Dom czy mieszkanie – oto jest pytanie!

  • DOM
  •  komentarze [92]

Stoimy właśnie przed jednym z najważniejszych wyborów w naszym życiu. W naszym 50-metrowym mieszkaniu robi nam się ciasno i zaczynamy się zastanawiać, co dalej. Decyzję musimy podjąć do końca roku, bo chcielibyśmy żeby dzieci poszły do szkoły i przedszkola w nowym miejscu. Cały czas się miotam, co wybrać i co będzie najlepsze dla nas. Dlatego dziś spiszę wszystkie plusy i minusy, a jednocześnie proszę Was o podzielenie się Waszymi doświadczeniami.

Teraz mieszkamy w świetnym miejscu i naprawdę będzie nam ciężko się wyprowadzić. W centrum właściwie się nie zdarza żeby mieć ogromne podwórko z placem zabaw, świetnymi sąsiadami i dziećmi w wieku moich. Są dni, że jesteśmy po 3 razy na podwórku, bo ktoś inny wyszedł i ma ciekawy pomysł na zabawę. A do tego widok z okna na zieleń, drzewa – nawet nie jest tak głośno.

Szkoła i przedszkole są 5 minut na piechotę – do tego nie przepełnione i z fajnym podejściem. No ale brakuje nam tutaj dwóch pokoi, tak żebyśmy mieli oddzielną sypialnię i drugi pokój dziecięcy. Myśleliśmy nawet, żeby kupić mieszkanie w tym bloku 80-metrowe. Tylko właśnie wtedy zaczęły nas nachodzić watpliwości…

Czy chcemy tak naprawdę się uwiązać do tego miejsca, czy może spróbować czegoś nowego?

Kiedy myślałam o mieszkaniu, to wydawała mi się opcja idealna. Ja tak naprawdę nigdy nie mieszkałam w domu, tylko na wakacje wyjeżdżałam do babci na wieś. Lubię to, że wkoło są inni ludzie, nie ma totalnej ciszy (bo nie umiem w takiej spać). Kiedy coś się zepsuje to schodzę na dół i dzwonię do majstra z administracji. Jest to bardzo duża wygoda, bo mieszkanie jest prawie bezobsługowe. Raz na kilka lat można zrobić remont i gotowe.

Moja mama przeprowadziła się do domu z mieszkania dopiero, jak ja wyjechałam na studia. Mówi, że cały czas jest coś do roboty, nie jest jak w mieszkaniu, że już wszystko zrobione – można usiąść i odpocząć. Inni mi też to potwierdzają, że w domu non stop jest coś do roboty. A ja sama nie wiem, czy tak chcę. Czasem też słyszę, że mama ma piękny teras, ale nie ma czasu żeby na nim przesiadywać. Pogoda w Polsce jest specyficzna i przebywanie  w ogrodzie jest przyjemne tylko przez kilka miesięcy w roku. Do tego nie przepadam za pracami ogrodniczymi.

Mieszkanie jest jednak mniejsze i jest mniej obowiązków. Nie trzeba się martwić o śmieci, szambo, wodę, prąd (który np. u mojej mamy często znika). Na pewno nie zdecydujemy się na budowę, ja nie mam na to nerwów, tak samo mój mąż – obawiam się, że to by się źle dla nas skończyło.

Ostatnio przyszła mi właśnie inna myśl żeby może w cenie mieszkania znaleźć segment w dalszych dzielnicach Warszawy. Wydaje mi się, że może być kompromis pomiędzy mieszkaniem w bloku, a domem wolnostojącym na odludziu. Odszedł też by problem z budową. Prawda jest taka, że za cenę mieszkania w bloku można kupić dwa razy większy segment na obrzeżach. Ta myśl wpadła mi dopiero niedawno – postanowiliśmy ją przemyśleć.

Czy jednak nie fajnie by było mieć coś większego, jeszcze w mieście i w okolicy dobrej infrastruktury?

Ale wtedy nachodzi mnie mnóstwo wątpliwości, takich jak np. dojazdy. Ja pracuję w domu, a mój mąż wyjeżdża z Warszawy w godzinach szczytu. Tak samo jest teraz, jak mieszkamy w centrum – kiedy wszyscy jadą rano do miasta, to on wyjeżdża, a kiedy wraca do domu, to wszyscy wyjeżdżają.

Mamy też taki komfort, że możemy właśnie teraz szukać czegoś nowego i kierować się lokalizacją dobrej szkoły (której non stop szukam dla L. i przedszkola dla J.). Więc tak naprawdę to jest główne kryterium, żeby nie musieć dowozić zbyt daleko. Nie chciałabym też później spędzać dużo czasu w aucie, więc poszukuję intensywnie właśnie takich miejsc. Znacie jeszcze jakieś minusy?

Myślę jeszcze o zimie i smogu – taki sam jest w centrum, co na obrzeżach, więc chyba w tej sytuacji tylko przeprowadzka nad morze mogłaby nas uratować, a tej nie rozważamy,

Zastanawiam się też nad kontaktami z rówieśnikami – obecnie bardzo mi to odpowiada, że wychodzimy na dół i zawsze ktoś jest. A jak jest w domu? Zapraszacie dzieci z przedszkoli i szkół swoich dzieci? Czy przychodzą do Was dzieci sąsiadów? Pamiętam, jak znajoma nam się żaliła, że dzieci sąsiadów pukają do nich w sobotę o 9 i siedzą caluteńki dzień – mówiła, że jest to dość uciążliwe.

Totalnie nie nadaję się za to do mieszkania na wsi. Uwielbiam miasto i tu się najlepiej czuję, a na wieś mogę wyskoczyć do Mamy na Podlasie ( i po tygodniu bardzo tęsknię do miasta).

Mieszkanie 50-metrowe da się posprzątać w 3 godziny, a domu niestety nie. Ale za to mielibyśmy więcej miejsca.

Uwielbiamy też się włóczyć po mieście i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw, ale czuję, że chciałbym więcej czasu spędzać w domu.

Każda z tych opcji ma wiele plusów, jak i minusów. Obecnie totalnie nie wiemy, co wybrać i co będzie najlepsze dla nas. Mam nadzieję, że się podzielicie swoimi doświadczeniami – chętnie się z nimi zapoznamy.

Podsumowując:

Plusy domu:

  •  większa powierzchnia
  • oddzielna pralnia (moje małe marzenie)
  • ogródek
  • garaż (brak odśnieżania zimą)
  • pokój gościnny (możemy wtedy częściej zapraszać rodzinę na dłużej)

Minusy domu:

  • większa powierzchnia do sprzątania
  • bieganie po schodach (nie jestem do tego przyzwyczajona)
  • większe rachunki
  • mniej kontaktu z rówieśnikami
  • więcej prac remontowo- porządkowych
  • odśnieżanie zimą
  • dojazdy (częste używanie auta)
  • dom jest trudniej sprzedać
  • droższy koszt przejazdu taksówką na peryferia
  • trudniej jest znaleźć pomoc na peryferiach (sprzątanie, opieka nad dziećmi)

Plusy mieszkania:

  • mniej powierzchni do sprzątania
  • niższe opłaty
  • mniej napraw usterek i spraw remontowych
  • łatwiej jest później sprzedać
  • wszyscy jesteśmy ciągle razem (mam wrażenie, że  w domu częściej każdy będzie zamykał się w swoim pokoju, ale to może tylko złudzenie)
  • dostępność sklepów, lekarzy, przedszkola, szkoły itd. (mniej jeżdżenia autem)
  • rówieśnicy na podwórku
  • nie ma lub prawie nie ma prac na zewnątrz
  • wszystkich przeglądów instalacji pilnuje administracja

Minusy mieszkania:

  • wychodzi drożej niż dom na peryferiach
  • mniejsza powierzchnia
  • brak garażu (akurat tu gdzie mieszkamy tak jest)

Oczywiście jest to moja subiektywna lista. Dla kogoś brak prac w ogrodzie może być minusem 🙂

Pomożecie?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

10 rzeczy, o których mówiła mi mama i miała rację – o nawykach z dzieciństwa, które ułatwiają mi rodzicielstwo

„Zobaczysz, jak sama będziesz mamą” – te słowa do dziś słyszę w mojej głowie przy różnych sytuacjach związanych z moimi dziećmi. Moja mama często tak powtarzała, ale wtedy nie brałam ich sobie do głowy. Bycie rodzicem było dla mnie totalną abstrakcją, więc nie rozumiałam tych słów. Dopiero teraz one do mnie dochodzą i tak jak potrafiłam się pokłócić z mamą o głupotę, to teraz przyznaję rację. Też tak macie?

Do wspomnień z dzieciństwa zaprosił BOBO FRUT, który doskonale pamiętam z lat dziecięcych. Do dziś pamiętam ten smak, zapach i oblizywanie „wąsów” z soku pod nosem. BOBO FRUT właśnie obchodzi 50-te urodziny i z tej okazji znajdziecie go z takimi etykietami, jak były dawniej. Ja właśnie w takiej formie pamiętam go najlepiej. Ach, jak szybko potrafią wrócić wspomnienia.

Kiedyś…

Dziś…

Nie można chodzić w piżamie do południa

Kiedy byłam dzieckiem uznawałam te słowa za absurd i oczywiście zawsze się z tym stwierdzeniem kłóciłam, a im byłam starsza, to miałam więcej argumentów. Moja mama nie ma studiów pedagogicznych, ale ma niesamowitą intuicję i wiedziała, że nawyki i rutyna są ważne w życiu dziecka. To co jest nie tak z tą piżamą?

Dzieci nie znają się na zegarku i pory dnia wyznaczają im czynności, które my inicjujemy. One nie spojrzą na zagarek ze zdziwieniem „O, już jest 11, a ja wciąż w piżamie”. Tylko będą myślały, że cały czas jest ranek, a w związku z tym mogą protestować podczas innych oczywistych czynności. Niby taka błahostka, ale to naprawdę działa. Teraz dzieci szybko przebieram z piżam, bo wiem, że szybciej wejdą w codzienne obowiązki.

Pijemy wodę

W czasach kiedy powszechne były gazowane napoje o smaku landrynek i oranżada – u nas w domu piło się wodę. Ten nawyk moja mama wyniosła z domu rodzinnego, gdzie woda była nabierana prosto ze studni. Doskonale pamiętam ten smak zimnej wody, którą dopiero co dziadek wyciągnął w metalowym wiadrze. Zanurzaliśmy w nim emaliowane kubki tuż po przybiegnięciu do domu.

Do dziś mam ten nawyk i moje dzieci wodę uwielbiają. Nie muszę za nimi chodzić, przypominać i pytać. Ważne jest to, żeby dzieci same odczuwały pragnienie i wtedy je gasiły wodą, a nie zdawały się na nas.

Soki to rodzaj przekąski owocowej lub owocowo-warzywnej

To mnie zawsze dziwiło, przecież soki to picie. A właśnie, że nie! Widzę to na przykładzie moich dzieci – jak kupię im soczek to bardzo często proszą o wodę do popicia. Moja mam też kupowała mi raz na jakiś czas właśnie BOBO FRUT, nalewała do kubka i podawała. Często też rozcieńczała go wodą, ale niestety nie był wtedy już taki pyszny;)

Pamiętam, jak mi mówiła, że soki mają mnóstwo witamin. Ja moim dzieciom też czasami kupuję, zwracając uwagę, czy nie są dosładzane i nie mają konserwantów.

Rodzina to jest siła

Jak zbliżał się weekend to zawsze w tym czasie jeździłyśmy na wieś do rodziny mojej mamy. Pamiętam, jak się burzyłam, bo wolałam w tym czasie biegać po podwórku z kolegami z klasy niż jechać na wieś. Więzi rodzinne są według mnie bardzo ważne, dają dużo oparcia i poczucie bezpieczeństwa. Bardzo żałuję, że mieszkamy tak daleko od dziadków, bo bywalibyśmy u nich zdecydowanie częściej.

Teraz dopiero rozumiem moją mamę, że taki wyjazd do rodziny na weekend był dla niej czymś bardzo ważnym i tak naprawdę jedyną szansą na odetchnięcie ode mnie;) Ale jak tylko mamy możliwość to zabieramy dzieci do dziadków: na Podlasie lub do Rzeszowa. Ostatnio byliśmy właśnie na Podkarpaciu, z którym mocno związany jest BOBO FRUT. To właśnie w tym mieście jest fabryka, gdzie wytwarzany jest ten sok od 50 lat. Okazało się też, że rodzina mojego męża mieszkająca na wsi, dostarczała tam własne dynie.

Kontakt z naturą

Moją mamę wychowaną na wsi zawsze ciągnęło do natury. Chociaż w tygodniu mieszkałyśmy w bloku w mieście, to w weekend byłyśmy na wsi, w lesie lub nad jeziorem. Wtedy zdecydowanie wolałam moich rówieśników w blokowisku i wolałam to, niż zbieranie jagód. Jednak teraz sama widzę, że powielam ten sam schemat.

Mieszkamy w mieście, a w weekendy i wakacje ciągnie nas do natury. Nie mogłabym na stałe mieszkać na wsi, jednak te kilka dni zawsze mi pomagają naładować akumulatory. Rodzice mojego męża mają taką enklawę w mieście i trochę im tego zazdroszczę. Działka moje hobby, chciałoby się rzec 🙂

podróż w czasie

Nie jemy w dużym pokoju

Kiedyś salon to był duży pokój i pamiętam, jak mama mi zabraniała tam jeść. Teraz sama stosuję tę metodę i uważam, że jest genialna. Stół mamy w kuchni i właśnie tutaj zasiadamy do wspólnych posiłków. Co to nam daje? Bardzo dużo! Po pierwsze jemy posiłki razem, a nie każdy gdzie chce. Po drugie skupiamy się tylko na jedzeniu, a nie też na innych czynnościach. Po trzecie: nie jemy przed telewizorem – uważam, że jest to jeden z najlepszych nawyków jakiego mogę nauczyć nasze dzieci.

Siedzenie wspólne przy stole to nie tylko jedzenie – u nas jest to doskonałą okazja do rozmowy. Po czwarte – nie mam śladów po jedzeniu na kanapie, podłodze itd. Mam zdecydowanie mniej sprzątania. Czasami robimy kino domowe i wtedy robię popcorn. Oglądamy i jemy w salonie. Nawet nie spodziewałam się, że to może być taka frajda! p.s. na koniec wszystko muszę odkurzyć;)

Kłamstwo ma krótkie nogi i zawsze wydzie

Kilka razy przetestowałam tę teorię np. wrzucając niezjedzone kanapki ze szkoły za fotel. I jak? No zawsze kłamstwo wychodziło. Mama mi to powtarzała, a ja jej nie wierzyłam. Dopiero, jak dojrzałam to zauważyłam tę zależność. Moim dzieciom wpajam, że nie muszą kłamać, nie spotka ich za to kara, a każda prawda jest lepsza niż kłamstwo.

Kilka razy się tak zdarzyło, że usłyszałam małe kłamstewko i widziałam czekanie na moją reakcję. Przykucnęłam, spojrzałam prosto w oczy i powiedziałam: „Możesz mi powiedzieć prawdę. Nic się nie stanie jak to powiesz”. Widzę, że to działa, a przez to, że nie stosujemy kar i nagród to nie ma znaczenia, czy powie najgorszą prawdę, czy skłamie. A ja przynajmniej wiem, że niczego ważnego nie ukrywa.

Bądź samodzielna, najbardziej jak się da

Pamiętam te słowa bardzo dobrze, kiedy szłam z portfelikiem na szyi i rachunkami do zapłacenia na pocztę. Miałam może 10 lat i było to dla mnie ogromne przeżycie, które dawało mi poczucie ważności, jak i budowania własnej wartości. Moja mama dawała mi bardzo dużo swobody przekazując przez to informację, że ma do mnie ogromne zaufanie.

Wierzyła moim wyborom i w pełni je akceptowała i akceptuje do dziś. Chyba nigdy nie powiedziała, że coś jest złym pomysłem, tylko proponowała ponowne przemyślenie. A akurat za którymś razem sama dochodziłam do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł.  Tak samo postępuję z moimi dziećmi, daję im dużo swobody i nie krytykuję wyborów.

Rzeszowski Rynek

Dzieci wychowuje się dla świata, nie dla siebie

Te słowa mam w głowie codziennie. Właśnie tak mnie wychowała, że nie jestem jej własnością tylko drugim, odrębnym życiem. Uczyła mnie wszystkich norm społecznych i zasad savoir vivre, tak żeby było mi łatwiej. Tak samo ja, uczę dzieci zasad, które obowiązują nie tylko u nas w domu. Daje im to poczucie bycia częścią społeczności.

Rzeszów – szkoła Taty

Zobaczysz, jaka sama będziesz mamą i mnie zrozumiesz

Dokładnie tak samo się stało. Chociaż teraz moje dzieci nie do końca zawsze mnie rozumieją, to za kilkanaście lat przyznają mi rację (albo i nie;).

A ja jestem ciekawa, czy też macie takie spostrzeżenia i czy też się buntowaliście, co do tekstów Waszych rodziców? Widzicie teraz ich sens, czy może odwrotnie? 

Tak na koniec… Pamiętam, jak mama mi wpisała wierszyk do pamiętnika: „Jeżeli kiedyś, w chwili zwątpienia, powiesz, że w życiu przyjaciół Ci brak. Spójrz na tę kartę, ona Ci powie, że wcale nie jest tak.”

Właśnie tak chcę, wychować swoje dzieci.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Airo – nowa sala zabaw w Warszawie. Czy warto się tam wybrać?

Airo to nowa sala zabaw w kosmicznym stylu. Wczoraj była fatalna pogoda, więc postanowiliśmy odwiedzić to miejsce ze znajomymi. Dziś podzielę się z Wami moją opinią i przemyśleniami.

Przejrzałam najpierw wszystkie atrakcje, które sama Wam proponowałam Co robić z dziećmi w Warszawie i zdecydowaliśmy się na wizytę w Airo.

Airo kosmiczna sala zabaw

Już dość dawno usłyszałam reklamę tego miejsca w lokalnej stacji radiowej. Byłam ciekawa, co to za miejsce, bo moja wyobraźnia bardzo popłynęła słysząc „kosmiczna sala zabaw”. Wyobrażałam ją sobie „troszeczkę” inaczej i może stąd moje rozczarowanie. Jadąc tam myślałam, że dzieci będą mogły oglądać modele planet, organoleptycznie zbadać makietę słońca itd. No nie wiem, co ja sobie myślałam, słysząc reklamę w radio. A to jest po prostu kosmiczna sala zabaw, która ma namalowane ufoludki na ścianach i w kilku miejscach są podobne motywy.

Jak doczytałam na stronie po powrocie – są organizowane warsztaty, ale akurat wtedy ich nie było.

Umówmy się, że Airo to miejsce do wyskakania się, wybiegania i zabawy.

Lokalizacja

Airo znajduje się w Centrum Handlowym MODO na ul. Łopuszańskiej 22. Byłam tam do tej pory tylko raz, bo jednak sklepy, które tam są: nie bardzo przyciągają do tego miejsca (poza salonem Alles). Na szczęście jest spory, darmowy parking i łatwo tam trafić. Wczoraj w Warszawie była okropna pogoda i w Airo było mnóstwo osób. Ale tak naprawdę mnóstwo.

Jeżeli tam się wybieracie, to wybierzcie mniej popularny termin, bo wyjdziecie stamtąd z bólem głowy.

Cena

Do końca lipca jest promocja 10 zł za godzinę za osobę. Dzieci poniżej roku wchodzą za darmo. Póżniej będzie to 20 zł za godzinę (pon- czwartek) lub 25 zł za godzinę (pt-niedz).

Sale

Cała sala jest spora, bo ma 2000 metrów i jest podzielona na dwie strefy:

  • kosmiczna sala zabaw
  • park trampolin

Moje wrażenia: kosmiczna sala zabaw jest podzielona na dwie strefy (dla starszych dzieci – ogromne konstrukcje) i dla mniejszych obok kawiarni mała konstrukcja. Powiem Wam szczerze, że się bałam kiedy moja prawie 6-latka wchodziła na te konstrukcje. Sama nie szłam za nią, tylko czekałam na dole. One naprawdę są duże, a zjeżdżalnie szybkie. Nie ma dolnej granicy wieku korzystania z ich, ale rodzice z 4 latkami zjeżdżali na kolanach. Jeżeli Wasze dzieci uwielbiają takie ekstremalne przeżycia, to może się im spodoba. Na górze jest też mnóstwo przejść i kiedy córka dość długo nie zjeżdżała, to poszłam jej szukać. W końcu znalazła wyjście, ale mówiła, że się trochę wystraszyła, bo nie mogła trafić.

Airo

Julek w tym czasie spał (i bardzo dobrze, bo bym go nie wpuściła na górę).

Obok jest też strefa na ziemi gdzie była fajna gra z przesypywaniem piasku, kilka monitorów z kolorowankami multimedialnymi i taki kulodrom kulkowy, który wg mnie jest najfajniejszy ze wszystkich atrakcji w Airo.

Airo
Airo

Są tam również małe gokarty, ale była ogromna kolejka do nich.

Na górze jest już znacznie spokojniej i tam spędziliśmy sporo czasu. W strefie dla najmniejszych dzieci jest basen z kulkami i mini konstrukcja. Dzieciom 2, 3 i 5,5 tam się najbardziej podobało, a ja miałam je na oku. Obok jest też kawiarnia i małe przekąski.

Airo

Strefa trampolin

Te miejsce oglądaliśmy tylko z boku. Powiedziałam dzieciom, że jest dla starszych dzieci. Trochę nastraszyła mnie koleżanka, która wśród najbliższych znajomych ma osoby, które po skokach w Airo mają naderwane więzadła w kolanie i skręcone nogi. Na pewno jest to wielka frajda, ale było tak dużo osób, że ciężko by nam było upilnować nasze dzieci, które jeszcze nie do końca potrafią panować nad swoim ciałem. Ale robi wielkie wrażenie i może kiedyś tam znów zawitamy.

UWAGI i przemyślenia

Zwróciłam uwagę na BARDZO ŚLISKĄ podłogę. Ja nie wiem, kto wpadł na pomysł żeby taką nawierzchnię kłaść w takim miejscu. Ja i dzieci mieliśmy zwykłe skarpetki (wchodzi się bez butów) i dosłownie rozjeżdżały nam się nogi, a dzieci musiałam trzymać za ręce. Jul na chwilę się zapomniał i się wywrócił. W innej kasie mojemu mężowi Pani powiedziała, że musi kupić skarpetki z ABS (5 zł), a nam nikt tego nie powiedział.

Nie ukrywam, że Airo nie jest dobrym miejscem dla małych i dużych wrażliwców – jest głośno, kolorowo i mnóstwo rzeczy. Widziałam kilkoro dzieci, które dosłownie wywijały się w spazmach. Powodem takiego przebodźcowania był dodatkowo jeszcze tłum ludzi. Gdybym jeszcze raz się tam kiedyś wybierała to z pewnością w inny dzień o innej godzinie.

Dodam też, że jeżeli wybieracie się tam z dwójką dzieci sami – to może być Wam ciężko mieć na oku jedno i drugie, więc koniecznie zabierzcie pomoc.

To jest tylko moja opinia, które pewnie wynika też z faktu, że nastawiłam się na zupełnie coś innego.

A więcej informacji znajdziecie TUTAJ

a tu macie Najlepsze place zabaw Warszawa

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Pakowanie na wakacje – moje triki i sposoby, które mi to ułatwiają

Przyznajmy szczerze, pakowanie na wakacje do najprzyjemniejszych nie należy. Dlatego staram się robić to sprawnie i naprawdę skutecznie. Nie jest to proste zadanie, jeżeli mamy mały bagaż i dużo dzieci, a umiejętności logistyczne wzrastają wraz z liczbą dni urlopu. My dużo jeździmy, więc w pakowaniu osiągnęłam prawdziwe mistrzostwo, bo umiem nas spakować szybko i sprawnie, ale to mi dał 6-letni trening z walizką w ręku.

Partnerem wpisu jest marka Baby Dove, która wspiera mamy w codziennych wzywaniach, a pakowanie dzieci na wakacje to niewątpliwie niezły sprawdzian;)

Dziś podzielę się z Wami naszymi patentami na sprawne pakowanie

Kiedyś robiłam listy i kiedy przychodził dzień pakowania, po kolei skreślałam wszystkie rzeczy. Teraz mam ją już w głowie i za każdym razem odtwarzam.

Zawsze zaczynam od wyzerowania kosza na prania. Oczywiście, jest pusty jakieś 10 minut, ale wtedy wiem, które ubrania mogą nam się przydać na wyjeździe. Przez 2- 3 dni chodzimy w ciuchach, których nie bierzemy na wyjazd.

Na dzień przed – zaczynam nas pakować. Przeglądam szuflady i wybieram ubrania pod takimi kryteriami:

  • są ciemne (nie widać plam po 5 minutach od założenia, a jak dzieci je poplamią na wakacjach i po powrocie się nie odpiorą do końca – to na ciemnym mniej je widać). Absolutnie nie biorę ŻADNYCH białych ubrań
  • nie nadają się na pokaz mody – serio! Lepsze ubrania zostawiam w szufladach. Nauczyłam się tego na jednym wyjeździe, kiedy Lilka porwała swoją najładniejszą sukienkę, skacząc przez płot. Lekko podniosło mi się ciśnienie i wtedy uznałam, że nie chcę się denerwować i biorę ubrania, których jest mi nie szkoda np. na zjeżdżanie na pupie po żwirowej górce. Wakacje są po to żeby się brudzić, a nie stale uważać.
  • ubrania, które noszą dzieci, a nie te, które chcielibyśmy żeby nosiły. Do dziś pamiętam ogrodniczki, do których chciałam przekonać L. i o ja naiwna myślałam, że założy je na wakacjach
  • raczej jednolite – zawsze najpierw wybieram jednolite, bo łatwiej je dopasować do siebie niż z wzorami, czy printami.
  • bawełnianie – zwracam też uwagę na tkaniny i na wakacje biorę głównie takie
  • wygodne – bez sprzączek, dużych guzików itd.
  • zabieram tyle ubrań żeby mieć więcej o 2 zestawy niż jest dni (czyli na 7 dni biorę 9 zestawów, w razie braków piorę ręcznie)

Jakie buty wybieram dzieciom:

  • trampki
  • sandałki
  • kalosze

TIP: każdy but pakuję w oddzielny worek – wtedy zajmują mniej miejsca.

To jest taki zestaw, który przydaje się zawsze, czy to na Mazury, czy nad morze.

Inne:

  • cienkie kurtki
  • cienkie czapki
  • czapki od słońca
  • stroje kąpielowe
  • kamizelki ciepłe z kapturami
  • piżamy
  • bielizna i skarpety

TIP: Majtki i skarpety pakuję dla każdej osoby w oddzielny przezroczysty woreczek, bo wtedy nie muszę szukać. Widzę dokładnie, co wyjmuję i nie wysypuję całej zawartości. Całość zapinam lub zawiązuję uszy torebki.

Biorę też dużą bawełnianą torbę na brudne ubrania.

Ubrania w walizce układam tak, że najcięższe znajdują się najbliżej kółek (jeżeli pakuję się do walizki), a jeżeli jest to torba to takie rzeczy wkładam na sam dół.

Bawełniane ubranka zajmuję jeszcze mniej miejsca w walizce jeżeli je zrollujecie.

O pakowaniu apteczki napisałam obszerny wpis TUTAJ.

Co jeszcze zabieramy?

Zawsze mam też paczkę pieluch, bo niestety moje dzieci tylko na jeden rodzaj nie miały alergii i kilka razy się zdarzyło, że musiałam jeździć i szukać dokładnie tych, których używamy. Nie ukrywam, że był to duży problem. Do auta wrzucam bez problemu całą paczkę, a do samolotu wkładałam do bawełnianej torby do kosza w wózku.

Pakowanie kosmetyczki zawsze zostawiam na ostatni dzień przed wyjazdem

Co do niej pakuję?

  • szczotki i pasty (włosie szczotki zabezpieczam kapturkami)
  • płyn do mycia i szampon – my lubimy 2w1  Baby Dove w małej butelce – zabieram zawsze sprawdzone kosmetyki żeby uniknąć  „niespodzianek”. Płyn od stóp do głów sprawdza się u nas świetnie, bo nie dość, że dokładnie myje to nawilża skórę i jest to jedyny szampon dla dzieci, po którym bez żadnego problemu mogę rozczesać włosy. Butelka ma szczelne zamknięcie i dzięki temu mogę ja wrzucić do kosmetyczki i nie martwić się o rozlanie. 
  • balsam do ciała, który sama podbieram dzieciom i dzięki temu zaoszczędzam miejsce.
  • szczotka do włosów, gumki i spinki
  • mam też taki patent na wątpliwe butelki kosmetyków, które mają luźne zamknięcie. Żeby zapobiec rozlaniu w kosmetyczce zakładam folię spożywczą pod nakrętkę. Działa idealnie i nie muszę się martwić, że coś się wyleje. 

Na każdą podróż przygotowuję też:

  • płytę z muzyką i audiobookiem
  • cienkie książki do czytania przed snem
  • gazetki z zadaniami i łamigłówkami
  • lekkie przekąski do zajęcia w czasie podróży
  • ściągam bajki na aplikację w telefonie żeby można je było oglądać offline

Tak wygląda pakowanie walizek, a mniejszą wersję mam jeszcze w swojej torebce. Mam tam zawsze:

  • chusteczki nawilżane
  • pieluchy
  • małe przekąski
  • zdarzają się auta i figurki zwierząt
  • ubranko dla Julka na zmianę
  • moje rzeczy: portfel, telefon, pomadka, krem do rąk

To wszystko. Chociaż zawsze mam wrażenie, że czegoś zapomniałam to jeszcze mi się to nie zdarzyło. A Wy macie jakieś swoje patenty? Podzielcie się nimi.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Dlaczego nie zapisałam moich dzieci do żłobka?

Żłobek, niania, a może urlop wychowawczy? Każda mama prędzej, czy później stanie  przed  takim wyborem. Niektóre z nas mają nawet plan – zanim jeszcze zajdą w ciążę. Co wybrać? Co jest najlepsze dla nas, dla naszych dzieci? 

Ostatnio na mojej grupie na Facebooku rozmawiałyśmy na ten temat i uznałam, że jest to tak ciekawe, że warto o tym napisać.

Jak to było u mnie? Chciałam wrócić do pracy, kiedy starsza córka miała 18 m. Charakter mojej pracy pozwalał mi na połowę etatu, a do tego miałabym ją blisko siebie. Jednak mój plan wziął w łeb, bo pierwszego dnia po powrocie dostałam wypowiedzenie. Chociaż wtedy byłam załamana, to dziś się z tego ogromnie cieszę i wiem, że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.

Mam na imię Ania i od 7 lat siedzę z dziećmi w domu

Jak to piszę, to sama się do siebie uśmiecham, bo brzmi to conajmniej tak jakbym naprawdę siedziała i nic nie robiła. Ostatnio właśnie dostałam taki komentarz, że wykształcone kobiety nie powinny siedzieć z dziećmi w domu (czyt. być na wychowawczym), bo dają dzieciom zły przykład. Stymulują swoje dzieci do modnych i rozwijających zabaw, a same siedzą i nic ze sobą nie robią. Trzeba iść do pracy i uczyć dzieci szacunku do niej.

Tak więc proponuję moim dzieciom zabawy metodą  Jagody Cieszyńskiej, Weroniki Sherborne, Marii Montessori, a sama siedzę w dresie na dywanie i cofam się w rozwoju.

Rozwój zawodowy to nie wszystko.

Jeżeli masz wybór to znaczy, że masz szczęście

Na świecie jest wiele kobiet, które tego wyboru nie mają. Muszą wrócić do pracy z powodu sytuacji finansowej lub rodzinnej. Znam takie osoby i wiem, że mają wyrzuty sumienia z tego powodu. Nie miejcie, czasami tak jest, że na coś nie mamy wpływu i nie warto wciąż tego rozpamiętywać, tylko warto starać się szukać plusów tej sytuacji.

Jednak kiedy pojawia się wybór to jest nam trudniej. To nie jest łatwa decyzja i wiem, że wiele mam się tym martwi.

Co jest najlepsze dla mnie i moich dzieci?

Odpowiadając na pytanie z tytułu – to jest najlepsze dla moich dzieci. Być może dla Twoich niekoniecznie. Może nie masz chęci czytać, śpiewać, lepić z plasteliny? Ja to szanuję.

Każda sytuacja jest zupełnie indywidualna i nie da się jednoznacznie określić, czy lepiej posłać dziecko do żłobka, zatrudnić nianię, czy może jednak zostać na urlopie wychowawczym. Każda z nich ma swoje plusy i minusy.

Denerwują mnie jednak takie powszechnie powielane stereotypy, które wciąż są aktualne.

Chcę wrócić do ludzi

Znam wiele takich matek, które do pracy po prostu chciały wrócić i w związku z tym szukały najlepszej opieki dla swoich dzieci. Wiele z nich mówi, że w pracy odpoczywają i dzięki temu są lepszymi rodzicami, bo się stęsknią i po powrocie mają energię do wspólnych zabaw. Sama tego uświadczyłam i znam to uczucie jak wraca się do domu, do dzieci.

Niesamowite jest to kiedy po przekroczeniu progu domu, kiedy rzucasz wszystko żeby móc wziąć na ręce swoje dziecko. Sporo matek, które znam mówiły, że po powrocie do pracy odżyły, że nie są tylko matką, ale też pracownikiem, koleżanką z pracy. Inne wyzwania również powodują, że czują się ważne.

Ja też mam takie poczucie w mojej pracy, że szybko widać jej efekt, a wtedy poczucie własnej wartości szybko wzrasta i czujemy się ze sobą lepiej. Wychowując dzieci nie możemy liczyć na szybki efekt swojej pracy, bo jednak jest to bardziej złożony proces. A efekty prac domowych są niestety krótkotrwałe (szczególnie przy dzieciach) i dlatego może to być frustrujące.

Kiedy podejmujemy decyzję o powrocie do pracy zaczynamy rozpatrywać możliwości opieki dla dzieci.

Żłobek wspaniale stymuluje rozwój dziecka!

„Twoje dziecko aż rwie się do dzieci, dlaczego siedzisz z nim w domu”, „W żłobku będzie się bawiło z rówieśnikami”, „Będzie bardziej samodzielne”. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Czy żłobek faktycznie jest taki super?

Według mnie nie jest.

Powiedzmy sobie szczerze, małe dzieci w pierwszej kolejności potrzebują rodziców. Więź, która buduje osobowość dziecka zostaje z nim na zawsze. Żadna instytucja nie zastąpi rodzica. Małym dzieciom do prawidłowego rozwoju nie jest potrzebny rówieśnik, ale rodzic. Ten okres 0-3 lata jest bardzo ważny w rozwoju dziecka i to on definiuje wiele cech, które w przyszłości w nas się rozwiną.

Drugą kwestią jest zabawa z rówieśnikami. Owszem – jest ważna, ale dopiero dzieci około 4 roku życia bawią się ze sobą, a nie tylko równolegle. Jako były pracownik żłobka i przedszkola mogę też powiedzieć, że te pierwsze lata są bardzo trudne dla zabawy z innymi. Dzieci bardzo często się kłócą, wyrywają sobie zabawki i nie mogą dojść do porozumienia, bo brak im jeszcze elementarnych umiejętności, takich jak np. rozpoznawanie emocji.

Jeżeli chodzi o samodzielność to też bym się nad nią zastanowiła, bo jednak wolałabym żeby miało szansę dojrzeć do pewnych etapów, a nie być zmuszonym przez np. przepisy (brak pieluchy przy przyjęciu, czy też umiejętność samodzielnego jedzenia). Do tych ważnych etapów potrzebna jest ogromna cierpliwość  i czas osoby dorosłej, a kiedy ma się w grupie 20 takich dzieci, to może być za mało.

Żłobek to często też maraton chorobowy (oczywiście nie u wszystkich), ale warto to wziąć pod uwagę.

A jakie są plusy żłobka?

Na pewno finansowy, jest tańszy niż niania. Dzieci w żłobkach uczą się też zdecydowanie szybciej przystosowywać do norm społecznych. W żłobku są też różne zajęcia, które niekoniecznie są praktykowane w domu np. panie śpiewają piosenki, grają na instrumentach.

Warto też podkreślić przestrzeń – dzieci w tym wieku doskonalą dużą motorykę (skaczą, biegają). Żłobki zazwyczaj mają spore sale, które umożliwiają dzieciom nieskrepowaną przestrzeń do rozwoju motorycznego.

To może w takim razie niania?

Zawsze się zarzekałam, że nie będę nigdy miała niani na cały etat dla moich dzieci. Dlaczego? Obawiałam się, że nigdy nie znajdę kogoś, kto w 100 % będzie odpowiadał mi swoim podejściem do dzieci. Tak mam nadal. Nie potrafię powierzyć komuś tak dużej odpowiedzialności. Zostawienie na 2-3 h jest dla mnie akceptowalne, bo jednak to za krótko żeby ktoś miał wyraźny wpływ na to kim będzie moje dziecko. Ale to jest tylko moja opinia.

Ale być może Wy jesteście bardziej wyluzowani w tym temacie, albo mieliście tyle szczęścia, że znaleźliście taką osobę (czego Wam zazdroszczę). Serdeczna niania na pewno pomoże uchronić dzieci przed żłobkowym chorowaniem i może wnieść w życie dziecka różnorodność.

Chcę  (a nie muszę) być z dziećmi w domu 

Wiele mam podejmuje decyzję o pozostaniu w domu z dzieckiem. Zdają sobie sprawę z tego, że ten czas pomiędzy 0-3 rokiem życia, jest wyjątkowy i nigdy już nie wróci. Teoria  tworzenia przywiązania Bowlby’ego mówi właśnie o 3 roku życia dziecka jako ważnym momencie gotowości do życia społecznego. Zgadzam się z nią w 100%

Nie podoba mi się, że kobietom, które zdecydowały się zostać w domu z dziećmi wciąż zadaje się takie absurdalne pytania:

  • „Nie nudzi Ci się w domu?”
  • „Jesteś już w domu x czasu, to może pomyśl o jakimś biznesie?”
  • „Co Ty robisz całe dnie?”
  • „Ja bym zwariowała w domu”

Poważa się fakt, że zdecydowały się poświęcić dla rodziny, a jednocześnie wymaga się: pięknego wyglądu, kreatywności w zabawach, wysprzątanego domu (bo przecież nic nie robisz) i jeszcze uśmiechu na twarzy, bo przecież nie musisz pracować.

Nawet mamy, które zajmują się dziećmi czują presję społeczeństwa i często nie docenia się ich naprawdę trudnej pracy. Ja jestem zdania, że to co robimy jest naprawdę wspaniałe i śmiało mogę przyznać, że przez ten czas kiedy jestem  z dziećmi w domu nauczyłam się o wiele więcej niż w mojej pracy. Mam ogromną satysfakcję  z tego, że moje dzieci są takie, jakie są i ja wiem, że to moja zasługa. Ani niania, ani najbardziej wypasiony żłobek nie są w 100% zgodne z moimi przekonaniami. Absolutnie nie jest to zmarnowany czas.

Dzieci bardzo szybko rosną i ja to widzę, że z roku na rok tego czasu mam coraz więcej. To jest właśnie TEN czas, kiedy one mnie potrzebują najbardziej i ja to wiem, dlatego tu jestem. Wiem też, że za kilka lata będę miała dużo czasu na więcej pracy i jeszcze się napracuję w swoim życiu.

Często tak się myśli, bo wpadamy w pułapkę perfekcjonizmu. Twoje dziecko wcale nie potrzebuje coraz to nowych zabaw, czy też zabawy z rówieśnikami. Naprawdę wystarczy mu towarzyszenie Tobie w sytuacjach codziennych.

Ale to moja sytuacja, a nie kogoś innego. Nie wiem, czy nie chciałabym wrócić do pracy, gdybym nie miała bloga. Lubię to, że mogę się oderwać od tej codzienności i zająć innymi sprawami.

A czy czasami mam dość?

Oczywiście, ale wtedy zastanawiam się nad sobą, co mogę zrobić żeby było lepiej. Kiedy nie dbam o swój odpoczynek, to czasami mam dość i z chęcią uciekłabym do pracy. Ale wystarczy, że się głębiej nad tym zastanowię i znajduję jakieś wyjście. Ciągle szukam również fajnych spotkań dla mam, czy warsztatów. Nie mam poczucia straconego czasu, który mogłam poświęcić na pracę, bo przewartościowałam pewne sprawy. Teraz też mogłabym więcej pracować, ale po pierwsze nie jestem do tego zmuszona, a po drugie zwyczajnie nie chcę. Mam w głowie kilka dużych projektów, które mam zamiar zrealizować dopiero jak dzieci będą większe.

Rozwój zawodowy to nie wszystko. Widzę to po sobie, że ten czas z dziećmi w domu zweryfikował też moje plany zawodowe i w końcu wiem, w którym kierunku będę zmierzać. Na pewno nie odkryłabym tego wracając do pracy.

Ostatnio nawet Lilka powiedziała, że jak sama będzie miała dzieci, to też tak będzie chciała. Jest to największy komplement jaki mogłam usłyszeć.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jak wyszukiwać świetne miejsca do odwiedzenia na wakacjach? – moje sekretne sposoby

„Jak Ty wyszukujesz te wszystkie świetne miejsca? Bo chyba nie trafiasz na nie przypadkiem?” – tak dużo takich wiadomości dostałam od Was w ostatnim czasie, więc postanowiłam napisać wpis na ten temat. Dzięki moim wskazówkom znajdziecie klimatyczne miejsca w Londynie i w Dębkach. Nie ma znaczenia lokalizacja, tylko umiejętność szukania.

Ja wiem, że to może tak wyglądać – „Przechodziliśmy akurat i takie fajne miejsce się trafiło”. Niestety takich miejsc trafia się naprawdę niewiele. 85% to jest research przed wyjazdem. Lubię planować, więc jest to dla mnie czysta przyjemność.

Blogi

Tak, dokładnie. Nie ma to jak sprawdzone miejsce z opisem, zdjęciam i jeszcze poradami. Na blogach znajduje się mnóstwo informacji, które można wykorzystać. Tak, jak ja Wam opisuję wszystkie miejsca, w których byliśmy, tak ktoś w innym zakątku planety robi to samo. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę np.

„Dębki blog”  „Positano blog” „Pcim blog”

Często też przełączam na grafikę w wyszukiwarce i wtedy widzę lepiej, co może mnie zainteresować.

Zdarzyło mi się też napisać bezpośrednio do blogera wiadomość na Facebooku lub na Instagramie, czy mógłby coś polecić w danej lokalizacji. Tak znalazłam wiele miejsc na Węgrzech, bo napisałam do kilku blogerów (po angielsku). Sami również do mnie piszecie i jak tylko mogę, to nawet Wam układam np. plan atrakcji w Warszawie:)

Zaglądam na polskie blogi podróżnicze:

Do Kasi https://travelicious.pl

Do Natalii i jej rodziny http://www.tasteaway.pl

Do podróżującej rodziny: https://ourlittleadventures.pl

Instagram

Instagram od 2012 jest moim ulubionym serwisem społecznościowym i czerpię z niego bardzo dużo. A poniżej pokażę Wam, jak go wykorzystuję.

Przede wszystkim – tam zazwyczaj znajduję miejsce, do którego decydujemy się jechać. Tak było np. z Avalon park na Węgrzech.

Mam polubionych sporo podróżniczych profili i sobie zapisuje konkretne miejsca.

Jeżeli wpiszecie w wyszukiwarkę na Instagramie:

visit… (i w miejsce kropek kraj lub miasto, do którego się wybieracie to znajdziecie oficjalny profil z najlepszymi atrakcjami i najpiękniejszymi widokami)

Jak to najprościej zrobić?

Korzystam z możliwości zapisywania na Instagramie i dzięki temu nie giną mi te miejsca. Kiedyś robiłam zrzuty ekranu, ale nie mogłam ich później opanować. Ta opcja zapisu jest najlepsza, bo często na zdjęciach są też podane dokładne lokalizacje i jest to banalnie proste.

Przy każdym zdjęciu jest taka flaga (zaznaczyłam strzałką), jak ją dotkniesz to zdjęcie przenosi się do folderu zapisane.

Wszystkie swoje zapisane zdjęcia macie tutaj:

Mój folder na wyjazd wyglądał tak:) Jest to naprawdę świetna możliwość planowania podróży i wiele ułatwia.

Jak jeszcze szukam ciekawych miejsc na instagramie?

  • wpisuję w wyszukiwarkę miejscowość i klikam „Miejsca” – pokazują się tam najlepsze zdjęcia z danej lokalizacji
  • wpisuję w hasztagach (znaczniki), ale ciężko jest przebrnąć przez nie (i raczej z tego nie korzystam)
  • kiedy szukam czegoś dla dzieci to np wpisuję hasztag: #hungarywithkids albo dane miasto: #berlinwithkids  i sporo fajnych rzeczy się wtedy pokazuje
  • możecie też obserwować hasztagi, czyli klikacie „obserwuj” po wyszukaniu i będą Wam się wyświetlały wszystkie zdjęcia z tym hasztagiem – proste i genialne.

Pinterest

Najbardziej znane miejsce do wyszukiwania pięknych miejsc. Często z niego korzystam przy planowaniu podróży. Pamiętajcie też, że przy wpisywaniu warto zachować oryginalną pisownię. Jak wpisywałam „Hungary” to były wciąż te same zdjęcia, wciąż te same przewodniki w stylu „5 najlepszych miejsc…”, które już znałam.

Ale Węgry w języku węgierskim to: „Magyarország” i wtedy już zupełnie inne miejsca wyskakują – mniej turystyczne i bardziej unikatowe. A tam już dotarłam np. do tablic ludzi, którzy kompletują takie miejsca i miałam podane „na tacy”.

Tripadvisor

Mam aplikację na telefonie, z której korzystam już w czasie wyjazdu, a wcześniej planuję sobie na komputerze. Ale nie ukrywam, Tripadvisor to ostateczność, jak akurat nie mam czegoś znalezionego w okolicy, to sprawdzam tam. Czytam opinie i tak je wybieram. Na miejscu często szukam np. restauracji w okolicy, więc wyszukuję „w pobliżu”.

Tak szukam restauracji i atrakcji.

Google maps

Dość niestandardowym miejscem na szukanie atrakcji jest Google maps, ale to właśnie tam najczęściej udaje mi się znaleźć plac zabaw, czy też fajną miejscówkę. A używam tej strony w taki sposób:

Wpisuję miejsce gdzie będziemy np. Wyszegrad. Już po lewej mi się wyświetla coś, co wydaje się być ciekawe (tematyczny plac zabaw akurat tutaj).

A później łapię myszką tego żółtego ludzika z prawego dolnego rogu i upuszczam go w tym miejscu gdzie będziemy. Tam, gdzie jest niebieska linia, to znaczy, że jechał tamtędy samochód i robił zdjęcia dla Street view. Opuszczam tam ludzika i „sobie chodzę” w poszukiwaniu przygód:)

Patrzę, czy jest to coś wartego zobaczenia. Chodzę strzałkami po okolicy i widzę takie coś:)

Portale podróżnicze

W swoich notatkach w telefonie mam też zapisane różne ciekawe linki i również  nich korzystam. Kolekcjonuje je, bo wiem, że kiedyś skorzystam np. taki:

https://www.buzzfeed.com/rachelzarrell/the-most-charming-places-in-the-world?utm_term=.qq4M8vZ5N#.uazj6a1dn

Albo przeglądam zakładkę TRAVEL na telepraph.co.uk

Często są też lokalne strony, które zajmują się zrzeszaniem właśnie takich miejsc. Na Węgrzech jest ich kilka np. https://gasztroterkepek.hu/en/https://welovebalaton.hu czy http://nivos-szallasok.hu. Gdyby dobrze poszukać to w każdym miejscu takie znajdziecie.

To są moje sposoby na znajdywanie różnych klimatycznych miejsc dla dzieci, jak i dla nas. Tak samo wyszukuję miejsca w Warszawie i tak samo w Balatnofured. Jeżeli macie jakieś inne, dajcie znać, chętnie z nich skorzystam.

A jeżeli Wam się spodobał ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na Facebooku lub udostępnijcie ten wpis swoim znajomym – podziękują Wam.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Książkowe nowości dla maluchów

Dawno nie było długiego wpisu książkowego, więc dziś nadrabiam. Mamy sporo nowości na półkach, bo czytelnictwo u nas jest w fazie rozkwitu. Najwięcej czytamy wieczorem przed snem i na jednaj lekturze się nie kończy. Dlatego dziś tak dużo dobrego mam dla Was.

Maleńki król

Taro Miura

Wydawnictwo Dwie siostry

Dostępna TUTAJ

Naprawdę nie sądziłam, że kiedyś to napiszę, ale jest to świetna baśń dla dzieci. Tak, dobrze czytacie! Baśń opowiedziana tak prostym językiem, że dwulatek ją zrozumie. Jest absolutnie wyjątkowa i chociaż czytałam ją dzieciom około 100 razy, to i tak ją lubię. Świetnie sprawdza się przed snem. Według mnie jest to jedna z lepszych książek dla maluchów!

Jano i Wito w domu

Wiola Wołoszyn, Przemek Liput

wyd. Mamania

Dostępna TUTAJ

Kolejna część Jano i Wito, którzy tym razem szukają zgubionego klucza w domu. W książce znajdziecie mnóstwo wyrażeń naśladowczych i przedmiotów otaczających nas. Wspomniany klucz jest srebrny i ma inną powierzchnię,dzięki temu jest jeszcze bardziej atrakcyjny. Polecam wszystkim dwulatkom.

Będę strażakiem

Quentin Greban

Wyd. Media rodzina

Dostępna TUTAJ

Jeżeli macie w domu miłośnika strażaków, to ta książka na pewno Wam przypadnie do gustu. Miś, który bardzo chce zostać strażakiem, nie do końca rozumie jakie jest jego zadanie. Ale w końcu mu się udaje i spełnia się jego marzenie. W książce znajdziecie piękne ilustracje i niewielką ilość tekstu – odpowiednią dla 2-3 latków.

Pokochaj mnie

Vibcent Bourgeau

wyd. Babaryba

Dostępna TUTAJ

Pamiętacie książkę „Zaśnij ze mną”, którą można było położyć spać? To jest druga część i równie ciekawa. Tym razem książka chciałaby być czytana i przytulana. Julek bardzo ją lubi i często prosi o przeczytanie.

Pora na kalafiora

Agata Dudek i Małgorzata Nowak

Wyd. Dwie siostry

Dostępna TUTAJ

Nowa książka z Wydawnictwa Dwie siostry zachwyca ilustracjami i pomysłem. W prosty sposób pomaga poznać gatunki warzyw, tak aby już nigdy nikt nie pomylił pietruszki i marchewki. Czytanie książki może zainspirować do wspólnych zakupów w warzywniaku, a później gotowania i oczywiście jedzenia.

Jedź! Jedź! Stój!

Charise Mericle Harper

Wyd. Babaryba

Dostępna TUTAJ

Świetny pomysł na książkę, która w prosty sposób tłumaczy, jak działają światła na ulicy. Pokazuje, jak się zmieniają i co powodują. Ilustracje są dość specyficzne, ale dla małego miłośnika pojazdów jest to wymarzona książka.

Nie płacz, króliczku

Jorg Muhle

wyd. Dwie siostry

Dostępna TUTAJ

Kiedy zobaczyłam ten tytuł w zapowiedziach, to lekko się wzdrygnęłam. Bałam się, że będzie to książka, która uczy dzieci żeby nie płakać. Na szczęście okazało się, że tak nie jest! Ta książka uczy empatii – i to w najbardziej przyjemny sposób, jaki się da. Nie spodziewałam się tego po niej.

Dziecko widzi płaczącego króliczka i autor sugeruje nam, co możemy zrobić żeby go pocieszyć. Nie bójcie się – nie ma tam żadnych sformułowań, które sugerują, że płacz jest zły. Bardzo ją polecam!

p.s. tam gdzie trzeba nakleić plasterek – naklejcie prawdziwy – dzieci będą zachwycone!   

Przed moim domem

Marianne Debuc

wyd. Dwie siostry

Dostępna TUTAJ

Książka, która jak żadna inna utrwala wyrażenia przyimkowe;) Mnóstwo miejsc, które są „za” „przed” „pod”. Bardzo prosty i ciekawy pomysł na książkę dla dzieci. Sporo rzeczowników do nauczenia i utrwalenia. Według mnie może się spodobać już młodszym dzieciom od roku.

Moja mama

Anthony Browne

wyd. Dwie siostry

Dostępna TUTAJ

Książka, którą mamy prawie od roku i wciąż budzi takie same emocje. Mama ma supermoce, o których wiedzą nie tylko dzieci. Fajna, mądra i poprawiająca humor mamie po ciężkim dniu. Jest jeszcze druga o Tacie.

Co dzieje się pod ziemią: W mieście

Anna Podgórska

wyd. Aksjomat

Dostępna TUTAJ (kosztuje 2,5 zł)

Książka, która tylko tyle kosztuje i jest naprawdę ciekawa! jest w duchu Montessori (nie ma tam fikcji) i każde dziecko, które lubi książki ze szczegółami znajdzie tam coś dla siebie. Według mnie jest to świetna książka na wyjazd, bo zajmuje mało miejsca, a jest sporo czytania i oglądania.

Są jeszcze inne z tej serii, poszukajcie.

Lokomotywa

Julian Tuwim

wyd. Aksjomat

Dostępna TUTAJ

Bardzo fajne wydanie (za 3 zł) Lomokotywy – jak to mówi Jul. Wiersze najlepiej u nas się sprawdzają w formie pojedynczych książeczek. W tej są ładne ilustracje – malowane jakby kredkami. Są jeszcze „Okulary” i „Słoń Trąbalski”

Pierwsza książeczka malucha: w policji

wyd. Aksjomat

Dostępna TUTAJ

Kolejna książeczka za kilka złotych, która pomoże zaspokoić ciekawość dziecka. Ciekawa, fajnie zilutstrowana i ma bardzo dużo szczegółów.

Są dostępne również inne:

Na budowie TUTAJ

Straż pożarna TUTAJ

Na wsi TUTAJ

Zapraszamy na akcję: Wóz strażacki

wyd. Aksjomat

Dostępna TUTAJ

Kolejna książeczka ze szczegółami za 4 złote. A do tego ma fajną rączkę do noszenia.

Pociągnij i przesuń: W szkole

wyd. Olesiejuk

Dostępna TUTAJ

Bardzo fajna kartonowa przesuwanka za 10 zł. Jeżeli Wasze dzieci lubią w książkach przesuwane elementy, to zainteresujcie się tą serią. Na każdej stronie znajdziecie ruchomy element, który łatwo da się ruszać. A do tego ma sporo walorów edukacyjnych i przyjemne ilustracje. W serią są jeszcze:

Dzień ze strażakami TUTAJ

Na budowie TUTAJ

Dzień ze zwierzakami TUTAJ

Moja mama

Mayana Itoiz

wyd. Babaryba

Dostępna TUTAJ

Piękna książka o miłości i więzi między mamą, dzieckiem. W dość nietypowy sposób możemy uczyć się z niej kolorów i je utrwalać. Piękne ilustracje i ciepło bijące z treści.

Bing

wyd. Egmont

Dostępne TUTAJ

Bing doczekała się również książeczek. Moje dzieci uwielbiają tę bajkę, więc i książki im się podobają. Bardzo je polecam, bo kosztują około 7 zł, a są naprawdę wartościowe.  

Super M

Dawid Ryski

wyd. Babaryba

dostępne TUTAJ

Bardzo lubię kreskę tego ilustratora – jest taka na pograniczu dziecięcej i dorosłej. W książce znajdziecie supermoce, które posiada mama. Ciekawa książka, do inspirowania się i pokazania dzieciom, że Mama robi kawał dobrej roboty.  

24 godziny. Coś się dzieje na budowie

Britta Teckentrup

wyd. Prószyński i spółka

Dostępna TUTAJ

Zupełnie nie wiem dlaczego Jul woli tę książkę od Czereśniowej. To jedna z ulubionych książek ze szczegółami. Bardzo lubię ilustracje tej autorki (mieliśmy kiedyś książki do wyszukiwania szczegółów). A tutaj możemy obserwować budowę – sporo ciekawych postaci i wątków do omówienia.   

Kicia Kocia i Nunuś: Gdzie jest szczurek

Anita Głowińska

wyd. Media rodzina

Dostępna TUTAJ

Kupiłam ją na fali książek z okienkami i ma wszystko, co teoretycznie powinno się podobać dzieciom, ale szczerze – Julek nie przepada za Kicią Kocią i zwyczajnie jej nie czytamy. Ta książka jest naprawdę ciekawa, bo poszerza słownik, możemy się z niej sporo nauczyć.

Nocnik nad nocnikami

Alona Frankel

wyd. Nisza

Dostępna TUTAJ

Jest to jedyna znana mi książka, która do odpieluchowania podchodzi w mądry sposób. Bardzo ją polecam wszystkim, którzy ten temat mają już za sobą. Jest ciekawa i dla dziecka,  i dla rodzica. W łagodny sposób pokazuje jak się do tego zabrać.

Życie na ziemi: Na wsi

wyd. Olesiejuk

dostępna TUTAJ

Genialna książka o wsi i wszystkim, co tam się dzieje. Jeżeli Wasze dzieci interesują te tematy, to bardzo Wam polecam. Jest sporo wiedzy, ładne ilustracje i otwierane okienka. Kupcie, bo jak się skończy nakład to nie będzie dodruku, a na prawdę warto.

Jest jeszcze o ciele człowieka TUTAJ

Jak schować lwa?

Helen Stephens

wyd. Amber

Dostępna TUTAJ

Całkiem przypadkiem trafiłam na tę nowość i już mam ochotę na więcej. W tej książce dziewczynka, o imieniu Malwinka przygarnęła lwa i próbuje go ukryć w domu. W końcu prawda wychodzi, na jaw, ale i tak wszystko się kończy. Ciekawa opowieść, napisana  prostym językiem.

Zwróćcie uwagę na ilustracje – są naprawdę ładne. Wydawnictwo Amber ma jeszcze kilka nowości – światowych bestsellerów. Obejrzyjcie je w księgarni, bo naprawdę warto.

Kuba pomaga tacie

Liesbet Slegers

wyd. Adamada

dostępne TUTAJ

Jeżeli lubicie książki bez fikcji, której bohaterami są dzieci, to polecam Wam tem tytuł. Książka jest ciekawa, ale napisana też prostym językiem. Bardzo mi się podoba, że głównymi bohaterami jest ojciec i syn – to dość rzadko zdarza się w książkach dziecięcych.

W serii są jeszcze inne tytuły:

Kuba i jego nocnik TUTAJ

Kasia idzie do lekarza TUTAJ

Kasia i brzuszek mamy TUTAJ

Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i zamierzacie skorzystać z moich rekomendacji, kliknijcie proszę „lubię to” na naszym profilu na Facebooku lub udostępnijcie go swoim znajomym – podziękują Wam 🙂

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Co oglądać? Seriale, filmy i dokumenty

  • FILMY
  •  komentarze [25]

Ostatni wpis o podobnej tematyce bardzo Wam się spodobał, więc dziś nowa porcja ciekawych produkcji do obejrzenia. Wieczorem, kiedy dzieci już śpią, mamy trochę czasu żeby się zrelaksować i razem coś oglądamy. 

Liczę też na Wasze polecenia, bo obecnie czekamy na nowe odcinki i nic ciekawego nie mamy do obejrzenia.

Filmy

„Światło między ocenami”

Kiedy, ktoś prosi mnie o polecenie filmu, to zazwyczaj mówię ten tytuł. Wzruszająca i bardzo piękna historia, którą wciąż mam w głowie. Pozwala docenić to, co mamy i nie prosić o więcej. Po tym filmie pójdziesz do sypialni dzieci i będziesz dziękować, że ja masz. Pokazuje, jak wielka jest miłość rodzica. Niesamowicie mnie wzruszył i skłonił do refleksji. Bardzo polecam!

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Film, który rozśmiesza i wzrusza. Genialnie przegadany w taki sposób, że ma się ochotę obejrzeć go jeszcze raz. Pokazuje bezsilność matki i jej determinację. Postaci są tak wyraziste, że do końca nie wiesz, kto jest dobry, a kto zły. Absolutny majstersztyk!

„Tully”

Byłam na Tully z przyjaciółkami i kiedy wyszłam z kina, miałam bardzo mieszane uczucia. Absolutnie, nie jest to komedia. Był to rasowy dramat, taki o którym myślisz jeszcze kilka dni po. Według mnie warto zobaczyć ten film z partnerem. Jest trochę przerysowany, ale według mnie ma sporo prawdy. Każda z nas ma w sobie coś z głównej bohaterki.

„Rozumiemy się bez słów”

Francuska komedia o sile marzeń. Paula jest córką głuchoniemych rodziców i chce wystartować w konkursie wokalnym. Film pokazuje niesamowitą miłość, fajne relacje i sporo śmiesznych sytuacji. To taki film, od którego robi się ciepło w serduchu, warto go zobaczyć.

Dokumenty

„Beginning of life” na Netflix

Świetny dokument w odcinkach o rodzicielstwie i rozwoju dzieci. Naprawdę wzruszający i pouczający. Pokazuje różne modele rodzicielstwa i style wychowania z całego świata. Wypowiedzi naukowców, pedagogów i rodziców, którzy mają sporo ciekawego do powiedzenia. Bardzo Wam polecam:)

STAND UP

„Ali Wong: Baby Cobra” na Netflix

Zupełnie przez przypadek włączyliśmy kiedyś show Ali Wong i nie mogłam przestać oglądać. Trafne spostrzeżenia, dystans do siebie i ciąży spowodowały, że na końcu śmiałam się do łez. Jeżeli macie trochę specyficzne poczucie humoru to Wam polecam. Niestety druga część: Hard knock life jest już mniej śmieszna i trochę zbyt hardcorowa.

Seriale

„Big little lies”

Jeżeli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, to bardzo Wam polecam. Niby idylliczne życie głównych bohaterek (świetna obsada) przeplatają bardzo poważne problemy. Serial zrobił na mnie ogromne wrażenie i czekam na kontynuację.

„Dom z papieru” na Netflix

Ależ nas wciągnął ten serial! Dawno nic tak dobrego nie oglądałam – bardzo świeży, zaskakujący i do tego świetnie zrobiony. Obejrzeliśmy na jednym tchu, a to już się raczej nie zdarza. Nie będę zdradzać szczegółów, ale trzeba zobaczyć.

„Let down” na Netflix

Serial o macierzyństwie, który pokazuje prawdę i te trudne chwile (momentami przerysowane). Gówna bohaterka jest tak urocza, że chciałoby się ją przytulić i powiedzieć „Wszystko będzie ok”. Na razie jest jeden sezon, ale liczę na więcej.

„Bold type”

Serial raczej dla kobiet, o kobietach. Trochę mi przypomina „Sex w wielkim mieście” tylko główne bohaterki są trochę młodsze. 4 przyjaciółki pracują w redakcji pisma kobiecego i mają różne problemy. W serialu są poruszane różne kwestie: zdrowia, wizerunku własnego ciała, a także związków. Fajny, lekki serial na oderwanie się od pieluch;)

Tu łapcie świeżutki SkyShowtime TOP 20 z naszymi polecajkami a tu Disney dla dzieci

Po więcej seriali zapraszam do wpis – Najlepsze seriale na Netflixie – Top 22

A dla waszych pociech jakościowe treści znajdziecie we wpisach:

Edukacyjne bajki dla dzieci

Najlepsze bajki dla dzieci na Netflix

A Wy co oglądacie? Napiszcie koniecznie swoje ulubione filmy i seriale.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

10 metod i sposobów, dzięki którym jest mi łatwiej wychowywać dzieci w dobrej relacji

Pod wpisem o przemocy pojawiło się niestety sporo komentarzy, że bez klapsów nie da się wychować dziecka. Jako drugi biegun przedstawiano bezstresowe wychowanie, gdzie doprecyzuję: nie ma żadnych zasad, ani granic. A ja wiem, że po środku jest mnóstwo metod, które służą porozumieniu z dzieckiem i dziś chciałabym Wam o nich napisać.

Rozmowa

Wielu rodziców mówi do swoich dzieci. Nawijają non stop. A ono nic, jak grochem o ścianę. Jest duża różnica między mówieniem i rozmawianiem. Często produkujemy się, dziecko powie „yhy” i już. Nie, to nie działa. Rozmowa, to jest komunikacja, czyli dziecko pyta, odpowiada.

Musi być też zachowany jeden bardzo ważny warunek: ta rozmowa działa tylko wtedy jak mózg dziecka i rodzica nie jest w stresie, czyli np. w czasie trudnej sytuacji dziecko nie słyszy (a nie jak niektórzy myślą „ONO mnie nie słucha”) lekcje wychowawcze zostaną oblane. Natomiast jeżeli zrobimy to kiedy się wszyscy uspokoją, jest bardzo duża szansa, że dziecko to zrozumie. Naprawdę, taka rozmowa przyniesie efekt, a nie w trakcie, kiedy dziecko płacze. Wtedy nie zrozumie nic i do tego powtórzy to zachowanie.

Granice

W każdym społeczeństwie jest wiele granic np. nie przechodzimy na czerwonym, nie chodzimy butami po siedzeniach, nie bijemy innych dzieci. Dzieci nas obserwują – często o tym zapominamy, one szybciej coś zapamiętają jak nas zobaczą w analogicznej sytuacji, niż jak będziemy im o tym tylko mówić.

„Nie wolno” dla małego dziecka jest bardzo abstrakcyjne i zazwyczaj nie działa. Każdą rzecz musimy wytłumaczyć, dlaczego to tak działa. „Nie wolno” to taka prawda ogólna, która jest trudna do zrozumienia, bo od razu budzi pytanie: „dlaczego?”. Często dbamy o dziecka bezpieczeństwo i używamy tego komunikatu jako „alarm”. A przez to chcemy tylko powiedzieć: „Nie chcę żebyś to robił, bo się boję o Twoje zdrowie” np. wkładał palec do kontaktu.

Zrozum swoje dziecko

A wyobraź sobie, że to Ty jesteś dzieckiem. Zamiana roli na chwilę pomaga postawić się w innej perspektywie. Dzieci mają ogromna potrzebę eksplorowania świata, wszystkiego uczą się przez zmysły. Muszą dotykać rzeczy, wkładać do buzi żeby się tego nauczyć. Okaż mu swoje zrozumienie.

Ja często tak właśnie zaczynam. Zniżam się do poziomu dziecka, czyli kucam (naprawdę od razu zmienia się wtedy perspektywa). Szczególnie dobrze ją widać  kiedy wkoło są inni dorośli. Stajesz się mały i bezbronny, a świat jest trochę bardziej przerażający. Kiedy patrzysz na dziecko twarzą w twarz (kucając, bo schylając się tego nie poczujesz, a zabolą Cię plecy) dostrzeż o wiele więcej niż, jak mówisz do niego z góry. Kontakt wzrokowy pomaga bardzo w zrozumieniu tego, co się dzieje w tej małej głowie.

Tłumaczenie

Trochę nawiązuję tu do punktu pierwszego, ale rozwinę to oddzielnie. Kiedy coś chcecie wytłumaczyć ważnego swoim dzieciom tak żeby „aż poszło im w pięty” i zapamiętały to do końca życia to zróbcie to najbardziej spokojnym i przyjaznym głosem, jaki tylko potraficie z siebie wydobyć, czyli wtedy jak emocje opadną, bo mózg nie uczy się w stresie. A do tego językiem prostym dla wieku.

Z doświadczenia i z teorii wiem też, że nie działa za bardzo mówienie jakiego zachowania nie chcemy: „Nie biegaj”, „Nie maluj po ścianach”, „Nie krzycz” itd. po takim zwróceniu uwagi dziecko nie wie co ma robić. Wiem, że Wam się to wydaje oczywiste, ale tak nie jest. Dziecko potrzebuje konkretu:

„Nie biegaj” – „Stój spokojnie”

„Nie stukaj w ścianę” – „Możesz stukać w podłogę”

„Nie maluj po ścianach” – „Masz kartkę i po niej rysuj”

„Nie krzycz” – „Mów ciszej”

Często pomagają też porównania, które dzieci lubią np. bądź cichutko jak myszka (powiedz to szeptem).

Zamiast „Pospiesz się” – bądź szybki jak gepard.

Podobno też mózg myśli obrazami i kiedy mówimy „Nie jedz tego cukierka” to od razu myślimy o tym cukierku, albo „Nie biegaj” to widzimy siebie biegnącego.

W takich sytuacjach nerwowych, jak wychodzenie z domu na czas, albo braku chęci do działania dobrze się sprawdzają słowa klucze np. „Ubierz się”, „Buty”, „Zęby”.

Często też zapominamy, że na wychowanie dorosłego człowieka mamy 18 lat. Nie wszystko musimy wytłumaczyć dzieciom w pierwszych 3 latach życia.

To co mnie wkurza

To czego nie akceptujesz u siebie, nie akceptujesz też u dziecka. Czasem to w nas tkwi problem, a może mamy zakorzenione z dzieciństwa niekoniecznie szkodliwe zachowania. Każdy z nas ma takie zachowania, które doprowadzają nas do szału i chcemy jak najszybciej je wyeliminować, wtedy jak zwykle działa nasz gadzi mózg, którym rządzą emocje i zachowujemy się nie do końca racjonalnie.

Najważniejsze jest to, żeby mieć świadomość tych sytuacji. Jeżeli je sobie uświadomisz (możesz wypisać) to będzie Ci się zapalała lampka już odrobinę wcześniej. Warto to przemyśleć i nauczyć się z tym radzić żeby nie wybuchnąć.

Dziecko to mały człowiek, ale wciąż człowiek

Rozmowa jak równy z równym (prosto w oczy, na kucaka lub na kolanach) da o wiele więcej niż wyśmiewanie, porównywanie ( do innych dzieci) lub szantaż. Ha, to ostatnie sama tez kiedyś w desperacji próbowałam. To zadziała rad, dwa, trzy – za 10 nie zadziała, bo dziecko będzie chciało więcej.

Co było gdyby mąż do Ciebie mówił „Jak pozmywasz naczynia, to możesz obejrzeć serial”. A jak tego nie zrobisz to nie. Co jest wtedy w Twojej głowie? „Jestem nikim”. Tak samo myśli dziecko, ale pozornie jest w stanie się z tym zgodzić, bo chce coś na czym mu zależy.

„Jak nie założysz butów, to nie pójdziesz na podwórko” a gdyby tak:

Pokazać, że coś następuje po czymś:

„Jak tylko założysz buty, to pójdziemy na podwórko”.

„Jak nie zjesz obiadu, to nie dostaniesz deseru”

A może: „Po obiedzie będzie deser”.

A jeżeli proponujemy takie dobra jak: bajka, słodycze itp. w zamian za zachowanie takie jak chcemy to po jakimś czasie to nie zadziała, bo to spowszednieje i nie będzie atrakcyjne.

Sporo jest takich zwrotów, nad którymi warto się zastanowić, ale jednym z nich, który ja teraz eliminuję ze swojego słownika to „nie”. Oh, jakie przyjemniejsze jest dzieciństwo moich dzieci, jak używam go zdecydowanie mniej. Zauważyłam to na filmie, który nagrywałam mimochodem i chyba w 3 zdaniach usłyszałam z moich ust:”Tego nie możesz, tak nie idź i nie mogę teraz.” Posłuchałam tego i byłam w szoku. Żeby ktoś tak do mnie mówił, to bym chyba go wysłała na drzewo.

Nazywaj emocje i pozwól dziecku płakać

A będzie płakało zdecydowanie mniej, bo jeszcze nikt nie przestał płakać od „Nie płacz”. Cały tekst o płaczu napisałam Pozwólcie dzieciom płąkać

Krzykiem niczego nie załatwisz

Kiedy krzyczysz, to mózg dziecka jest w stresie=nie rozumie dokładnie co mówisz. Jeżeli to samo powiesz później, to jest o wiele większa szansa, na to, że to zrozumie. Z mojej pracy w placówkach Montessori wyniosłam jeden bardzo ważny nawyk – w domu jak nic się nie dzieje, mówię półszeptem.

Robię to też dlatego, że nie lubię hałasu i widzę, że moje dzieci mnie naśladują. Efekt jest taki, że mało krzyczą i podnoszą głos. Kiedy coś chcę żeby zrobiły to wystarczy, że odrobinę powiem to głośniej. Nie muszę krzyczeć. To naprawdę działa, spróbujcie. Oczywiście, zdarza mi się krzyknąć, ale pracuję nad sobą.

Wspieranie samodzielności

Wiele złości i frustracji wynika z tego, że dzieci nie chcą robić tego, co my chcemy w zakresie samoobsługi: mycie zębów, ubieranie się, sprzątanie itp. Jak sprawić, żeby ubieranie, czy mycie zębów nie było dla całej rodziny trudne? Od małego najlepiej jest wspierać samodzielność – na tyle ile jest to możliwe. Dziecko, które potrafi się samo ubrać, czy też obsłużyć będzie mniej się denerwowało przy takich czynnościach.

Odpuść

Często, my – rodzice zafiksujemy się na jakiejś czynności i za wszelką cenę nie chcemy odpuścić. W sytuacji stresowej tym bardziej nie odpuszczamy. Ale kiedy emocje opadną, zastanówcie się czy warto. Być może jest to rzecz naprawdę błaha. Pamiętam jak kilka lat temu toczyliśmy poranne boje o ubrania. Był płacz, zgrzytanie zębami i moje nerwy.

Każdy dzień zaczynaliśmy tak samo. Próbowałam różnych metod: szykowaliśmy ubrania wieczorem, a i tak to nie pomagało. W końcu stwierdziłam, że naprawdę szkoda tych nerwów i nie wiem po co tak się na tym fiksuję. Od tej pory córka ubiera się sama. Obawiałam się tego, bo się bałam, że będzie wybierała ubrania nieodpowiednie do pogody. Mało tego, jak dałam jej wolność w tym temacie, to ona i tak za każdym razem jak się ubierze to i tak pyta czy jest ok. Do tego jest otwarta na zmiany. Tak mało, a tak dużo to dało.

Nie stosuję kar i nagród

One działają tylko na krótką metę. Pisałam o tym Czy da się wychować dziecko bez kar i nagród

Dziękuję

Zamiast chwalić  pod niebiosa – dziękuję. Wzmacniam pozytywy przez miłe słowa. Staram się w miłej i przyjaznej atmosferze uczyć dzieci (nie lubię słowa dyscyplina), ale tak właśnie jest. Jak dziecko mi coś przyniesie o co prosiłam, to dziękuję. Jak mi powie coś miłego, to też dziękuję. Bardzo dużo w moim rodzicielstwie jest tej zwykłej wdzięczności.

Pracuję nad sobą

Skąd mieć siły na te wszystkie tłumaczenia, rozmowy, awantury, płacze i złości? Trzeba też trochę dbać o siebie – widzę, że jak mam długo niezaspokojone swoje potrzeby, to nie mam siły na bycie takim rodzicem, jakbym chciała np. jeżeli nie wypiję kawy albo nie mam 15 minut tylko dla siebie.

Zdaję sobie sprawę, że ktoś, kto nie kończył studiów pedagogicznych, ani za bardzo nie interesuje go ta tematyka może mieć trudności ze zrozumieniem tego wszystkiego. Mi to zajęło 13 lat. Ale znam rodziców, którzy chcą się uczyć i zgłębiać wiedzę na ten temat- z bardzo pozytywnym skutkiem:)


Jeszcze raz patrzę na te wszystkie moje metody i spróbuję pokazać ich źródło. To taki miks, który pozwala mi na odnajdywanie się w rodzicielskim świecie. Żadnej z tych metod nie stosuję w 100% – po prostu wybieram to, co podpowiada mi serce i moje dzieci.

Metody, z  których czerpałam najwięcej:

  • Montessori: brak kar i nagród, szacunek do pracy dziecka, samodzielność, kucanie, mówienie szeptem. Jeżeli chcecie przeczytać, coś bardzo ciekawego to kliknijcie TUTAJ
  • NVC – Komunikacja bez przemocy – stosuję w życiu codziennym – szczególnie  w relacji z mężem TUTAJ książka Tu szerszy wpis o NVC
  • Pozytywna dyscyplina – stosuję ją zupełnie nieświadomie, nie czytałam żadnej książki, ale znam założenia i wiem, że są podobne, że da się dziecko dyscyplinować w przyjazny sposób
  • Self-reg – metoda, która pozwoliła mi się przestać złościć i zrozumieć płacz dziecka. Byłam też na warsztatach u autora. Pisałam o tym Pozwólcie dzieciom płakać. Bardzo polecam książkę  TUTAJ
  • Jesper Juul i jego książki: „Nie z miłości” i „Twoje kompetentne dziecko” TUTAJ
  • „Kiedy Twoja złość krzywdzi dziecko” – ważna pozycja do przeczytania TUTAJ
  • „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły” – jeżeli jeszcze nigdy nic nie czytaliście z poradników dla rodziców to bardzo je polecam: TUTAJ
  • Agnieszka Stein i jej książki TUTAJ
  • Blog Małgorzaty Musiał i książka „Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny” TUTAJ

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Zawsze pierwszy podnosi rękę ten, który się boi

A boi się, że jeżeli nie zareaguje to dziecko wejdzie mu na głowę. Jest słaby i boi się naruszenia swojej pozycji w rodzinie. Nie widzi innych opcji żeby jego dziecko nauczyło się, że „nie wolno”. Ma złudzenie, że to działa, bo przecież rodzice tak samo ze mną postępowali. I co? Na ludzi wyrosłem.

Jeżeli ta osoba była bita w dzieciństwie i jako dorosła uważa, że klapsy to dobra metoda wychowawcza, to nie wyrosła na ludzi.

Przemoc słowna i cielesna powoduje nieodwracalne zmiany w zachowaniu i osobowości. Dziecko akceptuje to, że może być poniżane i bite. Będzie pozwalało innym na przekraczanie jego granic. Samo również najprawdopodobniej dopuści się takich czynów albo na sobie albo na otoczeniu. Przemoc w rodzinie zmienia biochemię w mózgu i powoduje trwałe szkody, które są dziedziczone. Te doświadczenia zapisują się w epigenetycznym kodzie.

Te zmiany przechodzą na kolejne pokolenie  i dlatego bite dzieci, jako dorosłe również mogą się tego dopuścić.

Myślałam, że nigdy nie będę musiała pisać tego tekstu, no bo kto w dzisiejszych czasach bije jeszcze dzieci? Jak się okazuje – prawie połowa społeczeństwa. A większość z nich uważa, że klaps to nie bicie. Szturchanie, ciąganie za ręce, popychanie – też nie.  Rodzice nie mają absolutnie żadnego pojęcia jak taki „klap” w tyłek działa. Nie zastanawiają się nad konsekwencjami tylko widzą efekt – dziecko mnie słucha. A to co się dzieje w jego głowie, to już jest nieważnie.

Zdarzyło mi się szarpnąć dziecko, bo leciało na głowę z wysokich schodów. Tak zwana siła ochronna – gdybym nie złapała (a na pewno mój chwyt bolał) to już widziałam jak się obija o każdy kolejny schodek. To było w dobrej wierze. Po tym incydencie wszystko we mnie buzowało, byłam tak zdenerwowana, że nie wiedziałam co robić. Pierwszy odruch to była ogromna złość na dziecko, że tam polazł(takie słowa uruchamia mózg w stresie!), nie słuchał się, a wołałam. Mimo tego, że NIGDY nie podniosłam ręki na żadne z dziećmi, to wtedy naprawdę coś mi z tyłu głowy mówiło, że normalnie bym wlała. Potrzebowałam wyładować gdzieś ten stres, złapałam go i z całej siły…

przytuliłam. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. NIGDY.

Niektórzy mogą mieć złudne wrażenie, że taki klap w tyłek (lekki) też jest w dobrej wierze, bo chcemy dobrze. Jak napisałam wyżej – robimy dziecku krzywdę.

Pozostaje rana na całe życie

Przemoc zaburza prawidłowy rozwój dziecka. W jego ciele wytwarza się hormon stresu, który hamuje harmonijny rozwój. Zmiany wywołane przez zbyt dużą ilość hormonu stresu zahamowują rozwój komórek tkanki nerwowej w mózgu, a także znacznie osłabiają układ odpornościowy. Dzieci częściej chorują.

Przestają tworzyć się połączenia mózgowe, a strukturalne i funkcjonalne zmiany w mózgu przypominają te, które zaobserwować można u dorosłych cierpiących na depresję.

„Ale przecież zachowanie po klapsie się poprawia”

To tylko złudzenie – dziecko żyje w stałym stresie, że znów je dostanie. Nadal nie rozumie, co zrobiło źle, ale jego instynkt zachowawczy mówi mu, że ma tak nie robić. Niestety przez to, że NIC nie wyniosło z tej lekcji będzie nadal postępować tak, że na klapsa znów zasłuży. A wszystko dlatego, że RODZIC nie wie jak mu to wytłumaczyć, więc robi to ręcznie.

Nawet jeśli po wymierzonym klapsie będzie tłumaczył, że „tak nie wolno, bo to i tamto” to i tak dziecko tego nie zrozumie i nie wyciągnie z tego lekcji. Wiecie dlaczego?

Bo mózg nie uczy się w stresie

Uczy się tylko wtedy kiedy jest miło i przyjemnie, a kiedy jest nerwowo się wyłącza. Dlatego dzieci z takich lekcji nie wyciągają ŻADNYCH wniosków. W stresie u wszystkich ludzi aktywuje się MÓZG GADZI, który jest odpowiedzialny za reakcję walki lub ucieczki. Małe dziecko, które nie jest w stanie walczyć z rodzicem, będzie uciekało. I nie mówię tu o fizycznym przemieszczaniu się, tylko będzie obojętne, nieobecne i ABSOLUTNIE nic się nie nauczy. Być może nie zrobi tego znów, bo będzie się bało klapsa, ale już w analogicznej sytuacji zrobi podobnie, bo nie będzie wiedziało, że to jest złe.

Najgorzej jest dać tego pierwszego klapsa. Wtedy coś pęka – relacja jest wtedy zerwana i jest bardzo duża szansa, że dziecko to zapamięta do końca życia. Nawet kiedy samo będzie już rodzicem to właśnie w stresowej sytuacji ze swoim dzieckiem może odruchowo chcieć podnieść na nie rękę. Tak działa MÓZG GADZI – najbardziej prymitywny.

Są jednak osoby, które przerwały to błędne koło i mimo tego, że same przemocy doświadczyły – definitywnie z nią skończyły. Tym osobom naprawdę należą się słowa uznania, bo te zachowania są mocno zakorzenione w mózgu i wychodzą w sytuacji stresowej.

O tym, że klapsy i przemoc (słowna) są złe – wie wiele ludzi, jednak sporo z nich nie widzi INNYCH metod wychowawczych i ich nie szuka. Widzą efekt, więc to działa. A co się dzieje w głowach dzieci, to juz nieważne.

Niestety wciąż wiele osób myśli, że dzieci są złe. Złe z natury: chcą nam zrobić na złość, na przekór, robią coś specjalnie po to tylko żeby nas zdenerwować albo przetestować. Zachowują się najgorzej, bo …. (wstaw, co chcesz).

A ja Ci powiem dlaczego.

Dzieci proszą o miłość i uwagę w najmniej przyjemny sposób.

Tak, to niestety prawda.

Dziecko nie przyjdzie i nie powie:

„Hej mamo, zostaw ten telefon i zajmij się mną”. Tylko weźmie nożyczki i potnie zasłony.

Albo

„Ej tato, no weź nie wracaj tak późno z pracy”. Tylko pobiję brata, bo wtedy tata ze mną pogada.

Albo

„Mamo, porozmawiaj ze mną o moich problemach” Tylko pójdę na piwo z koleżankami, bo one mnie słuchają.

Im bardziej wyskokowe są te wybryki, tym bardziej dziecko błaga o uwagę. Tak, dziecko może wybiegać na ulicę po to żeby zwrócić na siebie uwagę, aby było bardziej obecne w Twoim życiu.

Te wszystkie złe zachowania to często błagalne prośby o miłość i uwagę.

Dziecko, które ma to wszystko pod dostatkiem, będzie wychowane w ciepłej relacji bez przemocy, będzie przejawiało mniej takich zachowań. (Chyba, że jego układ nerwowy nie będzie w pełni prawidłowo funkcjonował i może mieć zaburzenia SI – pisałam o tym wpis Gdybym urodziłą się 5 lat temu).

„Klaps” i wychowanie przez kary cielesne skreśla wiele w życiu dorosłym. Nawet ostatnio trafiłam na dwie publikacje,  w których jest doskonale pokazane, jak przemocowe dzieciństwo wpłynęło, na to, kim są. Polecam obejrzeć serial: „Patrick Melrose” i przeczytać książkę Kasi Nosowskiej „AJa żem jej powiedziała”.

Nie sztuką jest napisać, że coś jest złe. Dlatego w następnym poście napiszę, co można zrobić żeby wychować dziecko z szacunkiem, tak aby wyrosło na dobrego człowieka – bez kar, bez szantażu i co najważniejsze bez przemocy.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Nasze wielkie, węgierskie wakacje

Dziś wpis dla wszystkich, którzy rozważają Węgry. Kompletna lista miejsc które odwiedziliśmy – gotowa lista inspiracji. W tym poście zebrałam wszystko: miejsca gdzie spaliśmy, restauracje i atrakcje. Postaram się opisać je jak najdokładniej żebyście mieli gotową, ciekawą trasę na wyjazd.

Dlaczego Węgry? 

Ten filmik powie wam wszystko:):

W tym wpisie opisałam to, co nas tam ciągnie, czyli: jedzenie, bliska odległość, źrodła termalne, ciekawe atrakcje dla rodzin z dziećmi. Jeżeli jeszcze się wahacie, to przeczytajcie ten wpis.

10 powodów, dla których warto odwiedzić Węgry

Jeżeli szukacie czegoś blisko to bardzo Wam polecę okolice Miskolca. W tym wpisie poniżej macie wszystko:)

Węgry z dziećmi

A teraz przechodzimy do naszego wyjazdu. Bardzo chcieliśmy znów tam pojechać, dlatego zdecydowaliśmy się na objazdówkę. To był strzał w dziesiątkę – zobaczyliśmy bardzo dużo, dzieci były zachwycone różnorodnością, a my zrobiliśmy też rekonesans, gdzie warto następnym razem przyjechać na dłużej. Nasza podróż trwała 16 dni i tak jak zawsze zaczęliśmy od Rzeszowa, gdzie mamy dziadków.

Wybieraliśmy różne miejsca, tak żeby zobaczyć jak najwięcej.

W sumie przejechaliśmy około 2000 km. Tak wyglądała nasza trasa. Pomiędzy jednym a drugim miejscem mieliśmy od 50 do 100 km, więc niedużo.

ETAP 1

Wieczorem wyruszyliśmy do Rzeszowa, tam spędziliśmy u dziadków 2 dni i rano wyjechaliśmy na Węgry. Droga do granicy jest dość mocno uczęszczana, a do tego wąska. Nie pojedziecie tam zbyt szybko. Ale jak tylko przekroczycie granicę to jedzie się super.

Prawie cały czas jest dwupasmówka. Tylko w jednym miejscu jest mała serpentyna, ale później już jest prosta droga. W połowie drogi zatrzymaliśmy się restauracji, którą odwiedziliśmy poprzednim razem i skradła nasze serca. Warto tam się specjalnie zatrzymać. Jest w miejscowości Encs, ok 40 km od Miskolca.

Anyukám Mondta 

Pod wieczór dotarliśmy do naszego pierwszego noclegu.

RADA: wybraliśmy trochę za długi odcinek na początek. Lepiej by było zatrzymać się np. w okolicach Egeru lub nawet w Miskolcu. Chociaż jechaliśmy długo to dzieci zniosły podróż świetnie. Ale następnym razem inaczej bym to zaplanowała. Na końcu wpiszę Wam fajne miejsca, które mam w swoim sekretnym folderze „Do odwiedzenia”.

Północ Balatonu – region Kali-medence

Nie ukrywam, że jest to najpiękniejszy region Węgier, jaki do tej pory widziałam. Chciałabym kiedyś przyjechać tam na dwa tygodnie i poruszać się tylko w tym regionie. Wszędzie jest przepięknie, są pagórki, na których winorośle wznoszą się do słońca. Najlepsze jedzenie jadłam właśnie tam. Każda miejscowość wygląda, jak z pocztówki. Piękne domy, wspaniałe restauracje i ludzie z południowym trybem życia. Bardzo żałuję, że byliśmy tam tak krótko, bo się nie nasyciłam.

Noclegi: ten spędziliśmy w miejscowości Zánka nad Balatonem.

FÜGEKERT Bed & wine – przyjemna agroturystyka z klimatycznymi pokojami. Właściciel bardzo pomocny i wesoły (na rezerwacji zobaczył wiek dzieci i kupił im książki dostosowane do ich umiejętności). Rano śniadanie wszyscy jedzą na tarasie. Pięknie i smacznie, chociaż mojemu mężowi brakowało typowych dań. Ale ja byłam zachwycona. Dla dzieci jest mały plac zabaw i hamak.

Rano jak wstaliśmy to chcieliśmy pojechać do Aquaparku (KLIK) na cały dzień do Balatonfüred (około 20 km od Zanka). Niestety okazało się, że Annogora jest czynna od 14.06 do 2.09, więc nie mogliśmy skorzystać.

Tuż obok aquaparku jest Sun City – miasteczko do którego weszliśmy przenosząc się w czasie. Chatki i zabudowania wyglądały na Egipt, a nie Węgry. Okazało się, że wieczorem odbywają się tam imprezy. Ale miejsce jest naprawdę wyjątkowe.

Później specjalnie pojechaliśmy do znanej piekarni: Peklany (KLIK). Pieczywo z tej piekarni śni mi się po nocach. Kupiliśmy pyszne cynamonowe csiga (czyli ślimaki) i dużo innych specjałów. Węgrzy potrafią robić obłędne pieczywo, ale trzeba wiedzieć gdzie. Piekarnia jest czynna w soboty dość krótko, więc sprawdźcie godziny.

W tej miejscowości jest też świetna restauracja: 

Bistro Sparhelt

Później pojechaliśmy do Tihany pozachwycać się najpiękniejszym widokiem na Balaton. Miejscowość jest typowo turystyczna, więc zobaczyliśmy, co chcieliśmy i pojechaliśmy dalej. Mieliśmy jeszcze pójść na plac zabaw (wpiszcie w google Tihany jatszoter), ale dzieci były głodne, więc pojechaliśmy na obiad.

W Kali-medence jest jedna wioseczka (Koveskal), która ma absolutnie doskonałą restaurację (mają też nocleg) Kővirág. Musicie jednak pamiętać żeby do Kovirag zadzwonić z rezerwacją na obiad. To miejsce to jest absolutny majstersztyk pod każdym względem: jest pięknie, przepysznie i jest znakomita obsługa. Kiedyś na pewno tam wrócimy.

Miałam zapisanych kilka miejsc z tego regionu i chciałam koniecznie je odwiedzić.

Na lody pojechaliśmy do wioski obok. Kő fagyi? (KLIK) to niesamowite miejsce. Wchodzi się jak do kogoś na podwórko na wsi i jesz je na murku. Lody były przepyszne. Mój mąż delektował się lodami o smaku białego wina. Czynne jest tylko w weekendy!

Jak już byliśmy tak blisko to podjechaliśmy do pubu Káli-kapocs (KLIK). Bardzo ciekawe miejsce – pub w stylu „ruin bars”. Weszliśmy zobaczyć i bardzo nam się podobało.

Później pojechaliśmy do naszej miejscowości Zanka (5 km od Koveskal) i poszliśmy na plażę.

Jest tam plac zabaw i sporo zieleni

Na koniec dnia poszliśmy na piechotę z Fugekert do restauracji na kolację. Pięknie położona na wzgórzuNeked Főztem Zánka gasztrokocsma (KLIK). Była muzyka na żywo, pyszne jedzenie, zachód słońca i świetna łódka dla dzieci. Spędziliśmy tam świetny czas:)

To było pierwszy bardzo intensywny dzień, który można by było rozłożyć na kilka dni. Ale tak byliśmy głodni wrażeń, że chcieliśmy tego wszystkiego spróbować!

Rano (niedziela) spakowaliśmy się i pojechaliśmy na klimatyczny, okoliczny węgierski targ, który jest tylko w niedzielę KLIK. Pojedliśmy specjałów, pooglądaliśmy różne ciekawe rzeczy i pojechaliśmy dalej.

Zmierzaliśmy na zachód Balatonu, więc po drodze chcieliśmy się zatrzymać w ciekawym miejscu

Padło na Hévíz i jezioro termalne (największe w Europie KLIK). Pomysł wydawał nam się wspaniały – spędzimy w ciepłej wodzie kilka godzin i pojedziemy dalej. Całość wyglądała imponująco – plac zabaw, zacienione miejsce na trawie na koc, sporo ludzi. Czar prysł jak Daniel wszedł do wody.

Cieplutka woda była wspaniała, ale niestety było głęboko. Całe jezioro (z jednym małym wyjątkiem) ma głębokość około 2,8 m. Z dwójką dzieci było naprawdę ciężko – cały czas musiałby pływać. Węgrzy przychodzą ze swoimi makaronami, które unoszą ich na wodzie. Ale jednak z małymi dziećmi to nie był dobry pomysł. Znaleźliśmy jedno miejsce na środku jeziora, do którego wchodzi się przez budynek, gdzie był wstawiony niewielki płytki basen. Polecam to miejsce do wypróbowania, ale nie z małymi dziećmi.

Na obiad poszliśmy w Heviz do Brix Bistro. Było bardzo smacznie i miło.

ETAP 2

Na kolejny nocleg wybraliśmy Kristinus Borbirtok (KLIK), czyli hotel przy winnicy. W tym miejscu nie było nic, a nic dla dzieci, ale tak jak rozmawiam z mężem to właśnie tam najbardziej odpoczęliśmy – przepyszne wino i jedzenie w stylu fine dining. Dzieci biegały przy tarasie, zbierały kamyki i się cieszyły.

Byliśmy tam tylko jedną noc i rano ruszyliśmy dalej. Nasz kolejny cel to był Pecs, ale po drodze zatrzymaliśmy się w bardzo niepozornej miejscowości Kaposvar. Chcieliśmy skorzystać z aquaparku w tym mieście.

Spędziliśmy w nim kilka godzin – było po prostu świetnie!

Dla dzieci są dwa brodziki ze zjeżdżalnią i  mini fontanną. Dla starszych są inne atrakcje. Są też baseny na zewnątrz. TUTAJ więcej o tym miejscu. Po tej miejscowości nie spodziewałam się wiele, ale jak weszliśmy do miasta, to okazało się, że jest pięknie! Ogromne wrażenie zrobiły na mnie alejki z platanami, które tworzyły tunele. Zaprakowaliśmy właśnie w takim przy fajnej kawiarni .

Znalazłam też niesamowitą cukiernię, ale już nie mieliśmy czasu żeby tam pójść: Gardann 

ETAP 3

Pécs – miasto, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Przechodząc koło kolorowych fasad miałam wrażenie, że jestem w Hawanie (tylko na Kubie wszystko jest zniszczone, a tu nie). Pecs jest jak z innej bajki. Na środku rynku jest ogromny meczet, na budynkach widać motywy muzułmańskie. A samo miasto jest położne na wzgórzach.

Zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznych apartamentach Adele apartments. To był strzał w dziesiątkę – apartament przepiękny z aneksem kuchennym bardzo blisko rynku. Bardzo Wam je polecam!

W Pécsu byliśmy kilka dni i było wspaniale. Odwiedziliśmy Zsolnay Negyed, czyli tereny fabryki porcelany. Miejsce tak genialne, że byliśmy tam cały dzień. W jednym miejscu macie 5 placów zabaw, zapierające dech w piersi mozaiki, małe centrum podobne do warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. A wszystko w pięknym otoczeniu.

Jednego przedpołudnia wybraliśmy się do Villánykövesd – to mała bardzo klimatyczna wioska z malutkimi winnicami. Na przeciwko tych białych budynków jest plac zabaw, więc każdy będzie zadowolony. Tuż obok jest bardzo klimatyczna wieś Palkonya z restauracją z pysznym jedzeniem Palkonyha.

W Pecsu jest jedno miejsce, gdzie jest przepięknie, jest pyszne jedzenie i kawa, a do tego jest kącik z zabawkami dla dzieci (śniadania i lunche, czynne do 15). Bardzo miło wspominam Reggeli.

Etap 4

Po kilku dniach w mieście pojechaliśmy na wieś. Naszym kolejnym noclegiem było Apponyi Kiskastély natur minihotel. Po drodze z Pecsu zatrzymaliśmy się w świetnej restauracji Almalomb. Restauracja położona na polanie nad maleńkim strumykiem skradła nasze serca. Wszystkie produkty są regionalne, robione przez kucharzy. Majstersztyk! Obsługa bardzo kidsfriendly i mówiąca po angielsku.

Po południu dojechaliśmy do Apponyi. To miejsce jest jak z innej bajki, trochę przypomina Pana Tadeusza, a trochę Toskanię. Piękne, zadbane miejsce idealne na wypoczynek. Jest tam mały plac zabaw dla dzieci i basen z podgrzewaną wodą na zewnątrz. Jedzenie bardzo regionalne, ale smaczne.

Na terenie jest mnóstwo drzew i kwiatów, a co za tym idzie było sporo owadów, które niestety dość mocno pokąsały nam dzieci. Piszę o tym otwarcie, bo może to naprawdę utrudniać pobyt. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tam tak było. Może o innej porze roku byłoby lepiej?

Etap 5

Po dwóch nocach na wsi ruszyliśmy do Budapesztu autostradą. Tego dnia padał deszcz, więc od razu pojechaliśmy do centrum do Mini polisz – to sala zabaw dla dzieci, gdzie można bawić się w różne zawody. Było fantastycznie! 3 h zabawy kosztowały całą rodzinę około 100 zł, a dzieci nie chciały stamtąd wychodzić.

Niestety to była sobota, a do tego brzydka pogoda, więc ludzi było mnóstwo. Jeżeli będziecie planować odwiedzić to miejsce, to zróbcie to w tygodniu rano.

Później pojechaliśmy do hotelu

Pewnie zapytacie, gdzie się zatrzymaliśmy. Otóż mój mąż marzył o tym, żebyśmy się zatrzymali w Hotelu Gellert. Bardzo starym, który pamięta dawne czasy. Faktycznie, jest klimatyczny, ale dość zniszczony. Najlepsze okazało się na miejscu, jak już weszliśmy do pokoju. Hotel Gellert jest miejscem TYLKO dla dorosłych.

Mój mąż nie wpisał dzieci, bo na bookingu podaje wtedy dwa pokoje. Tak więc przez 3 dni udawaliśmy, że nie mamy dzieci;) Żartuje, po prostu staraliśmy się żeby dzieci nie biegały, nie krzyczały itp. Oczywiście to było bardzo trudne i frustrujące. Sam hotel ma swój klimat i przepiękne termy. Myślę, że jest to miejsce na wyjazd bez dzieci lub z mamą.

Pośrodku widok z balkonu hotelowego

Następnego dnia poszliśmy na termy hotelowe. Goście mają zniżkę 50%, ale i tak zapłaciliśmy około 40 euro. Byłam zachwycona zdjęciami term, które widziałam w sieci i miałam duże oczekiwania wobec tego miejsca. Okazało, że to nie jest miejsce dla nas. W środku była zimna woda, a na zewnątrz basen z ogromnymi sztucznymi falami, których moje dzieci się bały. Pomoczyliśmy się trochę w najmniejszym ciepłym basenie i lekko zawiedzeni ruszyliśmy na obiad.

W Budapeszcie już byliśmy kiedyś z dziećmi i nie chcieliśmy powielać miejsc. Możecie przeczytać o nich tutaj:

Budapeszt z dzieckiem

Tym razem spaliśmy w tym hotelu też ze względu na lokalizację: tuż obok góry Gellerta. Na samej górze są przepiękne widoki, a do tego 3 absolutnie rewelacyjne place zabaw. Jeden ze zjeżdżalniami i trampolinami, drugi z kredkami, a trzeci z postaciami z bajki Vuk (na przeciwko są też pyszne lody). W Budapeszcie jest chyba ze 20 placów zabaw, które są unikatowe.

Wasze dzieci i Wy będziecie zachwyceni!

Kolejnego dnia wybraliśmy się przez most na piesze zwiedzanie i delektowanie się miastem. Przeszliśmy przez most na stronę Pesztu. Miałam tam zapisanych kilka miejsc, które koniecznie chciałam odwiedzić.

Na początku legendarne lody w kształcie róży. Gelarto rosa to pyszne lody, które są małym dziełem sztuki. Dużo smaków jest bez mleka i alergenów, więc warto się tam wybrać.

Zjedliśmy lody i pospacerowaliśmy koło katedry. Poszliśmy dalej w poszukiwaniu wrażeń. Później zatrzymaliśmy się na obiad w chyba najlepszej restauracji, w jakiej byłam w Budapeszcie. Miałam ją zapisaną na swojej liście. Börze to miejsce wyjątkowe! Pyszne i niedrogie jedzenie, a do tego piękne wnętrza.

W tej okolicy jest jeszcze piekarnia i kawiarnia Artizan, gdzie warto wstąpić. Niestety byliśmy tam w niedzielę i było zamknięte. Przeszliśmy obok budynku parlamentu i na koniec zawitaliśmy na plac zabaw w Olimpia Park – super miejsce na kilka godzin zabawy. Jak tam będziecie to weźcie ubranie na zmianę, bo jest tam mini wodny plac zabaw.

Na przeciwko placu zabaw jest bardzo fajna restauracja z kącikiem dla dzieci Magnet.

W Budapeszcie jest mnóstwo miejsc dla dzieci

żeby je wszystkie odwiedzić to trzeba tam być z dwa tygodnie. Tutaj macie link do najlepszych atrakcji w Budapeszcie po angielsku, których ja nie opisałam:

15 things to do in Budapest with kids

Na blogu tej mamy możecie znaleźć też inne perełki np. takie place zabaw:

8 megújult játszótér Budapesten, amit már nagyon vártunk!

Aż żal, że w pl nie ma takich (poza węgierskim, o którym pisałam Węgierski plac zabaw)

Etap 6

Po 3 dniach ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze zatrzymalismy się na plaży w Lupa Strand w Budakalasz. To miejsce śni mi się do dziś – ktoś miał niesamowity pomysł. Wszystko jest tam dopracowane w każdym szczególe.  Jest oddzielna plaża dla dzieci z toaletą, placem zabaw, a nawet daszkiem nad wodą – żeby dzieci mogły schować się przed słońcem. Woda w jeziorze jest bardzo ciepła i przyjemna.

Jest też wydzielona płytka woda, tak aby nie musieć się przejmować głębokością. Wokół jeziora każdy znajdzie coś dla siebi: pyszne jedzenie – podzielone na różne smaki, wino, czy drinki. Można też popływać na desce lub na wakeboardzie, a nawet pohuśtać się na wodnej huśtawce. W tym miejscu naprawdę odpoczęliśmy i było nam mało. Kiedyś przyjedziemy tutaj na dłużej. Plaża jest prywatna i płatna (wstęp na cały dzień około 100 zł).

TIP: ta plaża jest dość blisko Budapesztu i Szentendre (czyt. Sentendre), bardzo klimatycznej miejscowości w serbskim stylu. Gdybym jechała tam pierwszy raz to bym poszukała noclegu w Szentendre. Na jeden dzień wyskoczyłabym też do skansenu, który jest obok tej miejscowości. Byliśmy tam w tamtym roku i było CUDOWNIE. Zwierzęta, kolejka do jeżdżenia po skaksenie, place zabaw! Raj na ziemi:)

Szentendre

Skansen w Szentendre

Na sam koniec naszej wyprawy zawitaliśmy do historycznej miejscowości Wyszegrad. Spaliśmy w hoteli Silvanus położonym bardzo wysoko z bajecznym widokiem na Dunaj. Mieliśmy tam śniadania i obiadokolacje, więc prawie cały czas siedzieliśmy w basenach, które były świetne – dobra głębokość i temperatura, akurat dla dzieci.

Jednego dnia wybraliśmy się na godzinę na pobliskie ruiny zamku, a drugiego dnia na plac zabaw (płatny) przy drugim zamku. Tam odpoczęliśmy najbardziej 🙂

Plac zabaw przy Matyas Kiraly (płatny)

Wracaliśmy autostradą i po drodze chciałam jeszcze zobaczyć magiczne jezioro Bokodo, ale dzieci zasnęły i już nie było możliwości, ale może Wam się uda.

I to by było na tyle

Całą podróż zapamiętamy na długo. Dzieci były zachwycone i z pewnością jeszcze nie raz się na Węgry wybierzemy. Poniżej zamieszczam Wam jeszcze linki do fajnych hoteli i miejsc, które mam zapisane w swoim folderze. Może i Was one zainspirują do podróży na Węgry.

1. Kreinabacher Birtok – miejsce na wypad dla dorosłych – wino i design

2. Mala garden – cudowny hotel w Siófok z najlepszym jedzeniem i widokiem na Balaton

3. Passkom Cottage – klimatyczna agroturystyka

4. Bambara Hotel – klimaty afrykańskie w okolicy Egeru (raj dla dzieci)

5. Kali Art Inn – tylko z dziećmi powyżej 10 lat

6. R40 Vendégház – wino i klimat w Mád

7. Saliris Resort & spa – kompleks hotelowy z bajecznymi termami ( w okolicach Egeru jest bardzo dużo term!)

8. Alsoors Marina –  marynistyczny klimat nad Balatonem

9. Azur Premium Siofok – mega hotel dla rodzin z dziećmi

10. Avalon Park – piękne miejsce na wypad z dziećmi (byliśmy w nim tydzień – Węgry – okolice Miskolca

11. Nomad Hotel and Glamping – stylowy i bardzo oryginalny glamping

Jeżeli wolicie klimatyczne agroturystyki to szukajcie na tym portalu. Są tam same perełki:

http://nivos-szallasok.hu

A na tej stronie same najlepsze restauracje i noclegi wokół Balatonu. Mam ich mapę i bezpłatną aplikacje na telefonie. Cały czas jej używałam jak tam byliśmy i każde z tych poleceń okazało się strzałem w dziesiątkę: 

https://gasztroterkepek.hu/en/

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Apteczka na wyjazd z dzieckiem (stworzona z pediatrą) – lista do druku

Apteczka na wyjazd z dzieckiem to must have w bagażu na podróże dalekie i bliskie. Razem z naszą zaufaną pediatrą Ewą Miśko-Wąsowską stworzyłam ściągę wszystkich przydatnych leków i akcesoriów. 

My właśnie wróciliśmy z wyjazdu, więc na świeżo napiszę Wam, co mieliśmy w bagażu, a po co musieliśmy nagle jechać do apteki. Znajdziecie tutaj również gadżety, które mogą Wam ułatwić różne, niezbyt przyjemne sytuacje.

Leki i akcesoria podzieliłyśmy na dolegliwości. Oczywiście każda apteczka na wyjazd z dzieckiem jest inna, ale ta lista może pomóc w orientacyjnym kompletowaniu.

Ta lista jest orientacyjna i nie zastąpi wizyty u lekarza. Jeżeli macie jakieś wątpliwości, to warto zapytać pediatrę.

Jeżeli wyjeżdżacie do krajów UE to przed wyjazdem wyróbcie sobie kartę EKUZ.

A pakując leki, które macie w domu sprawdźcie termin przydatności.

Apteczka na wyjazd z dzieckiem

Gorączka:

  • Ibuprofen 
  • Paracetamol (do ewentualnego zbijania na zakładkę)
  • Termometr 

Polecam Wam też zapisać link do kalkulatora objętości dawki leku przeciwgorączkowego, bo jak się okazuje wartości podane na opakowaniu są często niedoszacowane: https://mamaginekolog.pl/kalkulatory/objetosc-syropu-przeciwgoraczkowego

Katar:

Kaszel: 

  • Syrop na kaszel np. Hederesal 
  • Isla do ssania na chrypkę
  • Sinecod na suchy i bardzo męczący kaszel
  • Inhalator i sól fizjologiczna

Problemy z brzuchem:

  • Dicoflor
  •  Helpa Czary mamy jagoda (u nas dobrze działa, ma właściwości przeciwbiegunkowe) 
  • Tasectan (u nas najlepiej działa na biegunkę)

Ugryzienia:

  • preparat na komary i owady – my używamy TEGO
  • Tickless
  • Fenistil w żelu 
  • sterylna igła (mój mąż musiał po nią jechać do apteki na wakacjach, bo Jul nastąpił na pszczołę)
  • jeżeli nigdy nie wyjmowaliście jeszcze kleszcza to warto kupić zestaw do wyjmowania np. TAKI

Reakcje alergiczne 

  • Fenistil w kropelkach
  • Fenistil do smarowania
  • Pompka do usuwania jadu po ugryzieniach TUTAJ. (Napisała mi o niej moja czytelniczka, jak Jul dostał alergii po ugryzieniach meszki)

Urazy:

  • woda utleniona lub Octenisept
  • Plastry 
  • Bandaż 
  • Bandaż elastyczny 
  • Altacet
  • Paski do zamykania ran

Jak widzicie apteczka na wyjazd z dziećmi może być spora. Ja wolę mieć wszystkie rzeczy pod ręką niż w nerwach szukać apteki. Na wyjeździe musieliśmy szybko zadziałać i wyjąć żądło, a nie było czym. Warto mieć te leki ze sobą.

Inhalator ewentualnie można pominąć, ale ja go traktuję jak talizman;) Kiedy go zapomnę, to zawsze dzieci są chore, więc go wożę 🙂

Na koniec mam dla Was listę do druku żeby Wam ułatwić pakowanie na wakacje.

To jest nasza apteczka na wyjazd z dzieckiem. Jestem ciekawa, czy coś macie jeszcze dodatkowego w swoich, czy dajecie na luz i kupujecie tylko, jak jest potrzeba?

Mini apteczka Lassig 

A tu zobaczcie naszą rekomendację – czy to dobry pomysł żeby pojechać na Camping na narty?

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Jestem Mamą! A jaka jest Twoja supermoc?

Kiedy stajesz się Mamą w Twoim organizmie budzą się supermoce. Już nigdy nie będziesz człowiekiem, który zwyczajnie stąpa po ziemi. Nadprzyrodzone zdolności budzą się w Tobie, nawet nie wiesz kiedy. Nikt nie dał Ci instrukcji, jak z nich korzystać, a jednak sama to wiesz! To instynkt!

Mama,

Agentka

Mocy

Arcyważnych

Partnerem wpisu o SUPERMOCY Mam jest marka Baby Dove, która towarzyszy mi w moich codziennych przygodach, które nazywają się MACIERZYŃSTWO.

Moc pierwsza – nadludzka szybkość

Super szybkie zakupy w supermarkecie – z nieśpiącym dzieckiem w wózku to nasza specjalność. Wiemy też, jak chwilowo spacyfikować towarzysza – bułka kajzerka do pulchnej łapki przy wejściu i lecimy! Czas start, do zjedzenia bułki zostało 10 minut. Mkniemy między załadowanymi alejkami z prędkością światła, sprawnie wymijamy standy z przyprawami i kabanosami. W zakręt wchodzimy na ręcznym, żeby zminimalizować widoczność półki ze słodyczami.

Oczywiście – wszystkie manewry wykonujemy bez koszyka, dumnie dzierżąc pod pachą: kaszę jaglaną, 2 ogórki i mleko. Mamy skaner syropu glukozowo-fruktozowego w oczach i każdy produkt prześwietlamy na wylot. Nasz 6 zmysł nie pozwala wjechać w alejkę z zabawkami, a przy kasie potrafimy zasłonić całą sobą słodkie frykasy, które stoją w zasięgu ręki dziecka. Misja wykonana: Pani przy kasie jest w stanie zidentyfikować bułkę, której ostatni kęs właśnie przepadł w buzi.

Moc druga – wyostrzone zmysły

Wzrok: Mama ma oczy nawet z tyłu głowy, widzi nimi nadchodzące niebezpieczeństwo i potrafi złapać w ostatniej chwili dziecko, które leci prosto na kant stołu.

Słuch: Mama słyszy każdy szmer nawet z najdalszego kąta mieszkania. Niestety ten zmysł utrudnia jej normalne funkcjonowanie, bo zawsze słyszy płacz dziecka kiedy jest pod prysznicem. Ale za to słyszy nawet jak Tata przewraca oczami, rozmawiając z nim przez telefon

Dotyk: Dotyk Mamy ma specjalną super moc, uspokaja i nawet usypia. Szkoda tylko, że czasem trwa to godzinę, ale jednak – działa!

Smak: Mama ma wyczulone kubki smakowe oraz receptory ciepła i zimna. Tylko ona potrafi tak wydmuchać łyżkę rosołu aby był  w idealnej temperaturze. Mało tego po spróbowaniu pokarmu wie, czy ten rarytas posmakuje jej dziecku.

Węch: oj chyba nikt jak Mama, nie ma tak wyczulonego tego zmysłu. Mama wyczuje nawet z końca drugiego pokoju czy w pieluszce jest numer 1, czy 2, a może tylko ostrzeżenie przed 2.

Moc trzecia: porozumienie bez słów

Tę supermoc Mamy nabywają bardzo wcześnie. To, że Mama dogada się z niemówiącym berbeciem – to fakt. Po jednym grymasie twarzy już widzi, że coś dziecku nie pasuje. Jak dogadać się z niemow(l)ą – zapytaj każdą Mamę, od razu Ci powie. Mama też ma nadprzyrodzoną moc rozmowy z przedmiotami, a nawet potrafi je ożywić: „Cześć Julku, jestem Misiek Rysiek i tu mam oczko”.

I uwaga tu się zawiera: czytanie w myślach i kiedy Mama widzi, że dziecko powolnym krokiem podchodzi do stolika, bierze w dłoń czerwony mazak, zdejmuje pokracznie nakrętkę, odwraca się na pięcie i biegnie do świeżo wypranych białych zasłon to Mama już wie, co w tej małej główce się urodziło.

Moc czwarta: robienie tej samej rzeczy po raz setny

Tylko Mama ma taką moc, że potrafi czytać ulubioną książeczkę po raz piędziesiąty i za każdym razem udawać, że ją ona bawi. Po raz setny zmieniać pieluchę, po raz setny zakładać zgubioną skarpetę lub po raz setny podnosić wyrzuconą zabawkę. Mamy tę moc, prawda?

Moc piąta: brak snu

Początki tej mocy sięgają już ciąży i wtedy Mama przygotowuje się do tego, że sen wcale nie jest jej aż tak potrzebny do życia. Po co marnować czas, jak można nosić dziecko godzinami, karmić, szyć kostiumy na przedszkolne przedstawienie lub siedzieć przy łóżku dziecka trzymając w ręku mokry okład na czole albo co gorzej – miskę.

Moc szósta: produkuję własne mleko

Mleko, które zawsze jest w dobrej temperaturze. Zawiera idealną kombinację składników: wody, białka, węglowodanów, w tym oligosacharydów, tłuszczów, witamin, składników mineralnych, czynników wzrostu, a także czynników odpornościowych, które chronią organizm niemowlęcia przed infekcjami. Wow! A dla każdego dziecka mleko ma inny skład i dostosowuje się do jego wieku. Czy to nie superhipermoc?

Moc siódma: ma zdolność powiększania drużyny

Dzięki małej pomocy Taty mama potrafi podwoić, potroić … ilość swoich dzieci. Tym samym sprawia, że tych wszystkich wyżej wymienionych mocy jej przybywa jeszcze więcej i np. dochodzą jej moce negocjatora i mediatora. I nawet ostatnią frytkę podzielić co do milimetra, bo ma przecież miarkę w oczach.

Moc ósma: znikanie

Mama potrafi sprawić, że rzeczy znikają w tajemniczych okolicznościach. Plamy z ubranek, ból brzucha, koszmary nocne, czekoladowy Mikołaj i kawa. To ostatnie znika w ilościach nadludzkich. Mama ma też w torbie lub wózku zawsze niezbędne sprzęty, które potrafi wykorzystać idealnie.

Jednym z nich, bez którego nie wychodzi z domu są chusteczki nawilżane. Jedną ręką wyciąga je z paczki i uratuje każdą sytuację, a przy tym pozostawi skórę czystą i nawilżoną. Nie ruszam się bez nich z domu, bo zawsze są potrzebne. Baby Dove są bardzo mocne i do tego perforowane – dokładniej czyszczą skórę i zostawiają ją nawilżoną.

Moc dziewiąta: multitasking

Mama miesza zupę i śpiewa piosenki, karmi piersią i czyta książkę, usypia dziecko i myśli co zrobić na obiad, jedną rękę koloruje – drugą pije kawę. Dopiero będąc Mamą odkrywasz tą nadprzyrodzoną moc, że potrafisz zrobić tyle rzeczy swoją niedominującą ręką.

Moc dziesiąta: całusy Mamy mają działanie przeciwbólowe

Ta paranormalna poMOC medyczna jest hitem: działa bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą (i jest za darmo). Połączona z „ojojaniem” i wsparciem dla ofiary działa w 10 sekund. A jeżeli jeszcze Mama ma kolorowy plasterek przeciwbólowy to obejdzie się bez tragedii. A nawet wywołuje uśmiech 🙂

I chociaż będąc Mamą, czasem marzą nam się inne moce takie jak: teleportacja, cofanie i zatrzymywanie czasu, niewidzialność to i tak jesteśmy SUPERBOHATERKAMI.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Letni niezbędnik – ubranka, gadżety i zabawki idealne na lato

Dziś mam dla Was wpis z naszymi najlepszymi rzeczami, które super sprawdzają się latem. Jesteśmy właśnie na wakacjach, więc temat jest nam bardzo bliski. Zobaczcie, jakie cuda tym razem znalazłam.

Stroje kąpielowe

Jestem fanką dwuczęściowych strojów na basen i na plażę. Zdecydowanie łatwiej pójść jest w nim do toalety bez zdejmowania rękawków. W poprzednich latach mieliśmy świetny kostium dwuczęściowy z filtrem UV 50 Lassig (do 3 roku życia jest rozmiarówka).

Dostępny TUTAJ 

A już drugi sezon mamy kostiumy z Kappahl – sprawdzają i noszą się świetnie. Zdecydowanie lepsza jakość niż Next i H&m

Dostępny TUTAJ

Jul w tym roku po plaży śmiga w kostiumie Ducksday – nie muszę się wtedy martwić o ciągłe dokładanie kremu z filtrem, bo ten strój ma UV 50. Fajnie wygląda i do tego chroni przed słońcem. Sprawdzi się na pewno nad Bałtykiem, gdzie wcale nie jest tak gorąco i zawsze mam obawy, czy dzieciom nie jest zimno. Mniejsze rozmiary Ducksday mają rozpinane nogawki – ułatwienie do zmiany pieluchy.

W różnych kolorach i rozmiarach są dostępne TUTAJ

Na wakacje i wyjazdy mamy też zawsze buty Crocsy – dobrze sprawdzają się na basen i do ogródka.  Najbardziej lubię w nich to, że można szybko je umyć.

Jak jesteśmy przy butach to polecę Wam trampki, które kupiłam w tym roku dzieciom. Dostaję o nie mnóstwo zapytań na instastories. To bawełniane buty Citrouille et compagnie i dostępne są  TUTAJ. Pamiętajcie, że trzeba zamawiać o rozmiar większe niż dziecko nosi obecnie.

Na mniej optymistyczną pogodę jesteśmy też przygotowani

Odkryłam najbardziej miękkie kalosze, jakie miałam w ręku! A do tego takie piękne:) To kalosze Penny Scalan

Zapytacie pewnie też o płaszczyki przeciwdeszczowe. Świetne, kolorowe, a do tego oddychające. Moim dzieciom wystarczą na dwa lata. Dostępne TUTAJ

Od kilku miesięcy testujemy też butelkę Pura, którą polecaliście mi w poście o Bidon B.box. Powiem szczerze, że już nie wrócimy do plastiku. Ten bidon jest świetny, sporo większy i do tego łatwiej się z niego pije. Co go wyróżnia? Jest wykonany ze stali nierdzewnej – woda inaczej smakuje z niej niż z plastiku (sama piję ze szklanej Life factory).

Stal utrzymuje temperaturę i nawet w upale woda jest chłodna przez kilka godzin. Można w niej też trzymać herbatę (do 6 h). Nie ma problemów z myciem. Póżniej można dokupić inny ustnik i wystarczy na wiele dłużej. Niestety ma nakrywkę silikonową, którą się całkowicie zdejmuje i ją zgubiliśmy. Ale słomka ma system niekapka i dzięki temu woda się nie wylewa. Jeżeli szukacie bidonu na kilka lat, to polecam Purę.

Dostępna TUTAJ

Plecak dla malucha z kieszenią termoizolacyjną

Taki gadżet wynalazłam na spacery z dziećmi, ta kieszonka to super pomysł. Wrzucam tam placki ze śniadania i jemy je na spacerze. To pierwszy plecak Jula, do którego wrzuca sobie auta, jak gdzieś wychodzi. Jest też do niego smycz, ale ja takich rzeczy nie uznaję, więc ją odczepiłam.

Dostępny TUTAJ

Do kompletu mamy jeszcze kapelusz ze sznurkiem, który dobrze trzyma się głowy. Na słońce i plażę zdecydowanie wolę kapelusze niż czapki z daszkiem, bo chronią uszy. Zwróciła mi na to uwagę dermatolog, żeby dzieciom na słońce je zakładać. Lepiej osłaniają oczy i kark.

Kapelusze Penny Scalan 100% bawełny TUTAJ

Okulary przeciwsłoneczne

Jul tak samo jak ja nie może patrzeć na słońce. Często prosi o to, żeby mu założyć okulary. Od kilku sezonów mamy Real kids shades, o których pisałam kiedyś Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci

Dostępne są TUTAJ

Ubranka 

Pan Pantaloni

Znów mnie zachwyciła ich kolekcja – ubranka przewiewne, uniwersalne i nie krępujące ruchów.

Drugi rok używamy też skarpetek z abs na basen i wodne place zabaw. Nie wiem, kto je wymyślił, ale zasługuje na nagrodę. W końcu nie muszę ciągle upominać dzieci żeby nie biegały. W tym roku chodzi w nich również Julek i sprawdzają się znakomicie.

Skarpetki Sweakers dostępne TUTAJ

Jesteście ciekawi pewnie też zabawek do wody i piasku, ale oprócz naszego świetnego zestawu, o którym pisałam Zabawki do piasku  mamy tylko jedną rzecz. Nie zdążyłam jeszcze jej zrobić zdjęcia, bo co tylko wezmę ją do ręki to mi dzieci zabierają. Mała, poręczna – świetna na wyjazd. Sprawdzi się w piasku, w wodzie i w wannie.

Dostępna TUTAJ

Coś do nakrycia – super nam się sprawdzają 6 rok z rzędu bambusowe otulacze Aden+anais (TUTAJ)- zarówno na drzemce, jak i w aucie w czasie jazdy. Mam też kołderkę bambusową do spania w nocy – jest genialna! Dostępna TUTAJ

Kocyk bambusowo-bawełniany Little leaf

Lekki i przewiewny dla malucha. TUTAJ

Kolejny rok z rzędu używamy ręczniku na plażę i basen Lodger

Są niezastąpione, a do tego małe po złożeniu.

Jeżeli macie coś ciekawego do dodania to koniecznie mi napiszcie.

A jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na naszym facebookowym profilu.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Koniec zabawy w chowanego – podsumowanie akcji

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że dostaliśmy taki pozytywny odzew od Was po publikacji materiałów z  kampanii społecznej promującej karmienie piersią w miejscach publicznych. Przyznam szczerze, że na początku obawiałam się, że nasze społeczeństwo może nie być na nią jeszcze gotowe. Ale to co się działo w ostatnich tygodniach przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Kiedy dostałam wiadomość z agencji, że to właśnie mnie chcą zaprosić do udziału w tej akcji to byłam lekko zdziwiona. Musiałam się zastanowić, czy sama jestem na to gotowa, bo jak sami pamiętacie, jestem mamą, która nie do końca czuła się swobodnie z karmieniem piersią w miejscach publicznych. Zawsze szukałam ustronnego miejsca – tak żeby móc w spokoju i z dala od ciekawskich oczu, nakarmić swoje dziecko. Było to uciążliwe, bo ciężko było znaleźć miejsce i biec z płaczącym dzieckiem w wózku.

Brakowało mi tej odwagi i pewności, że jestem mile widziana w przestrzeni publicznej. Czułam ogromny dyskomfort kiedy musiałam nakarmić dziecko i najczęściej robiłam to chowając się w samochodzie. Wtedy o tym nie myślałam, że to co robię jest bez sensu.

I wtedy miałam przed oczami wiadomość z propozycją udziału w tej kampanii. Myślałam o tych wszystkich kobietach, które miały opory przed swobodnym karmieniem piersią w miejscach publicznych – tak jak ja. Przecież ta akcja jest skierowana właśnie do mnie sprzed kilku lat. Miała ona ośmielić mamy i przygotować społeczeństwo do kulturalnych zachowań wobec mamy karmiącej, których nikt nigdy wcześniej nie opisał. Zgodziłam się i wtedy zaczęła się magia!

Sama krok po kroku przepracowałam moje obawy związane z publicznym karmieniem. Dzięki wypowiedzi specjalistów, którzy zgodzili się wziąć udział w akcji zrozumiałam moją niechęć.

Wszystkie wypowiedzi specjalistów dlaczego tak się dzieje, dzieci możecie przeczytać poniżej:

https://konieczabawywchowanego.pl/skad-sie-bierze-hejt

Te wypowiedzi są naprawdę ciekawe i wyjaśniają wiele zachowań ludzkich. Przeczytajcie, bo są bardzo wartościowe.

W tej kampanii społecznej wzięły udział również inne autorki blogów:

Agata z Hafija.pl, Marta z Superstyler.pl i Alicja z mamala.pl

Spotkałyśmy się i razem stworzyłyśmy Vademecum kultury karmienia piersią w miejscach publicznych. Każda z nas opracowała jedno miejsce, w którym mamy najczęściej karmią. W Vademecum znajdziecie ważne informacje dla otoczenia, jak i zarządców: restauracji, galerii handlowej, czy duchowych.

Wcześniej nikt nie podjął się tego zadania i to, że mamy je teraz w takiej formie możemy przekazywać dalej. Właściciele restauracji, czy galerii handlowych mogą załączać Vademecum do szkolenia pracowników. Żeby nikt nie miał wątpliwości, jak trzeba się zachować w stosunku do mamy karmiącej.

Całe Vademecum możecie przeczytać poniżej:

https://konieczabawywchowanego.pl/vademecum-karmienia-piersia

A na koniec razem z naszymi czytelniczkami nagrałyśmy filmiki w różnych przestrzeniach publicznych. Ja razem z Anią Mruz i jej córeczką byłyśmy w restauracji. Efekt naszej pracy możecie zobaczyć poniżej:

Bardzo dziękuję Wam za liczne komentarze, polubienia i udostępnienia na Facebooku. To dzięki Wam ta wiedza niesie się dalej, a mamy karmiące będą miały trochę łatwiej.

Chociaż niektóre z Was pisały, że najlepiej by było jakby spoty były nadawane również w telewizji. Media tradycyjne również zainteresowały się kampanią i możecie je obejrzeć poniżej:

https://fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/mleko-mamy-rzadzi-chca-zmienic-stosunek-do-karmienia-piersia,841587.html

i tutaj:

https://pytanienasniadanie.tvp.pl/37508727/koniec-zabawy-w-chowanego-karmic-dziecko-mozesz-wszedzie

Byłyśmy również gośćmi w Radio Kolor, a wiele serwisów internetowych napisało o naszej kampanii.

W całej akcji wzięło udział wielu zaangażowanych ludzi i chcę im podziękować. Inicjatorem i fundatorem był właściciel marki Femaltiker, która od początku swojego istnienia wspiera mamy karmiące i propaguje naturalne karmienie piersią jako najlepsze dla dziecka.

Muszę się również pochwalić, że patronat honorowy nad nami objął:

Rzecznik Praw Dziecka
Rzecznik Praw Obywatelskich

To jak, bawicie się dalej w chowanego? 

Cieszę się, że mogłam być częścią ważnego projektu, który pomaga mamom. Dalej będę propagować treści zawarte w kampanii, a Was zachęcam do odwiedzenia strony internetowej: https://konieczabawywchowanego.pl

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Kiedy rodzą się rodzice – jak zbudowaliśmy więź z naszymi dziećmi

Dwie osoby, które połączy na zawsze jedno istnienie

MAMA

Jesteśmy zupełnie różni: ja niecierpliwa marzycielka, a on spokojny i stąpający twardo po ziemi. Mama i Tata, którzy pragną swojego dziecka najbardziej na świecie. Dwie drogi do bliskości, budowania więzi, a co za tym idzie – relacji na całe życie. Dzieci odmieniły nas i nasz związek – tak staliśmy się 4-osobową rodziną.

Naprawdę nie wiem, co sobie myślałam, mówiąc do męża w połowie ciąży, że nie chcę jego obecności przy porodzie. Obawiałam się tak wielu sytuacji, że zupełnie nie myślałam o nim. Poród w tamtym czasie kojarzył mi się niezbyt przyjemnie i nie chciałam żeby mój mąż widział mnie w takim stanie. Teraz sobie myślę, że byłam straszną egoistką wypowiadając te słowa…

Kochałam Cię już wtedy, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście. Kochałam jeszcze bardziej, kiedy poczułam pierwsze ruchy. Moja miłość rosła pod sercem każdego dnia. Kiedy poczułam pierwsze skurcze, które przepowiadały Twoje przyjście, byłam przeszczęśliwa, że w końcu Cię poznam. A Tata? Tatusiowie mają chyba trochę inaczej … Przez 9 miesięcy nie mógł sobie wyobrazić, jak to jest. Ale jako pierwszy trzymał Cię w ramionach i dopiero wtedy TO poczuł – niesamowitą bliskość drugiego człowieka i bezwarunkową miłość. 

Przytoczę słowa Borysa Szyca, który w bezbłędny sposób opisuje stawanie się Tatą:

“Myślę, że u facetów świadomość bycia ojcem nie przychodzi na pstryk. My, faceci, nie czujemy dziecka, zanim ono pojawi na świecie. Dotykamy brzucha kobiety, jasne. Cieszymy się jak nas przez ten brzuch kopnie, pewnie. Ale to namiastka tego, co przeżywają kobiety(…) Dlatego potrzebujemy fizycznego kontaktu. Dziecko patrzy nam w oczy, łapie nas za kciuk, uśmiecha się. I wtedy oczywiście oczy nam zachodzą łzami i mamy ochotę krzyknąć całemu światu: “To moje!”. Pod tym względem mamy jakiś rodzaj upośledzenia”.

TATA

Pierwsze chwile bycia rodzicem są naprawdę wyjątkowe.

Kocham to maleństwo do granic możliwości. Trzymam je i płaczę ze szczęścia. Tulę i myślę o wspólnej przyszłości. Karmię, kąpię, przewijam, usypiam i wiem, że będę je kochać zawsze. To rytuały, które pozwalają na zbudowanie między nami czegoś wyjątkowego.

A Tata? Jak ma zbudować swoją relację z dzieckiem, które dopiero mu się zmaterializowało? A wcześniej było tylko wyobrażeniem?

Wzruszające początki rodzicielstwa

MAMA

Do napisania dzisiejszego wpisu skłoniła mnie startująca właśnie, już druga edycja kampanii Emolium „Wpieramy Was od 1. dnia”.  

Nie wiem jak mogłam myśleć, że mąż nie jest mi potrzebny przy porodzie. Był moim największym wsparciem i wiem, że nie dałabym rady bez niego. Myślałam, że będzie mnie denerwował, bo na każdy problem zawsze szukał rozwiązania. A tymczasem po prostu tam był i mnie wspierał. Wachlował teczką, jak było gorąco i dawał swoją rękę do ściskania. Kiedy już dziecko było na świecie to patrzyłam na niego i to wtedy oblała mnie fala miłości. Nagrzewał wcześniej przygotowane pieluszki pod swoją bluzką. 

Przejmował malucha z rąk położnej i przez kilka minut trzymał na rękach. Widok nowonarodzonego dziecka w czułych objęciach Taty, to najpiękniejszy widok. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy jakie to jest ważne. Mój mąż nie dotykał czule brzucha i nie mówił do niego, naprawdę miałam obawy jakim ojcem będzie. Ale kiedy zobaczyłam go z tym zawiniątkiem, upaćkanym w mazi i płaczącym w niebogłosy, wiedziałam już, że będzie dobrze.

TATA

Najpierw nie mogłem uwierzyć w spokój żony. Obudziłem się zdziwiony, gdzie moja z reguły dużo dłużej ode mnie śpiąca, małżonka. Zaglądam do kuchni bo słyszę, że tam właśnie się krząta, a ona z pełnym przekonaniem i zupełnie spokojna oznajmia mi – “Rodzę, zrobiłam ci właśnie kanapki do szpitala”. Potem była karuzela wrażeń, a to nie ma gdzie zaparkować, a to nie ma sali w szpitalu, oczekiwanie w upalnym korytarzu, trochę chłodu złapane przez nas – jeszcze dwoje w zacienionym garażu dla karetek. W końcu jest sala, jest położna, czas pędzi jak oszalały a jednocześnie ciągnie się niemiłosiernie.

Atmosfera na przemian to eskaluje, to daje złapać oddech – zgodnie z rytmem skurczów. Nikt z nas nie wie czego się spodziewać, z każdą minutą wiem, że to może być już, już, już. Staram się nie uronić, nie przegapić, po czym jestem zaskoczony – jak to? Ona już tu jest? Kiedy to się stało? To naprawdę już? Nożyczki, pępowina, gdzie te pieluchy, które ogrzewałem?

Na pierwszym USG pamiętam jakie niesamowite wrażenie zrobił na mnie głośny, rytmiczny odgłos bicia serca – teraz to życie się materializuje.

Kontakt skóra do skóry

MAMA

Kontakt skóra do skóry jest niesamowitym momentem – mam wrażenie, że ta bliskość małego człowieka dała mi sygnał, że właśnie zaczynamy naszą niesamowitą podróż. Jednak kiedy położna położyła mi dziecko na mojej piersi to byłam szczęśliwa i naprawdę… przerażona.  Mimo tego, że nic nam nie zagrażało, ja czułam wewnętrzny niepokój. O to dziecko, o mnie, o to jak sobie poradzimy. Ale kiedy tylko Tata brał je w ramiona, to od razu mi było lepiej.

Wiedziałam, że nie jestem w tym sama. Bliskość drugiej osoby dała nam pewność, że jesteśmy w tym razem. Kobieta i mężczyzna, którzy dzięki tej więzi stają się Rodzicami. Pierwsze karmienie wcale nie wywołało u mnie napływu miłości, a raczej ból i niedowierzanie, że tak to wygląda.

TATA

Podziw dla żony, wdzięczność, czułość, miłość, nieopisywalność i niesamowitość. Od kiedy córka jest na świecie wszystko dla mnie przyspieszyło. Jest tyle rzeczy do załatwienia. Tymczasem mam wrażenie żona na przeciwległym biegunie. Ona zrobiła co swoje, teraz uspokojona odpoczywa i odpływa. Emanuje z niej spokój i szczęście. Za to wciąż rzeczowo dyryguje personelem. Jak ona może to tak spokojnie ogarniać?

Pierwsza kąpiel

MAMA

W naszej kulturze się utarło, że Tata to jest ten koleś od kąpieli. A mój mąż przez chwilę spróbował, po czym powiedział: “Ja nie będę tego robił. Sorry. Za dużo stresu mnie to kosztuje”. Moja pierwsza reakcja była dość nerwowa. Poczułam się jakby ktoś mi dał policzek w twarz. Odmówił spełnienia mojej prośby. Jeszcze w ciąży miałam perfekcyjny obrazek w głowie, jak cudownie mój mąż będzie kąpał nasze dziecko. Jego silna dłoń utrzyma wątłe ciałko, a ja będę się tylko przyglądać.

Tymczasem mój mąż wyszedł z łazienki i powiedział, że więcej tego robić nie będzie. Łzy w połogu lecą same i nawet rozlane mleko powoduje histerię. A co dopiero taka sytuacja? Od tamtego czasu robiliśmy to razem. Ja trzymałam berbecia, a on mył miękkie fałdki. Córa miała bardzo suchą skórę, więc od początku używaliśmy Emolium. Poradziła mi go moja znajoma, doświadczona mama 3 dzieci.

TATA

Szpitalna zmyła. Kiedy patrzę jak pielęgniarka wkłada córkę sprawnie pod kran, szast prast, minuta osiem i dziecinka umyta – wygląda to jak bułka z masłem. Tymczasem jak człowiek sam bierze tego berbecia na ręce, ma wrażenie że złamie, urwie, zepsuje… nie ma takiej opcji. To takie drobne, małe, kruche a do tego ruchliwe. Namydlona wyślizgnie się, zachłyśnie, zadławi… NIE MA TAKIEJ OPCJI! Przy kąpieli zawsze brakowało nam rąk, dlatego do wody dodawaliśmy olejek do kąpieli. Ciężko było jedną dłonią trzymać noworodka, a drugą dodawać płyn do mycia malucha. Tak było zdecydowanie łatwiej.

Budowanie bliskości MAMA vs TATA

Według mnie mamie jest zdecydowanie łatwiej, ma odpowiednie narzędzia, podpowiada jej wiele instynkt i ma dopalacze w postaci hormonów. A Tata? Kąpiel, usypianie, wieczorne czytanie to właśnie te elementy tworzą zaangażowanie. Właściwie każdy facet może być ojcem, ale Tatą może się stać. Wszystkie czynności związane z budowaniem więzi niesamowicie wpłynęły na nas, jako dorosłych ludzi. Tak blisko nigdy nie byliśmy. Każdy rytuał, który służy pogłębianiu więzi i tworzeniu wspaniałej relacji zaprocentuje na przyszłość. Naszą i naszych dzieci. Wiele osób postrzega pielęgnację i rytuały jako obowiązki, a są one bardziej wartościowe niż mogłoby się nam wydawać.

A wsparcie drugiej osoby w tej nowej sytuacji – bezcenne. Wspierajcie się nawzajem kochani!

I chociaż często chcemy żeby nasza bliskość wyglądała tak:

To najczęściej wygląda tak:)

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, kliknij „Lubię to” na naszym fanpege’u. Dziękuję:)

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Ja nie mam na to czasu! Jak się organizować będąc mamą?

Znacie to porzekadło, że więcej czasu ma się dopiero przy drugim dziecku? Ja znałam, ale wcale w to nie wierzyłam. Jak to możliwe, że przy większej ilości obowiązków masz więcej czasu? Niemożliwe! A jednak tak się stało – przy dwójce dzieci lepiej radzę sobie z organizacją

Oczywiście, dodacie, że dzieci są różne, ale tak naprawdę są takie sposoby, które można wykorzystać z powodzeniem w wielu domach.

Dziś chciałabym napisać o tym jak się organizuję będąc mamą, która pracuje w domu. Wcześniej przy pierwszym dziecku nie wpadłyby mi te pomysły do głowy. Przyznam szczerze, że drugie dziecko nauczyło mnie większej organizacji i dzięki tamu udaje mi się wiele rzeczy zrobić w ciągu dnia.

Oczywiście wcale nie uważam, że jestem super zorganizowaną mamą i zdarzają mi się wpadki. Te patenty działają u mnie i wcale mogą nie zadziałać u kogoś innego – zdaję sobie sprawę, ale czasami jest tak, że nie możemy wpaść na coś prostego, a tak rewolucyjnego.

Jak to wygląda u nas

Kalendarz lodówkowy

Jest to mój kalendarz, który wisi na widoku cały czas. Zapisuję tam najważniejsze wydarzenia rodzinne, wizyty lekarskie, eventy, spotkania. W tym kalendarzu wszystko mam na widoku w czasie kiedy jestem w kuchni. Wcześniej używałam kalendarza drukowanego – miesięcznego, ale od jakiegoś czasu mam magnetyczny ze suchościeralnym mazakiem. Sprawdza nam się świetnie i żałuję, że nie zamówiłam go wcześniej. Z racji tego, że głównie pracuję w domu to nie muszę mieć wersji mobilnej mojego kalendarza.  Kalendarz i dodatki są z Familiowo.

Notatki w telefonie

Robię je bardzo często używając funkcji głosowej. Ja dyktuję – notatnik zapisuje. Tak samo przygotowuję się do pracy. W ciągu dnia zbieram pomysły, gotowe zdania w notatniku. A póżniej kiedy Julek śpi – spisuję je. Jest mi tak o wiele łatwiej. Notatnik mam kompatybilny z komputerem (Mac), więc często kopiuje je prosto do wpisu lub meila.

Mniej rzeczy

Średnio raz na 2 miesiące robię selekcję rzeczy, które mamy. Dotyczy to zarówno zabawek, ubrań, przedmiotów domowego użytku. Kiedy mamy w domu MNIEJ rzeczy – mamy mniej obowiązków. Naprawdę tak to działa: mniej ubrań do prania, mniej zabawek do sprzątania, mniej talerzy do zmywania itd.

Plan dnia z dziećmi

Wyrobiłam sobie nowy plan dnia, odkąd jest z nami Julek i wydaje mi się, że działa. Otóż jednym z patentów, który stosuję jest drzemka w domu. Julek śpi około 2h do 2,5 w ciągu dnia i dzień zawsze rano planuję tak:

czas do drzemki (sprzątanie, zakupy, praca, pranie)

drzemka w domu (poświęcam ten czas na pracę lub czas dla mnie)

czas po drzemce: obiad, odebranie Lili, plac zabaw, rytuały wieczorne.

Kiedy mam na przykład umówione spotkanie to właśnie przed lub po drzemce. Zawsze tego pilnuję i dzięki temu mam sporo czasu dla siebie. Taki nawyk wypracowałam i sprawdza nam się znakomicie. Dodam, że jak jest weekend i gdzieś jedziemy, to Julek już nie umie spać w wózku przy hałasie – budzi się po 40 minutach i później jest niewyspany.

Z Lilką nie umiałam aż tak ustalonego dnia i dlatego gorzej się organizowałam. Co będzie jak przestanie spać w dzień? Już teraz zaczynam powoli wdrażać pracę po śniadaniu. To jest ten czas, kiedy dzieci mają najdłuższy czas koncentracji i potrafią bawić się same (przy przystosowanym otoczeniu).

Przystosowane otoczenie

Czyli przestrzeń w mieszkaniu, która wymaga niewielkiej naszej pomocy aby dziecko mogło się uczyć samodzielności. Staram się aby dzieci mogły korzystać same z toalety, zlewu, kosza na śmieci itd. To naprawdę wiele daje, a efekt jest taki, że ja nie muszę chodzić za nimi krok w krok, a one dzięki temu wzmacniają poczucie własnej wartości.

Obowiązki domowe

Każdy z nas ma swoje obowiązki i tak samo uczę dzieci, że np. podlewamy kwiaty, zanosimy brudne rzeczy do pralki, wkładamy talerz do zlewu po jedzeniu itd. Każdy z nas mieszka w tym domu, a ja nie chcę robić tego wszystkiego za nich. Małe czynności powodują, że dzieci do tego się przyzwyczajają. A później kiedy są starsze jest to dla nich zupełnie naturalne i nie doznają szoku, że w domu to wszystko  robi się samo.

Wspominałam Wam też kiedyś i przyznaję się do tego, że mam pomoc do sprzątania, bez niej byłoby mi zdecydowanie trudniej i jeden cały dzień w tygodniu musiałabym poświęcić na sprzątanie. Do tego: nie prasuję, obiady gotuję raz na dwa dni lub kupuję w barze mlecznym, odkurzam kilka razy w tygodniu i piorę 3 razy w tygodniu (żeby zapełnić suszarkę bębnową zbieram pranie).

Rezygnacja z telewizji

To zmieniło się około 2 lata temu i mogę śmiało powiedzieć, że dzięki temu mam więcej czasu. Zupełnie nie odczułam jej braku, a zyskałam naprawdę sporo wolnego. Pamiętam, jak Lila była mała to dzień zawsze zaczynałam od telewizji śniadaniowej. I tak czas do godziny 11 przechodził mi przez palce – dosłownie. Teraz do 11 mam już tyle zrobione, że naprawdę jestem w szoku.

Mniej bezsensownego siedzenia na telefonie

Oczywiście jest mi trochę trudniej, bo nawet zwykłe przeglądanie Facebooka mogę podciągnąć pod moją pracę, to staram się być czujna, kiedy po prostu marnuję czas. Kontroluję czas spędzony w internecie sprawdzając w ustawieniach baterii w telefonie. Nadal zajmuje mi to dużo, bo odpowiadam na Wasze wiadomości, komentarze, ale jest to dla mnie wartościowy czas. Kiedy widzę, że zaczynam bez sensu scrolować ekran to odkładam telefon.

Nie mam wyrzutów sumienia

Kiedyś je miałam i przez to trochę gorzej szła mi organizacja czasu dla siebie. Nie miałam go prawie wcale, a i tak miałam wyrzuty sumienia. Teraz, tak szczerze, to nie zastanawiam się, że mogłam coś zrobić lepiej, czy się nie przyłożyłam. Akceptuję to jak jest i staram się nie myśleć. Przestałam dążyć do ideałów i jest mi z tym zdecydowanie lepiej.

Mam takie dni, że przedkładam niektóre czynności nad drugie i jest mi z tym dobrze. Kiedyś  miałabym z tego powodu wyrzuty sumienia, że wolę pracować niż np. zrobić obiad. Teraz nie mam i bardzo mi to pomaga.

I zawsze planowanie zaczynam od KAWY 🙂

Cały czas się uczę i dużo czytam o organizacji czasu

Od dawna należę do największej grupy na Facebooku o organizacji czasu i naprawdę wiele z niej czerpię. Ola Budzyńska, znana jako Pani Swojego Czasu dosłownie mnie zaraziła chęcią do bycia Panią Swojego Czasu i słuchajcie to naprawdę działa. Ja nie chcę żeby mi dni uciekały przez palce (a i tak uciekają). Kiedy dowiedziałam się, że Ola planuje kurs dla mam to dosłownie krzyknęłam z zachwytu. Kto jak kto, ale my- mamy potrzebujemy zawsze tych kilku godzin dodatkowych w ciągu doby żeby ze wszystko ogarnąć. I tak jest już: Kurs Mama ma czas.

Do tego Ola Budzyńska zaprosiła mnie do stworzenia bonusa dla uczestników, którzy kupią ten kurs z linków na dole tego wpisu. Jeżeli zdecydujecie się na naukę organizacji czasu to dostaniecie materiały, które przygotowałam dla Was. A są to:

  • Początki macierzyństwa – jak to zrobić żeby od początku dobrze się organizować
  • Lista prezentów (0-6 lat) do druku – zrobiłam Wam ściągę prezentów z podziałem na wiek do 6 roku życia. Dzięki temu będzie Wam o wiele łatwiej szukać czegoś wartościowego dla dziecka
  • Przystosowane otoczenie – lista miejsc domu z podziałem na wiek, które warto przystosować do potrzeb dziecka, czyli np. co 2 latek jest w stanie zrobić sam

Ja już mam do niego dostęp i mogę śmiało Wam polecić, bo to co w nim jest może zrewolucjonizować życie niejednej rodziny. Dlaczego? Bo pokazuje, że to nie chodzi o to żeby Mama wszystko sama ogarniała i do tego miała czas dla siebie. Dzięki kursowi spojrzycie na cała swoją rodzinę i dostaniecie gotowe narzędzia do pracy. Jest tam całe mnóstwo wskazówek, które mogą Wam pomóc. Co najlepsze jest to kurs online, który robicie we własnym tempie. Każdy moduł jest w różnych formach: video, audio, pisany. Możecie audio puścić w drodze do pracy lub podczas zmywania. Ja np. jestem wzrokowcem i muszę mieć tekst przed oczami żeby się czegoś nauczyć.

Znajdziecie tam też ciekawe wskazówki odnośnie wychowywania dzieci, które bazują na Pozytywnej dyscyplinie. Mnie osobiście zachwyciła lista na lodówkę dla całej rodziny zachowań, które można poprawić i cały wykład o tym, dlaczego dzieci zachowują się źle (a to wszystko przez ten mózg) albo jak motywować dzieci. Cały kurs jest spójny i bardzo ciekawy.

Sprzedaż kursu trwa od 28 maja do 4 czerwca.

Cały kurs jest naładowany po brzegi ciekawymi informacjami i jest dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej! A do tego sposób podania tej wiedzy jest tak ciekawy, że aż się chce włączyć kolejny moduł i zacząć wdrażać te sposoby w życie.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

A co ludzie powiedzą? – o publicznym karmieniu piersią

Kiedy urodziłam swoje pierwsze dziecko to o karmieniu piersią nie wiedziałam prawie nic. Wiedziałam jedynie, że jest zdrowe i służy profilaktyce wad wymowy, bo tego uczyli mnie na studiach. Do samego karmienia piersią podeszłam z dużym dystansem i uznałam, że jak się uda to fajnie, a jak nie – to też świat się nie zawali. Nie myślałam też o tym za dużo i jak już trzymałam moje pierwsze dziecko w ramionach, to dopiero wtedy do mnie to wszystko dotarło.

Nie możesz jeść truskawek.

Nie możesz pić kawy.

Nie możesz wyjść z domu na dłużej bez dziecka.

Nie możesz wyjść na spacer i nakarmić go na ławce w parku. 

Nie możesz podać smoczka, bo to zaburzy laktację.

A co najwyżej możesz mieć zapalenie piersi i ropień.

Gdzie nie odwróciłam głowę, to słyszałam SAME zakazy o karmieniu piersią

I wiecie co? Ja nie lubiłam karmić, bo wszędzie widziałam utrudnienia. Nie cieszyłam się z tego, że to naprawdę coś świetnego karmić swoje dziecko, tylko dostrzegałam mnóstwo ograniczeń. Ile to ja razy myślałam żeby skończyć i się tym nie martwić? Ale wtedy czułam się jak najgorsza matka.

W 2012 roku w Polsce wiedza o laktacji dopiero zaczynała kiełkować. Wciąż powielano mity na temat diety mamy karmiącej – sama się do niej rygorystycznie stosowałam i po zjedzeniu truskawek obserwowałam wzmożoną nerwowość mojego dziecka, która tylko dawała potwierdzenie ludowym zabobonom.

Dałam sobie wmówić, że miejsce mamy jest zawsze przy dziecku i nie może sobie „ot tak” wychodzić. Było niewiele miejsc przystosowanych do potrzeb mam i dzieci, więc nawet jak wychodziłam sama z wózkiem to tylko na chwilę żeby przypadkiem nie musieć karmić gdzieś publicznie. Mamy karmiące były widywane niezwykle rzadko i traktowane jako obiekt nietypowy. Za to na każdym kroku były reklamy mleka modyfikowanego, które nęciło niewyspane i znerwicowane matki, aby ukrócić ich męki.

Sama wpadłam w tę pułapkę, że karmienie piersią jest trudne, wymaga poświęcenia i nie pozwala na normalne funkcjonowanie

Pamiętam jak pierwszy raz miałam nakarmić dziecko w galerii to myślałam, że się spalę ze wstydu. Chociaż siedziałam w najdalszym kącie, to byłam tak zdenerwowana, że pomoczyłam sobie bluzkę. Marzyłam o tym żeby zapaść się pod ziemię. Myślałam, że wszyscy na mnie patrzą. Jak w końcu moje dziecko przestało głośno upominać się o swoje, a zaczęło rytmicznie połykać, to rozejrzałam się w koło. Nikt na mnie się nie gapił, nikt nie służył „dobrą” radą, a moje dziecko było spokojne. Ja za to zaczęłam dochodzić do siebie – narzuciłam szalik na mokrą plamę i pomyślałam, że to nie jest takie straszne.

Wtedy uważałam, że to intymny moment miedzy mamą, a dzieckiem, który trzeba celebrować. Patrzeć głęboko w oczy, cieszyć się każdą chwilą i czekać na kolorową tęczę z jednorożcem nad naszą głową. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że dziecko potrafi się przyssać na 45 minut. I owszem na początku patrzymy sobie w oczy, ale ile można?! Ten czas spędzałam czytając książkę lub marnotrawiłam na siedzenie na Facebooku.

W tym czasie wiele razy myślałam o tym żeby przestać karmić i pozbyć się wszystkich problemów. Marzyły mi się pierogi z kapustą i grzybami na wigilię, ale nawet bałam się spojrzeć w ich stronę.

Chciałam zapisać się na fitness jak córka miała kilka miesięcy, ale nie bardzo chciała pić z butelki, więc nie miałam możliwości.

Siedziałam sama w domu i się frustrowałam, że karmienie piersią mnie ogranicza. Naprawdę poczułam ulgę, kiedy odstawiłam dziecko.

Teraz wiem, że te wszystkie ograniczenia to były bzdury. Od 2012 roku wydarzyło się tak dużo, że nie jest już tak jak kiedyś. Tak bardzo się cieszę, że są takie osoby jak Agata, które włożyły całe swoje serce w pracę nad świadomością matek. Kiedy znów zaczynałam drugą przygodę z karmieniem w 2016 roku byłam już tak wyluzowana, że na obiad po powrocie ze szpitala zjadłam kilogram truskawek. I co? Nic! Moje dziecko było takie jak wcześniej.

A wiecie jak działa publiczne karmienie piersią? Oswaja społeczeństwo. Im więcej mam karmiących w przestrzeni publicznej, tym bardziej wydaje się to nam normalne. Ja wcześniej myślałam, że to tak nie działa, a jednak. Ludzie wciąż nie są przyzwyczajeni (szczególnie starsze pokolenie) do obecności mam z malutkimi dziećmi np. w autobusach lub restauracjach.

Kiedyś nie było takiego zwyczaju, bo infrastruktura miejska nie była przyjazna wózkom, więc dzieci zostawiało się  w domu, a do miasta jechało się samemu po sprawunki. Teraz jest inaczej, ta rewolucja dzieje się na naszych oczach i ja się z tego ogromnie cieszę, bo mama nie może siedzieć całymi dniami sama w domu.

Gdyby ktoś mi 6 lat temu zaproponował udział w kampanii promującej publiczne karmienie piersią to od razu bym odmówiła.

A teraz się zgodziłam i to z jaką chęcią!

Musimy zmieniać zaściankowe poglądy o tym, że miejsce matki z dzieckiem jest w domu. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że dziecko karmione piersią nie je z butelki i często nie używa smoczka. Więc kiedy dziecko płacze w przestrzeni publicznej to najskuteczniejszą metodą uspokojenia jest ssanie.

Często ludzie nie wiedzą, jak mają zareagować na mamę karmiącą. Czy powinni udawać, że jej nie widzą, czy może przypatrywać się? A może powinni traktować ją, jak każdego innego gościa w restauracji?

Jest wiele miejsc, w których nie bardzo wiemy, jak możemy się zachować, czy np. można karmić w kościele albo w parku.

Wiecie jak się nazywa ta kampania społeczna?

„Koniec zabawy w chowanego” – nie można było wymyślić lepszej nazwy. Kampania edukuje, oswaja, a przede wszystkim podaje mnóstwo rozwiązań hipotetycznych sytuacji, które mogą spotkać mamę karmiącą i jej otoczenie.

Razem ze specjalistami stworzyliśmy Vademecum kultury karmienia piersią w miejscach publicznych dla mam i otoczenia. Partnerem akcji jest Femaltiker, który wspiera mamy karmiące.

Vademecum możecie przeczytać TUTAJ

W akcji wzięły udział:

Agata z hafija.pl

Marta z Superstyler 

Alicja z Mamalla.pl

Jest to zbiór sytuacji, które mogą spotkać mamę karmiącą  w parku, w galerii handlowej, w kościele lub w restauracji. Często nawet personel nie wie jak ma reagować na mamę karmiącą swoje dziecko – właśnie dlatego powstało Vademecum.

Tu nasz film o karmieniu piersią w restauracji. W spocie wzięła udział – moja czytelniczka Ania. Dziękuję za ogromne zaangażowanie 🙂

A my razem z naszymi czytelniczkami nagrałyśmy filmiki, które przedstawiają hipotetyczne sytuacje związane z publicznym karmieniem piersią.

Eksperci z dziedziny psychologii i kultury zgodzili się odpowiedzieć na trudne pytania dotyczące uprzedzeń społeczeństwa. Wszystkie wypowiedzi są niezwykle interesujące i możecie je przeczytać lub obejrzeć TUTAJ.

Zachęcam Was gorąco do wspierania tej kampanii społecznej, bo dzięki temu możemy dotrzeć do jeszcze szerszego grona, które wciąż powiela mity na temat karmienia piersią, a tym samym ogranicza mamę karmiącą. Będzie nam bardzo miło jeżeli przyłączycie się do tej ważnej kampanii i udostępnicie ten wpis z informacjami o akcji.

A sama dodam od siebie, że ja mam dość tej zabawy w chowanego i wiem, jak ta kampania jest potrzebna, bo sama taką mamą byłam.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Prezenty na Dzień Dziecka do 100 zł (70 propozycji wspierających rozwój)

Prezenty na dzień dziecka do 100 zł, które są ciekawe i przyjazne kieszeni kupującego. Dziś chciałabym Wam zaprezentować świetne propozycje, które być może ułatwią Wam poszukiwania prezentu idealnego. Wszystkie typy podzieliłam wiekowo żeby pomóc Wam w odnalezieniu czegoś ciekawego.

tu łapcie najnowszy wpis Prezenty na Dzień Dziecka

1. Najciekawszy prezent na dzień dziecka do 100 zł. Propozycje dla dzieci w wieku 0-12 m.

prezenty dla dzieci do 100 zł
  1. Zawieszki sensoryczne Little leaf  i baby gym ( 49 zł)
  2. Piłki sensoryczne TUTAJ  (89 zł)
  3. Telefon Janod TUTAJ (62 zł)
  4. Perełki motoryczne Manhattan toy TUTAJ (89 zł)
  5. Książeczka sensoryczna Skip hop  TUTAJ (90 zł)
  6. Gryzak i zawieszka do smoczka Little leaf (75 zł)
  7. Książeczka Baby faces TUTAJ (42 zł)
  8. Zabawka motoryczna z przyssawką Manhattan toy TUTAJ (107)
  9. Książeczka czarno-biała z lusterkiem Mali przyjaciele TUTAJ (18 zł)
  10. Gryzaki, które mogą służyć też jako zabawki kąpielowe Oil&Carol TUTAJ (od 62 zł)

2. Najciekawsze prezenty dla dzieci do 100 zł. Propozycje dla dzieci w wieku 1-2 lata

  1. Personalizowane piosenki dla dzieci (24 zł)
  2. Sorter z delikatnymi dźwiękami Tomy TUTAJ (29 zł)
  3. Puzzle drewniane 3D Vilac TUTAJ (37 zł)
  4. Puzzle jednoelementowe (z podpowiedzią) HAPE (36 zł): Farma TUTAJ, Pojazdy TUTAJ, Pojazdy pion TUTAJ
  5. Aparat Janod TUTAJ (57 zł)
  6. Puzzle Vilac TUTAJ (37 zł)
  7. Laweta Vilac TUTAJ (76 zł)
  8. Magnetyczny samolot Janod TUTAJ (75 zł)
  9. Klocki Plan toys w woreczku TUTAJ (76 zł)
  10. Klocki sensoryczne Vilac TUTAJ (98 zł)
  11. Lekki rowerek Lena TUTAJ  (38 zł)

3. Najciekawsze prezenty na dzień dziecka do 100 zł. Propozycje dla dzieci w wieku 2-3 lata

  1. Podłogowe puzzle Mudpuppy (69zł): Mapa TUTAJ, Leśne zwierzęta
  2. Seria książek o Kastorze (19 zł sztuka): Majsterkuje TUTAJ, Piecze TUTAJ, Uprawia fasolkę TUTAJ, Naprawia rower TUTAJ, Szyje TUTAJ
  3. Plecak Skip hop Małpa TUTAJ  (75 zł)
  4. Magformers, zestaw startowy TUTAJ  (104 zł)
  5. Drewniane domino XL Janod TUTAJ (45 zł)
  6. Pierwsza gra „W ogrodzie” Haba TUTAJ (77 zł)
  7. Zestaw fryzjerski, który świeci i wydaje dźwięki Braun TUTAJ (114 zł)
  8. Niezniszczalne auta Bruder TUTAJ (99 zł)
  9. Pastele żelowe Djeco TUTAJ (34 zł)
  10. Zestaw do ćwiczeń motoryki małej TUTAJ (45 zł)
  11. Baw się i ucz z Dudu i Bibi (24 zł)

4. Najciekawsze prezenty dla dzieci do 100 zł. Propozycje dla dzieci w wieku 3-4 lata.

grafika zawierająca prezenty na dzień dziecka 3-4 lata
  1. Gra Akrobaci Vilac TUTAJ (77 zł)
  2. Kasa Bigjigs TUTAJ (99 zł)
  3. Klocki Plus plus TUTAJ  (49 zł)
  4. Książka Animalium wyd. Dwie siostry TUTAJ (42 zł)
  5. Koraliki B.Toys TUTAJ (84 zł)
  6. Gra rybki magnetyczne Janod TUTAJ (98 zł)
  7. Gra Jenga Janod TUTAJ (86 zł)
  8. Myszka Maileg w pudełku TUTAJ (79 zł)
  9. Interaktywny piesek Animagic (Lila ma go od 2 lat i jest to ulubiona maskotka) TUTAJ (41 zł)
  10. Kulodrom Plan toys TUTAJ, (80 zł)
  11. Kalejdoskop Vilac TUTAJ (35 zł)

5. Najciekawszy prezent na dzień dziecka do 100 zł. Propozycje dla dzieci w wieku 5-6 lat

  1. „GOTUJ Z ALĄ I ANTKIEM. KSIĄŻKA KUCHARSKA DLA DZIECI” do kupienia TUTAJ (49 zł)
  2. Gabinet anatomii, wyd.  Dwie siostry – TUTAJ (51 zł)
  3. Klocki konstrukcyjne Zoob Inventors – TUTAJ (70 zł)
  4. Sekretny ptaszek, który nagrywa głos Cobi – TUTAJ (63 zł)
  5. Drewniane klocki magnetyczne Magnestix – (67 zł)
  6. Miś Epiś do opieki – TUTAJ (29 zł)
  7. Piękny zestaw artystyczny Janod – TUTAJ (64 zł)
  8. Najdłuższe puzzle (200 cm) Londji – TUTAJ (99 zł)
  9. Lornetka Navir – TUTAJ (84 zł)
  10. Gra rodzinna o emocjach (nasz must have)- TUTAJ (76 zł)
  11. Piękne borkatowe mazaki Djeco – TUTAJ (36 zł)
  12. Playmobil szkoła – TUTAJ (136 zł)
  13. Dostęp do audiobooków i kilkuset bajek TUTAJ (35 zł)

6. Najciekawsze prezenty na dzień dziecka do 100 zł. Propozycje dla dzieci w wieku 6 lat plus

  1. Dostęp do audiobooków i kilkuset bajek TUTAJ (35 zł)
  2. Rewelacyjne zegarki z celulozy Paperwatch – TUTAJ (69 zł)
  3. Gra rodzinna o mózgu Cortex- zobaczcie recenzję,  do kupienia – TUTAJ , jest też wersja dla młodszych – TUTAJ (42 zł)
  4. Aquabeads do robienia mozaiki – TUTAJ (67 zł)
  5. Puzzle obserwacyjne Janod – TUTAJ (89 zł)
  6. Spirograf Quercetti – TUTAJ (71 zł)
  7. Puzzle Mudpuppy kosmos z elementami w kształcie planet TUTAJ (65 zł)
  8. Budzik Lego – TUTAJ  (97 zł)
  9. Długopis 3D – TUTAJ (92 zł)
  10. Opowieści na dobranoc młodych buntowniczek – TUTAJ (34 zł)

A tu inspiracje na konkretny wiek:

Prezent na roczek 100 inspiracji

Prezenty dla 2 latka

Prezenty dla 3-latka

Prezent dla 4 latka

Prezenty dla 5-latka

Prezenty dla 6 latka

Prezenty dla 8-latka

Prezenty na święta dla dzieci 2021

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij Lubię to lub udostępnij go swoim znajomym – podziękują Ci

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

10 powodów, dla których warto chodzić z dziećmi na basen

Nie umiem pływać. Nigdy się nie nauczyłam i już prawdopodobnie nigdy to mi się nie uda. Do tego mam silnie rozwiniętą hydrofobię. Kiedy nawet przejeżdżam przez most lub w pobliżu jest woda to czuję lęk, właśnie dlatego, że nie umiem pływać. Dlaczego tak się stało?

Pierwszą styczność z wodą miałam bardzo późno. Mama mnie zapisała na basen jak miałam 7 lub 8 lat. Po dwóch zajęciach musiałam zrezygnować, bo było to dla mnie doznanie traumatyczne. Do dziś pamiętam, jak stoję nad brzegiem basenu i instruktor każe mi wskoczyć trzymając się jedynie kijka do wody, która ma głębokość 3,5 m. Nie wskoczyłam – jak wszystkie dzieci z mojej grupy i nigdy więcej na te zajęcia nie poszłam.

Myślę, że tak się stało dlatego, bo już wtedy miałam duży lęk przed wodą. Wiedziałam, co może się stać i sama myśl mnie paraliżowała. Później, jak byłam studentką to próbowałam jeszcze raz nauczyć się pływać i niestety mi się nie udało. Ale pokonałam odrobinę strach i umiem pływać na plecach. Jednak i tak nie wypłynę w miejsce, gdzie pod palcami nie będę czuła dna.

Dlatego od samego początku tak bardzo mi zależało żeby moje dzieci chodziły na basen i z wodą oswajały się od małego.

Dziś razem z marką Pampers chciałabym Wam opowiedzieć o korzyściach, które płyną z ruchu w wodzie. Jest ku temu dobra okazja, bo właśnie na rynek weszły nowe pieluszki dla maluchów na basen.

1. Dzieci, które od małego chodziły na basen nie boją się wody.

Mój przykład jest doskonały – nie miałam możliwości wcześniejszego chodzenia na basen, więc pojawiła się reakacja obronna, która tylko narastała. Maluchy nie znają zagrożeń związanych z wodą, dlatego się nie boją. Im później zaczynamy chodzić z dziećmi na basen tym istnieje większa szansa, że będą się tego bały.

2. Dzieci w wodzie czują się bezpiecznie.    

Rodzice często zapominają o tym, że dzieci spędziły 9 miesięcy w wodzie i jest to dla nich bardzo naturalne środowisko.

3. Chodzenie na basen buduje bliskość   

W domu często mamy sporo obowiązków i nawet jak już bawimy się z dzieckiem, czy też czytamy – to wciąż myślimy o różnych innych sprawach takich jak gotowanie obiadu, praca, porządki. Na basenie jest tak duża stymulacja sensoryczna, że odcinamy się od spraw domowych. Myślimy o tym, co jest tu i teraz.

4. Kontakt twarzą w twarz     

Basen to chyba jedno z niewielu miejsc, gdzie twarz dziecka jest na wysokości twarzy rodzica. Można to wykorzystać do wspomagania rozwoju mowy i rozpoznawania emocji.

5. Pływanie i ruch w wodzie znakomicie wpływa na wzmacnianie mięśni całego ciała.

Często nawet terapeuci SI zalecają zajęcia na basenie żeby wzmocnić mięśnie obręczy barkowej, która ma wpływ  np. na prawidłowy chwyt narzędzia pisarskiego.

6. Pływanie to nic innego, jak zaawansowane ćwiczenia koordynacji

Jest nam potrzebna w wielu codziennych sytuacjach. Dzięki tej zdolności możemy uprawiać inne, bardziej zaawansowane sporty.

7. Jest to chyba najmniej kontuzyjny sport jaki znam 

Nie da się skaleczyć, upaść, połamać. Pływanie jest naprawdę zdrowe. Do tego jest to świetny sport dla osób, które nie mogą z różnych przyczyn ćwiczyć np. są otyłe lub mają schorzenia układu ruchu

8. Zajęcia na basenie odwrażliwiają zmysł dotyku

Jeżeli Wasze dzieci nie lubią myć głowy lub nie znoszą kąpieli to ruch w wodzie pomoże się oswoić.

9. To naprawdę wartościowy czas z dzieckiem           

Możemy z nim rozmawiać, bawić się bez żadnych przeszkód. Odkładamy wszystkie urządzenia elektroniczne i zajmujemy się sobą.

10. Pływanie to przede wszystkim świetna zabawa     

Ruch w wodzie znakomicie wpływa na rozwój ruchowy dzieci. Nawet jeżeli będziemy bawić się z nim w proste zabawy, to ono skorzysta na nich dwukrotnie. Od małego możemy chodzić na różne zajęcia: grupowe lub indywidualne. Na basenie każdy znajdzie coś dla siebie. A przebywając z dzieckiem w wodzie stymulujemy jego rozwój.

Wybierając się na basen mamy zawsze przygotowaną torbę z niezbędnymi akcesoriami, a ostatnio nawet dokupiliśmy kilka gadżetów żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ten czas. Pływanie pod wodą z maską to naprawdę inne wyzwanie i wyższy poziom zaawansowana.

A co mamy jeszcze na basenie?

  • ręczniki z kapturkami
  • skarpetki antypoślizgowe
  • szczotkę do rozczesania włosów po wysuszeniu
  • klapki
  • stroje
  • zabawki do wody
  • okularki/maskę/rurkę/płetwy
  • pieluszki do pływania

Przy ostatnich wizytach na basenie testowaliśmy nowość na rynku, czyli Pampers Splashers. Pieluszki są miękkie i kolorowe. Na każdej z nich jest rysunek z motywem morskim. Zwróciłam uwagę przede wszystkim na gumeczki, które nie obciskają brzucha. Pielucha trzyma się na miejscu nawet jak jest cała mokra.

Do tego idealnie przylegają do nóżek dziecka, więc grubsza sprawa nie przedostanie się na zewnątrz. Pieluszki bardzo szybko się wkłada i zdejmuje – nawet jak są mokre. Na koniec wystarczy je rozerwać i gotowe. Najważniejsze, że dziecko jej w ogóle nie czuje na sobie i może swobodnie pływać.

Ja cały czas sobie obiecuję, że będziemy chodzić na basen jeszcze częściej, bo to niesamowita frajda dla dzieci. A już za dwa tygodnie będziemy korzystać z basenów codziennie, bo wyjeżdżamy na wakacje. Tak, czy inaczej od września chcę zapisać Lilę na lekcje pływania.

Jest już na tyle oswojona z wodą, że wykorzysta wszystko to, czego się nauczyła przez 6 lat. A Julek nadal będzie z nami chodził i cieszył się na sam widok torby na basen w przedpokoju. Mam nadzieję, że Was przekonałam żeby zabierać dzieci na basen jak najczęściej – to fajny, rodzinny czas wykorzystany w 100 %.

SMARTPARENTING - nebule.pl dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej