kontakt i współpraca
Apteczka na wyjazd z dzieckiem to must have w bagażu na podróże dalekie i bliskie. Razem z naszą zaufaną pediatrą Ewą Miśko-Wąsowską stworzyłam ściągę wszystkich przydatnych leków i akcesoriów.
My właśnie wróciliśmy z wyjazdu, więc na świeżo napiszę Wam, co mieliśmy w bagażu, a po co musieliśmy nagle jechać do apteki. Znajdziecie tutaj również gadżety, które mogą Wam ułatwić różne, niezbyt przyjemne sytuacje.
Leki i akcesoria podzieliłyśmy na dolegliwości. Oczywiście każda apteczka na wyjazd z dzieckiem jest inna, ale ta lista może pomóc w orientacyjnym kompletowaniu.
Ta lista jest orientacyjna i nie zastąpi wizyty u lekarza. Jeżeli macie jakieś wątpliwości, to warto zapytać pediatrę.
Jeżeli wyjeżdżacie do krajów UE to przed wyjazdem wyróbcie sobie kartę EKUZ.
A pakując leki, które macie w domu sprawdźcie termin przydatności.
Polecam Wam też zapisać link do kalkulatora objętości dawki leku przeciwgorączkowego, bo jak się okazuje wartości podane na opakowaniu są często niedoszacowane: https://mamaginekolog.pl/kalkulatory/objetosc-syropu-przeciwgoraczkowego
Jak widzicie apteczka na wyjazd z dziećmi może być spora. Ja wolę mieć wszystkie rzeczy pod ręką niż w nerwach szukać apteki. Na wyjeździe musieliśmy szybko zadziałać i wyjąć żądło, a nie było czym. Warto mieć te leki ze sobą.
Inhalator ewentualnie można pominąć, ale ja go traktuję jak talizman;) Kiedy go zapomnę, to zawsze dzieci są chore, więc go wożę 🙂
Na koniec mam dla Was listę do druku żeby Wam ułatwić pakowanie na wakacje.
To jest nasza apteczka na wyjazd z dzieckiem. Jestem ciekawa, czy coś macie jeszcze dodatkowego w swoich, czy dajecie na luz i kupujecie tylko, jak jest potrzeba?
Mini apteczka Lassig
A tu zobaczcie naszą rekomendację – czy to dobry pomysł żeby pojechać na Camping na narty?
Kiedy stajesz się Mamą w Twoim organizmie budzą się supermoce. Już nigdy nie będziesz człowiekiem, który zwyczajnie stąpa po ziemi. Nadprzyrodzone zdolności budzą się w Tobie, nawet nie wiesz kiedy. Nikt nie dał Ci instrukcji, jak z nich korzystać, a jednak sama to wiesz! To instynkt!
Mama,
Agentka
Mocy
Arcyważnych
Partnerem wpisu o SUPERMOCY Mam jest marka Baby Dove, która towarzyszy mi w moich codziennych przygodach, które nazywają się MACIERZYŃSTWO.
Super szybkie zakupy w supermarkecie – z nieśpiącym dzieckiem w wózku to nasza specjalność. Wiemy też, jak chwilowo spacyfikować towarzysza – bułka kajzerka do pulchnej łapki przy wejściu i lecimy! Czas start, do zjedzenia bułki zostało 10 minut. Mkniemy między załadowanymi alejkami z prędkością światła, sprawnie wymijamy standy z przyprawami i kabanosami. W zakręt wchodzimy na ręcznym, żeby zminimalizować widoczność półki ze słodyczami.
Oczywiście – wszystkie manewry wykonujemy bez koszyka, dumnie dzierżąc pod pachą: kaszę jaglaną, 2 ogórki i mleko. Mamy skaner syropu glukozowo-fruktozowego w oczach i każdy produkt prześwietlamy na wylot. Nasz 6 zmysł nie pozwala wjechać w alejkę z zabawkami, a przy kasie potrafimy zasłonić całą sobą słodkie frykasy, które stoją w zasięgu ręki dziecka. Misja wykonana: Pani przy kasie jest w stanie zidentyfikować bułkę, której ostatni kęs właśnie przepadł w buzi.
Wzrok: Mama ma oczy nawet z tyłu głowy, widzi nimi nadchodzące niebezpieczeństwo i potrafi złapać w ostatniej chwili dziecko, które leci prosto na kant stołu.
Słuch: Mama słyszy każdy szmer nawet z najdalszego kąta mieszkania. Niestety ten zmysł utrudnia jej normalne funkcjonowanie, bo zawsze słyszy płacz dziecka kiedy jest pod prysznicem. Ale za to słyszy nawet jak Tata przewraca oczami, rozmawiając z nim przez telefon
Dotyk: Dotyk Mamy ma specjalną super moc, uspokaja i nawet usypia. Szkoda tylko, że czasem trwa to godzinę, ale jednak – działa!
Smak: Mama ma wyczulone kubki smakowe oraz receptory ciepła i zimna. Tylko ona potrafi tak wydmuchać łyżkę rosołu aby był w idealnej temperaturze. Mało tego po spróbowaniu pokarmu wie, czy ten rarytas posmakuje jej dziecku.
Węch: oj chyba nikt jak Mama, nie ma tak wyczulonego tego zmysłu. Mama wyczuje nawet z końca drugiego pokoju czy w pieluszce jest numer 1, czy 2, a może tylko ostrzeżenie przed 2.
Tę supermoc Mamy nabywają bardzo wcześnie. To, że Mama dogada się z niemówiącym berbeciem – to fakt. Po jednym grymasie twarzy już widzi, że coś dziecku nie pasuje. Jak dogadać się z niemow(l)ą – zapytaj każdą Mamę, od razu Ci powie. Mama też ma nadprzyrodzoną moc rozmowy z przedmiotami, a nawet potrafi je ożywić: „Cześć Julku, jestem Misiek Rysiek i tu mam oczko”.
I uwaga tu się zawiera: czytanie w myślach i kiedy Mama widzi, że dziecko powolnym krokiem podchodzi do stolika, bierze w dłoń czerwony mazak, zdejmuje pokracznie nakrętkę, odwraca się na pięcie i biegnie do świeżo wypranych białych zasłon to Mama już wie, co w tej małej główce się urodziło.
Tylko Mama ma taką moc, że potrafi czytać ulubioną książeczkę po raz piędziesiąty i za każdym razem udawać, że ją ona bawi. Po raz setny zmieniać pieluchę, po raz setny zakładać zgubioną skarpetę lub po raz setny podnosić wyrzuconą zabawkę. Mamy tę moc, prawda?
Początki tej mocy sięgają już ciąży i wtedy Mama przygotowuje się do tego, że sen wcale nie jest jej aż tak potrzebny do życia. Po co marnować czas, jak można nosić dziecko godzinami, karmić, szyć kostiumy na przedszkolne przedstawienie lub siedzieć przy łóżku dziecka trzymając w ręku mokry okład na czole albo co gorzej – miskę.
Mleko, które zawsze jest w dobrej temperaturze. Zawiera idealną kombinację składników: wody, białka, węglowodanów, w tym oligosacharydów, tłuszczów, witamin, składników mineralnych, czynników wzrostu, a także czynników odpornościowych, które chronią organizm niemowlęcia przed infekcjami. Wow! A dla każdego dziecka mleko ma inny skład i dostosowuje się do jego wieku. Czy to nie superhipermoc?
Dzięki małej pomocy Taty mama potrafi podwoić, potroić … ilość swoich dzieci. Tym samym sprawia, że tych wszystkich wyżej wymienionych mocy jej przybywa jeszcze więcej i np. dochodzą jej moce negocjatora i mediatora. I nawet ostatnią frytkę podzielić co do milimetra, bo ma przecież miarkę w oczach.
Mama potrafi sprawić, że rzeczy znikają w tajemniczych okolicznościach. Plamy z ubranek, ból brzucha, koszmary nocne, czekoladowy Mikołaj i kawa. To ostatnie znika w ilościach nadludzkich. Mama ma też w torbie lub wózku zawsze niezbędne sprzęty, które potrafi wykorzystać idealnie.
Jednym z nich, bez którego nie wychodzi z domu są chusteczki nawilżane. Jedną ręką wyciąga je z paczki i uratuje każdą sytuację, a przy tym pozostawi skórę czystą i nawilżoną. Nie ruszam się bez nich z domu, bo zawsze są potrzebne. Baby Dove są bardzo mocne i do tego perforowane – dokładniej czyszczą skórę i zostawiają ją nawilżoną.
Mama miesza zupę i śpiewa piosenki, karmi piersią i czyta książkę, usypia dziecko i myśli co zrobić na obiad, jedną rękę koloruje – drugą pije kawę. Dopiero będąc Mamą odkrywasz tą nadprzyrodzoną moc, że potrafisz zrobić tyle rzeczy swoją niedominującą ręką.
Ta paranormalna poMOC medyczna jest hitem: działa bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą (i jest za darmo). Połączona z „ojojaniem” i wsparciem dla ofiary działa w 10 sekund. A jeżeli jeszcze Mama ma kolorowy plasterek przeciwbólowy to obejdzie się bez tragedii. A nawet wywołuje uśmiech 🙂
I chociaż będąc Mamą, czasem marzą nam się inne moce takie jak: teleportacja, cofanie i zatrzymywanie czasu, niewidzialność to i tak jesteśmy SUPERBOHATERKAMI.
Dziś mam dla Was wpis z naszymi najlepszymi rzeczami, które super sprawdzają się latem. Jesteśmy właśnie na wakacjach, więc temat jest nam bardzo bliski. Zobaczcie, jakie cuda tym razem znalazłam.
Jestem fanką dwuczęściowych strojów na basen i na plażę. Zdecydowanie łatwiej pójść jest w nim do toalety bez zdejmowania rękawków. W poprzednich latach mieliśmy świetny kostium dwuczęściowy z filtrem UV 50 Lassig (do 3 roku życia jest rozmiarówka).
Dostępny TUTAJ
A już drugi sezon mamy kostiumy z Kappahl – sprawdzają i noszą się świetnie. Zdecydowanie lepsza jakość niż Next i H&m
Jul w tym roku po plaży śmiga w kostiumie Ducksday – nie muszę się wtedy martwić o ciągłe dokładanie kremu z filtrem, bo ten strój ma UV 50. Fajnie wygląda i do tego chroni przed słońcem. Sprawdzi się na pewno nad Bałtykiem, gdzie wcale nie jest tak gorąco i zawsze mam obawy, czy dzieciom nie jest zimno. Mniejsze rozmiary Ducksday mają rozpinane nogawki – ułatwienie do zmiany pieluchy.
W różnych kolorach i rozmiarach są dostępne TUTAJ
Na wakacje i wyjazdy mamy też zawsze buty Crocsy – dobrze sprawdzają się na basen i do ogródka. Najbardziej lubię w nich to, że można szybko je umyć.
Jak jesteśmy przy butach to polecę Wam trampki, które kupiłam w tym roku dzieciom. Dostaję o nie mnóstwo zapytań na instastories. To bawełniane buty Citrouille et compagnie i dostępne są TUTAJ. Pamiętajcie, że trzeba zamawiać o rozmiar większe niż dziecko nosi obecnie.
Odkryłam najbardziej miękkie kalosze, jakie miałam w ręku! A do tego takie piękne:) To kalosze Penny Scalan
Zapytacie pewnie też o płaszczyki przeciwdeszczowe. Świetne, kolorowe, a do tego oddychające. Moim dzieciom wystarczą na dwa lata. Dostępne TUTAJ
Od kilku miesięcy testujemy też butelkę Pura, którą polecaliście mi w poście o Bidon B.box. Powiem szczerze, że już nie wrócimy do plastiku. Ten bidon jest świetny, sporo większy i do tego łatwiej się z niego pije. Co go wyróżnia? Jest wykonany ze stali nierdzewnej – woda inaczej smakuje z niej niż z plastiku (sama piję ze szklanej Life factory).
Stal utrzymuje temperaturę i nawet w upale woda jest chłodna przez kilka godzin. Można w niej też trzymać herbatę (do 6 h). Nie ma problemów z myciem. Póżniej można dokupić inny ustnik i wystarczy na wiele dłużej. Niestety ma nakrywkę silikonową, którą się całkowicie zdejmuje i ją zgubiliśmy. Ale słomka ma system niekapka i dzięki temu woda się nie wylewa. Jeżeli szukacie bidonu na kilka lat, to polecam Purę.
Dostępna TUTAJ
Taki gadżet wynalazłam na spacery z dziećmi, ta kieszonka to super pomysł. Wrzucam tam placki ze śniadania i jemy je na spacerze. To pierwszy plecak Jula, do którego wrzuca sobie auta, jak gdzieś wychodzi. Jest też do niego smycz, ale ja takich rzeczy nie uznaję, więc ją odczepiłam.
Do kompletu mamy jeszcze kapelusz ze sznurkiem, który dobrze trzyma się głowy. Na słońce i plażę zdecydowanie wolę kapelusze niż czapki z daszkiem, bo chronią uszy. Zwróciła mi na to uwagę dermatolog, żeby dzieciom na słońce je zakładać. Lepiej osłaniają oczy i kark.
Kapelusze Penny Scalan 100% bawełny TUTAJ
Jul tak samo jak ja nie może patrzeć na słońce. Często prosi o to, żeby mu założyć okulary. Od kilku sezonów mamy Real kids shades, o których pisałam kiedyś Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci
Dostępne są TUTAJ
Pan Pantaloni
Znów mnie zachwyciła ich kolekcja – ubranka przewiewne, uniwersalne i nie krępujące ruchów.
Drugi rok używamy też skarpetek z abs na basen i wodne place zabaw. Nie wiem, kto je wymyślił, ale zasługuje na nagrodę. W końcu nie muszę ciągle upominać dzieci żeby nie biegały. W tym roku chodzi w nich również Julek i sprawdzają się znakomicie.
Skarpetki Sweakers dostępne TUTAJ
Jesteście ciekawi pewnie też zabawek do wody i piasku, ale oprócz naszego świetnego zestawu, o którym pisałam Zabawki do piasku mamy tylko jedną rzecz. Nie zdążyłam jeszcze jej zrobić zdjęcia, bo co tylko wezmę ją do ręki to mi dzieci zabierają. Mała, poręczna – świetna na wyjazd. Sprawdzi się w piasku, w wodzie i w wannie.
Coś do nakrycia – super nam się sprawdzają 6 rok z rzędu bambusowe otulacze Aden+anais (TUTAJ)- zarówno na drzemce, jak i w aucie w czasie jazdy. Mam też kołderkę bambusową do spania w nocy – jest genialna! Dostępna TUTAJ
Lekki i przewiewny dla malucha. TUTAJ
Są niezastąpione, a do tego małe po złożeniu.
Jeżeli macie coś ciekawego do dodania to koniecznie mi napiszcie.
A jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na naszym facebookowym profilu.
Lekki rower dla dziecka jest ciężko znaleźć. Na rynku jest naprawdę niewiele dobrych rowerów, które będą dobre do nauki jazdy na dwóch kołach. Dziś opiszę naszą krętą drogę do rowera idealnego, bo taki w końcu znalazłam: Woom 3.
Jeśli to będą wasze pierwsze kroki – znasz wpis Jak nauczyć dziecko jeździć na rowerze?
Część odnośników w artykule to linki afiliacyjne.
Tak właściwie, to mogłabym nazwać ten wpis: „Jak nie kupować rowera dla dziecka?” Napiszę również o wszystkich błędach jakie popełniliśmy kupując pierwszy rower z pedałami, a kończąc na tym, że trafiliśmy na idealny, lekki rower dla dziecka.
Pierwszy model zdecydowaliśmy się kupić na 4 urodziny. Długo szukałam roweru, który spełniałby takie warunki:
Nie orientowałam się, jaki powinien być pierwszy rowerek. Nawet kłóciłam się z Wami, że dokonałam świetnego wyboru. Co się okazało? Rower po pierwsze był za duży – do nauki jazdy na dwóch kółkach rower powinien być na styk lub nawet lekko za mały (wystarczy wtedy na jeden sezon). 15- kilogramowa Lilka nie dała rady jechać na rowerze, który waży 9,3 kg. Teraz, jak to piszę to naprawdę nie wiem, dlaczego ten rower kupiłam.
Jaki był wynik tego, że nie pasował? Lilka się zraziła i długo nie chciała na niego wsiadać.
Wiosną musiałam kupić drugi rower, który tym razem kupiłam trochę bardziej świadomie, ale wystarczył tylko na jeden sezon, bo chciałam żeby uczyła się na mniejszym. Rzeczywiście udało się i po przebieganych kilometrach się nauczyła.
Niestety rower szybko stał się za mały, więc musiałam kupić nowy, lekki rower dla dziecka. Przewertowałam internet w jedną i drugą stronę i w końcu znalazłam ideał:
(dostępny TUTAJ) szybko przyszedł i nawet myślałam, że będę musiała go zawieźć do serwisu na montaż. Jednak udało nam się go zmontować dość szybko i wyszliśmy na pierwszą przejażdżkę.
Lila po prostu wsiadła i pojechała! Znacznie pewniej i lżej niż na tym mniejszym! Jest ogromna różnica między Woom, a innymi rowerami. Nie ukrywam, że sama się tego nie spodziewałam po tym sprzęcie.
Woom ma w swojej ofercie rowery dla dzieci od biegówki po rowery z przerzutkami i na pewno zostaniemy przy tej marce do końca. Teraz Lilka jeździ na Woom 3, który jest dedykowany dla dzieci od 4 do 6 lat (105 cm do 120 cm). Lilka ma 110 i jest idealny.
Jeżeli miałabym znaleźć jeden minus to byłaby to tylko cena. Nie jest to tani rower, ale jest rewelacyjnej jakości. Znam dzieci, które długo nie mogły opanować jazdy na rowerze, dopóki nie usiadły na Woom. Patrzyłam też na ceny używanych modeli i jest ogromne zainteresowanie. Rowery kosztują o 200 zł mniej niż nowy, czyli jak go kupicie to bez najmniejszych problemów później sprzedacie. Nasz zostaje dla młodszego brata.
Jeżeli szukacie ideału to Woom taki jest. Zajrzyjcie na koniec wpisu, bo mam dla Was niezłą niespodziankę.
A w tym czasie Julek jeździ na Mini micro z Babyseat, który jest po starszej siostrze, a nadal w stanie idealnym.
Ok, tak jak obiecałam mam dla Was coś ekstra! Udało mi się zdobyć niezły rabat na te i inne sprzęty (większe i mniejsze rowery, hulajnogi itp.)
A tu łapcie rabat na zakupy do sklepu todler.pl gdzie na kod Nebule – dostajesz 5% rabatu na rowerki Woom, Puky czy na hulajnogi Micro.
Więcej kodów na zabawki znajdziecie też we wpisie Prezenty na Dzień Dziecka!
Tu macie wpis o Woom 4
a tu inspiracje na inne Prezent dla 4 latka
Znacie to porzekadło, że więcej czasu ma się dopiero przy drugim dziecku? Ja znałam, ale wcale w to nie wierzyłam. Jak to możliwe, że przy większej ilości obowiązków masz więcej czasu? Niemożliwe! A jednak tak się stało – przy dwójce dzieci lepiej radzę sobie z organizacją
Oczywiście, dodacie, że dzieci są różne, ale tak naprawdę są takie sposoby, które można wykorzystać z powodzeniem w wielu domach.
Dziś chciałabym napisać o tym jak się organizuję będąc mamą, która pracuje w domu. Wcześniej przy pierwszym dziecku nie wpadłyby mi te pomysły do głowy. Przyznam szczerze, że drugie dziecko nauczyło mnie większej organizacji i dzięki tamu udaje mi się wiele rzeczy zrobić w ciągu dnia.
Oczywiście wcale nie uważam, że jestem super zorganizowaną mamą i zdarzają mi się wpadki. Te patenty działają u mnie i wcale mogą nie zadziałać u kogoś innego – zdaję sobie sprawę, ale czasami jest tak, że nie możemy wpaść na coś prostego, a tak rewolucyjnego.
Jest to mój kalendarz, który wisi na widoku cały czas. Zapisuję tam najważniejsze wydarzenia rodzinne, wizyty lekarskie, eventy, spotkania. W tym kalendarzu wszystko mam na widoku w czasie kiedy jestem w kuchni. Wcześniej używałam kalendarza drukowanego – miesięcznego, ale od jakiegoś czasu mam magnetyczny ze suchościeralnym mazakiem. Sprawdza nam się świetnie i żałuję, że nie zamówiłam go wcześniej. Z racji tego, że głównie pracuję w domu to nie muszę mieć wersji mobilnej mojego kalendarza. Kalendarz i dodatki są z Familiowo.
Robię je bardzo często używając funkcji głosowej. Ja dyktuję – notatnik zapisuje. Tak samo przygotowuję się do pracy. W ciągu dnia zbieram pomysły, gotowe zdania w notatniku. A póżniej kiedy Julek śpi – spisuję je. Jest mi tak o wiele łatwiej. Notatnik mam kompatybilny z komputerem (Mac), więc często kopiuje je prosto do wpisu lub meila.
Średnio raz na 2 miesiące robię selekcję rzeczy, które mamy. Dotyczy to zarówno zabawek, ubrań, przedmiotów domowego użytku. Kiedy mamy w domu MNIEJ rzeczy – mamy mniej obowiązków. Naprawdę tak to działa: mniej ubrań do prania, mniej zabawek do sprzątania, mniej talerzy do zmywania itd.
Wyrobiłam sobie nowy plan dnia, odkąd jest z nami Julek i wydaje mi się, że działa. Otóż jednym z patentów, który stosuję jest drzemka w domu. Julek śpi około 2h do 2,5 w ciągu dnia i dzień zawsze rano planuję tak:
czas do drzemki (sprzątanie, zakupy, praca, pranie)
drzemka w domu (poświęcam ten czas na pracę lub czas dla mnie)
czas po drzemce: obiad, odebranie Lili, plac zabaw, rytuały wieczorne.
Kiedy mam na przykład umówione spotkanie to właśnie przed lub po drzemce. Zawsze tego pilnuję i dzięki temu mam sporo czasu dla siebie. Taki nawyk wypracowałam i sprawdza nam się znakomicie. Dodam, że jak jest weekend i gdzieś jedziemy, to Julek już nie umie spać w wózku przy hałasie – budzi się po 40 minutach i później jest niewyspany.
Z Lilką nie umiałam aż tak ustalonego dnia i dlatego gorzej się organizowałam. Co będzie jak przestanie spać w dzień? Już teraz zaczynam powoli wdrażać pracę po śniadaniu. To jest ten czas, kiedy dzieci mają najdłuższy czas koncentracji i potrafią bawić się same (przy przystosowanym otoczeniu).
Czyli przestrzeń w mieszkaniu, która wymaga niewielkiej naszej pomocy aby dziecko mogło się uczyć samodzielności. Staram się aby dzieci mogły korzystać same z toalety, zlewu, kosza na śmieci itd. To naprawdę wiele daje, a efekt jest taki, że ja nie muszę chodzić za nimi krok w krok, a one dzięki temu wzmacniają poczucie własnej wartości.
Każdy z nas ma swoje obowiązki i tak samo uczę dzieci, że np. podlewamy kwiaty, zanosimy brudne rzeczy do pralki, wkładamy talerz do zlewu po jedzeniu itd. Każdy z nas mieszka w tym domu, a ja nie chcę robić tego wszystkiego za nich. Małe czynności powodują, że dzieci do tego się przyzwyczajają. A później kiedy są starsze jest to dla nich zupełnie naturalne i nie doznają szoku, że w domu to wszystko robi się samo.
Wspominałam Wam też kiedyś i przyznaję się do tego, że mam pomoc do sprzątania, bez niej byłoby mi zdecydowanie trudniej i jeden cały dzień w tygodniu musiałabym poświęcić na sprzątanie. Do tego: nie prasuję, obiady gotuję raz na dwa dni lub kupuję w barze mlecznym, odkurzam kilka razy w tygodniu i piorę 3 razy w tygodniu (żeby zapełnić suszarkę bębnową zbieram pranie).
To zmieniło się około 2 lata temu i mogę śmiało powiedzieć, że dzięki temu mam więcej czasu. Zupełnie nie odczułam jej braku, a zyskałam naprawdę sporo wolnego. Pamiętam, jak Lila była mała to dzień zawsze zaczynałam od telewizji śniadaniowej. I tak czas do godziny 11 przechodził mi przez palce – dosłownie. Teraz do 11 mam już tyle zrobione, że naprawdę jestem w szoku.
Oczywiście jest mi trochę trudniej, bo nawet zwykłe przeglądanie Facebooka mogę podciągnąć pod moją pracę, to staram się być czujna, kiedy po prostu marnuję czas. Kontroluję czas spędzony w internecie sprawdzając w ustawieniach baterii w telefonie. Nadal zajmuje mi to dużo, bo odpowiadam na Wasze wiadomości, komentarze, ale jest to dla mnie wartościowy czas. Kiedy widzę, że zaczynam bez sensu scrolować ekran to odkładam telefon.
Kiedyś je miałam i przez to trochę gorzej szła mi organizacja czasu dla siebie. Nie miałam go prawie wcale, a i tak miałam wyrzuty sumienia. Teraz, tak szczerze, to nie zastanawiam się, że mogłam coś zrobić lepiej, czy się nie przyłożyłam. Akceptuję to jak jest i staram się nie myśleć. Przestałam dążyć do ideałów i jest mi z tym zdecydowanie lepiej.
Mam takie dni, że przedkładam niektóre czynności nad drugie i jest mi z tym dobrze. Kiedyś miałabym z tego powodu wyrzuty sumienia, że wolę pracować niż np. zrobić obiad. Teraz nie mam i bardzo mi to pomaga.
I zawsze planowanie zaczynam od KAWY 🙂
Od dawna należę do największej grupy na Facebooku o organizacji czasu i naprawdę wiele z niej czerpię. Ola Budzyńska, znana jako Pani Swojego Czasu dosłownie mnie zaraziła chęcią do bycia Panią Swojego Czasu i słuchajcie to naprawdę działa. Ja nie chcę żeby mi dni uciekały przez palce (a i tak uciekają). Kiedy dowiedziałam się, że Ola planuje kurs dla mam to dosłownie krzyknęłam z zachwytu. Kto jak kto, ale my- mamy potrzebujemy zawsze tych kilku godzin dodatkowych w ciągu doby żeby ze wszystko ogarnąć. I tak jest już: Kurs Mama ma czas.
Ja już mam do niego dostęp i mogę śmiało Wam polecić, bo to co w nim jest może zrewolucjonizować życie niejednej rodziny. Dlaczego? Bo pokazuje, że to nie chodzi o to żeby Mama wszystko sama ogarniała i do tego miała czas dla siebie. Dzięki kursowi spojrzycie na cała swoją rodzinę i dostaniecie gotowe narzędzia do pracy. Jest tam całe mnóstwo wskazówek, które mogą Wam pomóc. Co najlepsze jest to kurs online, który robicie we własnym tempie. Każdy moduł jest w różnych formach: video, audio, pisany. Możecie audio puścić w drodze do pracy lub podczas zmywania. Ja np. jestem wzrokowcem i muszę mieć tekst przed oczami żeby się czegoś nauczyć.
Znajdziecie tam też ciekawe wskazówki odnośnie wychowywania dzieci, które bazują na Pozytywnej dyscyplinie. Mnie osobiście zachwyciła lista na lodówkę dla całej rodziny zachowań, które można poprawić i cały wykład o tym, dlaczego dzieci zachowują się źle (a to wszystko przez ten mózg) albo jak motywować dzieci. Cały kurs jest spójny i bardzo ciekawy.
Cały kurs jest naładowany po brzegi ciekawymi informacjami i jest dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej! A do tego sposób podania tej wiedzy jest tak ciekawy, że aż się chce włączyć kolejny moduł i zacząć wdrażać te sposoby w życie.
Gry dla dzieci są różne – nasze ulubione to planszówki i karciane. Dziś pokażę Wam nasze ulubione gry dla dzieci, które najczęściej goszczą na naszym stole. Każda z nich ma w sobie coś takiego, że aż chce się rzucić wszystko i chwilę pograć.
Zacznę od gier, które widziałam już dawno i zapisałam je sobie w moim specjalnym folderze. Nie chciałam ich kupić za wcześnie żeby nie zrazić się do nich. A węgierskie gry Marbushka podziwiałam już kilka lat. Są absolutnie piękne i bardzo wartościowe. Zwróćcie uwagę na przepiękne, bajkowe ilustracje. Powiem szczerze, że było mi ciężko wybrać konkretną, bo naprawdę każda z nich jest wyjątkowa.
Gry mają instrukcje w języku polskim
Mamy dwie gry dla dzieci Marbushka, które wszystkie są dostępne TUTAJ
dostępna TUTAJ
Gra ma świetną fabułę i ciekawe wątki. Akcja gry jest tak ciekawa, że lekko odwraca uwagę od rywalizacji. Dziecko skupia się na tym co jest tu i teraz, a nie pędzi po to żeby tylko wygrać. Dzięki temu gra jest prawdziwą przyjemnością.
„Stary zamek z wysoką wieżą kryje tajemniczy skarb, dlatego tak trudno tam wejść. Jego sekretne drzwi można otworzyć złotymi kluczami – cztery pary drzwi muszą zostać otwarte, aby wejść do środka. Duch próbuje ukraść klucze, ale jeśli będziesz współpracował na pewno go przechytrzysz i znajdziesz Magiczny Kamień Życzeń, który jest największym skarbem… czy masz tajemne pragnienia i zależy Ci na tym by zdobyć kamień?”
Druga gra Marbushka jest również bardzo ciekawa i ma rozbudowaną fabułę. Tak samo jak w poprzedniej grze skupiamy się na ciekawej rozgrywce, która wcale nie jest ukierunkowana na zwycięstwo. Sama gra jest przepiękna, a stworki Güs są przesłodkie (jak to mówi Lila)
„Güs są ekspertami w dziedzinie roślin i zostały nazwane zabawnymi imionami, które zawierają literę ü. Stworki stworzyły tajne przepisy uzdrawiające, które przygotowuje się z leśnymi roślinami. Rośliny nie mogą być ze sobą dowolnie mieszane! Jedynie odpowiednia kombinacja składająca się dodatkowo z kryształów pomoże ogarnąć złe samopoczucie i wysypkę. Uzdrawiające kryształy należy zbierać podczas wędrówki po lesie.
Nie jest to jednak proste, bo drzewa są w ciągłym ruchu i zmieniają swoje miejsce, co może ułatwić, ale również utrudnić pracę małym Güs. Każdy ruch figurką może doprowadzić do nieoczekiwanych spotkań ze zwierzętami leśnymi. Celem gry jest zebranie poprawnych kombinacji kolorystycznych i pomoc tylu roślinom ilu zdołamy podczas rozgrywki. Gracz, który zbierze jak największą liczbę przepisów mikstur i uleczy, jak największą liczbę roślin zostaje zwycięzcą.”
Wersja dla dzieci 8 + dostępna najtaniej TUTAJ
Wersja dla dzieci 6+ dostępna najtaniej TUTAJ
Niewielkich rozmiarów gra dla dzieci, którą możecie zabrać w podróż. Jest wersja dla starszych dzieci i dla młodszych. My od kilku miesięcy mamy właśnie tę drugą. Na czym polega gra? Jest to gra do rozruszania szarych komórek. A do tego ma świetny element sensoryczny, bo karty zawierają dotykowe pola, które trzeba później odgadnąć.
Na raz może grać od 2 do 6 graczy i zadaniem graczy jest zebranie wszystkich części mózgu. Bardzo fajna gra z rywalizacją.
Nie wiem, czy pamiętacie, ale u nas od dawna panuje faza na geografię. Pokazywałam sporo zabawek w tym temacie Geografia przez zabawę. Teraz mamy bardziej zaawansowaną grę, z której przy okazji można się dużo nauczyć. Gry w memory chyba nie muszę nikomu przedstawiać, a ta jest świetna, bo jednocześnie podczas gry możemy się sporo nauczyć. Na początku odłożyliśmy połowę kart żeby było łatwiej. Teraz już gramy pełnym zestawem. Bardzo wartościowa gra, z której każdy może się wynieść.
tu macie wpis Najlepsze gry planszowe dla dzieci
a tu Gry planszowe dla dorosłych
Prezenty na dzień dziecka do 100 zł, które są ciekawe i przyjazne kieszeni kupującego. Dziś chciałabym Wam zaprezentować świetne propozycje, które być może ułatwią Wam poszukiwania prezentu idealnego. Wszystkie typy podzieliłam wiekowo żeby pomóc Wam w odnalezieniu czegoś ciekawego.
tu łapcie najnowszy wpis Prezenty na Dzień Dziecka
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij Lubię to lub udostępnij go swoim znajomym – podziękują Ci
Nie umiem pływać. Nigdy się nie nauczyłam i już prawdopodobnie nigdy to mi się nie uda. Do tego mam silnie rozwiniętą hydrofobię. Kiedy nawet przejeżdżam przez most lub w pobliżu jest woda to czuję lęk, właśnie dlatego, że nie umiem pływać. Dlaczego tak się stało?
Pierwszą styczność z wodą miałam bardzo późno. Mama mnie zapisała na basen jak miałam 7 lub 8 lat. Po dwóch zajęciach musiałam zrezygnować, bo było to dla mnie doznanie traumatyczne. Do dziś pamiętam, jak stoję nad brzegiem basenu i instruktor każe mi wskoczyć trzymając się jedynie kijka do wody, która ma głębokość 3,5 m. Nie wskoczyłam – jak wszystkie dzieci z mojej grupy i nigdy więcej na te zajęcia nie poszłam.
Myślę, że tak się stało dlatego, bo już wtedy miałam duży lęk przed wodą. Wiedziałam, co może się stać i sama myśl mnie paraliżowała. Później, jak byłam studentką to próbowałam jeszcze raz nauczyć się pływać i niestety mi się nie udało. Ale pokonałam odrobinę strach i umiem pływać na plecach. Jednak i tak nie wypłynę w miejsce, gdzie pod palcami nie będę czuła dna.
Dziś razem z marką Pampers chciałabym Wam opowiedzieć o korzyściach, które płyną z ruchu w wodzie. Jest ku temu dobra okazja, bo właśnie na rynek weszły nowe pieluszki dla maluchów na basen.
Mój przykład jest doskonały – nie miałam możliwości wcześniejszego chodzenia na basen, więc pojawiła się reakacja obronna, która tylko narastała. Maluchy nie znają zagrożeń związanych z wodą, dlatego się nie boją. Im później zaczynamy chodzić z dziećmi na basen tym istnieje większa szansa, że będą się tego bały.
Rodzice często zapominają o tym, że dzieci spędziły 9 miesięcy w wodzie i jest to dla nich bardzo naturalne środowisko.
W domu często mamy sporo obowiązków i nawet jak już bawimy się z dzieckiem, czy też czytamy – to wciąż myślimy o różnych innych sprawach takich jak gotowanie obiadu, praca, porządki. Na basenie jest tak duża stymulacja sensoryczna, że odcinamy się od spraw domowych. Myślimy o tym, co jest tu i teraz.
Basen to chyba jedno z niewielu miejsc, gdzie twarz dziecka jest na wysokości twarzy rodzica. Można to wykorzystać do wspomagania rozwoju mowy i rozpoznawania emocji.
Często nawet terapeuci SI zalecają zajęcia na basenie żeby wzmocnić mięśnie obręczy barkowej, która ma wpływ np. na prawidłowy chwyt narzędzia pisarskiego.
Jest nam potrzebna w wielu codziennych sytuacjach. Dzięki tej zdolności możemy uprawiać inne, bardziej zaawansowane sporty.
Nie da się skaleczyć, upaść, połamać. Pływanie jest naprawdę zdrowe. Do tego jest to świetny sport dla osób, które nie mogą z różnych przyczyn ćwiczyć np. są otyłe lub mają schorzenia układu ruchu
Jeżeli Wasze dzieci nie lubią myć głowy lub nie znoszą kąpieli to ruch w wodzie pomoże się oswoić.
Możemy z nim rozmawiać, bawić się bez żadnych przeszkód. Odkładamy wszystkie urządzenia elektroniczne i zajmujemy się sobą.
Ruch w wodzie znakomicie wpływa na rozwój ruchowy dzieci. Nawet jeżeli będziemy bawić się z nim w proste zabawy, to ono skorzysta na nich dwukrotnie. Od małego możemy chodzić na różne zajęcia: grupowe lub indywidualne. Na basenie każdy znajdzie coś dla siebie. A przebywając z dzieckiem w wodzie stymulujemy jego rozwój.
Wybierając się na basen mamy zawsze przygotowaną torbę z niezbędnymi akcesoriami, a ostatnio nawet dokupiliśmy kilka gadżetów żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ten czas. Pływanie pod wodą z maską to naprawdę inne wyzwanie i wyższy poziom zaawansowana.
Przy ostatnich wizytach na basenie testowaliśmy nowość na rynku, czyli Pampers Splashers. Pieluszki są miękkie i kolorowe. Na każdej z nich jest rysunek z motywem morskim. Zwróciłam uwagę przede wszystkim na gumeczki, które nie obciskają brzucha. Pielucha trzyma się na miejscu nawet jak jest cała mokra.
Do tego idealnie przylegają do nóżek dziecka, więc grubsza sprawa nie przedostanie się na zewnątrz. Pieluszki bardzo szybko się wkłada i zdejmuje – nawet jak są mokre. Na koniec wystarczy je rozerwać i gotowe. Najważniejsze, że dziecko jej w ogóle nie czuje na sobie i może swobodnie pływać.
Ja cały czas sobie obiecuję, że będziemy chodzić na basen jeszcze częściej, bo to niesamowita frajda dla dzieci. A już za dwa tygodnie będziemy korzystać z basenów codziennie, bo wyjeżdżamy na wakacje. Tak, czy inaczej od września chcę zapisać Lilę na lekcje pływania.
Jest już na tyle oswojona z wodą, że wykorzysta wszystko to, czego się nauczyła przez 6 lat. A Julek nadal będzie z nami chodził i cieszył się na sam widok torby na basen w przedpokoju. Mam nadzieję, że Was przekonałam żeby zabierać dzieci na basen jak najczęściej – to fajny, rodzinny czas wykorzystany w 100 %.
Domek dla lalek to moje niespełnione marzenie z dzieciństwa. Uwielbiałam się bawić lalkami z koleżankami z podwórka. Niestety nie miałam żadnego domku, ani wypasionych akcesoriów do niego. Ubranka szyłam ze starych skarpetek i frotek do włosów. Moja córka nie może w to uwierzyć, że kiedyś miało się tylko jedną lalkę.
Pokazywałam Wam kiedyś zdecydowanie mniejszy domek z rodziną małych figurek Djeco. Lila bardzo dużo się nim bawiła i zaczęła wspominać o czymś większym. Domek dla lalek to zdecydowanie zakup na kilka lat, więc zaczęłam się rozglądać za czymś sensownym. Tak trafiłam na ten domek do lalek Lori, które mamy już dość długo i świetnie się nam sprawują.
Wyjeżdżamy niedługo na wakacje, więc wymarzone prezenty na Dzień Dziecka daliśmy dzieciom już w tamtym tygodniu. Lila marzyła właśnie o nim – domek dla lalek, który pomieści wszystkie meble i ubranka już stoi na jej parapecie.
Ten domek jest dość duży, ale nie największy, bo nie mamy zbyt wiele miejsca w pokoju. Jest bardzo stabilny i porządnie wykonany. Ma otwierane drzwi wejściowe i zapalane światełko.
W jej domku mieszkają lalki Lori, które mają miękkie brzuszki i dzięki temu jest je łatwiej przebierać. Fajne jest to, że można wciąż dokupować nowe akcesoria lub stroje i wszystkie do siebie pasują.
Domek dla lalek ma dwa piętra i dach wyłożony sztuczną trawą. Ma nawet wyjście na samą górę po schodach. Uwielbiam ukradkiem podpatrywać, jak bawi się lalkami – rozmawia z nimi i przenosi codzienne sytuacje na swoje zabawy.
Jeżeli szukacie domku dla lalek, to warto zwrócić uwagę na ten – jest wystarczający dla 5-latki i myślę, że posłuży tak do 8 lat.
Lalki, akcesoria i domek są dostępne TUTAJ
Prezent na Dzień Mamy musi być wyjątkowy! Coś, co sprawi obdarowanej osobie przyjemność i spowoduje uśmiech na ustach. Ja co roku kupuję sobie coś sama – taki prezent na Dzień Mamy z karteczką „Robisz to dobrze”. Zebrałam dziś inspiracje ciekawych propozycji na ten dzień.
Pamiętacie mój wpis Najgorszy Dzień Matki? W tym roku na pewno taki nie będzie.
Kupię sobie ten kapelusz, a od dzieci dostanę pewnie po arcydziele, które będzie zdobiło moją lodówkę przez następny rok. A ja za to podaruję coś mojej Mamie i będę świętować razem z nią ten wyjątkowy dzień.
Po więcej inspiracji na prezenty dla kobiet zajrzyjcie do wpisu Prezenty dla niej
A Wy jaki chciałybyście dostać prezent na Dzień Mamy? Podzielcie się:)
Nie wiem jaką bym była mamą, gdybym od samego początku nie miała dobrych ludzi za mną. Wsparcie, o którym piszę jest niezbędne do tego żeby każdy z nas poczuł się dobrze jako rodzic. Pamiętam, jak w szpitalu kiepsko mi szło. Byłam niepewna swoich wyborów, każdy ruch był niby przemyślany, a ja i tak nie wiedziałam, czy sobie poradzę.
Wsparcie męża (który też był tak zagubiony jak ja) pomagało w niewielkim stopniu. Ale kiedy przyszła do nas położna – Anioł, nie kobieta, powiedziała, że świetnie sobie radzimy. Spojrzała na nas, świeżo upieczonych rodziców z miłością w oczach i stwierdziła, że wszystko będzie dobrze. Uwierzyłam jej! Tak też się stało. Z dnia na dzień byliśmy coraz pewniejsi i to dawało nam poczucie, że robimy wszystko dobrze.
Pani Doktor okazała nam sporo empatii, bo pamiętam do dziś jak banalne to były wtedy pytania. Ale nikt wtedy tak nie uważał – dla nas to były najważniejsze problemy świata, bo przecież nasze pierwsze dziecko było jego pępkiem. Ta wizyta (i kolejne) pomogła nam rozwiać wszystkie wątpliwości i nauczyć wielu rzeczy.
Dzięki takim osobom z wielkim sercem i powołaniem, młodym rodzicom jest zdecydowanie łatwiej. Każdy z nas potrzebuje takiego wsparcia – szczególnie na samym początku rodzicielstwa.
Ja też przeszłam tę drogę i nabrałam doświadczenia w wielu kwestiach. Dlatego istnieje ten blog i pomagam Wam, jak tylko mogę. Jakiś czas temu powstała moja grupa na Facebooku, w której każdy rodzic otrzyma wsparcie, takie jak dobre słowo, rada, inspiracja. Bardzo Wam dziękuję, że razem tworzymy taką zaangażowaną społeczność, bez oceniania i negatywnych komentarzy.
Kilka dni temu ogłosiłam tam informację o ciekawym wydarzeniu, w którym sama miałam wziąć udział. 10 moich czytelniczek wraz z dziećmi miało okazję się poznać, porozmawiać i zasięgnąć rady u specjalistów podczas wyjątkowego wydarzenia, które odbyło się 11 maja na Mysiej 3.
Podczas eventu miałam okazję przeprowadzić bardzo ciekawy wywiad z pediatrą, dr. Łukaszem Durajskim. Rozmawialiśmy między innymi o roli dotyku w budowaniu więzi między rodzicami, a dziećmi. Pan Doktor podkreślał również znaczenie codziennych rytuałów w rozwoju dziecka. Sporo dowiedziałam się również o rozwoju zmysłów w okresie prenatalnym.
Niby jest to oczywiste, że dziecko przebywając w brzuchu u mamy przez 9 miesięcy doświadcza mnóstwo bodźców związanych z dotykiem, ale dla mnie było to odkrywcze. Dlatego tak ważny jest kontakt skóra do skóry po porodzie i późniejsza pielęgnacja sensoryczna. Tak naprawdę dotyk jest największym zmysłem, bo receptory znajdujące się w skórze zajmują największą powierzchnię. Warto masować dzieci, aby zapewnić im jak najwięcej bodźców.
Pan doktor Łukasz Durajski omówił również najbardziej powszechne problemy skórne u dzieci. Sama pamiętam łuszczącą się skórę u naszej pierwszej córki i nasze przerażenie, jak mamy z nią postępować. Brakowało nam wtedy wiedzy, ale na szczęście trafiliśmy na pediatrę, która dobrze nas pokierowała i córka z tego wyrosła.
Następnie, po uroczystej inauguracji kampanii, mogliśmy uczestniczyć w warsztatach ze specjalistami: wyżej wspomnianym pediatrą, położną i psychologiem. W tym czasie dziećmi zajmowały się animatorki, zapewniając im świetną zabawę.
Wszyscy dążą do tego, aby być jak najlepszym rodzicem, a często zapominają o prawdziwych potrzebach dzieci, takich jak zwykłe bycie dla nich “tu i teraz”.
Z Panią Położną Agnieszką Mińko, rodzice mogli porozmawiać o roli pierwszego dotyku. Dlaczego jest tak ważny i jak możemy wspierać nasze dzieci od małego. Bliskość i budowanie więzi zaczyna się już w brzuchu u mamy, a my jako rodzice – później tą niezwykłą nić podtrzymujemy.
To było też pierwsze spotkanie, na których miałam okazję poznać moje czytelniczki. Było to niesamowite wrażenie, poznać kogoś, kto tak nas dobrze zna z bloga. Usłyszałam też od Was sporo ciepłych słów z podziękowaniami za wiedzę, którą dzielę się na blogu. Takie wsparcie i mi było potrzebne.
W czasie warsztatów odbyło się również niesamowite, sensoryczne przedstawienie, którego autorką jest Iza Chlewińska. Zrobiło na nas i dzieciach ogromne wrażenie. Kiedy tylko weszliśmy do przyciemnionego miejsca, wiedziałam, że czeka na nas wyjątkowa uczta wizualna. Dzieci z ogromnym zaciekawieniem obserwowały aktorkę, która schowała się błękitnym worku. Przemieszczając się, zapraszała dzieci żeby również tego spróbowały.
“Pani aktorka udawała, że jest dzieckiem, które jeszcze się nie urodziło. A ten worek to był brzuch jej mamy. Tam w środku jest ciemno i ona prawie nic nie słyszy. Stawała się coraz większa, aż w końcu wyszła z tego brzucha i zaczęła poznawać świat. Nie umiała jeszcze chodzić i dlatego się czołgała”.
Niesamowite jest to, jak dzieci postrzegają sztukę!
Cieszę się, że mogłam wziąć udział w tym w wydarzeniu, które tylko potwierdziło, jak ważne jest wsparcie, które otrzymują rodzice po narodzinach dziecka. Każdy z nas na nie zasługuje i powinien je otrzymać.
Są takie książki, które są tak napisane, że podczas czytania jej dzieciom trafia prosto w Twoje rodzicielskie serce. Momentalnie przechodzą błahe problemy, związane z trudami jakie czasami niesie rodzicielstwo. Książki, które zostają na półkach długo i są później przekazywane dalej. Tak jest właśnie z pozycją, którą dziś Wam pokażę.
Widziałam jej zapowiedź i spodziewałam się czegoś wartościowego, ale kiedy tylko przyszła i ją przejrzałam, dosłownie przysiadłam na podłodze i nie mogłam wydobyć z siebie słowa.
Raczej nigdy tego nie piszę, ale jestem bardzo strachliwa, a można nawet powiedzieć, że bojaźliwa. Boję się różnych rzeczy i naprawdę staram się kryć z moimi strachami przed dziećmi. Oczywiście do niektórych się przyznaję, bo to ludzka rzecz się bać. Ale właśnie ta książka trafia we wszystkie moje strachy takie jak burza, woda, czy też ciemność (a nawet pies).
Jest to naprawdę niesamowite, że czytając tę książkę naprawdę czuję się odrobinę bezpieczniej. Kiedy czytam ją dzieciom, to jakbym dawała im narzędzia do pokonywania strachu. Rozmawiania o nim i oswajania.
Jest napisana bardzo prostym językiem, który dla dziecka jest dosłowny, a dla dorosłego pełny przenośni. Do tego ma przepiękne ilustracje, które doskonale odzwierciedlają emocje. Nie straszy, a oswaja. Nie daje daje rad, a pokazuje inne wyjście.
Bardzo mądra, przekazująca uniwersalne treści na całe życie. Warto mieć ją na półce.
Ta książka doskonale nadaje się na prezent i dostępna jest TUTAJ
Astrid Desbordes napisała również książkę „Miłość”, o której pisałam Książka na prezent i „Moja młodsza siostra”, o której pisałam Książki dla starszaków
Kiedy urodziłam drugie dziecko, miałam już wizję kształtowania nowego członka naszej rodziny. Jako doświadczona mama wiedziałam, że będę wychowywała je podobnie. Jak się okazało jest to… niemożliwe. Dlaczego? My jesteśmy już innymi rodzicami, młodsze dziecko jest zupełnie inne, a i starsze rodzeństwo ma swój wpływ.
Materiał zrealizowany w ramach współpracy z Disney Junior Polska
Pierwsze macierzyństwo jest jak wspinaczka na szczyt górski. A drugie jak … bieg ze szczytu. Po błocie. W japonkach. Trzymając kubek kawy w ręku.
Ile ja miałam planów i pomysłów, które sprawdziły nam się przy pierwszym dziecku, a zupełnie nie wyszły przy drugim. Czasem się nawet sama sobie dziwię, że tak postępowałam przy Lilce. Moje pomysły wymagały bardzo dużo zaangażowania. Nie ukrywam, że przy drugim dziecku już mi się nie chce, bo wiem, że i bez tego przeżyje.
Pierwsze dziecko jadło tylko według metody BLW. Jednak muszę przyznać, że była to bardzo ortodoksyjna odmiana, bo NIGDY nie nakarmiłam córki łyżką. Przysporzyło nam to sporo: bałaganu, ćwiczeń cierpliwości przy zjadaniu groszku palcami i plam na obraniach. Ale było warto! Przy drugim dziecku trochę z lenistwa, a trochę z obserwacji dziecka postanowiłam wprowadzić papki (a nawet słoiki).
Dodam, że przy pierwszym nigdy nawet takiego wynalazku dla leniwych nie korzystałam. A przy drugim dziecku stałam się mamą w stylu SMART i uznałam, że przecież to nic złego. Młodszy ma się dobrze, a je więcej niż starsza siostra, która teoretycznie powinna być smakoszem.
Cukier to zło i przy pierwszym dziecku do 3 roku życia praktycznie nie podawaliśmy nic słodkiego. Nawet siłą perswazji przekonaliśmy ją, że nie lubi czekolady (biedna Lilka;) Słodyczy ze sklepu praktycznie nie widziała, a ja stawałam na głowie, jak dostała czekoladowego Mikołaja.
Do 3 roku życia nie znała też smaku lodów, bo cały czas kupowaliśmy jej same rożki. A młodszy sam się upomniał o swoje i każe sobie kupować lody o smaku „smakującym” i samymi wafelkami już dawno gardzi. Niestety nie da się przekonać najmłodszego członka rodziny do zdrowszych zamienników i kiedy raz na jakiś czas kupujemy starszej słodycze – to musi to być coś, co młodszy też będzie mógł zjeść.
Pierwsze dziecko wprowadzaliśmy w świat bajek bardzo ostrożnie, dobierając bajki przeznaczone dla jej wieku. Dodam też, że razem siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy je wspólnie. Jak urodził się młodszy, to Lilka miała prawie 4 lata i już wtedy miała swoje ulubione bajki. Teraz kiedy ma prawie 6 to rozumie już tak wiele, że wybiera seriale dla dzieci z rozbudowaną akcją i ciekawymi bohaterami.
Jako, że czas na oglądanie przypada wtedy, kiedy młodszy nie śpi, to często jej przy tym towarzyszy. Julek posiedzi kilka minut, obejrzy, coś zapyta, zrobi kilka podskoków i biegnie dalej. Tak razem oglądają Pidżamersów (więcej napisałam o nich na dole wpisu). A później bawią się w drużynę nieustraszonych bohaterów. Lilka jest oczywiście Sowellą. Razem z młodszym bratem chowa się do szafy i obmyśla plan niesienia pomocy.
Przy pierwszym dziecku prawie wszystkie zabawki mieliśmy drewnienie lub materiałowe. Prawie w ogóle nie mieliśmy plastiku, a już tego grającego i świecącego zwłaszcza. A przy drugim… Najważniejsze żeby dziecko czymś się zajęło – nieważne czy to łyżka do butów, czy grający samochód. No i przyznam szczerze, że mamy teraz tego sporo.
Oh, ile to pierwsze dziecko miało pięknych, białych i totalnie niepraktycznych ubranek. A o butach niechodkach, nie wspominając. Drugie dziecko ma same ubranka, które muszą spełniać te wymogi:
Owszem podobają mi się piękne ubranka, ale dbam o swoje zdrowie psychiczne i ich nie kupuję.
Dziecko było moim wszechświatem i samym pępkiem tegoż. Przy drugim dziecku musiała podzielić ten świat na pół i znaleźć jeszcze coś dla siebie. Paradoksalnie mając dwójkę dzieci mam naprawdę więcej czasu dla siebie, bo się inaczej organizuję.
Jak sobie przypomnę jak z Lilką leżałam godzinami na podłodze na macie, to teraz mam wyrzuty sumienia kiedy wysypuję Julkowi miskę suchego makaronu i daję kuchenne łyżki do makarony, a sama piję kawę i kątem oka czytam gazetę.
Jak pewnie pamiętacie, przy pierwszym dziecku bardzo dużo pracowałam z córką tworząc rozwojowe pomoce. Bardzo dużo czerpałam z tej pedagogiki, ale w pewnym momencie się poddałam. Przy dwójce dzieci, pracy z domu nie dałam zwyczajnie rady. Panie w przedszkolach nie mają prania, gotowania, 15 nieprzeczytanych meili w skrzynce.
Mogą na bieżąco prezentować pomoce, pomagać przy sprzątaniu i proponować coś nowego. Mi na to nie starczyło czasu i determinacji. Kiedy tylko moje dzieci zajmują się czymś, to ja się ulatniam do swoich obowiązków. A później przez resztę dnia chodzę i zbieram np. figurki z budowlami świata, które Julek powkładał do butów. Oczywiście wciąż się staram przygotowywać edukacyjne pomoce i w miarę możliwości prezentować je dzieciom, ale naprawdę jest tego dużo mniej.
Z pierwszym dzieckiem chodziliśmy na Gordonki i na naukę pływania dla niemowląt. A z drugim w ramach atrakcji idę np. do serwisu samochodowego albo na zakupy do warzywniaka;) Serio, nie mam za bardzo kiedy chodzić na dodatkowe zajęcia, a z resztą dopiero teraz widzę, że one nie są mu do szczęścia potrzebne. Jemu wystarczy mama i plac zabaw. No może jeszcze piłka.
Nawet nie zliczę ile razy byłam z pierwszym dzieckiem u lekarza z katarem. Przy drugim dziecku, kiedy już się wie, że od kataru się nie umiera to wizyty odbywam niezwykle rzadko. Zapisuję dziecko na wizytę po kilku dniach infekcji albo nie idę wcale. Eskapada z dwójką do lekarza to już nie taka prosta sprawa, więc rozważam wszystkie za i przeciw. A poza tym widzę, że Jul dzięki temu, że ma starszą siostrę – choruje mniej.
Przy pierwszym dziecku mam wszystko zapisane: kiedy pierwsze zęby, pierwsze „Mama”, pierwsze przewroty z brzucha na plecy. A z drugim? Nawet nie zauważyłam kiedy wyszły mu wszystkie czwórki. Lilka miała nawet album, który regularnie uzupełniałam.
Niesamowite jest to, że Ci sami rodzice mogą tak zmienić swoje poglądy odnośnie wychowywania dzieci. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę dwulatkowi kupować prawie codziennie gałkę lodów waniliowych to bym się popukała w czoło. Mimo tego, że teraz zmieniło się nam podejście i mocno poluzowaliśmy, to jesteśmy w tym szczęśliwi. I nasze dzieci również, a o to w tym wszystkim chodzi.
A Pidżamersi to serial emitowany na kanale Disney Junior. Odważni bohaterowie: Gekson, Kot Boy i Sowella razem, wspólnymi siłami ratują świat. Pomagają sobie nawzajem rozwiązywać tajemnicze zagadki i pokonują przeszkody używając swoich supermocy. Ze swoich eskapad wyciągają zawsze wartościowe wnioski i lekcje. W najnowszych odcinkach serialu Pidżamersi, które będą emitowane od 12 maja, w każdą sobotę, o godzinie 8:00 tylko w Disney Junior czekają na Was nowe przygody i nowe emocje. Spotykamy się przed telewizorami – będzie po prostu rewelacyjnie!
Tęcza Grimm’s była na mojej liście zabawek do kupienia do dawna. Kiedy zobaczyłam ją na żywo, na targach Kids Time, to moje serce ponownie mocniej zabiło. Miałam zamiennik z innej firmy, ale to naprawdę nie jest to samo. W dzisiejszym wpisie pokażę Wam, jak tęcza Grimm’s zawładnęła naszymi zabawami.
Zacznę od tego, że to nie jest zabawka dla wszystkich dzieci. Jeżeli Wasze dzieci nie mają zbyt dużo zabawek drewnianych, to może być tak, że nie dostrzegą jej potencjału. To jest zabawka, która w bardzo dużym stopniu angażuje wyobraźnię i ćwiczy motorykę małą. Elementy tęczy się zsuwają, więc dla miłośników np. klocków Lego tęcza Grimm’s może być trudna.
Ta zabawka jest stworzona do zabawy z rodzicami. Przynajmniej na początku. Myślę, że jest niewiele dzieci, które wezmą zabawkę z półki i będą sama wymyślać tak skomplikowane budowle. Tęcza Grimm’s wymaga prezentacji, tak jak w pomocach Montessori.
Jeżeli myślicie, że kupicie tęczę, bo ładnie wygląda na półce, to sobie darujcie. Naprawdę warto wydać niemałą sumę i się nią razem z dzieckiem bawić.
Tęcza Grimm’s jest dostępna TUTAJ
Teoretycznie jest to zabawka od urodzenia (jest wersja czarno biała, ale wg mnie największy potencjał ma kolorowa). Z małym siedzącym dzieckiem można już się nią bawić np. przetaczając piłki pod nią. Ale naprawdę rodzic musi mieć pomysł, jak się nią bawić, bo tak małe dziecko nie będzie umiało skorzystać z potencjału tej zabawki.
Wydaje mi się, że najlepszym wiekiem na kupienie tęczy, żeby móc korzystać z pełni jej możliwości, są 2 lata. Jest to wiek, w którym najczęściej występuje okres wrażliwy na naukę kolorów, a ta zabawka nadaje się do tego znakomicie. Do jakiego wieku dziecko może się nią bawić? Spokojnie do 10-12 lat.
Mamy na półkach mnóstwo drewnianych zabawek i NAPRAWDĘ żadna z nich nie jest takiej jakości jak zabawki tej marki. Wszystkie elementy są drewniane, ale są niezwykle lekkie. Tęcza jest wykonana z drewna lipowego i pomalowana jest w unikalny sposób (elementy są zanurzane w farbie, przez co drewno chłonie kolor). Dzięki temu farba nie odpryskuje z drewna i uwydatnia słoje. W dotyku zabawki Grimm’s są lekko szorstkie i matowe, dzięki temu utrzymują się na sobie.
Tęcza Grimm’s daje MNÓSTWO możliwości zabawy. Według mnie wymaga pomocy rodzica, szczególnie na początku. Dziecko samo z siebie zbuduje wieżę i ją rozwali – na tym zabawa się skończy i się zniechęci. A my będziemy się frustrować, że wydaliśmy tyle pieniędzy na zabawkę, a dziecko się nią nie bawi. Naprawdę warto bawić się nią z dzieckiem. Ja osobiście uwielbiam! Szukamy różnych pomysłów na zabawy i z nich korzystamy.
Tęcza Grimm’s doskonale nadaje się do nauki kolorów – można je nazywać, dopasowywać, budować według odcieni. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.
Z elementów można budować niesamowite konstrukcje, których nie da się zrobić z innych zabawek. Najlepiej widać je na zdjęciach i filmie, który dziś nagrałam z Julem.
Z tęczy można zrobić kulodrom, zjeżdżalnie, tunele, domki, okręgi itd.
Do tęczy pasują inne zabawki z tej marki i doskonale ją uzupełniają. My mamy ich kilka i chętnie z nich korzystamy:
tu macie poprzedni wpis: Zabawki dla 2 latka
Jak widzicie tęcza Grimm’s daje mnóstwo możliwości zabawy. Moje dzieci ją uwielbiają, bo można z niej robić niesamowite budowle, ale przy okazji świetnie się bawić. Zabawa z tęczą uczy też cierpliwości, bo elementy się zsuwają i naprawdę chce się próbować ponownie.
Jeżeli już ją macie to poszukajcie zabaw na Pintereście lub Youtubie – jest ich ponad 100!
Wiosna rozgościła się w Polsce na dobre, a wraz z nią niestety pojawiły się kleszcze. Te niepozorne z wyglądu pajęczaki potrafią przysporzyć nie lada kłopotów zdrowotnych, dlatego absolutnie nie należy ich lekceważyć!
Autorką tekstu jest moja czytelniczka, która sama jest zarażona i jest też mamą. Próbowała różnych metod leczenia i rozmawiałam z nią o tym sporo. Chciałam żeby przekazała swoje doświadczenie w tym temacie. Specjalnie nie poprosiłam o to lekarza, bo chciałam żeby to była osoba niezależna. Zależało mi też, że treść nie straszyła, a tylko uświadomiała.
Kleszcze są zagrożeniem zarówno dla zwierząt jak i ludzi. Przynoszą wiele niebezpiecznych chorób. Do najbardziej powszechnych należą babeszjoza, anaplazmoza, odkleszczowe zapalenie mózgu oraz borelioza. Ta ostatnia, zdiagnozowana odpowiednio wcześnie, poddaje się leczeniu. Problem pojawia się, gdy pierwsze objawy zostaną zignorowane bądź zakażenie przebiega bezobjawowo. Warto, zatem być wyjątkowo czujnym.
Pierwszy szczyt aktywności kleszczy przypada na maj-czerwiec, kolejną wzmożoną aktywność obserwuje się we wrześniu. Kleszcze teoretycznie budzą się wraz z wiosennym ociepleniem, jednak warto wiedzieć, że w ostatnich latach pojawiają się również w zimnych miesiącach, co wskazuje na to, że uodporniły się one na niskie temperatury.
Wbrew powszechnej opinii najmniej kleszczy występuje w typowym lesie, bowiem nie żyją one na drzewach. Najlepiej czują się w krzakach i trawach – do półtora metra wysokości – zatem szczególną ostrożność należy zachować na łąkach, w parkach, na miejskich skwerach czy „zielonych” placach zabaw.
Kleszcze, które kojarzymy to zwykle duże formy, tymczasem warto zaznaczyć, że występują też formy małe i nimfy (stadium larwalne). Te ostatnie, ze względu na rozmiar i jasną barwę, są praktycznie nie widoczne dla oka. Warto być szczególnie czujnym!
Kleszcze wędrując po ciele szukają ciepłych miejsc. Lubią pachwiny, pachy, obszary za uszami, szyję. Wychodząc w miejsca, gdzie potencjalnie możemy spotkać kleszcze warto osłonić ciało. Założyć ubranie z długimi rękawami i długimi nogawkami, włożyć wyższe buty, które szczelnie osłonią kostkę, bądź wysokie skarpety, które należy naciągnąć na nogawki. Głowę sugeruje się zabezpieczyć czapką lub kapeluszem. Warto by ubranie miało jasny kolor. Co prawda, nie odstraszy to kleszczy, ale na pewno będzie je łatwiej zauważyć. Pamiętajmy jednak, że to działania czysto profilaktyczne i nie uchronią one przed ewentualnym atakiem kleszczy. Dotyczy to zarówno dzieci jak i dorosłych.
Na rynku dostępne są obecnie liczne preparaty odstraszające kleszcze. Ich użycie zmniejsza ryzyko, że kleszcze zaatakują, ale – o czym należy pamiętać – nie dają one całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Wśród środków „przeciwko” kleszczom wyróżnia się spraye, kremy, olejki, czy urządzenia oparte na zasadzie emisji ultradźwięków (np. Tickless). Te ostatnie przeznaczone są również dla dzieci od pierwszych dni życia. Warto również zapoznać się z działaniem takich ziół jak wrotycz, czystek czy popularny rozmaryn lub tymianek.
Po każdym powrocie z obszaru, na którym mogą występować kleszcze, powinniśmy dokładnie obejrzeć całe ciało. Przedtem warto zdjąć ubranie i dokładnie je wytrzepać zwracając uwagę, czy przypadkiem nie strzepujemy z niego kleszczy do mieszkania! Następnie wskazana jest kąpiel.
Nieprawdą jest, że z wbitym kleszczem należy udać się na pogotowie. Tu czas odgrywa niezwykle ważną rolę, zatem im szybciej usuniesz go z ciała tym lepiej.
Do wyciągnięcia kleszcza posłużą „kleszczołapki” lub urządzenia działające na zasadzie pompki odsysającej. Zakupisz je w każdej aptece. Warto mieć je zawsze przy sobie w sytuacjach, gdy Ty bądź dziecko macie bezpośredni kontakt z naturą. Jeśli nie mamy wyżej wspomnianych narzędzi, użyjmy zwykłej pęsety.
Kleszcza wyciągamy ze skóry zdecydowanym ruchem, a następnie dezynfekujemy miejsce jego wbicia. Uwaga, nigdy na odwrót! Dezynfekcja wbitego kleszcza sprawia, że ten wymiotuje wpuszczając przy tym do organizmu ludzkiego bakterie i wirusy. Wyciągniętego kleszcza dokładnie oglądamy, by upewnić się, że został wyciągnięty w całości i następnie oddajemy go do badania. Nie jest to jednak wymogiem. Decyzję pozostawia się osobie zainteresowanej tematem.
Badanie kleszcza wykonują wybrane laboratoria. Mają one na celu sprawdzenie, czy dany kleszcz jest nosicielem patogenów powodujących choroby. Jeśli kleszcz był zdrowy, możesz odetchnąć z ulgą. Jeśli był chory, warto być czujnym. Borelioza może nie dawać żadnych objawów przez lata, to bardzo podstępna choroba. Tu warto dopowiedzieć, że rumień zawsze oznacza zakażenie, zaś jego brak nie oznacza, że choroby nie ma, a kleszcz może nas zarazić będąc wbitym nawet przez krótką chwilę.
Kleszcze niosą ryzyko wielu poważnych chorób, niektóre z nich są trudne w zdiagnozowaniu i jeszcze trudniejsze w leczeniu. Nie popadajmy jednak w paranoję. Dla zdrowia, znacznie bardziej niebezpieczne jest unikanie kontaktu z naturą. Zabawy na świeżym powietrzu, czy spacer po łące lub lesie to najlepsza forma aktywności dla dużych i małych. Pamiętajmy jednak o tym, że nie jesteśmy tam sami, nie ignorujmy ryzyka zdrowotnych powikłań, które niewielki pajęczak może wywołać, jeśli staniemy się obiektem jego zainteresowań.
Tekst: Marlena Zienkiewicz
Odkąd jestem mamą zaczęłam zwracać uwagę, na to co sama jem i co je moja rodzina. Przyznam szczerze, że wcześniej nie przywiązywałam do tego wagi. Zdrowa dieta jest dla mnie bardzo ważna, bo wiem, że gwarantuje prawidłowy rozwój. Sama również odkąd zaczęłam się bardziej świadomie odżywiać, to mój stan zdrowia się poprawił.
Nie mamy żadnych zrywów zdrowego odżywania i nie przeprowadzamy rewolucji w kuchni. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba umieć jeść z głową. Od 6 lat stosuję bardzo ważną zasadę przy układaniu posiłków dla mojej rodziny. Brzmi ona mniej więcej tak:
Co przez to rozumiem? Każdy produkt, który kładę dzieciom na talerzu postrzegam przez pryzmat wartości odżywczych. Nie jest to sztuka żeby jeść byle co. Zdecydowanie trudniej się ODŻYWIAĆ, czyli spożywać takie jedzenie, które oferuje nam coś więcej niż tylko puste kalorie.
Chciałabym nauczyć moje dzieci już teraz (bo za kilka lat będzie zdecydowanie za późno), jak się odżywiać żeby być zdrowym.
Jak pokazują wyniki badań Światowej Organizacji Zdrowia, do 2025 roku ponad 70 milionów dzieci na całym świecie będzie cierpieć na otyłość. Dlatego uważam, że edukacja na tamat tego, co jemy powinna być od urodzenia.
Każdy z nas by chciał żeby nasze dzieci były zdrowe i miały świadomość, co na ten stan wpływa. Dlatego od małego wpajam dzieciom, co jest wartościowe, a co nie. Uczę, że zdrowe odżywanie to też fajna zabawa, bo można wymyślać różne ciekawe dania, razem gotować i spędzać przy tym wspaniały czas z rodziną. Chciałabym żeby w przyszłości wyniosły te nawyki z domu, kiedy nie będzie nad nim czuwał mój wzrok.
W domu zawsze mam zdrowe produkty, z których robię różne potrawy lub podaję w niezmienionej formie. Dziś chciałabym Wam o nich napisać, żeby i Was zainspirować.
Chcę żeby moje dzieci jadły jak mistrzowie, dlatego jest to dla mnie ważne. Słodycze i niezdrowe przekąski również się pojawiają w naszym menu, ale rozmawiamy o tym i dzieci doskonale zdają sobie z tego sprawę. Według mnie nie jest sztuką zabronić, tylko świadomie o tym rozmawiać i od czasu do czasu na nie pozwalać, bo czym jest zjedzony batonik raz na dwa tygodnie przy zdrowym stylu życia?
Bardzo często dostaję od Was pytania, jaki fotelik samochodowy wybrać. Jest to ważny zakup w życiu rodzica, dlatego warto zrobić to z głową. Na rynku jest mnóstwo fotelików samochodowych, które mają chronić dziecko podczas jazdy autem.
Tak, właśnie po to jest fotelik – dziecko ma w nim siedzieć i być prawidłowo zapięte.
Każdy z nas ma inne potrzeby, dlatego polecenie konkretnego fotelika może być naprawdę trudne, ale kolejne parametry pozwalają zawęzić poszukiwania.
Jestem zwolenniczką przewożenia dzieci jak najdłużej tyłem do kierunku jazdy. Jest to najbezpieczniejszy sposób i nie ma żadnych wątpliwości, że warto się w tym kierunku dokształcić. Każdy fotelik 0-13 kg jest RWF, i niektóre z grup wagowych: 9-18 kg, 9-25 kg.
Dlaczego fotelik tyłem do kierunku jazdy jest bezpieczniejszy? Jego przewagę wyjaśniają prawa fizyki. Podczas zderzenia czołowego np. z prędkością 50 km/h w foteliku montowanym przodem nacisk na szyję dziecka może wynieść nawet 200 kg. Małe dzieci mają do tego nieproporcjonalne głowy w stosunku do reszty ciała. Nawet niewielka stłuczka może spowodować poważne skutki zdrowotne.
Najkrótszy okres jaki się zaleca do przewożenia dziećmi tyłem do kierunku jazdy to 4 lata, ale zawsze można dłużej.
W Szwecji, gdzie dużą uwagę przykłada się bardzo dużą uwagę do bezpieczeństwa dzieci istnieje instytut VTI, który od 40 lat testuje niektóre foteliki samochodowe. Stworzyli tzw. Test Plus, który dostają foteliki przetestowane pod kątem nacisku na szyję, grożący złamaniem. Bardzo ciekawy jest fakt, że jak dotąd nigdy żaden fotelik przodem do kierunku jazdy nie uzyskał Test Plusa.
Fotelik ma być dobrany do wzrostu i wagi dziecka. Są dzieci, które w wieku 2 lat ważą 10 kg, a są też takie, które ważą tyle, co nie jeden czterolatek. Warto przemyśleć, do jakiego wzrostu będziemy przewozić dziecko w tym foteliku. Można kupić fotelik 9-18 kg, a poźniej 9-25 kg (tak my zrobiliśmy i mniejszy fotelik Lilka „oddała” bratu)
Jest to też ważna kwestia, bo inaczej kupuje się fotelik dla jedynaka, a inaczej dla 3 dzieci. Kiedy macie jeden, czy nawet dwa foteliki na tylnej kanapie to możecie na to nie zwracać uwagi. Ale kiedy potrzebne są 3 foteliki, to pojawia się problem. Warto też przemyśleć „dziedziczenie” fotelików po rodzeństwie. Jak jedno dziecko wyrośnie, to żeby drugie mogło jeździć.
Temat rzeka – każde auto i model jest zupełnie inne. Co z tego, że Wam napiszę o tym jak świetnie nam się jeździ z fotelikiem X w naszej Maździe, skoro Wy macie zupełnie inne auto. Są na rynku auta, do których nie pasują niektóre foteliki. Przy zakupie fotelika RWF warto też sprawdzić ilość miejsca jakie zostaje na nogi u pasażera z przodu. Moje auto jest małe i kiedy jeździmy nim całą rodziną, to na tym miejscu mieszczę się tylko ja. Kąt nachylenia kanapy również może mieć znaczenie, ale można je wyregulować przy pomocy specjalisty w sklepie.
Pocieszę Was, że są foteliki, które pasują do 90 % aut. Są to np. foteliki marki Axkid
Foteliki nie są tanie, a te, które są naprawdę bezpieczne kosztują jeszcze więcej. Z doświadczenia Wam napiszę, że kiedy próbujemy na czymś oszczędzać to niekoniecznie wychodzi nam na dobre. My chcieliśmy zaoszczędzić na drugim foteliku starszego dziecka i kupiliśmy tańszą alternatywę. Nie jestem z niego zadowolona, bo po zdjęciu własnych pasów – właściwie nie trzyma się siedzenia. Gdybym jeszcze raz kupowała fotelik z tej kategorii wagowej, kupiłabym lepszy. Często nam się wydaje, że to bardzo dużo pieniędzy, ale jak się weźmie pod uwagę bezpieczeństwo, użytkowanie i lata, ile fotelik będzie z nami jeździł to kwota się rozkłada.
Najpierw warto sprawdzić wyniki testów zderzeniowych, ale to nie wszystko.
Najlepiej jest przyjechać i przymierzyć go w sklepie. Ja miałam upatrzony fotelik do mojego auta, ale bałam się go kupić przez internet. Zdecydowałam, że przyjadę, zmierzę i zapytam specjalistów, czy faktycznie jest to dobry wybór.
Pojechałam z Julkiem do sklepu Osiem gwiazdek na Białołęce.
Na miejscu okazało się, że sklep jest w pełni przystosowany do dzieci (kącik z zabawkami). Świetnym rozwiązaniem jest to, że do sklepu wjeżdża się autem (3, a nawet 4 stanowiska na raz). Jest to ogromne ułatwienie, bo łatwiej jest zapanować nad dzieckiem, sprzedawca może przymierzyć kilka foteli,a dziecko może biegać bez kurtki i mierzyć po kolei wszystkie modele. Kto wpadł na ten pomysł, zasługuje na pochwałę!
Sprzedawca najpierw przedstawił mi różne możliwości dopasowane do mojego auta i dziecka. Zdecydowaliśmy się na nowego Axkida Minikid 2.0, który ma jeszcze lepszą ochronę boczną. Na razie sprawdza się znakomicie, ale za jakiś czas napiszę Wam obszerną recenzję.
Axkid Minikid 2.0 jest do 25 kg.
Zobaczcie Lilkę, która ma 5,5 roku, 110 cm i 18 kg wagi.
Dziś chciałabym Wam pokazać nowy plac zabaw w Warszawie. Jest absolutnie świetny! Został on w pełni sfinansowany przez Ambasadę Węgier. Takie place zabaw są właśnie bardzo charakterystyczne dla ich kraju. Zawsze drewniane, kolorowe, nawiązujące do ich kultury i folkloru. Jestem zakochana w tym miejscu i z pewnością będziemy tam wracać.
Plac zabaw jest przy Agrykoli. Jak go znaleźć? Kierujcie się na Atelier Amaro i tam zejdźcie uliczką na sam dół, do skrzyżowania. Po lewej stronie go zobaczycie. Jeżeli będziecie autem to możecie zaparkować przy Atelier Amaro (parking jest płatny).
Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś byłam tak mało aktywna. Odkąd mam dzieci to nie mogę usiedzieć w miejscu. Ciągle bym gdzieś ich zabierała i pokazywała. Nigdy bym też się nie spodziewała, że będę non stop biegać w adidasach i takich ciuchach.
p.s. Chcę Wam też pokazać moje najwygodniejsze buty – Crocs LiteRide Uwielbiam je za lekkość, miękką podeszwę, materiałową górę. Chodzę w nich cały czas, czy to na plac zabaw, na zakupy, czy na spotkanie. Mają piankowe wkładki LiteRide, które są bardzo sprężyste i lekkie. Biegam w nich za dzieciakami i nie czuję ich na stopie.
Udało mi się załatwić też dla Was zniżkę na 15% (na nie przecenioną kolekcję), hasło: nebule2018, ważny do 20 kwietnia na stronie https://www.crocs.pl.
Moje dzieci nigdy nie dostały kary. Nie usłyszały, że coś im zabiorę „za karę” lub nie będą mogły czegoś zrobić, bo nabroiły. Nie dostały też nagrody za super zachowanie, ani nie miały obiecanej nagrody. Dzisiejszy temat to wychowanie bez kar i nagród.
Dlaczego stosowanie kar i nagród powoduje, że rodzice wpadają w błędne koło? A dzieci często są pod taką presją, że obiecana nagroda przynosi inny skutek.
Pamiętacie, że kiedyś dużo czerpałam z pedagogiki Marii Montessori. Jednak w pewnym momencie mojego rodzicielstwa uznałam, że nie chcę polegać na teoriach, tylko na swoim instynkcie i na moich dzieciach, które dają doskonałe lekcje (pisałam o tym tu: Rodzicu porzuć wszelkie teorie). Jednak mimo tego, że prawie wszystkie założenia odrzuciłam, to w porozumieniu z mężem uznaliśmy, że wychowanie bez kar i nagród jest najlepsze, jakie możemy naszym dzieciom dać.
Nie było to proste tylko na pozór.
Według mnie o wiele trudniejsze jest wychowanie z systemem kar i nagród.
W takich sytuacjach, kiedy dajemy dziecku karę za jakieś zachowanie lub brak czynności, o które nam chodziło gramy na najprostszych uczuciach.
Nigdy! Kara nie przyniesie pożądanego efektu, a spowoduje, że Wasze dziecko będzie miało do Was, do rodzeństwa żal. Żal, który połączony z brakiem poczucia bezpieczeństwa podważy jego poczucie własnej wartości.
Pamiętam siebie stojącą w kącie w przedszkolu. Chciałam się wtedy zapaść pod ziemię. Mimo tego, że minęło tyle lat to do dziś pamiętam wstyd, smutek i… brak jakiegokolwiek zrozumienia dla tej kary. Nie myślałam wtedy: „Ok to nie będę tak więcej robić”. Tylko byłam zła, smutna i było mi strasznie wstyd.
Kara nie pozwoli zrozumieć dziecku, co zrobiło źle, a co za tym idzie, będzie powtarzało niepożądane przez nas zachowania np. bicie rodzeństwa. Tylko rozmowa kiedy emocje opadną (mózg nie uczy się w stresie!) może przynieść efekty. Tu przypomnę mój artykuł o tym Dlaczego dzieci biją innych.
Czy dziecko nie będzie powielało pewnych zachowań, bo się będzie bało kary?
Może przez krótki czas, co może dać iluzję, że system kar działa. A tak naprawdę nie jest w stanie tego zrozumieć.
Tak będą się obawiały kary, że w sytuacji, która może grozić karą będą kłamać. Pytanie do rodziców jest takie, czy chcemy żeby dziecko się nas bało? Czy może jednak chcemy wychować je w ciepłej relacji, gdzie nikt nie boi się mówić o sprawach trudnych. Warto to przemyśleć. Dzieci mogą kłamać nawet dla takich błahostek jak oglądanie bajki. Dla nich jest to bardzo ważne, a my często odbieramy im tę przyjemność „za karę”.
Dziecko bije młodszego brata lub zabiera mu rzeczy. Przychodzi rodzic, który jest już zestresowany tą sytuacją i czuje, że musi coś zrobić żeby zakończyć takie zachowanie. Mówi: „Nie wolno bić brata! Za karę nie będziesz oglądał bajki”.
Rodzic myśli: „A, teraz to się nauczy, że nie wolno bić brata. Następnym razem już go nie uderzy, bo będzie bało się, że znów odbiorę mu przyjemność.”
A dziecko myśli: „Przez mojego brata nie mogę obejrzeć bajki.” I narasta agresja między rodzeństwem i niesprawiedliwością ze strony rodzica. Ta reakcja nie ma żadnej wartości edukacyjnej dla dziecka. Pewnie w tym dniu jeszcze nie raz uderzy brata.
Pomyślicie pewnie, że to wszystko wygląda pięknie w teorii, a w praktyce jest trudne. Rodzice boją się, że rezygnując z kar nie będą umieli zapanować nad swoimi dziećmi.
Przyznaję, że też miałam chwilowy etap (2 sytuacje) kiedy nie widziałam wyjścia z sytuacji, a mój mózg w stresie kazał mi skorzystać z prymitywnej formy, czyli użycia kary. Karą, było odebranie nagrody – wcześniej obiecanej. Na chwilę ta metoda zadziałała i Lilka poprawiła swoje zachowanie, ale jak za 3 razem zrobiła to samo, to powiedziałam sobie, żę NIGDY WIĘCEJ NIE UŻYJĘ KARY DO WYCHOWYWANIA DZIECI. To naprawdę nie działa, a ja sama miałam straszne wyrzuty sumienia.
Czasem tak sobie nawet myślę, co musiałoby zrobić moje dziecko żebym myślała o tym żeby dać mu karę. I nic nie przychodzi mi do głowy, bo powiem Wam, że dzieci które są wychowywane właśnie bez kar i nagród nie sprawiają większych problemów wychowawczych. Wiele razy Wam pisałam, że akceptuję wszystkie emocje, bardzo dużo rozmawiamy (szczególnie o trudnych sytuacjach) a do tego stosujemy się do ogólnie przyjętych w naszym domu, społeczeństwie reguł i naprawdę nie trzeba dzieci specjalnie dyscyplinować.
Dobrze zadziałały u nas rytuały, które stosujemy do początku i dzieci wiedzą, co mogą, a co nie. Kiedy coś się im odwidzi to rozmawiamy, czytamy na ten temat. To nasza metoda wychowawcza, ale gdybym miała do czegoś ją porównać to chyba najbliżej jej do Pozytywnej dyscypliny ( nie czytałam książki, ale gdzieś się natknęłam na złożenia) i NVC.
Sporo wymagamy od dzieci, ale właśnie w taki serdeczny, stanowczy sposób. Działają też naturalne konsekwencje, o których teraz dużo się mówi, ale są to takie, które naprawdę wynikają naturalnie. Nigdy się nie zastanawiam: „Co może być tego naturalną konsekwencją?”
Też miałam bardzo krótki etap w rodzicielstwie, kiedy zobaczyłam, że obiecanie nagrody powoduje nagłą poprawę zachowania, a dziecko z ogromnego płaczu przechodzi do śmiechu.
Nagroda, to nic innego jak manipulacja.
Zacznę od nagród za dobre zachowanie w jakiejś sytuacji. Dlaczego one działają tylko za pierwszym i drugim razem? Dzieci po tym czasie czują ogromną presję dostania nagrody. Towarzyszy im niepokój i napięcie… dlatego często obiecana nagroda przynosi odwrotny skutek. Dziecko nie może wytrzymać, więc puszczają mu nerwy i jego zachowanie jest trudniejsze niż było.
Pamiętam jak Lila dostała u pielęgniarki naklejkę „dzielny pacjent” po pobraniu krwi. Poprosiła mnie żeby ją przeczytać, ona powiedziała: Przecież krzyczałam i płakałam. Nie wiem czemu Pani mi to dała?
Pytanie: „No ale nie chcesz dostać nagrody?” Powoduje u dzieci jeszcze większą frustrację.
Robią tak, bo ich rodzice też tak robili. Jednak obiecanie nagrody nie powinno być celem.
Nie chcecie chyba żeby Wasze dzieci sprzątały pokój, bo dostaną lizaka. Tylko będą miały miłą i przyjemną przestrzeń do zabawy,
Nie chcecie też pewnie żeby uczyły się dla ocen, tylko dla siebie.
Nie chcecie pewnie też żeby Was słuchały tylko dlatego, że im coś obiecaliście.
Od urodzenia staram się wspierać wewnętrzną motywację i widzę, że to naprawdę działa. Dzieci są skupione na tym co robią, lubią się uczyć nowych rzeczy i nie potrzebują żadnych wzmocnień w postaci zewnętrznych nagród. Wiem, że nagroda mocno zaburzyłaby ich rozwój i poczucie własnej wartości.
To bardzo prosta droga do uzależnienia i nauki do bardzo złych nawyków. Ja do dziś (niestety) z tym u siebie walczę. Czasami kupuję dzieciom słodycze bez żadnego związku, ani kiedy są smutne, ani kiedy myślę, że powinnam je za coś nagrodzić.
Żeby nie było tak kolorowo, wiem, że są sytuacje lub dzieci, którym nagroda ułatwia pewne rzeczy. Używana mądrze i w dobrej wierze może pomóc. Podam nasz przykład. Lila bardzo długo miała wadę wymowę. Średnio raz w tygodniu podejmowałam próby ćwiczeń z nią. Jednak nie stosowałam żadnych wzmocnień dla prawidłowych powtórzeń jakie zazwyczaj się stosuje (naklejki, pieczątki w nagrodę itp).
Efekt był taki, że ona nie chciała ze mną ćwiczyć. Około rok temu podjęłam decyzję o rozpoczęciu terapii z inną logopedą. Nie byłam w stanie wyjść z roli mamy, kiedy ćwiczyłam z dzieckiem i ją nagradzać. Samo tłumaczenie, że ma wadę wymowy nie powodowało chęci do ćwiczeń. Zapisałam ją do logopedy i po powtórzeniach wzmocnionych nagrodą terapia zajęła nam 1,5 miesiąca (!). Chciałam Wam opisać ten wyjątek, bo w teorii wszystko jest łatwe. Gorzej jest z praktyką.
Z perspektywy czasu widzę, że wychowanie bez kar i nagród jest łatwiejsze. Nie muszę myśleć, czy powinnam dać nagrodę. Nie muszę zastanawiać się, kto naprawdę zawinił. Kogo i jak mam za to ukarać? Nie mam tez wyrzutów sumienia, bo robimy to wszystko w zgodzie ze sobą.
Jeżeli chcielibyście poczytać więcej o wychowaniu bez kar i nagród to polecam Wam książki:
Cudny hamak Koala TUTAJ
Siedzę zapłakana na klatce schodowej w moim bloku. Łzy spływają mi po policzkach, które jeszcze chwilę temu były obklejone gumą balonową. Ściskam w ręku opakowanie po piciu w woreczku, a w drugiej ręce mój segregator. Mój skarbiec, paszport do bycia fajniejszą koleżanką i dowód na to, że jako 8-latka mam niezłe umiejętności handlowe.
Jednak nie tym razem. Agnieszka z ostatniej klatówki, nie chciała się wymienić na karteczkę do segragatora z koniem. Pachnącą. I z brokatem.
Do powrotu do wspomnień z mojego cudownego dzieciństwa zaprosił mnie Disney Channel Polska
Mam 8 lat i sensem mojego życia jest gra w gumę. Moją gumę kupiła mi mama w pasmanterii i jest niczym innym jak elementem bieliźnianym. Kiedyś była biała i sprężysta, a teraz jest szara i wyciągnięta, bo gramy w nią non stop w Smik smak smok, przedeptujemy gumę do nierównego chodnika.
Mam 8 lat i kiedy tylko rzucę plecak w kącie w domu lecę na podwórko. W jednej kieszeni mam wspomnianą wcześniej gumę, a w drugiej paczkę czarnych pestek. Mam bardzo poważne problemy takie jak np. brak 3 osoby do gry w gumę. Wtedy zawiązujemy ją o trzepak – miejsce bardzo ważne w hierarchii na naszym podwórku. To właśnie tu przesiadujemy z chłopakami i gadamy o poważnych sprawach.
Zupełnie nie przeszkadza nam smród ze śmietnika, który stoi obok. Na trzepaku toczy się życie towarzyskie całego osiedla. Mięśnie mam wytrenowane od zwisu w dół i fikołka do tyłu. Poważne, egzystencjalne dywagacje na temat wyższości gry w chowanego nad podchodami przerywa niechciany krzyk: „Ania, do domuuuu” i wtedy nie ma już zmiłuj. Idę i już.
Na kolację jem kanapkę z pasztetową, która bardzo mi smakuje, bo ilość wybieganych kilometrów w podwórkowej grze w „Policjantów i złodziei” napędza mój apetyt.
Kąpię się w wannie i podziwiam wszystkie otarcia, siniaki i rany, które są pamiątką po grze w klasy na nierównym betonie. Siniaka na dłoni zarobiłam podczas niezbyt udanej próbie zabawy z Tiki tiki. Oj bolało jeszcze dwa tygodnie. Kolano, które zdarłam podczas jazdy na wrotkach nie chce się zagoić od dwóch tygodni. Wtedy o tym jeszcze nie wiem, że te wszystkie szramy będą pamiątką na całe życie. Pamiątką, którą życzę każdemu dziecku, bo świadczy o tym, że miałam wyjątkowo aktywne i udane dzieciństwo.
i już leci:
Dzioby w górę, zgodnym chórem
Kaczki! (uuu-uuu)
Raz na wozie, raz pod wozem
Kaczki!
To jest dopiero coś! W szarym-betonowym dzieciństwie, gdzie kolory sami sobie rysujemy kredą na chodniku – bajki i seriale animowane są czymś niezwykle ważnym. Każdy odcinek przegadujemy póżniej na trzepaku lub na huśtawkach bujając się do pety.
Mam 8 lat i potrafię sama zapleść bransoletkę z muliny i ze starej skarpety zrobić mojej lalce strój na bal. Mam też zeszyt, który krąży wśród moich koleżanek. Zapisują tam swoje Złote myśli, które naprawdę są na wagę złota i bez tych informacji NIE DA się żyć („na jutro masz przynieść!)”:
Jaką zupę najbardziej lubisz?
Jaki zespół najbardziej lubisz?
Byłaś/eś kiedyś na kolonjach? (pisownia oryginalna)
Jaki masz numer w dzienniku?
Czy mnie lubisz?
Czy na wszystkie pytania odpowiedziałaś szczerze?
Mam 8-lat i marzę o psie. Mama mówi, że nie możemy go mieć w bloku, a u babci są 3 psy i jeden może być mój. Ale ja nie chcę takiego. W zamian proponuje kupić chomika. Zgadzam się bez wahania i już następnego dnia taszczę wielki słoik po ogórkach kiszonych z rudym gryzoniem do domu. Po dwóch tygodniach zmieniam mu trociny z wielką niechęcią i bez krzty miłości. Nie jest to pies, a ja nie potrafię cieszyć się z tego gryzonia.
Nie mogę go wyprowadzać pod blok, a tam spędzam większość dnia, więc po co mi on. Koleżanka z 4 piętra mówi, że ona chciałby mieć chomika. Bez wahania proponuję jej intratną transakcję i pozbywam się „szczura” w zamian za 2 złote. Z radością na twarzy biegnę do sklepu „na schodki” i kupuję 6 paczek pestek i gumę kulkę. Mama jest zdziwiona początkami mojej przedsiębiorczości.
Na podwórku jesteśmy razem, bo lubimy to samo: piosenki zespołów nagrywanych z radia, kolorowe warkoczyki, które farbujemy mazakami. Siedzimy na ławce i gramy w anse kabanse do zmroku lub do głośnego „Aniaaa, do domuuu” z okna.
Mam 8 plus 25 lat i wciąż się ekscytuję nowym długopisem, który ma 10 kolorów w jednym. Kupiłam go sobie córce. Na podwórku pod blokiem mam trzepak, na którym pokazuję dzieciom, jak powinno się go używać (głową w dół). Do tego cieszę się bardzo, że znów będę mogła obejrzeć Hyzia, Zyzia i Dyzia, czyli siostrzeńców Kaczora Donalda w telewizji, bo premiera serialu „Kacze opowieści” już tuż tuż – 9 kwietnia o 18:30 w Disney Channel.