kontakt i współpraca
Chociaż bardzo mało je.
Coraz częściej z bliższego i dalszego otoczenia słyszę komunikaty, że moje dziecko niewiele je. Zwłaszcza po wakacjach ze znajomymi kiedy mieliśmy porównanie z młodszym o pół roku chłopcem, który pochłaniał może 3 razy tyle co Lilka na każdy posiłek. A moja córka po 15 łyżkach mówiła, że już „brzuch jest pełny”. Każde dziecko jest inne, to moje motto. Nie należy ich porównywać.
Niedawno będąc u mojej mamy rozmawiałam z nią na ten temat, bo była wyraźnie zmartwiona faktem, że Lilka je jak wróbelek. Rzeczywiście je naprawdę mało i bardzo wybiórczo, ale nie jest niejadkiem.
Wiecie dlaczego?
Z byciem niejadkiem jest tak jak z jąkaniem. Dziecko zacina się, bo ma zbyt dużo myśli na minutę, a aparat artykulacyjny nie jest w stanie wyprodukować tych wszystkich dźwięków. Jest to rozwojowe, czyli dziecko najprawdopodobniej z tego wyrośnie. Chyba, że to zacinanie nazwiemy jąkaniem i zaczniemy na nie zwracać uwagę. Mogę Wam zagwarantować, że jeżeli będziemy mówić do zacinającego się dziecka „nie jąkaj się”, „nie zacinaj się”, „mów płynnie”. To właśnie wtedy przekazujemy dziecku, że ma problem i od wtedy naprawdę zacznie się jąkać.
Czasami sobie myślę, że gdyby Lilka była dzieckiem rodziców, którzy nie myśleliby tak jak my, nie jadła by nic. Serio! Jadłaby pewnie najbardziej powszechne suche bułki. I to wszystko.
Nie popełniliśmy żadnych błędów, że mamy teraz taką sytuację. Rozszerzaliśmy dietę metodą BLW i miała możliwość próbowanie różnych smaków i faktur. Nigdy nie zmuszaliśmy do jedzenia.
Posiłek u nas w domu od zawsze nie służy tylko pochłanianiu pokarmów. Traktujemy ten moment wyjątkowo. Rozmawiamy, cieszymy się sobą, a przy okazji jemy. Nigdy nie puściliśmy bajki podczas jedzenia w domu, nie zabawialiśmy przy jedzeniu i nie zagadywaliśmy.
W ciągu dnia też nie biegam za nią i nie pytam czy jest głodna i czy chce się jej pić. Chcieliśmy żeby nauczyła się kontrolować głód i pragnienie. A tylko w taki sposób może się tego nauczyć. Teraz umie doskonale odczytać swoje potrzeby. Wie kiedy chce jej się pić, a kiedy jest głodna.
Jednak szybko z nich zrezygnowaliśmy, bo zaczęliśmy zauważać, że zjada obiad tylko po to, żeby dostać deser. Uznaliśmy, że jest to bez sensu. Nie chcieliśmy żeby jadła obiad tylko po to żeby dostać deser. Postanowiliśmy nawet, że coś słodkiego dajemy niezależnie od pory posiłków.
Jedyna metoda jaka u nas się teraz sprawdza żeby dziecko zjadało odrobinę więcej jest totalne niezwracanie uwagi na jedzenie i jego ilość. Mam wrażenie, że im więcej się rozmawia na tematy jedzenia, łyżek, ilości tym je mniej, a nawet nic.
Dzieci są bardzo mądre i zauważają szybko, że coś jest na rzeczy. Nawet jeżeli jakimś cudem Lilka zje wszystko z talerza (a było tak może 10 razy w życiu) to nigdy jej nie pochwaliłam, że „ładnie zjadła” ani nigdy nie powiedziałam, że cieszę się ze zjedzonego obiadu.
To nie działa w ten sposób.
Mówiąc w ten sposób uzależniamy dziecko od siebie i ono będzie jadło tylko po to żeby nas zadowolić lub nie będzie jadło właśnie dlatego, że nam na tym zależy i nie może zaznaczać siebie.
W naszym kraju wciąż jedzenie kojarzy się z miłością. Matka karmiąc swoje dziecko i gotując dla rodziny przekazuje miłość. Często same matki stwierdzają: „Nie zjadło MI zupy”. Jak to „MI”? Trzeba oddzielić jedzenie od tego uczucia. Ono nie ma nic do rzeczy, a w przyszłości może powodować problemy. Uczucie po objadaniu się jest właśnie kojarzone z miłym samopoczuciem.
Naprawdę nie chcę żeby moje dziecko czuło się cudownie po zjedzeniu ogromnym ilości jedzenia. Dlatego postanowiliśmy świadomie oddzielać te dwa stany: pełnego brzucha i uczucia miłości.
Nie pozwólcie żeby ktoś nazywał Wasze dzieci niejadkami i sami też ich tak nie nazywajcie. To szufladka, etykietka, która bardzo szybko przylega do dziecka i bardzo trudno się jej pozbyć.
Zaburzenia odżywiania wg mnie zaczynają się w dzieciństwie i należy takim zachowaniom powiedzieć: „Nie!”
W tym roku postanowiliśmy spędzić wakacje w Polsce. Z 3- miesięcznym niemowlakiem nie chciałam wybierać się od razu w dalekie podróże. Mój mąż był „lekko” nie pocieszony, bo fanem urlopu w naszej ojczyźnie to on nie jest. Wygrał zdrowy rozsądek i poczucie bezpieczeństwa.
Wiedziałam, że na pewno chcemy pojechać jak najpóźniej, aby nasz niemowlak był już trochę starszy. Nie ukrywam, że nie lubimy tłumów (no bo kto lubi?) i wybraliśmy na termin naszych wakacji koniec sierpnia. W ubiegłym roku byliśmy w tym czasie nad morzem i było cudownie.
Pogoda dopisała, ludzi już nie było i wypoczęliśmy bardzo. Do dyspozycji mieliśmy aż 14 dni, więc mogliśmy wybierać i przebierać w hotelach, pensjonatach i gospodarstwach agroturystycznych. Przejrzałam wzdłuż i wszerz blog Travelicious, ale nie znalazłam prawie żadnych terminów, który nam by pasował w ciekawych miejscach.
A na pierwszy tydzień urlopu znaleźliśmy cudowne miejsce, które dziś chciałabym Wam tu pokazać, bo skradło moje serce i z pewnością tam wrócimy.
Długo szukaliśmy pięknego miejsca nad jeziorem i znaleźliśmy! Kiedy znajomi pytali nas gdzie się wybieramy na urlop, byli lekko zdziwieni, że jedziemy na Kaszuby. Przyznam szczerze, że ja też nie byłam do końca pewna naszego wyboru. Ale jak już przyjechaliśmy na miejsce zakochałam się!
Cały kompleks położony jest w otulinie zieleni. Wysokie i rozłożyste drzewa zrobiły na nas ogromne wrażenie (na Podlasiu takich nie ma). Hotel jest otoczony naturą i na tym najbardziej nam zależało.
Naprawdę żałowałam, że jezioro jest aż tak blisko, bo ścieżka była przeurocza i miałam niedosyt.
Jezioro Szczytno, jest bardzo czyste i chyba nawet ciche (ani razu nie słyszałam motorówki, czy skutera). A już najbardziej upodobałam sobie ławeczki na pomostach. Codziennie rano przyjeżdżałam tam ze śpiącym Julkiem i słuchałam ciszy.
Chyba nigdy jeszcze nie doświadczyłam takiego spokoju ze strony natury. Moje zmysły wypoczęły w bardzo dużym stopniu.
Wiem, że to może zabrzmieć absurdalnie, ale naprawdę odpoczęłam na wakacjach z dziećmi. Nie jeździliśmy nigdzie samochodem, ograniczyliśmy dostęp do Internetu i ilość atrakcji. Wszystko na spokojnie i bez stresu. Nawet jak teraz o tym piszę to znów na mnie spływa ten spokój.
Cały kompleks składa się z 4 małych pensjonatów i hotelu. Nasze wakacje rezerwowaliśmy przez w hotelu. Zrobiliśmy to ze względu na dzieci, których nie musieliśmy nawet specjalnie suszyć po basenie.
W budynku głównym hotelu znajdują się: jadalnia z restauracją, basen z spa, sala zabaw dla dzieci i wszystkie inne atrakcje. Urocze pensjonaty są obok.
Nasz pokój był bardzo przestronny i bez problemu pomieścił naszą czwórkę.
My byliśmy bardzo zadowoleni, bo Lilka zawarła kilka znajomości i właściwie poświęcała dzieciom każdą chwilę. Ze śpiącym obok Julkiem czuliśmy się jak na wakacjach bez dzieci (no prawie;)
Dla dzieci przewidziane jest dziecięce menu i mały stolik do zabawy w jadalni. Obok spa jest też spora sala zabaw, w której w ciągu dnia odbywały się animacje dla dzieci (malowanie twarzy, baloniki skręcane i puszczanie baniek).
Na zewnątrz jest też świetny drewniany plac zabaw ze zjeżdżalniami. Hotel zrobił również dzieciom niespodziankę i w piątek przyjechały Panie animatorki z mocą atrakcji, a w sali zabaw czekały nawet nianie. Jak widzicie hotel jest genialny dla dzieci!
Ogromnym plusem jest jedzenie. Wykupiliśmy opcję z obiadokolacją i codziennie rozkoszowaliśmy się pysznym jedzeniem. Wszystkie potrawy były przepyszne, a ja codziennie jadłam rybkę. Jedzenie jest dokładnie takie jak lubimy: lokalnie, świeżo i bez ulepszaczy smaku.
Hotel Aubrecht ma nawet swoją plantację eko ziemniaków i ziół. No i kawa! Ehhh, pierwszy raz w życiu smakowała mi hotelowa kawa, która była ogólnie dostępna (nie za dodatkową opłatą jak prawie wszędzie).
Cały Hotel Aubrecht jest w takim klimacie jak lubię: niewymuszonym, ale w miarę eleganckim
Spędziliśmy tam cudowny tydzień i z pewnością tam wrócimy, bo sam hotel jak i otoczenie zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jesienią te wszystkie drzewa w feerii kolorów muszą wyglądać wspaniale.
Hotel Aubrecht
p.s. Pozdrawiam dwie moje czytelniczki, które spotkałam w HA:) Było mi bardzo miło!
tu macie inne rekomendacje na Hotele dla rodzin z dziećmi a tu Top 20 Hotel z dziećmi na narty
Długo szukałem tego słowa i będzie kontrowersyjne i nośne – szczepienie! Jest dużo bardziej adekwatne, bo po dogłębnych rozważaniach zdecydowałem że nie chcę mojej córki „uczyć” – chcę jej zaszczepiać lingwistyczną ciekawość. Rzekłbym nawet więcej – dociekliwość. Zgodnie z maksymą – dzieci się najlepiej uczą kiedy nie wiedzą że się uczą☺
Słowo jest wtórne. Jest wytworem człowieka służącym do czegoś opisania, odmalowania, zdefiniowania. Ma konkretne meta granice. Słowo określa coś bardzo dokładnie – od – do. To co się mieści w tych granicach to Pole Semantyczne. Piękne w językach jest to, że Pola Semantyczne w różnych językach mogą być różne.
Weźmy na warsztat słowo „jabłko” – w tym przykładzie – pewnie granice Pola Semantycznego w większości języków są takie same. Ucząc się odpowiednika słowa „jabłko” w polskim, łacińskim czy węgierskim – opanowujemy słówko i tłumaczymy jeden do jednego.
w języku polskim nikt jednego z drugim nie pomyli ani zamiennie nie użyje, a są języki, które tych dwóch barw nie rozróżniają – nasze dwa pola semantyczne to w tamtej rzeczywistości językowej jedno – wyobrażam sobie zbiorczy kolor „morski” w którym zmieścić się może cała paleta barw. „Śnieg” – dla nas jedno szerokie pojęcie, które w codzienności Eskimosów ma odbicie w kilkunastu odmiennych słowach.
Myślałby kto, że się nudzili, leżeli i wymyślali takie fanaberie – nie, dla nich to kwestia życia lub śmierci – czy aby ten śnieg o odrobinę innym odcieniu i strukturze się nagle pod człowiekiem nie załamie i nie pogrzebie go na wieki. Inne realia, które wymuszają na języku stworzenie adekwatnych narzędzi.
Kolejny przykład – słowo „tani” – dla mnie ma ono w większości języków które liznąłem odcień pejoratywny. „Tani” – oznacza oprócz przeciwności „drogiego” jednocześnie coś pośledniejszego. Coś gorszej jakości. Teraz by nie szukać daleko spójrzmy na holenderski odpowiednik – słowo „goedkoop” – jego etymologia to 2 słowa „goed” czyli „dobry” i „koop” od czasownika „kopen” – „kupować”.
W języku holenderskim „tani” to po prostu „dobrze kupiony”. W niderlandzkiej warstwie językowej rzekłbym, że „tani” to wręcz komplement! Nie ośmielam się dochodzić, czy to protestanckie wpływy i pochwała zaradności kształtowały język, czy na odwrót. Celem powyższego wywodu było pokazanie jaki filtr na ludzkie życie nakłada język, którym dany osobnik się w danej chwili posługuje.
Mówiąc jednym językiem nieświadomie skupiasz się na czynności, a innym znowu na celu albo przedmiocie zdania. W jednym języku przechodzisz z wszystkimi na ty – w innym używasz rozbudowanych form grzecznościowych. Reasumując – spotkałem się kiedyś z pięknym cytatem, którego sens był mnie więcej taki
„Ucząc się języka obcego, możesz natknąć się na drzwi, o których nawet byś nie wiedział że istnieją”.
Przyznaję rozważałem – czy mówić do córki od niemowlęcia-pacholęcia po angielsku? Z jednej strony przyznaję kusiło – z drugiej, za wielką ciekawość miałem by być świadkiem jak dziecko przyswaja język. (O czym napisałem zresztą później mój pierwszy w życiu tekst: Na początku było słowo.
Żyła we mnie jakaś atawistyczna obawa że obcym słownictwem naruszę czy zubożę jej rozwój. W głębi ducha wiem że to bzdura, po prostu dzielę się swoimi osobistymi lękami, bo kiedy chodzi o własne potomstwo człowiek nakłada filtr na wszelkie resztki wykształcenia jakie tlą się na dnie umysłu po tych paru eonach od zakończenia obcowania z wyższą, ba nawet filologiczną katedrą.
Utkwiło mi w pamięci jedno przemawiające do wyobraźni badanie – wynikało z niego, że w rodzinach gdzie rodzice mówią do dziecka każde w innym języku – może się zdarzyć iż mały adept życia zgeneralizuje sobie iż wszyscy mężczyźni mówią w języku taty a wszystkie kobiety w języku mamy☺.
Naturalnie to w ramach anegdoty – dzieci rosną w środowiskach które czasem dają możliwość rozwinięcia nawet nie dwóch a jeszcze więcej języków i świetnie sobie dają radę. Choć występują przemieszania słownictwa i przejściowe zastoje – na dłuższą metę takie dziecko tylko zyska.
Nam się teraz wydaje, że jesteśmy do przodu, bo posługujemy się na co dzień angielskim – w poprzednich epokach nie było rzadkim by dzieci miały guwernantki od niemieckiego, rosyjskiego, angielskiego i francuskiego by czytać Goethego, Dostojewskiego i wszelkich innych tuzów literatury w oryginale.
Czas chyba przejść powoli do rzeczy – skoro podjąłem decyzję, iż nie będę aktywnie komunikował się z moją pociechą w języku obcym – tylko po polsku – co w takim razie zrobić by jakoś dzieciaka wyposażyć w zestaw narzędzi, który przyda się jak już nadejdzie czas samej nauki?
Zastanowiłem się – co tak naprawdę nie pozwala nam w dorosłym życiu opanować obcego języka do poziomu w którym byłby on nierozpoznawalny dla native speakera? Słownictwo, gramatyka, struktura języków indoeuropejskich – to wszystko jest stosunkowo łatwe do opanowania – natomiast przynajmniej w moim przypadku:
To są rzeczy, które ucho native speakera identyfikuje momentalnie.
Rzadko kiedy zdarza nam się nie rozpoznać obcokrajowca mówiącego w naszym języku. Choćby nie wiem jak opanował wszelkie aspekty języka – wymowa zdradzi często dokładnie jego pochodzenie. Wspomniałem więc jak tłukli do głowy na uniwersytecie: mały człowiek – przyswajając mowę, interpretując dźwięki – dostraja swój aparat słuchowy do głosek danego języka.
Chodzi o to – że np. w języku polskim – jest istotna różnica pomiędzy głoskami „s”, „ś” i „sz”. Nie pomylimy ich. Dzieje się tak dlatego – że nie możemy ich mylić – nie jest możliwe podmienienie tych głosek, gdyż to zmieniałoby znaczenie wyrazu. „Sok vs. szok” „grubszy vs. grubsi”. W innych językach spokojnie sobie egzystuje jeden dźwięk na pograniczu „ś” i „sz” – bo tam po prostu różnica między nimi jest nieistotna – nie zmienia znaczenia słowa.
U nas akurat te różnice przesądzają o znaczeniu wyrazu. Porządkuje ten system pojęcie Pary Minimalnej – jeśli istnieje dwa wyrazy różniące się tylko jedną głoską i mają one różne znaczenie – mamy do czynienia właśnie z Parą Minimalną.
Cechą która odróżnia głoski może być dźwięczność, miękkość, nosowość, akcent i w innych językach jeszcze dużo innych… Aparat słuchowy adepta mowy budując wyżej wspomnianą Siatkę Fonologiczną – dostraja się.
Mózg ma i bez tego na co dzień dość sporo terabajtów danych do przefiltrowania – chce sobie uprościć życie (jak każdy porządny leń) – zwraca więc tylko uwagę na istotne różnice między głoskami – reszta różnic, które nie zmieniają znaczenia – są pomijalne! Tu dochodzimy do sedna.
Obrazowy przykład jaki do tej pory tkwi mi w głowie – ponoć w języku japońskim nie ma rozróżnienia między głoskami „l” i „r”. Wymawiają coś pośredniego pomiędzy tymi dwoma dźwiękami – w ich siatce fonologicznej sprawdza się perfekcyjnie – natomiast ucząc się np. angielskiego – słuchający ich interlokutor może mieć problem ze zrozumieniem czy usłyszał:
„I eat a lot of rice” czy „I eat a lot of lice”.
Wracając więc do pociechy mojej małoletniej – nie uczę gramatyki, nie wtłaczam czasów zaprzeszłych, nie przepytuję z dopełniacza saksońskiego – próbuję budować bardziej uniwersalną siatkę fonologiczną. Chcę uniknąć tego czym sam jestem okaleczony – ja nabywając kolejne języki – postrzegam niestety ich brzmienie poprzez pryzmat polskich głosek. Całe szczęście, że nasz język ma ich trochę i jakoś idzie od biedy ogarnąć – natomiast dzieciaka od małego szczepię innymi językami – a jak to robię? To może opowiem kolejnym razem.
a tu druga część wpisu Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny
Daniel
Nieuchronnie zbliżają się długie wieczory w domu z dobrą książką. Mam dla Was sporo bardzo ciekawych nowości dla dzieci w różnym wieku.
Zacznę od najmłodszych
Duża, kartonowa książka obrazkowa dla najmłodszych. Urzekły mnie przede wszystkim ilustracje, które idealnie trafiają w mój gust. Są proste, tak żeby dziecięce oko mogło od razu wiedzieć co przedstawia obrazek, a jednocześnie przedstawiają wszystkie niezbędne szczegóły. Książka idealna do rozwijania słownika najpierw biernego (rozumienie), a później czynnego (mówienie)
Idealna dla dzieci 12 m+
Do kupienia tutaj
Czekałam na tę książkę! Jest dla nas idealna. Lilka uczy się czytać sylabami, więc wszystkie łatwe wyrażenia dźwiękonaśladowcze zawarte w książce są okazją do ćwiczenia. Młodszy z zainteresowaniem słucha, a starsza siostra jest z siebie dumna, że może już czytać bratu.
Książka jest naszpikowana wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi, czyli onomatopejami. To na nich dzieci uczą się mówić. Książkę można czytać na kilka sposobów. Raz same onomatopeje, a innym razem historyjkę. A można również i to i to. Warto mieć w swojej biblioteczce.
Lilka uwielbia tę książkę! Koniecznie zwróćcie uwagę na ilustracje, które powstały z wycinków materiałów. A do tego ciekawy tekst. Myślę, że przypadnie do gustu wielu dzieciom.
Dla dzieci 2+
Chyba nie ma dziecka, którego by nie interesowały zwierzęta. W każdym wierszu przedstawione jest zwierzę z charakterystycznymi dla niego cechami.
Bardzo ciekawy zbiór rymowanych wierszyków dla dzieci. A do tego w książce są przyjemne dla oka ilustracje. Fajny pomysł na spis treści;)
Autor kultowych „Jaśków” dla młodszych dzieci. Świetna kreska i błyskotliwy tekst. Lilka uwielbia, bo Rita jest dość rozbrykana i troszkę odzwierciedla jej charakter.
Dla dzieci 3+
Ciekawa pozycja dla dzieci, które interesują się muzyką. Pięknie wydana książka o perypetiach krowy Zosi, która postanowiła założyć swoją orkiestrę.
Dla dzieci 3 +
Nic na to nie poradzę, że tata zaraził Lilkę miłością do Gwiezdnych wojen. Egmont wydał właśnie wg mnie najprzyjemniejszą ze wszystkich książkę z opowiadaniami. Polecam wszystkim miłośnikom GW, bo to warta uwagi pozycja z naprawdę ładnymi ilustracjami.
Uwielbiam ilustracje tej autorki i śledzę każdą jej nowość wydawniczą. Tym razem również się nie zawiodłam. Świetna, humorystyczna historia o warzywach dla dzieci. Los Burakos, Kala de Fior i Kim Chos Neck zachęcają do przeczytania.
Rozbrykany słownik obrazkowy autorki kultowych już książek „Julek i Julka” tym razem w kolorze. Jeżeli Wasze dzieci lubią książki obrazkowe to z całego serca polecam tę pozycję. Świetna pod każdym względem!
Muszę tylko uprzedzić, bo wiem, że niektórzy nie są zwolennikami cyrku, a on pojawia się na kilku stronach.
Dwa słowa o autorach. Pamiętacie książkę „Miłość”? Jej autorka napisała wcześniej Edzia. A ilustracje stworzył Marc Boutavant autor Mouka, który podbił świat.
„Edzio” to idealna kompozycja tekstu i ilustracji. To książka o nieśmiałości- u nas bardzo na czasie. Wiewiórka „Edzio” boi się swoich sąsiadów i nie potrafi się przełamać, aż któregoś dnia dostaje zaproszenie na urodziny. A co wydarzyło się dalej przeczytacie w książce.
Absolutny hit dla przedszkolaków. Na wielkich, kartonowych stronach przedstawione jest życie przedszkolaków ze względu na pory roku oraz wydarzenia. Na każdej ilustracji bardzo dużo się dzieje i dzieci mogą śledzić losy bohaterów. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to Halloween w przedszkolu.
Dla dzieci 2-3 +
Do kupienia najtaniej tutaj
Rozkładana książka dla starszych dzieci zainteresowanych geografią. W książce znajdziecie zabytki, interesujące historie i ciekawe ilustracje. Dzięki „Podróży dookoła świata” dzieci przyswoją dużo informacji nie wychodząc z domu.
Dla dzieci 6+
Ciekawa kolorowanka dla dziewczynek z zadaniami.
W książce poruszone są tematy niełatwe. Strach, który paraliżuje zarówno dziecko, jak i rodzica. Warto sięgnąć po nią żeby skłonić się do rozmowy na ten temat.
Bohaterem książki jest Bulbes, który czeka na spóźniającą się mamę. Przychodzą mu do głowy same czarne scenariusze.
Genialne ilustracje Oli Woldańskiej-Płucińskiej.
Dla dzieci w wieku 4+
Księga łamigłówek i labiryntów idealna na wyjazdy.
Dla dzieci 4+
Najlepsza książka z zadaniami jaką do tej pory mieliśmy. Mnóstwo naklejek, łamigłówek i zagadek za niewielkie pieniądze.
Widzę, że jest taka sama o Muminkach (kupię jako następną) tutaj
Na koniec nietypowa książka. To przewodnik dla dzieci po województwie śląskim.
To subiektywny przewodnik po województwie śląskim. Polecam wszystkim, którzy mieszkają w tamtych rejonach lub wybierają się na Śląsk. Autorka w bardzo przystępny sposób pokazuje atrakcje godne uwagi. Z pewnością przyda nam się w naszych wojażach po Polsce.
Przewodnik można zamówić tutaj
Kapcie w wyprawce przedszkola są najważniejsze. Dzieci spędzają w nich czasami nawet 9 h non stop. Rysują w nich przy stole, siedzą po turecku na dywanie, biegają po wykładzinie… Taki but musi być przystosowany do tych wszystkich funkcji. Nie jest to łatwe, dlatego warto poświęcić więcej czasu na to żeby znaleźć idealne kapcie dla swojego dziecka.
A i jeszcze do tego muszą…
W ubiegłym roku kiedy Lilka startowała do przedszkola kupiłam jej najpiękniejsze czerwone kapcie z myszką. Długo szukałam czegoś odpowiedniego i w końcu znalazłam. Według mnie były idealne, aż do momentu kiedy zobaczyła je Lilka.
Najzwyczajniej w świecie nie podobały się jej. Ile to ja rozmów z nią przeprowadziłam na ten temat. W końcu przyznała, że mogą być. Jednak mały niesmak pozostał.
W tym roku uznałam, że najlepiej będzie jak kapcie wybierze sobie sama. Zabrałam ją dziś do sklepu stacjonarnego. Pokazałam kolorowe półki i powiedziałam: „Wybieraj co tylko chcesz”. Wybrała, zmierzyła, zobaczyłam uśmiech na jej twarzy i wiedziałam, że to właśnie te Kapcie Zebra od Slippers Family
Miałam lekko ułatwioną sytuację, bo wybrałam sklep tylko z obuwiem przyjaznym małej stopie.
Czy Zebry potrafią skakać? Potrafią!
Kolorowe, zwierzęce wzory mignęły mi już kiedyś w internecie i w tym roku postanowiłam przyjrzeć się im bliżej.
Szyte na polskie warunki i wg mnie idealnie są przystosowane do warunków panujących w polskich przedszkolach (a coś o nich wiem).
Mamy również świetny worek w pasujący wzór do kapci. Jeden jest potrzebny na strój do gimnastyki, a drugi na ubrania na zmianę w szatni. Jest na tyle duży, że zmieści odpowiednią ilość ubrań, a na przodzie zaprasuję imię i nazwisko. Z resztą Lilka z daleka wypatrzy swój pasiasty worek i nie muszę nawet podpisywać.
Worek można kupić oddzielnie lub dostaniecie go gratis przy zakupie dwóch par kapci Nature foot jedne do przedszkola, drugie do domu lub po prostu dla dwójki dzieci.
Na hasło „nebule” – 15 % w sklepie online http://www.SlippersFamily.com oraz w sklepie stacjonarnym w Warszawie we Włochach.
Wpis powstał w ramach współpracy ze Slippers Family
nie dla siebie.
Pamiętaj!
Wracam myślami do września ubiegłego roku i na samą myśl wilgotnieją mi oczy. Miało być wspaniale, wesoło i w podskokach. Pierwsze dni w przedszkolu okazały się o wiele trudniejsze niż mogłam się spodziewać – szczególnie dla mnie.
Byłam pełna optymizmu kiedy zapisywałam córkę do przedszkola. Wiedziałam, że ona tego bardzo chce. Chciała być wszędzie tam gdzie były dzieci, a kiedy wracałyśmy do domu opowiadała o tym jakie znajomości zawarła przy czerwonej drabince.
Cieszyła się na każde spotkanie – nawet na placu zabaw.
Uznałam, że przedszkole będzie najlepszą formą spędzania czasu kiedy ja pracuję. Przygotowywałam ją do nadchodzących zmian w jej życiu. Dużo czytałyśmy, rozmawiałyśmy i wybierałyśmy razem kapcie.
Dałam z siebie naprawdę wiele żeby nie przeżyła szoku. Po piętnaście razy opowiadałam o planie dnia w przedszkolu. Ona tylko się uśmiechała. Była gotowa.
Spędziłam z nią w domu 3 cudowne lata pełne porannych przytulasów i wieczornych kołysanek. Dni, których może nawet nie będzie pamiętała jak będzie dorosła. Więź, którą zbudowałyśmy – codziennie wzmacniałyśmy rutynowymi czynnościami. I nagle ją oddałam. Dla świata, właśnie.
1 września wychodząc z przedszkola miałam oczy mokre od łez. Wiedziałam, że sobie poradzi, ale było mi trudno to zaakceptować. Po tym jednym dniu pojawił się kryzys, że jednak przedszkole nie jest do końca takie jak sobie wyobrażała, a ja swoim zachowaniem pokazałam jej, że nie musi tam chodzić.
Ona to zauważyła. Myślałam nawet żeby wypisać ją z przedszkola. Tak ciężko było mi ją przekazać pod opiekę innych osób, że trochę na siłę chciałam ją przy mnie zatrzymać.
Po kilku dniach było już lepiej, a ja dalej przeżywałam nasze rozstania tak samo bardzo.
Tak wiele mówię o przygotowywaniu dziecka do przedszkola. Ale bardzo żałuję, że dopiero teraz mogę Wam powiedzieć jak trudno mi było. Usłyszałam wiele razy, że koleżanki zdanie jest ważniejsze niż moje lub Pani w przedszkolu wie lepiej.
Ciężko było mi to zaakceptować, ale wiedziałam, że muszę. Mama nie będzie zawsze autorytetem, dziecko musi poznać również opinie innych ludzi żeby wiedziało co jest dla niego najlepsze. To właśnie dzięki codziennym tłumaczeniom, czasami nawet po 20 razy będzie potrafiło rozróżnić dobro od zła.
Adaptacja to dość długi proces i naprawdę jest niewiele dzieci, które nie płaczą na początku. To jest całkowicie normalne. Pamiętajcie o tym!
Mamy na sobie identyczne sukienki z Lookmadewithlove
Długie jesienne wieczory przed nami, więc warto zaopatrzyć się w ciekawe lektury. Dziś zaprezentuję książkę szczególnie mi bliską. Książkę pod tytułem „W ramie” objęłam patronatem, więc koniecznie zapoznajcie się z moją recenzją.
Pamiętam jak Lilka 1,5 roku temu przechodziła fascynację obrazem Degasa „Tancerki”. Wpatrywała się w jego zdjęcie i widziałam jak bardzo jej się podoba. Nie uważam, że sztuka jest tylko dla dorosłych, dlatego często chodzimy do muzeów Dlaczego wolę zabrać dziecko do muzeum niż na kulki?
Przez doświadczenie dzieci mogą poznać sztukę, którą nam w szkole pokazano w nudny i mało przystępny sposób.
Każda strona skłania do ćwiczeń i rozmowy na temat danego obrazu. Możemy kolorować, przyklejać składać.
Dzieci uczą się przez zmysły i właśnie tak powinny wg mnie zapoznać się ze sztuką.
„W ramie” ma być serią książeczek tematycznych. Poświęcone konkretnej tematyce, jak woda, zwierzęta, portret, las, mają one za zadnie pokazać jak proste idee, codzienne przedmioty, bliskie nam pojęcia można przedstawić na rozmaite sposoby. C
Chciałybyśmy tłumaczyć, że nie istnieje jedna, właściwa droga i że w mnogości pomysłów kwitnie twórcza siła. W każdej książeczce przedstawimy 15 reprodukcji dzieł z różnych epok, różnych stylistycznie. Znajdą się wśród nich malarstwo, rzeźba, ceramika czy witraż. Aby pomóc dziecku zrozumieć ideę danej reprezentacji, towarzyszyć im będą krótkie dialogi oraz zadania.Pierwszą książeczkę zatytułowałyśmy „Nad wodą”. Pośród reprodukcji znajdują się działa Gauguina, Moneta, Brueghela jak i asyryjska płaskorzeźba. Pan Rama towarzyszy najmłodszym w odkrywaniu tych artystycznych reprezentacji i proponuje przygotowane do nich ćwiczenia jak kolorowanki, wycinanki, mianowicie zadania manualne i logiczne, zachęcające do kreatywnej interpretacji.
Chciałybyśmy tłumaczyć, że nie istnieje jedna, właściwa droga i że w mnogości pomysłów kwitnie twórcza siła. W każdej książeczce przedstawimy 15 reprodukcji dzieł z różnych epok, różnych stylistycznie. Znajdą się wśród nich malarstwo, rzeźba, ceramika czy witraż. Aby pomóc dziecku zrozumieć ideę danej reprezentacji, towarzyszyć im będą krótkie dialogi oraz zadania.
Pierwszą książeczkę zatytułowałyśmy „Nad wodą”. Pośród reprodukcji znajdują się działa Gauguina, Moneta, Brueghela jak i asyryjska płaskorzeźba.
Pan Rama towarzyszy najmłodszym w odkrywaniu tych artystycznych reprezentacji i proponuje przygotowane do nich ćwiczenia jak kolorowanki, wycinanki, mianowicie zadania manualne i logiczne, zachęcające do kreatywnej interpretacji.
Maria Biardzka i Matylda Dębska
Ten wpis jest i o mnie i o Tobie. Czytasz artykuły o tym jak to tablet i telewizja szkodzi dzieciom. Kiwasz głową i przyznajesz rację, że dwulatek z tabletem w ręku to patologia. Zabawy manualne, rozwój ruchowy i edukacja językowa są dla Ciebie ważne. Dbasz o wszechstronny rozwój swojego dziecka. A nie możesz rozstać się ze swoim telefonem.
Sama zapisujesz wszystkie możliwe inspiracje w apce na Pinterest lub robisz print screeny /na później/. Pokazujesz je koleżankom w grupie na Facebooku lub wysyłasz bezpośrednio przez Whatsapp lub Massanger. Dziennie robisz 50 zdjęć swojemu dziecku i oglądasz je, jak tylko zaśnie.
Jeżeli Twój telefon gości w Twojej ręce, częściej niż dłoń Twojego dziecka – ten wpis jest dla Ciebie
Tak wiele mówi się o tabletowych dzieciach, a tak niewiele o rodzicach wlepionych w smartfony. Nie zbadano jeszcze jakie to ma skutki na dzieci. Telewizja istnieje od kilkudziesięciu lat i dopiero teraz ludzie widzą jej wpływ na siebie.
Są badania na temat czasu ile dziecko powinno spędzać przed telewizorem. A smartfony? To jeszcze zbyt „świeży rynek”, ale z pewnością używanie smartfonów w nadmiarze nie prowadzi do niczego dobrego.
My, wychowywani w latach 80-tych głównie na trzepakach, pod blokiem z wielkiej płyty mamy wielką potrzebę bycia blisko technologii. Nasze pokolenie pierwszy raz w historii ma tak łatwy dostęp do urządzeń elektronicznych. Kiedy wprowadzono internet mobilny korzystamy z jego dobrodziejstw zawsze i wszędzie.
Jeszcze niedawno dostęp do internetu był tylko w komputerach. Ale trzeba było pójść, włączyć, odczekać swoje, komputer lubił się zawiesić… i trwało to i trwało. Więcej było zachodu z włączaniem czy wyłączaniem niż samego użytkowania. A teraz? Wystarczy przeciągnąć palcem po śliskiej szybce i już jesteś online. Bardzo to proste i (niestety) uzależniające.
Piszę ten post wieczorem około 21. Moje dzieci już śpią. 15 minut temu dodałam nowy wpis. Specjalnie weszłam w statystyki Google Analitycs żeby zobaczyć ile osób czyta mnie w tym momencie na telefonach. Wygląda to tak: 70% telefony komórkowe, 25% komputery, 5% tablety. Jest już ciemno, więc pewnie kąpiesz dziecko i czytasz lub dzieci śpią, a Ty leżysz na kanapie i czytasz co tam u nas.
Rodzicom opiekującym się dziećmi fulltime jest łatwiej być online przez smartfona. Nie ma czasu włączać komputera. A jeżeli już się uda to najczęściej tylko na chwilkę, bo dzieci lubią siedzieć u nas na kolanach jak tylko zobaczą włączony komputer. Smartfon wydaje się być bardziej dostępny i mniej ingerujący w relację rodzic-dziecko.
Mówi moja 3- letnia córka i ciągnie mnie rękaw. Wtedy dostrzegam, że dużo go używam i zaczynam się zastanawiać dlaczego tak jest. Analizuję każdą minutę, którą spędzam przesuwając palcem po śliskim ekranie. Najwięcej czasu ucieka mi na pracy. Sporo staram się zrobić na smartfonie żeby jak najmniej mieć później na komputerze. Media społecznościowe to również element mojej pracy i nie mogę z nich zrezygnować.
Widzę pewną zależność. Mam wyłączone powiadomienia żeby mnie nie rozpraszały, więc sprawdzam telefon bardzo często żeby móc na bieżąco Wam odpowiadać. Błędne koło.
Dalej są komunikatory, na których rozmawiam ze znajomymi. Kiedyś najczęściej się dzwoniło, później popularne były SMS-y, a teraz wysyła się wiadomość na Whatsapp lub Messangerze.
Moje grupy na tychże to moja pierwotna wioska, która jest mi potrzebna. To tam mogę przyjaciółkom wyżalić się lub czymś się pochwalić. Mamy swoją grupę doradczą oraz wsparcia. Tam z nimi „gadam”. Nie muszę dzwonić, tylko w wolnej chwili piszę.
Ile robisz zdjęć dzieci dziennie? Ja około 20 – 30. Tak bardzo chcę wszystko uwiecznić, że zapominam o byciu tu i teraz. Już na urodzinach Lilki zauważyłam, że wolę spędzić ten dzień bez aparatu.
Robimy sobie jedno, dwa zdjęcia i wystarczy. Wolę mieć te wspomnienia w głownie niż na obrazkach. Chcę przeżywać te emocje, a nie ustawiać kadry. Robię tyle zdjęć, że nie mam kiedy ich wywoływać ani oglądać. Po co?
Coraz częściej robię sobie weekendy offline. Takie totalne odłączenie bardzo mi pomaga. Skupiam się na tym co najważniejsze. Aż dziwne, że mam wtedy mnóstwo wolnego czasu, którego nie mam w tygodniu. Mogę spokojnie czytać książkę lub zafundować sobie godzinną kąpiel (albo jedno i drugie).
Nie chcę żeby moje dzieci pamiętały mnie z wiecznym telefonem w ręku. Od niedawna staram się przy nich jak najmniej go używać. Naprawdę wolę usiąść na 20 minut przy komputerze i zrobić szybką prasówkę, odpowiedzieć na meila, czy przeczytać wpis na ulubionym blogu.
Kiedy sięgam po telefon to zaczyna się błędne koło: Insta, Fejs, blog, Snap i tak w kółko… Rano również staram się żeby telefon nie był pierwszą rzeczą jaką biorę do ręki. Widzę poprawę, ale wciąż myślę, że telefon zbyt często mi towarzyszy. Gdyby nie charakter mojej pracy częściej byłabym offline.
Jeżeli chcecie zmienić swoje nawyki, polecam książkę „Mama bez komórki” klik. To treści w niej zawarte odmieniły moje podejście do użytkowania telefonu.
A Wy macie jakieś swoje zasady czy nawyki odnośnie używania telefonów w domu? Chętnie o nich poczytam.
Restauracje dla dzieci – Warszawa. Ten wpis musiał powstać prędzej czy później. Przedstawiamy naszą złotą dziesiątkę restauracji, które warto odwiedzić z dziećmi w Warszawie. Kolejność jest raczej przypadkowa, ponieważ prawie każde z miejsc znacząco się od siebie różni. Ale zawsze obieramy azymut na dobry smak i miło spędzony czas. Przy każdym miejscu wypisałam trzy mocne punkty, które wg nas charakteryzują te miejsce.
Radość na talerzu
Jasne wnętrze, duża sala zabaw, genialna obsługa
Po niedzielnej wycieczce rowerowej w okolicach Falenicy zawitaliśmy do Radości (ku naszej radości). Restauracja znajduje się na górze niewielkiego centrum handlowego. Kiedy tylko tam weszliśmy to poczuliśmy, że wyjdziemy stąd zadowoleni. Ogromy plus za wspaniałą obsługę, która dosłownie podaje serce na talerzu. Przepyszne jedzenie, które zadowoli każde podniebienie (znakomity niedosładzany kompot) pochłonęliśmy ze smakiem.
Nie mogliśmy darować sobie deseru i ten nugat będzie nam się śnił po nocach. Do tego świetna sala zabaw (bardzo czysta!), gdzie każde dziecko znajdzie coś dla siebie. W weekend są też animacje. Polecamy ten lokal również na uroczystości rodzinne, gdzie dorośli mogą porozmawiać, mając dzieci na oku.
Der Elefant
Przestrzeń, sala zabaw z kulkami, nowojorski klimat
Idealne miejsce na rodzinny obiad. Miejsce wyjątkowe, bo posiada wszystko czego szukam w restauracji przyjaznej dzieciom. Jedzenie jest pyszne – ryby i owoce morza smakują naprawdę wybornie, a pierogi ruskie zachwyciły Lilkę. Wieczorem z czarnego fortepianu wydobywa się cudowna muzyka. Klimat jest niepowtarzalny.
W weekendy odbywa się tu Szkoła gotowania dla najmłodszych. Z pewnością się na nią wybierzemy. Co jeszcze oferuje Der Elefant najmłodszym? Dziecięce menu, pokój zabaw dla dzieci, toaleta przystosowana do dzieci, wysokie krzesełka, przewijak w toalecie i bardzo wyrozumiałe podejście do małego klienta, który na koniec dostaje lizaka.
Mizu Sushi
Obsługa, pokój zabaw, położenie
Sushi polecone przez Tasteaway. Genialne miejsce! Nie dość, że sushi było pyszne, to na dzieci czeka sporo zabawy. Pokoik dla dzieci zachwyca atrakcjami. Bardzo ciekawe zabawki dla dzieci, które umilają czas oczekiwania na jedzenie. Znakomite podejście do małego klienta. Do dziś Lilka wspomina ręczniczki w tabletkach, które dostała na wynos od Pani kelnerki.
Boska Praga
Animacje w weekend, design, kącik zabaw
Ciekawa restauracja na spotkanie ze znajomymi lub rodzinny obiad. 3-piętrowy lokal robi ogromne wrażenie. Menu lunchowe jest różnorodne i do tego naprawdę pyszne. W weekendy dziećmi zajmuje się animatorka. Obsługa jest bardzo przyjazna rodzinom z dziećmi.
Artbistro Stalowa 52
Niebanalne smaki, przestrzeń do biegania, ogródek
Spora przestrzeń w loftowym designie oraz otoczenie restauracji sprawia, że ma się wrażenie siedzenia na zewnątrz. Restauracja z jednej strony jest ogrodzona sporym kącikiem zabaw, a drugiej zieloną trawą otoczoną industrialną cegłą. Są tam leżaki i krowa, na którą moje dziecko próbowało się wdrapać.
Przepyszne jedzenie, podane w taki sposób, że można jeść oczami.
Polana Wilanów
Świetne urodziny dla dzieci, fajny design, ciekawe zabawki
Nowe miejsce na mapie Wilanowa, które jest bardzo przyjazne rodzinom. Znajdziecie tam mnóstwo ciekawych zajęć oraz miejsce na zabawy dla dzieci. Rzadko się zdarza żeby w kawiarni można było położyć na matę niemowlaka, a w Polanie jest właśnie kącik dla najmłodszych. Dzieci spędzą tam świetny czas, a rodzice napiją się pysznej kawy i zjedzą podpłomyka.
Kura domowa
Zdrowe jedzenie, ogrodzony plac zabaw na zewnątrz, sala zabaw w środku
Kurę odwiedziliśmy po raz pierwszy, ale z pewnością szybko tam wrócimy. Jedzenie jest naprawdę wyjątkowe: ekologiczne i tak przygotowane, że zachęca do szybkiego zjedzenia.
W 100% trafia w nasz gust. Ogromny plus za ogrodzony plac zabaw na zewnątrz. restauracja przystosowana do potrzeb dzieci. W toalecie są nawet dostępne chusteczki i pieluszki dla dzieci.
Trattoria da Antonio
Animacje w weekend, sala zabaw, położenie w centrum
Jeśli chodzi o restauracje dla dzieci warszawa ta miejscóka to pewniak. Jeśli lubicie włoskie smaki odwiedźcie koniecznie Trattorię. Jedzenie jest tam wyśmienite.
W weekendy są animacje dla dzieci w dużej sali zabaw. Możecie tam umówić się na niedzielny obiad ze znajomymi. Panuje tam gwar i słychać tam śmiech dzieci w tle, a w powietrzu unosi się zapach czosnkowej foccacii.
Kolonia Ochota
Położona przy parku, plac zabaw na zewnątrz, dzieci ją kochają
Ostatnio jest to nasze ulubione miejsce. Najpierw udajemy się na plac zabaw przy skwerze Sue Ryder, a później prosto do Kolonii. Spędzamy tam całe popołudnia.
Jeżeli tylko nie pada deszcze można siedzieć na zewnątrz. Jest tam spory plac zabaw z piaskiem, trampoliną i zjeżdżalnią. Miejsce jest w 100% przystosowane do potrzeb dzieci. Polecam sałatkę z kozim serem.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i zamierzasz skorzystać z moich poleceń kliknij poniżej
Tu znajdziecie najlepsze Place zabaw dla dzieci Warszawa
A tu macie inspiracje na Hotel dla rodzin z dziećmi
Lato w pełni, a my jeszcze nie byliśmy na urlopie. Spędzamy czas w mieście i na niedalekich wyjazdach.
W dzisiejszym wpisie zaprezentuję Wam kilkanaście rzeczy, których używamy tego lata.
Oto nasz niezbędnik (nazwy są podlinkowane):
Odkąd mamy lodówkę z filtrem, to nie dźwigamy już zgrzewek wody mineralnej. Korzystamy tylko z tej przefiltrowanej. Na spacery do tej pory zabierałam tylko wodę w bidonie dla Lilki, który jest dość mały. W zupełności wystarczał na jej potrzeby. Ale odkąd są wakacje i najczęściej wychodzimy we troje to mały bidonik z wodą nie wystarczał na nasze potrzeby.
I tak trafiłam na te butelki. Spośród wielu świetnych kolorów możemy wybierać między pojemnościami i ustnikami (słomka jak w bidonie, ustnik, a nawet smoczek). Woda ze szklanej butelki zupełnie inaczej z nich smakuje niż z plastiku. Polecam każdemu. Oczywiście są trochę cięższe, ale komfort użytkowania zdecydowanie większy.
My mamy dwie butelki – jedna większa na wyjścia całodniowe o pojemności 650 ml z szerokim ustnikiem (świetny też do koktajli) oraz mniejsza na krótkie spacery lub dla samej Lilki o pojemności 350 w wersji z ustnikiem. Są również dostępne inne modele, a nawet butelki na mleko dla niemowląt. Świetnie myją się w zmywarce.
Pogoda sprzyja wycieczkom. Pewnie wyobrażacie sobie ile rzeczy trzeba zabrać przy niemowlaku i 3-latce? To do tego dodajcie jeszcze np. laptop i lustrzankę z 2 obiektywami. Torba do wózka przy takiej ilości rzeczy nie daje rady. Znalazłam dla niej bardzo ciekawą alternatywę- plecak, do którego wszystko się zmieści.
Ma dołączony przewijak, miękką kieszeń na laptopa i klamerki do zawieszenia na wózku. Bardzo się z nim polubiłam i zabieram go na dalsze wyprawy. Przyda się również na wyprawy na basen, które niedługo rozpoczniemy z najmłodszym domownikiem.
Co prawda jeszcze go nie mamy, bo nasz wyjazd dopiero za 3 tygodnie. Ale to właśnie ten namiot dziś zamówiłam. Używała go moja przyjaciółka w ubiegłym roku nad morzem i bardzo się im sprawdził.
Chroni przed wiatrem i słońcem. Składa się jak parasol. Można go załadować pod wózek i zabrać ze sobą na plażę.
Do tej pory kupowałam tylko i wyłącznie stroje jednoczęściowe. Lilka chodzi w trakcie roku na basen, więc kilka kostiumów już zużyliśmy. Ten bardzo nam odpowiada i żałuję, że nie ma większych rozmiarów.
Jakoś lepiej prezentuje się w nim niż w jednoczęściowym, obcisłym kostiumie. Ułatwia również ubieranie się i rozbieranie. Ten ma dwie dodatkowe funkcje: w majtkach jest lekka pieluszka na wpadki oraz materiał ma filtr UV.
Pewnie zdziwicie się po co 3- miesięcznemu dziecku kapelusz skoro chroni je budka w wózku. A nam jest niezbędny do noszenia w chuście. Jul jest praktycznie łysy i podczas noszenia w chuście na zewnątrz, jego główka przyciąga mocne promienie słoneczne. A ten kapelusz jest bardzo miękki i nie krępuje ruchów. Spokojnie mogę go nosić nawet w słoneczny dzień.
Moja ulubiona chusta na ciepłe dni. Jest cieniutka i przewiewna. Zawsze wydawało mi się, że noszenie latem może nie być do końca przyjemne ze względu na wysoką temperaturę. Ta chusta spełnia nasze potrzeby w 100%. Zawsze mam ją gdzieś blisko i często korzystam (nawet na zewnątrz).
Używamy już od maja. Mam go zawsze w bagażniku i w razie potrzeby rozkładam na trawie lub plaży. Bardzo szybko się składa do wygodnej torby. Jest wodoodporny. Złożony koc można zawiesić na wózku i dotrzeć do celu naszej wycieczki. Z pewnością przyda nam się podczas naszego wyjazdu.
Kiedy w planach mamy wyjście na plac zabaw lub do parku staram się przygotować coś do jedzenia. Szybko wkładam do pudełka przekąski, które zabieramy ze sobą i jemy na kocu lub ławce w parku.
Wersja bardziej pracochłonna:
Mniej pracochłonna
A czasami nic nie zdążę przygotować, bo wychodzimy w biegu i kupuję tylko bułkę w spożywczym;)
Tak jak już Wam pisałam – używam ich non stop i do wszystkiego. Nakrywam Jula, wycieram Lilkę, chronię przed słońcem w aucie i rozkładam na kocu piknikowym. Przydają mi się cały czas.
Latem ręczniki są nam tak samo potrzebne jak kocyki. Zabieramy je na basen, na plażę lub do ulubionej Bajki. Lilkowego Lodgera używamy ponad 2 lata i sprawdza się idealnie jako szlafroczek na plaży. Ręcznika Lassig używaliśmy tylko na basenie, ale zachwycił mnie miękkością.
Uwielbiam śpiworki do spania. Używałam ich również przy Lilce. Są w 100% bezpieczne i dzieci się z nich nie odkryją. Nasze są bardzo cieniutkie i lekkie (1,0 tog). Mamy dwa z wersji limitowanej Anorak.
W tym roku całkiem przypadkiem trafiłam na buty tej firmy. Razem w nich chodzimy:) Lilka ma również trampki, w których biega całe lato. Całkiem niepotrzebnie kupowałam jej sandały, bo chodzi w musztardowych tenisówkach lub w różowych, gumowych sandałkach Igor. Świetnie nadają się na basen, więc będziemy używać ich nie tylko latem.
Kolejna, świetna bluzka do karmienia od Coolmama (chyba niedługo będę miała je wszystkie). Uwielbiam za to, że mogę dyskretnie w nic karmić w miejscach publicznych. No nie wyobrażam już sobie bez niej lata. Lekka, bambusowa tkanina nie grzeje w ciepłe dni, a klasyczny krój pasuje właściwie do wszystkiego.
Robię miesięcznie tysiące zdjęć. Tylko niektóre trafiają na blog, większość wędruje do domowego archiwum. Czasami je wywołuję, a czasami nawet nie trafiają do obróbki. Nie mam nawet czasu żeby je później oglądać. W tamtym roku w konkursie fotograficznym wygrałam kamerkę Gopro 3+ i zaczęłam moja przygodę z filmowaniem.
Przepadłam! Na wakacjach nakręciłam kilka filmów, które Lilka ogląda do dziś. To genialna pamiątka! 100 razy lepsza niż zdjęcia. Na zdjęciach zazwyczaj są wszyscy oprócz mnie, a z kamerą Gopro widać całą rodzinę. Jeżeli będziecie chcieli, wrzucę oddzielny post na ten temat. A dziś udostępnię Wam na jeden dzień nasz filmik z wakacji nagrany właśnie Gopro. Link tutaj
Codziennie, a czasami nawet kilka razy dziennie latem robię koktajle. Mniam!
Choroba lokomocyjna może uprzykrzyć każdy wyjazd, niekoniecznie wakacyjny. Kto miał z nią do czynienia, wie że nie należy do przyjemnych. Szczególnie ciężko przechodzą ją dzieci. W dzisiejszym wpisie napiszę czym jest, jakie są objawy choroby lokomocyjnej i jak sobie z nią radzić.
Wpis powstał w oparciu o własne doświadczenia oraz wiedzę nt. Integracji sensorycznej
inaczej kinetoza jest chorobą zmysłów. Jest to zespół niezbyt przyjemnych dolegliwości (mdłości, wymioty, złe samopoczucie, brak apetytu), które mogą wystąpić na skutek poruszania się środkiem lokomocji (samochód, samolot, statek, a nawet wózek dziecięcy). Przyczyną pojawiania się tych objawów jest brak zgodności przy odbieraniu bodźców w czasie podróży. Zmysł wzroku rejestruje poruszające się obrazy i mózg odbiera je jako ruch, a narząd równowagi nie czuje żadnych zmian w położeniu ciała. Te wszystkie informacje prowadzą do pobudzenia układu przywspółczulnego i wystąpienia w/w objawów.
Kiedy byłam dzieckiem, fatalnie znosiłam podróże zarówno autem, autobusem, autokarem, jak i pociągiem. Pisałam na ten temat tutaj. Niestety nic mi nie pomagało, jedynie lekarstwa na chorobę lokomocyjną. Jednak one powodowały lekkie otępienie i senność.
Choroba lokomocyjna najczęściej dotyczy dzieci. Wraz z dojrzewaniem układu nerwowego objawy są coraz słabsze. Bardzo rzadko utrzymuje się do dorosłości.
Warto napisać o chorobie lokomocyjnej w kontekście zaburzeń SI. Jest ona jednym z objawów nadwrażliwości przedsionkowej. Jeżeli Wasze dzieci mają chorobę lokomocyjną oraz inne zachowania, które mogą świadczyć o zaburzeniach przetwarzania bodźców- warto udać się na specjalistyczną diagnozę.
Na pocieszenie mogę dodać, że ja wyrosłam z baaardzo silnej choroby lokomocyjnej około 10 roku życia. Teraz jedynie nie mogę czytać w podróży i czuję się dobrze.
Często moi znajomi lub rodzina dziwi się, że mój mąż mi nie pomaga. Tak jakby dzieci i dom były tylko moim obowiązkiem, a ich tata od czasu do czasu by nam pomagał. Nie lubię tego stwierdzenia „pomagać w domu”, bo stwierdza ono, że ktoś jest głównym opiekunem, a reszta tylko od czasu do czasu wykonuje czynności pomocnicze, często na prośbę.
Dużo rozmawiam z kobietami w moim otoczeniu. Spotykamy się lub wymieniamy wiadomości, z których jasno wynika, że ojcowie ich dzieci właśnie pomagają. Nasuwa mi się pytanie, dlaczego tak jest?
A już kiedy zostanie z dzieckiem sam to wygłaszają mu peany pochwalne i biją brawo za zmienioną pieluchę?
Wkurza mnie to, że sporo kobiet narzeka na swoich facetów i kreuje ich na mało ogarniające czasoprzestrzeń istoty. Serio? Takiego mężczyznę sobie sama wybrałaś, z wszystkimi wadami i zaletami. Mój nie umie robić prezentów, ale za to dzieciakami zajmuje się lepiej niż ja.
Gdybym nie karmiła piersią mogłabym wyjechać na tydzień i wiem, że mój mąż znakomicie by sobie poradził. Na swój własny sposób, nie na mój – wg listy, czy moich przykazań.
Moim zdaniem kobiety często (nie zawsze) same sobie gotują tak los, tymi wszystkimi stwierdzeniami: „Nie tak!” „Źle to robisz”, „Czekaj, pokażę Ci jak to zrobić”. A kiedy i tak nie zrobi tak jakbyśmy tego chciały to już mamy dość i same to robimy.
Spróbujmy postawić się z drugiej strony. Facet, który nie nosił dziecka pod sercem przez 9 miesięcy, nie czyta blogów, poradników, a nawet nie dostaje rad od swojej mamy – często nie wie jak zajmować się niemowlęciem. Nie ma jednego właściwego sposobu. Mogą być różne. I to jest właśnie najfajniejsze.
„Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”Borys Szyc
„Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono się nie pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to erzac tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: „To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”
Borys Szyc
Dziecko od początku ma możliwość obserwacji różnych zachowań. Nawet sama pielęgnacja jest ciekawsza, gdy dzieckiem zajmują się dwie osoby. Dla harmonijnego rozwoju bardzo służy różnorodność. Mama tak zmienia pieluchę, a tata inaczej. I to jest fajne. Nie ma jednej- tej właściwej instrukcji obsługi niemowlęcia.
Zostawiacie często dziecko/dzieci same z tatą? A dzwonicie później i dopytujecie jak sobie radzą? Albo przygotowujecie długie listy co, jak i z czym ma zrobić? To przestańcie. Tata nie jest półmózgiem, który sobie nie poradzi. A Wy wcale nie zajmujecie się NAJLEPIEJ dzieckiem. Wczoraj na Facebooku napisałam, że wstałam, wypiłam kawę, mąż się zajął dzieckiem, a ja poszłam się wykąpać. Ktoś napisał: „Brawa dla taty”. No ludzie kochani. Dla mnie to jest totalnie normalne. Odciągam mleko i wychodzę. Poradzą sobie bez dwóch zdań. Tak, z dwójką zmęczonych już dzieci. Jeżeli martwicie się, że dziecko będzie płakać (noworodek, niemowlę) to pomyślcie, że u Was na rękach też dziecko płacze i też czasami nie wiecie jak je uspokoić. Dopóki dziecko ma co jeść, będzie ok.
Tata też musi pobyć sam na sam z dzieckiem żeby wypracować sobie swój własny system (bez nadzoru;).
Często mężczyźni nawet lepiej sobie radzą z dziećmi niż kobiety. Dlaczego? Bo nie spinają się, nie denerwują i mają więcej cierpliwości. A już na pewno nie zastanawiają się co pomyślą inni.
Od początku naszego rodzicielstwa nie chciałam żeby tak było. Mimo tego, że sama wychowałam się bez ojca to wiedziałam jak ma wyglądać nasze „bycie rodzicami”. Właśnie, dlatego jest mi łatwiej, bo nie mam wzoru. Nie zaszufladkowałam roli ojca, który po powrocie z pracy wkłada kapcie i czyta gazetę. Miałam tylko wyobrażenia, które udało mi się spełnić. Zaangażowany tata. Partnerstwo i zrozumienie.
W wielu domach to właśnie tata jest od samych przyjemności. Zabrać na rower, na lody, zrobić hopa hopa na kolanie. Nie u nas. Zamieniamy się tak żeby nie było ani dobrego policjanta, ani złego. Nie dążę za wszelką cenę do perfekcji i może dlatego jest mi łatwiej. Jak tata zrobi kolację, to jest smażona kiełbasa i chleb moczony w oliwie, a na obiad mięso, ziemniaki i mizeria. No i super. Lilka uwielbia smakołyki taty. Moczy ziemniaki w śmietanie (jak tata), a ja w myślach przeliczam wartości odżywcze tegoż.
Komentarze zostawiam sobie. Tata nie jest od samych przyjemności, ćwiczy z córką oczy i robi inhalacje. Jeżeli chodzi o podział obowiązków w naszym domu to tylko trzy czynności należą tylko do mnie: podawanie leków w czasie choroby, obcinanie paznokci i karmienie piersią. Resztą się wymieniamy i nie chodzi tu o żadne kompromisy, bo jednak w przy tak popularnym kompromisowym rozwiązaniu sprawy obie strony są niezadowolone. Więcej we wpisie Mama to nie jest to samo co tato!
Tu chodzi o partnerstwo.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” pod postem na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Dziś zdradzę Wam przepis na bardzo szybkie, dobre i zdrowe lody z kalafiora. Tak, nie pomyliliście się – kalafiora. Staram się ograniczać kalorie, bo po ciąży wciąż mam sporo kilogramów do zgubienia. Tymczasem raczę się takimi smakołykami.
Dzień wcześniej dzielę kalafior na małe różyczki, myję i wkładam na noc do zamrażarki. Dokładam również banana. Wyjmuję kalafior na pół godziny przed żeby troszkę się ogrzał. Później wyjmuje banana i wszystko razem miksuję. Syrop dodaję wg uznania.
Kiedy na teście ciążowym nieśmiało malują się dwie kreski zaczynacie się zastanawiać jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?
Ci co nie mają dzieci lub posiadają tylko jedno dziecko często powielają najbardziej absurdalne stwierdzenie jakie kiedykolwiek słyszałam: „A Ty jakbyś się czuła żeby któregoś dnia Twój mąż/partner przyprowadził do domu drugą kobietę i powiedział, że od dziś macie dzielić się garnkami, deską do prasowania, a co najważniejsze – mężem?”
Kiedy pierwszy raz usłyszałam te stwierdzenie to również się z nim zgadzałam. Sama jestem jedynaczką i bardzo łatwo było mi wyobrazić sobie tę sytuację. Jednak kiedy pod moim sercem pojawiło się nowe życie moje podejście zmieniło się o 180 stopni.
Do tej pory byliście tylko we troje. Ty, partner i dziecko. Ono prawie zawsze w centrum uwagi. Każda jego prośba zawsze jest wysłuchana, każda potrzeba spełniona, a czas jemu poświęcony jest mierzony w godzinach. Byliśmy pełni obaw jak starsze dziecko odbierze wiadomość o rodzeństwie i jak sobie z tym poradzimy.
Podeszliśmy do tego tematu zdroworozsądkowo. Nie kupiliśmy również żadnego poradnika. Cały proces był całkowicie podporządkowany potrzebom i wymaganiom starszego dziecka.
Pierwszy trymestr był dla nas bardzo męczący. Ciągle chciało mi się spać, było mi niedobrze i od 8 tc. musiałam leżeć. Po powrocie Lilki z przedszkola kładłyśmy się razem na drzemkę lub włączałam jej bajkę na 40 minut, kładłam się obok, włączałam budzik i spałam. Od początku nie mogłam jej podnosić. Było mi ciężko psychicznie, ale się przyzwyczaiłam. Nigdy jej nie powiedziałam, że nie mogę jej podnosić, bo mam w brzuchu dziecko. Z każdym razem kiedy była potrzeba przytulenia, otarcia łez to ja kucałam lub siadałam na podłodze, ławce w parku i ją przytulałam. Pierwszy raz podniosłam ją w 39 tc., wydawało mi się, że waży tonę;)
Kiedy skończyłam pierwszy trymestr, tuż po usg genetycznym uroczyście oświadczyliśmy Lilce, że w maju zostanie starszą siostrą, bo w moim brzuchu jest dziecko. Nie drążyliśmy za bardzo tematu, bo widzieliśmy ogromne zdziwienie na jej twarzy. Czuliśmy, że musi ta wiadomość do niej dotrzeć i wtedy sama będzie zainteresowana tematem. Podaliśmy kilka przykładów rodzeństw z naszego otoczenia. „I Ty też będziesz miała brata lub siostrę wiosną”- skwitowaliśmy.
Na jej zainteresowanie nie musieliśmy długo czekać. Zadawała mnóstwo pytań na temat ciąży i dziecka, które rosło w moim brzuchu. Pisałam o tym we wpisie Ciąża oczami trzylatki.
Bardzo poważnie podeszliśmy do tematu przygotowań, bo chcieliśmy żeby nie było to dla niej trauma lub szok.
Wg mnie badanie USG służy wyłącznie potrzebom medycznym, a nie zaspokojeniu ciekawości jak wygląda dziecko. Może jest dość niepopularne podejście, ale tak właśnie to badanie traktuję. Nie wyobrażam sobie żeby dziecko mogło towarzyszyć przy badaniu, na którym są sprawdzane bardzo ważne parametry takie jak np. przezierność karkowa czy długość kości nosowej.
Każda pomyłka o milimetr mogłaby spowodować niepotrzebny stres. Znam moje dziecko, które obecnie zadaje 400 pytań na godzinę i wiem, że jej obecność rozpraszałaby mnie i lekarza wykonującego badanie. Badania USG robiliśmy na tyle rzadko, że każda wizyta trwała około godziny. Wiem, że ten czas byłby dla niej o wiele za długi. Dodatkowo obraz na badaniu nie jest zbyt wyraźny i mogłaby się lekko przerazić jak wygląda brat lub siostra.
Po jednym z badań pokazałam jej zdjęcie i nie była w stanie nawet określić gdzie dziecko ma oko.
Bardzo dużo rozmawialiśmy na temat ciąży i późniejszego życia w czwórkę. Córka była wyraźnie zainteresowana tematem. Czytaliśmy różne książki o ciąży i o pojawianiu się rodzeństwa. Zaczynając od takich typowo technicznych jak np. Czekamy na dzidziusia, przez książki przedstawiające pojawienie się rodzeństwa w samych superlatywach Zuzia i nowy dzidziuś , po lektury o różnych emocjach związanych z tym wydarzeniem: Basia i nowy braciszek. Kilka razy oglądaliśmy razem z nią „Było sobie życie” o ciąży. Bardzo podobał jej się ten odcinek.
Najważniejszą częścią przygotowań do przyjęcia nowego członka rodziny są rozmowy z dzieckiem. Od zawsze uważamy, że nie należy dziecka okłamywać. Byłam na tyle szczera, że mówiłam córce jak naprawdę będzie. Kiedy pytała, czy będzie mogła się z nim bawić (a w jej głowie wyglądało to tak, że siedzą razem na dywanie i się bawią klockami) odpowiadałam, że nie, nie będą się razem bawić.
Byłaby rozczarowana, że nie może pobawić się z własnym bratem. Tłumaczyłam, że brat musi najpierw urosnąć, a to zajmie trochę czasu. Wg niej zabawa to nie jest machanie grzechotką przed oczami, więc wolałam być szczera.
Pytała też, czy będzie mogła go nosić. Oczywiście, że nie. Kilka razy jak już się urodził poprosiła mnie czy może go potrzymać, więc posadziłam ją na łóżku i pokazałam jak ma trzymać główkę (trwało to może 6 sekund, ale była bardzo zadowolona).
Od początku mówiłam, że brat będzie: płakał, jadł, troszkę otwierał oczy, robił w pieluchy. Cała prawda o noworodku. Mówiłam też, że będzie dużo płakał. Pytała, dlaczego, bo jej płacz kojarzy się ze smutkiem i bólem. Powiedziałam całą prawdę, że małe dzieci nie potrafią mówić, a ich płacz to próba komunikacji z nami. Jest to trudne, bo my nie wiemy co dany płacz oznacza. Chciałam ją uspokoić, że płacz brata wcale nie będzie oznaczał krzywdy, bólu czy smutku.
Wiem, że z drugiej strony może to wyglądać drastycznie. Ale tak naprawdę było. Myślę, że dzięki temu, że tak ją przygotowałam teraz jest ok i jestem dumna z mojej córki, że tak przyjęła swojego brata.
Przyjście na świat nowego członka rodziny to wielkie wydarzenie dla wszystkich. Zależało nam żeby w okresie kwiecień-maj-czerwiec w jej życiu było jak najmniej zmian. Co prawda, prawie wszystkie kroki milowe już za nami, ale wciąż pilnowaliśmy tego żeby te 3 miesiące były bardzo spokojne. Bez żadnych wywrotowych wydarzeń: takich jak np. zmiana przedszkola, odstawianie od różnych rzeczy, przeprowadzki. Narodzeniu brata miał towarzyszyć spokój.
Bardzo pomagało nam to, że wcześniej pracowaliśmy nad jej samodzielnością. Ta praca się opłaciła, bo naprawdę dało nam to poczucie, że nie jesteśmy jej już tak bardzo do wszystkiego potrzebni.
Podobno w jakiś czytadłach dla matek w artykułach „Jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa?” piszą takie bzdury, że trzeba przez okres ciąży osłabiać więź ze starszym dzieckiem żeby nie doznało szoku po porodzie. Uważam, że to jest totalna bzdura. Traktowałam Lilkę tak samo jak przed ciążą, poświęcając jej tyle czasu ile tylko dałam radę.
To był temat, który najbardziej mnie nurtował. Najpierw miałam pomysł żeby Lilkę zabrać po porodzie. Jednak uznaliśmy, że to będzie dla niej wielka zmiana, bo do tej pory chodziła do przedszkola. Obecnie bardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, więc siedzenie ze mną w domu nie byłoby dla niej korzystne. A przyznam szczerze, że było to dla mnie spore ułatwienie.
Jedną z najczęściej powielanych rad jest kupienie prezentu od młodszego dziecka dla starszego. Sporo osób robi to bez żadnego zastanowienia. Jak to ja, zaczęłam nad tym dumać i uznałam, że ten pomysł jest totalnie bez sensu.
Tak jakbyśmy, my rodzicie chcieli dziecku wynagrodzić jakąś krzywdę. A tak naprawdę rodzeństwo to coś najlepszego co możemy jedynakowi podarować i wcale nie musimy się czuć winni z tego powodu. Taki prezent wg mnie jest jak łapówka, którą dajemy z nadzieją, że może dziecko lepiej przeżyje ten szok. My podeszliśmy do tego zdrowrozsądkowo i jak zwykle nie okłamywaliśmy dziecka (no bo jak młodszy mógłby kupić prezent starszemu?).
Mało tego, nic nawet nie wspominaliśmy na temat żadnych prezentów Lilce. Ona sama po rozmowie z tatą, który powiedział jej, że jak brat się urodzi to będą jego zerowe urodziny, stwierdziła, że chciałaby jemu wybrać jakiś prezent i czy możemy pojechać w tym celu do sklepu.
Uznałam, że jest to świetny pomysł, bo wyszedł od niej samej. Zupełnie nie ingerowałam co to ma być. Wybrała maskotkę z bajki Zwierzogród, do pary jaką już sama miała. Rozczuliłam się totalnie jak szła z tą wielką torbą do brata jak wróciliśmy ze szpitala.
Jak zwykle – najwięcej dzieje się w głowie matki. Do tego dochodzą ciążowe hormony. Wiele razy siedziałam i się zastanawiałam jak to będzie po porodzie. Układałam w głowie scenariusze, że nie będę jej uciszać, mówić: „ostrożnie”, „leciutko”. Jest oczywiście inaczej i z tym nie walczę. Czasami delikatnie upominam.
Widzę, że to dla niej bardzo ważne, bo sama się całą trzęsie kiedy go dotyka. Obiecałam sobie, że dam z siebie wszystko (przynajmniej na początku) żeby być dla niej. Żeby nie miała szoku. A później stopniowo poddawać się wydarzeniom dnia codziennego. Często wychodzę z nią sama. Nie chciałam żeby tylko tata był od fajnego czasu, a ja od obowiązków. Czasem czytam jej jak karmię młodszego.
Czuję się spełniona. Nie myślę o wyrzutach sumienia kiedy włączam jej bajkę. Przewartościowałam swoje życie. Nie mam za bardzo czasu dla siebie, w domu też nie jest zbyt czysto, ale mam cudowną rodzinę. W sprzątaniu pomaga mi Pani, a obiady często kupuję w barze mlecznym. Dzięki temu mam czas na bycie z dziećmi i pracę, czyli mój blog.
Myślę, że nie ma złotej rady jak przygotować dziecko na pojawienie się rodzeństwa. Każdy powinien postępować tak jak uważa za słuszne.
Nowy członek rodziny jest już z nami prawie trzy miesiące. Co prawda po wielkiej atencji nad moją ciążą oraz całym procesem przygotowania myślałam, że będzie bardziej zainteresowana bratem. Jednak nie ma ani scen zazdrości, ani trudnych sytuacji, więc jest ok. Z dnia na dzień coraz bardziej widzę, jak buduje się ich relacja. Przychodzi, głaszcze, całuje. Staram się bardzo żeby to odbywało się na jej prawach, a nie moich. Nie oczekuję pomocy i zabawy z młodszym. Jeżeli tylko sama tego będzie chciała to da mi znać. A jak będzie dalej to zobaczymy…
Za chwilę połowa lipca, a my spędzamy lato w mieście. Odwiedzamy wszystkie pobliskie place zabaw. Nie chodzimy do żadnych muzeów, galerii, teatrów- te są zarezerwowane na jesień i zimę. Korzystamy z mniej lub bardziej sprzyjającej pogody.
Często jeździmy do Bajki i bawimy się tam do późnego popołudnia.
Niedaleko nas w weekendy na starym dworcu na peronach otwiera się Nocny market. Miejsce bardzo klimatyczne i ciekawe.
Od razu zaznaczę, że nie jest to typowe miejsce dla dzieci, bo dla nich są tam tylko małe kolorowe stoliki. Wkoło jest głośno, gra muzyka, a w powietrzu unoszą się zapachy różnych potraw. Dlaczego lubimy tam chodzić? Bo jest to dość niespotykane aby w jednym miejscu spotkać tyle kuchni na raz.
Możemy spróbować sushi, tajskiego żarcia, specjałów gruzińskich lub zjeść najpyszniejszego hot doga. Przychodzimy tam najczęściej ze znajomymi zjeść coś dobrego. Około 19 zawijamy się do domu, bo na Markecie robi się głośno przez DJ-a. Zawsze coś chwycimy na wynos np. ostatnio popcorn ze słonym karmelem.
Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nasza, nebulowa ekipa tam nie była. Zachęceni brakiem ruchu na warszawskich ulicach wybraliśmy się na warszawski Wawer. Wbrew pozorom to nie jest tak daleko- 14 km z centrum.
Kiedy tylko przekroczyliśmy próg Kury wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu:) Absolutnie wszystko jest dostosowane do potrzeb najmłodszych. W sali oddzielony jest przeszklony pokój zabaw, tak żebyśmy mogli mieć dziecko na oku. Zajęliśmy stolik na zewnątrz, bo Lilka wolała jednak plac zabaw.
Jedzenie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj w tego typu knajpach smaki są poprawne. A tutaj moje podniebienie długo się rozkoszowało kaszą jaglaną, za którą niezbyt przepadam. Tatar ze śledzia- miodzio!
Znów potrzebujemy przewijaka, więc i na to zwróciłam uwagę. W toalecie są nawet dostępne kremy lub chusteczki dla najmłodszych.
Śmiało napiszę, że Kura jest totalnie dostosowana do potrzeb najmłodszych i jeżeli będę chciała się spotkać ze znajomymi, którzy mają dzieci na pewno wybiorę się właśnie tam!
Bajki dla dzieci, książki obrazkowe, wiersze… Uzbierało się nam sporo nowości, więc mam dziś dla Was post książkowy.
To jedna z propozycji z serii „Poczytaj ze mną”. Genialna w całości! Ilustracje trafiają w mój gust, a treść jest taka jak lubimy: inteligentna z zaskakującą pointą. Przeczytajcie ten tekst na zdjęciach, Lilka się śmieje na głos jak czytamy Mamuta. Naprawdę świetna książka (uwaga) za 7 złotych! Brać koniecznie tutaj
Druga część serii „Poczytaj ze mną”. Tym razem jest to kryminał z wątkiem detektywistycznym dla dzieci. Bardzo fajny w formie i treści. Córka z tatą – detektywem szukają złodziei różowych babeczek skradzionych u Pani Bajadery. Fajna książka za niewielkie pieniądze tutaj
Zaciekawiła mnie cała seria, muszę sprawdzić inne tytuły, bo te dwa są rewelacyjne. Książki z racji na swoje niewielkie gabaryty nadają się na wyjazdy wakacyjne.
Bardzo poetycka pod względem treści, jak i formy książka o miłości rodziców. W obrazowy sposób przedstawia dzieciom „jak to było kiedy nie było Cię na świecie”. Niewiele tekstu do czytania, ale za to piękne ilustracje dopełniają treści. Świetny pomysł na prezent np. na urodziny. Trochę mi przypomina książkę Miłość. Do kupienia w dobrej cenie tutaj
Słyszałam o tej książce już kilka razy i w końcu Lilka ją dostała od babci na Dzień Dziecka. Jest to naprawdę piękna książka o przyjaźni. Tytułowy szary domek szuka przyjaciela. Na swojej drodze spotyka różne przedmioty, z którymi stara się zaprzyjaźnić… z różnym skutkiem.
Książka jest dość długa jak na jedno czytanie, dlatego czytamy ją na raty. Bardzo polecam, bo jest to naprawdę ciekawa pozycja.
Do serii o Basi dołączyły dwie nowe pozycje o przyjaciołach. Książki są przeznaczone dla troszkę starszych wielbicieli Basi. Jest trochę więcej tekstu oraz problematyką jest dojrzalsza.
Pierwsza z nich jest o Anielce, która z wielką niecierpliwością czeka na powrót taty z pracy. Jest też o nocnych lękach. Cieszę się, że wciąż pojawiają się książki z tej serii, bo z panną Barbarą bardzo się lubimy. Do kupienia tutaj. A tu nowy wpis o Basi
Druga część z serii Basia i przyjaciele. Tym razem bohaterem jest Antek kolega starszego brata Basi. Pojawiają się kłótnie i próby rozwiązania tych sporów.
Do tej pory miałam wrażenie, że seria o Basi jest bardziej dla dziewczynek. To ta książka zainteresuje również chłopców. Do kupienia tutaj
Dawno u nas nie było książek obrazkowych. To są bajki dla dzieci zapisane w ilustracjach, dlatego muszą być bardzo ciekawe. „Nad morzem” to pozycja obowiązkowa na wakacje. Na dużych, kartonowych stronach przedstawione są nadmorskie przygody. Ilustracje są dość nietypowe, przypominają mi kubistyczne obrazy. Jest jeszcze wersja „W górach”. Do kupienia tutaj
Ostatnio coraz częściej sięgamy po klasyczne baśnie. To właśnie w nich widać dokładnie walkę dobra ze złem. Tego motywu brakuje mi we współczesnych książkach. Bajki dla dzieci nie są tak oczywiste jak kiedyś. Zły charakter nie jest zły do końca i trochę miesza to w głowach.
Dlatego zdecydowałam się na Calineczkę i to był strzał w 10. Lilka uwielbia tę baśń. Kasdepke na znanym sobie luzie opowiada historię o najmniejszej dziewczynce świata.
Do książki dołączony jest ebook, ale nie jest wart uwagi.
Jest to książka z serii „Miesięcznik Dziecko poleca” i są w niej również inne bajki dla dzieci.
Książka z ogromnym potencjałem dla starszych dzieci.
Dwoje dzieci na lekcji przez przypadek otwiera portal do podróży w czasie, która zabiera wszystkich na podróż w przyszłość. Dzieci odwiedzają najsłynniejsze budowle i przeżywają różne przygody.
To niewątpliwie najdłuższa książka jaką mamy w domu, bo strony otwierają się w harmonijkę. Dzięki temu mamy dobry podgląd całości.
Świetna kreska Minkiewicza!
Dla dzieci 5+
Nie wiem czy Wasze dzieci też mają problem ze zrozumieniem abstrakcyjnych terminów „jutro” i „wczoraj”. Lilka do tej pory nie jest w stanie tego pojąć, co ma dość komiczne odbicie w jej języku. Mówi np. „Jutro jadłam naleśniki”- chodzi jej o wczoraj.
Z pomocą przyszła nam świetna książeczka na ten temat. Przepięknie zilustrowana książka za 10 zł! do kupienia tutaj
Kartonowa książka z zagadkami. W każdej stronie są wycięte kółka, które są częścią zwierzęcia. Fajny pomysł i ciekawe ilustracje. Do kupienia tutaj
Absolutnie świetne wydanie bajek dla dzieci. Jest to zbiór wszystkich utworów tego autora. Klasyka jak zwykle w modzie.
Książka jest przepięknie wydana i każda storna okraszona jest cudownymi ilustracjami. Doskonale nadaje się na prezent.
Ta książka czytana jest u nas codziennie! Siedzimy na podłodze, ja ją czytam a drugą ręka macham piłeczką w paski przed oczami Julka. Jest to książka obrazkowa z niewielką ilością tekstu i idealnie nadaje się na chwilowe czytanie.
Pan Listomysz ma różne przesyłki dla zwierząt związane z różnymi funkcjami. Niektóre są bardzo śmieszne, inne wymagają chwilowego zastanowienia się. Zwróćcie uwagę na przepiękne ilustracje.
Ciekawa, kartonowa książka obrazkowa o zwierzętach mieszkających w lesie. Książka jest w duchu M.Montessori.
Duża, kartonowa książka obrazkowa o Polsce. Fajny pomysł na prezent dla dzieci emigrantów
Kartonowa książka obrazkowa, której akcja toczy się w mieście. Z tej serii mamy „W przedszkolu” i to była jedna z ulubionych książek Lilki.
Cała Polska żyje Euro 2016 to i lektury mamy odpowiednie. To nie bajki dla dzieci, a prawdziwe emocje.
Książka formatu a4 z obrazkami zamieszczonymi na miękkich stronach.
Może w końcu dowiem się co znaczy ten „spalony”?
Na serię książek o Lenie trafiłam u matkiwariatki. Od razu zwróciłam na nie uwagę, bo jest na temat popularnych u nas problemów. Bohaterką książek jest Lena – wesoła sześciolatka.
Są to bajki dla dzieci bez fikcji, a takie lubimy najbardziej. Ilustracje może nie są najpiękniejsze na świecie, ale treść jest naprawdę warta uwagi, bo pomaga dzieciom zrozumieć, że nie są same w swoich obawach i problemach. Inne dzieci też się czegoś boją lub się nudzą. Bardzo polecam. Książki kosztują ok 11 zł, więc warto.
Lena. Co mam robić gdy się nudzę? Do kupienia tutaj
Lena. A co jeśli nie potrafię? do kupienia tutaj
Nowa Kicia Kocia musiała również wylądować w naszej biblioteczce. Tematyka jest nam obecnie bardzo bliska. Kici Koci rodzi się braciszek i tak jak w większości książek w tej tematyce nie zawsze jest kolorowo.
Autorka w przystępny sposób pokazuje dzieciom jakie uczucia mogą pojawić się po przybyciu nowego brata lub siostry. Kiedy czytałam książkę widziałam na twarzy Lilki kilka uśmiechów- tak jakby odnajdywała, w postaci Kici Koci – siebie.
Miś ze zdjęcia tytułowego Maileg tutaj
Odporność dzieci to zawsze temat na czasie. Za nami pierwszy rok przedszkola. Nie ukrywam, że początek był dla nas bardzo ciężki. Praktycznie co 2 tygodnie przyplątywała się infekcja. Na szczęście były to tylko choroby spowodowane przez wirusy i żadna z nich nie nadkaziła się bakteryjnie. W akcie desperacji kupiłam nawet syrop na odporność z wyciągiem z boczniaka. Niewiele jednak nam pomógł. Dopiero w kwietniu wszystkie choroby nas opuściły. Niedługo znów wrzesień, a my mamy niemowlaka w domu i jak każda mama się martwię.
Dziś rozmawiam z Joanną, prowadzącą bloga www.dietaeliminacyjna.pl, który współtworzy z Instytutem Mikroekologii w Poznaniu na temat alergii i odporności.
Natura zadbała o to żeby dziecko nie przyszło na świat zupełnie bezbronne. Mama, będąc w ciąży przekazuje dziecku przez łożysko zestaw startowy: przeciwciała IgG, które mają chronić je w pierwszym okresie, zanim nie nabierze własnej odporności. Warto wspomnieć, że badania wskazują, że pełną dojrzałość system immunologiczny osiąga dopiero w 12 roku życia. Oczywiście dziecko zaczyna wykształcać swój własny system odpornościowy dużo wcześniej, ale w pierwszych latach życia jest on jeszcze bardzo niedojrzały.
Od narodzin, z biegiem miesięcy dziecko ma coraz więcej własnych przeciwciał, a coraz mniej matczynych. Co nie zmienia faktu, że własne nie tworzą się tak szybko jak ubywa tych od mamy, nawet jeśli karmi piersią. Mówimy wówczas o tzw. okienku immunologicznym.
Bardzo trudno uniknąć infekcji. Niektórzy twierdzą, że to mit, ale prawdą jest, że dziecko aby nabyć odporności musi mieć kontakt z patogenami. Nasz układ immunologiczny działa na zasadzie uczenia się. To właśnie kontakt z patogenami: bakteriami, wirusami stymuluje jego rozwój. Oczywiście choroba niemowlaka to nic miłego i na pewno warto stymulować układ w sposób mniej drastyczny niż narażanie dziecka na infekcje.
Po pierwsze można zadbać o to już wtedy, kiedy dziecko jest w łonie matki, a potem wybierając (jeśli to możliwe) poród naturalny i starając się karmić piersią. Są badania, które pokazują, że jeśli matka przyjmowała probiotyki w 3 trymestrze ciąży to dziecko miało mniejszą szansę na alergię w wieku 5 lat! Mówimy o dzieciach z obciążonym wywiadem alergicznym. Dlaczego mówię o probiotykach?
Ponieważ dochodzimy do tematu mikroflory jelit. Mało kto wie, że jedną z jej głównych funkcji jest właśnie kształtowanie układu immunologicznego człowieka. Rodzaj porodu ma ogromne znaczenie, ponieważ przechodząc przez kanał rodny układ pokarmowy dziecka jest kształtowany bakteriami probiotycznymi co wpływa na prawidłowy jego rozwój.
Ostatnie badania pokazują nawet obecność bakterii probiotycznych w pokarmie matki! To wydaje się niesamowite, ale tak jest. Dlatego pierwsze, co może zrobić mama to zadbać o swoją mikroflorę, a potem postarać się przekazać ją swojemu dziecku.
Jak przekazać taką mikroflorę? Więcej info tutaj
Obecnie przyjmuje się, że jednym z głównych problemów, które mogą powodować problemy z odpornością, a co za tym idzie rozwój alergii, chorób autoimmunologicznych i nawracających infekcji jest nadmierna higienizacja. Wyparzanie, sterylizowanie wszystkiego powoduje, że układ immunologiczny po pierwsze nie ma jak trenować, a po drugie nie ma z kim walczyć.
W efekcie zaczyna atakować albo komórki własnego organizmu (choroby autoimmunologiczne), albo zupełnie niegroźne cząsteczki np. pokarmowe (alergie). Duże spustoszenie sieje też wczesna atybiotykoterapia. Wiadomo, że czasami jest ona niezbędna, ale wtedy szczególnie mocno powinniśmy zadbać o mikroflorę dziecka podając probiotyki. I to nie przez miesiąc, ale dłużej i różne szczepy. W badaniach widać, że mikroflora potrzebuje ponad roku, żeby dojść do równowagi po jednym cyklu antybiotyków!
Tutaj dwa artykuły, które rozszerzają temat:
Brudne dziecko to zdrowe dzieckoBudowanie odporności u dziecka
Tak jak wspomniałam powyżej – lepiej żeby nie było zbyt czysto! Badania pokazały, że znacznie lepszą odporność mają dzieci, które: posiadają rodzeństwo, wychowują się ze zwierzętami i mieszkają na wsi.
Ja tego nie zalecam i nie praktykuję. Oczywiście, czasami trudno mi się było powstrzymać, żeby po jeździe tramwajem nie wyczyścić dziecku rąk płynem antybakteryjnym, ale powstrzymywałam się jak mogłam☺ Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy w domu ktoś jest chory.
Wtedy bezwzględnie należy myć ręce jak najczęściej, starać się, żeby dziecko nie miało kontaktu np. ze szklanką z której piła osoba chora. Wtedy też dobrze jest zwiększyć częstotliwość mycia rąk☺
Pewnie robi tak większość mam;) A przynajmniej przy drugim dziecku, co pokrywałoby się z teorią, że drugie dzieci mają lepszą odporność. Oczywiście, że w pierwszych miesiącach należy dbać o higienę, zwłaszcza aby nie dopuścić do rozwoju chorób ze strony układu pokarmowego.
Ważne, żeby zachować rozsądek. Kiedyś wyczytałam w internecie, że należy co tydzień sterylizować zabawki, albo, że rodzice kupują specjalne lampy odkażające, takie jak są w przychodniach. To zupełnie zbędne i zdecydowanie nie sprzyja kształtowaniu odporności.
Oczywiście, że tak! Dlaczego? Ponieważ odporność płynie z jelit i ze zdrowej mikroflory. W przypadku niemowląt najlepsze jest mleko mamy. Oczywiście nie oznacza to, że dzieci „butelkowe” są źle odżywiane. Jednak nadal nie ma mieszanki, która idealnie „podrobiłaby” kobiecy pokarm.
Dlatego warto w takim przypadku zadbać o rozwój mikroflory dziecka np. podając odpowiednie probiotyki. Nie trzeba chyba wspominać, że w przypadku starszych dzieci dieta ma ogromne znaczenie, a wysokoprzetworzona żywność to nie jest czynnik sprzyjający zdrowym jelitom.
Są badania, które porównują obecność dobrych bakterii jelitowych dzieci z krajów wysoko rozwiniętych i dzieci z krajów uboższych (przepraszam za uogólnienie). Wykazały, że dzieci z krajów biedniejszych mają dużo lepszą mikroflorę ponieważ w ich diecie nie brakuje błonnika, który stanowi główne pożywienie dla bakterii.
Ja w okresie wzmożonych zachorowań stosuję probiotyki. I to nie tylko z popularnymi szczepami Lactobacillus i Bifidobacterium (chociaż są one bardzo ważne), ale także ze szczepami które działają immunostymulująco. Są to na przykład niepatogenne szczepy Escherichia coli. Za wspomaganie układu odpornościowego warto zabrać się wcześniej, żeby sezon przeziębień nas nie zaskoczył.
Tutaj o tym jak wybrać probiotyk, bo to wcale nie takie łatwe☺ Co to są probiotyki i jak je stosować?
Dziękuję za rozmowę
Arbuzy kupione przy drodze do węgierskiego Egeru, świeża grecka feta z oliwkami prosto od rolnika i turecka baklava – to są smaki i zapachy naszych podróży z Lilką. Kojarzą mi się z umorusaną w tych specjałach buzią i plamą na białej bluzce.
Nie pamiętam aż tak dokładnie naszych podróży kiedy nie było z nami dziecka. Czy to zapachu kubańskich cygar czy też chłodu jaki nas zastał w Estonii. Wtedy liczyły się zupełnie inne rzeczy i inne rozrywki. Spanie do południa, imprezowanie do białego rana czy też zwyczajne nic nie robienie.
Jesteśmy z mężem powsinogami. Ja mieszkałam kiedyś w Londynie i Nowym Jorku, on w Estonii i na Węgrzech. Mamy znajomych na całym świecie. Lubimy poczuć klimat danego kraju: zjeść miejscowe specjały, nauczyć się kilku słów w lokalnym języku, posłuchać ludzi, którzy tam mieszkają. Nawet nie zastanawialiśmy się jak zmieni się nasze życie kiedy będziemy mieli dzieci. Przyjęliśmy to z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Kiedy rodzi się dziecko już nic nigdy nie będzie takie same. Nawet podróżowanie nabierze zupełnie innego wymiaru. Nie należy z tym walczyć tylko poddać się zupełnie. Trzeba przestawić sobie w głowie pewne rzeczy i nie nastawiać się na podobne doznania. Dzieci pomogą nam zobaczyć rzeczy, których bez nich nigdy byśmy nie zauważyli i na zawsze zostaną w naszej głowie.
Autorzy już od pierwszych stron przekonują, że ich życie pełne adrenaliny, sportów ekstremalnych i wyjazdów nabrało jeszcze większego sensu po urodzeniu dziecka. Nie zmienili swoich dotychczasowych pasji, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej je rozwinęli. Chciałoby się rzecz: „Da się?” No pewnie, że się da – jeżeli tylko się chce!
Niektórym rodzicom wydaje się, że samo wyjechanie z dzieckiem, zbieranie patyków na plaży i podróże po lokalnych miejscowościach to już duże wyzwanie. A co dopiero gdy ciągnie się dziecko w małej przyczepce w -15 stopni nad Morskie Oko albo czeka nas 26 – godzinny lot do Brazylii? Można? Można! Ograniczenia są tylko w naszych dorosłych głowach, a dzieci przeżyją przygodę.
Autorzy opisując swoje wyprawy z synkiem Tysiem obalają po kolei wszystkie stereotypy dotyczące podróży z dziećmi. „Liczy się przygoda!”- to ich dewiza. Zawsze jednak stawiają na zdrowy rozsądek z małą nutką szaleństwa. Książka to nie tylko pamiętnik z podróży, ale również zbiór porad ekspertów, którzy w bardzo przekonujący sposób rozwiewają wiele wątpliwości wystraszonych rodziców.
Pediatra doradza co jeść z dzieckiem na wakacjach lub gdzie szukać pomocy w razie choroby. Psycholog zachęca do pokazaniu dziecku świata w dobie elektroniki: „Jeżeli chcemy dbać o prawidłowy rozwój naszego dziecka, laptop, telewizor i inne „cuda techniki” muszą mieć konkurencję.”
przede wszystkim pozwala oswoić swoje lęki, które my – jako troskliwi (czasami aż za bardzo) rodzice mamy w głowach. To jest najważniejszy przekaz tej książki.
Czytając ją zastanawiałam się cały czas co nas tak naprawdę hamuje przed tym żeby spakować walizy, wziąć dzieci i pojechać tu albo tam. Wtedy pojawia się milion pytań: „A jak dziecko zniesie podróż?”, „Co będzie tam jadło?”, „Czy odnajdzie się w innych realiach?” „A co będzie jak zachoruje?”. To są właśnie moje obawy, które dość skutecznie stopują moje zapędy globtroterskie. Ostatni rozdział „Strachy na Lachy” powinnam sobie zeskanować i wydrukować. Paweł Kunachowicz rozprawia się z lękami z mojej głowy: „Nie wiem kiedy dobrze jest pobudzać wyobraźnię, a kiedy nadmiar ogranicza doświadczenia i przeżycia. Gdyby moi rodzice nie pozwalali mi uczestniczyć w różnych przygodach, nie byłbym tym, kim jestem”.
Tak więc podróżowanie z dzieckiem jest cudowną przygodą, a to od Was zależy jak ją razem przeżyjecie. Nie ma co rozważać co takie podróże z naszymi pociechami im dają – widzę same plusy.
Ta książka jest nie tylko o podróżach. Jest również o wspaniałej relacji miedzy rodzicami, pełnej szacunku do drugiego człowieka, jego pasji oraz jego wyborów. Ogromnie podziwiam takie pary, które potrafią zostawić margines bycia nie tylko rodzicem, ale również człowiekiem ukierunkowanym na realizację swoich planów.
Tak jak niedawno pisałam, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska – w tej książce możemy poznać ją dokładnie. W tej wspólnocie jest nie tylko rodzina, ale również przyjaciele, zwierzęta oraz ludzie spotkani podczas podróży (szczerze rozczulił mnie Szwajcar napotkany przypadkiem podczas bardzo długiego lotu do Brazylii, który pomagał Pawłowi opiekować się Tyśkiem).
Niesamowite jest to, że mamy bardzo podobne poglądy na temat rodzicielstwa, które w książce jest przedstawione jako szczęśliwe, pełne zrozumienia, szacunku i wolności w stosunku do dziecka. I chociaż rozdziały pisane przez Pawła i Beatę nie mają wydźwięku edukacyjnego czy moralizatorskiego to z ich opowieści można wiele się nauczyć jak budować zdrową więź z dzieckiem.
Uwaga! Po przeczytaniu „I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)” istnieje pewne zagrożenie. Miałam ochotę odwołać „bezpieczne” wakacje z dziećmi w hotelu nad Bałtykiem na rzecz Szwecji lub Włoch (samochodem).
Książka dostępna TUTAJ
Bo dzieci nie zapamiętają na zawsze swojego najlepszego dnia przed telewizorem:
Gdybym tylko mogła podróżowałabym z dziećmi o wiele częściej i dalej, bo chociaż wracam zmęczona jak nigdy – to za to bardzo szczęśliwa.
Przez 9 miesięcy byłaś w centrum zainteresowania. To Tobie od progu podstawiano krzesło i pytano jaką chcesz herbatę. Nie, nie taką? To zaraz znajdziemy inną, lepszą. Musisz mieć najlepszą, bo nosisz w sobie życie.
Komplementów nie umiałaś przyjmować, bo te 20 kg wg Ciebie pojawiły się z tyłu, a nie z przodu – jak wszyscy uważali. Drzemka o 17, tak! Cichutko, bo mama śpi.
Urodziłaś – i te kilka dni po porodzie jesteś bohaterką. Wszyscy (jeszcze) pytają jak się czujesz. Leżysz w szpitalu lub w domu i dostajesz obiad pod nos i deser nawet. Chwała Władzy za te 2 tyg tacierzyńskiego, bo wioska, która była kiedyś znacznie większa zawęziła się do małej 2- osobowej komórki społecznej.
Mąż poda, przyniesie, przewinie. Ten czas mija jak 2 dni i zostajesz SAMA. A gdzie moja pomoc na te 4 tygodnie do końca połogu?
Po pierwszym porodzie byłam bohaterką! „Super się czuję”, „Taaak, dam sobie sama radę”, „No pewnie, że ugotowałam zupę”. Posprzątane, dziecko nakarmione, a ja nawet umalowana i nie w dresie. Każdy przychodził i pędził do małego, białego łóżeczka zobaczyć ten cud. A ja dawałam radę. Dlaczego miałabym nie dać.
Gdybym powiedziała: „Wiesz, nie daję rady ugotować obiadu, sprzątnąć i dzieckiem się zająć” to by mnie do psychologa wysłali, że przecież krów nie muszę rano doić i do lekarza iść z dzieckiem 5 km na piechotę. Niby teraz łatwiej. Fizycznie pewnie łatwiej. Nie dziwne, że jak tylko mąż przekraczał próg to po 2 min miał wręczone dziecko.
Polskie społeczeństwo stawia bardzo wysokie wymagania wobec młodych matek. Zarówno w sferach związanych z macierzyństwem jak i byciem Perfekcyjną Panią Domu. Mając w domu nawet tylko jedno małe dziecko jest to zwyczajnie trudne.
A jeżeli trafi nam się wyjątkowo wymagający egzemplarz często niewykonalne. „Ja sama”- to nasze drugie imię. Boimy się prosić o pomoc. Publiczne przyznanie się, że ma się pomoc np. do sprzątania często jest potępiane. Dlaczego? W innych krajach jest to zupełnie normalne. Tylko w Polsce MUSISZ wszystko robić sama, choćby z dzieckiem na rękach.
Nie kolejne kocyki czy kosmetyki do pielęgnacji niemowląt. Przysłali mi zapas obiadów na tydzień. Takich, które tylko się podgrzewa i gotowe. A do tego zdrowe, bo bez sztucznych składników. Wymarzony prezent.
Moje drugie macierzyństwo jest zupełnie inne. Nie boję się prosić o pomoc. Raz na dwa tygodnie przychodzi Pani posprzątać nam mieszkanie. Broniłam się przed tym dwa lata, bo to tak jakbym przyznała się do porażki. A ja się tego nie wstydzę. Wolę zatrudnić kogoś do pomocy przy domu, niż kogoś do opieki nad dziećmi. Do tego też pewnie niedługo dojrzeję, bo chciałabym raz na jakiś czas wyjść z mężem bez dzieci.
„To naprawdę wyjątkowa sytuacja w historii ludzkości, by noworodkiem opiekowała się stale jedna osoba”- J. Dąbrowska
Dlatego kiedy w perspektywie miałam bycie słomianą wdową przez tydzień wybrałam podróż do mojej wioski. Właśnie po pomoc. Potrzebowałam tego bardzo – zająć się tylko dziećmi (a i nimi zajmował się czasami ktoś inny). Niczym innym. Odpoczęłam, spędziłam czas tylko ze starszym dzieckiem i naładowałam akumulatory na dalsze życie z daleka od mojej wioski, czyli ludzi, którzy chętnie nam pomagają.
Poniżej nasze migawki z tego wyjazdu, gdzie w spokoju mogłam znów wziąć aparat do ręki i uwiecznić te chwile.
Lilki sukienki i rampers w kaktusy Lindex
Moje sandały Next
Lilki trampki żółte Igor
Jula śpiwór w traktory Gro
Otulacz z ostatnich zdjęć Pink no more
Wózek Bugaboo Bee 3
Chusta Hoppediz
Pomadka Bourjois (moje odkrycie!)
Widzę po wynikach wyszukiwania oraz Waszych wiadomościach, że interesują Was ćwiczenia logopedyczne dla dzieci.
Poprzedni wpis pod tytułem – logopedia w domu – cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Tak jak obiecałam – dziś post na temat ćwiczeń aparatu artykulacyjnego dla dzieci w różnym wieku.
Przygotowałam dla Was zbiór gotowych ćwiczeń w zależności od wieku dziecka.
Pamiętajcie! Te ćwiczenia nie zastąpią terapii logopedycznej i każde dziecko z wadą wymowy powinno mieć dopasowane konkretne ćwiczenia w gabinecie u logopedy oraz powinno dostać wskazówki do pracy w domu.
Każde ćwiczenie artykulacyjne najlepiej wykonywać przed lustrem. To, że dziecko widzi swoją buzię pomaga mu poczuć ułożenie narządów aparatu artykulacyjnego.
Podczas pracy nad usprawnianiem narządów mowy wykorzystujemy umiejętności nabyte podczas ćwiczeń oddechowych, fonacyjnych i słuchowych (z poprzedniego posta). Dlatego warto w czasie jednej sesji ćwiczeń mieszać aktywności.
Głównym celem ćwiczeń aparatu artykulacyjnego jest uzyskanie takiej sprawności całego narządu mownego, aby bez problemu poradził sobie z głoską, którą będziemy mieli zamiar wywoływać. Dlatego pracę nad każdą głoską rozpoczyna się od odpowiedniych ćwiczeń układu artykulacyjnego. Dzieci, które uczęszczają na terapię logopedyczną mają takie ćwiczenia zadane do domu.
Pod poprzednim logopedycznym wpisem pojawiły się komentarze z zapytaniem: „Ile czasu na to poświęcić, bo dziecko nie za bardzo to lubi?”
Mam dla Was wskazówki ile mogą trwać ćwiczenia logopedyczna:
– dzieci od 1 do 3 lat – 1 do 3 minut, można dłużej jeżeli zmienimy pozycję ciała np. wstaniemy– 4-latki – od 3 do 5 minut lub dłużej– 5-latki- od 5 do 10 minut lub dłużej
Od małego poprzez odpowiednią pielęgnację oraz zapewnienie bodźców do rozwoju wspomagamy nasze dzieci. Pisałam na ten temat tutaj – Jak wspomagać rozwój mowy?
– wprowadzać różnorodne pokarmy- podczas jedzenia twardych rzeczy mięśnie aparatu artykulacyjnego wykonują ciężką pracę i dzięki temu sprawniej będą później działać– pić w domu z kubka, a na podwórku z bidonu z cienką rurką– wykonywać proste ćwiczeniaDzieci w wieku 0-12 miesięcy cały czas nas obserwują i w taki sposób się uczą. Niektórym może się wydawać, że małe dzieci nie za wiele rozumieją. Ciągłe rozmowy, śpiewanie i stymulowanie w końcu nie pozostanie bez odpowiedzi. Nasze dziecko najpierw musi przyswoić słownik bierny (czyli usłyszeć od nas słowo) aby móc to później wypowiedzieć (słownik czynny).
Od około 6 miesiąca dzieci zaczynają tworzyć swoje komunikaty, które z czasem nabierają na znaczeniu. Hau, miau, papa, mama, baba to najczęściej pojawiające się wyrazy. Często dzieci podpierają słowo gestem – czyli robiąc „papa” machają rączką na do widzenia. Samo wymawianie sylab jest ćwiczeniem aparatu artykulacyjnego, dlatego warto przeglądać razem książeczki i naśladować zwierzęta, pojazdy i inne wyrażenia dźwiękonaśladowcze.
Warto podeprzeć polecenie obrazkiem lub zabawką w kształcie zwierzątka:
– Jak kotek pije mleko? Z rąk układamy miseczkę i pokazujemy w jaki sposób kot językiem pije mleko.– Mlaskanie językiem. Przyklejamy język do podniebienia i głośno odklejamy– Jak parska koń? Luźne wargi wprawiamy w drgania– Jaki ryjek ma świnia? Wysuwamy rozchylone wargi do przodu– Jak ziewa hipopotam? Otwieramy buzię i ziewamy– Jak dźwięk wydaje sowa? Zaokrąglamy wargi i mówimy: Hu hu hu
Jak narzędzia – tu znajdziecie – książki dla najmłodszych dzieci wspierające rozwój mowy:
Należą do najłatwiejszych, ponieważ wynikają z elementarnych umiejętności dziecka związanych np. z jedzeniem, ziewaniem czy nawet głośnym płaczem
– Jest noc. Powoli układamy się do snu. Bardzo chce nam się spać. Ziewamy z otwartą buzią– Udajemy rekiny. Szeroko otwieramy buzię i szybko zamykamy– Zagrabiamy trawnik i wyobrażamy sobie, że zęby to grabie. Wysuwamy żuchwę i przesuwamy nimi po górnej wardze.– Żujemy trawę jak kozy. Naśladujemy żucie.– Ćwiczenia warg (mięsień okrężny warg)
Wargi biorą aktywny udział przy wymowie wielu głosek dlatego tak ważna jest ich sprawność. Przy wymowie szeregu syczącego („s”, „z”, „c” „dz), który powinien w wieku 4 lat być artykułowany poprawnie, wargi są szeroko rozciągnięte w uśmiechu. Jednocześnie ćwiczymy również zaokrąglenie warg, które jest niezbędne przy wymowie głosek szeregu szumiącego („sz”, „rz”, „cz”, „dż”). Ten szereg pojawia się najcześciej w wieku 5 lat.
Tak jak powyżej – najlepiej jest przygotować rysunki lub figurki zwierząt lub przedmiotów, które będziemy naśladować.
– Wysyłamy buziaczki do mamy. Ściągamy wargi w dzióbek (ważne żeby był symetryczny) i cmokamy– Uśmiechamy się przy mocno zaciśniętych wargach– Uśmiechamy się tak, żeby było widać zęby– Rybka. Wargi ściągamy w dzióbek i rozchylamy leciutko pyszczek– Na płaski talerzyk wysypujemy ryż preparowany i prosimy dziecko żeby za pomocą samych warg próbowało jeść– Osiołek, który robi i-o-i-o– Karetka, która jedzie na sygnale e-o-e-o– Policja, która jedzie na sygnale i-u-i-u– Wąsy. Między wargami i nosem układamy słomkę do picia tak żeby dziecko ją utrzymało.
– język chowamy do buzi i myjemy wewnętrzną powierzchnię zębów– liczymy językiem zęby na dole– czubkiem języka dotykamy kącików warg– z języka robimy koci grzbiet – zaczepiamy język za dolne zęby i wypychamy– na końcu nici dentystycznej związujemy mały supełek i zaczepiamy go od wewnętrznej strony zębów. Dziecko ma wypchnąć nitkę do góry samym językiem
– kląskamy jak koniki przy jednoczesnych ruchach warg (uśmiech- kółko)– mlaskamy językiem– oblizujemy wargi (można je posmarować czymś słodkim)– udajemy, że liżemy lody
Są ukierunkowane przede wszystkim na ćwiczenia warg i języka, których aktywny udział jest niezbędny w trakcie artykulacji głosek „sz”, „rz”, „cz”, „dż” i „r”.
– układamy wargi w dzióbek i kręcimy w kółko, na boki, do dołu do góry– robimy okienko z warg (szeroki dzióbek)– robimy rybkę z warg, ale z wciągniętymi policzkami– próbujemy gwizdać– parskamy mocno wargami
Dążymy do pionizacji języka, czyli nawet w trakcie kiedy dziecko milczy- język powinien znajdować się za górnymi zębami na wałku dziąsłowym.
– przy otwartej buzi liczymy górne zęby językiem (żuchwa nieruchomo)– udajemy, że język to pędzel, a buzia to mieszkanie do pomalowania. Malujemy najpierw kropeczki na podniebieniu, policzkach, a na koniec musimy wszystko dokładnie zamalować. (żuchwa nieruchomo)– próbujemy dotknąć językiem do nosa– do podniebienia twardego możemy przykleić opłatek i poprosić dziecko o oderwanie go samym językiem– strzelanie z języka: przyklejamy mocno język do podniebienia i mocno odklejamy– karuzela: przy zamkniętej buzi dziecko wkłada język między wargi, a zęby i kręci w kółko
BARDZO POLECAM WSZYSTKIM KSIĄŻKĘ „CMOKAJ, DMUCHAJ, PARSKAJ, CHUCHAJ„. KOSZTUJE GROSZE, A JEST NAPRAWDĘ ŚWIETNA. (dołączone jest do niej logopedyczne memo oraz gra planszowa, a kosztuje 10 zł)
Jeżeli macie wątpliwości czy udać się do logopedy to przeczytajcie ten wpis: Kiedy do logopedy
Drewniany zestaw do robienia baniek Kikot