kontakt i współpraca
Ten weekend spędziliśmy razem na dwóch świetnych wypadach z dziećmi. Całość relacjonowałam na Instasories, ale jak zwykle ulotność tego medium nie pozwala na późniejsze zapisanie tych miejsc. Zrodził się pomysł w mojej głowie żeby całość zapisać na blogu – wtedy zawsze będziecie mogli tu zajrzeć i wyszukać w wyszukiwarce.
Jak co roku nie możemy się doczekać wizyty w Parku Bajka w Błoniu.
Cały plac zabaw opisałam Wam w oddzielnym poście poniżej i jeżeli jeszcze tam nie byliście to bardzo polecam. Park Bajka
Spędziliśmy trochę czasu na tamtejszych atrakcjach i przy okazji podziwialiśmy budowę nowego obiektu, który powstaje tuż obok. Będzie to centrum sportu z basenem, kręglami i różnymi atrakcjami.
A później nasi znajomi zaproponowali wycieczkę do Grodziska na obiad i plac zabaw.
Zrobiliśmy rezerwację przez telefon w świetnej restauracji Piknik. Jeżeli będziecie dzwonić to możecie poprosić o stolik przy kąciku zabaw. Fajny wystrój, smaczne jedzenie i zadowolone dzieci. Czego chcieć więcej?
Później przy Pikniku zjedliśmy włoskie lody i ruszyliśmy do pobliskiego parku na plac zabaw – super miejsce dla małych i dużych dzieci.
Przy okazji znajoma pokazała mi bibliotekę publiczną w Grodzisku i naprawdę oniemiałam. Tak powinno się wspierać czytelnictwo w Polsce.
Mnóstwo książek, strefy do zabaw i czytania – tak właśnie wygląda biblioteka w Grodzisku.
Winogrono KLIK
Wybierzemy się tam innym razem przy okazji wizyty na wodnym placu zabaw – możecie o nim przeczytać TUTAJ. Jeżeli będziecie szukać to wpiszcie nawigację ul. Montwiłła 41.
W Grodzisku są tez pyszne lody w OLALA KLIK
Najpierw zjedliśmy późne śniadanie w Radości na talerzu (warto zrobić rezerwację przez tel.) i trochę pobawiliśmy się zabawkami w sali zabaw. Tej restauracji nie widać z ulicy i ktoś, kto jest pierwszy raz nawet może nie znaleźć tego miejsca (na górze w małej galerii handlowej). Ale jak już raz tu przyjedziecie, to Wasze brzuchy już często będą tam wracać. Pyszne jedzenie, znakomita obsługa i świetna sala zabaw. Warto wybrać się tam specjalnie!
A później pojechaliśmy do Falenicy do Kinokawiarni. Już dawno chciałam odwiedzić to miejsce i tym razem się udało. Maleńkie studyjne kino z klimatem poruszyło moje emocje bardzo mocno. Uwielbiam takie miejsca z duszą i z pewnością tam wrócimy.
Filmy ogląda się przy stoliku, jak kawiarni. Do tego możecie sobie zamówić ciastko i kawę. Przy kinie jest też księgarnia z wartościowym książkami dla dzieci. Kinokawiarnia Falenica jest przy samej stacji kolejowej, dlatego możecie się tam wybrać na wycieczkę pociągiem – będzie to dodatkowa atrakcja.
Na koniec wybraliśmy się na plac zabaw w Falenicy z ciekawymi zabawkami i muralem z książki „Zakątki” z wyd. dwie siostry.
W okolicy jest jeszcze:
Dajcie znać, czy chcecie więcej takich wpisów z polecenami miejsc na jednodniowy wypad i czy taka forma Wam odpowiada 🙂
Będzie mi miło jak klikniecie „Lubię to” i udostępnicie post swoim znajomym.
Zaskoczę Was pewnie, kiedy napiszę, że średnio konflikty między dziećmi występują 6 razy w ciągu godziny. Tak, zgadza się – często jest to raz na 10 minut. Jak radzić sobie z nimi i wspierać dzieci w tej trudnej sytuacji?
„Mamo, on mi przeszkadza, zabierz go!” – często słyszymy takie prośby z ust naszych dzieci i nie wiemy jak reagować. Mi też trochę czasu zajęło wypracowanie właściwej strategii rozwiązywania problemów. Przeanalizowałam mnóstwo takich sytuacji i dziś podzielę się z Wami, tym jak staram się im w tym pomóc.
Bardzo często jest tak, że my jako rodzice po kilku kłótniach zakładamy na oczy filtr, który jasno nam pokazuje, kto jest prowodyrem tych konfliktów. Ja też się na tym złapałam, że wchodząc w środek armagedonu często jestem przekonana o winie jednego z dziecka.
Takie myślenie nam nie pomoże, ani naszym dzieciom. Warto przemyśleć to zanim znów się zdarzy taka sytuacja stresowa.
I widzę, że każdy konflikt to właśnie walka o własne potrzeby. Kiedy sobie to uświadomiłam, to zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do takich trudnych sytuacji.
W rozwiązywaniu sporów bardzo przydatne jest NVC (Porozumienie Bez Przemocy). Według głównych założeń tej idei każdy konflikt jest wielką szansą na zbudowanie porozumienia na nowo. Możliwe jest to wtedy, kiedy zamiast być sędzią rozstrzygającym stajemy się mediatorem.
Zdaję sobie sprawę, że jest to niezwykle trudne, ale daje niesamowite efekty. Nam jest trudno, bo w takich sytuacjach automatycznie aktywuje się nam gadzi mózg, który nakazuje walkę i pod wpływem emocji chcemy jak najszybciej rozwiązać konflikt. Warto starać się zapanować nad sobą.
Mi osobiście było trudno, bo od razu wchodziłam w schemat „Znowu się kłócą!” i już podchodząc do dzieci byłam pod wpływem hormonu stresu i ciężko było mi opanować emocje.
Słowa „Znowu się kłócicie?” „Co znowu wyczyniacie?” „Nie może być ani chwili spokoju?” „Jesteś starszy, ustąp!” „On jest mały i nic nie rozumie” dolewają oliwy do ognia – jednocześnie nas stawiają w stan gotowości i bojowego nastawienia, a dzieci jeszcze bardziej stają się złe na siebie.
Często jest tak, że chcemy jak najszybciej załagodzić konflikt i chcemy podać gotowe rozwiązanie np.: „Ty pójdź na swoje łóżko, a Ty możesz teraz spokojnie układać puzzle”. Ja też tak kiedyś robiłam i zobaczyłam, że to NIE DZIAŁA. A wręcz powoduje zupełnie odwrotny efekt.
Przestałam tak robić, a zamiast tego zaczęłam zauważać potrzeby jednego i drugiego dziecka. Było to na początku trudne, ale bardzo szybko weszło w nawyk.
W każdej sytuacji konfliktowej każde z dzieci pokazuje swoje potrzeby. Jedno ma chęć wziąć akurat ten jeden czerwony klocek, który akurat wzięło drugie dziecko. Jeżeli ten pierwszy wyrwał mu go z ręki, a drugie zdzieliło go po głowie, to kto jest tu winny?
Gdyby to była sytuacja sprzed dwóch lat, to bym dociekała kto komu i jak zabrał?
Najważniejsze jest dla mnie, aby zauważyć potrzeby jednego i drugiego dziecka. Nigdy do końca nie wiem, kto był prowodyrem i gdzie jest wina.
Kiedy będziemy szukać winnego, to dzieci będą miały poczucie krzywdy, które będzie im towarzyszyło znacznie dłużej. Takie uczucia prowadzą później do robienia na złość, nie słuchania, złośliwości. Takie metody „lagodzenia” konfliktów nie przynoszą dobrych efektów, bo osłabiają relację między dziećmi. Chociaż nam się wydaję, że udało się to rozwiązać, to jego skutek będzie odczuwalny znacznie dłużej.
Ja najczęściej nazywam emocje i daję przestrzeń na dopowiadanie tego, co chcą dodać dzieci.
„Rozumiem, że chciałeś czerwony klocek, bo był Ci potrzebny…”
„A Tobie w tym momencie też był teraz potrzebny…”
Właśnie w takich sytuacjach dzieci szybko pojmują, że mają zrozumienie ze strony rodzica, który nie bierze niczyjej strony, a przez to drugie dziecko nie czuje się gorsze. Takie reakcje powodują, że szybciej się wyciszają i łatwiej jest im znaleźć porozumienie.
Na koniec, kiedy emocje już opadną pytam, co mogą zrobić żeby każdy był zadowolony. Bardzo często ich odpowiedzi mnie zaskakują, bo nawet nie przypuszczałabym, że taką odpowiedź mogą znaleźć. A czasem i tutaj pojawi się nowa dyskusja, która będzie prowokować do zaspakajania potrzeb dwójki dzieci na raz.
Nie jest to łatwe i wymaga od nas opanowania, ale dość szybko wchodzi w krew. Do tego mam wrażenie, że ilość konfliktów znacznie spadła, bo dzieci potrafią same je rozwiązać, bez naszej pomocy.
Według mnie wszystkie zabawy, które angażują dwójkę dzieci na raz na podobnym poziomie. Często ciężko jest znaleźć takie zabawki, którymi może bawić się rodzeństwo ze sporą różnicą wieku. My mamy takich kilka i je wyciągamy. Ostatnio razem budowaliśmy teatrzyk Pilch, który jest świetną zabawką dla rodzeństwa.
Współpraca przy składaniu daje mnóstwo satysfakcji i uczy współdziałania. Dzieci same mogą ustalać kto i co będzie robił. A po złożeniu mogą się razem bawić w teatrzyk lub sklep.
W zestawie macie wycięte kawałki tektury, prawdziwe śruby (plastikowe) i wkrętarkę dopasowaną do umiejętności dzieci. Przy skręcaniu konieczna jest współpraca, więc przy okazji możemy ją wzmacniać.
W składaniu naszego modelu pomagał Tata, bo jednak jest to dość skomplikowane. Jeżeli chcielibyście żeby dziecko mogło samo od początku do końca złożyć tę makietę, to myślę, że obdarowany powinien mieć około 8-10 lat, więc jest to ciekawy pomysł na prezent też dla starszych dzieci.
Później możecie go ozdobić rysunkami lub różnymi naklejkami. Witryna może też służyć do zabawy w sklep, pocztę, bank itd.
A jeżeli już się Wam znudzi to możecie go rozkręcić za pomocą wkrętarki i schować pod łóżko. Teatrzyk jest bardzo fajną kreatywną zabawką, którą można wykorzystywać na różne sposoby.
Dzięki takim wspólnym zabawom dzieci mają okazję współpracować, wzmacniać swoją więź i uczą się wielu ważnych umiejętności.
Udało mi się załatwić też kod na cały asortyment Pilch. Wystarczy, że wpiszecie na końcu “blognebule”, a kod -15% automatycznie się naliczy
Jak chronić się przed kleszczami skutecznie? Gdyby istniała jedna, sprawdzona metoda to wielu z nas spałoby spokojnie. Niestety kleszcze już dawno się aktywowały, a my musimy nauczyć się z nimi żyć.
Wpis powstał we współpracy z wyłącznym polskim dystrybutorem Tickless. Na końcu wpisu znajdziecie rabat na produkty przeciw kleszczom, bez chemii.
Jednak warto oswajać wroga, a trzeba zacząć od tego żeby wiedzieć o nim jak najwięcej. Przyznaję – wiem o nich sporo, bo mieszkamy na terenie gdzie kleszczy jest ogrom. Dziś podzielę się z Wami moją wiedzą i doświadczeniem, o tym jak najskuteczniej chronić siebie i bliskich przed kleszczami.
Zacznę od pytania tytułowego – zgodnie z zasadą, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć
Kleszcze są aktywne od stycznia i możecie np. zobaczyć TUTAJ, w których miejscach jest ich najwięcej. Czy warto unikać takich miejsc tylko ze względu na kleszcze? Wydaje mi się, że nie – natomiast właśnie w miejscach, w których jest więcej kleszczy trzeba być bardziej czujnym i lepiej się chronić.
Np. 46% kleszczy w Łazienkach Królewskich jest zarażonych boreliozą. Podobnie jest w warszawskim Zoo. Czy te dane spowodują, że się tam już nigdy nie wybiorę? Oczywiście, że nie. Natomiast będę stosowała wszystkie możliwe metody ochrony.
Kleszcz po tym, jak na nas usiądzie – wbija się w skórę dopiero po ok. 2 h. Dlatego warto pamiętać o zasadzie 2 h – ta metoda działa w 100%
Urządzenie przeciw kleszczom Tickless
My używamy ich szósty sezon. A zaczęło się od tego, że Julek u mojej mamy w ogródku złapał 2 kleszcze. Mocno się wystraszyłam, ale na szczęście szybko je wyjęłam. Od tamtej pory zaczęłam zwracać uwagę na właściwie zabezpieczenie przed kleszczami i wtedy zamówiłam Tickless.
Kleszcze mają narząd Hallera, który jest ich głównym zmysłem. Dzięki niemu czują nasz pot, perfumy, odczuwają wilgotność i temperaturę z 30 m (!). Jak działa urządzenie? Produkuje ultradźwięki, które zagłuszają naszą obecność i stajemy się niewidzialni dla kleszczy.
Kleszcz w ten sposób odbiera nas z włączonym Ticklesem
Film na YOUTUBE – KLIK
Według mnie działa, od tamtej pory nikt z nas nie miał kleszcza, kiedy Tickless był włączony. Trzeba jednak stosować go zgodnie z instrukcją:
Ja traktuję Tickless jako wsparcie moich działań – uzupełnione przez dokładne sprawdzanie ubrań i ciała po powrocie, dokładnie tak, jak przy każdej innej metodzie pamiętajcie o zasadzie 2 godzin i zasadzie 12 godzin, do której zaraz dojdziemy.
tu film pokazujący jak działa:
TickLess vs kleszcz (youtube.com)
Wszystkie działają bez toksycznej chemii i środków zapachowych, są bezpieczne dla dzieci od 1. dnia życia. Uprzedzam pytanie o oznaczenie na opakowaniach: „3+”; po prostu przy młodszych dzieciach zaleca się ostrożność ze względu na małe elementy – tak jak na klockach Lego, czy lalkach, których pełno jest w każdym domu, gdzie są małe dzieci.
Na kod STOPKLESZCZE macie 20% rabatu na cały asortyment Ticklessów – kod ważny do 20 kwietnia! – Zniżka dostępna tylko w sklepie Tickless.pl.
Nie jedźcie, bo wydłużacie czas usunięcia.
Najlepiej jest zachować spokój, zrobić 5 głębokich wdechów i mieć specjalne urządzenie. Ja takie noszę w portfelu, drugie ma mój mąż. Mam dokładnie TAKIE i sprawdza się znakomicie.
Możecie oddać kleszcza do badania, ale wynik i tak może Wam nic nie powiedzieć. Nawet jeżeli badanie wykaże, że kleszcz był zarażony boreliozą lub KZM to jest możliwość, że nas nie zaraził. Wynik dodatni traktujemy informacyjnie, a wynik ujemny daje spokój.
Nie zdarzyło nam się żeby ktoś miał kleszcza więcej niż 12 h, ale jeżeli tak by się stało, to poszłabym po antybiotyk.
Kiedy pojawi się rumień od 8 dni do 8 tyg. po ukąszeniu to mamy pewność, że mamy boreliozę.
Niestety tylko w 50% u dorosłych i 30 % u dzieci występuje rumień mimo aktywnej boreliozy.
Temat kleszczy może budzić strach i wiele pytań, ale wiem, że warto szukać na nie odpowiedzi żeby wiedzieć, jak się zabezpieczać i postępować w razie ukąszenia.
A tu łapcie Okulary przeciwsłoneczne dla dziecka
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis, kliknijcie „Lubię to”, wtedy dotrze do większej liczby osób.
Jeżeli miałabym wskazać jedną, ulubioną markę ubraniową zza oceanu to byłby to Carter’s. Dawno temu, kiedy byłam jeszcze w ciąży z Lilą dostałam paczkę ubrań. Większość było właśnie z tej firmy i pamiętam, że już wtedy bardzo ją polubiłam.
Zacznę może od jakości – większość ubranek jest wykonana z bardzo miękkiej bawełny, która po 50 praniu nadal trzyma się znakomicie. Byłam w szoku, że body 6-miesięcznego dziecka, prane 2 razy w tygodniu, wybielane, szorowane szczoteczką nadal wygląda jak nowe. Nie traciły ani koloru, ani fasonu. Od tamtej pory to była jedna z marek, którą zaczęłam zamawiać w USA.
Podobały mi się ogromnie też nadruki, takie nietypowe, ale wciąż dziecięce. Tutaj np. Lila ma piżamę, której print mnie zachwycił. Mąż był akurat wtedy w Nowym Yorku, więc zamówiłam u niego całą paczkę ubrań dla Lili. Miesiące mijały niepostrzeżenie, a ubrania nadal wyglądały świetnie, tylko nogawki stały się za krótkie.
Kiedy odkładałam ubrania po starszej córce dla przyszłego rodzeństwa to w większości były to body, piżamy Carter’s. Julek chodził po niej w większości ubrań, one nadal wyglądały świetnie.
Od ponad roku suszę ubrania w suszarce bębnowej i ubranka tej marki nadal wyglądają bardzo dobrze.
Gdybym miała wskazać moją ulubioną część garderoby z Carter’s to byłaby zdecydowanie piżama. Mają świetne printy, bardzo dobrą jakość i po 100 praniach nadal super wyglądają. Jeden komplet piżam wystarcza nam na 18 m i wymieniam je tylko dlatego, że robią się za małe.
Przy Julku odkryłam ich piżamy na zamek – idealne dla wierzgającego malucha. Jednym ruchem można zapiąć pajaca. Dodatkowo na stopach mają antypoślizgi. Jako jedne z nielicznych są aż do rozmiaru 92.
Ucieszyłam się, że w końcu marka zawitała też do Polski. Dystrybutor zdecydował się też na drugą markę OshKosh, czyli podobne jak Carter’s tylko ciekawsze ubranka dla starszych dzieci.
Dziś prezentuję Wam kilka ubranek z Carter’s i OshKosh. Udało mi się uzyskać informację, jak dalej będzie wyglądała sprzedaż w Polsce.
Teraz wszystko możecie kupić TUTAJ.
W maju planowane jest otwarcie sklepu stacjonarnego w Wilanowie
A w czerwcu otworzy się też sklep online.
Zapytacie pewnie, jak wygląda „rozmiarówka”. Otóż wg mnie jest odrobinę zawyżona. Zazwyczaj kupuję dzieciom ubrania na dokładanie taki rozmiar, jak mają (nie na wyrost). Zawsze mają trochę zapasu. Przy każdym produkcie macie też tabelkę z rozmiarem. Julek ma obecnie 92 cm i z Carter’s i OshKosh ma rozmiar 3T, czyli 92, a Lila ma 116 cm i ma rozmiar 6, czyli 116.
Flagowym produktem OshKosh są ogrodniczki
Są w wersji letniej i jesienno-zimowej.
Ubranka OshKosh mają piękne, pastelowe kolory i bardzo dobrej jakości miękkie jeansy. Lila bardzo nie lubi nosić jeansów, a te – przez to, że są tak miękkie i przyjemne to jej odpowiadają.
Ta spódniczka OshKosh ma regulację wewnątrz
OshKosh ma również ubranka na bardziej eleganckie okazje
Bluzka i spodnie OshKosh, walizka i naszyjnik Meri meri
I dla miłośników Kosmosu (całość OshKosh)
Każde spodnie mają regulacje w pasie i dzięki temu nie spadają.
Bluzka i spódnica Carter’s, torebka Meri meri
Są też fajne t-shirty z obracanymi cekinami i aplikacjami
Link do sklepu: KLIK
A Wy znacie już tę markę? Mam nadzieję, że Carter’s się dobrze przyjmie i będzie obecny na polskim rynku.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis – kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym.
Fryzury dla dziewczynek – proste pomysły, które możecie wykorzystać w domu. Dziś chciałabym Wam pokazać kilka świetnych fryzur, które robimy bardzo często. Niektóre z nich wyglądają na skomplikowane, ale uwierzcie mi, że za 2, 3 razem zrobienie ich zajmie Wam maksymalnie 7 minut.
Moja mama i moje ciocie zawsze wymyślały ciekawe fryzury i testowały je na swoich córkach. Ja też uwielbiam robić Lili warkocze, kłosy i inne bardziej skomplikowane zaplatańce. Ale dziś chciałbym Wam pokazać szybkie fryzury dla dziewczynek, które są bardzo efektowne.
Robi się go bardzo szybko, tylko trzeba opanować strony skręcania. Dzielicie kucyk na dwa pasma – poniżej jest filmik, widać w nim dokładnie, w którą stronę trzeba skręcać.
Wystarczy zrobić mocny kucyk, z niego mały warkocz, a na całej długości związać gumkami. Na koniec poluźnijcie każdą część, aby „bąbelek” z włosów zrobił się pełny.
Zamiast robić dwa warkocze lub zostawiać dwa kucyki możecie zrobić taką wersję z użyciem małych gumeczek.
Wystarczy zrobić dwa mniejsze kucyki, a z nich zapleść warkoczyki. W połowie głowy je skrzyżować i związać w kucyk.
Bardzo podobna idealna fryzura dla dziewczynki, która zapuszcza grzywkę. Robimy dwa małe kucyki i krzyżujemy pasma w połowie głowy – związujemy w duże kucyki.
Zawijamy dwa pasma wysoko i jak mamy zwartego „ślimaka” to związujemy gumką.
To jedna z moich ulubionych fryzur, jest przepiękna i do tego prosta. Już kiedyś pokazywałam ją Wam na blogu. Poniżej możecie zobaczyć film z instruktażem.
Pamiętacie z dzieciństwa taką fryzurę? Ja tak – bardzo często mama mnie tak czesała. Wystarczy zrobić kucyk, odciągnąć gumkę około 3 cm do dołu, zrobić dziurkę w tym miejscu i przełożyć włosy.
Bardzo efektowna fryzura, która tylko wygląda na skomplikowaną. Poniżej zobaczcie, jak zrobić taki piękny warkocz. Ja zrobiłam z tyłu i połączyłam z w kucyk.
Musiałam wypróbować również wersję pionową i ta robi największe wrażenie. Bardzo podoba mi się ten efekt 🙂 Dokładnie się go robi tak, jak na filmie wyżej.
To było nasze ulubione fryzury dla dziewczynek, które często goszczą na naszych głowach (mojej też). A Wy jak najczęściej czeszecie swoje córki?
Na zdjęciach możecie podziwiać piękne opaski, spinki i gumki Ulandka i body Pan Robak
A tu macie Mój szybki sposób na piękne włosy
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i zainspirował Cię do spróbowania tych fryzur, kliknij „Lubię to” i udostępnij ten wpis znajomym.
Dawno nie było wpisów z ciekawym zabawkami dla dzieci. Na rynku jest mnóstwo marek, które mają w swojej ofercie drewniane zabawki, a ja dziś chciałabym Wam zaprezentować cuda z Little dutch.
Przyznam, że pierwszy raz spotkałam się z tą marką na ostatnich targach w Kielcach i mnie tak zachwyciła, że postanowiłam pokazać Wam, co ciekawego mają do zaoferowania dla dzieci.
Little dutch to holenderska marka zabawek dla dzieci. Wyróżnia je stonowana kolorystyka i ciekawy design.
Pokażę Wam, co ciekawego mają w ofercie.
Ciekawa zabawka dla najmłodszych do przekładania koralików. Póżniej, jak dziecko jest starsze to faktycznie możemy uczy się na nim liczyć. Do tego pięknie prezentuje się na półce. Dostępna jest w błękicie TUTAJ i delikatnym różu TUTAJ.
Są przepiękne – miękkie i niesamowicie wykonane. Lalki są dostępne w różnych wielkościach: 10 cm (najmniejsze), 35 cm i 50 cm największe. Świetnie nadają się do wózka lub do kołyski. Ogromne wrażenie zrobiły na Lilce, a już myślałam, że jest za duża na szmaciane lale.
Dostępni są chłopcy i dziewczynki TUTAJ
Bardzo fajny zestaw do majsterkowania. W zgrabnej skrzyneczce macie wszystko, co trzeba żeby pobawić się w złotą rączkę. W zestawie jest 20 elementów, w tym takie „profesjonalne” narzędzia jak: młotek, wkrętarka, śrubokręt, klucz, mnóstwo śrubek do tworzenia różnych instalacji. Wkręcanie, wbijanie i odkręcenie to angażujący sposób na ćwiczenia motoryki małej.
TUTAJ
Jeżeli Wasze dzieci lubią zwierzęta i figurki to taki zestaw im się spodoba. Pudełko rozkłada się, a ze środka wyjmujemy 15 zwierząt, które można ustawiać w różnych miejscach. Możemy razem z dzieckiem odgrywać scenki, nazywać zwierzęta, a po skończonej zabawie wszystko schować do pudełka w kształcie walizki.
Niby taka prosta zabawka, a angażuje na długo. Mimo tego, że jest drewniana daje mnóswto możliwości zabaw. Elementy samochodu są ruchome i można je ustawiać w różnych pozycjach. W zestawie jest jeszcze kilka aut, którymi można bawić się też niezależnie.
Ta zabawka jest przeznaczona dla dzieci już od 1 roku życia. Można ją układać, rozrzucać, a później wszystkie elementy włożyć od najmniejszego do największego i postawić na półce. Można się uczyć w zabawie kształtów, kolorów i nazywać ilustracje.
Znana wszystkim gra memory nadaje się do zabawy już od 3 roku życia. W czasie gry dzieci ćwiczą pamięć, spostrzegawczość i rozwijają słownictwo.
Trudniejsza wersja układanki dla dzieci zaangażuje dzieci od 3 roku życia. Na klockach są nadrukowane kolorowa obrazki, które trzeba ułożyć. W tych puzzlach występują takie zwierzęta: lew, flaming, pingwin, miś panda, tukan, zebra.
To jedna z zabawek, którą powinny mieć wszystkie dzieci. W czasie zabawy sorterem dzieci ćwiczą koordynację wzrokowo- ruchową, uczą się rozpoznawać kształty i kolory. Ten sorter idealnie nadaje się dla najmłodszych, bo każdy kształt jest na oddzielnej ściance. Bardzo mi się podoba łatwy dostęp do klocków. Wystarczy podnieść pokrywę i wyjąć klocki.
Piękna pastelowa tęcza dla dzieci do zabawy – można układać ją na różne sposoby: na podłodze w tunele, na półce od najmniejszego do największego, a nawet wykorzystywać do zabaw tematycznych (np. zrobić z nich garaże dla autek).
Dostępna jest w kolorze błękitnym TUTAJ i różowym TUTAJ
To nasz hit! Wypatrzyłam go na targach i się zakochałam. Świetna drewniana zabawka do naśladowania dorosłych. W zestawie są kapsułki, które wkłada się do specjalnego otworu, następnie przekręca się głowicę i wyjmuje się ją z tyłu. Zabawka jest prosta, ale genialnie pobudza wyobraźnię. Odkąd ją mamy to codziennie pijemy po 20 kaw;)
Jeżeli Wasze dzieci lubią zabawy związane z gotowaniem to bardzo polecam Wam ten toster. Wkładamy chleb, a po chwili możemy nacisnąć i grzanki dosłownie wyskakują (Jul ma przy tym mega ubaw). W zestawie są tez inne potrzebne elementy.
Little dutch ma w swojej ofercie również rowerek biegowy. Ma piękny retro wygląd i ciekawy design. Według mnie jest to rowerek dla troszkę starszych dzieci, które opanowały już jazdę na mniejszej biegówce. Ten jest dosć duży i może posłużyć aż do 5 roku życia.
Jak widzicie Little dutch ma mnóstwo ciekawych, rozwijających zabawek dla dzieci. Aż się dziwię, że wcześniej o niej nie słyszałam. Tymczasem zbieram się, bo Julek właśnie mi zaserwował 23 kawę z ekspresu.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i macie zamiar skorzystać z moich poleceń to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym.
Gdy Kuba się urodził, był bardzo malutki. Tak malutki, że nawet najmniejsza skarpetka była za duża na jego stopę.
Wszystko, co widział i słyszał, było dla niego obce. Wszystko – z wyjątkiem głosu mamy.”
Takim wzruszającym wspomnieniem rozpoczyna się książka “Żegnamy mleko mamy”, którą objęłam swoim patronatem. To pierwsza polska książka dla dzieci, która przede wszystkim pomaga w procesie odstawienia dziecka od piersi, ale jest też historią o prawdopodobnie największej sile napędowej świata – miłości do dziecka.
Jak to często z pomysłami bywa, książka powstała jako odpowiedź na problem autorki, która chciała ograniczyć karmienie piersią swojego wówczas dwuletniego synka. Gdy okazało się, że temat odstawienia od piersi nie jest zbyt popularny w dziecięcej literaturze, Joanna Świercz, postanowiła zmierzyć się z nim samodzielnie.
Według mnie świetnie 🙂 Książka, jest bliskościowa i stawia na empatię.
Książka jest historią małego Kuby – od momentu narodzin do mniej więcej trzeciego roku życia. Towarzyszymy Kubie i jego rodzicom w pierwszych miesiącach życia, gdy mama i mleko są dla niego całym światem, obserwujemy początki rozszerzania diety, widzimy jak rośnie i coraz rzadziej potrzebuje mleka mamy.
Co ważne, nie jest to cukierkowa opowieść, w której z dnia na dzień Kuba zamienia karmienie piersią na zupy i kanapki. Proces odstawienia następuje stopniowo, Kuba protestuje, pojawiają się u niego trudne emocje, z którymi radzi sobie przy wsparciu rodziców. Mama proponuje “buziaki usypiaki”, nocą wkracza tata, który ociera łzy i kołysze do snu, rodzice tłumaczą Kubie, że mleko mamy się kończy, ale oni zawsze będą blisko.
Książka nie jest cudownym sposobem na zakończenie karmienia piersią. Jest za to świetnym narzędziem, które może pomóc oswoić dziecko z tematem. Przedstawia bohatera, z którym łatwo jest się utożsamić, pokazuje sposoby na zaśnięcie czy uspokojenie się – inne niż seans przy piersi mamy. Jednocześnie uświadamia rodzicom, że proces odstawienia może trwać, że płacz i złość są naturalną reakcją u dziecka.
Całość spodoba się rodzicom, którzy starają się wychowywać dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości. Proces odstawienia Kuby odbywa się stopniowo, z szacunkiem do emocji dziecka, ale też granic mamy.
Pięknym uzupełnieniem są pełne ciepła ilustracje autorstwa Kamili Stankiewicz. Książkę ogląda się z niezwykłą przyjemnością, a pojawiający się na każdej stronie kotek jest ulubieńcem wszystkich małych czytelników.
Dwulatki powinny już w całości zrozumieć historię i przyswoić przekaz. Jednak książkę można wprowadzić już wcześniej, skupiając się bardziej na opowiadaniu ilustracji i czytaniu krótkich rymowanek, które pojawiają się na niektórych stronach.
Jeszcze muszę Was ostrzec – książka może wzruszać 🙂 Moment decyzji o zakończeniu karmienia piersią jest w końcu emocjonujący nie tylko dla dziecka. Zwłaszcza, że niejednokrotnie mamy z jednej strony pragną “wolności”, z drugiej zaś pojawia się u nich żal i smutek związany z definitywnym końcem ważnego etapu.
Jeśli właśnie zmagacie się z tematem odstawienia od piersi, planujecie je w najbliższym czasie lub po prostu chcielibyście mieć pamiątkę swojej mlecznej drogi to mam dla Was niespodziankę. Czekają na Was 3 egzemplarze książki “Żegnamy mleko mamy”. Wystarczy, że w komentarzu pod postem podzielicie się swoim wzruszającym wspomnieniem z pierwszych chwil z Waszym dzieckiem. Na zgłoszenia czekam do 25.03
Książka jest dostępna wyłącznie TUTAJ (www.zegnamymleko.pl). Do 25 marca na hasło NEBULE kupicie ją z 10% zniżką.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis – kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam.
Mam już wyniki i razem z autorką zadecydowałyśmy, że nagrodzimy 5 komentarzy. Gratulujemy i na nebule.pl@gmail.com wyślijcie dane do wysyłki.
Pamiętam jak byliśmy już z Synkiem w domu, ja w szoku emocji poporodowych i obolała po porodzie, kompletnie nie wiedziałam jak to wszystko ‘ugryźć’… I któregoś razu spojrzałam na to moje maleńkie dziecko i pomyślałam (pierwszy raz od początku ciąży), że jest …doskonały. Taki jak miał być, choć nigdy go sobie nie umiałam wyobrazić i że pojawił się w najlepszym dla nas wszystkich czasie. To jest jedno z moich najsilniejszych wspomnień z początku macierzyństwa,
Pierwsze chwile jak się spotkaliśmy po długim porodzie zakończonym cesarką były bardzo wzruszające, ale moment kiedy 2miesięczn synek obudził się po ciężkiej operacji będziemy pamiętać do końca życia. Radość i łzy jednocześnie. Teraz po 2,5 roku karmienia powoli myślę o zakończeniu tej drogi, mam nadzieję, że książka nam to ułatwi.
Nasz najbardziej wzruszający moment z pierwszych chwil bycia razem to… pierwsze chwile. Dostałam na piersi małą, wilgotną i cudownie miękką kuleczkę. Byłam tak przejęta, zdenerwowana, przerażona i jednocześnie szczęśliwa, że nie potrafiłam nic powiedzieć. Było mi już wszystko jedno, świat się zatrzymał. Byliśmy tylko my we troje: mama, tata i córeczka. Wydawała się taka krucha, delikatna, że bałam się przesunąć ją choćby o milimetr. Leżała tak, że nie widziałam jej buzi. Palcami badałam jej małe ciałko i wyobrażałam sobie jak wygląda. Była w końcu ze mną a ja przez dobrych kilkanaście minut wciąż nie znałam jej buzi. Poprosiłam męża,by zrobił jej zdjęcie to chociaż tak ją zobaczę. To są pierwsze zdjęcia córki, jakie mamy. Lekko rozmazane, niewykadrowane, ale najpiękniejsze jakie posiadamy. Za każdym razem, gdy je oglądam w magiczny sposób wracają do mnie wszystkie emocje i wrażenia z tamtych minut. Na nowo czuję to delikatne i wilgotne ciałko, ręce mi znów drżą i palce mimowolnie szukają tej małej twarzyczki, by ją odkryć.Dziś ma już prawie 2 lata, droga mleczna trwa, choć próbujemy ją wspólnie zakończyć, bo niebawem pojawi się nowy smakosz mleka mamusi. Trudno jest jednak odmówić tej małej buzi.
Nasz najbardziej wzruszający moment z pierwszych chwil bycia razem to… pierwsze chwile. Dostałam na piersi małą, wilgotną i cudownie miękką kuleczkę. Byłam tak przejęta, zdenerwowana, przerażona i jednocześnie szczęśliwa, że nie potrafiłam nic powiedzieć. Było mi już wszystko jedno, świat się zatrzymał. Byliśmy tylko my we troje: mama, tata i córeczka. Wydawała się taka krucha, delikatna, że bałam się przesunąć ją choćby o milimetr. Leżała tak, że nie widziałam jej buzi.
Palcami badałam jej małe ciałko i wyobrażałam sobie jak wygląda. Była w końcu ze mną a ja przez dobrych kilkanaście minut wciąż nie znałam jej buzi. Poprosiłam męża,by zrobił jej zdjęcie to chociaż tak ją zobaczę. To są pierwsze zdjęcia córki, jakie mamy. Lekko rozmazane, niewykadrowane, ale najpiękniejsze jakie posiadamy. Za każdym razem, gdy je oglądam w magiczny sposób wracają do mnie wszystkie emocje i wrażenia z tamtych minut. Na nowo czuję to delikatne i wilgotne ciałko, ręce mi znów drżą i palce mimowolnie szukają tej małej twarzyczki, by ją odkryć.
Dziś ma już prawie 2 lata, droga mleczna trwa, choć próbujemy ją wspólnie zakończyć, bo niebawem pojawi się nowy smakosz mleka mamusi. Trudno jest jednak odmówić tej małej buzi.
Długo staraliśmy się o dzidziusia. Mieliśmy już swego rodzaju ciśnienie na tym punkcie. Siostry już nie pytały “i jak tam?” bo zaczynało być niezręcznie. Już myśleliśmy o lekarzach, spacjalistach, badaniach. Przyszedł lipiec… kolejny negatywny test ciążowy… ? Tydzień później dalej bez okresu. Kolejny raz się spóźniał. Bardzo zaczął boleć mnie brzuch więc czekałam na krwawienie bo przecież nie mogłam być w ciąży… A tu nic. Brzuch bolał i tyle. Kolejny raz robiłam test. Mąż poszedł do łazienki bo ja nie chciałam mieć nadzieji na dwie kreski… Kolejny raz… A on mnie wtedy zawołał. Prawie dusiliśmy się w objęciach, z płaczu i ze śmiechu stojąc w ciasnej łazience między klozetem, prysznicem i pralką na której leżał pozytywny test! ? To pierwsza wzruszająca chwila z naszym synkiem.
Pierwsze wzruszające chwile, już poza brzuszkiem? Oczywiście ten niezapomniany moment, kiedy trzymasz swoje maleństwo po raz pierwszy w ramionach, wtulone w Ciebie całym swoim malutkim ciałkiem. Oraz, a jakże, pierwsze nieporadne próby nakarmienia tego szkraba. W naszym przypadku wspominam je do dziś z uśmiechem, przypominając sobie, jak to córeczka marszczyła jedną brew, otwierała buzię, celowała… i robiła wielkie chaaaps ? Od tamtej pory minęły hektolitry mleka, rozmaite problemy i wiele radości. Czas już na kolejny etap, po prawie 19 miesiącach pomału dojrzewam do decyzji o zakończeniu naszej mlecznej drogi. Teraz czekam na krok z jej strony ?
Pamiętam, że od zawsze moim ogromym kompleksem była problematyczna cera. Od 13 roku życia borykałam się z trądzikiem, przebarwieniami, a do tego miałam świecącą się twarz. Kryłam wszystkie zmiany pod toną makijażu i starałam się je tuszować w każdy możliwy sposób.
Wizyty u dermatologów zdały się na nic – moja twarz wyglądała fatalnie, a właściwie żaden lek mi nie pomagał. W końcu poddałam się i postanowiłam nie zwracać na to uwagi. Teraz jestem już trochę po trzydziestce i od ponad 6 lat nie mam żadnych niedoskonałości na skórze twarzy. Mało tego, dopiero od kilku lat jestem w stanie wyjść z domu bez żadnego makijażu.
Przypadek? Nie sądzę!:)
przez cały czas myślałam, że za moje problemy z cerą odpowiedzialne są hormony. W ciąży zaczęłam mieć w końcu normalną skórę. Tak naprawdę cały czas myślałam, że to właśnie TYLKO dzięki temu, jednak jak zaczęłam drążyć to zauważyłam wiele zmian, które spowodowały, że tak bardzo poprawił się stan mojej skóry. Hormony mają wpływ na stan cery, ale zaraz Wam poniżej pokażę, że nie tylko.
nie ukrywam, że dopiero zaczęłam zwracać uwagę, na to co jem, jak zaszłam w ciążę. Na studiach żywiłam się różnymi „rarytasami”, które nie miały ze zdrowym jedzeniem nic wspólnego. Jadłam ogromne ilości nabiału, który negatywnie wpływa na skórę. Do tego mnóstwo sztuczności takich jak: zupki chińskie, napoje energetyczne, chipsy itd. Później, jak urodziłam chciałam dawać dobry przykład dziecku i zaczęłam czytać o zdrowym odżywianiu.
Wprowadziłam mnóstwo zmian w diecie i widzę, że ma ogromy wpływ na moją skórę. Przestałam truć od środka mój organizm i moja cera mi się odwdzięczyła. Kiedyś słyszałam teorię, że pikanatne jedzenie powoduje wypryski. Teraz jem dużo ostrych potraw, ale zdrowych i nie zauważyłam żadnej zależności.
nie wiem, jaka się uchowałam, ale nigdy nie lubiłam pić wody. Kupowałam gazowane napoje, piłam mocne herbaty i lurowate kawy. Jak teraz patrzę na moją dietę ze studiów, to naprawdę się dziwię, że mój niedożywiony mózg był w stanie się uczyć. Teraz, kiedy skóra zaczyna tracić na jędrności i pojawiają się zmarszczki to dbam o picie wody jeszcze bardziej. Widzę dużą zależność od ilości wypitej wody, a wyglądem mojej skóry.
odkąd jestem mamą to chodzę spać przed północą i wstaję skoro świt. Wcześniej jak karmiłam piersią to oczywiście miałam mnóstwo pobudek i widziałam je dokładnie na mojej skórze. A teraz jak, w końcu mogę się wyspać i prowadzę bardzo regularny tryb życia to widzę, jak dobrze to działa na moją skórę. W okresach, kiedy miałam największe problemy z cerą to zarywałam noce na naukę (i imprezy;).
kiedy byłam w ciąży zaczęłam się interesować naturalną pielęgnacją. Na szczęście przyszła moda na naturalne kosmetyki i złapałam bakcyla. Świadomie wybierałam produkty do pielęgnacji i to miało ogromny wpływ na moją cerą. W Polsce zaczęły się pojawiać różne marki, które zaczęły stawiać na naturę i wiem, że miały one ogromny wpływ na stan mojej skóry.
Jedną z nich jest Phenome – polubiłam się z tą marką już jakiś czas temu i mam swoje ulubione produkty. Wcześniej używałam tylko wysuszających żeli do mycia i toników z alkoholem, a moja skóra świeciła się bardzo mocno. Zaczęłam używać kremów nawilżających i zobaczyłam dopiero, jak moja cera tego potrzebuje.
nie powiem ile razy na studiach zasnęłam w makijażu z głową w książkach. Teraz widzę, że im więcej przywiązuje uwagi do oczyszczania, tym jest zdecydowanie lepiej. Zaczęłam używać też płynów micelarnych z bardzo dobrym składem. Ten z Phenome jest najlepszy jakich używałam. Zmywa, a do tego zostawia skórę odświeżoną. Do tego ma genialny dyfuzor i jednym psiknięciem odświeża całą twarz. Raz na tydzień robię też dokładny peeling. Teraz używam tego i sprawdza się znakomicie.
kiedyś nie wiedziałam, co to jest za wynalazek, a teraz kocham i w każdym tygodniu robię sobie maseczkę. Nie do końca sprawdzają mi się maski w płachcie i zdecydowanie wolę te standardowe.
kiedyś malowałam się codziennie, nawet na wyjście po bułki do sklepu. Używałam niezbyt dobrych kosmetyków, które zapychały mi pory. Teraz zdecydowanie lepiej dobieram kolorówkę i rzadziej się maluje. Naprawdę nie wstydzę się wyjść bez makijażu, bo moja skóra wygląda bardzo dobrze i nie muszę jej maskować.
oj zdecydowanie mniej mam stresu niż na studiach, a może innego rodzaju. Wydaje mi się, że mogło to również mieć wpływ.
używam jej ze względu na włosy, ale widzę jak zbawienny wpływ ma też na cerę. Nie da się z niej wstać po spaniu i mieć zagniecenia na skórze, do tego ma właściwości antybakteryjne i higroskopijne, więc dobrze odprowadza wilgoć.
To chyba tyle. Tak dużo zmian, które bardzo pozytywnie wpłynęły na stan mojej skóry. I tak naprawdę to przez ten czas nie zwracałam uwagi na to, że efekt pięknej cery jest wynikiem zdrowszego trybu życia.
Pssst….Jeżeli też szukacie dobrych naturalnych kosmetyków, to zajrzyjcie teraz na Limango. Właśnie zaczęła się kampania Phenome. Możecie kupić bardzo dobre, naturalne kosmetyki w niższych cenach. Polecam Wam te, których sama używam:
Maska
Peeling enzymatyczny
Krem nawilżający
Woda micelarna
Balsam nawilżający Mom baby do pielęgnacji delikatnej skóry mamy i dziecka
Do napisania tego wpisu zaprosiło mnie Limango.
Dziś mam dla Was wpis z podsumowaniem mojej wizyty na Targach Kids Time. Jak zwykle wypatrzyłam mnóstwo perełek, które mnie zauroczyły i dziś je Wam pokaże.
Plecaki i tornistry Jeune Premier – przepiękne i bardzo stylowe plecaki do szkoły.
czyli okularki, maski, rurki do pływania, które są genialnie wykonane i do tego wyglądają szałowo.
organiczna i ekologiczna marka dla najmłodszych produkowana w Indiach. Będzie dostępna TUTAJ
będzie dostępny TUTAJ
Nowości Grimm’s TUTAJ
dwa piękne wzory w delikatną „panterkę” (te dwa z przodu). Będą dostępne TUTAJ
Będą też kombinezony narciarskie z patentami do 140 cm
Projektory Buki – będą dostępne TUTAJ
będą dostępne TUTAJ
będą dostępne w popularnych sklepach, a dystrybutor TUTAJ
(kredki, mazaki, długopisy, gumki itd.) są już dostępne w różnych sklepach np. TUTAJ
Sensoryczne panele do zabawy
odkrycie tych Targów TUTAJ
u nas hitem jest duża wersja KLIK, ale z pewnością kupię też mniejszą.
w nowych stonowanych kolorach TUTAJ
dostępne TUTAJ
super pomysł TUTAJ My mieliśmy kosz Mojżesza tej marki i sprawdzał się znakomicie. Pisałam o nim tu: Kosz mojżesza
w marmurku i do tego z nową, przedłużoną budką. TUTAJ
czyli akcesoria plażowe, które zajmują mało miejsca np. dmuchana piłka TUTAJ
TUTAJ – piękna półka na książki dla maluchów
Mnie zachwycił zestaw stomatologa TUTAJ
Nowe i bardzo stylowe ubrania ciążowe, które są później dostosowane do karmienia Coolmama
Nowości Janod – kuchnia w nowej odsłonie i zestawy kreatywne
Nowości Rubbabu
Nowości Quut do piasku i do wody
Nowy wózek Easywalker Charley – bardzo lekki i ciekawy – ma też gondolę. Waży 8 kg, a udźwignie dziecko do 20 kg.
Nowości Quut
Nowości Janod
Puzzle Janod z otwieranymi okienkami
Nowości z Ezpz – łyżeczki i kubeczek do nauki picia, a również do podawania odciągniętego mleka
Dziś post z lekkim przymrużeniem oka – poniżej lista podarków, które powodują, że rodzicielstwo jest jeszcze trudniejsze.
Kiedy moje dzieci dostają coś takiego lub mnie ogarnie jakieś zamroczenie i sama kupię zabawkę, która przyprawia mnie o dreszcze, mam 3 strategie:
Umówmy się 2-3-4-5-6-letnie dziecko, które nie ma nic wspólnego z muzyką nie będzie nam grało preludium e-moll Chopina, a nawet nie wymęczy „wlazł kotek na płotek”. Będzie waliło, dęło, dmuchało ile sił w maleńkich płuckach i niekoniecznie do kolacji, ale często o bladym świcie.
Jedyny prawdziwy instrument, który naprawdę dobrze brzmi, nawet jak gra dwulatek to dzwonki Mat max TUTAJ. Myślę, że rodzice mają dość różnych dźwięków wydawanych przez dzieci i nie warto im dokładać kolejnych, tych kakafonicznych.
Kupiłam kiedyś i ja, jak typowy amator. Po dosłownie 30 sekundach pożałowałam. Małe to to, a tyle ma pary w płucach, że w życiu bym się nie spodziewała. Skończyło się na tym, że gwizdek niespodzianie się „zgubił”. Naprawdę, wyleciał z wózka na placu zabaw i zapomniałam go podnieść.
Mam nadzieję, że nie znalazło, go inne dziecko (jeśli tak, to przepraszam Cię rodzicu).
Nie mam pojęcia jaka mną ogarnęła ciemnota, że sama, z własnej nieprzymuszonej woli kupiłam mojemu dwulatkowi powszechny i bardzo lubiany slime. W sklepie były autka, puzzle i inne mniej inwazyjne zabawki, a ja kupiłam mu właśnie to. Zabawa była przednia, robił z niej jajka, liny, odbijał jak piłeczkę, aż kiedyś slime zginął.
Po dwóch dniach znalazłam go na moim nowiutkim, zamszowym Timberlandzie… Czy mam opisać swoje emocje? %^&%&**^* – mniej więcej tak by to wyglądało.
No cóż by tu rzec, tak popularne w hipermarketach zabawki są często mordęgą dla domowników. Te same komputerowe piosenki, trzeszczące głośniki i zmutowane głosy śpiewających, nie mają zbyt wielu walorów edukacyjnych, a do tego zabierają przestrzeń, bo małe to one nie są. Pierwsze co, zawsze robię: zaklejam głośnik, mam nawet takie specjalne plastry, które jeszcze lepiej tłumią dźwięk.
Jeżeli mimo tego tuningu rypią dalej, to są na mojej liście „do schowania na wieczne zapomnienie”.
Zaszczytne miejsce na mojej liście zajmuje piaseczek. Piaseczek, który daje tyle radości dzieciom, a u mnie powoduje gęsią skórkę. Mieliśmy w sumie dwa opakowania – na jedno sama się szarpnęłam i przez zęby cedziłam do siebie podczas sprzątania „po co ja to kupiłam???”, a drugie dostaliśmy od znajomych. Juleczkowi zajęło rozniesienie go po całym domu około 45 minut.
„Niestety” nie dało się go zagnieść z powrotem, więc z niemałą satysfakcją wciągnęłam go odkurzaczem. A tak serio, to jest naprawę świetna zabawka, ale wg mnie trzeba mieć sporą kuwetę na niego i przy małym dziecku siedzieć non stop – inaczej będziecie mieli Saharę w całym mieszkaniu.
Ciastolina też „spoko” – nie wiedziałam, że da się ją wetrzeć w dywan i kanapę.
Przecież 5-latka sama już wykona sobie makijaż i pomaluje paznokcie. Nigdy nie kupujcie tego swoim, ani cudzym dzieciom. To jest jakaś mordęga – często mają fatalne składy i uczulają. No i jak wytłumaczyć dziecku, że mama się maluje, a dziecko nie musi?
Brokat jest jak igły z choinki, wychodzi spod szafy jeszcze w czerwcu. Kupiłam go 6-latce i cierpliwie ścierałam z półek, podłogi i z twarzy. Nawet u młodszego na głowie znalazło się pół opakowania. Jakim cudem? Nikt nie wie. Ale hit to był wtedy, jak młodszy wysypał tego cuda pół opakowania do szuflady z talerzami i sztućcami.
Zmywarka średnio dała radę 😉
Czasem są takie, które mają po prostu ich tyle, że jak leżą na dywanie to absolutnie nie da się tego sprzątnąć. A zgubisz jeden (co trudne nie jest) i już nie da się tego złożyć. U nas najczęściej elementy takich zabawek znajduję: w kwiatkach, u mnie w torebce, w butach, a nawet w WC!
Zabawki dodawane do gazetek, do słodyczy, do zestawów w restauracjach… wszędzie to później się wala. A najgorzej coś takiego zgubić – niby nic, a jednak skarb. Dodatkową właściwością jest ogromna awaryjność, częsta przy pierwszym użyciu. A później 50 takich masz w domu i znaj jego współrzędne, bo przecież potrzebne jest na już!
Często szukamy preparatów z dobroczynnymi probiotykami, a zapominamy o tych naturalnych. Sama staram się przemycać je w diecie, ale nie zawsze mi to wychodzi. Dziś chciałabym Wam napisać o mocy zakwasów naturalnych, czyli o probiotycznej naturalnej bombie witaminowej.
Do napisania tego wpisu zaprosiła mnie Rodzinna Olejarnia Olini, która obok zimnotłoczonych olejów roślinnych, o których pisałam Wam tu: Olej z czarnuszki od niedawna ma w swojej ofercie również zakwasy.
Odpowiedź jest bardzo prosta: odporność płynie z jelit i ze zdrowej mikroflory, a to właśnie probiotyki mają ogromy wpływ na jej dobrostan. Pozwalają zadbać o odpowiednią ilość i jakość bakterii w jelitach, a co za tym idzie w bezpośredni sposób wspomagają odporność.
Oprócz tych, które możemy kupić w aptece w buteleczce lub kapsułkach mamy również kiszonki. W ostatnim czasie przeżywają swój wielki powrót, ze względu na właściwości zdrowotne:
Nie mam miejsca w kuchni na wielki 5- litrowy słój na zrobienie własnego zakwasu, a poza tym bałabym się, że coś zrobiłam nie tak. Stwierdziłam, że wolę zaufać profesjonalistom i zakwas kupić.
– w ciąży – ze względu na bogactwo witamin, minerałów, a przede wszystkim kwasu foliowego i biodostępnego żelaza- w trakcie i po antybiotykoterapii – sprawdzi się jako osłona i wsparcie – po grypie żołądkowej, biegunce, zatruciu pokarmowym – pozwoli odbudować florę bakteryjną – przy przeziębieniu, osłabieniu i w rekonwalescencji po chorobach – działa wzmacniająco– przy anemii i obniżonym poziomie żelaza – źródło dobrze przyswajalnego żelaza – pozwala bez skutków ubocznych poprawić wyniki
Zakwas z buraków ma wspaniałe właściwości, o których nie miałam pojęcia. Wiedziałam, że zawiera probiotyki i może być pomocny w leczeniu anemii, ale o TYCH wszystkich „mocach” nie wiedziałam.
Drugi zakwas, do którego namówiłam dzieci to zakwas z kapusty. Nie chcą jej jeść, ale zakwas im nieźle wchodzi. Zakwas z kapusty, trochę mi przypomina w smaku ogórki, więc jest to znany smak.
– podczas infekcji – jako bogate źródło witaminy C i mnóstwa innych witamin i mikroelementów
– w trakcie i po antybiotykoterapii – sprawdzi się jako osłona i wsparcie
– po grypie żołądkowej, biegunce, zatruciu pokarmowym – pozwoli odbudować florę bakteryjną
– przy problemach z włosami, paznokciami i skórą -źródło dobrze przyswajalnej, organicznej siarki, która ma świetny wpływ na ich stan
Z kolei jego właściwości wg mnie skupiały się głownie na probiotykach, a ma ich o wiele więcej. Możecie przeczytać o nich TUTAJ.
Ja zakwasy piję codziennie, zazwyczaj jeden i drugi przed posiłkiem około 100 ml.
Pozwolę sobie zacytować Małgorzatę Jackowską, dietetyk i specjalistkę żywienia dzieci:
„Jak wprowadzać zakwasy do diety dzieci?Odpowiada dietetyk, specjalistka żywienia dzieci Małgorzata JackowskaMoim zdaniem zakwasy warto zacząć wprowadzać do diety maluchów po 1. roku życia. W drugim roku życia, ze względu na zawartość soli, nie należy przesadzać z ich ilością i warto zakwas włączyć do diety jako składnik posiłków. Starsze dzieci mogą dostać zakwas na łyżce lub do picia. W drugim roku życia łyżka stołowa dodana do zupy lub kaszy (podanej np z sosem warzywnym) będzie dobrym wstępem do tego, żeby włączyć zakwas do diety dziecka. Dodaj go już na talerzu, nie do gotowania. Dzięki temu zakwas nie straci swoich cennych właściwości pod wpływem temperatury a układ pokarmowy dziecka będzie miał czas żeby przyzwyczaić się do nowego produktu.Kiedy Twój maluch przywyknie do zakwasu w swojej diecie, zaakceptuje jego smak i będziesz wiedzieć, że dobrze go toleruje, to można zacząć podawać zakwas na łyżce albo do wypicia z małego kubeczka. Propozycja dawkowania u dzieci:– w drugim roku życia można stopniowo wprowadzać 1-2 łyżki dziennie, zaczynając od małej ilości.– po drugim roku życia można zwiększyć ilość podawanego zakwasu do 4-5 łyżek dziennie jak Twoje dziecko go polubi i będzie dobrze tolerować.„
„Jak wprowadzać zakwasy do diety dzieci?Odpowiada dietetyk, specjalistka żywienia dzieci Małgorzata JackowskaMoim zdaniem zakwasy warto zacząć wprowadzać do diety maluchów po 1. roku życia.
W drugim roku życia, ze względu na zawartość soli, nie należy przesadzać z ich ilością i warto zakwas włączyć do diety jako składnik posiłków. Starsze dzieci mogą dostać zakwas na łyżce lub do picia.
W drugim roku życia łyżka stołowa dodana do zupy lub kaszy (podanej np z sosem warzywnym) będzie dobrym wstępem do tego, żeby włączyć zakwas do diety dziecka. Dodaj go już na talerzu, nie do gotowania. Dzięki temu zakwas nie straci swoich cennych właściwości pod wpływem temperatury a układ pokarmowy dziecka będzie miał czas żeby przyzwyczaić się do nowego produktu.Kiedy Twój maluch przywyknie do zakwasu w swojej diecie, zaakceptuje jego smak i będziesz wiedzieć, że dobrze go toleruje, to można zacząć podawać zakwas na łyżce albo do wypicia z małego kubeczka.
Propozycja dawkowania u dzieci:– w drugim roku życia można stopniowo wprowadzać 1-2 łyżki dziennie, zaczynając od małej ilości.– po drugim roku życia można zwiększyć ilość podawanego zakwasu do 4-5 łyżek dziennie jak Twoje dziecko go polubi i będzie dobrze tolerować.„
Jak widzicie warto pić zakwasy i wspomagać się w tym okresie chorobowym. Są źródłem nie tylko dobrych bakterii probiotycznych, ale wielu witamin. Nasze babcie wiedziały, co robiły i bardzo mnie to cieszy, że zakwasy i kiszonki wracają do łask.
Wiem, że lubicie takie wpisy zbiorcze, dlatego dziś przygotowałam dla Was wpis z gadżetami i rzeczami. Są to przedmioty codziennego użytku których używam i myślę, że są warte polecenia.
Zaczynamy
Dostępny TUTAJ
Już nie wyobrażam sobie bez niego życia. Używam go nie tylko do aktywacji maseczek i olejów, które nakładam przed myciem, ale również do osuszania włosów po zwykłym myciu. Ręcznik spadają, zsuwają się, a ten turban trzyma się znakomicie. Dzięki niemu przestałam suszyć włosy suszarką Lilce, wystarczy, że jej założę ten turban po myciu, a później trochę odczekamy i włosy są już prawie suche.
Dostępna TUTAJ
Porzuciłam już Tangle teezer na rzecz tej genialnej szczotki. Jak sama nazwa wskazuje, jest to szczotka do rozczesywania na mokro. Mam bardzo wrażliwy skalp i dzięki temu nie czuję żadnego ciągnięcia. Używam jej też do rozczesywania włosów dzieciom – powoduje mniejszy dyskomfort w czasie tego niezbyt lubianego zabiegu.
Przez ostatni czas czułam, że stan moich włosów się pogarsza. Nie wiedziałam dlaczego, bo dbałam o nie jak zawsze. Aż fryzjerka zapytała mnie, ile lat ma moja suszarka do włosów. Obliczyłam i wyszło na to, że 7. Powiedziała, że to może by przyczyna, bo suszarki, które mają już kilka lat mogą palić włosy. Poleciła mi ją fryzjerka.
Jest to profesjonalna suszarka używana w salonach fryzjerskich. Mam ją niedługo, ale już widzę poprawę. Ma dobre ustawienia nawiewu ( ja suszę chłodnym) i specjalne nakładki. Ma też jonizację, która wygładza włosy. Polecam ją bardzo 🙂
Dodam, że nigdy nie mieliłam w nim kawy, bo nie do takiego przeznaczenia go kupiłam;) Mielę w nim np. siemię lniane do koktajli (źródło kwasów omega 3), mielę też ksylitol na cukier puder, robię bułkę tartą. Nasz jest zwykły, ale działa bardzo dobrze i szybko mieli (a to ważne żeby nie podgrzewać siemienia dodatkowo, bo traci wartości).
Dostępny w dobrej cenie TUTAJ
To już kolejny nasz garnek w takim stylu. Używałam go do gotowania warzyw przy rozszerzaniu diety (nie są tak rozgotowane jak z wody i łatwiej je złapać w ręce), używam i teraz. Za co uwielbiam? Mogę zrobić cały obiad w jednym garnku: na dole kasza w wodzie, po środku kotleciki, a na górze warzywa. Dania są zdecydowanie lepsze niż gotowane, bo mają więcej smaku. Nie lubię mikrofali i często podgrzewam dania właśnie na parze – super sposób. Jak będziecie kupować taki sprzęt to nie kupujcie dużego – szybciej się nagrzewa mały i szybciej się gotuje.
Podobny dostępny TUTAJ
Nasz kupiliśmy w Holandii rok temu i uważam, że jest genialny! Ma bardzo gęste sitko i dzięki temu ani jeden kawałek herbaty nie wpada do szklanki. Do tego jest bardzo efektowny. Nawet jak robię dzieciom Rooibos to absolutnie nic się nie wkradnie do szklanki.
Dostępna online i stacjonarnie w Odette
Raz w miesiącu idę z Julem na długi spacer do Odette po herbaty. Naprawdę już inne mi zupełnie nie smakują – te są takie świeże, delikatne – jest mnóstwo do wyboru. Tym razem kupiłam owocową dla dzieci i zieloną z ananasem dla siebie.
Mam ją już długo i uwielbiam. Nie kupujemy wody pitnej i używamy filtrowanej z lodówki, więc jak gdzieś wychodzę to biorę Pura. Można myć ją w zmywarce – cały czas wygląda jak nowa. Dobrze trzyma temperaturę i jestem z niej bardzo zadowolona.
Dostępne TUTAJ
Przyznaję jestem od nich uzależniona. Kocham świeży zapach i miękkość jaką zostawiają na praniu. Przestałam używać płynu do płukania, tylko do suszarki dorzucam jedną chusteczkę. Mam je też rozłożone w szufladach – dają lekki, ale bardzo przyjemny zapach.
Już jakiś czas temu szukałam sprzętu grającego do pokoju dzieci. Kupiłam ten głośniczek i jest świetny – bardzo dobra jakość dźwięku. Można podłączyć go kabelkiem do mp3 lub przez Bluetooth np. telefon.
Całe życie marzyłam o tym żeby nosić okulary. Nie wiem dlaczego, ale kojarzą mi się z atrybutem mądrości. Natomiast mój wzrok od zawsze był sokoli i nigdy nie miałam żadnych wskazań do noszenia okularów. Jednak ostatnio zauważyłam, że coś się dzieje.
Partnerem dzisiejszego wpisu jest marka MUSCAT.
Ubytki wzroku i słuchu pojawiają się stopniowo, dlatego często tego nie zauważamy. Czasami jest też tak, że jeżeli jedno oko zaczyna potrzebować wsparcia, to drugie je kompensuje i dlatego ciężko nam zauważyć, że coś jest nie tak.
Dużo czasu spędzam ostatnio przed komputerem i któregoś dnia ze zmęczenia zamknęłam jedno oko. Aż się zdziwiłam, że prawe oko widzi rozmazane litery, zjeżdżające do dołu. Zamykałam jedno oko i otwierałam drugie, robiłam to kilka razy i widziałam, że coś jest nie tak. Kiedy patrzę dwoma na raz jest w miarę ok, ale jak optometrysta założył mi okulary, to dopiero zobaczyłam, że jednak źle widzę bez nich.
Od pół roku chodzimy do wspaniałego specjalisty na ćwiczenia oczu z Lilą. Żaden okulista nie miał już pomysłu, co możemy zrobić żeby poprawić mięśnie gałek ocznych i konsultowaliśmy się u wielu specjalistów, przez chwilę nawet nosiła okulary terapeutyczne, straszono nas nawet operacją. Aż w końcu trafiliśmy na optometrystę, który po specjalistycznych badaniach zalecił terapię, która po 3 m. przyniosła poprawę w wynikach o połowę!
Dlatego właśnie zamiast do okulisty, poszłam do optometrysty, który wg mnie zdecydowanie lepiej dobiera okulary niż okulista. Po serii badań (nawet bez atropiny) usłyszałam, że mam lekki astygmatyzm w jednym oku i małą wadę. Jak tylko optometrysta założył mi dopasowane soczewki to aż powiedziałam WOW. Nieźle mój mózg i drugie oko musiały to kompensować. Dostałam szczegółową receptę i zaczęłam poszukiwania oprawek idealnych.
Okulary muszę nosić tylko do pracy przy komputerze i do czytania. Nie chciałam wydawać fortuny na oprawki, bo i tak będę je nosić tylko w domu, więc szukałam czegoś ciekawego, ale w dobrej cenie. Aż jedna z Was podpowiedziała mi, żebym zobaczyła polskie okulary MUSCAT.
No i mam! Oprawki są świetnie zrobione, lekkie i pasują do wielu stylizacji. Zamówienie przebiegło szybko i bez problemów.
Dowiedziałam się też, że MUSCAT właśnie stworzył okulary dla dzieci KLIK i poprosiłam ich o użyczenie modelu Ellis dziecięcego żeby Wam pokazać. Pamiętam jak sama szukałam okularów dla dzieci i nie było nic ciekawego do wyboru. Tak więc Julek pokazuje Wam pierwszy dziecięcy model MUSCAT-ów. Cudne są! Lekkie i elastyczne, a do tego nie są infantylne.
Możecie wybrać dwie ścieżki: przymierzyć oprawki w salonie lub zamówić domową przymierzalnię – na stronie wybieracie 5 oprawek do przymiarki i MUSCAT bez żadnych kosztów wysyła je Wam do domu – DOMOWA PRZYMIERZALNIA KLIK
Wybór oprawek nie był prosty, bo modele są dość uniwersalne i wiele z nich mi się podobało. Po 5 dniach odesłałam domową przymierzalnię i zamówiłam właściwe okulary. Myślę, że jest to bardzo ciekawy i innowacyjny projekt. Możecie zajrzeć na stronę MUSCAT i zobaczyć, jakie inne modele są dostępne.
Przy dwójce dzieci widzę bardzo proste zależności – zrobię coś innego niż zawsze i one już śpią niespokojnie. Przerwanie wieczornych czynności lub przesunięcie rutyny przekłada się w widoczny sposób na jakość snu. A czasami zapewniam im wszystko, czego potrzebują, a one budzą się kilka razy w nocy.
Dziś chciałbym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami o śnie dzieci i opisać nasze sposoby na spokojny sen. Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie marka Haus & Luft – producent zaawansowanych oczyszczaczy powietrza.
Nie wiem czy też widzicie tę zależność, ale im bardziej intensywny dzień z dużą dawką emocji tym bardziej niespokojna noc. I mimo, że mogłoby się nam wydawać, że głębokość snu jest wprost proporcjonalna do zmęczenia, u dzieci zależność ta się nie sprawdza. Układ nerwowy musi odreagować intensywny dzień, dlatego też dzieci często budzą się w nocy.
Specjaliści twierdzą, że idealną temperaturą do spania jest 18-21 stopni. Nie dobrze śpi się w zbyt gorącym pomieszczeniu. Dzieci bardzo dobrze radzą sobie z wychłodzeniem, natomiast z przegrzaniem już nie. Rekomendowana temperatura zapewni naszym pociechom spokojniejszy sen.
10 minutowe wietrzenie pokoju, pozwoli na wymianę powietrza i pozbycie się wilgoci. Jednak w dni takie jak teraz – kiedy normy zanieczyszczenia powietrza są znacznie przekroczone – nie otwieramy okien. Jest to bardzo kłopotliwe, bo w czystym powietrzu śpi się zdecydowanie lepiej.
Jak sobie z tym radzić? Sposób jest tylko jeden – wstawić oczyszczacz do sypialni. Same zwróciłyście mi uwagę, że jeden oczyszczacz nie działa na całe mieszkanie, więc w pokoju dzieci pracuje teraz oczyszczacz Haus & Luft.
Oczyszczacz jest wyposażony w technologię OxyFrisch – unikatowy system 5-stopniowej filtracji powietrza zapewniający, że skuteczność jego oczyszczenia sięga 99,8%. Z dodatkowych funkcji ma jonizację i lampę UV, która zabija wirusy, bakterie i drobnoustroje. Model, który mamy HL-OP-20 jest wydajny na 50 metrach kwadratowych.
Ma wbudowany czujnik zanieczyszczeń i na trybie AUTO włącza się na odpowiedni program. Oczyszczacz idealnie nadaje się do pokoju dziecięcego, bo ma blokadę panelu – żadne małe paluszki nie będą przełączać naszych ustawień, a do tego ma pilot – możemy obsługiwać go z odległości. Jest cichy, a filtry wymienne nie kosztują majątku. Jeżeli szukacie dobrego oczyszczacza to sprawdźcie Haus & Luft – to marka, która specjalizuje się właśnie w oczyszczaczach.
Dzieci mają różne potrzeby jeżeli chodzi o temperaturę, potrafią spać kamiennym snem nawet, jak są odkryte. Nam wydaje się, że na pewno jest im zimno, więc je nakrywamy, a czasem efekt jest zupełnie odwrotny. Dzieci śpią niespokojnie po nakryciu. Jeżeli Wasze dzieci lubią ciepło, to może warto kupić śpiworek do spania, jest bezpieczniejszy niż kołdra i daje nam pewność, że maluch spędzi całą noc pod przykryciem.
Omega-3 (ALA, EPA, DHA) nie są wytwarzane przez nasz organizm, więc musimy je dostarczać w diecie lub poprzez suplementację. Znajdują się one w tłustych rybach morskich i algach morskich. Ok, zróżnicowana dieta z rybą 2 razy w tygodniu jest wszędzie zalecana. Jednak mało kto zwraca uwagę na fakt, że kwasy omega-3 giną przy obróbce termicznej, więc smażona, gotowana czy grillowana ryba, którą podajemy dzieciom ma naprawdę niewiele tych dobroczynnych kwasów.
Trzeba by było podawać dzieciom surowiznę, a tego chyba każdy rodzic się boi. Dlatego warto pomyśleć o suplementacji. Dotychczas przeprowadzono sporo badań na temat wpływu DHA na sen TUTAJ, TUTAJ i ogólne funkcjonowanie. Osoby, które brały udział w badaniach czuły się znacznie lepiej, a do tego miały lepszą koncentrację i spokojniejszy sen.
Czyli czynności następujące po sobie wpływają znacząco na poczucie bezpieczeństwa dzieci. Im bardziej przewidywalny wieczór i rytuały, tym spokojniejszy sen. Warto zwracać na to uwagę, bo dzięki temu dzieci wiedzą, co następuje po czym i daje im to ogromny spokój, który przekłada się później na sen.
Kiedy zasłaniamy okna na czas drzemki w dzień to wydziela się więcej melatoniny, czyli hormonu snu i przez to organizm jest zdezorientowany wieczorem kiedy faktycznie jest czas snu. Ja nie zasłaniam okien i widzę, że wieczorem kiedy już powoli przygaszamy światła to dzieci zaczynają ziewać. Latem, kiedy słońce wstaje dość wcześnie zaciągam zasłony typu black out żeby wydłużyć wydzielanie melatoniny i wydłużyć.
Często rodzice wpadają w taką pułapkę, że dzieci się budzą w nocy bo są głodne. Maluchy oczywiście są i nie należy im tego odmawiać, bo mają małe żołądki i szybko trawią. Ale często myślimy, że sycąca gęsta kasza spowoduje, że dzieci będą dłużej spały. A czasami efekt jest odwrotny – kaszki „na dobranoc” pełne cukru i innych wypełniaczy powodują problemy z brzuszkiem. A przez to dzieci niespokojnie śpią. Po kilku epizodach przestałam nawet serwować dzieciom na kolację smażone placuszki, czy naleśniki. Zdecydowanie lepiej u nas sprawdzają się lekkie rzeczy.
Zimne światło typu LED powoduje hamowanie wydzielania melatoniny, czyli hormonu snu. Warto zwrócić na to uwagę i zamienić źródło światła w sypialni. To samo dotyczy oglądania bajek.
Nie wiem czy wiecie, ale czytanie książek dzieciom uspokaja je i wprowadza łagodnie od stanu pobudzenia do snu. Głośne czytanie powoduje, że dzieci rozluźniają się, schodzi z nich całe napięcie z dnia i mogą spokojnie spać.
Jeżeli nie pozwalamy dzieciom płakać, szybko reagujemy na pobudki, jesteśmy blisko i nie stosujemy treningów snu tym dziecko będzie spokojniejsze i nauczy się spać spokojniej. Niektóre dzieci dopiero po 3 roku życia śpią długo i bez pobudek (a niektóre nawet po tym czasie niespokojnie śpią). Zdecydowanie łatwiej jest mieć akceptującą osobą blisko siebie i wiedzieć, że możemy na nią liczyć niż być zdanym na siebie.
Każdy z nas chciałby spać spokojnie w nocy. Czasem jednak potrzeba trochę więcej wysiłku, a czasem tylko czasu żeby dzieci zaczęły przesypiać noce. A bywa, że mimo wszystkich sposobów już o 1 kursuję między jednym pokojem, a drugim i nie mam pojęcia dlaczego. Widzę za to jedną tendencję: w weekend dzieci wstają najwcześniej!
Bunt dwulatka niektórym rodzicom spędza sen z powiek. Dziecko dopiero skończyło roczek, wchodzi właśnie w drugi rok, a już jest jedną nogą w owianym złą okresie swojego życia, czyli strasznym buncie dwulatka.
Zaczyna się okres „ja siam”, większa chęć do eksplorowania świata i nauka wielu rzeczy (często na raz). Dlaczego ten bardzo intensywny czas nazywany jest buntem?
„Najczęstsze objawy buntu dwulatka to:
Tak sobie to czytam i mam tylko jeden wniosek – tak dzieci w tym wieku uczą się być po prostu bycia człowiekim. A my im często nie dajemy.
Jak spojrzymy na chwilę na wcześniejszy okres, kiedy właściwie dziecko jest zależne od nas w 100 %, to wyraźnie widzimy, że to my nie pozwalamy mu na więcej. Jednego dnia są maluszkami, a dosłownie za chwilę chcą wszystko robić sami. My często jesteśmy zafiksowani na spełnianiu ich potrzeb, że nie potrafimy wyczuć tego momentu, kiedy dziecko powoli od nas będzie się uniezależniać.
Bardzo często najbliżsi nie dają dzieciom realizować ich potrzeb. Uważają, że są na coś za mali i z tego mogą wynikać wzmożone trudne zachowania.
Mam bardzo prostą odpowiedź. Rodzice dzieci, które wg nich mają bunt dwulatka po prostu dali się złapać w pułapkę. Uwierzyli w to, a to tylko mit powtarzany z pokolenia na pokolenie. Ich myślenie wygląda w ten sposób:
„Moje dziecko ma bunt dwulatka, a ja muszę z nim walczyć. Codziennie muszę spierać się o ubieranie, o mycie, o ciągłe mówienie”nie” Już nie mam na to siły.”
Pamiętacie powiedzenie A. Stein?
Bo ich rodzice w niego nie wierzą. Za to wiedzą, że ten czas (od około 18 m do 36 m) jest bardzo ważnym okresem w życiu dziecka. To czas kiedy:
Dzieci, które nie muszą o to walczyć, są o wiele bardziej spokojne. Potrafią się łatwiej koncentrować. Kiedy nie są hamowane ciągłym „nie wolno” rozwijają się bardziej harmonijnie, bo zgodnie z ich potrzebami. My odpowiadamy na ich potrzeby, a one zaczynają odpowiadać na nasze. Tę współpracę bardzo dobrze widać między dzieckiem i rodzicem. To właśnie dlatego dzieci rodziców, którzy nie wierzą w żaden bunt, go zwyczajnie nie mają.
p.s. Gdybym miała iść tym tropem i mówić o moich potrzebach to właśnie przechodzę przez bunt 34-latki. Uczę się mówić „nie” kiedy nie mam na coś ochoty, walczę o swoją niezależność i prawo do snu (z kotłującą się dwójką obok mnie.
Tu macie Książki dla najmłodszych wspierające rozwój mowy
Niewiele jest rzeczy na rynku dziecięcym, które są prawdziwymi perełkami i do tego są w dobrej cenie. Zazwyczaj za świetną jakość płaci się bardzo dużo, a my rodzice często chcemy wszystko co najlepsze dla naszych dzieci, więc staramy się wybierać właśnie takie rzeczy.
Jednak czasami zdarzają się prawdziwe skarby i jak wiecie, często je na blogu pokazuję. Dziś też chcę Wam opisać genialną markę dla dzieci, na którą trafiłam na początku tego roku.
Byłam w Tesco i chwyciłam pierwszy płyn z brzegu, bo nie znałam tej etykietki. Zaczęłam czytać, wąchać, spojrzałam na cenę i stwierdziłam, że wypróbuję. To był płyn do kąpieli, który robi mega pianę, a przy tym ma bardzo dobry skład i nie wysusza skóry. W końcu zrobiłam dzieciom kąpiel z pianą! Ale była zabawa! Do tej pory nie używałam płynu do kąpieli, bo zazwyczaj mają PEG-i, barwniki itd. To było to widoczne od razu na skórze dzieci. Tym razem był efekt wow i do tego ta cena.
Fred&Flo to nowa marka kosmetyków, którą znajdziecie w Tesco (jest też dostępna online). Oferta jest bardzo szeroka, bo są tam: płyny do kąpieli, żele do mycia ciała i włosów, szampony, kremy, waciki, chusteczki nawilżane, ręczniczki bawełniane, a nawet pieluszki.
Czy można stworzyć świetny produkt w dobrej cenie? Można.
Mamy kilka ich produktów i używamy cały czas. Podobają mi się też objętości butelek, bo największe są nawet po 500 ml czyli wystarczą nam na długo i nie będziemy musieli za chwilę kupować następnego. Kosmetyki delikatnie pachną i mają dość zwartą konsystencję, czyli zużycie ich jest niewielkie. Wystarczy tak naprawdę niewielka kropla żeby umyć całe ciało.
Tak samo jest z kremami i balsamami, szybko się wchłaniają i nie zostawiają lepkiej skóry.
W ofercie też znajdziecie chusteczki nawilżane, pieluszki i pieluchomajtki. Chusteczki są u nas w użyciu codziennie i chyba na długo z nami zostaną. Delikatnie usuwają zanieczyszczenia ze skóry i zostawiają ją czystą i delikatnie nawilżoną. Mamy też pieluszki, których używamy już tylko na noc i bardzo dobrze się sprawdzają. Porównałbym jej nawet do bardzo znanej marki premium.
Lubię Wam polecać właśnie takie rzeczy: super jakość i do tego bardzo dobra cena. Myślę, że niewiele jest takich produktów na rynku, więc jak tylko będziecie w Tesco to zajrzyjcie na półkę z asortymentem dla dzieci. Wszystkie produkty tej marki wraz z cenami możecie obejrzeć pod tym linkiem KLIK.
Bidon stalowy B.box mamy już kilka tygodni i muszę stwierdzić, że jest jednym z ulubionych. Dziś napiszę Wam o nowości, która jest warta polecenia.
Zacznę od tego, że inny bidon tej marki był u nas użytkowany dość długo i uważam, że to najlepszy model dla malutkich dzieci. O jego wszystkich zaletach możecie przeczytać w tym wpisie Bidon dla dzieci, a najtaniej jest dostępny TUTAJ
Później nadszedł czas na termobutelkę Pura, o której pisałam PURA.
Akurat nie dawno na rynku pojawił się nowy produkt, więc postanowiłam Wam o nim napisać.
możecie go kupić TUTAJ
Z racji tego, że jest wykonany z bardzo trwałych materiałów (i jeżeli go nie zgubimy) możecie używać nawet kilka lat. Jeżeli szukacie czegoś trwałego, to zwróćcie uwagę na ten produkt.
Bidon jest dostępny w różnych kolorach TUTAJ
Niby to takie oczywiste, że trzeba myć zęby, a jak się okazuje większość dzieci tego nie wie. Im młodsze dziecko tym bardziej jest mu trudno to zrozumieć. Co w takim zrobić jeżeli dzieci nie chcą tego robić?
Przerabiałam ten problem z jednym i z drugim dzieckiem. W pewnym wieku zwyczajnie odmawiali mycia zębów i trudno nam było pilnować prawidłowej higieny jamy ustnej, kiedy przy każdej ingerencji słyszeliśmy wyraźny sprzeciw.
Nie chcieliśmy myć zębów na siłę, bo uważam, że daje to zupełnie odwrotny efekt. Używanie przemocy nie spowoduje, że dziecko polubi daną czynność, a wręcz odwrotnie – jeszcze bardziej nie będzie jej lubiło.
„Kiedy z czymś walczysz, dajesz temu siłę”
Czyli kiedy siłą staramy się coś zrobić dziecku, to opór staje się jeszcze większy i dlatego nie ma to najmniejszego sensu. Musimy to zaakceptować i znaleźć inną ścieżkę.
Dziś chciałabym poruszyć problem mycia zębów u dzieci, a do podzielenia się doświadczeniami zaprosił mnie Acidolac Dentifix Kids.
U starszej córki niechęć do mycia zębów pojawiła się około 3 roku życia – każda próba była wyzwaniem i trudno nam było dbać o zęby. Na kontrolę do stomatologa chodziliśmy wtedy bardzo często, bo bałam się, że próchnica pojawi się na zębach. Metody jakie wtedy stosowałam to:
Niestety nic nie pomagało na dłużej, wciąż mycie zębów było nieciekawe, nudne. Stwierdziliśmy, że może też chodzić o szczoteczkę. Taka elektryczna jest zdecydowanie ciekawsza i to był strzał w dziesiątkę.
Szczoteczka soniczna dla dzieci dosłownie uratowała nas przed próchnicą, bo w końcu bez żadnych sprzeciwów myliśmy zęby. Do tego dołączyła jeszcze aplikacja, której można nawet używać ze szczoteczką manualną. Od tamtej pory nie mamy żadnych problemów u starszej z zębami.
Wszystko to spowodowało, że Jul naprawdę się przekonał. Dodatkowo zastosowałam moc rytuałów, do których on sam mnie doprowadził. Zaczęliśmy myć zęby zawsze po kąpieli i zawsze w tym samym miejscu (siedząc na zamkniętym sedesie). Już po kilku dniach jak wyjechaliśmy do babci sam się upomniał, że teraz mycie zębów na sedesie 😉
Przez to, że nie naciskaliśmy, staraliśmy się oswajać to ten opór zniknął. Myje zęby bardzo chętnie i bez najmniejszych problemów, a nawet czasem sam się upomina, bo ja mogę zapomnieć.
Nie ma cudów, dzieci muszą wiedzieć dlaczego trzeba myć zęby i im to tłumaczyć. Pomocne są tez różne zabawy, które stosujemy żeby zobrazować sytuację np. po zjedzeniu czekolady zęby są brązowe.
Możecie tez zrobić taką pomoc jak my – wydrukować obrazek zębów, włożyć do koszulki i razem rysować jedzenie, które dziś zjedliśmy. Na koniec dać starą szczotkę i razem je umyć.
Dajcie znać, jak u Was z myciem zębów i profilaktyką próchnicy. Pamiętajcie, że zawsze jest łatwiej zapobiegać niż leczyć.
„Mamo, to jest ble i nie będę tego jadł” – powiedział ostatnio Julek wygrzebując swoim pulchnym palcem kulki zielonego groszku spomiędzy ziarenek kaszy.
Jak to jest z jedzeniem warzyw i owoców? Dlaczego niektóre dzieci nie przepadają za nimi albo jedzą w kółko te same i nie chcą spróbować nowych?
Dziś przyjrzę się temu zjawisku znacznie szerzej i postaram się odpowiedzieć na pytania, które rodzą się w mojej głowie, kiedy kolejny raz staram się zachęcać moje dzieci do spróbowania kalarepki lub kiwi.
U jednego dziecka wystartowałam metodą BLW, czyli podawania kawałków do samodzielnego jedzenia, a u drugiego od papek i BLW (a po roku przeszłam na samo BLW). Czy są jakieś różnice w późniejszej ilości zjadanych warzyw i owoców?
Ja nie widzę żadnych. Jedno i drugie je ich niewiele, a ja codziennie staję na głowie żeby jedli jeszcze więcej. Żeby Wam zobrazować zrobiłam listę.
No cóż, niewiele tego jest, ale i tak się cieszę, że te rzeczy jedzą. Aby trochę wprowadzić różnorodności i innych witamin to stosuję metodę na tzw. Matkę Polkę Przemytniczkę, czyli w miarę możliwości staram się przemycać inne warzywa i owoce w zupach, sokach, sosach, koktajlach, ciastach itd.
Wciąż zadaję sobie to pytanie, dlaczego dzieci nie chcą jeść niektórych warzyw i owoców albo jedzą wciąż te same. Odpowiedziała mi na nie moja 6-letnia córka, kiedy podałam jej ogórka (a akurat go nie lubi). Zapytałam ją dlaczego go nie zje. Bez zająknięcia mi odpowiedziała. A jej odpowiedź dosłownie mnie zszokowała i zaczęłam w końcu rozumieć dzieci, które nie chcą czegoś jeść (nie tylko warzyw i owoców). Zapewne jesteście ciekawi, co odpowiedziała mi córka, którą zapytałam dlaczego nie zje ogórka.
To jedno zdanie spowodowało, że w końcu zrozumiałam, dlaczego je 15 rzeczy na krzyż i nie chce próbować nowych. Czyli wnioskując z jej odpowiedzi rzeczy do jedzenia dzielą się na pyszne i niepyszne, nie ma takich, które są w miarę, albo „zjem je żeby się nie zmarnowały chociaż wcale mi nie smakują”.
Ona je tylko to, co jej bardzo smakuje, czyli jest pyszne. Według mnie jest to bardzo zdrowy nawyk, który teraz bardzo pielęgnuję, bo świadczy o umiejętności słuchania siebie, odrzucania propozycji innych, które nie są dla mnie dobre.
Po tych słowach przestałam namawiać jedzenia innych rzeczy spoza ich listy. Za każdym razem jednak, kiedy nie znają smaku danej potrawy namawiam do spróbowania, bo może akurat okaże się „pyszne”. (bardzo często z mizernym skutkiem)
Jest to niezłe wyzwanie. Chociaż staram się zawsze dorzucać coś zdrowego, to nie zawsze mam czas na przygotowanie. Jak podają specjaliści ds. żywienia jedną porcję można zastąpić sokiem. Także ten pasteryzowany, dostępny w sklepach powstaje z warzyw i owoców, zgodnie z prawem sok owocowy nie może być dosładzany, a żaden sok nie może zawierać konserwantów, barwników i żadnych sztucznych substancji.
Taki sok jest pełnowartościowym źródłem witamin i minerałów np. szklanka lub kartonik soku pomarańczowego zaspokaja ok 50-60% dziennego zapotrzebowania na wit. C!
Jak te 5 porcji (zalecane są 3 porcje warzyw i 2 owoców) wpisuje się w przykładowy jadłospis dzienny.
Przyznaję, że codziennie o tym zapominam żeby dawać dzieciom 5 porcji dziennie i sama się na tym łapię również w moim jadłospisie. Dlatego chciałam Was zainspirować żebyście razem ze mną przystąpili do wyzwania #WYZWANIA5PORCJI i wydrukowali poniższą tabelkę. Zaznaczajcie sami lub poproście dzieci aby pilnowały 5 porcji warzyw, owoców lub soku dziennie. Ta kartka będzie Wam też przypominać o naszym wyzwaniu. To co, zaczynamy?
Program sfinansowany ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Organizator Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” i udostępnij go swoim znajomym – podziękują Ci.
Hotel Aquarius – to był strzał w dziesiątkę. Właśnie wróciliśmy z cudownego wyjazdu z dziećmi. Pierwszy raz w życiu byliśmy nad Bałtykiem zimą. Chcieliśmy poodychać chociaż trochę świeżym powietrzem z jodem i uciec od smogu.
Współpraca reklamowa z Hotelem Aquarius
Spakowaliśmy się i wyjechaliśmy już w środę. Wiedzieliśmy, że ten hotel jest przystosowany do rodzin z dziećmi, ale to co zastaliśmy na miejscu przeszło nasze oczekiwania. Jest to miejsce dosłownie stworzone dla rodziców z dziećmi. Wszystko Wam opiszę poniżej.
Jak się okazało Julkowi nie robi różnica pora roku. Bawił się na plaży w najlepsze, a ja dodam od siebie, że wózek bardzo dobrze jedzie po zmrożonej plaży i praktycznie można iść na spacer przy samej linii morza.
Hotel Aquarius jest położony bardzo blisko morza. Dosłownie w 7 minut jesteśmy w stanie tam dotrzeć nawet z dwójką dzieci. Wzdłuż plaży jest deptak, więc możecie wziąć dzieciom hulajnogi i rowerki.
Nie wiem czy wiecie, ale w niektórych hotelach jest opcja łączenia pokoi. My pierwszy raz z niej skorzystaliśmy i to było świetne rozwiązanie. Między pokojami są drzwi i możne je otworzyć. Wieczorem, jak dzieci spały już w swojej części to my mogliśmy coś pooglądać.
Pokoje i tak są bardzo duże – spokojnie we 4 zmieścilibyśmy się w jednym, ale uznaliśmy, że spróbujemy takiej opcji. Do każdego pokoju przynależy balkon. Łóżka są dostępne w różnych opcjach – my złączyliśmy dwa pojedyncze dla dzieci, ale w pokoju jest też niewielka kanapa.
Dla dzieci były przygotowane kosmetyki, podest do mycia rąk i dostały w recepcji dmuchane piłki.
Dawno nie korzystaliśmy rodzinnie z basenu, więc przez ten wyjazd spędziliśmy tam łącznie 12 h. Basen jest IDEALNY – każdy z nas znalazł tam miejsce dla siebie ( a rzadko się to zdarza). Jest 40-cm brodzik ze zjeżdżalnią dla dzieci, basen rekreacyjny 135 cm z ciepłą wodą i pływacki. Do tego 3 jacuzzi ( a jedno na zewnątrz) ku uciesze mojego męża. A nawet siedząc w jacuzzi macie widok na brodzik;)
Jedną z najmocniejszych stron jeśli chodzi o Hotel Aquarius są animacje dla dzieci. Chyba nigdzie nie spotkałam jeszcze tak szerokiej i ciekawej oferty. W czasie wakacji, ferii, długich weekendów jest bardzo rozbudowana. W inne dni animacje również są, bo Pani Agnieszka pracuje tam na stałe. Podczas naszego pobytu była cała rozpiska z planem animacji.
Było piżama party z bitwą na poduszki na koniec. Codziennie kino dla dzieci i ciekawe zajęcia. Malowanie twarzy farbami fluorescencyjnymi i dyskoteka w ultra fiolecie. Panie mają niesamowite pomysły na zabawy z dziećmi do tego potrafiły urozmaicać je tak, żeby każdy był zadowolony.
Oprócz animacji cały czas jest dostępna sala zabaw dla dzieci przy kawiarni. Ktoś, kto ją projektował miał na pewno dzieci, bo jest stworzona do tego żeby siedzieć na zewnątrz i pić kawę, kiedy w tym czasie dzieci mogą oddawać się zabawie w sali za szybą (czyt. widzisz dziecko, ale nie słyszysz wszystkich okrzyków radości). Sala jest bardzo czysta, w pobliżu ma łazienkę, a w środku mnóstwo różnych zabawek.
Mieliśmy opcję ze śniadaniem w cenie i obiadokolacją. Posiłki są różnorodne i bardzo smaczne. Zawsze jest też świeża rybka (bardzo mnie to ucieszyło). W sali jest też mały kącik dla dzieci i jeżeli chcecie dokończyć swoje posiłki to warto siadać właśnie tam. Nasze dzieciaki zjadały wszystko ze smakiem, szły się bawić, a my jedliśmy w spokoju mając je na oku.
Przez 4 dni nie zdążyliśmy skorzystać nawet ze wszystkich atrakcji, jakie proponują gościom. Dostępna jest również duża oferta spa i klub nocny na dole. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się z nich skorzystać.
Możecie też skorzystać z wypożyczalni gier planszowych
A w ostatni dzień zamówiliśmy śniadanie do pokoju, ale była frajda! No i zrobiliśmy sobie kanapki na drogę.
Jeżeli będziecie kiedyś szukać hotelu nad morzem to bardzo Wam polecam to miejsce. Możecie tam nawet dotrzeć pociągiem z Warszawy.
Na zewnątrz jest jeszcze bardzo duży plac zabaw:)
Więcej informacji możecie przeczytać na stronie Hotelu Aquarius.
a tu macie TOP 20 – Hotel na narty z dziećmi w Polsce
a tu najlepsze Hotele dla rodzin z dziećmi