż również te „aktywne” pasje podziela i doskonale odnajdywaliśmy się na wspólnych wypadach wakacyjnych.
Z naszych ulubionych sposobów odpoczynku zostały tylko strzępki, urywane gdzieś na drzemce lub wieczorem, kiedy padamy na twarz. Myślę, że ludzie którzy aktywne spędzali swoje wakacje przed dziećmi mają znacznie łatwiej, są przyzwyczajeni do takiej dynamiki.
Tak naprawdę wakacje z dziećmi niewiele zmieniają. Nadal opiekujemy się dziećmi, nadal rozwiązujemy konflikty i nadal musimy je ubrać, nakarmić i pilnować. Zmienia się tylko miejsce gdzie to robimy.
Ja na wakacjach z dziećmi mówię, że odpoczywam! Odpoczywam od: prania, sprzątania i gotowania. To mi nawet wystarcza;)
Ale z ostatniego wyjazdu do Kołobrzegu wróciliśmy naprawdę wypoczęci – teraz widzę to wyraźniej dlaczego tak było. Zaprosił nas Hotel Aquarius żebyśmy sprawdzili, czy faktycznie jest to możliwe.
W styczniu odwiedziliśmy Aquariusa (relacja z naszego pobytu KLIK) po raz pierwszy i było świetnie. Zupełnie nam nie przeszkadzało, że jest zima. Podobało mi się, że miasteczko jest wyludnione i nie ma tłumów. No i pierwszy raz w życiu byłam zimą nad Bałtykiem.
My dopiero niedawno odkryliśmy, że wyjeżdżając z innymi rodzicami jest zdecydowanie łatwiej! Dzieci bawią się same, a my możemy spokojnie pogadać. Do tego jak dzieci są odrobinę starsze to czasem nawet 1 rodzic może zostać ze wszystkimi dziećmi, a reszta może odpocząć.
Jak wyjeżdżamy tylko we czwórkę to jesteśmy wieczorem tak zmęczeni, że nawet nie chce nam się wdawać w zawiłe konwersacje, tylko marzymy o tym żeby chwilę pomilczeć. A ze znajomymi jest inaczej: dzieci śpią w pokoju z jednym rodzicem, a drugi może wyjść z koleżanką na pogaduchy do baru.
Ja na ten wyjazd jechałam bez specjalnych nadziei, że będę na plaży czytać w spokoju książkę. A tymczasem, dzięki spontanicznym decyzjom udało się i to. Gdybym założyła sobie, że przeczytam Shantaram na wakacjach z dziećmi to byłabym sfrustrowana, a dzięki obniżonym oczekiwaniom byłam przeszczęśliwa, jak dzieciaki były na animacjach, a ja czytałam przez 2 h!
Jeżeli tak jak ja lubisz poleżeć z książką i mieć tylko oko na dzieci to wybierz hotel z atrakcjami dla dzieci. Dzieciaki będą wniebowzięte, a Ty naprawdę odpoczniesz. W Aquariusie były animacje codziennie w różnej tematyce i każdy mógł dobrać coś pod siebie. Był trening piłki nożnej, warsztaty decupage, pieczenie babeczek, dyskoteka, a wieczorem codziennie kino dla dzieci.
Jednego dnia wypożyczyliśmy też rowery z hotelu i wybraliśmy się na wycieczkę – super sprawa! Podczas naszego pobytu była impreza dla dzieci: Kolorowe Otwarcie Lata: był koncert, animacje i festiwal kolorów holi.
W tamtym roku prze nieuwagę zarezerwowaliśmy hotel w Budapeszcie, który nie jest odpowiedni dla dzieci. Byliśmy tam tylko dwie noce, a strasznie się w nim wymęczyliśmy. Ciężko udawać, że dzieci to dorośli i nie czuliśmy się tam swobodnie.
Teraz zawsze sprawdzam, jakie są udogodnienia dla rodzin, bo na wakacjach chciałabym się czuć spokojnie. Inni rodzice są też bardziej wyrozumiali kiedy dziecko płacze w restauracji. Podczas naszego wyjazdu w hotelu były prawie same rodziny z dziećmi, więc czasem wystarczyło jedno miłe spojrzenie do mamy, której syn wylał sok na spódnicę. Od razu jest raźniej!
Trafiliśmy w tym roku na niezbyt ładną pogodę nad Bałtykiem. Owszem można spędzić jeden dzień w pokoju z dwójką dzieci na głowie. Ale tydzień? Byłoby ciężko. W Aquariusie byliśmy, jak było -10 stopni, więc wiedzieliśmy, że tam się nie będziemy się nudzić w razie niepogody. Dwie sale zabaw dla dzieci, plus basen i animacje zapewniały dzieciom tyle atrakcji, że na wszystko nie starczało czasu.
Moje dzieci uwielbiają pluskać się w wodzie basenowej (niestety nie przepadają za kąpielami w zbiornikach wodnych) i zawsze zwracam uwagę, czy będziemy mieli do nich dostęp. Kilka godzin w basenie sprawia ogromną frajdę, a do tego nieźle męczy (i dzieci szybciej zasypiają;). Podczas tego wyjazdu byliśmy codziennie na basenie! p.s. Na dzieci w hotelu czekają aquariusowe piłki, szlafroki, a nawet kapcie.
Nasi znajomi byli rok temu na Sycylii z dwójką małych dzieci w designerskim hotelu. Kolacja była podawana od 20! Niektóre dzieci już o tej porze śpią. Do dziś wspominają, jak poprosili dla córki „polpetta”, mając nadzieję na pulpeciki. Wyobraźcie sobie reakcję córki, która czekała ponad godzinę na swoją kolację i dostała wielki krwisty steak.
W czasie naszego wyjazdu jedliśmy głównie w hotelu (śniadanie i obiadokolacja jest w cenie). Jedzenie było przepyszne, bardzo różnorodne i dostosowane do potrzeb dzieci, a co najważniejsze w formie bufetu. Nie wiem czy Wasze dzieci też tak mają, ale nasze jedzą dość szybko i po 10 minutach chcą wychodzić. Na szczęście w rogu restauracji jest kącik zabaw. Dzięki temu nie musieliśmy się spieszyć. Dla dzieci były nawet na deser lody.
Za każdym razem jak wychodziłam z dziećmi z pokoju miałam ze sobą gazetę lub książkę. Dzieciaki tak się zajmowały na animacjach lub sali zabaw, że naprawdę miałam czas dla siebie. Nie wiem kto projektował salę zabaw w Hotelu Aquarius, ale chyba był rodzicem. Można czytać i pić kawkę, mając dzieciaki na widoku, za szybą. Love Aquarius🙂
W Warszawie chodzimy codziennie na plac zabaw, więc moje dzieci są do tego tak przyzwyczajone, że bez niego czują się dziwnie. Tam wyładowują prawie całą energię i cieszą się z bycia na zewnątrz. W czasie naszego wyjazdu codziennie korzystaliśmy z drabinek i huśtawek.
Każdy ma do tego prawo i wcale nie trzeba przebywać ze sobą non stop. Czy to samotny spacer, czy może masaż. Zależy, co kto lubi. Ja wybrałam się na zabieg na twarz. Już dawno nie leżałam w dzień ponad godzinę. A do tego efekt po nim był rewelacyjny i utrzymuje się do dziś. Jeżeli będzie w tym hotelu, to wybierzcie się do strefy SPA – kosmetyczka sama dobrała mi zabieg (V-lift) i w tym czasie zrelaksowałam się maksymalnie.
Muszę przyznać, że w czasie tego wyjazdu naprawdę odpoczęłam, a dzieci wspominają nasz pobyt do dziś. A Wy jaki macie styl odpoczynku z dzieciakami?
Dwa razy w roku przychodzi taki moment, że mam wielką ochotę wywalić wszystko z szafek, przejrzeć ubrania, przymierzyć zapomniane sweterki i przemyśleć, czy na pewno tego potrzebuję.
Jak wiecie nasze mieszkanie ma 50-metrów i nie jest z gumy. Nie jestem też typem zbieracza i od zawsze sprzedaję, oddaję i wymieniam ciuchy, zabawki i inne rzeczy. Robię to regularnie i sprawia mi to ogromną radość.
Mało tego, mam wrażenie, że po takie wyprzedaży o wiele ostrożniej podchodzę do kolejnych zakupów i mocniej się zastanawiam, czy jest to mi potrzebne.
Dziś zdradzę Wam moje sposoby i sekrety, jak robić to skutecznie.
Zacznę od trochę innej strony, ale wg mnie jest to jeden z ważniejszych aspektów udanego wyprzedawania.
Tak, to prawda!
Ja często kupując daną rzecz, myślę o tym jak wyjdę z tej „inwestycji”. Wiem, że jak kupię droższą, markową rzecz, to jest bardzo duża szansa na to, że jak moje dzieci wyrosną np. z kaloszy to wiem, że je szybko sprzedam i nie będą mi zalegać w szafie.
Dzieje się tak dlatego, że kupują to co znają lub marzy im się lepsza marka. Szkoda im pieniędzy na nowe lub uważają, że nie ma co kupować. Ja też tak czasami robię i np. kalosze Bisgaard kupiłam Julkowi na OLX.
Nowe kosztują 170 zł, a te kupiłam za 50 zł. Mało tego, wiem, że za rok jak Jul wyrośnie też sprzedam je za 50 zł. Wiele ludzi właśnie tak robi. Kupują na portalach aukcyjnych, używają, a później sprzedają za tyle samo lub nawet drożej.
Dla przykładu kupiłam kiedyś kalosze w Decathlonie, niemarkowe – zupełnie normalne za 30 zł. Julek pochodził w nich rok, miały kilka śladów użytkowania, bo jednak jakość była gorsza. Wrzuciłam je na OLX za pół ceny (15 zł) i nikt ich nie chciał. Więc tak naprawdę 30 zł wydałam i do mnie nie wróciły.
Ludzie naprawdę szukają markowych ubrań i one sprzedają się bardzo szybko. Dlatego zaglądają na takie portale żeby mieć coś ekstra za małą kasę. Daje to bardzo dużą satysfakcję i zaspokaja łowczy instynkt.
Kiedyś po Lilce odkładałam prawie wszystkie ubranka dla „przyszłego rodzeństwa”. Urodził się Julek i przez 4 lata ubranka zdążyły pożółknąć i nawet wyjść z mody (!). Kiedy wzięłam się za wyprzedaż nikt tego już nie chciał i straciłam sporo pieniędzy. Dlatego teraz sprzedaję ubrania, buty, zabawki itd. regularnie. Często coś jest w modzie teraz, a za rok już nie i wtedy będzie mi to zalegać w szafie. Staram się robić też sezonowe wyprzedaże, czyli przed zimą sprzedaję ciepłe rzeczy, a latem letnie.
Weźmy np. OLX – warto zwracać na to uwagę. Jeżeli mamy już odłożone rzeczy na sprzedaż (dodam, że ja sprzedaje tylko te lepsze rzeczy, takie sprzed kilku lat, których sama bym od kogoś nie kupiła nie sprzedaję, tylko oddaję).
Takich fotek nie róbcie! One zniechacaja! Zrobione przy świetle sztucznym, wygniecione, podłoga świeżością nie grzeszy (nie hejtujcie, zdjęcie stylizowane;), w rogu nocnik.
Te same spodnie, położone na jasnym kocyku, przy oknie w dzień.
Tak wygląda szerszy kadr
Zdjęcia na wieszaku zawsze lepiej wyglądają. Ja zawieszam na szufladzie komody.
Szerszy kadr tego samego zdjęcia wygląda tak:
Opis: w tytule napisz rozmiar, markę itd.
W opisie możesz napisać wymiary, jeżeli ich nie napiszesz to jest duże prawdopodobieństwo, że ludzie będą prosić o zmierzenie (czasami jest to upierdliwe;).
Ważne! Ludzie zwracają uwagę nie tylko na kondycję ubrania, ale też chętniej kupują jeżeli zadeklarujecie, że w Waszym domu nikt nie pali i nie ma zwierząt. Jeżeli tak jest, to zadbajcie żeby nie było śladów na ubraniu. Możecie też napisać, w jakim środku pierzecie (Lovela jest zawsze mile widziana).
Jakie marki dobrze się sprzedają: polskie! To jest fenomen – sama też takich szukam z drugiej ręki, bo je znam, wspieram polski rynek, a do tego wiem, że są zazwyczaj dobrej jakości. Dużo osób szuka też np. starszych kolekcji (ja też!)
Ja robię często paczki i tam dodaję markowe ciuchy i niemarkowe. Wtedy jest większa szansa na sprzedaż np. 5 body rozmiar 62 ( i tam np. Newbie, a reszta Next) i całość za 50 zł.
W kolejnym wpisie (myślę, że w przyszłym tygodniu) napiszę o tym, gdzie oddawać ubrania, zabawki, książki dla potrzebujących lub jak wymieniać ubrania bezgotówkowo.
Jeżeli coś Was jeszcze interesuje to koniecznie dajcie znać.
Mogę przyznać, że najwięcej wiedziałam o dzieciach, kiedy ich nie miałam. Chwila pokory przyszła już w szpitalu, niedługo po porodzie. Okazało się, że teorie owszem mogą być pomocne, ale bardzo często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Najwięcej uczymy się na błędach i ja dzięki temu, że je popełniłam – jestem teraz mądrzejsza. Nie patrzę też na nie jako porażkę, tylko szansę do rozwoju.
No cóż, teraz postąpiłabym zupełnie inaczej, ale może moje doświadczenia Wam się przydadzą.
Do podzielenia się moimi przemyśleniami zaprosił mnie Lajkonik
Nie wiem dlaczego, uznaliśmy sobie za punkt honoru, że nasze pierworodne nie będzie z nami spało. Pamiętam te noce, kiedy wstawałam po 8 razy żeby je nakarmić. Przysypiałam na fotelu, a później odkładałam dziarsko do łóżeczka. Za pół godziny znów to samo. Poranek zaczynałam od policzenia ilości pobudek w nocy: 4 to był lajt, a rekord 13. Nie wiem, jak przetrwałam tamten czas. Ale przy drugim dziecku byłam mądrzejsza i spało z nami. Przesypiałam noc z małym ssakiem obok i byłam naprawdę wyspana.
To był też jeden z punktów mojej rodzicielskiej listy, który z dumą chciałam zrealizować. Wyobrażałam sobie, że będę piec eko ciasta i robić kulki mocy. Jednak rzezczywistość okazała się inna. Przy pierwszym dziecku uważałam, że wszystkie słodycze są na cenzurowanym i przez to mieliśmy sporo nieprzyjemnych sytuacji: w sklepie, u koleżanki na urodzinach, podczas podróży. Pamiętam jak na imprezie rodzinnej moje dziecko dosłownie rzuciło się na żelki, bo nigdy ich nie widziało. Zadziałała teoria zakazanego owocu i przez to słodycze kusiły znacznie bardziej.
Teraz uważam, że nie sztuką jest zabronić. Znacznie trudniej jest nauczyć dziecko, że wszystko jest w porządku w umiarze. Dlatego przy drugim dziecku już nie popełniłam tego samego błędu i raz na jakiś czas kupuję małe co nieco. Staram się wybierać świadomie takie, które nie są bardzo słodkie, bez oleju palmowego i syropu glukozowo-fruktozowego. Z tego powodu często wybieram właśnie przekąski Lajkonik.
Przy pierwszym dziecku byłam tak niepewna siebie i swoich wyborów, że byłam bardzo krytyczna. Każdą porażkę odnosiłam do moich złych decyzji i ponosiłam za to duże konsekwencje. Nie wiem z czego to wynikało, ale nie czułam się wystarczająco dobrą matką. Przy drugim dziecku już było inaczej, czułam, że mam tę moc, którą sama w sobie wyzwoliłam. Przestałam krytykować siebie i polubiłam tę dziewczynę.
Pierwsze dziecko jadło tylko według metody BLW. Jednak muszę przyznać, że była to bardzo ortodoksyjna odmiana, bo NIGDY nie nakarmiłam córki łyżką. Przysporzyło nam to sporo: bałaganu, ćwiczeń cierpliwości przy zjadaniu groszku palcami i plam na obraniach. Ale było warto! Przy drugim dziecku trochę z lenistwa, a trochę z obserwacji dziecka postanowiłam wprowadzić papki (a nawet słoiki). Dodam, że przy pierwszym nigdy nawet takiego wynalazku dla leniwych nie korzystałam. A przy drugim dziecku stałam się mamą w stylu SMART i uznałam, że przecież to nic złego. Młodszy ma się dobrze, a je więcej niż starsza siostra, która teoretycznie powinna być smakoszem.
Och, ile to mi nerwów przysporzyło! Byłam niepewna siebie i swoich wyborów, dlatego słuchałam różnych rad. Pamiętam jak kiedyś ktoś mi doradził żeby nauczyć dziecko samodzielnego zasypiania. Poddałam się tej głupiej „modzie” i tylko się frustrowałam, że moje dziecko samo nie zasypia. No wiecie co? Aż mi przykro, że mogłam posłuchać takich rad!
Ok, sama siebie nie poznaję, ale kiedyś tak było. Kiedy dziecko zasypiało, to ja latałam na szmacie, zbierałam zabawki, odkładałam na miejsce. Bardzo się frustrowałam, że po godzinie nie było widać mojej pracy. W sobotę wyprawiałam tatę z dzieckiem na długi spacer, a sama przez kilka godzin sprzątałam.
Sprzątałam i byłam zła, że tak to wygląda. Przy drugim dziecku było już zupełnie inaczej – odpuściłam porządki. Uznałam, że nie ma sensu się denerwować. Wolę wyjść z dziećmi na piknik lub plac zabaw, a posprzątać pod wieczór lub nawet rano. Do tego zatrudniłam tez pomoc, która mi pomaga i czuję się z tym wspaniale.
Właśnie tak. Tak bardzo skupiałam się na dziecku, że moje potrzeby spychałam na sam koniec. Z perspektywy czasu wiem, że to był błąd. Bo ja się bardzo źle z tym czułam i nie czerpałam radości z bycia mamą. Wtedy to były dla mnie tylko wyrzeczenia. Teraz jest zupełnie inaczej – uważam wręcz, że mama MUSI zadbać o czas dla siebie, dla dobra jej i dzieci.
No może trochę mniej niż w czasach kiedy ich nie miałam;) Mimo tej całej niepewności wydawało mi się, że teoria, której nauczyłam się na studiach pedagogicznych daje mi ogromną wiedzę. Teraz wiem, że teoria teorią, a w życiu jest inaczej. Kiedy sobie to uświadomiłam, to odczułam dużą ulgę i w końcu macierzyństwo cieszyło mnie bardziej.
Z pierwszym dzieckiem wychodziłam na spacery i kiedy zasnęło to chodziłam dalej. W ten sposób 2 h chodziłam po pobliskich sklepach i parku. Przy drugim dziecku byłam mądrzejsza – od samego początku usypiałam je w domu i dzięki temu miałam o wiele więcej czasu dla siebie. A kiedy zasnęło na spacerze, to dosłownie biegłam do domu, bo wiedziałam, że będę mogła odpocząć.
Przy pierwszym dziecku chciałam szybciej przejść przez wszystkie okresy. Marzyło mi się żeby już było większe. A przy drugim chce się zatrzymać czas, wykorzystać go w 100 %. Odpuszcza się wiele rzeczy, po to żeby pobawić się klockami, pohuśtać dłużej na huśtawce a nawet ponosić na rękach 16- kilowego smyka. A prawie 7-latkę dalej usypiać śpiewając kołysanki.
A jak u Was? Też widzicie swoje błędy, na których nauczyłyście się najwięcej?
A teraz robię to w dwie minuty i wszystko do siebie pasuje. Kiedyś moja szafa wyglądała jak sklep w czasie wyprzedaży – niby wszystko jest, ale i tak ciężko coś sensownego wybrać. Ubrania nie mieściły mi się w szafie, miałam 20 bluzek, a rano i tak byłam zła, że przebieram się po kilka razy.
Nie umiałam się ubrać odpowiednio do mojej sylwetki i tak naprawdę to nie interesowałam się tym tematem. Mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie przywiązywałam uwagi do ubioru. Natomiast wkurzało mnie to, że mam masę ubrań, których nie noszę, a nadal nie mam w się co ubrać.
Aż któregoś dnia to się zmieniło – nie potrafię wyznaczyć cezury tych zmian – wydaje mi się, że to był proces, który trwał około 2 lat.
Obserwowałam też styl moich przyjaciółek, znanych osób, czy autorek blogów i zaczęłam wybierać sobie z tego konkretne ubrania.
1.Przede wszystkim moje zakupy wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Po pierwsze nie mam już czasu na bezsensowne szwendanie się po sklepach z nadzieją, że coś mi się spodoba.
2. Teraz idąc do sklepu lub robiąc zakupy online dokładnie wiem co chcę kupić. Naprawdę! Tak dobrze znam już siebie, swój gust i cele zakupowe mam tak określone, że idąc do sklepu lub przeczesując stronę ja wiem czego szukam. Bardzo, bardzo rzadko chodzę po sklepie przeglądając rzeczy przypadkowe.
3. Mam swoje ulubione marki, którym jestem wierna i często wybieram inne produkty z tej samej firmy. (Poniżej Wypiszę je Wam)
4. Nie mogłabym nazwać mojej szafy kapsułową, ale faktycznie wiele rzeczy pasuje do siebie i dzięki temu mogę szybko się ubrać.
5. Zaczęłam nosić sukienki na co dzień. Wcześniej nosiłam je tylko na specjalne okazje, ale trafiłam na kilka idealnych modeli, które pasują na święto i na plac zabaw – wszystko zależy od dodatków.
6. W końcu skompletowałam bazę ubraniową – brakowało mi tzw. basic’ów, które są podstawą garderoby. Jak nie wiem, w co się ubrać to sięgam po coś takiego z szafy i zawsze wygląda to dobrze
7. Zaczęłam zwracać uwagę na materiały z jakich ubrania lub dodatki są wykonane. Dzięki temu mam ubrania, które służą o wiele dłużej niż poliestrowe bluzki na jeden sezon.
8. Dzięki temu, że znam moją sylwetkę to często wiem, że coś jest dla mnie (lub nie) to widzę nawet na wieszaku, czy to ubranie może na mnie dobrze wyglądać (np. wiem doskonale, że oversize nie jest dla mnie)
9. Nie śledzę trendów i nie sugeruję się co jest modne w tym sezonie. Raczej stawiam na ubrania ponadczasowe, które były modne 20 lat temu i będą modne też za jakiś czas.
10. Wolę mieć mniej ubrań, ale dobrej jakości niż dużo i byle jakiej. Mam sporo ubrań droższych, ale za to chodzę w nich po kilka sezonów.
11. Zaczęłam zwracać uwagę na etykę marki i kraj pochodzenia. Staram się wybierać polskie marki i często jak czegoś szukam, to sprawdzam, czy nie ma czegoś takiego na naszym rynku.
Tak jak wspomniałam wyżej mam listę ulubionych marek. Są to marki, których produkty są często droższe niż z sieciówki, ale za to wiem, że są lepszej jakości. A ja nie lubię przepłacać, dlatego często korzystam z promocji i zaglądam do klubów zakupowych.
Jak akurat czegoś potrzebuję to zaglądam najpierw tam. Nie lubię przepłacać, więc często poluję na promocje. Dlatego chętnie kupuję na Limango.
Podam taki przykład: zamówiłam w sklepie internetowym okulary Erika Ray ban – poprzedni model (Wayfarer) nosiłam 5 lat, więc jakość jest świetna. Trochę mi się porysowały, więc kupiłam nowe ze ponad 600 zł z polaryzacją. W międzyczasie na Limango pojawiła się kampania okularów Ray ban i kupiłam te same za 300 zł. Tamte odesłałam i cieszę się z tego, że mam super okulary za dobrą cenę.
Mam swoją listę ulubionych marek i zazwyczaj je wybieram, a do tego są to rzeczy ponadczasowe.
(jest teraz na Limango) – zamiast kolejnych – macie ponadczasowe modele, które pasują do wszystkiego.
Są w trendach od dawna i nie wychodzą z mody. Do tego łatwo je wyprać w pralce. Buty i ubrania Converse w dobrych cenach
Białe Converse pasują i do sukienki i do jeansów
Buty Melissa też już od dawna są w modzie i również pasują do wszystkiego. Ja mam szpilki Melissa od 4 lat i są najlepsze!
Melissa też jest teraz na Limango
Przyznam, że do tej pory nie chodziłam w sukienkach na co dzień, ale to się zmieniło jak pierwszy raz założyłam sukienkę tej marki. Miałam ją na sobie na Gali Paszportów polityki i od tamtej pory noszę bardzo często. Leżą na mnie idealnie, a do tego są tak wygodne, że kompletnie ich nie czuję.
Risk jest w dobrych cenach na Limango
W szafie nie miałam porządnej białej koszuli – swoją kupiłam w COS i bardzo często noszę. Mam tak nawet, że jak gdzieś wychodzę to zawsze mam swój zestaw alarmowy i jest to biała koszula oraz jeansy.
Kiedyś nosiłam biodrówki rurki, które były wtedy modne. A teraz wybieram proste o podwyższonym stanie (np. Jack, Lonny z Mango)
W tym sezonie mam pierwsze lniane ubrania i czuję, że będę chodzić w nich bardzo długo.
Sukienka Natula Kalumi i Koszula feel Good to klasyki, które pasują mi do wszystkiego i na wiele okazji.
Ubrania we wzory nie są do końca dla mnie, ale odkryłam, że dobrze wyglądam w klasycznych paseczkach i mam ich w szafie sporo.
Kupiłam je kiedyś w śmiesznej cenie na Limango i noszę już 3 sezon. Wciąż je lubię i poluję na kolejną kampanię. Na razie nie widzę, ale bardzo Wam też polecam buty TOMS to klasyka, która pasuje do wszystkiego
Z perspektywy czasu widzę, że wcale nie trzeba poświęcać dużo czasu na dobieranie ubrań jeżeli mądrze robi się zakupy. Dlatego nie pozwalam już sobie na kupowanie impulsywne, bo wiem, że źle to się dla mnie skończy.