Pielęgnacja skóry atopowej u dzieci

Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Niestety, zaczął się też sezon na choroby, które unieruchomiły nas w domu na trzy tygodnie. Powróciły również dolegliwości skórne, z którymi od dawna się zmagamy. Jednak dzięki prawidłowej pielęgnacji, jest o wiele lepiej niż rok temu w tym okresie.

W dzisiejszym poście napiszę  o tym, dlaczego właśnie teraz dzieci części cierpią z powodu dolegliwości skórnych oraz jak sobie z nimi radzić. Znajdziecie tu również nasze sposoby na pielęgnację suchej skóry 

Wielokrotnie Wam wspominałam, że moje starsze dziecko ma ekstremlanie suchą skórę ze tendencją do zmian atopowych. Szukaliśmy przyczyn, bo wielu specjalistów uważało, że ma alergię. Jednak testy nie wykazały nic istotnego i pewnie za kilka lat znów je powtórzymy, bo w tym wieku wyniki wciąż mogą być niemiarodajne.

A tymczasem nadal musimy się zmagać ze stanami zapalnymi oraz ekstrmalnie suchą skórą. Jedyne co nam pozostaje to specjalna pielęgnacja i łagodzenie przykrych objawów.

Skóra atopowa wymaga specjalnej pielęgnacji, która naprawdę działa. Co nam pomogło?

Unikanie przegrzewania

Przede wszystkim trzeba unikać przegrzewania. Skóra zdecydowanie sobie lepiej radzi z chłodem niż z gorącem. Dodatkowo wydziela się pot, który potęguje uczucie swędzenia i dyskomfortu.

Najlepiej ubierać dzieci na cebulkę i w razie czego zdjąć dodatkową warstwę. Lubiłam moje dzieci przegrzewać – wiem to, ale dzięki świadomości 2 razy się zastanawiam, czy ten sweterek jest potrzebny.

Temperatura otoczenia

Temperatura, w którym śpi dziecko nie powinna być wysoka (poniżej 20 stopni). Codziennie o tym dyskutuję z moim mężem, który jest ciepłolubny.

Warto zwrócić uwagę również na temperaturę wody, w której kąpiemy dziecko – nie może być za gorąca, bo wpływa niekorzystnie na stan skóry (najlepiej żeby to było między 20, a 30 stopni) – zmywa płaszcz lipidowy.

Kąpiel

Widzę ogromną poprawę stanu skóry odkąd zaczęliśmy kąpać Lilkę co drugi dzień. Wcześniej wieczorna kąpiel była częścią rytuału i nie chcieliśmy z niej rezygnować. Teraz kiedy już doskonale odnajduje się w czynnościach poprzedzających sen co drugi wieczór ma „Dzień Dziecka”. Dodatkowo skróciliśmy kąpiel do 20 minut.

Używamy preparatów przeznaczonych do pielęgnacji skóry atopowej, a nie normalnej. Po kąpieli osuszamy skórę przez odsączanie, a nie wycieranie. Na koniec kąpieli (ostatnie 2 minuty dodaję do wody olejek natłuszczający). W ciągu 3 minut po kąpieli stosujemy balsamy i kremy pielęgnacyjne. Nie pozwalam na to, aby skóra wyschła.

I to właściwie wystarcza przez ostatni czas. Lilka się nie drapie, nie ma w zgięciach żadnych zmian. Widzę ogromną poprawę jej stanu skóry. Na początku wiosny zaczęliśmy używać kosmetyków do pielęgnacji skóry atopowej i z tendencją do atopii. Specjalnie stosowaliśmy je przez tak długi okres żeby móc napisać więcej o ich działaniu. Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo już jest listopad – okres grzewczy już dawno się zaczął, a na skórze nie ma żadnych zmian i ogólny stan uległ poprawie.

20161106-dsc_1740

Od marca używamy linii STELATOPIA Mustela

20161106-dsc_1728

Do mycia używamy Kremu myjącego STELATOPIA. Bardzo dobrze myje i nie wysusza skóry. Mało tego, samo używanie tego preparatu poprawia stan skóry i ją nawilża. Po kąpieli skóra jest gładka, nie jest ściągnięta. Muszę przyznać, że sama podkradam ten krem myjący Lilce.

Jednej butelki używamy od marca, bo wystarczy niewiele płynu żeby umyć całe dziecko – jest bardzo wydajny. Nie pieni się, a w kontakcie z wodą zamienia się w delikatną piankę. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, bo ma blokadę wypływu i bez problemu można go włożyć do kosmetyczki i zabrać w podróż.

Na koniec każdej kąpieli wlewałam do wanny 2 nakrętki Olejku mlecznego STELATOPIA. Dobroczynne oleje: destylat oleju ze słonecznika, olejek ze słodkich migdałów i olejek rumiankowy działają kojąco na skórę i uzupełniają poziom lipidów w skórze.

Po wyjściu z wanny lekko osuszamy skórę przez odsączanie (a nie pocieranie) i szybko zabieramy się za natłuszczanie.

20161106-dsc_1756

W ciągu trzech minuty musimy wklepać balsamy, a nie jest to łatwe, bo Lilka najczęściej ucieka i skacze po łóżku w salonie (nie na wszystkie dzieci kąpiel działa uspokajająco).

Jak już udaje mi się ją złapać to smarujemy miejsca wrażliwe (na zgięciach, pod kolanami) Balsamem intensywnie natłuszczającym STELATOPIA, który przede wszystkim łagodzi podrażnienie i łagodzi świąd (dzięki zawartości destylatu oleju słonecznikowego), a całe ciało Kremem natłuszczająco- nawilżającym STELATOPIA. Latem, kiedy skóra była w świetnym stanie używałam tylko tego drugiego, bo nic takiego się nie działo.

20161106-dsc_1736
20161106-dsc_1762
20161106-dsc_1720

Chociaż ten wpis powstał we współpracy z marką Mustela to nie zmienia to mojej opinii o tej linii. Będę ich używać również później. Naprawdę, na blogu możecie znaleźć post o tym, że używaliśmy wielu kosmetyków i nie byłam w 100% zadowolona z żadnego. Dopiero teraz widzę poprawę. Jeżeli Wasze dzieci mają ekstremalnie suchą skórę z tendencją do atopii – spróbujcie linii Stelatopia Mustela. A jeżeli interesuje Was temat AZS to kliknijcie TUTAJ

P.s. Piszecie do mnie w prywatnych wiadomościach czego używamy na zimę, na podwórko. Niezmiennie są to preparaty z Cold Cream Mustela (Sztyft ochronny z Cold Cream i krem odżywczy z Cold Cream, o których pisałam rok temu – My się zimy nie boimy (sztyft mam jeszcze z ubiegłego roku i używam ich również na skórę Julka) – sprawdzają się idealnie.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Warszawa z dzieckiem – atrakcje na chłodne dni

Coraz mniej czasu spędzamy na zewnątrz i szukamy miejsc w środku, w których można spędzić popołudnie lub weekend z rodziną.

Dziś przedstawiam Wam kilka miejsc, które idealnie się do tego nadają.

U Króla Maciusia

To strefa do zabawy dla dzieci w Muzeum Polin. Jest to idealne miejsce dla dzieci. Można tam spędzić naprawdę ciekawy czas. Organizują również ciekawe warsztaty dla rodziców. Przy sali znajduje się przystosowana do potrzeb dzieci łazienka.

Na temat tego miejsca pisała a nim tu: Polin, a w tym miejscu możecie znaleźć więcej informacji o wydarzeniach. Po udanej zabawie koniecznie wybierzcie się do żydowskiej restauracji, która znajduje się w tym samym budynku.

dsc_0822-1024x683
dsc_0883-1024x683

Muzeum Geologiczne 

Muzeum jest położone na warszawskim Mokotowie. Pamiętam, że spędziliśmy tam naprawdę ciekawy czas. Jest kilka okazów do obejrzenia i świetna makieta wulkanu. Na pewno w tym roku również się tam wybierzemy. Pisałam o nim tutaj: Muzeum Geologiczne

dsc_3879
dsc_3864

Kina Praha

Lubimy weekendowe wypady na Pragę, bo w tygodniu ciężko tam dojechać. Seanse filmowe, a później atrakcje dla dzieci Lilka wspomina do dziś. Musimy znów coś ciekawego wybrać i się udać. Po bajce polecam na obiad świetne miejsce: Stalowa  52 Art Bistro, o którym pisałam tutaj Kino Praha

fullsizerender-2-1024x1024

Smykofonia

Niech  tylko Jul zacznie siedzieć, to znów zaczniemy chodzić na Smykofonię. Jeżeli Wasze dzieci lubią muzykę, to koniecznie sprawdźcie repertuar tutaj. Świetnie przygotowane  koncerty dla dzieci. Pisałam o nich tutaj: Smykofnia 

dsc_4588-1024x683
dsc_4607-1024x683

Basen

Jeżeli zdrowie Wam dopisuje to dobrym pomysłem jest basen z dzieckiem. Fajny pomysł zarówno dla maluchów, jak i starszych. Poszukajcie w Waszej okolicy pływalni z niechlorowaną wodą. Na basenach często odbywają się zorganizowane zajęcia dla dzieci- warto sprawdzić czy są i u Was.

dsc_4461-1024x682
dsc_4486-1024x682

Stadion Narodowy

Ciekawym miejscem na wycieczkę jest Stadion Narodowy. Można go zwiedzić z przewodnikiem i spędzić ciekawe popołudnie. Godziny zwiedzania i cennik znajdziecie tutaj

Processed with MOLDIV

Centrum Nauki Kopernik

O tym miejscu planuję napisać osobny wpis. Jednak dziś też zamieszczam CNK tutaj. W sezonie jesienno-zimowym jest zdecydowanie mniej wycieczek i można lepiej skorzystać z atrakcji. Pytaliście mnie wiele razy od jakiego wieku można zabrać tam dziecko. Oczywiście, to zależy od dziecka, ale myślę, że 18m + dziecko spędzi naprawdę ciekawy czas w wydzielonej strefie Bzzz (pamiętajcie, żeby wziąć ubrania na zmianę). Więcej informacji znajdziecie tutaj .

fullsizerender-2

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” lub udostępnij go swoim znajomym

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Pozwólcie dzieciom płakać

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie mam przed oczami długowłosą, wrażliwą dziewczynkę. Niesamowity czas beztroski- prawie bez żadnych ograniczeń, ukształtował mnie jako osobę dorosłą. Jestem wdzięczna, że mogłam w taki sposób  przeżyć pierwsze lata mojego życia. Moje absurdalne, niekiedy, pomysły i tak miały swoje ujście. Wolność jaką mi dano wpłynęła na całe moje życie.

Oprócz retrospekcji dzikich zabaw na podwórku mam również jeszcze mnóstwo wspomnień związanych z moimi emocjami. Byłam bardzo wrażliwym dzieckiem. Takim, które potrafi ze śmiechu przejść w płacz i odwrotnie. Wystarczyło jedno spojrzenie, słowo lub gest, a ja już siedziałam pod stołem i płakałam. Może nawet nie płakałam- ja beczałam.

Mam nawet kilka zdjęć z dzieciństwa kiedy jestem właśnie w tym stanie. Pamiętam, że wszyscy próbowali mnie zagadywać, odwracać uwagę, przykupywać, rozśmieszać… Nie chcę tych wspomnień więcej przywoływać. Moja rodzina wychowała mnie najlepiej jak tylko potrafiła i jestem bardzo wdzięczna. Kiedyś też nie miało się tak dużej świadomości jak teraz.

I wtedy sama zostałam mamą

Podobno w naszych dzieciach denerwuje nas to samo, czego nie możemy przepracować w sobie. U mnie jest to płacz dziecka i wszelkie emocje, które nie są związane z zadowoleniem. Kiedy moje dziecko płacze wchodzę w stan gotowości. Włos mi się jeży, myślę jak człowiek pierwotny i czuję się bezradna.

Mam wtedy tylko jeden cel: ŻEBY MOJE DZIECKO PRZESTAŁO PŁAKAĆ. Robię w tym kierunku wszystko: pytam o przyczynę, tłumaczę, rozmawiam, jestem blisko, ale wszystkie te działania mają na celu zatrzymania fali płaczu, spazmów i ogólnego rozdrażnienia.

Jeszcze nikt nie przestał płakać od komendy „Nie płacz”

Teraz już wiem, że robiłam źle

Nie miałam wiedzy ani kompetencji jak sobie radzić z tymi emocjami. (Specjalnie nie piszę, „emocje negatywne”, bo takich nie ma! Wszystkie emocje są pozytywne, nawet te, po których boli nas głowa i mamy chęć wysłać swoje dzieci na inną planetę).

W końcu trafiłam na seminarium Gordona Neufelda i dzięki tej wiedzy, którą tam zdobyłam w końcu wiem, że robiłam źle. Mało tego, wiem też jak mam robić żeby było dobrze.

Dlaczego wieczorem najtrudniej jest nam dogadać się z własnymi dziećmi i nawet „nie ten talerzyk” może spowodować godzinny płacz?

„Kora przedczołowa u 4-latka nie pozwoli mu zwerbalizować komunikatu: Mamo, kocham Cię, ale chciałbym Cię uderzyć.”

Tylko dziecko nas uderzy. Jego mózg pracuje właśnie w ten sposób.

img_9076

Widzicie powyżej jak wiele emocji jest wyrażanych krzykiem i płaczem?

Wszystkie emocje, które dzieci przeżywają w ciągu dnia wracają kiedy są wśród osób, z którymi mają więź. Ich mózgi nakazują szukanie osób, w towarzystwie których mogą czuć się bezpiecznie i wtedy wystarczy nawet malutka niedogodność i następuje wybuch. Nam się może wydawać, że ta błahostka spowodowała właśnie ten stan, ale tak nie jest.

To kulminacja tych wszystkich tłumionych emocji z całego dnia, że np. kolega je zdenerwował albo siostra zabrała coś na czym mu zależy. Najważniejsze zdanie, które usłyszałam na seminarium:

Żeby był balans – emocje muszą być w ruchu.

Gordon Neufeld

Tłumione emocje wyrażają się później. Te wszystkie strachy spod łóżka, obgryzanie paznokci, lękowe nastawienie do nowych czynności, bicie innych, autoagresja mogą być właśnie wynikiem tego, że nie pozwalamy na to, żeby wszystkie emocje były na wierzchu. A nie tylko te, kiedy twarz dziecka się śmieje.

Teraz już wiem, że nawet płacz dziecka jest ważniejszy czasami niż śmiech.

Uczucia to nie są problemy i nie trzeba ich rozwiązywać

Co w takim razie robić żeby nauczyć dzieci radzenia sobie z emocjami?

Przede wszystkim trzeba dać im przestrzeń. Wielu rodziców, reaguje tak jak ja- z otwartymi ramionami przyjmuje emocje, które wg nas są pozytywne, czyli śmiech, radość, zadowolenie itd. A emocje, które targają naszymi dziećmi i są dla nas trudne, traktują jako problem, który trzeba jak najszybciej usunąć.

To błędne myślenie, które zaprowadzi Was do nikąd.

Wiem, że ciężko sobie wyobrazić cieszenie się z tego, że Wasze dziecko płacze od 40 minut. A nawet wydaje się absurdalne. Ale uwierzcie mi- to bardzo dobrze, że dzieci tak robią. Dzięki temu ich stres ujdzie. A jeżeli dobrze zareagujecie to nauczą się z nimi lepiej radzić.

Aby pomóc dzieciom trzeba nauczyć ich rozpoznawania swoich emocji poprzez nazywanie.

„Widzę, że jesteś zły, bo ci nie wyszło?”

„Widzę, że jesteś smutny”

„Jesteś rozczarowany, bo coś Ci się nie udało.”

Nie można też osądzać uczuć. Dziecko ma prawo czuć się tak jak teraz odczuwa.

Nie negujmy tego co dziecko czuje. „Nie możesz być teraz zły”

Nie dawajmy do zrozumienia, że te emocje, które teraz odczuwa są dla nas zbyt trudne do zniesienia.

Nie dawajmy też nauczek. „A nie mówiłam, że tak będzie?” Dzieci same wiedzą, że coś się nie udało. Same muszą mieć poczucie sprawczości.

Nie rozwiązujmy problemu. Dajmy dziecku możliwość żeby samo mogło to zrobić. Ja najczęściej pytam: „Czy mogę Ci jakoś pomóc?”

Nie opowiadajmy o sobie, że mieliśmy tak samo.

Po seminarium Gordona Neufelda czuję w końcu, że wiem jak mam teraz reagować. Początki wdrażania tej wiedzy były dla mnie trudne. Ale z czasem odczułam wielką ulgę. Wiem, że to co robię jest dobre dla mnie i mojego dziecka. Nie patrzę na innych co sobie pomyślą kiedy moje dziecko płacze w miejscu publicznym. To moje dziecko i jego przestrzeń. A nawet już po tygodniu zauważyłam ogromną poprawę- to naprawdę działa. Zdecydowanie mniej jest tych „wielkich wybuchów o kolor talerzyka”, a więcej rozmowy i akceptacji. 

Jeżeli i Was interesuje ten temat to polecam kilka książek. Możecie również zaglądać w trzy miejsca w sieci, z których ja czerpię garściami:

Agnieszka Stein i jej publikacje książkowe oraz warsztaty online (webinaria)

Anita Janeczek- Romanowska blog i wartszaty

Małgorzata Musiał blog i warsztaty

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis daj mi o tym znać

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Przerwane oczekiwanie

Ostatnimi czasy tak dużo dyskutuje się na tematy zdrowia kobiet. Szkoda, że w taki sposób i przez osoby nieuprawnione do tego. Nie będę w tym wpisie  odnosić się do obecnej sytuacji politycznej, ale chciałabym napisać w tym kontekście o ważnej dla mnie sprawie.

Chciałabym uniknąć pompatyczności oraz nadmiernego ładunku emocjonalnego. Te słowa układałam w swojej głowie przez półtora roku i dopiero teraz jestem w stanie przelać je na wirtualny papier.

Dodam też, że ten wpis nie jest po to, żebyście nam współczuli. Takie sytuacje dzieją się w co czwartej rodzinie, ale mało kto decyduje się na rozmowę na ten temat. Kiedy nas to spotkało po raz pierwszy, szukałam właśnie takich słów jakie poniżej napiszę. Tak bardzo potrzebowałam rozmowy z osobą, która przeżyła to samo co my. Niestety nie znalazłam.

Wiem, że wielkim dla Was szokiem było ukrywanie ciąży. Myślę, że każdy z Was mnie jeszcze bardziej zrozumie, bo to nie była moja druga ciąża, tylko czwarta.

Z czym Wam się kojarzy ciąża?

Jeszcze w czerwcu 2014 była dla mnie czymś niesamowitym. Okresem tak cudownym, zupełnie bezproblemowym oraz przepełnionym marzeniami. Zwłaszcza, że miałam taką piękną ciążę z Lilką. Głaskałam się po brzuchu, chodziłam na ćwiczenia dla ciężarnych oraz objadałam się  ogórkami kiszonymi. Z takim samym entuzjazmem przeżywałam następną ciążę, która niestety bardzo niespodziewanie zakończyła się w 12 tc.

Beż żadnych niepokojących objawów, dzień przed usg genetycznym dowiedziałam się, że serduszko nie bije od 8 tc. Nie bardzo już pamiętam ten czas, bo nie chce pamiętać.

Przeżyliśmy ogromny szok, żal, ból i przeszliśmy długą żałobę. Świat nam się zawalił, bo nic nie wskazywało na to, że w styczniu nie będę trzymała na rękach mojego drugiego dziecka. Musiałam pożegnać w myślach właśnie to wyobrażenie, że pcham wózek w śniegu i ubieram dziecko w kombinezony, a na lato to ono już będzie siedzieć i zasuwać świeże warzywa.

Właśnie te myśli i marzenia musiałam pożegnać, bo wtedy ciąża oznaczała dla mnie to, że będziemy mieli dziecko.

Za drugim razem podeszliśmy już bardziej sceptycznie. Nie cieszyliśmy się, podeszliśmy do tej drugiej kreski z dużym dystansem, mając w głowie doświadczenia sprzed kilku miesięcy. Niestety i tym razem się nie udało, tylko dużo wcześniej. Ciążę straciłam w Wigilię.

To nie mogła być już głupia statystyka. Wiedziałam, że coś przeszkadza nam w tej drodze. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak dużo.

Cieszę się, że w końcu w Polsce więcej się mówi o straconych ciążach. Każdy ma prawo przeżywać ten czas na swój własny sposób. Po naszych doświadczeniach mam niestety trochę żal do lekarzy, że jednak z takim entuzjazmem podchodzą do każdej drugiej kreski.

W mojej przychodni przed każdą pierwszą wizytą w ciąży (nawet już w 5tc.) zakłada się książeczkę ciąży i wylicza się termin porodu. Dlaczego? Przecież ciąża wcale nie oznacza tego, że będzie się miało dziecko.

Niestety. Mój lekarz na początku każdej wizyty wyciągał to cholerne kółeczko i mówił kiedy mam termin porodu. A my, kobiety tak bardzo lubimy planować. Myślimy od razu jak to będzie, że latem to będzie gorąco z brzuchem, a zimą to ciężko buty z brzuchem będzie założyć. Przecież może być różnie i co czwarta ciąża nie zakończy się właśnie tak. A będzie ból, cierpienie i litry łez.

Po moich przejściach najchętniej poszłabym na pierwszą wizytę w 13 tygodniu ciąży – taka jak się dzieje w wielu krajach, a wcześniej nie robi się usg. Co z tego, że zobaczymy te malutkie bijące serduszko? Które tak naprawdę bez żadnej wyraźniej przyczyny może przestać bić?

Kiedy felerny 2014 się skończył, stwierdziłam, że statystyka nie mogła zadziałać na naszą niekorzyść aż dwa razy. Zaczęłam drążyć i czytać na ten temat. Trafiłam na pewną profesor, która zaczęła nas diagnozować.

Nie bez przyczyny napisałam Wam posty o witaminie D3 i przygotowaniach do mojej czwartej ciąży (a dokładniej o mutacji MTHFR). Po tym wpisie dostałam od Was dziesiątki meili. U każdej z Was występowały poronienia i szukałyście przyczyny.

Ten wpis jest właśnie po to żeby pomóc kobietom, które straciły ciąże.

Warto zacząć diagnostykę jeżeli poroniłyście co najmniej 2 razy. Mało tego, jeżeli było to 3 razy to diagnostyka przysługuje Wam na NFZ i nazywa się już „Poronieniami nawykowymi”.

Każdy przypadek jest inny, ale po godzinach wertowania internetu doszłam do wniosków, że w wielu przypadkach przyczyny strat są podobne. Istnieje nawet coś takiego jak: „żelazny zestaw”, który wypisuje kilku lekarzy w Polsce, a większość niestety radzi starać się dalej bez jakiejkolwiek terapii i leków skazując kobiety na dalsze niepowodzenia.

Miałam nie pisać o moim przypadku, ale moje schorzenia są tak bardzo powszechne, że naprawdę wiele kobiet je ma i nawet o tym nie wie.

Pierwsza kwestia: lekka insulinooporność (przed planowaną ciążą  i do 20 tc. byłam na diecie o niskim IG oraz przyjmowałam leki na obniżenie glikemii, niedobór wit. D3 (miałam skrajnie niski poziom, który może również przyczyniać się do aktywowania wielu chorób z autoimmunologii), mutacja MTHFR A198c heterozygota (jest to lżejsza postać tej mutacji i wymaga suplementacji metylowanym kwasem foliowym, metylowaną wit B12 i aktywną postacią B6).

Mutacja MTHFR najpewniej spowodowała u mnie mikrozakrzepy, które zakończyły poprzednie ciąże. W profilaktyce przed ciążą brałam leki rozrzedzające krew i kontynuowałam je w ciąży. Doszły również zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch, codziennie. Profesor, którą wspominałam wyżej zaleciła mi mnóstwo badań i te akurat okazały się być zasadne.

Wtedy przyszła ulga

Kiedy już znałam diagnozę było mi lżej. Moją głowę zajęły badania, wizyty i dieta, na której zrzuciłam 10 kg. Udało mi się przepracować tamte straty i wiedziałam, że jak już znajdziemy przyczynę to się uda. I to właśnie na końcu tej ciąży, która była bardzo trudna stało moje ukochane dziecko.

Najtrudniejsze były te 12 tygodni. Niestety los jeszcze trochę nas doświadczył. W 8 tc na IP kiedy już żegnałam moje marzenia o dziecku dowiedziałam się o krwiaku, który jest dość powszechny przy tym zestawie leków. Na szczęście po kilku tygodniach się wchłonął.

Czas do 12 tygodnia, był dla nas najgorszy. Starałam się nie cieszyć, nie myśleć i niczego nie planować. Żyłam dniem dzisiejszym i nie oglądałam żadnych wyprawkowych rzeczy.

Jeszcze na usg genetycznym po bardzo dokładnych pomiarach pani doktor stwierdziła przezierność karkową w samej górnej granicy normy. Stres dał za wygraną i zrobiliśmy z mężem test NIFTY.

I kiedy w 13 tygodniu ciąży odbierałam wynik, że będziemy mieli zdrowego synka byłam najszczęśliwsza na świecie.

Trochę dziwnie się z tym czuję, że piszę Wam na ten temat, bo szanuję naszą prywatność. A ta sprawa jest dla nas bardzo intymna, ale wiem, że tymi słowami pomogę wielu kobietom. To normalne, że traci się ciąże. Nie tylko Was to spotyka. Nie czujcie się w tym osamotnione. Szukajcie przyczyny, zmieniajcie lekarzy i się nie poddawajcie. Wierzę, że tym postem dałam Wam nadzieję. Nadzieję na spełnienie Waszego największego marzenia.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jak moje dziecko zaczęło jeść warzywa?

Wszystko miało wyglądać pięknie… niestety tylko w teorii. Rozkoszowałam się obrazkami w książce o BLW (Baby led weaning) dzieci umorusanych od stóp do głów warzywami. Snułam plany jak to moje dziecko będzie uwielbiało warzywa i dzięki temu będzie zdrowe.

Życie zweryfikowało moje plany dość mocno. Mimo, tego, że proponowałam córce wiele kolorowych warzyw, nie wyrażała żadnej chęci pochłonięcia choćby kawałka. „Ulubione” brokuły zawsze lądowały na ziemi, a ona zawsze wybierała mięso lub węglowodany. Na początku lekko się tym przejmowałam. Później mi przeszło i zaczęłam szukać przyczyny, dlaczego ona nie chce jeść warzyw.

Po lekturze książki Carlosa Gonzaleza „Moje dziecko nie chce jeść” wyluzowałam bardzo mocno.

Znalazłam kilka przyczyn dlaczego dzieci nie chcą jeść warzyw:

  • warzywa mają bardzo mało kalorii, żeby dziecko najadło się samą zieleniną musiałoby zjeść jej naprawdę dużo. Mózg nakazuje im najedzenie się dużą ilością kalorii jak najmniejszym wysiłkiem (dlatego najczęściej wybierają węglowodany)
  • atawistyczny lęk przed nieznanym– zakodowany w naszym genotypie lęk przed próbowaniem nowych rzeczy, które mogłyby być trucizną
  • zaburzenia sensoryczne– jedzenie warzyw jest powiązane z ogromną pracą zmysłów. Prawie każde warzywo jest kolorowe, ma zapach (niekoniecznie przyjemny) i do tego ma strukturę. Niektóre dzieci od małego mają pewne upodobania i dlatego mogą odmawiać jedzenia pewnych rodzajów warzyw
  • przykład idzie z góry– trudno się spodziewać żeby dziecko jadło warzywa skoro rodzice tego nie robią
  • presja społeczna– w dzisiejszych FIT czasach ciągle mówi się o jedzeniu warzyw itd. Rodzice mają wyrzuty sumienia, że ich dzieci nie lubią jeść warzyw i się tym przejmują. Jako ciekawostkę napiszę Wam, że w podręczniku o żywieniu dzieci z początku XX wieku zalecano żeby warzywa podawać dopiero po ukończeniu 3 r.ż. Nie wiem czy to przypadek czy nie, ale moja córka właśnie zaczęła jeść ich więcej po tym wieku.

Jak sobie  z tym poradziliśmy, że coraz więcej warzyw jest chętnie pochłanianych?

  1. Sami zaczęliśmy jeść więcej warzyw i to nie tylko do posiłków np. jako przekąska papryka pocięta w paski oprószona solą lub ogórek gruntowy.
  2. Po 3 latach zauważyłam pewne upodobania. Moje dziecko nie lubi gotowanych warzyw (i w sumie to bardzo dobrze, bo woli je surowe, a wiadomo, że takie mają więcej witamin). Przestałam serwować gotowane warzywa, a zamiast tego daję surowe i niekoniecznie do obiadu.
  3. Zero spinki i namawiania do jedzenia.
  4. Upodobania sensoryczne: zielony kolor ją przeraża. Staram się nie posypywać dania pietruszką, koperkiem itd., bo wiem, że tego nawet nie ruszy. Uwielbia za to miętę i bazylię, więc daję jej same listki na talerz lub pozwalam zrywać z krzaczka. Lubi też warzywa chrupiące: surowa marchew pocięta w paski, świeży ogórek gruntowy, papryka lekko oprószona solą. Już dawno przestałam gotować brokuły i kalafior ze względu na zapach.
  5. Kolorowe pudełka: bardzo lubi jak się wkłada pocięte warzywa do kolorowego pudełka na lunch (nawet w domu) o takich np. tutaj
  6. Zwykłe zupy zastąpiłam kremami i tam mogę już dodać wszystko co chcę. Do tego często prosi bagietkę i macza ją w zupie.
  7. Najlepiej sprawdza się u nas konsystencja curry, czyli najpierw gotuję i miksuję niektóre warzywa, a na koniec dodaję kawałki np. ciecierzyca.
  8. Koktajle, pudingi i smoothie- sama zaczęłam je pić namiętnie po ciąży. Byłam bardzo osłabiona i one postawiły mnie na nogi. Z racji tego, że w domu nie pijemy soków wszystkie moje mieszanki nazywam właśnie „sokami” i ta nazwa bardzo chwyciła. Najpierw sama obserwowała jak same je pije szklankami, a później sama prosiła. Teraz jak już chodzi do przedszkola, a koktajl robię np. rano to zawsze jej zostawiam szklankę w lodówce. Najbardziej polubiła takie mieszanki: pieczony burak+malina; szpinak, jabłko, banan, krople cytryny; jarmuż, pomarańcza, jabłko, banan, garść daktyli; mleko kokosowe + mango
  9. Sposób podania: w słoiczku lub w przezroczystej szklance, kiedy widzi co jest w składzie, a do tego kolorowa słomka i po minucie szklanka lub słoik jest pusta.
  10. Rozbudzanie apetytu przez wspólne gotowanie. O wiele chętniej coś zje jak widzi z czego to jest zrobione.

To są moje sposoby na warzywa. Nie jestem jakąś wielką fanką przemycania warzyw (tzn. żeby dziecko jadło je nieświadomie). Wolę żeby wiedziała co takiego tam jest i mogła nazwać smaki.

Wszystkie nawyki kształtujemy w dzieciństwie dlatego warto o nie zadbać już teraz.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Warszawa dzieciom: Kawa i zabawa

Dawno nic nie pojawiło się w naszym cyklu Warszawa dzieciom, a długie jesienne wieczory przed nami. Wczoraj odwiedziliśmy nowe miejsce na stołecznej mapie- to Kawa i zabawa  umiejscowiona na ul. Terespolskiej 4. 

Oczywiście, przyciągnęła nas wielka zjeżdżalnia i to ona jest główną atrakcją tej kawiarni. Podczas naszej wizyty Lilka zjechała z niej może 120 razy i nie miała dość. Gdybym mogła napisać instrukcję zjeżdżalni idealnej to wyglądałaby właśnie tak. Szybki, zakręcony zjazd na długo pozostanie w głowie mojej córki.

Przejdźmy do konkretów.

20160911-dsc_9985
20160911-dsc_9993

Pod kawiarnią jest duży parking i nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem miejsca (co niestety jest rzadkością w Warszawie).

Duża, jasna przestrzeń cieszy moje purytańskie oko. Bardzo sprytnie schowane są kolorowe zabawki i dzięki temu nie zagracają przestrzeni. Dzieci bawią się we wnęce pod zjeżdżalnią.

Do toalety można wjechać nawet wózkiem. Znajdziemy tam również przewijak i … błękitne niebo.

Menu nie jest tutaj bardzo szerokie, bo jest to tylko kawiarnia. Można zjeść coś lekkiego: sałatkę lub naleśniki. A na deser przekąsić coś słodkiego i wypić naprawdę dobrą kawę! Całość zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie i z pewnością tam nie raz wrócimy.

W porównaniu z innymi warszawskimi kawiarniami ceny są tutaj atrakcyjne.

20160911-dsc_0007
20160911-dsc_0011
20160911-dsc_0010
20160911-dsc_0019
20160911-dsc_0003
20160911-dsc_0012
20160911-dsc_0020
20160911-dsc_0021
20160911-dsc_0024
20160911-dsc_0026

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Moje dziecko nie jest niejadkiem!

Chociaż bardzo mało je.

Coraz częściej z bliższego i dalszego otoczenia słyszę komunikaty, że moje dziecko niewiele je. Zwłaszcza po wakacjach ze znajomymi kiedy mieliśmy porównanie z młodszym o pół roku chłopcem, który pochłaniał może 3 razy tyle co Lilka na każdy posiłek. A moja córka po 15 łyżkach mówiła, że już „brzuch jest pełny”. Każde dziecko jest inne, to moje motto. Nie należy ich porównywać.

Niedawno będąc u mojej mamy rozmawiałam z nią na ten temat, bo była wyraźnie zmartwiona faktem, że Lilka je jak wróbelek. Rzeczywiście je naprawdę mało i bardzo wybiórczo, ale nie jest niejadkiem.

I nigdy nie pozwolę żeby ją tak nazywać.

Wiecie dlaczego?

Z byciem niejadkiem jest tak jak z jąkaniem. Dziecko zacina się, bo ma zbyt dużo myśli na minutę, a aparat artykulacyjny nie jest w stanie wyprodukować tych wszystkich dźwięków. Jest to rozwojowe, czyli dziecko najprawdopodobniej z tego wyrośnie. Chyba, że to zacinanie nazwiemy jąkaniem i zaczniemy na nie zwracać uwagę. Mogę Wam zagwarantować, że jeżeli będziemy mówić do zacinającego się dziecka „nie jąkaj się”,  „nie zacinaj się”, „mów płynnie”. To właśnie wtedy przekazujemy dziecku, że ma problem i od wtedy naprawdę zacznie się jąkać.

Tak samo jest z byciem niejadkiem.

Czasami sobie myślę, że gdyby Lilka była dzieckiem rodziców, którzy nie myśleliby tak jak my, nie jadła by nic. Serio! Jadłaby pewnie najbardziej powszechne suche bułki. I to wszystko.

Nie popełniliśmy żadnych błędów, że mamy teraz taką sytuację. Rozszerzaliśmy dietę metodą BLW i miała możliwość próbowanie różnych smaków i faktur. Nigdy nie zmuszaliśmy do jedzenia.

Posiłek u nas w domu od zawsze nie służy tylko pochłanianiu pokarmów. Traktujemy ten moment wyjątkowo. Rozmawiamy, cieszymy się sobą, a przy okazji jemy. Nigdy nie puściliśmy bajki podczas jedzenia w domu, nie zabawialiśmy przy jedzeniu i nie zagadywaliśmy.

W ciągu dnia też nie biegam za nią i nie pytam czy jest głodna i czy chce się jej pić. Chcieliśmy żeby nauczyła się kontrolować głód i pragnienie. A tylko w taki sposób może się tego nauczyć. Teraz umie doskonale odczytać swoje potrzeby. Wie kiedy chce jej się pić, a kiedy jest głodna.

Przez pewien czas nawet były w domu desery po obiedzie.

Jednak szybko z nich zrezygnowaliśmy, bo zaczęliśmy zauważać, że zjada obiad tylko po to, żeby dostać deser. Uznaliśmy, że jest to bez sensu. Nie chcieliśmy żeby jadła obiad tylko po to żeby dostać deser. Postanowiliśmy nawet, że coś słodkiego dajemy niezależnie od pory posiłków.

Jedyna metoda jaka u nas się teraz sprawdza żeby dziecko zjadało odrobinę więcej jest totalne niezwracanie uwagi na jedzenie i jego ilość. Mam wrażenie, że im więcej się rozmawia na tematy jedzenia, łyżek, ilości tym je mniej, a nawet nic.

Dzieci są bardzo mądre i zauważają szybko, że coś jest na rzeczy. Nawet jeżeli jakimś cudem Lilka zje wszystko z talerza (a było tak może 10 razy w życiu) to nigdy jej nie pochwaliłam, że „ładnie zjadła” ani nigdy nie powiedziałam, że cieszę się ze zjedzonego obiadu.

To nie działa w ten sposób.

Mówiąc w ten sposób uzależniamy dziecko od siebie i ono będzie jadło tylko po to żeby nas zadowolić lub nie będzie jadło właśnie dlatego, że nam na tym zależy  i nie może zaznaczać siebie.

W naszym kraju wciąż jedzenie kojarzy się z miłością. Matka karmiąc swoje dziecko i gotując dla rodziny przekazuje miłość. Często same matki stwierdzają: „Nie zjadło MI zupy”. Jak to „MI”? Trzeba oddzielić jedzenie od tego uczucia. Ono nie ma nic do rzeczy, a w przyszłości może powodować problemy. Uczucie po objadaniu się jest właśnie kojarzone z miłym samopoczuciem.

Naprawdę nie chcę żeby moje dziecko czuło się cudownie po zjedzeniu ogromnym ilości jedzenia. Dlatego postanowiliśmy świadomie oddzielać te dwa stany: pełnego brzucha i uczucia miłości.

Nie pozwólcie żeby ktoś nazywał Wasze dzieci niejadkami i sami też ich tak nie nazywajcie. To szufladka, etykietka, która bardzo szybko przylega do dziecka i bardzo trudno się jej pozbyć.

Zaburzenia odżywiania wg mnie zaczynają się w dzieciństwie i należy takim zachowaniom powiedzieć: „Nie!”

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Hotel Aubrecht – wyjątkowe miejsce na wyjazd

W tym roku postanowiliśmy spędzić wakacje w Polsce. Z 3- miesięcznym niemowlakiem nie chciałam wybierać się od razu w dalekie podróże. Mój mąż był „lekko” nie pocieszony, bo fanem urlopu w naszej ojczyźnie to on nie jest. Wygrał zdrowy rozsądek i poczucie bezpieczeństwa.

Wiedziałam, że na pewno chcemy pojechać jak najpóźniej, aby nasz niemowlak był już trochę starszy. Nie ukrywam, że nie lubimy tłumów (no bo kto lubi?) i wybraliśmy na termin naszych wakacji koniec sierpnia. W ubiegłym roku byliśmy w tym czasie nad morzem i było cudownie.

Pogoda dopisała, ludzi już nie było i wypoczęliśmy bardzo. Do dyspozycji mieliśmy aż 14 dni, więc mogliśmy wybierać i przebierać w hotelach, pensjonatach i gospodarstwach agroturystycznych. Przejrzałam wzdłuż i wszerz blog Travelicious, ale nie znalazłam prawie żadnych terminów, który nam by pasował w ciekawych miejscach.

A na pierwszy tydzień urlopu znaleźliśmy cudowne miejsce, które dziś chciałabym Wam tu pokazać, bo skradło moje serce i z pewnością tam wrócimy.

To hotel Aubrecht na Kaszubach.

Długo szukaliśmy pięknego miejsca nad jeziorem i znaleźliśmy! Kiedy znajomi pytali nas gdzie się wybieramy na urlop, byli lekko zdziwieni, że jedziemy na Kaszuby. Przyznam szczerze, że ja też nie byłam do końca pewna naszego wyboru. Ale jak już przyjechaliśmy na miejsce zakochałam się!

Po pierwsze położenie.

Hotel Aubrecht
Hotel Aubrecht

Cały kompleks położony jest w otulinie zieleni. Wysokie i rozłożyste drzewa zrobiły na nas ogromne wrażenie (na Podlasiu takich nie ma). Hotel jest otoczony naturą i na tym najbardziej nam zależało.

Naprawdę żałowałam, że jezioro jest aż tak blisko, bo ścieżka była przeurocza i miałam niedosyt.

ścieżka prowadząca nad jezioro
ścieżka prowadząca nad jezioro

Jezioro Szczytno, jest bardzo czyste i chyba nawet ciche (ani razu nie słyszałam motorówki, czy skutera). A już najbardziej upodobałam sobie ławeczki na pomostach. Codziennie rano przyjeżdżałam tam ze śpiącym Julkiem i słuchałam ciszy.

Chyba nigdy jeszcze nie doświadczyłam takiego spokoju ze strony natury. Moje zmysły wypoczęły w bardzo dużym stopniu.

20160827-DSC_9906
20160827-DSC_9907
20160827-DSC_9917

Wiem, że to może zabrzmieć absurdalnie, ale naprawdę odpoczęłam na wakacjach z dziećmi. Nie jeździliśmy nigdzie samochodem, ograniczyliśmy dostęp do Internetu i ilość atrakcji. Wszystko na spokojnie i bez stresu. Nawet jak teraz o tym piszę to znów na mnie spływa ten spokój.

Kilka słów o hotelu Aubrecht i udogodnieniach dla dzieci, bo to jednak pod nie wybieraliśmy miejsce.

20160828-DSC_9925
Pansjonaty
20160828-DSC_9926
hotel

Cały kompleks składa się z 4 małych pensjonatów i hotelu. Nasze wakacje rezerwowaliśmy przez w hotelu. Zrobiliśmy to ze względu na dzieci, których nie musieliśmy nawet specjalnie suszyć po basenie.

Jest to duże ułatwienie.

W budynku głównym hotelu znajdują się: jadalnia z restauracją, basen z spa, sala zabaw dla dzieci i wszystkie inne atrakcje. Urocze pensjonaty są obok.

Nasz pokój był bardzo przestronny i bez problemu pomieścił naszą czwórkę.

20160828-DSC_9954
20160828-DSC_9968

Hotel Aubrecht jest miejscem bardzo przyjaznym dla dzieci i nie dziwi mnie to, że w  tym czasie było ich sporo.

My byliśmy bardzo zadowoleni, bo Lilka zawarła kilka znajomości i właściwie poświęcała dzieciom każdą chwilę. Ze śpiącym obok Julkiem czuliśmy się jak na wakacjach bez dzieci (no prawie;)

Dla dzieci przewidziane jest dziecięce menu i mały stolik do zabawy w jadalni. Obok spa jest też spora sala zabaw, w której w ciągu dnia odbywały się animacje dla dzieci (malowanie twarzy, baloniki skręcane i puszczanie baniek).

Na zewnątrz jest też świetny drewniany plac zabaw ze zjeżdżalniami. Hotel zrobił również dzieciom niespodziankę i w piątek przyjechały Panie animatorki z mocą atrakcji, a w sali zabaw czekały nawet nianie. Jak widzicie hotel jest genialny dla dzieci!

20160826-DSC_9811
Myszka Mickey na twarzy jednak jej nie przypadła do gustu
20160826-DSC_9812
Ale flaming na ręce już tak
20160827-DSC_9827
jadalnia
hotel aubrecht
sala zabaw
Hotel Aubrecht
20160827-DSC_9889
hotel aubrecht
genialny plac zabaw na zewnątrz

Ogromnym plusem jest jedzenie. Wykupiliśmy opcję z obiadokolacją i codziennie rozkoszowaliśmy się pysznym jedzeniem. Wszystkie potrawy były przepyszne, a ja codziennie jadłam rybkę. Jedzenie jest dokładnie takie jak lubimy: lokalnie, świeżo i bez ulepszaczy smaku.

Hotel Aubrecht ma nawet swoją plantację eko ziemniaków i ziół. No i kawa! Ehhh, pierwszy raz w życiu smakowała mi hotelowa kawa, która była ogólnie dostępna (nie za dodatkową opłatą jak prawie wszędzie).

Hotel Aubrecht
hotel aubrecht
20160827-DSC_9832
20160827-DSC_9825
Lemoniada
20160827-DSC_9859
ogródek ziołowy
20160827-DSC_9863
20160827-DSC_9849
pyszna kawa to podstawa wyjazdu;)
20160828-DSC_9924
codziennie świeżo wyciskane soki: mój ulubiony to burak, seler, jabłko

Cały Hotel Aubrecht jest w takim klimacie jak lubię: niewymuszonym, ale w miarę eleganckim

20160827-DSC_9854
hotel aubrecht
20160828-DSC_9934
20160827-DSC_9852

Spędziliśmy tam cudowny tydzień i z pewnością tam wrócimy, bo sam hotel jak i otoczenie zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jesienią te wszystkie drzewa  w feerii kolorów muszą wyglądać wspaniale.

Hotel Aubrecht

p.s. Pozdrawiam dwie moje czytelniczki, które spotkałam w HA:) Było mi bardzo miło!

tu macie inne rekomendacje na Hotele dla rodzin z dziećmi a tu Top 20 Hotel z dziećmi na narty

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Dlaczego nie warto uczyć dziecka języka obcego?

Długo szukałem tego słowa i będzie kontrowersyjne i nośne – szczepienie! Jest dużo bardziej adekwatne, bo po dogłębnych rozważaniach zdecydowałem że nie chcę mojej córki „uczyć” – chcę jej zaszczepiać lingwistyczną ciekawość. Rzekłbym nawet więcej – dociekliwość. Zgodnie z maksymą – dzieci się najlepiej uczą kiedy nie wiedzą że się uczą☺

Dementuję – na początku nie było słowo.

Słowo jest wtórne. Jest wytworem człowieka służącym do czegoś opisania, odmalowania, zdefiniowania. Ma konkretne meta granice. Słowo określa coś bardzo dokładnie – od – do.  To co się mieści w tych granicach to Pole Semantyczne. Piękne w językach jest to, że Pola Semantyczne w różnych językach mogą być różne.

Weźmy na warsztat słowo „jabłko” – w tym przykładzie – pewnie granice Pola Semantycznego w większości języków są takie same. Ucząc się odpowiednika słowa „jabłko” w polskim, łacińskim czy węgierskim – opanowujemy słówko i tłumaczymy jeden do jednego.

Weźmy teraz kolory „zielony” i „niebieski”

w języku polskim nikt jednego z drugim nie pomyli ani zamiennie nie użyje, a są języki, które tych dwóch barw nie rozróżniają – nasze dwa pola semantyczne to w tamtej rzeczywistości językowej jedno – wyobrażam sobie zbiorczy kolor „morski” w którym zmieścić się może cała paleta barw. „Śnieg” – dla nas jedno szerokie pojęcie, które w codzienności Eskimosów ma odbicie w kilkunastu odmiennych słowach.

Myślałby kto, że się nudzili, leżeli i wymyślali takie fanaberie – nie, dla nich to kwestia życia lub śmierci – czy aby ten śnieg o odrobinę innym odcieniu i strukturze się nagle pod człowiekiem nie załamie i nie pogrzebie go na wieki. Inne realia, które wymuszają na języku stworzenie adekwatnych narzędzi.

Kolejny przykład – słowo „tani” – dla mnie ma ono w większości języków które liznąłem odcień pejoratywny. „Tani” – oznacza oprócz przeciwności „drogiego” jednocześnie coś pośledniejszego. Coś gorszej jakości. Teraz by nie szukać daleko spójrzmy na holenderski odpowiednik – słowo „goedkoop” – jego etymologia to 2 słowa „goed” czyli „dobry” i „koop” od czasownika „kopen” – „kupować”.

W języku holenderskim „tani” to po prostu „dobrze kupiony”. W niderlandzkiej warstwie językowej rzekłbym, że „tani” to wręcz komplement! Nie ośmielam się dochodzić, czy to protestanckie wpływy i pochwała zaradności kształtowały język, czy na odwrót. Celem powyższego wywodu było pokazanie jaki filtr na ludzkie życie nakłada język, którym dany osobnik się w danej chwili posługuje.

Zwróć uwagę czytelniku, mówiąc różnymi językami, mówisz raz niższym raz wyższym tonem!

Mówiąc jednym językiem nieświadomie skupiasz się na czynności, a innym znowu na celu albo przedmiocie zdania. W jednym języku przechodzisz z wszystkimi na ty – w innym używasz rozbudowanych form grzecznościowych. Reasumując – spotkałem się kiedyś z pięknym cytatem, którego sens był mnie więcej taki

„Ucząc się języka obcego, możesz natknąć się na drzwi, o których nawet byś nie wiedział że istnieją”.

Ale odpłynąłem w daleki dryf od szczepienia☺

Przyznaję rozważałem – czy mówić do córki od niemowlęcia-pacholęcia po angielsku? Z jednej strony przyznaję kusiło – z drugiej, za wielką ciekawość miałem by być świadkiem jak dziecko przyswaja język. (O czym napisałem zresztą później mój pierwszy w życiu tekst: Na początku było słowo.

Żyła we mnie jakaś atawistyczna obawa że obcym słownictwem naruszę czy zubożę jej rozwój. W głębi ducha wiem że to bzdura, po prostu dzielę się swoimi osobistymi lękami, bo kiedy chodzi o własne potomstwo człowiek nakłada filtr na wszelkie resztki wykształcenia jakie tlą się na dnie umysłu po tych paru eonach od zakończenia obcowania z wyższą, ba nawet filologiczną katedrą.

Utkwiło mi w pamięci jedno przemawiające do wyobraźni badanie – wynikało z niego, że w rodzinach gdzie rodzice mówią do dziecka każde w innym języku – może się zdarzyć iż mały adept życia zgeneralizuje sobie iż wszyscy mężczyźni mówią w języku taty a wszystkie kobiety w języku mamy☺.

Naturalnie to w ramach anegdoty – dzieci rosną w środowiskach które czasem dają możliwość rozwinięcia nawet nie dwóch a jeszcze więcej języków i świetnie sobie dają radę. Choć występują przemieszania słownictwa i przejściowe zastoje – na dłuższą metę takie dziecko tylko zyska.

Jego plastyczny mózg ogarnie języki i równolegle zbuduje odpowiednie Pola Semantyczne, strukturę i gramatykę.

Nam się teraz wydaje, że jesteśmy do przodu, bo posługujemy się na co dzień angielskim – w poprzednich epokach nie było rzadkim by dzieci miały guwernantki od niemieckiego, rosyjskiego, angielskiego i francuskiego by czytać Goethego, Dostojewskiego i wszelkich innych tuzów literatury w oryginale.

Czas chyba przejść powoli do rzeczy – skoro podjąłem decyzję, iż nie będę aktywnie komunikował się z moją pociechą w języku obcym – tylko po polsku – co w takim razie zrobić by jakoś dzieciaka wyposażyć w zestaw narzędzi, który przyda się jak już nadejdzie czas samej nauki?

Zastanowiłem się – co tak naprawdę nie pozwala nam w dorosłym życiu opanować obcego języka do poziomu w którym byłby on nierozpoznawalny dla native speakera? Słownictwo, gramatyka, struktura języków indoeuropejskich – to wszystko jest stosunkowo łatwe do opanowania – natomiast przynajmniej w moim przypadku:

akcent i wymowa.

To są rzeczy, które ucho native speakera identyfikuje momentalnie.

Rzadko kiedy zdarza nam się nie rozpoznać obcokrajowca mówiącego w naszym języku. Choćby nie wiem jak opanował wszelkie aspekty języka – wymowa zdradzi często dokładnie jego pochodzenie. Wspomniałem więc jak tłukli do głowy na uniwersytecie: mały człowiek – przyswajając mowę, interpretując dźwięki – dostraja swój aparat słuchowy do głosek danego języka.

Buduje tak zwaną siatkę fonologiczną

Chodzi o to – że np. w języku polskim – jest istotna różnica pomiędzy głoskami „s”, „ś” i „sz”. Nie pomylimy ich. Dzieje się tak dlatego – że nie możemy ich mylić – nie jest możliwe podmienienie tych głosek, gdyż to zmieniałoby znaczenie wyrazu. „Sok vs. szok” „grubszy vs. grubsi”. W innych językach spokojnie sobie egzystuje jeden dźwięk na pograniczu „ś” i „sz” – bo tam po prostu różnica między nimi jest nieistotna – nie zmienia znaczenia słowa.

U nas akurat te różnice przesądzają o znaczeniu wyrazu. Porządkuje ten system pojęcie Pary Minimalnej – jeśli istnieje dwa wyrazy różniące się tylko jedną głoską i mają one różne znaczenie – mamy do czynienia właśnie z Parą Minimalną.

Cechą która odróżnia głoski może być dźwięczność, miękkość, nosowość, akcent i w innych językach jeszcze dużo innych… Aparat słuchowy adepta mowy budując wyżej wspomnianą Siatkę Fonologiczną – dostraja się.

Mózg ma i bez tego na co dzień dość sporo terabajtów danych do przefiltrowania – chce sobie uprościć życie (jak każdy porządny leń) – zwraca więc tylko uwagę na istotne różnice między głoskami – reszta różnic, które nie zmieniają znaczenia – są pomijalne! Tu dochodzimy do sedna.

Te w języku polskim POMIJALNE mogą być w innym języku kluczowe.

Obrazowy przykład jaki do tej pory tkwi mi w głowie – ponoć w języku japońskim nie ma rozróżnienia między głoskami „l” i „r”. Wymawiają coś pośredniego pomiędzy tymi dwoma dźwiękami – w ich siatce fonologicznej sprawdza się perfekcyjnie – natomiast ucząc się np. angielskiego – słuchający ich interlokutor może mieć problem ze zrozumieniem czy usłyszał:

„I eat a lot of rice” czy „I eat a lot of lice”.

Wracając więc do pociechy mojej małoletniej – nie uczę gramatyki, nie wtłaczam czasów zaprzeszłych, nie przepytuję z dopełniacza saksońskiego – próbuję budować bardziej uniwersalną siatkę fonologiczną. Chcę uniknąć tego czym sam jestem okaleczony – ja nabywając kolejne języki – postrzegam niestety ich brzmienie poprzez pryzmat polskich głosek. Całe szczęście, że nasz język ma ich trochę i jakoś idzie od biedy ogarnąć – natomiast dzieciaka od małego szczepię innymi językami – a jak to robię? To może opowiem kolejnym razem.

a tu druga część wpisu Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny

Daniel

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

„Mamo, zostaw telefon i chodź się bawić”

Ten wpis jest i o mnie i o Tobie. Czytasz artykuły o tym jak to tablet i telewizja szkodzi dzieciom. Kiwasz głową i przyznajesz rację, że dwulatek z tabletem w ręku to patologia. Zabawy manualne, rozwój ruchowy i edukacja językowa są dla Ciebie ważne. Dbasz o wszechstronny rozwój swojego dziecka. A nie możesz rozstać się ze swoim telefonem.

Sama zapisujesz wszystkie możliwe inspiracje w apce na Pinterest lub robisz print screeny /na później/. Pokazujesz je koleżankom w grupie na Facebooku lub wysyłasz bezpośrednio przez Whatsapp lub Massanger. Dziennie robisz 50 zdjęć swojemu dziecku i oglądasz je, jak tylko zaśnie.

Jeżeli Twój telefon gości w Twojej ręce, częściej niż dłoń Twojego dziecka – ten wpis jest dla Ciebie

Tabletowe dzieci i komórkowi rodzice

Tak wiele mówi się o tabletowych dzieciach, a tak niewiele o rodzicach wlepionych w smartfony. Nie zbadano jeszcze jakie to ma skutki na dzieci. Telewizja istnieje od kilkudziesięciu lat i dopiero teraz ludzie widzą jej wpływ na siebie.

Są badania na temat czasu ile dziecko powinno spędzać przed telewizorem. A smartfony? To jeszcze zbyt „świeży rynek”, ale z pewnością używanie smartfonów w nadmiarze nie prowadzi do niczego dobrego.

Dzieciństwo unplugged

My, wychowywani w latach 80-tych głównie na trzepakach, pod blokiem z wielkiej płyty mamy wielką potrzebę bycia blisko technologii. Nasze pokolenie pierwszy raz w historii ma tak łatwy dostęp do urządzeń elektronicznych. Kiedy wprowadzono internet mobilny korzystamy z jego dobrodziejstw zawsze i wszędzie.

Jeszcze niedawno dostęp do internetu był tylko w komputerach. Ale trzeba było pójść, włączyć, odczekać swoje, komputer lubił się zawiesić… i trwało to i trwało. Więcej było zachodu z włączaniem czy wyłączaniem niż samego użytkowania. A teraz? Wystarczy przeciągnąć palcem po śliskiej szybce i już jesteś online. Bardzo to proste i  (niestety) uzależniające.

Smartfon częściej niż komputer?

Piszę ten post wieczorem około 21. Moje dzieci już śpią. 15 minut temu dodałam nowy wpis. Specjalnie weszłam w statystyki Google Analitycs żeby zobaczyć ile osób czyta mnie w tym momencie na telefonach. Wygląda to tak: 70% telefony komórkowe, 25% komputery, 5% tablety. Jest już ciemno, więc pewnie kąpiesz dziecko i czytasz lub dzieci śpią, a Ty leżysz na kanapie i czytasz co tam u nas.

Rodzicom opiekującym się dziećmi fulltime jest łatwiej być online przez smartfona. Nie ma czasu włączać komputera. A jeżeli już się uda to najczęściej tylko na chwilkę, bo dzieci lubią siedzieć u nas na kolanach jak tylko zobaczą włączony komputer. Smartfon wydaje się być bardziej dostępny i mniej ingerujący w relację rodzic-dziecko.

„Odłóż telefon i pobaw się ze mną”

Mówi moja 3- letnia córka i ciągnie mnie rękaw. Wtedy dostrzegam, że dużo go używam i zaczynam się zastanawiać dlaczego tak jest. Analizuję każdą minutę, którą spędzam przesuwając palcem po śliskim ekranie. Najwięcej czasu ucieka mi na pracy. Sporo staram się zrobić na smartfonie żeby jak najmniej mieć później na komputerze. Media społecznościowe to również element mojej pracy i nie mogę  z nich zrezygnować.

Widzę pewną zależność. Mam wyłączone powiadomienia żeby mnie nie rozpraszały, więc sprawdzam telefon bardzo często żeby móc na bieżąco Wam odpowiadać. Błędne koło.

Insta, fejs to moja pierwotna wioska

Dalej są komunikatory, na których rozmawiam ze znajomymi. Kiedyś najczęściej się dzwoniło, później popularne były SMS-y, a teraz wysyła się wiadomość na Whatsapp lub Messangerze.

Moje grupy na tychże to moja pierwotna wioska, która jest mi potrzebna. To tam mogę  przyjaciółkom  wyżalić się lub czymś się pochwalić. Mamy swoją grupę doradczą oraz wsparcia. Tam z nimi „gadam”. Nie muszę dzwonić, tylko w wolnej chwili piszę.

Wspomnienia w kwadratach

Ile robisz zdjęć dzieci dziennie? Ja około 20 – 30. Tak bardzo chcę wszystko uwiecznić, że zapominam o byciu tu i teraz. Już na urodzinach Lilki zauważyłam, że wolę spędzić ten dzień bez aparatu.

Robimy sobie jedno, dwa zdjęcia i wystarczy. Wolę mieć te wspomnienia w głownie niż na obrazkach. Chcę przeżywać te emocje, a nie ustawiać kadry. Robię tyle zdjęć, że nie mam kiedy ich wywoływać ani oglądać. Po co?

Antidotum?

Coraz częściej robię sobie weekendy offline. Takie totalne odłączenie bardzo mi pomaga. Skupiam się na tym co najważniejsze. Aż dziwne, że mam wtedy mnóstwo wolnego czasu, którego nie mam w tygodniu. Mogę spokojnie czytać książkę lub zafundować sobie godzinną kąpiel (albo jedno i drugie).

Nie chcę żeby moje dzieci pamiętały mnie z wiecznym telefonem w ręku. Od niedawna staram się przy nich jak najmniej go używać. Naprawdę wolę usiąść na 20 minut przy komputerze i zrobić szybką prasówkę, odpowiedzieć na meila, czy przeczytać wpis na ulubionym blogu.

Kiedy sięgam po telefon to zaczyna się błędne koło: Insta, Fejs, blog, Snap i tak w kółko… Rano również staram się żeby telefon nie był pierwszą rzeczą jaką biorę do ręki. Widzę poprawę, ale wciąż myślę, że telefon zbyt często mi towarzyszy. Gdyby nie charakter mojej pracy częściej byłabym offline.

Jeżeli chcecie zmienić swoje nawyki, polecam książkę „Mama bez komórki” klik. To treści w niej zawarte odmieniły moje podejście do użytkowania telefonu.

A Wy macie jakieś swoje zasady czy nawyki odnośnie używania telefonów w domu? Chętnie o nich poczytam.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

10 najlepszych restauracji w Warszawie przystosowanych do potrzeb dzieci

Restauracje dla dzieci – Warszawa. Ten wpis musiał powstać prędzej czy później. Przedstawiamy naszą złotą dziesiątkę restauracji, które warto odwiedzić z dziećmi w Warszawie. Kolejność jest raczej przypadkowa, ponieważ prawie każde z miejsc znacząco się od siebie różni. Ale zawsze obieramy azymut na dobry smak i miło spędzony czas. Przy każdym miejscu wypisałam trzy mocne punkty, które wg nas charakteryzują te miejsce.

Restauracje dla dzieci Warszawa:

1. Radość na talerzu, Patriotów 193/195, Wawer

Radość na talerzu

Jasne wnętrze, duża sala zabaw, genialna obsługa

Po niedzielnej wycieczce rowerowej w okolicach Falenicy zawitaliśmy do Radości (ku naszej radości). Restauracja znajduje się na górze niewielkiego centrum handlowego. Kiedy tylko tam weszliśmy to poczuliśmy, że wyjdziemy stąd zadowoleni. Ogromy plus za wspaniałą obsługę, która dosłownie podaje serce na talerzu. Przepyszne jedzenie, które zadowoli każde podniebienie (znakomity niedosładzany kompot) pochłonęliśmy ze smakiem.

Nie mogliśmy darować sobie deseru i ten nugat będzie nam się śnił po nocach. Do tego świetna sala zabaw (bardzo czysta!), gdzie każde dziecko znajdzie coś dla siebie. W weekend są też animacje. Polecamy ten lokal również na uroczystości rodzinne, gdzie dorośli mogą porozmawiać, mając dzieci na oku.

restauracje dla dzieci warszawa - radość na talerzu
radość na talerzu

2. Der Elefant, Plac Bankowy 1, Śródmieście

Der Elefant

Przestrzeń, sala zabaw z kulkami, nowojorski klimat

Idealne miejsce na rodzinny obiad. Miejsce wyjątkowe, bo posiada wszystko czego szukam w restauracji przyjaznej dzieciom. Jedzenie jest pyszne – ryby i owoce morza smakują naprawdę wybornie, a pierogi ruskie zachwyciły Lilkę. Wieczorem z czarnego fortepianu wydobywa się cudowna muzyka. Klimat jest niepowtarzalny. 

W weekendy  odbywa się tu Szkoła gotowania dla najmłodszych. Z pewnością się na nią wybierzemy. Co jeszcze oferuje Der Elefant najmłodszym? Dziecięce menu, pokój zabaw dla dzieci, toaleta przystosowana do dzieci, wysokie krzesełka, przewijak w toalecie i bardzo wyrozumiałe podejście do małego klienta, który na koniec dostaje lizaka.

restauracje dla dzieci warszawa

Restauracja dla dzieci – Warszawa

3. Mizu Sushi, ul. Duchnicka 3, Żoliborz

Mizu Sushi

Obsługa, pokój zabaw, położenie

Sushi polecone przez Tasteaway. Genialne miejsce! Nie dość, że sushi było pyszne, to na dzieci czeka sporo zabawy. Pokoik dla dzieci zachwyca atrakcjami. Bardzo ciekawe zabawki dla dzieci, które umilają czas oczekiwania na jedzenie. Znakomite podejście do małego klienta. Do dziś Lilka wspomina ręczniczki w tabletkach, które dostała na wynos od Pani kelnerki.

mizu sushi warszawa

4. Boska Praga, ul. Stefana Okrzei 23, Praga Północ

Boska Praga

Animacje w weekend, design, kącik zabaw

Ciekawa restauracja na spotkanie ze znajomymi lub rodzinny obiad. 3-piętrowy lokal robi ogromne wrażenie. Menu lunchowe jest różnorodne i do tego naprawdę pyszne. W weekendy dziećmi zajmuje się animatorka. Obsługa jest bardzo przyjazna rodzinom z dziećmi.

boska praga
restauracje dla dzieci warszawa

5. Artbistro Stalowa 52, ul. Stalowa 52, Praga Północ

Artbistro Stalowa 52

Niebanalne smaki, przestrzeń do biegania, ogródek

Spora przestrzeń w loftowym designie oraz otoczenie restauracji sprawia, że ma się wrażenie siedzenia na zewnątrz. Restauracja z jednej strony jest ogrodzona sporym kącikiem zabaw, a drugiej zieloną trawą otoczoną industrialną cegłą. Są tam leżaki i krowa, na którą moje dziecko próbowało się wdrapać.

Przepyszne jedzenie, podane  w taki sposób, że można jeść oczami.

artbistro stalowa warszawa
restauracje dla dzieci warszawa

6. Polana Wilanów, ul. Klimczaka 5 lok. 81

Polana Wilanów

Świetne urodziny dla dzieci, fajny design, ciekawe zabawki

Nowe miejsce na mapie Wilanowa, które jest bardzo przyjazne rodzinom. Znajdziecie tam mnóstwo ciekawych zajęć oraz miejsce na zabawy dla dzieci. Rzadko się zdarza żeby w kawiarni można było położyć na matę niemowlaka, a w Polanie jest właśnie kącik dla najmłodszych. Dzieci spędzą tam świetny czas, a rodzice napiją się pysznej kawy i zjedzą podpłomyka.

polana wilanów
sala zabaw
restauracje dla dzieci warszawa

7. Kura domowa, Zwoleńska 81, Wawer

Kura domowa

Zdrowe jedzenie, ogrodzony plac zabaw na zewnątrz, sala zabaw w środku

Kurę odwiedziliśmy po raz pierwszy, ale z pewnością szybko tam wrócimy. Jedzenie jest naprawdę wyjątkowe: ekologiczne i tak przygotowane, że zachęca do szybkiego zjedzenia.

W 100% trafia  w nasz gust. Ogromny plus za ogrodzony plac zabaw na zewnątrz. restauracja przystosowana do potrzeb dzieci. W toalecie są nawet dostępne chusteczki i pieluszki dla dzieci.

kura domowa
20160709-DSC_8926
restauracje dla dzieci warszawa

8. Trattoria da Antonio, Żurawia 18, Śródmieście

Trattoria da Antonio

Animacje  w weekend, sala zabaw, położenie w centrum

Jeśli chodzi o restauracje dla dzieci warszawa ta miejscóka to pewniak. Jeśli lubicie włoskie smaki odwiedźcie koniecznie Trattorię. Jedzenie jest tam wyśmienite.

W weekendy są animacje dla dzieci w dużej sali zabaw. Możecie tam umówić się na niedzielny obiad ze znajomymi. Panuje tam gwar i słychać tam śmiech dzieci w tle, a w powietrzu unosi się zapach czosnkowej foccacii.

restauracje dla dzieci warszawa

9. Kolonia Ochota, ul. Łęczycka 2, Ochota

Kolonia Ochota

Położona przy parku, plac zabaw na zewnątrz, dzieci ją kochają

Ostatnio jest to nasze ulubione miejsce. Najpierw udajemy się na plac zabaw przy skwerze Sue Ryder, a później prosto do Kolonii. Spędzamy tam  całe popołudnia.

Jeżeli tylko nie pada deszcze można siedzieć na zewnątrz. Jest tam spory plac zabaw z piaskiem, trampoliną i zjeżdżalnią. Miejsce jest w 100% przystosowane do potrzeb dzieci. Polecam sałatkę z kozim serem.

kolonia ochota

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i zamierzasz skorzystać z moich poleceń kliknij poniżej

Tu znajdziecie najlepsze Place zabaw dla dzieci Warszawa

A tu macie inspiracje na Hotel dla rodzin z dziećmi

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Letni niezbędnik

 Lato w pełni, a my jeszcze nie byliśmy na urlopie. Spędzamy czas w mieście i na niedalekich wyjazdach. 

W dzisiejszym wpisie zaprezentuję Wam kilkanaście rzeczy, których używamy tego lata. 

Oto nasz niezbędnik (nazwy są podlinkowane):

1. Szklane butelki Lifefactory 

Odkąd mamy lodówkę z filtrem, to nie dźwigamy już zgrzewek wody mineralnej. Korzystamy tylko z tej przefiltrowanej. Na spacery do tej pory zabierałam tylko wodę w bidonie dla Lilki, który jest dość mały. W zupełności wystarczał na jej potrzeby. Ale odkąd są wakacje i najczęściej wychodzimy we troje to mały bidonik z wodą nie wystarczał na nasze potrzeby.

I tak trafiłam na te butelki. Spośród wielu świetnych kolorów możemy wybierać między pojemnościami i ustnikami (słomka jak w bidonie, ustnik, a nawet smoczek). Woda ze szklanej butelki zupełnie inaczej z nich smakuje niż z plastiku. Polecam każdemu. Oczywiście są trochę cięższe, ale komfort użytkowania zdecydowanie większy.

My mamy dwie butelki – jedna większa na wyjścia całodniowe o pojemności 650 ml z szerokim ustnikiem (świetny też do koktajli) oraz mniejsza na krótkie spacery lub dla samej Lilki o pojemności 350 w wersji z ustnikiem. Są również dostępne inne modele, a nawet butelki na mleko dla niemowląt. Świetnie myją się w zmywarce.

20160723-DSC_9098
20160723-DSC_9092
20160723-DSC_9135

2. Plecak Skip hop

Pogoda sprzyja wycieczkom. Pewnie wyobrażacie sobie ile rzeczy trzeba zabrać przy niemowlaku i 3-latce? To do tego dodajcie jeszcze np. laptop i lustrzankę z 2 obiektywami. Torba do wózka przy takiej ilości rzeczy nie daje rady. Znalazłam dla niej bardzo ciekawą alternatywę- plecak, do którego wszystko się zmieści.

Ma dołączony przewijak, miękką kieszeń na laptopa i klamerki do zawieszenia na wózku. Bardzo się z nim polubiłam i zabieram go na dalsze wyprawy. Przyda się również na wyprawy na basen, które niedługo rozpoczniemy z najmłodszym domownikiem.

20160723-DSC_9111
20160723-DSC_9112
20160802-DSC_9238
20160802-DSC_9239

3. Namiot plażowy Tribord  

Co prawda jeszcze go nie mamy, bo nasz wyjazd dopiero za 3 tygodnie. Ale to właśnie ten namiot dziś zamówiłam. Używała go moja przyjaciółka w ubiegłym roku nad morzem i bardzo się im sprawdził.

Chroni przed wiatrem i słońcem. Składa się jak parasol. Można go załadować pod wózek i zabrać ze sobą na plażę.

big_dcd7e410039748949d612a19eabd446d

4. Strój kąpielowy Lassig z UV 50+

Do tej pory kupowałam tylko i wyłącznie stroje jednoczęściowe. Lilka chodzi w trakcie roku na basen, więc kilka kostiumów już zużyliśmy. Ten bardzo nam odpowiada i żałuję, że nie ma większych rozmiarów.

Jakoś lepiej prezentuje się w nim niż w jednoczęściowym, obcisłym kostiumie. Ułatwia również ubieranie się i rozbieranie. Ten ma dwie dodatkowe funkcje: w majtkach jest lekka pieluszka na wpadki oraz materiał ma filtr UV.

20160605-DSC_7596-2

5. Kapelusz Lassig z UV 50+

Pewnie zdziwicie się po co 3- miesięcznemu dziecku kapelusz skoro chroni je budka w wózku. A nam jest niezbędny do noszenia w chuście. Jul jest praktycznie łysy i podczas noszenia w chuście na zewnątrz, jego główka przyciąga mocne promienie słoneczne. A ten kapelusz jest bardzo miękki i nie krępuje ruchów. Spokojnie mogę go nosić nawet w słoneczny dzień.

20160802-DSC_9236

6. Chusta bambusowa Little frog 

Moja ulubiona chusta na ciepłe dni. Jest cieniutka i przewiewna. Zawsze wydawało mi się, że noszenie latem może nie być do końca przyjemne ze względu na wysoką temperaturę. Ta chusta spełnia nasze potrzeby w 100%. Zawsze mam ją gdzieś blisko i często korzystam (nawet na zewnątrz).

20160708-DSC_8786

7. Koc piknikowy Skip hop

Używamy już od maja. Mam go zawsze w bagażniku i w razie potrzeby rozkładam na trawie lub plaży. Bardzo szybko się składa do wygodnej torby. Jest wodoodporny. Złożony koc można zawiesić na wózku i dotrzeć do celu naszej wycieczki. Z pewnością przyda nam się podczas naszego wyjazdu.

20160521-DSC_7151-2

8. Lunchboxy Trunk Boon i Skip hop 

Kiedy w planach mamy wyjście na plac zabaw lub do parku staram się przygotować coś do jedzenia. Szybko wkładam do pudełka przekąski, które zabieramy ze sobą i jemy na kocu lub ławce w parku.

Wersja bardziej pracochłonna:

20160728-DSC_9208-2

Mniej pracochłonna

20160728-DSC_9210

A czasami nic nie zdążę przygotować, bo wychodzimy w biegu i kupuję tylko bułkę w spożywczym;)

9. Cienkie kocyki Lodger i kocyki bambusowe Aden+Anais 

Tak jak już Wam pisałam – używam ich non stop i do wszystkiego. Nakrywam Jula, wycieram Lilkę, chronię przed słońcem w aucie i rozkładam na kocu piknikowym. Przydają mi się cały czas.

20160621-DSC_8258-3
20160622-DSC_8344-2
  • 10. Ręczniki Lodger i Lassig 

Latem ręczniki są nam tak samo potrzebne jak kocyki. Zabieramy je na basen, na plażę lub do ulubionej Bajki. Lilkowego Lodgera używamy ponad 2 lata i sprawdza się idealnie jako szlafroczek na plaży. Ręcznika Lassig używaliśmy tylko na basenie, ale zachwycił mnie miękkością.

20160802-DSC_9255
20160802-DSC_9252

11. Śpiworki do spania Gro Company 

Uwielbiam śpiworki do spania. Używałam ich również przy Lilce. Są w 100% bezpieczne i dzieci się z nich nie odkryją. Nasze są bardzo cieniutkie i lekkie (1,0 tog). Mamy dwa z wersji limitowanej Anorak.

20160802-DSC_9260-side
20160802-DSC_9264
20160802-DSC_9262

12. Buty Igor 

W tym roku całkiem przypadkiem trafiłam na buty tej firmy. Razem w nich chodzimy:) Lilka ma również trampki, w których biega całe lato. Całkiem niepotrzebnie kupowałam jej sandały, bo chodzi w musztardowych tenisówkach lub w różowych, gumowych sandałkach Igor. Świetnie nadają się na basen, więc będziemy używać ich nie tylko latem.

bi-side

13. Bambusowa bluzka do karmienia Coolmama

Kolejna, świetna bluzka do karmienia od Coolmama (chyba niedługo będę miała je wszystkie). Uwielbiam za to, że mogę dyskretnie w nic karmić w miejscach publicznych. No nie wyobrażam już sobie bez niej lata. Lekka, bambusowa tkanina nie grzeje w ciepłe dni, a klasyczny krój pasuje właściwie do wszystkiego.

20160802-DSC_9229
20160709-DSC_8915

14. Kamera Gopro 3+

Robię miesięcznie tysiące zdjęć. Tylko niektóre trafiają na blog, większość wędruje do domowego archiwum. Czasami je wywołuję, a czasami nawet nie trafiają do obróbki. Nie mam nawet czasu żeby je później oglądać. W tamtym roku w konkursie fotograficznym wygrałam kamerkę Gopro 3+ i zaczęłam moja przygodę z filmowaniem.

Przepadłam! Na wakacjach nakręciłam kilka filmów, które Lilka ogląda do dziś. To genialna pamiątka! 100 razy lepsza niż zdjęcia. Na zdjęciach zazwyczaj są wszyscy oprócz mnie, a z kamerą Gopro widać całą rodzinę. Jeżeli będziecie chcieli, wrzucę oddzielny post na ten temat. A dziś udostępnię Wam na jeden dzień nasz filmik z wakacji nagrany właśnie Gopro. Link tutaj

20160802-DSC_9247
20160802-DSC_9242

15. Blender kielichowy

Codziennie, a czasami nawet kilka razy dziennie latem robię koktajle. Mniam!

20160617-DSC_8100

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Choroba lokomocyjna – jak sobie z nią radzić?

Choroba lokomocyjna może uprzykrzyć każdy wyjazd, niekoniecznie wakacyjny. Kto miał z nią do czynienia, wie że nie należy do przyjemnych. Szczególnie ciężko przechodzą ją dzieci. W dzisiejszym wpisie napiszę czym jest, jakie są objawy choroby lokomocyjnej i jak sobie z nią radzić.

Wpis powstał w oparciu o własne doświadczenia oraz wiedzę nt. Integracji sensorycznej

Choroba lokomocyjna 

inaczej kinetoza jest chorobą zmysłów. Jest to zespół niezbyt przyjemnych dolegliwości (mdłości, wymioty, złe samopoczucie, brak apetytu), które mogą wystąpić na skutek poruszania się środkiem lokomocji (samochód, samolot, statek, a nawet wózek dziecięcy).  Przyczyną pojawiania się tych objawów jest brak zgodności przy odbieraniu bodźców w czasie podróży. Zmysł wzroku rejestruje poruszające się obrazy i mózg odbiera je jako ruch, a narząd równowagi nie czuje żadnych zmian w położeniu ciała. Te wszystkie informacje prowadzą do pobudzenia układu przywspółczulnego i wystąpienia w/w objawów.

Układ przedsionkowy  rozróżnia dwa typy ruchu:

  • liniowy – do przodu do tyłu, do góry do dołu, w bok po linii prostej np. huśtanie na huśtawce, jazda samochodem, jazda wózkiem, podróż samolotem
  • rotacyjny –  kręcenie się wokół własnej osi, kręcenie się na karuzeli

Kiedy byłam dzieckiem, fatalnie znosiłam podróże zarówno autem, autobusem, autokarem, jak i pociągiem. Pisałam na ten temat tutaj. Niestety nic mi nie pomagało, jedynie lekarstwa na chorobę lokomocyjną. Jednak one powodowały lekkie otępienie i senność.

Choroba lokomocyjna najczęściej dotyczy dzieci. Wraz z dojrzewaniem układu nerwowego objawy są coraz słabsze. Bardzo rzadko utrzymuje się do dorosłości.

Warto napisać o chorobie lokomocyjnej w kontekście zaburzeń SI. Jest ona jednym z objawów nadwrażliwości przedsionkowej. Jeżeli Wasze dzieci mają chorobę lokomocyjną oraz inne zachowania, które mogą świadczyć o zaburzeniach przetwarzania bodźców- warto udać się na specjalistyczną diagnozę.

Co może pomóc w zapobieganiu lub łagodzeniu nieprzyjemnych objawów?

  1. Przed podróżą nie należy jeść obfitych i ciężkostrawnych posiłków, które „zalegają” na żołądku. Gazowane i słodkie napoje również mogą wzmagać mdłości. To samo dotyczy jedzenia w czasie jazdy- mają być lekkostrawne, a do picia najlepsza jest woda.
  2. Przewożenie tyłem do kierunku jazdy mimo tego, że jest najbezpieczniejsze – wzmaga chorobę lokomocyjną. Kupując fotelik RWF, zwróćmy uwagę czy ma również opcję zamiany przodem do kierunku jazdy. U nas właśnie tak było. Ponad rok temu córka kilka razy wymiotowała w czasie kilku tras. Byliśmy zmuszeni do przełożenia fotelika. Od tamtej pory objawy ustały.
  3. Zasłoń szyby przyciemniającymi zasłonkami. Słońce, które świeci prosto w oczy nie pomaga przy poprawie samopoczucia.
  4. Dzieci o wiele lepiej znoszą podróż w czasie snu, kiedy zmysł wzroku jest wyłączony. Warto tak zaplanować podróż, aby jak najdłuższy czas dziecko spało.

5. Pozycja półleżąca poprawia komfort jazdy.

  1. W czasie jazdy dzieci nie mogą oglądać książeczek, bajek na tabletach czy telefonach. Skupianie wzroku na przedmiocie jeszcze BARDZIEJ wzmaga objawy choroby lokomocyjnej. Zdecydowanie lepsze są audiobooki. Tu znajdziecie TOP 15 – Audiobooki dla dzieci a tu Piosenki dla dzieci
  2. Dobra atmosfera w czasie podróży. Ciągłe dopytywanie: „Czy boli Cię brzuch? lub „Czy będziesz wymiotował?” nie poprawia samopoczucia, a wręcz może je pogorszyć.
  3. Zestaw awaryjny (worki, chusteczki, ubranie na zmianę) szykujmy tak aby dziecko tego nie widziało. Może tym razem uda się przejechać bez potrzeby użycia tegoż?
  4. Podobno umiejscowienie fotelika po środku, tak żeby dziecko mogło patrzeć na horyzont, pomaga. Jednak rzadko kiedy na środkowym siedzeniu jest Isofix.
  5. Przystanki na świeżym powietrzu pomagają na objawy choroby lokomocyjnej.
  6. Starszym dzieciom w razie potrzeby można dać cukierki o zdecydowanym, mocnym smaku. Najlepsze będą miętowe lub imbirowe, które dodatkowo lekko hamują mdłości.
  7. Mniej znanym sposobem, o którym chciałbym napisać jest zaklejanie pępka. Jest to dość kontrowersyjny sposób, bo wcale nie udowodniono jego działania, ale wiem, że niektórym baaaardzo pomaga. Najlepiej włożyć do pępka dziecka monetę jednogroszową i szczelnie zakleić plastrami. Znam 2 osoby, które w ten sposób pozbyły się choroby lokomocyjnej, więc warto spróbować. Działanie tej metody polega na ucisku jak w kinesiotypingu. Układ nerwowy koncentruje się wtedy na czym innym i „odwraca” uwagę od przykrych objawów.
  8. Opaski akupresurowe przeciw mdłościom dla dorosłych i dzieci. Słyszałam o nich niedawno i wiem, że również pomagają. Moja znajoma stosowała je również w ciąży przy łagodzeniu mdłości.

A Wy macie swoje sposoby na chorobę lokomocyjną?

Na pocieszenie mogę dodać, że ja wyrosłam z baaardzo silnej choroby lokomocyjnej około 10 roku życia. Teraz jedynie nie mogę czytać  w podróży i czuję się dobrze.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Zaangażowany tata, czyli pomóż mu zrobić to samodzielnie

Często moi znajomi lub rodzina dziwi się, że mój mąż mi nie pomaga. Tak jakby dzieci i dom były tylko moim obowiązkiem, a ich tata od czasu do czasu by nam pomagał. Nie lubię tego stwierdzenia „pomagać w domu”, bo stwierdza ono, że ktoś jest głównym opiekunem, a reszta tylko od czasu do czasu wykonuje czynności pomocnicze, często na prośbę. 

Dużo rozmawiam z kobietami w moim otoczeniu. Spotykamy się lub wymieniamy wiadomości, z których jasno wynika, że ojcowie ich dzieci właśnie pomagają. Nasuwa mi się pytanie, dlaczego tak jest?

Dlaczego to jest matki obowiązek, a ojca tylko przywilej (czasem dość wątpliwy)?

A już kiedy zostanie z dzieckiem sam to wygłaszają mu peany pochwalne i biją brawo za zmienioną pieluchę?

Wkurza mnie to, że sporo kobiet narzeka na swoich facetów i kreuje ich na mało ogarniające czasoprzestrzeń istoty. Serio? Takiego mężczyznę sobie sama wybrałaś, z wszystkimi wadami i zaletami. Mój nie umie robić prezentów, ale za to dzieciakami  zajmuje się lepiej niż ja.

Mężczyźni się nie zmieniają – mówili. I to jest prawda.

Gdybym nie karmiła piersią mogłabym wyjechać na tydzień i wiem, że mój mąż znakomicie by sobie poradził. Na swój własny sposób, nie na mój – wg listy, czy moich przykazań.

Moim zdaniem kobiety często (nie zawsze) same sobie gotują tak los, tymi wszystkimi stwierdzeniami: „Nie tak!” „Źle to robisz”, „Czekaj, pokażę Ci jak to zrobić”. A kiedy i tak nie zrobi tak jakbyśmy tego chciały to już mamy dość i same to robimy.

Spróbujmy postawić się z drugiej strony. Facet, który nie nosił dziecka pod sercem przez 9 miesięcy, nie czyta blogów, poradników, a nawet nie dostaje rad od swojej mamy – często nie wie jak zajmować się niemowlęciem. Nie ma jednego właściwego sposobu. Mogą być różne. I to jest właśnie najfajniejsze.

„Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”

Borys Szyc

Mój sposób jest najlepszy

Dziecko od początku ma możliwość obserwacji różnych zachowań. Nawet sama pielęgnacja jest ciekawsza, gdy dzieckiem zajmują się dwie osoby. Dla harmonijnego rozwoju bardzo służy różnorodność. Mama tak zmienia pieluchę, a tata inaczej. I to jest fajne. Nie ma jednej- tej właściwej instrukcji obsługi niemowlęcia.

Tata sam w domu

Zostawiacie często dziecko/dzieci same z tatą? A dzwonicie później i dopytujecie jak sobie radzą? Albo przygotowujecie długie listy co, jak i z czym ma zrobić? To przestańcie. Tata nie jest półmózgiem, który sobie nie poradzi. A Wy wcale nie zajmujecie się NAJLEPIEJ dzieckiem. Wczoraj na Facebooku napisałam, że wstałam, wypiłam kawę, mąż się zajął dzieckiem, a ja poszłam się wykąpać. Ktoś napisał: „Brawa dla taty”. No ludzie kochani. Dla mnie to jest totalnie normalne. Odciągam mleko i wychodzę. Poradzą sobie bez dwóch zdań. Tak, z dwójką zmęczonych już dzieci. Jeżeli martwicie się, że dziecko będzie płakać (noworodek, niemowlę) to pomyślcie, że u Was na rękach też dziecko płacze i też czasami nie wiecie jak je uspokoić. Dopóki dziecko ma co jeść, będzie ok.

Tata też musi pobyć sam na sam z dzieckiem żeby wypracować sobie swój własny system (bez nadzoru;).

Często mężczyźni nawet lepiej sobie radzą z dziećmi niż kobiety. Dlaczego? Bo nie spinają się, nie denerwują i mają więcej cierpliwości. A już na pewno nie zastanawiają się co pomyślą inni.

Tata do zabawy, mama od obowiązków

Od początku naszego rodzicielstwa nie chciałam żeby  tak było. Mimo tego, że sama wychowałam się bez ojca to wiedziałam jak ma wyglądać nasze „bycie rodzicami”. Właśnie,  dlatego jest mi łatwiej, bo nie mam wzoru. Nie zaszufladkowałam roli ojca, który po powrocie z pracy wkłada kapcie i czyta gazetę. Miałam tylko wyobrażenia, które udało mi się spełnić. Zaangażowany tata. Partnerstwo i zrozumienie.

W wielu domach to właśnie tata jest od samych przyjemności. Zabrać na rower, na lody, zrobić hopa hopa na kolanie. Nie u nas. Zamieniamy się tak żeby nie było ani dobrego policjanta, ani złego. Nie dążę za wszelką cenę do perfekcji i może dlatego jest mi łatwiej. Jak tata zrobi kolację, to jest smażona kiełbasa i chleb moczony w oliwie, a na obiad mięso, ziemniaki i mizeria. No i super. Lilka uwielbia smakołyki taty. Moczy ziemniaki w śmietanie (jak tata), a ja w myślach przeliczam wartości odżywcze tegoż.

Komentarze zostawiam sobie. Tata nie jest od samych przyjemności, ćwiczy z córką oczy i robi inhalacje. Jeżeli chodzi o podział obowiązków w naszym domu to tylko trzy czynności należą tylko do mnie: podawanie leków w czasie choroby, obcinanie paznokci i karmienie piersią. Resztą się wymieniamy i nie chodzi tu o żadne kompromisy, bo jednak w przy tak popularnym kompromisowym rozwiązaniu sprawy obie strony są niezadowolone. Więcej we wpisie Mama to nie jest to samo co tato!

W Polsce podziwia się ojców, którzy są tak samo oddani jak matki. Dlaczego?

Tu chodzi o partnerstwo.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” pod postem na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Lody z kalafiora

Dziś zdradzę Wam przepis na bardzo szybkie, dobre i zdrowe lody z kalafiora. Tak, nie pomyliliście się – kalafiora. Staram się ograniczać kalorie, bo po ciąży wciąż mam sporo kilogramów do zgubienia. Tymczasem raczę się takimi smakołykami.

Lody z kalafiora

  • mały kalafior
  • banan
  • syrop z agawy
  • dowolne dodatki, u mnie: woda kokosowa, wiórki kokosowe, ale mogą to być świeże lub mrożone owoce

Dzień wcześniej dzielę kalafior na małe różyczki, myję i wkładam na noc do zamrażarki. Dokładam również banana. Wyjmuję kalafior na pół godziny przed żeby troszkę się ogrzał. Później wyjmuje banana i wszystko razem miksuję.  Syrop dodaję wg uznania.

Pyszna i zdrowa przekąska!

20160724-DSC_9164
lody z kalafiora
20160724-DSC_9181

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?

Kiedy na teście ciążowym nieśmiało malują się dwie kreski zaczynacie się zastanawiać jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa? 

Ci co nie mają dzieci lub posiadają tylko jedno dziecko często powielają najbardziej absurdalne stwierdzenie jakie kiedykolwiek słyszałam: „A Ty jakbyś się czuła żeby któregoś dnia Twój mąż/partner przyprowadził do domu drugą kobietę i powiedział, że od dziś macie dzielić się garnkami, deską do prasowania, a co najważniejsze – mężem?”

Kiedy pierwszy raz usłyszałam te stwierdzenie to również się z nim zgadzałam. Sama jestem jedynaczką i bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie tę sytuację. Jednak kiedy pod moim sercem pojawiło się nowe życie moje podejście zmieniło się o 180 stopni.

Do tej pory byliście tylko we troje. Ty, partner i dziecko. Ono prawie zawsze w centrum uwagi. Każda jego prośba zawsze jest wysłuchana, każda potrzeba spełniona, a czas jemu poświęcony  jest mierzony w godzinach. Byliśmy pełni obaw jak starsze dziecko odbierze wiadomość o rodzeństwie i jak sobie z tym poradzimy.

Więc jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?

Podeszliśmy do tego tematu zdroworozsądkowo. Nie kupiliśmy również żadnego poradnika. Cały proces był całkowicie podporządkowany potrzebom i wymaganiom starszego dziecka.

A było to tak.

Pierwszy trymestr był dla nas bardzo męczący. Ciągle chciało mi się spać, było mi niedobrze i od 8 tc. musiałam leżeć. Po powrocie Lilki z przedszkola kładłyśmy się razem na drzemkę lub włączałam jej bajkę na 40 minut, kładłam się obok, włączałam budzik i spałam. Od początku nie mogłam jej podnosić. Było mi ciężko psychicznie, ale się przyzwyczaiłam. Nigdy jej nie powiedziałam, że nie mogę jej podnosić, bo mam w brzuchu dziecko. Z każdym razem kiedy była potrzeba przytulenia, otarcia łez to ja kucałam lub siadałam na podłodze, ławce w parku i ją przytulałam. Pierwszy raz podniosłam ją w 39 tc., wydawało mi się, że waży tonę;)

Kiedy skończyłam pierwszy trymestr, tuż po usg genetycznym uroczyście oświadczyliśmy Lilce, że w maju zostanie starszą siostrą, bo w moim brzuchu jest dziecko. Nie drążyliśmy za bardzo tematu, bo widzieliśmy ogromne zdziwienie na jej twarzy. Czuliśmy, że musi ta wiadomość do niej dotrzeć i wtedy sama będzie zainteresowana tematem. Podaliśmy kilka przykładów rodzeństw z naszego otoczenia. „I Ty też będziesz miała brata lub siostrę wiosną”- skwitowaliśmy.

Na jej zainteresowanie nie musieliśmy długo czekać. Zadawała mnóstwo pytań na temat ciąży i dziecka, które rosło w moim brzuchu. Pisałam o tym we wpisie Ciąża oczami trzylatki.

Bardzo poważnie podeszliśmy do tematu przygotowań, bo chcieliśmy żeby nie było to dla niej trauma lub szok.

Badanie USG – zabierać dziecko czy nie?

Wg mnie badanie USG służy wyłącznie potrzebom medycznym, a nie zaspokojeniu ciekawości jak wygląda dziecko. Może jest dość niepopularne podejście, ale tak właśnie to badanie traktuję. Nie wyobrażam sobie żeby dziecko mogło towarzyszyć przy badaniu, na którym są sprawdzane bardzo ważne parametry takie jak np. przezierność karkowa czy długość kości nosowej.

Każda pomyłka o milimetr mogłaby spowodować niepotrzebny stres. Znam moje dziecko, które obecnie zadaje 400 pytań na godzinę i wiem, że jej obecność rozpraszałaby mnie i lekarza wykonującego badanie. Badania USG robiliśmy na tyle rzadko, że każda wizyta trwała około godziny. Wiem, że ten czas byłby dla niej o wiele za długi. Dodatkowo obraz na badaniu nie jest zbyt wyraźny i mogłaby się lekko przerazić jak wygląda brat lub siostra.

Po jednym z badań pokazałam jej zdjęcie i nie była w stanie nawet określić gdzie dziecko ma oko.

Rozmowy, książki i filmy

Bardzo dużo rozmawialiśmy na temat ciąży i późniejszego życia w czwórkę. Córka była wyraźnie zainteresowana tematem. Czytaliśmy różne książki o ciąży i o pojawianiu się rodzeństwa. Zaczynając od takich typowo technicznych jak np. Czekamy na dzidziusia, przez książki przedstawiające pojawienie się rodzeństwa w samych superlatywach Zuzia i nowy dzidziuś , po lektury o różnych emocjach związanych z tym wydarzeniem: Basia i nowy braciszek. Kilka razy oglądaliśmy razem z nią „Było sobie życie” o ciąży. Bardzo podobał jej się ten odcinek.

Najważniejszą częścią przygotowań do przyjęcia nowego członka rodziny są rozmowy z dzieckiem. Od zawsze uważamy, że nie należy dziecka okłamywać. Byłam na tyle szczera, że mówiłam córce jak naprawdę będzie. Kiedy pytała, czy będzie mogła się  z nim bawić (a w jej głowie wyglądało to tak, że siedzą razem na dywanie i się bawią klockami) odpowiadałam, że nie, nie będą się razem bawić.

Jeżeli odpowiedziałabym: „Tak kochanie, oczywiście” Ona by tego oczekiwała już po powrocie ze szpitala.

Byłaby rozczarowana, że nie może pobawić się z własnym bratem. Tłumaczyłam, że  brat musi najpierw urosnąć, a to zajmie trochę czasu. Wg niej zabawa to nie jest machanie grzechotką przed oczami, więc wolałam być szczera.

Pytała też, czy będzie mogła go nosić. Oczywiście, że nie. Kilka razy jak już się urodził poprosiła mnie czy może go potrzymać, więc posadziłam ją na łóżku i pokazałam jak ma trzymać główkę (trwało to może 6 sekund, ale była bardzo zadowolona).

Od początku mówiłam, że brat będzie: płakał, jadł, troszkę otwierał oczy, robił  w pieluchy. Cała prawda o noworodku. Mówiłam też, że będzie dużo płakał. Pytała, dlaczego, bo jej płacz kojarzy się ze smutkiem i bólem. Powiedziałam całą prawdę, że  małe dzieci nie potrafią mówić, a ich płacz to próba komunikacji z nami. Jest to trudne, bo my nie wiemy co dany płacz oznacza. Chciałam ją uspokoić, że płacz brata wcale nie będzie oznaczał krzywdy, bólu czy smutku.

Wiem, że z drugiej strony może to wyglądać drastycznie. Ale tak naprawdę było. Myślę, że dzięki temu, że tak ją przygotowałam teraz jest ok i jestem dumna z mojej córki, że tak przyjęła swojego brata.

Wielkie zmiany

Przyjście na świat nowego członka rodziny to wielkie wydarzenie dla wszystkich. Zależało nam żeby w okresie kwiecień-maj-czerwiec w jej życiu było jak najmniej zmian. Co prawda, prawie wszystkie kroki milowe już za nami, ale wciąż pilnowaliśmy tego żeby te 3 miesiące były bardzo spokojne. Bez żadnych wywrotowych wydarzeń: takich jak np. zmiana przedszkola, odstawianie od różnych rzeczy, przeprowadzki. Narodzeniu brata miał towarzyszyć spokój.

Samodzielność

Bardzo pomagało nam to, że wcześniej pracowaliśmy nad jej samodzielnością. Ta praca się opłaciła, bo naprawdę dało nam to poczucie, że nie jesteśmy jej już tak bardzo do wszystkiego potrzebni.

Osłabianie więzi?

Podobno w jakiś czytadłach dla matek  w artykułach „Jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?” piszą takie bzdury, że trzeba przez okres ciąży osłabiać więź ze starszym dzieckiem żeby nie doznało szoku po porodzie. Uważam, że to jest totalna bzdura. Traktowałam Lilkę tak samo jak przed ciążą, poświęcając jej tyle czasu ile tylko dałam radę.

Co z przedszkolem?

To był temat, który najbardziej mnie nurtował. Najpierw miałam pomysł żeby Lilkę zabrać po porodzie. Jednak uznaliśmy, że to będzie dla niej wielka zmiana, bo do tej pory chodziła do przedszkola. Obecnie bardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, więc siedzenie ze mną w domu nie byłoby dla  niej korzystne. A przyznam szczerze, że było to dla mnie spore ułatwienie.

Prezent od młodszego dla starszaka

Jedną z najczęściej powielanych rad jest kupienie prezentu od młodszego dziecka dla starszego. Sporo osób robi to bez żadnego zastanowienia. Jak to ja, zaczęłam nad tym dumać i uznałam, że ten pomysł jest totalnie bez sensu.

Tak jakbyśmy, my rodzicie chcieli dziecku wynagrodzić jakąś krzywdę. A tak naprawdę rodzeństwo to coś najlepszego co możemy jedynakowi podarować i wcale nie musimy się czuć winni z tego powodu. Taki prezent wg mnie jest jak łapówka, którą dajemy z nadzieją, że może dziecko lepiej przeżyje ten szok. My podeszliśmy do tego zdrowrozsądkowo i jak zwykle nie okłamywaliśmy dziecka (no bo jak młodszy mógłby kupić prezent starszemu?).

Mało tego, nic nawet nie wspominaliśmy na temat żadnych prezentów Lilce.  Ona sama po rozmowie z tatą, który powiedział jej, że jak brat się urodzi to będą jego zerowe urodziny, stwierdziła, że chciałaby jemu wybrać jakiś prezent i czy możemy pojechać w tym celu do sklepu.

Uznałam, że jest to świetny pomysł, bo wyszedł od niej samej. Zupełnie nie ingerowałam co to ma być. Wybrała maskotkę z bajki Zwierzogród, do pary jaką już sama miała. Rozczuliłam się totalnie jak szła z tą wielką torbą do brata jak wróciliśmy ze szpitala.

Moje obawy

Jak zwykle – najwięcej dzieje się w głowie matki. Do tego dochodzą ciążowe hormony. Wiele razy siedziałam i się zastanawiałam jak to będzie po porodzie. Układałam w głowie scenariusze, że nie będę jej uciszać, mówić: „ostrożnie”, „leciutko”. Jest oczywiście inaczej i z tym nie walczę. Czasami delikatnie upominam.

Widzę, że to dla niej bardzo ważne, bo sama się całą trzęsie kiedy go dotyka. Obiecałam sobie, że dam z siebie wszystko (przynajmniej na początku) żeby być dla niej. Żeby nie miała szoku. A później stopniowo poddawać się wydarzeniom dnia codziennego. Często wychodzę z nią sama. Nie chciałam żeby tylko tata był od fajnego czasu, a ja od obowiązków. Czasem czytam jej jak karmię młodszego.

Czuję się spełniona. Nie myślę o wyrzutach sumienia kiedy włączam jej bajkę. Przewartościowałam swoje życie. Nie mam za bardzo czasu dla siebie, w domu też nie jest zbyt czysto, ale mam cudowną rodzinę. W sprzątaniu pomaga mi Pani, a obiady często kupuję w barze mlecznym. Dzięki temu mam czas na bycie  z dziećmi i pracę, czyli mój blog.

Myślę, że nie ma złotej rady jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa. Każdy powinien postępować tak jak uważa za słuszne.

Nowy członek rodziny jest już z nami prawie trzy miesiące. Co prawda po wielkiej atencji nad moją ciążą oraz całym procesem przygotowania myślałam, że będzie bardziej zainteresowana bratem. Jednak nie ma ani scen zazdrości, ani trudnych sytuacji, więc jest ok. Z dnia na dzień coraz bardziej widzę, jak buduje się ich relacja. Przychodzi, głaszcze, całuje. Staram się bardzo żeby to odbywało się na jej prawach, a nie moich. Nie oczekuję pomocy i zabawy z młodszym. Jeżeli tylko sama tego będzie chciała to da mi znać.  A jak będzie dalej to zobaczymy…

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Lato w mieście

Za chwilę połowa lipca, a my spędzamy lato w mieście. Odwiedzamy wszystkie pobliskie place zabaw. Nie chodzimy do żadnych muzeów, galerii, teatrów- te są zarezerwowane na jesień i zimę. Korzystamy z mniej lub bardziej sprzyjającej pogody.

Często jeździmy do Bajki i bawimy się tam do późnego popołudnia.

Chciałabym Wam pokazać dziś dwa miejsca, które wg mnie są dość kontrastowe, a mimo to bardzo je polubiliśmy.

Niedaleko nas w weekendy na starym dworcu na peronach otwiera się Nocny market. Miejsce bardzo klimatyczne i ciekawe.

Od razu zaznaczę, że nie jest to typowe miejsce dla dzieci, bo dla nich są tam tylko małe kolorowe stoliki. Wkoło jest głośno, gra muzyka, a w powietrzu unoszą się zapachy różnych potraw. Dlaczego lubimy tam chodzić? Bo jest to dość niespotykane aby w jednym miejscu spotkać tyle kuchni na raz.

Możemy spróbować sushi, tajskiego żarcia, specjałów gruzińskich lub zjeść najpyszniejszego hot doga. Przychodzimy tam najczęściej ze znajomymi zjeść coś dobrego. Około 19 zawijamy się do domu, bo na Markecie robi się głośno przez DJ-a. Zawsze coś chwycimy na wynos np. ostatnio popcorn ze słonym karmelem.

20160708-DSC_8873
20160708-DSC_8811
20160708-DSC_8834
20160708-DSC_8829
20160708-DSC_8819
20160708-DSC_8839
20160708-DSC_8844
20160708-DSC_8847
20160708-DSC_8850

Drugie miejsce to Kura domowa

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nasza, nebulowa ekipa tam nie była. Zachęceni brakiem ruchu na warszawskich ulicach wybraliśmy się na warszawski Wawer. Wbrew pozorom to nie jest tak daleko- 14 km z centrum.

Kiedy tylko przekroczyliśmy próg Kury wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu:) Absolutnie wszystko jest dostosowane do potrzeb najmłodszych. W sali oddzielony jest przeszklony pokój zabaw, tak żebyśmy mogli mieć dziecko na oku. Zajęliśmy stolik na zewnątrz, bo Lilka wolała jednak plac zabaw.

Jedzenie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj w tego typu knajpach smaki są poprawne. A tutaj moje podniebienie długo się rozkoszowało kaszą jaglaną, za którą niezbyt przepadam. Tatar ze śledzia- miodzio!

Znów potrzebujemy przewijaka, więc i na to zwróciłam uwagę. W toalecie są nawet dostępne kremy lub chusteczki dla najmłodszych.

Śmiało napiszę, że Kura jest totalnie dostosowana do potrzeb najmłodszych i jeżeli będę chciała się spotkać ze znajomymi, którzy mają dzieci na pewno wybiorę się właśnie tam!

20160709-DSC_8881
20160709-DSC_8884
20160709-DSC_8904
20160709-DSC_8911
20160709-DSC_8915
20160709-DSC_8917
20160709-DSC_8919
20160709-DSC_8923
20160709-DSC_8926
20160709-DSC_8930
20160709-DSC_8928
20160709-DSC_8936
20160709-DSC_8937

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Zbuduj dziecku odporność

Odporność dzieci to zawsze temat na czasie. Za nami pierwszy rok przedszkola. Nie ukrywam, że początek był dla nas bardzo ciężki. Praktycznie co 2 tygodnie przyplątywała się infekcja. Na szczęście były to tylko choroby spowodowane przez wirusy i żadna z nich nie nadkaziła się bakteryjnie. W akcie desperacji kupiłam nawet syrop na odporność z wyciągiem z boczniaka. Niewiele jednak nam pomógł. Dopiero w kwietniu wszystkie choroby nas opuściły. Niedługo znów wrzesień, a my mamy niemowlaka w domu i jak każda mama się martwię.

Dziś rozmawiam z Joanną, prowadzącą bloga www.dietaeliminacyjna.pl, który współtworzy z Instytutem Mikroekologii w Poznaniu na temat alergii i odporności.

Ania: Rodzi nam się dziecko, jest malutkie, bezbronne i wydaje nam się, że nie ma żadnej odporności? Jak to jest?

Natura zadbała o to żeby dziecko nie przyszło na świat zupełnie bezbronne. Mama, będąc w ciąży przekazuje dziecku przez łożysko zestaw startowy: przeciwciała IgG, które mają chronić je w pierwszym okresie, zanim nie nabierze własnej odporności. Warto wspomnieć, że badania wskazują, że pełną dojrzałość system immunologiczny osiąga dopiero w 12 roku życia. Oczywiście dziecko zaczyna wykształcać swój własny system odpornościowy dużo wcześniej, ale w pierwszych latach życia jest on jeszcze bardzo niedojrzały.

Od narodzin, z biegiem miesięcy dziecko ma coraz więcej własnych przeciwciał, a coraz mniej matczynych. Co nie zmienia faktu, że własne nie tworzą się tak szybko jak ubywa tych od mamy, nawet jeśli karmi piersią. Mówimy wówczas o tzw. okienku immunologicznym.

Ania: Właśnie to jest mój największy powód do zmartwień. Czy młodszy nie zarazi się czymś od córki, która chodzi do przedszkola?

Bardzo trudno uniknąć infekcji. Niektórzy twierdzą, że to mit, ale prawdą jest, że dziecko aby nabyć odporności musi mieć kontakt z patogenami. Nasz układ immunologiczny działa na zasadzie uczenia się. To właśnie kontakt z patogenami: bakteriami, wirusami stymuluje jego rozwój. Oczywiście choroba niemowlaka to nic miłego i na pewno warto stymulować układ w sposób mniej drastyczny niż narażanie dziecka na infekcje.

Ania: Co możemy zrobić żeby budować odporność u niemowlaka?

Po pierwsze można zadbać o to już wtedy, kiedy dziecko jest w łonie matki, a potem wybierając (jeśli to możliwe) poród naturalny i starając się karmić piersią. Są badania, które pokazują, że jeśli matka przyjmowała probiotyki w 3 trymestrze ciąży to dziecko miało mniejszą szansę na alergię w wieku 5 lat! Mówimy o dzieciach z obciążonym wywiadem alergicznym. Dlaczego mówię o probiotykach?

Ponieważ dochodzimy do tematu mikroflory jelit. Mało kto wie, że jedną z jej głównych funkcji jest właśnie kształtowanie układu immunologicznego człowieka. Rodzaj porodu ma ogromne znaczenie, ponieważ przechodząc przez kanał rodny układ pokarmowy dziecka jest kształtowany bakteriami probiotycznymi co wpływa na prawidłowy jego rozwój.

Ostatnie badania pokazują nawet obecność bakterii probiotycznych w pokarmie matki! To wydaje się niesamowite, ale tak jest. Dlatego pierwsze, co może zrobić mama to zadbać o swoją mikroflorę, a potem postarać się przekazać ją swojemu dziecku.

Jak przekazać taką mikroflorę? Więcej info tutaj

Ania: Co może osłabić odporność u niemowlaka? Czego absolutnie nie robić?

Obecnie przyjmuje się, że jednym z głównych problemów, które mogą powodować problemy z odpornością, a co za tym idzie rozwój alergii, chorób autoimmunologicznych i nawracających infekcji jest nadmierna higienizacja. Wyparzanie, sterylizowanie wszystkiego powoduje, że układ immunologiczny po pierwsze nie ma jak trenować, a po drugie nie ma z kim walczyć.

W efekcie zaczyna atakować albo komórki własnego organizmu (choroby autoimmunologiczne), albo zupełnie niegroźne cząsteczki np. pokarmowe (alergie). Duże spustoszenie sieje też wczesna atybiotykoterapia. Wiadomo, że czasami jest ona niezbędna, ale wtedy szczególnie mocno powinniśmy zadbać o mikroflorę dziecka podając probiotyki. I to nie przez miesiąc, ale dłużej i różne szczepy. W badaniach widać, że mikroflora potrzebuje ponad roku, żeby dojść do równowagi po jednym cyklu antybiotyków!

Tutaj dwa artykuły, które rozszerzają temat:

Brudne dziecko to zdrowe dziecko
Budowanie odporności u dziecka

odporność


Ania: Pamiętam, kiedy mieliśmy tylko jedno dziecko było o wiele łatwiej trzymać porządek. Nie było sterylnie czysto, ale jednak. Jak myślisz czy takie środowisko sprzyja budowaniu odporności?

Tak jak wspomniałam powyżej – lepiej żeby nie było zbyt czysto! Badania pokazały, że znacznie lepszą odporność mają dzieci, które: posiadają rodzeństwo, wychowują się ze zwierzętami i mieszkają na wsi.

odporność

Ania: A co ze stosowaniem przez dorosłych i dzieci mydeł i żeli antybakteryjnych? Słyszałam, że nie jest to dobra praktyka, bo zabijamy też te dobre bakterie?

Ja tego nie zalecam i nie praktykuję. Oczywiście, czasami trudno mi się było powstrzymać, żeby po jeździe tramwajem nie wyczyścić dziecku rąk płynem antybakteryjnym, ale powstrzymywałam się jak mogłam☺ Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy w domu ktoś jest chory.

Wtedy bezwzględnie należy myć ręce jak najczęściej, starać się, żeby dziecko nie miało kontaktu np. ze szklanką z której piła osoba chora. Wtedy też dobrze jest zwiększyć częstotliwość mycia rąk☺

Ania: Czy wyparzać i sterylizować smoczki, butelki? Czy jeżeli smoczek upadnie na ziemię to możemy go najzwyczajniej na świecie włożyć go sobie do buzi i podać dziecku?

Pewnie robi tak większość mam;) A przynajmniej przy drugim dziecku, co pokrywałoby się z teorią, że drugie dzieci mają lepszą odporność. Oczywiście, że w pierwszych miesiącach należy dbać o higienę, zwłaszcza aby nie dopuścić do rozwoju chorób ze strony układu pokarmowego.

Ważne, żeby zachować rozsądek. Kiedyś wyczytałam w internecie, że należy co tydzień sterylizować zabawki, albo, że rodzice kupują specjalne lampy odkażające, takie jak są w przychodniach. To zupełnie zbędne i zdecydowanie nie sprzyja kształtowaniu odporności.

Ania: Czy dieta ma wpływ na budowanie odporności? Jakie produkty podawać dzieciom?

Oczywiście, że tak! Dlaczego? Ponieważ odporność płynie z jelit i ze zdrowej mikroflory. W przypadku niemowląt najlepsze jest mleko mamy. Oczywiście nie oznacza to, że dzieci „butelkowe” są źle odżywiane. Jednak nadal nie ma mieszanki, która idealnie „podrobiłaby” kobiecy pokarm.

Dlatego warto w takim przypadku zadbać o rozwój mikroflory dziecka np. podając odpowiednie probiotyki. Nie trzeba chyba wspominać, że w przypadku starszych dzieci dieta ma ogromne znaczenie, a wysokoprzetworzona żywność to nie jest czynnik sprzyjający zdrowym jelitom.

Są badania, które porównują obecność dobrych bakterii jelitowych dzieci z krajów wysoko rozwiniętych i dzieci z krajów uboższych (przepraszam za uogólnienie). Wykazały, że dzieci z krajów biedniejszych mają dużo lepszą mikroflorę ponieważ w ich diecie nie brakuje błonnika, który stanowi główne pożywienie dla bakterii.

odporność

Ania: W okresie zachorowań można stosować jakieś suplementy diety żeby wspomóc trochę odporność naszych dzieci?

Ja w okresie wzmożonych zachorowań stosuję probiotyki. I to nie tylko z popularnymi szczepami Lactobacillus i Bifidobacterium (chociaż są one bardzo ważne), ale także ze szczepami które działają immunostymulująco. Są to na przykład niepatogenne szczepy Escherichia coli. Za wspomaganie układu odpornościowego warto zabrać się wcześniej, żeby sezon przeziębień nas nie zaskoczył.

Tutaj o tym jak wybrać probiotyk, bo to wcale nie takie łatwe☺ Co to są probiotyki i jak je stosować?

Dziękuję za rozmowę

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)

Arbuzy kupione przy drodze do węgierskiego Egeru, świeża grecka feta z oliwkami prosto od rolnika i turecka baklava – to są smaki i zapachy naszych podróży z Lilką. Kojarzą mi się z umorusaną w tych specjałach buzią i plamą na białej bluzce. 

Nie pamiętam aż tak dokładnie naszych podróży kiedy nie było z nami dziecka. Czy to zapachu kubańskich cygar czy też chłodu jaki nas zastał w Estonii. Wtedy liczyły się zupełnie inne rzeczy i inne rozrywki. Spanie do południa, imprezowanie do białego rana czy też zwyczajne nic nie robienie.

Egészségedre

Jesteśmy z mężem powsinogami. Ja mieszkałam kiedyś w Londynie i Nowym Jorku, on w Estonii i na Węgrzech. Mamy znajomych na całym świecie. Lubimy poczuć klimat danego kraju: zjeść miejscowe specjały, nauczyć się kilku słów w lokalnym języku, posłuchać ludzi, którzy tam mieszkają. Nawet nie zastanawialiśmy się jak zmieni się nasze życie  kiedy będziemy mieli dzieci. Przyjęliśmy to z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Dziecko – koniec wolności?

Kiedy rodzi się dziecko już nic nigdy nie będzie takie same. Nawet podróżowanie nabierze zupełnie innego wymiaru. Nie należy z tym walczyć tylko poddać się zupełnie. Trzeba przestawić sobie w głowie pewne rzeczy i nie nastawiać się na podobne doznania. Dzieci pomogą nam zobaczyć rzeczy, których bez nich nigdy byśmy nie zauważyli i na zawsze zostaną w naszej głowie.

I jak tu nie podróżować (z dzieckiem) Beaty Sadowskiej i Pawła Kunachowicza to książka po którą musiałam sięgnąć.

flatlay Ania

Autorzy już od pierwszych stron przekonują, że ich  życie pełne adrenaliny, sportów ekstremalnych i wyjazdów nabrało jeszcze większego sensu po urodzeniu dziecka. Nie zmienili swoich dotychczasowych pasji, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej je rozwinęli. Chciałoby się rzecz: „Da się?” No pewnie, że się da – jeżeli tylko się chce!

Niektórym rodzicom wydaje się, że samo wyjechanie z dzieckiem, zbieranie patyków na plaży i podróże po lokalnych miejscowościach to już duże wyzwanie. A co dopiero gdy ciągnie się dziecko w małej przyczepce w -15 stopni nad Morskie Oko albo czeka  nas 26 – godzinny lot do Brazylii? Można? Można! Ograniczenia są tylko w naszych dorosłych głowach, a dzieci przeżyją przygodę.

Autorzy opisując swoje wyprawy z synkiem Tysiem obalają po kolei wszystkie stereotypy dotyczące podróży z dziećmi. „Liczy się przygoda!”- to ich dewiza. Zawsze jednak stawiają na zdrowy rozsądek z małą nutką szaleństwa. Książka to nie tylko pamiętnik z podróży, ale również zbiór  porad ekspertów, którzy w bardzo przekonujący sposób  rozwiewają wiele wątpliwości wystraszonych rodziców.

Pediatra doradza co jeść z dzieckiem na wakacjach lub gdzie szukać pomocy w razie choroby. Psycholog zachęca do pokazaniu dziecku świata w dobie elektroniki: „Jeżeli chcemy dbać o prawidłowy rozwój naszego dziecka, laptop, telewizor i inne „cuda techniki” muszą mieć konkurencję.”

Wbrew pozorom my też wiele się uczymy od dzieci podczas wspólnych podróży:

IMG_5307

 „I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)”

przede wszystkim pozwala oswoić swoje lęki, które my – jako troskliwi (czasami aż za bardzo) rodzice mamy w głowach. To jest najważniejszy przekaz tej książki.

20160620-DSC_8198
20160620-DSC_8197

Chciałabym, ale się boję

Czytając ją zastanawiałam się cały czas co nas tak naprawdę hamuje przed tym  żeby spakować walizy, wziąć dzieci i pojechać tu albo tam. Wtedy pojawia się milion pytań: „A jak dziecko zniesie podróż?”, „Co będzie tam jadło?”, „Czy odnajdzie się w innych realiach?” „A co będzie jak zachoruje?”. To są właśnie moje obawy, które dość skutecznie stopują moje zapędy globtroterskie. Ostatni rozdział „Strachy na Lachy” powinnam sobie zeskanować i wydrukować. Paweł Kunachowicz rozprawia się z lękami z mojej głowy: „Nie wiem kiedy dobrze jest pobudzać wyobraźnię, a kiedy nadmiar ogranicza doświadczenia i przeżycia. Gdyby moi rodzice nie pozwalali mi uczestniczyć w różnych przygodach, nie byłbym tym, kim jestem”.

Liczy się przygoda

Tak więc podróżowanie z dzieckiem jest cudowną przygodą, a to od Was zależy jak ją razem przeżyjecie. Nie ma co rozważać co takie podróże z naszymi pociechami im dają – widzę same plusy.

Nie jestem tylko rodzicem

Ta książka jest nie tylko o podróżach. Jest również o wspaniałej relacji miedzy rodzicami, pełnej szacunku do drugiego człowieka, jego pasji oraz jego wyborów. Ogromnie podziwiam takie pary, które potrafią zostawić margines bycia nie tylko rodzicem, ale również człowiekiem ukierunkowanym na realizację swoich planów.

Tak jak niedawno pisałam, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska – w tej książce możemy poznać ją dokładnie. W tej wspólnocie jest nie tylko rodzina, ale również przyjaciele, zwierzęta oraz  ludzie spotkani podczas podróży (szczerze rozczulił mnie Szwajcar napotkany przypadkiem podczas bardzo długiego lotu do Brazylii, który pomagał Pawłowi opiekować się Tyśkiem).

Rodzicielstwo oparte na szacunku i wolności

Niesamowite jest to, że mamy bardzo podobne poglądy na temat rodzicielstwa, które w książce jest przedstawione jako szczęśliwe, pełne zrozumienia, szacunku i wolności w stosunku do dziecka. I chociaż rozdziały pisane przez Pawła i Beatę nie mają wydźwięku edukacyjnego czy moralizatorskiego to z ich opowieści można wiele się nauczyć jak budować zdrową więź z dzieckiem.

Uwaga! Po przeczytaniu „I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)” istnieje pewne zagrożenie. Miałam ochotę odwołać „bezpieczne” wakacje z dziećmi w hotelu nad Bałtykiem na rzecz Szwecji lub Włoch (samochodem).

Ale za rok już nic nas nie powstrzyma! A już na pewno nie moje obawy.

20160620-DSC_8203

Książka dostępna TUTAJ

Bo dzieci nie zapamiętają na zawsze swojego najlepszego dnia przed telewizorem:

Kreta, Lilka 8 miesięcy
Kreta, Lilka 8 miesięcy
Węgry, Lilka 10 miesięcy
Węgry, Lilka 10 miesięcy
Mielno, Lilka niecałe 2 lata
Mielno, Lilka niecałe 2 lata
Karnawał w Holandii, Lilka 2,5 roku
Karnawał w Holandii, Lilka 2,5 roku
Sztorm w Turcji, Lilka 2,8 roku
Sztorm w Turcji, Lilka 2,8 roku

Gdybym tylko mogła podróżowałabym z dziećmi o wiele częściej i dalej, bo chociaż wracam zmęczona jak nigdy –  to za to bardzo szczęśliwa.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Ćwiczenia logopedyczne dla dzieci w różnym wieku

Widzę po wynikach wyszukiwania oraz Waszych wiadomościach, że interesują Was ćwiczenia logopedyczne dla dzieci.

Poprzedni wpis pod tytułem – logopedia w domu – cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Tak jak obiecałam – dziś post na temat ćwiczeń aparatu artykulacyjnego dla dzieci w różnym wieku.

Przygotowałam dla Was zbiór gotowych ćwiczeń w zależności od wieku dziecka.

Pamiętajcie! Te ćwiczenia nie zastąpią terapii logopedycznej i każde dziecko z wadą wymowy powinno mieć dopasowane konkretne ćwiczenia  w gabinecie u logopedy oraz powinno dostać wskazówki do pracy w domu. 

Ćwiczenia logopedyczne –  2

Każde ćwiczenie artykulacyjne najlepiej wykonywać przed lustrem. To, że dziecko widzi swoją buzię pomaga mu poczuć ułożenie narządów aparatu artykulacyjnego.

Podczas pracy nad usprawnianiem narządów mowy wykorzystujemy umiejętności nabyte podczas ćwiczeń oddechowych, fonacyjnych i słuchowych (z poprzedniego posta). Dlatego warto w czasie jednej sesji ćwiczeń mieszać aktywności.

Głównym celem ćwiczeń aparatu artykulacyjnego jest uzyskanie takiej sprawności całego narządu mownego, aby bez problemu poradził sobie z głoską, którą będziemy mieli zamiar wywoływać. Dlatego pracę nad każdą głoską rozpoczyna się od odpowiedniych ćwiczeń układu artykulacyjnego. Dzieci, które uczęszczają na terapię logopedyczną mają takie ćwiczenia zadane do domu.

Pod poprzednim logopedycznym wpisem pojawiły się komentarze z zapytaniem: „Ile czasu na to poświęcić, bo dziecko nie za bardzo to lubi?”

Mam dla Was wskazówki ile mogą trwać ćwiczenia logopedyczna:

– dzieci od 1 do 3 lat – 1 do 3 minut, można dłużej jeżeli zmienimy pozycję ciała np. wstaniemy
– 4-latki – od 3 do 5 minut lub dłużej
– 5-latki- od 5 do 10 minut lub dłużej

Zabawy i ćwiczenia logopedyczne dla najmłodszych (0-2 lata)

Od małego poprzez odpowiednią pielęgnację oraz zapewnienie bodźców do rozwoju wspomagamy nasze dzieci. Pisałam na ten temat tutaj – Jak wspomagać rozwój mowy?

Co możemy jeszcze robić?

– wprowadzać różnorodne pokarmy- podczas jedzenia twardych rzeczy mięśnie aparatu artykulacyjnego wykonują ciężką pracę i dzięki temu sprawniej będą później działać
– pić w domu z kubka, a na podwórku z bidonu z cienką rurką
– wykonywać proste ćwiczenia
Dzieci w wieku 0-12 miesięcy cały czas nas obserwują i w taki sposób się uczą. Niektórym może się wydawać, że małe dzieci nie za wiele rozumieją. Ciągłe rozmowy, śpiewanie i stymulowanie w końcu nie pozostanie bez odpowiedzi. Nasze dziecko najpierw musi przyswoić słownik bierny (czyli usłyszeć od nas słowo) aby móc to później wypowiedzieć (słownik czynny).

Od około 6 miesiąca dzieci zaczynają tworzyć swoje komunikaty, które z czasem nabierają na znaczeniu. Hau, miau, papa, mama, baba to najczęściej pojawiające się wyrazy. Często dzieci podpierają słowo gestem – czyli robiąc „papa” machają rączką na do widzenia. Samo wymawianie sylab jest ćwiczeniem aparatu artykulacyjnego, dlatego warto przeglądać razem książeczki i naśladować zwierzęta, pojazdy i inne wyrażenia dźwiękonaśladowcze.

Ćwiczenia logopedyczne dla dzieci w wieku 1-2 lata

Warto podeprzeć polecenie obrazkiem lub zabawką w kształcie zwierzątka:

– Jak kotek pije mleko? Z rąk układamy miseczkę i pokazujemy w jaki sposób kot językiem pije mleko.
– Mlaskanie językiem. Przyklejamy język do podniebienia i głośno odklejamy
– Jak parska koń? Luźne wargi wprawiamy w drgania
– Jaki ryjek ma świnia? Wysuwamy rozchylone wargi do przodu
– Jak ziewa hipopotam? Otwieramy buzię i ziewamy
– Jak dźwięk wydaje sowa? Zaokrąglamy wargi i mówimy: Hu hu hu

Jak narzędzia – tu znajdziecie – książki dla najmłodszych dzieci wspierające rozwój mowy:

Ćwiczenia logopedyczne dla dzieci w wieku 3-4 lata

Ćwiczenia żuchwy

Należą do najłatwiejszych, ponieważ wynikają z elementarnych umiejętności dziecka związanych np. z jedzeniem, ziewaniem czy nawet głośnym płaczem

Przykłady:

– Jest noc. Powoli układamy się do snu. Bardzo chce nam się spać. Ziewamy z otwartą buzią
– Udajemy rekiny. Szeroko otwieramy buzię i szybko zamykamy
– Zagrabiamy trawnik i wyobrażamy sobie, że zęby to grabie. Wysuwamy żuchwę i przesuwamy nimi po górnej wardze.
– Żujemy trawę jak kozy. Naśladujemy żucie.
– Ćwiczenia warg (mięsień okrężny warg)

Wargi biorą aktywny udział przy wymowie wielu głosek dlatego tak ważna jest ich sprawność. Przy wymowie szeregu syczącego („s”, „z”, „c” „dz), który powinien w wieku 4 lat być artykułowany poprawnie, wargi są szeroko rozciągnięte w uśmiechu. Jednocześnie ćwiczymy również zaokrąglenie warg, które jest niezbędne przy wymowie głosek szeregu szumiącego („sz”, „rz”, „cz”, „dż”). Ten szereg pojawia się najcześciej w wieku 5 lat.

Tak jak powyżej – najlepiej jest przygotować rysunki lub figurki zwierząt lub przedmiotów, które będziemy naśladować.

Przykłady:

– Wysyłamy buziaczki do mamy. Ściągamy wargi w dzióbek (ważne żeby był symetryczny) i cmokamy
– Uśmiechamy się przy mocno zaciśniętych wargach
– Uśmiechamy się tak, żeby było widać zęby
– Rybka. Wargi ściągamy w dzióbek i rozchylamy leciutko pyszczek
– Na płaski talerzyk wysypujemy ryż preparowany i prosimy dziecko żeby za pomocą samych warg próbowało jeść
– Osiołek, który robi i-o-i-o
– Karetka, która jedzie na sygnale e-o-e-o
– Policja, która jedzie na sygnale i-u-i-u
– Wąsy. Między wargami i nosem układamy słomkę do picia tak żeby dziecko ją utrzymało.

Ćwiczenia języka:

– język chowamy do buzi i myjemy wewnętrzną powierzchnię zębów
– liczymy językiem zęby na dole
– czubkiem języka dotykamy kącików warg
– z języka robimy koci grzbiet – zaczepiamy język za dolne zęby i wypychamy
– na końcu nici dentystycznej związujemy mały supełek i zaczepiamy go od wewnętrznej strony zębów. Dziecko ma wypchnąć nitkę do góry samym językiem

 Ćwiczenia pionizacji języka (niezbędne do wymowy głoski „l” i później „sz”, „rz” „cz”, „dż” i „r”)

– kląskamy jak koniki przy jednoczesnych ruchach warg (uśmiech- kółko)
– mlaskamy językiem
– oblizujemy wargi (można je posmarować czymś słodkim)
– udajemy, że liżemy lody

Ćwiczenia logopedyczne dla dzieci w wieku 5-6 lat

Są ukierunkowane przede wszystkim na ćwiczenia warg i języka, których aktywny udział jest niezbędny w trakcie artykulacji głosek „sz”, „rz”, „cz”, „dż” i „r”.

Ćwiczenia warg (takie jak dla 3-4 latków) oraz:

– układamy wargi w dzióbek i kręcimy w kółko, na boki, do dołu do góry
– robimy okienko z warg (szeroki dzióbek)
– robimy rybkę z warg, ale z wciągniętymi policzkami
– próbujemy gwizdać
– parskamy mocno wargami

Ćwiczenia języka

Dążymy do pionizacji języka, czyli nawet w trakcie kiedy dziecko milczy- język powinien znajdować się za górnymi zębami na wałku dziąsłowym.

Ćwiczenia logopedyczne:

– przy otwartej buzi liczymy górne zęby językiem (żuchwa nieruchomo)
– udajemy, że język to pędzel, a buzia to mieszkanie do pomalowania. Malujemy najpierw kropeczki na podniebieniu, policzkach, a na koniec musimy wszystko dokładnie zamalować. (żuchwa nieruchomo)
– próbujemy dotknąć językiem do nosa
– do podniebienia twardego możemy przykleić opłatek i poprosić dziecko o oderwanie go samym językiem
– strzelanie z języka: przyklejamy mocno język do podniebienia i mocno odklejamy
– karuzela: przy zamkniętej buzi dziecko wkłada język między wargi, a zęby i kręci w kółko

BARDZO POLECAM WSZYSTKIM KSIĄŻKĘ „CMOKAJ, DMUCHAJ, PARSKAJ, CHUCHAJ„. KOSZTUJE GROSZE, A JEST NAPRAWDĘ ŚWIETNA. (dołączone jest do niej logopedyczne memo oraz gra planszowa, a kosztuje 10 zł)

Jeżeli macie wątpliwości czy udać się do logopedy to przeczytajcie ten wpis: Kiedy do logopedy

ćwiczenia logopedyczne-2

Drewniany zestaw do robienia baniek Kikot

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej