kontakt i współpraca
Dziś chcę Wam pokazać wspaniałe miejsce – Hotel Warszawianka, które odwiedziliśmy w ten weekend. Jak wiecie, lubimy podróżować i nie zrażają nas przeciwności losu. Teraz z dwójką, naszych dzieci jest naprawdę fajnie. Nie musimy w końcu jeść na zmiany, bo najmłodszy domownik również aktywnie uczestniczy w posiłkach siedząc w krzesełku. Jazda autem to też żaden problem. Dlatego wracamy do naszych wyjazdów we czworo.
Hotel położony jest ok 40 km od centrum Warszawy , czyli na dojazd trzeba przeznaczyć ok. godzinę. Jest to naprawdę dobra odległość, bo zupełnie nie odczuliśmy, że jedziemy w podróż. Zapakowaliśmy bagaże, wózek, hulajnogę i ruszyliśmy w kierunku Jeziora Zegrzyńskiego.
Cały kompleks jest położony nad samym jeziorem, do tego jest naprawdę ogromny. Jeżeli Wasze dzieci jeżdżą na rowerkach, hulajnogach to możecie je ze sobą zabrać. Można tam również podszkolić jazdę na rowerze z pedałami. Teren hotelu jest bardzo ładny-mimo tego, że nie ma jeszcze wiosny. W koło jest mnóstwo drzew iglastych, które dają złudzenie zieleni.
Hotel Warszawianka dobę hotelową zaczyna o godzinie 16 i kończy o 12. Zawsze możecie przyjechać wcześniej i skorzystać z uroków terenu i np. pójść na spacer nad jezioro. Nasz pokój był gotowy już o godzinie 13 i nic nie dopłacając skorzystaliśmy z kilku dodatkowych godzin. Dobę również wydłużyliśmy do 14 żeby móc na spokojnie skorzystać jeszcze z basenu i Kiddos.
Pokój rezerwowaliśmy przez Booking.com ok miesiąc temu. Wiem, że ciężko jest z terminami, ale warto sprawdzać je na bieżąco.
Są tam 3 restauracje: obiad jedliśmy w restauracji Galeria i było przepyszne-dzieciom również smakowało (dobre kids menu)
Przy wejściu na basen jest automat z kanapkami, ciastkami z pestkami dyni i babeczkami- w razie małego głodu możecie coś kupić do godziny 22.
Cały pobyt warto sobie rozplanować wg atrakcji dla dzieci i ich rytmu dobowego. My np. nie wychodzimy bezpośrednio na podwórko na spacer po basenie. Dlatego najpierw zwiedziliśmy tereny na zewnątrz i dopiero później korzystaliśmy z atrakcji w środku.
Z atrakcji na terenie basenu można również skorzystać nie będąc gościem hotelowym. Można tam przyjechać i skorzystać z niego odpłatnie. Sam basen jest naprawdę fajny i dzieci w różnym wieku znajdą tam dla siebie atrakcje. Jest też brodzik ze zjeżdżalnią.
Temperatura wody wynosi ok 30 stopni, czyli w sam raz. Mamy do dyspozycji: brodzik, basen do pływania z torami, basen 135 cm z „rzeką”, basen 85 cm, 2 jacuzzi i zjeżdżalnię krytą, zewnętrzną. Basen bardzo nam przypadł do gustu i korzystaliśmy z niego 2 razy.
Jeszcze w żadnym hotelu nie widziałam takiej sali zabaw. Jest to miejsce, gdzie chyba każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Do Kiddos mogą wejść dzieci od 4 lat do 12. Z tego co wiem, przestrzegane jest to bardzo rygorystycznie i 3,5- latek tam nie wejdzie.
Rodzice również nie mają wstępu (nawet na chwilę). Tę informację odebrałam bardzo personalnie, bo sama lubię oglądać takie miejsca z racji mojego zawodu oraz chęci bycia blisko dziecka.
Wiem, że może się Wam wydawać to dziwne, ale dzieci są tam pod opieką Pań. Bawią się i korzystają ze wszystkich atrakcji, a rodzice mogą je podglądać na zewnątrz na telebimie. W razie potrzeby dziecko podchodzi do Pani i prosi o zawołanie rodziców. Wtedy ktoś do Was dzwoni i proszeni jesteście o przyjście.
Ja oczywiście sama z chęcią bym wypróbowała wszystkie rzeczy, ale niestety nie mogłam. Najpierw myślałam, że to niezbyt ciekawy pomysł. Jednak później jak zobaczyłam szczęśliwą Lilkę od razu mi przeszło. Udałam się z mężem na herbatę na górę.
Pierwszego dnia Lilka nas zawołała już po 40 minutach. Kiedy ją odebrałam miała pomalowane paznokcie i powieki, a do tego była przeszczęśliwa. Dziś po 2, 5 h nie chciała stamtąd wychodzić i błagała o kolejny przyjazd.
Spędziliśmy naprawdę udany weekend. Na każdy wyjeździe niedziela zawsze jest już poświęcona przygotowaniom do drogi, a tu z racji odległości do domu nie spieszyło się nam i dzięki temu skorzystaliśmy jeszcze ze spaceru po plaży. Z pewnością jeszcze nie raz odwiedzimy Warszawiankę.
tu macie więcej inspiracji na Hotel z dziećmi
a tu na zime ranking TOP 20 Hotel z dziećmi na narty
Nawet nie wiecie jak się cieszę, że te posty cieszą się takim zainteresowaniem, bo tworzenie ich to sama przyjemność. Uwielbiam wyszukiwać takie perełki i je Wam prezentować. Dziś będą książki również dla odrobinę starszych dzieci.
Zapraszam
dostępna TUTAJ
wiek dziecka 5+
Wiecie co to jest bajkoterapia? To metoda, w której stosuje się czytanie określonych książek poruszających tematy bliskie dziecku. Dzięki temu, że bohater książki zmaga się z problemami, a później zazwyczaj je rozwiązuje, dziecko staje twarzą w twarz z różnymi swoimi lękami.
Taka właśnie jest ta książka, myślę nawet, że jest to bajkoterapia dla rodzica. Opowiadanie o Kapciuszku dokładnie oddaje klimat mojego wpisu o rodzicielskim Wypaleniu bo Kapciuszkiem jest… mama, która wszystko robi przy dzieciach.
Bardzo fajna i mądra książka i do tego ilustracje Marianny Oklejak!
Świetna książka dla mamy i córki. Sama nie znałam wielu faktów, które znajdują się w książce. Czytam z Lilką z ogromną przyjemności i cieszę oko genialną grafiką.
dla dzieci 5+
Wydawnictwo Egmont raz na jakiś czas drukuje książki ART i właśnie teraz wydano 2 z nich. Ta wycinanka kosztuje niecałe 6 zł! Jest po prostu genialna i trzeba ją mieć. Można wycinać, robić teatrzyki, rysować po nich białą pastelą.
Możliwości jest wiele, ogranicza nas tylko wyobraźnia. Myślę, że mogą nawet służyć dla noworodków do stymulacji wzroku np. jako karty lub mobil nad łóżeczkiem. Koniecznie sprawdźcie inne pozycje z tej kolekcji ART: tutaj
Książka, która przedstawia propozycje do zabawy z cieniem. Najlepsze jest to, że do zabawy potrzebujemy własnych dłoni i tej książki. Uwielbiam takie nieoczywiste zabawy. Książka jest przepięknie wydana i przy każdej propozycji jest ciekawy, rymowany wierszyk.
Nie wiem czy Wasze 4- latki też zadają tyle pytań? Moja córka non stop o coś pyta. Jest taka ciekawa świata, że ta książka jest dla niej idealna. W prosty i naprawdę ciekawy sposób odpowiada na pytania, które może zadać dziecko.
Lubię takie książki, z których ja też mogę się czegoś dowiedzieć i tak właśnie jest w tym przypadku. Czytamy razem i przy okazji się uczymy. Zwróćcie uwagę na te piękne ilustracje!
Dla dzieci 4+
Jak wiecie mam ogromny sentyment do tej autorki. Uwielbiam wszystko, co wyszło spod jej pióra. Tak też jest z Lottą, która jest małym nicponiem;) Nasza Księgarnia właśnie wydała „Dzieci z ulicy Awanturników” oraz „Lottę z ulicy Awanturników” w jednym tomie z przepięknymi ilustracjami.
Powiem Wam szczerze, że ja jeszcze jej nie czytałam, bo sobie ją oszczędzam na lato, kiedy usiądę z Lilką na ławce u babci i w takich oklicznościach przyrody będę jej czytać.
p.s. Wydanie jest przepiękne: z lekko żółtymi kartkami i w takim formacie żeby wrzucić do torby piknikowej.
Dla dzieci 5+
Świetny pomysł na książkę! Nie dość, że jest tu mnóstwo fajnych wierszyków to dzieci muszą wytężyć wzrok i znaleźć taką parę, która wyróżnia się na tle innych postaci. Wbrew pozorom nie jest to takie proste i kiedy jestem zmęczona to Lilka pierwsza odnajduje zagubiony obrazek. Zwróćcie uwagę na piękne ilustracje!
Dla dzieci 3+
Druga książka z serii. Tym razem musimy znaleźć dwa obrazki, które różnią się kilkoma szczegółami.
Myślałam, że Lilka jest za duża już na tę pozycję! Ależ się myliłam… nie wiem co takiego jest w tej książce, że ciągle ją czytamy. Tekst jest wierszowany i dość prosty, ilustracje również są niezbyt skomplikowane, a książka cieszy się ooogromnym powodzeniem.
Codziennie czytamy Kitka. A czym jest książka? O spełnianiu marzeń i nie poddawaniu się. Czekam na kolejną książkę z tego wydawnictwa, tym razem o dziewczynce Rózi.
Ostatnio szukałam książek na prezenty dla dzieci w rodzinie i zrobiłam niezłe rozeznanie. A poza tym wiem, że Wy też macie często starsze dzieci i szukacie dla nich czegoś ciekawego. Tak jest właśnie z tą książką.
„Jacques podejrzewa, że nie jest przez nikogo lubiany. Nauczyciele ignorują go, kiedy zgłasza się do odpowiedzi, nikt nie wybiera go do drużyny i nawet jego własnym rodzicom trzeba przypominać, żeby zostawiali dla niego nakrycie przy stole!
Na szczęście Fleur, siostra i wierna towarzyszka Jacques’a, zna jego myśli, jeszcze zanim przyjdą mu do głowy.
Pewnego dnia Jacques dokonuje przerażającego odkrycia: wcale nie jest bratem Fleur, tylko jej przyjacielem na niby! I tak oto rozpoczyna się zabawna i wzruszająca przygoda chłopca, który chce się dowiedzieć, kim naprawdę jest i co go czeka. Czy może zostać kimś prawdziwym, nawet jeśli z technicznego punktu widzenia nie istnieje…”
Dla dzieci 8+
Świetna książka dla dzieci starszych i młodszych, które mieszkają w Warszawie lub zamierzają odwiedzić to miasto. Jest również wersja z Krakowem KLIK oraz Paryżem.
W książce znajdują się najpopularniejsze miejsca charakterystyczne dla tego miasta. Można nie umieć liczyć do 200, a i tak połączyć kropki (zobaczcie Lilki Barbakan). Super pomysł! Przy okazji można sporo dowiedzieć się o danym miejscach.
Uwielbiamy takie książki! Długość w sam raz do czytania przed snem. Świetne, lekko przerysowane ilustracje i do tego genialny tekst. Całość jest naprawdę godna uwagi, szczególnie dla dzieci, które lubią księżniczkowe i rycerskie klimaty.
Specjalnie nie piszę, że jest dla dziewczynek, bo wcale tak nie jest. Nie ma tam różu, brokatu i słodkiej treści. Są za to rymy trafione w punkt oraz ilustracje, na które chce się zawiesić oko na dłużej. Jedna z naszych ulubionych książek.
Nie mogę przestać się śmiać… Uwielbiam tę pozycję tak bardzo, że czasami ją sama czytam. Lilka też za każdym razem śmieje się głośno. O czym jest? O Koali, ale ja mam wrażenie, że jest to książka o granicach. O tym żeby je szanować. Lubię bardzo! A do tego przepiękne ilustracje Emilii Dziubak.
Jak wiecie lubię różnorodność, a nawet kontrasty, dlatego na naszej półce oprócz współczesnych książek i ilustracji znajdują się takie klasyki. Kiedyś cykl roczny wyznaczały pory roku i zmiany za nimi idące, a teraz jest trochę inaczej.
Lubię takie książki, które przypominają mi moje dzieciństwo. Taki właśnie jest „Wietrzyk” lekki, przyjemny, bez plastiku i krzykliwych kolorów.
Kiedy tylko zobaczyłam okładki tych dwóch książek pomyślałam, że to w końcu coś innego. I nie myliłam się! Gabriela Mistral jest laureatką nagrody Nobla z dziedziny literatury. Te książki to perełki, ale uwaga, nie są to typowe bajki dla dzieci.
Wg mnie są dla starszych, ich przekaz nie jest tak oczywisty jak nam może się wydawać. Nawet ich treść jest lekką wariacją na temat słynnych bajek, bo np. Czerwony Kapturek kończy się kiedy wilk zjada główną bohaterkę. Nikt nie przychodzi na ratunek.
Wg mnie są dla dzieci 5+
Świetny pomysł na prezent dla starszej dziewczynki, która interesuje się modą. Za pomocą gotowych szablonów można samemu stworzyć własny zeszyt projektów.
Pamiętam jak sama ponad 25 lat temu rysowałam takie projekty i szyłam ubrania dla lalek ze skarpetek. Taki zeszyt niesamowicie by mnie wtedy ucieszył.
dla dzieci 7+
Uważam, że wciąż jest za mało książek dla dzieci nawiązujących do niepełnosprawności. Ta książka jest właśnie o głuchym chłopcu, który z trudem porozumiewa się z otoczeniem.
Jednak jego sąsiad rozumie go bez słów i tłumaczy mu jak może usłyszeć „szum morza”. Warto jest czytać takie książki dzieciom, bo w taki sposób otwieramy je na inność.
Dla dzieci 7+
Genialny pomysł na książkę! Macie w domu małych naukowców, którzy mają ciągły głód wiedzy? Zajrzyjcie koniecznie do tej książki. Znajdziecie tam wiele pomysłów na domowe eksperymenty i przeczytacie wiele ciekawych informacji.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij poniżej
Wielu rodziców szuka w sieci informacji o zdrowiu, suplementach diety czy też radzi się innych rodziców na temat zdrowia dzieci. Gdzie jest ta cienka linia, której nie powinniśmy przekraczać i czy wchodząc w kompetencje lekarzy nie szkodzimy naszym dzieciom?
Owszem, sama jestem za naturalnymi metodami np. w leczeniu lekkich przeziębień, ale zawsze radzę się specjalisty, czyli lekarza. Spotkałam się niestety z postawami rodziców, którzy ukończyli studia z medycyny u dr. Google i eksperymentują.
Wywiad z Joanną Dronką – Skrzypczak, autorką strony dietaeliminacyjna.pl, z której pomocy korzystałam przy wyborze probiotyków dla moich dzieci.
Od dłuższego czasu współpracuję z jednostką zajmującą się diagnostyką między innymi alergii pokarmowych i mikroflory jelit. Stały kontakt z laboratorium i pacjentami uświadomił mi jak ważne jest, żeby mówić i pisać o odpowiedniej diagnostyce i rozsądnym podejściu do suplementacji i dietoterapii.
Żyjemy w czasach, kiedy przepływ informacji jest bardzo szybki: ludzie dzielą się doświadczeniami na forach internetowych, portalach społecznościowych. Z jednej strony to świetnie, ponieważ można uzyskać poradę i pomoc. Z drugiej strony niesie to za sobą ogromne niebezpieczeństwo jakim jest eksperymentowanie na zdrowiu własnym i swoich najbliższych.
Właśnie tutaj dochodzimy do tematu diagnostyki. Niestety, ale przyjęło się przekonanie, że jeśli ktoś napisze, że np. eliminacja glutenu pomogła jego dziecku na wysypkę, albo lek na odrobaczanie rozwiązał problemu żołądkowo–jelitowe to kusi, żeby to samo zastosować u siebie albo dziecka.
Tymczasem organizm do bardzo delikatna maszyna, przyczyn problemów może być wiele i nie powinno się bez podjęcia prób znalezienia źródła dolegliwości stosować jakichkolwiek dietoterapii czy leków na zasadzie eksperymentu. Jeśli np. dolegliwości żołądkowe spowodowane są celiakią, a wprowadzimy dietę eliminacyjną u dziecka bez diagnostyki to wykonanie późniejszych badań może być mocno utrudnione.
Poza tym inne zalecenia są w przypadku celiakii a inne nadwrażliwości na gluten.
Pół biedy, jeśli rodzice podają dziecku olejek z oregano czy pestki dyni. Jednak coraz częściej czytam ogłoszenia na temat odsprzedawania preparatów odrobaczających, które powinny być na receptę, a ich podanie powinna poprzedzać rzetelna diagnostyka.
Podanie każdego leku nie pozostaje obojętne dla organizmu. Pojawia się pytanie kiedy korzyści przeważają nad ewentualnymi konsekwencjami. Ja uważam, że wówczas, kiedy faktycznie jest problem, a preparat i terapia jest indywidualnie dobrana.
Znowu wracamy do Internetu i opisów różnych, nawet najbardziej szalonych metod diagnostycznych jak np. test śliny na obecność Candida. Jest także test buraczkowy (na nieszczelne jelita) i kilka niestandardowych metod sprawdzania obecności pasożytów.
Ja zawsze będę opowiadała się za metodami naukowymi, czyli badania laboratoryjne w dobrym, sprawdzonym laboratorium. W przypadku pasożytów i Candida najczęściej są to badania kału. Mówię „najczęściej” bo np. obecność owsików bada się w inny sposób.
Wiele osób nie wie, że np. badanie Candida z krwi lub sama jej obecność w badaniu z kału nie ma większego znaczenia. Istotna jest bowiem informacja nie tyle o obecności przeciwciał czy samego grzyba, ale przede wszystkim jego ilość. Tylko przerost Candidy powinien być powodem do podjęcia dietoterapii albo leczenia.
Tymczasem spotykam się z przypadkami, że dziecko jest leczone silnymi lekami przeciwgrzybiczymi kiedy nie ma do tego wskazań.
Zdaję sobie sprawę, że diagnostyka pasożytów żeby była wiarygodna musi być przeprowadzona prawidłowo, ale lepiej poświęcić czas i energię na szukanie dobrego laboratorium niż sposobów zdobycia leków na receptę bez recepty.
A co z suplementacją? Tran, witamina D, probiotyki? Czy tutaj także należy wykonać wcześniej badania?
W przypadku suplementacji ważny jest zdrowy rozsądek. Oczywiście badania poziomu witaminy D czy mikroflory jelit warto wykonać, ale nie jest to konieczne, chyba, że istnieją ważne przesłanki. Diagnostyka zawsze pomaga w lepszym dobraniu czy to samego preparatu czy tez jego dawki.
W przypadku suplementów większą uwagę zwracałabym raczej na ich jakość i skład. Wśród rodziców popularne są preparaty witaminowe np. w kształcie misiów czy tran w formie słodkiego syropu. Kryterium „bo dziecko chętnie je” nie jest najlepszą drogą do wyboru suplementu.
Najlepsze preparaty mają krótki skład, bez zbędnych dodatków i są przebadane naukowo. O tym jak wybrać probiotyk pisałam w moim artykule http://www.dietaeliminacyjna.pl/probiotyki-dla-dziecka-wybrac/
Warto zawsze poradzić się lekarza. Zdarza się tak, że nie do końca zgadzamy się z zaleceniami lekarza… wtedy najlepiej jest skonsultować to z innym specjalistą, a nie szukać pomocy w Internecie.
Dziś polecę Wam nasze, najlepsze seriale. Maniakami serialowymi jesteśmy już prawie 10 lat. Zaczynaliśmy od kultowej Ligi dżentelmenów i chyba musimy do tego wrócić.
Co tu dużo pisać, wieczorem kiedy padamy na twarz po całym dniu włączamy coś ciekawego. To dla nas super sposób na chwilę relaksu.
Żeby nie przedłużać poniżej najlepsze seriale, jakie oglądamy lub oglądaliśmy. Stwierdziłam, że nie będę ich numerować, bo ciężko byłoby mi wybrać te naj.
This is us jest o relacjach rodzinnych. Niesamowita historia trojaczków, która przedstawiona jest dwutorowo – czasami przenosimy się do przeszłości, a czasami jesteśmy w czasie teraźniejszym kiedy mają 36 lat. Genialnie nakręcony serial, który ogląda się jak film. Wciągnął nas maksymalnie i obecnie jest na topie.
Most nad Sundem absolutnie wciągający kryminał duńsko-szwedzki. Kto obejrzy pierwszy odcinek już nie może się oderwać. Bije od niego skandynawskie zimno, co jeszcze bardziej potęguje mroczną atmosferę. Do tego porusza ciekawe, społeczne tematy. Obecnie są 3 sezony dostępne na Netflix
Good wife długo był naszym numerem jeden. Każdy sezon (a jest ich siedem na Netflixie) wciąga niesamowicie. Uwielbiam seriale o mocnych, niezależnych kobietach i ten właśnie taki jest. Wątek prawniczy mocno przewija się przez serial. W każdym odcinku przedstawiona jest zupełnie inna, wciągająca historia, a w tle przewijają się perypetie głównych bohaterów.
Shameless (wersja US) wiele razy rozbawił mnie do łez, pomógł się oderwać od wielu spraw i sprawił, że trochę inaczej patrzymy na nasze rodzicielstwo.
To serial o patologicznej rodzinie, która ma wiele problemów. W niektórych momentach jest dość mocny i przerysowany. Bardzo go polecam, bo naprawdę jest tego wart.
Get down serial wbrew pozorom jest bardzo niepozorny, ale wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki. Nowy Jork lat 70-tych, Bronx jest kolebką hip hopu.
Polecam bardzo wszystkim wielbicielom gatunku. Chociaż mój mąż, który wychował się raczej w innych gatunkach muzycznych też jest tym serialem zachwycony. Jest pięknie nakręcony, muzyka w tle dosłownie porywa, a tak naprawdę jest to serial o spełnianiu marzeń. Dostępny jest na Netflixie, a kto go obejrzy to polecam jeszcze dokument w tej samej tematyce Hip-hop evolution również na Netflixie.
The Crown genialny, brytyjski serial o panowaniu Elżbiety II. Przepięknie nakręcony, opowiada historię życia i panowania królowej. Nie przepadam za serialami historycznymi, ale ten mnie porwał. Kostiumy, myzyka i charyzmatyczne postaci sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon na Netflixie.
Belfer to polski serial, w którym główną rolę gra Maciej Stuhr. Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że okaże się tak dobry. Trzyma w napięciu, fajnie nakręcony, bez sztywnej gry nastolatków. Więcej o nim możecie przeczytać u Janka. Wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki.
Younger to serial raczej kobiecy. Może nie jest bardzo ambitny, ale ja go lubię. Oglądam dla totalnego relaksu. Opowiada o mamie, która wraca po 18 latach na rynek pracy… no i jest ciężko. Trochę przerysowany, ale ja go lubię i czekam na następny sezon.
The Killing to chyba pierwszy kryminał jaki oglądaliśmy. Bardzo mroczny, ale bardzo wciągający. Zaczyna się typowo, bo od morderstwa, jednak później wiele razy nas zaskakuje.
Pytanie „Kto zabił?” zadawaliśmy sobie chyba z 50 razy. Serial jest kopią duńskiego Forbrydelsen, która podobno jest lepsza (zależy jaki klimat lubicie).
Black mirror jest serialem opowiadającym o negatywnym wpływie technologii w życiu człowieka. Jest dość mocny i daje do myślenia.
Każdy odcinek skłania do refleksji w jakim świecie żyjemy i jak będą dorastać nasze dzieci. Mam nadzieję, że nie okaże się wizjonerski. Ale obejrzeć wart. Dostępny na Netflix.
Tak wygląda zestawienie naszych najlepszych seriali. Jeżeli macie swoje typy, napiszcie w komentarzach.
A tu znajdziecie nasze rankingi:
najlepsze seriale Netflix a tu Najlepsze seriale MAX
Tu znajdziecie odpowiedź Jak wprowadzać dzieci w świat bajek
a jak już je wprowadzicie zapraszam po:
Najlepsze bajki na Netflix
Najlepsze bajki MAX
najlepsze bajki edukacyjne
Macie czasami wrażenie, że jesteście na każde zawołanie swojego dziecka? Ja tak! Jestem otwarta na wszystkie emocje, szczególnie na te trudne. Jestem, trzymam za rękę, przytulam, głaszczę, noszę, ocieram łzy. Przyjmuję wszystkie uczucia, które nie odbijają się ode mnie. Moje dziecko powraca do normalnego stanu dość szybko i o tym zapomina. A ja? Trawię to wszystko przez cały czas.
Czasem mam takie dni kiedy mam ochotę powiedzieć: „A dajcie mi wszyscy święty spokój. Nie interesuje mnie zgubiona kredka, mokra pielucha, czy nie zapłacony rachunek.
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? Proporcje są najważniejsze, żadna praca nie powinna być naszą jedyną aktywnościądr hab. Sylwiusz Retowski
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? Proporcje są najważniejsze, żadna praca nie powinna być naszą jedyną aktywnością
Każde słowo w tym cytacie mam ochotę zakreślić na czerwono i powiesić na lodówce. Jeżeli wypalenie spotyka nas w pracy możemy pomyśleć o zmianie, szukać czegoś innego, wyprowadzić się w Bieszczady i paść owce.
Oczywiście „wypalenie zawodowe” jest o wiele głębszym i bardziej złożonym tematem, którym zajmują się psychologowie. Ja moje wypalenie odczuwam tak, że brakuje mi tej iskry do działania. Wszystko mnie wkurza i sama mam ochotę tupać. Niewyspanie i zmęczenie tylko ten stan potęguje. W domu robię totalne minimum na dopalaczu w postaci kawy.
Z pracy wychodzimy o 17 i zajmujemy się czymś innym. Jest to zmiana. A rodzicem jesteśmy 24h na dobę. Nawet będąc w pracy jesteśmy rodzicem.
Nie możemy przecież rzucić tego wszystkiego i szukać czegoś bardziej zajmującego.
Kocham być mamą, uwielbiam swoje dzieci, ale czasami naprawdę mam powyżej uszu. Żałuję, że drzwi od łazienki może otworzyć 9-miesięczne niemowlę (taki wymysł architekta).
Przyszedł i do mnie taki czas, że mam dość. Po wielkiej euforii macierzyństwa po raz drugi, moja krzywa mocno opadła. Poniżej zera. Wiem też że przyrost mojej energii będzie wprost proporcjonalny do ilości słońca na niebie.
Przedwczoraj o godzinie 14.25 zauważyłam, że jestem jeszcze w piżamie. Spojrzałam na siebie w lustrze i uznałam, że coś ze mną kiepsko. Za mało czasu dla siebie, za dużo mnie dla wszystkich. Stwierdziłam, że zrobię coś dla siebie i poćwiczę. Udało się, Junior się nie obudził i zrobiłam 40-minutowy trening.
Tak ustawiłam sobie pisanie postów w tym tygodniu żeby móc zrobić to jeszcze 2 razy. No i oczywiście się nie udało, Jul się pochorował i ledwo jadę na rezerwie. O żadnych ćwiczeniach nie ma mowy.
Jedna błahostka zapala mnie w sekundę i do końca dnia już nie dam rady powrócić do mojej homeostazy.
Ja wiem, że one przeminą, że będzie lepiej. I tak naprawdę tylko to trzyma mnie na nogach. Tak bardzo żałuję, że moja wioska jest daleko ode mnie. Ten wpis nie jest po to żeby się żalić czy też marudzić. On jest po to żebyśmy spojrzały na siebie łaskawszym okiem. Poszukały czegoś tylko dla siebie i o to dbały.
Pisałam Wam nie raz, że moja mama wychowała mnie samodzielnie. Jak czasami jest mi ciężko to myślę właśnie o niej. Pamiętam, że w każdy weekend jeździliśmy do babci. Od piątkowego popołudnia do niedzieli wieczór byłyśmy u rodziny. Już teraz wiem dlaczego. Żeby złapać oddech na pozostałe dni, żeby móc z kimś pogadać, żeby ktoś inny zajął się Twoim dzieckiem, żeby pomyśleć o czymś innym niż „dziecko”…
Takie kryzysy są normalne. Często, chwilę po tym wychodzi słońce. A jeżeli nie, to szukałabym pomocy u specjalisty. Polecam tekst u Natalii
Wypalenie nie dotyczy tych, którzy nie znoszą swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Bo aby się wypalić, trzeba najpierw się zapalić, być choćby chwilowym pasjonatemdr hab. Sylwiusz Retowski
Wypalenie nie dotyczy tych, którzy nie znoszą swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Bo aby się wypalić, trzeba najpierw się zapalić, być choćby chwilowym pasjonatem
Cieszę się bardzo, że mam blog, że mam Was. To właśnie praca, którą wkładam tutaj jest moim wentylem. Spuszczam wszystkie emocje kiedy siadam przy komputerze i piszę. Wciąż szukam nowych inspiracji i to one właśnie mi pomagają. Kursy fotograficzne, spotkania biznesowe pomagają mi zatęsknić.
Nie potrafiłabym nie pracować na macierzyńskim i w 100 % oddać się rodzicielstwie.
Jeżeli macie chęć napiszcie w komentarzach jak Wy wyłączacie się z bycia rodzicem, chociaż na 15 minut.
Zdjęcie tytułowe by https://travelicious.pl z tych lepszych dni, bo takie chce pamiętać
Dziś pokażę Wam co lubiliśmy w 2016 roku. Tak, wiem, że już luty:) Są rzeczy dla dzieci i dla dorosłych. Troszkę ten wpis mi się przesunął, bo żyję ostatnio w dużym niedoczasie. Najważniejsze, że jest!
Zaczynamy
Pamiętacie jak pisałam Wam, że moje dziecko nie przepada za rysowaniem? (Mamo nie lubię rysować) To się mocno zmieniło w ubiegłym roku. Na pewno wpływ miało wiele czynników, ale jeden to na pewno narzędzie. Nie chcę żeby to tak zabrzmiało, ale naprawdę Lilka zaczęła dużo rysować kiedy kupiłam jej pastele żelowe. Znacie ten wynalazek?
Czym się różnią od standardowych kredek ołówkowych czy kredek świecowych?
Przede wszystkim tym, że bardzo lekko się nimi rysuje. Nie trzeba naciskać mocno żeby uzyskać mocną pigmentację koloru. Trzymanie kredki przez długi czas wbrew pozorom nie jest takie łatwe. A podczas rysowania dłoń jest luźna (nie męczy się) a kreska jest bardzo nasycona.
Sama uwielbiam nimi rysować, bo robi się to lekko i przyjemnie. Pastela dosłownie płynie po kartce. Używamy ich również do kolorowania w kolorowankach. Jeżeli ich jeszcze nie znacie to sprawdźcie. Jedno opakowanie wystarcza u nas na około pół roku.
Jako pierwsze mieliśmy DJECO <– klik
A teraz mamy tańsze MAPED<–klik
Nie widzę różnicy w użytkowaniu:)
Jedyny minus to lekko się rozmazują.
Kolorowanki wodne to genialny wynalazek! Czy w podróży, czy też w domu – dziecko może malować samą wodą, a efekt jest wspaniały. Zdecydowanie jest też łatwiej malować samą wodą niż farbami. Zobaczcie jakie świetne:
Do pisaka nalewamy wodę (Lilka robi to sama) i prowadzimy po kolorowance. Pod spodem jest ukryty rysunek. Można łączyć też punkty (dla starszych). Kiedy strona wyschnie – ilustracja znika. Możemy od nowa wypełniać stronę. GENIALNE! Zabieram to zawsze do restauracji czy na wyjazd. Cicha, świetna zabawa:)
Aby malować po kartce potrzebujemy oddzielny kubek z wodą. Zanurzamy pędzelek w wodzie i ciągniemy po stronie i już wydobywa się nam piękny kolor. Mieliśmy wiele kolorowanek tego typu, jednak te z Usborne są najpiękniejsze. Mają najładniejsze ilustracje i najbardziej nasycony kolor.
O kawie mogłabym pisać poematy, wiersze, powieści… Ale odkąd mamy ekspres do kawy to mogłabym nawet popełnić hymn pochwalny. Od zawsze jestem kawoszem, ale odkąd rano czeka na mnie kawka ze świeżo zmielonych z ziaren, z mleczną pianką o wiele łatwiej mi się wstaje z łóżka.
Czasami mam wrażenie, że wstaję właśnie po to żeby wypić kawę. Uwielbiam też ten moment w ciągu dnia, kiedy Junior śpi, a ja mam chwilę dla siebie.
W tamtym roku zaczęliśmy również przygodę z sokami owocowo-warzywnymi. Najpierw miksowałam w blenderze kielichowym, a później przeszedł czas na sokowirówkę. Uwielbiam z prostotę, ogromny ładunek witamin i smak. W takiej formie również Lilka przyswaja większość warzyw, które normalnie nie przechodzą jej przez gardło. Polecam! tu macie wpis Czy warto kupić wyciskarkę wolnoobrotową
Razem z serum Resibo są moimi ulubionymi kosmetykami. Uwielbiam je ze względu na to, że są dobre dla mojej skóry. Żel nie wysusza skóry podczas mycia, a krem pod oczy naprawdę dobrze nawilża skórę.
Coraz mniej mam czasu na czytanie książek i często nie dam rady przeczytać więcej niż 5 stron na raz. Dlatego wciąż uwielbiam ten magazyn. Akurat mogę te 10-15 minut się skupić i coś przeczytać.
A gazeta, jak żadna inna wciąga mnie z każdym numerem. Powiem szczerze, że w codziennej gonitwie obowiązków często zapominam o sobie. Ten magazyn mi o tym przypomina.
Długo u nas trwały poszukiwania rajstop idealnych. W końcu trafiłam na Gattę. Polecam je każdej mamie dziewczynki (nie wiem czy mają modele uniseks). Kosztują około 20 zł, mają szeroką gumkę, która trzyma rajstopy na miejscu, nie mechacą są, dobrze się piorą i świetnie wyglądają.
Czego więcej chcieć? No może dostępności w sklepie online. Ja kupuję je stacjonarnie. Rozmiarówka jest typowa – kupuję na tyle ile dziecko obecnie mierzy i są ok.
Uwielbiam pić z nich wodę, a nawet soki świeżo wyciskane. Co prawda nie są lekkie, ale wg mnie są świetne. Woda z plastiku już mi nie smakuje. Mamy dwa modele – jeden większy i jeden mniejszy (oba z ustnikami). Kiedy Junior urośnie też mu taką kupię z rurką.
W końcu znalazłam jeansy, które nie wyglądają na mnie jak getry, nie mają też mocnych przetarć oraz dziur. Nie są też za długie. Bardzo długo szukałam takiego modelu, a w Mango dopadłam aż 3 pary. Chodzę w nich non stop. Jeżeli również macie problem z jeansami idealnym zajrzyjcie do Mango. Moje to modele: Lonny, Boyfriend
Mój hit! Super maluje, nie kruszy się i ładnie podkreśla oko. Za taką cenę naprawdę jest świetny! Jest dostępny w Douglas, ale ja kupuję tutaj
Po świątecznym obżarstwie i jedną nogą w nowym roku często podejmujemy decyzję o zgubieniu kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilogramów. W styczniu czujemy już lekki powiew wiosny i tak naprawdę to ostatni dzwonek żeby zacząć myśleć o zmianach. Przyznaję się, że sama co roku myślę o tym żeby w końcu zgubić kilka centymetrów tu i ówdzie.
Wystarczy nawet, że przez kilka dni nie pilnuję zdrowego jedzenia i już mam dodatkowy kilogram na wadze. Pierwszy raz w swoim życiu byłam na diecie około 10 lat temu. Bardzo szybko doszłam do wymarzonej wagi, ale równie szybko kilogramy wróciły. Stosowałam popularną wówczas dietę Dukana.
Drugi raz odchudzałam się przed ślubem – również bardzo szybko schudłam. Później zaszłam w ciążę, więc o żadnych dietach nie było mowy. 8 miesięcy po porodzie znów wzięłam się za siebie i zrzuciłam nadliczbowe kilogramy (dietą i ruchem).
2 lata temu moja lekarka zdiagnozowała u mnie insulinooporność i w związku z tym również musiałam przejść na dietę. Wtedy również odkryłam przyczynę moich problemów z wagą. Tak naprawdę od tego czasu do końca mojego życia powinnam stosować dietę o niskim indeksie glikemicznym.
Jednak karmienie piersią mnie powstrzymuje przed ograniczeniem cukrów w diecie. Od niedawna staram się jednak nie jeść produktów, które podnoszą mocno glikemię (np. kasza jaglana, ryż, owoce). Jednak boję się zastosować dietę w pełni. Zamierzam jednak w końcu zrzucić pociążowe kilogramy lekką dietą i ruchem.
Pamiętam jak kiedyś byłam sama z Lilką w domu i ubierałam się. Założyłam koszulę, która wisiała w czeluściach szafy i nie mogłam jej dopiąć na brzuchu. Spojrzałam na siebie w lustrze z politowaniem i wypaliłam do siebie z automatu:
„Ale jestem gruba. Muszę w końcu coś ze sobą zrobić”. Lilka była kilka metrów ode mnie, ale widocznie usłyszała, bo już przed kąpielą pokazała na swój malutki brzuszek i nazwała go grubym. Później kilka razy przed lustrem podnosiła bluzkę i klepała się po swoim „grubym” brzuchu.
Nie zdawałam sobie sprawy jak łatwo możemy zaszczepić dzieciom odchudzanie, diety, zaburzony wizerunek swojego ciała. Skoro dziecko obserwuje mamę, która wg niego jest piękna, a nazywa siebie „grubą” to znaczy, że i ze mną może być coś nie tak.
Dzieci obserwują nas na każdym kroku. Kiedy byłam na diecie przed ciążą Lilka doskonale wiedziała, że się odchudzam. Nie musiałam wtedy nic nawet mówić. Nie myślałam wtedy, że ona to rozumie i to wie.
W naszym dzieciństwie tego nie było. Przerażają mnie 9-latki, które są na diecie i zwyczajnie nie chcę żeby moja córka również poddała się tej modzie. Dlatego przed zaczęciem mojej kolejnej już diety zapytałam specjalistkę o to jaki to może mieć wpływ na dzieci.
Zapytałam Zuzannę Antecką – psychodietetyk, autorkę bloga o pozytywnym żywieniu dzieci Szpinak robi bleee (<-klik), co myśli na ten temat.
Zuzanna Antecka: To niezwykle złożona kwestia. Nie da się wskazać jednej prostej przyczyny. Jak w większości chorób i zaburzeń powstają one na skutek interakcji predyspozycji osobniczych (genów, cech charakteru, temperamentu), działań środowiska (sposobu, w jaki funkcjonuje rodzina, znajomi, wpływ mediów itp.), czynników społecznych.
Zaburzenia odżywiania to zazwyczaj reakcja na jakąś trudną sytuację. Sposób radzenia sobie z nią. Bardzo rzadko są przypadkowym efektem dążenia po prostu do idealnej sylwetki. Na pewno przyczyny są znacznie głębsze i ogromną rolę odgrywają tu relacje rodzinne. Szczególnie jeśli zaburzenia odżywiania rozwijają się w dzieciństwie czy młodości.
Te same problemy w rodzinie, w relacjach, z akceptację samego siebie mogą wywołać u dzieci różne zaburzenia – uzależnienia, depresje czy właśnie zaburzenia odżywiania.
Z.A.:Oczywiście. Najtrwalsze nawyki żywieniowe kształtują się już w pierwszych latach życia naszych dzieci. Wtedy przyzwyczajamy je do konkretnych smaków, uczymy schematu posiłków, pokazujemy, jakie znaczenie i jakie funkcje pełni w naszym życiu jedzenie. Przekazujemy nasz sposób myślenia o jedzeniu.
Realny wpływ na to, co jedzą nasze dzieci mamy jedynie przez ok. 10 pierwszych lat ich życia
Potem dzieci coraz częściej podejmują samodzielne decyzje żywieniowe, więcej posiłków spożywają poza domem. Wtedy, można powiedzieć, zbieramy żniwo naszej wcześniejszej pracy. Jeśli udało nam się ukształtować u dzieci dobre relacje z jedzeniem, dobre nawyki żywieniowe, to w przyszłości będą one same podejmować mądre decyzje, jeść dobrze.
To jest nasz wpływ pośredni na odżywianie naszych pociech. Na pewno jako nastolatki czy osoby dorosłe będą miały jeszcze okresy, gdy to jedzenie będzie lepsze lub gorsze, ale ta baza nawyków żywieniowych z dzieciństwa jest czymś, do czego z łatwością wrócą.
Z.A.:Jedna negatywna uwaga, krótkotrwała dieta, czy rozsądne odchudzanie się nie wywoła od razu u naszego dziecka zaburzeń odżywiania. Tak jak wspomniałam, zaburzenia odżywiania mają znacznie bardziej złożoną przyczynę. Ale z pewnością nasze dorosłe relacje z jedzeniem, stosunek do własnego ciała i stosowania diet mogą mieć wpływ na rozwój nadwagi czy zaburzeń odżywiania u dzieci.
Badania pokazują, że w rodzinach, w których unika się negatywnych uwag na temat wyglądu ciała (swojego, dziecka, innych osób), zaburzenia odżywiania pojawiają się rzadziej. Co ciekawe znaczenie ma również to, w jaki sposób jadamy posiłki. Ogromną wartością jest po prostu jedzenie posiłków wspólnie, rodzinnie. Okazuje się, że w rodzinach, których członkowie jadają razem, zaburzenia odżywiania są rzadsze.
Na pewno dziecko widzi i słyszy znacznie więcej niż nam się wydaje. Nasze uwagi dotyczące naszego ciała, naszego sposobu żywienia (np. “za dużo zjadłam”, “ale się objadłam”, “te słodycze są takie tuczące”, “ale mam brzuch wielki po tych chipsach”) wpływają na to, jak o własnym ciele myślą nasze dzieci. Pamiętajmy, że dzieci postrzegają nas w sposób wyidealizowany. Stawiają nas za wzór i po prostu naśladują nasze zachowanie.
U malutkiego dziecka to może być właśnie “klepanie się po grubym brzuchu”, u nastolatki już restrykcyjna dieta odchudzająca
Z.A. Na pewno nadmierne zaabsorbowanie wyglądem własnego ciała. Krytyczny jest tutaj okres dojrzewania. Ciało nastolatków drastycznie się zmienia, jest to dla nich wyjątkowo trudne w dzisiejszych czasach, kiedy promowany ideał piękna (przynajmniej kobiecego) bardziej podobny jest do dziecięcej sylwetki niż figury dojrzałej kobiety.
Jeżeli my, rodzice, nie pomożemy dziecku zrozumieć tych zmian, patrzeć w sposób krytyczny na to, co przedstawiają rówieśnicy i media, nie ukształtujemy pozytywnego obrazu własnego ciała u dziecka, to w okresie dojrzewania może ono zwrócić się właśnie w kierunku tzw. niezdrowych metod kontroli wagi.
To mogą być np. intensywna aktywność fizyczna, omijanie posiłków, regularne pozostawianie jedzenia na talerzu, gwałtowne przejście na wegetarianizm, napady objadania się, restrykcyjne diety.
Im więcej rozmawiamy z dzieckiem, im baczniej się mu przyglądamy, tym łatwiej będzie nam dostrzec te sygnały alarmowe. Nie bagatelizujmy nawet zwykłego powiedzenia “Ale grubo w tym wyglądam”.
Wykorzystajmy to jako pretekst na temat rozmowy o lubieniu własnego ciała. Zamiast proponować dietę w odpowiedzi na słowa “Muszę schudnąć”, usiądźmy i pogadajmy o zmianach w nawykach żywieniowych rodziny, które pozwolą nam wszystkim być zdrowszym.
Z.A.:Można by wymienić ze 100 dobrych nawyków żywieniowych, które warto ukształtować u naszego dziecka. Ale warto mieć świadomość, że to, co dzisiaj uznawane jest za zdrowe, za 20-30 lat może już nie być polecane w żywieniu. Dietetyka to dziedzina wiedzy, która bardzo mocno się rozwija. Dlatego ja polecam trzymać się zasad, które się zawsze sprawdzą i tak naprawdę tłumaczą niemal każdą decyzję żywieniową.
Te zasady to: umiar, różnorodność i proporcja.
.
To dokładne przeciwieństwo tego czym są zaburzenia odżywiania. Nauczmy dzieci, że jedzenie ma być owszem smaczne, ale jest po prostu jedzeniem. Nie pełni roli pocieszacza i wypełniacza czasu. Jedzmy posiłki wspólnie, przy stole, bez telewizora. To ma znacznie większe znaczenie niż to, co na ten posiłek podamy.
Z.A.:Umiar należy mieć we wszystkim, również w zakazie. Akurat zakaz jedzenia słodyczy najprawdopodobniej sprawi, że nasze dziecko zacznie pożądać ich jeszcze bardziej. Choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy silna restrykcja w zakresie jedzenia słodyczy jest konieczna. Zamiast zakazywać musimy nauczyć nasze dziecko jeść słodycze z umiarem.
Ukształtować u niego dobre relacje ze słodyczami, to znaczy, by traktowało je jak zwykłe jedzenie, nie sposób na nudę, smutki czy złości.
Pokażmy również, że inne pokarmy też mogą być smaczne. Tu znowu – ogromna rola naszych własnych relacji ze słodyczami. Jeżeli my nie radzimy sobie z ich jedzeniem, jemy zbyt dużo, na zmianę rezygnujemy i objadamy się, nie potrafimy jeść ich z umiarem i sięgamy po nie w przypływie emocji, to obawiamy się, że w ten sam sposób reagować będą nasze dzieci.
I tu leży tak prawdziwe źródło problemów ze słodyczami u dzieci. W naszym dorosłym lęku i w naszych własnych problemach związanych z jedzeniem słodkich produktów.
Jasne, dzieci kochają słodycze. Oczywiście, że sprawy nie ułatwiają spece od reklamy wmawiający nam i naszym pociechom, że batonik to idealne rozwiązanie na drugie śniadanie i wszystkie smutki ani producenci żywności wciskający cukier do każdego możliwego produktu z napisem “dla dzieci”. Ale jeśli my pokażemy dzieciom, że ze słodyczy można mądrze i bezpiecznie korzystać, to będą to wiedziały przez resztę swojego życia 🙂
Z.A.:Wszystko zależy tak naprawdę od punktu wyjścia. Nie ma nic złego w tym, by chcieć schudnąć. Nie ma nawet nic złego w tym, że uważamy nasz brzuch za zbyt duży i chcielibyśmy mieć mniejszy. Problem w tym, jak o tym mówimy i z jakiego powodu chcemy dokonać tych zmian. Klasyczny sposób odchudzania zakłada taki schemat:
nie lubię siebie, czuję się grubo – chcę schudnąć – jak schudnę, wreszcie siebie zaakceptuję. Zatem odchudzamy się z nienawiści do własnego ciała.
Z mojego doświadczenia wynika, że odchudzanie jest skuteczne jedynie wtedy, gdy za punkt wyjścia przyjmiemy miłość do naszego ciała, akceptację. Wtedy schemat będzie wyglądał mniej więcej tak:
dbam o siebie, moje ciało jest dla mnie ważne – czuję, że moja waga, źle wpływa na funkcjonowanie mojego ciała – chcę to zmienić – zmieniam nawyki żywieniowe.
Jeżeli pokażemy naszemu dziecku taki sposób myślenia, na pewno nie zaszkodzimy mu swoim odchudzaniem. Bo dbanie o własne ciało, akceptacja go, mimo różnych wad, które nam nie odpowiadają, jest naprawdę wspaniałym nawykiem. Uczmy dzieci kochać swoje ciała, dbać o nie, również poprzez dobre żywienie i zdrową aktywność fizyczną.
A.T. Bardzo dziękuję za rozmowę.
A Was zapraszam do obserwowania bloga Szpinak robi blee i fanpage na Facebooku
Jeżeli spodobał się Wam ten post kliknijcie „Lubię to” na moim fanpage’u TUTAJ
Chyba każdy rodzic chciałby żeby jego dziecko potrafiło samo się ubrać od stóp do głów, szczególnie rano kiedy mamy niewiele czasu na to żeby się przygotować do wyjścia. My dorośli ubieramy się automatycznie i nie zwracamy już na to uwagi. A dzieci? Będą musiały się tego nauczyć. Nie jest to dla nich takie proste. Wbrew pozorom na te czynności składa się mnóstwo precyzyjnych ruchów, które dziecko musi wykonać.
Nigdy nie wyręczaj dziecka w tym, co może zrobić samodzielnie.Maria montessori
Nigdy nie wyręczaj dziecka w tym, co może zrobić samodzielnie.
Ten cytat często mam w głowie kiedy chcę coś zrobić za moje dziecko. Zapala mi się wtedy czerwona lampka i wiem, że powinnam odpuścić – szczególnie wtedy kiedy dziecko komunikuje: „Ja siama/ja siam” i przez godzinę zakłada jedną skarpetę. Często rodzice nazywają to buntem 2-latka lub opieraniem się. Jest to bzdura, dzieci w ten sposób budują swoją osobowość.
Nie ma nic lepszego jak namacalny dowód wykonanej przez nie pracy. Nam może się wydawać, że to takie banalne – dziecko włożyło jeden but i to do tego nie na tą nogę co trzeba. Jest z siebie dumne, a rodzic podchodzi i mówi: „Nie na tą nogę założyłeś”. Jak się czuje wtedy dziecko? Chyba sami wiecie.
Przede wszystkim buduje poczucie własnej wartości. Naprawdę w życiu jest tak niewiele czynności, których efekt widać od razu. Tak jest właśnie z samodzielnym ubieraniem się. Nawet to, że dziecko ściągnęło jedną skarpetę może być dla niego budujące.
To właśnie wtedy uczy się, że ma moc sprawczą. Wie, że ma wpływ na siebie i swoje otoczenie. Jest panem swojego ciała. Uczy się, że to co robię jest ważne i widzę efekt mojej pracy. Nie widzę powodu żeby bić brawa w sytuacji kiedy dziecko samo coś zrobi. Owszem radujemy się i cieszymy z kolejnego kroku milowego, ale uzależniając dziecko od swojej opinii stąpamy po cienkim lodzie.
Kolejnym razem dziecko będzie zakładało skarpetę po to żeby dostać owacje na stojąco. Naprawdę jest to zbędne, dziecko samo widzi, że coś zrobiło i nie musi otrzymywać wzmocnienia z zewnątrz.
Wyobraźcie sobie, że wieczorem lub rano przygotowujecie ubrania dla dzieci, a rano po śniadaniu Wasze dziecko myje zęby idzie do pokoju i ubiera się. Od stóp do głów SAMO wszystko zakłada, wywraca nawet rajstopy i wyciąga rękawy z bluzki, zapina nawet guzik w spodniach i rozporek.
Później przed wyjściem zakłada ciepłe spodnie, buty, zapina kurtkę, zakłada rękawiczki i prosi tylko o zawiązanie szalika. Wydaje się niemożliwe? Mam taki 4- letni model w domu.
To nasza praca i cierpliwość. W tym poście zdradzę jak tego dokonaliśmy oraz przekażę Wam kilka trików, które ułatwiły naukę samodzielnego ubierania się.
Już przed pierwszymi urodzinami nasza córka z uporem maniaka sama ściągała sobie skarpety. Niektórym może się wydawać, że to zabawa albo nawet zwykła złośliwość. A ja z racji z swojego wykształcenia, wiedziałam, że dzieje się coś ważnego – dla niej i dla nas. Uczy się samodzielności.
Ściągała skarpety z coraz większą wprawą, a ja tylko obserwowałam. Widziałam, że sprawia jej to radość i czuje, że robi coś niesamowitego. Miałam komfort, bo rano zazwyczaj nigdzie się nie spieszyliśmy i nie musieliśmy być na umówioną godzinę, dlatego przez 3 lata codziennie ćwiczyliśmy samodzielne ubieranie się.
Przede wszystkim akceptacja tego co robi dziecko.
Najłatwiej jest się rozebrać, dlatego pozwólmy dzieciom w ciągu dnia ćwiczyć tę umiejętność.
Rodzice często postrzegają samodzielne rozbieranie jako nieposłuszeństwo. Dziecko mi robi na złość, bo je ubrałem, a ono poszło w kącik i się rozebrało. Jest to BŁĘDNE myślenie.
Oczywiście wiek podany jest orientacyjnie. To, że dziecko nie potrafi czegoś w danym wieku zrobić nie świadczy o żadnych problemach.
⇓
Poniżej zamieszczam nasz SPOSÓB na zakładanie: swetra, rozpinanej bluzy, kurtki, plecaka:
A tu znajdziecie jeszcze inne dwa sposoby jak to zrobić:
Sposoby na samodzielne ubieranie się
Naprawdę warto uczyć dzieci samoobsługi. Te proste, na pozór czynności są ważne w budowaniu swojej wartości. Dzieci zupełnie nieświadomie ćwiczą wiele ważnych funkcji, które później będą im niezbędne np. przy nauce pisania.
Dziś mam dla Was przepis na przepyszne pączki, donuty czy też oponki. Dawno nic nie piekłam, bo powiem Wam w sekrecie, że trochę ograniczam produkty z bardzo wysokim indeksem glikemicznym. Staram się nie jeść białej mąki, cukru i innych produktów, przez które nie mogę zrzucić pociążowych kilogramów.
Szukam zdrowszych alternatyw, ale wciąż mam smaki na dobre rzeczy. Tak zrobiłam gryczano- pełnoziarniste pieczone pączki, a zwykły lukier zastąpiłam tajemnym składnikiem.
1 1/3 letniego mleka (użyłam orkiszowego)
2 łyżki roztopionego masła
2/3 szklanki cukru trzcinowego
2 jaja
5 szklanek mąki (użyłam: 1 szklanki mąki pszennej, 2 szklanki mąki pełnoziarnistej, 2 szklanki mąki gryczanej) Im więcej mąki ciemnej tym pączki będą twardsze.
szczypta soli
1 paczka drożdży instant (7 g) lub 14 g drożdży świeżych
Jeżeli robimy ciasto z dodatkiem świeżych drożdży to trzeba zrobić rozczyn ,a jeżeli robimy z drożdży suchych – wystarczy dodać je do mąki.
Mąkę przesiać przez sito z drożdżami, a później dodać wszystkie składniki, na końcu rozpuszczony tłuszcz. Wyrabiamy przez kilka minut, aż ciasto będzie sprężyste i gładkie. Kiedy już wyrobimy, wkładamy ciasto do miski, nakrywamy bawełnianą ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (1,5 h).
Po tym czasie odrywamy kawałki i wałkujemy dość grubo (na 13 mm) i wykrawamy kołka (duże kółko to u mnie kubek, a małe to kieliszek). Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, nakrywamy ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (45 min).
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. (bez termo) i pieczemy po 8-10 min.
Jeżeli macie multicookera (ja w tym robiłam) to najpierw wrzucacie składniki mokre, później suche a na górę drożdże. Nastawiamy program do ciasta drożdżowego. A po wyjęciu można od razu wałkować i wykrawać.
Oryginalny przepis był inny, jednak ja go zmieniłam na zdrowszy.
3 łyżki zmielonych wiórków kokosowych (mieliłam w młynku do kawy)
łyżka cukru trzcinowego
2 łyżki wody
pół łyżki oleju lub oliwy z oliwek
Wszystkie składniki utrzeć na masę. Aby uzyskać kolor wrzuciłam 3 mrożone maliny i podgrzałam na małym ogniu. Lukier przełożyłam do strzykawki i udekorowałam pączki.
a tu macie Zdrowe przekąski dla dzieci
Jak wiecie nie przepadam za typowymi kuleczkami (Dlaczego) i przed takimi miejscami wzbraniam się maksymalnie. Jednak moja czytelniczka napisała do mnie meila o treści:
Hej Aniu, jestem stałą czytelniczką Twojego bloga i wielokrotnie korzystałam z polecanych przez Ciebie na jego łamach sposobów spędzania czasu z dzieckiem w Warszawie. Teraz sama chciałam Ci polecić miejsce, które odwiedziliśmy niedawno z naszym prawie 3 -letnim synkiem. To miejsce to Klockownia – sala zabaw z klockami (różne rodzaje i wielkości). Naprawdę świetnie się bawiliśmy, w załączeniu przesyłam kilka zdjęć 🙂 Jest tam też kącik dla mniejszych dzieci więc Julek też by pewnie miał się czym bawić. Co do ceny – to my akurat trafiliśmy na promocję i drugi rodzic wchodził bezpłatnie więc 2h zabawy kosztowały nas łącznie 35 zł. Dzieci do 9 miesiąca chyba wchodzą bezpłatnie. Może będziesz chciała odwiedzić 🙂
Klockownia znajduje się na Bródnie, na ul. Rembielińskiej w malutkiej galerii handlowej. Świetnie, że jest parking podziemny – jest to duże ułatwienie szczególnie zimą.
Na 2 piętrze na dość dużym metrażu znajduje się Klockownia. Julek akurat zasnął, więc uznałam to za sprzyjający warunek. Powitała nas bardzo miła Pani animatorka i przedstawiła panujące zasady.
Dzieci bawią się w skarpetkach lub miękkich kapciach. Nie można wjeżdżać wózkami – nie ukrywam, że byłam lekko rozczarowana, ale później już zrozumiałam dlaczego. Podłoga jest wyłożona dywanem i mogłaby się zabrudzić. Jednak Pani z obsługi pozwoliła mi postawić wózek tak żebym widziała śpiącego w wózku Jula.
Za 2 h zabawy zapłaciłam 30 zł. Drugi rodzic również płaci ze wejście. Dostałam kluczyk do szafki i żółty zegarek, który mierzy czas i można nim płacić w kawiarni.
Sama Klockownia jest ABSOLUTNIE genialna. Lilka bawiła się znakomicie w różnych strefach, a kiedy obudził się Junior to również skorzystał z ogromnej powierzchni do eksplorowania. Dzieciom bardzo się podobało. Z Lilką musiałam negocjować wyjście, a to się rzadko zdarza, bo zazwyczaj po godzinie jest już znudzona.
Miałam oczywiście obawy, czy jest czysto itd. jednak miejsce jest bardzo zadbane i nie miałam żadnych wątpliwości. Julian raczkował i stawał przy większych konstrukcjach. Bez problemu ogarnęłam 2 dzieci, a nawet napiłam się kawy.
Od jakiego wieku jest Klockownia? Myślę, że raczkujące niemowlę będzie się tam już dobrze bawiło.
A jaka jest górna granica? To zależy od dziecka, ale myślę, że do 10 lat spokojnie.
Dodam, że starsze dzieci można tam zostawić i np. iść na zakupy spożywcze obok. Pierwszy raz mogłabym taką ewentualność rozważyć, bo miejsce jest naprawdę bezpieczne.
Na terenie Klockowni jest mała kawiarnia, gdzie można zamówić (dobrą) kawę i ciastka.
Podsumowując jest to naprawdę ciekawe miejsce na mapie Warszawy. Klockownia jest dobrą alternatywą dla placu zabaw- szczególnie w okresie zimowym.
Z pewnością tam wrócimy, a może nawet zorganizujemy tam Lilki urodziny (jest taka opcja).
Koniec roku to dobry czas na podsumowania. Ja już nie robię postanowień noworocznych, bo prawie ZAWSZE ich nie spełniam. Jednak jest coś do czego dążę i dziś chciałabym się z Wami tym podzielić.
Moje postanowienie, które realizuję już od dawna to być szczęśliwym. Tak po prostu. Być szczęśliwą matką, żoną, kobietą i nic więcej.
Tak, dokładnie. Nie stosuję żadnych zasad. Wiecie dlaczego? Bo powodują odwrotny skutek niż był zamierzony. A każda próba kończy się wyrzutami sumienia i poczuciem beznadziejności. Tak więc, wyzbyłam się wielu zasad, których trzymałam się kurczowo i jestem bardziej szczęśliwa.
Mówisz tak czasami na siebie? Ja tak. Szczególnie wtedy kiedy robię coś co sobie inaczej założyłam. Jeżeli myślisz o sobie tak kilka razy dziennie, że jesteś złą matką to znaczy, że jesteś… BARDZO DOBRĄ MATKĄ. Prawdziwe „złe matki” nie zastanawiają się nad tym i nie mają autorefleksji.
Pamiętam jak kiedyś na grupie facebookowej przeczytałam post mamy dwójki dzieci, która zapytała co inne mamy robią z pracami swoich dzieci. Chodziło oczywiście o te na kartkach: rysunki, głowonogi, niedomknięte kołka, bohomazy i inne wytwory. Byłam tego ciekawa, bo sama wieszałam na ścianie je bardzo rzadko.
Ta mama napisała, że prawie wszystkie prace skanuje i wrzuca ja do specjalnego folderu na komputerze. Trzyma je na pamiątkę żeby dzieci mogły je sobie kiedyś obejrzeć.
A co robię ja?
Najczęściej wyrzucam jak Lilka nie widzi. Czasami zdarza się, że później ona tego szuka, więc jej mówię, że skoro obrazek nie został przypięty do lodówki lub taśmą do ściany to uznałam, że jest jej niepotrzebny i można go wyrzucić.
Ale poczułam zakłucie w serduszku mojego cudownego macierzyństwa. ZŁA MATKA ZE MNIE, że nie skanuje tych wszystkich wytworów.
A później sobie pomyślałam, że to bez sensu. Czy ja bym chciała teraz w życiu dorosłym oglądać swoje bohomazy? Nie! Nie ma sensu tak się kotwiczyć w przeszłości. Żyję tu i teraz.
Tak, wiem czasami trudno wyluzować. Ale czasami jest to najlepsza metoda. Nie ma idealnych ludzi, każdy popełnia błędy i na nich się uczy. Milion razy dziennie zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze czy też nie. Teraz mam taką metodę, że w chwilach wątpliwości tłumaczę sobie, że widocznie to było wówczas najlepsze wyjście.
Tak jak Wam już pisałam wieczorem ogarniam lekko ten rozgardziasz bajzel na kółkach tak żeby rano nie wstać w mieszkaniu, które wygląda jak po wybuchu granatu. Mój mąż wieczorem sprząta kuchnię, a ja resztę. Dziś np. odkurzałam z Julem w nosidle żeby mieć czas na pracę na drzemce.
Taaaak, pewnie myślicie, że u nas codziennie jest pyszne pożywne śniadanko. Jak już jestem taka szczera, to piszę prawdę. W tygodniu śpię z Julem do około 8.30 i Daniel nasypuje Lilce płatki – dodaje mleko.
Posmaruje bułkę masłem lub naleje oliwy z oliwek na talerz. Ona o 8.30 ma dobre, ciepłe śniadanie w przedszkolu, więc tam ją lepiej karmią niż w domu. Czy mam z tego powodu wyrzuty. Kiedyś miałam, a teraz jestem wdzięczna.
BARDZO BYM CHCIAŁA robić owsianki, jaglanki itd. Ale odkąd jest Jul nie mam jak. Odpuściłam temat.
Bywa i tak (nawet 3 razy w tyg), że nie robię obiadu. To się już zmienia, bo Jul zaczyna jeść coraz więcej i zwyczajnie muszę. Najczęściej kupuję obiad w barze mlecznym przy Lilki przedszkolu lub wyjmuję z zamrażarki pierogi. Z tego powodu też ma wyrzuty sumienia. Ale zamierzam się poprawić!
p.s. Czasami jemy parówki i słodkie serki.
Oj jakże ja bym chciała żeby to było DUŻO I BARDZO EFEKTYWNEGO czasu. Niestety biorę to co mam i się nad tym nie zastanawiam. Nie odpuszczam jedynie usypiania Lilki. Mogłabym włączyć jej kołysankę z DUBI, czy też projektor z muzyczką, ale nie chcę.
Chcę jak najdłużej móc ją usypiać. Może wydawać się Wam to dziwne, bo Lilka dałaby radę sama zasnąć. Ale to jest właśnie ten, mój czas 1:1 tylko z nią. Bardzo rzadko się zdarza, że usypiam dwójkę na raz. Staram się mieć właśnie ten czas dla niej i mam.
W tym roku chcę kilka razy wyjść z nią sama, tak jak było kiedyś.
Słucham biernie, kiwam głową, robię po swojemu. Zasada, która uratowała moje macierzyństwo. To TY znasz najlepiej swoje dziecko, nie jakaś Anka z bloga nebule. Zajęło mi to trochę czasu, jednak wiem, że „złote rady” nie działają.
Tak rzadko słuchamy swoich dzieci, szczególnie tych mniejszych. Naprawdę wiele razy to one pokazują nam najwłaściwsze rozwiązanie, a my szukamy, myślimy, zastanawiamy się. Robienie rzeczy na siłę NIE DZIAŁA. Uwierzcie mi!
Myśl czasami o sobie i swoich potrzebach. Kiedy jestem zła, chodzę i podnoszę głos – wiem, że to moja wina. Dlaczego moja? Bo gdzieś wyczerpałam swoją energię i jej nie odbudowałam. Najczęstszym winowajcą u mnie jest praca (za dużo siedzę na telefonie).
Matkom tak często brakuje takiego poczucia, że są wystarczająco dobre. Ja też na wielu polach mocno odpuszczam, ale wiem, że tego właśnie mi trzeba. Bez przesady z tym krytycyzmem.
Nie planuję, nie zapisuję swoich planów, nie myślę o tym co będzie za pół roku. Nie mam żadnego planu dnia, idę na żywioł. Wiele razy sobie coś zaplanowałam i to nie wyszło, byłam zła na siebie i zwalałam winę na siebie. Tymczasem to nie tylko moje przewinienia.
Przy drugim dziecku bardzo rzadko spoglądam na zegarek, nie wiem ile czasu spało, o której poszło spać lub ile razy się obudziło. Dzięki temu jestem szczęśliwa, bo skupiam się na rzeczach ważniejszych.
Teraz po dwóch tygodniach chorowania cieszy mnie wszystko. Bardzo spokorniałam i niewiele mi trzeba do szczęścia. Ten cały antyporadnik jest właśnie po to, żebyś inaczej spojrzała na siebie, na swoją rodzinę i się zastanowiła co jest naprawdę ważne.
Zdjęcie tytułowe Fabryka przygody
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu na FB: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Test Nifty jest jednym z badań prenatalnych, które można wykonać będąc w ciąży. W dzisiejszym wpisie napiszę Wam moją opinię oraz wnioski, czy warto zrobić ten test.
Jak wiecie moja droga do macierzyństwa po raz drugi nie była usłana różami (Przerwane oczekiwanie). Kiedy w końcu dotarłam do 13 tygodnia wierzyłam, że się uda. Skoro jestem już tak daleko to znaczy, że teraz będzie inaczej i donoszę tę ciążę. Jednak życie znów dało nam prztyczka w nos i sprowadziło na ziemię.
Boisz się cieszyć. Nie ma minuty żebyś o tym nie myślała. Raz masz w głowie szczęśliwe zakończenie, a za chwilę lecisz do łazienki, bo poczułaś malutki skurcz w podbrzuszu. Każde badanie USG to koszmar. Czekasz tylko żeby usłyszeć tętniące serce.
Teraz już prawie tego nie pamiętam. Ale kiedy zaczynam drążyć to przypominam sobie masę niepewności, strachu, łez i… nadziei. Nadzieja podobno umiera ostatnia. Tak też było u nas.
Drugą ciążę straciłam dzień przed USG prenatalnym w 12 tygodniu. Do tego czasu w ciąży z Julkiem byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Żyłam z dnia na dzień. Wiedziałam dokładnie, który to tydzień ciąży, a nawet który dzień. Dzień przed tym USG nie mogłam nic nawet jeść. W drodze na badanie kręciło mi się w głowie, a przed gabinetem myślałam, że zemdleję.
Kiedy w końcu lekarka przyłożyła głowicę USG do mojego brzucha i usłyszałam bijące serce – odetchnęłam z ulgą. „Teraz już będzie dobrze”- pomyślałam. Spojrzałam ze łzami w oczach na mojego męża i ścisnęliśmy sobie dłonie.
Lekarka przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Najpierw myślałam, że tak bardzo przykłada się do swojej pracy i milczy. Widziałam też, że kilkanaście razy wykonuje różne pomiary. W końcu się odezwała, a mi zrobiło się słabo…
„Niestety przezierność karkowa jest w samej górnej granicy normy. To wciąż norma, ale z jakiegoś powodu jest podwyższona. Reszta parametrów ok”
Nie musiała mi tłumaczyć co to znaczy, bo ja to wiem. Podwyższone NT może świadczyć o wadach genetycznych u płodu.
Wyszliśmy stamtąd i byliśmy mocno skołowani. Co robić? Jakie wyjście będzie dla nas najbardziej korzystne?
W domu przemyśleliśmy na szybko, że test Pappa nie jest dobrym wyjściem, bo jednak bazuje na statystyce. Może nas zmylić, a na amniopunkcję po złym wyniku testu bym i tak się nie zdecydowała.
Najpierw uznaliśmy, że nie zrobimy nic. Dziecko na pewno jest zdrowe i wszystko będzie dobrze. Jednak, jak to ja, zaczęłam czytać historie w sieci. Przeczytałam również, że u kobiet z mutacją MTHFR jest zwiększone ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną.
Nie mogłam spać, bo tylko się zastanawiałam czy dobrze robimy. W końcu pomyśleliśmy, że może warto zrobić test Nifty. Jedyne co nas powstrzymywało to cena (2300 zł). Jednak mój mąż widział w jakim jestem stanie i wiedział, że jeżeli ten test może rozwiać wszelkie (99,5 %) wątpliwości to warto zapłacić tyle pieniędzy.
Okazało się, że w wielu warszawskich przychodniach wykonują go od ręki. Przeczytałam, że wystarczy być na czczo i udać się do wybranego miejsca. Nie zalecano picia dużej ilości wody przed pobraniem próbki (krew wtedy jest bardziej gęsta).
W rejestracji powiedziałam, że chcę wykonać ten test, zapłaciłam i czekałam na swoją kolej do gabinetu pielęgniarki. Przed badaniem przeprowadziła ze mną krótką ankietę. Jest kilka przeciwwskazań do wykonania testu. Pielęgniarka pobrała próbkę krwi i poinformowała mnie, że na wynik czeka się ok 9 dni roboczych.
Dni na szczęście płynęły szybko i kiedy dostałam SMS (po 5 dniach roboczych), że wynik jest do odbioru pędziłam z Lilką pod pachą do przychodni. Kiedy otworzyłam kopertę i zobaczyłam słowa:
„Nie stwierdzono podwyższonego ryzyka trisomii chromosomów 21, 18 lub 13 pary ani nieprawidłowości w zakresie liczby chromosomów płci. Zespołów delecyjnych nie stwierdzono. Badany płód jest płci męskiej.”
Z perspektywy czasu myślę, że to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć. Z racji tego, że wcześniejsze wydarzenia mocno nas doświadczyły to wynik testu Nifty naprawdę nas uspokoił. Od momentu kiedy go odebrałam moja ciąża przebiegała o wiele spokojniej. Wiedziałam, że syn jest zdrowy i tego się trzymałam.
Jedynym minusem testu Nifty jest cena. Jednak z perspektywy czasu wiem, że spokój w ciąży jest bezcenny i zrobiłabym go ponownie.
W dzisiejszym wpisie pokażę Wam moje sprawdzone pomysły na przechowywanie książek dla dzieci. Książek w naszym mieszkaniu wciąż przybywa. Co prawda jest spora rotacja, bo mam genialną bibliotekę koło domu. Staram się również oddawać niektóre pozycje (koleżankom z młodszymi dziećmi lub do biblioteki), ale wciąż mamy ich sporo.
Z książkami dla dorosłych nie ma takiego problemu, bo wystarczy, że przeczytaną książkę odstawię na regał. Nie zaglądam do niej 20 razy dziennie (jak się czasami zdarza dzieciom). Jak w takim razie przechowywać książki aby:
Dodam jeszcze, że wyjęte mam tylko książki, które są dla tego wieku, w którym są obecnie dzieci. Inne mam schowane w szafie i wymieniam. Naprawdę sprawdza się reguła, że IM MNIEJ TYM LEPIEJ.
Na pierwszym etapie czyli niemowlęcym warto trzymać książki w koszyku. Najlepszy będzie taki, który będzie miał twarde ścianki. Mój jest akurat ze sklepu Tiger i kosztował 10 zł. Stoi na piankowej macie i zaprasza do sięgnięcia po książkę.
Zwróćcie uwagę żeby nie miał zwężenia ku dołowi ani rączki, która utrudnia wyjęcie książki z koszyka. Myślę, że równie dobrze sprawdziłoby się pudełko po butach (ale nie testowałam). To drewniane pudełko by się sprawdziło.
Kiedy książek przybywa i nie mieścimy się w koszyku można je przełożyć do drewnianej skrzynki. To moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu, że deski na dole są poziome to utrzymują książki przed zjeżdżaniem. Naprawdę sprawdza się to znakomicie.
Takie rozwiązania świetnie sprawdzają się do roku kiedy dzieci najczęściej siadają i „czytają”.
Półki z książkami dla dzieci to bardzo dobry pomysł na ich przechowywanie. Kiedy Lilka miała około roku zaadaptowałam taką łazienkową półeczkę z Ikei. O ile ustawienie pionowe książek sprawdza się dobrze, to układanie książek jedna na drugiej niestety już nie. Tak małe dziecko nie jest w stanie podnieść tej książki, która leży na dole i drugą ręką ją wyciągnąć.
Kiedy Lilka już dostała swój Pokój przedszkolaka to i miejsca zrobiło się więcej. Zdecydowałam się na ustawienie książek okładką do przodu. Jest to bardzo dobry pomysł z tego względu, że dziecku jest łatwo wziąć i odstawić książkę na miejsce.
Piękne okładki zachęcają wręcz do sięgnięcia po ulubioną książkę. Takie półki z książkami są też ciekawą dekoracją ściany.
Ostatnio dokupiłam też mały regalik i w sumie z niego jestem zadowolona najbardziej. Kwadratowa wnęka (mniejsza) bardzo dobrze trzyma książki. Nie rozjeżdżają się i równo stoją. Nie bardzo jednak widać okładki dlatego Lilka sięga po nie dość rzadko. To ja raczej zmieniam książki z półki nad łóżkiem.
Drewniana skrzynka na kółkach na klocki to NOBOBOBO
A Julkowi zamierzam kupić tę półkę. Wydaje się być idealna dla takich maluchów.
Jak ktoś ma dużo miejsca to ta półka jest również godna uwagi: tutaj
Albo polskie Bambooko
Jeżeli spodobał Ci się ten post kliknij „Lubię to” na profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Tak, to już ostatni moment żeby kupić prezenty najbliższym. Dziś prezentuję bardzo wyjątkowe propozycje prezentów (tym razem nie dla dzieci). W większości są to rzeczy, które mamy i lubimy. Myślę, że mogą Was zainspirować:)
Zacznę od wyjątkowej limitowanej kolekcji, która skradła moje serce. Mój mąż ma zakaz zaglądania do tego wpisu, bo tu właśnie znajdują się podarunki dla niego. Są to rzeczy wyjątkowo piękne i niebanalne. Mój mąż na co dzień nosi się elegancko, więc i przedmioty go otaczające są właśnie takie. Codziennie (oprócz weekendu) nosi koszule i marynarki. Często ma też formalne spotkania i kolacje, więc wybrałam dla niego właśnie te rzeczy. Jest to wyjątkowa kolekcja przedmiotów z ikonografiami znanych malarzy.
Kubek DESA Modern z ikonografią Edwarda Dwurnika
Spinki do mankietów DESA Modern stworzone na bazie obrazu Jerzego Nowosielskiego
Jedwabna poszetka DESA Modern Gdańsk<-klik
Ten notes jest akurat dla mnie. Już niedługo powstanie w nim coś… inspirującego 😉
Notes jest w pięknym pudełku, który zatrzymam na drobiazgi.
Koszula ciążowa, bambusowa – później idealna do karmienia HUG gallery
Mam podobną i bardzo sobie chwalę. Niedługo napiszę o niej więcej.
Nie wiedziałam, że są takie np. dla miłośników wina, książek, podróży. Naprawdę piękny prezent.
Nie mieszczą nam się już książki, dlatego kupiłam go mężowi na urodziny. Jest zachwycony:)
Zamawiałam bezpośrednio z Amazon.de
Polskie kosmetyki ekologiczne Hagi
Obecnie jest to moja ulubiona polska marka kosmetyczna. Wszystkie zapachy trafiają idealnie w mój gust. Kupiłam nawet świecę, którą czasami odpalam. Czekam aż się pojawią znów pomady do ciała (a właściwie wszystkiego). Na zdjęciu jest też mydło rozmarynowe (w łazience właśnie nim pachnie)
Uwielbiam ten scrub, pięknie pachnie – zostawia gładką i nawilżoną skórę.
Kosmetyki Resibo (balsam i olejek)
Mam nowy balsam i go uwielbiam. Pachnie cudownie i fajnie nawilża skórę. Smaruję nim również dłonie.
Olejek wygładzający (zobaczcie jak powoli się zużywa, a mam go pół roku).
Naprawdę działa cuda. Dziewczyny piszą, że działa jak botox i naprawdę tak jest!
Ministerstwo Dobrego Mydła – mają też sklep stacjonarny w Warszawie
Mam hydrolat różany i mydełka. Uwielbiam za zapachy i naturalne składniki
Naturalne, mydło potasowe H&H
Moje ostatnie odkrycie dzięki Agnieszce. Mydło genialnie myje skórę na twarzy. Są różne rodzaje do typów skóry. Ja mam lipowe, lekko nawilżające. Jest naprawdę świetne!
Bardzo fajny krem do rąk pachnący cytrusami. Podoba mi się jego metalowa tubka oraz działanie.
Słuchajcie, moja czytelniczka otworzyła po 3 latach urlopu wychowawczego swój biznes. Biję jej brawo, bo pomysł i wykonanie znakomite! My uwielbiamy różne herbaty, więc dla nas to prezent idealny. Lilka popija Rooibosa, którego w herbaciarni jest aż 8. Trzymam za nią kciuki, a Wy zobaczcie jakie ma fajne zestawy prezentowe np. dla mamy czy też siostry.
Zawsze o takich marzyłam i właśnie do mnie pędzą:) W końcu będzie mi ciepło w ręce i chyba zawieszę je sobie na sznurku, to wtedy nie zgubię.
Jest też wersja dla dzieci:)
Czasami czytam książki nie związane z rozdicielstwem i właśnie niedawno mąż kupił mi „Muzę”- jest absolutnie genialna. Dokończę ją w Święta.
Dostałam ją od męża Mikołaja 🙂 Nie spodziewałam się, że album ze zdjęciami ludzi wywoła we mnie tyle emocji. Jeżeli macie w rodzinie osoby, które lubią fotografować, są artystami, byli w Nowym Yorku itd. to kupcie im tę książkę. Naprawdę jest to tak inspirująca pozycja, że przeglądam ją prawie codziennie. Przeczytajcie opisy na zdjęciach poniżej.
Autorem jest mężczyzna, który rzucił pracę w korporacji i zaczął chodzić po ulicach. Robił ludziom zdjęcia… niesamowita historia. To książka o spełnianiu marzeń.
Książka, która jest ciekawą propozycją dla dorosłych oraz dla nastolatków.
„Animal Rationale to nie album przyrodniczy. Nie jest także tylko psychologiczną książką. To pięknie ilustrowany, wzruszający przewodnik, który pokazuje, że inspiracji do zmiany na lepsze możemy szukać także w świecie natury. Łukasz Bożycki, przyrodnik i wielokrotnie nagradzany fotograf przyrody, opisuje niezwykłe zachowania zwierząt: taktykę polowania wilków, strategię, za pomocą której błazenek przekształcił śmiertelnego wroga w sojusznika, wzruszające rytuały pogrzebowe słoni, zadziwiająco skuteczną komunikację pszczół i wiele innych.
Paweł Fortuna szuka w tych zachowaniach inspiracji dla człowieka: możemy bowiem chronić swoich bliskich niczym piżmowół, być niezłomni jak chomik syryjski, przekraczać ograniczenia jak domowy kot i w stosownym momencie opuszczać rodzinne gniazdo – zupełnie jak pająk krzyżak. Animal Rationale to wspaniała, poruszająca książka o tym, jak zwierzęta mogą nas inspirować – doskonała lekcja dla ludzi!”
„Ta publikacja to kulinarna podróż do krainy smaków dzieciństwa, do dań kojarzących się z beztroską, ze wspólnymi obiadami, niedzielnymi deserami, do potraw pachnących rodzinnym domem czy wakacjami u babci. To album kulinarnych wspomnień dorosłych, ale też recepta na smaczne i niezapomniane dzieciństwo naszych pociech.”
Dla miłośników kuchni z dużą ilością warzyw. W książce znajdziecie mnóstwo ciekawych i zdrowych przepisów np. na twarożek ze słonecznika.
Pisałam jeszcze kiedyś o PREZENTACH DLA NIEJ i PREZENTACH DLA NIEGO
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
W tym roku u nas pierogi będą krzywe, pierniczki koślawe, a na choince zawisną ozdoby, które zrobiłam razem z córką. Nie chcę Świąt z katalogu, czy prosto z Pinteresta. Mają być nasze! Dlatego w tym roku jeszcze chętniej zapraszam moje dziecko do przygotowań.
Współpraca reklamowa z Disney Junior
Kiedy Lilka obudziła się 1 grudnia i powiedziałam jej, że już niedługo będą Święta to ona tak się ucieszyła! Widziałam w jej oczach wszystko – podekscytowanie, chęć do działania, niecierpliwość… Codziennie pytała mnie kiedy w końcu będziemy robić pierniczki i kiedy będziemy lepić pierogi.
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym jej nie zaangażować w przygotowania. To właśnie dla niej to wszystko! Mogłabym kupić pierogi na dole (bo mamy pyszne) albo sama je zrobić wieczorem (jakieś 8 razy szybciej niż z nią), ale to nie o to chodzi.
Świąteczny klimat jest jedyny w swoim rodzaju i nie mam zamiaru z powodu bałaganu w kuchni czy też wyglądu późniejszych specjałów oddelegować ją do cioci.
Na choince powiesimy bombki (te co rok temu), ale też ozdoby, które razem robimy. Co z tego, że może nie pasują? To nasza choinka.
Moja czterolatka przeżywa wielką fascynację bajkami. Obecnie jej ulubioną kreskówką jest Klinika dla pluszaków – ogląda ją na kanale Disney Junior. Główna bohaterka to empatyczna Dosia. Myślę, że Lilka trochę się z nią utożsamia, bo sama uwielbia bawić się w Doktorcię. Leczy swoje pluszaki i otacza je opieką.
Ta bajka jest naprawdę godna polecenia, bo bohaterowie są bardzo przyjaźni. Dzieci mogą brać przykład z Dosi, która otacza opieką swoje zabawki. Wrażliwość głównej bohaterki udziela się jej zabawkom: Mrozkowi, Besi, Heli i Stefanowi. Znacie?
Ta fascynacja przekłada się też na codzienne czynności, więc postanowiłam, że przy naszych świątecznych przygotowaniach pomogą nam właśnie bohaterowie Kliniki dla pluszaków. W końcu bałwan na choince i piernikowa owieczka mogą się nazywać Mrozek i Besia.
A teraz nasze pomysły. Możecie ja wykonać z dziećmi i razem przyozdobić choinkę.
Potrzebujecie:
Składniki połączyć i wszystko razem zagnieść. Odrywać kawałki masy, wałkować i wycinać kształty. Jeżeli zamierzamy powiesić ja na choince – patyczkiem lub zapałką trzeba zrobić dziurki. Żeby figurki nie popękały trzeba je wysuszyć w piekarniku w temp. 75 stopni (około 30 min). Na drugi dzień figurki można pomalować. My akurat użyłyśmy mazaków.
Mrozki pięknie prezentują się na choince:) A Lilka jest przeszczęśliwa!
Zrobiłyśmy również najlepsze pierniczki ze sprawdzonego już przepisu. Wychodzą pyszne, korzenne i z pewnością nie wytrzymają do Świąt
Składniki:
Wykonanie:
Aby zrobić szybkę w bałwankach trzeba pokruszyć landrynki lub cukierki z ksylitolem i wstawić do pieczenia.
Aby zrobić białą wełnę z pianek wystarczy po upieczeniu ułożyć na pierniczku małe pianki i wstawić na minutę do piekarnika, a następnie lekko docisnąć ręką. Wyglądają naprawdę uroczo i Lilka cały czas czai się na nie pod choinką.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis kliknijcie „Lubię to” lub udostępnij na profilu na Facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Żyjemy w czasach kiedy prawie każdy ważny moment chcemy zatrzymać na zawsze. Szybkim ruchem wyjmujemy telefon z kieszeni i jednym naciśnięciem utrwalimy chwilę, która będzie nam przypominała przeszłość. Dzieci tak szybko rosną, więc chcemy wszystko utrwalić. Ja sama robię mnóstwo zdjęć dziennie. Te, które wg mnie są najlepsze dodaję na Instagram.
Niektóre z nich również ładuję na blog. A inne zdjęcia mi się gubią. Od czterech lat tylko jeden raz oddałam zdjęcia do wywołania. Obejrzeliśmy je może 4 razy. Wydaje mi się, że za dużo teraz tego jest wszystkiego. Nas kiedyś zaprowadzano do fotografa i robiono nam 5- 10 zdjęć – dlatego takim sentymentem je darzymy.
Aparat towarzyszy mi codziennie, jednak bardziej zawodowo. Robię mnóstwo zdjęć na potrzeby bloga. Zdecydowanie mniej robię prywatnie. A to dlatego, że mam po prostu dość. Na wakacje zabieram aparat, ale robię 10 zdjęć do albumu i to wszystko. Aparat jest ciężki, trzeba go wyjąć z torby, założyć obiektyw, ustawić wszystkie parametry i dopiero zrobić. Często cały kadr już dawno mi się rozjedzie, a nie lubię zdjęć pozowanych i ze sztucznym uśmiechem.
We wpisie o gadżetach wakacyjnych wspomniałam Wam, że na prawie każdym wyjeździe używamy kamery. Zawsze zabieramy ją ze sobą na wakacje. Dziś napiszę Wam dlaczego GoPro jest naprawdę fajnym gadżetem i świetnie nadaje się na prezent.
Uwielbiam ją przede wszystkim dlatego, że jest mała i lekka. Zajmuje niewiele miejsca i prawie zawsze na wyjeździe mam ją pod ręką. Nie chowam jej do torby, tylko gdzieś leży. Mamy ją już 2,5 roku.
Obiektyw jest jasny i ma bardzo szeroki kąt – dzięki temu, możemy utrwalić szeroki obraz. Kamera jest bardzo dynamiczna i szybka – świetnie łapie ruch. Jak pewnie wiecie, takie kamery są stworzone do sportów ekstremalnych. A przecież dzieci w ruchu są właśnie tak ruchliwe.
Dzięki temu, że mam ją przymocowaną na kiju to również ja jestem obecna na nagraniach. Niestety nie ma tego luksusu jak robię zdjęcia aparatem, a nie chce mi się taszczyć jeszcze za sobą statywu. Moje dzieci przynajmniej będą widziały, że uczestniczyłam w ich wychowaniu;)
Tak, dobrze myślicie – można ją dać dziecku i nic się na stanie. Mało tego, dzieci mogą z nią wskakiwać do wody, nagrywać nurkowanie pod wodą. Wszystkie możliwe wyczyny kamera nagra bez problemu. Do tego jest lekka i dziecko bez problemu utrzyma ją w dłoniach.
Aby kamera była jak najlżejsza nie ma np. wyświetlacza, czyli kręcimy bez podglądu. Można taki wyświetlacz dokupić (koszt ok 550 zł), ale uważam, że jest to zbyteczne. Czasem nawet ciekawsze nagrania wychodzą bez podglądu. Jeżeli bardzo zależy Wam na podglądzie to polecam apkę na tel. GoPro i tam macie podgląd na żywo.
Co jeszcze? Jest dostępnych mnóstwo akcesoriów- takich jak akurat nam pasują: paski na klatkę piersiową, na głowę, na nadgarstek itd.
Ja dokupiłam tylko kij i czarną ramkę. Nagrywając w obudowie wodoodpornej nie zarejestrujecie dźwięku. Jeżeli będziecie kupować kij to radzę wybrać, porządny i gruby. Najpierw miałam taki zwykły, cienki za 40 zł i niestety kamera latała na boki. Film ruszał się wtedy w dwie strony. Nasz kij jest firmy GoPole.
My mamy starszy już model GoPro 3+, ale działa bardzo dobrze i na nasze potrzeby jest ok.
Filmy najpierw oglądam w aplikacji na telefonie i je tam kasuję. Później wybrane zgrywam na komputer i wrzucam je do darmowego programu GoPro. Tam robię film, podkładam muzykę. Generalnie jest to bardzo proste. Sklejenie jednego filmu zajmuje mi ok 3 h.
Filmy odtwarzamy cały rok i myślę, że to lepsza pamiątka niż zdjęcia. Lilka uwielbia je oglądać i robi to naprawdę często. Gotowe filmy wgrywam na vimeo.com (można ustawić tam prywatność).
Nasza kamera kosztuje ok 100o zł dostępna jest np. tutaj
Macie chęć obejrzeć nasze produkcje? Możecie wziąć dzieci na kolana i obejrzeć razem:) Włączcie HD w prawym, dolnym rogu.
Wczoraj wróciliśmy z Zakopanego. Spędziliśmy naprawdę ciekawy czas i mam wielką chęć opowiedzieć Wam jak tam było.
Kiedy rezerwowaliśmy hotel ponad dwa miesiące temu nie spodziewałam się, że na początku grudnia zastanie nas taka zima. Planowaliśmy wyjechać w środę na noc żeby dzieci spały, przespać się u znajomych w Krakowie i później ruszyć rano do Zakopanego. Kiedy zapakowaliśmy już wszystkie bagaże i mąż nosił je do auta, zaczął padać śnieg.
Wiecie co się dzieje w Warszawie kiedy spadnie PIERWSZY DUŻY śnieg? Są gigantyczne korki! Do Krakowa jechaliśmy ponad 5h, dzieci co chwilę się budziły, do tego padał duży śnieg i jechaliśmy 30 km/h. Myślałam, że nigdy nie dojedziemy i zatrzymamy się na nocleg już w Katowicach. Grubo po północy dotarliśmy na miejsce. Lila oczywiście się wyspała w aucie i bawiła się do 2.
warunki na drodze były fatalne i powolutku turlaliśmy się do celu (zajęło nam to prawie 2h). Dojechaliśmy około 13 i poszliśmy do polecanej przez Travelicious.pl Restauracji Zakopiańskiej. Od razu humory nam się poprawiły, bo jedzenie było przepyszne – takie jak lubię, czyli regionalne, ale z nutką wariacji. Później namówiłam jeszcze znajomych żeby odwiedzili razem RZ i również byli zachwyceni.
Zatrzymaliśmy się w Rezydencji Nosalowy Dwór.
Zakochałam się w tym miejscu – wspaniały hotel przystosowany do potrzeb dzieci, a do tego z fajnym designem i atrakcjami. Wzięliśmy większy pokój, bo Julek ostatnio śpi ze mną i mąż ucieka wtedy do Lili.
Kilka słów o hotelu – położony jest dalej centrum i przez to nie ma się wrażenia, że jest się w Zakopanem;) Trafił nam się akurat pokój z widokiem na Nosal, a śniegu z godziny na godzinę przybywało coraz więcej. Hotel składa się z dwóch części połączonych przejściem na 3 piętrze.
Pogoda na zewnątrz była cudowna – dużo śniegu (0,5 metra) a na termometrze w okolicach zera. Wydawać by się mogło, że w takich okolicznościach dzieci będą wniebowzięte. Nic bardziej mylnego. Pierwszego dnia Lilka wyszła z tatą i po 15 min chciała wracać do pokoju. A drugiego dnia kiedy wyszliśmy pozjeżdżać na sankach i jabłuszkach znudziła się po 10 minutach.
Było mi autentycznie przykro, bo ja właśnie tak wspominam moje idealne ferie u babci. Dużo śniegu, zjeżdżanie na sankach itd. Przeciągnęłam ją tyle ile dałam radę i wróciłyśmy do hotelu. Szkoda, no! Lilka argumentowała, że nie lubi zimnych wakacji – woli te ciepłe.
Impreza z dziećmi była bardzo fajna, wynajęliśmy animatorkę, która bawiła się z naszymi dziećmi aż prawie padły. Już nie pamiętam kiedy ostatnio byłam na jakiejś imprezie, a co dopiero z niemowlakiem na rękach. Na szczęście udało nam się zorganizować to tak żeby i maluchy były przy nas.
W hotelu są dwie sale zabaw, które bardzo angażowały nasze dzieci. Lilka była również zachwycona mikołajkowymi zabawami z animatorkami. W niedzielę miało być spotkanie z Mikołajem, które wyobrażałam sobie podobnie jak zabawy z animatorką. Kiedy Lilka już weszła do sali zabaw i czekała z dziećmi na Mikołaja, ja stałam na zewnątrz. Najpierw usłyszałam świąteczną muzykę, a później pojawił się on. Za nim niesiono worki z prezentami dla dzieci…
Tak, właśnie wtedy przyszło mi do głowy, że jednak można było przekazywać prezenty dla dzieci żeby Mikołaj wręczył je osobiście. Przez imprezę urodzinową i to wszystko co się działo nie dość się zorientowaliśmy się w temacie. Kiedy inne dzieci otwierały wypasione Hot Wheels Lilka dostała… cukierka. Poczułam się jak zła matka level PRO – Lilka była zrozpaczona. Ona już chyba zapomniała i czeka na jutrzejsze Mikołajki. Obiecałam jej kupienie pamiątek z Zakopanego i zrobiło się odrobinę lepiej.
Oczywiście byłam nastawiona na bardzo trudną podróż i nawet przesadziliśmy Lilkę do przodu. Jednak moje obawy okazały się bezpodstawne. Nie wiem jakim cudem, ale przejechaliśmy trasę Zakopane – Warszawa w 5h i 20 min z godzinną przerwą na obiad.
Oczywiście wyjechałam z ogromnym niedosytem, bo niestety nie miałam jak pochodzić po Zakopanem i jeszcze bardziej poczuć zimowy klimat.
Mam nadzieję, że niedługo znów nam się uda tam wyjechać i tym razem nie odpuszczę – wykorzystam ten czas na eskapady, bo jednak wyjazd z dwójką dzieci często bywa bardziej męczący niż życie codzienne w domu.
Zrobiłam niewiele zdjęć, bo chciałam jak najwięcej czasu spędzić z rodziną i paczką znajomych.
a tu macie rankig czytelników TOP 20 Hotel z dziećmi na narty
Trochę opuściliśmy się z frekwencją w odwiedzaniu miejsc związanych z kulturą, ale to dlatego, że najmłodszy domownik nam nie bardzo na to pozwala. Jedynie wyjścia do restauracji są dla nas w tym momencie najlepszą opcją. Ostatnio odkryliśmy nowe miejsce gdzie można spędzić kilka wyjątkowych godzin z rodziną.
W ubiegłą niedzielę odwiedziliśmy restaurację w hotelu DeSilva w Piasecznie.
Odkąd Julek jest z nami wybieramy trochę inne miejsca, gdzie jest ciszej, spokojniej, gdzie jest miejsce żeby postawić wózek. Niewiele jest takich miejsc w Warszawie, bo jednak właściciele chcą mieć dużo stolików na niewielkiej przestrzeni. Gdzieś w sieci trafiłam na ofertę Rodzinnych obiadów i postanowiliśmy je wypróbować.
Dzieci zasnęły w samochodzie i 15 minut po wyjeździe z centrum Warszawy już byliśmy na miejscu. Julek spał sobie smacznie w wózku, a my mogliśmy w spokoju zjeść obiad, deser i spędzić naprawdę fajny, rodzinny czas.
Już kiedyś Wam pisałam – często żałujemy, że żadna babcia nie mieszka w promieniu 100 km i tak naprawdę odkąd mamy dwoje dzieci to nie mamy z mężem czasu dla siebie. Julek wieczorem budzi się co pół godziny, a jak dzieci nie śpią to jednak bardziej zwracamy uwagę na nie niż na siebie.
To właśnie te weekendowe wyjścia do restauracji są przeznaczone dla mnie i męża. Lilka zazwyczaj jest zajęta 2-3 h zabawą z animatorką, Jul śpi w wózku, a my mamy w końcu czas dla siebie. Taka niewielka namiastka randki;)
Wracając do naszej niedzieli. Co mi się bardzo podobało to genialne animacje. Zupełnie inne niż w restauracjach. Pani miała przygotowany pomysł na całe zajęcia i były to Dinozaury. Dzieci robiły przy pomocy animatorki swoje pacynki, a później ozdabiały. Lilka była zachwycona, bo takie zabawy ostatnio uwielbia. Pani miała wyjątkowo dobre podejście do dzieci i „pomagała” im zrobić prace samodzielnie.
Restauracja zapewnia oddzielny bufet dla dzieci, który jest BEZPŁATNY. Tak, dobrze czytacie – ja też się zdziwiłam. Jest podobnie tak jak w hotelach all inclusive – dzieci mogą wybierać i przebierać w daniach, które są wyłożone. Czyli nie ma czegoś takiego, co u nas często się zdarza, że Lilka zamówi danie z karty, a później jak zobaczy to już nie chce jeść. Do wyboru było mnóstwo dań i tak naprawdę dzieci mogą zjeść wszystkiego po trochę (pomidorowa, rosół, frytki, ryba, szaszłyki, zapiekanki, naleśniki).
Muszę przyznać wielki plus za menu dietetyczne. Próbowałam hamburgerów bezglutenowych i były bardzo dobre. Dodatkowo dzieci mogą wybierać wśród malutkich kanapeczek, koreczków, owoców i wypieków. Mogą sobie nawet same nalewać kompot malinowy, który jest zrobiony z prawdziwych owoców. A na koniec wyciąć z galaretki ulubiony kształt.
Naprawdę świetnie pomyślane dla dzieci, które lubią próbować różnych rzeczy. Ten bufet jest za darmo dla dzieci do 10 lat. Rodzice płacą tylko za swoje dania.
Kuchnia jest bardzo różnorodna i każdy znajdzie coś dla siebie. My się najedliśmy, napiliśmy dobrej kawy, zjedliśmy również deser i po 3h powoli musieliśmy namawiać Lilkę na powrót do domu, co nie było takie łatwe. To chyba najlepsza rekomendacja:)
Informacje:
Hotel DeSilva
ul. Puławska 42
05-500 Piaseczno
strona www http://www.desilva.pl/piaseczno
Facebook https://www.facebook.com/HoteleDeSilva
W dzisiejszym wpisie zdradzę Wam bardzo szybki przepis na zdrowe żelki.
Gdybym mogła wybrać jeden ulubiony słodycz mojej córki to z pewnością byłyby to… żelki. Nie lubi czekolady, nie przepada za ciastkami, a żelki mogłaby jeść w każdych ilościach. Nie ukrywam, że zdarza mi się jej kupić takie zwykłe naładowane cukrem i sztucznymi barwnikami jeżeli bardzo mnie prosi. Jednak na co dzień staram się ograniczać takie słodkości. Ostatnio zrobiłyśmy razem domowe, zdrowe żelki.
1/3 łyżeczki agaru rozpuścić w 250 ml zimnego soku, dobrze wymieszać i podgrzać do temp 90 st (w tej temp. rozpuszcza się agar-agar). Zanim dodacie miód warto odczekać żeby przez wysoką temperaturę nie stracił swoich właściwości zdrowotnych. Dodajemy miód, mieszamy i wlewamy do foremek. Można użyć silikonowych foremek do lodu lub użyć starego opakowania po czekoladkach. Odstawić do wystygnięcia w temp. pokojowej.
Jeżeli dopadnie Wasze dzieci choroba to można zrobić żelki, które będą zawierały naturalne antybiotyki takie jak np. kurkuma lub imbir. Czytałam też niedawno o mocy naparu z goździków. Następnym razem wypróbujemy.
Foremka Tiger
Talerzyk Sillydesign
Nasza rodzina – cztery osoby, które mieszkają pod jednym dachem. Każdy jest inny i ma zupełnie różne potrzeby. Przedstawię Wam naszą krótką charakterystykę – poczynając od najmłodszego.
Julian – mlekożerny niemowlak, który zaczyna się przemieszczać stylem gąsienicowym. Do pozostawionego na podłodze laptopa mknie z prędkością… ślimaka, czyli jak na jego możliwości ruchowe – bardzo szybko. Lubi wygłupy starszej siostry i swoje odbicie w lustrze.
Lilka – gadatliwa czterolatka. Obecnie interesuje się językiem chińskim i napisała już 10 listów do Mikołaja (a jest połowa listopada). Lubi jeść kisiel i wczoraj zrobiła awanturę, bo wypiłam cały sok z buraków.
Tata Daniel – miłośnik polskiej kuchni i dobrego wina. Pochłania książki w zastraszającej prędkości i robi to wszędzie, nawet nosząc Julka w chuście. Lubi żartować i wymyślać nowe słowa.
Mama Ania – gadżeciara i optymistka. Po wypiciu pierwszej kawy można z nią się nawet dogadać. Próbuje ogarniać rodzinną czasoprzestrzeń i czasem jej to wychodzi. Całe życie jest na diecie.