kontakt i współpraca
Jak pewnie zdążyliście już zauważyć wybraliśmy dość mało popularny kierunek na wakacje. Pod zdjęciami na moim profilu na Instagramie codziennie pojawiają się takie komentarze:
„Nie planowaliśmy wakacji na Węgrzech, ale po Twojej relacji na Instagramie nabraliśmy ochoty. Czy możesz zrobić wpis na ten temat?”
Proszę bardzo! Mam zamiar napisać nawet kilka postów o naszej podróży, bo jeden mógłby zawierać nawet 320 zdjęć i opisów.
W tym kraju, który kojarzy się nam z wakacjami w PRL-u jesteśmy któryś już raz. Zanim pojawiły się nasze dzieci przyjeżdżaliśmy na balety głównie do Budapesztu. Kiedy nasza rodzina się powiększyła wybraliśmy się tutaj z 11-miesięczną Lilką. Spędziliśmy 10 dni w Egerze i bawiliśmy się znakomicie.
Muszę również wspomnieć, że mój mąż jest hungarystą i mieszkał tutaj kilka lat. Dlatego nasz stosunek do tego kraju i jego kultury jest bardziej emocjonalny niż typowego Kowalskiego.
Kiedy ktoś mnie pytał, gdzie się wybieramy na wakacje i ja od razu odpowiadałam, że na Węgry to widziałam pewne zaskoczenie. Zdaję sobie sprawę, że w dobie wszechobecnego all-inclusive jest to dość niedoceniany kierunek.
Dlatego chcę to odczarować i pokazać Wam, dlaczego warto się tu wybrać!
Węgry są naprawdę blisko Polski i łatwo przejedziecie tę trasę autem. My zatrzymaliśmy się u dziadków w Rzeszowie, a później przejechaliśmy resztę trasy w 5 godzin. Każdy znajdzie jakąś strategię na swoich małoletnich pasażerów by uniknąć nieodłącznego „a mamusiu, a czy już jesteśmy”? Drzemka, popas, obiad, drzemka i gotowe. Z Krakowa da się tę trasę zrobić jeszcze szybciej.
Jest to według mnie optymalna odległość – aż tak bardzo się jej nie odczuwa. Zawsze też możecie tu przylecieć samolotem. Lot z Warszawy trwa jedynie godzinę a z Krakowa pół! (z Warszawy lata Wizzair). My wolimy jednak podróż samochodem, bo na miejscu dużo się przemieszczamy.
taaak, tu jest zdecydowanie cieplej niż w Polsce. Koleżanki właśnie wysyłają mi zdjęcia padającego śniegu w Polsce, a tutaj jest dziś 16 stopni i świeci słońce. Zawsze jest tu cieplej o jakieś 8-9 stopni (a często tyle wystarczy, aby rzucić w kąt znienawidzone czapki, szaliki i miesiąc wcześniej niż u nas spędzać całe dnie na zewnątrz).
Klimat jest podobny jak w Polsce, czyli nawet jak jest gorąco to powietrze nie jest wilgotne (tak jak na Kubie). Trzy lata temu jak byliśmy tu z małą Lilką w sierpniu to było nawet 36 stopni! Całe dnie siedzieliśmy w wodzie i było fajnie. Mąż preferował wtedy chłodzić się w wodzie o temperaturze 37 stopni.
Węgrzy to chyba jedyny naród, który lubi Polaków! We wszystkich innych krajach dostajemy różne łatki… A tutaj? Często można usłyszeć: magyar lengyel ket jo barat, egyutt harcol ‘s issza borat… Jak wpadniesz w kłopoty czym prędzej po prostu zacznij recytować: Polak Węgier dwa bratanki… i już twój interlokutor jest kupiony i mimo iż nie macie jak się dogadać – przychyli ci nieba.
Węgrzy uwielbiają dzieci, codziennie ktoś się do nas tu uśmiecha. A jeżeli już zobaczą pulchnego bobaska ze złotymi włosami (Junior) to macie gwarantowaną sympatię! Uwielbiam to, że na termach spotykamy głównie osoby starsze, które spędzają tutaj całe dnie. Szkoda, że nie jest tak u nas. W dni ustawowo wolne od pracy w Polsce spotkacie na Węgrzech dużo Polaków.
uwielbiam węgierskie jedzenie i chociaż nie należy do najzdrowszych na świecie to właśnie jest moja ulubiona kuchnia. Zupa rybna, naleśniki a la Gundel, langos, kurtoskalacs, pogacse, panierowane pieczarki, kalafiory czy ser, zupa gulaszowa, galuszki (kluseczki), kiszonki (oni kiszą wszystko! nawet arbuza) i dużo dużo więcej – za wyjątkiem placków po węgiersku! To jest absolutnie polski wynalazek!
Kuchnia węgierska od pewnego czasu bardzo ewoluowała i na gastronomicznej mapie Węgier znajdziecie całe mnóstwo restauracji, które potrafią przyrządzić te z pozoru ciężkie potrawy na lżejszą i pyszniejszą nutę. Natomiast tradycyjne węgierskie restauracje to wciąż kuchnia tłustsza niż słonina u dziadka, pikantna (choć mąż usilnie twierdzi że po prostu odpowiednio doprawiona) no i te porcje… polska babcia feederka nie ma szans.
Nie wierzycie? No to niech wam stanie przed oczami kotlet schabowy wielkości talerza pod którym to znajdziecie pół talerza ryżu a drugie pół opiekanych ziemniaków. Nie-do-prze-je-dze-nia!
A – tylko pamiętajcie o napiwkach, w przeciwieństwie do Polski – to nawet za komuny ludzie – jak to południowcy – z restauracji korzystali – więc ta tradycja nigdy nie umarła. Wręcz przeciwnie, na Węgrzech kelner to zawód.
Nie tak jak u nas gdzie każdy traktuje to jak poślednie zajęcie dla studenta gotowego pracować za minimalną póki szybciutko nie złapie czegoś intratniejszego. Tutaj często spotkacie 50 letniego obera, któremu całe życie doświadczenia pozwala zapamiętać zamówienie wszystkich gości przy stole bez zapisywania i który z gracją i znawstwem zapewni wam miły czas. Tak że 10% i wyżej (mąż mówi że nie wie czy teraz – ale kiedyś nawet kelnerzy płacili podatek od domniemanych napiwków!)
na Węgrzech ceny są dość przyzwoite, a nawet niższe niż w Polsce: pyszne cappucino w kawiarni kosztuje 500 forintów (7,5 złotego) a duże ciacho 800 (około 11 zeta) w zasadzie wszystko jest tańsze, oprócz książek, ale węgierskie lektury możecie sobie pewnie dozować. Oczywiście wszystko zależy od miejsca i budżetu jakim dysponujecie.
zapomnijcie o Toruniu. Na Węgrzech mam wrażenie gdziekolwiek by nie zacząć wiercić dziury – wypływają z nich wody termalne. W Budapeszcie jest na Dunaju Wyspa Małgorzaty – nawet to iż byli na wyspie na środku rzeki nie powstrzymało skubańców – wywiercili dziurę w glebie i co? Są termy? No raczej!
Lubimy jeździć na wakacje przed sezonem, by uniknąć tłumów i upałów, podczas takiej majówki na Krecie z 8 miesięczną Lilą mąż dostał olśnienia – właściwie dlaczego fruwać na all-inclusive? Ryzykować czy aby na pewno pogoda pozwoli zdjąć koszulkę na plaży? Głowić się czy Lila może w tym lodowatym jeszcze morzu chlupać się 15 minut czy 20 – skoro można przecież na pewniaka leżeć calutki dzień w ciepłej wodzie na termach.
Na Węgrzech prawie każdym mieście znajdziesz „thermal furdo” czyli baseny termalne. Chodzimy na nie na całe dnie! Idealne miejsce dla wszelkich nie odrośniętych od ziemi szkrabów. Woda po pas, temperatura jak ze stanu podgorączkowego – brzdąc może calutki dzień zarabiać na swoje odmoczki a sinej wargi nie zobaczysz choćby na zewnątrz basenu leżał śnieg.
Nie wspominając iż są to wody lecznicze, w których warto wygrzać utrudzone kości i wyleczyć się przy okazji z doskwierających nam rodzicielskich dolegliwości. Ceny również są przyzwoite, bo np. dziś za cały dzień pobytu naszej rodziny zapłaciliśmy niecałe 50 zł.
mąż mówi, że dawniej na Węgrzech też były bramki, różne firmy i różne opłaty, aż pewnego dnia państwo pogoniło całe to towarzystwo. Wykupili te wszystkie drogi i ujednolicili opłatę. Za miesięczną winietę zapłaciliśmy jakieś 65 złotych i hulaj dusza piekła nie ma – można jeździć ile się zapragnie. Mapka najlepiej pokaże że w każdym kierunku jest autostrada:
Co czyni z Węgier także dogodną noclegownię na popas w drodze na południe Europy. Uważajcie tylko żeby was nie wciągnęło…
Winietę łatwo i prosto można kupić z waszego wygodnego fotela. Wasz numer rejestracyjny po dokonaniu opłaty trafia do systemu i nie trzeba się trudzić żadnymi niemożliwymi potem do zdrapania z szyby naklejkami. Tu zresztą macie link z dokładną instrukcją:
ZAKUP WINIETY WĘGRY
jak ktoś lubi, to wie że znajdzie tu wszystko, do tego w nienachalnych cenach. Turyści winni, mogą na własnej skórze doświadczyć jak szybko po upadku komunizmu i wiążącej się z nim kolektywizacji można podnieść do skali światowej kilkadziesiąt lat zaniedbań i produkcji na ilość.
Turyści niewinni – niech choć spróbują do słodkiego deseru kieliszek płynnego węgierskiego złota z Tokaju. Tylko i wyłącznie po to istnieją słodkie wina – by uzupełniać lub wręcz nawet zastąpić deser. Natomiast jeśli ktoś nie lubi wina – i tak jest w raju – Węgrzy pomieszają wam w słoneczny dzień w przeróżnych proporcjach białe wino z wodą mineralną – alkohol zrobi swoje a bąbelki uderzą do głowy. Czerwone wino choć w to nie uwierzycie podadzą wam z… coca-colą.
Ten przysmak musicie sami upolować w spożywczaku. Podpowiem tylko że ten pierwszy prawdziwy oryginalny ma opakowanie w czerwone grochy
czyli elderflower – czyli bez.
W każdej postaci, jako syrop do wody, jako syrop do mineralnej – tu wciąż można kupić wodę w syfonie! Są tu Ice-Tea o smaku bodzy jest niebieskiego koloru bodzowa Fanta, bezalkoholowe piwa i radlery z bodzą, alkoholowe piwa i radlery z bodzą, cydr o smaku bodzy, lemoniada z bodzy – pomyśl o czymś mokrym, wilgotnym odświeżającym – na pewno dostaniesz to z bodzą.
Na gorące popołudnia lub ciężkie poranki mąż leczy się białym winem rozcieńczonym mineralną z paroma kroplami syropu z bodzy oraz listkiem mięty…
Budapest
Miskolc i okolice
Debreczyn i Nyíregyháza
Malownicza objazdówka przez Węgry
A na koniec 10 słów żeby wam ułatwić googlowanie w poszukiwaniu wymarzonej miejscówki:
Etterem [yjtterem] – restauracja
Gyerek [dierek] – dziecko
Jatszoter [jatsotyjr] – plac zabaw
Fogylalt [fodźlolt] – lody
Szalloda [sallouda] – hotel
Bor [tu wyjątkowo łatwo – bor]– wino
Furdo [firdy] – termy
Bodza [bodza] – bez
Galuska [goluszka] – lane kluski
Viz [wiiz] – woda (gazmentes – niegazowana)
A żeby dzieci z głodu nie umarły jak nic nie będziecie rozumieć z menu to na ratunek jedno bardzo proste słowo:
Hasabburgonya [hoszabburgońo] – frytki
Żeby nie być gołosłowną dołączam kilkanaście fotek. Więcej pojawi się we wpisach odnośnie konkretnych miejsc, które odwiedziliśmy.
Już nie raz i nie dwa pisałam Wam, że nie przepadam z salami zabaw. Więcej: tutaj Dlaczego wolę zabrać dziecko do muzeum niż na kulki? Moje stanowisko w tej sprawie się nie zmieniło. Jednak odkryłam dwa miejsca, które są absolutnie genialne i bez wahania zabieram tam dzieci (4,5-latkę i roczniaka). O jednym już pisałam Klockownia. Kto jeszcze nie był w Klockowni to niech koniecznie się wybierze.
A dziś o tym drugim, bliskim mojemu sercu. W Warszawie powstała niedawno (chyba jedyna w Polsce) bawialnia edukacyjna w stylu Montessori.
Specjalnie piszę „w stylu”, bo jednak aby była zgodna w pełni z pedagogiką Marii Montessori to musiałaby spełniać kilkanaście warunków, których nie da się zrealizować w ciągu godziny. Jednak, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, że takie miejsce powstało w Warszawie i mam nadzieje, że będzie ich więcej.
Umówiłam się tam z moją przyjaciółką i dwójką jej dzieci w czwartkowe przedpołudnie. Byłam bardzo ciekawa i jechałam tam z wielką nadzieją.
To miejsce, które powstało z pasji. Widać to na każdym kroku – przepiękne pomoce, przystosowane otoczenie i przede wszystkim podejście do dziecka oraz rodzica. Nasze dzieci spędziły tam naprawdę świetny czas. Lilka 40 minut pracowała w kąciku wodnym, a później zajęła się innymi rzeczami. Julian również znalazł tam interesujące pomoce dla siebie. Warto się tam wybrać żeby nawet zobaczyć i się przekonać (lub też nie).
Bawialnia znajduje się w niedużym lokalu i na raz może tam przebywać maksymalnie 6 dzieci. Wynika to przede wszystkim z szacunku do pracy dzieci. Kiedy jest ich więcej… zaczyna się chaos. Pani Kasia jest niezwykle pomocna, można zadawać jej pytania, prezentuje również pomoce oraz zajmuje się utrzymaniem porządku.
Przed wizytą najlepiej jest napisać lub zadzwonić do Pani Kasi i zapytać ile dzieci w danym czasie będzie przebywać w bawialni. Kiedy jest ich za dużo to dzieci nie skorzystają i będą się tylko irytować.
W Salawamama odbywają się również zorganizowane zajęcia – warto się dowiedzieć.
Muszę jeszcze napisać dwie ważne sprawy: nie warto tam zabierać dziecka zmęczonego, głodnego itd. będzie tylko się irytować i nie skorzysta w ogóle z pomocy. Na miejscu nie można kupić przekąsek, więc weźcie coś z domu. Rodzice mogą zamówić kawę lub herbatę.
Druga sprawa: czas – niektóre dzieci już nawet po godzinie mogą mieć dość i jest to zupełnie normalne zjawisko, bo ich koncentracja uwagi się skończy.
Sami zobaczcie jakie świetne są pomoce. Jeżeli coś Wam wybitnie się spodoba to piszcie, spróbuję podać nazwę skąd pochodzi dana rzecz;)
Myślę, że taka sala zabaw jest świetną alternatywą dla typowych pstrokatych i plastikowych bawialni. Dziecko ma okazję obcowania z równymi materiałami. Przy okazji rodzic może zobaczyć jak dziecko odnajduje się takich warunkach.
Salawamamę mogą też odwiedzać dzieci, które przygotowują się do adaptacji przedszkolnej. To świetny pomysł żeby w taki sposób powoli wkraczać w grupę dzieci z rodzicem u boku.
Strona bawialni znajduje się TUTAJ
Adres: Grzymalitów 11 m 15 A
Gdyby 5 lat temu ktoś zapytałby mnie czy zamierzam podać mojemu pierwszemu dziecku smoczek, zrobiłabym wielkie oczy i odpowiedziałabym głośne i stanowcze: „Nie, przecież stosowanie smoczka powoduje wady wymowy!” Nie chciałam aby moja córka miała w ustach kawałek gumy i plastiku. Wtedy wiedziałam, że zrobię wszystko aby nie podawać dziecku smoka.
Kiedy ponad 3 lata później byłam w następnej ciąży wiedziałam, że smoczek będzie naszym przyjacielem. Co się zmieniło w ciągu tych kilku lat?
Jak wiecie jestem z wykształcenia logopedą. Jednak w momencie kiedy zostałam mamą trochę inaczej patrzę na wiedzę teoretyczną, która wkuwałam przez 5 lat studiów magisterskich.
Jeżeli zapytacie dietetyka, czy cukier szkodzi. Odpowie bez wahania ” Tak, szkodzi!”Jeżeli zapytacie stomatologa, czy używać past z fluorem. Z pewnością odpowie „Tak, używać”Jeżeli zapytacie pediatrę, czy szczepić dzieci. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem odpowie: „Tak, szczepić”Jeżeli zapytacie fizjoterapeutę, czy leżaczki szkodzą. Odpowie: ” Tak, szkodzą”Jeżeli zapytacie logopedę, czy smoczki szkodzą i przyczyniają się do wad wymowy. Odpowie: „Tak, smoczki przyczyniają się do wad wymowy.”
Jeżeli zapytacie dietetyka, czy cukier szkodzi. Odpowie bez wahania ” Tak, szkodzi!”
Jeżeli zapytacie stomatologa, czy używać past z fluorem. Z pewnością odpowie „Tak, używać”
Jeżeli zapytacie pediatrę, czy szczepić dzieci. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem odpowie: „Tak, szczepić”
Jeżeli zapytacie fizjoterapeutę, czy leżaczki szkodzą. Odpowie: ” Tak, szkodzą”
Jeżeli zapytacie logopedę, czy smoczki szkodzą i przyczyniają się do wad wymowy. Odpowie: „Tak, smoczki przyczyniają się do wad wymowy.”
Przed moją pierwszą ciążą również postrzegałam wiele rad właśnie w takich kategoriach: czarne – białe, można – nie można, stosować – nie stosować itd. Jednak kiedy w końcu problem dotknął mnie osobiście, najzwyczajniej w świecie … ZMIENIŁAM ZDANIE.
W mojej pierwszej wyprawce nawet nie było smoczka. Nie kupiłam go i wcale nie zamierzałam. Nie mogłam patrzeć na dzieci ze smoczkami w buzi. Taki widok był dla mnie wręcz obrzydliwy. Dziwiłam się nawet mamom, które świadomie decydowały się na podanie smoczka.
Pierwsze miesiące z córką były naprawdę trudne. Ona non stop płakała. W końcu mąż zaproponował, żebyśmy kupili smoczek. Poczułam się tak jakbym dostała w twarz. Kawałek gumy miał spowodować, że przestanie płakać. Myślałam, że nie daję rady jako matka.
Kiedy kupiliśmy go i mąż próbował jej podać to ja w tym czasie sama płakałam w drugim pokoju. Czułam, że poniosłam porażkę i robię dziecku krzywdę.
Około 4 miesiąca zaczęła ssać kciuk i wtedy już wiedziałam, że jednak smoczek będzie przydatny (pisałam o tym Ssanie kciuka). Z bólem serca sama jej go kupiłam. Jednak wiedziałam, że wybieram mniejsze zło. Tym razem córka polubiła ten kawałek gumy i plastiku. Oczywiście miałam wyrzuty sumienia, jednak wiedziałam, że to dla jej dobra.
Nadal nie przepadałam za widokiem smoczka w jej słodkiej buzi. Nawet nie robiłam jej żadnych zdjęć kiedy miała go w ustach (a było to bardzo rzadko – do usypiania w samochodzie, wózku lub nosidle). Używaliśmy go naprawdę rzadko i tylko w trudnych sytuacjach.
W sumie w ciągu dnia było to może 10 minut dziennie (razem). Kiedy zasypiała od razu go wypluwała, a kiedy płakała starałam się inaczej ją uspokoić. Naprawdę używaliśmy go bardzo rzadko. Nigdy nie zdarzyło się tak żebym włożyła go jej do buzi kiedy nie spała i była radosna.
Mimo tego, że karmiłam naturalnie do 15 m.ż, mleko z butelki podałam może 5 razy, smoczka używaliśmy bardzo mało i to przez pół roku, nigdy nie nakarmiłam córki papką i od początku rozszerzałam dietę metodą BLW to…
Przyczyn wad wymowy oraz zgryzu jest wiele i tak naprawdę na wszystko nie mamy wpływu np. na warunki anatomiczne lub czynniki genetyczne. Oczywiście warto stosować się do rad specjalistów, jednak trzeba to robić z głową.
Kiedy byłam w ciąży z Juniorem uznałam, że smoczek nie jest taki straszny i naprawdę pomaga w wielu sytuacjach. Przyznam szczerze, że byłam też lekko przerażona sytuacją kiedy mam drugie, starsze dziecko i noworodka, który ciągle płacze. Stwierdziłam, że smoczek może nam pomóc i kupiłam go już będąc w ciąży.
Jak tylko moja laktacja się ustabilizowała – podałam Juniorowi smoczek. Jednak on go nie chciał i wypluwał. Na rynku jest teraz dostępnych mnóstwo modeli (wykonanych z różnych tworzyw oraz w różnych kształtach), więc uznałam, że widocznie ten smoczek mu nie odpowiada i kupiłam inny. Tamten też mu nie przypadł do gustu, dopiero 6 smoczek spodobał się Juniorowi i lekko go zasysał.
Uznałam, że smoczek (jak zresztą wszystkie inne udogodnienia dla dzieci) używany w rozsądnych ilościach nie zrobi mu krzywdy.
SSANIE ODŻYWCZE, które ma za zadanie pobieranie pokarmu z piersi. To właśnie wtedy dziecko wykonuje najcięższą pracę językiem i ćwiczy bardzo intensywnie mięśnie aparatu artykulacyjnego. Ten sposób ssania ma działanie profilaktyczne przed wadami wymowy.
Dzieci, które są karmione naturalnie statystycznie mają mniej problemów logopedycznych w przyszłości dlatego, że praca jaką wykonują ich aparaty artykulacyjne podczas ssania odżywczego jest bardzo intensywna. Język uniesiony jest ku górze, a mięśnie artykulatorów są napięte. Co ciekawe dzieci NIGDY nie będą ssały smoczka właśnie w taki sposób.
SSANIE NIEODŻYWCZE, które ma zupełnie inny wzorzec ruchu, następuje często przed ssaniem odżywczym lub po. Najprościej mówiąc: nie słyszymy wówczas intensywnego połykania, oraz nie widać tak mocnego napięcia artykulatorów jak przy ssaniu odżywczym. Czasami zdarza się tak, że jeszcze podczas ssania nieodżywczego leci jeszcze mleko, ale zazwyczaj jest go mniej.
Zazwyczaj mamy mówią, że dzieci memłają, zasypiają z piersią w buzi i często żalą się, że trwa to nawet kilka godzin. Takie długie ssanie powoduje pobudzanie piersi do produkcji mleka w przyszłości. U nas było to zauważalne przed skokami rozwojowymi aby zapewnić większą produkcję pokarmu w tym okresie.
Jeden i drugi wzorzec ssania ma również funkcje uspokajające dla dziecka. Dlatego nie wolno dzieciom jej odmawiać, jeżeli mają taką potrzebę. Z czasem odruch ssanie słabnie i często dzieci mają mniejszą potrzebę.
Jak widzicie jest możliwe rozsądne używanie smoczka uspokajacza. Pamiętajcie, że często dzieci płaczą też z nudów i warto wtedy zrobić z dzieckiem coś ciekawego, a nie wkładać do buzi smoczek.
Zapraszam po Książki dla najmłodszych wspierające rozwój mowy.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij poniżej i podziel się nim ze znajomymi:
Dziś pokażę Wam moje małe przyjemności, które w ostatnim czasie wprawiają mnie w dobry humor. Na moim blogu bardzo często pojawiają się rzeczy dla dzieci, a dziś chciałabym Wam polecić kilka fajnych rzeczy, których ostatnio używam.
Nie lubię kiedy mamy mówią: „W końcu matce też się należy” dlatego będę Was napastować o dbanie o siebie. Kiedyś na blogu były cykl miesięczny z takimi propozycjami – jadnak po narodzinach Julka lekko o nim zapomniałam. Mam chęć do nich wrócić.
1. W moim zestawieniu najlepszych seriali nie było „Wielkich kłamstewek”, bo dopiero wchodził na ekrany. Jest to serial genialny, trzymający w napięciu i przyprawiający o ciarki na karku.
Całość jest absolutnym majsterszykiem i mam nadzieję na kolejne sezony. Kto jeszcze nie widział? Serial zrobił na mnie takie wrażenie, że sama piosenka z czołówki (Michael Kiwanuka) wprawia mnie w niesamowity nastrój. A o czym jest? O życiu matek, tajemnicach i idealnych (na pozór) rodzinach
2. Matowe pomadki w natarciu – uwielbiam taką formę, bo nie rozmazuje się na ustach i nie zostawia śladów. Nowość od Lancome Matte Shaker
3. Chipie Joseph Antracite – moje ulubione obuwie wiosenno-letnie. To moja trzecia para i absolutny must have spacerowy. Wyglądają jak zwykłe trampki, a noszą się wspaniale (nawet bez skarpetek) i do tego pachną gumą balonową.
Lubię je za to, że dobrze wyglądają do jeansów i marynarki lub letniej sukienki. Piorę je w pralce przynajmniej raz na tydzień i tylko nabierają fajnego, wypranego wyglądu. Pamiętajcie tylko, żeby zamawiać o rozmiar większe niż nosicie, bo numeracja jest zaniżona.
4. Pomada Hagi z olejem z rokitnika znów jest dostępna. Bardzo fajny, wszechstronny produkt. To mój ulubiony zapach – ma w sobie energię. Trochę ubolewam, że nie ma mniejszej, kieszonkowej wersji i pomada stoi na codzień w łazience.
5. Moja nowa torba Gwen od Mammania. Znudziły mi się typowe torby wózkowe i zapragnęłam mieć coś bardziej eleganckiego. Ta torba jest wprost idealna. Chodzę z nią codziennie.
Nie muszę przepakowywać się kiedy wychodzę sama bez dzieci. Nie jest zbyt duża, ale w środku bardzo pakowna i ma odpowiednio dużo przegródek (nawet kieszeń termoizolacyjną). Uwielbiam ją za nieoczywisty charakter. Są też inne kolory.
6. Zestaw startowy Semilac do robienia hybrydowych paznokci. Moja kuzynka zrobiła mi taki manikiur dwa razy i się zakochałam. Aaaa, no i specjalnie kupiłam najpiękniejszy kolor lakieru ever – Bisquit.
Wiem, że już wszyscy wypróbowali tego typu manikiuru w domu… A ja dopiero teraz;) Dostałam ten zestaw od męża i zamierzam go używać. Dam znać czy się sprawdzi.
7. Kolekcja dla mam i córek od Mohito od ubiegłego tygodnia jest w sklepach, a ja wciąż nie mogę się zdecydować co kupić mi i Lilce. Fajne, proste zestawy w rozmiarach dla mamy i córki.
8. Nowa książka Małgosi Musiał z dobrarelacja.pl musi stanąć na mojej półce. Treści tej autorki są bliskie mojemu rodzicielskiemu sercu i wiem, że pomogą szczególnie w trudnych chwilach. TUTAJ
„Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny Najważniejsza jest relacja z dzieckiem słyszą zewsząd rodzice. Ale jak ją pielęgnować, kiedy rano trzeba szybko wyjść do szkoły albo kiedy rodzeństwo zaczyna kłótnie o zabawki Jak zadbać o potrzeby całej rodziny, jeśli każdy ma inne oczekiwania, a doba tylko dwadzieścia cztery godziny „
9. Jestem bardzo ciekawa tych nowych pomadek do ust od Clinique Crayola, które są zainspirowane popularnymi na całym świecie kredkami. Uwielbiam takie soczyste kolory na ustach i z pewnością coś zamówię na lato.
10. Nowa książka Jesera Juula „Rodzic jako przywódca stada” TUTAJ Kolejną książka tego autora, którą chcę przeczytać.
„Cała władza w rodzinie należy do rodziców. Dzieci potrzebują przywództwa, ponieważ brakuje im jeszcze doświadczenia i siły wewnętrznej, żeby samemu decydować o sobie. Jak jednak korzystać z władzy rodzicielskiej, żeby nie ranić dziecięcych uczuć i nie naruszać ich granic?”
To moje ostatnie odkrycia.
Klocki magnetyczne zawładnęły naszym domem. Bawimy się wszyscy: 11-miesięczny Jul, 4,5-letnia Lilka, no i my – rodzice (trochę starsi). Już nie pamiętam żeby jakaś zabawka na tak długo pochłonęła nas w całości. Jeżeli jeszcze ich nie znacie to koniecznie sprawdźcie, ale muszę Was ostrzec, że uzależniają!
Przyznam Wam, że zabawki również kupuję dla siebie. To ja siedzę często godzinami na podłodze i zabawiam towarzystwo, dlatego kupuję je pod tym kątem. Tak było z tymi klockami magnetycznymi.
Miałam już kupiony prezent dla Lilki na Gwiazdkę, jednak w ostatniej chwili wpadły mi do rąk właśnie one – klocki magnetyczne Magformers. Obejrzałam kilka filmików na youtube na ich temat i stwierdziłam, że to jest to – jeszcze je dokupię. Cena, może nie jest na każdą kieszeń, ale uznałam, że później będą dla Jula, więc to zabawka na lata.
Po Wigilii nie tylko Lilka się nimi bawiła, a również: dwóch 11-latków, 15-latek i 18-latek. Kiedy w końcu się od nich oderwali, mogłam w końcu je przetestować.
Nasz zachwyt trwa do dziś, dlatego chcę je Wam dziś pokazać.
Często dostaję od Was pytania:„Ania, poleć coś ekstra na prezent dla 4-latka”„Znasz jakieś fajne klocki dla 2-latka?”„Aniu, a jakie zabawki w podróży?itd.Od grudnia mam tylko jedną odpowiedź.„A znasz klocki magnetyczne Magformers?”
Często dostaję od Was pytania:
„Ania, poleć coś ekstra na prezent dla 4-latka”
„Znasz jakieś fajne klocki dla 2-latka?”
„Aniu, a jakie zabawki w podróży?
itd.
Od grudnia mam tylko jedną odpowiedź.
„A znasz klocki magnetyczne Magformers?”
Jako, że są takie świetne postanowiłam sprawdzić również inne zestawy: tematyczny z księżniczkami oraz dla mniejszych dzieci.
Każdy z nich jest rewelacyjny i można je kupować w ciemno.
Pierwszy zestaw, który kupiłam Lilce w grudniu to 62 elementy klasyczne TUTAJ Na sam początek już dla 3-latka wystarczy w zupełności.
Ostatnio dołączył zestaw typowo dziewczęcy z motywem księżniczek TUTAJ. Klocki magnetyczne można układać wg intrukcji lub budować wg swojego pomysłu.
Zawiera ruchome elementy do zabaw tematycznych, czyli obracaną księżniczkę, otwierane drzwi i okna. Moja czterolatka jest nim zachwycona.
dla młodszych dzieci i z myślą o Julku zamówiłam zestaw startowy TUTAJ Pudełko wyglądało bardzo niepozornie, a jak je otworzyliśmy to bawiliśmy się nimi całe popołudnie. Lilka układała ten zestaw, który niby jest od 18 m.ż.
Znajdziecie tam GENIALNE plansze do dopasowywania klocków. Dzieci nie dość, że będę uczyły się kolorów to i jeszcze kształtów. Dla maluchów jest niewiele tak fajnych zabawek i warto się im przyjrzeć bliżej.
W internecie możecie znaleźć je w różnych miejscach, dla ułatwienia Wam podlinkowałam do najtańszych ofert.
Zestaw 30 elementów dostępny TUTAJ
Zestaw 144 elementy dostępny TUTAJ
Zestaw 47 elementów dostępny TUTAJ
Zestaw 16 elementów dostępny TUTAJ
Zestaw 50 elementów dostępny TUTAJ
Zestaw 45 elementów dostępny TUTAJ
Naprawdę dawno nie spotkałam tak świetnej zabawki dla dzieci. Myślę też, że te klocki magnetyczne będą służyły przez kilka lat i warto im się przyjrzeć bliżej.
[fb_button]
Zobaczcie co można zrobić już z takiego zestawu 30-elementów. To właśnie ten film mnie przekonał do kupienia pierwszego zestawu.
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Restauracja z animacjami w Warszawie, która skradła dziś nasze serca nazywa się Stixx. Takich atrakcji połączonych z przepysznym jedzeniem na stołecznej mapie jest niewiele. W moim zestawieniu 10 najlepszych restauracji przystosowanych do potrzeb dzieci było kilka takich miejsc, jednak to co dziś zobaczyliśmy w Stixx Bar & Grill przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Zobaczcie co jest wyjątkowego w tym miejscu.
Zacznę od tego, że sama restauracja znajduje się przy Placu Europejskim w Warszawie – to zupełnie nowe miejsce na stołecznej mapie. Ta nowatorska przestrzeń miejska jest obowiązkowym punktem naszych spacerów.
Znajdziecie tam fontanny, w których latem można się bawić, mnóstwo zieleni i obiekty sztuki. Sam plac jest otoczony nowoczesnym budownictwem z małym akcentem zabytkowym.
Skuszeni ciekawym menu wybraliśmy się dziś do Stixx. Nie ukrywam, że zachęciła nas opinia naszej znajomej. Powiedziała, że jest to restauracja z animacjami dla dzieci, które ciężko zapomnieć. Jej dziecko świetnie się bawiło, a po atrakcjach zjedli pyszny obiad.
Muszę się przyznać, że Stixx odwiedziliśmy już latem, tuż po otwarciu i owszem jedzenie było smaczne i naprawdę zrobiło na nas wrażenie, jednak wtedy czekaliśmy na obiad około 50 minut (przy prawie pustej restauracji). Zrażeni tym faktem nie zawitaliśmy tam, do dziś. Nie wiedzieliśmy, że są tam właśnie animacje.
W sali obok odbywały się animacje dla dzieci. Panie były bardzo przygotowane i potrafiły zająć dzieci na długi czas. Lilka była zachwycona: robieniem ciastek (maślanych i pysznych), papierowych króliczków i obrazków z kurczakami. Naprawdę świetnie się bawiła.
Sama restauracja jest ogromna, więc spokojnie można się do niej wybrać z dużą grupą znajomych.
Ja jadłam Pad Thai z krewetkami i był obłędny!
Moja przyjaciółka skusiła się na dorsza
A Lilka zjadła rosół i chlebek Naan 🙂
Na deser własnoręcznie zrobione ciastka – pisanki
A tak ciekawie wygląda zlew w toalecie
Ja już nie miałam miejsca na deser. Ale jeśli tam wybierzecie to polecam Wam kawiarnie tuż obok Daft Cafe. Są tam ciacha grzechu warte np. bananofee, które wspominam do dziś i do tego pyszna kawa.
Dziś same świetne książki dla maluchów. Junior coraz więcej czasu potrafi skupić się na czytaniu, więc chętnie to wykorzystujemy. Siadamy przy naszej biblioteczce i po kolei wszystko czytamy.
Dziś pokażę Wam nasze nowości.
Świetny pomysł na książki dla dzieci. Julian je uwielbia, przewraca rączką ilustracje i bardzo się nimi interesuje. Jak czytamy te książeczki to zazwyczaj sporo przy każdej ilustracji opowiadam i nie ograniczam się tylko do przeczytania napisu. Dodaję odgłosy, opisuję kolory, pokazuję „oko” „ucho” itd.
Obracanki są naprawdę świetne tylko dziecko powinno je czytać pod nadzorem dorosłego. Z tyłu jest napisana informacja, że są powyżej 3 r.ż., ale materiał w nich zawarty jest dla dzieci młodszych. Dlaczego jest tak napisane? Może się zdarzyć przycięcie paluszka, które przytrafiło się Julkowi dwa razy. Czytajcie je razem z dziećmi.
A w serii są:
Wg mnie najlepsza na sam początek. Dostępna już w niewielu miejscach TUTAJ
Bardzo fajna pozycja do rozwijania słownika. Dostępna TUTAJ
Świetna do pierwszych prób liczenia, ale również do pokazywania paluszkiem. Dostępna TUTAJ
Druga seria, którą można kupować dzieciom w ciemno. Z doświadczenia wiem, że u dzieci często najlepiej sprawdzają się proste rozwiązania. Mój 11-miesięczniak obecnie wszystko wskazuje paluszkiem wskazującym. Ta seria doskonale wykorzystuję tę nową umiejętność. Za pomocą owego paluszka można zmienić coś w ilustracji. Książeczki skradły moje serce i uwagę syna. Skupiają uwagę i wyciszają.
/Na pewno zapytacie, czy ciężko się przesuwa ilustracje… nie, bardzo łatwo się to robi i nie stanowi problemu dla takiego malucha jak mój/
W serii znajdują się 4 książki, które do tego mają piękne, spokojne ilustracje. Z tego co wiedzę są dostępne tylko TUTAJ
Książka o niebie. Jednym małym paluszkiem możemy zaświecić gwiazdy, namalować tęczę, zapalić światło w budynkach…
Za pomocą paluszka zaświecimy słońce, zapalimy świeczki na torcie, obetniemy warkocze…
Magiczna podróż do lasu, tym razem przesuwając paluszkiem sprawimy, że będzie padał śnieg, zobaczymy gdzie mieszka kotek, czy też zobaczymy jak rośnie ząbek u braciszka…
Kolejna świetna seria
O jednej z nich pisałam we wcześniejszym poście o książkach Dla najmłodszych
Jest przeznaczona dla najmłodszych, możną ją pokazywać nawet noworodkom. Świetne, wyraźne ilustracje z wykorzystanie kolorów, które widzi malutkie dziecko. Stawiamy przed dzieckiem, kładziemy je na brzuszek i oglądamy 🙂
Przeznaczona dla starszych niemowlaków. Fajne, krótkie rymowane zdania. Julkowi bardzo się podoba, bo nauczył się ostatnio robić „papa” i wykorzystuje ten gest na dwóch stronach książki.
Moje odkrycie ostatnich dwóch miesięcy! Zamówiłam ją z dużą dozą wątpliwości, a tymczasem to Julka ulubiona książka. Kosztuje niecałe 10 zł TUTAJ.
Zwróciłam na nią uwagę, bo Jul gryzł wszystko, więc uznałam, że taka książka będzie idealna. A teraz co jest w środku? Bardzo proste i PIĘKNE ilustracje dla najmłodszych, zwierzęta i kolory. To wszystko za tę cenę:)
Chyba się skuszę i zamówię inne kolory:
Mała owieczka TUTAJ
Mały kotek TUTAJ
Mały pingwin TUTAJ
Zamówiłam ją również bardzo nieśmiało, a jest świetna! Szczególnie dla tych dzieci, które nie mogą wysiedzieć przy książce. Jul to miłośnik kółeczek wszelakich, a w tej książce się nawet obracają. Mało tego, po zamknięciu, książka naprawdę jeździ.
Ilustracje może nie są najpiękniejsze, ale moje dzieci (Lilka też) lubią tę książkę i zamierzam zamówić jeszcze kilka (w zależności od zainteresowań dzieci):
Strażacy TUTAJ
Autobus TUTAJ
Lokomotywa TUTAJ
Wywrotka TUTAJ
Buldożer TUTAJ
Wyścigówka TUTAJ
Traktor TUTAJ
Klasyk nad klasykami, ale wiem, że czyta mnie sporo mam, które nie mają starszych dzieci i tej książki jeszcze nie znają. Nasza gąsienica czekała w szafce „po Lilce” i się doczekała. Julian wkłada paluszki w dziurki i bardzo się nią interesuje. To „must have” na półce malucha.
Tę książkę odkryłam niedawno i jest świetna! Bardzo wartki i rymowany wierszyk o kolorach prowadzi nas przez krainę zwierząt. A moje serce skradła przede wszystkim dlatego, że ma mnóstwo znaków zapytania, wykrzykników i przez to rodzic bardzo moduluje głos czytając. Dzięki temu dzieci mają okazję posłuchania różnej prozodii (brzmienie mowy). Polecam ją bardzo!
To również „must have” na półce malucha. Dostępna TUTAJ
Pamiętam ile razy czytałam ją Lilce… Z każdym razem pukała do drzwi i krzyczała: „Jete” (jeszcze) Genialna pozycja! Jak czytam Julowi to dodaję dużo wyrazów dźwiękonaśladowczych aby jeszcze bardziej motywować go do mówienia.
Są jeszcze trzy książki w tej serii:
A dlaczego? TUTAJ
Gdzie idziemy? TUTAJ
Wymyśl coś TUTAJ
Ale żadna z nich nie wywołała takiego entuzjazmu jak: „Jest tam kto?”
Najfajniejsza książeczka interaktywna jaką mieliśmy do tej pory. Dostępna TUTAJ.
Nagrane dźwięki brzmią realnie, a do tego są ciche. Julian od stycznia wciąż ją uwielbia, chociaż nadal nie umie sam wcisnąć przycisku. Są dostępne jeszcze inne książki z tej serii i na pewno się skusimy.
Gospodarstwo TUTAJ
Zwierzęta TUTAJ
Vivaldi TUTAJ
Mozart TUTAJ
Instrumenty TUTAJ
Odgłosy natury TUTAJ
Bardzo fajna książka dla odrobinę starszych dzieci (myślę, że 18m +) o różnych pojazdach. Dostępna TUTAJ
Spory format i twarde strony zaangażują dziecięce dłonie na długi czas. Na drugiej stronie są napisane określenia. Dzieci mogą tworzyć swoje własne historie.
A wszystko po to żeby dzieci miały w końcu książkę dostosowaną do swoich potrzeb rozwojowych. Dzięki niej zaczną przygodę z czytaniem.
Ząbkowanie wielu rodzicom spędza sen z powiek. Nie wiedzą jak ulżyć dzieciom w tym trudnym czasie. Dziś chciałabym podzielić się z Wami ciekawostkami na temat ząbkowania oraz zdradzić nasze metody jak ulżyć dzieciom w trudnym dla nich czasie.
Pamiętam jak jeszcze byłam w ciąży to wszyscy rodzice straszyli mnie, że ząbkowanie dzieci to coś okropnego. Wieczny ryk, płacz i wycie. Bałam się tego, że i u nas będzie tak ciężko, bo wiem, że i tak się zdarza. Jeżeli miałabym określić skalę jak bardzo nas doświadczyło ząbkowanie to byłoby 5 na 10. Ale za to moje dzieci mają mnóstwo innych objawów związanych właśnie z ząbkowaniem.
Zacznijmy może od czasu kiedy wyrzynają się pierwsze zęby. Ja swojego pierwszego zęba miałam gdzieś w okolicach 4 m.ż. Tak samo było z Juniorem, a Lilka w 5, 5 miesiąca. Porównując do innych jest to dość wcześnie.
Literatura podaje, że proces ząbkowania zaczyna się około 6 miesiąca i tak np.
W badaniach przeprowadzonych w warszawskich żłobkach stwierdzono, że w 6 miesiącu życia jedynie 26% zaczyna ząbkować. Przed 6 m.ż jest to 17 %, a po 6 m.ż ząbkuje 57% dzieci.
Spore różnice w wieku rozpoczęcia ząbkowania u dzieci donoszonych i wcześniaków:
Przyspieszająco na termin pierwszego ząbkowania wpływają:
Nie ma też wyraźnych różnic pomiędzy w okresach wyrzynania się pierwszych zębów u dziewczynek i chłopców.
Opóźnione ząbkowanie występuje również w niektórych chorobach i zespołach chorobowych. Są to: niedoczynność przysadki, niedoczynność tarczycy, niedobór witaminy A i D, krzywica witamino D-oporna, zespół Downa i inne.
Czynniki miejscowe związane z anatomią mają również wpły na opóźnienie ząbkowania. Są to: brak miejsca w wyrostku zębodołowym, przemieszczanie zębów, urazy,
Istnieje cały zespół objawów ogólnych, które towarzyszą ząbkowaniu:
Literatura fachowa traktuje te wszystkie objawy jako współtowarzyszące. Uwzględniają również fakt, że ząbkowanie przypada na okres od 6 miesięcy w górę, a wtedy również powoli wygasa odporność wrodzona. Wyrzynanie się zęba połączone z miejscowym stanem zapalnym może powodować u dziecka nerwowość i niepokój.
Po pierwsze – podwyższona temperatura ciała wzmaga przemianę materii, a tym samym może przyspieszać wyrzynanie się zębów.
Po drugie – zmiany zapalne w miejscu wyrzynania się zęba mogą powodować podwyższenie temperatury ciała.
Dzieci często wkładają też palce do buzi, co może mieć wpływ na perystaltykę jelit, drażniąc układ współczulny i wzmagać ślinienie.
Przeprowadzone badania wśród dzieci warszawskich wykazały, że najwięcej obajwów współtowarzyszących ząbkowaniu występuje podczas wyrzynania się zębów siecznych (czyli jedynki i dwójki), słabiej pierwszych trzonowych (czwórki), a nie występują w ogóle przy wyrzynaniu się zębów drugich trzonowych (piątki).
Objawy miejscowe, które występują na dziąsłach są również istotne i można je łatwo zaobserwować.
Stan zapalny dziąsła podczas wyrzynania się pojedynczych zębów mlecznych może występować u dzieci. Zaczerwienienie i obrzęk błony śluzowej występuje na kilka dni przed ukazaniem się zęba w jamie ustnej. Dzieci zawyczaj wtedy są niespokojne, obficie się ślinią, wkładają palce oraz różne przedmioty do ust.
W wyniku tych urazóm mechanicznych mogą uszkodzić delikatną błonę śluzową. Te oznaki najczęściej ustępują zwykle po ukazaniu się zęba. Czasmi na kilka dni lub tygodni występuje zasinienie dziąsła, spowodowane jest ono mechanicznym urazem błony śluzowej przez ostre brzegi wychodzącego zęba.
Lilka ząbkowała dość boleśnie, przed wyrżnięciem się każdego zęba miała katar, dość mocno się śliniła i była marudna. Nie miała ani podwyższonej temperatury, a nie problemów z brzuchem. Ząbkowanie przeszła w miarę spokojnie i uznaliśmy, że mieliśmy szczęście.
Nie stosowałam specjalnych metod, ale sprawdziły się u nas gryzaki, twarde jedzenie, żele na ząbkowanie (Orajel), których używałam dosyć często, bo miałam wrażenie, że jej pomagają. Kilka razy kiedy widziałam, że cierpi to podawałam jej leki przeciwbólowe. W czasie wszystkich trudnych chwil sporo ją nosiłam w nosidle, spała u mnie na rękach i dużo ssała piersi. Zazwyczaj po tygodniu już było lepiej.
A z Juniorem też jest w miarę – mam wrażenie, że mniej go bolą same dziąsła, ale ma więcej objawów współtowarzyszących: pojawiała się wysoka gorączka, tygodniowa biegunka, przed każdym zębem ma wielki katar, baaardzo obfite ślinienie…
A teraz lubi takie z miękkiego kauczuku Lanco. Gryzie je, tarmosi, rzuca – przy okazji ma bardzo dobrą zabawę. Jeż i misiek piszczą, po naciśnięciu i to Julian uwielbia.
A ta piłka Lanco to jest ostatni nasz hit – też wykonana z miękkiego kauczuku, więc nadaje się do gryzienia. Jul łapie ją jedną ręką i rzuca do Lilki, a przed każdym rzutem gryzie – to ostatnio ich ulubiona zabawa. Zobaczcie jakie piłka ma świetne faktury, a do tego może służyć do nauki kolorów.
Bibliografia:
„Stomatologia wieku rozwojowego” pod red. Marii Szpringer-Nodzak i Magdaleny Wochno-Sobańskiej
Wiosna na dobre (mam nadzieję) rozgościła się za oknem. Taka pogoda sprzyja wycieczkom. W końcu mam ochotę pojechać gdzieś z rodziną, trochę pozwiedzać i miło spędzić czas. Wrocław odwiedziliśmy już dwa lata temu i zakochaliśmy się w tym mieście.
Ma niesamowity urok oraz mnóstwo miejsc do zwiedzani, szczególnie z dziećmi. We wcześniejszej relacji pisałam o świetnych miejscach, które trzeba zobaczyć koniecznie we Wrocławiu: Wroclove
Pokażę Wam miejsca, które odwiedziliśmy tym razem. Ale jeżeli się tam wybieracie to koniecznie kliknijcie link powyżej, bo tam zamieściłam sporo ciekawych rzeczy
Tym razem do Wrocławia zawitaliśmy zawodowo już w piątek rano i postanowiliśmy zostać do niedzieli.
Hydropolis, czyli centrum wiedzy o wodzie. Interaktywne muzeum, którego tematem przewodnim jest właśnie WODA. Warto je odwiedzić z dziećmi, bo sposób prezentowanej wiedzy jest genialny. Dzieci przez doświadczenie mogą poznać wiele zagadnień związanych z wodą. Lilka skorzystała z wielu atrakcji i bardzo się jej podobało.
Wg mnie już 3-latki znajdą tam coś dla siebie.
Informacje praktyczne: w Hydropolis byliśmy w sobotę rano (20 min przed otwarciem) i nie było tłumów, bilety kupiliśmy od ręki. W muzeum jest ciemno, wiem, że dla niektórych dzieci to może być problem.
A tak wygląda w środku
Po wizycie w Hydroplis wybraliśmy się na mały lunch do:
Aż trudno uwierzyć, że jest to infopunkt miasta Wrocław:) W środku Barbary znajdziecie ogromną przestrzeń z fajnie zaaranżowanym kącikiem dla dzieci, pyszne jedzenie i świetną atmosferę! Polecam wszystkim – znajduje się bardzo blisko Rynku.
Kto odwiedza Wrocław musi odwiedzić też Rynek. O każdej porze roku warto się tu przespacerować. Kolorowe, zabytkowe kamienice niezmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój i uwielbiam się włóczyć z aparatem w zaułkach.
Ulubione zajęcie naszej rodziny we Wrocławiu to szukanie krasnali, które są ukryte w wielu miejscach. Dzięki nim dzieci chętniej spacerują i zwiedzają.
Bardzo lubimy również nieduży Park Staromiejski, gdzie jest świetny plac zabaw i stara karuzela (niestety tydzień temu była jeszcze nieczynna)
Gdzie się zatrzymaliśmy?
Już drugi raz w świetnym
Zazwyczaj jak szukamy noclegu to zwracamy uwagę na to żeby w hotelu był basen. Tutaj go nie ma, ale miejsce jest tak magiczne, że nie stanowi to problemu.
Położony jest prawie w centrum przy Dworcu głównym. Cały hotel jest stylizowany na Alicję z krainy czarów i to właśnie ten motyw nas do niego przyciąga. Dodatkowo, na dole jest świetna restauracja Czary mary, gdzie jadłam chyba najlepszą sałatkę z kozim serem w życiu:)
Warto też zwiedzić Dworzec Główny, szczególnie jeżeli na co dzień poruszacie się autem – Lilka była wniebowzięta i musimy się wybrać w podróż pociągiem.
Za chwilę majówka, dłuższe weekendy – warto wybrać się do Wrocławia i dać się porwać magii tego miasta.
A jeżeli szukacie czegoś znacznie bliżej Warszawy to polecam https://www.nebule.pl/pomysl-weekend-hotel-warszawianka/
Marzeniem każdego rodzica na świecie jest przesypianie nocy. Po całym dniu na pełnych obrotach mamy tylko jedno pragnienie – porządnie się wyspać. Kiedy ktoś mnie pyta, o której dziś się obudziłam to chce mi się śmiać. Ja się nie budzę, ja zmartwychwstaję. Z sennej odchłani budzi mnie tupot małych stóp lub błagalne tony o jedzenie (godzina nie ma dla nich znaczenia). W ciągu 5 lat zdążyłam się już do tego przywyczaić.
*wpis powstał w ramach współpracy z marką Pampers
Przy pierwszym dziecku wstawałam nawet po 10 razy w nocy. Karmiłam, odkładałam, kładłam się do łóżka… i tak w kółko. Pieluchy nie zmieniałam prawie nigdy, bo bałam się, że taka gimnastyka obudzi dziecko. Mało tego, ja nawet liczyłam te wszystkie pobudki i kiedy rano wstawałam, wiedziałam dokładnie ile razy w nocy pełniłam swój macierzyński obowiązek.
15 miesięcy takich „atrakcji” sprawiło, że jedyną rzeczą o jakiej marzyłam był SEN i kawa. Kiedy odstawiłam córkę od piersi – jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęła przesypiać calutkie noce.
Kiedy urodził się Junior i pięknie spał w swoim koszyku myślałam, że mam niesamowite szczęście. Chodziłam wyspana, karmiłam go w nocy około 2 razy i kiedy przyszła TA noc, myślałam, że trafiło nam się złote dziecko.
Julek przespał noc. Obudziłam się sama (pierwszy raz od niepamiętnych czasów) i podbiegłam do jego kołyski sprawdzić czy oddycha. Wtedy dumna zamieściłam na naszym Instagramie to zdjęcie:
Dziś napiszę Wam prawdę. Byłam tak szczęśliwa, że oczywiście lekko zakrzywiłam rzeczywistość. Wg mnie przespana noc to było 7 h ciurkiem od godziny 1 w nocy do 8. To nic, że przecież spałam już o tej pierwszej i wstawałam do niego wcześniej, ale najważniejsze było dla mnie to, że przespał 7 h bez pobudki. Aż teraz nie mogę w to uwierzyć, bo wiecie co?
Mało tego! Po tamtej nocy zaczął się budzić jeszcze częściej niż wcześniej. Tak jak wstawałam do Lilki kilka lat wcześniej, to przy Juniorze byłam nieprzytomna. Kiedyś zasnęłam z nim na rękach na fotelu.
Stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby mój syn wreszcie
I wdrożyłam to w nasze życie, od początku zadziałało i ja w końcu byłam wyspana, mąż również mógł w końcu normalnie spać. Miałam trochę wyrzuty sumienia, bo jednak było to na początku dość trudne. Sama budziłam się nocy i sprawdzałam czy wszystko z nim ok.
Mój mąż też często podchodził do łóżka żeby zobaczyć czy Junior oddycha. Kilka pierwszych nocy było dla nas trudnych, ale szybko się przyzwyczailiśmy. Ja rano była budzona (nie mylić z „budzeniem się”) ale już nie było mi tak ciężko wstać, bo jednak Junior spał i nie musiałam do niego wstawać.
Wiecie co zrobiłam, że zaczął spać w nocy?
Po prostu. Pierwsze noce były trudne, bo się ciągle budziłam i sprawdzałam czy go nie zgniatam albo czy nie spadnie. Później się przyzwyczaiłam i już spałam przez całą noc.
Junior śpi sobie obok mnie, a jak jest głodny to się budzi na jedzenie. Mam wrażenie, że tych pobudek jest naprawdę mało, bo czuje mnie i nie ma potrzeby pobudki w stylu „muszę sprawdzić czy mama tu jest i poczuć jej zapach”. Wstaje tylko kiedy jest głodny. Pieluchy też mu nie zmieniam w nocy, bo bym go tylko rozbudziła.
Takim cudem mam w domu ząbkującego niemowlaka, który przesypia noce. Ja wiem, że dla kogoś pobudka na jedzenie przerywa nocną ciągłość, ale ja się nie budzę i śpię dalej. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie muszę już do niego wstawać.
Bez suchej pieluszki bliskość mamy i pełny brzuch nie pomogą.
Pamiętam jeszcze jak Lilka była noworodkiem i nie bardzo wiedzieliśmy dlaczego płacze, a robiła to bardzo często i z wielkim natężeniem. Jak w amoku sprawdzaliśmy ciągle czy:
a) chce jeść
b) trzeba zmienić pieluchę
c) odpowiedź a i b, bo po karmieniu trzeba było zmienić pieluchę
Z pieluchą właściwie od początku było nam łatwo, bo stwierdziliśmy, że dla naszej pierworodnej, jedynej córeczki kupimy Mercedesa wśród pieluch. Nie miała żadnych dolegliwości skórnych, pielucha nie przeciekała, a Lilka spała w niej całą noc. Stwierdziliśmy, że skoro tak, to spróbujemy innych, dostępnych na rynku, bo może akurat jej skóra nie jest zbyt wymagająca i polubi również inne rodzaje pieluch.
Już na drugi dzień biegłam do sklepu po nasze Pampersy i od tamtej pory już nie zmieniałam marki tylko kupowałam coraz większe rozmiary.
Tak samo było z Juniorem, kupiliśmy sprawdzone i testowane przez prawie 4 lata Pampersy Premium Care. Na nim już nawet nie eksperymentuję, bo wiem, że szybko bym wróciła do pierwszego wyboru.
Znam nawet mamy, które zdecydowały się na pieluchowanie wielorazowe, ale na noc i tak zakładają Pampersy, bo one zapewniają naprawdę spokojny sen. Wątpię żeby ktoś lubił kiedy jest mu mokro.
Kiedy rano Junior wspina się po mnie widzę, że ma już pełną pieluchę to zastanawiam się jak działają te pieluchy, że jednak nie przeciekają i nie odparzają cienkiej skóry dziecka.
Jeżeli macie chęć zrobić taki test w domu to przeczytajcie do końca, bo poszukujemy 25-30 mam, które sprawdzą właściwości siateczki oraz chłonność 3 kanalików w pieluchach Pampers Premium Care.
Pierwszy tes,t jaki wykonałyśmy sprawdził chłonność pieluszki. Zabarwiona na niebiesko woda to alter ego niemowlęcego moczu;) Do wody dodałam niebieski barwnik spożywczy, a Lila dokładnie go wymieszała:
Zdecydowanym ruchem zasikałam zmoczyłam pieluchę, a Lilka dzielnie ją trzymała
Pielucha bardzo szybko się napełniła, a pasek zmienił kolor na „zmień mnie natychmiast”. Już na zewnątrz widać wyraźnie trzy kanaliki:
No i są! 3 kanaliki, które zatrzymują płyn w całej okazałości. To dzięki nim Julian śpi bez zmiany pieluchy 12 h. Dziękujemy;)
Lilka nie wierzy, musi się im przyjrzeć z bliska:
I voila:
Przygotowujemy zestaw z samymi powłoczkami:
Z lewej strony siateczka z poprzedniej wersji Pampers Premium Care, a po prawej dostępna obecnie na rynku siateczka z pieluszki Pampers Premium Care
Wylewamy płyn:
Łyżeczką wygładzam substancję i jest! W pieluszce Premium Care siateczka przepuszcza, chłonie i odciąga wilgoć do środka żeby chronić delikatną skórę noworodka:
Lilka jak zwykle nie wierzy, musi sama sprawdzić organoleptycznie:
Test pokazał nam dokładnie jak działa nowa siateczka w pieluchach. Dzięki tym właściwościom skóra noworodka jest lepiej chroniona i dziecko może już spać spokojnie.
Jeżeli macie chęć zobaczyć właściwości pieluszek Pampers Premium Care to możecie również przetestować je w domu. Jestem ciekawa Waszych opinii. Dajcie mi znać tutaj lub w prywatnej wiadomości, bo chciałabym Wam wysłać pieluszki Pampers Premium Care (najlepiej rozmiary 1,2,3) z nową siateczką do przetestowania. Wynikami Waszych obserwacji podzielę się innym razem, a Was poproszę o krótką opinię na stronie Pampers
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na naszym Facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/ niech inne mamy też mają szansę na testowanie Pampers.
Książka „O króliku, który chce zasnąć” KLIK budzi wiele kontrowersji. Dla jednych jest niewinną książeczką o króliczku, a inni dopatrują się w niej manipulacji i wprowadzaniu dzieci w trans. Jak jest naprawdę? W dzisiejszym poście przyjrzę się bliżej tej pozycji, która podobno jest światowym bestsellerem.
Jak pewnie wiecie byłam dziś gościem programu telewizyjnego „Pytanie na śniadanie” (materiał możecie obejrzeć TUTAJ). Zostałam zaproszona aby wyrazić swoje zdanie o w/w pozycji oraz porozmawiać na temat usypiania dzieci. Wiecie, że uwielbiam rozmawiać na tematy związane ze światem dzieci i przygotowałam się na dość długą konwersację.
Niestety czasu antenowego nie było zbyt wiele i zdążyłam powiedzieć na ten temat dosłownie klika zdań. W komentarzach pod zdjęciem pytaliście dlaczego mam mieszane uczucia wobec tej książki i dlaczego jest kontrowersyjna.
Wszystko wyjaśnię Wam poniżej, ale pamiętajcie, że blog jest zapisem moich subiektywnych spostrzeżeń i zawarte tutaj informacje są opatrzone moim filtrem. Możecie się ze mną nie zgadzać.
Zacznę od tego, kto jest autorem tej książki i po co ona powstała.
Ma im (dzieciom) ułatwić zasypianie, umocnić poczucie własnej wartości i przygotować do pokonywania życiowych przeszkód.Carl- Johan Forssen Ehrlin
Ma im (dzieciom) ułatwić zasypianie, umocnić poczucie własnej wartości i przygotować do pokonywania życiowych przeszkód.
„Carl- Johan Forssen Ehrlin studiował psychologię na szwedzkich uczelniach, jest również licencjonowanym trenerem NLP. Pisze, pracuje jako coach, wygłasza prelekcje i szerzy wiedzę na temat rozwoju osobistego, technik motywacyjnych i szeroko pojętego przywództwa.”*
*informacja z ostatniej strony książki
Jak interpretuję tę informację? Hmmm… specjalista od NLP napisał książkę dla dzieci, która ma za zadanie pomóc dzieciom w zasypianiu. „Szeroko pojęte przywództwo” przypisuje w niej rodzicowi.
Sama tłumaczka wydania polskiego pisze:
Rzeczywiście w książce jest sporo „niezręczności językowych” i są one dość trudne w odbiorze.
Jak sam tytuł wskazuje jest o króliku Romku, który chce zasnąć i spotyka na swojej drodze różne zwierzęta. Treści nie ma co opisywać, bo generalnie jest wg mnie o niczym. Cały czas wałkowany jest temat: snu, spania, ziewania, usypiania, rozluźnienia, znużenia, łóżka, spania całą noc, obsypywaniem niewidzialnym sennym pyłem…
Od samego wypisywania zachciało mi się spać.
Wiecie dlaczego?
Na początku książki rodzic ma instrukcję, z którą musi przed czytaniem się zapoznać.
Jest tam wyraźnie napisane:
Uwaga! Proszę nie czytać tej książki w obecności prowadzącej pojazd mechaniczny.
Według mnie jest to chwyt marketingowy;) który rodzic bardzo szybko „łyknie”, że dzięki tej książce dziecko momentalnie zaśnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki , a raczej obsypaniem niewidzialnym sennym pyłem, którego używa się w książce.
W instrukcji jest również napisane, że wyrazy napisane tłustym drukiem należy akcentować mocniej. To są wyrazy, które wymieniłam wyżej i są związane ze snem. Tekst napisany kursywą czytamy powooooli, spokooooojnym tonem. A to co jest w nawiasie [ wymaga od nas reakcji: ziewanie, obsypanie sennym pyłem lub wypowiedzenie imię dziecka].
Otóż, sam sposób czytania oraz wykonywania różnych czynności budzi we mnie mieszane uczucia oraz wprowadza sztuczność. Kurczowe trzymanie się tych dyrektyw powoduje efekt odwrotny od zamierzonego. zamiast pomóc rodzicowi, wg mnie go utrudnia.
Nie wiem jak Wy, ale ta książka wzmaga we mnie poczucie bycia rodzica, który jest NIEKOPEMTENTNY (ale to moja opinia). Zdaję sobie sprawę, że są dzieci, które trudno jest uśpić. Jednak szukałabym innych PRZYCZYN, a nie METOD.
Tak książka wygląda w środku.
Dziecko nie może oglądać ilustracji, ma tylko leżeć i słuchać…
Królik Romek, o przepraszam Roooo(ziew)mek ma wzrok jak po substancjach psychoaktywnych
Ten fragment poniżej brzmi jak: Twoje powieki są coraz cięższe… i kojarzy mi się z hipnozą. Książkę za każdym razem trzeba przeczytać do końca nawet jak dziecko śpi (według mnie to kończenie seansu).
Sami rodzice mówią o niej, że po przeczytaniu jej dziecku czują się jakby byli w transie i ciężko im cokolwiek zrobić w domu.
Nie wiem czy t0 technika relaksacji czy już seans?
Wg mnie czytanie wieczorne jest czasem „jeden na jeden” kiedy wyciszony telefon leży w innym pokoju, a ja mogę spokojnie poczytać Lilce i dowiedzieć się różnych rzeczy. Zwyczajnie nie chcę żeby usypiała na 3 stronie, bo mam wielki głód bycia z nią.
Wtedy właśnie czytamy, rozmawiamy o tym co się wydarzyło w ciągu dnia itd. Kiedy już skończymy czytanie, gaszę światło i jej śpiewam, mruczę i zwyczajnie jestem, a jak zaśnie wychodzę z pokoju.
Według mnie książka „O króliku, który chce zasnąć” nie ma żadnej z tych cech. Ani ilustracje królika o psychodelicznym wzroku, ani treść nie jest dla mnie ciekawa i wartościowa. Ta książka jest tak nudna, że dziecko usypia.
Książki czytamy właśnie po to żeby budować wyobraźnię dziecka, które w przeciwieństwie do bajek oglądanych pobudzają ją. Czytamy również po to żeby WZBOGACAĆ słownictwo, a nie programować przed snem znużenie, ociężałość i powtarzanie w kółko tych samych słów, które mają wpływać na świadomość dziecka.
Kiedy zostałam zaproszona do PNŚ to kupiłam książkę i postanowiłam przetestować (dobre słowo) ją na Lilce. Pierwszego wieczoru czytał ją mąż i Lilka zasnęła na trzeciej stronie, a drugiego dnia już nie chciała jej czytać. Byłam bardzo ciekawa dlaczego. Powiedziała, że ta książka jest niefajna i woli czytać inną. Mąż był bardzo ciekawy działania tej pozycji i przekonał Lilkę, że jak przeczytamy ” O króliku, który chce zasnąć” to ona wybierze jeszcze jedną (w tym wpadku była to Jaś i Małgosia). Tak się oczywiście nie stało, bo zasnęła tym razem w połowie. A jak się obudziła to miała poczucie porażki, które ja np. znam z autopsji kiedy zasnę na ciekawym filmie wieczorem i rano mam wyrzuty sumienia z tego powodu.
Wybór wózka dla dziecka nie jest prosty. Na rynku jest teraz mnóstwo wózków i rodzice, którzy szukają odpowiedniego pojazdu mogą czuć się lekko zagubieni. My w ciągu 5 lat używaliśmy kilku i wciąż jestem zdania, że nie ma wózka idealnego. Jednak mam kilka typów, które mniej lub bardziej do tego ideału się zbliżają. Tak jest właśnie z wózkiem bugaboo bee 3
Pewnie pamiętacie, że nasza starsza córka jeździła na początku inneg Bugaboo pisałam o nim we wpisie Bugaboo cameleon. Miałam do niego kilka zastrzeżeń, ale ogólnie byłam zadowolona. Zatrzymałam go nawet „dla następnego dziecka”. Jednak kiedy byłam już w połowie ciąży i dowiedziałam się, że do mniejszego Bee można kupić twardą gondolę – przepadłam i już nie chciałam mojego kolorowego Cameleona. Bugaboo Bee 3 miał (prawie) wszystko to, czego nie miał Cameleon.
Bardzo mi na tym zależało. Termin porodu miałam na maj i wiedziałam, że całe wakacje spędzę z dziećmi na podwórku. Jak sobie przypomnę jak bardzo musiałam się wyginać przy Cameleonie to stwierdziłam, że Bee będzie idealne. Tak też było! Pod wózek pakowałam cały nasz dobytek i maszerowaliśmy na długi spacer.
Przy dwójce dzieci, kiedy starsze ciągle zmienia zdanie byłoby mi ciężko ciągle się schylać i wyjmować wszystkie rzeczy. Kosz w Bee 3 jest siatkowany, więc widzimy wszystko co w nim się znajduje. Kosz w Cameleonie jest cały zabudowany i nie bardzo widać co w nim jest
Bugaboo Bee jest lżejsze niż Cameleon, bo waży 7,7 kg. Wózek wydaje się być naprawdę lekki i jak przyszło nam na wakacjach mieć pokój na 3 piętrze bez windy to bez mniejszych problemów go nosiliśmy. A nawet jak wózek był pusty to nosiłam go za uchwyt od gondoli.
Niektórym może się wydawać, że wózek jest malutki i dziecko szybko z niego wyrośnie. Jednak mi te pozornie małe gabaryty bardzo odpowiadają, bo nie zależało mi na wielkiej landarze na pompowanych kołach.
Bugaboo Bee 3 jest genialnym wózkiem miejskim i do takich warunków jest najbardziej przystosowany. Bez problemu wjeżdżam nim do mojego ulubionego, małego warzywniaka czy też do maleńkiej restauracji.
Składa się również do niedużych rozmiarów. Tak jak w Cameleonie musiałam za każdym razem zdejmować koła do mojego mikrego bagażnika (250 l) i było to dość uciążliwe. Bugaboo bee 3 wchodzi bez problemu i kombinowania.
W Cameleonie również denerwowało mnie to, że wózek z siedziskiem spacerowym składa się w dwóch częściach. Za każdym razem musiałam odpinać siedzisko, kłaść na ziemię, składać stelaż itd. Bugaboo Bee 3 z zamontowanym siedziskiem spacerowym składa się w jednej części (juhu!).
Wózek z zamontowanym siedziskiem spacerowym można rozłożyć jedną ręką. Nie raz zdarzyło mi się go rozkładać z Julkiem na rękach. Przy składaniu potrzebne są dwie:)
po rozłożeniu: 108 cm wysokości x 103 cm długości x 55 cm szerokości.
Regulacja teleskopowa rączki od od 89 do 108 cm
W Bugaboo Bee 3 siedzisko rozkładane prawie na płasko. Jak pewnie pamiętacie Cameleon ma siedzisko kubełkowe. Teraz widzę więcej plusów za standardowym siedziskiem niż kubełkiem. Zwróciła mi również na nie uwagę fizjoterapeutka, że w kubełku dziecko nie jest w stanie spać na brzuchu, a to jest najzdrowsza pozycja do spania.
Zwykłe siedzisko jest bardziej przewiewne niż kubełek i sprawdzi się bardzo w czasie upałów. w Cameleonie plecy dziecka są otoczone ściśle przylegającą ścianką- pamiętam jak latem wyjmowałam z wózka Lilkę z mokrymi plecami. Tutaj nie będzie takiej możliwości.
Regulowana wysokość i długość siedziska- kiedy Bee do nas przyszło na początku tamtego roku Lilka miała 3,5 roku i 104 cm wysokości- bez problemu zmieściła się do spacerówki. Jest naprawdę spora i większemu dziecku będzie w nim wygodnie. Kilka razy zdarzyło się tak, że Lilka zasypia w aucie, więc przekładam ją do wózka i wiozę do domu. Siedzisko można rozkładać na 3 razy.
Szerokość to 30 cm, głębokość przy maksymalnym rozciągnięciu 39 cm. Oparcie ma max 52 centymetry długości i 30 centymetrów szerokości. Maksymalna długość siedziska można ustawić pomiędzy 73 a 92 cm.
Hamulec nożny – w odróżnieniu do Cameleona, który ma hamulec ręczny Bee zatrzymuje się nogą. Wg mnie jest to o wiele wygodniejsze (ale to pewnie kwestia gustu).
Kiedy idę z Lilką i trzymam ją za rękę to w drugiej dłoni trzymam wózek to nie muszę niczego puszczać żeby zaciągnąć hamulec. Bez problemu też go zwalniam, pamiętam, że w Camie czasami musiałam pomóc drugą ręką.
W Bee 3 gondola znajduje się o kilka centymetrów wyżej niż w Cameleonie i ma bardzo poręczne uchwyty. Można ją również zdjąć i postawić na płasko ( w Camie nie było takiej opcji). Sama jej konstrukcja jest zdecydowanie inna. Ścianki gondoli w Bee 3 są miękkie, ale w żaden sposób nie zmienia to komfortu użytkowania. Sama gondola jest niższa niż w Camie.
Kiedy zdecydowałam się na Bee 3 wiedziałam jak długo będę używać gondoli (przewidywałam maj-październik) Julek na początku rósł bardzo szybko i nawet przez chwilę myślałam, że wyrośnie z gondoli bardzo szybko. Jednak nie to okazało się u nas problemem.
Syn bardzo szybko stanął na czworaki (w 5 m) i istniało ryzyko wpadnięcia z gondoli. Zazwyczaj i tak nie zostawiam go bez nadzoru jednak wolałam zmienić na siedzisko, które rozkładane jest prawie na płasko i przypiąć pasami. Tak też zrobiłam.
Kiedy zrobiło się chłodniej używałam małego śpiworka Lodger do fotelika, a kiedy przyszedł chłód jak zwykle świetnie się sprawdził śpiwór Lodger Bunker.
Wymiary gondoli: 74 cm długości, 27-31 cm szerokości (najszerzej w ramionach), 19 cm głębokości
Nie wiem jak Wy, ale ja mam problem z pasami. Doprowadza mnie to do szału kiedy nie mogę zapiąć pasów, albo końcówka nie chce wejść do otworu. W swojej matczynej karierze przerobiłam już 6 wózków i zdecydowanie Bugaboo Bee 3 ma NAJLEPSZE PASY ever!
Nie dość, że świetnie się je zapina i odpina. To dzięki temu, że są 5-punktowe możemy je zapinać w różnych konfiguracjach: tylko w pasie, tylko plecy, jeden pas od pleców i jeden od pasa… Bardzo mi to odpowiada, bo Jul może spać na brzuchu w wózku i wciąż być zapiętym. Do tego regulacja pasów nie sprawia najmniejszych problemów i tak jak w innych wózkach pasy zjeżdżają, lub za mocno się je ściśnie to w Bee 3 możesz dopasować je idealnie.
Można regulować również ich wysokość zaczepu dla większego wózka. Rozpinają się również bezproblemowo i np. kiedy zapinałam Julka w śpiworku to powrocie ze spaceru odpinałam pasy jednym kliknięciem i przenosiłam go w śpiworze na łóżko, a tam mogłam spokojnie rozebrać (a on dalej spał).
Sprawdziła się idealnie podczas lata kiedy zasłaniała twarz przed promieniami słonecznymi. Konstrukcja jest rozpinana w miarę potrzeb i naprawdę dobrze chroni dziecko przed słońcem. Bardzo mi tego brakowało w Cameleonie.
Materiał z jakiego jest wykonana znacznie się różni od tych, z którymi miałam do czynienia – zdecydowanie jest bardziej jak tkanina (przewiewna). Budka świetnie się sprawdziła w okresie letnim, bo jest przewiewna.
Jednak w okresie kiedy było zimno i wiał mocny wiatr zakładałam na wózek folię przeciwdeszczową. Budkę można rozkładać w różnych pozycjach, a nawet można zasłonić bardziej jednak bok niż drugi. Uważam, że jest to spore udogodnienie.
Ich średnica to 16 cm. Przeczytałam wiele opinii i pytałam użytkowniczek. Bugaboo Bee 3 jest wózkiem miejskim i takie jest jego przeznaczenie. Jednak jeżeli planujecie zakup zwróćcie uwagę jak wyglądają Wasze chodniki wokół domu.
Jeżeli jest w nim pełno dziur, pęknięć, wystających kamieni itd. to zastanówcie się jeszcze raz. Wózek teraz z 8- kilogramowym Julkiem podbija się świetnie i nie hałasuje na kostce brukowej. Jest dobrze dociążony, sunie bez najmniejszych problemów nawet po lekko dziurawej nawierzchni.
Jednak kiedy wyszłam z nim na pierwszy spacer (Jul 4200 kg) to amortyzacja nie była dociążona. Wózek lekko się trząsł na polbruku. Podbijał się dobrze, jednak było można odczuć delikatne wibracje. Nie było to mocne, jednak Cameleon miał lepszą amortyzację. I to tyle w kwestii kółek.
Bugaboo Bee super jedzie po trawie, ubitej wiejskiej drodze i radzi sobie z podbijaniem. Wg mnie jest to jedyny minus tego wózka. Być może jest to lepiej dopracowane w wersji 5, która niedawno weszła do sklepów.
Mimo wszystko uważam, że bugaboo bee 3 to był świetny wybór. Wózek prowadzę jedną ręka, a za drugą zazwyczaj trzymam Lilkę. Na tym bardzo mi zależało. Mamy również montowaną podkładkę z siedzonkiem Bugaboo, która świetnie się sprawdza podczas dalekich wypadów np. na plac zabaw. Teraz dzieci sobie siedzą- Lilka zabawia Jula, a ja pcham wózek jedną ręką.
Wózek można obejrzeć i kupić w Warszawie w sklepie Muppetshop.
Zdjęcia travelicious.pl
Katar u dzieci jest bardzo powszechny. Prawie każdy rodzic miał lub będzie miał z nim styczność.
Dziś rozmawiam na ten temat z naszą pediatrą dr. Ewą Miśko-Wąsowską
Katar to jeden z najczęstszych powodów konsultacji pediatrycznych. Na początku warto zaznaczyć, że jest to objaw, nie choroba.
Katar powstaje na skutek drażnienia błony śluzowej nosa i powstającego w niej stanu zapalnego. Najczęściej towarzyszy ostrym infekcjom dróg oddechowych i alergiom. Ale są jeszcze inne sytuacje, kiedy u dzieci obserwujemy katar m.in. ząbkowanie, przebywanie w zanieczyszczonym powietrzu (dym tytoniowy!). Katar to też reakcja na suche powietrze, albo nagłe zmiany jego wilgotności, kurz, ciało obce w nosie.
U starszych dzieci katar może towarzyszyć migrenowym bólom głowy. Może też być reakcją na leki – przedłużone stosowanie preparatów obkurczających śluzówki nosa np. z ksylometazoliną (powyżej 5-7 dni) powoduje „przyzwyczajenie” się do leku i tzw. reakcję z odbicia – nadmiernie przesuszona śluzówka produkuje większą ilość wydzieliny. Jest to katar dość trudny do wyleczenia.
Istnieje jeszcze jedna łagodna odmiana kataru tzw. naczynioruchowy. Każdy z nas zapewne doświadczył jego występowanie, gdy zmarznięci wejdziemy do ciepłego pomieszczenia lub napijemy się gorącej herbaty. To fizjologiczna reakcja śluzówki nosa.
Pamiętajmy, że nie każde pojawienie się wydzieliny w nosie świadczy o chorobie, może to po prostu oczyszczanie. W ten sposób organizm pozbywa się niepotrzebnych cząstek z górnych dróg oddechowych (np. kurz).
Ponieważ różne mikroorganizmy towarzyszą nam na co dzień, a nos nie jest zamkniętą sterylną przestrzenią katar nigdy nie będzie jałowy. Natomiast nie znaczy to, że musimy go od razu leczyć antybiotykami. Wymaz z nosa ocenia jedynie nosicielstwo – czyli tych właśnie towarzyszy (m.in. paciorkowce czy tzw. pałeczki hemofilne).
Dość często zdarza się, że mieszka z nami gronkowiec złocisty. Jego nosicielstwa też nie leczymy (wg niektórych danych nawet 20-30% populacji). Leczenie nosicielstwa po pierwsze może sprzyjać szerzeniu się szczepów bakterii opornych na antybiotyki. Po drugie może torować drogę naprawdę poważnym zakażeniom. Kiedyś usłyszałam zdanie, które bardzo do mnie przemawia – „leczymy chorobę, a nie wynik wymazu”.
Jak jesteśmy już przy diagnostyce to dodam tylko, że aby mieć pewność jaki patogen jest przyczyną np. ostrego zapalenia zatok, to powinien być pobrany tzw. aspirat bezpośrednio z zatok. Wymaz z nosa nie będzie badaniem miarodajnym.
Sam kolor kataru nie świadczy o tym czy mamy do czynienia z infekcją wirusową czy bakteryjną. Niezmiernie rzadko zdarza się bakteryjne zapalenie od samego początku. Zwykle zaczyna się infekcją wirusową, a następnie może (nie musi) dojść do nadkażenia bakteryjnego.
W przebiegu infekcji wirusowej katar na początku jest wodnisty, przejrzysty. Następnie zaczynają gromadzić się w śluzówkach komórki stanu zapalnego, złuszcza się nabłonek i katar robi się gęsty, zielonkawy. Zatem zielony katar nie znaczy, że dziecko ma zakażenie bakteryjne, które trzeba leczyć antybiotykiem. O tym świadczy gorączka, która pojawia się po kilku, kilkunastu dniach infekcji.
To jeden z odwiecznych problemów rodziców małych przedszkolaków (też do nich należę). Największa zakaźność przy infekcjach kataralnych utrzymuje się przez pierwsze dni infekcji (zwykle towarzyszy temu podwyższona temperatura). Jest to czas kiedy dziecko powinno zostać w domu.
Dzieci jednak mogą już zarażać dzień przed wystąpieniem typowych objawów, mogą się wówczas jedynie trochę gorzej czuć. Nie od razu myślimy o przeziębieniu. To właśnie dlatego tak dużo zachorowań w żłobkach czy przedszkolach i na to nie mamy wpływu.
Natomiast dziecko, które ma katar już od ponad tygodnia a czuje się dobrze i przede wszystkim nie ma gorączki (w tym stanów podgorączkowych) i innych niepokojących objawów może uczęszczać do przedszkola. Nie stanowi już zagrożenia dla innych. Powinniśmy tylko ocenić czy wyciekająca wydzielina nie jest za bardzo uciążliwa dla malucha.
Problem z katarem polega na tym, że nie tylko uprzykrza funkcjonowanie w codzienności, ale może utrudniać ssanie u niemowląt powodując problemy z karmieniem. Może również przyczyniać się do powikłań jak chociażby zapalenie ucha środkowego. Dobrze jest zatem pomagać dzieciom w usuwaniu nadmiaru wydzieliny.
U najmłodszych, zwłaszcza poniżej 3 m.ż. wystarczy zakraplać roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej do noska i po chwili ułożyć dziecko na brzuchu (możemy je na przykład nosić w takiej pozycji na swoim przedramieniu). Lepiej w tym wieku ograniczać wszelkie aerozole, czy nadmierne korzystanie z aspiratorów.
Śluzówki nosa są niedojrzałe. W reakcji na nadmierne drażnienie mogą być bardziej obrzęknięte czy nawet krwawić. Pamiętam 7 tyg. chłopca, który trafił na Oddział Laryngologiczny z krwawieniem z noska. A wszystko to po prostu po intensywnym stosowaniu zwykłej soli morskiej właśnie w aerozolu.
Starszym dzieciom też należy sprawdzać co podajemy. Zastosujmy najpierw preparat na swoim nosie, żeby się przekonać czy ciśnienie nie jest za duże. I właśnie już u tych starszych (>3 m.ż.) aspiratory mogą być pomocne. Podstawą jednak tzw. toalety nosa jest roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej – najpierw zakraplamy, potem odciągamy.
I tu zdania wśród lekarzy są podzielone. Dla jednych jest to typowy objaw ząbkowania, podczas gdy inni uważają, że ma tylko związek z nakładającą się na ząbkowanie infekcją. Z tego co udało mi się do tej pory znaleźć w piśmiennictwie wydaje się, że jednak wyrzynaniu się zębów może towarzyszyć katar.
Jest to związane z produkcją tzw. mediatorów stanu zapalnego. One również mogą być odpowiedzialne za pojawienie się wydzieliny w jamach nosowych. Typowy katar u dzieci ząbkujących pojawia się na dzień przed przebiciem się zęba i ustępuje właśnie po przebiciu. Nie będzie więc trwał dłużej jak kilka dni. Zwykle jest wodnisty, przejrzysty.
Tak, w ostatnich latach są bardzo popularne i słusznie. Nebulizacje nawilżają drogi oddechowe, mogą przynieść ulgę zarówno w katarze jak i w kaszlu. Przy katarze wystarczą inhalacje z roztworu zwykłej soli fizjologicznej, pomagają odblokować nos. Można też zastosować roztwór soli hipertonicznej, która ułatwia rozrzedzanie zalegającej wydzieliny.
Jak wspomniałam wyżej przyczyny kataru są nie tylko infekcyjne, więc nie każdym katarem możemy się „zarazić”. Oczywiście jednak myśląc o najczęstszej przyczynie kataru, czyli infekcjach wirusowych – tak nimi zarażamy się całkiem łatwo. Wirusy przenoszą się drogą kropelkową, przez nieumyte dłonie. Najbardziej popularne w infekcjach kataralnych są rinowirusy. Łatwo namnażają się w wychłodzonym nabłonku nosa, powodując objawy infekcji m.in. katar.
Ten tydzień, to takie popularne określenie ze świata… dorosłych. Mówi się, że „katar leczony trwa 7 dni, a nie leczony tydzień”. U dzieci sprawa ma się inaczej, ze względu na niedojrzałość śluzówek i układu odpornościowego katar średnio trwa 10-14 dni.
Katar, który trwa kilka tygodni wymaga większej uwagi. Na początku warto ocenić, czy nie są to nakładające się na siebie infekcje. Biorąc pod uwagę fakt, że katar u dziecka może trwać 2 tygodnie, a częstość infekcji w sezonie jesienno-zimowym (zwłaszcza u przedszkolaków) może wynosić 1-2 infekcje w miesiącu, może wydawać się, że dziecko ma „ciągle” katar.
Zwykle lekarze uznają katar za przewlekły, gdy utrzymuje się ponad 6-8 tygodni. Przyczyn może być wiele – przewlekłe zakażenie, alergia, przerost migdałka gardłowego, obecność ciała obcego, zmiany polekowe, skrzywienie przegrody nosa.
Poważne choroby też mogą objawiać się przewlekłym katarem np. mukowiscydoza. Natomiast wówczas, mamy też inne niepokojące objawy jak przewlekły kaszel, słaby przyrost masy ciała, biegunki, bóle brzucha i in. Każda choroba wymaga innego postępowania.
Znaczną poprawę w funkcjonowaniu zwłaszcza najmłodszym dzieciom przynosi częste wietrzenie pomieszczeń, zaleca się utrzymanie temperatury 19-20°C. Częste układanie w pozycji na brzuszku gdy dziecko jest aktywne.
Można zastosować uniesienie górnej części ciała do snu podkładając coś pod materac, aczkolwiek u tych bardziej ruchliwych niemowląt nie zda to egzaminu. Jak dziecko nie gorączkuje, a nie ma mrozu za oknem, możemy wybrać się na spacer.
I to co ciągle powtarzamy – nawadnianie. Proponujmy dzieciom często coś do picia. Dobrze nawodniony organizm lepiej sobie poradzi z infekcją.
8-10 infekcji w roku uważa się za normę, biorąc pod uwagę, że dominują w sezonie jesienno-zimowym, wówczas może wypadać średnio 1-2 infekcje w miesiącu. Nie myślimy jeszcze wówczas o zaburzeniach odporności.
Bardzo dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi.
Możecie również zadawać pytania, Pani dr odpowie na nie w komentarzach.
Po więcej porad możesz śledzić dr. Ewą Miśko-Wąsowską na Instagramie – znajdziesz ją tam jako: dr_misko
Katar jest bardzo powszechny wśród dzieci, a rodzice często są zagubieni. Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i uważasz go za wartościowy. Proszę udostępnij ten post swoim znajomym. KLIKNIJ https://www.facebook.com/nebuleblog/
A tu macie moje Domowe sposoby na katar i przeziębienia
A kiedy dziecko jest w domu, i chcesz je czymś zająć – może zainspiruj żeby zrobiła Lapbook
Zazwyczaj piszę Wam o wydarzeniach, w których mieliśmy już przyjemność uczestniczyć. Wtedy zawsze mi piszecie: „Szkoda, że nie dałaś znać wcześniej” lub „Też odwiedzamy to miejsce, żałuję, że się nie spotkaliśmy”. Tym razem jest inaczej. Pojawiła się niesamowita okazja i już w następną niedzielę (19.03.2017 r.) będziecie mogli się z nami spotkać.
W tym roku blog skończy 5 lat. Niesamowity czas, który bardzo szybko minął. Byliście tu ze mną jak rodziła się Lila, kiedy zostałam zwolniona z pracy, kiedy obwieściłam Wam, że pojawił się Julian. Piszę Wam o tym co lubię, co mnie martwi i czym się inspiruję. Widzę, że doceniacie moją pracę i cieszycie się z małych i dużych sukcesów. Dziękuję!
Wooow! Pamiętam jak zaczynałam pisać i miałam 10 czytelników. Jest mi ogromnie miło, że tu zaglądacie i macie chęć na więcej. Cieszę się z każdego „lajka” pod wpisem. Wam się może to wydawać niezbyt ważne, bo to tylko liczby. A ja zawsze, przy każdym moim wpisie klikam te „polubienia” i patrzę kim jesteście, jak wyglądają Wasze dzieci itd. Tam, pod tymi postami na Facebooku nie jesteście liczbami tylko osobami, które już rozpoznaję.
Ale tym razem pojawia się szansa spotkania nie w wirtualnym świecie, a w realnym.
Jak wiecie lubię wspierać różne, ciekawe inicjatywy. Tak też stało się tym razem. Zostałam parterem Warszawskich Dni Rodzinnych organizowanych przez Fundację Zwalcz Nudę i m.st. Warszawa
w godzinach 11:00-15:00 zapraszamy do Centrum Rekreacyjno-Sportowego Bielany,
ul. Lindego 20 (przy metrze Wawrzyszew)
Będziemy tam! Jeżeli macie chęć nas spotkać i do tego świetnie się bawić z dziećmi przyjdźcie koniecznie na Piknik.
IX edycja Warszawskich Dni Rodzinnych już 17-19 marca 2017 r.
Tęsknicie za wiosną? Nie macie pomysłów na rodzinne, zimowe wypady? Brakuje Wam słońca? Nie martwcie się! Jak co roku Zwalcz Nudę wraz z Miastem Stołecznym Warszawa pomoże Wam przetrwać wiosenne przesilenie zapraszając na kolejną edycję Warszawskich Dni Rodzinnych. To już IX edycja!
Warszawskie Dni Rodzinne, to wyjątkowy weekend, podczas którego najlepsze miejskie instytucje otwierają swoje drzwi dla warszawskich rodzin. Co roku na dwa weekendy (na wiosnę oraz na jesieni) zamieniamy stolicę w wielki, radosny plac zabaw.
Wszystko jest otwarte, bezpłatne i skierowane do rodzin: pokazowe zajęcia językowe, sportowe, artystyczne, warsztaty dla rodziców, eksperymenty oraz setki innych atrakcji jak spektakle teatralne oraz specjalne wystawy w muzeach.
Trzeci weekend marca to dla warszawskich rodzin trzy dni wspaniałej zabawy. Czekają na Was między innymi: zajęcia z matematyką na wesoło przygotowane przez Matplanetę i anglojęzyczne zajęcia pełne gier, zabaw ruchowych i muzyki w szkołach języka angielskiego Helen Doron.
Szkoła języka angielskiego dla dzieci Archibald Kids zorganizuje warsztaty językowo- plastyczne, zaś KLOCKOWNIA warsztaty „dookoła świata” gdzie dzieci będą budować z klocków znane budowle np. Wierzę Eiffla, Taj Mahal czy Big Bena. Dziecięca Akademia Twórczości zaprasza na zajęcia z robotyką RoboRobo oraz z Robo Maincraftem; w księgarni Baczyńskiego spędzicie czas w latynoskim klimacie, a rodzice spróbują wybornej południowoamerykańskiej kawy.
Fundacja Nowolipki przygotowała warsztaty z witrażu – Puzzle na szkle; Fundacja Nadwiślański Uniwersytet Dziecięcy pokaz – „Czy w morskich głębinach mieszkają potwory?”. Na najmłodszych czekają również zajęcia z podstaw programowania – a to tylko niektóre z przygotowanych zajęć! Podczas tej edycji WDR będziecie mogli bezpłatnie wejść do najciekawszych muzeów, teatrów i kin w Warszawie.
Czekają na Was zaproszenia m.in. do: Teatru Studio, Teatru Guliwer, Kina Muranów, Kina Iluzjon oraz Kina Wisła na Misiowe Poranki, Muzeum Domków dla Lalek, Muzeum POLIN czy Zamku Królewskiego.
19 marca 2017 w CRS Bielany na ul. Lindego 20 w godz. 11:00-15:00 gdzie na warszawskie rodziny czeka moc niepowtarzalnych atrakcji. Podczas gdy rodzice będą zdobywać wiedzę i poszerzać horyzonty pod okiem wykwalifikowanych pedagogów, psychologów i lekarzy, na najmłodszych czeka mnóstwo wspaniałej zabawy: spotkacie rybkę MiniMini+, maskotkę ZTM – uroczy Bilecik; spróbujecie wyjść z escape roomu przygotowanego specjalnie na tę okazję przez Team Exit.
Miasto Stołeczne Warszawa zaprosi na zajęcia plastyczne i techniczne dla dzieci organizowane przez warszawskie kluby dla rodzin; dzieci będą również miały okazję zobaczyć jak pracuje zespół Pogotowia Ratunkowego oraz Straży Pożarnej, która na Piknik przyjedzie wozem ratowniczo-gaśniczym; Urząd Komunikacji Elektronicznej zaprosi do swojego stoiska gdzie, poprzez gry i zabawy pokaże najmłodszym jak bezpiecznie poruszać się w sieci, a rodzice dowiedzą się jak chronić swoje pociechy.
Będziecie mieli także okazję do zrobienia sobie szalonych, nietypowych zdjęć w fotobudkach CAMERAlnie i Make a Wish, lub profesjonalnych fotografii na stoisku Magiczne Chwile. Leroy Merlin zaprosi wszystkich do wspólnego sadzenia roślinek, o stylizację dziecięcych fryzur zadbają Fryzurki spod Chmurki, zaś Funiversity przeprowadzi wybuchowe eksperymenty.
pojawią się również mamy blogerki autorki takich blogów jak: nebule.pl, mamawarszawianka.pl, mamacarla.pl czy ohmummy.pl.
Blogerki podpowiedzą jak stawiać czoła wyzwaniom rodzicielstwa oraz jak odnaleźć swoją pasję jako mama, zaś Justyna Tomańska autorka portalu najlepszedladzieci.pl będzie podpisywać swoje książki. Patronami Pikniku są również autorzy bloga Mądrzy Rodzice, który jest jednym z najpoczytniejszych portali parentingowych w Polsce!
W piknikowej strefie CHRONIĘ BO KOCHAM pary spodziewające się dziecka będą mogły spotkać się z wykwalifikowaną doulą, która oferuje fizyczne i emocjonalne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży i połogu.
Dzięki rozmowie z przedstawicielami Pramerica Życie młodzi rodzice poznają najlepsze sposoby zabezpieczenia życia i zdrowia, aby całą rodziną mogli w spokoju ducha realizować swoje marzenia i czerpać więcej z życia, dowiedzą się również kim jest Life Planner® i jak bardzo wartościowa jest jego pomoc.
W tej strefie również m.in.: Basket Kids przygotuje animacje sportowe z elementami koszykówki; pobawicie się klockami małymi, dużymi i tymi zupełnie nietypowymi; naukę pierwszej pomocy przeprowadzi Pogotowie Ratunkowe; zaś Fundacja Wiewiórki Julii zaprosi maluchy na bezstresowy przegląd stomatologiczny.
To tylko niektóre z atrakcji, z których będzie można skorzystać podczas Warszawskich Dni Rodzinnych. Pamiętajcie, że wstęp na wszystkie zajęcia jest bezpłatny, po uprzednim zapisaniu się i zarezerwowaniu miejsca! Zapisy na zajęcia ruszają 24 lutego 2017 r. o godzinie 10:00.
Nie może Was zabraknąć!
Więcej informacji na: www.warszawskiednirodzinne.pl
W wykropkowane miejsce wstawić: przesypia noce, nie korzysta z pieluchy, mówi lub pisze „gżegżółka”, jeździ na dwóch kółkach na rowerze, samo zasypia itd.
Takich pytań w ciągu prawie 5 lat usłyszałam TYSIĄCE: od sąsiadki, od koleżanki, od pediatry, od cioci, od Pani w sklepie, a nawet od Pana na stacji benzynowej.
A my, mamy, traktujemy je bardzo osobiście. Wiecie jakie pytanie jest teraz u mnie na topie, takie, które w 10 sekund podnosi mi ciśnienie szybciej niż podwójne espresso?
Czy Julek przesypia noce?”
Robię wtedy głęboki wdech, odliczam od 10 do 1 i odpowiadam, że
„Nie, nie przesypia”
„Ojej, ale dlaczego?”
„…” wtedy oschle odpowiadam, że „Nie wiem”, a w głowie dodaję niecenzuralne słowo.
„A moje dziecko spało w swoim pokoju od urodzenia”
Wiadomo, że każda mama chciałaby żeby dzieci spały, jadły, szybko się odpieluchowały, od razu mówiły pełnymi zdaniami, zawiązywały sznurówki, jeździły na rowerze w wieku 18 miesięcy i w ogóle, żeby szybko były samodzielne.
Dzieci niesamowicie się różnią między sobą. Nawet te, które są wychowywane przez tych samych rodziców i w tych samych warunkach środowiskowych. Ja też przez chwilę porównywałam rozwój Lilki i Jula, jednak w pewnym momencie musiałam sobie uświadomić, że są to zupełnie dwie inne jednostki i NIE MOGĘ ich porównywać, nawet w moich myślach.
Tymczasem jest to zgubne. Tak wiele czynników ma wpływ na ich rozwój, że podciąganie dwójki dzieci pod ten sam mianownik jest bez sensu. Szczególnie w pierwszych latach życia rozwój przebiega różnie. Dzieci z różnych powodów nie będą potrafiły zrobić tego co starszy lub młodszy rówieśnik.
Dziś napiszę Wam dlaczego tak jest i co ma na to wpływ, że rówieśnicy tak bardzo różnią się między sobą.
Dziedziczymy po naszych przodkach wiele cech. W genotypie mamy zapisanych wiele informacji. Nauka wciąż się rozwija i bada te tematy bardzo wnikliwie. Dzięki dziedziczeniu wyglądamy tak jak wyglądamy, mamy takie, a nie inne problemy. Dzieci oczywiście dziedziczą po nas (i naszych przodkach) wiele cech np. Lilka odziedziczyła po swoim dziadku od strony taty leworęczność.
W mojej bardzo dużej rodzinie NIKT nie jest i nie był leworęczny. W genotypie są również zapisane mutacje genów, które są odpowiedzialne za różne choroby. Często piszę zmartwionym rodzicom, że dzieci dziedziczą po nas również układ nerwowy. Wiele cech mamy wspólnych i to, że np. mamy chorobę lokomocyjną to może być tak, że dziecko po nas ją „przejmie”.
Wiemy również, że ogromny wpływ na rozwój dzieci ma środowisko, w jakim się urodziły i się wychowują. Pozwolę sobie na szczegółowe wyodrębnienie:
Skoro jej udało się przetrwać i nie zjadł jej dziki zwierz to znaczy, że tak trzeba robić. Będę ją naśladować, bo dzięki temu przeżyję.
Stymulujące otoczenie ma bardzo korzystny wpływ na rozwój dzieci.
Od zawsze powszechny był stereotyp, że chłopcy rozwijają się wolniej niż dziewczynki. Później zaczynają mówić i dojrzewać. Wg mnie jest to mit. Postaram się jeszcze dokładniej dokształcić się w tym temacie i zrobię oddzielny wpis na ten temat.
Stan zdrowia przyszłej mamy (oraz taty) jest bardzo ważny. Przekonałam się o tym bardzo dobrze. Pisałam Wam o tym we wpisie Przerwane oczekiwanie. Współtowarzyszące choroby mają wpływ na późniejszy rozwój dzieci, dlatego warto się diagnozować.
Profesor, u której się leczyłam uważa nawet, że odpowiednia dieta przed zajściem w ciążę jest ważna. Zalecała mi dietę śródziemnomorską. Podpierała swoje zalecenia badaniami, które jednoznacznie stwierdzały mniejszą obecność zespołów genetycznych w południowych rejonach Europy.
Ze swojego doświadczenia mogę również napisać, że np. insulinooporność czy też PCOS mają wpływ na jakość komórek jajowych.
Sam przebieg ciąży ma również wpływ na późniejszy rozwój dziecka. Stres, przyjmowane leki czy nawet ułożenie dziecka przez 9 miesięcy może mieć wpływ na to jakie będzie nasze dziecko i jak będzie pokonywało kamienie milowe.
Mój młodszy syn np. bardzo długo znajdował się główką do dołu, a do tego był dość spory i miał mało miejsca. Jest to prawdopodobna przyczyna jego asymetrii. Spotkałam się również z opinią, że dzieci, które nie obróciły się główką do dołu mogą mieć problemy z równowagą.
Są również leki, które nie pozostają obojętne dla dziecka. Oczywiście nie ma co dyskutować na temat zasadności stosowania leków podtrzymujących ciążę, ale nie pozostają obojętne np. Nospa ( wśród terapeutów mówi się o dzieciach ponospowych, które mają obniżone napięcie mięśniowe).
Leżenie w czasie ciąży również nie pozostaje obojętne. Bardzo ciekawy post na ten temat napisała wczoraj Nicole i polecam Wam przeczytanie KLIK. Dodam od siebie jako terapeuty SI, że właśnie brak bodźców z układu przedsionkowego może mieć wpływ na późniejsze funkcjonowanie zmysłów dziecka.
Pozostawanie w bezruchu również może powodować problemu z napięciem mięśniowym, zaburzenia SI. Często dzieci z ciąż leżących są niedostymulowane i mają ciągłą potrzebę ruchu. W czasie diagnozy SI terapeuci bardzo często pytają o okres ciąży, bo ma on bardzo duży wpływ na późniejsze funkcjonowanie.
Pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo duży wpływ poród może mieć na późniejszy rozwój dziecka. Poród przedwczesny, poród indukowany, poród z użyciem różnych narzędzi, poród naturalny czy też cesarskie cięcie…
Wydarzyć się może wszystko. Znajoma fizjoterapeutka mówiła mi nawet, że stres, który nas zaskoczy w czasie porodu (a co za tym idzie wyrzut kortyzolu) może mieć wpływ na napięcie mięśniowe dziecka i jego późniejsze funkcjonowanie.
Jestem ogromną zwolenniczką karmienia naturalnego i wierzę, że ma ono wpływ na zdrowie i późniejszy rozwój dzieci. Znów pozwolę sobie zacytować Nicole.
Przeczytajcie niesamowitą historię jej babci . Widzę również ogromne benefity z rozszerzania diety metodą BLW. Zdrowe jedzenie również ma wpływ na rozwój. Odporność na choroby dziecka buduje się w jelitach. Pisałam o tym Zbuduj dziecku odporność.
To moja ulubiona zasada, którą stosuję przy moich dzieciach. Różne bodźce, zasada środka oraz brak radykalizmu wg mnie najlepiej wpływa na rozwój dzieci.
Jak widzicie tak wiele czynników ma wpływ na to jak przebiega rozwój. Przestańmy porównywać nasze dzieci z rówieśnikami.
KAŻDE DZIECKO MA ZA SOBĄ INNĄ HISTORIĘ, ŻYJE W INNYM ŚRODOWISKU I MA INNY GENOTYP.
Wszelkie porównania nie wpływają dobrze, ani na dziecko ani na nasze samopoczucie.
Kiedy ktoś mnie teraz o coś pyta, to ZAWSZE odpowiadam: KAŻDE DZIECKO JEST INNE.
Dziecko należy ustawić w szeregu, niechaj kolejno odlicza. Sztywno, równo i posłusznie, a do tego bez wahania. Dyscyplina! Dyscyplina, to podstawa wychowania…*
* Pan Kleks W Kosmosie (Akademia Pana Kleksa)
Choć wcześniej wydawało jej się, że na pierwsze chwile po wykluciu – wszystko już jest naszykowane – teraz jednak popędziła zabiedzonego papę gęsiora Tofla po rzekomo nie cierpiące zwłoki sprawunki. Sama natomiast bezzwłocznie przystąpiła do wprowadzania – koniecznego wszakże w 9-cio pisklętowej komandzie porządku. Najpierw oznajmiła – nakarmimy wasze młode gęsie ego – opanowując sztukę chadzania wszędzie gęsiego!
Małe niezborne nóżki, dzióbki i futerka, cichutko popiskując, szybko uznały autorytet rodzicielki i poddały się jednej słusznej rutynie. Oprócz jednego rebelianta, małego gąsiorka Bolka, który wykluł się jako pierwszy i kiedy jego rodzicielka zajęta była przeliczaniem pojawiających się sumiennie i zgodnie z harmonogramem na świecie jego braci i sióstr, zdążył tymczasem dać drapaka…
Jak tylko usłyszała pierwsze popiskiwania dobywające się z pękających skorupek, przyzwała głośnym gdakaniem tatę kogucika i razem dumnie i gromko hałasując pomagali małym brzdącom stanąć na nogi.
Biegali jak oszalali po kurniku i robili rejwach na całą okolicę. Masa żółtego pierza, niezliczona ilość łap, oczków, dzióbków. Masa nieopanowywalnego pisku, masa szczęścia.
Gdyby Inka nie była zbyt zajęta musztrowaniem gęsiej gromadki – z pewnością z potępieniem patrzyłaby na te spontaniczne wybuchy radości i organizacyjny chaos. U niej wszystko było dawno dokładnie rozplanowane i poukładane.
Pasza dla bobasów była przygotowana, podzielona na 9 równiutkich stosików, każdy z nich podpisany, zważony i naturalnie dietetycznie zoptymalizowany pod kątem jak najszybszego przyrostu masy. Już ona pokaże gospodarzowi że wszystkie pisklaki będą w 10tym centylu. Bólu głowy przysparzał jej tylko ten huncwot Bolko? Gdzież on się już zdążył zapodziać? A niech go gęś kopnie!
Całe stadko biegało w tę i z powrotem, przekomarzając się szpetnie. Gdyby ktoś zapytał kurkę czy doliczyła się już swoich pociech – usłyszałby odpowiedź że cyfra za każdym razem wychodzi inna – ale co tam, wszak szczęście jest niepoliczalne. Dzięki właśnie dokładnie takim warunkom, Bolko był w stanie zadomowić się u kurek na dobre, swojsko czuł się w dynamicznej grupie, uczył się samodzielności i walki o swoje.
Tymczasem w zagrodzie gęsi panowała żelazna dyscyplina. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Każde z nich dostało swoje wyraźnie oznaczone 10 cm przestrzeni. Dysponowało komfortowymi warunkami. Inka miała wszystko dokładnie rozpisane. Każdy kuper był codziennie ważony, mierzony, jego dieta na bieżąco korygowana. „Dzieci potrzebują rutyny”, „to im daje poczucie bezpieczeństwa” – Inka mogła na wyrywki cytować podręczniki i fora. Budziła swoje pociechy nawet w nocy na karmienie.
Choćby spały kamiennym snem – ona lepiej wszak wiedziała, iż ich malutkie żołądki bez dwóch zdań potrzebują karmienia dokładnie co 4 godziny. Papa Tofel jako gabarytowo mniejszy od szacownej małżonki, chciał chyba nadrobić parszywą posturę bo jeszcze był sumienniejszy od niej.
Kiedy jakieś gąsiątko próbowało choć nieśmiało zaprotestować, licząc na to iż ktoś inny niż mama zrozumie drobną żołądkową niesubordynację, dostawało bezpardonowo lejek w dziób, i dodatkową porcję paszy prosto do przepełnionego żołądka. Nawet jednak wzorcowy służbista Tofel, nie był stanie zapanować nad Bolkiem, który znikał wciąż jak kamfora.
Chodziła wolno po wybiegu i wspierała swoje niezgrabne wpierw maluchy. Tu prezentowała jak drapnąć tłustego robaka, tam wskazywała dziobem co smaczniejsze kępki trawy. Dwoiła się i troiła by pisklaki same potrafiły odnaleźć swoje gusta.
Krzyczała na kogucika kiedy za bardzo chciał wyręczyć któregoś szkraba w poszukiwaniu pokarmu. „Najbardziej im posmakuje to co sami sobie zorganizują” klarowała. „Nie odbieraj im możliwości uwierzenia we własne siły!” Podwórko kurek mogło razić wizualnie uwrażliwionych kibiców. Każde z kurczątek leniwie uczyło się polowania na smakowite kąski, każde w swoim tempie.
Właściwie nie było chwili kiedy któreś z nich nie jadło. Mimo iż rodziciele cierpliwie dwoili się i troili próbując zapanować nad jako takim porządkiem – musiał on polec na ołtarzu tej spontanicznej nauki dziobania, ale kurka hołdowała zasadzie jakiej nauczył ją jeden francuski piesek: „jem tyle na ile mam ochotę, ani mniej ani więcej”.
Jeśli uznały że mimo iż dopiero pół naczynia jest puste, ich brzuszki są już pełne – pędziły czym prędzej fikać koziołki z rodzeństwem. Lubiły zresztą odkrywać co rusz to nowe smaki i faktury. Ziarno było nudne jak flaki z olejem.
Za płotem gęsiej zagrody, próżno byłoby szukać choć zmarnowanego ziarenka. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Wpierw próbowała pozwolić gąskom jeść samodzielnie, szybko jednak uznała taką formę za mało efektywną. O estetyce nie wspominając.
Gąski próbowały się wygłupiać, potrafiły się pobrudzić czy nie daj boże zmarnować jakiś okruch! Nie nie nie i jeszcze raz nie! Inka szybko podjęła decyzje iż tak być nie może. Zakazała używać przy jedzeniu jakichkolwiek kończyn.
Nie ma mowy o pomaganiu sobie skrzydełkami, drapaniu nóżką. Po paru eksperymentach rozkazała iż po prostu siedzieć proszę na kuprze i nie dyskutować tylko dziobać dziobać dziobać! Przecież pasza, którą gospodarz przynosił musi być bez dwóch zdań spożyta co do ostatniego okruszka!
Kurka z kogucikiem może i zainspirowaliby się porządkiem panującym w gęsiej zagrodzie, ale po prostu nawet nie mieli czasu zajrzeć do wzorowo zorganizowanej sąsiadki. Małe kurczątka nie ustawały bowiem w zaskakiwaniu rodzicieli coraz to nowymi umiejętnościami rozrabiania.
Przez to że dzieciaki prześcigały się w zdobywaniu urozmaiconego pożywienia – ich zdolności motoryczne rozwijały się niepomiernie. Skrzydła przejawiały właściwości wręcz chwytne, koordynacja łapa-oko prócz efektywnego polowania na robaki pozwalała im bardzo szybko opanować zdolność skrobania jak kura pazurem. Rodzicom wydawało się że to pokolenie chyba pójdzie od razu do gimnazjum, na samą myśl dostawali gęsiej skórki.
Nie ustawali oni zgodnie w staraniach by prześcignąć oczekiwania gospodarza. Im więcej przynosił im karmy – tym więcej jeszcze prosili. Gąski były karmione już nie co 4 a co 3 godziny. Budowanie biomasy szło w imponującym tempie. Odkryli, iż dobrze działa też wykluczenie jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Gąski siedziały na kuprach, każda miała przypisany lejek a rodzice sypali w nie paszę jak do worka. Inka nie posiadała się ze szczęścia. Codziennie mierzyła i ważyła swoje pociechy. Wiedziała że im bardziej się przyłożą, tym prędzej gąski osiągną tak wymarzoną przez gospodarza dojrzałość. Inka bardzo kochała swoje dzieci.
Był najgorszą skazą nieskazitelnej gęsiej zagrody. Odmieniec ważył połowę tego co rodzeństwo. Co gorsza był nad wyraz ruchliwy, niepokorny i wyszczekany. Skaranie boskie z takim łobuzem. Potrafił podlecieć nad wysoki płot, potrafił wyskrobać swoje imię na płocie, przez to często spotykał się z aktywną dezaprobatą gospodarza.
Tyle pożytku, że rodzice mogli go używać jako negatywnego przykładu ze swojego podwórka dla reszty posłusznej czeredy. Rodzice namiętnie straszyli nim resztę dzieciaków – „jak będziesz niesforny jak ten Bolko to na zawsze zostaniesz taki drobny!”
Inka aż cała się trzęsła z radości, kiedy pewnego dnia na gospodarstwo zajechał ten wielki błyszczący kurnik na kołach. Cała jej familia była idealnie przygotowana.
Wypucowała jeszcze piórka i skrzydełka swej nieruchliwej tłustej gromadce. Bielutkie pierze na wypasionych gąskach lśniło i puszyło się dumnie w ciepłym słońcu. Nawet Pan Tofel zasłużył dziś na pochwałę! Przyczynił się aktywnie do sukcesu wyprowadzając przed dom gospodarza – pięknie maszerującą gęsiego defiladę.
Gospodarz i jego gość cmokali i mlaskali z zadowolenia. Poprosili nawet o repetę z defilady zanim zaprosili gąski do wnętrza luksusowego vana. Inka była w takiej ekscytacji, że właściwie wyparła ze swej lśniącej białogłowy istnienie Bolka. Wiedziała jak psułby tę sielankę swą cherlawą posturą, do tego brudny i umorusany jak nie przymierzając zmokła kura.
Gęś Inka bardzo kochała swoje dzieci. Łzy szczęścia zakręciły się jej w oku kiedy komfortowy van do kurortu o egzotycznej nazwie „Ubojnia drobiu” odjechał w gęsiną dal.
Tylko Bolko przegrał życie…
Dziś chcę Wam pokazać wspaniałe miejsce – Hotel Warszawianka, które odwiedziliśmy w ten weekend. Jak wiecie, lubimy podróżować i nie zrażają nas przeciwności losu. Teraz z dwójką, naszych dzieci jest naprawdę fajnie. Nie musimy w końcu jeść na zmiany, bo najmłodszy domownik również aktywnie uczestniczy w posiłkach siedząc w krzesełku. Jazda autem to też żaden problem. Dlatego wracamy do naszych wyjazdów we czworo.
Hotel położony jest ok 40 km od centrum Warszawy , czyli na dojazd trzeba przeznaczyć ok. godzinę. Jest to naprawdę dobra odległość, bo zupełnie nie odczuliśmy, że jedziemy w podróż. Zapakowaliśmy bagaże, wózek, hulajnogę i ruszyliśmy w kierunku Jeziora Zegrzyńskiego.
Cały kompleks jest położony nad samym jeziorem, do tego jest naprawdę ogromny. Jeżeli Wasze dzieci jeżdżą na rowerkach, hulajnogach to możecie je ze sobą zabrać. Można tam również podszkolić jazdę na rowerze z pedałami. Teren hotelu jest bardzo ładny-mimo tego, że nie ma jeszcze wiosny. W koło jest mnóstwo drzew iglastych, które dają złudzenie zieleni.
Hotel Warszawianka dobę hotelową zaczyna o godzinie 16 i kończy o 12. Zawsze możecie przyjechać wcześniej i skorzystać z uroków terenu i np. pójść na spacer nad jezioro. Nasz pokój był gotowy już o godzinie 13 i nic nie dopłacając skorzystaliśmy z kilku dodatkowych godzin. Dobę również wydłużyliśmy do 14 żeby móc na spokojnie skorzystać jeszcze z basenu i Kiddos.
Pokój rezerwowaliśmy przez Booking.com ok miesiąc temu. Wiem, że ciężko jest z terminami, ale warto sprawdzać je na bieżąco.
Są tam 3 restauracje: obiad jedliśmy w restauracji Galeria i było przepyszne-dzieciom również smakowało (dobre kids menu)
Przy wejściu na basen jest automat z kanapkami, ciastkami z pestkami dyni i babeczkami- w razie małego głodu możecie coś kupić do godziny 22.
Cały pobyt warto sobie rozplanować wg atrakcji dla dzieci i ich rytmu dobowego. My np. nie wychodzimy bezpośrednio na podwórko na spacer po basenie. Dlatego najpierw zwiedziliśmy tereny na zewnątrz i dopiero później korzystaliśmy z atrakcji w środku.
Z atrakcji na terenie basenu można również skorzystać nie będąc gościem hotelowym. Można tam przyjechać i skorzystać z niego odpłatnie. Sam basen jest naprawdę fajny i dzieci w różnym wieku znajdą tam dla siebie atrakcje. Jest też brodzik ze zjeżdżalnią.
Temperatura wody wynosi ok 30 stopni, czyli w sam raz. Mamy do dyspozycji: brodzik, basen do pływania z torami, basen 135 cm z „rzeką”, basen 85 cm, 2 jacuzzi i zjeżdżalnię krytą, zewnętrzną. Basen bardzo nam przypadł do gustu i korzystaliśmy z niego 2 razy.
Jeszcze w żadnym hotelu nie widziałam takiej sali zabaw. Jest to miejsce, gdzie chyba każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Do Kiddos mogą wejść dzieci od 4 lat do 12. Z tego co wiem, przestrzegane jest to bardzo rygorystycznie i 3,5- latek tam nie wejdzie.
Rodzice również nie mają wstępu (nawet na chwilę). Tę informację odebrałam bardzo personalnie, bo sama lubię oglądać takie miejsca z racji mojego zawodu oraz chęci bycia blisko dziecka.
Wiem, że może się Wam wydawać to dziwne, ale dzieci są tam pod opieką Pań. Bawią się i korzystają ze wszystkich atrakcji, a rodzice mogą je podglądać na zewnątrz na telebimie. W razie potrzeby dziecko podchodzi do Pani i prosi o zawołanie rodziców. Wtedy ktoś do Was dzwoni i proszeni jesteście o przyjście.
Ja oczywiście sama z chęcią bym wypróbowała wszystkie rzeczy, ale niestety nie mogłam. Najpierw myślałam, że to niezbyt ciekawy pomysł. Jednak później jak zobaczyłam szczęśliwą Lilkę od razu mi przeszło. Udałam się z mężem na herbatę na górę.
Pierwszego dnia Lilka nas zawołała już po 40 minutach. Kiedy ją odebrałam miała pomalowane paznokcie i powieki, a do tego była przeszczęśliwa. Dziś po 2, 5 h nie chciała stamtąd wychodzić i błagała o kolejny przyjazd.
Spędziliśmy naprawdę udany weekend. Na każdy wyjeździe niedziela zawsze jest już poświęcona przygotowaniom do drogi, a tu z racji odległości do domu nie spieszyło się nam i dzięki temu skorzystaliśmy jeszcze ze spaceru po plaży. Z pewnością jeszcze nie raz odwiedzimy Warszawiankę.
tu macie więcej inspiracji na Hotel z dziećmi
a tu na zime ranking TOP 20 Hotel z dziećmi na narty
Tylko naprawdę wyjątkowe książki opisuję w oddzielnych postach. Tak jest właśnie z tą pozycją! Trafiłam na jej drugą część w malutkiej, klimatycznej księgarni. Obejrzałam, przeczytałam, odłożyłam na półkę i wróciłam do domu. Zapisałam sobie tytuł i autora.
Sprawdziłam, że jest również pierwsza część – niestety niedostępna. Jednak, na moje szczęście okazało się, że wydawnictwo właśnie zrobiło dodruk i tak trzymam w ręku absolutnie wyjątkową książkę, która skradła moje serce oraz Lilki.
Ma w sobie to „coś” czego szukam w książkach dla dzieci. Sympatyczne ilustracje, bohatera w postaci dziecka oraz ciekawą historię. Ta ma jeszcze coś wyjątkowego! W książce znajdziemy prawdziwe listy, które dodatkowo wpływają na odbiór książki.
O tym, że Zosia zgubiła swoją ulubioną przytulankę – Królika Feliksa. A on podróżuje po całym świecie i wysyła jej listy z różnych stron. Książka ma bardzo fajny wątek edukacyjny i myślę, że każde dziecko zainteresuje się kulturą danego kraju. Jest absolutnie wspaniała! Nie dość, że jest element pobudzający ciekawość to jeszcze podany w bardzo przystępny sposób.
Królik oczywiście na koniec wraca do Zosi… Oczywiście nie jest to napisane wprost i dziecko zapewne domyśli się za jakiś czas, że to ciocia wysyła te listy do Zosi, bo przecież króliki tego robić nie potrafią. Nie powiedziałam o tym Lilce, poczekam aż sama to odkryje…:)
druga część, którą kupimy pewnie za jakiś czas
Polecam Wam bardzo serdecznie!
Podobno jest też bajka na DVD, ale jeszcze nie oglądaliśmy.
Dla dzieci 3 +
Nawet nie wiecie jak się cieszę, że te posty cieszą się takim zainteresowaniem, bo tworzenie ich to sama przyjemność. Uwielbiam wyszukiwać takie perełki i je Wam prezentować. Dziś będą książki również dla odrobinę starszych dzieci.
Zapraszam
dostępna TUTAJ
wiek dziecka 5+
Wiecie co to jest bajkoterapia? To metoda, w której stosuje się czytanie określonych książek poruszających tematy bliskie dziecku. Dzięki temu, że bohater książki zmaga się z problemami, a później zazwyczaj je rozwiązuje, dziecko staje twarzą w twarz z różnymi swoimi lękami.
Taka właśnie jest ta książka, myślę nawet, że jest to bajkoterapia dla rodzica. Opowiadanie o Kapciuszku dokładnie oddaje klimat mojego wpisu o rodzicielskim Wypaleniu bo Kapciuszkiem jest… mama, która wszystko robi przy dzieciach.
Bardzo fajna i mądra książka i do tego ilustracje Marianny Oklejak!
Świetna książka dla mamy i córki. Sama nie znałam wielu faktów, które znajdują się w książce. Czytam z Lilką z ogromną przyjemności i cieszę oko genialną grafiką.
dla dzieci 5+
Wydawnictwo Egmont raz na jakiś czas drukuje książki ART i właśnie teraz wydano 2 z nich. Ta wycinanka kosztuje niecałe 6 zł! Jest po prostu genialna i trzeba ją mieć. Można wycinać, robić teatrzyki, rysować po nich białą pastelą.
Możliwości jest wiele, ogranicza nas tylko wyobraźnia. Myślę, że mogą nawet służyć dla noworodków do stymulacji wzroku np. jako karty lub mobil nad łóżeczkiem. Koniecznie sprawdźcie inne pozycje z tej kolekcji ART: tutaj
Książka, która przedstawia propozycje do zabawy z cieniem. Najlepsze jest to, że do zabawy potrzebujemy własnych dłoni i tej książki. Uwielbiam takie nieoczywiste zabawy. Książka jest przepięknie wydana i przy każdej propozycji jest ciekawy, rymowany wierszyk.
Nie wiem czy Wasze 4- latki też zadają tyle pytań? Moja córka non stop o coś pyta. Jest taka ciekawa świata, że ta książka jest dla niej idealna. W prosty i naprawdę ciekawy sposób odpowiada na pytania, które może zadać dziecko.
Lubię takie książki, z których ja też mogę się czegoś dowiedzieć i tak właśnie jest w tym przypadku. Czytamy razem i przy okazji się uczymy. Zwróćcie uwagę na te piękne ilustracje!
Dla dzieci 4+
Jak wiecie mam ogromny sentyment do tej autorki. Uwielbiam wszystko, co wyszło spod jej pióra. Tak też jest z Lottą, która jest małym nicponiem;) Nasza Księgarnia właśnie wydała „Dzieci z ulicy Awanturników” oraz „Lottę z ulicy Awanturników” w jednym tomie z przepięknymi ilustracjami.
Powiem Wam szczerze, że ja jeszcze jej nie czytałam, bo sobie ją oszczędzam na lato, kiedy usiądę z Lilką na ławce u babci i w takich oklicznościach przyrody będę jej czytać.
p.s. Wydanie jest przepiękne: z lekko żółtymi kartkami i w takim formacie żeby wrzucić do torby piknikowej.
Dla dzieci 5+
Świetny pomysł na książkę! Nie dość, że jest tu mnóstwo fajnych wierszyków to dzieci muszą wytężyć wzrok i znaleźć taką parę, która wyróżnia się na tle innych postaci. Wbrew pozorom nie jest to takie proste i kiedy jestem zmęczona to Lilka pierwsza odnajduje zagubiony obrazek. Zwróćcie uwagę na piękne ilustracje!
Dla dzieci 3+
Druga książka z serii. Tym razem musimy znaleźć dwa obrazki, które różnią się kilkoma szczegółami.
Myślałam, że Lilka jest za duża już na tę pozycję! Ależ się myliłam… nie wiem co takiego jest w tej książce, że ciągle ją czytamy. Tekst jest wierszowany i dość prosty, ilustracje również są niezbyt skomplikowane, a książka cieszy się ooogromnym powodzeniem.
Codziennie czytamy Kitka. A czym jest książka? O spełnianiu marzeń i nie poddawaniu się. Czekam na kolejną książkę z tego wydawnictwa, tym razem o dziewczynce Rózi.
Ostatnio szukałam książek na prezenty dla dzieci w rodzinie i zrobiłam niezłe rozeznanie. A poza tym wiem, że Wy też macie często starsze dzieci i szukacie dla nich czegoś ciekawego. Tak jest właśnie z tą książką.
„Jacques podejrzewa, że nie jest przez nikogo lubiany. Nauczyciele ignorują go, kiedy zgłasza się do odpowiedzi, nikt nie wybiera go do drużyny i nawet jego własnym rodzicom trzeba przypominać, żeby zostawiali dla niego nakrycie przy stole!
Na szczęście Fleur, siostra i wierna towarzyszka Jacques’a, zna jego myśli, jeszcze zanim przyjdą mu do głowy.
Pewnego dnia Jacques dokonuje przerażającego odkrycia: wcale nie jest bratem Fleur, tylko jej przyjacielem na niby! I tak oto rozpoczyna się zabawna i wzruszająca przygoda chłopca, który chce się dowiedzieć, kim naprawdę jest i co go czeka. Czy może zostać kimś prawdziwym, nawet jeśli z technicznego punktu widzenia nie istnieje…”
Dla dzieci 8+
Świetna książka dla dzieci starszych i młodszych, które mieszkają w Warszawie lub zamierzają odwiedzić to miasto. Jest również wersja z Krakowem KLIK oraz Paryżem.
W książce znajdują się najpopularniejsze miejsca charakterystyczne dla tego miasta. Można nie umieć liczyć do 200, a i tak połączyć kropki (zobaczcie Lilki Barbakan). Super pomysł! Przy okazji można sporo dowiedzieć się o danym miejscach.
Uwielbiamy takie książki! Długość w sam raz do czytania przed snem. Świetne, lekko przerysowane ilustracje i do tego genialny tekst. Całość jest naprawdę godna uwagi, szczególnie dla dzieci, które lubią księżniczkowe i rycerskie klimaty.
Specjalnie nie piszę, że jest dla dziewczynek, bo wcale tak nie jest. Nie ma tam różu, brokatu i słodkiej treści. Są za to rymy trafione w punkt oraz ilustracje, na które chce się zawiesić oko na dłużej. Jedna z naszych ulubionych książek.
Nie mogę przestać się śmiać… Uwielbiam tę pozycję tak bardzo, że czasami ją sama czytam. Lilka też za każdym razem śmieje się głośno. O czym jest? O Koali, ale ja mam wrażenie, że jest to książka o granicach. O tym żeby je szanować. Lubię bardzo! A do tego przepiękne ilustracje Emilii Dziubak.
Jak wiecie lubię różnorodność, a nawet kontrasty, dlatego na naszej półce oprócz współczesnych książek i ilustracji znajdują się takie klasyki. Kiedyś cykl roczny wyznaczały pory roku i zmiany za nimi idące, a teraz jest trochę inaczej.
Lubię takie książki, które przypominają mi moje dzieciństwo. Taki właśnie jest „Wietrzyk” lekki, przyjemny, bez plastiku i krzykliwych kolorów.
Kiedy tylko zobaczyłam okładki tych dwóch książek pomyślałam, że to w końcu coś innego. I nie myliłam się! Gabriela Mistral jest laureatką nagrody Nobla z dziedziny literatury. Te książki to perełki, ale uwaga, nie są to typowe bajki dla dzieci.
Wg mnie są dla starszych, ich przekaz nie jest tak oczywisty jak nam może się wydawać. Nawet ich treść jest lekką wariacją na temat słynnych bajek, bo np. Czerwony Kapturek kończy się kiedy wilk zjada główną bohaterkę. Nikt nie przychodzi na ratunek.
Wg mnie są dla dzieci 5+
Świetny pomysł na prezent dla starszej dziewczynki, która interesuje się modą. Za pomocą gotowych szablonów można samemu stworzyć własny zeszyt projektów.
Pamiętam jak sama ponad 25 lat temu rysowałam takie projekty i szyłam ubrania dla lalek ze skarpetek. Taki zeszyt niesamowicie by mnie wtedy ucieszył.
dla dzieci 7+
Uważam, że wciąż jest za mało książek dla dzieci nawiązujących do niepełnosprawności. Ta książka jest właśnie o głuchym chłopcu, który z trudem porozumiewa się z otoczeniem.
Jednak jego sąsiad rozumie go bez słów i tłumaczy mu jak może usłyszeć „szum morza”. Warto jest czytać takie książki dzieciom, bo w taki sposób otwieramy je na inność.
Dla dzieci 7+
Genialny pomysł na książkę! Macie w domu małych naukowców, którzy mają ciągły głód wiedzy? Zajrzyjcie koniecznie do tej książki. Znajdziecie tam wiele pomysłów na domowe eksperymenty i przeczytacie wiele ciekawych informacji.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij poniżej
Wielu rodziców szuka w sieci informacji o zdrowiu, suplementach diety czy też radzi się innych rodziców na temat zdrowia dzieci. Gdzie jest ta cienka linia, której nie powinniśmy przekraczać i czy wchodząc w kompetencje lekarzy nie szkodzimy naszym dzieciom?
Owszem, sama jestem za naturalnymi metodami np. w leczeniu lekkich przeziębień, ale zawsze radzę się specjalisty, czyli lekarza. Spotkałam się niestety z postawami rodziców, którzy ukończyli studia z medycyny u dr. Google i eksperymentują.
Wywiad z Joanną Dronką – Skrzypczak, autorką strony dietaeliminacyjna.pl, z której pomocy korzystałam przy wyborze probiotyków dla moich dzieci.
Od dłuższego czasu współpracuję z jednostką zajmującą się diagnostyką między innymi alergii pokarmowych i mikroflory jelit. Stały kontakt z laboratorium i pacjentami uświadomił mi jak ważne jest, żeby mówić i pisać o odpowiedniej diagnostyce i rozsądnym podejściu do suplementacji i dietoterapii.
Żyjemy w czasach, kiedy przepływ informacji jest bardzo szybki: ludzie dzielą się doświadczeniami na forach internetowych, portalach społecznościowych. Z jednej strony to świetnie, ponieważ można uzyskać poradę i pomoc. Z drugiej strony niesie to za sobą ogromne niebezpieczeństwo jakim jest eksperymentowanie na zdrowiu własnym i swoich najbliższych.
Właśnie tutaj dochodzimy do tematu diagnostyki. Niestety, ale przyjęło się przekonanie, że jeśli ktoś napisze, że np. eliminacja glutenu pomogła jego dziecku na wysypkę, albo lek na odrobaczanie rozwiązał problemu żołądkowo–jelitowe to kusi, żeby to samo zastosować u siebie albo dziecka.
Tymczasem organizm do bardzo delikatna maszyna, przyczyn problemów może być wiele i nie powinno się bez podjęcia prób znalezienia źródła dolegliwości stosować jakichkolwiek dietoterapii czy leków na zasadzie eksperymentu. Jeśli np. dolegliwości żołądkowe spowodowane są celiakią, a wprowadzimy dietę eliminacyjną u dziecka bez diagnostyki to wykonanie późniejszych badań może być mocno utrudnione.
Poza tym inne zalecenia są w przypadku celiakii a inne nadwrażliwości na gluten.
Pół biedy, jeśli rodzice podają dziecku olejek z oregano czy pestki dyni. Jednak coraz częściej czytam ogłoszenia na temat odsprzedawania preparatów odrobaczających, które powinny być na receptę, a ich podanie powinna poprzedzać rzetelna diagnostyka.
Podanie każdego leku nie pozostaje obojętne dla organizmu. Pojawia się pytanie kiedy korzyści przeważają nad ewentualnymi konsekwencjami. Ja uważam, że wówczas, kiedy faktycznie jest problem, a preparat i terapia jest indywidualnie dobrana.
Znowu wracamy do Internetu i opisów różnych, nawet najbardziej szalonych metod diagnostycznych jak np. test śliny na obecność Candida. Jest także test buraczkowy (na nieszczelne jelita) i kilka niestandardowych metod sprawdzania obecności pasożytów.
Ja zawsze będę opowiadała się za metodami naukowymi, czyli badania laboratoryjne w dobrym, sprawdzonym laboratorium. W przypadku pasożytów i Candida najczęściej są to badania kału. Mówię „najczęściej” bo np. obecność owsików bada się w inny sposób.
Wiele osób nie wie, że np. badanie Candida z krwi lub sama jej obecność w badaniu z kału nie ma większego znaczenia. Istotna jest bowiem informacja nie tyle o obecności przeciwciał czy samego grzyba, ale przede wszystkim jego ilość. Tylko przerost Candidy powinien być powodem do podjęcia dietoterapii albo leczenia.
Tymczasem spotykam się z przypadkami, że dziecko jest leczone silnymi lekami przeciwgrzybiczymi kiedy nie ma do tego wskazań.
Zdaję sobie sprawę, że diagnostyka pasożytów żeby była wiarygodna musi być przeprowadzona prawidłowo, ale lepiej poświęcić czas i energię na szukanie dobrego laboratorium niż sposobów zdobycia leków na receptę bez recepty.
A co z suplementacją? Tran, witamina D, probiotyki? Czy tutaj także należy wykonać wcześniej badania?
W przypadku suplementacji ważny jest zdrowy rozsądek. Oczywiście badania poziomu witaminy D czy mikroflory jelit warto wykonać, ale nie jest to konieczne, chyba, że istnieją ważne przesłanki. Diagnostyka zawsze pomaga w lepszym dobraniu czy to samego preparatu czy tez jego dawki.
W przypadku suplementów większą uwagę zwracałabym raczej na ich jakość i skład. Wśród rodziców popularne są preparaty witaminowe np. w kształcie misiów czy tran w formie słodkiego syropu. Kryterium „bo dziecko chętnie je” nie jest najlepszą drogą do wyboru suplementu.
Najlepsze preparaty mają krótki skład, bez zbędnych dodatków i są przebadane naukowo. O tym jak wybrać probiotyk pisałam w moim artykule http://www.dietaeliminacyjna.pl/probiotyki-dla-dziecka-wybrac/
Warto zawsze poradzić się lekarza. Zdarza się tak, że nie do końca zgadzamy się z zaleceniami lekarza… wtedy najlepiej jest skonsultować to z innym specjalistą, a nie szukać pomocy w Internecie.