kontakt i współpraca
Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Niestety, zaczął się też sezon na choroby, które unieruchomiły nas w domu na trzy tygodnie. Powróciły również dolegliwości skórne, z którymi od dawna się zmagamy. Jednak dzięki prawidłowej pielęgnacji, jest o wiele lepiej niż rok temu w tym okresie.
W dzisiejszym poście napiszę o tym, dlaczego właśnie teraz dzieci części cierpią z powodu dolegliwości skórnych oraz jak sobie z nimi radzić. Znajdziecie tu również nasze sposoby na pielęgnację suchej skóry
Wielokrotnie Wam wspominałam, że moje starsze dziecko ma ekstremlanie suchą skórę ze tendencją do zmian atopowych. Szukaliśmy przyczyn, bo wielu specjalistów uważało, że ma alergię. Jednak testy nie wykazały nic istotnego i pewnie za kilka lat znów je powtórzymy, bo w tym wieku wyniki wciąż mogą być niemiarodajne.
A tymczasem nadal musimy się zmagać ze stanami zapalnymi oraz ekstrmalnie suchą skórą. Jedyne co nam pozostaje to specjalna pielęgnacja i łagodzenie przykrych objawów.
Przede wszystkim trzeba unikać przegrzewania. Skóra zdecydowanie sobie lepiej radzi z chłodem niż z gorącem. Dodatkowo wydziela się pot, który potęguje uczucie swędzenia i dyskomfortu.
Najlepiej ubierać dzieci na cebulkę i w razie czego zdjąć dodatkową warstwę. Lubiłam moje dzieci przegrzewać – wiem to, ale dzięki świadomości 2 razy się zastanawiam, czy ten sweterek jest potrzebny.
Temperatura, w którym śpi dziecko nie powinna być wysoka (poniżej 20 stopni). Codziennie o tym dyskutuję z moim mężem, który jest ciepłolubny.
Warto zwrócić uwagę również na temperaturę wody, w której kąpiemy dziecko – nie może być za gorąca, bo wpływa niekorzystnie na stan skóry (najlepiej żeby to było między 20, a 30 stopni) – zmywa płaszcz lipidowy.
Widzę ogromną poprawę stanu skóry odkąd zaczęliśmy kąpać Lilkę co drugi dzień. Wcześniej wieczorna kąpiel była częścią rytuału i nie chcieliśmy z niej rezygnować. Teraz kiedy już doskonale odnajduje się w czynnościach poprzedzających sen co drugi wieczór ma „Dzień Dziecka”. Dodatkowo skróciliśmy kąpiel do 20 minut.
Używamy preparatów przeznaczonych do pielęgnacji skóry atopowej, a nie normalnej. Po kąpieli osuszamy skórę przez odsączanie, a nie wycieranie. Na koniec kąpieli (ostatnie 2 minuty dodaję do wody olejek natłuszczający). W ciągu 3 minut po kąpieli stosujemy balsamy i kremy pielęgnacyjne. Nie pozwalam na to, aby skóra wyschła.
I to właściwie wystarcza przez ostatni czas. Lilka się nie drapie, nie ma w zgięciach żadnych zmian. Widzę ogromną poprawę jej stanu skóry. Na początku wiosny zaczęliśmy używać kosmetyków do pielęgnacji skóry atopowej i z tendencją do atopii. Specjalnie stosowaliśmy je przez tak długi okres żeby móc napisać więcej o ich działaniu. Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo już jest listopad – okres grzewczy już dawno się zaczął, a na skórze nie ma żadnych zmian i ogólny stan uległ poprawie.
Do mycia używamy Kremu myjącego STELATOPIA. Bardzo dobrze myje i nie wysusza skóry. Mało tego, samo używanie tego preparatu poprawia stan skóry i ją nawilża. Po kąpieli skóra jest gładka, nie jest ściągnięta. Muszę przyznać, że sama podkradam ten krem myjący Lilce.
Jednej butelki używamy od marca, bo wystarczy niewiele płynu żeby umyć całe dziecko – jest bardzo wydajny. Nie pieni się, a w kontakcie z wodą zamienia się w delikatną piankę. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, bo ma blokadę wypływu i bez problemu można go włożyć do kosmetyczki i zabrać w podróż.
Na koniec każdej kąpieli wlewałam do wanny 2 nakrętki Olejku mlecznego STELATOPIA. Dobroczynne oleje: destylat oleju ze słonecznika, olejek ze słodkich migdałów i olejek rumiankowy działają kojąco na skórę i uzupełniają poziom lipidów w skórze.
Po wyjściu z wanny lekko osuszamy skórę przez odsączanie (a nie pocieranie) i szybko zabieramy się za natłuszczanie.
Jak już udaje mi się ją złapać to smarujemy miejsca wrażliwe (na zgięciach, pod kolanami) Balsamem intensywnie natłuszczającym STELATOPIA, który przede wszystkim łagodzi podrażnienie i łagodzi świąd (dzięki zawartości destylatu oleju słonecznikowego), a całe ciało Kremem natłuszczająco- nawilżającym STELATOPIA. Latem, kiedy skóra była w świetnym stanie używałam tylko tego drugiego, bo nic takiego się nie działo.
Chociaż ten wpis powstał we współpracy z marką Mustela to nie zmienia to mojej opinii o tej linii. Będę ich używać również później. Naprawdę, na blogu możecie znaleźć post o tym, że używaliśmy wielu kosmetyków i nie byłam w 100% zadowolona z żadnego. Dopiero teraz widzę poprawę. Jeżeli Wasze dzieci mają ekstremalnie suchą skórę z tendencją do atopii – spróbujcie linii Stelatopia Mustela. A jeżeli interesuje Was temat AZS to kliknijcie TUTAJ
P.s. Piszecie do mnie w prywatnych wiadomościach czego używamy na zimę, na podwórko. Niezmiennie są to preparaty z Cold Cream Mustela (Sztyft ochronny z Cold Cream i krem odżywczy z Cold Cream, o których pisałam rok temu – My się zimy nie boimy (sztyft mam jeszcze z ubiegłego roku i używam ich również na skórę Julka) – sprawdzają się idealnie.
Coraz mniej czasu spędzamy na zewnątrz i szukamy miejsc w środku, w których można spędzić popołudnie lub weekend z rodziną.
Dziś przedstawiam Wam kilka miejsc, które idealnie się do tego nadają.
To strefa do zabawy dla dzieci w Muzeum Polin. Jest to idealne miejsce dla dzieci. Można tam spędzić naprawdę ciekawy czas. Organizują również ciekawe warsztaty dla rodziców. Przy sali znajduje się przystosowana do potrzeb dzieci łazienka.
Na temat tego miejsca pisała a nim tu: Polin, a w tym miejscu możecie znaleźć więcej informacji o wydarzeniach. Po udanej zabawie koniecznie wybierzcie się do żydowskiej restauracji, która znajduje się w tym samym budynku.
Muzeum jest położone na warszawskim Mokotowie. Pamiętam, że spędziliśmy tam naprawdę ciekawy czas. Jest kilka okazów do obejrzenia i świetna makieta wulkanu. Na pewno w tym roku również się tam wybierzemy. Pisałam o nim tutaj: Muzeum Geologiczne
Lubimy weekendowe wypady na Pragę, bo w tygodniu ciężko tam dojechać. Seanse filmowe, a później atrakcje dla dzieci Lilka wspomina do dziś. Musimy znów coś ciekawego wybrać i się udać. Po bajce polecam na obiad świetne miejsce: Stalowa 52 Art Bistro, o którym pisałam tutaj Kino Praha
Niech tylko Jul zacznie siedzieć, to znów zaczniemy chodzić na Smykofonię. Jeżeli Wasze dzieci lubią muzykę, to koniecznie sprawdźcie repertuar tutaj. Świetnie przygotowane koncerty dla dzieci. Pisałam o nich tutaj: Smykofnia
Jeżeli zdrowie Wam dopisuje to dobrym pomysłem jest basen z dzieckiem. Fajny pomysł zarówno dla maluchów, jak i starszych. Poszukajcie w Waszej okolicy pływalni z niechlorowaną wodą. Na basenach często odbywają się zorganizowane zajęcia dla dzieci- warto sprawdzić czy są i u Was.
Ciekawym miejscem na wycieczkę jest Stadion Narodowy. Można go zwiedzić z przewodnikiem i spędzić ciekawe popołudnie. Godziny zwiedzania i cennik znajdziecie tutaj
O tym miejscu planuję napisać osobny wpis. Jednak dziś też zamieszczam CNK tutaj. W sezonie jesienno-zimowym jest zdecydowanie mniej wycieczek i można lepiej skorzystać z atrakcji. Pytaliście mnie wiele razy od jakiego wieku można zabrać tam dziecko. Oczywiście, to zależy od dziecka, ale myślę, że 18m + dziecko spędzi naprawdę ciekawy czas w wydzielonej strefie Bzzz (pamiętajcie, żeby wziąć ubrania na zmianę). Więcej informacji znajdziecie tutaj .
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” lub udostępnij go swoim znajomym
Przyszedł czas na wietrzenie naszych szaf, bo nasze mieszkanie nie jest z gumy. Sprzedaję rzeczy po dzieciach, z których wyrosły oraz po mnie. Możliwe, że będą dodawane później jeszcze książki i zabawki. Link do aukcji daję tutaj, bo wiem, że niektórzy nie mają FB.
Poza tym posty na FB szybko giną, a tu będziecie mieli zawsze link do mnie. Zaglądajcie, bo sporo rzeczy będzie się jeszcze pojawiać. Wystarczy, że w wyszukiwarce wpiszecie „wyprzedaż” i wyskoczy Wam ten wpis z linkiem do mojego konta.
Zapraszam:)
KLIK DO AUKCJI
Picie przez słomkę jest jedną z czynności, którą dzieci lubią, a jednocześnie ćwiczą wiele ważnych funkcji. W dzisiejszym wpisie dowiecie się dlaczego warto dać dzieciom słomki i jak robić to dobrze.
Dlaczego warto wprowadzić dzieciom słomki, a wyrzucić niekapki z twardym ustnikiem (o nich pisałam tu Niekapek):
Okres między 8-10 miesiącem życia dziecka jest doskonałym czasem na wprowadzenie słomki. Początki mogą być trudne, dlatego najpierw warto zaproponować dziecku bidon z szerszą rurką. Dlaczego bidon? Dziecku łatwiej jest chwycić szerszą słomkę wargami. Zabudowanie utrudnia rozlewanie wody. Im dziecko starsze lepiej jest wybierać węższą słomkę. Oczywiście najlepiej jest pić wodę.
Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Dziecko musi zassać słomkę żeby płyn pojawił się na górze. Można lekko przechylić bidon tak żeby chociaż kropelka z niego wypłynęła. Można również zamoczyć słomkę w płynie i dać dziecku. Można również kupić owocowy mus w saszetce i poprosić dziecko o wyssanie. Łatwiej będzie mu zrozumieć jak to działa. Zazwyczaj po kilku próbach się udaje.
Aby picie przez słomkę miało terapeutyczne zastosowanie słomka ma nie dotykać zębów (same wargi obejmują rurkę) i znajdować się na środku ust. Czyli musimy dziecku powiedzieć, żeby nie wkładało słomki między zęby, a obejmowało rurkę samymi wargami. To właśnie wtedy mięśnie pracują najmocniej.
Kiedy dzieci już opanują picie wody przez słomkę można im zaproponować gęstsze płyny np. koktajle lub jogurty, wtedy mięśnie aparatu artykulacyjnego pracują jeszcze mocniej.
Pamiętajcie również, że najważniejsza jest różnorodność. Jeżeli dziecko już nauczy się pić przez słomkę to niech nie pije z niej ciągle. Najlepiej będzie jeżeli np. w domu będzie piło z zwykłego kubka, a na spacerach z bidonu.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” lub udostępnij go znajomym:
Nie ma co się łudzić, że będzie jeszcze cieplej. Zaraz listopad, a wtedy to już tylko trzeba wyciągać z szafy kurtki zimowe i ciepłe buty. W tym roku musiałam uzupełnić garderobę o jedno i drugie, bo w ubiegłym roku zimą byłam w zaawansowanej ciąży i już na mnie nie pasują.
Przy wpisie jesiennym prosiliście mnie o rabaty do sklepów. W takim razie mam dla Was: zniżkę 20% do sklepu Mivo.pl Możecie z niej skorzystać przez 2 tygodnie na dowolne buty (dla dorosłych, dla dzieci). Ważne żeby buty nie były objęte promocją i ich koszt był wyższy niż 50 zł.
Poprzednie trzy sezony przechodziłam w Emu. Ich wygląd wywołuje wiele kontrowersji, ale wg mnie ktoś kto ich nigdy nie miał nie może się wypowiadać. To są wg mnie najlepsze buty na zimę.
Tym razem zdecydowałam się na mniej klasyczny model Emu (Oxley). Są idealne, ciepłe, lekkie i szybko się wkładają, co jest dla mnie ważne.
A dzieciakom również wybrałam Emu.
Przyszła szara i ponura. Rozgościła się już na dobre i nie planuje odwrotu. Jesień w tym roku nie jest do końca taka jaką lubię. Nie było nawet okazji żeby porządnie w liściach się wytaczać. No nic, trudno. A my sobie i z nią poradzimy. Nie włączamy trybu: „aby do wiosny” i ” wegetacja”. Z dziećmi byłoby to naprawdę trudne. Wciąż na pełnych obrotach – mimo lekkiego kataru – wychodzimy z domu.
Zauważyłam, że dzieci nie rozróżniają pogody, tak jak my – na brzydką i ładną. Nie wstają rano, nie zaglądają przez okno i szurając kapciami suną do łazienki. Tylko wyskakują z łóżek pełne energii nawet jak ciśnienie spada poniżej 1000 hPa, a za oknem o 7.30 jest ciemno.
Nie są uzależnione od promyków słońca. Są naładowane od rana, a my staramy się im dorównać poziomem energetycznym, często nieudolnie.
„Znów pada deszcz…” – patrzę przez okno z kubkiem gorącej herbaty w ręku. A moje dziecko krzyczy: „Super, pójdziemy na kałuże? Weźmy parasol i kalosze” i jak tu odmówić.
Wcale się im nie dziwię – ja też nie lubię jak coś krępuje mi ruchy. Ciepłe – wcale nie oznacza grube. W tym roku odkryłam wełnę merino.
Miałam sporo wątpliwości, bo ja nie lubię jak mnie coś drapie, ale w tamtym roku moja kochana mama zrobiła mi czapkę na drutach właśnie z wełny merino. Byłam zachwycona- przechodziłam w niej całą zimę i chodzę również teraz. Kiedy już chłód zapukał nam do okien stwierdziłam, że i dla dzieci w tym roku znajdę coś lekkiego, ale ciepłego. Lilka do tego ma zmiany atopowe na skórze, więc o nią obawiałam się najbardziej. Jednak nic specjalnego się nie działo i jeszcze bardziej się przekonałam.
Kiedy napisała do nas Julia z Pan Pantaloni z propozycją: „Hej Ania, zaglądam do Was od dawna i widzę, że nie straszna Wam zimna aura. Chcecie ogrzać się lekką wełną merino?”
A, że już wcześniej przeglądałam ich ofertę w poszukiwaniu ocieplanych spodni dla Jula (a to ich flagowy produkt) zgodziłam się od razu. Odwiedziliśmy ich sklep przy pl. Konstytucji w Warszawie i wybraliśmy kilka rzeczy.
Okazja do testowania zdarzyła się w ubiegły weekend. Co roku odwiedzamy farmę dyń w Powsinie i tam się właśnie wybraliśmy. Było dość chłodno, więc musieliśmy się ciepło ubrać. Na miejscu były dzieci nawet w kombinezonach zimowych… A my w ciepłych swetrach i w przejściowych kurtkach. Lilka była w ciągłym ruchu, więc było jej ciepło. Jula zapięłam w śpiworku i smacznie sobie spał.
Nie chcę narzekać, bo pewnie przechodzicie teraz to samo co ja. Jednak chcę Was tknąć odrobinę dobrej energii na nadchodzące miesiące. Przygotowuję mnóstwo inspiracji do zrobienia w domu i ciekawych miejsc na wyjścia. Bądźcie ze mną i dotrwamy do wiosny:)
Ubranka dzieci Pan Pantaloni
Buty Lilki Mrugała
Moja sukienka – Pan Pantaloni
Płaszcz Simple
Kalosze Hunter
Zabawki dla niemowlaka – podobno dzieci do 6 miesiąca nie potrzebują żadnych zabawek, a najlepszą zabawką dla niemowlęcia jest drugi człowiek. To prawda! Jednak są chwile kiedy opiekunowi wyczerpują się baterie albo zwyczajnie nie wie co ma z maluchem robić. Wtedy sięga po jakąś zabawkę. Nie uważam żeby zabawki dla niemowląt były czymś złym, a myślę nawet, że dobrane mądrze mogą wspierać rozwój.
Najważniejszy jest umiar.
To wpis ogólny, inspiracyjny. Dzięki tym informacjom będziecie wiedzieli jakie zabawy i zabawki proponować swoim dzieciom. Nie muszą to być te, konkretne zabawki.
Na początku chcę Wam pokazać pewną zabawkę dla niemowlaka, którą odnalazłam w czeluściach kartonowych z napisem „po Lilce”. Zachowałam ją pewnie dla potomnych. Pamiętam jak 2-miesięczna Lilka przebierała rączkami jak ją widziała.
Machała i cieszyła się, że się rusza, jest kolorowa, grzechocze i szeleści. A później nosiliśmy ją na rękach do pierwszej w nocy. Oczywiście to nie musiała być wina zabawki, natomiast dziś już wiem, że to nie jest dobra zabawka dla dzieci.
Kiedy na naszym koncie na Instagramie pokazałam drewniane zabawki dla niemowląt – wiele czytelniczek zapytało: czy to jest zabawka dla dziecka, czy dla dorosłych?
Chodziło głównie o to, że dzieci wolą bardzo kolorowe zabawki, grające i świecące, a nie drewniane i w nijakim kolorze. Te zarzuty były napisane wyłącznie z niewiedzy. Dzieci lubią kolorowe, grające i piszczące zabawki, ale w wielu przypadkach jest to dla nich za dużo i są przestymulowane.
Zdecydowanie lepiej jest STYMULOWAĆ JEDEN ZMYSŁ NA RAZ- MAKSYMALNIE 2, a taka kolorowa zabawka pobudza prawie wszystkie wprowadzając dziecko w mocne pobudzenie. Później takie pobudzone niemowlę odreagowuje płaczem i rozdrażnieniem, a my zastanawiamy się co z nim jest nie tak.
(tutaj)
W wieku 0-3 miesiące jedyne co możemy stymulować to wzrok. Niemowlęta w tym wieku jeszcze nie potrafią łapać i się bawić zabawkami. Lepiej ograniczać bodźce słuchowe- niech pobudzają je dźwięki z otoczenia, a jeżeli już coś chcemy kupić to niech to będzie cicha zabawka.
Ostrość wzroku noworodków jest bardzo słaba. Dzieci lubią patrzeć na kontrastowe obrazy. Pamiętam jak Julek wolał wpatrywać się w moją pasiastą bluzkę niż w moją twarz- a to dlatego, że niezbyt ostro mnie widział.
Noworodki wolą wzory niż gładkie powierzchnie. Możemy dzieciom zaproponować właśnie taką zabawkę. Kota dostaliśmy w prezencie i towarzyszył nam do 3 miesiąca. Książeczki kontrastowe, ani karty nie wzbudzały w nim większego entuzjazmu- za to kot był idealny.
Zachęcona pozytywnym odbiorem kupiłam mu jeszcze piłkę z tej samej firmy. Jednak zainteresowanie było już o wiele mniejsze, bo powierzchnia we wzory nie była aż tak duża. Czasem jednak przyczepiałam ją do wózka lub na siedzenie samochodu żeby umilić mu podróż.
Później moja przyjaciółka pożyczyła nam naprawdę świetną zabawkę dla niemowląt. Była to Spirala Mamas&Papas. Można nią się bawić na brzuchu albo zawiesić na stojaku lub budzie wózka. Z punktu widzenia dziecka jest naprawdę interesująca.
Kiedy już zauważyłam (około 3,5 m), że interesują go przedmioty nie tylko w bardzo kontrastowych kolorach zamówiłam kilka innych zabawek. Przede wszystkim zależało mi na małych piłeczkach, to właśnie one pomagają otworzyć dłoń dziecka, które jak wiemy ma zaciśnięte w piąstki.
Chciałam żeby miały również delikatną fakturę i żeby można je było prać. Piłka – to jedna z prostszych zabawek, a tak bardzo potrzebna.
Kiedy w 4 miesięcy dziecko zaczyna chwytać zabawki warto zaproponować mu zabawki, które stymulują zmysł dotyku. Trafiłam na ciekawą markę Les Deglingos, która produkuje zabawki dla dzieci. Ich produkty są kolorowe, ale w stonowanych odcieniach- wystarczająco żeby pobudzić zmysł wzroku, ale nie przestymulować.
Mamy Spiralę Hipopotam, którą Julek uwielbiał się bawić powieszoną na stojaku. Zabawka w delikatny sposób działa na zmysły. Materiał jest miękki w dotyku, a kolory niezbyt rażące.
Kolejna zabawka dla niemowlaka, która świetnie pobudza zmysł dotyku jest szmatka sensoryczna (u nas Kot). Włosy i ręce tej zabawki są u nas najczęściej zjadane. Jak widzicie- niewiele faktur i kolorów- w sam raz dla 3 miesięcznego dziecka.
Do oglądania mamy również książeczki o wyraźnych kolorach i konturach. Najfajniejsze znalazłam w Usborne.
Te dwie „książki” przydają się podczas leżenia na brzuchu. Jedną i druga jest wykonana z materiału, więc bez problemu można je prać.
Pierwsza z nich to rozkładana książka Things that go, która jest idealna pod względem ilości bodźców. Najpierw możemy przeglądać obrazki w kolorystyce czarno białej i pojedynczo. A kiedy dziecko już trochę podrośnie odwracamy i znajdujemy tam bardziej kolorowe obrazki. Książeczkę można postawić też pod ścianą albo przywiązać troczkami do łóżeczka.
Druga, bardziej kolorowa strona
Druga z nich jest już bardziej kolorowa, a jedna ze stron delikatnie szeleszczy. Oglądamy ją najczęściej leżąc na brzuchu. Baby’s very first cloth book
Wiadomo, że czas spędzany na brzuchu jest bardzo cenny dla rozwoju, dlatego warto go wydłużać przez zabawę. Fajnym pomysłem są stojące lusterka- dziecko może oglądać swoje odbicie i interesować się tym, co widzi. Nasze Skip hop można postawić albo przyczepić np. w samochodzie.
Około 4 miesiąca większość dzieci zaczyna wkładać zabawki do buzi (u nas było to ściśle związane z ząbkowaniem), ale większość dzieci w tym okresie ma bardzo duża potrzebę. Tak dzieci poznają faktury i stymulują zmysł dotyku. Warto wtedy dać dzieciom bezpieczne zabawki dla niemowląt odpowiednie do wkładania do buzi.
U nas od 2 miesięcy w ciągłym użyciu są gryzaki. Julek ma trzy ulubione- te akurat od Little Leaf – bardzo fajna jakość za dobrą cenę. Dziecko przekłada sobie w rączkach i jednocześnie może wkładać do buzi. Gryzaki można zwiesić na stojaku lub w wózku. Hitem też jest zawieszka do smoka, pomaga przy noszeniu na rękach lub w chuście żeby smoczek nie upadł na ziemię. Ale same silikonowe koraliki też lubi konsumować leżąc na brzuchu.
Nieśmiertelna żyrafa Sophie po Lilce. Podobno jest przereklamowana- tak mówiłam przy młodszej. A Julek ją uwielbia! Pożera głowę, kopyta i naprawdę widzę, że przynosi ulgę swędzącym dziąsłom.
Drugi gryzak, który też jest w ciągłym użyciu to kaczor Hevea wykonany z bardzo miękkiego kauczuku. Jul dostał go od Wioli:) i jak się zgubił to szukaliśmy go przez kilka godzin. Świetny do małych rączek.
Ok 5 miesiąca przychodzi czas na grzechotki. Warto wybierać takie, które otwierają dłoń dziecka i nie są zbyt głośne.
Zwykła, drewniana grzechotka w czterech kolorach. Obręcze delikatnie stukają o siebie i się ruszają. Nie pamiętam gdzie ją kupiłam, bo ma ponad 4 lata.
Kolejna ciekawa zabawka dla niemowlaka to drewniany walec Kids concept z dzwoneczkiem. Zachwyciła mnie jej prostota! A moje dziecko naprawdę długo się nią bawi. Trzymając w rączkach wkłada ją do buzi i gryzie. Ta zabawka będzie też bardzo interesująca kiedy maluch zacznie raczkować.
Grzechotki Skip hop trio również fajnie stymulują. Dzięki temu, że są małe i okrągłe otwierają dłoń dziecka, a kolory zachęcają do zabawy. Ważne jest też, że nie są głośne. Zawsze jakąś jedną mam w torbie.
Za chwile młody kończy już 6 miesiąc i dopiero teraz jest gotowy na więcej bodźców. Czeka na niego pierwsza książeczka sensoryczna, którą można zakładać na rękę. Skip hop buddies
Nie fundujcie swoim dzieciom dyskoteki dla zmysłów, bo naprawdę nie działa to na ich korzyść. Dzieci nie potrafią nam powiedzieć, że czegoś jest za dużo. Odreagują to po prostu wieczorem albo w nocy.
Tu kolejne zestawienie Zabawki dla dzieci 6-12 miesięcy.
A jeśli się zastanawiacie czy łóżeczko czy Kosz mojżesza – omówienie w linku.
I obowiązkowa lektura każdej mamy malucha – Skoki rozwojowe
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis dajcie mi znać tutaj
Pamiętacie swoje wakacje z przed okresu kiedy zostaliście rodzicami? Ja tak, ale jak przez mgłę. Tak sobie czasami przypominam jak leżałam na hamaku na karaibskiej plaży… Ile ja bym teraz dała za taki relaks. Chociaż jeden dzień żeby móc odpocząć tak w pełni. Poczytać książkę kilka godzin bez przerwy, porozmawiać z mężem przy kolacji, a nawet wziąć długi prysznic… Ale wróć! Jestem mamą i taki odpoczynek muszę na razie zostawić w sferze marzeń.
Pamiętacie mój wpis Wakacje z dzieckiem – nie mylić z odpoczynkiem? I teraz tak sobie myślę, kiedy mam już dwoje dzieci, że się myliłam. Odkąd jest nas czworo o ten zwykły codzienny odpoczynek jest coraz ciężej. W pewnym momencie stwierdziłam, że w ogóle nie odpoczywam. Frustrowało mnie to, że nie mogę usiąść w spokoju i poczytać bo:
Doszło nawet do tego, że naprawdę mnie to denerwowało.
I wtedy coś mnie tknęło. Uświadomiłam sobie, że tak będzie przez kilka następnych lat i postanowiłam, że coś zmienię w tym kierunku. Większość problemów rośnie w naszych głowach i im bardziej zastanawiamy się nad czymś tym jest gorzej.
Przewartościowałam wiele spraw w mojej głowie. W ciągu dnia jest wiele momentów kiedy naprawdę odpoczywam, a to dlatego, że zmieniłam myślenie.
Po pierwsze zamieniłam w głowie „muszę” na „chcę”. Przez to nie mam poczucia, że się z czymś tak bardzo nie wyrabiam, ale też nie czuję presji. Do zmiany myślenia zainspirował mnie genialny artykuł Małgorzaty Musiał- jeżeli nie czytaliście zajrzyjcie tutaj. Zmuszanie się do czegoś naprawdę robi w naszej głowie wiele złego. Czujemy się jak niewolnice własnego życia. To jest niby tak mało, ale jednak dużo. Spróbujcie i Wy! Kiedy nam coś się chce to i entuzjazm mamy większy.
Znany Wałęsizm zamieniłam na:
„Nie muszem, ale chcem.”
Po pierwsze zmieniłam definicję słowa odpoczynek.
Kiedyś to było leżenie brzuchem do góry i największym problemem było wybranie dania na obiad czy koloru drinka, a teraz odpoczynek to dla mnie: brak prac domowych i brak projektów zawodowych (w tej chwili). Specjalnie nie piszę „obowiązków”. Bo ja już nie muszę.
Chcę ugotować dobry obiad albo wyciągam pierogi z zamrażarki od teściowej albo kupuję obiad w barze mlecznym. Tak samo z pracą. Wybieram tylko te projekty, w które wierzę w 100 %. Stwierdziłam, że za szkoda jest mi czasu żeby robić rzeczy „letnie”.
Przestałam też odkładać wszystko na czas kiedy dzieci zasną. Naprawdę jest tak niewiele takich chwil kiedy jestem w wolniejsza. Nie mogę wszystkich rzeczy robić kiedy dzieci zasną- doba by była wtedy za krótka. A ja lubię spać. Miałam dosyć 10 pobudek młodszego i wzięłam go do łóżka.
No właśnie… Kiedy siedzę z dziećmi na dywanie, nie rozwieszam prania, nie zajmuję się innymi rzeczami… to jest właśnie ten czas. Wyłączony telewizor i radio pomagają mi naładować akumulator, a telefon leży na stole w kuchni. Spróbujcie robić jedną czynność na raz i naprawdę poczujecie różnice.
Korzystam z każdego momentu. Kiedy widzę, że Jul ma dobry humor (ostatnio rzadko i codziennie od 16.30 do 19.00 go nosimy), a Lilka ma chęć i siedzi przy nimi to robię kawę, czytam chociaż jeden artykuł w gazecie- cokolwiek- dla siebie.
Częściej też wychodzę bez dzieci (niż jak miałam jedno dziecko). Bardziej dbam o siebie, bo wiem, że tego potrzebuje moja głowa. Czasem wyjdę na manicure, czasem z przyjaciółkami do kina. Ostatnio nawet zaczęłam ćwiczyć w domu, a w tym czasie oglądam serial (2w1, a i tak odpoczywam).
Nie wiem jak to możliwe, że kiedyś miałam z tego powodu wyrzuty sumienia.
Zazdroszczę trochę tym rodzicom, którzy mieszkają blisko Dziadków. Chciałabym wyjść również z samym mężem. Ale myślę, że jeszcze trochę czasu musi minąć i nam się uda.
Jakiś czas temu moje przyjaciółki wpadły na pomysł żeby wyjechać bez mężów z samymi dziećmi. My trzy i czwórka dzieci w wieku od 3 m do 4 lat. Pojechałam sama z dwójką dzieci do ukochanej Białowieży i naprawdę chciałabym móc napisać, że odpoczęłam;) Wyzwaniem nawet było zrobienie zdjęć. Ojcowie to największy skarb!
Zatrzymaliśmy się znów w klimatycznej Wiejskiej Zagrodzie Podlasie
Kiedy myślę o swoim dzieciństwie mam przed oczami długowłosą, wrażliwą dziewczynkę. Niesamowity czas beztroski- prawie bez żadnych ograniczeń, ukształtował mnie jako osobę dorosłą. Jestem wdzięczna, że mogłam w taki sposób przeżyć pierwsze lata mojego życia. Moje absurdalne, niekiedy, pomysły i tak miały swoje ujście. Wolność jaką mi dano wpłynęła na całe moje życie.
Oprócz retrospekcji dzikich zabaw na podwórku mam również jeszcze mnóstwo wspomnień związanych z moimi emocjami. Byłam bardzo wrażliwym dzieckiem. Takim, które potrafi ze śmiechu przejść w płacz i odwrotnie. Wystarczyło jedno spojrzenie, słowo lub gest, a ja już siedziałam pod stołem i płakałam. Może nawet nie płakałam- ja beczałam.
Mam nawet kilka zdjęć z dzieciństwa kiedy jestem właśnie w tym stanie. Pamiętam, że wszyscy próbowali mnie zagadywać, odwracać uwagę, przykupywać, rozśmieszać… Nie chcę tych wspomnień więcej przywoływać. Moja rodzina wychowała mnie najlepiej jak tylko potrafiła i jestem bardzo wdzięczna. Kiedyś też nie miało się tak dużej świadomości jak teraz.
Podobno w naszych dzieciach denerwuje nas to samo, czego nie możemy przepracować w sobie. U mnie jest to płacz dziecka i wszelkie emocje, które nie są związane z zadowoleniem. Kiedy moje dziecko płacze wchodzę w stan gotowości. Włos mi się jeży, myślę jak człowiek pierwotny i czuję się bezradna.
Mam wtedy tylko jeden cel: ŻEBY MOJE DZIECKO PRZESTAŁO PŁAKAĆ. Robię w tym kierunku wszystko: pytam o przyczynę, tłumaczę, rozmawiam, jestem blisko, ale wszystkie te działania mają na celu zatrzymania fali płaczu, spazmów i ogólnego rozdrażnienia.
Nie miałam wiedzy ani kompetencji jak sobie radzić z tymi emocjami. (Specjalnie nie piszę, „emocje negatywne”, bo takich nie ma! Wszystkie emocje są pozytywne, nawet te, po których boli nas głowa i mamy chęć wysłać swoje dzieci na inną planetę).
W końcu trafiłam na seminarium Gordona Neufelda i dzięki tej wiedzy, którą tam zdobyłam w końcu wiem, że robiłam źle. Mało tego, wiem też jak mam robić żeby było dobrze.
„Kora przedczołowa u 4-latka nie pozwoli mu zwerbalizować komunikatu: Mamo, kocham Cię, ale chciałbym Cię uderzyć.”
Tylko dziecko nas uderzy. Jego mózg pracuje właśnie w ten sposób.
Wszystkie emocje, które dzieci przeżywają w ciągu dnia wracają kiedy są wśród osób, z którymi mają więź. Ich mózgi nakazują szukanie osób, w towarzystwie których mogą czuć się bezpiecznie i wtedy wystarczy nawet malutka niedogodność i następuje wybuch. Nam się może wydawać, że ta błahostka spowodowała właśnie ten stan, ale tak nie jest.
To kulminacja tych wszystkich tłumionych emocji z całego dnia, że np. kolega je zdenerwował albo siostra zabrała coś na czym mu zależy. Najważniejsze zdanie, które usłyszałam na seminarium:
Żeby był balans – emocje muszą być w ruchu.Gordon Neufeld
Żeby był balans – emocje muszą być w ruchu.
Tłumione emocje wyrażają się później. Te wszystkie strachy spod łóżka, obgryzanie paznokci, lękowe nastawienie do nowych czynności, bicie innych, autoagresja mogą być właśnie wynikiem tego, że nie pozwalamy na to, żeby wszystkie emocje były na wierzchu. A nie tylko te, kiedy twarz dziecka się śmieje.
Uczucia to nie są problemy i nie trzeba ich rozwiązywać
Przede wszystkim trzeba dać im przestrzeń. Wielu rodziców, reaguje tak jak ja- z otwartymi ramionami przyjmuje emocje, które wg nas są pozytywne, czyli śmiech, radość, zadowolenie itd. A emocje, które targają naszymi dziećmi i są dla nas trudne, traktują jako problem, który trzeba jak najszybciej usunąć.
Wiem, że ciężko sobie wyobrazić cieszenie się z tego, że Wasze dziecko płacze od 40 minut. A nawet wydaje się absurdalne. Ale uwierzcie mi- to bardzo dobrze, że dzieci tak robią. Dzięki temu ich stres ujdzie. A jeżeli dobrze zareagujecie to nauczą się z nimi lepiej radzić.
„Widzę, że jesteś zły, bo ci nie wyszło?”
„Widzę, że jesteś smutny”
„Jesteś rozczarowany, bo coś Ci się nie udało.”
Nie można też osądzać uczuć. Dziecko ma prawo czuć się tak jak teraz odczuwa.
Nie negujmy tego co dziecko czuje. „Nie możesz być teraz zły”
Nie dawajmy do zrozumienia, że te emocje, które teraz odczuwa są dla nas zbyt trudne do zniesienia.
Nie dawajmy też nauczek. „A nie mówiłam, że tak będzie?” Dzieci same wiedzą, że coś się nie udało. Same muszą mieć poczucie sprawczości.
Nie rozwiązujmy problemu. Dajmy dziecku możliwość żeby samo mogło to zrobić. Ja najczęściej pytam: „Czy mogę Ci jakoś pomóc?”
Po seminarium Gordona Neufelda czuję w końcu, że wiem jak mam teraz reagować. Początki wdrażania tej wiedzy były dla mnie trudne. Ale z czasem odczułam wielką ulgę. Wiem, że to co robię jest dobre dla mnie i mojego dziecka. Nie patrzę na innych co sobie pomyślą kiedy moje dziecko płacze w miejscu publicznym. To moje dziecko i jego przestrzeń. A nawet już po tygodniu zauważyłam ogromną poprawę- to naprawdę działa. Zdecydowanie mniej jest tych „wielkich wybuchów o kolor talerzyka”, a więcej rozmowy i akceptacji.
Jeżeli i Was interesuje ten temat to polecam kilka książek. Możecie również zaglądać w trzy miejsca w sieci, z których ja czerpię garściami:
Agnieszka Stein i jej publikacje książkowe oraz warsztaty online (webinaria)
Anita Janeczek- Romanowska blog i wartszaty
Małgorzata Musiał blog i warsztaty
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis daj mi o tym znać
Jeszcze 10 dni temu szalałyśmy na placu zabaw w samych swetrach, a teraz już wyciągamy z szafy ciepłe ubrania i buty za kostkę. Lubię ten czas, kiedy więcej czasu spędzamy w domu, bo latem byliśmy prawie cały czas na podwórku. Teraz też wychodzimy często i tylko ulewa może nas skutecznie zatrzymać w domu.
Czy tylko moje dzieci nie lubią się ubierać? Lilka nie może przywyknąć do tego, że nosimy długie rękawy i ciągle podciąga je aż do łokci. Kręci nosem na grube swetry i kurtki. Czapka też jej nie jest potrzebna. Każdą część garderoby musimy negocjować i już przywykłam do tego, że w tym temacie nie jest u nas lekko.
Wyjścia na podwórko teraz są o wiele trudniejsze niż latem, bo niestety dzieci trzeba ubrać. Czy w ogólne jest jakieś niemowlę, które nie płacze przy wkładaniu do kombinezonu?
Na samą myśl robi mi się gorąco. Po ubraniu Julka jest mi tak gorąco, że najchętniej założyłabym tylko lekką kurtkę. Nie mam nawet jak założyć sznurowanych butów i muszę sobie kupić jakieś wciągane, bo cały blok słyszy, że wychodzimy.
O wiele łatwiej było wyjść latem. I chociaż nie lubię gorąca to tęsknię za tym, że wyjście na podwórko ograniczało się do włożenia Julka do wózka i założenia przeze mnie klapek. Lilka sama się ubiera od dawna, więc jej nie liczę.
Zacznijmy od domowych tematów. Kapcie kupuję tylko na sezon jesień-zima, a tak pozwalam biegać na boso (także na zewnątrz jak są warunki).
W tym roku mamy skórzane Bobux
Jeszcze 10 dni temu była taka pogoda 🙂
Lilka ma na sobie parkę Benetton, którą nosi już… 3 sezon- ciągle modna i pasuje
Gruby sweter z Kiabi (kto z Warszawy nie zna tego sklepu niech lepiej sprawdzi)
Spódniczka i rajstopy też Kiabi
Szalik (mam tak sam i uwielbiam) Numero 74 Mofflo
Bardzo miękkie, całe skórzane sztyblety Bobux
Jul ma kombinezon z bucikami Lodger i myślę, że „przechodzi” w nim też zimę razem ze śpiworem po Lilce (zachowałam go, bo jest genialny!)
Kombinezon jest w sam raz na teraz (bez kocyka). Ma wbudowane rękawiczki i buciki, które można przyczepić żeby się nie zgubiły. Nie jest też śliski, przez co nadaje się do fotelika. Do tego mamy jeszcze cienką pilotkę też z tej samej firmy. Zasłania uszy i nie zjeżdża na oczy.
Jesiennie spacery to jest to! Tylko tak uda nam się przetrwać do zimy. Zbieramy kasztany i liście.
To są Lilki ulubione buty. Nie wiem dlaczego, ale mówi, że są szybkie:) Pewnie dlatego, że są czerwone, a wiadomo, że czerwone samochody są szybkie.
Buty Bobux
Zamówiłam jeszcze kilka dni temu Julowi kurtkę, bo w kilku sytuacjach sprawdza się lepiej niż kombinezon. Kurtka Mango i cieplejsza czapa zawiązywana pod brodą ze 100% niegryzącej wełny merino Nui Organics z merinodzieciaki.pl
Do spacerówki mamy śpiworek Lodger, który pasuje do fotelika. Jest bardzo funkcjonalny i ciepły.
Dla Lilki już w tamtym roku szukałam czapki z 100% wełny merynosów i w końcu znalazłam w merinodzieciaki.pl Nui Organics . Jeszcze tylko taką dla mnie muszę znaleźć.
Nie mam jeszcze ciepłej kurtki dla Lilki, a na rynku nic ciekawego nie ma. Chyba się skuszę na tą z Next
Powolutku myślimy też o zimie i już niedługo pokaże nasze typy na zimę.
Jak to jest być mamą dwójki dzieci? Czy to jazda bez trzymanki rodem z internetowych memów, czy może sielanka i spokój? W dzisiejszym wpisie napiszę o moich odczuciach. Co mnie zaskoczyło i jak sobie z tym poradziliśmy oraz czym się martwię (jak przystało na mamę).
Wiele razy sobie wyobrażałam jak to będzie. Dwójka dzieci to zawsze więcej o jedno. Czyli z matematyki wynikałoby, że to dwa razy więcej obowiązków, dwa razy więcej uwagi i dwa razy mniej czasu dla mnie.
Takie myśli miałam kiedy byłam już na końcówce ciąży. Martwiłam się bardzo, jak pogodzę to wszystko razem. A kiedy drugie dziecko było na świecie okazało się, że macierzyństwo po raz drugi to… bułka z masłem.
Teraz zupełnie inaczej patrzę na moje pierwsze macierzyństwo. Byłam zestresowana, mało pewna siebie i wszystko konsultowałam z dr. Google. Kiedy porzuciłam wszystkie teorie i zaczęłam być szczęśliwym rodzicem przeżyłam katharsis. Tak bardzo tego potrzebowałam! Wniosek był jeden:
Pamiętam siebie z tamtego czasu. Wszystko było czarno-białe. Jeżeli BLW to nigdy nie karmię łyżeczką. Płakałam kiedy raz podaliśmy mm. Nienawidziłam smoczka w buzi mojego dziecka, a bez niego ssało kciuk.
Moje macierzyństwo przypominało raczej plan na kartce, którego nie realizowałam w całości i mnie tylko frustrowało. Tak bardzo pozwoliłam na to, żeby mój instynkt macierzyński wyparły różne teorie i poglądy, że autentycznie byłam nieszczęśliwa i nie do końca się realizowałam w byciu mamą.
Miałam tylko jeden plan. Chciałam żeby było zupełnie inne niż pierwsze. Niczego nie planowałam (a to dość trudne w moim przypadku) i czekałam co mi przyniesie życie. Nie zamierzałam robić niczego wbrew sobie. I to było najlepsze co mogłam zrobić.
To normalne, że stresujemy się nowymi zadaniami, ale nie pozwólmy żeby ten strach nami kierował.
Mało tego, doszłam do wniosku, że nasze zachowania przechodzą na dzieci.
Potwierdziła to nawet znajoma fizjoterapeutka, która twierdzi, że przyczyną wzmożonego napięcia mięśniowego może być stres. Kiedy nerwowo reagujemy na zachowania dziecka, bo np. płacze, to dzieci odbierają nasze frustracje przez skórę.
Teraz dopiero to widzę. Moje całkowicie inne podejście owocuje naprawdę pogodnym usposobieniem dzieci. Zarówno młodszego, jak i starszego.
Mi dosyć dużo trudności sprawiało karmienie piersią. Mimo tego, że nie miałam dużych problemów to wciąż miałam wątpliwości czy robię to dobrze. Dodatkowo trzymałam nieistniejącą dietę matek karmiących i to mnie bardzo frustrowało, bo dosłownie na nic sobie nie pozwalałam.
Od tamtego czasu moja wiedza na ten temat jest o wiele większa. Tym razem poradziłam sobie bez najmniejszych problemów i nawet nawał mnie ominął.
Przy Lilce miałam też sporo wątpliwości co do pielęgnacji (podnoszenie, kąpanie, noszenie itd.) Efektem naszych błędów pielęgnacyjnych było wzmożone napięcie mięśniowe i asymetria. Mój stan wiedzy wcale się nie zmienił. Nie chciałam tych błędów powtarzać przy młodszym dziecku dlatego jak byłam jeszcze w ciąży zrobiłam kurs w tej tematyce, który otworzył oczy na wiele kwestii.
Każdemu mówię, że jestem zupełnie inną osobą niż byłam cztery lata temu.
Przy Lilce nie mogłam się doczekać każdego następnego kroku milowego. Chciałam żeby już zaczęła chodzić, mówić i jeść stałe pokarmy. A przy młodszym delektuję się każdą chwilą, bo już wiem, że ten czas tak szybko mija i nigdy nie wróci.
Chciałabym żeby jak najdłużej był taki malutki i ode mnie zależny. Zdaję sobie z tego sprawę, że jak przyjdzie czas to również będę wspierać jego samodzielność, ale teraz cieszę się z każdej chwili.
Ludzie najszybciej uczą przez praktykę i tak właśnie pierwszy egzamin z macierzyństwa już zdałam. Na podstawie naszych doświadczeń przy pierwszym dziecku udało nam się szybko dojść do wprawy.
Dzięki temu, że mamy cały know how jest o wiele łatwiej. Nie muszę zastanawiać się po kilka razy zanim coś zrobię.
Naprawdę nie spodziewałam się, że macierzyństwo po raz drugi tak pozytywnie mnie zaskoczy i dopiero teraz dam z siebie wszystko to, co chciałam.
Dziś chciałabym Wam zaprezentować piłkę Takane, która każdy może sobie zrobić w domu. Jest to bardzo ciekawa zabawka wspierająca rozwój niemowląt. Kto ma chociaż odrobinę chęci może ją wykonać niewielkim nakładem pracy. A jaką będzie miał satysfakcję:)
Wg mnie jest to jedna z ciekawszych zabawek dla niemowląt, która wspiera rozwój. Można ją zrobić ze skrawków materiałów, które zalegają nam w szafie lub specjalnie kupić ciekawe tkaniny. W zależności od wieku dziecka można dobrać odpowiednie wzory (np. dla noworodka można uszyć piłkę czarno-czerwono-białą).
Niestety ja nie mam za grosz zdolności manualnych dlatego piłkę kupiłam, ale jak już się jej dokładniej przyjrzałam doszłam do wniosku, że i ja dałabym radę.
Wykonanie krok po kroku możecie prześledzić TUTAJ albo kupić gotową.
A tak wygląda nasza:
Cztery lata temu pod wpływem impulsu założyłam blog. Chciałam żeby był zapisem moich przemyśleń, pamiątką i wirtualnym miejscem spotkań mam. Jak teraz czytam wpisy z tamtego czasu to chce mi się śmiać. Nie chcę ich kasować ponieważ są dla mnie niesamowitą pamiątką. Widzę też ogromny progres jaki od tego czasu poczyniłam. W najodważniejszych marzeniach nie spodziewałam się, że blog stanie się moją pracą. Do tego pracą, którą uwielbiam.
Jestem osobą, która nie potrafi siedzieć w miejscu. Uwielbiam jak w koło dużo się dzieje. A najbardziej lubię kiedy mam poczucie, że ciągle się rozwijam. Chociaż oczywiście bywają dni kiedy mam ochotę rzucić wszystko i paść przysłowiowe owce w Bieszczadach. A później znów siły witalne do mnie wracają i czuję, że jestem znów na fali.
Naprawdę rozwijasz się tylko wtedy, gdy nie masz poczucia komfortu.Harv Eker
Naprawdę rozwijasz się tylko wtedy, gdy nie masz poczucia komfortu.
Nie dalej jak tydzień temu jestem z moimi przyjaciółkami na wyjeździe z dzieciakami tuż pod białoruską granicą. Wydawałoby się, że to koniec świata. Jesteśmy na placu zabaw, zbieramy kasztany i rozkoszujemy się wrześniowym słońcem. Przez bramki wchodzi rodzina, zbliżają się do nas. Mama, Tata i jasnowłosa córeczka.
Są coraz bliżej, a Mama uśmiecha się do mnie i mówi, że czyta mojego bloga. Rozmawiamy, śmiejemy się, nasze córki razem się świetnie bawią. Widzę jak dużo pracy włożyli w swoje rodzicielstwo. Z ogromnym szacunkiem tratują swoją córkę i widzę, że się dogadujemy i nadajemy na tych samych falach. Idziemy razem na obiad i spędzamy bardzo miły czas.
Nie pierwszy raz spotykam jedną z Was. Jest mi ogromnie miło, że mam takie czytelniczki. Świadome, nowoczesne kobiety, z którymi mogłabym rozmawiać na wiele tematów. Mam wrażenie, że jesteście podobne do mnie i właśnie dlatego dalej tworzę to miejsce, bo wiem, że korzystacie i niejednokrotnie się inspirujecie. Nie ma nic lepszego dla blogera, naprawdę!
Działam na wielu płaszczyznach, bo wciąż jest mi mało. Może się Wam wydawać, że teraz kiedy znów jestem na urlopie macierzyńskim zwolniłam i wyciszyłam się. Niestety nie potrafię.
Na szczęście udaje mi się pogodzić życie rodzinne z Nebule. Za to uwielbiam tą pracę. Mogę realizować wszystkie moje pomysły. Począwszy od projektów fotograficznych po różne publikacje tekstowe.
Jeszcze w ubiegłym roku wpadłam na pomysł stworzenia czegoś dla dzieci. Rynek jest teraz przesycony zabawkami, ale wciąż rzadko znajduję coś ciekawego dla moich dzieci, a jak wiecie jestem w tym temacie bardzo wybredna. Przedmioty, które otaczają moich najbliższych muszą być MOJE i spełniać odpowiednie funkcje.
Moje wykształcenie pozwala mi na tworzenie rzeczy przystosowanych do potrzeb dzieci. Chciałam stworzyć ciekawą zabawkę dla dzieci powyżej roku. I to zrobiłam!
Wyskakujące walce stworzyłam razem z polską marką Pilch. Pierwszym testerem była oczywiście Lilka. Mimo tego, że miała wtedy już dużo więcej niż rok to zainteresowała się układaniem, a później wciskaniem klocków.
A już dziś możecie kupić taki wyjątkowy egzemplarz dla swoich dzieci.
Ostatnimi czasy tak dużo dyskutuje się na tematy zdrowia kobiet. Szkoda, że w taki sposób i przez osoby nieuprawnione do tego. Nie będę w tym wpisie odnosić się do obecnej sytuacji politycznej, ale chciałabym napisać w tym kontekście o ważnej dla mnie sprawie.
Chciałabym uniknąć pompatyczności oraz nadmiernego ładunku emocjonalnego. Te słowa układałam w swojej głowie przez półtora roku i dopiero teraz jestem w stanie przelać je na wirtualny papier.
Dodam też, że ten wpis nie jest po to, żebyście nam współczuli. Takie sytuacje dzieją się w co czwartej rodzinie, ale mało kto decyduje się na rozmowę na ten temat. Kiedy nas to spotkało po raz pierwszy, szukałam właśnie takich słów jakie poniżej napiszę. Tak bardzo potrzebowałam rozmowy z osobą, która przeżyła to samo co my. Niestety nie znalazłam.
Wiem, że wielkim dla Was szokiem było ukrywanie ciąży. Myślę, że każdy z Was mnie jeszcze bardziej zrozumie, bo to nie była moja druga ciąża, tylko czwarta.
Jeszcze w czerwcu 2014 była dla mnie czymś niesamowitym. Okresem tak cudownym, zupełnie bezproblemowym oraz przepełnionym marzeniami. Zwłaszcza, że miałam taką piękną ciążę z Lilką. Głaskałam się po brzuchu, chodziłam na ćwiczenia dla ciężarnych oraz objadałam się ogórkami kiszonymi. Z takim samym entuzjazmem przeżywałam następną ciążę, która niestety bardzo niespodziewanie zakończyła się w 12 tc.
Beż żadnych niepokojących objawów, dzień przed usg genetycznym dowiedziałam się, że serduszko nie bije od 8 tc. Nie bardzo już pamiętam ten czas, bo nie chce pamiętać.
Przeżyliśmy ogromny szok, żal, ból i przeszliśmy długą żałobę. Świat nam się zawalił, bo nic nie wskazywało na to, że w styczniu nie będę trzymała na rękach mojego drugiego dziecka. Musiałam pożegnać w myślach właśnie to wyobrażenie, że pcham wózek w śniegu i ubieram dziecko w kombinezony, a na lato to ono już będzie siedzieć i zasuwać świeże warzywa.
Właśnie te myśli i marzenia musiałam pożegnać, bo wtedy ciąża oznaczała dla mnie to, że będziemy mieli dziecko.
Za drugim razem podeszliśmy już bardziej sceptycznie. Nie cieszyliśmy się, podeszliśmy do tej drugiej kreski z dużym dystansem, mając w głowie doświadczenia sprzed kilku miesięcy. Niestety i tym razem się nie udało, tylko dużo wcześniej. Ciążę straciłam w Wigilię.
Cieszę się, że w końcu w Polsce więcej się mówi o straconych ciążach. Każdy ma prawo przeżywać ten czas na swój własny sposób. Po naszych doświadczeniach mam niestety trochę żal do lekarzy, że jednak z takim entuzjazmem podchodzą do każdej drugiej kreski.
W mojej przychodni przed każdą pierwszą wizytą w ciąży (nawet już w 5tc.) zakłada się książeczkę ciąży i wylicza się termin porodu. Dlaczego? Przecież ciąża wcale nie oznacza tego, że będzie się miało dziecko.
Niestety. Mój lekarz na początku każdej wizyty wyciągał to cholerne kółeczko i mówił kiedy mam termin porodu. A my, kobiety tak bardzo lubimy planować. Myślimy od razu jak to będzie, że latem to będzie gorąco z brzuchem, a zimą to ciężko buty z brzuchem będzie założyć. Przecież może być różnie i co czwarta ciąża nie zakończy się właśnie tak. A będzie ból, cierpienie i litry łez.
Po moich przejściach najchętniej poszłabym na pierwszą wizytę w 13 tygodniu ciąży – taka jak się dzieje w wielu krajach, a wcześniej nie robi się usg. Co z tego, że zobaczymy te malutkie bijące serduszko? Które tak naprawdę bez żadnej wyraźniej przyczyny może przestać bić?
Kiedy felerny 2014 się skończył, stwierdziłam, że statystyka nie mogła zadziałać na naszą niekorzyść aż dwa razy. Zaczęłam drążyć i czytać na ten temat. Trafiłam na pewną profesor, która zaczęła nas diagnozować.
Nie bez przyczyny napisałam Wam posty o witaminie D3 i przygotowaniach do mojej czwartej ciąży (a dokładniej o mutacji MTHFR). Po tym wpisie dostałam od Was dziesiątki meili. U każdej z Was występowały poronienia i szukałyście przyczyny.
Warto zacząć diagnostykę jeżeli poroniłyście co najmniej 2 razy. Mało tego, jeżeli było to 3 razy to diagnostyka przysługuje Wam na NFZ i nazywa się już „Poronieniami nawykowymi”.
Każdy przypadek jest inny, ale po godzinach wertowania internetu doszłam do wniosków, że w wielu przypadkach przyczyny strat są podobne. Istnieje nawet coś takiego jak: „żelazny zestaw”, który wypisuje kilku lekarzy w Polsce, a większość niestety radzi starać się dalej bez jakiejkolwiek terapii i leków skazując kobiety na dalsze niepowodzenia.
Pierwsza kwestia: lekka insulinooporność (przed planowaną ciążą i do 20 tc. byłam na diecie o niskim IG oraz przyjmowałam leki na obniżenie glikemii, niedobór wit. D3 (miałam skrajnie niski poziom, który może również przyczyniać się do aktywowania wielu chorób z autoimmunologii), mutacja MTHFR A198c heterozygota (jest to lżejsza postać tej mutacji i wymaga suplementacji metylowanym kwasem foliowym, metylowaną wit B12 i aktywną postacią B6).
Mutacja MTHFR najpewniej spowodowała u mnie mikrozakrzepy, które zakończyły poprzednie ciąże. W profilaktyce przed ciążą brałam leki rozrzedzające krew i kontynuowałam je w ciąży. Doszły również zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch, codziennie. Profesor, którą wspominałam wyżej zaleciła mi mnóstwo badań i te akurat okazały się być zasadne.
Kiedy już znałam diagnozę było mi lżej. Moją głowę zajęły badania, wizyty i dieta, na której zrzuciłam 10 kg. Udało mi się przepracować tamte straty i wiedziałam, że jak już znajdziemy przyczynę to się uda. I to właśnie na końcu tej ciąży, która była bardzo trudna stało moje ukochane dziecko.
Najtrudniejsze były te 12 tygodni. Niestety los jeszcze trochę nas doświadczył. W 8 tc na IP kiedy już żegnałam moje marzenia o dziecku dowiedziałam się o krwiaku, który jest dość powszechny przy tym zestawie leków. Na szczęście po kilku tygodniach się wchłonął.
Czas do 12 tygodnia, był dla nas najgorszy. Starałam się nie cieszyć, nie myśleć i niczego nie planować. Żyłam dniem dzisiejszym i nie oglądałam żadnych wyprawkowych rzeczy.
Jeszcze na usg genetycznym po bardzo dokładnych pomiarach pani doktor stwierdziła przezierność karkową w samej górnej granicy normy. Stres dał za wygraną i zrobiliśmy z mężem test NIFTY.
I kiedy w 13 tygodniu ciąży odbierałam wynik, że będziemy mieli zdrowego synka byłam najszczęśliwsza na świecie.
Trochę dziwnie się z tym czuję, że piszę Wam na ten temat, bo szanuję naszą prywatność. A ta sprawa jest dla nas bardzo intymna, ale wiem, że tymi słowami pomogę wielu kobietom. To normalne, że traci się ciąże. Nie tylko Was to spotyka. Nie czujcie się w tym osamotnione. Szukajcie przyczyny, zmieniajcie lekarzy i się nie poddawajcie. Wierzę, że tym postem dałam Wam nadzieję. Nadzieję na spełnienie Waszego największego marzenia.
Wszystko miało wyglądać pięknie… niestety tylko w teorii. Rozkoszowałam się obrazkami w książce o BLW (Baby led weaning) dzieci umorusanych od stóp do głów warzywami. Snułam plany jak to moje dziecko będzie uwielbiało warzywa i dzięki temu będzie zdrowe.
Życie zweryfikowało moje plany dość mocno. Mimo, tego, że proponowałam córce wiele kolorowych warzyw, nie wyrażała żadnej chęci pochłonięcia choćby kawałka. „Ulubione” brokuły zawsze lądowały na ziemi, a ona zawsze wybierała mięso lub węglowodany. Na początku lekko się tym przejmowałam. Później mi przeszło i zaczęłam szukać przyczyny, dlaczego ona nie chce jeść warzyw.
Po lekturze książki Carlosa Gonzaleza „Moje dziecko nie chce jeść” wyluzowałam bardzo mocno.
Wszystkie nawyki kształtujemy w dzieciństwie dlatego warto o nie zadbać już teraz.
Kontynuując tematykę pielęgnacji sensorycznej chciałabym dziś napisać kilka słów o kąpieli noworodka i niemowlaka oraz o naszej genialnej wanience.
Ta pierwsza kąpiel najczęściej jest bardzo stresująca. Pamiętam, że zanim pierwszy raz wykąpaliśmy Lilkę obejrzeliśmy na youtube film znanego fizjoterapeuty. Niestety nasza kąpiel nie przypominała tej z prezentacji. My byliśmy roztrzęsieni, a dziecko dostało spazmów.
Kąpiel prawie zawsze odbywa się na zakończenie dnia. Dzieci zazwyczaj są już bardzo zmęczone. Bodźce, które docierały przez cały dzień do tak młodego układu nerwowego muszą zostać odreagowane. To właśnie dlatego końcówka dnia w wielu domach nie należy do najprzyjemniejszych.
Tak dobrze pamiętam te krzyki z łazienki przez pierwsze miesiące… Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że takie małe gardło potrafi emitować tak głośne dźwięki. Myśleliśmy, że ona po prostu nie lubi się kąpać…
Po pierwsze kąpaliśmy głodne dziecko, po to żeby po kąpieli dużo zjadła i zasnęła. Tak rzeczywiście później się działo.
W łazience było za zimno, woda w wanience również była za zimna. Mimo tego, że wynosiła tyle, ile było napisane we wszystkich poradnikach.
Po kąpieli nieśliśmy ją do pokoju na przewijak i tam również było za zimno.
Pozycja (na leżąco) wzbudzała w niej ogromny niepokój. Samo opuszczanie na rękach powodowało aktywację odruchu Moro.
Wanienka ustawiona w wannie powodowała, że mój kręgosłup chciał każdą kąpiel zakończyć jak najszybciej.
Przede wszystkim na tle innych wyróżnia się tym, że ma stelaż, który naprawdę ułatwia kąpiel dziecka. Kręgosłup rodzica już nie jest tak obciążony, bo nie musi trzymać w powietrzu kilku kilogramów. Kąpiel może trwać tak długo ile tego pragniecie.
Druga kwestia: dziecko nie jest zanurzone w wodzie w pozycji horyzontalnej tylko wertykalnej i przez to tak się nie stresuje. Taka pozycja nie sprzyja aktywacji odruchu Moro, więc dziecko nie płacze i nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Sama konstrukcja tej wanienki przypomina trochę wiaderko do kąpieli. Dziecko, ma bardziej ograniczoną przestrzeń i przez to czuje się bezpieczniej. Można nawet nalać więcej wody i wtedy dziecku będzie cieplej.
Wanienka ma jedną ściankę wyższą, a drugą niższą żeby ułatwić wkładanie i wyjmowanie dziecka. Część, która ma być przy plecach dziecka jest powleczona miękką pianką, która utrudnia wyślizgnięcie się.
Na dole znajduje się mała podstawka, która blokuje przemieszczanie się dziecka. Wanienka później może nam służyć jako miska na pranie, bo naprawdę zajmuje mało miejsca, a jest bardzo funkcjonalna.
No i do tego ten stelaż. Mój kręgosłup dziękuje za niego codziennie.
Wanienka Shnuggle
Nie ma nic milszego w dotyku jak skóra niemowlęcia. Ciepła, sprężysta i gładka jak alabaster. Stópki, które nie postawiły jeszcze pierwszego kroku aż proszą się aby je dotknąć. Kiedyś pójdą w swoją stronę… A teraz kiedy są blisko, możesz wziąć je w dłoń i zacząć masować.
Wpis powstał w ramach współpracy z marką Mustela
Pamiętasz kiedy pierwszy raz dotknęłaś swojego dziecka? Ja pamiętam doskonale, jakby to było wczoraj. Od razu po tym jak moje dzieci się urodziły leżały u mnie na brzuchu, a ja dotykałam ich delikatnej skóry z ogromnym niedowierzaniem. Pamiętam dokładnie co wtedy czułam. To było niesamowite!
Zmysł dotyku rozwija się jako pierwszy w życiu płodowym (między 6-8 tc.). Powstaje z tego samego listka zarodkowego co układ nerwowy, więc oba układy są ze sobą bardzo powiązane. Mówi się nawet, że skóra odzwierciedla stan układu nerwowego.
Przypominasz sobie jak byłaś w ciąży i przykładałaś dłoń do swojego brzucha? Dziecko to czuło i podpływało do miejsca, w której była Twoja ręka i układało się wzdłuż jak największą powierzchnią swojego ciała. Niesamowite prawda?
Masaż wpływa na późniejszy rozwój emocjonalny dzieci. Wiele badań naukowych pokazuje, że dzieci masowane, często przytulane są mniej agresywne, gotowe do współdziałania i są bardziej empatyczne. W szwedzkich przedszkolach dzieci masują siebie nawzajem i nauczycielki zauważają, że w ten sposób jest mniej konfliktów między dziećmi („Nie będę bił kogoś, kogo wcześniej masowałem”).
Wiecie, że kąpanie w wannie, późniejsze ubieranie i zabiegi pielęgnacyjne można wykorzystać w bardzo ciekawy sposób? Warto skupić się na tych czynnościach – tylko dla dziecka. Wyłączyć radio, telewizor i być razem. Wszystkie czynności wykonywać powoli (zwłaszcza przy mniejszym dziecku) i cieszyć się z tego czasu.
To nie jest tylko odruchowe zakładanie pieluchy, smarowanie kremem i spoglądanie na ekran telefonu. Naprawdę warto stworzyć z tego wyjątkowy punkt dnia, a nie tylko obowiązek. To jest właśnie ten czas, który tak szybko nam mija. Można zapalić tylko lampkę, włączyć cichutką muzykę, mówić do dziecka spokojnym tonem i celebrować te chwile. Dzieci tak szybko rosną.
Masaż olejkiem wpływa pozytywnie na wszystkie zmysły dziecka, a po nim dziecko jest odprężone, a jego skóra jest nawilżona. My masujemy się po kąpieli suchym Olejkiem do masażu Mustela, który nie pozostawia na ciele tłustego filmu tylko wchłania się i doskonale nawilża skórę dziecka. Do tego ma doskonały skład!
Ten olejek jest wytworzony z 99% składników pochodzenia naturalnego (dobroczynny olejek z awokado, olejek z pestek granatu, olej słonecznikowy, a konserwantem jest witamina E).
Sama Julkowi podbieram ten olejek i używam go po kąpieli. Ten zapach na zawsze będzie mi się kojarzył z okresem kiedy synek był mały.
Do wygrania 3 olejki do masażu oraz niespodzianki od firmy Mustela. Możecie kliknąć „Lubię to” na profilu sponsora Mustela Polska. Na Wasze odpowiedzi czekamy do 22.09.2016 r. do północy.
3 olejki z niespodziankami wędrują do:
sylwia piotro
Aga
mama.gabrielki
Gratuluję!
Napiszcie swoje dane teleadresowe na kontakt@nebule.pl
Cztery lata temu kiedy pierwszy raz zostałam mamą nie było tak wielu gadżetów dziecięcych. Miałam listę rzeczy, które wydawały nam się niezbędne i punkt po punkcie ją realizowałam. Od samego początku wiedziałam, że na pewno nie kupię maty edukacyjnej i leżaczka dla niemowląt. Prosiłam również znajomych i rodzinę odwiedzających nas, żeby nie kupowali nam tych rzeczy. Poniżej wyjaśnię Wam dlaczego.
Wg mnie „edukacyjność” w nazewnictwie zabawek lub przedmiotów jest mocno nadużywana. Rodzice często z niewiedzy kierują się dobrem dziecka i wybierają rzeczy okraszone taką nazwą.
Założenia maty edukacyjnej są na pewno takie, żeby stymulować rozwój malutkiego dziecka w wieku 0-6m (czasem dłużej). Czy rzeczywiście stymulują? Myślę, że tak, ale nie do końca w taki sposób jak potrzebuje tego dziecko. Czasem nawet przestymulowują, a nawet mogą zaburzyć pewne naturalne odruchy.
Wszystkie gadżety powinny być stosowane „po rodzicu” a nie „zamiast rodzica”. Jest to bardzo ważne stwierdzenie, które najlepiej jest zapamiętać na całe życie.
Podłoga jest najbardziej stymulującą przestrzenią dla małych dzieci. Z poziomu podłogi dzieci mają możliwość obserwacji toczącego się życia rodzinnego. Jest bazą dzięki, której niemowlęta mogą prawidłowo się rozwijać. Warto od samego początku kłaść dzieci na podłogę w czasie aktywności. Dlaczego?
Przede wszystkim, jest odpowiednio twarda i przez to umożliwia dzieciom rozwój przez odpychanie, a nie bardzo powszechne podciąganie. Leżąc na podłodze dziecko może wykorzystywać naturalne odruchy potrzebne do prawidłowego rozwoju. Na miękkich powierzchniach takich jak łóżko, przewijak, kołyska, leżaczek jest bardzo trudno te umiejętności doskonalić, bo są za miękkie i przez to mięśnie są wyraźnie rozluźnione.
Maty edukacyjne najczęściej są wykonane z tkanin, pod którą jest gąbka. Taki materiał utrudnia odpychanie się od podłoża. Jest często śliski i utrudnia prawidłowy rozwój.
Pamiętajmy, że najlepiej jest kłaść dziecko w czasie aktywności w jak najmniejszej ilości ubrań- dzięki temu lepiej poczuje swoje ciało. Rajstopy lub spodenki skutecznie utrudniają doskonalenie nowych umiejętności. Zwróćmy również uwagę czy pielucha nie jest za mocno zapięta.
Stałe przytwierdzenie pałąków w macie edukacyjnej nie sprzyja wszechstronnemu rozwojowi niemowlęcia. Są zawsze umieszczone w tym samym miejscu i ograniczają poznawanie świata. Najlepiej jak zabawka jest zawieszona tuż nad pępkiem dziecka, a nie w wielu miejscach (niekoniecznie symetrycznych).
Zawieszki najczęściej zawieszone są w jednej wysokości, a przez to nie uczą dziecka postrzegania głębi. Wiszące zabawki bardzo rzadko są zmieniane i przez to nie dostosowują się do aktualnego rozwoju dziecka. Niemowlę na każdym etapie potrzebuje zmienności i różnorodności, a nie stałości.
Zabawki najczęściej są bardzo pstrokate, często błyszczą, mienią się, a czasami nawet wydają dźwięki. Stymulują wszystkie zmysły na raz i przez wprowadzają dezorganizację w układzie nerwowym.
„Dla tak małych dzieci najlepsze są zabawki, które stymulują jeden zmysł na raz. Oczywiście dziecko poznaje ją wszystkimi zmysłami, ale dzięki temu, że intensywniejszy, bardziej zmienny jest jeden bodziec to jest w stanie szybciej go rozpoznać i nauczyć. Kiedy mamy do czynienia z zabawką, która drga, wydaje dźwięki, jest bardzo kolorowa i skonstruwana jest z wielu faktur, często dziecko bawi się nią, ale korzyści płynące z tej zabawy są dużo mniejsze, niż gdyby te wszystkie bodźce dotarły do dziecka po kolei”Agnieszka Słoniowska fizjoterapeuta, terapeuta NDT Bobath
„Dla tak małych dzieci najlepsze są zabawki, które stymulują jeden zmysł na raz. Oczywiście dziecko poznaje ją wszystkimi zmysłami, ale dzięki temu, że intensywniejszy, bardziej zmienny jest jeden bodziec to jest w stanie szybciej go rozpoznać i nauczyć. Kiedy mamy do czynienia z zabawką, która drga, wydaje dźwięki, jest bardzo kolorowa i skonstruwana jest z wielu faktur, często dziecko bawi się nią, ale korzyści płynące z tej zabawy są dużo mniejsze, niż gdyby te wszystkie bodźce dotarły do dziecka po kolei”
Zabawy od małego wielokolorowymi zabawkami, które stymulują wszystkie bodźce na raz może w prowadzić do rozdrażnienia, w efekcie przestymulowania.
Warto się nad tym zagadnieniem głębiej zastanowić i rozejrzeć się po przestrzeni, w której jest lub będzie przebywało dziecko. Czy bodźce nie przytłaczają dziecka i czy ma możliwość poznawania świata na swoich warunkach, a nie narzuconych z góry.
Zdecydowanie wolę maty piankowe. Przy pierwszym dziecku miałam matę Mały geniusz, z której później korzystały moje przyjaciółki i również były zadowolone.
Miałam również stojak z zabawkami Leka z Ikei- jednak do końca nie byłam z niego zadowolona. Ma zbyt mały rozstaw nóg i dziecko w czasie aktywności uderza w niego rękoma. Boczne, obrotowe zawieszki mogą powodować asymetrię ułożeniową (którą miała Lilka).
Tym razem jeszcze bardziej zgłębiłam temat i wybrałam nowość na polskim rynku Baby gym Litte Leaf. Dokładnie czegoś takiego szukałam w pierwszej ciąży, ale niestety nic takiego nie znalazłam.
Stelaż wykonany jest z polskiego drewna bukowego, które jest bardzo gładkie w dotyku i nie potrzebuje żadnych lakierów. Jest bardzo stabilny, a szeroki rozstaw nóżek umożliwia swobodną zabawę i nie przeszkadza w obrotach na brzuch.
Najbardziej podoba mi się to, że można zmieniać zawieszki bez problemu i ustawiać w odpowiednim miejscu (tak żeby bodziec był nad pępkiem). Dołączone zawieszki można zdjąć i dać do zabawy lub można powiesić je na szerokiej gumie tak żeby dziecko mogło do nich dosięgać.
Przemawia do mnie, bo jest multifunkcjonalny i dostosowuje się do etapu, na jakim dokładnie jest dziecko, a nie tak jak mata to dziecko ma się dostosować do tego co jest elementem stałym.
4 puzzli używam w mniejszych pomieszczeniach: kuchni i łazience
Nasza mata to Skip hop Chevron dostępna najtaniej tutaj
Stojak drewniany i zawieszki gryzaki Little Leaf dostępny tutaj
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij poniżej:
Dawno nic nie pojawiło się w naszym cyklu Warszawa dzieciom, a długie jesienne wieczory przed nami. Wczoraj odwiedziliśmy nowe miejsce na stołecznej mapie- to Kawa i zabawa umiejscowiona na ul. Terespolskiej 4.
Oczywiście, przyciągnęła nas wielka zjeżdżalnia i to ona jest główną atrakcją tej kawiarni. Podczas naszej wizyty Lilka zjechała z niej może 120 razy i nie miała dość. Gdybym mogła napisać instrukcję zjeżdżalni idealnej to wyglądałaby właśnie tak. Szybki, zakręcony zjazd na długo pozostanie w głowie mojej córki.
Pod kawiarnią jest duży parking i nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem miejsca (co niestety jest rzadkością w Warszawie).
Duża, jasna przestrzeń cieszy moje purytańskie oko. Bardzo sprytnie schowane są kolorowe zabawki i dzięki temu nie zagracają przestrzeni. Dzieci bawią się we wnęce pod zjeżdżalnią.
Do toalety można wjechać nawet wózkiem. Znajdziemy tam również przewijak i … błękitne niebo.
Menu nie jest tutaj bardzo szerokie, bo jest to tylko kawiarnia. Można zjeść coś lekkiego: sałatkę lub naleśniki. A na deser przekąsić coś słodkiego i wypić naprawdę dobrą kawę! Całość zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie i z pewnością tam nie raz wrócimy.
Chociaż bardzo mało je.
Coraz częściej z bliższego i dalszego otoczenia słyszę komunikaty, że moje dziecko niewiele je. Zwłaszcza po wakacjach ze znajomymi kiedy mieliśmy porównanie z młodszym o pół roku chłopcem, który pochłaniał może 3 razy tyle co Lilka na każdy posiłek. A moja córka po 15 łyżkach mówiła, że już „brzuch jest pełny”. Każde dziecko jest inne, to moje motto. Nie należy ich porównywać.
Niedawno będąc u mojej mamy rozmawiałam z nią na ten temat, bo była wyraźnie zmartwiona faktem, że Lilka je jak wróbelek. Rzeczywiście je naprawdę mało i bardzo wybiórczo, ale nie jest niejadkiem.
Wiecie dlaczego?
Z byciem niejadkiem jest tak jak z jąkaniem. Dziecko zacina się, bo ma zbyt dużo myśli na minutę, a aparat artykulacyjny nie jest w stanie wyprodukować tych wszystkich dźwięków. Jest to rozwojowe, czyli dziecko najprawdopodobniej z tego wyrośnie. Chyba, że to zacinanie nazwiemy jąkaniem i zaczniemy na nie zwracać uwagę. Mogę Wam zagwarantować, że jeżeli będziemy mówić do zacinającego się dziecka „nie jąkaj się”, „nie zacinaj się”, „mów płynnie”. To właśnie wtedy przekazujemy dziecku, że ma problem i od wtedy naprawdę zacznie się jąkać.
Czasami sobie myślę, że gdyby Lilka była dzieckiem rodziców, którzy nie myśleliby tak jak my, nie jadła by nic. Serio! Jadłaby pewnie najbardziej powszechne suche bułki. I to wszystko.
Nie popełniliśmy żadnych błędów, że mamy teraz taką sytuację. Rozszerzaliśmy dietę metodą BLW i miała możliwość próbowanie różnych smaków i faktur. Nigdy nie zmuszaliśmy do jedzenia.
Posiłek u nas w domu od zawsze nie służy tylko pochłanianiu pokarmów. Traktujemy ten moment wyjątkowo. Rozmawiamy, cieszymy się sobą, a przy okazji jemy. Nigdy nie puściliśmy bajki podczas jedzenia w domu, nie zabawialiśmy przy jedzeniu i nie zagadywaliśmy.
W ciągu dnia też nie biegam za nią i nie pytam czy jest głodna i czy chce się jej pić. Chcieliśmy żeby nauczyła się kontrolować głód i pragnienie. A tylko w taki sposób może się tego nauczyć. Teraz umie doskonale odczytać swoje potrzeby. Wie kiedy chce jej się pić, a kiedy jest głodna.
Jednak szybko z nich zrezygnowaliśmy, bo zaczęliśmy zauważać, że zjada obiad tylko po to, żeby dostać deser. Uznaliśmy, że jest to bez sensu. Nie chcieliśmy żeby jadła obiad tylko po to żeby dostać deser. Postanowiliśmy nawet, że coś słodkiego dajemy niezależnie od pory posiłków.
Jedyna metoda jaka u nas się teraz sprawdza żeby dziecko zjadało odrobinę więcej jest totalne niezwracanie uwagi na jedzenie i jego ilość. Mam wrażenie, że im więcej się rozmawia na tematy jedzenia, łyżek, ilości tym je mniej, a nawet nic.
Dzieci są bardzo mądre i zauważają szybko, że coś jest na rzeczy. Nawet jeżeli jakimś cudem Lilka zje wszystko z talerza (a było tak może 10 razy w życiu) to nigdy jej nie pochwaliłam, że „ładnie zjadła” ani nigdy nie powiedziałam, że cieszę się ze zjedzonego obiadu.
To nie działa w ten sposób.
Mówiąc w ten sposób uzależniamy dziecko od siebie i ono będzie jadło tylko po to żeby nas zadowolić lub nie będzie jadło właśnie dlatego, że nam na tym zależy i nie może zaznaczać siebie.
W naszym kraju wciąż jedzenie kojarzy się z miłością. Matka karmiąc swoje dziecko i gotując dla rodziny przekazuje miłość. Często same matki stwierdzają: „Nie zjadło MI zupy”. Jak to „MI”? Trzeba oddzielić jedzenie od tego uczucia. Ono nie ma nic do rzeczy, a w przyszłości może powodować problemy. Uczucie po objadaniu się jest właśnie kojarzone z miłym samopoczuciem.
Naprawdę nie chcę żeby moje dziecko czuło się cudownie po zjedzeniu ogromnym ilości jedzenia. Dlatego postanowiliśmy świadomie oddzielać te dwa stany: pełnego brzucha i uczucia miłości.
Nie pozwólcie żeby ktoś nazywał Wasze dzieci niejadkami i sami też ich tak nie nazywajcie. To szufladka, etykietka, która bardzo szybko przylega do dziecka i bardzo trudno się jej pozbyć.
Zaburzenia odżywiania wg mnie zaczynają się w dzieciństwie i należy takim zachowaniom powiedzieć: „Nie!”