kontakt i współpraca
…, a nie 30 to jakby wyglądało moje życie?
Pod jednym względem byłoby o 100% lepsze.
Ale może zacznę od początku. Byłam dzieckiem bardzo płaczliwym i wrażliwym. Większość zdjęć jakie mam z dzieciństwa wygląda mniej więcej tak: siedzę pod stołem i płaczę.
Teraz już nie pamiętam powodów moich smutków, bo w głowie mam najwięcej tych miłych wspomnień. Jako 5-6 latka byłam bardzo ruchliwa. Prawie cały wolny czas wykorzystywałam bardzo aktywnie. Biegałam po podwórku i intensywnie korzystałam z dobrodziejstw placów zabaw. W tamtym właśnie okresie zaczęło być widać moje problemy.
Miałam bardzo duże zaburzenie równowagi. Właściwie codziennie podczas podwórkowych eskapad zaliczałam potoczną „glebę”, a przedwczorajsze strupy nie zdążyły się nawet zagoić. Miałam kolana zdarte do gości. Jak ktoś patrzył na mnie z boku to miał wrażenie, że zaczepiam się o własne nogi.
Bardzo się cieszyłam z wyjazdu nad morze. Zbliżał się dzień wyjazdu, a ja tuż przed klatką schodową wywinęłam takiego orła, że znów strupy nie miały szansy się zagoić. Mama podjęła decyzję, że na kolonie pojadę dopiero jak chociaż trochę rany się zagoją. Bardzo rozpaczałam z tego powodu.
Kolejnym moim problemem była bardzo silna choroba lokomocyjna. Jazda ze mną to był koszmar. Podczas jednej krótkiej przejażdżki musiałam wysiadać kilka razy aby zwrócić zawartość żołądka. Później dostawałam już magiczną tableteczkę na „A” i zazwyczaj przesypiałam podróż.
Koszmarem również była dla mnie jazda pociągiem, ale nie z powodu nudności. Jak wysiadałyśmy na stacji później trzeba było zmierzyć się ze schodami nad torami, które między każdym schodkiem miały prześwit. Innej drogi nie było. Szłam po nich i kurczowo trzymałam się maminej spódnicy. Tak bardzo się bałam. Te schody śnią mi się do tej pory.
Moja mama szybko zauważyła problemy i baaardzo dużo ze mną pracowała w domu. Nawet dziś pamiętam, że tak nie lubiłam tych ćwiczeń, że wrzucałam zeszyty z dyktandami za szafę i udawałam, że się zgubiły. Gdyby nie praca mojej mamy prawdopodobnie byłabym dziś dysortografem i dysgrafem.
Na lekcjach było mi bardzo trudno wysiedzieć. Miałam sporo uwag w dzienniczku. Niemożność ruchu kompensowałam sobie „gadaniem na lekcjach” i huśtaniem się na krześle, co nie wiązało się z niezbyt przychylną uwagą pani nauczycielki. Odliczałam sekundy do dzwonka na przerwie i korzystałam jak najbardziej tylko się dało. Któregoś dnia tak wyrwałam, że rozmawiająca w drzwiach nauczycielka włożyła mi palec do oka i przecięła paznokciem źrenicę.
To oczywiście była moja wina, bo „latam jak szalona”. Całe szczęście, że podczas przerw można było wychodzić na podwórko i biegać do woli. Tam mogłam wyładować potrzebę ruchu.
Każdy dzień to była próba oszukania zmysłów, rekompensowania w układzie nerwowym. Gdybym urodziła się 5 lat temu, a nie 30 to teraz chodziłabym na intensywną terapię Integracji sensorycznej. Byłoby mi łatwiej się uczyć i zapanować nad swoim zmysłami.
Zdiagnozowano by pewnie silną podwrażliwość proprioceptywną i nadwrażliwość przedsionkową, niepewność grawitacyjną. Wtedy byłam tylko niezdarą, która zaczepia się o własne nogi.
Jak to wygląda teraz? Niestety, wiele z tych zaburzeń zostało mi do dziś i najnormalniej na świecie utrudniają mi życie. Mam ogromny lęk wysokości i nadwrażliwość przedsionkową. Nie jestem w stanie nawet patrzeć jak Lilka kręci się na karuzeli. Została mi niestety dysgrafia mimo przepisanych 50 zeszytów. Nauczyłam się już z tym żyć, a dodatkowo mam w domu dorosłego z potworną nadwrażliwością słuchową.
Kiedy ktoś zarzuca, że Integracja sensoryczna to moda i sposób na wyciągnięcie pieniędzy od zdesperowanych rodziców to niech przeczyta mój tekst. Bardzo się cieszę, że wiele rodziców gdzieś usłyszy o istnieniu SI i szuka pomocy. Może te dzieci będą miały większego farta niż ja.
Czasami przychodzi taki czas, że mam wszystkiego dość. Życie w centrum miasta wdaje nam się we znaki i zwyczajnie więcej nie jesteśmy tego znieść. Przeciążone procesory nie pracują zbyt dobrze. Dlatego jak przychodzi taki moment to pakuję torby, tankuję do pełna i jadę do mamy na Podlasie.
To jest moje miejsce na ziemi gdzie odnajduję spokój, koję nerwy i czuję bezpiecznie. Tam również ładuję swoje akumulatory na przyszłość. Wczesne pobudki wcale mi nie psują humoru, bo wiem, że na dole czeka na mnie ciepła kawa, którą mogę wypić w starym swetrze mojej mamy patrząc głęboko w ogień w kominku. Ciepło, które od niego bije sprawia, że powoli się budzę i obmyślam plany na dzień bieżący.
Nie myślę o tym co będzie jutro, pojutrze za tydzień. Siedzę w wiklinowym fotelu, trzymam gorącą kawę i delektuję się CHWILĄ. Sieć komórkowa nie ma tu zasięgu i mam święty spokój. Jedyne o czym myślę to, że jest mi dobrze.
Gorączkowo sprawdzam w kalendarzu, dzwonię do męża, sprawdzam wspólny grafik. Nie myślę o tym co jest teraz… Wspaniała rodzinę, ludzi, których kocham doceniam najbardziej tu, na Podlasiu. Tu mam więcej czasu dla córki i dla siebie. To prawdziwe wakacje od życia.
Po jakimś czasie oczywiście zaczyna mi brakować pędu i ciągle dzwoniącego telefonu. Wiem, że jak wrócę to będę lepsza. Lepsza dla siebie i innych.
Nasze wyjazdy często obfitują w ciekawe spotkania. Tak też było i teraz. Razem z Marleną z Makóweczki.pl odwiedziłyśmy już Wam znaną z poprzednich postów Księżniczkę w kaloszach.
Stajnia Zamczysk jest położona ok 20 km od Białegostoku. W sam raz na wypad za miasto. Jest to miejsce, które przyciąga. Tam czuje się miłość do natury i można posmakować sielskiego życia. A to za sprawą wspaniałych ludzi, którzy wyprowadzili się z miasta na wieś w poszukiwaniu szczęścia.
Było mnóstwo śmiechu i pysznego ciasta! Niewątpliwie najwięcej emocji wśród dzieci wzbudzały kurczaki, które mogły wziąć do rąk i pogłaskać. Od razu wróciły wspomnienia moich wakacji na wsi.
Jeżeli również macie chęć to możecie przyjechać do Stajni Zamczysk na agroturystykę.
Powstaje wiele nowych placówek, które w nazwie mają nazwisko włoskiej lekarki. Nam rodzicom – ta etykieta kojarzy się zazwyczaj bardzo dobrze. Jeżeli gdzieś usłyszymy „Montessori” to od razu wiemy, że miejsce jest godne uwagi.
Montessori – to słowo haczyk, na których łapie się wiele rodziców. Z jednej strony ogromnie mnie to cieszy, a z drugiej lekko przeraża. Termin „Montessori” jest już jak worek, do którego każdy może coś dorzucić albo dodać od siebie. Tylko, że to już wtedy nie jest TA pedagogika.
Maria Montessori stworzyła bardzo konserwatywną formę pracy z dziećmi i tak naprawdę aby cała metoda była spójna i logiczna nie powinniśmy za dużo dodawać od siebie, a już absolutnie nic nie zmieniać w głównych założeniach. Tak więc przedszkole, które ma „Montessori” w nazwie wcale takie być nie musi. Znalezienie autentycznej placówki może okazać się nie lada wyzwaniem.
W dzisiejszym poście napiszę Wam jakie ABSOLUTNIE OBOWIĄZKOWE punkty powinno spełniać przedszkole lub żłobek.
Osoby pracujące bezpośrednio z dzieckiem powinny mieć ukończone odpowiednie studia lub kursy Pedagogiki M.Montessori.
W przedszkolach Montessori nauczyciele powinny zwracać się do dziecka z ogromnym szacunkiem. Nauczyciele często schylają się lub kucają przy dzieciach, abo móc rozmawiać cicho, twarzą w twarz. Nie dopuszczalne jest żeby nauczyciel podczas pracy własnej wołał dziecko z drugiego końca sali. Musi podejść, poczekać aż dziecko skończy i wtedy je poprosić.
Miejsca do pracy- niskie stoliki z krzesełkami odpowiednimi do wzrostu dziecka oraz przestrzeń na dywanie. W koszu powinny być umieszczone małe dywaniki do pracy na podłodze. Szatnia, łazienka i jadalnia powinna być przystosowana do potrzeb dzieci
W przedszkolach montessoriańskich nie powinniśmy spotkać Kubusia Puchatka na ścianie, ani książki ze Świnką Peppą na półce. Powinny znaleźć się tam książki bez fikcji. Więcej na ten temat możecie przeczytać we wpisie – Kreatywnie nie koniecznie
Na półkach powinien się znaleźć materiał rozwojowy, który opracowała sama M.Montessori. Co ciekawe każda pomoc jest tylko w jednym egzemplarzu aby dzieci mogły nauczyć się czekania na własną kolej.
Podzielone tematycznie:
Najbardziej rozpoznawalną pomocą jest różowa wieża. Przykłady:
Oprócz materiału montessoriańskiego w przedszkolu znajdują się również inne pomoce. Raczej nie ma miejsca na plastik i pstrokaciznę.
Przedszkole wspiera samoobsługę „Pomóż mi to zrobić samodzielnie”- to maksyma tej metody. Dzieci ubierają się same, nakładają sobie jedzenie, a nawet po sobie zmywają.
Niezwykle ważne do prawidłowego rozwoju społecznego i emocjonalnego dzieci. Podobnie jak w rodzinie wielodzietnej dzieci mają możliwość bycia najmłodszym przez rok i z wielkim zainteresowaniem obserwować dzieci starsze. Za rok będą opiekowały się i pokazywały przedszkole dzieciom młodszym.
Praca własna w godzinach porannych. W tym czasie dzieci same wybierają sobie pomoce i z nimi pracują.
Oraz długie przebywanie na podwórku.
W tych placówkach naprawdę można poczuć obecność pewnego mistycyzmu. Wychodząc z placówki, która rzeczywiście jest prowadzona tą metodą ma się wrażenie lekkiego katharsis- piszę serio.
Tak wygląda poranek w przedszkolu prowadzonym tą metodą:
Taki hashtag jest bardzo popularny na Instagramie. Użytkownicy tak oznaczają zdjęcia, które zostały zrobione w muzeach z dziećmi. Bardzo lubię je przeglądać.
Sama uwielbiam odwiedzać takie miejsca. Przedmioty naruszone zębem czasu to ostatnio moje hobby. Lilka już jest w takim wieku, że bardzo dużo rozumie i wiele rzeczy ją interesuje. Dlatego często zabieramy ją do muzeum. Czasami mam wrażenie, że lepiej tam się odnajduje niż w kulkolandzie.
Podczas naszego pobytu w Eindhoven (spaliśmy w tym hotelu KLIK) odwiedziliśmy dwa muzea. Dziś zaprezentuję nasze zdjęcia i filmy stamtąd.
Muzeum sztuki współczesnej – Van Abbemuseum
Miejsce wyjątkowe. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nawet takie niuanse jak winda jeżdżąca w dół – śpiewa barytonem, a w górę – sopranem.
Poczuć zapach obrazu. Później wąchać kawę żeby oczyścić receptory zapachowe
Zwróćcie uwagę jak autor nazwał byki;)
To moje prawdziwe oblicze: „Lilka, wracaj!”
Pudzian to pikuś przy moim mężu
Film do obejrzenia
View this post on Instagram A post shared by Ania Trawka | Nebule ⭐️ (@nebule_pl)
A post shared by Ania Trawka | Nebule ⭐️ (@nebule_pl)
Muzeum Philipsa
Czyli podróż do przeszłości. Historyczny dzień- Lilka cały dzień w kucyku.
Genialny tomograf dla dzieci. Pokazujący jak działa ta maszyna. Philips umieszcza je na oddziałach dziecięcych aby w prosty sposób oswoić to urządzenie i zmniejszyć strach przed badaniem.
Tomograf- film
W ubiegłym roku z delegacji zadzwonił do mnie mój mąż. Krzyczał do słuchawki: „Nie uwierzysz, tu wszyscy są przebrani. Właśnie przeszedł koło mnie Elmo i Robin Hood. Zabiorę tu Was za rok. Lilka będzie wniebowzięta.”
Mój mąż dotrzymuje słowa. Zabrał nas na karnawał do Eindhoven. Przez 4 dni w roku miasto jest przyozdobione balonami, a ludzie przebierają się w niesamowicie kolorowe stroje. Wszyscy wychodzą na ulice i razem się bawią. Kiedy to zobaczyłam byłam bardzo pozytywnie zaskoczona.
W Polsce bale przebierańców organizowane są raczej tylko dla dzieci. A tam… nawet 70-letnie babcie przebrane świętują razem ze wszystkimi. Całe Eindhoven bawi się i tańczy na ulicy. Ludzie cieszą się z ostatnich dni karnawału. Jest bardzo mało turystów, więc w zasadzie są tam sami Holendrzy. Po dwóch dniach już mnie nie dziwił kelner-pirat i kucharz- żaba.
Najbardziej podobała jej się parada w centrum miasta. Z przejeżdżających kolorowych platform przebierańcy rzucali cukierkami. Niesamowite przeżycie słyszeć od dziecka: „Mamo, tato tu jest wspaniale”.
Samo miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. To mój pierwszy i na pewno nie ostatni raz w Holandii. Jest tam niesamowita atmosfera, wszyscy mówią po angielsku i są bardzo życzliwi. Zaskoczyło mnie przepyszne jedzenie i cudowna architektura. No i rowery, wszędzie rowery. Zapraszam Was na naszą relację.
Świetny hotel Inntel w starej fabryce Philipsa
I rowery, wszędzie rowery
Jak już pewnie zauważyliście, że często nas „nosi” po świecie. Pierwszą podróż odbyliśmy z Lilką jak miała 3 miesiące. Od tamtego czasu nie jestem w stanie zliczyć ile km przebyliśmy. Mamy rodzinę w dwóch odległych krańcach Polski i często ich odwiedzamy. Kluczem do miłych podróży był zawsze odpowiedni czas. Czas drzemki.
Ruszaliśmy zawsze wtedy kiedy Lilka była już lekko zmęczona. W 95 % przypadków działało. Podczas naszych wojaży wypracowaliśmy sobie niezły zestaw gadżetów ułatwiających nam ten czas. Przydała się również zmiana nastawienia, że podróż nie jest tylko dotarciem do celu, ale jest przygodą. Dlatego nie dążyliśmy do tego aby jak najszybciej dojechać- tylko żeby było miło. To bardzo pomogło w stresujących sytuacjach. Najczęściej jeżdżę z córką z tyłu i jestem jej towarzyszem podróży. Jak tylko zaśnie przesiadam się do przodu i obserwujemy ją w lusterku.
Kluczem do wygodnego podróżowania jest przede wszystkim dobry nastrój, wygodny fotelik i odpowiednie gadżety.
Tu możecie przeczytać o naszym foteliku
służy nam od ponad 2 lat i jesteśmy bardzo z niego zadowoleni. Można w nim regulować wysokość dna i ma rozpinane wyjście (na to zwracałam uwagę przy wyborze). Rozkłada się błyskawicznie i składa do torby podróżnej. W zestawie jest materac i moskitiera.
to najlepsza rozrywka w aucie. Niedługo pewnie zaczniemy słuchać audiobooków (polecicie coś?).To nasze ulubione:
no i oczywiście personalizowane Piosenki dla dzieci od Dudu i Bibi
mamy Benbat tu Tak jak większość kupiłabym zwykły zagłówek w kształcie rogala. Pani w sklepie doradziła nam żeby wziąć ten, bo jest najwygodniejszy. Sama się dziwiła kto projektuje takie zagłówki, które pchają głowę do przodu. Benbat jest tak zbudowany, że jest wygodny i podtrzymuje głowę przed opadaniem.
mimo tego, że Lilka już jest odpieluchowana to w czasie podróży bardzo się przydają. Dostępny tu
to nasz ostatni nabytek. Lilka jest nim zachwycona. Pakuje do niego swoje rzeczy. Mogę ją na nim ciągnąć (przetestujemy jutro na lotnisku). A do tego wyglądem przypomina wymarzoną Vespę tu
mam ją zawsze pod ręką w przezroczytej kosmetyczce (aby ułatwić szukanie)
Wszystko raczej oczywiste. Pewnie zapytacie o Biodermę – jest świetna! Sprostała wymaganiom bardzo suchej skóry. Szczegóły we wpisie Apteczka na wyjazd z dzieckiem
Maylily, czyli wygląd i funkcjonalność w jednym. Poduszka jest płaska jak placek, a kołderka z ogonem dobrze otula podczas spania.
wypełniony po brzegi przekąskami tu
10. Książki, książeczki – umilacze czasu
Absolutnie świetna Aladine Arka Noego ( akurat nie jest dostępna, ale jak tylko się pojawi dam znać – inne np. takie tu)
W jednej książce mamy – kolorowankę, wyklejankę i książkę obrazkową. Najbardziej podoba mi się to, że jest wielokrotnego użytku. Kredki można zetrzeć, a naklejki przeklejać , bo są bez kleju ( tylko folia).
Inne:
Książka obrazkowa – tu
To chyba tyle. Jutro lecimy do Einhoven na karnawał, więc zestaw podróżniczy będzie troszkę inny.
Bon voyage!
A Wy macie swoje sprawdzone patenty?
Konkurs na Bloga roku jeszcze w toku… Blogerzy wyskakują z lodówki, namawiają „po chińsku”, rysują sprayem na murze numery sms-ów, na które trzeba głosować. A ja? Gdzie „ja” jestem w tym wszystkim? Nie wiem, nie śmiem Was prosić o głosy…
W tym roku biorę udział po raz pierwszy. Jakie są moje wrażenia, uczucia? Ambiwalentne – to dobre słowo! Mam obecnie 3 kulki, żeby wejść do pierwszej 10 brakuje mi pewnie 50-100 sms-ów. Uważam, że to jest naprawdę niewiele.
Tylko wydaje mi się, że taki czytelnik nie głosuje, bo wydaje mu się, że jeden głos nic nie zmieni. Owszem zmieni! Niech się zbierze takich kilkudziesięciu i już jestem w finałowej dziesiątce. Nie przekonuje ich również fakt, że dochód z głosowania zostanie przekazany na podopiecznych Fundacji Dzieci Niczyje.
Głosowałaś/-eś w konkursie na Blog roku?”
a) Tak, głosowałam/-em, bo…
b) Nie, nie głosowałam/-em, bo…
Wg mnie wygranych w konkursie wybierają nie stricte czytelnicy, tylko ich rodzina oraz inni blogerzy. Myślę, że tylko te osoby są w stanie w 100% docenić jego pracę. Wiele osób wchodzących tutaj uważają blogi za zabawę, chwilową fanaberię. Owszem, ja też tak uważałam na samym początku. Teraz jest to moja praca.
Nie będę pisać ile czasu na to poświęcam, ale chce żebyście wiedzieli, że daję z siebie bardzo dużo. Dlatego też postanowiłam sms-ami nagrodzić pracę innych blogerów, do których chętnie zaglądam. Kiedy mój blog był jeszcze własnością Googla to mogliście na bieżąco podglądać miejsca, które odwiedzam. Teraz nie jesem w stanie ogarnąć RRS.
Zaglądam do nich i bardzo kibicuję już od samego początku. Również jestem specjalistą, która wiele swoich teorii opiera na badaniach (Evidence Based Medicine). Do tego lekki język i charyzma nadają blogowi taki ton, że nawet mój mąż go czyta.
– czyli Paulina i jej domostwo. Uwielbiam zaglądać do ich Stajni Zamczysk, bo od razu przypominają mi się moje wakacje na wsi. Czasami jak mam dość miasta to marzę o takim odważnym kroku i uciec stąd na wieś. Do tego zdjęcia, które zapierają dech w piersi i słowa dające do myślenia.
Czyli blog Aleksego, który ma 13 lat- startuje w kategorii ” Blog nastolatków”. Podziwiam go bardzo… Założył blog w wieku 10 lat i wraz z młodszą siostrą dokonuje dogłębnych recenzcji książek. Uwielbiam za gust i język (szczerze, to wiele blogerów nie używa tak poprawnej polszczyzny jak Aleksy). Chciałabym żeby w Polsce było więcej takich mądrych nastolatków. Zawsze kiedy myślę o zamawianiu książek najpierw zaglądam do niego.
Blog Edwina Zasady, który będzie nową Ewą Chodakowską, tylko jego droga do sławy była bardziej kręta, ale za to wiarygodna. Zrzucił kilkadziesiąt kilogramów i na swoim blogu motywuje do zdrowego stylu życia. Podziwiam i często zaglądam jeżeli nie mam pomysłu na posiłek lub zwyczajnie brak mi motywacji.
Uwielbiam wizualne uczty, bo prawdziwych się już wystrzegam. Zdjęcia, cudowne aranżacje i ciekawe pomysły to siła tego bloga. Moja stylistyka:)
Czyli blog mojej krajanki. Dochodzę do wniosku, że Białostoczanki to najlepsze blogerki;) Blog Judyty to przede wszystkim ciekawe teksty i niebanalne zdjęcia, o które teraz dość trudno.
Duuuża dawka kultury! Piękne zdjęcia ukazujące codzienne życie rodziny. Lubię ich podejście do życia oraz lekkie pióro autorki.
Agaty chyba nie muszę nikomu przedstawiać, bo wiele razy linkowałam ją u nas. Jej praca i blog zmieniają ludziom życie. Kibicuję jej już od dawna i wiem, że się nie podda. W wielu kwestiach jest dla mnie autorytetem.
Zaglądam, lubię i podziwiam. Od Marleny uczę się wielu rzeczy związanych z techniczną stroną blogowania. Jej siła to odwaga, dobry gust i piękne zdjęcia.
Blog o świadomej pielęgnacji włosów. Zaglądam od dawna i nieustannie czerpię informacje na ten temat. A tak szczerze, to ten blog uratował moje włosy, które były suche i codziennie napastowane prostownicą i suszarką.
A teraz jeszcze kilka blogów, które odwiedzam, ale nie startują w konkursie
olgaiokoice.pl Mój numer jeden. Blog roku 2012-2013-2014 r. Jak widzę nowy wpis to rzucam wszystko i lecę…
bycblizej.pl- blog Anity oraz sama Anita są dla mnie ostoją. Wiem, że z każdym problemem mogę się do niej zwrócić i nie dostanę gotowego rozwiązania, a usłyszę słowa wsparcia.
Matkawariatka.pl– blog również logopedy. Lubię książkowe inspiracje i podróże małe i duże.
kaszkazmlekiem Przecudowne zdjęcia, ubrania i inspiracje
Cacaovo– dziewczyny z Krakowa, znakomity gust i przepiękne zdjęcia. Uwielbiam również ich konto na Instagramie.
mojedolcevita– blog Marty- mamy 2-letniej Marceliny. Zaglądam najczęściej wtedy kiedy zapominam, że też jestem kobietą, a nie tylko matką. Czuję, że nadajemy na tych samych falach.
Alexanderkowo- lubię Anię i jej podejście do życia i spraw związanych z rodzicielstwem.
Dookołanas – Hanka i Mikołaj- lubię podglądać ich codzienne życie
Za nami weekend. Długo pozostanie w mojej pamięci.
Kraków – miasto, które kocham i ludzie, którzy są dla mnie ważni.
Nie mogłabym inaczej spędzić swoich urodzin.
Kocyk i poduszka w krowie łaty – Maylily
Walizka- skuter – tu
Czyli rozterki Matki Polki fitnesowej
Przychodzi taki czas, że coś by się chciało w sobie zmienić. W moim przypadku nałożyły się 2 newralgiczne momenty – Nowy rok – jak większość oraz zmiana kodu z przodu, czyli combo motywacyjne. „To już nie żarty”- pomyślałam i najnormalniej na świecie wzięłam się za siebie.
Nie było by w tym pomyśle nic trudnego, gorzej jak zwykle jest z realizacją. Kiedy już zjadłam ostatnie kostki czekolady z postanowieniem „Od jutra się odchudzam”, a potem jeszcze 5, bo przecież od jutra się odchudzam – nadszedł ten dzień.
Wstałam rano uśmiechnięta i zadowolona. Powoli nasypywałam kawę i myślałam jaki mieć gry plan? Pierwszy punkt – 0 (słownie zero) słodyczy. Ale jak to zrobić jak w szafce obok jest jeszcze sterta słodyczy z Lilkowej paczki od Mikołaja. No przecież nie wyrzucę. Przekładam wszystko w najdalszy zakamarek szafki i zastawiam poppingiem z amarantusa w myśl zasady „Co z oczu, to z serca”.
Hmm… szukam czegoś w lodówce. Podchodzi Lilka i przez moje nogi zagląda i krzyczy „Baaaaton, tam jest. Daj mi”. Ups. Mleczna kanapka z paczki od M. Trudno, daję jej, ale z wielkim zaciekawieniem patrzę i mówię „Liluś, ale Ty nie lubisz przecież czekolady”. Nic to nie działa, ma na nią chęć.
Trudno, na obiad zrobię soczewicę i bilans się wyrówna. Siedzę naprzeciwko jej i patrzę jak je. Po chwili odchodzi i mówi, że już nie chce. I tak leży sobie samotna Mleczna kanapka w ilości więcej niż pół. Stoję i patrzę na nią. Sprawdzam na opakowaniu ile ma kalorii. Odliczam zjedzoną część, wychodzi tyle co dwa jabłka.
Najwyżej nie zjem tych jabłek. No przecież jej nie wyrzucę! Zjadam z wielką przyjemnością i małymi wyrzutami sumienia.
Nadchodzi wieczór, trzeba wziąć się również za ćwiczenia. Sposób najprostszy i co najważniejsze skuteczny. Polubiam znów Ewę Ch. na Facebooku (kiedyś już ją lubiłam, ale później wkurzały mnie te chude laski po metamorfozie, więc odlajkowałam). Przepraszam się, więc z nią szczerze i odpalam Youtube.
Przybiega zaciekawiona Lilka. „Mama, tańczysz?” i robi to samo co ja obok. Nie mogę ze śmiechu patrzeć na Ewę… Uff poszła, no to znów power. „Dasz radę”- słyszę, ale chyba jednak nie dam.
Endorfinki nie spływają, bo znów podbiega Lilka i przechodzi mi pod nogami, bo przecież robię tunel. Czekam tylko na te 4 ostatnie słowa. Robię tak na pół gwizdka i czekam. Jest!
ja z siebie też.
Postanawiam poszukać czegoś poza domem. Może siłownia lub fitness. Bieganie odpada, bo pogoda nie sprzyja. Znajduję ciekawe miejsce obok nas. Przeglądam ofertę zajęć: ABT, TBC – nic mi to nie mówi. Bliższe mi skróty to: BLW, AZS, WNM, RB. Tamte muszę wyguglować. 'Fat burner”- nazwa mówi sama za siebie. Decyduję się na nie – dawno nie paliłam.
Zbliża się godzina wyjścia i oczywiście mam odwieczny problem każdej kobiety. Ale serio nie mam co na siebie włożyć. Decyduję się na t-shirt czarny h&m mama do karmienia piersią – z daleka wygląda trochę fitnessowo i spodnie dresowe, w których chodziłam na ćwiczenia w ciąży.
Wyciągam z czeluści szafki stare adidasy. AAA – najgorzej, nie mam się w co spakować.
a)plecak męża, z którym chodził kiedyś grać w piłkę
b) torebka foliowa – totalna wtopa
c) torby wózkowe.
Wyciągam torbę Beaba i pakuje moje rzeczy. W międzyczasie jeszcze wyciągam z bocznej kieszonki – pampersa w rozmiarze 3 i żel na ząbkowanie.
Idę! A właściwie lecę. Czuję wolność. Słucham muzy na full i przechodzę na czerwonym świetle (z dzieckiem zawsze czekam na zielone, ekhm). Wbiegam lekko spóźniona na siłownię i doznaję szoku. Ja w dresie, adidasy okazały się za małe po 2 latach (ah ta ciąża), a wszystkie laski wyglądają jak Ewa Ch. Piękne leginsy (obcisłe, kolorowe i dobrane kolorystycznie do karnacji) staniki sportowe we fluorescencyjnych kolorach, a na to luźny tiszert oczywiście znanych firm na A., N, R. A ja jak sierota w tych dresach.
Do tego większość ćwiczy z rozpuszczonymi włosami (?). No cóż, jak się ostatni raz było na siłowni 10 lat temu to i moda się lekko zmieniła. Wycisk był niezły – 3 dni miałam zakwasy.
Ja jem sałatkę z łososia lekko skropioną oliwą, a dziecko moje pyszny świeżutki chlebek z masłem i żółtym serem. Siedzę naprzeciwko jej i patrzę z zazdrością. A właściwie to pożeram wzrokiem jej kanapkę, a w ustach czuję smak wędzonego łososia.
To nie fair. Ale nic straconego, może zostawi kawałek na 2 gryzki. Nagle, odchodzi od stołu. Ja już sięgam ręką po kanapkę, ona się odwraca i mówi: „Mama, ale nie zjesz mi kanapki?”. Czar prysł.
Przedwczoraj patrzę na grafik i myślę, które zajęcia wybrać. Zumba nie dla mnie, Body pump – co to jest? Ok, idę. Ale najpierw jemy obiad. Mówię do męża: „Ale mi się nie chce…” „A na co idziesz?”- pyta „Sztangi”- odpowiadam „To nie idź”, „Ok, przekonałeś mnie”- odpowiadam z uśmiechem.
*zbieżność postaci jest nieprzypadkowa, to ja Matka Polka Fitnesowa
Jak już pewnie wiecie jesteśmy w trakcie urządzania pokoiku naszej 2-latki. Staram się, aby był ciekawy pod względem estetycznym jak i rozwojowym. Zależy mi na tym, aby był przede wszystkim dla niej. A nie stworzony wg zdjęcia na Pintereście.
Obserwuję ją codziennie i wymyślam ciekawe, ergonomiczne rozwiązania tak aby pokój był dostosowany do jej potrzeb.
Jednym z ważnych miejsc jest niewątpliwe strefa do czytania i wyciszania się. Początkowo myślałam o foteliku, jednak po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw wybrałam dużą, miękką poduchę.
Można na niej odpocząć, poczytać, poprzytulać się. Mieścimy się tam we dwoje i jest nam bardzo wygodnie. Na foteliku zmieściła by się tylko Lilka, a tak korzyść jest obopólna.
W gabinetach SI, przedszkolach można często trafić na worki sako. Taka poducha je może godnie zastąpić, a dodatkowo stymulować zmysł dotyku.
Poducha na specjalnie zamówienie Maylily
A tu w temacie wnętrzarskie z nowego domu Inspiracje, tu post na temat Wykończenie domu a tu Kolory ścian
Poznałyśmy się na studiach. Każda z nas chciała się kształcić w tym samym kierunku. Mimo, że po roku miałyśmy wybór specjalizacji to i tak trafiłyśmy do tej samej grupy. Co nami kierowało?
Pewnie brak zdolności matematycznych. Typowe humanistki. Oraz miłość do języka polskiego i w pewnym stopniu do zagadnień medycznych. Tak dokładnie było ze mną. Podczas oglądania z wypiekami na twarzy „Ostrego dyżuru” zamykałam oczy kiedy pojawiała się krew lub zwykła strzykawka.
Jednak miłość do ludzi i chęć pomagania innym zwyciężyła. Rozpatrywanie przypadków, stawianie diagnozy, często trudna terapia, małe sukcesy- to mnie motywowało. Dlatego zostałam logopedą. Pewnie z podobnych przyczyn i ONE znalazły się na tych studiach! Dzięki Bogu!
Bo bez nich to byłyby najnudniejsze 5 lat w moim życiu. Wspólne wypady po zajęciach lub podczas 😉 Pierwsza praca. Problemy. Szczęścia. Rozterki. Bez rodziny w Warszawie było mi naprawdę ciężko. Dzięki nim wracałam po weekendzie w domu z uśmiechem na twarzy.
„Anka, w domu byłaś?”
„Tak, a co?”
„A, bo zaciągasz po białostocku…”
Kochane.
Po studiach jeszcze bardziej się zżyłyśmy. Spotykałyśmy się praktycznie co weekend. Z facetami lub bez. Co ciekawe, byłyśmy na różnych etapach życia już wtedy, a i tak znajdywałyśmy wspólny język.
Telefony o 22 „Zaręczyłam się”, „Rzucił mnie”, „Jestem w ciąży”- tylko nas do siebie zbliżały.
Wiele osób mi mówiło, że jak urodzę dziecko to wszystko się zmieni. Nie będę miała czasu na nic. Na spotkania m.in. z przyjaciółmi. Zwłaszcza z tymi, którzy nie mają dzieci. Wiele przyjaźni rzeczywiście przepadło.
Zostały najbardziej trwałe. Dlaczego?
Bo tego bardzo chciałam. Zależało mi tak mocno, że byłam gotowa do poświęceń. Mimo tego, że tylko ja miałam (w tamtym czasie) dziecko to rozumiałyśmy się i tak. Przyjaźń również wymaga poświęceń i starań.
Pamiętam, jak Lilka miała 2 miesiące i chciałyśmy się spotkać (same) to dziewczyny umówiły się ze mną w kafejce po drugiej stronie ulicy żebym nie traciła czasu w korkach pomiędzy karmieniami. Same również były zajęte, ale potrafiły w tak empatyczny sposób pójść mi na rękę. Zapytacie pewnie, dlaczego nie zaprosiłam ich do domu. BO TO NIE JEST TO SAMO.
Do tej pory bardzo to pielęgnuje. Owszem spotykamy się teraz z dziećmi, ale to nie jest to samo. Ja wiem, że wiele rzeczy się w życiu zmienia. Przewartościowujemy pewne sprawy. Ale trzeba mieć taki wentyl. Kiedy idę z nimi, nikt mnie nie szarpie za nogę, nie oblewa sokiem. Spuszczam całe powietrze i później wracam naładowana pozytywną energią jak nigdy.
Gdybym nie miała przyjaciółek to pewnie chodziłabym do psychoterapeuty.
Owszem lubię poznawać nowych ludzi, jestem bardzo kontaktowa i towarzyska. Traktuję je jednak jak znajomości. Wydaje mi się, że potwornie trudno w dzisiejszych czasach o prawdziwą przyjaźń. Nikt nie ma czasu, ciężko się zgrać, często poświęcamy więcej wolnego czasu na czyjeś prywatne życie niż na swoje. Instaprzyjaźnie, przyjaźnie blogerów- podchodzę do nich z rezerwą.
Nie znasz mnie, prawdopodobnie nigdy mnie nie poznasz, a jednak tu jesteś, poświęcasz swój wolny czas.
A teraz zamknij klapę od laptopa lub wyjdź z przeglądarki w Twoim smartfonie i zadzwoń do swojego przyjaciela/ przyjaciółki, z którym masz wiele wspomnień.
www.pinterest.com
Ale jeżeli miałabym magiczną różdżkę lub lampę Alladyna wyczarowałabym dziadkom takie prezenty:
1. Zdrowie – jego nigdy za wiele. Do tego kartę „Bez kolejki” do przychodni.
2. Czas na odpoczynek i pasję. Tak, ten czas, który zawsze odkładacie na później.
3. Uścisk ich mamy
4. Możliwość spotkania się ze starymi znajomymi sprzed wielu lat
5. Dużo wcześniejszą emeryturę
6. Teleportację – ot, w 2 sekundy z południa i wschodu Polski na kawkę do wnuczki i drewniane ciastka
7. Przetwory na zimę, które robią się same. Wciskamy przycisk plus owoce/warzywa i gotowe. Same też się zanoszą do piwnicy.
8. Nie musieć – wydaje mi się, że starsi ludzie są o wiele bardziej obowiązkowi i dużo rzeczy robią, bo tak trzeba
9. Cofnięcie czasu – do dowolnego momentu
10. Spełnienie marzeń – bo jak nie teraz to kiedy?
A Wy co byście dodali od siebie?
zobaczcie też wpis Prezenty dla babci i dziadka
Dzień świstaka. Wstajemy, piję kawę, robię śniadanie, wyjmuję naczynia za zmywarki, zmywam, nastawiam pralkę, zbieram pranie i je segreguję, ścielę łóżka, doprowadzam mieszkanie do ogólnego ładu, w międzyczasie puszczam wpis z wczoraj, zaglądam na Instagram, rozwieszam pranie, wstawiam następne itp itd.
Niektórzy tylko o innych godzinach, po pracy +/- inne obowiązki.
Co w tym czasie robi Lilka?
Asystuje mi! Wyciąga naczynia ze zmywarki, przy każdej podanej rzeczy mówi „prrrose”. Z ogromnym zaciekawieniem obserwuje mój każdy ruch dlatego muszę być bardzo ostrożna (z detergentami, ostrymi narzędziami, włączaniem pralki). Czasami na chwilkę odchodzi żeby zająć się sobą i znów wraca i kropka w kropkę mnie kopiuje.
Później nadchodzi czas kiedy pokazuję jej pomoce i z prędkością światła znów się ulatniam. Towarzyszę jej mentalnie, rzadko kiedy fizycznie. Jeżeli nie jest sama w stanie czegoś zrobić to delikatnie jej podpowiadam, jeżeli nadal nie jest rozwiązać tego problemu- odkładamy pomoc na półkę.
Skończył się czas kiedy 12 h na dobę leżałam z nią na dywanie z przerwami na wizytę w toalecie i jej drzemkę.
Rzadko kiedy tak najnormalniej w świecie się z nią bawię. Kiedy jestem zajęta, krzątam się po domu, mam zajęte ręce i stoję (!) Lilka zajmuje się sama sobą. Albo prosi mnie o jakieś zadanie lub robi coś w swoim pokoju. Kiedy tylko na chwilę usiądę i nie daj Boże wezmę telefon do ręki moje dziecko na mnie wisi. Wchodzi na głowę, dosłownie. Ciągnie mnie za szyję i szarpie za włosy. Pewnie tego też w jakimś stopniu potrzebuje. Czegoś w rodzaju siłowanek. Ale często mówię głośne i wyraźne: „Nie!” jeżeli nie mam na to ochoty.
Na Konferencji Bliskości podczas panelu dyskusyjnego poruszyłam właśnie ten temat. Czy będąc rodzicem bliskościowym jest „zdrowo” cały czas skupiać się na dziecku? Gdzie jestem ja i moje potrzeby? Która z nas na prośbę dziecka nie leci na łeb na szyję, przeskakuje górę prania żeby podnieść dziecku nożyczki, bo spadły?
Przytoczyłam ten artykuł jednej z prekursorek rodzicielstwa bliskości. Doszłyśmy do takich wniosków, że to każdy rodzic powinen nałożyć granice dla siebie, a nie dla swojego dziecka i je szanować.
Coraz częściej za Montessori próbuję odróżnić potrzeby od zachcianki i to ułatwia mi reakcję.
Kiedyś ludzie mieli o wiele mniej czasu wolnego. Właściwie od rana do nocy czymś byli zajęci. Teraz żyjemy w takich czasach, że uważamy, że i tak mamy go mniej, a tak chyba nie jest. Pamiętam jak dziś, że mój dziadek pracował od rana do nocy. My za nim biegaliśmy i wybieraliśmy mu pszenicę z wiadra.
Nikt się z nami nie bawił tak jak w dzisiejszych czasach. Myślę, że to wychodzi na dobre, bo uczy wielu przydatnych w dorosłym życiu umiejętności, a jednocześnie wzmacnia poczucie własnej wartości. Mimo tego, że jestem jedynaczką to „daję radę” i wiele razy słyszałam, że nie zachowuję się tak jakbym nie miała rodzeństwa.
Na placu zabaw spokojnie patrzę jak ktoś jej wyrywa zabawkę. Nie nazywam każdego grymasu twarzy uczuciem. Przytulam kiedy potrzebuje i kocham.
Niektórzy mówią, że jestem pod tym względem wyluzowana, a mi się wydaje, że normalna. To inni przesadzają…
*na zdjęciu dziecko moje zastane w piżamie, tutu i skrzydłach czyta sobie atlas i nazywa budowle świata
Jak już pewnie wiecie od grudnia Lilka ma swój pokój. My eksmitowaliśmy się do salonu. Powoli myślimy nad zaaranżowaniem jej przestrzeni.
Od dłuższego czasu szukam w internecie różnych rzeczy do jej pokoiku. Zależy mi żeby koncepcja była spójna i zgodna z zasadami przystosowanego otoczenia wg pedagogiki M.Montessori.
Staram się nie zaglądać na Pinterest, a indywidualnie stworzyć niepowtarzalne wnętrze, które będzie JEJ! Będzie stworzone tak, aby jak najbardziej umilić przebywanie w nim oraz ułatwić samodzielne funkcjonowanie. Przestrzeń nie jest duża, dlatego zadanie jest nieco utrudnione. Pomysłów mam wiele. Kilka projektów jest już w realizacji, ale wciąż szukam ciekawych ergonomicznych rozwiązań.
Mumla zauroczyła mnie totalnie i stwierdziłam, że idealnie wpasuje się w nasze wnętrze. Pościel jest cudowna! Miękka i bardzo przyjemna. Również da oka. Jest dwustronna przez może być świetnym rozwiązaniem dla osób lubiących zmiany.
Kilka słów o samodzielnym spaniu w swoim pokoju… Nie spodziewałam się, że Lilka tak szybko się do tego przyzwyczai. Przesypia całe noce, przychodzi do nas około 7.
Pytałyście mnie czy mamy łóżko czy materac. M. Montessori proponowała sam materac aby dziecku ułatwić wchodzenie, schodzenie i zminimalizować ryzyko upadku.
U nas te rozwiązanie by się nie sprawdziło, bo mamy zimną podłogą. Dodatkowo Lilka uwielbia wędrować po łóżku, więc ciężko by było jej z materaca się nie sturlać.
Nie jestem z niego zadowolona. A wręcz mnie denerwuje. Druty wbijają się w plecy podczas czytania, nie da się założyć na nie blokady… Jeżeli znajdę coś godnego uwagi to rozważę zmianę.
Te zdjęcia to już tylko wspomnienia… Lilka przestaje spać w dzień! Blogu pisz się sam:)
Pościel – Mumla Confetti z prześcieradłem
Krzesełko- Les Gambettes
Lampka Beaba
Książki – Jabłonka Eli, Kwiaty Eli – Zakamarki
Coraz częściej dostaję od Was e-maile z prośbę o radę – kiedy do logopedy? Często Wasze wątpliwości dotyczą rozwoju mowy. Nie jestem w stanie zdiagnozować dziecka przez internet, ale Wam po tej lekturze będzie łatwiej podjąć decyzję, czy to jest już odpowiedni moment.
Każde dziecko rozwija się w indywidualnym tempie. Nie porównujmy dzieci do siebie.
W dzisiejszym poście postaram się jak najbardziej wyczerpująco odpowiedzieć na pytanie „Kiedy warto udać się do logopedy?”
Jeżeli odczytujemy dane dla dziecka 3-letniego, to najpierw przeczytajmy punkty znajdujące się powyżej
Zapraszam po Ksiażki dla najmłodszych wspierające rozwój mowy
Tu znajdziecie więcej informacji na temat Rozwój mowy dziecka do 2 roku życia
Zapraszam też na obszerniejszy wpis Jak wspomagać rozwój mowy
i koniecznie zobaczcie Badania słuchu
Mam nadzieję teraz już trochę rozjaśniłam odpowiedź na pytani kiedy do logopedy!
Dziś pogoda byle jaka. Lekko na plusie, buro i ponuro. Lilka spogląda przez okno i wypatruje dzieci. Na próżno.
Dzieci w taką pogodę nie wychodzą na podwórko, przynajmniej u nas. Siedzą w domu i wchodzą rodzicom na głowy. Dosłownie.
Często ta informacja podawana rodzicom na zebraniu wprawia w ich osłupienie, a nawet wznieca protest. „Jak to? W taki ziąb? Poprzeziębiają się tylko. Po co?” -słychać w tylnych rzędach.
A po to żeby się hartować. Po to żeby doskonalić samoobsługę. Powodów jest wiele. Często samo ubieranie trwa dłużej niż sam pobyt na zewnątrz. Samodzielne smarowanie buzi kremem często dla niektórych jest bardziej przyjemne niż jeżeli robi to Pani.
Moja znajoma ostatnio mi opowiadała, że dzieci jej koleżanki w Skandynawii śpią w wózkach na podwórku do -10. Ten fakt w ogóle mnie nie zdziwił. Ale myślę, że takie praktyki nie przeszłyby w Polsce. Może i by ktoś się odważył, ale byłby bohaterem u Jaworowicz.
W okresie zimowym często wspominam moje ferie u babci na wsi. Nie mieliśmy wiatroodpornych i woodopornych kombinezonów ani kremów do twarzy, a radziliśmy sobie świetnie. 3 pary rajstop plus sztruksy dobrze trzymały ciepło. Kurtki po starszym rodzeństwie sięgały do kolan i lepiej chroniły przed zimnem. Na podwórku potrafiliśmy być aż do zmroku. Po kilka godzin tarzać się w śniegu. Jeździliśmy w za dużych łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Graliśmy w hokeja zwykłymi patykami. Za krążek służył nam zaschnięty krowi placek. Mieliśmy tylko jedne sanki, dlatego dziadek wypychał nam nylonowe worki po nawozach sianem, związywał i tak ślizgaliśmy się jak na bobslejach (prędkość podobna). Wracaliśmy przed zmrokiem z bordowymi policzkami do domu. Przed wejściem miotłą każdy zgarniał z siebie grudy śniegu przymarznięte do ubrań. Wtedy szybko wskakiwaliśmy na ścianówkę i grzaliśmy ręce ciepłą herbatą. Na podwórko chodziliśmy codziennie!
I trochę mnie dziwi to niewychodzenie na podwórko jeżeli termometr wskazuje temperaturę niższą niż 10 st na plusie. Nie będę rozpisywać się o przegrzewaniu, bo to już było.
Z roku na rok, ubieram Lilkę coraz lżej, bo coraz więcej się rusza.
A sama sobie kupuję coraz cieplejsze ubrania, bo jestem zmarźluchem. Elegancki płaszczyk i pantofelki zamieniłam na pikowany „śpiwór” z futrem i Emu.
Aż zasnęła:)
Moje Podlasie:
Tej zimy w końcu zdecydowałam się na porządny śpiwór do wózka. Bardzo żałuję, że dopiero teraz, bo jest od urodzenia, a nam wystarczy jeszcze na następną zimę. Ekstremalnie ciepły Lodger
Buty Mrugała – tu
Sanki baranie rogi – Allegro
Panterowa czapa – sale H&M
*na zdjęciach moje siostry cioteczne i jeden brat 🙂
Dzisiejszy post kiełkował w mojej głowie od kilku miesięcy. Postanowiłam wszystko spisać i podzielić się moimi spostrzeżeniami.
Kiedy dzieci po raz pierwszy mają do czynienia z zaawansowaną technologią? Zazwyczaj już kilka miesięcy po przyjściu na świat. Pierwsze kontakty Lilki z tego typu sprzętami odbyły się około 6-7 miesiąca życia. Tak, tak dobrze czytacie, nie pomyliłam się.
Na rozdrażnienie – Elmo’s song
Na znudzenie – Mahna mahna
Dla rozrywki – Kaczuszki
Iphone nie krzywi zębów, nie rozleniwia języka i nie jest tak uzależniający jak smoczek.
Potem przyszedł czas na TV-pudło. Kto by chciał oglądać bajki kiedy lecą reklamy… Na niektórych kanałach pasmo reklamowe dłuższe niż niejedna bajka. Oh, jaka była radocha! Dziecko moje z rozdziawioną buzią oglądało reklamę kociego żarcia i przebojowych warzyw Bunduelle.
Około 12 miesiąca stwierdziliśmy, że to idealny czas na bajeczkę. Lilka pokochała miłością wielką Świnkę na literę P. oraz rosyjską Maszę. Jako ambitni rodzice puszczaliśmy tylko oryginalne wersje językowe. Dalsze części przygód tych dwóch postaci zgraliśmy na tablet.
Zgodnie twierdziliśmy, że bajka dobrana do wieku i oglądana przez odpowiedni czas nie zrobi jej krzywdy. Tak też było! Ba, Lilka nawet uczyła się języków. „Krasota” z ust 1,5 roczniaka to nie lada wyczyn. Z biegiem czasu na bajkach zbudowaliśmy też wieczorny rytuał. Bajka- analogiczne do dawnej dobranocki, kolacja, kąpiel i spać. Nam to pasowało, a i dziecko było zadowolone.
Lilka zmieniła się nie do poznania. Z wesołej i rezolutnej dziewczynki stała się rozdrażnioną i płaczliwą przylepą. Pobudki w nocy z ogromnym płaczem i niemożność uspokojenia jej przez godzinę dała nam do myślenia. Zaczęliśmy szukać przyczyn tej zmiany w zachowaniu.
Dodatkowo w ciągu dnia nie mogła sobie znaleźć miejsca. Ewidentnie byłą przebodźcowana przez bajki. A wydawać by się mogło, że 20 min oglądania nie może tak zmienić dziecka. Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy jej puszczać bajek oraz ograniczyć oglądanie telewizji do minimum. Problem zniknął.
Wiem, uznacie mnie za kosmitkę. Zdaję sobie z tego sprawę, że w dobie komputeryzacji dziecko bez dostępu do tableta, smartfonu i telewizji może wydawać się dziwne. Argumenty, że trzeba od małego uczyć obsługi urządzeń elektronicznych do mnie nie przemawiają.
W swoim czasie nauczy się obsługiwać odpowiednio dany sprzęt. Nie tylko moje spostrzeżenia są w tej sytuacji adekwatne. Dr Dimitri Christakis z Uniwersytetu w Waszyngtonie zwraca uwagę na zwiększone problemy z koncentracją w wieku 7 lat, jeśli dziecko przed 3 r.ż. oglądało telewizję (źródło – świetny tekst).
Czy takie zabawy edukują? Moim zdaniem nie. Wolę żeby Lilka kolorowała kredką niż mazała placem na tablecie. Zdaję sobie sprawę jak taka zabawa jest uzależniająca. Mam takie samo podejście jak Steve Jobbs, który nie dawał swoim dzieciom Ipadów i Iphonów do zabawy.
Myślę, że gdybym teraz pokazała córce grę na tablecie to wiem, że mówiłaby niej całymi dniami i błagałaby mnie o dostęp. Chcę się tego ustrzec przez jak najdłuższy czas.
Tak sobie jeszcze o tym myślę, na ile niektóre z bardzo popularnych zaburzeń mamy na własne życzenie. W książce „Bojowa pieśń tygrysicy” autorka pisze, że chińskie dzieci nie mają ADHD, dysleksji czy dysgrafii…
…wesołych Świąt- BANAŁ!
Nadchodzą wyjątkowe chwile. W rodzinnym gronie usiądziecie razem przy wigilijnym stole. Będzie wzruszająco i ciepło, czasem nerwowo. Dzieci biegające po domu, przyjemna woń czerwonego barszczu i kutii to moje zapachy z pierwszych lat życia. Na prawdziwej choince ozdoby naznaczone znakiem czasu… Mikołaj ze zbitą ręką i szyszki, z których brokatowy śnieg już dawno się osypał. Dla mnie najpiękniejsze!
Obowiązkowo na gałązkach wisiały cukierki czekoladopodobne z galaretką albo już same papierki po cukierkach…
Życzę Wam abyście spędzili te najbliższe dni z ukochanymi osobami i spędzili je spokojnie. Żeby nie zabrakło Wam czasu na przypomnienie swoich Świąt z dzieciństwa.
Tak jak Lila spogląda w lustrzaną bombkę tak i ja będę patrzeć w przeszłość. W te cudowne lata, które sprawiły, że tak lubię ten czas.
Wczoraj rozmawialiśmy z tatą męża ( rocznik 39′) o tym jak kiedyś wyglądały Święta. Nie było choinki, nie było prezentów. Czasami dzieci dostawały cukierka.
Z ciekawości zapytałam Lilę co wolałaby otrzymać: Lego czy cukierki?Bez chwili zastanowienia wykrzyknęła : ” cukierrrrki!!!”
Dało mi do myślenia…tak niewiele trzeba do szczęścia. Dzieci nie potrzebują sterty prezentów, a uwagi i czasu.
A jak ktoś wyciągnie małego cukierka to uwierzcie mi będą właśnie za 30 lat pamiętać ten jeden cukierek…
Z wypiekami jest u mnie różnie. Zazwyczaj robię coś na specjalne okazje. Nie ma u nas ciasta w niedzielę po obiedzie (nad czym trochę ubolewam) i postanowię się poprawić.
Natomiast jak są święta, urodziny, imieniny wtedy wyciągam moje książki kucharskie lub odpalam niezawodną kwestięsmaku.com i szukam inspiracji.
Od niedawna mam nową książkę i trochę częściej do niej zaglądam. Jest to zbiór przepisów na różne okazje oraz bez okazji. Świetne pomysły na szybkie śniadania oraz małe przekąski do kawy. W ubiegłym roku kupiłam mamie i teściowej poprzednią książkę tej autorki i były bardzo zadowolone. Ja również:)
1/2 szklanki razowej mąki orkiszowej
1 szklanka maślanki
1 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
2 duże jaja
2 1/2 cukru trzcinowego lub syropu z agawy
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 gruszki, obrane, starte na tarce o dużych oczkach
Wszystkie składniki mieszamy widelcem. Na koniec dodajemy gruszki. Smażyć na patelni zwilżonej olejem na złoty kolor.
Przepis pochodzi z książki Doroty Świątkowskiej ( znanej blogerki ) „Moje wypieki i desery na każdą okazję” wyd. Egmont
Te bałwanki będziemy w tym roku robić zamiast pierniczków;)
Stalowe sztućce Beaba
Kubek i miseczka Beaba
Przygotowałam Wam moje typy prezentów świątecznych. My mamy utrudnione zadanie, bo Święta Bożego Narodzenia obchodzimy 2 razy. Co również oznacza, że dostajemy podwójną ilość prezentów. Inspiracje zbierałam już od dawna w tajnym katalogu Ś.M.
Podzieliłam je na dwie kategorie:
Zabawki
1. Przepiękne puzzle w kształcie domu Muminków Barbo toys
2. Zestaw narzędzi jak żywy Moulin Roty – tu
3. Mikrofon z opcją nagrywania B.toys
4. Tyle już o nim czytałam i słyszałam, że musimy go mieć – Piasek kinetyczny
5. Mistrzowski akordeon Vilac
6. Gitara w najpiękniejszy wzór na świecie Vilac
7. Domek z zamkami
A teraz inspiracje dla rodziców, którzy lubią praktyczne prezenty (np. ja) lub uważają, że dzieci mają za dużo zabawek (też ja):
1. Zegar Gro – tu
2. Kultowa już spódniczka Kids on the moon
3. Rewelacyjne kapcie Collegien, które piorę w pralce i suszę na kaloryferze – tu
4. Lampka Pixie Pastel Blue Beaba – tu
5. Elegancka zastawa Rock n Love Beaba
6. Świecąca w ciemności mapa nieba Crumpled Sky, z którą można robić wszystko. Ja widzę ją na suficie.
7. Walizka Trunki dla małych podróżników – tu
8. Genialna tablica Quax
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021