kontakt i współpraca
Fidget spinner – co to jest? Dlaczego dzieci tak go uwielbiają, jaki ma na nie wpływ i skąd się wziął na rynku? W dzisiejszym wpisie znajdziecie odpowiedzi na te pytania oraz napiszę Wam moją opinię na jego temat, czy faktycznie jest taki niebezpieczny.
Zabawka wcale nie jest taka nowa. Ma ponad 24 lata, a wymyśliła ją Cetherine Hettinger. W jaki sposób powstał Fidget spinner? Sama Catherine w wywiadzie dla New York post powiedziała, że pomysł na tę zabawkę zrodził się w jej głowie, kiedy zobaczyła dość przykre zdarzenie w Izraelu. Była świadkiem agresji grupy chłopców, którzy obrzucali kamieniami kordon policji.
Hettinger jest wykształcenia inżynierem i pomyślała, że chciałaby stworzyć zabawkę lub przedmiot, który rozładuje napięcie i zajmie dłonie dzieci.
W wywiadzie dla Guardian, zdradziła, że sam projekt narodził się w jej głowie kiedy … zachorowała na chorobę immunologiczną (Miastenię), której jednym z objawów było osłabienie mięśni. Nie mogła bawić się ze swoją córką, więc wymyśliła Fidget spinner.
W 1993 chciała sprzedać swój pomysł dla firmy Hasbro, jednak oni nie widzieli w tej zabawce żadnego potencjału. Nikt nie mógł się spodziewać, że 24 lata później zabawka będzie takim hitem i firma, która będzie miała je na wyłączność zarobi miliardy dolarów. A sama Hettinger nie zarobiła na nim nawet dolara.
Niewiele osób wie, że jej prototyp znacznie się różnił od dzisiejszego Fidget spinnera. Wyglądał raczej jak rozłożony parasol, który nakłada się na palec i kręci. Catherine założyła niedawną publiczną zbiórkę na jej klasyczny Fidget spinner TUTAJ Sama chce wyprodukować go na nowo. Zobaczcie jak on wygląda:
4 maja 2017 roku Scott McCoskery w wywiadzie dla National Public Radio oznajmił, że to on 2014 zaprojektował Fidget spinner i nazwał go Torqbar, który wyglądem przypomina ten dzisiejszy (ale ma dwa ramiona). Stworzył go do zabawy podczas nudnych spotkań biznesowych, czy długich telekonferencji.
Jest to zabawka, która przyszła do nas z USA. Dzieci na jej punkcie oszalały! Wszyscy kręcą nimi w przerwach, po szkole, po przedszkolu. Wiele dzieci ma nawet po kilka Fidget spinnerów. Jej konstrukcja jest oparta na łożyskach, które się kręcą i wprawiają w ruch ramiona zabawki. Są dostępne różne kolory i modele. Są Fidget spinnery świecące, plastikowe, metalowe, kto jakie woli. Ja się o nim dowiedziałam od mojej 4-latki, która przyszła z przedszkola i błagalnym tonem poprosiła:
„Mamo, kupisz mi takiego kręcącego się SpinDera?”
Jestem rodzicem bardzo dociekliwym, dlatego od razu zaczęłam szukać, co to jest i dlaczego moje dziecko uważa, że to atrakcyjna zabawka. Od razu je znalazłam i stwierdziłam, że sama muszę zobaczyć ten gadżet zanim będę miała o nim swoją opinię.
W mediach powielane są informacje, które nie są do końca prawdziwe. Niektórzy nawet przestrzegają przed tą zabawką i uważają, że jest niebezpieczna. Jak jest naprawdę?
Zauważcie, że WSZYSTKIE nowości są tak przyjmowane. Ludzie panicznie boją się rzeczy, których nie znają, nigdy nie mieli ich w ręku, a tylko powielają informacje na ich temat na zasadzie plotki. Każdy o nim mówi, ale nie wie czy to prawda czy też nie. Media donoszą, że są zakazane w wielu szkołach, że szkodzą dzieciom, ale nie próbują dotrzeć do źródła.
Wszystkie źródła podają, że Fidget spinner został stworzony dla dzieci z ADHD i autyzmem, aby rozładować stres. Ma działać tak jak piłeczka do zgniatania i rozluźnić dłonie. Siła mięśni nadgarstków i przedramion wprawia Fidget spinner w płynny ruch, a co za tym idzie automatycznie zmniejsza napięcie. Z tym się zgadzam.
Dzieci z autyzmem, bardzo często lubią ruch rotacyjny (kręcenie się, kręcenie przedmiotami). Nadmiernie koncentrują się na szczegółach takich jak np. kręcenie kół aut, wpatrywanie się we włączoną pralkę i w ten sposób się autostymulują. O objawach autyzmu pisałam we wpisie: Objawy autyzmu
Są to powtarzające się zachowania, które nie służą niczemu innemu jak tylko gratyfikacji sensorycznej. Terapeuci pracujący z dziećmi autystycznymi starają się za wszelką cenę o ZMNIEJSZENIE czasu i natężenie autostymulacji. Takie właśnie zachowania zabierają uwagę dziecka, którą można wykorzystać w inny sposób. Dodatkowo takie epizody autostymulacji są negatywnie odbierane przez otoczenie, bo dziecko jest wtedy w swoim świecie i nie docierają do niego bodźce z zewnątrz. To bardzo utrudnia procesy związane z nauką i tym samym zaburza terapię.
Wpływ autostymulacji na zachowanie dziecka można śmiało porównać do uzależnienia (w mózgu uwalniają opioidy). Ta potrzeba jest tak silna, że dziecko za wszelką cenę będzie dążyło do niej. W tym czasie nie będzie przyjmowało informacji z zewnątrz, czyli: słuchać poleceń, odpowiadać na zadawane pytania itd. Dlatego terapeuci starają się eliminować zachowania autostymulujące u dzieci z autyzmem.
Myślę, że nie. Jednak warto by było zapytać terapeutę, który pracuje z dzieckiem twarzą w twarz, a nie polegać na doniesieniach z sieci.
Co ciekawe zdrowi ludzie też się autostymulują. Przypomnijcie sobie nudne spotkanie lub szkolenie. Pewnie też w pewnym momencie zaczynacie prowokować różne bodźce: tupać nogą, nakręcać włosy na palec, stukać ołówkiem o kolano. Te wszystkie zachowania służą właśnie AUTOSTYMULACJI.
Różnica jest jednak zasadnicza, że osoby które nie mają żadnych wyzwań rozwojowych potrafią jednocześnie koncentrować się na innej rzeczy, czyli np. słuchać na lekcji, a te zachowania autostymulacyje są zazwyczaj dyskretne do tego stopnia, że np. osoba siedząca obok ich nie zauważy.
U dzieci z ADHD może mieć uzasadnione zastosowanie. W pracy z dziećmi z tym zaburzeniem często się stosuje tzw. fidget toys, czyli zabawki pomagające się skoncentrować. Są to przedmioty ciche, nie wydające dźwięków, ale zajmujące ręce. Stosunek polskiej szkoły do Fidget spinnera nie jest mi jeszcze znany, ale w niektórych szkołach za granicą został zabroniony. Pewnie dlatego, że wiele dzieci (bez wyzwań rozwojowych) używało go podczas lekcji i nauczyciel nie mógł sobie z nimi poradzić i kontynuować swojej pracy.
Oczywiście są dzieci, które po zabawie będą rozdrażnione i pobudzone, przecież ruch rotacyjny jest dość silnym bodźcem. Rodzice powinni obserwować swoje dzieci i starać się wyłapać takie sytuacje.
Rodzice dzieci z zaburzeniami Integracji senosorycznej wg mnie powinni skonsultować zabawę Fidget spinnerem z terapeutą. W pewnym wypadkach zabawa nie jest wskazana, a wręcz zabroniona np. świecący Fidget spinner w rękach dziecka z padaczką.
Terapeuta może pokazać dziecku jak może się nim bawić żeby wspomagać rozwój, a nie szkodzić.
Fidget spinner jest zabawką tak wszechstronną, że dzieciom, które nie mają problemów z przetwarzaniem bodźców może pomóc.
Mam wątpliwości, czy Fidget spinner stymuluje (nadmiernie) zmysł wzroku, bo uważnie obserwowałam kilkoro dzieci (bez wyzwań rozwojowych) i zauważyłam, że żądne z nich nie wpatruje się w kręcącą się zabawkę, a raczej kontroluje wzrokiem, czy nie spada.
Jeżeli chcecie zobaczyć, co można z nim robić koniecznie kliknijcie ten filmik:
Myślę, że Fidget spinner może być również pomocny dzieciom, które obgryzają paznokcie (służy rozładowaniu napięcia).
Jak sami widzicie Fidget spinner nie jest dla wszystkich dzieci. Nie powinny go używać dzieci poniżej lat 3, a rodzice dzieci z zaburzeniami przetwarzania sensorycznego niech skonsultują zabawę z terapeutą. Nie wierzcie mediom o szkodliwości Fidget spinnera, tylko obserwujcie swoje dzieci co się z nimi dzieje po zabawie.
Fidget spinner można kupić np. TUTAJ
A tutaj macie wpis o najnowszej modzie z 2021 od Fidget toy – Pop it
Żródła na temat powstania Fidget spinnera:
The Guardian
New York Post
Dziś chciałabym Wam pokazać nasze śniadania, które przewijają się u nas ciągle. Chyba jest niewiele osób, które rano mają bardzo dużo czasu na przygotowanie pożywnego śniadania w 5 minut dla rodziny.
Ja tuż po przebudzeniu piję kawę i dopiero wtedy myślę co zrobię na śniadanie. Nie jestem osobą, która planuje posiłki sporo czasu naprzód i zazwyczaj robię je bardzo spontanicznie. W domu mam zawsze kilka produktów, które stanowią bazę do zrobienia szybkiego śniadania.
Zawsze mam w domu: jajka, banany, jabłka, kaszę gryczaną niepaloną, zdrowe płatki: orkisz preparowany, jagły z miodem, amarantus ekspandowany, owoce mrożone (zawsze je mrożę na koniec sezonu – maliny, jeżyny), mleko roślinne, kaszka dla Jula, często mam też serek Bieluch (ale nie zawsze)
Napiszę też, że zdarza nam się jeść na śniadanie nie do końca zdrowe rzeczy, bo np. mąż kupi nie takie płatki albo jemy w miarę dobre parówki. Ogólnie staramy się jeść zdrowo, ale wychodzi to różnie. Dziś np. nie udały mi się placki z bananami (próbowałam robić bez przepisu), więc dałam Lilce serek z krówką, a Julkowi kanapkę z masłem (ale nie chciał jeść, bo ząbkuje).
Przepis jest banalnie prosty i dzieciaki je uwielbiają! Robi się je bardzo szybko i często właśnie to jest nasz pomysł na śniadanie w 5 minut.
Wieczorem namaczam szklankę kaszy gryczanej niepalonej w dwóch szklankach wody i wstawiam na noc do lodówki. Rano przepłukuję kaszę, dorzucam niżej wymienione dodatki i blenduję na jednolitą masę:
Z tego ciasta można też usmażyć placuszki na patelni.
Do każdej z opcji można dodać co tylko chcemy: jogurt naturalny, owoce, dżemy itd. – w zależności co lubią dzieci i co mamy w lodówce
Ja do ciasta dodaję też mrożone maliny i to miksuję razem. Wychodzi około 15 placków, które moje dzieci zjadają w 10 minut:)
Zapytacie pewnie, co z owsianką na śniadanie?
Zwyczajnie nam się przejadła i od paru miesięcy nie mam ochoty na owsiankę – dzieci również. Za kaszami jaglanymi nie przepadają, więc znalazłam alternatywę.
Wcześniej Julkowi robiłam kaszkę błyskawiczną, bez mleka i bez cukru – najczęściej TĄ Jednak jakiś czas temu odkryłam znacznie lepszą i zdrowszą opcję. Wiecie, że takie kaszki, które zalewa się tylko wodą są mniej wartościowe niż takie, które się gotuje?
Ja też o tym nie wiedziałam. Zboże podczas obróbki traci sporo swoich cennych właściwości. Dlatego taka zalewana kaszka wcale nie jest taka super (jakby się mogło wydawać). Można też gotować jaglanki itd. Jednak moje dzieci za nimi nie przepadają, a do tego rano nie mam czasu żeby 20 minut gotować kaszę.
Znalazłam więc opcję idealną dla nas i chcę Wam dziś je pokazać, bo jest to tak genialny produkt, że aż szkoda żebym Wam go nie zdradziła.
Dlaczego je lubimy? Przede wszystkim dlatego, że nie mają cukru. Zdecydowanie wolę posłodzić kaszkę tartym jabłkiem lub bananem. Kaszki są produkowane w Polsce. Zboża pochodzą od lokalnych rolników, są pakowane również tutaj. A ja lubię wspierać polskie biznesy.
Do tego przygotowanie zajmuje dosłownie 3 minuty! No i moje dzieci je uwielbiają. Cena w porównaniu z kaszką błyskawiczną, którą kupuję jest bardzo podobna, a jednak wartości odżywczych jest więcej. Do kaszek można zamówić również Różdżki smaku, czyli owoce liofilizowane zachowujące wartości świeżych owoców. Lilka uwielbia ją dodawać sama.
Kaszki zamawiam na bieżąco, bo Julek je codziennie nawet dwie miski.
Kaszkę przygotowuję na mleku owsianym, a wcześniej gotowałam tylko na wodzie. Na koniec dodaję odrobinę masła i gotowe.
Dostępnych jest mnóstwo rodzajów, moim dzieciom najbardziej smakują kaszki mieszane. A Różdżki smaku uwielbiamy najbardziej jagodowe i truskawkowe. Jagody liofilizowane podawałam Julkowi również kiedy miał biegunkę (jagody mają właściwości przeciwbiegunkowe) i bardzo pomogły.
Kaszki HELPA <-klik
Mata z miską to EZPZ
Jeśli jednak macie więcej czasu na przygotowanie pysznego śniadania to tu macie przepis na szakszukę
Jestem ciekawa jakie Wy macie pomysły na śniadania w 5 minut? Zdradźcie je w komentarzach
Dziś Budapeszt. Bo po powrocie z naszych wakacji dostaję od Was setki wiadomości z różnymi pytaniami o nasz wyjazd. Postanowiłam zrobić krótki, ale treściwy przewodnik: gdzie się zatrzymać, co jeść, co zwiedzać?
Zacznijmy od początku – my nasze wakacje zaczęliśmy planować ok. 2 miesiące przed wyjazdem.
Właściwie od początku byliśmy przekonani, że w Budapeszcie zatrzymamy się w Aquaworld – to hotel, w którym jest aquapark. Czy z perspektywy czasu zatrzymalibyśmy się tam? Nie wiem. Napiszę Wam o plusach i minusach, bo to zależy co kto lubi:
Z perspektywy czasu myślę, że lepiej znaleźć coś bliżej centrum i np. 2 razy pojechać do Aquaparku na cały dzień. Gdzie szukać noclegów? My zawsze szukamy na booking.com. Następnym razem rozważyłabym jednak wynajęcia mieszkania na kilka dni np. przez airbnb.pl Szukajcie blisko centrum. Punktem orientacyjnym może być Hősök tere (Plac Bohaterów). Przy tym placu jest mnóstwo atrakcji.
Myślę, że każdy sam może wpisać w Tripadvisor i zobaczyć co go najbardziej interesuje. My za każdem razem jak jesteśmy w Budapeszcie jeździmy na Górę Gellerta skąd jest najpiękniejszy widok na Budapeszt. Tym razem odkryliśmy również inne atrakcje właśnie w tej lokalizacji i już Wam o nich piszę.
Po zejściu z góry poszliśmy zjeść zupę gulaszową z widokiem na panoramę Budapesztu w Búsuló Juhász Étterem, było przepyyyszne.
Tuż obok udaliśmy się na deser na lody do Füge bolt és kávézó. Tam napijecie się przepysznej kawy i zjecie naprawdę pyszne lody (mają nawet bezglutenowe rożki). W środku kawiarni są też rewelacyjnie wyposażone delikatesy, możecie kupić tam trochę pyszności na później.
Powiem szczerze, że takich placów zabaw to im zazdroszczę! A mają ich naprawdę sporo, ale trzeba o nich wiedzieć. Ja oczywiście niżej Wam wszystko napiszę:)
Najpierw poszliśmy na Vuk Játszótér (jest minutę pieszo od lodziarni) i niestety akurat był w remoncie. Udało mi się zrobić tylko dwie fotki przez ogrodzenie, a możecie go w pełni zobaczyć TUTAJ Jest wooow!
Idąc na Górę Gellerta jest inny plac zabaw: Cerka Firka i spędziliśmy tam dwie godziny! Dzieciaki były przeszczęśliwe, że mogą się bawić na kredkach i w temperówce.
Niestety przez to, że mieszkaliśmy tak daleko to nie mogliśmy z nich skorzystać. Ale dam Wam link do węgierskiej blogerki z linkami i adresami, gdzie znajdziecie m.in. takie cuuuuda! Gdybym mogła to bym tylko te place zabaw zwiedzała:)
4 km od Aquaworld jest TARZAN PARK– podobno świetny
8 najlepszych placów zabaw
6 super placów zabaw
Jednego dnia padało bardzo mocno i mąż wrzucił w google hasło: co robić w Budapeszcie z dziećmi kiedy pada deszcz? Wiecie co mu wyskoczyło jako pierwsze? Aquaworld, czyli hotel, w którym spaliśmy.
Uznaliśmy, że mamy dość wody i wolimy porobić coś innego. Wybraliśmy się do centrum, które bardzo przypomina Centrum Nauki Kopernik, ale jest bardziej oldchoolowe: https://www.facebook.com/csodakpalotaja/
Po zabawach pojechaliśmy do malowniczo położonej restauracji Dunyha. Nie wiedzieliśmy, że jest to cały kompleks i można się tam zatrzymać na kilka dni. Zobaczcie sami: Petnehazy Club – baseny, zielone okoliczności przyrody, pyszne jedzenie:)
Z racji tego, że urodziny Juniora wypadały nam na wyjeździe, więc postanowiliśmy je świętować w tradycyjny sposób – zabraliśmy dzieci do zoo. Warto odwiedzić budapesztańskie zoo – spędziliśmy tam naprawdę fajny czas i na koniec spotkałam moją czytelniczkę z córką Lilką:)
Okolice ZOO to od setek lat tereny rekreacyjne. Na tzw. Wystawę Millenijną w 1896 roku – czyli na 1000-lecie państwa węgierskiego powstało tam mnóstwo atrakcji na weekendowe wypady „za miasto” (piszę w cudzysłowie bo dziś to ścisłe centrum).
Zamek Vajdahunyad, wspomniane ZOO, wesołe miasteczko, cyrk miejski no i naturalnie baseny termalne. Dociągnięto tam wtedy nawet linię metra, która była pierwsza „kontynencie europejskim” (Celowo zawsze piszą formułując dokładnie w ten sposób – bo de facto pierwsze metro było w Londynie – ale UK to wyspa a na kontynencie prym wiedzie Budapeszt).
Dzieciom się bardzo podobało. Jednak jak zawsze największą furorę zrobił tematyczny plac zabaw. Atrakcje w kształcie zwierząt zajęły je na długo.
Jest tylko jeden minus – nie wiem dlaczego przy zwierzętach i atrakcjach nie ma informacji w języku angielskim.
W zoo byliśmy ponad 3 h i od razu po wyjściu udaliśmy się coś zjeść. Na przeciwko jest świetna restauracja z widokiem na jeziorko i fontannę: Robinson
A na koniec przeszliśmy w stronę Placu Bohaterów (warto zobaczyć, jeżeli ktoś jest pierwszy raz) oraz udaliśmy się w stronę Muzeum Rolnictwa (piękne miejsce) i wypiliśmy kawę w kawiarni przy jeziorku.
Baseny termalne SchechenyiSpa (my mieliśmy w hotelu, więc tym razem nie skorzystaliśmy, ale wg mnie warto się wybrać)
Nie udało nam się dotrzeć do ulubionej restauracji mojego męża, ale może Wam się uda? Znajdziecie tam naprawdę pyszne dania kuchni węgierskiej. Kehli
Mieliśmy również w planach odwiedzenie Szimpla Kert miejsca gdzie można zjeść w pięknych okolicznościach. W niedziele jest tam też market.
Ogólnie w Budapeszcie jest wiele ciekawych restauracji, ale tym razem nie zdążyliśmy ich odwiedzić. Podrzucę też Wam link, który miałam zapisany przed wyjazdem. Są tam właśnie takie klimatyczne miejsca: TUTAJ
Jeżeli macie jakieś pytania, śmiało – piszcie je w komentarzach.
a tu jeszcze Węgry 10 powodów, dla których warto je odwiedzić
Ale macie ze mną dobrze! Sezon dopiero się zaczyna, a my w warunkach wodno-piaszczystych zdążyliśmy przetestować dla Was świetne gadżety, które przydadzą się podczas podróży z dziećmi. A jeżeli nigdzie się nie wybieracie to możecie ich używać nawet na spacerze.
Moje odkrycie tego wyjazdu! Nigdzie nie mogłam znaleźć nic sensownego z rękawami, aż trafiłam na te. Są przemiłe w dotyku, dobrze wchłaniają wodę i szybko schną. Do tego zajmują bardzo mało miejsca w walizce. Dzięki temu, że mają dość uniwersalny rozmiar wystarczą na długo.
Myślałam, że będę ich używać tylko na basenie, ale przez to, że tak dobrze wchłaniają wodę to zamierzam ich używać również w domu po kąpieli. Zapytacie pewnie jak wypada rozmiarówka. Julian ma 0-2 (a ma 80 cm wzrostu), a Lilka mimo tego, że ma 4,5 roku (105 cm) ma rozmiar 2-4, więc jak widzicie szlafroki wystarczą na dłużej.
Są dostępne w różnych kolorach i dwóch rozmiarach TUTAJ
Czy Wasze dzieci też nie potrafią chodzić po basenie? Moje są zawsze w biegu… Zawsze się obawiam, że się wywrócą na śliskiej powierzchni i non stop powtarzam: „Chodzimy powoli!”. Jednak moje słowa działają tylko na dwa kroki, później już biegną. W tym roku postanowiłam, że przetestujemy taki wynalazek i powiem Wam, że sprawdziły się znakomicie!
Zero upadków, a ja w końcu nie musiałam ich ciągle strofować. To nic innego jak bardzo dobrze przylegające skarpetki z antypoślizgiem. Wchodzi się w nich do wody. Myślę też, że świetnie się sprawdzą na wodnym placu zabaw, o którym pisałam we wpisie Bajka
Dostępne w różnych rozmiarach i kolorach TUTAJ
Kiedy tylko zrobi się zielono temat kleszczy powraca jak bumerang. W tym roku zdecydowałam się jeszcze na dodatkową ochronę. To ten mały breloczek przy Lilki plecaku – nazywa się TickLess i aktywowany ma chronić przed kleszczami.
Jak działa? Kleszcze oraz roztocza kurzu domowego posiadają specjalny narząd (tzw. narząd hallera), który wykorzystują do namierzania pożywienia/ofiary.
TickLess oraz MiteLess blokują działanie narządu hallera poprzez emisję ultradzwięków. Czyli stajemy się niewidoczni dla kleszczy. Drugie takie urządzenie mam przy wózku Julka, a trzecie przy mojej torebce. Jest jeszcze wersja MiteLess dla alergików na roztocza, które również mają ten narząd hallera.
Więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ
Junior od dwóch miesięcy ma fazę na chodzenie. Wszystko robi w ruchu, nawet czyta książki i myje zęby. Trochę się obawiałam posiłków podczas wyjazdu i stwierdziłam, że przyda się nam takie składane krzesełko. To był strzał w dziesiątkę!
Zajmuje mało miejsca po złożeniu (wsunęłam je pod fotel w aucie), a po rozłożeniu służy jako krzesełko. Na wyjeździe – wiadomo, nie zawsze się je w restauracji i dzięki temu mogłam dać mu spokojnie coś do jedzenia. Na zdjęciach je swoje pierwsze truskawki z widokiem na Balaton. Kiedy się pobrudził to wycierałam je chusteczkami nawilżanymi, a po powrocie krzesełko uprałam w pralce i wygląda jak nowe.
Dostępne TUTAJ
Na każdy wyjazd z dziećmi zabieramy takie zestawy: sztućce, większa miska, kubeczki. Przydają się do zrobienia kaszki, czy też umycia owoców. Teraz zabrałam właśnie ten, bo miska jest trochę większa i może służyć również za talerz. Nie znałam wcześniej tej marki, a jest super – nie wiedziałam, że z kukurydzy można zrobić eko talerze.
Kiedy miałam przed sobą wizję 2 – tygodniowego zastanawiałam się jak będę prać śliniaki, których Julian zużywa po 4 dziennie. Myślałam, żeby kupić jednorazowe, ale akurat nigdzie nie mogłam ich dostać. Tak też znalazłam gadżet idealny! Do uchwytu zamontować można chusteczkę, która zawsze jest dostępna w restauracjach. Na koniec wycieram chusteczką buzię po posiłku i ją wyrzucam. Genialne! Juniorowi służą również jako gryzaki;)
Podróżowanie z dziećmi autem to czasami spore wyzwanie. Ja mam kilka swoich patentów, które nam je ułatwiają. Często wyjeżdżamy na wieczór żeby dzieci zasnęły w samochodzie. Mam swój sposób, który zawsze stosuję i działa idealnie. Otóż, często światła mijanych samochodów budzą dzieci, dlatego ja zawsze zakładam osłonkę na fotelik, którą montuję przy twarzy dziecka.
Wcześniej układałam tam przewijak Skip hop, a ostatnio zamówiłam taką osłonkę, która przyda się również latem podczas jazdy wózkiem. Jest bardzo przewiewna i dobrze się trzyma (na magnesy). Można ją podwijać i przypinać.
Ja nie wiem jak my wcześniej bez niego jeździliśmy! To jest genialny wynalazek. W końcu nie muszę 100 razy podawać wody do picia, czy też innych rzeczy. A do tego osłania fotel przed zabrudzeniem od butów.
Na samej górze ma przezroczystą kieszeń, do której można włożyć tablet z włączoną bajką. My akurat nie stosujemy takich umilaczy, bo Lilka ma chorobę lokomocyjną, ale innym może się przydać.
Dostępny TUTAJ
Do tej pory jeździłam z zupełnie przypadkowymi zasłonkami z reklamą kaszki, które dostałam w gratisie. Niezbyt dobrze zaciemniały, a do tego non stop wypadały. Przed wyjazdem zamówiłam te i są genialne! Dobrze zaciemniają, można je mocować na przyssawki lub zaczepić na szybie. Składają się za pomocą jednego kliknięcia (może to zrobić dziecko zapięte w pasach). Mogłyby być odrobinę szersze, ale to już zależy od wielkości szyb. W zestawie macie dwie zasłonki.
Pewnie zapytacie w jakim foteliku jeździ Lilka – to Takata Maxi. Przygotuję o nim oddzielny post, bo sprawdza nam się znakomicie.
Postanowiłam ożywić trochę nasz szary wózek na wiosnę:) Wkładka jest naprawdę świetna i przyda się latem kiedy jest gorąco. Jakie jest jej działanie:
Wkładka zapewnia odpowiednią temperaturę siedzenia w wózku dzięki trzem elementom: wierzchniej warstwie chłonącej wilgoć, siatce na spodzie, która pozwala na swobodny przepływ powietrza oraz specjalnym zagłębieniom, które odprowadza ciepłe powietrze. Wkładka zaprojektowana jest tak, by zapewniać dziecku wygodę przez cały rok. Posiada wiele otworów by móc ją dopasować do różnych konfiguracji pasów w większości rodzajów wózków. Antypoślizgowy spód sprawia, że wkładka jest nieruchoma.
Dostępna TUTAJ
Mam go już ponad rok i uwielbiam! Ma dwa miejsce na napoje (moje i np. Juniora), kieszonkę na zamek i dobrze trzyma się wózka. Kiedy wychodzę blisko domu to nie biorę żadnej torby. Pieluchy i chusteczki wkładam do worka Skip hop (TUTAJ), a portfel, telefon do organizera. Można prać go w pralce.
Zapanowała u nas faza na hulajnogę! Po 3 latach od kupienia:) Zabieramy ją wszędzie, bo Lilka bardzo ją lubi, a do tego po złożeniu zajmuje mało miejsca. Idealnie nadaje się na zwiedzanie miasta, czy też wycieczkę do zoo. Ostatnio zażyczyła sobie dzwonek i upolowałam taki z kolekcji z zagrożonymi zwierzętami Wishbone. Pasuje na każdy pojazd.
Dzwonek TUTAJ
Mamy je już dość długo, ale nie miałam okazji Wam pokazać. Co za wynalazek! Pojemniki są 3 – każde z nakrętką i można je ze sobą łączyć. Co w nich nosimy? Różności: pokrojone jabłka, chrupki Julka, a nawet zabieram w nich w podróż suchą kaszkę dla Jula do zalania wodą. Są niewielkie i mieszczą się wszędzie.
Tak, przyznaję kupuję Juniorowi jedzenie w słoiczkach do podgrzania (taka ciekawostka, że Lilce kupiłam tylko jeden w życiu). Na spacery zabieram go właśnie w tym podgrzewaczu, w którym za pomocą jednego kliknięcia podgrzewam jedzenie.
Bardzo fajny pomysł! Tylko aby go znów „aktywować” trzeba go gotować w garnku lub za pomocą torebki do sterylizowania wygotować w mikrofali. Super pomysł na wyjazd.
Mamy już kolejny model. Więcej pisałam o nich Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci. Są fajne, lekkie i co najważniejsze mają filtry.
Dostępne w wielu rozmiarach, modelach i kolorach TUTAJ
Nie mogłam o nich nie wspomnieć – od kilku sezonów Lilka w nich biega i jestem z nich bardzo zadowolona. To są właśnie takie buty, w których dzieci mogą chodzić cały dzień, co zazwyczaj się zdarza na wyjazdach. Są miękkie, dobrze trzymają się stopy i noga się w nich nie poci.
Julka pierwsze buty to też Bobux – napiszę o nich oddzielny wpis.
Taaak, pogoda nawet latem nad morzem może być… ciekawa, dlatego jeszcze przed wyjazdem zamówiłam im cienkie czapki. Jeżeli szukacie takich to bardzo Wam polecam Pan Pantaloni. Miałam kiedyś dla Lilki jedną od nich i chodziła w niej 3 sezony. Super się pierze, nie rozciąga i nie zsuwa się z uszu.
Zamówiłam też Julkowi legginsy, a Lilce sukienkę, bo paski tej wiosny rządzą u nas w szafie.
Pan Panataloni TUTAJ
Lilka przechodziła w nich w tamtym roku całe lato. Zamówiłam je również i w tym, bo pasują do wszystkiego:) Pamiętajcie tylko, że trzeba je zamawiać większe.
To już wszystko. Niedługo dodam jeszcze post o zabawkach i grach podróżnych.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to koniecznie dajcie mi znać i kliknijcie Lubię to: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Jak pewnie zdążyliście już zauważyć wybraliśmy dość mało popularny kierunek na wakacje. Pod zdjęciami na moim profilu na Instagramie codziennie pojawiają się takie komentarze:
„Nie planowaliśmy wakacji na Węgrzech, ale po Twojej relacji na Instagramie nabraliśmy ochoty. Czy możesz zrobić wpis na ten temat?”
Proszę bardzo! Mam zamiar napisać nawet kilka postów o naszej podróży, bo jeden mógłby zawierać nawet 320 zdjęć i opisów.
W tym kraju, który kojarzy się nam z wakacjami w PRL-u jesteśmy któryś już raz. Zanim pojawiły się nasze dzieci przyjeżdżaliśmy na balety głównie do Budapesztu. Kiedy nasza rodzina się powiększyła wybraliśmy się tutaj z 11-miesięczną Lilką. Spędziliśmy 10 dni w Egerze i bawiliśmy się znakomicie.
Muszę również wspomnieć, że mój mąż jest hungarystą i mieszkał tutaj kilka lat. Dlatego nasz stosunek do tego kraju i jego kultury jest bardziej emocjonalny niż typowego Kowalskiego.
Kiedy ktoś mnie pytał, gdzie się wybieramy na wakacje i ja od razu odpowiadałam, że na Węgry to widziałam pewne zaskoczenie. Zdaję sobie sprawę, że w dobie wszechobecnego all-inclusive jest to dość niedoceniany kierunek.
Dlatego chcę to odczarować i pokazać Wam, dlaczego warto się tu wybrać!
Węgry są naprawdę blisko Polski i łatwo przejedziecie tę trasę autem. My zatrzymaliśmy się u dziadków w Rzeszowie, a później przejechaliśmy resztę trasy w 5 godzin. Każdy znajdzie jakąś strategię na swoich małoletnich pasażerów by uniknąć nieodłącznego „a mamusiu, a czy już jesteśmy”? Drzemka, popas, obiad, drzemka i gotowe. Z Krakowa da się tę trasę zrobić jeszcze szybciej.
Jest to według mnie optymalna odległość – aż tak bardzo się jej nie odczuwa. Zawsze też możecie tu przylecieć samolotem. Lot z Warszawy trwa jedynie godzinę a z Krakowa pół! (z Warszawy lata Wizzair). My wolimy jednak podróż samochodem, bo na miejscu dużo się przemieszczamy.
taaak, tu jest zdecydowanie cieplej niż w Polsce. Koleżanki właśnie wysyłają mi zdjęcia padającego śniegu w Polsce, a tutaj jest dziś 16 stopni i świeci słońce. Zawsze jest tu cieplej o jakieś 8-9 stopni (a często tyle wystarczy, aby rzucić w kąt znienawidzone czapki, szaliki i miesiąc wcześniej niż u nas spędzać całe dnie na zewnątrz).
Klimat jest podobny jak w Polsce, czyli nawet jak jest gorąco to powietrze nie jest wilgotne (tak jak na Kubie). Trzy lata temu jak byliśmy tu z małą Lilką w sierpniu to było nawet 36 stopni! Całe dnie siedzieliśmy w wodzie i było fajnie. Mąż preferował wtedy chłodzić się w wodzie o temperaturze 37 stopni.
Węgrzy to chyba jedyny naród, który lubi Polaków! We wszystkich innych krajach dostajemy różne łatki… A tutaj? Często można usłyszeć: magyar lengyel ket jo barat, egyutt harcol ‘s issza borat… Jak wpadniesz w kłopoty czym prędzej po prostu zacznij recytować: Polak Węgier dwa bratanki… i już twój interlokutor jest kupiony i mimo iż nie macie jak się dogadać – przychyli ci nieba.
Węgrzy uwielbiają dzieci, codziennie ktoś się do nas tu uśmiecha. A jeżeli już zobaczą pulchnego bobaska ze złotymi włosami (Junior) to macie gwarantowaną sympatię! Uwielbiam to, że na termach spotykamy głównie osoby starsze, które spędzają tutaj całe dnie. Szkoda, że nie jest tak u nas. W dni ustawowo wolne od pracy w Polsce spotkacie na Węgrzech dużo Polaków.
uwielbiam węgierskie jedzenie i chociaż nie należy do najzdrowszych na świecie to właśnie jest moja ulubiona kuchnia. Zupa rybna, naleśniki a la Gundel, langos, kurtoskalacs, pogacse, panierowane pieczarki, kalafiory czy ser, zupa gulaszowa, galuszki (kluseczki), kiszonki (oni kiszą wszystko! nawet arbuza) i dużo dużo więcej – za wyjątkiem placków po węgiersku! To jest absolutnie polski wynalazek!
Kuchnia węgierska od pewnego czasu bardzo ewoluowała i na gastronomicznej mapie Węgier znajdziecie całe mnóstwo restauracji, które potrafią przyrządzić te z pozoru ciężkie potrawy na lżejszą i pyszniejszą nutę. Natomiast tradycyjne węgierskie restauracje to wciąż kuchnia tłustsza niż słonina u dziadka, pikantna (choć mąż usilnie twierdzi że po prostu odpowiednio doprawiona) no i te porcje… polska babcia feederka nie ma szans.
Nie wierzycie? No to niech wam stanie przed oczami kotlet schabowy wielkości talerza pod którym to znajdziecie pół talerza ryżu a drugie pół opiekanych ziemniaków. Nie-do-prze-je-dze-nia!
A – tylko pamiętajcie o napiwkach, w przeciwieństwie do Polski – to nawet za komuny ludzie – jak to południowcy – z restauracji korzystali – więc ta tradycja nigdy nie umarła. Wręcz przeciwnie, na Węgrzech kelner to zawód.
Nie tak jak u nas gdzie każdy traktuje to jak poślednie zajęcie dla studenta gotowego pracować za minimalną póki szybciutko nie złapie czegoś intratniejszego. Tutaj często spotkacie 50 letniego obera, któremu całe życie doświadczenia pozwala zapamiętać zamówienie wszystkich gości przy stole bez zapisywania i który z gracją i znawstwem zapewni wam miły czas. Tak że 10% i wyżej (mąż mówi że nie wie czy teraz – ale kiedyś nawet kelnerzy płacili podatek od domniemanych napiwków!)
na Węgrzech ceny są dość przyzwoite, a nawet niższe niż w Polsce: pyszne cappucino w kawiarni kosztuje 500 forintów (7,5 złotego) a duże ciacho 800 (około 11 zeta) w zasadzie wszystko jest tańsze, oprócz książek, ale węgierskie lektury możecie sobie pewnie dozować. Oczywiście wszystko zależy od miejsca i budżetu jakim dysponujecie.
zapomnijcie o Toruniu. Na Węgrzech mam wrażenie gdziekolwiek by nie zacząć wiercić dziury – wypływają z nich wody termalne. W Budapeszcie jest na Dunaju Wyspa Małgorzaty – nawet to iż byli na wyspie na środku rzeki nie powstrzymało skubańców – wywiercili dziurę w glebie i co? Są termy? No raczej!
Lubimy jeździć na wakacje przed sezonem, by uniknąć tłumów i upałów, podczas takiej majówki na Krecie z 8 miesięczną Lilą mąż dostał olśnienia – właściwie dlaczego fruwać na all-inclusive? Ryzykować czy aby na pewno pogoda pozwoli zdjąć koszulkę na plaży? Głowić się czy Lila może w tym lodowatym jeszcze morzu chlupać się 15 minut czy 20 – skoro można przecież na pewniaka leżeć calutki dzień w ciepłej wodzie na termach.
Na Węgrzech prawie każdym mieście znajdziesz „thermal furdo” czyli baseny termalne. Chodzimy na nie na całe dnie! Idealne miejsce dla wszelkich nie odrośniętych od ziemi szkrabów. Woda po pas, temperatura jak ze stanu podgorączkowego – brzdąc może calutki dzień zarabiać na swoje odmoczki a sinej wargi nie zobaczysz choćby na zewnątrz basenu leżał śnieg.
Nie wspominając iż są to wody lecznicze, w których warto wygrzać utrudzone kości i wyleczyć się przy okazji z doskwierających nam rodzicielskich dolegliwości. Ceny również są przyzwoite, bo np. dziś za cały dzień pobytu naszej rodziny zapłaciliśmy niecałe 50 zł.
mąż mówi, że dawniej na Węgrzech też były bramki, różne firmy i różne opłaty, aż pewnego dnia państwo pogoniło całe to towarzystwo. Wykupili te wszystkie drogi i ujednolicili opłatę. Za miesięczną winietę zapłaciliśmy jakieś 65 złotych i hulaj dusza piekła nie ma – można jeździć ile się zapragnie. Mapka najlepiej pokaże że w każdym kierunku jest autostrada:
Co czyni z Węgier także dogodną noclegownię na popas w drodze na południe Europy. Uważajcie tylko żeby was nie wciągnęło…
Winietę łatwo i prosto można kupić z waszego wygodnego fotela. Wasz numer rejestracyjny po dokonaniu opłaty trafia do systemu i nie trzeba się trudzić żadnymi niemożliwymi potem do zdrapania z szyby naklejkami. Tu zresztą macie link z dokładną instrukcją:
ZAKUP WINIETY WĘGRY
jak ktoś lubi, to wie że znajdzie tu wszystko, do tego w nienachalnych cenach. Turyści winni, mogą na własnej skórze doświadczyć jak szybko po upadku komunizmu i wiążącej się z nim kolektywizacji można podnieść do skali światowej kilkadziesiąt lat zaniedbań i produkcji na ilość.
Turyści niewinni – niech choć spróbują do słodkiego deseru kieliszek płynnego węgierskiego złota z Tokaju. Tylko i wyłącznie po to istnieją słodkie wina – by uzupełniać lub wręcz nawet zastąpić deser. Natomiast jeśli ktoś nie lubi wina – i tak jest w raju – Węgrzy pomieszają wam w słoneczny dzień w przeróżnych proporcjach białe wino z wodą mineralną – alkohol zrobi swoje a bąbelki uderzą do głowy. Czerwone wino choć w to nie uwierzycie podadzą wam z… coca-colą.
Ten przysmak musicie sami upolować w spożywczaku. Podpowiem tylko że ten pierwszy prawdziwy oryginalny ma opakowanie w czerwone grochy
czyli elderflower – czyli bez.
W każdej postaci, jako syrop do wody, jako syrop do mineralnej – tu wciąż można kupić wodę w syfonie! Są tu Ice-Tea o smaku bodzy jest niebieskiego koloru bodzowa Fanta, bezalkoholowe piwa i radlery z bodzą, alkoholowe piwa i radlery z bodzą, cydr o smaku bodzy, lemoniada z bodzy – pomyśl o czymś mokrym, wilgotnym odświeżającym – na pewno dostaniesz to z bodzą.
Na gorące popołudnia lub ciężkie poranki mąż leczy się białym winem rozcieńczonym mineralną z paroma kroplami syropu z bodzy oraz listkiem mięty…
Budapest
Miskolc i okolice
Debreczyn i Nyíregyháza
Malownicza objazdówka przez Węgry
A na koniec 10 słów żeby wam ułatwić googlowanie w poszukiwaniu wymarzonej miejscówki:
Etterem [yjtterem] – restauracja
Gyerek [dierek] – dziecko
Jatszoter [jatsotyjr] – plac zabaw
Fogylalt [fodźlolt] – lody
Szalloda [sallouda] – hotel
Bor [tu wyjątkowo łatwo – bor]– wino
Furdo [firdy] – termy
Bodza [bodza] – bez
Galuska [goluszka] – lane kluski
Viz [wiiz] – woda (gazmentes – niegazowana)
A żeby dzieci z głodu nie umarły jak nic nie będziecie rozumieć z menu to na ratunek jedno bardzo proste słowo:
Hasabburgonya [hoszabburgońo] – frytki
Żeby nie być gołosłowną dołączam kilkanaście fotek. Więcej pojawi się we wpisach odnośnie konkretnych miejsc, które odwiedziliśmy.
Dziś pokażę Wam moje małe przyjemności, które w ostatnim czasie wprawiają mnie w dobry humor. Na moim blogu bardzo często pojawiają się rzeczy dla dzieci, a dziś chciałabym Wam polecić kilka fajnych rzeczy, których ostatnio używam.
Nie lubię kiedy mamy mówią: „W końcu matce też się należy” dlatego będę Was napastować o dbanie o siebie. Kiedyś na blogu były cykl miesięczny z takimi propozycjami – jadnak po narodzinach Julka lekko o nim zapomniałam. Mam chęć do nich wrócić.
1. W moim zestawieniu najlepszych seriali nie było „Wielkich kłamstewek”, bo dopiero wchodził na ekrany. Jest to serial genialny, trzymający w napięciu i przyprawiający o ciarki na karku.
Całość jest absolutnym majsterszykiem i mam nadzieję na kolejne sezony. Kto jeszcze nie widział? Serial zrobił na mnie takie wrażenie, że sama piosenka z czołówki (Michael Kiwanuka) wprawia mnie w niesamowity nastrój. A o czym jest? O życiu matek, tajemnicach i idealnych (na pozór) rodzinach
2. Matowe pomadki w natarciu – uwielbiam taką formę, bo nie rozmazuje się na ustach i nie zostawia śladów. Nowość od Lancome Matte Shaker
3. Chipie Joseph Antracite – moje ulubione obuwie wiosenno-letnie. To moja trzecia para i absolutny must have spacerowy. Wyglądają jak zwykłe trampki, a noszą się wspaniale (nawet bez skarpetek) i do tego pachną gumą balonową.
Lubię je za to, że dobrze wyglądają do jeansów i marynarki lub letniej sukienki. Piorę je w pralce przynajmniej raz na tydzień i tylko nabierają fajnego, wypranego wyglądu. Pamiętajcie tylko, żeby zamawiać o rozmiar większe niż nosicie, bo numeracja jest zaniżona.
4. Pomada Hagi z olejem z rokitnika znów jest dostępna. Bardzo fajny, wszechstronny produkt. To mój ulubiony zapach – ma w sobie energię. Trochę ubolewam, że nie ma mniejszej, kieszonkowej wersji i pomada stoi na codzień w łazience.
5. Moja nowa torba Gwen od Mammania. Znudziły mi się typowe torby wózkowe i zapragnęłam mieć coś bardziej eleganckiego. Ta torba jest wprost idealna. Chodzę z nią codziennie.
Nie muszę przepakowywać się kiedy wychodzę sama bez dzieci. Nie jest zbyt duża, ale w środku bardzo pakowna i ma odpowiednio dużo przegródek (nawet kieszeń termoizolacyjną). Uwielbiam ją za nieoczywisty charakter. Są też inne kolory.
6. Zestaw startowy Semilac do robienia hybrydowych paznokci. Moja kuzynka zrobiła mi taki manikiur dwa razy i się zakochałam. Aaaa, no i specjalnie kupiłam najpiękniejszy kolor lakieru ever – Bisquit.
Wiem, że już wszyscy wypróbowali tego typu manikiuru w domu… A ja dopiero teraz;) Dostałam ten zestaw od męża i zamierzam go używać. Dam znać czy się sprawdzi.
7. Kolekcja dla mam i córek od Mohito od ubiegłego tygodnia jest w sklepach, a ja wciąż nie mogę się zdecydować co kupić mi i Lilce. Fajne, proste zestawy w rozmiarach dla mamy i córki.
8. Nowa książka Małgosi Musiał z dobrarelacja.pl musi stanąć na mojej półce. Treści tej autorki są bliskie mojemu rodzicielskiemu sercu i wiem, że pomogą szczególnie w trudnych chwilach. TUTAJ
„Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny Najważniejsza jest relacja z dzieckiem słyszą zewsząd rodzice. Ale jak ją pielęgnować, kiedy rano trzeba szybko wyjść do szkoły albo kiedy rodzeństwo zaczyna kłótnie o zabawki Jak zadbać o potrzeby całej rodziny, jeśli każdy ma inne oczekiwania, a doba tylko dwadzieścia cztery godziny „
9. Jestem bardzo ciekawa tych nowych pomadek do ust od Clinique Crayola, które są zainspirowane popularnymi na całym świecie kredkami. Uwielbiam takie soczyste kolory na ustach i z pewnością coś zamówię na lato.
10. Nowa książka Jesera Juula „Rodzic jako przywódca stada” TUTAJ Kolejną książka tego autora, którą chcę przeczytać.
„Cała władza w rodzinie należy do rodziców. Dzieci potrzebują przywództwa, ponieważ brakuje im jeszcze doświadczenia i siły wewnętrznej, żeby samemu decydować o sobie. Jak jednak korzystać z władzy rodzicielskiej, żeby nie ranić dziecięcych uczuć i nie naruszać ich granic?”
To moje ostatnie odkrycia.
Restauracja z animacjami w Warszawie, która skradła dziś nasze serca nazywa się Stixx. Takich atrakcji połączonych z przepysznym jedzeniem na stołecznej mapie jest niewiele. W moim zestawieniu 10 najlepszych restauracji przystosowanych do potrzeb dzieci było kilka takich miejsc, jednak to co dziś zobaczyliśmy w Stixx Bar & Grill przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Zobaczcie co jest wyjątkowego w tym miejscu.
Zacznę od tego, że sama restauracja znajduje się przy Placu Europejskim w Warszawie – to zupełnie nowe miejsce na stołecznej mapie. Ta nowatorska przestrzeń miejska jest obowiązkowym punktem naszych spacerów.
Znajdziecie tam fontanny, w których latem można się bawić, mnóstwo zieleni i obiekty sztuki. Sam plac jest otoczony nowoczesnym budownictwem z małym akcentem zabytkowym.
Skuszeni ciekawym menu wybraliśmy się dziś do Stixx. Nie ukrywam, że zachęciła nas opinia naszej znajomej. Powiedziała, że jest to restauracja z animacjami dla dzieci, które ciężko zapomnieć. Jej dziecko świetnie się bawiło, a po atrakcjach zjedli pyszny obiad.
Muszę się przyznać, że Stixx odwiedziliśmy już latem, tuż po otwarciu i owszem jedzenie było smaczne i naprawdę zrobiło na nas wrażenie, jednak wtedy czekaliśmy na obiad około 50 minut (przy prawie pustej restauracji). Zrażeni tym faktem nie zawitaliśmy tam, do dziś. Nie wiedzieliśmy, że są tam właśnie animacje.
W sali obok odbywały się animacje dla dzieci. Panie były bardzo przygotowane i potrafiły zająć dzieci na długi czas. Lilka była zachwycona: robieniem ciastek (maślanych i pysznych), papierowych króliczków i obrazków z kurczakami. Naprawdę świetnie się bawiła.
Sama restauracja jest ogromna, więc spokojnie można się do niej wybrać z dużą grupą znajomych.
Ja jadłam Pad Thai z krewetkami i był obłędny!
Moja przyjaciółka skusiła się na dorsza
A Lilka zjadła rosół i chlebek Naan 🙂
Na deser własnoręcznie zrobione ciastka – pisanki
A tak ciekawie wygląda zlew w toalecie
Ja już nie miałam miejsca na deser. Ale jeśli tam wybierzecie to polecam Wam kawiarnie tuż obok Daft Cafe. Są tam ciacha grzechu warte np. bananofee, które wspominam do dziś i do tego pyszna kawa.
Wiosna na dobre (mam nadzieję) rozgościła się za oknem. Taka pogoda sprzyja wycieczkom. W końcu mam ochotę pojechać gdzieś z rodziną, trochę pozwiedzać i miło spędzić czas. Wrocław odwiedziliśmy już dwa lata temu i zakochaliśmy się w tym mieście.
Ma niesamowity urok oraz mnóstwo miejsc do zwiedzani, szczególnie z dziećmi. We wcześniejszej relacji pisałam o świetnych miejscach, które trzeba zobaczyć koniecznie we Wrocławiu: Wroclove
Pokażę Wam miejsca, które odwiedziliśmy tym razem. Ale jeżeli się tam wybieracie to koniecznie kliknijcie link powyżej, bo tam zamieściłam sporo ciekawych rzeczy
Tym razem do Wrocławia zawitaliśmy zawodowo już w piątek rano i postanowiliśmy zostać do niedzieli.
Hydropolis, czyli centrum wiedzy o wodzie. Interaktywne muzeum, którego tematem przewodnim jest właśnie WODA. Warto je odwiedzić z dziećmi, bo sposób prezentowanej wiedzy jest genialny. Dzieci przez doświadczenie mogą poznać wiele zagadnień związanych z wodą. Lilka skorzystała z wielu atrakcji i bardzo się jej podobało.
Wg mnie już 3-latki znajdą tam coś dla siebie.
Informacje praktyczne: w Hydropolis byliśmy w sobotę rano (20 min przed otwarciem) i nie było tłumów, bilety kupiliśmy od ręki. W muzeum jest ciemno, wiem, że dla niektórych dzieci to może być problem.
A tak wygląda w środku
Po wizycie w Hydroplis wybraliśmy się na mały lunch do:
Aż trudno uwierzyć, że jest to infopunkt miasta Wrocław:) W środku Barbary znajdziecie ogromną przestrzeń z fajnie zaaranżowanym kącikiem dla dzieci, pyszne jedzenie i świetną atmosferę! Polecam wszystkim – znajduje się bardzo blisko Rynku.
Kto odwiedza Wrocław musi odwiedzić też Rynek. O każdej porze roku warto się tu przespacerować. Kolorowe, zabytkowe kamienice niezmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój i uwielbiam się włóczyć z aparatem w zaułkach.
Ulubione zajęcie naszej rodziny we Wrocławiu to szukanie krasnali, które są ukryte w wielu miejscach. Dzięki nim dzieci chętniej spacerują i zwiedzają.
Bardzo lubimy również nieduży Park Staromiejski, gdzie jest świetny plac zabaw i stara karuzela (niestety tydzień temu była jeszcze nieczynna)
Gdzie się zatrzymaliśmy?
Już drugi raz w świetnym
Zazwyczaj jak szukamy noclegu to zwracamy uwagę na to żeby w hotelu był basen. Tutaj go nie ma, ale miejsce jest tak magiczne, że nie stanowi to problemu.
Położony jest prawie w centrum przy Dworcu głównym. Cały hotel jest stylizowany na Alicję z krainy czarów i to właśnie ten motyw nas do niego przyciąga. Dodatkowo, na dole jest świetna restauracja Czary mary, gdzie jadłam chyba najlepszą sałatkę z kozim serem w życiu:)
Warto też zwiedzić Dworzec Główny, szczególnie jeżeli na co dzień poruszacie się autem – Lilka była wniebowzięta i musimy się wybrać w podróż pociągiem.
Za chwilę majówka, dłuższe weekendy – warto wybrać się do Wrocławia i dać się porwać magii tego miasta.
A jeżeli szukacie czegoś znacznie bliżej Warszawy to polecam https://www.nebule.pl/pomysl-weekend-hotel-warszawianka/
Katar u dzieci jest bardzo powszechny. Prawie każdy rodzic miał lub będzie miał z nim styczność.
Dziś rozmawiam na ten temat z naszą pediatrą dr. Ewą Miśko-Wąsowską
Katar to jeden z najczęstszych powodów konsultacji pediatrycznych. Na początku warto zaznaczyć, że jest to objaw, nie choroba.
Katar powstaje na skutek drażnienia błony śluzowej nosa i powstającego w niej stanu zapalnego. Najczęściej towarzyszy ostrym infekcjom dróg oddechowych i alergiom. Ale są jeszcze inne sytuacje, kiedy u dzieci obserwujemy katar m.in. ząbkowanie, przebywanie w zanieczyszczonym powietrzu (dym tytoniowy!). Katar to też reakcja na suche powietrze, albo nagłe zmiany jego wilgotności, kurz, ciało obce w nosie.
U starszych dzieci katar może towarzyszyć migrenowym bólom głowy. Może też być reakcją na leki – przedłużone stosowanie preparatów obkurczających śluzówki nosa np. z ksylometazoliną (powyżej 5-7 dni) powoduje „przyzwyczajenie” się do leku i tzw. reakcję z odbicia – nadmiernie przesuszona śluzówka produkuje większą ilość wydzieliny. Jest to katar dość trudny do wyleczenia.
Istnieje jeszcze jedna łagodna odmiana kataru tzw. naczynioruchowy. Każdy z nas zapewne doświadczył jego występowanie, gdy zmarznięci wejdziemy do ciepłego pomieszczenia lub napijemy się gorącej herbaty. To fizjologiczna reakcja śluzówki nosa.
Pamiętajmy, że nie każde pojawienie się wydzieliny w nosie świadczy o chorobie, może to po prostu oczyszczanie. W ten sposób organizm pozbywa się niepotrzebnych cząstek z górnych dróg oddechowych (np. kurz).
Ponieważ różne mikroorganizmy towarzyszą nam na co dzień, a nos nie jest zamkniętą sterylną przestrzenią katar nigdy nie będzie jałowy. Natomiast nie znaczy to, że musimy go od razu leczyć antybiotykami. Wymaz z nosa ocenia jedynie nosicielstwo – czyli tych właśnie towarzyszy (m.in. paciorkowce czy tzw. pałeczki hemofilne).
Dość często zdarza się, że mieszka z nami gronkowiec złocisty. Jego nosicielstwa też nie leczymy (wg niektórych danych nawet 20-30% populacji). Leczenie nosicielstwa po pierwsze może sprzyjać szerzeniu się szczepów bakterii opornych na antybiotyki. Po drugie może torować drogę naprawdę poważnym zakażeniom. Kiedyś usłyszałam zdanie, które bardzo do mnie przemawia – „leczymy chorobę, a nie wynik wymazu”.
Jak jesteśmy już przy diagnostyce to dodam tylko, że aby mieć pewność jaki patogen jest przyczyną np. ostrego zapalenia zatok, to powinien być pobrany tzw. aspirat bezpośrednio z zatok. Wymaz z nosa nie będzie badaniem miarodajnym.
Sam kolor kataru nie świadczy o tym czy mamy do czynienia z infekcją wirusową czy bakteryjną. Niezmiernie rzadko zdarza się bakteryjne zapalenie od samego początku. Zwykle zaczyna się infekcją wirusową, a następnie może (nie musi) dojść do nadkażenia bakteryjnego.
W przebiegu infekcji wirusowej katar na początku jest wodnisty, przejrzysty. Następnie zaczynają gromadzić się w śluzówkach komórki stanu zapalnego, złuszcza się nabłonek i katar robi się gęsty, zielonkawy. Zatem zielony katar nie znaczy, że dziecko ma zakażenie bakteryjne, które trzeba leczyć antybiotykiem. O tym świadczy gorączka, która pojawia się po kilku, kilkunastu dniach infekcji.
To jeden z odwiecznych problemów rodziców małych przedszkolaków (też do nich należę). Największa zakaźność przy infekcjach kataralnych utrzymuje się przez pierwsze dni infekcji (zwykle towarzyszy temu podwyższona temperatura). Jest to czas kiedy dziecko powinno zostać w domu.
Dzieci jednak mogą już zarażać dzień przed wystąpieniem typowych objawów, mogą się wówczas jedynie trochę gorzej czuć. Nie od razu myślimy o przeziębieniu. To właśnie dlatego tak dużo zachorowań w żłobkach czy przedszkolach i na to nie mamy wpływu.
Natomiast dziecko, które ma katar już od ponad tygodnia a czuje się dobrze i przede wszystkim nie ma gorączki (w tym stanów podgorączkowych) i innych niepokojących objawów może uczęszczać do przedszkola. Nie stanowi już zagrożenia dla innych. Powinniśmy tylko ocenić czy wyciekająca wydzielina nie jest za bardzo uciążliwa dla malucha.
Problem z katarem polega na tym, że nie tylko uprzykrza funkcjonowanie w codzienności, ale może utrudniać ssanie u niemowląt powodując problemy z karmieniem. Może również przyczyniać się do powikłań jak chociażby zapalenie ucha środkowego. Dobrze jest zatem pomagać dzieciom w usuwaniu nadmiaru wydzieliny.
U najmłodszych, zwłaszcza poniżej 3 m.ż. wystarczy zakraplać roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej do noska i po chwili ułożyć dziecko na brzuchu (możemy je na przykład nosić w takiej pozycji na swoim przedramieniu). Lepiej w tym wieku ograniczać wszelkie aerozole, czy nadmierne korzystanie z aspiratorów.
Śluzówki nosa są niedojrzałe. W reakcji na nadmierne drażnienie mogą być bardziej obrzęknięte czy nawet krwawić. Pamiętam 7 tyg. chłopca, który trafił na Oddział Laryngologiczny z krwawieniem z noska. A wszystko to po prostu po intensywnym stosowaniu zwykłej soli morskiej właśnie w aerozolu.
Starszym dzieciom też należy sprawdzać co podajemy. Zastosujmy najpierw preparat na swoim nosie, żeby się przekonać czy ciśnienie nie jest za duże. I właśnie już u tych starszych (>3 m.ż.) aspiratory mogą być pomocne. Podstawą jednak tzw. toalety nosa jest roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej – najpierw zakraplamy, potem odciągamy.
I tu zdania wśród lekarzy są podzielone. Dla jednych jest to typowy objaw ząbkowania, podczas gdy inni uważają, że ma tylko związek z nakładającą się na ząbkowanie infekcją. Z tego co udało mi się do tej pory znaleźć w piśmiennictwie wydaje się, że jednak wyrzynaniu się zębów może towarzyszyć katar.
Jest to związane z produkcją tzw. mediatorów stanu zapalnego. One również mogą być odpowiedzialne za pojawienie się wydzieliny w jamach nosowych. Typowy katar u dzieci ząbkujących pojawia się na dzień przed przebiciem się zęba i ustępuje właśnie po przebiciu. Nie będzie więc trwał dłużej jak kilka dni. Zwykle jest wodnisty, przejrzysty.
Tak, w ostatnich latach są bardzo popularne i słusznie. Nebulizacje nawilżają drogi oddechowe, mogą przynieść ulgę zarówno w katarze jak i w kaszlu. Przy katarze wystarczą inhalacje z roztworu zwykłej soli fizjologicznej, pomagają odblokować nos. Można też zastosować roztwór soli hipertonicznej, która ułatwia rozrzedzanie zalegającej wydzieliny.
Jak wspomniałam wyżej przyczyny kataru są nie tylko infekcyjne, więc nie każdym katarem możemy się „zarazić”. Oczywiście jednak myśląc o najczęstszej przyczynie kataru, czyli infekcjach wirusowych – tak nimi zarażamy się całkiem łatwo. Wirusy przenoszą się drogą kropelkową, przez nieumyte dłonie. Najbardziej popularne w infekcjach kataralnych są rinowirusy. Łatwo namnażają się w wychłodzonym nabłonku nosa, powodując objawy infekcji m.in. katar.
Ten tydzień, to takie popularne określenie ze świata… dorosłych. Mówi się, że „katar leczony trwa 7 dni, a nie leczony tydzień”. U dzieci sprawa ma się inaczej, ze względu na niedojrzałość śluzówek i układu odpornościowego katar średnio trwa 10-14 dni.
Katar, który trwa kilka tygodni wymaga większej uwagi. Na początku warto ocenić, czy nie są to nakładające się na siebie infekcje. Biorąc pod uwagę fakt, że katar u dziecka może trwać 2 tygodnie, a częstość infekcji w sezonie jesienno-zimowym (zwłaszcza u przedszkolaków) może wynosić 1-2 infekcje w miesiącu, może wydawać się, że dziecko ma „ciągle” katar.
Zwykle lekarze uznają katar za przewlekły, gdy utrzymuje się ponad 6-8 tygodni. Przyczyn może być wiele – przewlekłe zakażenie, alergia, przerost migdałka gardłowego, obecność ciała obcego, zmiany polekowe, skrzywienie przegrody nosa.
Poważne choroby też mogą objawiać się przewlekłym katarem np. mukowiscydoza. Natomiast wówczas, mamy też inne niepokojące objawy jak przewlekły kaszel, słaby przyrost masy ciała, biegunki, bóle brzucha i in. Każda choroba wymaga innego postępowania.
Znaczną poprawę w funkcjonowaniu zwłaszcza najmłodszym dzieciom przynosi częste wietrzenie pomieszczeń, zaleca się utrzymanie temperatury 19-20°C. Częste układanie w pozycji na brzuszku gdy dziecko jest aktywne.
Można zastosować uniesienie górnej części ciała do snu podkładając coś pod materac, aczkolwiek u tych bardziej ruchliwych niemowląt nie zda to egzaminu. Jak dziecko nie gorączkuje, a nie ma mrozu za oknem, możemy wybrać się na spacer.
I to co ciągle powtarzamy – nawadnianie. Proponujmy dzieciom często coś do picia. Dobrze nawodniony organizm lepiej sobie poradzi z infekcją.
8-10 infekcji w roku uważa się za normę, biorąc pod uwagę, że dominują w sezonie jesienno-zimowym, wówczas może wypadać średnio 1-2 infekcje w miesiącu. Nie myślimy jeszcze wówczas o zaburzeniach odporności.
Bardzo dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi.
Możecie również zadawać pytania, Pani dr odpowie na nie w komentarzach.
Po więcej porad możesz śledzić dr. Ewą Miśko-Wąsowską na Instagramie – znajdziesz ją tam jako: dr_misko
Katar jest bardzo powszechny wśród dzieci, a rodzice często są zagubieni. Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i uważasz go za wartościowy. Proszę udostępnij ten post swoim znajomym. KLIKNIJ https://www.facebook.com/nebuleblog/
A tu macie moje Domowe sposoby na katar i przeziębienia
A kiedy dziecko jest w domu, i chcesz je czymś zająć – może zainspiruj żeby zrobiła Lapbook
Dziecko należy ustawić w szeregu, niechaj kolejno odlicza. Sztywno, równo i posłusznie, a do tego bez wahania. Dyscyplina! Dyscyplina, to podstawa wychowania…*
* Pan Kleks W Kosmosie (Akademia Pana Kleksa)
Choć wcześniej wydawało jej się, że na pierwsze chwile po wykluciu – wszystko już jest naszykowane – teraz jednak popędziła zabiedzonego papę gęsiora Tofla po rzekomo nie cierpiące zwłoki sprawunki. Sama natomiast bezzwłocznie przystąpiła do wprowadzania – koniecznego wszakże w 9-cio pisklętowej komandzie porządku. Najpierw oznajmiła – nakarmimy wasze młode gęsie ego – opanowując sztukę chadzania wszędzie gęsiego!
Małe niezborne nóżki, dzióbki i futerka, cichutko popiskując, szybko uznały autorytet rodzicielki i poddały się jednej słusznej rutynie. Oprócz jednego rebelianta, małego gąsiorka Bolka, który wykluł się jako pierwszy i kiedy jego rodzicielka zajęta była przeliczaniem pojawiających się sumiennie i zgodnie z harmonogramem na świecie jego braci i sióstr, zdążył tymczasem dać drapaka…
Jak tylko usłyszała pierwsze popiskiwania dobywające się z pękających skorupek, przyzwała głośnym gdakaniem tatę kogucika i razem dumnie i gromko hałasując pomagali małym brzdącom stanąć na nogi.
Biegali jak oszalali po kurniku i robili rejwach na całą okolicę. Masa żółtego pierza, niezliczona ilość łap, oczków, dzióbków. Masa nieopanowywalnego pisku, masa szczęścia.
Gdyby Inka nie była zbyt zajęta musztrowaniem gęsiej gromadki – z pewnością z potępieniem patrzyłaby na te spontaniczne wybuchy radości i organizacyjny chaos. U niej wszystko było dawno dokładnie rozplanowane i poukładane.
Pasza dla bobasów była przygotowana, podzielona na 9 równiutkich stosików, każdy z nich podpisany, zważony i naturalnie dietetycznie zoptymalizowany pod kątem jak najszybszego przyrostu masy. Już ona pokaże gospodarzowi że wszystkie pisklaki będą w 10tym centylu. Bólu głowy przysparzał jej tylko ten huncwot Bolko? Gdzież on się już zdążył zapodziać? A niech go gęś kopnie!
Całe stadko biegało w tę i z powrotem, przekomarzając się szpetnie. Gdyby ktoś zapytał kurkę czy doliczyła się już swoich pociech – usłyszałby odpowiedź że cyfra za każdym razem wychodzi inna – ale co tam, wszak szczęście jest niepoliczalne. Dzięki właśnie dokładnie takim warunkom, Bolko był w stanie zadomowić się u kurek na dobre, swojsko czuł się w dynamicznej grupie, uczył się samodzielności i walki o swoje.
Tymczasem w zagrodzie gęsi panowała żelazna dyscyplina. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Każde z nich dostało swoje wyraźnie oznaczone 10 cm przestrzeni. Dysponowało komfortowymi warunkami. Inka miała wszystko dokładnie rozpisane. Każdy kuper był codziennie ważony, mierzony, jego dieta na bieżąco korygowana. „Dzieci potrzebują rutyny”, „to im daje poczucie bezpieczeństwa” – Inka mogła na wyrywki cytować podręczniki i fora. Budziła swoje pociechy nawet w nocy na karmienie.
Choćby spały kamiennym snem – ona lepiej wszak wiedziała, iż ich malutkie żołądki bez dwóch zdań potrzebują karmienia dokładnie co 4 godziny. Papa Tofel jako gabarytowo mniejszy od szacownej małżonki, chciał chyba nadrobić parszywą posturę bo jeszcze był sumienniejszy od niej.
Kiedy jakieś gąsiątko próbowało choć nieśmiało zaprotestować, licząc na to iż ktoś inny niż mama zrozumie drobną żołądkową niesubordynację, dostawało bezpardonowo lejek w dziób, i dodatkową porcję paszy prosto do przepełnionego żołądka. Nawet jednak wzorcowy służbista Tofel, nie był stanie zapanować nad Bolkiem, który znikał wciąż jak kamfora.
Chodziła wolno po wybiegu i wspierała swoje niezgrabne wpierw maluchy. Tu prezentowała jak drapnąć tłustego robaka, tam wskazywała dziobem co smaczniejsze kępki trawy. Dwoiła się i troiła by pisklaki same potrafiły odnaleźć swoje gusta.
Krzyczała na kogucika kiedy za bardzo chciał wyręczyć któregoś szkraba w poszukiwaniu pokarmu. „Najbardziej im posmakuje to co sami sobie zorganizują” klarowała. „Nie odbieraj im możliwości uwierzenia we własne siły!” Podwórko kurek mogło razić wizualnie uwrażliwionych kibiców. Każde z kurczątek leniwie uczyło się polowania na smakowite kąski, każde w swoim tempie.
Właściwie nie było chwili kiedy któreś z nich nie jadło. Mimo iż rodziciele cierpliwie dwoili się i troili próbując zapanować nad jako takim porządkiem – musiał on polec na ołtarzu tej spontanicznej nauki dziobania, ale kurka hołdowała zasadzie jakiej nauczył ją jeden francuski piesek: „jem tyle na ile mam ochotę, ani mniej ani więcej”.
Jeśli uznały że mimo iż dopiero pół naczynia jest puste, ich brzuszki są już pełne – pędziły czym prędzej fikać koziołki z rodzeństwem. Lubiły zresztą odkrywać co rusz to nowe smaki i faktury. Ziarno było nudne jak flaki z olejem.
Za płotem gęsiej zagrody, próżno byłoby szukać choć zmarnowanego ziarenka. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Wpierw próbowała pozwolić gąskom jeść samodzielnie, szybko jednak uznała taką formę za mało efektywną. O estetyce nie wspominając.
Gąski próbowały się wygłupiać, potrafiły się pobrudzić czy nie daj boże zmarnować jakiś okruch! Nie nie nie i jeszcze raz nie! Inka szybko podjęła decyzje iż tak być nie może. Zakazała używać przy jedzeniu jakichkolwiek kończyn.
Nie ma mowy o pomaganiu sobie skrzydełkami, drapaniu nóżką. Po paru eksperymentach rozkazała iż po prostu siedzieć proszę na kuprze i nie dyskutować tylko dziobać dziobać dziobać! Przecież pasza, którą gospodarz przynosił musi być bez dwóch zdań spożyta co do ostatniego okruszka!
Kurka z kogucikiem może i zainspirowaliby się porządkiem panującym w gęsiej zagrodzie, ale po prostu nawet nie mieli czasu zajrzeć do wzorowo zorganizowanej sąsiadki. Małe kurczątka nie ustawały bowiem w zaskakiwaniu rodzicieli coraz to nowymi umiejętnościami rozrabiania.
Przez to że dzieciaki prześcigały się w zdobywaniu urozmaiconego pożywienia – ich zdolności motoryczne rozwijały się niepomiernie. Skrzydła przejawiały właściwości wręcz chwytne, koordynacja łapa-oko prócz efektywnego polowania na robaki pozwalała im bardzo szybko opanować zdolność skrobania jak kura pazurem. Rodzicom wydawało się że to pokolenie chyba pójdzie od razu do gimnazjum, na samą myśl dostawali gęsiej skórki.
Nie ustawali oni zgodnie w staraniach by prześcignąć oczekiwania gospodarza. Im więcej przynosił im karmy – tym więcej jeszcze prosili. Gąski były karmione już nie co 4 a co 3 godziny. Budowanie biomasy szło w imponującym tempie. Odkryli, iż dobrze działa też wykluczenie jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Gąski siedziały na kuprach, każda miała przypisany lejek a rodzice sypali w nie paszę jak do worka. Inka nie posiadała się ze szczęścia. Codziennie mierzyła i ważyła swoje pociechy. Wiedziała że im bardziej się przyłożą, tym prędzej gąski osiągną tak wymarzoną przez gospodarza dojrzałość. Inka bardzo kochała swoje dzieci.
Był najgorszą skazą nieskazitelnej gęsiej zagrody. Odmieniec ważył połowę tego co rodzeństwo. Co gorsza był nad wyraz ruchliwy, niepokorny i wyszczekany. Skaranie boskie z takim łobuzem. Potrafił podlecieć nad wysoki płot, potrafił wyskrobać swoje imię na płocie, przez to często spotykał się z aktywną dezaprobatą gospodarza.
Tyle pożytku, że rodzice mogli go używać jako negatywnego przykładu ze swojego podwórka dla reszty posłusznej czeredy. Rodzice namiętnie straszyli nim resztę dzieciaków – „jak będziesz niesforny jak ten Bolko to na zawsze zostaniesz taki drobny!”
Inka aż cała się trzęsła z radości, kiedy pewnego dnia na gospodarstwo zajechał ten wielki błyszczący kurnik na kołach. Cała jej familia była idealnie przygotowana.
Wypucowała jeszcze piórka i skrzydełka swej nieruchliwej tłustej gromadce. Bielutkie pierze na wypasionych gąskach lśniło i puszyło się dumnie w ciepłym słońcu. Nawet Pan Tofel zasłużył dziś na pochwałę! Przyczynił się aktywnie do sukcesu wyprowadzając przed dom gospodarza – pięknie maszerującą gęsiego defiladę.
Gospodarz i jego gość cmokali i mlaskali z zadowolenia. Poprosili nawet o repetę z defilady zanim zaprosili gąski do wnętrza luksusowego vana. Inka była w takiej ekscytacji, że właściwie wyparła ze swej lśniącej białogłowy istnienie Bolka. Wiedziała jak psułby tę sielankę swą cherlawą posturą, do tego brudny i umorusany jak nie przymierzając zmokła kura.
Gęś Inka bardzo kochała swoje dzieci. Łzy szczęścia zakręciły się jej w oku kiedy komfortowy van do kurortu o egzotycznej nazwie „Ubojnia drobiu” odjechał w gęsiną dal.
Tylko Bolko przegrał życie…
Dziś chcę Wam pokazać wspaniałe miejsce – Hotel Warszawianka, które odwiedziliśmy w ten weekend. Jak wiecie, lubimy podróżować i nie zrażają nas przeciwności losu. Teraz z dwójką, naszych dzieci jest naprawdę fajnie. Nie musimy w końcu jeść na zmiany, bo najmłodszy domownik również aktywnie uczestniczy w posiłkach siedząc w krzesełku. Jazda autem to też żaden problem. Dlatego wracamy do naszych wyjazdów we czworo.
Hotel położony jest ok 40 km od centrum Warszawy , czyli na dojazd trzeba przeznaczyć ok. godzinę. Jest to naprawdę dobra odległość, bo zupełnie nie odczuliśmy, że jedziemy w podróż. Zapakowaliśmy bagaże, wózek, hulajnogę i ruszyliśmy w kierunku Jeziora Zegrzyńskiego.
Cały kompleks jest położony nad samym jeziorem, do tego jest naprawdę ogromny. Jeżeli Wasze dzieci jeżdżą na rowerkach, hulajnogach to możecie je ze sobą zabrać. Można tam również podszkolić jazdę na rowerze z pedałami. Teren hotelu jest bardzo ładny-mimo tego, że nie ma jeszcze wiosny. W koło jest mnóstwo drzew iglastych, które dają złudzenie zieleni.
Hotel Warszawianka dobę hotelową zaczyna o godzinie 16 i kończy o 12. Zawsze możecie przyjechać wcześniej i skorzystać z uroków terenu i np. pójść na spacer nad jezioro. Nasz pokój był gotowy już o godzinie 13 i nic nie dopłacając skorzystaliśmy z kilku dodatkowych godzin. Dobę również wydłużyliśmy do 14 żeby móc na spokojnie skorzystać jeszcze z basenu i Kiddos.
Pokój rezerwowaliśmy przez Booking.com ok miesiąc temu. Wiem, że ciężko jest z terminami, ale warto sprawdzać je na bieżąco.
Są tam 3 restauracje: obiad jedliśmy w restauracji Galeria i było przepyszne-dzieciom również smakowało (dobre kids menu)
Przy wejściu na basen jest automat z kanapkami, ciastkami z pestkami dyni i babeczkami- w razie małego głodu możecie coś kupić do godziny 22.
Cały pobyt warto sobie rozplanować wg atrakcji dla dzieci i ich rytmu dobowego. My np. nie wychodzimy bezpośrednio na podwórko na spacer po basenie. Dlatego najpierw zwiedziliśmy tereny na zewnątrz i dopiero później korzystaliśmy z atrakcji w środku.
Z atrakcji na terenie basenu można również skorzystać nie będąc gościem hotelowym. Można tam przyjechać i skorzystać z niego odpłatnie. Sam basen jest naprawdę fajny i dzieci w różnym wieku znajdą tam dla siebie atrakcje. Jest też brodzik ze zjeżdżalnią.
Temperatura wody wynosi ok 30 stopni, czyli w sam raz. Mamy do dyspozycji: brodzik, basen do pływania z torami, basen 135 cm z „rzeką”, basen 85 cm, 2 jacuzzi i zjeżdżalnię krytą, zewnętrzną. Basen bardzo nam przypadł do gustu i korzystaliśmy z niego 2 razy.
Jeszcze w żadnym hotelu nie widziałam takiej sali zabaw. Jest to miejsce, gdzie chyba każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Do Kiddos mogą wejść dzieci od 4 lat do 12. Z tego co wiem, przestrzegane jest to bardzo rygorystycznie i 3,5- latek tam nie wejdzie.
Rodzice również nie mają wstępu (nawet na chwilę). Tę informację odebrałam bardzo personalnie, bo sama lubię oglądać takie miejsca z racji mojego zawodu oraz chęci bycia blisko dziecka.
Wiem, że może się Wam wydawać to dziwne, ale dzieci są tam pod opieką Pań. Bawią się i korzystają ze wszystkich atrakcji, a rodzice mogą je podglądać na zewnątrz na telebimie. W razie potrzeby dziecko podchodzi do Pani i prosi o zawołanie rodziców. Wtedy ktoś do Was dzwoni i proszeni jesteście o przyjście.
Ja oczywiście sama z chęcią bym wypróbowała wszystkie rzeczy, ale niestety nie mogłam. Najpierw myślałam, że to niezbyt ciekawy pomysł. Jednak później jak zobaczyłam szczęśliwą Lilkę od razu mi przeszło. Udałam się z mężem na herbatę na górę.
Pierwszego dnia Lilka nas zawołała już po 40 minutach. Kiedy ją odebrałam miała pomalowane paznokcie i powieki, a do tego była przeszczęśliwa. Dziś po 2, 5 h nie chciała stamtąd wychodzić i błagała o kolejny przyjazd.
Spędziliśmy naprawdę udany weekend. Na każdy wyjeździe niedziela zawsze jest już poświęcona przygotowaniom do drogi, a tu z racji odległości do domu nie spieszyło się nam i dzięki temu skorzystaliśmy jeszcze ze spaceru po plaży. Z pewnością jeszcze nie raz odwiedzimy Warszawiankę.
tu macie więcej inspiracji na Hotel z dziećmi
a tu na zime ranking TOP 20 Hotel z dziećmi na narty
Dziś polecę Wam nasze, najlepsze seriale. Maniakami serialowymi jesteśmy już prawie 10 lat. Zaczynaliśmy od kultowej Ligi dżentelmenów i chyba musimy do tego wrócić.
Co tu dużo pisać, wieczorem kiedy padamy na twarz po całym dniu włączamy coś ciekawego. To dla nas super sposób na chwilę relaksu.
Żeby nie przedłużać poniżej najlepsze seriale, jakie oglądamy lub oglądaliśmy. Stwierdziłam, że nie będę ich numerować, bo ciężko byłoby mi wybrać te naj.
This is us jest o relacjach rodzinnych. Niesamowita historia trojaczków, która przedstawiona jest dwutorowo – czasami przenosimy się do przeszłości, a czasami jesteśmy w czasie teraźniejszym kiedy mają 36 lat. Genialnie nakręcony serial, który ogląda się jak film. Wciągnął nas maksymalnie i obecnie jest na topie.
Most nad Sundem absolutnie wciągający kryminał duńsko-szwedzki. Kto obejrzy pierwszy odcinek już nie może się oderwać. Bije od niego skandynawskie zimno, co jeszcze bardziej potęguje mroczną atmosferę. Do tego porusza ciekawe, społeczne tematy. Obecnie są 3 sezony dostępne na Netflix
Good wife długo był naszym numerem jeden. Każdy sezon (a jest ich siedem na Netflixie) wciąga niesamowicie. Uwielbiam seriale o mocnych, niezależnych kobietach i ten właśnie taki jest. Wątek prawniczy mocno przewija się przez serial. W każdym odcinku przedstawiona jest zupełnie inna, wciągająca historia, a w tle przewijają się perypetie głównych bohaterów.
Shameless (wersja US) wiele razy rozbawił mnie do łez, pomógł się oderwać od wielu spraw i sprawił, że trochę inaczej patrzymy na nasze rodzicielstwo.
To serial o patologicznej rodzinie, która ma wiele problemów. W niektórych momentach jest dość mocny i przerysowany. Bardzo go polecam, bo naprawdę jest tego wart.
Get down serial wbrew pozorom jest bardzo niepozorny, ale wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki. Nowy Jork lat 70-tych, Bronx jest kolebką hip hopu.
Polecam bardzo wszystkim wielbicielom gatunku. Chociaż mój mąż, który wychował się raczej w innych gatunkach muzycznych też jest tym serialem zachwycony. Jest pięknie nakręcony, muzyka w tle dosłownie porywa, a tak naprawdę jest to serial o spełnianiu marzeń. Dostępny jest na Netflixie, a kto go obejrzy to polecam jeszcze dokument w tej samej tematyce Hip-hop evolution również na Netflixie.
The Crown genialny, brytyjski serial o panowaniu Elżbiety II. Przepięknie nakręcony, opowiada historię życia i panowania królowej. Nie przepadam za serialami historycznymi, ale ten mnie porwał. Kostiumy, myzyka i charyzmatyczne postaci sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon na Netflixie.
Belfer to polski serial, w którym główną rolę gra Maciej Stuhr. Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że okaże się tak dobry. Trzyma w napięciu, fajnie nakręcony, bez sztywnej gry nastolatków. Więcej o nim możecie przeczytać u Janka. Wciągnął nas i czekamy na kolejne odcinki.
Younger to serial raczej kobiecy. Może nie jest bardzo ambitny, ale ja go lubię. Oglądam dla totalnego relaksu. Opowiada o mamie, która wraca po 18 latach na rynek pracy… no i jest ciężko. Trochę przerysowany, ale ja go lubię i czekam na następny sezon.
The Killing to chyba pierwszy kryminał jaki oglądaliśmy. Bardzo mroczny, ale bardzo wciągający. Zaczyna się typowo, bo od morderstwa, jednak później wiele razy nas zaskakuje.
Pytanie „Kto zabił?” zadawaliśmy sobie chyba z 50 razy. Serial jest kopią duńskiego Forbrydelsen, która podobno jest lepsza (zależy jaki klimat lubicie).
Black mirror jest serialem opowiadającym o negatywnym wpływie technologii w życiu człowieka. Jest dość mocny i daje do myślenia.
Każdy odcinek skłania do refleksji w jakim świecie żyjemy i jak będą dorastać nasze dzieci. Mam nadzieję, że nie okaże się wizjonerski. Ale obejrzeć wart. Dostępny na Netflix.
Tak wygląda zestawienie naszych najlepszych seriali. Jeżeli macie swoje typy, napiszcie w komentarzach.
A tu znajdziecie nasze rankingi:
najlepsze seriale Netflix a tu Najlepsze seriale MAX
Tu znajdziecie odpowiedź Jak wprowadzać dzieci w świat bajek
a jak już je wprowadzicie zapraszam po:
Najlepsze bajki na Netflix
Najlepsze bajki MAX
najlepsze bajki edukacyjne
Macie czasami wrażenie, że jesteście na każde zawołanie swojego dziecka? Ja tak! Jestem otwarta na wszystkie emocje, szczególnie na te trudne. Jestem, trzymam za rękę, przytulam, głaszczę, noszę, ocieram łzy. Przyjmuję wszystkie uczucia, które nie odbijają się ode mnie. Moje dziecko powraca do normalnego stanu dość szybko i o tym zapomina. A ja? Trawię to wszystko przez cały czas.
Czasem mam takie dni kiedy mam ochotę powiedzieć: „A dajcie mi wszyscy święty spokój. Nie interesuje mnie zgubiona kredka, mokra pielucha, czy nie zapłacony rachunek.
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? Proporcje są najważniejsze, żadna praca nie powinna być naszą jedyną aktywnościądr hab. Sylwiusz Retowski
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? Proporcje są najważniejsze, żadna praca nie powinna być naszą jedyną aktywnością
Każde słowo w tym cytacie mam ochotę zakreślić na czerwono i powiesić na lodówce. Jeżeli wypalenie spotyka nas w pracy możemy pomyśleć o zmianie, szukać czegoś innego, wyprowadzić się w Bieszczady i paść owce.
Oczywiście „wypalenie zawodowe” jest o wiele głębszym i bardziej złożonym tematem, którym zajmują się psychologowie. Ja moje wypalenie odczuwam tak, że brakuje mi tej iskry do działania. Wszystko mnie wkurza i sama mam ochotę tupać. Niewyspanie i zmęczenie tylko ten stan potęguje. W domu robię totalne minimum na dopalaczu w postaci kawy.
Z pracy wychodzimy o 17 i zajmujemy się czymś innym. Jest to zmiana. A rodzicem jesteśmy 24h na dobę. Nawet będąc w pracy jesteśmy rodzicem.
Nie możemy przecież rzucić tego wszystkiego i szukać czegoś bardziej zajmującego.
Kocham być mamą, uwielbiam swoje dzieci, ale czasami naprawdę mam powyżej uszu. Żałuję, że drzwi od łazienki może otworzyć 9-miesięczne niemowlę (taki wymysł architekta).
Przyszedł i do mnie taki czas, że mam dość. Po wielkiej euforii macierzyństwa po raz drugi, moja krzywa mocno opadła. Poniżej zera. Wiem też że przyrost mojej energii będzie wprost proporcjonalny do ilości słońca na niebie.
Przedwczoraj o godzinie 14.25 zauważyłam, że jestem jeszcze w piżamie. Spojrzałam na siebie w lustrze i uznałam, że coś ze mną kiepsko. Za mało czasu dla siebie, za dużo mnie dla wszystkich. Stwierdziłam, że zrobię coś dla siebie i poćwiczę. Udało się, Junior się nie obudził i zrobiłam 40-minutowy trening.
Tak ustawiłam sobie pisanie postów w tym tygodniu żeby móc zrobić to jeszcze 2 razy. No i oczywiście się nie udało, Jul się pochorował i ledwo jadę na rezerwie. O żadnych ćwiczeniach nie ma mowy.
Jedna błahostka zapala mnie w sekundę i do końca dnia już nie dam rady powrócić do mojej homeostazy.
Ja wiem, że one przeminą, że będzie lepiej. I tak naprawdę tylko to trzyma mnie na nogach. Tak bardzo żałuję, że moja wioska jest daleko ode mnie. Ten wpis nie jest po to żeby się żalić czy też marudzić. On jest po to żebyśmy spojrzały na siebie łaskawszym okiem. Poszukały czegoś tylko dla siebie i o to dbały.
Pisałam Wam nie raz, że moja mama wychowała mnie samodzielnie. Jak czasami jest mi ciężko to myślę właśnie o niej. Pamiętam, że w każdy weekend jeździliśmy do babci. Od piątkowego popołudnia do niedzieli wieczór byłyśmy u rodziny. Już teraz wiem dlaczego. Żeby złapać oddech na pozostałe dni, żeby móc z kimś pogadać, żeby ktoś inny zajął się Twoim dzieckiem, żeby pomyśleć o czymś innym niż „dziecko”…
Takie kryzysy są normalne. Często, chwilę po tym wychodzi słońce. A jeżeli nie, to szukałabym pomocy u specjalisty. Polecam tekst u Natalii
Wypalenie nie dotyczy tych, którzy nie znoszą swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Bo aby się wypalić, trzeba najpierw się zapalić, być choćby chwilowym pasjonatemdr hab. Sylwiusz Retowski
Wypalenie nie dotyczy tych, którzy nie znoszą swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Bo aby się wypalić, trzeba najpierw się zapalić, być choćby chwilowym pasjonatem
Cieszę się bardzo, że mam blog, że mam Was. To właśnie praca, którą wkładam tutaj jest moim wentylem. Spuszczam wszystkie emocje kiedy siadam przy komputerze i piszę. Wciąż szukam nowych inspiracji i to one właśnie mi pomagają. Kursy fotograficzne, spotkania biznesowe pomagają mi zatęsknić.
Nie potrafiłabym nie pracować na macierzyńskim i w 100 % oddać się rodzicielstwie.
Jeżeli macie chęć napiszcie w komentarzach jak Wy wyłączacie się z bycia rodzicem, chociaż na 15 minut.
Zdjęcie tytułowe by https://travelicious.pl z tych lepszych dni, bo takie chce pamiętać
Dziś pokażę Wam co lubiliśmy w 2016 roku. Tak, wiem, że już luty:) Są rzeczy dla dzieci i dla dorosłych. Troszkę ten wpis mi się przesunął, bo żyję ostatnio w dużym niedoczasie. Najważniejsze, że jest!
Zaczynamy
Pamiętacie jak pisałam Wam, że moje dziecko nie przepada za rysowaniem? (Mamo nie lubię rysować) To się mocno zmieniło w ubiegłym roku. Na pewno wpływ miało wiele czynników, ale jeden to na pewno narzędzie. Nie chcę żeby to tak zabrzmiało, ale naprawdę Lilka zaczęła dużo rysować kiedy kupiłam jej pastele żelowe. Znacie ten wynalazek?
Czym się różnią od standardowych kredek ołówkowych czy kredek świecowych?
Przede wszystkim tym, że bardzo lekko się nimi rysuje. Nie trzeba naciskać mocno żeby uzyskać mocną pigmentację koloru. Trzymanie kredki przez długi czas wbrew pozorom nie jest takie łatwe. A podczas rysowania dłoń jest luźna (nie męczy się) a kreska jest bardzo nasycona.
Sama uwielbiam nimi rysować, bo robi się to lekko i przyjemnie. Pastela dosłownie płynie po kartce. Używamy ich również do kolorowania w kolorowankach. Jeżeli ich jeszcze nie znacie to sprawdźcie. Jedno opakowanie wystarcza u nas na około pół roku.
Jako pierwsze mieliśmy DJECO <– klik
A teraz mamy tańsze MAPED<–klik
Nie widzę różnicy w użytkowaniu:)
Jedyny minus to lekko się rozmazują.
Kolorowanki wodne to genialny wynalazek! Czy w podróży, czy też w domu – dziecko może malować samą wodą, a efekt jest wspaniały. Zdecydowanie jest też łatwiej malować samą wodą niż farbami. Zobaczcie jakie świetne:
Do pisaka nalewamy wodę (Lilka robi to sama) i prowadzimy po kolorowance. Pod spodem jest ukryty rysunek. Można łączyć też punkty (dla starszych). Kiedy strona wyschnie – ilustracja znika. Możemy od nowa wypełniać stronę. GENIALNE! Zabieram to zawsze do restauracji czy na wyjazd. Cicha, świetna zabawa:)
Aby malować po kartce potrzebujemy oddzielny kubek z wodą. Zanurzamy pędzelek w wodzie i ciągniemy po stronie i już wydobywa się nam piękny kolor. Mieliśmy wiele kolorowanek tego typu, jednak te z Usborne są najpiękniejsze. Mają najładniejsze ilustracje i najbardziej nasycony kolor.
O kawie mogłabym pisać poematy, wiersze, powieści… Ale odkąd mamy ekspres do kawy to mogłabym nawet popełnić hymn pochwalny. Od zawsze jestem kawoszem, ale odkąd rano czeka na mnie kawka ze świeżo zmielonych z ziaren, z mleczną pianką o wiele łatwiej mi się wstaje z łóżka.
Czasami mam wrażenie, że wstaję właśnie po to żeby wypić kawę. Uwielbiam też ten moment w ciągu dnia, kiedy Junior śpi, a ja mam chwilę dla siebie.
W tamtym roku zaczęliśmy również przygodę z sokami owocowo-warzywnymi. Najpierw miksowałam w blenderze kielichowym, a później przeszedł czas na sokowirówkę. Uwielbiam z prostotę, ogromny ładunek witamin i smak. W takiej formie również Lilka przyswaja większość warzyw, które normalnie nie przechodzą jej przez gardło. Polecam! tu macie wpis Czy warto kupić wyciskarkę wolnoobrotową
Razem z serum Resibo są moimi ulubionymi kosmetykami. Uwielbiam je ze względu na to, że są dobre dla mojej skóry. Żel nie wysusza skóry podczas mycia, a krem pod oczy naprawdę dobrze nawilża skórę.
Coraz mniej mam czasu na czytanie książek i często nie dam rady przeczytać więcej niż 5 stron na raz. Dlatego wciąż uwielbiam ten magazyn. Akurat mogę te 10-15 minut się skupić i coś przeczytać.
A gazeta, jak żadna inna wciąga mnie z każdym numerem. Powiem szczerze, że w codziennej gonitwie obowiązków często zapominam o sobie. Ten magazyn mi o tym przypomina.
Długo u nas trwały poszukiwania rajstop idealnych. W końcu trafiłam na Gattę. Polecam je każdej mamie dziewczynki (nie wiem czy mają modele uniseks). Kosztują około 20 zł, mają szeroką gumkę, która trzyma rajstopy na miejscu, nie mechacą są, dobrze się piorą i świetnie wyglądają.
Czego więcej chcieć? No może dostępności w sklepie online. Ja kupuję je stacjonarnie. Rozmiarówka jest typowa – kupuję na tyle ile dziecko obecnie mierzy i są ok.
Uwielbiam pić z nich wodę, a nawet soki świeżo wyciskane. Co prawda nie są lekkie, ale wg mnie są świetne. Woda z plastiku już mi nie smakuje. Mamy dwa modele – jeden większy i jeden mniejszy (oba z ustnikami). Kiedy Junior urośnie też mu taką kupię z rurką.
W końcu znalazłam jeansy, które nie wyglądają na mnie jak getry, nie mają też mocnych przetarć oraz dziur. Nie są też za długie. Bardzo długo szukałam takiego modelu, a w Mango dopadłam aż 3 pary. Chodzę w nich non stop. Jeżeli również macie problem z jeansami idealnym zajrzyjcie do Mango. Moje to modele: Lonny, Boyfriend
Mój hit! Super maluje, nie kruszy się i ładnie podkreśla oko. Za taką cenę naprawdę jest świetny! Jest dostępny w Douglas, ale ja kupuję tutaj
Po świątecznym obżarstwie i jedną nogą w nowym roku często podejmujemy decyzję o zgubieniu kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilogramów. W styczniu czujemy już lekki powiew wiosny i tak naprawdę to ostatni dzwonek żeby zacząć myśleć o zmianach. Przyznaję się, że sama co roku myślę o tym żeby w końcu zgubić kilka centymetrów tu i ówdzie.
Wystarczy nawet, że przez kilka dni nie pilnuję zdrowego jedzenia i już mam dodatkowy kilogram na wadze. Pierwszy raz w swoim życiu byłam na diecie około 10 lat temu. Bardzo szybko doszłam do wymarzonej wagi, ale równie szybko kilogramy wróciły. Stosowałam popularną wówczas dietę Dukana.
Drugi raz odchudzałam się przed ślubem – również bardzo szybko schudłam. Później zaszłam w ciążę, więc o żadnych dietach nie było mowy. 8 miesięcy po porodzie znów wzięłam się za siebie i zrzuciłam nadliczbowe kilogramy (dietą i ruchem).
2 lata temu moja lekarka zdiagnozowała u mnie insulinooporność i w związku z tym również musiałam przejść na dietę. Wtedy również odkryłam przyczynę moich problemów z wagą. Tak naprawdę od tego czasu do końca mojego życia powinnam stosować dietę o niskim indeksie glikemicznym.
Jednak karmienie piersią mnie powstrzymuje przed ograniczeniem cukrów w diecie. Od niedawna staram się jednak nie jeść produktów, które podnoszą mocno glikemię (np. kasza jaglana, ryż, owoce). Jednak boję się zastosować dietę w pełni. Zamierzam jednak w końcu zrzucić pociążowe kilogramy lekką dietą i ruchem.
Pamiętam jak kiedyś byłam sama z Lilką w domu i ubierałam się. Założyłam koszulę, która wisiała w czeluściach szafy i nie mogłam jej dopiąć na brzuchu. Spojrzałam na siebie w lustrze z politowaniem i wypaliłam do siebie z automatu:
„Ale jestem gruba. Muszę w końcu coś ze sobą zrobić”. Lilka była kilka metrów ode mnie, ale widocznie usłyszała, bo już przed kąpielą pokazała na swój malutki brzuszek i nazwała go grubym. Później kilka razy przed lustrem podnosiła bluzkę i klepała się po swoim „grubym” brzuchu.
Nie zdawałam sobie sprawy jak łatwo możemy zaszczepić dzieciom odchudzanie, diety, zaburzony wizerunek swojego ciała. Skoro dziecko obserwuje mamę, która wg niego jest piękna, a nazywa siebie „grubą” to znaczy, że i ze mną może być coś nie tak.
Dzieci obserwują nas na każdym kroku. Kiedy byłam na diecie przed ciążą Lilka doskonale wiedziała, że się odchudzam. Nie musiałam wtedy nic nawet mówić. Nie myślałam wtedy, że ona to rozumie i to wie.
W naszym dzieciństwie tego nie było. Przerażają mnie 9-latki, które są na diecie i zwyczajnie nie chcę żeby moja córka również poddała się tej modzie. Dlatego przed zaczęciem mojej kolejnej już diety zapytałam specjalistkę o to jaki to może mieć wpływ na dzieci.
Zapytałam Zuzannę Antecką – psychodietetyk, autorkę bloga o pozytywnym żywieniu dzieci Szpinak robi bleee (<-klik), co myśli na ten temat.
Zuzanna Antecka: To niezwykle złożona kwestia. Nie da się wskazać jednej prostej przyczyny. Jak w większości chorób i zaburzeń powstają one na skutek interakcji predyspozycji osobniczych (genów, cech charakteru, temperamentu), działań środowiska (sposobu, w jaki funkcjonuje rodzina, znajomi, wpływ mediów itp.), czynników społecznych.
Zaburzenia odżywiania to zazwyczaj reakcja na jakąś trudną sytuację. Sposób radzenia sobie z nią. Bardzo rzadko są przypadkowym efektem dążenia po prostu do idealnej sylwetki. Na pewno przyczyny są znacznie głębsze i ogromną rolę odgrywają tu relacje rodzinne. Szczególnie jeśli zaburzenia odżywiania rozwijają się w dzieciństwie czy młodości.
Te same problemy w rodzinie, w relacjach, z akceptację samego siebie mogą wywołać u dzieci różne zaburzenia – uzależnienia, depresje czy właśnie zaburzenia odżywiania.
Z.A.:Oczywiście. Najtrwalsze nawyki żywieniowe kształtują się już w pierwszych latach życia naszych dzieci. Wtedy przyzwyczajamy je do konkretnych smaków, uczymy schematu posiłków, pokazujemy, jakie znaczenie i jakie funkcje pełni w naszym życiu jedzenie. Przekazujemy nasz sposób myślenia o jedzeniu.
Realny wpływ na to, co jedzą nasze dzieci mamy jedynie przez ok. 10 pierwszych lat ich życia
Potem dzieci coraz częściej podejmują samodzielne decyzje żywieniowe, więcej posiłków spożywają poza domem. Wtedy, można powiedzieć, zbieramy żniwo naszej wcześniejszej pracy. Jeśli udało nam się ukształtować u dzieci dobre relacje z jedzeniem, dobre nawyki żywieniowe, to w przyszłości będą one same podejmować mądre decyzje, jeść dobrze.
To jest nasz wpływ pośredni na odżywianie naszych pociech. Na pewno jako nastolatki czy osoby dorosłe będą miały jeszcze okresy, gdy to jedzenie będzie lepsze lub gorsze, ale ta baza nawyków żywieniowych z dzieciństwa jest czymś, do czego z łatwością wrócą.
Z.A.:Jedna negatywna uwaga, krótkotrwała dieta, czy rozsądne odchudzanie się nie wywoła od razu u naszego dziecka zaburzeń odżywiania. Tak jak wspomniałam, zaburzenia odżywiania mają znacznie bardziej złożoną przyczynę. Ale z pewnością nasze dorosłe relacje z jedzeniem, stosunek do własnego ciała i stosowania diet mogą mieć wpływ na rozwój nadwagi czy zaburzeń odżywiania u dzieci.
Badania pokazują, że w rodzinach, w których unika się negatywnych uwag na temat wyglądu ciała (swojego, dziecka, innych osób), zaburzenia odżywiania pojawiają się rzadziej. Co ciekawe znaczenie ma również to, w jaki sposób jadamy posiłki. Ogromną wartością jest po prostu jedzenie posiłków wspólnie, rodzinnie. Okazuje się, że w rodzinach, których członkowie jadają razem, zaburzenia odżywiania są rzadsze.
Na pewno dziecko widzi i słyszy znacznie więcej niż nam się wydaje. Nasze uwagi dotyczące naszego ciała, naszego sposobu żywienia (np. “za dużo zjadłam”, “ale się objadłam”, “te słodycze są takie tuczące”, “ale mam brzuch wielki po tych chipsach”) wpływają na to, jak o własnym ciele myślą nasze dzieci. Pamiętajmy, że dzieci postrzegają nas w sposób wyidealizowany. Stawiają nas za wzór i po prostu naśladują nasze zachowanie.
U malutkiego dziecka to może być właśnie “klepanie się po grubym brzuchu”, u nastolatki już restrykcyjna dieta odchudzająca
Z.A. Na pewno nadmierne zaabsorbowanie wyglądem własnego ciała. Krytyczny jest tutaj okres dojrzewania. Ciało nastolatków drastycznie się zmienia, jest to dla nich wyjątkowo trudne w dzisiejszych czasach, kiedy promowany ideał piękna (przynajmniej kobiecego) bardziej podobny jest do dziecięcej sylwetki niż figury dojrzałej kobiety.
Jeżeli my, rodzice, nie pomożemy dziecku zrozumieć tych zmian, patrzeć w sposób krytyczny na to, co przedstawiają rówieśnicy i media, nie ukształtujemy pozytywnego obrazu własnego ciała u dziecka, to w okresie dojrzewania może ono zwrócić się właśnie w kierunku tzw. niezdrowych metod kontroli wagi.
To mogą być np. intensywna aktywność fizyczna, omijanie posiłków, regularne pozostawianie jedzenia na talerzu, gwałtowne przejście na wegetarianizm, napady objadania się, restrykcyjne diety.
Im więcej rozmawiamy z dzieckiem, im baczniej się mu przyglądamy, tym łatwiej będzie nam dostrzec te sygnały alarmowe. Nie bagatelizujmy nawet zwykłego powiedzenia “Ale grubo w tym wyglądam”.
Wykorzystajmy to jako pretekst na temat rozmowy o lubieniu własnego ciała. Zamiast proponować dietę w odpowiedzi na słowa “Muszę schudnąć”, usiądźmy i pogadajmy o zmianach w nawykach żywieniowych rodziny, które pozwolą nam wszystkim być zdrowszym.
Z.A.:Można by wymienić ze 100 dobrych nawyków żywieniowych, które warto ukształtować u naszego dziecka. Ale warto mieć świadomość, że to, co dzisiaj uznawane jest za zdrowe, za 20-30 lat może już nie być polecane w żywieniu. Dietetyka to dziedzina wiedzy, która bardzo mocno się rozwija. Dlatego ja polecam trzymać się zasad, które się zawsze sprawdzą i tak naprawdę tłumaczą niemal każdą decyzję żywieniową.
Te zasady to: umiar, różnorodność i proporcja.
.
To dokładne przeciwieństwo tego czym są zaburzenia odżywiania. Nauczmy dzieci, że jedzenie ma być owszem smaczne, ale jest po prostu jedzeniem. Nie pełni roli pocieszacza i wypełniacza czasu. Jedzmy posiłki wspólnie, przy stole, bez telewizora. To ma znacznie większe znaczenie niż to, co na ten posiłek podamy.
Z.A.:Umiar należy mieć we wszystkim, również w zakazie. Akurat zakaz jedzenia słodyczy najprawdopodobniej sprawi, że nasze dziecko zacznie pożądać ich jeszcze bardziej. Choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy silna restrykcja w zakresie jedzenia słodyczy jest konieczna. Zamiast zakazywać musimy nauczyć nasze dziecko jeść słodycze z umiarem.
Ukształtować u niego dobre relacje ze słodyczami, to znaczy, by traktowało je jak zwykłe jedzenie, nie sposób na nudę, smutki czy złości.
Pokażmy również, że inne pokarmy też mogą być smaczne. Tu znowu – ogromna rola naszych własnych relacji ze słodyczami. Jeżeli my nie radzimy sobie z ich jedzeniem, jemy zbyt dużo, na zmianę rezygnujemy i objadamy się, nie potrafimy jeść ich z umiarem i sięgamy po nie w przypływie emocji, to obawiamy się, że w ten sam sposób reagować będą nasze dzieci.
I tu leży tak prawdziwe źródło problemów ze słodyczami u dzieci. W naszym dorosłym lęku i w naszych własnych problemach związanych z jedzeniem słodkich produktów.
Jasne, dzieci kochają słodycze. Oczywiście, że sprawy nie ułatwiają spece od reklamy wmawiający nam i naszym pociechom, że batonik to idealne rozwiązanie na drugie śniadanie i wszystkie smutki ani producenci żywności wciskający cukier do każdego możliwego produktu z napisem “dla dzieci”. Ale jeśli my pokażemy dzieciom, że ze słodyczy można mądrze i bezpiecznie korzystać, to będą to wiedziały przez resztę swojego życia 🙂
Z.A.:Wszystko zależy tak naprawdę od punktu wyjścia. Nie ma nic złego w tym, by chcieć schudnąć. Nie ma nawet nic złego w tym, że uważamy nasz brzuch za zbyt duży i chcielibyśmy mieć mniejszy. Problem w tym, jak o tym mówimy i z jakiego powodu chcemy dokonać tych zmian. Klasyczny sposób odchudzania zakłada taki schemat:
nie lubię siebie, czuję się grubo – chcę schudnąć – jak schudnę, wreszcie siebie zaakceptuję. Zatem odchudzamy się z nienawiści do własnego ciała.
Z mojego doświadczenia wynika, że odchudzanie jest skuteczne jedynie wtedy, gdy za punkt wyjścia przyjmiemy miłość do naszego ciała, akceptację. Wtedy schemat będzie wyglądał mniej więcej tak:
dbam o siebie, moje ciało jest dla mnie ważne – czuję, że moja waga, źle wpływa na funkcjonowanie mojego ciała – chcę to zmienić – zmieniam nawyki żywieniowe.
Jeżeli pokażemy naszemu dziecku taki sposób myślenia, na pewno nie zaszkodzimy mu swoim odchudzaniem. Bo dbanie o własne ciało, akceptacja go, mimo różnych wad, które nam nie odpowiadają, jest naprawdę wspaniałym nawykiem. Uczmy dzieci kochać swoje ciała, dbać o nie, również poprzez dobre żywienie i zdrową aktywność fizyczną.
A.T. Bardzo dziękuję za rozmowę.
A Was zapraszam do obserwowania bloga Szpinak robi blee i fanpage na Facebooku
Jeżeli spodobał się Wam ten post kliknijcie „Lubię to” na moim fanpage’u TUTAJ
Dziś mam dla Was przepis na przepyszne pączki, donuty czy też oponki. Dawno nic nie piekłam, bo powiem Wam w sekrecie, że trochę ograniczam produkty z bardzo wysokim indeksem glikemicznym. Staram się nie jeść białej mąki, cukru i innych produktów, przez które nie mogę zrzucić pociążowych kilogramów.
Szukam zdrowszych alternatyw, ale wciąż mam smaki na dobre rzeczy. Tak zrobiłam gryczano- pełnoziarniste pieczone pączki, a zwykły lukier zastąpiłam tajemnym składnikiem.
1 1/3 letniego mleka (użyłam orkiszowego)
2 łyżki roztopionego masła
2/3 szklanki cukru trzcinowego
2 jaja
5 szklanek mąki (użyłam: 1 szklanki mąki pszennej, 2 szklanki mąki pełnoziarnistej, 2 szklanki mąki gryczanej) Im więcej mąki ciemnej tym pączki będą twardsze.
szczypta soli
1 paczka drożdży instant (7 g) lub 14 g drożdży świeżych
Jeżeli robimy ciasto z dodatkiem świeżych drożdży to trzeba zrobić rozczyn ,a jeżeli robimy z drożdży suchych – wystarczy dodać je do mąki.
Mąkę przesiać przez sito z drożdżami, a później dodać wszystkie składniki, na końcu rozpuszczony tłuszcz. Wyrabiamy przez kilka minut, aż ciasto będzie sprężyste i gładkie. Kiedy już wyrobimy, wkładamy ciasto do miski, nakrywamy bawełnianą ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (1,5 h).
Po tym czasie odrywamy kawałki i wałkujemy dość grubo (na 13 mm) i wykrawamy kołka (duże kółko to u mnie kubek, a małe to kieliszek). Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, nakrywamy ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (45 min).
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. (bez termo) i pieczemy po 8-10 min.
Jeżeli macie multicookera (ja w tym robiłam) to najpierw wrzucacie składniki mokre, później suche a na górę drożdże. Nastawiamy program do ciasta drożdżowego. A po wyjęciu można od razu wałkować i wykrawać.
Oryginalny przepis był inny, jednak ja go zmieniłam na zdrowszy.
3 łyżki zmielonych wiórków kokosowych (mieliłam w młynku do kawy)
łyżka cukru trzcinowego
2 łyżki wody
pół łyżki oleju lub oliwy z oliwek
Wszystkie składniki utrzeć na masę. Aby uzyskać kolor wrzuciłam 3 mrożone maliny i podgrzałam na małym ogniu. Lukier przełożyłam do strzykawki i udekorowałam pączki.
a tu macie Zdrowe przekąski dla dzieci
Koniec roku to dobry czas na podsumowania. Ja już nie robię postanowień noworocznych, bo prawie ZAWSZE ich nie spełniam. Jednak jest coś do czego dążę i dziś chciałabym się z Wami tym podzielić.
Moje postanowienie, które realizuję już od dawna to być szczęśliwym. Tak po prostu. Być szczęśliwą matką, żoną, kobietą i nic więcej.
Tak, dokładnie. Nie stosuję żadnych zasad. Wiecie dlaczego? Bo powodują odwrotny skutek niż był zamierzony. A każda próba kończy się wyrzutami sumienia i poczuciem beznadziejności. Tak więc, wyzbyłam się wielu zasad, których trzymałam się kurczowo i jestem bardziej szczęśliwa.
Mówisz tak czasami na siebie? Ja tak. Szczególnie wtedy kiedy robię coś co sobie inaczej założyłam. Jeżeli myślisz o sobie tak kilka razy dziennie, że jesteś złą matką to znaczy, że jesteś… BARDZO DOBRĄ MATKĄ. Prawdziwe „złe matki” nie zastanawiają się nad tym i nie mają autorefleksji.
Pamiętam jak kiedyś na grupie facebookowej przeczytałam post mamy dwójki dzieci, która zapytała co inne mamy robią z pracami swoich dzieci. Chodziło oczywiście o te na kartkach: rysunki, głowonogi, niedomknięte kołka, bohomazy i inne wytwory. Byłam tego ciekawa, bo sama wieszałam na ścianie je bardzo rzadko.
Ta mama napisała, że prawie wszystkie prace skanuje i wrzuca ja do specjalnego folderu na komputerze. Trzyma je na pamiątkę żeby dzieci mogły je sobie kiedyś obejrzeć.
A co robię ja?
Najczęściej wyrzucam jak Lilka nie widzi. Czasami zdarza się, że później ona tego szuka, więc jej mówię, że skoro obrazek nie został przypięty do lodówki lub taśmą do ściany to uznałam, że jest jej niepotrzebny i można go wyrzucić.
Ale poczułam zakłucie w serduszku mojego cudownego macierzyństwa. ZŁA MATKA ZE MNIE, że nie skanuje tych wszystkich wytworów.
A później sobie pomyślałam, że to bez sensu. Czy ja bym chciała teraz w życiu dorosłym oglądać swoje bohomazy? Nie! Nie ma sensu tak się kotwiczyć w przeszłości. Żyję tu i teraz.
Tak, wiem czasami trudno wyluzować. Ale czasami jest to najlepsza metoda. Nie ma idealnych ludzi, każdy popełnia błędy i na nich się uczy. Milion razy dziennie zastanawiam się, czy zrobiłam dobrze czy też nie. Teraz mam taką metodę, że w chwilach wątpliwości tłumaczę sobie, że widocznie to było wówczas najlepsze wyjście.
Tak jak Wam już pisałam wieczorem ogarniam lekko ten rozgardziasz bajzel na kółkach tak żeby rano nie wstać w mieszkaniu, które wygląda jak po wybuchu granatu. Mój mąż wieczorem sprząta kuchnię, a ja resztę. Dziś np. odkurzałam z Julem w nosidle żeby mieć czas na pracę na drzemce.
Taaaak, pewnie myślicie, że u nas codziennie jest pyszne pożywne śniadanko. Jak już jestem taka szczera, to piszę prawdę. W tygodniu śpię z Julem do około 8.30 i Daniel nasypuje Lilce płatki – dodaje mleko.
Posmaruje bułkę masłem lub naleje oliwy z oliwek na talerz. Ona o 8.30 ma dobre, ciepłe śniadanie w przedszkolu, więc tam ją lepiej karmią niż w domu. Czy mam z tego powodu wyrzuty. Kiedyś miałam, a teraz jestem wdzięczna.
BARDZO BYM CHCIAŁA robić owsianki, jaglanki itd. Ale odkąd jest Jul nie mam jak. Odpuściłam temat.
Bywa i tak (nawet 3 razy w tyg), że nie robię obiadu. To się już zmienia, bo Jul zaczyna jeść coraz więcej i zwyczajnie muszę. Najczęściej kupuję obiad w barze mlecznym przy Lilki przedszkolu lub wyjmuję z zamrażarki pierogi. Z tego powodu też ma wyrzuty sumienia. Ale zamierzam się poprawić!
p.s. Czasami jemy parówki i słodkie serki.
Oj jakże ja bym chciała żeby to było DUŻO I BARDZO EFEKTYWNEGO czasu. Niestety biorę to co mam i się nad tym nie zastanawiam. Nie odpuszczam jedynie usypiania Lilki. Mogłabym włączyć jej kołysankę z DUBI, czy też projektor z muzyczką, ale nie chcę.
Chcę jak najdłużej móc ją usypiać. Może wydawać się Wam to dziwne, bo Lilka dałaby radę sama zasnąć. Ale to jest właśnie ten, mój czas 1:1 tylko z nią. Bardzo rzadko się zdarza, że usypiam dwójkę na raz. Staram się mieć właśnie ten czas dla niej i mam.
W tym roku chcę kilka razy wyjść z nią sama, tak jak było kiedyś.
Słucham biernie, kiwam głową, robię po swojemu. Zasada, która uratowała moje macierzyństwo. To TY znasz najlepiej swoje dziecko, nie jakaś Anka z bloga nebule. Zajęło mi to trochę czasu, jednak wiem, że „złote rady” nie działają.
Tak rzadko słuchamy swoich dzieci, szczególnie tych mniejszych. Naprawdę wiele razy to one pokazują nam najwłaściwsze rozwiązanie, a my szukamy, myślimy, zastanawiamy się. Robienie rzeczy na siłę NIE DZIAŁA. Uwierzcie mi!
Myśl czasami o sobie i swoich potrzebach. Kiedy jestem zła, chodzę i podnoszę głos – wiem, że to moja wina. Dlaczego moja? Bo gdzieś wyczerpałam swoją energię i jej nie odbudowałam. Najczęstszym winowajcą u mnie jest praca (za dużo siedzę na telefonie).
Matkom tak często brakuje takiego poczucia, że są wystarczająco dobre. Ja też na wielu polach mocno odpuszczam, ale wiem, że tego właśnie mi trzeba. Bez przesady z tym krytycyzmem.
Nie planuję, nie zapisuję swoich planów, nie myślę o tym co będzie za pół roku. Nie mam żadnego planu dnia, idę na żywioł. Wiele razy sobie coś zaplanowałam i to nie wyszło, byłam zła na siebie i zwalałam winę na siebie. Tymczasem to nie tylko moje przewinienia.
Przy drugim dziecku bardzo rzadko spoglądam na zegarek, nie wiem ile czasu spało, o której poszło spać lub ile razy się obudziło. Dzięki temu jestem szczęśliwa, bo skupiam się na rzeczach ważniejszych.
Teraz po dwóch tygodniach chorowania cieszy mnie wszystko. Bardzo spokorniałam i niewiele mi trzeba do szczęścia. Ten cały antyporadnik jest właśnie po to, żebyś inaczej spojrzała na siebie, na swoją rodzinę i się zastanowiła co jest naprawdę ważne.
Zdjęcie tytułowe Fabryka przygody
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu na FB: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Test Nifty jest jednym z badań prenatalnych, które można wykonać będąc w ciąży. W dzisiejszym wpisie napiszę Wam moją opinię oraz wnioski, czy warto zrobić ten test.
Jak wiecie moja droga do macierzyństwa po raz drugi nie była usłana różami (Przerwane oczekiwanie). Kiedy w końcu dotarłam do 13 tygodnia wierzyłam, że się uda. Skoro jestem już tak daleko to znaczy, że teraz będzie inaczej i donoszę tę ciążę. Jednak życie znów dało nam prztyczka w nos i sprowadziło na ziemię.
Boisz się cieszyć. Nie ma minuty żebyś o tym nie myślała. Raz masz w głowie szczęśliwe zakończenie, a za chwilę lecisz do łazienki, bo poczułaś malutki skurcz w podbrzuszu. Każde badanie USG to koszmar. Czekasz tylko żeby usłyszeć tętniące serce.
Teraz już prawie tego nie pamiętam. Ale kiedy zaczynam drążyć to przypominam sobie masę niepewności, strachu, łez i… nadziei. Nadzieja podobno umiera ostatnia. Tak też było u nas.
Drugą ciążę straciłam dzień przed USG prenatalnym w 12 tygodniu. Do tego czasu w ciąży z Julkiem byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Żyłam z dnia na dzień. Wiedziałam dokładnie, który to tydzień ciąży, a nawet który dzień. Dzień przed tym USG nie mogłam nic nawet jeść. W drodze na badanie kręciło mi się w głowie, a przed gabinetem myślałam, że zemdleję.
Kiedy w końcu lekarka przyłożyła głowicę USG do mojego brzucha i usłyszałam bijące serce – odetchnęłam z ulgą. „Teraz już będzie dobrze”- pomyślałam. Spojrzałam ze łzami w oczach na mojego męża i ścisnęliśmy sobie dłonie.
Lekarka przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Najpierw myślałam, że tak bardzo przykłada się do swojej pracy i milczy. Widziałam też, że kilkanaście razy wykonuje różne pomiary. W końcu się odezwała, a mi zrobiło się słabo…
„Niestety przezierność karkowa jest w samej górnej granicy normy. To wciąż norma, ale z jakiegoś powodu jest podwyższona. Reszta parametrów ok”
Nie musiała mi tłumaczyć co to znaczy, bo ja to wiem. Podwyższone NT może świadczyć o wadach genetycznych u płodu.
Wyszliśmy stamtąd i byliśmy mocno skołowani. Co robić? Jakie wyjście będzie dla nas najbardziej korzystne?
W domu przemyśleliśmy na szybko, że test Pappa nie jest dobrym wyjściem, bo jednak bazuje na statystyce. Może nas zmylić, a na amniopunkcję po złym wyniku testu bym i tak się nie zdecydowała.
Najpierw uznaliśmy, że nie zrobimy nic. Dziecko na pewno jest zdrowe i wszystko będzie dobrze. Jednak, jak to ja, zaczęłam czytać historie w sieci. Przeczytałam również, że u kobiet z mutacją MTHFR jest zwiększone ryzyko urodzenia dziecka z wadą genetyczną.
Nie mogłam spać, bo tylko się zastanawiałam czy dobrze robimy. W końcu pomyśleliśmy, że może warto zrobić test Nifty. Jedyne co nas powstrzymywało to cena (2300 zł). Jednak mój mąż widział w jakim jestem stanie i wiedział, że jeżeli ten test może rozwiać wszelkie (99,5 %) wątpliwości to warto zapłacić tyle pieniędzy.
Okazało się, że w wielu warszawskich przychodniach wykonują go od ręki. Przeczytałam, że wystarczy być na czczo i udać się do wybranego miejsca. Nie zalecano picia dużej ilości wody przed pobraniem próbki (krew wtedy jest bardziej gęsta).
W rejestracji powiedziałam, że chcę wykonać ten test, zapłaciłam i czekałam na swoją kolej do gabinetu pielęgniarki. Przed badaniem przeprowadziła ze mną krótką ankietę. Jest kilka przeciwwskazań do wykonania testu. Pielęgniarka pobrała próbkę krwi i poinformowała mnie, że na wynik czeka się ok 9 dni roboczych.
Dni na szczęście płynęły szybko i kiedy dostałam SMS (po 5 dniach roboczych), że wynik jest do odbioru pędziłam z Lilką pod pachą do przychodni. Kiedy otworzyłam kopertę i zobaczyłam słowa:
„Nie stwierdzono podwyższonego ryzyka trisomii chromosomów 21, 18 lub 13 pary ani nieprawidłowości w zakresie liczby chromosomów płci. Zespołów delecyjnych nie stwierdzono. Badany płód jest płci męskiej.”
Z perspektywy czasu myślę, że to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć. Z racji tego, że wcześniejsze wydarzenia mocno nas doświadczyły to wynik testu Nifty naprawdę nas uspokoił. Od momentu kiedy go odebrałam moja ciąża przebiegała o wiele spokojniej. Wiedziałam, że syn jest zdrowy i tego się trzymałam.
Jedynym minusem testu Nifty jest cena. Jednak z perspektywy czasu wiem, że spokój w ciąży jest bezcenny i zrobiłabym go ponownie.
W dzisiejszym wpisie pokażę Wam moje sprawdzone pomysły na przechowywanie książek dla dzieci. Książek w naszym mieszkaniu wciąż przybywa. Co prawda jest spora rotacja, bo mam genialną bibliotekę koło domu. Staram się również oddawać niektóre pozycje (koleżankom z młodszymi dziećmi lub do biblioteki), ale wciąż mamy ich sporo.
Z książkami dla dorosłych nie ma takiego problemu, bo wystarczy, że przeczytaną książkę odstawię na regał. Nie zaglądam do niej 20 razy dziennie (jak się czasami zdarza dzieciom). Jak w takim razie przechowywać książki aby:
Dodam jeszcze, że wyjęte mam tylko książki, które są dla tego wieku, w którym są obecnie dzieci. Inne mam schowane w szafie i wymieniam. Naprawdę sprawdza się reguła, że IM MNIEJ TYM LEPIEJ.
Na pierwszym etapie czyli niemowlęcym warto trzymać książki w koszyku. Najlepszy będzie taki, który będzie miał twarde ścianki. Mój jest akurat ze sklepu Tiger i kosztował 10 zł. Stoi na piankowej macie i zaprasza do sięgnięcia po książkę.
Zwróćcie uwagę żeby nie miał zwężenia ku dołowi ani rączki, która utrudnia wyjęcie książki z koszyka. Myślę, że równie dobrze sprawdziłoby się pudełko po butach (ale nie testowałam). To drewniane pudełko by się sprawdziło.
Kiedy książek przybywa i nie mieścimy się w koszyku można je przełożyć do drewnianej skrzynki. To moje ostatnie odkrycie. Dzięki temu, że deski na dole są poziome to utrzymują książki przed zjeżdżaniem. Naprawdę sprawdza się to znakomicie.
Takie rozwiązania świetnie sprawdzają się do roku kiedy dzieci najczęściej siadają i „czytają”.
Półki z książkami dla dzieci to bardzo dobry pomysł na ich przechowywanie. Kiedy Lilka miała około roku zaadaptowałam taką łazienkową półeczkę z Ikei. O ile ustawienie pionowe książek sprawdza się dobrze, to układanie książek jedna na drugiej niestety już nie. Tak małe dziecko nie jest w stanie podnieść tej książki, która leży na dole i drugą ręką ją wyciągnąć.
Kiedy Lilka już dostała swój Pokój przedszkolaka to i miejsca zrobiło się więcej. Zdecydowałam się na ustawienie książek okładką do przodu. Jest to bardzo dobry pomysł z tego względu, że dziecku jest łatwo wziąć i odstawić książkę na miejsce.
Piękne okładki zachęcają wręcz do sięgnięcia po ulubioną książkę. Takie półki z książkami są też ciekawą dekoracją ściany.
Ostatnio dokupiłam też mały regalik i w sumie z niego jestem zadowolona najbardziej. Kwadratowa wnęka (mniejsza) bardzo dobrze trzyma książki. Nie rozjeżdżają się i równo stoją. Nie bardzo jednak widać okładki dlatego Lilka sięga po nie dość rzadko. To ja raczej zmieniam książki z półki nad łóżkiem.
Drewniana skrzynka na kółkach na klocki to NOBOBOBO
A Julkowi zamierzam kupić tę półkę. Wydaje się być idealna dla takich maluchów.
Jak ktoś ma dużo miejsca to ta półka jest również godna uwagi: tutaj
Albo polskie Bambooko
Jeżeli spodobał Ci się ten post kliknij „Lubię to” na profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Tak, to już ostatni moment żeby kupić prezenty najbliższym. Dziś prezentuję bardzo wyjątkowe propozycje prezentów (tym razem nie dla dzieci). W większości są to rzeczy, które mamy i lubimy. Myślę, że mogą Was zainspirować:)
Zacznę od wyjątkowej limitowanej kolekcji, która skradła moje serce. Mój mąż ma zakaz zaglądania do tego wpisu, bo tu właśnie znajdują się podarunki dla niego. Są to rzeczy wyjątkowo piękne i niebanalne. Mój mąż na co dzień nosi się elegancko, więc i przedmioty go otaczające są właśnie takie. Codziennie (oprócz weekendu) nosi koszule i marynarki. Często ma też formalne spotkania i kolacje, więc wybrałam dla niego właśnie te rzeczy. Jest to wyjątkowa kolekcja przedmiotów z ikonografiami znanych malarzy.
Kubek DESA Modern z ikonografią Edwarda Dwurnika
Spinki do mankietów DESA Modern stworzone na bazie obrazu Jerzego Nowosielskiego
Jedwabna poszetka DESA Modern Gdańsk<-klik
Ten notes jest akurat dla mnie. Już niedługo powstanie w nim coś… inspirującego 😉
Notes jest w pięknym pudełku, który zatrzymam na drobiazgi.
Koszula ciążowa, bambusowa – później idealna do karmienia HUG gallery
Mam podobną i bardzo sobie chwalę. Niedługo napiszę o niej więcej.
Nie wiedziałam, że są takie np. dla miłośników wina, książek, podróży. Naprawdę piękny prezent.
Nie mieszczą nam się już książki, dlatego kupiłam go mężowi na urodziny. Jest zachwycony:)
Zamawiałam bezpośrednio z Amazon.de
Polskie kosmetyki ekologiczne Hagi
Obecnie jest to moja ulubiona polska marka kosmetyczna. Wszystkie zapachy trafiają idealnie w mój gust. Kupiłam nawet świecę, którą czasami odpalam. Czekam aż się pojawią znów pomady do ciała (a właściwie wszystkiego). Na zdjęciu jest też mydło rozmarynowe (w łazience właśnie nim pachnie)
Uwielbiam ten scrub, pięknie pachnie – zostawia gładką i nawilżoną skórę.
Kosmetyki Resibo (balsam i olejek)
Mam nowy balsam i go uwielbiam. Pachnie cudownie i fajnie nawilża skórę. Smaruję nim również dłonie.
Olejek wygładzający (zobaczcie jak powoli się zużywa, a mam go pół roku).
Naprawdę działa cuda. Dziewczyny piszą, że działa jak botox i naprawdę tak jest!
Ministerstwo Dobrego Mydła – mają też sklep stacjonarny w Warszawie
Mam hydrolat różany i mydełka. Uwielbiam za zapachy i naturalne składniki
Naturalne, mydło potasowe H&H
Moje ostatnie odkrycie dzięki Agnieszce. Mydło genialnie myje skórę na twarzy. Są różne rodzaje do typów skóry. Ja mam lipowe, lekko nawilżające. Jest naprawdę świetne!
Bardzo fajny krem do rąk pachnący cytrusami. Podoba mi się jego metalowa tubka oraz działanie.
Słuchajcie, moja czytelniczka otworzyła po 3 latach urlopu wychowawczego swój biznes. Biję jej brawo, bo pomysł i wykonanie znakomite! My uwielbiamy różne herbaty, więc dla nas to prezent idealny. Lilka popija Rooibosa, którego w herbaciarni jest aż 8. Trzymam za nią kciuki, a Wy zobaczcie jakie ma fajne zestawy prezentowe np. dla mamy czy też siostry.
Zawsze o takich marzyłam i właśnie do mnie pędzą:) W końcu będzie mi ciepło w ręce i chyba zawieszę je sobie na sznurku, to wtedy nie zgubię.
Jest też wersja dla dzieci:)
Czasami czytam książki nie związane z rozdicielstwem i właśnie niedawno mąż kupił mi „Muzę”- jest absolutnie genialna. Dokończę ją w Święta.
Dostałam ją od męża Mikołaja 🙂 Nie spodziewałam się, że album ze zdjęciami ludzi wywoła we mnie tyle emocji. Jeżeli macie w rodzinie osoby, które lubią fotografować, są artystami, byli w Nowym Yorku itd. to kupcie im tę książkę. Naprawdę jest to tak inspirująca pozycja, że przeglądam ją prawie codziennie. Przeczytajcie opisy na zdjęciach poniżej.
Autorem jest mężczyzna, który rzucił pracę w korporacji i zaczął chodzić po ulicach. Robił ludziom zdjęcia… niesamowita historia. To książka o spełnianiu marzeń.
Książka, która jest ciekawą propozycją dla dorosłych oraz dla nastolatków.
„Animal Rationale to nie album przyrodniczy. Nie jest także tylko psychologiczną książką. To pięknie ilustrowany, wzruszający przewodnik, który pokazuje, że inspiracji do zmiany na lepsze możemy szukać także w świecie natury. Łukasz Bożycki, przyrodnik i wielokrotnie nagradzany fotograf przyrody, opisuje niezwykłe zachowania zwierząt: taktykę polowania wilków, strategię, za pomocą której błazenek przekształcił śmiertelnego wroga w sojusznika, wzruszające rytuały pogrzebowe słoni, zadziwiająco skuteczną komunikację pszczół i wiele innych.
Paweł Fortuna szuka w tych zachowaniach inspiracji dla człowieka: możemy bowiem chronić swoich bliskich niczym piżmowół, być niezłomni jak chomik syryjski, przekraczać ograniczenia jak domowy kot i w stosownym momencie opuszczać rodzinne gniazdo – zupełnie jak pająk krzyżak. Animal Rationale to wspaniała, poruszająca książka o tym, jak zwierzęta mogą nas inspirować – doskonała lekcja dla ludzi!”
„Ta publikacja to kulinarna podróż do krainy smaków dzieciństwa, do dań kojarzących się z beztroską, ze wspólnymi obiadami, niedzielnymi deserami, do potraw pachnących rodzinnym domem czy wakacjami u babci. To album kulinarnych wspomnień dorosłych, ale też recepta na smaczne i niezapomniane dzieciństwo naszych pociech.”
Dla miłośników kuchni z dużą ilością warzyw. W książce znajdziecie mnóstwo ciekawych i zdrowych przepisów np. na twarożek ze słonecznika.
Pisałam jeszcze kiedyś o PREZENTACH DLA NIEJ i PREZENTACH DLA NIEGO
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/