kontakt i współpraca
Kolejne urodziny już za nami i dziś chciałabym Wam pokazać kilka fajnych pomysłów, który możecie wykorzystać też u siebie. Co roku mam chęć na nowe, więc szukam ciekawych inspiracji już od początku września.
Co roku mamy taką tradycję, że w dzień urodzin na dzieci rano czekają balony i mały torcik, a świętujemy w weekend.
Poniżej już tort z imprezy 🙂
Zacznę od miejsca – w tym roku zorganizowaliśmy urodziny dość nietypowo. Impreza odbyła się muzeum Polin „U króla Maciusia”. W Warszawie jest sporo miejsc, które oferują przygotowanie takiego przyjęcia dla dzieci, a nam zamarzyło się właśnie tam. O samym miejscu, do którego możecie się wybrać prawie każdego dnia pisałam więcej tu: U Króla Maciusia
Temat imprezy był związany z Królem Maciusiem, więc dekoracjami staraliśmy się dopasować do motywu dworskiego. Zamówiłam przepiękne dekoracje z Meri meri
Spinka korona TUTAJ
W tym roku zamówiłam też pierwszy raz CUKSY. Napisała mi o nich czytelniczka (dziękuję!). Bardzo fajny pomysł na urodziny, czy inną okazję. A polega na tym, że zamawiamy krówki w spersonalizowanym papierku. Możemy dodać sam napis lub napis ze zdjęciem. Jeżeli i Wam się spodobał ten pomysł to pamiętajcie żeby je zamówić odpowiednio wcześniej.
Czeka się na nie około 10 dni. Chciałam żeby Lila zabrała je do szkoły w dzień urodzin, ale nie doszły, bo za późno zamówiłam. Na szczęście mieliśmy jeszcze imprezę dla rówieśników i tam przyjęły się rewelacyjnie. One są przeeepyszne (ciągutki:)
Co by było gdybyś został królem? Poznamy historię króla Maciusia bohatera książki Janusza Korczaka. Podczas imprezy postaramy się zbudować zamek, w którym zasiądzie na tronie król- solenizant. Zastanowimysię wspólnie, czy to fajnie jest być królem?
O samej ofercie urodzinowej możecie przeczytać TUTAJ. My zdecydowaliśmy się na urodziny z animatorami i było wspaniale – dzieci i rodzice byli zachwyceni! Po przywitaniu i kilku zabawach ruchowych zeszliśmy razem na wystawę żeby na własne oczy obejrzeć rekonstrukcję synagogi z Gwoźdźca i poszukać na niej ukrytych zwierząt. Później dzieci robiły stroje królewskie i hełmy. Na koniec wjechał tort i wszyscy zaśpiewali sto lat.
Mimo tego, że na stole były różne smakołyki, to dzieci były tak zajęte, że właściwie nie podchodziły do stołu.
Na Instastories prosiłam Was o polecenie tortów na zamówienie i kilka razy padała odpowiedź Niebieskiemigdały. Zamówiłam tort śmietanowy z malinami i crunchy w maślanej polewie w kolorze ombre (księżniczkowym). Ten tort był przepyszny! Gościom też smakował i wszyscy mnie pytali, gdzie go zamawiałam. Więc, mogę Wam polecić również. Odbiór jest przy Rondzie Daszyńskiego.
Świeczka (zimny ogien w kształcie cyfry jest TUTAJ lub TUTAJ), a pikery z księżniczkami są z Meri meri
A tak wyglądała impreza:
Dzieci zeszły na wystawę:
Ktoś się zmęczył:)
Jeżeli szukacie ciekawego miejsca na zorganizowanie urodzin lub chcecie miło spędzić czas z dziećmi to bardzo Wam polecam przestrzeń „U króla Maciusia”.
Wszystko dla tych naszych dzieci kupujemy. Kolejne książki, zabawki i inne bardzo potrzebne rzeczy. A o sobie na końcu lub prawie na końcu myślimy. A to czasu nie mamy, a to szkoda pieniędzy na kolejną durnotkę – znam to dobrze. Chodzę od 5 lat w tym samym wełnianym płaszczu, a dzieciom już teraz mam wszystko na zimę.
Dziś pod przykrywką tych małych przyjemnostek kryje się coś więcej. Dlaczego wszystko jest tutaj różowe. Z jednego powodu: jest październik. Rok temu w listopadzie miałam rutynowe usg piersi – wszystko ok – powiedział lekarz. Widzimy się za rok – jednak ja nie odpuszczam i badam się regularnie sama. Kilka miesięcy później dzwoniłam i szukałam terminu usg „na już”. Myślałam tylko o TYM, co wyczułam.
Chciałam mieć już spokój w głowie i poszłam prawie z marszu. Spodziewałam się najgorszego i autentycznie wstrzymałam oddech jak lekarz przyłożył głowicę. Zdziwił się, że sama wyczułam taką maleńką torbiel, która okazała się zupełnie nie groźna. Odetchnęłam z ulgą i w końcu moja głowa była wolna od tej myśli. Powiedziałam mojej znajomej o całej sytuacji – ona się wystraszyła i przez to poszła na usg. Lekarz szybko powiedział, że widzi coś niepokojącego, koniecznego do dalszej diagnostyki inwazyjnej …
Dlatego ja też dziś pod przykrywką tych różowości, które są symbolem walki z rakiem piersi proszę Was żebyście sprawdziły, czy przez ostatnie 12 miesięcy miałyście usg piersi. Jeżeli nie, zapiszcie się już dziś. Jak to zrobicie – powiedzcie o tym mamie, przyjaciółce. Im też się przypomni. Czas szybko leci i może nam się wydawać, że niedawno byłyśmy.
Niestety co 19 sekund jedna kobieta na świecie słyszy diagnozę rak piersi.
A teraz czas na małe przyjemności, bo nie samymi dziećmi kobieta żyje. Musi pamiętać też o sobie.
1. Mini kolekcja Risk made in Warsaw Purple Pink – po raz kolejny marka przystąpiła do Kampanii na rzecz Walki z Rakiem Piersi Estee Lauder Companies – z ich sprzedaży 20 % w październiku zostanie przekazana na rzecz Ośrodka Nowotworów Dziedzicznych przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. Piękna idea, piękny kolor i jak zwykle cudowne kroje. Primaballerina będzie świetnie wyglądać do czarnych rzeczy. Wiele razy mnie pytałyście o te spódnice. Mówię szczerze, zanim nie miałam Primy to nigdy nie chodziłam w spódnicy, a teraz chodzę non stop.
2. Serial Bold type – to takie moje małe guilty pleasure – oglądam, bo lubię silne kobiety i tematy związane z kobietami. Jedna z nich ma mutację genu BRCA1 i musi dokonać ważnych wyborów. Bardzo polecam na jesienne wieczory.
3. Serum Estee Lauder Advanced Night Repair – świetne serum, ze sprzedaży którego marka odda 20% na badania nad rakiem piersi u kobiet z mutacją w genie BRCA1 prowadzone w Ośrodku Nowotworów Dziedzicznych przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie.
4. Segregator medyczny #jestemkobietą stworzony przez Nicole Sochacki, która jest jedną z kobiet, które wciąż nam przypominają żeby badać się regularnie. W końcu zamawiam segregator żeby mieć czarno na białym – kiedy ostatnio się badałam i jakie miałam wyniki.
5. Pomadka Velvet Bourjois – mam jedną w bardziej stonowanym kolorze, ale ta będzie idealna na ożywienie twarzy jesienią i zimą. Świetnie się trzyma, nie klei się i jest matowa!
6. Esencja odmładzająca Resibo – nowość z marki, którą bardzo lubię. Używam od kilku dni i uwielbiam – lekka, nawilżająca i napinająca skórę. Polubimy się na dłużej!
7. Portfel Kanken – kultowa marka wypuściła nowość i kilka tygodni temu kupiłam większą wersję taką – sprawdza się świetnie i gdyby nie fakt, że od 1. 10 nie trzeba mieć przy sobie dowodu rejestracyjnego, to nawet nie myślałabym o mniejszym. Jednak nutka niepewności została zasiana i może się skuszę na wymianę.
8. Lakier Mardi Gras Semilac – bardzo okazjonalnie maluję paznokcie lakierami hybrydowymi, a jak już to tylko dlatego, że nie mogę znaleźć zamienników ukochanych kolorów. Tak jest z Mardi – to mój ulubiony kolor – świetnie wygląda do stonowanego ubrania ( szary golf + camelowy płaszcz).
9. Planer pełen czasu – wpiszcie tam koniecznie kolejne badania
10. Szalik Lindex – gruby szal z akcentem różowym
11. Golf Lindex – pokochałam miłością wielką golfy z merino lub kaszmiru. Sama mam taki (obeecnie w promo) i chodzę w nim non stop!
12. Pomadka Lipstick queen – w tamtym roku kupiłam miniaturkę i już zużyłam. Jest genialna, bo zmienia kolor na piękny lekki róż, długo się trzyma i świetnie nawilża.
To jak sprawdziłyście już datę ostatniego badania?
Pokój rodzeństwa to przestrzeń przy której trzeba nieźle się nagminastykować żeby była funkcjonalna. Kiedy pokazałam Wam projekt pokoju, który zrobiliśmy z Agata z biura projektowego Aplusa – wszystko było przemyślane i wydawać by się mogło, że idealnie. Jednak plan nam się trochę zmienił, bo w najbliższym czasie planujemy przeprowadzkę, więc koszt całej realizacji woleliśmy przenieść na nowe mieszkanie.
W międzyczasie pokój rodzeństwa przeszedł niewielką metarmorfozę, z której jestem bardzo zadowolona. Uznałam nawet, że łóżko piętrowe w naszym wypadku nie sprawdziłoby się dobrze. Wiem, że jesteście ciekawi, dlaczego takie rozwiązanie nie jest dla nas.
Rozmawiałam również z moją znajomą, które niedawno zamieniła łóżko piętrowe na inny model, bo tamto nie było dla nich również funkcjonalne (mieli KURĘ), a teraz mają takie i są bardzo zadowoleni (TUTAJ)
Jestem bardzo zadowolona z efektu końcowego, pokój rodzeństwa jest bardzo funkcjonalny i nic bym w nim nie zmieniła. Jeżeli jesteście na podobnym etapie to polecam Wam kupienie łóżka, które jest normalnych rozmiarów. Pewnie pamiętacie, że mieliśmy po niemowlęcym jeszcze jedno łóżko (możecie zobaczyć Pooój dwulatki) i nie było to dobre wyjście – nie mieściliśmy się w nim, a i Lili nie było wygodnie.
Naprawdę najlepszym wyjściem jest łóżko w normalnych wymiarach. Przy roszadach nocnych między łóżkami jest niezastąpione. Nasze łóżko to Flexa play z barierką (zamawiana oddzielnie TUTAJ). Mamy rozmiar 90×190 i sprawdza się idealnie! Nie ma żadnego śladu użytkowania, a jest mocno eksploatowane. Trochę mamy za wysoki materac, ale przynajmniej jest bardzo wygodne.
Na łóżku kapa dwustronna Samiboo (nasza ma inny rozmiar), prześcieradło Fabrykaprześcieradeł, lniane poduszki TUTAJ
Pewnie poznajecie, że to łóżko Quax Stripes, które było też łóżkiem niemowlęcym. Jest to genialny patent, bo dzięki temu szybko nie musimy zmieniać łóżeczka. Jest dość duże 70×140, więc spokojnie na 2 lata jeszcze wystarczy.
To, że ma wyższe boki sprawia, że niepotrzebne są żadne zabezpieczenia i łóżko jest bardzo funkcjonalne. Jest niskie, więc dziecko bez problemu wejdzie do niego i wyjdzie, ale się nie sturla w nocy. Do tego jest świetnie wykonane i po 2,5 roku nie ma żadnych śladów.
Chciałam, żeby mimo wspólnego pokoju mieli SWOJE miejsca na skarby. Postawiłam na metalowe półki, które nie przytłaczają i nie zakrywają ściany (chciałam odsłonić ombre).
Lili półka Kids depot jest z melimelu.pl i jest idealna! Mieści aktualnie czytane książki i ważne drobiazgi. Można na niej wieszać różne rzeczy, ale też przyczepiać zdjęcia na magnesy.
Plakat tęcza to dzieło Stylove abecadło, Ramki mięta i szara Paperconcept, lampka balon Ikea, lampka buteleczka TUTAJ
Jak widzicie przestrzeń pod łóżkiem jest mocno eksploatowana.
Koszyki są z Tigera, walizka żółta Ikea, a worek na Magformersy to mały Play&go (TUTAJ)
Walizki tęcza Meri meri (dwie są w komplecie), Lalka LOL, torebka Penny scalan, Czapka Lamama
Chciałam zrobić też galerię na prace na ścianie, więc wymyśliłam coś takiego: kupiłam dużą ramkę (30×40) w Castorama KLIK (15 zł), wyjęłam szybkę. Na tekturę nakleiłam papier prezentowy z Paperconcept. Przykleiłam sznureczek i dokupiłam małe spinacze. Dzięki temu możemy podziwiać prace nie tylko na lodówce i je co jakiś czas zmieniać.
Bardzo długo nie mogłam znaleźć odpowiedniej półki, ciągle coś mi nie odpowiadało. Trafiłam na tę i wiem, że zostanie z nami bardzo długo. Półka Large loop – Petite friture TUTAJ. Można do niej przyczepiać magnesy, zdjęcia i inne różności.
Lampka grzybek Egmont Toys, Doniczka (Tiger- stara kolekcja), książka Dinozaurium TUTAJ, tęcza Grimm’s (pisałam o niej Tęcza Grimm’s), adapter Fisher price classics (z USA), matrioszki TUTAJ
Biurko Flexa sprawdza nam się świetnie i długo służyło jako miejsce niedostępne dla młodszego brata;) Mamy też krzesło, które jest idealne. Pasuje, a do tego jest bardzo funkcjonalne. Krzesło Nomi TUTAJ
Na biurku Lila ma różności, ale najlepiej sprawdza się organizer i pudełko na różne rzeczy. Organizer Tkmaxx, a pudełko Ikea.
Na parapecie jest sporo miejsca na rzeczy
Kontenerek na artykuły plastyczne Kids depot TUTAJ, zegar Ikea, przekładki Grimm’s
domek Lori, o którym pisałam Domek dla lalek
Julek ma biurko po Lili i chociaż było pomalowane mnóstwo razy i tyle samo razy szorowane przeze mnie, to wciąż wygląda jak nowe. Biurko i krzesło Les Gambettes TUTAJ. Plakat dinozaury Stylove abecadło TUTAJ
Zabudowaną szafkę zastąpiłam prześwitująca Kids depot – chciałam żeby było więcej widać efektu ombre na ścianie. Jest duża i mieści zabawki dzieci.
Skrzynia na kółkach Nobobo
Koraliki Pyssla z Ikea – ostatni hit!
Lustro Zara home
Kuchnia to od dawna jedna z najbardziej ulubionych zabawek. Ta sprawdza się świetnie. Jest dostępna TUTAJ, a więcej pisałam o niej Zabawki dla dwulatka. Jak widać pokój rodzeństwa ma też strefy wspólne.
Chciałam trochę rozjaśnić przestrzeń i postawiłam na naklejkę. Autorką wzoru jest Beata Dejnarowicz.
Dywan to Lorena Canals (TUTAJ) – zdecydowanie wart swojej ceny- piorę w pralce, suszę w suszarce i wciąż wygląda jak nowy.
Zapytacie pewnie, gdzie są książki. Otóż, przeniosłam je do salonu – najczęściej tam je czytamy, na kanapie, więc są pod ręką.
Tak wygląda nasz pokój rodzeństwa. Myślę, że dzieci też są zadowolone, bo mają dużo miejsca na dywanie i każde z nich ma swoją „strefę”. Jeżeli jest coś, czego nie podlinkowałam to dajcie znać.
Jeżeli myślicie, nad tym jak zaaranżować pokoik to bardzo Wam polecam studio Aplusakids.pl (obejrzyjcie ich realizacje – są świetne!)
Ustalmy to raz a dobrze: zabawki na podłodze są stałym elementem krajobrazu domów, w którym mieszkają dzieci. Nie mam pojęcia skąd się tam biorą, ale są. Co się nie odwrócę, to leży coś nowego. Tak, mam takie dni, że mnie to denerwuje. Sprzątam, odkładam wszystko na miejsce i przechodzę do drugiego pokoju. Wracam na chwilę i już coś tam leży. Widzę też zależność, że im więcej dzieci, tym więcej jest zabawek – na podłodze również.
Pamiętam, jak odwiedziła mnie położna po porodzie na wizycie patronażowej, spojrzała na mnie i na moje pierworodne przyklejone do piersi. Weszła, umyła ręce i rozejrzała się po mieszkaniu. Miałam może 5 minut na ogarnięcie wszystkiego przed jej przyjściem i nie do końca mi się udało. Stałam przed nią i aż się zarumieniłam ze wstydu.
Wcale nie było to kokieteryjne „Przepraszam za bałagan”, ja naprawdę miałam bałagan. Ona spojrzała na mnie, przełożyła wymiętą tetrę z oparcia fotela i powiedziała: „Tutaj wszystko jest w porządku” Zrobiłam wielkie oczy, a ona dopowiedziała resztę: „Kiedy kobieta mając malutkie dziecko ma wszystko wysprzątane aż lśni, to trzeba jej się dokładniej przyjrzeć, być może potrzebuje pomocy”.
Do napisania tego wpisu zaprosiła mnie marka Electrolux – producenta nowego pionowego odkurzacza Pure F9. A wymyślił go chyba rodzic, który miał dość codziennego odkurzania podłogi i innych powierzchni z okruchów i paprochów.
Są sprawy ważne i ważniejsze – myślę, że dzieci nie będą pamiętały tego, że zabawki u nas leżały na podłodze, a pranie czekało na złożenie kilka dni. Będą pamiętały, że przeczytałam im książkę, ugotowałam zupę i wyszłam z nimi na spacer.
Obniżyłam totalnie moją strefę komfortu jeżeli chodzi o wygląd mieszkania. Najpierw tym się martwiłam, a teraz staram się nie zauważać. Naprawdę ciężko jest mieć wszystko na miejscu jeżeli dzieci są w domu i tak bardzo angażują. Pewnie się da to pogodzić, ale ja naprawdę wolę poświęcić ten czas dla siebie czy też męża. Ogarniam ten cały grajdołek dopiero jak dzieci pójdą spać.
Podłoga w naszym mieszkaniu od 6 lat jest miejscem, gdzie spędzamy najwięcej czasu. Tam rysujemy, bawimy się, a zdarzyło nam się nawet jeść na podłodze.
Oprócz tego, że dzieci mają magiczne moce i przenoszą zabawki w najodleglejsze zakątki mieszkania to mają jeszcze jedną zdolność – produkowania śmieci, okruszków, paproszków i innych rzeczy, które przyklejają się do naszych stóp.
My zazwyczaj chodzimy w domu boso, więc od razu wyczuwamy to, że podłoga jest brudna. Chociaż odkurzacz to mój najlepszy przyjaciel to jednak nie chce mi się go non stop wyciągać żeby usunąć piasek z podłogi przy wejściu do domu.
Zawsze też jest tak, że co tylko schowam odkurzacz to coś się wydarzy i muszę znów po niego iść. Rura w szafie, odkurzacz za komodą i naprawdę dużo z nim zachodu. Niedawno wpadłam do mojej znajomej, która też ma dwójkę dzieci i podpatrzyłam u niej coś, co wyglądało jak rozwiązanie moich problemów z czystą podłogą, którą chciałabym mieć. Miała odkurzacz pionowy, którego stałe miejsce jest w kuchni. Co to za wynalazek – wielkość większej szczotki z szufelką, a ciągnie jak marzenie.
Sama też zapragnęłam taki mieć, taki który wciągnie wszystkie paproszki, piasek, okruchy itd. Zapytacie też pewnie dlaczego nie samosprzątający odkurzacz – a to właśnie dlatego, że mi pozbieranie rzeczy z podłogi zajmuje więcej czasu niż poodkurzanie pionowym. No i odkurzacz pionowy ma inne funkcje, które uwielbiam!
Kilka dni temu Lilka zasłaniając okno w pokoju strąciła kwiatek, część ziemi nasypała się na półkę z książkami i tu wkroczył Pure F9 – dzięki temu, że wyciąga się z niego rurę to służy nie tylko do podłogi. Bez problemu możecie odkurzyć żyrandole, półki, zasłony i inne dość problematyczne miejsca.
jedno ładowanie to 60 minut ciągłej pracy, więc nam wystarcza na tydzień, kiedy używam go codziennie. A tak naprawdę jest non stop potrzebny. Sięga też pod kanapy, bo pojemnik jest przesuwny i przez to można nim wysprzątać wszędzie. Rączkę można obniżyć tak mocno, że bez problemu poradzą z nim sobie nawet dzieci, które bardzo chętnie go używają. A ja z ich chęci często korzystam. Do tego, kiedy przerywam sprzątanie odkurzacz sam stoi – nie trzeba go wstawiać do stacji lub opierać o ścianę.
Ma automatyczny tryb ssania, który dostosowuje się do powierzchni, kiedy przejeżdżam z dywanu na podłogę to zwiększa siłę. Na podłodze widać każde ziarenko piasku, bo ma podświetlaną szczotkę, więc podłoga po odkurzaniu jest naprawdę czysta i odkąd mam F9 to nie wyciągnęłam z szafy mojego starego odkurzacza.
Najbardziej podoba mi się ta dostępność – zawsze stoi w zasięgu wzroku i mogę szybko z niego skorzystać w razie potrzeby. Na koniec wystarczy odczepić pojemnik, który zatrzymuje nawet pył i opróżnić go do śmieci. Jest idealny dla alergików, bo zatrzymuje alergeny w środku.
Według mnie to idealny wynalazek dla rodziców, którzy często odkurzają – mi się zdarza nawet dwa razy dziennie korzystać z jego możliwości. Chwila moment i już posprzątane. A zabawki niech sobie spokojnie leżą, bo i tak za chwilę ktoś je wysypie na podłogę.
Muszę też wspomnieć, że obecnie jest promocja na 30 dni testowania lub zwrot pieniędzy KLIK Ale ja bym już go nie oddała;)
Farma dyń w Powsinie to miejsce, które odwiedzamy co roku od 4 lat. Tuż za Warszawą w kierunku Powsina po prawej stronie zobaczycie bramę, a za nią jest pomarańczowo po horyzont. W tym roku jest otwarta od drugiego tygodnia września, a my już tam byliśmy. Dziś chcę Was zachęcić do wycieczki w to miejsce.
Farma dyń jest czynna do końca października. Są różne opcje wizyt w tym miejscu.
Możecie pojechać sami bez zapowiedzi w godzinach 9- 17 (7 dni w tygodniu). Od razu Was uprzedzę, że w weekendy jest sporo ludzi. My wybraliśmy się w niedzielę o godzinie 16. Zadzwoniłam tam wcześniej i okazało się, że jest otwarte do 18. Ta godzina jest idealna na robienie zdjęć – jeżeli zależy Wam na pięknym świetle w złotą godzinę to warto pojechać prawie na zamknięcie.
Do tego – o tej porze jest mniej ludzi, więc nie będziecie się denerwować, że ktoś wchodzi w kadr. A jest to miejsce wybitnie fotogeniczne i naprawdę warto tam pojechać nawet na sesję zdjęciową (rodzinną, brzuszkową, czy też inną).
Możecie też podsunąć pomysł wychowawczyni w Waszym przedszkolu żeby zorganizować wycieczkę na Farmę. Wiem, że wtedy są organizowane dla dzieci różne atrakcje. Teren jest ogrodzony, więc dzieci mogą swobodnie korzystać.
Jest tam też namiot w razie niepogody i stoliki dla dzieci.
Do tego mnóstwo dyń i zabawy! Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to repertuar, który jest grany w kółko z głośnika. Ale na to przymykam oko, bo to naprawdę świetne miejsce na wypad z dziećmi. Wystarczą dwie godziny na farmie żeby się nacieszyć i skorzystać z atrakcji. My w tym roku, wybieramy się jeszcze raz aby jeszcze skorzystać ze wszystkich atrakcji.
A! Jeżeli jechalibyście z dziećmi w niezbyt ładną pogodę to weźcie im koniecznie kalosze – jak popada deszcz to się przydadzą.
A jeżeli będzie Wam jeszcze mało to możecie się wybrać do ogrody PAN w Powsinie i na świetny nowy plac zabaw tuż obok KLIK.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis – kliknijcie „Lubię to” lub udostępnijcie go swoim znajomym – podziękują Wam
Jak wiecie na drugie imię mam „włosomaniaczka” i gdybym nie prowadziła tego bloga, to pewnie zaczęłabym pisać właśnie o włosach. Kiedyś moje włosy doprowadzały mnie do szału i absolutnie nie były powodem do dumy. Teraz uważam są jednym z moich największych atutów. Ale dojście do tego stanu zajęło mi dobre 10 lat.
O całej zmianie pielęgnacji napisałam wpis Pielęgnacja włosów. Znajdziecie tam wszystko, co zmieniło moje strąki w bujną czuprynę. Ostatnio dołączyłam również zabieg oczyszczania, o którym pisałam Mój sposób na piękne włosy. Używam tej serii cały czas, a peeling raz w tygodniu – jest już moim rytuałem.
Niestety, jak zwykle po wakacjach moje włosy są dość mocno przesuszone, myślę, że Wasze pewnie też, więc chciałabym Wam pokazać coś nowego, co w dosłownie pół godziny pomoże Waszym włosom dojść do ładu. Ja po tym domowym zabiegu miałam wrażenie, że moje włosy właśnie przeszły specjalistyczny rytuał pielęgnacyjny u fryzjera.
Tylko na wizytę u fryzjera trzeba mieć sporo czasu i dużo pieniędzy. A ja polecę Wam dziś zestaw, który za niewielkie pieniądze sprawi, że Wasze włosy odżyją. Do tego będą gładkie i nawilżone. Do tego całość możecie zrobić w domu bez większego wysiłku.
Do tej pory miałam dwa najlepsze sposoby, które robiłam w domu i zawsze przywracały moim włosom blask.
przed zabiegiem po zabiegu
Obie metody są rewelacyjne i szybko odżywiają włosy. Jak je robię?
Na suche (olejowanie na sucho) lub na mokre ( olejowanie na mokro) nakładam olejek (np. arganowy lub oliwę z oliwek) od ucha w dół. Nie olejuję skóry głowy, bo wtedy włosy są przyklapnięte. Związuję włosy w luźny kok i po 30 minutach myję normalnie włosy.
Teraz mam Olejek z Biovax Botanic, który działa zdecydowanie mocniej niż zwykłe olejki. Saszetka kosztuje 9 zł (!!!) i wystarcza na 2 użycia. Efekt jest bardziej spektakularny, bo olejek dodatkowo jest ciepły i dzięki temu jeszcze lepiej wchłania się we włosy.
Wkładam go na kilka minut do kubka z ciepłą wodą, a pózniej nakładam na włosy. Oleje z maliny moroszki, czarnuszki i bawełny nawilżają suche i zniszczone włosy jakby były po zabiegu. Aby wzmocnić efekt warto założyć turban TermoCap lub owinąć je ręcznikiem. Ciepło powoduje, że olejki jeszcze lepiej się wchłaniają we włosy. Olejek Biovax jest bez parabenów, sls-ów i w 99% składników jest pochodzenia naturalnego.
Mocno nawilżająca maska to musthave dla moich włosów – bez niej miałabym na głowie szopę. Przy każdym myciu ZAWSZE używam odżywki lub maski. Czasami stosuję maskę przed myciem: na lekko zwilżone włosy nakładam maskę (od ucha w dół) i zakładam na głowę reklamówkę 😉 Teraz już nie muszę, bo mam specjalny czepek, który pomaga lepiej wchłonąć kosmetyk.
Mam też maskę Biovax Botanic, którą stosuję po dokładnym umyciu włosów szamponem i nakładam czepek, a na to TermoCap. Dzięki temperaturze temu maska się świetnie wchłania, po 40 minutach zdejmuję czepek spłukuję wodą i mam włosy jak po zabiegu u fryzjera.
Wszystko w warunkach domowych, za niewielkie pieniądze i do tego mam pewność, jakie składniki ma maska, czyli bez parabenów i sls-ów, które nie służą moim włosym. Jeżeli zależy Wam też na szybkim wzroście włosów – to tym bardziej jest dla Was. Do maski dołączony jest foliowy czepek.
Ten zestaw będzie mi towarzyszył przez całą jesień i zimę, bo w tym czasie włosy najbardziej się przesuszają. Zazwyczaj wszystkie zabiegi robię w weekend, bo wtedy zazwyczaj nie muszę się spieszyć. W tygodniu zestaw obowiązkowy, który nie zajmuje dużo czasu to: szampon + maska + olejek na końcówki. Jeżeli szukacie czegoś do włosów, co do natychmiastowy efekt to bardzo polecam Wam te dwa produkty.
Jeżeli też macie chęć je przetestować to mam dla Was rabat 15% w https://biutiq.pl Kod „sauna” działa od dzisiaj do 30.09. 2018 r. na cały asortyment.
Plac zabaw Arkadia – to nowe miejsce na mapie Warszawy, z pewnością będzie o nim głośno przez cały rok. Uroczyste otwarcie jest dopiero jutro, a my zostaliśmy na nie zaproszeni. Jednak żeby móc Wam o wszystkich atrakcjach napisać – pojechałam tam dziś.
Plac zabaw znajduje się przed Arkadią i jest naprawdę duży. Oczywiście jest bezpłatny i czynny przez cały rok.
Koniecznie ubierzcie się wygodnie – rodzice też, bo będziecie mogli skorzystać z wielu atrakcji razem. Dzieciom weźcie też ubranie na zmianę, bo jest tam kilka stref, gdzie można bawić się wodą. Cały teren placu zabaw jest wyłożony tartanem. Ja na takie wypady zakładam dzieciom dłuższe spodnie, bo jednak można zetrzeć sobie kolano przed upadkiem.
Warto założyć zakryte buty, bo są też ścianki wspinaczkowe i lepiej żeby dobrze trzymały się nogi. Możecie też wziąć coś do picia, bo gwarantuję, że szybko stamtąd nie wyjdziecie. Plac zabaw Arkadia jest czynny cały czas, pilnowany jest przez ochronę.
Co prawda nie jest ogrodzony, ale z każdej strony jest pas zieleni, który wyznacza początek i koniec.
Według mnie od roku do 99+ – naprawdę każdy znajdzie tam coś dla siebie. Maluchy mogą przechodzić pod tunelami i chować się w różnych miejscach. Starsze dzieci zjeżdżać na małych zjeżdżalniach, skakać na trampolinach i bawić się w wodzie, a najstarsze – wspinać na najwyższe drabinki. Rodzice też znajdą tam dla siebie odpowiednie miejsce i chociaż chciałoby się usiąść na pięknej ławce pod drzewkiem, to raczej o to ciężko.
Największe wrażenie zrobiły na mnie podświetlane huśtawki z przetaczającym się zielonym światełkiem – świetny pomysł na nowy element, który zwraca uwagę.
Myślę, że teraz będzie dość oblegany, ale w tygodniu rano z pewnością będzie pusto.
Uroczyste otwarcie jest już jutro i z tej okazji będzie wielki rodzinny piknik od 11 do 18.
Partnerem głównym wydarzenia jest Komenda Stołeczna Policji. W trakcie pikniku funkcjonariusze zaprezentują swoje umiejętności oraz pozwolą zasiąść w prawdziwym radiowozie. Dodatkowo każdy uczestnik będzie mógł:– Zwiedzić mobilny posterunek– Zobaczyć pokazy tresury psów policyjnych– Zasiąść na motocyklu czy w łodzi policyjnej– Obejrzeć pokaz robota pirotechnicznego i patroli konnych– Poznać zasady ruchu drogowego w specjalnym miasteczku
Miejskie Zakłady Autobusowe Warszawa przygotowały specjalny autobus edukacyjny, gdzie najmłodsi będą mogli dowiedzieć się, jak zadbać o bezpieczeństwo w komunikacji miejskiej.
Dzięki współpracy z Komenda Miejska PSP m.st. Warszawy każdy będzie mógł zasiąść w prawdziwym wozie bojowym oraz poznać szczegóły pracy strażaków.
Do tego będzie wiele innych atrakcji!
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie go znajomym – z pewnością Wam podziękują za polecenie takiego świetnego miejsca.
p.s. A jeżeli już się tam wybierzecie to niedaleko macie najlepsze lody w Warszawie Deseo
Takim właśnie komentarzem został skwitowany mój syn kiedy mijałam wózkiem kilogramy cukru rozstawione na podłodze w osiedlowym sklepie z owadem w logo. Stwierdził, że to idealny moment na zamanifestowanie swojego niezadowolenia z powodu robienia sprawunków przez swoją rodzicielkę. Płakał, nie jakoś głośno – tak zwyczajnie, bo ktoś nieumiejętnie umieścił stoisko z bułkami na końcu sklepu. Łapówka w postaci buły, która zazwyczaj zajmuje młodocianego na całe zakupy, była na samym końcu sklepowego labiryntu, na którym rozstawione były różne przeszkody.
Gdy poszukiwałam wzrokiem kaszy jaglanej ( a nie – to były płatki śniadaniowe) odwróciła się do nas starsza Pani, która postanowiła zawstydzić moje dziecko i zajrzała w zapłakaną twarz Juniora i rzekła, grożąc palcem:
Aż mi prawie słoik z suszonymi pomidorami wypadł spod pachy. Junior wystraszony płakał dalej, nie wiadomo czy z presji bycia grzecznym, czy też z faktu nazwania go dziewczynką.
Wtedy coś pękło i nie był to ten słoik z pomidorami. Pękło coś we mnie, bo wiele razy przemilczałam podobne sytuacje, kiedy Pan na chodniku mówił, że dziewczynki brzydko wyglądają, jak płaczą.
Odwróciłam się do Pani i w skrępowaniu prawie odkręcając słoik odrzekłam:
Przykucnęłam przy zapłakanym Juniorze i pogłaskałam go po głowie.
Pani się zdziwiła moją reakcją, bo od razu przyznała mi rację i czym prędzej popchała swój koszyczek.
Dojechałam w końcu do bułek i byłam taka z siebie dumna, że w nagrodę kupiłam sobie croissanta.
Ale zawsze brakowało odwagi, pewności i poczucia, że nie wywiąże się ostra wymiana zdań.
Od prawie 5 lat tkwi w mej głowie historia, która przypomina się w takich chwilach.
Osiedlowy sklep, kolejka i kilkunastomiesięczna L. pragnąca lizaka. Jako mama, która woli kupić kilo pomarańczy niż lizaka, używałam argumentów, które ciężko jest zrozumieć dziecku, kiedy ma słodyczową wystawę na wysokości nosa. Kiedy Pani przed nami skończyła pakować wędlinę do siatki i schowała portfel do kieszeni płaszcza, odwróciła się w stronę mojego dziecka i dała mu do ręki … Snickersa, po czym dała susa w stronę drzwi. (Co za energia, jak na starszą osobę!)
Stałam jak wryta, jakby ktoś rzucił mi na szyję 10 kilogramów kamieni. Moje małe dziecko, które nigdy nie jadło nawet wafla w czekoladzie, trzymało w ręku zbitek orzechów arachidowych i mieszankę syropu glukozowego. Używając najbardziej przekonujących argumentów w stylu: „To jest ble”, „Ta Pani nie zapytała czy możesz?” po „On jest PIKANTNY” (tak wiem, ale to zawsze działa) nie udało mi się wyłuskać z jej małej ręki brązowego zawiniątka.
Nie chciała mi oddać, a ja wiedziałam, że cała Warszawa usłyszy o tym, jak próbuję jej to odebrać. Zrobiłam 10 oddechów i uznałam, że jej pozwolę. Jaka była moja ulga, kiedy po dwóch stwierdziła, że jest „bleee” i mi oddała.
Jadłam tego Snickersa pchając wózek (przecież nie wyrzucę! zero waste) – byłam na siebie wściekła, że nie odpowiedziałam nic, nie zareagowałam na ten niecny czyn. Powiem szczerze, że tkwi on we mnie do dziś.
Czemu mają służyć te uwagi na ulicy? O czapeczki, o gołe nóżki?
Czy ludzie chcą nam pomóc, czy może sami chcą się poczuć lepiej i wysyłają w naszym kierunku takie komunikaty. Kiedy sama byłam dzieckiem to nie raz i nie dwa słyszałam o Panu, który mnie zabierze, czy nawet o czarnej Wołdze.
Czemu mają służyć takie teksty? Odwróceniu uwagi dziecka od stanu emocjonalnego, w jakim obecnie się znajduje. Kiedyś w taki sposób wychowywano dzieci, bo nie znano innych metod. Wierzę w ludzi i nawet w takim z pozoru nieprzyjemnym „geście” widzę chęć pomocy.
Zazwyczaj chcą dobrze, ale nie mają kompetencji, ani wiedzy, jaką my mamy, że warto pielęgnować wszystkie emocje i nie zabraniać płakać. Dlatego zdecydowałam się, że będę reagować na taką formę „pomocy”. Będę edukować starsze osoby, że pozwalam na płacz żeby później nie musiało chodzić do psychoterapeuty.
Brak czapki przy 15 stopniach jest spowodowany tym, że dziecko jest cięgle w ruchu i odczuwa o 10 stopni więcej. Miłym tonem, bez agresji i z uśmiechem na twarzy. Może innym razem okażą więcej życzliwości rodzicom i im pociechom.
Kiedy nagrałam Instastories o całej sytuacji dostałam mnóstwo komentarzy od Was na ten temat.
„Ja kiedyś pogłaskałam po łysinie faceta, który nagle w sklepie pogłaskał wcześniej mojego malutkiego synka. Taka byłam wściekła, że nawet nie dotarło do mnie, co robię. Ale się na mnie wydarł…”
„Ja nie zwracam uwagi tym osobom, tylko mówię do dziecka, że np. ta Pani nie ma racji. Każdy ma prawo wyrażać swój smutek. Albo… nie przejmuj się, ja nie uważam żebyś był niegrzeczny, rozumiem, że teraz potrzebujesz wyładować całe nagromadzone napięcie. Albo… nie jesteś niegrzeczny, to Pani nie rozumie, co się z Tobą dzieje”Author
„Zawsze reagowałam na takie teksty, na szczęście „mój maluszek” ma już 16 lat… Dziecko słysząc, że rodzic staje w jego obronie i tłumaczy spokojnym tonem bardzo zbliża się do rodzica, takie małe sytuacje otwierają dziecko w naszą stronę. Teraz „mój malutki” nie ma przede mną tajemnic, myślę, żę to również miało na to wpływ.”Author
„Zawsze reaguję, kto ma ich bronić, jak nie my?”Author
A Wy jak postępujecie w takich sytuacjach? Reagujecie, czy kierujecie swoją odpowiedź do dziecka. Ja, jak w końcu się odważyłam to będę szerzyć moje prawdy w koło i Was też będę do tego zachęcać. Może, jak ktoś usłyszy, że nie ma co straszyć dziecka „Panem” to przestanie tak mówić.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam.
W dzisiejszych czasach język angielski jest nawet w żłobkach. Dzieci od małego są często otaczane piosenkami w tym języku, oglądają świnkę Peppę w oryginale i czytają z rodzicami książki w tym języku. Nikogo już nie dziwi to, że rodzice myślą o dodatkowych zajęciach z języka angielskiego.
Pojawia się za to mnóstwo pytań o to, czy warto. Czy może zajęcia w przedszkolu i szkole wystarczą? Dziś rozmawiam z Dorotą Tolsdorf, właścicielką szkoły językowej, metodykiem i doświadczonym lektorem języka angielskiego. Ponadto, Dorota jest też trenerem – szkoli nauczycieli języków pracujących z dziećmi oraz jest autorką scenariuszy zajęć językowych dla przedszkolaków.
Zawsze warto! Dzieci chłoną język w mig, jeśli tylko zadbamy o prawidłowe warunki do przyswajania tej wiedzy. Jeśli znamy język dobrze i jesteśmy pewni swoich umiejętności to oczywiście możemy „ćwiczyć” w domu. Najchętniej odpowiedziałabym dość przewrotnie – absolutnie nie uczmy dzieci – bawmy się!
Wplatajmy język w codzienne sytuacje, nazywajmy produkty z których robimy śniadanie czy obiad, nazywajmy czynności i przedmioty, czy ubrania. Świetnie sprawdzają się też rutyny – wierszyki na dobranoc, czytanie książeczek czy wyliczanki przed wyjściem na spacer. Unikajmy natomiast komunikatów: „Chodź, poćwiczymy teraz angielski” albo „Powiedz coś po angielsku” czy jeszcze gorsze „A jak jest pies po angielsku?”.
Sztuczność powyższych sytuacji na pewno nie przyczyni się do rozwoju językowego dziecka, a zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że może je łatwo zniechęcić. Ważne, aby ta komunikacja miała jakiś cel: niech dziecko poprosi o coś do picia, odpowiednio zareaguje na prośby o umycie ząbków czy ubranie butów, niech więc angielski będzie w naturalnym dodatkiem do codziennego życia, który stopniowo będziemy wprowadzać.
Myślę, że wtedy warto zgłosić się do dobrej szkoły językowej. Dobrej, czyli takiej która oprócz kolorowych materiałów i angażujących zabaw zaprezentuje nam program, który chce zrealizować w danym roku szkolnym. Jeśli sami nie znamy języka, ważne też jest wsparcie, jakie szkoła językowa chce przekazać rodzicom – w postaci dziennika elektronicznego, wskazówek do ćwiczeń w domu, nagrań piosenek, historyjek czy dostępu do interaktywnej platformy lub aplikacji.
Warto również wziąć udział w zajęciach otwartych – zobaczyć w jakiej atmosferze odbywa się lekcja, upewnić się, że grupa jest mała, a lektor posługuje się językiem na dobrym poziomie. Jako rodzic, zapytałabym też o to w jaki sposób lektorzy utrwalają i powtarzają z dziećmi wprowadzany materiał językowy.
Obecnie wiemy już sporo o procesach pamięci – dzieci uczą się niebywale szybko, ale równie szybko zapominają. Zresztą nie tylko dzieci. Wystarczy spojrzeć na krzywą zapominania Ebbinghausa, z której jasno wynika, jak często potrzebujemy powtórek. Zwróciłabym jeszcze uwagę na to, czy lektor uczy pojedynczych, wyizolowanych słów, czy wprowadza zwroty i frazy. To bardzo ważne, aby od samego początku pokazywać dzieciom język w kontekście.
Wielu z nas, dorosłych ma świadomość, że zna mnóstwo słów, ale trudno nam jest je łączyć w zdania, dlatego warto zastosować inne podejście (mowa tu o Lexical Approach), w którym dzieci od samego początku posługują się gotowymi „kawałkami zdań” i łatwiej jest im tworzyć pełne wypowiedzi.
Wielu rodziców chce „osłuchać” swoje pociechy z językiem przez włączanie bajek i piosenek po angielsku. Absolutnie nie chcę powiedzieć, że to nie przyniesie efektu. Jednak zdecydowanie stoję na stanowisku, że powinniśmy uczyć komunikacji, która ma cel. Słuchanie bajek spowoduje, że być może powiększymy zasób słownictwa i struktur, ale z pewnością nie doprowadzi do opanowania języka w dobrym, komunikatywnym stopniu.
Praca z dużą grupą jest naprawdę sporym wyzwaniem dla nauczyciela, ale bardzo cieszy mnie, że zajęcia z języka są w przedszkolach częścią podstawy programowej. Dobrze prowadzone zajęcia, odpowiednio dobrane piosenki, historyjki i często powtarzany materiał na pewno przyniosą efekt.
Warto zaglądać na „gazetkę językową” w przedszkolu, może pojawią się tam tematy zajęć, wprowadzane słownictwo albo tytuły ogólnodostępnych w internecie piosenek. Zawsze zachęcam rodziców do brania czynnego udziału w procesie rozwoju językowego ich dzieci. Pamiętajmy, że nauka języka to proces, tu nie ma cudów i dróg na skróty – potrzeba zaangażowania trzech stron – nauczycieli, samych uczniów, jak również ich rodziców.
Ha! To bardzo dobre pytanie! Wielu z nas jest przekonanych o tym, że nie powinniśmy uczyć dzieci „na zapas” albo „do przodu”. Do nie dawna byłam przekonana, że nie będziemy „uczyli” naszego 5 letniego syna liter i czytania właśnie z obawy „bo w szkole będzie się nudził”. A chwilę później stwierdziłam…a właściwie czemu nie?
Dlaczego nie wykorzystać potencjału, chęci i łatwości jaką mają dzieci do przyswajania nowej wiedzy? Tym bardziej, że wiele szkół językowych podaje język w innej, powiedziałabym nowoczesnej formie niż tradycyjny, szkolny system. Cudownie jest obserwować rozwój umiejętności językowych dzieci, więc jeśli tylko dziecko jest chętne, pozbyłabym się takich obaw.
Jest wiele metod, myślę, że niemożliwe jest wskazanie jednej jako „najlepszej”. Szukajmy zajęć prowadzonych zgodnie z możliwościami i potrzebami dziecka w danej grupie wiekowej. Ważne aby dzieci były „zanurzone” w języku podczas zajęć (rozumiem przez to, że lektor używa języka docelowego przez prawie całą lekcję), a lekcja miała swoje rutyny i stałe elementy, przez co dzieci będą wiedziały jak uczestniczy w poszczególnych aktywnościach, a poczucie bezpieczeństwa będzie zagwarantowane.
Dzieci nie muszą umieć czytać i pisać przyswajać język. Przecież gdy uczą się języka ojczystego też nie znają liter, a komunikują się już w wieku kilku lat. Pamiętajmy też, że dzieci uczą się mimowolnie, nie wiedzą że są częścią procesu dydaktycznego – dzieci mają się dobrze bawić, a to lektor ma wiedzieć, jaki cel chce osiągnąć wprowadzając daną aktywność.
Oczywiście, że można nie „pracować” w domu. Natomiast efekt będzie najwidoczniejszy wtedy, kiedy utrwalania będzie dużo, nie tylko w czasie zajęć. Nie można się „przeuczyć”, dlatego jeszcze raz podkreślam, że powtórki mają moc!
Dziękuję za rozmowę!
Przyszedł wrzesień i jedno z mich dzieci stało się (prawie) uczniem, a drugie zostało w domu. Naprawdę nie spodziewałam się, że młodsze tak zareaguje i codziennie będę musiała odpowiadać po kilkanaście razy, kiedy wróci siostra. Młodszy bardzo tęskni i przez pierwsze dni naprawdę nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Musiałam się wykazać kreatywnością i wymyślać mu zabawy, które do tej pory inicjowała siostra.
Już w czerwcu wiedziałam, że chcę z nim chodzić na zajęcia.
Z Lilą też chodziłam przez cały rok i według mnie miało to ogromny wpływ na to jak udała się późniejsza adaptacja. Jeżeli tylko macie możliwość żeby Wasze dziecko chodziło na takie zajęcia to postaram się Was przekonać, że to najlepszy pomysł.
Dodam jeszcze, że wcześniejsze rozpoczęcie chodzenia na zajęcia typu: Gordonki, Sensoplastyka itd. naprawdę mają sens. Chociaż nam się może wydawać, że dziecko nie czerpie z nich zbyt wiele, bo siedzi z boku lub biega.
To też nie jest tak, że jeżeli dziecko raz, czy dwa w tygodniu chodzi na zajęcia to w jakiś sposób ingerujemy w jego rozwój, a powinno się bawić patykiem. Bez przesady!
Zacznę od tych bardziej egoistycznych, czyli korzyściach dla mamy
1. Mamy, często nie wiedzą, co robić z dziećmi w domu. A codzienne chodzenie na plac zabaw może już się znudzić. Dla mnie takie wyjścia z małym dzieckiem, było prawdziwym motywatorem. Wiedziałam, że rano wstajemy, sprężamy się i wychodzimy. Cały dzień był bardziej zorganizowany, a przez to miałam wrażenie, że robimy coś wyjątkowego.
2. Mamy okazję spotkać się z innymi osobami dorosłymi, z którymi możemy normalnie porozmawiać. Pamiętam te listopadowe dni z niekończącym się kaszlem, kiedy marzyłam o tym żeby ktoś do mnie przeszedł i pogadał. Serio, wyjścia „do ludzi” zawsze mnie pozytywnie nakręcają. Tak samo jest z mamami – fajnie jest dzielić podobne pasje i móc porozmawiać o nich.
3. Zajęcia prowadzone przez specjalistów naprawdę inspirują. Dzięki nim będziecie miały więcej pomysłów, co jeszcze możecie robić w domu z dzieckiem. Często instruktorzy dają też wskazówki, jak można coś innego przetestować w domowych warunkach.
4. Nie oszukujmy się, fajnie jest, jak ktoś się zajmie naszymi dziećmi w bardzo rozwijający sposób. Zawszę patrzę na prowadzących z podziwem i wdzięcznością
5. Bardzo łagodne wejście w grupę dzieci. Jest to znakomita forma, bo rodzic wciąż jest blisko i nie ma tak jak w przedszkolach, czy żłobkach, że musi w końcu się wycofać. Czyli tak naprawdę jest to najłagodniejsza forma adaptacji do życia w grupie. Nie ma żadnych przymusów, dziecko może uczestniczyć lub tylko obserwować. Często dopiero po kilku zajęciach dzieci są chętne do uczestnictwa i to jest świetne, bo zrobią to dobrowolnie.
6. Dzieci mają namiastkę tego, co ich czeka w przedszkolu lub żłobku. Często zmienia się kapcie, przynosi swoje jedzenie, dzieci się witają. To doskonałe doświadczenie, bo jest zupełnie inne niż w domu.
7. Zawsze się czegoś nauczą, chociaż nam się może wydawać, że wcale nie korzystają z tych zajęć, bo tylko siedzą z boku. To zupełnie normalne. Wydaje mi się nawet, że dzieci, które aktywnie nie uczestniczą powinny chodzić na takie zajęcia, po to żeby się oswajać w łagodny sposób.
P.S. Na zajęcia adaptacyjne z Lilką chodziła moja z znajoma z córką, która po 3 miesiącach chodzenia dopiero zgodziła się stanąć z dziećmi w kole. To był mega sukces!
8. Śmiejcie się lub nie, ale takie wyjście do grupy dzieci to budowanie odporności. Dziecięce organizmy, które znają tylko środowisko domowe mają możliwość obcowania z patogenami. Dzięki temu trochę łagodniej później przyjmą „bombę”, która czeka na nich w przedszkolu lub żłobku.
9. Ciekawość świata – w wieku 0-3 lata dzieci rozwijają się najintensywniej, więc warto je zabierać w takie miejsca, które spowodują, żę będą chciały jeszcze więcej poznawać
10. Na takie zajęcia może chodzić też babcia, czy niania. Według mnie jest to ważne żeby dzieci miały też kontakt z innymi osobami dorosłymi, pozwala to na łatwiejsze nawiązywanie kontaktów i mniejszy lęk separacyjny.
Dzięki pomocy moich czytelniczek udało mi się zebrać takie miejsca. A Wy jeżeli macie w swoim mieście takie zajęcia godne polecenia, to koniecznie dopiszcie je do listy.
My chodziliśmy na darmowe zajęcia do Biblioteki na ul. Chłodną ( teraz są w poniedziałki) WOLA
Fundacja „Sto pociech” ma szeroką ofertę zajęć dla dzieci ŚRÓDMIEŚCIE
Klub „W trakcie” WAWER
Malinowo TARGÓWEK
Urwisowo w Domu kultury „Kadr” MOKOTÓW
Polana WILANÓW
Mama Wśród mieściu MURANÓW
Warszawska Strefa Rodziny (w różnych dzielnicach KLIK)
Mamy czas BIELANY
Mamo Tato ŻOLIBORZ
Samo Centrum Wszechświata WOLA
Ansekabanse WOLA
Cafe nutka, zajęcia Montessori (WOLA)
Pompon WOLA
Mamy dom MOKOTÓW
Służewski Dom Kultury URSYNÓW
Kółko i krzyżyk ŻOLIBORZ
Kofifi ŻOLIBORZ
Dębki – to podobno stan umysłu. Niektórzy jeżdżą tam po kilkanaście lat z rzędu. A my już drugi raz byliśmy w Dębkach i jestem absolutnie zakochana w tym miejscu. Nawet mój mąż, który za Bałtykiem nie przepada powiedział, że bardzo mu się tam podoba. Nie wiem co te polskie morze w sobie ma, że mnie tak do niego ciągnie? Wybaczam deszcz, zmienną pogodą i wiatr urywający głowy. Kocham tam być.
Byliśmy w kilku nadmorskich miejscowościach – vide Gdańsk z dziećmi, ale to Dębki skradły moje serce i wiem, że tam będziemy wracać. Obserwowaliście nas w czasie naszego pobytu i Was też zainteresowało to miejsce. Dziś napiszę o tym, co nas urzekło tam najbardziej i które miejsca polecamy.
W ostatnią niedzielę wakacji dojazd zajął nam 4h 40 min z jednym krótkim postojem. Jechaliśmy autostradą szybko i bez żadnych problemów.
Dodam też, że nasze nadmorskie pobyty zawsze planujemy na ostatni tydzień sierpnia. Od kilku lat ten termin jest dla nas idealny, bo już jest pusto, ale wszystkie sklepy i restauracje nadal są otwarte.
Do tego zawsze mamy w tym czasie pogodę. Myślę, że taki wyjazd na koniec sezonu to dobry pomysł -szczególnie z dziećmi. Miło jest tak powoli wkraczać w rok szkolny i wykorzystać ostatnie dni wakacji.
Dębki według mnie są miejscowością idealnie przystosowaną do potrzeb rodzin z dziećmi. Właściwie jest tu wszystko, co lubimy robić na takich wyjazdach, więc dal nas jest idealnie. Zdaję sobie sprawę, że każdy ma inne potrzeby, a wyjazd do Dębek to taki kompromis pomiędzy dostępnością dobrego jedzenia, atrakcji dla dzieci, a jednocześnie bez wszechogarniającego „festynu”.
W tym miejscu jest w wersji light. Nigdzie nie słyszałam disco polo, chamskich zachowań na plaży: picia piwa czy też palenia papierosów.
W tym roku zatrzymaliśmy się znów w Domkach Nemo, które idealnie odpowiadają na nasze potrzeby. Tym razem byliśmy w 19 osób (10 dorosłych i 9 dzieci). Domki są przystosowane do rodzin z dziećmi i są wyposażone w: pralki, w niektórych są zmywarki, łóżeczka, wanienki, barierki na łóżko itd.
Na samym środku jest duży plac zabaw. Siedząc na tarasie można mieć dzieci na oku. My w domkach spaliśmy po dwie rodziny i tak nam się sprawdziło najlepiej.
Wejście 21 chyba najbardziej przypadło nam do gustu, bo jest tam bar: Kontener Dębki, gdzie wieczorem z głośników grała przyjemna muzyczka, można było zamówić grzane wino, a dzieciom kukurydzę. Plaża w Dębkach wszędzie jest bardzo szeroka, a piasek przypomina mąkę i jest cudowny. Do zejścia 21 można dojść pomijając stragany (a to ważna informacja dla rodziców;).
prowadzi na najpiękniejszą plażę w Dębkach, czyli przy ujściu rzeki Piaśnicy. Miejsce jest absolutnie piękne, bo rzeka jest płytka i bardzo spokojna. Można ją przejść bez problemów. W tym miejscu dzieci mogą korzystać z nadmorskich fal i rzeki. Jeżeli zejdziecie w tym miejscu to dodatkowo będzie osłonieni od zachodu kawałkiem lasu, więc nie będzie na Was wiało. Wchodzi się obok parku linowego Tarzanek.
Jeżeli pójdziecie dalej za parkiem linowym to przejdziecie przez rzekę i też dojdziecie na plażę, ale z wózkiem jest to trudna trasa, bo przez bardzo długi odcinek jest piaszczyście.
jest wybrukowane, więc trochę łatwiej się prowadzi wózek, ale zdecydowanie jest tam więcej ludzi. Przy samym zejściu jest wieża widokowa, która jest ciekawą atrakcją do zobaczenia. Przy tym wejściu też jest bar. Dodatkową atutem tego wejścia są łódki, które stoją na plaży. To tam mamy najpiękniejsze zdjęcia. Dzieci bardzo lubiły przychodzić właśnie tutaj, bo właziły do łódek i się tam bawiły.
Do innych wejść jeszcze nie doszliśmy, ale wszystko przed nami.
Oprócz standardowych takich jakie możecie spotkać w każdej nadmorskiej miejscowości i które doprowadzają rodziców do rozpaczy może skorzystać z tych naprawdę wartościowych.
W czasie 8-dniowego pobytu ani razu nie jechaliśmy samochodem, bo nie było takiej potrzeby. Właśnie dlatego nam się tam podobało, że od tego odpoczęliśmy. Wszędzie poruszaliśmy się pieszo.
Jest sporo restauracji, ale my korzystaliśmy tylko z kilku.
Ulubione Dębki Playa, gdzie macie do Waszej dyspozycji ogromny ogród z placem zabaw. Przepyszne jedzenie, menu dziecięce, krzesełka, przewijak w toalecie i miła obsługa. To tam najczęściej wpadaliśmy 19-osobową bandą na obiad i zawsze nam smakowało. Są też naturalne lody dla dzieci. Dębki playa są otwarte do końca września
Pan Kurczak, to miejsce przy wejściu nr 21, czyli teoretycznie najbliższe po drodze, ale jednak mam mieszane uczucia co do tej restauracji. Fakt, jedzenie jest wydawane bardzo szybko, ale bez smaku. Do tego maleńka sala zabaw dla dzieci i bardzo brudna. Kiedy mieliśmy do wyboru Dębki playa, a Pan Kurczak to woleliśmy jeszcze 15 minut maszerować do Playi.
Smażalnia „U Kaszuba” – tam raz zawitaliśmy na rybkę i była pyszna. Dorsz dosłownie rozpływał się w ustach, a turbot smakował mężowi, który za rybami nie przepada. W menu są również inne potrawy i były pyszne (np. placki ziemniaczane)
Zapiekanki u Dzika – oh do dziś wspominam zapiekankę z serem lazur, suszonymi pomidorami i świeżym szpinakiem. Dobre zapiekanki, które kupowaliśmy też dzieciom 🙂
Fajne miejsce – mega klimat, animacje dla dzieci i piękny wystrój (otwarte cały rok)
U przyjaciół – super standard i świetny plac zabaw na zewnątrz (czynne do połowy września)
Dębki playa – apartamenty, a na dole pyszna restauracja
Więcej miejsc nie znam, ale chętnie poznam.
A Wy, znacie Dębki? A może sami jeździcie do takiego miejsca, gdzie jest pyszne jedzenie i trochę atrakcji dla dzieci?
Już niedługo się zacznie: kaszelki, katary i inhalator włączony po kilka razy dziennie. Robię, co mogę żeby przygotować dzieci do sezonu chorobowego. W tym roku będziemy też stosować jedną, nową metodę, o której dowiedziałam się niedawno. Jest w 100% naturalna, a do tego skuteczna.
Do napisania tego wpisu sponsorowanego zaprosiła mnie rodzinna olejarnia Olini, która tłoczy na zamówienie różne zdrowe oleje, a w tym olej z czarnuszki.
Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł medyczny właśnie o niesamowitych właściwościach tej rośliny. Trochę się zdziwiłam, że medycyna, która opiera się raczej na preparatach medycznych wspomaga się również fitoterapią (czyli ziołolecznictwem). Z ciekawością przeczytałam TEN artykuł naukowy i postanowiłam spróbować
Głównym składnikiem oleju z czarnuszki są nienasycone kwasy tłuszczowe (aż 85%), których sam organizm nie wytwarza i musimy ich dostarczać w diecie. Tak na przykład kwasy regulują powstawanie i wzrost komórek. W jelitach (które są centrum odporności każdego człowieka ) przyczyniają się do powstawania co 5 dni nowej śluzówki.
„Dobroczynne działanie NNKT (nienasycone kwasy tłuszczone) jest szeroko znane: poprawiają odporność organizmu, wspierają układ krążenia, regulują metabolizm, determinują prawidłową pracę wielu narządów i przeciwdziałają nowotworom. Jednak wyjątkowość oleju czarnuszkowego wynika przede wszystkim z wysokiej zawartości związku aktywnego o nazwie tymochinon. To właśnie ta substancja jest w największej mierze odpowiedzialna za właściwości antynowotworowe, przeciwzapalne i antyoksydacyjne oleju.”
źródło
Te kwasy mają dobroczynny wpływ na układ odpornościowy i są wskazane w czasie jego obniżenia.
Więcej o dobroczynnych właściwościach oleju z czarnuszki możecie przeczytaj w tych artykułach medycznych: TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ
Mnie osobiście zaciekawił ten olej z powodu wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszowych (aż 85%) i jak się zaczęłam wgłębiać w ten temat to dopiero odkryłam jego większe możliwości.
Olej z czarnuszki polecany jest od roku.
Dla dzieci do 3 r.ż dzienna dawka to 1/2 łyżeczki (2,5 ml) dziennie, a powyżej 3 r.ż to jedna łyżeczka (5 ml) dziennie.
Olej ma dość ostry smak i nazywam go „syropkiem”. Czyli nalewam na łyżeczkę i podaję dzieciom. Można go dawać rano na czczo albo wieczorem po posiłku. Aby trochę zmienić jego smak można na łyżce (dużej) wymieszać łyżeczkę oleju i trochę miodu.
Sama również go piję, bo pomaga przy mojej insulinooporności (zmniejsza poziom homocysteiny).
Olej z czarnuszki jest sklasyfikowany jako bezpieczny olej spożywczy, nie środek leczniczy, więc nie można go przedawkować czy nie ma działań niepożądanych. Pojawiają się jednak również opinie, że czarnuszka nie jest zalecana w ciąży, bo może wywołać przedwczesne skurcze. Ponieważ każda ciąża jest inna myślę, że najbezpieczniej będzie skonsultować się ze swoją położną lub lekarzem.
Olej przechowujemy w lodówce od 3 do 10 stopni i musi być zużyty do 3 miesięcy od daty tłoczenia. Każdy olej z olejarni Olini jest tłoczony na zamówienie, czyli trafiają do nas oleje 2-3 dniowe, w ten sposób nie tracą swoich zdrowotnych właściwości.
jest u nas w kuchni od dawna. Używam go do smażenia, ale też do robienia zdrowej czekolady: zmielone wiórki kokosowe, olej kokosowy, ksylitol podgrzewam w garnku i wlewam do foremek, a później wkładam do lodówki.
Lubię też batony ala Bounty: wiórki kokosowe, olej kokosowy i ksylitol podgrzewam w garnku do połączenia składników. Formuję batony i wkładam do lodówki na 3 h, póżniej w kąpieli wodnej rozpuszczam gorzką czekoladę z olejem kokosowym i tą masą polewam batony. Wkałdam do lodówki do ostygnięcia.
To jest nowy olej w nowej kuchni i najczęściej dodaję go do warzyw pokrojonych w paski dla dzieci i nam do sałatek. Olej jest tłoczony z niełuskanych pestek dyni. Cenna kukurbitacyna występuje właśnie pod łupiną pestki więc zachowuje on wszystkie najlepsze właściwości. To właśnie obecność kukurbitacyny sprawia, że olej z pestek dyni ma działania przeciwpasożytnicze.
To mieszanina oleju słonecznikowego i rzepakowego – używam go do smażenia, do maczania pieczywa, do zup, a nawet do koktajli. Ma najmniej wyczuwalny smak ze wszystkich i smakuje moim dzieciom.
Dodaję go też do warzyw na talerzu, żeby lepiej przyswajały się witaminy. Poniżej z goframi z kaszy gryczanej niepalonej z cukinią.
Ja do tej pory kupowałam dzieciom tylko oliwę z oliwek i olej kokosowy nie zwracając uwagi na produkcję, czy też zawartość. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie to jest ważne. Jeżeli szukacie sprawdzonego źródła to bardzo Wam polecam Olini.
– oleje są maksymalnie świeże, tłoczone na zamówienie– tłoczone są najlepszej jakości polskich ziaren, wszystkie oleje tłoczone są na zimno, nierafinowane i niefiltrowane– wysyłane są kurierem, dobrze zapakowane, więc transport jest szybki i bezpieczny
A ja ma też dla Was miłą niespodziankę.
Na hasło NEBULE na stronie www.olini.pl dostaniecie 10% rabatu na całe zamówienie do 9.09.
A tu jeszcze wpis Olej z czarnuszki czy naprawdę działa?
Jestem jedynaczką, więc chyba trochę łatwiej spojrzeć mi na moje dzieci bez żadnych doświadczeń z przeszłości. Nie mam takich wspomnień, że mam ustąpić, bo jestem starsza albo wymagać podzielenia się zabawkami. Więź moich dzieci wspieram na podstawie czystej karty i wyłącznie opierając się na ich obserwacji.
Do napisania tego wpisu zaprosiła mnie marka Baby Dove, która wspiera rodziców w codziennych wyzwaniach.
Przyznam szczerze, że bardzo się bałam kiedy na świecie pojawiło się drugie dziecko. Przez krótki czas miałam poczucie, że coś odbieram starszemu dziecku. Moja uwaga była wówczas skierowana na dwójkę dzieci, a nie tylko na jedno. Nie ukrywam, że przez chwilę było mi nawet smutno, że już nie będziemy tylko we troje. Duży wpływ na mój stan miały hormony i jak tylko powitaliśmy czwartego członka naszej rodziny wszystkie obawy przeszły, a nasza więź stała się jeszcze mocniejsza.
Kiedy zbliżał się termin mojego porodu z Julkiem, to najbardziej martwiłam się tym, z kim zostanie Lila kiedy pójdę do szpitala. Bałam się, że moja kuzynka nie dojedzie na czas.
Do przyjęcia nowego członka rodziny przygotowywaliśmy się długo i myślę, że dzięki temu udało nam się w miarę spokojnie go przyjąć. Od początku wiedziałam też, że nie będziemy kupować Lilce prezentu od dzidziusia, bo przeczyło to z założeniami naszych metod wychowawczych (czyli nie okłamujemy dzieci). Lilka sama zaproponowała, że chce coś kupić bratu na „zerowe urodziny”. Zabrałam ją do sklepu i wybrała podobnego misia, którego podarowała mu na pierwszym spotkaniu. Później często używała go do zabawy z leżącym bratem.
Bardzo mi zależało na tym żeby nie odczuła tego, że moją uwagę dzielę teraz na dwa. Od samego początku chciała się angażować w czynności pielęgnacyjne, a ja jej na to pozwalałam. Było wolniej, było trochę bałaganu, było trochę nerwów, ale BYŁO warto.
Przynosiła chusteczki nawilżane i pieluszki, smarowała maleńkie stópki balsamem, uczestniczyła w kąpieli. Była bardzo zaangażowana i czuła się WAŻNA. Jej rola starszej siostry była wykorzystana do maksimum. Więź budowaliśmy od samego początku i na wiele jej pozwalaliśmy. Naprawdę dużo mam takich obrazków przed oczami, kiedy np. Lila czesze Julka włosy i mówi do niego: „Juleczku, uczeszę Ci teraz włoski”.
Chociaż różnica wieku jest dość spora (prawie 4 lata) i nie mają zbyt wielu wspólnych zainteresowań, to naprawdę potrafią się ze sobą bawić. Obserwuje to z wielką ciekawością, bo starsza bawi się z młodszym w takie zabawy, w jakie nigdy nie bawiła się sama. Jest to dla niej bardzo rozwojowa zabawa, bo ćwiczy jej cierpliwość i uczy wielu rzeczy.
Kiedy po raz dziesiąty jednego dnia wyciągają: koce, parasole, karimaty i budują swoje domki to wiem, że właśnie wtedy mam im dać spokój. Nie zwracam uwagi na to co tam znoszą (nawet przekąski sobie organizują) tylko staram się wycofać.
Pierwsza rzecz to staram się zachować spokój. Moje emocje tylko podgrzałyby atmosferę. Staram się nie rozstrzygać, czyja to wina, kto komu itd. Często wina jest po środku, a próby dociekania, czyja to jest sprawka tylko pogarszają sprawę. Naprawdę, ja nie wnikam kto kogo uderzył z jakiego powodu. Przychodzę i staram się załagodzić spór widząc „stan zastany”, czyli płaczące i wkurzone dzieci (jakby tego co było wcześniej nie było). Nazywam emocje, żałuje jedno i drugie i się wycofuję. Nie daje kar, nie mówię o winie i nie oceniam.
Zdarzają się oczywiście też takie, kiedy wina jest ewidentna i np. starsza uderzyła młodszego. Widzę, że nie panuje nad swoimi emocjami i tak chce dać im upust (jednocześnie krzywdząc młodszego). W takich sytuacjach postępuję tak jak zawsze, rozmowę na ten temat zostawiam na chwilę po opadnięciu emocji. Staram się rozmawiać i tłumaczyć dlaczego bicie nie jest dobrym rozwiązaniem.
Proponuję też inne sposoby: „Kiedy nie możesz wytrzymać, bo jesteś tak ZŁA, to szybko odejdź”. Tłumaczę też, że w ten sposób nauczy brata bić i on też będzie ją bił, bo do tej pory nie poznał jeszcze, że można tak robić.
Widzę, że naprawdę próbuje radzić sobie z emocjami, bo ostatnio słyszałam zza ściany, jak młodszy jej coś zabrał, a ona mówiła do siebie „Spokojnie Lilu, oddychaj”. A później przez zęby wycedziła „Juleczku, daj daj”. Uczę ją, że jak będzie bardzo krzyczeć, bo on coś jej zabrał, to ma odetchnąć i poprosić spokojnym tonem „daj, daj”. Tylko to na niego działa i zawsze oddaje.
Pozwalam na takie kontrolowane zabawy i tylko patrzę żeby nikt nie nabił sobie guza. Ciągają się, jedno na drugie włazi, jest trochę śmiechu, trochę wrzasków. Tak wyładowują swoje emocje i budują więź.
Jak mam tylko możliwość to staram się spędzać czas ze starszą 1:1. Ona lubi ten czas, ale tęskni wtedy za Julkiem (tego się nie spodziewałam). Z racji tego, że jest starsza to czasem ją zabieram do kina lub na rolki, a ona wtedy dopytuje o brata. Oczywiście też docenia ten czas tylko z mamą, ale widzę, że wcale nie jest jej niezbędny.
Dotyk jest bardzo ważnym elementem budowania więzi między ludźmi, więc na takie zabawy też daję im przyzwolenie. Smarowanie balsamem, czy masażyki świetnie ich zajmują, a do tego pogłębiają swoją relację. To wyjątkowe momenty, które naprawdę im służą.
Od początku wiedziałam, że nie chce dzieci: porównywać, a przez to zawstydzać. Każde dziecko jest inne i każdy ma prawo zachowywać się inaczej. Nie używamy też kar ani nagród, dzięki temu jest naprawdę łatwiej, bo nikt nie czuje się pokrzywdzony. Pokój dzieci też urządziliśmy w taki sposób żeby każdy miał swoją strefę: biurko, łóżko i każdy oddzielną półkę oraz strefy wspólne (dywan do zabawy).
Wiele jest jeszcze sytuacji są przed nami. Nie jest to łatwe, bo w rodzeństwie jest różnie. Jest czasami dużo śmiechu i fajnych wydarzeń, ale jest też sporo konfliktów. My jako rodzice powinniśmy ich wspierać, jak tylko możemy i nie wartościować nikogo.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” lub udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam 🙂
Cały dzień jesteśmy najlepszą wersją siebie, a wystarczy jedna czerwona kreska namalowana nieśmiało na ścianie, a my potrafimy zagotować się ze złości. Często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, co nas wprowadza w taki stan. Dziś chciałabym napisać o stresorach rodziców, czyli takich sytuacjach, które powodują, że nasze pokłady cierpliwości zdecydowanie za szybko się kończą.
Poprzedni wpis o przyczynach trudnych zachowań u dzieci bardzo Wam się podobał (Kiedy dziecko gorzej się zachowuje), więc tym razem, aby mieć pełny obraz – napiszę o naszych stresorach, z którymi można próbować sobie radzić.
Każdy z nas ma zakodowane inne sytuacje, które wyprowadzają z równowagi, mam je również i ja. Jestem tylko człowiekiem.
Chociaż może to tak wyglądać: wypoczęta i uśmiechnięta mama. Niestety na zdjęciach nie widać odliczania do dziesięciu, wzdychania i przewracania oczami. Osobiście wyjazdy z domu z dziećmi znoszę dość ciężko. Jestem osobą, która ma WSZYSTKO zaplanowane i jestem spakowana na każdą ewentualność. Jednak zawsze zdarzają się sytuacje, które są dla mnie nowe i niekoniecznie chciałabym je przeżyć na wyjeździe.
Niestety one najczęściej dotyczą zdrowia. Mieliśmy kilka takich sytuacji, które były dla mnie ogromnie stresujące i podczas nich marzyłam żeby być w domu. Jedna sytuacja: Julek nastąpił na pszczołę, a my nie mieliśmy nic do wyjęcia żądła, a druga to rotawirus, który nie oszczędził nikogo z nas i rodziny naszych znajomych.
To dlatego zawsze moja apteczka wygląda jakbym wybierała się na wojnę, a i tak zawsze czegoś mi brakuje. Pisałam Wam już jak wygląda moja Apteczka na wyjazd z dzieckiem, i że mam w niej wiele lekarstw i zawsze sprawdzam ich przydatność przed wyjazdem.
Kiedy jestem zmęczona to wystarczy błahostka, aby pokłady mojej cierpliwości doszły do zera. Intensywniej wtedy odczuwam dochodzące bodźce i one powodują u mnie zdenerwowanie. Pamiętam też, jak dzieci wstawały po kilka, kilkanaście razy w nocy i na drugi dzień byłam nieprzytomna, to dosłownie od rana chodziłam zła jak osa.
W takie dni przechodzę w tryb „oszczędzania energii” – staram się nie robić nic poza tym, co trzeba. Robię szybki obiad lub kupuję w barze mlecznym, porządki zostawiam na „lepsze dni”, a sama korzystam z drzemki dziecka, żeby chociaż na 20 minut zmrużyć oko.
Telefon to takie okno na świat – wszystko możemy tam sprawdzić, pogadać z przyjaciółką, czy pooglądać inspiracje na Instagramie. Są jednak dni, kiedy kładę telefon daleko, bo widzę, co ze mną robi. Kiedy piszę sms-a lub sprawdzam informacje i dzieci mnie o coś proszą, to pojawia się u mnie dziwne uczucie, którego nie potrafię do końca opisać, ale nie jest ono dobre.
Kiedy do tego dojdą emocje, codzienne sprawy, to telefon często tratuję jako ucieczkę do lepszego świata (bez bałaganu i obowiązków). Niestety poprawa jest tylko chwilowa, bo później wracam do moich okruchów na podłodze i kosza z praniem. Widzę, że nie wpływa to na mnie dobrze, dlatego biorąc telefon do ręki w takie trudne dni staram się patrzeć na wszystko, jak na bajkę (wiem, że nie do końca jest to prawdziwe).
Doszłam do kolejnego mojego stresora, który naprawdę potrafi mnie zagotować w kilka sekund. Sprzątam, odkładam i przechodzę do następnego pomieszczenia. Wracam za chwilę do niego, a tam już LEGO na podłodze i pomazane biurko. Biorę kilka oddechów i w głowie sobie tłumaczę: „Za 15 lat będziesz miała porządek i będziesz za tym tęsknić” i trochę mi lepiej. A jak sobie z tym radzę? Zabawki sprzątamy razem, wieczorem, bo naprawdę nie mam siły ani chęci odnosić każdej rzeczy co chwilę.
Moim stresorem było też pranie, ale kilka miesięcy temu kupiliśmy większą pralkę (dzięki temu robię pranie zdecydowanie rzadziej) i suszarkę (pranie nie stoi w przedpokoju). Dzięki temu trochę szybciej schodzą nam obowiązki domowe. Mąż zawsze ogarnia kuchnię, a mi zostaje reszta.
Kawa to moja mała, chwilka dla siebie – takie przytulenie od środka. Mam w środku dnia 2 takie momenty, a czasem nawet 3. Kiedy coś się dzieje i nie mogę wypić mojego ulubionego napoju, to jest mi bardzo ciężko. Dosłownie nie potrafię się wziąć w sobie żeby coś zrobić. Staram się też żabym mogła wypić ją w spokoju i to całkiem ciepłą, od razu po zaparzeniu. Takie 15 minut dla mnie, ładuje moje akumulatory do końca dnia, a jeżeli jeszcze mogę drugą ręką przejrzeć gazetkę to jestem przeszczęśliwa.
Ja wiem, ja to wszystko wiem. Ale czasami naprawdę odliczam minuty do jego powrotu. Brakuje mi dorosłej osoby, z którą nie muszę negocjować koloru talerzyka. Co robię w takich sytuacjach? Najczęściej ubieramy się i idziemy na podwórko – tam zawsze mogę spotkać sąsiada, nie widzę zabawek na podłodze, a dzieci mniej się kłócą. To moje remedium na stres – patrzę na drzewa i jest mi lepiej. A na męża czekamy na podwórku i nawet nie zauważam, że miał być później.
Pamiętam jak dziś, jak byłam sfrustrowana, bo ciągle spychałam moje potrzeby na koniec. Kiedyś w końcu miarka się przebrała i powiedziałam koniec. Teraz na bieżąco staram się zaspokajać swoje potrzeby, tak żeby znów nie dojść do tej ściany. Więcej mówię: „Jak skończę to Ci przyniosę”, włączam bajki po to żeby w spokoju się wykąpać i zebrać myśli, bardziej o siebie dbam.
To wcale nie znaczy, że jestem złą matką, tylko ja to wiem, że im bardziej dbam o swoje potrzeby tym mam więcej cierpliwości i zasobów.
Piasek kinetyczny, gwizdek, harmonijka, flet – wszystko poszło na górę do szafy. Nic się dzieciom nie stanie, jak nie pogwiżdżą przez 2 minuty, a mój stan psychiczny zdecydowanie będzie lepszy. Te wszystkie przedmioty wprowadzają mnie w stan walki lub ucieczki, tylko nie mam gdzie uciekać…
Są takie momenty, że chciałabym tego nie słyszeć, ale się nie da. Coraz normalniej podchodzę do takich awantur i staram się nie wnikać i nie analizować. To mi pomaga i przez to dzieci uważają, że jestem sprawiedliwa. Nie pytam, kto pierwszy, kto bardziej itd. Tylko słucham i ewentualnie pozwalam nazwać emocje. To naprawdę im wystarcza.
Nie da się non stop zajmować dziećmi i nie oszaleć. Kiedyś ciągle spychałam ten czas dla siebie, kiedy dzieci zasną, a to może zrobię w weekend. Ale doba z gumy nie jest i ostatnio zauważyłam, że się zapędziłam w pułapkę: „Nic się nie da zrobić z dziećmi”.
Nie wiem czemu tak myślałam i wszystko zostawiałam na czas kiedy śpią lub wyjdą z mężem na podwórko. Okazuje się, że tak naprawdę bardzo dużo rzeczy da się zrobić z dziećmi obok np. paznokcie lub poczytać książkę. Te ograniczenia były tylko w mojej głowie, a ja się dałam złapać.
To lista moich największych stresorów, z których doskonale zdaję sobie sprawę i staram się ich unikać żeby nie być sfrustrowana i z ograniczonymi zasobami cierpliwości. A Wasza lista jak wygląda?
Lato mija – niby najlepszy czas na odpieluchowanie dziecka, a u nas na razie w tym temacie jest kiepsko. Wszyscy nas o to dopytują, a sam zainteresowany zupełnie nie jest gotowy. Dziś napiszę o gotowości rodziców i samego dziecka, która jest w tym przypadku najważniejsza. Nie stresuję się tym zupełnie, chociaż sama jestem gotowa już dawno.
Przychodzi tak czas w życiu rodzica, kiedy zaczyna myśleć o odpieluchowaniu. Chcę zwrócić też uwagę na presję otoczenia, bo jest ona znacząca. Mam wrażenie, że wszystkim na tym zależy. A ja wiem, że nie powinnam słuchać tych wszystkich rad.
Starsza odpieluchowała się w tydzień kiedy miała 22 miesiące. Miesiąc wcześniej mieliśmy mały falstart i po 2 dniach wróciliśmy do pieluch. A kiedy przyszedł TEN czas, sama zakomunikowała, że nie chce pieluchy. Po kilku dniach już było po sprawie. Wtedy jeszcze nikt nas nie dopytywał: czy już? Było jeszcze trochę czasu do drugich urodzin, więc w sumie nawet się nie spodziewaliśmy. Poszło super sprawnie i bez problemów.
Młodszy nie jest jeszcze gotowy – kiedy to mówię lub piszę w odpowiedzi na wiadomość „Jak tam odpieluchowanie?”to patrzą na mnie jak na leniwą matkę, której się nie chce biegać za dzieckiem i wysadzać na nocnik. Naprawdę nie rozumieją, że to nie powinno być widzimisię rodzica.
Najprościej mówiąc dziecko czuje, że ma potrzebę fizjologiczną. Koniec i kropka. Związane jest to z czuciem głębokim i zwiększeniem pojemności pęcherza.
Nie jest to wtedy kiedy my je wysadzamy i czekamy aż coś poleci, bo wtedy może robić to w sposób, który przyniesie w przyszłości trudności związane z układem moczowym. Parcie na mocz powoduje późniejsze trudności w życiu dorosłym np. nietrzymanie moczu lub obniżenie mięśni dna miednicy.
Nie jest to też wtedy kiedy siedzimy z dzieckiem na podłodze i je zabawiamy żeby coś zrobiło do nocnika.
Nie jest to też wtedy kiedy dajemy książkę do oglądania na nocniku, czyli ma siedzieć aż coś zrobi.
Nie jest to też wtedy kiedy dziecko ma wycisnąć kilka kropelek po to żeby dostać nagrodę (naklejkę, pieczątkę, czy chociaż brawo). Naprawdę dzieci bardzo szybko się uczą i żeby dostać „brawo” będą cisnąć żeby coś wyleciało.
Wysadzanie powoduje, że dzieci załatwiają swoje potrzeby wtedy kiedy tego nie czują, a kiedy my tego chcemy.
Gotowość na odpieluchowanie najczęściej pojawia się pod koniec drugiego roku życia to może być w 2 urodziny, ale również i grubo po.
Rodzice często się boją, że przegapią ten moment i tak jak w metodzie Montessori później będzie trudniej im się tego nauczyć. Według mnie nie jest to prawda – im starsze dziecko tym ma większą świadomość swojego ciała i lepiej umie je odczytywać. Mięśnie, które są odpowiedzialne za potrzeby fizjologiczne są bardziej dojrzałe. Znam przypadki dzieci odpieluchowanych później, ale za to z pełnym sukcesem, bo od razu nie chciały też pieluchy na noc. A znam też takie, które mimo szybkiego odpieluchowania, miały zakładaną ją na noc aż do 5 roku życia.
Wydaje mi się, że rodzice często boją się zaufać w tej kwestii swoim dzieciom i czując presję (bo lato się skończy, bo idzie do przedszkola) poddają się tej fali „treningu czystości”.
Jak zwykle zaczęliśmy od książki uświadamiającej, która wg mnie jest najlepszą książką na rynku w tej tematyce. Nie ma w niej żadnych treści, które przeczą moim przekonaniom, czyli nie ma porównywania, że wszyscy już robią do nocnika. Nie ma też nagród za sukcesy. Fajna, mądra książka, którą można kupić w okolicach 18m. i czytać.
Są dostępne dwie wersje:
Nocnik nad nocnikami. Dziewczynka dostępna TUTAJ
Nocnik nad nocnikami. Chłopiec dostępna TUTAJ
Kosztuje 10 zł i warto ją dokupić do nocnika.
Jaki nocnik? U nas świetnie sprawdził się nocnik z Ikei z wyjmowanym środkiem (kosztuje 19.90).
Przy pierwszym dziecku bardzo mi brakowało czegoś mniejszego, turystycznego. Nie znałam jeszcze wtedy Potette, więc mieliśmy spory problem z załatwianiem się na podwórku. Pamiętam, że wiele razy biegaliśmy i szukaliśmy toalety. Tym razem zamówiłam Potette, czyli nocnik, który ma biodegradowalny worek z wkładem. Szybko się go rozkłada, a zawartość wyrzuca do kosza.
dostępny jest TUTAJ
Potette jest też nakładką na sedes, więc może nas uratować w wielu sytuacjach.
W zestawie startowym mamy nocnik, 3 wkłady i worek. Potette się składa i chowa do worka. Można go włożyć do kosza w wózku lub powiesić na haczyku. Poleciła mi go znajoma, która używa go z powodzeniem od 4 lat.
Innym nocnikiem turystycznym jest polski TRON. Jest to nocnik jednorazowy, ale z dość małym otworem. Nie ukrywam, że raz Julkowi nie udało się do niego nasikać. Ciekawe, czy to tylko przypadłość chłopców?;) TRON ma jeden wielki plus – jest malutki. Sama mam go gdzieś w czeluściach torby w razie awarii. Kosztuje 5.99 zł np TUTAJ
Teraz uzbrajam się w cierpliwość i czekam na gotowość. Nie stresuje mnie to, że lato się zaraz skończy. Trudno – majtki suszą się w suszarce i nie będzie problemu.
a tu macie Książki wspierające rozwój mowy
Mam wrażenie, że świat się zatrzymał milion lat temu, kiedy do wychowania dziecka była potrzebna cała wioska. A przynajmniej mentalność społeczna nie zmieniła się od tamtej pory. Chodzi mi o “dobre rady” udzielane przez np. pana lat 50 w warzywniaku, panią z pieskiem w parku itepe itede.
Nie wiem dlaczego, ale prawie każdy czuje swój obywatelski obowiązek żeby coś tej biednej matce, która nic nie wie i nie potrafi, pomóc. Mało tego, czasami słyszę też jak dorosły zasoli do dziecka taki tekst, że mi ręce opadają.
Żałuję bardzo, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawy. Spiszę tu top of the top najgorszych tekstów.
Nie wiem skąd się wziął ten głupi tekst, ale z tego co słyszę to ma się bardzo dobrze i dzieci się boją Pana i Pani w sklepie, bo może je wziąć pod pachę jak bułkę (chleba- regionalizm podlaski) i wyjść z sklepu z owym dziecięciem. Kiedyś jeszcze była czarna Wołga, oj brrr boję się do dziś. Buki też się bałam.
Sytuacja typowa i do tego patowa. Biegnie, biegnie, biegnie i wielkie bum bez telemarku. Podchodzi rodzic, podnosi dziecko, tuli (no ok, normalne-pomyślicie) i mówi “Nic się nie stało przecież”. Ten tekst doprowadza mnie do szału. Często jest też używany do zbycia dziecka, któremu coś się zepsuło i przychodzi zapłakane żeby mu naprawić. I znów ciach “Nic się nie stało”.
Oj stało! Jakby mi się zepsuło, coś bardzo ważnego to stała by się tragedyja nie z tej ziemi. Czemu, więc tak traktujemy problem dziecka? To nie jest sprawa błaha i nieważna, to coś na czym bardzo jej/jemu zależało.
Kolejny tekst z życia wzięty. Bardzo częsty z resztą. Dzieciom nie zabraniam płaczu. Niech płacze, przytulam, żałuję, głaszczę po głowie. Mówiąc “nie płacz” uczymy dziecko, że płacz to coś złego. A to są emocje. Dzieci tak jak dorośli mają różne.
To czemu zabraniamy dziecku płakać? Bez sensu.
Kiedyś w dedetefałen byłą Pani psycholog, ze swoimi pacjentkami i ich mamą. Była przedstawiona cała historia, że dziewczynki często płaczą i mama sobie nie radzi. Pani psycholog wymyśliła świetne rozwiązanie. Namówiła mamę, żeby kupiła im Kury pluszowe i nauczyła je, że kiedy dziewczynki są smutne i płaczą to moją iść właśnie na te kury i tam sobie z własnym płaczem poradzić. No błagam.
Płacz tylko wtedy przynosi ukojenie kiedy jest przeżywany z kimś. Ale nie z kimś kto ma dziobek i pazury. Takie “dobre rady” uczą dziecko, że płacz to coś złego i trzeba płakać w samotności. Okropne!
Tekst pediatry. Z chęcią bym odpowiedziała: “Nie, brzydko je. Brokuły ma nawet z uszami, stół cały wymazany, no podłodze brokułowa papa”. Drugi podobny: czy ładnie śpi. No śpi bardzo ładnie. Wygląda jak anioł. Ale budzi się 6 razy w nocy, a może nawet 16 już sama nie pamiętam z wycieńczenia.
Dziwne to jest, że przymiotnik “grzeczna” w naszych głowach ma dwa kucyki, różową sukienusię, uśmiechniętą buzię i nigdy nie płacze. Odnosi talerzyk po jedzeniu, kłania się sąsiadom i stoi równiutko na apelu. Niestety w naszym społeczeństwie dziewczynki od małego naznaczone są tym stygmatem. Martwi mnie to bardzo, że takich zachowań się tylko wymaga od dziewczynek. Zabrania się złości, płaczu i innych emocji.
To słyszę bardzo często. A najczęściej z ust nianiek/babci na placu zabaw. Czasami mi się wydaje, że idealne dziecko na placu zabaw siedzi na ławce i patrzy na inne dzieci i do tego je tłustego pączka (nie wiem co to za skojarzenie z tym pączkiem;). Przecież po to tu przyszło, nie?
Nagminnie to słyszę w różnych kulkolanadach i innych bawialniach. A może dziecko woli być z mamą? Tak jak w poprzednim punkcie, przecież przyszło się bawić z dziećmi.
Łatwo powiedzieć…
Uczymy dziecko w ten sposób, że jedzenie to nic przyjemnego i trzeba to robić dla kogoś lub za coś.
Denerwuje mnie traktowanie dzieci jako istot niemyślących.
Mogłabym jeszcze pisać i pisać. Nikt nie jest idealny. Czasem mi się wyrwie jakieś słowo, ale zawsze robię rachunek sumienia i wiem, że więcej tak nie zrobię. To chyba najważniejsze.
Co byście dodali?
Rower biegowy Cruzee to najlepszy rowerek, jaki do tej pory mieliśmy. Ma wszystko to, co rower dla dziecka powinien mieć i jest idealny dla najmniejszych dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z jeżdżeniem. Dziś podzielę się z Wami moją opinią i zaprezentuję jego możliwości.
Część odnośników w artykule to linki afiliacyjne.
Zacznę do tego, że rowerów biegowych dla dziecka mieliśmy kilka. Pisałam o nich tutaj: Rowerki biegowe i hulajnogi i tak naprawdę żałuję, że kiedy starsza córka zaczynała jeździć – nie było Cruzee w Polsce. Myślę, że zdecydowanie wcześniej zaczęłaby jeździć, a tak dopiero około 3,5 roku pojechała z przyjemnością.
Dla kogo? Myślę, że umiejętności około 2- letniego dziecka są wystarczające, żeby na nim usiąść i próbować jeździć. Oczywiście każde dziecko jest inne i nie ma reguły. Ale myślę, że rower biegowy Cruzee jest świetnym prezentem na drugie urodziny.
Julek dostał go na święta i miał wtedy 19 miesięcy. Było to za wcześnie. Nauczył się jeździć jak miał równo dwa lata. Dodam jeszcze, że nie chciał jeździć po asfalcie. Dopiero jak go zabraliśmy na trawę i lekką górkę do zaskoczyło. Dwa razy potrzymałam go za siodełko i pojechał. A teraz dogonić go nie mogę;)
Przede wszystkim wagą. Waży dokładnie 1,9 kg! On jest jak piórko. Wydaje mi się, że sukces jazdy na tym rowerze to 80 % jego lekkość. Wiem, co mówię bo kilka razy kupiłam za ciężki rower, na którym dzieciom było trudno jeździć.
Rama jest z aluminium i dzięki temu jest tak lekki. Julek sam go podnosi, mi również nie sprawia trudności jego noszenie. A umówmy się – dzieci na początku jeżdżą niedużo, a wtedy rodzic nosi rower lub wiezie na wózku.
Rowerek ma świetną funkcję, której nie miałam w innych modelach. Płynnie reguluje się siodełko i kierownicę bez użycia żadnych kluczy. Jest bardzo wygodne, bo nie odkładamy tego na później tylko regulujemy z dzieckiem obok. Pamiętajcie, żeby nogi były proste kiedy dziecko siedzi na siodełku. Jeżeli je zgina to znaczy, że czas podnieść siodełko.
Regulacja jest w zakresie
Wydaje mi się, że Cruzee wystarcza na 2- 3 sezony zanim dziecko usiądzie na rower z pedałami
Koła wykonane są z pianki, więc nie musimy się martwić o pompowanie, czy przedziurawienie. Rowerek jest bardzo cichy i świetnie sobie radzi na każdym terenie.
Jest dostępny w wielu kolorach i można dokupić też części.
według mnie jest świetnym wyborem, bo wspiera rozwój dużej motoryki i równowagi. Właściwie odkąd Julek nauczył się na nim jeździć to hulajnoga Mini micro poszła w odstawkę.
Jeździmy w kasku Abus, ale porównując go do Alpiny, którą miała Lila to według mnie jest trochę trudniejszy w regulacji i gdybym kupowała go jeszcze raz to bym zdecydowała się na Alpinę.
A tu łapcie rabat na zakupy do sklepu todler.pl gdzie na kod Nebule – dostajesz 5% rabatu na rowerki Woom, Puky czy na hulajnogi Micro.
A jak już nadejdzie czas na pierwszy rower z pedałami, nie dokręcaj tylko bocznych kółek, nie szykuj drągów – przeczytaj Jak nauczyć dziecko jeździć na rowerze w 15 minut:)
A jeśli rozważasz zakup dla starszego dziecka, lub dla siebie – kopalnię inspiracji znajdziesz we wpisie Jaki rower miejski kupić.
Chociaż nie przepadam ze stwierdzeniem, że dzieci się źle zachowują – to specjalnie tak chciałam nazwać ten tekst. Nie lubię też stwierdzenia „niegrzeczne”, więc tak naprawdę ten wpis jest o tym, dlaczego dzieci nie robią, tak jakbyśmy tego chcieli lub nie pasuje im to, co im proponujemy. Taki tytuł najbardziej by mi tutaj pasował. A więc poznajmy dziecięce stresory
Znacie to, chcecie aby Wasze dziecko skończyło zabawę i poszło zrobić, coś o co je prosiliśmy. A tymczasem nie robią sobie nic z tego, a dodatkowo wydaje się nam jak zupełnie nas nie słuchały i nasze prośby nic dla nich nie znaczyły.
Na pewno też znacie awantury o niepasujący kolor talerzyka lub spazmy przez założenie buta nie na tę nogę.
W dzisiejszym tekście chciałabym Wam napisać o dziecięcych stresorach, czyli sytuacjach, które nam, dorosłym wydają się być normalne, a tymczasem powodują, że nasze dzieci zmieniają się nie do poznania. (stresory to pojęcie z metody Self-reg, o której pisałam Pozwólcie dzieciom płakać)
Bardzo często widzimy tylko wierzchołek tej sytuacji, która spowodowała przeciążenie, a nie jego przyczynę, więc dziś piszę właśnie o tym. Częste dziecięce stresory to:
Specjalnie napisałam ten punkt jako pierwszy, bo według mnie jest kluczowy. Bardzo często mamy wobec dzieci zbyt wygórowane wymagania. Ja sama też się często na tym łapię i wtedy sobie tłumaczę, przecież to tylko dziecko (ma 2 lata i przecież nie ustoi w miejscu). Czasem przez presję otoczenia oczekujemy od nich niewiadomo czego, że np. 3 latek będzie używał wszystkich form grzecznościowych i jak ich nie używa to znaczy, że jest „niegrzeczny”
Jeżeli Wasze dzieci nie robią tego, o co je prosicie, to zastanówcie się czy to na pewno jest w ich kompetencjach. Czasem też nie rozumieją ogólnych zwrotów typu „Posprzątaj pokój”. Potrzebują bardziej konkretnych wskazówek takich jak: „włóż klocki do koszyka”, „wrzuć piłki do pojemnika”.
Myślicie dlaczego tak bardzo ograniczam dzieciom cukier i zabarwione chemią lizaki/żelki/inne dziadostwa? Właśnie dlatego, że cukier niezdrowo pobudza i wprowadza dzieci w dziwny stan, który najpierw nazwałabym „naćpaniem”, a później zjazdem. Sama obserwuję to bardzo wyraźnie na kinderbalach, gdzie jest nieograniczony dostęp do słodyczy i widzę jak dzieci reagują. Nie słuchają, nie potrafią się skupić, a później kiedy poziom glukozy opada, stają się rozdrażnione.
spróbujcie zdrowszych zamienników – naprawdę dają radę i obserwujcie dzieci.
Są dzieci, które bardzo często nie nadążają za akcją w bajce i ich układ nerwowy jest zbyt pobudzony. Dodatkowo zauważyłam, że z bajkami związanych jest wiele napięć: najpierw chęć włączenia, a później niechęć przy wyłączaniu. Często dzieci nie chcą żeby wyłączać bajkę i o to się awanturują.
Jeżeli Wasze dzieci po bajkach są pobudzone i często nie radzą sobie z emocjami to spróbujcie je ograniczyć lub następnym razem wybrać inne mniej dynamiczne. We wpisie Edukacyjne Bajki dla dzieci pisałam wam o takich bajkach
Jeżeli Wasze dzieci nie chcą zgodzić się na wyłączenie bajki to ustalcie wcześniej ilość. Na przykład 3 Świnki peppy i narysujcie na kartce 3 kółka. Po każdej z nich skreślcie kółko i pokażcie, że została już tylko jedna. Mam też koleżankę, która nastawia dzieciom minutnik w telefonie i one widzą, kiedy mija ten czas.
Na szczycie jeśli chodzi o dziecięce stresory może być zmiana rutyny. Dzieci nie znają się na zegarku i rytm dnia ustalają czynności takie jak: śniadanie, ubieranie, obiad, spacer, kolacja, kąpiel, usypianie. Te następujące po sobie czynności dają poczucie bezpieczeństwa i dzieci wiedzą, co po sobie następuje. Kiedy zmieniamy kolejność lub coś pomijamy to często dzieci się niepokoją. Bardzo często można to zaobserwować na wyjazdach lub wakacjach.
Zwróćcie uwagę, co robicie jedno po drugim i jak reagują na to dzieci. Kiedy wyjeżdżanie nie zwracajcie uwagi na porę, tylko na czynności, które po sobie następują. My nawet jak gdzieś dojeżdżamy o 22 to mamy ją zachowaną: książka, śpiewanie i przytulanie.
Chyba nie musze tego tłumaczyć. Małe dzieci nie potrafią powiedzieć, że są rozbite i coś je boli. Pamiętam jak dzieci były mniejsze to w takich sytuacjach, kiedy płakały z nieznanego nam powodu to najpierw sprawdzałam temperaturę.
Znacie to? Odbieracie dzieci z kinderbalu, wyłączacie bajkę i nagle przez przysłowiowy kolor talerzyka mamy płacz i zgrzytanie zębami. Małe dzieci często mają trudności z płynnym przejściem od aktywności bardzo angażującej do spokojnej i pozbawionych wielu bodźców.
Postarajcie się uprzedzać dzieci o tym, że niedługo nastąpi zmiana. Ja często towarzyszę dzieciom w tym końcowym etapie i już wtedy staram się je wyciszać.
Odbieracie dziecko z przedszkola i już, kiedy tylko przekroczycie próg domu zaczyna się trudny czas. Może to być też spowodowane punktem, który napisałam wyżej, ale również dlatego, że dzieci w domu czują się bezpiecznie i wiedzą, że mają tam pełną akceptację do wyrażania wszystkich emocji. Dlatego dzieci zawsze przy mamie zachowują się najgorzej! My też w pracy zachowujemy się w określony sposób, a kiedy przychodzimy do domu możemy dać upust swoim emocjom.
wspierajcie dzieci w tych trudnych chwilach, kiedy wracają do domu. Kiedy zdenerwuje je błahostka, to znaczy, że kumulowały się w nich emocje z całego dnia, które bały się wyrażać.
Za dużo atrakcji, za dużo słodyczy, brak drzemki powoduje rozdrażnienie. To też jest największy stresor rodziców, kiedy jesteśmy zmęczeni – wystarczy jeden przysłowiowy klocek Lego żebyśmy wybuchli. Wszystkie emocje wtedy wyjdą, a przecież przyczyną wcale nie jest ten klocek. Dzieci często się wydają wypoczęte, a tak naprawdę dosłownie padają na twarz: za dużo zajęć, za dużo atrakcji plus dopalenie cukrem i mamy awanturę na 40 minut.
zwracajcie uwagę kiedy może dziecko mieć dość. Gwarantuję Wam, że ono Wam tego nie powie. Sami musicie to zaobserwować kiedy jest już wszystkiego za dużo.
Małe dzieci wyrażają to przez płacz, starsze też mogą. Przegrzanie powoduje rozdrażnienie i naprawdę wtedy łatwo o awanturę. Pamiętam, że kiedyś gdzieś przeczytałam, że biegacze odczuwają temperaturę o 10 stopni wyższą niż jest na zewnątrz. Dziecko będące cały czas w ruchu na placu zabaw przy temperaturze 20 stopni odczuwa 30. Pytanie jest takie, czy naprawdę potrzebuje bluzki z długim rękawem?
sprawdzajcie kark dzieciom, czy jest chłodny. Starszym dzieciom zawsze zdejmuję najpierw bluzę, bo łatwiej wyczuć, czy dziecku jest chłodno, niż za ciepło. Ewentualnie wtedy zakładam. Przegrzanie osłabia układ odpornościowy i dzieci zdecydowanie łatwiej sobie radzą z wychłodzeniem niż przegrzaniem.
Często dzieci, które mają niezdiagnozowane zaburzenia integracji sensorycznej zachowują się gorzej niż rówieśnicy. To właśnie dlatego, że nie radzą sobie z przetworzeniem otaczających bodźców i nie potrafią się dostosować. Jeżeli macie obawy, to polecam Wam wypełnić kwestionariusz online TUTAJ
Jak widzicie jest mnóstwo przyczyn, które mogą powodować takie zachowania. Warto się im przyglądać, żeby mieć ich świadomość i móc wcześniej zareagować.
Kawiarnie dla dzieci i rodziców są świetnym miejscem na spotkania z koleżanką i spędzenie tam ciekawego czasu. Dziś zebrałam najciekawsze miejsca przystosowane do potrzeb dzieci w Warszawie.
obsługa kidsfriendly, pyszna kawa, sala zabaw
Jest to nasze ulubione miejsce na spotkanie z przyjaciółkami. Chociaż jest to bardziej restauracja, to na kawę właśnie umawiamy się najczęściej tam. Dzieci mogą się swobodnie bawić, a my mamy na nie oko. Zimą jest pyszna herbata rozgrzewająca, a przez cały rok aromatyczna kawa, na której barista wyczaruje wzorek. Jest tam przepyszne jedzenie i Nabo wiedzie prym we wszystkich kawiarniach i restauracjach skierowanych do rodzin z dziećmi. Są krzesełka, przewijak, a nawet lizak dla dzieci, które posprzątają po sobie w sali zabaw. Polecam!
znakomita kawa, plac zabaw na zewnątrz, niepowtarzalny klimat
Jedno z naszych ulubionych miejsc na spotkania z koleżankami z dziećmi lub wypad na rowerach. Kolonia jest otwarta od maja do końca października. Cała przestrzeń ma 3 strefy: z przodu można usiąść bez dzieci i delektować się pyszną kawą (np. też pracować), w środku kiedy pada deszcz i na zewnątrz na tarasie z widokiem na plac zabaw. W Kolonii uwielbiam kawę i to, że kiedy siedzę i rozmawiam z koleżankami to widzę dzieci. Miejsce jest tak przyjazne dzieciom, że ma się je na oku. Tuż obok są dwa place zabaw i fontanna (można się w niej pluskać).
plac zabaw z dużą ilością zabawek, położenie nad Wisłą, ogródek warzywny
To miejsce odwiedziliśmy niedawno i spędziliśmy świetny czas. Grunt i woda znajdują się przy samej Wiśle. Wszędzie jest piasek, więc można poczuć się jak nad morzem. Jest bardzo dużo zabawek i atrakcji dla dzieci (tablica do pisania kredą, tipi, domek, kuchnia). Na miejscu możecie napić się kawy, lemoniady, zjeść frytki lub foccacię. Tutaj też macie na oku swoje dzieci siedząc przy stolikach.
Za placem zabaw jest ogródek warzywny, gdzie można podglądać rosnące rośliny. Mi Grunt i woda przypomina trochę nadmorskie klimaty. Jeżeli za tym tęsknicie, to tam zawitajcie. Muszę wspomnieć o dwóch minusach: toaleta jest w Toitoiu, ciężko jest zaparkować (parkowałam 400 metrów wcześniej przy bosmanacie przy porcie Czerniakowskim (5 zł/h). Jeżeli lubicie kawiarnie dla dzieci i rodziców na zewnątrz, to zajrzyjcie tutaj.
świetny design, pyszna kawa, plac zabaw obok, zwierzęta
Jest to miejsce, do którego mamy daleko, ale specjalnie tam jeździmy. Wyjątkowe pod wieloma względami. Zacznę od architektury, która przypomina mi nowoczesną stodołę. Na terenie SDK jest też świetny plac zabaw z drewnianymi atrakcjami. Na ścianie budynku jest również ścianka wspinaczkowa.
Obok jest zagródka, w której są kozy. A na górze mamy piękny teren zielony z budką na wysokości i kładką. Warto tu przyjechać żeby to wszystko zobaczyć. A jak przyjdzie pora obiadu to niedaleko jest świetna restauracja – Szara Eminencja. Całość jest po prostu wspaniała i gwarantuję Wam, że spędzicie tu ciekawie czas.
ciekawe zabawki, smaczne jedzenie, świetna obsługa
Bardzo fajne miejsce, które istnieje w Warszawie już długo. Zjecie tam obiad i napijecie się pysznej kawy. Jest tam sala zabaw w zabawkami i plac zabaw na zewnątrz. Obsługa jest tam wspaniała i bardzo wyrozumiała dla małych klientów. Możecie tam również zapisać się na zajęcia z dziećmi lub warsztaty. Nie ma problemów z parkowaniem, ale jadąc z centrum trzeba przejechać przez most, zawrócić koło Stadionu Narodowego i wrócić znów na most. Wtedy zaparkujecie przy samej Kredce. Kawiarnie dla dzieci i rodziców właśnie tak powinny wyglądać.
książki dla dzieci, świetny wystrój, niepowtarzalny klimat
Świetne miejsce, które zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, bo jest bardziej ciche i kulturalne. Radio i telewizja to kawiarnia z księgarnią, a na górze są książki dla dzieci, stolik, klocki. Nie ma zbyt dużo zabawek, ale jest naprawdę wyjątkowy klimat. Często sam tam organizowane warsztaty lub gry dla dzieci.
wystrój, smaczne jedzenie, zabawki
Duża kawiarnia dla dzieci i rodziców, w której spędzicie miło czas. W kawiarni jest płatna sala zabaw, która ma dwie strefy: małpi gaj (wg mnie dla dzieci od około 2 lat) i strefa za zagródką dla młodszych dzieci (nawet niemowląt). Strefa z kulkami jest bardzo czysta i tak zrobiona żeby była bezpieczna. W kawiarni jest pyszna kawa i smaczne jedzenie (naleśniki, placki, ciasta).
W Ansekabanse jest też ciekawa oferta zajęć dla dzieci (byliśmy kiedyś na balecie). Ogromy plus za łazienki przystosowane do potrzeb dzieci i pokoik do karmienia. W Ansekabanse możecie też urządzić urodziny.
przemyślane miejsce na zabawę, pyszne ciasta, atrakcyjne ceny
Na Pradze Południe znajduje się świetne miejsce na kawę z koleżanką. Możecie tu zjeść pyszne ciacho i mieć oko na dzieci, które w tym czasie będą 100 razy zjeżdżać z zakręconej zjeżdżalni. Toaleta jest w pełni przystosowana do potrzeb dzieci. W środku jest duża przestrzeń, więc bez problemu możecie tam wjechać wózkiem.
smaczne jedzenie, pyszna kawa, design
Ciekawe miejsce na kawę z przyjaciółką. W kawiarni znajduje się niewielki kącik z zabawkami i książeczkami. Panuje tam bardzo fajna atmosfera, która powoduje, że mam ochotę tam wrócić. W łazience jest przewijak.
design, drewniane zabawki, smaczne jedzenie
Ciekawe miejsce na warszawskim Wilanowie. Możecie wybrać się tam z koleżanką na kawę, a Wasze dzieci spędzą tam miło czas. Jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie są naprawdę świetne zabawki (kuchnia Kidfkraft, zabawki Melissa&doug). Można tam również urządzić urodziny. W Polanie są organizowane zajęcia dla mam i dzieci. W kawiarni jest też specjalne miejsce, gdzie można położyć niemowlę.
To nasze ulubione warszawskie kawiarnie dla dzieci i rodziców.
P.s. Dopiszcie też swoje ulubione miejsca:)
A jeżeli szukacie restauracji przyjaznych dzieciom to zajrzyjcie 10 najlepszych restauracji z dziećmi w Warszawie.
a tu macie Warszawa – place zabaw
Gdańsk z dziećmi odwiedziliśmy w ubiegły weekend. Nasz coroczny urlop nad Bałtykiem mamy zaplanowany na koniec sierpnia, ale już tak nie mogliśmy się doczekać, że wyskoczyliśmy na 2 dni do Trójmiasta. Przywitała nas przepiękna pogoda i miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić z dziećmi.
Miałam długą listę miejsc, ale przez wspaniałą pogodę, chcieliśmy jak najwięcej czasu spędzić na powietrzu.
Zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznym i przyjaznym dzieciom miejscu. Tym razem wybraliśmy apartament, a nie hotel i to był strzał w dziesiątkę. Apartament 106 to miejsce, które Was i Wasze dzieci zachwyci! Jest położony w otoczeniu zabytkowych budynków nad rzeką Motławą. Blok był niedawno oddany do użytku, więc pachnie nowością.
W okolicy jest mnóstwo miejsc, z których można korzystać. My jadaliśmy śniadania na dole w restauracjach: Niepokorni i Zakorkowani (napiszę o nich później).
Apartament 106 ma wszystko, czego rodzina z dziećmi potrzebuje. Jest zmywarka, pralka, wanienka, ekspres do kawy (!), zabawki, piętrowe łóżko, które pomieści 3 dzieci (3 łóżka – jedno wysuwane na dole). Jest też huśtawka – hamak, która umili czytanie książek lub zabawy. Jest też Netflix 🙂
Mieszkanie jest w 100% bezpieczne, nie ma szklanych stołów, a nawet drabinka z łóżka się zdejmuje. Jest to miejsce przemyślane, a do tego stylowe. Tak naprawdę to można samemu przygotowywać posiłki, bo jest i kuchenka i piekarnik.
Do apartamentu przynależy miejsce parkingowe i jest winda.
Niedaleko stąd jest gdańska Starówka i można do niej dojść piechotą. Z dworca kolejowego jest około 2 km. Na plażę trzeba podjechać autem.
Na dole są sklepy (Żabka, niedaleko Biedronka). Śniadania jedliśmy w budynku obok. W Niepokornych smakowało nam lepiej 😉
Strona internetowa, więcej zdjęć i informacji znajdziecie TUTAJ
Wybierając się do Gdańska miałam całą listę atrakcji. Pogoda była cudowna, więc najwięcej rzeczy robiliśmy na zewnątrz. A muzea i inne zostawiliśmy sobie na inną porę roku, bo na pewno tam wrócimy na dłużej.
Wybraliśmy się na plażę w Brzeźnie, bo wypatrzyłam tam ciekawy plac zabaw w kształcie statku pirackiego. Taka ciekawa konstrukcja, że dzieci spędziły tam sporo czasu. Bardzo im się podobało. Zaskoczył mnie piasek, który nie był taki jak w Dębkach. Był bardziej szary, ale za to pełen białych muszelek.
Nie ma tam cienia, więc warto wziąć lub kupić parasol. Do godziny 12 nie było dużo ludzi w sobotę, nawet się zdziwiłam. A później poszłam z Lilą na molo i inne zejścia obok.
Za molo jest fajne miejsce, gdzie jedliśmy pyszne tajskie lody i czekoladowy kebab:) Są tam parasole i klimatyczne leżaki z zasłonkami. Tam już było dużo ludzi.
Po plaży poszliśmy na obiad „na rybkę” do „Tapas rybka” – było bardzo smaczne
Aby uciec do cienia i tłumów pojechaliśmy do Parku Oliwskiego. Dzieci jeździły na rowerach i moczyły nogi w strumyku. Przepiękne i bardzo spokojne miejsce, idealne na upał.
A na koniec dnia wybraliśmy się na plażę do Jelitkowa. Było już pusto i przepięknie ( w tym miejscu piasek już był bardziej biały i było dużo muszelek).
Na drugi dzień spotkaliśmy się w świetnym miejscu w gdańskim Wrzeszczu. Piękne zielone miejsce, gdzie dzieci mogą się pobawić (ogromny plac zabaw), pobiegać po trawie, pojeździć na rowerach, wypić pyszną kawę i na koniec zjeść coś dobrego.
Spotkaliśmy się tam z Marią i Sylwią. Dziewczyny znają wszystkie zakamarki Trójmiasta i to one wytypowały tę miejscówkę.
W Garnizonie jest dużo świetnych miejsc, ale my piliśmy kawę z Sztuce wyboru, a obiad jedliśmy w Ping pongu – pyszne azjatyckie jedzenie i kącik dla dzieci.
Gdyby nasz wyjazd trwał 2 tygodnie, a nie dwa dni to może udałoby nam się zobaczyć wszystkie miejsca, które miałam na liście. Ale niestety w dwa dni zobaczyliśmy niewiele.
Mam jednak dla Was listę (właśnie od Sylwii) restauracji w Trójmieście gdzie jest smaczne jedzenie i kącik (lub nawet sala zabaw dla dzieci).
– Serwus (kącik- Gdynia)– Szafarnia (animacje w weekend, kącik – Gdańsk)– Mito Sushi (sala zabaw – Gdańsk)– Dwór Oliwski (plac zabaw latem -Gdańsk)– Mandu Pierogarnia (kącik – Gdańsk)– Zajazd Olivka (mega płac zabaw na zewnątrz, ale wiosna/ lato – Gdańsk)– Kos (sala zabaw – Gdańsk)– Alt Cafe (kawiarnia dla dzieci – Gdynia)– Umam Szafarnia (kącik – Gdańsk)– White Marlin (kacik, animacje weekend, plac zabaw latem – Sopot)– Azzurro (kącik, plac zabaw latem, animacje weekend – Gdańsk)– Cafe Coco (kącik, animacje weekend- Gdynia)– Otwarta (zabawki dla dzieci – Garnizon Gdańsk)– Pizzeria Sempre Sopot (kącik i plac zabaw latem)– Pizzeria Sempre Gdynia (plac zabaw latem)– Viva la Pizza (kącik – Gdynia)– Pomarańczowa Plaża (kącik, plac zabaw latem – Sopot)– Zatoka Sztuki (kącik, plac zabaw latem – Sopot)– M15 (kącik, plac zabaw latem – Sopot)– Panorama (kącik, Gdynia)– Minga (kącik – Gdynia)– Ping Pong (kącik – Garnizon Gdańsk)– Naleśnikarnia Sopot Dworzec (kącik)– Projekt 36 (kącik, Sopot)– Bulaj Sopot (piaskownica i zabawki na zewnątrz, ale tylko latem )– Chwila Moment (animacje w Wknd – Gdynia)
-AIOLI (animacje w weekend i kącik, Gdańsk)
-Guga Sweet (kącik na zewnątrz na trawie, Gdańsk)
-Casa Cubeddu Ristorante da Domenico (plac zabaw na zewnątrz, kącik Gdynia)
– Tesoro (plac zabaw na zewnątrz, Sopot)
A po wszystkie atrakcje w Gdańsku odeślę Was TUTAJ. My z pewnością jeszcze tam wrócimy (chyba tym razem zdecydujemy się na pociąg, bo jedzie 2 godz 40 min z Warszawy, a dla dzieci będzie to przygoda).
Mam też prośbę, jeżeli zamierzacie skorzystać z naszych rekomendacji to kliknijcie „Lubię to” na Facebooku lub udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam 🙂