kontakt i współpraca
W tym roku postanowiliśmy spędzić wakacje w Polsce. Z 3- miesięcznym niemowlakiem nie chciałam wybierać się od razu w dalekie podróże. Mój mąż był „lekko” nie pocieszony, bo fanem urlopu w naszej ojczyźnie to on nie jest. Wygrał zdrowy rozsądek i poczucie bezpieczeństwa.
Wiedziałam, że na pewno chcemy pojechać jak najpóźniej, aby nasz niemowlak był już trochę starszy. Nie ukrywam, że nie lubimy tłumów (no bo kto lubi?) i wybraliśmy na termin naszych wakacji koniec sierpnia. W ubiegłym roku byliśmy w tym czasie nad morzem i było cudownie.
Pogoda dopisała, ludzi już nie było i wypoczęliśmy bardzo. Do dyspozycji mieliśmy aż 14 dni, więc mogliśmy wybierać i przebierać w hotelach, pensjonatach i gospodarstwach agroturystycznych. Przejrzałam wzdłuż i wszerz blog Travelicious, ale nie znalazłam prawie żadnych terminów, który nam by pasował w ciekawych miejscach.
A na pierwszy tydzień urlopu znaleźliśmy cudowne miejsce, które dziś chciałabym Wam tu pokazać, bo skradło moje serce i z pewnością tam wrócimy.
Długo szukaliśmy pięknego miejsca nad jeziorem i znaleźliśmy! Kiedy znajomi pytali nas gdzie się wybieramy na urlop, byli lekko zdziwieni, że jedziemy na Kaszuby. Przyznam szczerze, że ja też nie byłam do końca pewna naszego wyboru. Ale jak już przyjechaliśmy na miejsce zakochałam się!
Cały kompleks położony jest w otulinie zieleni. Wysokie i rozłożyste drzewa zrobiły na nas ogromne wrażenie (na Podlasiu takich nie ma). Hotel jest otoczony naturą i na tym najbardziej nam zależało.
Naprawdę żałowałam, że jezioro jest aż tak blisko, bo ścieżka była przeurocza i miałam niedosyt.
Jezioro Szczytno, jest bardzo czyste i chyba nawet ciche (ani razu nie słyszałam motorówki, czy skutera). A już najbardziej upodobałam sobie ławeczki na pomostach. Codziennie rano przyjeżdżałam tam ze śpiącym Julkiem i słuchałam ciszy.
Chyba nigdy jeszcze nie doświadczyłam takiego spokoju ze strony natury. Moje zmysły wypoczęły w bardzo dużym stopniu.
Wiem, że to może zabrzmieć absurdalnie, ale naprawdę odpoczęłam na wakacjach z dziećmi. Nie jeździliśmy nigdzie samochodem, ograniczyliśmy dostęp do Internetu i ilość atrakcji. Wszystko na spokojnie i bez stresu. Nawet jak teraz o tym piszę to znów na mnie spływa ten spokój.
Cały kompleks składa się z 4 małych pensjonatów i hotelu. Nasze wakacje rezerwowaliśmy przez w hotelu. Zrobiliśmy to ze względu na dzieci, których nie musieliśmy nawet specjalnie suszyć po basenie.
W budynku głównym hotelu znajdują się: jadalnia z restauracją, basen z spa, sala zabaw dla dzieci i wszystkie inne atrakcje. Urocze pensjonaty są obok.
Nasz pokój był bardzo przestronny i bez problemu pomieścił naszą czwórkę.
My byliśmy bardzo zadowoleni, bo Lilka zawarła kilka znajomości i właściwie poświęcała dzieciom każdą chwilę. Ze śpiącym obok Julkiem czuliśmy się jak na wakacjach bez dzieci (no prawie;)
Dla dzieci przewidziane jest dziecięce menu i mały stolik do zabawy w jadalni. Obok spa jest też spora sala zabaw, w której w ciągu dnia odbywały się animacje dla dzieci (malowanie twarzy, baloniki skręcane i puszczanie baniek).
Na zewnątrz jest też świetny drewniany plac zabaw ze zjeżdżalniami. Hotel zrobił również dzieciom niespodziankę i w piątek przyjechały Panie animatorki z mocą atrakcji, a w sali zabaw czekały nawet nianie. Jak widzicie hotel jest genialny dla dzieci!
Ogromnym plusem jest jedzenie. Wykupiliśmy opcję z obiadokolacją i codziennie rozkoszowaliśmy się pysznym jedzeniem. Wszystkie potrawy były przepyszne, a ja codziennie jadłam rybkę. Jedzenie jest dokładnie takie jak lubimy: lokalnie, świeżo i bez ulepszaczy smaku.
Hotel Aubrecht ma nawet swoją plantację eko ziemniaków i ziół. No i kawa! Ehhh, pierwszy raz w życiu smakowała mi hotelowa kawa, która była ogólnie dostępna (nie za dodatkową opłatą jak prawie wszędzie).
Cały Hotel Aubrecht jest w takim klimacie jak lubię: niewymuszonym, ale w miarę eleganckim
Spędziliśmy tam cudowny tydzień i z pewnością tam wrócimy, bo sam hotel jak i otoczenie zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jesienią te wszystkie drzewa w feerii kolorów muszą wyglądać wspaniale.
Hotel Aubrecht
p.s. Pozdrawiam dwie moje czytelniczki, które spotkałam w HA:) Było mi bardzo miło!
tu macie inne rekomendacje na Hotele dla rodzin z dziećmi a tu Top 20 Hotel z dziećmi na narty
Długo szukałem tego słowa i będzie kontrowersyjne i nośne – szczepienie! Jest dużo bardziej adekwatne, bo po dogłębnych rozważaniach zdecydowałem że nie chcę mojej córki „uczyć” – chcę jej zaszczepiać lingwistyczną ciekawość. Rzekłbym nawet więcej – dociekliwość. Zgodnie z maksymą – dzieci się najlepiej uczą kiedy nie wiedzą że się uczą☺
Słowo jest wtórne. Jest wytworem człowieka służącym do czegoś opisania, odmalowania, zdefiniowania. Ma konkretne meta granice. Słowo określa coś bardzo dokładnie – od – do. To co się mieści w tych granicach to Pole Semantyczne. Piękne w językach jest to, że Pola Semantyczne w różnych językach mogą być różne.
Weźmy na warsztat słowo „jabłko” – w tym przykładzie – pewnie granice Pola Semantycznego w większości języków są takie same. Ucząc się odpowiednika słowa „jabłko” w polskim, łacińskim czy węgierskim – opanowujemy słówko i tłumaczymy jeden do jednego.
w języku polskim nikt jednego z drugim nie pomyli ani zamiennie nie użyje, a są języki, które tych dwóch barw nie rozróżniają – nasze dwa pola semantyczne to w tamtej rzeczywistości językowej jedno – wyobrażam sobie zbiorczy kolor „morski” w którym zmieścić się może cała paleta barw. „Śnieg” – dla nas jedno szerokie pojęcie, które w codzienności Eskimosów ma odbicie w kilkunastu odmiennych słowach.
Myślałby kto, że się nudzili, leżeli i wymyślali takie fanaberie – nie, dla nich to kwestia życia lub śmierci – czy aby ten śnieg o odrobinę innym odcieniu i strukturze się nagle pod człowiekiem nie załamie i nie pogrzebie go na wieki. Inne realia, które wymuszają na języku stworzenie adekwatnych narzędzi.
Kolejny przykład – słowo „tani” – dla mnie ma ono w większości języków które liznąłem odcień pejoratywny. „Tani” – oznacza oprócz przeciwności „drogiego” jednocześnie coś pośledniejszego. Coś gorszej jakości. Teraz by nie szukać daleko spójrzmy na holenderski odpowiednik – słowo „goedkoop” – jego etymologia to 2 słowa „goed” czyli „dobry” i „koop” od czasownika „kopen” – „kupować”.
W języku holenderskim „tani” to po prostu „dobrze kupiony”. W niderlandzkiej warstwie językowej rzekłbym, że „tani” to wręcz komplement! Nie ośmielam się dochodzić, czy to protestanckie wpływy i pochwała zaradności kształtowały język, czy na odwrót. Celem powyższego wywodu było pokazanie jaki filtr na ludzkie życie nakłada język, którym dany osobnik się w danej chwili posługuje.
Mówiąc jednym językiem nieświadomie skupiasz się na czynności, a innym znowu na celu albo przedmiocie zdania. W jednym języku przechodzisz z wszystkimi na ty – w innym używasz rozbudowanych form grzecznościowych. Reasumując – spotkałem się kiedyś z pięknym cytatem, którego sens był mnie więcej taki
„Ucząc się języka obcego, możesz natknąć się na drzwi, o których nawet byś nie wiedział że istnieją”.
Przyznaję rozważałem – czy mówić do córki od niemowlęcia-pacholęcia po angielsku? Z jednej strony przyznaję kusiło – z drugiej, za wielką ciekawość miałem by być świadkiem jak dziecko przyswaja język. (O czym napisałem zresztą później mój pierwszy w życiu tekst: Na początku było słowo.
Żyła we mnie jakaś atawistyczna obawa że obcym słownictwem naruszę czy zubożę jej rozwój. W głębi ducha wiem że to bzdura, po prostu dzielę się swoimi osobistymi lękami, bo kiedy chodzi o własne potomstwo człowiek nakłada filtr na wszelkie resztki wykształcenia jakie tlą się na dnie umysłu po tych paru eonach od zakończenia obcowania z wyższą, ba nawet filologiczną katedrą.
Utkwiło mi w pamięci jedno przemawiające do wyobraźni badanie – wynikało z niego, że w rodzinach gdzie rodzice mówią do dziecka każde w innym języku – może się zdarzyć iż mały adept życia zgeneralizuje sobie iż wszyscy mężczyźni mówią w języku taty a wszystkie kobiety w języku mamy☺.
Naturalnie to w ramach anegdoty – dzieci rosną w środowiskach które czasem dają możliwość rozwinięcia nawet nie dwóch a jeszcze więcej języków i świetnie sobie dają radę. Choć występują przemieszania słownictwa i przejściowe zastoje – na dłuższą metę takie dziecko tylko zyska.
Nam się teraz wydaje, że jesteśmy do przodu, bo posługujemy się na co dzień angielskim – w poprzednich epokach nie było rzadkim by dzieci miały guwernantki od niemieckiego, rosyjskiego, angielskiego i francuskiego by czytać Goethego, Dostojewskiego i wszelkich innych tuzów literatury w oryginale.
Czas chyba przejść powoli do rzeczy – skoro podjąłem decyzję, iż nie będę aktywnie komunikował się z moją pociechą w języku obcym – tylko po polsku – co w takim razie zrobić by jakoś dzieciaka wyposażyć w zestaw narzędzi, który przyda się jak już nadejdzie czas samej nauki?
Zastanowiłem się – co tak naprawdę nie pozwala nam w dorosłym życiu opanować obcego języka do poziomu w którym byłby on nierozpoznawalny dla native speakera? Słownictwo, gramatyka, struktura języków indoeuropejskich – to wszystko jest stosunkowo łatwe do opanowania – natomiast przynajmniej w moim przypadku:
To są rzeczy, które ucho native speakera identyfikuje momentalnie.
Rzadko kiedy zdarza nam się nie rozpoznać obcokrajowca mówiącego w naszym języku. Choćby nie wiem jak opanował wszelkie aspekty języka – wymowa zdradzi często dokładnie jego pochodzenie. Wspomniałem więc jak tłukli do głowy na uniwersytecie: mały człowiek – przyswajając mowę, interpretując dźwięki – dostraja swój aparat słuchowy do głosek danego języka.
Chodzi o to – że np. w języku polskim – jest istotna różnica pomiędzy głoskami „s”, „ś” i „sz”. Nie pomylimy ich. Dzieje się tak dlatego – że nie możemy ich mylić – nie jest możliwe podmienienie tych głosek, gdyż to zmieniałoby znaczenie wyrazu. „Sok vs. szok” „grubszy vs. grubsi”. W innych językach spokojnie sobie egzystuje jeden dźwięk na pograniczu „ś” i „sz” – bo tam po prostu różnica między nimi jest nieistotna – nie zmienia znaczenia słowa.
U nas akurat te różnice przesądzają o znaczeniu wyrazu. Porządkuje ten system pojęcie Pary Minimalnej – jeśli istnieje dwa wyrazy różniące się tylko jedną głoską i mają one różne znaczenie – mamy do czynienia właśnie z Parą Minimalną.
Cechą która odróżnia głoski może być dźwięczność, miękkość, nosowość, akcent i w innych językach jeszcze dużo innych… Aparat słuchowy adepta mowy budując wyżej wspomnianą Siatkę Fonologiczną – dostraja się.
Mózg ma i bez tego na co dzień dość sporo terabajtów danych do przefiltrowania – chce sobie uprościć życie (jak każdy porządny leń) – zwraca więc tylko uwagę na istotne różnice między głoskami – reszta różnic, które nie zmieniają znaczenia – są pomijalne! Tu dochodzimy do sedna.
Obrazowy przykład jaki do tej pory tkwi mi w głowie – ponoć w języku japońskim nie ma rozróżnienia między głoskami „l” i „r”. Wymawiają coś pośredniego pomiędzy tymi dwoma dźwiękami – w ich siatce fonologicznej sprawdza się perfekcyjnie – natomiast ucząc się np. angielskiego – słuchający ich interlokutor może mieć problem ze zrozumieniem czy usłyszał:
„I eat a lot of rice” czy „I eat a lot of lice”.
Wracając więc do pociechy mojej małoletniej – nie uczę gramatyki, nie wtłaczam czasów zaprzeszłych, nie przepytuję z dopełniacza saksońskiego – próbuję budować bardziej uniwersalną siatkę fonologiczną. Chcę uniknąć tego czym sam jestem okaleczony – ja nabywając kolejne języki – postrzegam niestety ich brzmienie poprzez pryzmat polskich głosek. Całe szczęście, że nasz język ma ich trochę i jakoś idzie od biedy ogarnąć – natomiast dzieciaka od małego szczepię innymi językami – a jak to robię? To może opowiem kolejnym razem.
a tu druga część wpisu Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny
Daniel
Krążą już anegdoty na temat różnic pomiędzy ciążami. Mi najbardziej przypadła do gustu:
Każda ciąża jest inna. Wiadomo – na ten stan wpływa wiele czynników. Obecność dziecka lub dzieci bardzo zmienia ten czas. Zauważyłam sporo różnic, które spisywałam przez cały ten okres z przymrużeniem oka;)
A jak było u Was? Dodam, że widzę bardzo dużo różnic między ciążą z dziewczynką, a ciążą z chłopcem. Ale o tym napiszę innym razem:)
Nieuchronnie zbliżają się długie wieczory w domu z dobrą książką. Mam dla Was sporo bardzo ciekawych nowości dla dzieci w różnym wieku.
Zacznę od najmłodszych
Duża, kartonowa książka obrazkowa dla najmłodszych. Urzekły mnie przede wszystkim ilustracje, które idealnie trafiają w mój gust. Są proste, tak żeby dziecięce oko mogło od razu wiedzieć co przedstawia obrazek, a jednocześnie przedstawiają wszystkie niezbędne szczegóły. Książka idealna do rozwijania słownika najpierw biernego (rozumienie), a później czynnego (mówienie)
Idealna dla dzieci 12 m+
Do kupienia tutaj
Czekałam na tę książkę! Jest dla nas idealna. Lilka uczy się czytać sylabami, więc wszystkie łatwe wyrażenia dźwiękonaśladowcze zawarte w książce są okazją do ćwiczenia. Młodszy z zainteresowaniem słucha, a starsza siostra jest z siebie dumna, że może już czytać bratu.
Książka jest naszpikowana wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi, czyli onomatopejami. To na nich dzieci uczą się mówić. Książkę można czytać na kilka sposobów. Raz same onomatopeje, a innym razem historyjkę. A można również i to i to. Warto mieć w swojej biblioteczce.
Lilka uwielbia tę książkę! Koniecznie zwróćcie uwagę na ilustracje, które powstały z wycinków materiałów. A do tego ciekawy tekst. Myślę, że przypadnie do gustu wielu dzieciom.
Dla dzieci 2+
Chyba nie ma dziecka, którego by nie interesowały zwierzęta. W każdym wierszu przedstawione jest zwierzę z charakterystycznymi dla niego cechami.
Bardzo ciekawy zbiór rymowanych wierszyków dla dzieci. A do tego w książce są przyjemne dla oka ilustracje. Fajny pomysł na spis treści;)
Autor kultowych „Jaśków” dla młodszych dzieci. Świetna kreska i błyskotliwy tekst. Lilka uwielbia, bo Rita jest dość rozbrykana i troszkę odzwierciedla jej charakter.
Dla dzieci 3+
Ciekawa pozycja dla dzieci, które interesują się muzyką. Pięknie wydana książka o perypetiach krowy Zosi, która postanowiła założyć swoją orkiestrę.
Dla dzieci 3 +
Nic na to nie poradzę, że tata zaraził Lilkę miłością do Gwiezdnych wojen. Egmont wydał właśnie wg mnie najprzyjemniejszą ze wszystkich książkę z opowiadaniami. Polecam wszystkim miłośnikom GW, bo to warta uwagi pozycja z naprawdę ładnymi ilustracjami.
Uwielbiam ilustracje tej autorki i śledzę każdą jej nowość wydawniczą. Tym razem również się nie zawiodłam. Świetna, humorystyczna historia o warzywach dla dzieci. Los Burakos, Kala de Fior i Kim Chos Neck zachęcają do przeczytania.
Rozbrykany słownik obrazkowy autorki kultowych już książek „Julek i Julka” tym razem w kolorze. Jeżeli Wasze dzieci lubią książki obrazkowe to z całego serca polecam tę pozycję. Świetna pod każdym względem!
Muszę tylko uprzedzić, bo wiem, że niektórzy nie są zwolennikami cyrku, a on pojawia się na kilku stronach.
Dwa słowa o autorach. Pamiętacie książkę „Miłość”? Jej autorka napisała wcześniej Edzia. A ilustracje stworzył Marc Boutavant autor Mouka, który podbił świat.
„Edzio” to idealna kompozycja tekstu i ilustracji. To książka o nieśmiałości- u nas bardzo na czasie. Wiewiórka „Edzio” boi się swoich sąsiadów i nie potrafi się przełamać, aż któregoś dnia dostaje zaproszenie na urodziny. A co wydarzyło się dalej przeczytacie w książce.
Absolutny hit dla przedszkolaków. Na wielkich, kartonowych stronach przedstawione jest życie przedszkolaków ze względu na pory roku oraz wydarzenia. Na każdej ilustracji bardzo dużo się dzieje i dzieci mogą śledzić losy bohaterów. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to Halloween w przedszkolu.
Dla dzieci 2-3 +
Do kupienia najtaniej tutaj
Rozkładana książka dla starszych dzieci zainteresowanych geografią. W książce znajdziecie zabytki, interesujące historie i ciekawe ilustracje. Dzięki „Podróży dookoła świata” dzieci przyswoją dużo informacji nie wychodząc z domu.
Dla dzieci 6+
Ciekawa kolorowanka dla dziewczynek z zadaniami.
W książce poruszone są tematy niełatwe. Strach, który paraliżuje zarówno dziecko, jak i rodzica. Warto sięgnąć po nią żeby skłonić się do rozmowy na ten temat.
Bohaterem książki jest Bulbes, który czeka na spóźniającą się mamę. Przychodzą mu do głowy same czarne scenariusze.
Genialne ilustracje Oli Woldańskiej-Płucińskiej.
Dla dzieci w wieku 4+
Księga łamigłówek i labiryntów idealna na wyjazdy.
Dla dzieci 4+
Najlepsza książka z zadaniami jaką do tej pory mieliśmy. Mnóstwo naklejek, łamigłówek i zagadek za niewielkie pieniądze.
Widzę, że jest taka sama o Muminkach (kupię jako następną) tutaj
Na koniec nietypowa książka. To przewodnik dla dzieci po województwie śląskim.
To subiektywny przewodnik po województwie śląskim. Polecam wszystkim, którzy mieszkają w tamtych rejonach lub wybierają się na Śląsk. Autorka w bardzo przystępny sposób pokazuje atrakcje godne uwagi. Z pewnością przyda nam się w naszych wojażach po Polsce.
Przewodnik można zamówić tutaj
Kiedy w połowie pierwszej ciąży dowiedziałam się jak jej płci będzie dziecko, od razu rozpoczęłam zakupowe szaleństwo. Kupowałam wszystko, co mi się podobało, zupełnie nie zważając na przydatność czy wygodę. Po urodzeniu dziecka odłożyłam połowę ubrań, bo uznałam, że są zupełnie nieprzydatne, a 10 par bucików dla noworodka (!) wyrzuciłam do kosza.
Tym razem byłam mądrzejsza o doświadczenia z pierwszym dzieckiem i podeszłam do tego tematu bardzo racjonalnie. Od początku wiedziałam co na pewno nie znajdzie się w naszej wyprawce.
W dzisiejszym wpisie podzielę się moimi doświadczeniami w kompletowaniu ubranek dla noworodka.
Na rynku jest teraz mnóstwo firm, które w ofercie mają ubranka dla dzieci. Ktoś kto pierwszy raz będzie miał przyjemność kupowania wyprawki może nawet dostać bólu głowy, bo oferta jest taka szeroka.
Pierwsza kwestia to pora roku. Inne ubrania kupuje się dla dziecka urodzonego w maju, a inne dla dziecka ze stycznia. Jest jednak kilka takich podstawowych części garderoby, które sprawdzą się o każdej porze roku.
Wg mnie ktoś, kto wymyślił body niemowlęce powinien dostać nagrodę. To najlepsze ubranie dla dziecka. Kiedy je podnosimy nic się nie podtacza, nie roluje się pod plecami i dobrze trzyma pieluchę. Body to podstawa każdej wyprawki. Są różne rodzaje, ze względu na wkładanie oraz długość rękawa.
Początkującym rodzicom polecam kupić body kopertowe w najmniejszym rozmiarze. Na początku, kiedy nie potrafimy jeszcze sprawnie i szybko przebierać niemowlaka, takie zapięcie ułatwia założenie. Rozpinamy, rozkładamy na płasko, kładziemy dziecko i zapinamy. Nie trzeba podnosić główki, ani przeciągać przez twarz (dzieci za tym nie przepadają).
Najpiękniejsze wg mnie body kopertowe ma polska marka Coodo
Inny rodzaj to body na zakładki przy szyi. Pomagają one na w miarę sprawne przełożenie przez głowę.
Trzeci rodzaj to guziczki (napy) po jednej stronie (wg mnie dla bardziej zaawansowanych).
Body, body , body. W każdym rozmiarze mam ich po minimum 8 sztuk. Można nosić je samodzielnie lub pod spód – jako bieliznę. Nauczona doświadczeniem kupuję je z dobrej gatunkowo bawełny, bo piorę i prasuję je cały czas.
Pajace, czyli piżamki. Przy Lilce nie byłam tak wyedukowana i w pajacach „chodziła” w ciągu dnia. Ale to tylko dlatego, że pępek odpadł jej bardzo późno i w takim stroju było jej najwygodniej.
Ta część garderoby również jest u nas w ciągłym użyciu i staram się wybierać dobre gatunkowo pajace.
Pajaców na rynku jest mnóstwo i jest w czym wybierać. Ja najbardziej lubię te zapinane z przodu na napy.
Pajace, rampersy, czapka i kocyk z przemiłej organicznej bawełny Leorganic
Przy Julku polubiłam też rampersy, czyli pajace bez stóp. Nosi je nie tylko na noc, ale też w ciągu dnia ze skarpetkami.
A do tego:
Uwierzcie mi, dziecko więcej nie potrzebuje.
Otulacz bambusowy, rampers i body Coodo
Ten wpis jest i o mnie i o Tobie. Czytasz artykuły o tym jak to tablet i telewizja szkodzi dzieciom. Kiwasz głową i przyznajesz rację, że dwulatek z tabletem w ręku to patologia. Zabawy manualne, rozwój ruchowy i edukacja językowa są dla Ciebie ważne. Dbasz o wszechstronny rozwój swojego dziecka. A nie możesz rozstać się ze swoim telefonem.
Sama zapisujesz wszystkie możliwe inspiracje w apce na Pinterest lub robisz print screeny /na później/. Pokazujesz je koleżankom w grupie na Facebooku lub wysyłasz bezpośrednio przez Whatsapp lub Massanger. Dziennie robisz 50 zdjęć swojemu dziecku i oglądasz je, jak tylko zaśnie.
Jeżeli Twój telefon gości w Twojej ręce, częściej niż dłoń Twojego dziecka – ten wpis jest dla Ciebie
Tak wiele mówi się o tabletowych dzieciach, a tak niewiele o rodzicach wlepionych w smartfony. Nie zbadano jeszcze jakie to ma skutki na dzieci. Telewizja istnieje od kilkudziesięciu lat i dopiero teraz ludzie widzą jej wpływ na siebie.
Są badania na temat czasu ile dziecko powinno spędzać przed telewizorem. A smartfony? To jeszcze zbyt „świeży rynek”, ale z pewnością używanie smartfonów w nadmiarze nie prowadzi do niczego dobrego.
My, wychowywani w latach 80-tych głównie na trzepakach, pod blokiem z wielkiej płyty mamy wielką potrzebę bycia blisko technologii. Nasze pokolenie pierwszy raz w historii ma tak łatwy dostęp do urządzeń elektronicznych. Kiedy wprowadzono internet mobilny korzystamy z jego dobrodziejstw zawsze i wszędzie.
Jeszcze niedawno dostęp do internetu był tylko w komputerach. Ale trzeba było pójść, włączyć, odczekać swoje, komputer lubił się zawiesić… i trwało to i trwało. Więcej było zachodu z włączaniem czy wyłączaniem niż samego użytkowania. A teraz? Wystarczy przeciągnąć palcem po śliskiej szybce i już jesteś online. Bardzo to proste i (niestety) uzależniające.
Piszę ten post wieczorem około 21. Moje dzieci już śpią. 15 minut temu dodałam nowy wpis. Specjalnie weszłam w statystyki Google Analitycs żeby zobaczyć ile osób czyta mnie w tym momencie na telefonach. Wygląda to tak: 70% telefony komórkowe, 25% komputery, 5% tablety. Jest już ciemno, więc pewnie kąpiesz dziecko i czytasz lub dzieci śpią, a Ty leżysz na kanapie i czytasz co tam u nas.
Rodzicom opiekującym się dziećmi fulltime jest łatwiej być online przez smartfona. Nie ma czasu włączać komputera. A jeżeli już się uda to najczęściej tylko na chwilkę, bo dzieci lubią siedzieć u nas na kolanach jak tylko zobaczą włączony komputer. Smartfon wydaje się być bardziej dostępny i mniej ingerujący w relację rodzic-dziecko.
Mówi moja 3- letnia córka i ciągnie mnie rękaw. Wtedy dostrzegam, że dużo go używam i zaczynam się zastanawiać dlaczego tak jest. Analizuję każdą minutę, którą spędzam przesuwając palcem po śliskim ekranie. Najwięcej czasu ucieka mi na pracy. Sporo staram się zrobić na smartfonie żeby jak najmniej mieć później na komputerze. Media społecznościowe to również element mojej pracy i nie mogę z nich zrezygnować.
Widzę pewną zależność. Mam wyłączone powiadomienia żeby mnie nie rozpraszały, więc sprawdzam telefon bardzo często żeby móc na bieżąco Wam odpowiadać. Błędne koło.
Dalej są komunikatory, na których rozmawiam ze znajomymi. Kiedyś najczęściej się dzwoniło, później popularne były SMS-y, a teraz wysyła się wiadomość na Whatsapp lub Messangerze.
Moje grupy na tychże to moja pierwotna wioska, która jest mi potrzebna. To tam mogę przyjaciółkom wyżalić się lub czymś się pochwalić. Mamy swoją grupę doradczą oraz wsparcia. Tam z nimi „gadam”. Nie muszę dzwonić, tylko w wolnej chwili piszę.
Ile robisz zdjęć dzieci dziennie? Ja około 20 – 30. Tak bardzo chcę wszystko uwiecznić, że zapominam o byciu tu i teraz. Już na urodzinach Lilki zauważyłam, że wolę spędzić ten dzień bez aparatu.
Robimy sobie jedno, dwa zdjęcia i wystarczy. Wolę mieć te wspomnienia w głownie niż na obrazkach. Chcę przeżywać te emocje, a nie ustawiać kadry. Robię tyle zdjęć, że nie mam kiedy ich wywoływać ani oglądać. Po co?
Coraz częściej robię sobie weekendy offline. Takie totalne odłączenie bardzo mi pomaga. Skupiam się na tym co najważniejsze. Aż dziwne, że mam wtedy mnóstwo wolnego czasu, którego nie mam w tygodniu. Mogę spokojnie czytać książkę lub zafundować sobie godzinną kąpiel (albo jedno i drugie).
Nie chcę żeby moje dzieci pamiętały mnie z wiecznym telefonem w ręku. Od niedawna staram się przy nich jak najmniej go używać. Naprawdę wolę usiąść na 20 minut przy komputerze i zrobić szybką prasówkę, odpowiedzieć na meila, czy przeczytać wpis na ulubionym blogu.
Kiedy sięgam po telefon to zaczyna się błędne koło: Insta, Fejs, blog, Snap i tak w kółko… Rano również staram się żeby telefon nie był pierwszą rzeczą jaką biorę do ręki. Widzę poprawę, ale wciąż myślę, że telefon zbyt często mi towarzyszy. Gdyby nie charakter mojej pracy częściej byłabym offline.
Jeżeli chcecie zmienić swoje nawyki, polecam książkę „Mama bez komórki” klik. To treści w niej zawarte odmieniły moje podejście do użytkowania telefonu.
A Wy macie jakieś swoje zasady czy nawyki odnośnie używania telefonów w domu? Chętnie o nich poczytam.
Restauracje dla dzieci – Warszawa. Ten wpis musiał powstać prędzej czy później. Przedstawiamy naszą złotą dziesiątkę restauracji, które warto odwiedzić z dziećmi w Warszawie. Kolejność jest raczej przypadkowa, ponieważ prawie każde z miejsc znacząco się od siebie różni. Ale zawsze obieramy azymut na dobry smak i miło spędzony czas. Przy każdym miejscu wypisałam trzy mocne punkty, które wg nas charakteryzują te miejsce.
Radość na talerzu
Jasne wnętrze, duża sala zabaw, genialna obsługa
Po niedzielnej wycieczce rowerowej w okolicach Falenicy zawitaliśmy do Radości (ku naszej radości). Restauracja znajduje się na górze niewielkiego centrum handlowego. Kiedy tylko tam weszliśmy to poczuliśmy, że wyjdziemy stąd zadowoleni. Ogromy plus za wspaniałą obsługę, która dosłownie podaje serce na talerzu. Przepyszne jedzenie, które zadowoli każde podniebienie (znakomity niedosładzany kompot) pochłonęliśmy ze smakiem.
Nie mogliśmy darować sobie deseru i ten nugat będzie nam się śnił po nocach. Do tego świetna sala zabaw (bardzo czysta!), gdzie każde dziecko znajdzie coś dla siebie. W weekend są też animacje. Polecamy ten lokal również na uroczystości rodzinne, gdzie dorośli mogą porozmawiać, mając dzieci na oku.
Der Elefant
Przestrzeń, sala zabaw z kulkami, nowojorski klimat
Idealne miejsce na rodzinny obiad. Miejsce wyjątkowe, bo posiada wszystko czego szukam w restauracji przyjaznej dzieciom. Jedzenie jest pyszne – ryby i owoce morza smakują naprawdę wybornie, a pierogi ruskie zachwyciły Lilkę. Wieczorem z czarnego fortepianu wydobywa się cudowna muzyka. Klimat jest niepowtarzalny.
W weekendy odbywa się tu Szkoła gotowania dla najmłodszych. Z pewnością się na nią wybierzemy. Co jeszcze oferuje Der Elefant najmłodszym? Dziecięce menu, pokój zabaw dla dzieci, toaleta przystosowana do dzieci, wysokie krzesełka, przewijak w toalecie i bardzo wyrozumiałe podejście do małego klienta, który na koniec dostaje lizaka.
Mizu Sushi
Obsługa, pokój zabaw, położenie
Sushi polecone przez Tasteaway. Genialne miejsce! Nie dość, że sushi było pyszne, to na dzieci czeka sporo zabawy. Pokoik dla dzieci zachwyca atrakcjami. Bardzo ciekawe zabawki dla dzieci, które umilają czas oczekiwania na jedzenie. Znakomite podejście do małego klienta. Do dziś Lilka wspomina ręczniczki w tabletkach, które dostała na wynos od Pani kelnerki.
Boska Praga
Animacje w weekend, design, kącik zabaw
Ciekawa restauracja na spotkanie ze znajomymi lub rodzinny obiad. 3-piętrowy lokal robi ogromne wrażenie. Menu lunchowe jest różnorodne i do tego naprawdę pyszne. W weekendy dziećmi zajmuje się animatorka. Obsługa jest bardzo przyjazna rodzinom z dziećmi.
Artbistro Stalowa 52
Niebanalne smaki, przestrzeń do biegania, ogródek
Spora przestrzeń w loftowym designie oraz otoczenie restauracji sprawia, że ma się wrażenie siedzenia na zewnątrz. Restauracja z jednej strony jest ogrodzona sporym kącikiem zabaw, a drugiej zieloną trawą otoczoną industrialną cegłą. Są tam leżaki i krowa, na którą moje dziecko próbowało się wdrapać.
Przepyszne jedzenie, podane w taki sposób, że można jeść oczami.
Polana Wilanów
Świetne urodziny dla dzieci, fajny design, ciekawe zabawki
Nowe miejsce na mapie Wilanowa, które jest bardzo przyjazne rodzinom. Znajdziecie tam mnóstwo ciekawych zajęć oraz miejsce na zabawy dla dzieci. Rzadko się zdarza żeby w kawiarni można było położyć na matę niemowlaka, a w Polanie jest właśnie kącik dla najmłodszych. Dzieci spędzą tam świetny czas, a rodzice napiją się pysznej kawy i zjedzą podpłomyka.
Kura domowa
Zdrowe jedzenie, ogrodzony plac zabaw na zewnątrz, sala zabaw w środku
Kurę odwiedziliśmy po raz pierwszy, ale z pewnością szybko tam wrócimy. Jedzenie jest naprawdę wyjątkowe: ekologiczne i tak przygotowane, że zachęca do szybkiego zjedzenia.
W 100% trafia w nasz gust. Ogromny plus za ogrodzony plac zabaw na zewnątrz. restauracja przystosowana do potrzeb dzieci. W toalecie są nawet dostępne chusteczki i pieluszki dla dzieci.
Trattoria da Antonio
Animacje w weekend, sala zabaw, położenie w centrum
Jeśli chodzi o restauracje dla dzieci warszawa ta miejscóka to pewniak. Jeśli lubicie włoskie smaki odwiedźcie koniecznie Trattorię. Jedzenie jest tam wyśmienite.
W weekendy są animacje dla dzieci w dużej sali zabaw. Możecie tam umówić się na niedzielny obiad ze znajomymi. Panuje tam gwar i słychać tam śmiech dzieci w tle, a w powietrzu unosi się zapach czosnkowej foccacii.
Kolonia Ochota
Położona przy parku, plac zabaw na zewnątrz, dzieci ją kochają
Ostatnio jest to nasze ulubione miejsce. Najpierw udajemy się na plac zabaw przy skwerze Sue Ryder, a później prosto do Kolonii. Spędzamy tam całe popołudnia.
Jeżeli tylko nie pada deszcze można siedzieć na zewnątrz. Jest tam spory plac zabaw z piaskiem, trampoliną i zjeżdżalnią. Miejsce jest w 100% przystosowane do potrzeb dzieci. Polecam sałatkę z kozim serem.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i zamierzasz skorzystać z moich poleceń kliknij poniżej
Tu znajdziecie najlepsze Place zabaw dla dzieci Warszawa
A tu macie inspiracje na Hotel dla rodzin z dziećmi
Lato w pełni, a my jeszcze nie byliśmy na urlopie. Spędzamy czas w mieście i na niedalekich wyjazdach.
W dzisiejszym wpisie zaprezentuję Wam kilkanaście rzeczy, których używamy tego lata.
Oto nasz niezbędnik (nazwy są podlinkowane):
Odkąd mamy lodówkę z filtrem, to nie dźwigamy już zgrzewek wody mineralnej. Korzystamy tylko z tej przefiltrowanej. Na spacery do tej pory zabierałam tylko wodę w bidonie dla Lilki, który jest dość mały. W zupełności wystarczał na jej potrzeby. Ale odkąd są wakacje i najczęściej wychodzimy we troje to mały bidonik z wodą nie wystarczał na nasze potrzeby.
I tak trafiłam na te butelki. Spośród wielu świetnych kolorów możemy wybierać między pojemnościami i ustnikami (słomka jak w bidonie, ustnik, a nawet smoczek). Woda ze szklanej butelki zupełnie inaczej z nich smakuje niż z plastiku. Polecam każdemu. Oczywiście są trochę cięższe, ale komfort użytkowania zdecydowanie większy.
My mamy dwie butelki – jedna większa na wyjścia całodniowe o pojemności 650 ml z szerokim ustnikiem (świetny też do koktajli) oraz mniejsza na krótkie spacery lub dla samej Lilki o pojemności 350 w wersji z ustnikiem. Są również dostępne inne modele, a nawet butelki na mleko dla niemowląt. Świetnie myją się w zmywarce.
Pogoda sprzyja wycieczkom. Pewnie wyobrażacie sobie ile rzeczy trzeba zabrać przy niemowlaku i 3-latce? To do tego dodajcie jeszcze np. laptop i lustrzankę z 2 obiektywami. Torba do wózka przy takiej ilości rzeczy nie daje rady. Znalazłam dla niej bardzo ciekawą alternatywę- plecak, do którego wszystko się zmieści.
Ma dołączony przewijak, miękką kieszeń na laptopa i klamerki do zawieszenia na wózku. Bardzo się z nim polubiłam i zabieram go na dalsze wyprawy. Przyda się również na wyprawy na basen, które niedługo rozpoczniemy z najmłodszym domownikiem.
Co prawda jeszcze go nie mamy, bo nasz wyjazd dopiero za 3 tygodnie. Ale to właśnie ten namiot dziś zamówiłam. Używała go moja przyjaciółka w ubiegłym roku nad morzem i bardzo się im sprawdził.
Chroni przed wiatrem i słońcem. Składa się jak parasol. Można go załadować pod wózek i zabrać ze sobą na plażę.
Do tej pory kupowałam tylko i wyłącznie stroje jednoczęściowe. Lilka chodzi w trakcie roku na basen, więc kilka kostiumów już zużyliśmy. Ten bardzo nam odpowiada i żałuję, że nie ma większych rozmiarów.
Jakoś lepiej prezentuje się w nim niż w jednoczęściowym, obcisłym kostiumie. Ułatwia również ubieranie się i rozbieranie. Ten ma dwie dodatkowe funkcje: w majtkach jest lekka pieluszka na wpadki oraz materiał ma filtr UV.
Pewnie zdziwicie się po co 3- miesięcznemu dziecku kapelusz skoro chroni je budka w wózku. A nam jest niezbędny do noszenia w chuście. Jul jest praktycznie łysy i podczas noszenia w chuście na zewnątrz, jego główka przyciąga mocne promienie słoneczne. A ten kapelusz jest bardzo miękki i nie krępuje ruchów. Spokojnie mogę go nosić nawet w słoneczny dzień.
Moja ulubiona chusta na ciepłe dni. Jest cieniutka i przewiewna. Zawsze wydawało mi się, że noszenie latem może nie być do końca przyjemne ze względu na wysoką temperaturę. Ta chusta spełnia nasze potrzeby w 100%. Zawsze mam ją gdzieś blisko i często korzystam (nawet na zewnątrz).
Używamy już od maja. Mam go zawsze w bagażniku i w razie potrzeby rozkładam na trawie lub plaży. Bardzo szybko się składa do wygodnej torby. Jest wodoodporny. Złożony koc można zawiesić na wózku i dotrzeć do celu naszej wycieczki. Z pewnością przyda nam się podczas naszego wyjazdu.
Kiedy w planach mamy wyjście na plac zabaw lub do parku staram się przygotować coś do jedzenia. Szybko wkładam do pudełka przekąski, które zabieramy ze sobą i jemy na kocu lub ławce w parku.
Wersja bardziej pracochłonna:
Mniej pracochłonna
A czasami nic nie zdążę przygotować, bo wychodzimy w biegu i kupuję tylko bułkę w spożywczym;)
Tak jak już Wam pisałam – używam ich non stop i do wszystkiego. Nakrywam Jula, wycieram Lilkę, chronię przed słońcem w aucie i rozkładam na kocu piknikowym. Przydają mi się cały czas.
Latem ręczniki są nam tak samo potrzebne jak kocyki. Zabieramy je na basen, na plażę lub do ulubionej Bajki. Lilkowego Lodgera używamy ponad 2 lata i sprawdza się idealnie jako szlafroczek na plaży. Ręcznika Lassig używaliśmy tylko na basenie, ale zachwycił mnie miękkością.
Uwielbiam śpiworki do spania. Używałam ich również przy Lilce. Są w 100% bezpieczne i dzieci się z nich nie odkryją. Nasze są bardzo cieniutkie i lekkie (1,0 tog). Mamy dwa z wersji limitowanej Anorak.
W tym roku całkiem przypadkiem trafiłam na buty tej firmy. Razem w nich chodzimy:) Lilka ma również trampki, w których biega całe lato. Całkiem niepotrzebnie kupowałam jej sandały, bo chodzi w musztardowych tenisówkach lub w różowych, gumowych sandałkach Igor. Świetnie nadają się na basen, więc będziemy używać ich nie tylko latem.
Kolejna, świetna bluzka do karmienia od Coolmama (chyba niedługo będę miała je wszystkie). Uwielbiam za to, że mogę dyskretnie w nic karmić w miejscach publicznych. No nie wyobrażam już sobie bez niej lata. Lekka, bambusowa tkanina nie grzeje w ciepłe dni, a klasyczny krój pasuje właściwie do wszystkiego.
Robię miesięcznie tysiące zdjęć. Tylko niektóre trafiają na blog, większość wędruje do domowego archiwum. Czasami je wywołuję, a czasami nawet nie trafiają do obróbki. Nie mam nawet czasu żeby je później oglądać. W tamtym roku w konkursie fotograficznym wygrałam kamerkę Gopro 3+ i zaczęłam moja przygodę z filmowaniem.
Przepadłam! Na wakacjach nakręciłam kilka filmów, które Lilka ogląda do dziś. To genialna pamiątka! 100 razy lepsza niż zdjęcia. Na zdjęciach zazwyczaj są wszyscy oprócz mnie, a z kamerą Gopro widać całą rodzinę. Jeżeli będziecie chcieli, wrzucę oddzielny post na ten temat. A dziś udostępnię Wam na jeden dzień nasz filmik z wakacji nagrany właśnie Gopro. Link tutaj
Codziennie, a czasami nawet kilka razy dziennie latem robię koktajle. Mniam!
Choroba lokomocyjna może uprzykrzyć każdy wyjazd, niekoniecznie wakacyjny. Kto miał z nią do czynienia, wie że nie należy do przyjemnych. Szczególnie ciężko przechodzą ją dzieci. W dzisiejszym wpisie napiszę czym jest, jakie są objawy choroby lokomocyjnej i jak sobie z nią radzić.
Wpis powstał w oparciu o własne doświadczenia oraz wiedzę nt. Integracji sensorycznej
inaczej kinetoza jest chorobą zmysłów. Jest to zespół niezbyt przyjemnych dolegliwości (mdłości, wymioty, złe samopoczucie, brak apetytu), które mogą wystąpić na skutek poruszania się środkiem lokomocji (samochód, samolot, statek, a nawet wózek dziecięcy). Przyczyną pojawiania się tych objawów jest brak zgodności przy odbieraniu bodźców w czasie podróży. Zmysł wzroku rejestruje poruszające się obrazy i mózg odbiera je jako ruch, a narząd równowagi nie czuje żadnych zmian w położeniu ciała. Te wszystkie informacje prowadzą do pobudzenia układu przywspółczulnego i wystąpienia w/w objawów.
Kiedy byłam dzieckiem, fatalnie znosiłam podróże zarówno autem, autobusem, autokarem, jak i pociągiem. Pisałam na ten temat tutaj. Niestety nic mi nie pomagało, jedynie lekarstwa na chorobę lokomocyjną. Jednak one powodowały lekkie otępienie i senność.
Choroba lokomocyjna najczęściej dotyczy dzieci. Wraz z dojrzewaniem układu nerwowego objawy są coraz słabsze. Bardzo rzadko utrzymuje się do dorosłości.
Warto napisać o chorobie lokomocyjnej w kontekście zaburzeń SI. Jest ona jednym z objawów nadwrażliwości przedsionkowej. Jeżeli Wasze dzieci mają chorobę lokomocyjną oraz inne zachowania, które mogą świadczyć o zaburzeniach przetwarzania bodźców- warto udać się na specjalistyczną diagnozę.
Na pocieszenie mogę dodać, że ja wyrosłam z baaardzo silnej choroby lokomocyjnej około 10 roku życia. Teraz jedynie nie mogę czytać w podróży i czuję się dobrze.
Pamiętam kiedy przekroczyliśmy próg naszego mieszkania z nowonarodzoną Lilką na rękach. Dumnie wkroczyliśmy do naszej sypialni i położyliśmy ją słodko śpiącą do białego łóżeczka. Spojrzeliśmy na nią, na siebie, a nasz wzrok mówił tylko jedno: „Jesteśmy tacy szczęśliwi”. Niczego nieświadoma córka, pospała 15 minut w wielkim (jak na nią) łóżku. Później czar prysł.
Łóżeczko ją parzyło. Dosłownie. Próbowaliśmy ją odkładać mocno śpiącą, lekko śpiącą, padniętą i najedzoną z suchą pieluszką. I nic. Ona ewidentnie nie lubiła tego mebla. Leżała tam, jak za kratami i patrzyła na nas swoimi wielkimi, granatowymi oczami. Próbowałam różnych metod, najpierw układałam jej zwinięty ręcznik za plecami żeby mogła spać na boku. Wkładałam również moją koszulkę przesiąkniętą maminymi zapachami. Nie działało nic. 6 pobudek w nocy robiło swoje, a my nie umieliśmy zmrużyć oka z noworodkiem w naszym łóżku. Kiedy skończyła 18 miesięcy kupiliśmy nowe, duże łóżko, aby ułatwić codzienny rytuał zasypiania i żebyśmy mogli wygodnie czytać u niej książki.
Kiedy zaczęłam kompletować wyprawkę Julka wiedziałam, że tym razem nasze dziecko nie będzie spało w łóżeczku. Na naszą decyzję wpłynęło dużo powodów takich jak np. mało miejsca w mieszkaniu. Łóżeczko zajęłoby prawie pół salonu. Potrzebowałam czegoś małego i mobilnego, tak żebym wystawić je do innego pomieszczenia i nie obudzić dziecka odgłosami dnia codziennego. Uznałam, że doskonałym rozwiązaniem będzie właśnie kosz mojżesza. Po obejrzeniu kilku modeli zdecydowaliśmy się na kosz mojżesza Shnuggle. Miał on wszystko, to czego poszukiwałam.
Mam wrażenie, że kosz mojżesza naprawdę lepiej służy dzieciom, niż łóżeczko – przede wszystkim ograniczoną przestrzenią. Noworodki kiedy opuszczą łono mamy od początku lubią bliskość. Ramiona mamy zapewniają im poczucie bezpieczeństwa i odgraniczają dziecko od otaczającego świata. Kosz mojżesza stwarza bardziej podobne warunki do tych, które panowały w brzuchu. Wysokie boki zaciemniają światło, a ścianki, które znajdują się blisko dziecka zapewniają poczucie bezpieczeństwa. W koszu mojżesza bez problemów można ułożyć dziecko na boku, a ona jak wiadomo jest najbezpieczniejsza przy ulewaniu. A dodatkowo taka pozycja hamuje odruchy bezwarunkowe, które często dzieciom utrudniają spokojny sen. Nie trzeba niczego podkładać, wystarczy tylko ułożyć niemowlę pleckami blisko ściany.
Dzięki niewielkim rozmiarom kosz można ustawić wszędzie, nawet przy samym łóżku rodziców. A możliwość zdejmowania go ze stelaża dodatkowo ułatwia mobilność i śpiące dziecko może nam towarzyszyć nawet w kuchni przy posiłku. Przemieszczanie ułatwiają uchwyty, które później można schować do środka kieszeni.
Kosz Shnuggle KLIK ma wiele dodatkowych funkcji, które sprawiły, że jest to mój ulubiony element wyprawki Julka. Lekki stelaż- składa się w sekundę i można go schować np. pod łóżko. W tak samo szybkim czasie stelaż możemy przekształcić w kołyskę, której ruchy ułatwią dzieciom zaśnięcie. Noworodki nie lubią być w bezruchu. W końcu przez 9 miesięcy pływały w naszym brzuchu. A ruchy kołyski mogą pomóc im zasnąć.
Bawełniane poszycie bardzo szybko zdejmuje się do prania, nie trzeba go nawet prasować, wystarczy dobrze strzepać po praniu.
Bardzo odpowiada mi również daszek, który lekko zaciemnia środek kosza. Niedawno odkryłam również inną funkcję daszka – wieszam na nim różne przedmioty, mogę nim tak manipulować, że zabawka do obserwacji znajduje się w idealnym punkcie do obserwacji.
Dno kosza ma przewiewne otwory, aby zapewnić dobrą cyrkulację powietrza w materacu. Mamy, dodatkowy materac, ze zdejmowanym pokrowcem. Sprawdza się idealnie.
Minusem, niestety jest czas użytkowania. Kiedy dziecko zaczyna stawać na czworaki, ze względów bezpieczeństwa, zamieniamy kosz na łóżeczko. Będzie ciężko mi się z nim rozstać, bo go uwielbiam.
Kosz mojżesza Shnuggle
A tu jeszcze zdjęcia z mojego baby shower autorstwa Kasi Rękawek
A tu zapraszam po inspiracje na Zabawki dla niemowląt
Często moi znajomi lub rodzina dziwi się, że mój mąż mi nie pomaga. Tak jakby dzieci i dom były tylko moim obowiązkiem, a ich tata od czasu do czasu by nam pomagał. Nie lubię tego stwierdzenia „pomagać w domu”, bo stwierdza ono, że ktoś jest głównym opiekunem, a reszta tylko od czasu do czasu wykonuje czynności pomocnicze, często na prośbę.
Dużo rozmawiam z kobietami w moim otoczeniu. Spotykamy się lub wymieniamy wiadomości, z których jasno wynika, że ojcowie ich dzieci właśnie pomagają. Nasuwa mi się pytanie, dlaczego tak jest?
A już kiedy zostanie z dzieckiem sam to wygłaszają mu peany pochwalne i biją brawo za zmienioną pieluchę?
Wkurza mnie to, że sporo kobiet narzeka na swoich facetów i kreuje ich na mało ogarniające czasoprzestrzeń istoty. Serio? Takiego mężczyznę sobie sama wybrałaś, z wszystkimi wadami i zaletami. Mój nie umie robić prezentów, ale za to dzieciakami zajmuje się lepiej niż ja.
Gdybym nie karmiła piersią mogłabym wyjechać na tydzień i wiem, że mój mąż znakomicie by sobie poradził. Na swój własny sposób, nie na mój – wg listy, czy moich przykazań.
Moim zdaniem kobiety często (nie zawsze) same sobie gotują tak los, tymi wszystkimi stwierdzeniami: „Nie tak!” „Źle to robisz”, „Czekaj, pokażę Ci jak to zrobić”. A kiedy i tak nie zrobi tak jakbyśmy tego chciały to już mamy dość i same to robimy.
Spróbujmy postawić się z drugiej strony. Facet, który nie nosił dziecka pod sercem przez 9 miesięcy, nie czyta blogów, poradników, a nawet nie dostaje rad od swojej mamy – często nie wie jak zajmować się niemowlęciem. Nie ma jednego właściwego sposobu. Mogą być różne. I to jest właśnie najfajniejsze.
„Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”Borys Szyc
„Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”
Borys Szyc
Dziecko od początku ma możliwość obserwacji różnych zachowań. Nawet sama pielęgnacja jest ciekawsza, gdy dzieckiem zajmują się dwie osoby. Dla harmonijnego rozwoju bardzo służy różnorodność. Mama tak zmienia pieluchę, a tata inaczej. I to jest fajne. Nie ma jednej- tej właściwej instrukcji obsługi niemowlęcia.
Zostawiacie często dziecko/dzieci same z tatą? A dzwonicie później i dopytujecie jak sobie radzą? Albo przygotowujecie długie listy co, jak i z czym ma zrobić? To przestańcie. Tata nie jest półmózgiem, który sobie nie poradzi. A Wy wcale nie zajmujecie się NAJLEPIEJ dzieckiem. Wczoraj na Facebooku napisałam, że wstałam, wypiłam kawę, mąż się zajął dzieckiem, a ja poszłam się wykąpać. Ktoś napisał: „Brawa dla taty”. No ludzie kochani. Dla mnie to jest totalnie normalne. Odciągam mleko i wychodzę. Poradzą sobie bez dwóch zdań. Tak, z dwójką zmęczonych już dzieci. Jeżeli martwicie się, że dziecko będzie płakać (noworodek, niemowlę) to pomyślcie, że u Was na rękach też dziecko płacze i też czasami nie wiecie jak je uspokoić. Dopóki dziecko ma co jeść, będzie ok.
Tata też musi pobyć sam na sam z dzieckiem żeby wypracować sobie swój własny system (bez nadzoru;).
Często mężczyźni nawet lepiej sobie radzą z dziećmi niż kobiety. Dlaczego? Bo nie spinają się, nie denerwują i mają więcej cierpliwości. A już na pewno nie zastanawiają się co pomyślą inni.
Od początku naszego rodzicielstwa nie chciałam żeby tak było. Mimo tego, że sama wychowałam się bez ojca to wiedziałam jak ma wyglądać nasze „bycie rodzicami”. Właśnie, dlatego jest mi łatwiej, bo nie mam wzoru. Nie zaszufladkowałam roli ojca, który po powrocie z pracy wkłada kapcie i czyta gazetę. Miałam tylko wyobrażenia, które udało mi się spełnić. Zaangażowany tata. Partnerstwo i zrozumienie.
W wielu domach to właśnie tata jest od samych przyjemności. Zabrać na rower, na lody, zrobić hopa hopa na kolanie. Nie u nas. Zamieniamy się tak żeby nie było ani dobrego policjanta, ani złego. Nie dążę za wszelką cenę do perfekcji i może dlatego jest mi łatwiej. Jak tata zrobi kolację, to jest smażona kiełbasa i chleb moczony w oliwie, a na obiad mięso, ziemniaki i mizeria. No i super. Lilka uwielbia smakołyki taty. Moczy ziemniaki w śmietanie (jak tata), a ja w myślach przeliczam wartości odżywcze tegoż.
Komentarze zostawiam sobie. Tata nie jest od samych przyjemności, ćwiczy z córką oczy i robi inhalacje. Jeżeli chodzi o podział obowiązków w naszym domu to tylko trzy czynności należą tylko do mnie: podawanie leków w czasie choroby, obcinanie paznokci i karmienie piersią. Resztą się wymieniamy i nie chodzi tu o żadne kompromisy, bo jednak w przy tak popularnym kompromisowym rozwiązaniu sprawy obie strony są niezadowolone. Więcej we wpisie Mama to nie jest to samo co tato!
Tu chodzi o partnerstwo.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” pod postem na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Dziś zdradzę Wam przepis na bardzo szybkie, dobre i zdrowe lody z kalafiora. Tak, nie pomyliliście się – kalafiora. Staram się ograniczać kalorie, bo po ciąży wciąż mam sporo kilogramów do zgubienia. Tymczasem raczę się takimi smakołykami.
Dzień wcześniej dzielę kalafior na małe różyczki, myję i wkładam na noc do zamrażarki. Dokładam również banana. Wyjmuję kalafior na pół godziny przed żeby troszkę się ogrzał. Później wyjmuje banana i wszystko razem miksuję. Syrop dodaję wg uznania.
Kiedy na teście ciążowym nieśmiało malują się dwie kreski zaczynacie się zastanawiać jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?
Ci co nie mają dzieci lub posiadają tylko jedno dziecko często powielają najbardziej absurdalne stwierdzenie jakie kiedykolwiek słyszałam: „A Ty jakbyś się czuła żeby któregoś dnia Twój mąż/partner przyprowadził do domu drugą kobietę i powiedział, że od dziś macie dzielić się garnkami, deską do prasowania, a co najważniejsze – mężem?”
Kiedy pierwszy raz usłyszałam te stwierdzenie to również się z nim zgadzałam. Sama jestem jedynaczką i bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie tę sytuację. Jednak kiedy pod moim sercem pojawiło się nowe życie moje podejście zmieniło się o 180 stopni.
Do tej pory byliście tylko we troje. Ty, partner i dziecko. Ono prawie zawsze w centrum uwagi. Każda jego prośba zawsze jest wysłuchana, każda potrzeba spełniona, a czas jemu poświęcony jest mierzony w godzinach. Byliśmy pełni obaw jak starsze dziecko odbierze wiadomość o rodzeństwie i jak sobie z tym poradzimy.
Podeszliśmy do tego tematu zdroworozsądkowo. Nie kupiliśmy również żadnego poradnika. Cały proces był całkowicie podporządkowany potrzebom i wymaganiom starszego dziecka.
Pierwszy trymestr był dla nas bardzo męczący. Ciągle chciało mi się spać, było mi niedobrze i od 8 tc. musiałam leżeć. Po powrocie Lilki z przedszkola kładłyśmy się razem na drzemkę lub włączałam jej bajkę na 40 minut, kładłam się obok, włączałam budzik i spałam. Od początku nie mogłam jej podnosić. Było mi ciężko psychicznie, ale się przyzwyczaiłam. Nigdy jej nie powiedziałam, że nie mogę jej podnosić, bo mam w brzuchu dziecko. Z każdym razem kiedy była potrzeba przytulenia, otarcia łez to ja kucałam lub siadałam na podłodze, ławce w parku i ją przytulałam. Pierwszy raz podniosłam ją w 39 tc., wydawało mi się, że waży tonę;)
Kiedy skończyłam pierwszy trymestr, tuż po usg genetycznym uroczyście oświadczyliśmy Lilce, że w maju zostanie starszą siostrą, bo w moim brzuchu jest dziecko. Nie drążyliśmy za bardzo tematu, bo widzieliśmy ogromne zdziwienie na jej twarzy. Czuliśmy, że musi ta wiadomość do niej dotrzeć i wtedy sama będzie zainteresowana tematem. Podaliśmy kilka przykładów rodzeństw z naszego otoczenia. „I Ty też będziesz miała brata lub siostrę wiosną”- skwitowaliśmy.
Na jej zainteresowanie nie musieliśmy długo czekać. Zadawała mnóstwo pytań na temat ciąży i dziecka, które rosło w moim brzuchu. Pisałam o tym we wpisie Ciąża oczami trzylatki.
Bardzo poważnie podeszliśmy do tematu przygotowań, bo chcieliśmy żeby nie było to dla niej trauma lub szok.
Wg mnie badanie USG służy wyłącznie potrzebom medycznym, a nie zaspokojeniu ciekawości jak wygląda dziecko. Może jest dość niepopularne podejście, ale tak właśnie to badanie traktuję. Nie wyobrażam sobie żeby dziecko mogło towarzyszyć przy badaniu, na którym są sprawdzane bardzo ważne parametry takie jak np. przezierność karkowa czy długość kości nosowej.
Każda pomyłka o milimetr mogłaby spowodować niepotrzebny stres. Znam moje dziecko, które obecnie zadaje 400 pytań na godzinę i wiem, że jej obecność rozpraszałaby mnie i lekarza wykonującego badanie. Badania USG robiliśmy na tyle rzadko, że każda wizyta trwała około godziny. Wiem, że ten czas byłby dla niej o wiele za długi. Dodatkowo obraz na badaniu nie jest zbyt wyraźny i mogłaby się lekko przerazić jak wygląda brat lub siostra.
Po jednym z badań pokazałam jej zdjęcie i nie była w stanie nawet określić gdzie dziecko ma oko.
Bardzo dużo rozmawialiśmy na temat ciąży i późniejszego życia w czwórkę. Córka była wyraźnie zainteresowana tematem. Czytaliśmy różne książki o ciąży i o pojawianiu się rodzeństwa. Zaczynając od takich typowo technicznych jak np. Czekamy na dzidziusia, przez książki przedstawiające pojawienie się rodzeństwa w samych superlatywach Zuzia i nowy dzidziuś , po lektury o różnych emocjach związanych z tym wydarzeniem: Basia i nowy braciszek. Kilka razy oglądaliśmy razem z nią „Było sobie życie” o ciąży. Bardzo podobał jej się ten odcinek.
Najważniejszą częścią przygotowań do przyjęcia nowego członka rodziny są rozmowy z dzieckiem. Od zawsze uważamy, że nie należy dziecka okłamywać. Byłam na tyle szczera, że mówiłam córce jak naprawdę będzie. Kiedy pytała, czy będzie mogła się z nim bawić (a w jej głowie wyglądało to tak, że siedzą razem na dywanie i się bawią klockami) odpowiadałam, że nie, nie będą się razem bawić.
Byłaby rozczarowana, że nie może pobawić się z własnym bratem. Tłumaczyłam, że brat musi najpierw urosnąć, a to zajmie trochę czasu. Wg niej zabawa to nie jest machanie grzechotką przed oczami, więc wolałam być szczera.
Pytała też, czy będzie mogła go nosić. Oczywiście, że nie. Kilka razy jak już się urodził poprosiła mnie czy może go potrzymać, więc posadziłam ją na łóżku i pokazałam jak ma trzymać główkę (trwało to może 6 sekund, ale była bardzo zadowolona).
Od początku mówiłam, że brat będzie: płakał, jadł, troszkę otwierał oczy, robił w pieluchy. Cała prawda o noworodku. Mówiłam też, że będzie dużo płakał. Pytała, dlaczego, bo jej płacz kojarzy się ze smutkiem i bólem. Powiedziałam całą prawdę, że małe dzieci nie potrafią mówić, a ich płacz to próba komunikacji z nami. Jest to trudne, bo my nie wiemy co dany płacz oznacza. Chciałam ją uspokoić, że płacz brata wcale nie będzie oznaczał krzywdy, bólu czy smutku.
Wiem, że z drugiej strony może to wyglądać drastycznie. Ale tak naprawdę było. Myślę, że dzięki temu, że tak ją przygotowałam teraz jest ok i jestem dumna z mojej córki, że tak przyjęła swojego brata.
Przyjście na świat nowego członka rodziny to wielkie wydarzenie dla wszystkich. Zależało nam żeby w okresie kwiecień-maj-czerwiec w jej życiu było jak najmniej zmian. Co prawda, prawie wszystkie kroki milowe już za nami, ale wciąż pilnowaliśmy tego żeby te 3 miesiące były bardzo spokojne. Bez żadnych wywrotowych wydarzeń: takich jak np. zmiana przedszkola, odstawianie od różnych rzeczy, przeprowadzki. Narodzeniu brata miał towarzyszyć spokój.
Bardzo pomagało nam to, że wcześniej pracowaliśmy nad jej samodzielnością. Ta praca się opłaciła, bo naprawdę dało nam to poczucie, że nie jesteśmy jej już tak bardzo do wszystkiego potrzebni.
Podobno w jakiś czytadłach dla matek w artykułach „Jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?” piszą takie bzdury, że trzeba przez okres ciąży osłabiać więź ze starszym dzieckiem żeby nie doznało szoku po porodzie. Uważam, że to jest totalna bzdura. Traktowałam Lilkę tak samo jak przed ciążą, poświęcając jej tyle czasu ile tylko dałam radę.
To był temat, który najbardziej mnie nurtował. Najpierw miałam pomysł żeby Lilkę zabrać po porodzie. Jednak uznaliśmy, że to będzie dla niej wielka zmiana, bo do tej pory chodziła do przedszkola. Obecnie bardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, więc siedzenie ze mną w domu nie byłoby dla niej korzystne. A przyznam szczerze, że było to dla mnie spore ułatwienie.
Jedną z najczęściej powielanych rad jest kupienie prezentu od młodszego dziecka dla starszego. Sporo osób robi to bez żadnego zastanowienia. Jak to ja, zaczęłam nad tym dumać i uznałam, że ten pomysł jest totalnie bez sensu.
Tak jakbyśmy, my rodzicie chcieli dziecku wynagrodzić jakąś krzywdę. A tak naprawdę rodzeństwo to coś najlepszego co możemy jedynakowi podarować i wcale nie musimy się czuć winni z tego powodu. Taki prezent wg mnie jest jak łapówka, którą dajemy z nadzieją, że może dziecko lepiej przeżyje ten szok. My podeszliśmy do tego zdrowrozsądkowo i jak zwykle nie okłamywaliśmy dziecka (no bo jak młodszy mógłby kupić prezent starszemu?).
Mało tego, nic nawet nie wspominaliśmy na temat żadnych prezentów Lilce. Ona sama po rozmowie z tatą, który powiedział jej, że jak brat się urodzi to będą jego zerowe urodziny, stwierdziła, że chciałaby jemu wybrać jakiś prezent i czy możemy pojechać w tym celu do sklepu.
Uznałam, że jest to świetny pomysł, bo wyszedł od niej samej. Zupełnie nie ingerowałam co to ma być. Wybrała maskotkę z bajki Zwierzogród, do pary jaką już sama miała. Rozczuliłam się totalnie jak szła z tą wielką torbą do brata jak wróciliśmy ze szpitala.
Jak zwykle – najwięcej dzieje się w głowie matki. Do tego dochodzą ciążowe hormony. Wiele razy siedziałam i się zastanawiałam jak to będzie po porodzie. Układałam w głowie scenariusze, że nie będę jej uciszać, mówić: „ostrożnie”, „leciutko”. Jest oczywiście inaczej i z tym nie walczę. Czasami delikatnie upominam.
Widzę, że to dla niej bardzo ważne, bo sama się całą trzęsie kiedy go dotyka. Obiecałam sobie, że dam z siebie wszystko (przynajmniej na początku) żeby być dla niej. Żeby nie miała szoku. A później stopniowo poddawać się wydarzeniom dnia codziennego. Często wychodzę z nią sama. Nie chciałam żeby tylko tata był od fajnego czasu, a ja od obowiązków. Czasem czytam jej jak karmię młodszego.
Czuję się spełniona. Nie myślę o wyrzutach sumienia kiedy włączam jej bajkę. Przewartościowałam swoje życie. Nie mam za bardzo czasu dla siebie, w domu też nie jest zbyt czysto, ale mam cudowną rodzinę. W sprzątaniu pomaga mi Pani, a obiady często kupuję w barze mlecznym. Dzięki temu mam czas na bycie z dziećmi i pracę, czyli mój blog.
Myślę, że nie ma złotej rady jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa. Każdy powinien postępować tak jak uważa za słuszne.
Nowy członek rodziny jest już z nami prawie trzy miesiące. Co prawda po wielkiej atencji nad moją ciążą oraz całym procesem przygotowania myślałam, że będzie bardziej zainteresowana bratem. Jednak nie ma ani scen zazdrości, ani trudnych sytuacji, więc jest ok. Z dnia na dzień coraz bardziej widzę, jak buduje się ich relacja. Przychodzi, głaszcze, całuje. Staram się bardzo żeby to odbywało się na jej prawach, a nie moich. Nie oczekuję pomocy i zabawy z młodszym. Jeżeli tylko sama tego będzie chciała to da mi znać. A jak będzie dalej to zobaczymy…
Postanowiłam zrobić mobil dla niemowlaka zawieszany nad koszem Mojżesza. Julek coraz bardziej interesuje się otaczającym światem, a jego upodobania szybko się zmieniają. Nie ma na rynku żadnych ciekawych zabawek zawieszanych nad łóżeczkiem, więc sama wykonałam mobil dla niemowlaka i jestem bardzo zadowolona z efektu.
Pytacie mnie o Montessori dla niemowląt. Maria Montessori mówi o tym, że najważniejsze jest:
„Cała tajemnica leży w dwóch słowach: mleko i miłość”Oswald, Schulz-Benesch cyt. za: Miksza 1998, s. 32 „Zrozumieć Montessori”
„Cała tajemnica leży w dwóch słowach: mleko i miłość”
To jest kwintesencja tego, czego potrzebuje niemowlę. Jest sporo ciekawych pomocy dla takich maluchów – większość jest do samodzielnego wykonania, więc postaram się Wam pokazać je na koniec.
Pierwotnie chciałam wykonać oryginalny mobil dla niemowlaka „tancerki”, ale po rozmontowaniu wiatraczka okazało się, że mam za mało papieru. Stworzyłam, więc coś podobnego i świetnie spełnia swoją funkcję. Jeżeli mielibyście chęć wykonać oryginalne „Tancerki” to zajrzyjcie tutaj
Zdjęcie źródło
Kosz mojżesza Shnuggle tutaj
Chusta i ja.
Do tej pory mój związek z chustonoszeniem określiłabym jako mocno skomplikowany. Kolorowe materiały obwiązane wokół mamy i dziecka zawsze mi się kojarzyły ze stylem życia. Wolność, natura, bliskość… Taka pierwotna potrzeba bycia blisko dziecka.
Podziwiałam matki, które zostawiały wózki w domu, bo wolały chusty. „EEE, to nie dla mnie, ciężko im pewnie i gorąco.”- myślałam. Ja sobie popcham mój wózek, zakupy pod spód włożę…
W pierwszej ciąży nie myślałam nawet o kupnie chusty i nie uwzględniłam jej w liście wyprawkowej. Naszą decyzję bardzo szybko zweryfikowała Lilka, która bardzo lubiła być blisko nas i to koniecznie w pozycji pionowej. W akcie desperacji poprosiliśmy doradczynię chustową o pomoc.
Zaprezentowała nam wiązanie „kieszonka” i udzieliła kilku rad. Na koniec jeszcze sprzedała nam chustę. Zaufaliśmy jej doświadczeniu oraz wiedzy i kupiliśmy chustę elastyczną. Taaaak, teraz już wiem, że nie był to najlepszy wybór.
Chusta żakardowa Little frog
Wiele wieczorów przemierzyliśmy drepcząc po naszym 50-metrowym mieszkaniu z Lilką w chuście. Nigdy nie wyszłam zamotana na zewnątrz. Bałam się, że zacznie płakać i się wyginać, a ja nie dam rady się odwiązać- tak żeby chusta nie upadła na ziemię.
Dlatego nosiliśmy ją tylko w domu. Kiedy stanęła na czworaki, a później sama usiadła, kupiliśmy nosidło ergonomiczne i używaliśmy go zdecydowanie częściej, ale również wg potrzeb dziecka.
Dlatego tym razem przed zakupem chusty poprosiłam o radę moją chustową guru i propagatorkę prawidłowego noszenia dzieci Magdę. Wiedziałam, że tym razem lepiej się przygotuję.
Kiedy Julek był już na świecie próbowałam odtworzyć wiązanie dziecka „w kieszonkę” z filmików na yt. jednak nie szło mi to sprawnie i wciąż miałam wrażenie, że jest „za luźno”.
Koleżanki mi podpowiedziały, że chyba znów czas na konsultację u doradczyni. Tak więc napisałam do Marty z zamotani.pl – doradczyni noszenia ClauWi żeby pomogła mi na nowo okiełznać ten kawałek materiału.
Sporo również rozmawiałyśmy na temat chust i ich używania. Najważniejsze rzeczy jakich się dowiedziałam napiszę Wam poniżej.
Chusta bambusowa Little frog
Za zamotani.pl :– splot skośno-krzyżowy, czyli tkanina wykonana z bawełnianych, mocnych włókien tkanych wzdłuż i poprzeknawet po wielokrotnym praniu zachowuje swoją jakość i proporcje– warto zwrócić uwagę na brzegi chusty, aby były obszyte podwójnie– ponieważ dzieci często ślinią chustę powinna być ona wolna od szkodliwych substancji oraz barwników– dodatkowym atutem jest oznaczony środek chusty– krawędzie w różnych kolorach, ułatwiające odróżnienie ich od siebie nawzajem– chusta wyprana nawet w 60 stopniach nie kurczy się– posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100– chusta ma gwarancję od producenta
– chustę dobieramy do wiązania. Najbardziej uniwersalna jest chusta o długości 4.6 m, ale np. do wiązania „kangurek” będzie za długa
Tutaj poprosiłam również o konsultację moją znajomą fizjoterapeutkę Agnieszkę Słoniowską, do której mam ogromne zaufanie:
„Do końca 6 tygodnia, czyli do końca połogu nosimy tylko do potrzeb dziecka”
Jest to chyba najlepsza odpowiedź jaką usłyszałam.
Kangurek i kieszonka. Dla maluszków bardzo fajnym wiązaniem jest właśnie kangurek.
Prać i wiązać. Najlepsze są tzw. chusty złamane, czyli używane. Magda doradziła mi, żeby zrobić z chusty hamak dla Lilki do zabawy, wtedy będzie idealna, bo włókna się dopasują.
Więcej ciekawych pytań i odpowiedzi znajdziecie tutaj
Zdjęcia z chustami Little frog zrobiliśmy w miejskiej dżungli. Tak dla kontrastu.
A teraz nasze filmy.
Partnerem wpisu jest firma Little frog, która produkuje polskie chusty do noszenia dzieci. Z tej okazji mamy dla Was specjalny rabat na chusty Little frog. Na hasło: nebule10 dostaniecie 10% rabatu. Rabat jest ważny dziś do północy.
Na pierwszym Marta pokazuje wiązanie „Kieszonka” na lalce.
Wydaje się proste prawda? To teraz zobaczcie jak to wygląda na dziecku. To normalne, że dzieci płaczą przy wkładaniu. Nie zrażajcie się tym, to wcale nie znaczy, że dziecko nie chce być zawiązane. Mi pomaga ruszanie się na boki i mruczenie do uszka.
Rytuały – a po co?
Ostatnio spotkałam znajomą pod blokiem. O 21.40 wyrzucałam śmieci, a ona o tej porze była jeszcze ze swoim dzieckiem na placu zabaw. Rzuciłam zdawkowo: „Wy jeszcze nie śpicie?”, „Nieee, on nie chce jeszcze spać! On /niestety/ chodzi spać o 23”. Pomyślałam o moich śpiących od dwóch godzin dzieciach i uśmiechnęłam się sama do siebie.
Przed zajściem w ciążę często prowadzimy mniej lub bardziej regularny tryb życia. Nie chodzimy o stałych porach spać, ani nie jemy kolacji o tej samej godzinie. Zwyczajnie tego nie potrzebujemy! Ale zdarza nam się zajmować te samo miejsce w autobusie lub przy stole. Mamy nawykowe czynności, które następują jedna po drugiej i zupełnie nad tym się nie zastanawiamy. Wyobrażacie sobie zacząć dzień bez filiżanki ulubionej kawy /oczywiście jeżeli ją lubicie/? Cały dzień miałaby zepsuty przez taką błahostkę.
A jak jest z dziećmi? Czy dzieci rzeczywiście potrzebują stałego planu dnia i co się dzieje kiedy rytuały z jakiegoś powodu nie są przestrzegane?
Dużo teraz mówi się o wolności dzieci do decydowania. W większości przypadków takich jak np. zabawa, kolor spodni czy nawet danie na obiad – jestem skłonna pójść na ugodę. Jednak w takich sprawach jak plan dnia- jestem nieugięta i widzę, że każda odmienność powoduje pogorszenie zachowania.
Nie mam z tym problemu, że dziecko płacze, czy jest nie w humorze. Ale zaczęłam zauważać pewną zależność. Zaburzenie stałego rytmu dnia powoduje złość, frustrację oraz niepotrzebny stres.
Oczywiście, pewnie istnieją gdzieś dzieci, które bez rytuałów żyją i mają się bardzo dobrze. Ale jestem pewna, że to wyjątki.
Dzieciom naprawdę potrzebne są rytuały.
Przede wszystkim daje poczucie bezpieczeństwa, które jest ogromnie ważne do prawidłowego rozwoju. Ta przewidywalność pozwala dziecku na zajmowanie się swoimi potrzebami. Nie musi dodatkowo o tym myśleć, bo to do nas należy ten obowiązek. Dzięki nim dzieci uczą się schematów, dzięki którym świat jest bardziej spójny. Już od małego łączy pewne czynności z następującymi po nich.
Zastanówmy się przez chwilę jak my byśmy się czuli gdybyśmy nie wiedzieli co będziemy robić za 15 minut? Ja czułabym się rozdrażniona, zła i obawiałabym się o swoje bezpieczeństwo. Tak samo jest z dziećmi. Dzieci naprawdę muszą wiedzieć co zaraz nastąpi. W innym przypadku będą właśnie rozdrażnione i będą wymagały więcej uwagi niż zawsze. Często takie pogorszenie zachowania obserwujemy na wyjazdach, dlatego za wszelką cenę dbamy o rytuały.
Tworzenie takich rytuałów jest również potrzebne nam- rodzicom, którzy wieczorem również są zmęczeni i czasami mają wszystkiego serdecznie dość. Ja, teraz z dwójką dzieci czasami działam na autopilocie. Wykonuję czynności odruchowo i nie muszę się zastanawiać nad wieloma rzeczami naraz.
Nie ma odgórnych wytycznych jakie to powinny być rytuały, niech każdy sam wypracuje swoje które będą się u nich sprawdzały. U nas najlepiej mają się rytuały poranne i wieczorne. Dzięki nim dzieci wiedzą, co po sobie następuje. Czasami jak my sami się zagapimy to Lilka nam przypomina: „Mamo, a zęby?” Po tylu razach już sama wie co ma robić i mnie upomina. Młodszy, ma dopiero 2 miesiące, a już wchodzi w nasz plan dnia i jest w miarę przewidywalny.
Najważniejsze jest dostosowanie rytuałów do siebie i potrzeb dziecka. Specjalnie nie piszę „dzieci”, bo już widzę pewną zależność. Starszą córkę kąpiel rozbudza i po niej potrzebuje jeszcze długiego czasu na wyciszenie: czytanie lub oglądanie książek. A jak była niemowlakiem to chwilę po kąpieli się bawiła. Młodszy po kąpieli już chce tylko spać.
Najdłużej trwa u nas rytuał wieczorny (ok 1 h). Z roku na rok się zmienia. Te łagodne zmiany podporządkowujemy dzieciom. Na początku Lilka zasypiała na naszym łóżku, później przenosiliśmy ją do jej łóżeczka. Dzieci powinny jednak zasypiać w tym samym miejscu, w którym się budzą – to również buduje poczucie bezpieczeństwa. W końcu, ok drugich urodzin kupiliśmy większe łóżko, z którego jak wiecie nie byłam zadowolona i tylko na nie narzekałam.
Razem z mężem uznaliśmy, że życie jest za krótkie żeby spać na niewygodnym łóżku. Pozbyliśmy się tamtego niedawno i od dwóch miesięcy mamy już takie, które idealnie dopasowało się do naszych potrzeb. Mieszczę się na nim z dwójką dzieci, a to było dla nas bardzo ważne.
Wypatrzyłyście już na Instagramie nasze nowe łoże. To Flexa – bardzo porządne łóżko o wymiarach 90×200 cm. (jakby co to teraz jego cena i innych mebli Flexa jest obniżona o 20%)
Lampka sowa Skip hop
Szklana butelka na wodę Lifefactory
Prześcieradło Fabryka prześcieradeł
Stołek Galeria pogodnych wnętrz
Pościel H&M
Za chwilę połowa lipca, a my spędzamy lato w mieście. Odwiedzamy wszystkie pobliskie place zabaw. Nie chodzimy do żadnych muzeów, galerii, teatrów- te są zarezerwowane na jesień i zimę. Korzystamy z mniej lub bardziej sprzyjającej pogody.
Często jeździmy do Bajki i bawimy się tam do późnego popołudnia.
Niedaleko nas w weekendy na starym dworcu na peronach otwiera się Nocny market. Miejsce bardzo klimatyczne i ciekawe.
Od razu zaznaczę, że nie jest to typowe miejsce dla dzieci, bo dla nich są tam tylko małe kolorowe stoliki. Wkoło jest głośno, gra muzyka, a w powietrzu unoszą się zapachy różnych potraw. Dlaczego lubimy tam chodzić? Bo jest to dość niespotykane aby w jednym miejscu spotkać tyle kuchni na raz.
Możemy spróbować sushi, tajskiego żarcia, specjałów gruzińskich lub zjeść najpyszniejszego hot doga. Przychodzimy tam najczęściej ze znajomymi zjeść coś dobrego. Około 19 zawijamy się do domu, bo na Markecie robi się głośno przez DJ-a. Zawsze coś chwycimy na wynos np. ostatnio popcorn ze słonym karmelem.
Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nasza, nebulowa ekipa tam nie była. Zachęceni brakiem ruchu na warszawskich ulicach wybraliśmy się na warszawski Wawer. Wbrew pozorom to nie jest tak daleko- 14 km z centrum.
Kiedy tylko przekroczyliśmy próg Kury wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu:) Absolutnie wszystko jest dostosowane do potrzeb najmłodszych. W sali oddzielony jest przeszklony pokój zabaw, tak żebyśmy mogli mieć dziecko na oku. Zajęliśmy stolik na zewnątrz, bo Lilka wolała jednak plac zabaw.
Jedzenie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj w tego typu knajpach smaki są poprawne. A tutaj moje podniebienie długo się rozkoszowało kaszą jaglaną, za którą niezbyt przepadam. Tatar ze śledzia- miodzio!
Znów potrzebujemy przewijaka, więc i na to zwróciłam uwagę. W toalecie są nawet dostępne kremy lub chusteczki dla najmłodszych.
Śmiało napiszę, że Kura jest totalnie dostosowana do potrzeb najmłodszych i jeżeli będę chciała się spotkać ze znajomymi, którzy mają dzieci na pewno wybiorę się właśnie tam!
Okres ciążowy już za mną. Powoli porządkuje swoje szafy i pozbywam się przedmiotów, które towarzyszyły mi przez ten szczególny czas. Stworzyłam dziś wpis, w którym pokazuję różne rzeczy, których używałam w ciąży i szczerzę mogę polecić innym przyszłym mamom.
Kolejność jest nieprzypadkowa, zamieściłam zdjęcia w kolejności chronologicznej;)
Ciążowy must have! Używałam go również w poprzedniej ciąży. Sprawdził się znakomicie, dlatego spakowałam go do torby i wrzuciłam do kanciapy żeby czekał na kolejną ciążę. Do czego służy? Ja używałam go przede wszystkim do spania. Na co dzień uwielbiam spać na brzuch, a ta pozycja nie jest jednak wskazana w ciąży.
Poduszka pozwalała mi na wygodne spanie . Górną część kładłam pod głowę, a dolną wkładałam pomiędzy kolana. Na szczęście nie miałam w ciąży bezsenności, a ten kojec ciążowy ułatwiał mi przyjęcie wygodnej pozycji.
Na koniec ciąży kiedy pojawiły się obrzęki na nogach zwijałam poduchę i układałam ją sobie pod stopami tak żeby były wyżej.
Po pierwszej ciąży próbowałam używać tej poduchy przy karmieniu, ale nie sprawdziła nam się.
Poszewka jest zdejmowana do prania, więc ułatwia to użytkowanie.
Dostępna tutaj
Wraz z drugą kreską na teście ciążowym pojawiły się mdłości. Pomagały mi cukierki imbirowe. Miałam je zawsze przy sobie i w razie konieczności zjadałam jeden lub dwa cukierki.
Na szczęście mdłości aż tak bardzo mi nie dokuczały i mogłam sobie z nimi w miarę szybko poradzić. To mój przysmak ciążowy.
Bardzo fajna aplikacja, która tydzień po tygodniu pokazuje jak przebiega ciąża. Chociaż nie miałam problemów z tym żeby przypomnieć sobie, w którym tygodniu jestem to często do niej zaglądałam żeby zobaczyć ile cm ma obecnie dziecko i co u niego się dzieje.
Sporo informacji jest również o zmianach jakie zachodzą w ciele kobiety.
To mój must have ciążowy. Nie przesadzam. Można kupić tę książkę nawet wtedy – kiedy dopiero planujemy ciążę, bo zawiera wiele przydatnych informacji na ten temat. Polecam ją wszystkim moim koleżankom, bo jest to naprawdę rzetelne źródło informacji na temat ciąży. Książka jest napisana przez lekarzy na podstawie najnowszych badań oraz trendów w położnictwie.
Najbardziej mi się podoba, że nie opisuje ciąży tylko i wyłącznie jako wspaniałego stanu. W księdze ciąży są również informacje o problemach ciążowych, komplikacjach oraz sytuacjach kiedy należy niezwłocznie zwrócić się do lekarza. Jest to świetne kompendium wiedzy na temat ciąży i porodu w nurcie, który jest mi bliski.
Polecam ją wszystkim ciężarnym. Możecie ją nawet kupić swojej przyjaciółce w ciąży w prezencie, gwarantuję, że Wam podziękuje. Ach! To jest bardzo ciekawa lektura dla przyszłych ojców, którzy są ciekawi co dzieje się z ich partnerką i czasami pomaga ją zrozumieć (wiadomo o co chodzi).
Pewnie dziwicie się co robi tutaj kiwi. Jedną z najbardziej popularnych dolegliwości w ciąży są zaburzenia perystaltyki jelit, która (jakby to delikatnie ująć) jest za wolna;)
Moja przyjaciółka poleciła mi bardzo prosty i naturalny sposób: zjadanie 2 kiwi dziennie. I tyle – problem minął na zawsze.
Tak żałuję, że na Coolmama trafiłam na sam koniec ciąży, bo z pewnością nosiłabym te ubrania od samego początku. Nie dość, że są bardzo wygodne to wyglądają tak jak lubię. Elegancko z odrobiną luzu. Bluzki i sukienki są tak uszyte, że służą przyszłym mamom w ciąży, a później jeszcze w okresie karmienia piersią (moje ulubione teraz).
Elastyczna tkanina opina lekko brzuch, a po porodzie maskuje niedoskonałości. Genialnie jest rozwiązany dostęp do piersi – w bardzo dyskretny sposób możemy nakarmić malucha. W ubiegłym tygodniu zamówiłam nową bluzkę na lato z tkaniny bambusowej i również jestem zachwycona. Polecam wszystkim mamom:)
Nie wyobrażam sobie życia bez jeansów, naprawdę. W poprzedniej ciąży broniłam się przed nimi jak przed ogniem i do 20 tc. udawałam, że nie mam brzucha i chodziłam w normalnych spodniach (z rozpiętym guzikiem).
Kiedy w końcu kupiłam ciążowe jeansy z panelem odetchnęłam z ulgą. Nie wiedziałam, że są takie wygodne. W tej ciąży brzuch wyskoczył dość szybko. Tym razem się nie męczyłam i na początku drugiego trymestru chodziłam już w spodniach ciążowych.
Trochę za nimi tęsknię, bo brzuch ciążowy mam, ale już nie wypada ich nosić;) Dawno temu wypatrzyłam je, jak nie byłam jeszcze w ciąży i zapisałam sobie nazwę. I kiedy już w końcu byłam „Przemytniczką arbuzów” to zamówiłam sobie 3 t-shirty, w których przechodziłam całą ciążę. Świetne były reakcje ludzi, którzy mnie widzieli w tych bluzkach.
Bardzo fajny pomysł na prezent dla ciężarnej mamy. Podkreślają krągłość brzucha i nie podciągają się jak zwykłe bluzki.
Używałam ich całą ciążę i jestem bardzo zadowolona z efektów. Więcej o nich pisałam tutaj
Używałam go również przed ciążą, używam i teraz. Mój ulubiony! W ciąży moja cera zrobiła się naprawdę piękna – hormony działały, a tuż po niej straciła swój blask oraz pojawiły się niedoskonałości. Ten żel pomógł mi się z nimi uporać. Uwielbiam go i z pewnością kupię następną butelkę (a to mi się raczej nie zdarza).
W ciąży z Lilką kupiłam sobie byle jakie koszule do porodu, bo przecież miały być tylko na poród… A spałam w nich przez następne 15 miesięcy kiedy karmiłam piersią.
Tym razem pomyślałam o tym zdecydowanie wcześniej i zaopatrzyłam się w koszulę, która świetnie pasuje na ciążowy brzuch, jest ok do porodu i później służy przez okres kp, czyli pewnie w moim przypadku będą to 2 lata. Wykonana jest z oddychającej, przemiłej w dotyku tkaniny. Podoba mi się, że zapewnia dyskrecję podczas karmienia. Lubimy się bardzo!
Zdjęcie tytułowe i z arbuzem wykonała Katarzyna Rękawek
Odporność dzieci to zawsze temat na czasie. Za nami pierwszy rok przedszkola. Nie ukrywam, że początek był dla nas bardzo ciężki. Praktycznie co 2 tygodnie przyplątywała się infekcja. Na szczęście były to tylko choroby spowodowane przez wirusy i żadna z nich nie nadkaziła się bakteryjnie. W akcie desperacji kupiłam nawet syrop na odporność z wyciągiem z boczniaka. Niewiele jednak nam pomógł. Dopiero w kwietniu wszystkie choroby nas opuściły. Niedługo znów wrzesień, a my mamy niemowlaka w domu i jak każda mama się martwię.
Dziś rozmawiam z Joanną, prowadzącą bloga www.dietaeliminacyjna.pl, który współtworzy z Instytutem Mikroekologii w Poznaniu na temat alergii i odporności.
Natura zadbała o to żeby dziecko nie przyszło na świat zupełnie bezbronne. Mama, będąc w ciąży przekazuje dziecku przez łożysko zestaw startowy: przeciwciała IgG, które mają chronić je w pierwszym okresie, zanim nie nabierze własnej odporności. Warto wspomnieć, że badania wskazują, że pełną dojrzałość system immunologiczny osiąga dopiero w 12 roku życia. Oczywiście dziecko zaczyna wykształcać swój własny system odpornościowy dużo wcześniej, ale w pierwszych latach życia jest on jeszcze bardzo niedojrzały.
Od narodzin, z biegiem miesięcy dziecko ma coraz więcej własnych przeciwciał, a coraz mniej matczynych. Co nie zmienia faktu, że własne nie tworzą się tak szybko jak ubywa tych od mamy, nawet jeśli karmi piersią. Mówimy wówczas o tzw. okienku immunologicznym.
Bardzo trudno uniknąć infekcji. Niektórzy twierdzą, że to mit, ale prawdą jest, że dziecko aby nabyć odporności musi mieć kontakt z patogenami. Nasz układ immunologiczny działa na zasadzie uczenia się. To właśnie kontakt z patogenami: bakteriami, wirusami stymuluje jego rozwój. Oczywiście choroba niemowlaka to nic miłego i na pewno warto stymulować układ w sposób mniej drastyczny niż narażanie dziecka na infekcje.
Po pierwsze można zadbać o to już wtedy, kiedy dziecko jest w łonie matki, a potem wybierając (jeśli to możliwe) poród naturalny i starając się karmić piersią. Są badania, które pokazują, że jeśli matka przyjmowała probiotyki w 3 trymestrze ciąży to dziecko miało mniejszą szansę na alergię w wieku 5 lat! Mówimy o dzieciach z obciążonym wywiadem alergicznym. Dlaczego mówię o probiotykach?
Ponieważ dochodzimy do tematu mikroflory jelit. Mało kto wie, że jedną z jej głównych funkcji jest właśnie kształtowanie układu immunologicznego człowieka. Rodzaj porodu ma ogromne znaczenie, ponieważ przechodząc przez kanał rodny układ pokarmowy dziecka jest kształtowany bakteriami probiotycznymi co wpływa na prawidłowy jego rozwój.
Ostatnie badania pokazują nawet obecność bakterii probiotycznych w pokarmie matki! To wydaje się niesamowite, ale tak jest. Dlatego pierwsze, co może zrobić mama to zadbać o swoją mikroflorę, a potem postarać się przekazać ją swojemu dziecku.
Jak przekazać taką mikroflorę? Więcej info tutaj
Obecnie przyjmuje się, że jednym z głównych problemów, które mogą powodować problemy z odpornością, a co za tym idzie rozwój alergii, chorób autoimmunologicznych i nawracających infekcji jest nadmierna higienizacja. Wyparzanie, sterylizowanie wszystkiego powoduje, że układ immunologiczny po pierwsze nie ma jak trenować, a po drugie nie ma z kim walczyć.
W efekcie zaczyna atakować albo komórki własnego organizmu (choroby autoimmunologiczne), albo zupełnie niegroźne cząsteczki np. pokarmowe (alergie). Duże spustoszenie sieje też wczesna atybiotykoterapia. Wiadomo, że czasami jest ona niezbędna, ale wtedy szczególnie mocno powinniśmy zadbać o mikroflorę dziecka podając probiotyki. I to nie przez miesiąc, ale dłużej i różne szczepy. W badaniach widać, że mikroflora potrzebuje ponad roku, żeby dojść do równowagi po jednym cyklu antybiotyków!
Tutaj dwa artykuły, które rozszerzają temat:
Brudne dziecko to zdrowe dzieckoBudowanie odporności u dziecka
Tak jak wspomniałam powyżej – lepiej żeby nie było zbyt czysto! Badania pokazały, że znacznie lepszą odporność mają dzieci, które: posiadają rodzeństwo, wychowują się ze zwierzętami i mieszkają na wsi.
Ja tego nie zalecam i nie praktykuję. Oczywiście, czasami trudno mi się było powstrzymać, żeby po jeździe tramwajem nie wyczyścić dziecku rąk płynem antybakteryjnym, ale powstrzymywałam się jak mogłam☺ Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy w domu ktoś jest chory.
Wtedy bezwzględnie należy myć ręce jak najczęściej, starać się, żeby dziecko nie miało kontaktu np. ze szklanką z której piła osoba chora. Wtedy też dobrze jest zwiększyć częstotliwość mycia rąk☺
Pewnie robi tak większość mam;) A przynajmniej przy drugim dziecku, co pokrywałoby się z teorią, że drugie dzieci mają lepszą odporność. Oczywiście, że w pierwszych miesiącach należy dbać o higienę, zwłaszcza aby nie dopuścić do rozwoju chorób ze strony układu pokarmowego.
Ważne, żeby zachować rozsądek. Kiedyś wyczytałam w internecie, że należy co tydzień sterylizować zabawki, albo, że rodzice kupują specjalne lampy odkażające, takie jak są w przychodniach. To zupełnie zbędne i zdecydowanie nie sprzyja kształtowaniu odporności.
Oczywiście, że tak! Dlaczego? Ponieważ odporność płynie z jelit i ze zdrowej mikroflory. W przypadku niemowląt najlepsze jest mleko mamy. Oczywiście nie oznacza to, że dzieci „butelkowe” są źle odżywiane. Jednak nadal nie ma mieszanki, która idealnie „podrobiłaby” kobiecy pokarm.
Dlatego warto w takim przypadku zadbać o rozwój mikroflory dziecka np. podając odpowiednie probiotyki. Nie trzeba chyba wspominać, że w przypadku starszych dzieci dieta ma ogromne znaczenie, a wysokoprzetworzona żywność to nie jest czynnik sprzyjający zdrowym jelitom.
Są badania, które porównują obecność dobrych bakterii jelitowych dzieci z krajów wysoko rozwiniętych i dzieci z krajów uboższych (przepraszam za uogólnienie). Wykazały, że dzieci z krajów biedniejszych mają dużo lepszą mikroflorę ponieważ w ich diecie nie brakuje błonnika, który stanowi główne pożywienie dla bakterii.
Ja w okresie wzmożonych zachorowań stosuję probiotyki. I to nie tylko z popularnymi szczepami Lactobacillus i Bifidobacterium (chociaż są one bardzo ważne), ale także ze szczepami które działają immunostymulująco. Są to na przykład niepatogenne szczepy Escherichia coli. Za wspomaganie układu odpornościowego warto zabrać się wcześniej, żeby sezon przeziębień nas nie zaskoczył.
Tutaj o tym jak wybrać probiotyk, bo to wcale nie takie łatwe☺ Co to są probiotyki i jak je stosować?
Dziękuję za rozmowę
w internecie pełno jest zabawnych obrazków na temat macierzyństwa. Ostatnio trafiłam na mem na temat mrożonej (zimnej) kawy, a właściwie przepisu na nią.
#nieśmieszne
Nie lubię zimnej kawy, dlatego w takiej sytuacji robię sobie nową i (zazwyczaj) udaje mi się wypić ją ciepłą. Wszystko zależy od podejścia. Mi (na szczęście) macierzyństwo po raz drugi poprzestawiało sporo w głowie.
Pamiętacie mój wpis o wiosce? Powstał w czasie połogu – niezbyt przyjemnego czasu dla kobiety. W naszych organizmach na raz dzieje się wtedy tyle zmian, że jest to szczególny okres. Mimo tego, że mamy malutkie dziecko pod opieką to i same takiej wymagamy.
Nie będę ściemniać, bo każda z nas wie jak się czuje i wygląda w tym czasie. Akurat w dresach nie chodziłam, bo nie lubię, ale były dni, że sama wystraszyłam się swojego odbicia w lustrze (nie przesadzam). Na szczęście osoby z mojego bliskiego otoczenia widziały co się ze mną dzieje i oferowały różną pomoc. Dodam, że wcale nie było ze mną TAK źle, można powiedzieć, że raczej średnio.
Któregoś dnia kiedy moja kawa wystygła, a ja jeszcze w piżamie o 14 usiadłam na podłodze w przedpokoju z płaczącym Julkiem na rękach, spojrzałam na swoje zmęczone lico w lustrze i postanowiłam, że tak nie będzie. Chciałam czuć się dobrze sama ze sobą i w tym momencie urodziła się we mnie kobieta. Nie tylko matka i żona.
Jak tylko syn zasnął, wywaliłam wszystkie ciuchy z szafy na podłogę. Znacie ten stan po porodzie, kiedy ciuchy ciążowe są za duże, a przedporodowe wciąż dużo za małe? Usiadłam przy kompie, zamówiłam pakę ubrań na rozmiar 40 – bez mrugnięcia okiem klikałam i kupowałam.
Spakowałam je do kartonu i wyniosłam do kanciapy. Może kiedyś będą dobre, a może i nie?
Na drugi dzień poszłam do kosmetyczki żeby doprowadziła moje brwi do względnego porządku. Akurat tak się złożyło, że nie miałam z kim zostawić Julka, więc poszłam z nim. Zasnął, a ja spokojnie mogłam poddać się sprawnym dłoniom mojej kosmetyczki.
Kiedy tylko się położyłam syn zaczął się wiercić w wózku. Druga Pani kosmetyczka miała akurat wolne i tylko cicho powiedziała, że go pobuja. Ja tak leżałam może 10 min, może 7 i sobie myślałam, że w tej całej relacji ja jestem bardzo ważna i muszę zadbać też o siebie, a nie tylko o wszystkich wkoło.
Wróciłam do domu, napisałam do mojej znajomej Justyny – fotograf, że nie mam ani jednego ładnego zdjęcia z dziećmi i czy by mi nie zrobiła. Napisała, że super, pewnie! Następna szybka wiadomość do mojej kuzynki- wizażystki. „Proszę, umaluj mnie pięknie”. Kiedy już przyszedł ten dzień pomalowałam pierwszy raz od 2 miesięcy paznokcie, wyprostowałam włosy, Monika dokleiła mi rzęsy i zrobiła piękny makijaż. Tego dnia czułam się najlepiej od samego porodu. Justyna zrobiła mi dosłownie kilka zdjęć, a ja sama dorobiłam sobie telefonem chyba ze 100.
Jeszcze tego samego dnia Justyna pisze do mnie: „Ania, wyretuszować Ci brzuch na zdjęciach?” Szybko odpisałam: „Nie, niech tak będzie, przecież miesiąc temu urodziłam i to normalne, że mam brzuch”.
Od tamtej pory, każdego dnia urywam sobie trochę życia dla siebie. Tylko dla mnie. To ważne. I (już) nie czuję się z tym źle i nie mam wyrzutów sumienia, że jestem trochę egoistką.
A tu zdjęcia zrobione przez Justynę z Fabryki przygody
Chusta Hoppediz tutaj