kontakt i współpraca
Samoizolacja, wycofanie społeczne czy społeczna kwarantanna, to hasła, które robią ostatnimi dniami furorę w internecie. Wolę – samoizolacja – bo wg tej definicji – nie chodzi o odgrodzenie się od społeczeństwa czy społeczności – a od koronawirusa. Odróżniajmy cel od środków.
Ten wpis to apel. Mimo, że plaga prosto jak ze średniowiecza – żyjemy w XXI wieku. Są różne technologie, którymi możemy sobie pomóc. Ja podzielę się z wami tymi paroma, z którymi sam miałem styczność. Ciebie proszę – napisz w komentarzu twoje inspiracje. Twój pomysł może komuś uratować zdrowie.
Tylko jeszcze zanim przejdę do konkretów – część z nas i naszych bliskich – może zamknąć się w domu na 3 spusty. Część za to – będzie z koronawirusem walczyć aktywnie – jak na wojnie, jak na froncie. Okaż im wszelką pomoc. Pewnie będą przemęczeni, w pośpiechu, niewyspani. Jak zobaczysz ratownika medycznego, policjanta, kogokolwiek kto potrzebuje coś kupić, zamówić, zjeść jak człowiek – przepuść go w kolejce do kasy (choć mam nadzieję bez potrzeby nie wychodzisz po sprawunki).
Będą wśród naszych bliskich kierowcy, kurierzy, pracownicy aptek czy sklepów spożywczych. Kto może sobie urządzić domową kwarantannę – zamiast psioczyć – niech się cieszy, że ma taką możliwość. A kto nie może – oto kilka aplikacji, których może użyć by ograniczyć ryzykowny kontakt międzyludzki (uwaga: tekst nie zawiera linków afiliacyjnych – wszystkie apki musicie sobie sami wygooglować):
Tak jak pierwsze kroki, zarejestrowanie się, podpięcie płatności – to był przyznam się mój mały koszmar. Pewnie nie ich wina z tym dwustopniowym wymogiem logowania… I choć po 7mym razie jak musiałem wpisywać smsa miałem ich serdecznie dość – prostota użycia jak już jesteśmy zalogowani wynagradza nasze starania z nawiązką.
Do tej pory najczęściej używałem do parkowania. Koniec z szukaniem parkometru, szukaniem drobnych, szukaniem dowodu rejestracyjnego – bo auto już poza zasięgiem wzroku a nigdy się nauczyłem tej mojej rejestracji. Koniec ze zgadywanie na jaki czas ja też powinienem przedpłacić?
Koniec ze stresowaniem się na spotkaniu, że muszę natychmiast kończyć bo spotkanie się opóźniło i już może się to skończyć dla mnie mandatem. Jak podróżujesz do różnych miast – nie musisz doktoryzować się czy tu obowiązują parkometry? Czy trzeba kupić kupon w kiosku? Czy strefa jest płatna w weekendy? W jakich godzinach? Cały ten ambaras masz z głowy. Kładziesz choćby ręcznie wypisane Mobi Parking – i jesteś kryty.
Natomiast kiedy naszym priorytem jest samoizolacja – w aplikacji Skycash – bez potrzeby wchodzenia w interakcje z kasjerami – kupisz bilet na komunikację miejską, PKP, koleje regionalne, kupisz bilety autobusowe, opłacisz autostradę A1. Na przetestowanie użyteczności Kino, LOT czy Tatrzański Park Narodowy – mam nadzieję będzie okazja jak sytuacja już się unormuje.
Jedziesz z dzieciakami w trasę, po 3h w końcu zmordowane usnęły na swoich fotelikach. Nie chciałaś się zatrzymywać, żeby się nie rozbudziły. Misja się udała. A teraz masz pustkę w baku i musisz zatankować. No i klops. Małe dzieci w aucie zostawić strach. Trzeba będzie budzić. Jak je już obudzisz – dzieci nie biorą zakładników. Kiedy będziesz stać w kolejce by zapłacić za paliwo – będą profesjonalnie wymuszać gumy, jajka niespodzianki, gazetki, kolorowanki i resoraki.
Wizyta na stacji będzie trwała godzinę. Zamiast czegoś zdrowego wymuszą hot-doga. Zamiast zatrzymać się na parkingu z WC i placem zabaw – doładujesz je cukrem i fastfoodem.
Tymczasem wyobraź sobie taki scenariusz – podjeżdżasz pod dystrybutor. Cichaczem zalewasz bak do pełna. Skanujesz QR kod na dystrybutorze. Klikasz zapłać. Odjeżdżasz.
Wszystkie te 3 czynności – tankowanie, skanowanie, kliknięcie ORLEN Pay – wykonujesz – stojąc przy samochodzie – dzieciaki masz na oku więc nikogo nie musisz budzić. Płatność masz przypiętą do karty. Jeśli potrzebujesz fakturę – masz ją na mailu zanim jeszcze odpalisz silnik.
Znów – na czas epidemii – nigdzie nie wchodzisz. Niczego nie dotykasz (chodzi mi o sklep, nie o dystrybutor – zresztą przy nim akurat z reguły są rękawiczki). Nie masz kontaktu z ludźmi. Nie stoisz w kolejce. Nie masz dylematu – czy narazić dzieci na kontakt z ludźmi w sklepie? Czy są na tyle duże by zostać same w aucie? Sprzedawca nie zadaje ci 15 dodatkowych pytań czy doliczyć punkty, czy nie potrzebujesz niezbędnie 105 litrów płynu do szyb i ostatniej płyty Zenka?
Na siku może zatrzymać się w pięknych okolicznościach przyrody.
Kto w sezonie, czy w długi weekend próbował zatankować na stacji benzynowej na autostradzie – doceni te apkę nawet kiedy już zapomnimy co to samoizolacja
Udało ci się zgromadzić zapasy na 14 dni. Unikasz sklepów – jeśli czegoś potrzebujesz będziesz zamawiać w internecie. Nie wiem na ile system będzie wydolny i jak będzie wyglądać praca kurierów. Widzę za to, że aplikacja InPost pozwala zdalnie otwierać skrytki. To znaczy – nie musisz stać w kolejce pod paczkomatem i narażać się na kontakt. Nie musisz dotykać klawiatury. Swoim telefonem komórkowym otwierasz skrytkę zdalnie, bezpiecznie, bezdotykowo – a to ostatnio nabrało nowego znaczenia.
To znów apka co do której mam ambiwalentne uczucia. UX czyli doświadczenie użytkownika podczas obcowania jest jeszcze dalekie od ideału. Natomiast tak jak w przypadku Skycasha – jak dla mnie – dostępne treści wynagradzają wszystko. Za ok. 30 zł miesięcznie – czyli tak naprawdę za cenę 1 tradycyjnej książki – masz na wyciągnięcie ręki jak piszą – 60.000 książek. Zresztą teraz patrzę najtańszy abonament zaczyna się od 7 zł!
Ostatnia przeprowadzka mocno mnie nadwyrężyła. Głównym winowajcą były właśnie książki. Mam ich dużo, są ciężkie, zajmują dużo pudeł, no i jak nic potrafią nadwyrężyć budżet.
Wciąż kocham je bardziej niż e-booki, ale w XXI wiek wkraczam z tą „lżejszą” opcją.
Czy wolisz czytać czy słuchać – i e-booki i audiobooki do wyboru. W tym abonamencie za ok. 40 zł miesięcznie jest combo – synchrobooki. Jak jesteś w domu to sobie czytasz e-booka – a jak wsiadasz do auta – to odpala się audiobook w tym momencie w którym przestałeś czytać!
Jak potrzebuję audiobooki dla dzieci, czy to na dobranoc czy na podróż – są na wyciagnięcie ręki.
Widziałem samoizolacja zainsipirowała Legimi – dali ostatnio darmowy kod na książkę dla dziecka w ramach akcji #TerazCzasNaCzytanie – natomiast ja wam proponuję innego hacka – widzę w ich cenniku klawisz „wypróbuj przez 14 dni za darmo” – można przeżyć więc tę pierwotnie na tyle zaplanowaną kwarantannę… ale ostrzegam – potem ciężko zrezygnować?
Zdaję sobie sprawę, że jest na rynku pewnie mnóstwo innych aplikacji do czytania – ja się dzielę z wami po prostu tą którą znam. Piszcie czego wy używacie?
Załóż sobie rodzinną grupę. Bądź blisko z przyjaciółmi i rodziną w tym trudnym czasie. Bądź w kontakcie z dziadkami. To że nie możemy się odwiedzać osobiście – to tylko kolejny powód by zaktywizować seniorów do używania dostępnych nam wszystkim technologii.
Nie idź do banku, nie idź do gazowni czy elektrowni – znajdź w internecie ich aplikacje czy Biura Obsługi Klienta. Odkop stare loginy. Wszystkie te rachunki możesz popłacić on-line. Jesteś teraz w domu, masz tę chwilę czasu żeby ogarnąć te 2-3 strony. Przejdź od tej pory na faktury elektroniczne. Tak, teraz poświęcisz parę minut żeby to poustawiać – ale nawet w czasie po epidemii – oszczędzisz sobie życia, które marnowałeś na te comiesięczne wizyty.
Tu nie pomoże pranie pieniędzy.
Banknoty przenoszą zarazki. Zainstaluj sobie BLIK, Google Pay, Apple Pay – albo nawet nie musisz – po prostu używaj kart.
Znacie jakieś aplikacje, które pokazują bieżące dane? Googlując doczytałem, że w Chinach powstała nawet aplikacja, która informuje jeśli w promieniu 100 m znajduje się ktoś z koronawirusem. To pewnie przesada – natomiast pokazwirusa.pl oprócz bieżących danych – pokazuje ci gdzie jest najbliższy szpital zakaźny, Sanepid itp.
W czasie samoizolacji dziadkowie nie mogą jeździć na działkę. Jest grubo. Zafunduj im dostęp do którejś platformy z serialami. To jest koszt 20 do 50 zł. Abonament nie jest jak polskie sieci komórkowe w latach 90-tych. Nie deklarujesz się na 54 lata i nie zastawiasz nerki – możesz zrezygnować w każdej chwili. Podejrzewam zresztą że tam też jest darmowe 14 czy 30 dni…
Wiem, że najmłodszym dozujesz TV – ale jak już potrzebujesz złapać oddech – tu masz najlepsze bajki na Netflix a tu wyszczególnione edukacyjne bajki dla dzieci. A dla ciebie Najlepsze seriale na Netfliksie
Doskonały by zafundować chwileczkę zapomnienia i dla dużych i dla małych słuchaczy. U mnie każdy chce słuchać czego innego i musimy się alienować każdy w swoich słuchawkach. Choć ja czasem wolę im odpalić ulubione lektury a sam delektować się ciszą… Rekomendacje na najlepsze Audiobooki – Storytel dla dzieci.
Na zakończenie taka refleksja – parę dni temu zorientowałem się, że kończą mi się leki na receptę, które muszę regularnie przyjmować. Do tej pory od lat – czekała mnie przymusowa wizyta u lekarza. Zarejestrowałem się w poniedziałek – zostałem umówiony na piątek. W czwartek pani z recepcji zadzwoniła – żebym nie przychodził jeśli to nie jest konieczne. A co z receptą pytam?
Proszę zadzwonić w czasie wizyty – odbędzie pan tele-konsultację. Zadzwoniłem – powiedziałem Pani żeby przepisała mi leki, które widzi w karcie że regularnie biorę. Parę chwil później dostałem sms-a z 4 cyfrowym kodem. Zszedłem do mojej apteki – podałem kod – PESEL – kupiłem leki – i do tego nie musiałem kupować wszystkich opakowań na raz jak zawsze – mogę sobie co miesiąc dawkować te wydatki.
Po co to piszę – pomóżcie swoim rodzicom – dziadkom – korzystać z tych XXI wiecznych udogodnień. Zadzwońcie w ich imieniu do przychodni. Oszczędźcie im takich ryzykownych spacerów jak wizyta w przychodni.
Ja wiem, do tej pory – procedury czy personel niekoniecznie szły z duchem czasu. Kto wie – może ta nadzwyczajna sytuacja pozwoli nam zaadaptować te od dawna istniejące a niewystarczająco spopularyzowne technologie. Może i niektórym pracodawcom utworzy oczy na fakt iż praca zdalna to efektywna opcja…
Ponoć i w urzędach okazuje się nagle dużo spraw można załatwić przez telefon.
Jeśli znasz/używasz/polecasz jakąś aplikację, która może pomóc w tej naszej obronnej samoizolacji – podziel się ze mną!
A do tego pamiętaj żeby odkażać telefon, tak często jak to możliwe.
Jutro będzie wpis z prawdziwą skarbnicą pomysłów dla dzieci: linki, apki, kolorowanki:) – tu macie jeszcze najlepsze audiobooki dla dzieci.
Pewnie wielu z Was zaciekawiłam i sami już się zastanawiacie co to jest lapbook. Ja się dowiedziałam o tej metodzie nauki już dawno i uważam, że jest genialna! A myślę, że nawet mogłaby zrewolucjonizować edukację szkolną. To co? Macie chęć pokazać Waszym dzieciom tę metodę, dzięki której nawet nie poczują, że się uczą?
Lapbook jest „książką” tematyczną, które dziecko tworzy na dany temat i w której tworzeniu dziecko aktywni uczestniczy.
Interesują je dinozaury?
Ma nauczyć się zasad ortografii?
Powinno przyswoić informacje o średniowieczu?
Ma powtórzyć przed sprawdzianem z wiedzy o lekturze?
Lapbooka można stworzyć na każdy temat (naprawdę da się)
Ciekawa jestem jakie Wy mieliści metody nauki, jak zbliżał się sprawdzian?
Po zwykłym przeczytaniu książki pamiętam tylko główne treści i prawie żadnych szczegółów. W szkole miałam trochę problemów z nauką i zapamiętywaniem, więc sama sobie wypracowałam taki sposób:
Zawsze dziwiłam się osobom, które, jak się uczyły to sobie cichutko czytały. Ja oprócz tego, że miałam 3 razy te same notatki, to jeszcze czytałam je na głos żeby zaangażować jeszcze jeden zmysł: słuch.
Któregoś dnia Lila przyszła i poprosiła żebym jej kupiła książkę o koniach, bo chce się o nich dużo dowiedzieć.
Uznałam, że to bardzo dobry czas żeby zrobić swojego pierwszego lapbooka. Zależało nam żeby była to książka, więc wpadłam na genialny pomysł i zrobiliśmy ją razem na podstawie foto książki. Wiedziałam, że jak ją zrobimy to będzie dużo z niej korzystać, nosić do szkoły, zabierać do Babci, więc taka forma była dla nas idealna.
Jeżeli tylko Wasze dziecko ma na coś fazę: dinozaury, pojazdy, marki samochodów, zwierzęta, sport, kosmos, moda – to zróbcie z nimi takiego książkowego lapbooka.
To jest też super pomysł żeby zacząć oswajać dzieci z komputerem i uczyć je obsługi
Któregoś dnia usiadłyśmy i zrobiłyśmy lapbooka o koniach.
Na stronie Colorland wybraliśmy wzór MAŁEGO ARTYSTY i zaczęła się przygoda.
Lila sama dobierała treści, szukaliśmy informacji w internecie, skanowałyśmy pocztówki, które mamy w domu.
Powstała nawet instrukcja, jak narysować konia, którą skanowałyśmy na skanerze.
W czasie tworzenia takiej książki dziecko ćwiczy: czytanie, pisanie, ortografię. I naprawdę robi to mimochodem. Jeżeli Wasze dzieci nie przepadają za klasyczną nauką czytania to spróbujcie zrobić razem lapbooka.
Żeby dziecko chętnie czytało i pisało to treści muszą je interesować.Możecie zrobić nawet książkę o Zingsach, czy lalkach LOL. W tym czasie, będzie czytać, pisać, literować – w między czasie nauczy się wielu rzeczy, które w szkole często nie są tak interesujące.
Dlatego lapbooki często się wykorzystuje w edukacji domowej.
Uważam, że jest to świetna metoda nauki i myślę, że mogłaby zrewolucjonizować edukację.
A kiedy książka już przyszła, to byłam w szoku, jak bardzo Lila była nią zachwycona. Nosiła ją do szkoły i czytała dzieciom. Mało tego, uznała, że mogłaby coś jeszcze dodać i zmienić – a to już jest wyższa szkoła jazdy, bo to nauka na własnych błędach i już ma w głowie pomysł na kolejną o Polsce.
Sam proces tworzenia książki w panelu jest bardzo prosty i intuicyjny. Jak pokazałam, jak to się robi to Lila sama już wiedziała, jak rozciągać zdjęcia, dodawać tekst.
Jakość książki jest rewelacyjna – to nasze pierwsze zamówienie w Colorlandzie i będzie wracać z innymi projektami. Przesyłka przyszła bardzo szybko i od razu zachwyciła autorkę.
Powiem wam, że od kiedy wydałam swoje książki dla dzieci, Lila też długo łaziła za mną, że chce napisać i wydać swoją książkę! W innych czasach byłoby to marzenie nie do spełnienia. Dlatego jest przeszczęśliwa że lapbook pozwala jej na taki nieskrępowany selfpublishing. Teraz chce zacząć je sprzedawać by dorobić do kieszonkowego. My będziemy więc stałym klientem:)
A tu łapcie kod rabatowy: NEBULEX35, który obniży cenę Waszych fotokalendarzy i fotoksiążek o 35% – Kod działa na wszystkie fotokalendarze, wszystkie fotoksiążki klasyczne, starbooki oraz harmonijkę do 31.12.2023 i nie łączy się z innymi kodami dostępnymi na stronie colorland.pl
Tu łapcie wpis – jakie jeszcze inne formy niż fotoksiążka może przyjąć Lapbook.
Kojarzycie te wszystkie piękne zdjęcia blogerek parentingowych, gdzie dzieci z rodzicami spędzają #qualitytime? Lepią zwierzaki z ciastoliny, robią ogromne makiety domków tekturowych i tworzą pastelowe dekoracje w duchu #DIY? Można odnieść wrażenie, że tak jest przez cały czas.
post sponsorowany przez BBC
Ale wiecie, że tak nie jest? To ułamek dnia, a może nawet tygodnia? 10 minut złapane w codziennej gonitwie. Nikt nie chwali się tym, że dzieci zrobiły wielki bałagan albo od tygodnia macie nowego domownika, który ogłosił areszt domowy i ma na imię Wirus. Mało kto publicznie o tym mówi, że włącza dzieciom bajki, bo przecież to nie pasuje do wizerunku dobrego rodzica, który powinien sypać kreatywnymi pomysłami na zabawy jak z rękawa.
W sieci krąży mnóstwo artykułów na temat złego wpływu telewizji na dzieci, które zwyczajnie straszą. Brakuje według mnie mądrych głosów w tej kwestii, czyli jak w rozsądny sposób wprowadzać dzieci w świat bajek i technologii.
Dlatego w ramach współpracy z CBeebies chciałabym Wam pokazać, co to znaczy oglądać mądrze bajki.
To jest moje motto, którym się kieruję w rodzicielstwie.
Pewnie znacie teorię zakazanego owoca – tak jest ze wszystkim. Jeżeli będziemy udawać, że coś nie istnieje, to nie znaczy, że zniknie. Tak samo jest z bajkami – jeżeli podejmiemy decyzję, że w ogólnie nie będziemy dzieciom puszczać bajek, to jestem przekonana, że prędzej, czy później z dziecko się zetknie zetknie – być może pod naszą nieuwagę i wtedy skutek może być zdecydowanie gorszy. Do dziś pamiętam komentarz mojej czytelniczki. Daje do myślenia.
Nie włączaliśmy naszemu dziecku bajek, bo uważaliśmy, że hamują rozwój. Tak właśnie było, że któregoś dnia mój syn zobaczył chłopca przebranego za Batmana. Panicznie się go wystraszył.
Drugie dziecko wychowuję już zupełnie inaczej. Nie sztuka nie mieć TV, słodyczy itp. w domu, sztuką jest korzystać nich z głową.
Amerykańska Akademia Pediatryczna sugeruje, żeby nie puszczać dzieciom bajek przed 18 mż. A między 18-24 m. jeżeli rodzic i dziecko chce można powoli wprowadzać dziecko w ich świat. Jednak naukowcy podkreślają, że mają to być treści wyselekcjonowanie i dopasowane do wieku dziecka, a rodzic ma mu towarzyszyć. Wspólne oglądanie i tłumaczenie dziecku pomaga zrozumieć, jak to działa. W wieku 2-5 lat AAP określa godzinę na maksymalny czas oglądania bajek dziennie.
U nas zdarzały się dni, kiedy mieliśmy małe odchyły – jak awaryjne sytuacje, ale ogólnie staram się do nich stosować. Poniżej przeczytacie nasz wewnętrzny regulamin oglądania bajek, dzięki niemu nie mamy większych problemów z wyłączniem bajki.
Telewizor, który gra w tle powoduje, że dzieci nie potrafią się skupić na jednej czynności. Obraz i dźwięki są dużą stymulacją dla układu nerwowego i często mogą powodować skrócony czas koncentracji uwagi.
Mamy swoje ukochane bajki, które są wartościowe i wprowadzają dzieci bardzo spokojnie w świat technologii. Dobranocny Ogród, Brzękusie to dobre treści dla młodszych dzieci. Albo Sara i Kaczorek – której styl przypomina dziecięce rysunki, i dzięki temu jest przyjazny dla dzieci. Edukacyjne bajki dla starszych – Charlie i Lola czy Tosia i Tymek to bajki, które warto obejrzeć na CBeebies. Pan Robótka – który najpierw pokazuje pomysł, potem szuka materiałów do jego ukończenia i pamięta też o zasadach bezpieczeństwa.
CBeebies stara się też mądrze zaplanować ramówkę. Tak jak rytm dziecka – rano przygotowuje na dzień pełen przygód. Popołudnie to rozwijające zajęcia. Wieczorne pasmo to pora na wyciszenie i przygotowanie do snu.
Co pocieszające – jak wynika z badania – tylko 1% dzieci wybiera bajki samodzielnie. To dobrze, że 99% to wybór rodzica bądź wspólne decyzje.
Zachęcam Was do zapoznania się z informacjami z badań, które przeprowadzono na zlecenie CBeebies i znajdziecie tam też komentarz Magdaleny Komsty z Wymagające.
Nie stosujemy kar i nagród, więc nas to nie dotyczy, ale spotkałam się z tym, że rodzice włączają dziecku bajkę jako nagrodę. Nie zdziwiłabym się, jak za kilkanaście lat będą poszukiwać podobnych „nagród” za swoje osiągnięcia.
Jeżeli dziecko jest niespokojne, płacze, odczuwa niepokój to włączenie bajki nie pomoże, a nawet może zaszkodzić. Poprawianie humoru przez media nie jest dobrym nawykiem, którego bardzo szybko nauczymy dziecko. Uciekanie od emocji w świat fikcji nie jest czymś dobrym, dlatego zamiast włączać dziecku bajkę postarajmy się zrozumieć jego zachowanie. Mało tego – czasem nam się wydaje, że właśnie bajka uspokoi dziecko, a często po wyłączeniu jest jeszcze gorzej. Jest mnóstwo metod uspokajania dziecka, ale bajki są jedną z najgorszych.
Nauczyliśmy się tego przy starszej córce. Włączamy bajkę na zasadzie wieczorynki, czyli zaczęcia wieczornych rytuałów. Kiedy była młodsza szukaliśmy różnych metod i ta po wielu sytuacjach wydała nam się najwłaściwsza, bo wcześniej bywały takie dni, że chodziła za mną cały dzień prosząc o bajkę. Teraz doskonale wie, o której godzinie włączamy bajki i sama czeka na ten czas.
Z racji tego, że telewizory, tablety, telefony emitują światło niebieskie, które opóźnia wydzielanie się melatoniny trzeba pilnować żeby zakończyć oglądanie bajki na 1,5 h – 1 h przed snem. My zaczynamy około 18.30, później kolacja, kąpiel, czytanie, usypianie.
Dzieci są jak papierek lakmusowy, momentalnie widać, co im służy, a co nie. Pamiętam taki czas, kiedy po wyłączeniu bajek moje dziecko było niespokojne, nerwowe, pobudzone – mimo tego, że czas był krótki, a bajka dostosowana do wieku. W tym czasie nie puszczaliśmy bajek w ogóle, zastępując je audiobookami lub zwyczajną zabawą.
Dzieci nie wiedzą ile to jest pół godziny, ile to jest godzina. Warto umówić się na ilość bajek. Jeżeli jest to seria kilku krótkich bajek – to możemy narysować je na kartce i po obejrzeniu każdej dziecko będzie skreślać. Ważne jest żeby uprzedzić o tym w trakcie ostaniej bajki, że to już będzie koniec i tego pilnować.
Jest grupa dzieci, która dość mocno angażuje się w świat przedstawiony w bajce i kiedy za pomocą przycisku pilota odłączamy je od niego – mogą być niespokojne, pobudzone. Warto wtedy zająć się dzieckiem, nie zostawiać go samego w tych emocjach. Możecie porozmawaić o tym, co oglądało. Chociaż chwilkę poświęcić na to żeby wróciło do poprzedniego stanu pobudzenia. Możecie zrobić masażyki, czyli np. naszą ulubioną pizzę na plecach
(w 95% tego nie robimy nigdy, takie sytuacje mogę policzyć na palcach jednej ręki – w restauracji i raz na rok kolacja przy bajce w salonie). Bajki w tym czasie mogą spowodować mnóstwo szkód, z których nie zdajemy sobie sprawy. Po pierwsze przed TV zjada się o wiele większe ilości jedzenia niż przy stole (ryzyko otyłości i osłabianie „porozumienia z ośrodkiem głodu i sytości”). Odwrócona uwaga działa no ogromną niekorzyść, wcale nie spowoduje, że dziecko polubi jakieś danie. W czasie jedzenia zdecydowanie lepiej siedzieć przy stole z rodziną i rozmawiać.
Nie oglądamy TV przy dzieciach. Wieczorem, kiedy śpią dopiero włączamy telewizję.
A gdzie lepiej oglądać? Na telefonie, komputerze, czy telewizorze? Nasza okulistka kiedyś nam zalecała oglądanie na małym ekranie żeby ćwiczyć dość leniwe (u córki) mięśnie gałek ocznych. Ale widzę, że najlepiej jest oglądać w telewizorze lub komputerze. Dlaczego? Telefon dzieci trzymają w rękach i przez to nic innego nie mogą robić.
Jak obserwuję moje dzieci oglądające bajki na telewizorze to widzę, że w tym czasie: skaczą, biegają – ruszają się. Czasami biorą zabawki do rąk i się bawią. A starsza córka lubi w tym czasie rysować. Takie aktywne oglądanie, bez „gapienia” się tylko w ekran jest lepsze.
Cbeebies zresztą jako chyba jedyny kanał w Polsce ma polską prezenterkę. Pani Aneta zachęca w swoich kilkuminutowych wejściach, do podjęcia przez dzieci aktywności i do kreatywnych zabaw.
Myślę, że umiar jest w tym przypadku najważniejszy. Dziecko, które cały dzień spędza aktywnie, bawi się z rodzicami, czyta mu się mnóstwo książek – prawdopodobnie nie odczuje żadnych negatywnych skutków, o jakich trąbią media. Najważniejsze jest to robić z głową.
Wyjątkiem są dzieci z wyzwaniami rozwojowymi, które są pod opieką specjalistów: neurolog, logopeda, fizjoterapeuta. W tym wypadku należy słuchać ich wskazań.
Dla całej rodziny natomiast filmy znajdziecie we wpisie: Filmy familijne a tu Filmy dla dzieci
Są takie bajki, które sama lubię oglądać razem z dziećmi – z różnych powodów. W niektórych twórcy puszczają oko do rodziców, a w innych – tak jak w bajce Bing – zachwyca mnie prosta historia z mądrym przekazem. Czasem lubię też poczuć się jak wtedy, gdy sama byłam dzieckiem. A najbardziej lubię bajki, które uczą przez zabawę. I tu na scenę wkracza magazyn BING. Cieszę się, że na kanwie tej bajeczki powstał dwumiesięcznik dedykowany dzieciom, które podobnie jak serial, łączy przyjemne z pożytecznym.
„Najpierw nauka, potem zabawa” – tak mówiono nam w dzieciństwie, prawda? I już było wiadomo, że na jednym biegunie jest przyjemność, a na drugim obowiązek. Od razu stawiano naukę w opozycji do przyjemności. A przecież nauka jest ciekawa! Tylko trzeba ją serwować w odpowiedni sposób dostosowany do wieku dziecka. Jako przyjemność.
I podsuwam im takie zabawy, przez które się także uczą. Myślicie, że to trudne i skomplikowane? Że trzeba godzinami ślęczeć w internecie w poszukiwaniu inspiracji? Nie! Jest tyle możliwości! Dla dzieci ciekawe jest wszystko to, czego nie znają. A połączenie tej nauki z zabawą, czy z ich ulubioną postacią z bajki, to już jest w ogóle strzał w dziesiątkę. Właśnie dlatego bardzo się ucieszyłam, że Egmont przychodzi na pomoc z magazynem BING. Trzeba sobie ułatwiać życie i korzystać z tego, co jest dostępne i atrakcyjne dla dzieciaków, prawda?
Uroczy króliczek z wielkimi oczami, otoczony grupą przyjaciół – oto BING. W każdym odcinku edukacyjnej serii o przygodach tego zwierzaka, o słodkim głosie, poruszany jest temat, który dotyczy poznawania świata, rozumienia zjawisk oraz emocji. W prosty sposób BING, wraz z dziećmi, doświadcza przygód, których celem jest wyjaśnienie zagadnień dotyczących świata, dostosowanych do poziomu maluchów.
Bajka ta przeznaczona jest dla najmłodszych dzieci. Jest pięknie narysowana, pełna radosnych kolorów, uroczych postaci, życzliwości i śmiechu. Nie dziwię się, że dzieci ją uwielbiają. Bing mówi bardzo dużo o emocjach, w taki sposób jak my to robimy, czyli nazywa je i tłumaczy. Bajka Bing jest na naszej bajkowej liście wszechczasów: edukacyjne bajki dla dzieci.
Magazyn BING jest przeznaczony dla dzieci od drugiego roku życia. W każdym numerze oprócz opowieści o BINGU, znajdziecie mnóstwo zadań idealnie dopasowanych do poziomu małych dzieci. Wszystkie one mają na celu to, co lubię – naukę przez zabawę. Dzieci więc wycinają i kolorują, ćwicząc motorykę małą, ale jednocześnie uczą się kolorów i orientacji przestrzennej. Odpowiadając, co jest niżej lub wyżej dowiadują się, jak określamy umiejscowienie przedmiotów w przestrzeni.
Uczą się również liter. W tym czasopiśmie są nawet ćwiczenia logopedyczne, ukryte pod zabawą! Dzieciaki odpowiadając na pytania uczą się także prawidłowo interpretować emocje i nastrój innych oraz odpowiednio na nie reagować. Oczywiście BING to także prezenty, które dzieci uwielbiają. Z każdym numerem otrzymują atrakcyjne zabawki, których celem jest rozbudzanie wyobraźni i pobudzanie chęci do samodzielnej zabawy. Do tego numeru dołączone są pacynki Binga i Flopa.
Podoba mi się to, że magazyn BING wychodzi jako dwumiesięcznik, gdyż zawiera taką ilość zadań, która wystarczy na dłuższy czas. Wiadomo, nie oczekujemy po kilkulatku, że zrobi wszystko na raz. Oczywiście dziecko może się tak zachwycić, że będzie miało zapał, ale zdecydowana większość maluchów może się skupić najwyżej na kilkanaście minut. I to wystarczy na dobrą zabawę z BINGIEM. No właśnie – zabawę czy naukę? Wszystko na raz!
Tak właśnie rozbudzamy naturalną ciekawość poznawania świata i wewnętrzną motywację.
Już za chwileczkę, już za momencik – dyskusje w piaskownicy zaczną się kręcić. Czy Kasia da łopatkę Staszkowi? A może schowa ją za plecy i krzyknie: „Nie! Moja!”. Czy Jasiek podzieli się z siostrą chrupkami? Każdy z nas bardzo dobrze zna takie sytuacje i zdarza się, że nie wie, jak postąpić.
Dziś przyjrzę się dokładniej nie tak chętnemu dzieleniu się dzieci vs. świadomej radości z dzielenia dobrze ugruntowanej u dorosłych.
Partnerem, który lubi się dzielić i skutecznie do tego zachęca jest marka Hochland
Siedząc w kucki na nagrzanej desce piaskownicy słyszymy dookoła:
„No podziel się, bo nikt nie będzie się z Tobą bawił”
„Daj mu tę ciężarówę, przecież Ci nie zabierze”
„Jesteś starszy i trzeba się podzielić”
Zawsze kiedy słyszę takie słowa, to zastanawiam się, czy osoba wypowiadająca te słowa dałaby mi na przykład swój telefon żeby mogła się nim pobawić? Czy bez wahania oddałaby mi kluczyki do swojego samochodu bym mogła zrobić parę kółek wokół dzielni?
A w przypadku gdybym rzeczywiście dała, to jak bym się czuła?
Na miejscu tej osoby czułabym niepewność, strach, utratę bezpieczeństwa i masę innych emocji.
Jak w takim razie mądrze podejść do dzielenia się między dziećmi? Już Wam piszę!
Wiem, że za rodzicami, którzy przekonują swoje dzieci do dzielenia się stoi strach. Boją się, że ich dziecko będzie samolubne i pozbawione empatii. Przekładamy nasze pozytywne odczucia, które czujemy, kiedy sami się dzielimy i wymagamy tego samego od dzieci.
Nasze dzieci nie mają mózgu 35-latka i altruizm jest u nich na poziomie zerowym.
Dla dzieci w wieku od 1.5 roku do 3 lat, pojęcie dzielenia się jest zupełnie abstrakcyjne. Zmuszanie do dzielenia się odbierają jako zamach na ich autonomię. Dwulatek siedzący w piaskownicy traktuje siebie i te plastikowe zabawki jako jedność. Są one dla niego bardzo ważne. Prośby i groźby o podzielenie się mogą być potraktowane przez niego jako ingerencja w jego „ja”.
Mózg 2-3 latka działa zupełnie inaczej niż mózg dorosłego i kiedy my już wiemy z doświadczenia, jakie miłe odczucia daje dzielenie się, dziecko jest, oględnie mówiąc, dość dalekie od podobnych wniosków. Dzieci na początkowym etapie rozwoju nie uznają jeszcze dzielenia się za coś naturalnego.
Dzielenie się nie jest wpisane w rozwój 2-3 latka i my tego nie zmienimy. Jeżeli będziemy próbować namawiać dziecko do podzielenia się i ono to zrobi to tylko dlatego żeby nas zadowolić. Czy to naprawdę nas uszczęśliwi?
Choć nam, na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nasze zachęcanie przyniosło pozytywny skutek, to tak naprawdę dziecko dzieląc się (wbrew swojej naturze) spełnia tylko nasze życzenie.
Jak pokazują badania, dzielenie się jest procesem, który jest zależny od wieku dziecka. 5, 6 czy nawet 7 latek mogą jeszcze nie być na niego gotowi. Tak naprawdę dopiero około 7 roku dzieci potrafią same z siebie się dzielić i mieć z tego radość. Dajmy więc im czas, aby mogły do tego dojrzeć, a nie do tego żeby zostały wytresowane.
P. S. Przeczytajcie bardzo ciekawe wyniki badań na ten temat KLIK
Kiedy będziemy dziecko zmuszać, zachęcać lub nawet nagradzać to w późniejszym czasie dzielenie się będzie budziło u nich negatywne emocje. Więc nasza chęć nauki dzieci altruizmu przyniesie odwrotny skutek.
Dokładnie wyżej opisane zjawiska obserwuję u swoich dzieci. Kiedyś nie tak bardzo chętnie chciały coś komuś podarować lub zrobić coś z myślą o innej osobie. A teraz bez naszych żadnych ingerencji widzę ogromną zmianę. Lila sama z siebie potrafi coś zaproponować i to jest najpiękniejsze. Wiem wtedy, że ona naprawdę tego chce i nie jest to wbrew jej woli. Potrafi sama zrobić kanapki i powiedzieć „To dla Ciebie Mamo”.
A wiecie, że u dorosłych poziom szczęścia wynikający z dawania jest znacznie większy niż z otrzymywania? Słyszliście o adaptacji hedonistycznej? Możecie o tym przeczytać TUTAJ
Chociaż wydaje się nam, że dzielenia musimy nauczyć nasze dzieci, to tak wcale nie jest. A nawet nauka może przynieść odwrotny skutek. Warto poczekać na dojrzałość dzieci i być cierpliwym. Kiedy dziecko czegoś odmawia nie oznacza, że jest samolubne, tylko prawidłowo się rozwija.
A zgadnijcie kto u nas zjada wszystkie artystyczne wycinki, które zostają;)
Tymczasem teraz dzielę się czym prędzej z Wami informacją o loterii zorganizowanej przez markę Hochland. To oni chcą się podzielić z wami nagrodami. Możemy wygrać 5 Jeepów Renegade a codziennie nagrody pieniężne.
Jak grać o Jeepa Renegade i nagrody pieniężne w loterii „Lubimy się dzielić„:
Pamiętaj, każde zgłoszenie bierze udział w losowaniu nagrody głównej – jednego z pięciu Jeepów Renegade.
A jak już wygracie – przyjeżdżam pod waszą piaskownicę pokręcić parę kółek!
„Załóż kapcie” – to chyba jedna z najpopularnieszych próśb skierowanych do dzieci. A czy faktycznie kapcie są niezbędne? Jak mądrze podejść do tego tematu?
Poprosiłam specjalistkę Agnieszkę Krajewską – mgr fizjoterapii, mgr pedagogiki specjalnej, terapeuta NDT Bobath, terapeuta integracji sensorycznej żeby wypowiedziała się na ten temat.
Stopa dziecka przygotowuje się do swojej funkcji już w okresie płodowym w brzuchu mamy, kiedy to dziecko daje o sobie znać poprzez kopnięcia w różnych kierunkach.
Pierwsze miesiące życia również przygotowują dziecko do chodu na przykład dzięki aktywności tak zwanych „mostków”. W pozycji małych mostków, które występują zazwyczaj między 4-5 miesiącem życia w leżeniu na plecach maluch podnosi miednicę w górę dzięki czemu doświadcza obciążania pięty. Pierwsze kroki powinny być zaobserwowane między 10 a 18 miesiącem życia.
Przy jakichkolwiek obawach wynikających z opóźnień rozwojowych należy skonsultować się ze specjalistą, ponieważ każde dziecko rozwija się indywidualnie. Zgodnie z koncepcją NDT Bobath – jedną z wiodących metod terapii neurorozwojowej należy pamiętać aby każdemu małemu pacjentowi „dać czas” na indywidualne osiąganie kolejnych kamieni milowych.
Tematyka bucików u dziecka powinna zacząć budzić wątpliwości co do zasadności zabezpieczania lub pozostawiania stopy bosej dopiero w momencie udoskonalenia funkcji chodu. Dopóki dziecko nie wykształci w pełni dobrze tej funkcji lokomocji warto zrezygnować z obuwia.
Najlepszym warunkiem dla rozwoju zdrowej stopy dziecka będzie chód boso, lub też jeśli podłoga jest zimna lub śliska – skarpety antypoślizgowe.
Warto zwrócić uwagę na rozmiar skarpety – zbyt ciasna będzie powodowała podwijanie paluszków w trakcie chodu.
W przypadku jakichkolwiek wątpliwości rodzica czy przyjęty wzorzec chodu oraz stopa dziecka nie wymagają dodatkowego zabezpieczenia ortopedycznego warto udać się do fizjoterapeuty dziecięcego.
Prawidłowo rozwijająca się stopa dziecka powinna już od pierwszych prób pionizacji pozostać bez obuwia. Dzięki temu maluch uczy się swobodnego przenoszenia ciężaru ciała i obciążania stopy w różnych kierunkach.
Naturalnym etapem jest nauka chodzenia na palcach, która doskonali reakcje równoważne. Poza tym dziecko odbiera wrażenia z receptorów czucia powierzchniowego, a tym samym eksploruje i zdobywa świat. Podczas stawiania kroków nóżki dziecka aby utrzymać stabilizację naprzemiennie napinają poszczególne mięśnie stopy. Taki trening nie byłby możliwy w przypadku stopy ubranej w bucik.
Dzieci które biegają boso rzadziej przewracają się, ponieważ mają lepiej wykształcone reakcje równoważne. Buty krępują ruch stopy, utrudniają stawianie pierwszych kroków co może powodować trudności w chodzeniu a tym samym zniechęcenie dziecka do podejmowania prób lokomocji.
W przypadku dzieci nadwrażliwych dotykowo chodzenie boso nie będzie komfortowe, ponieważ zbyt duża ilość bodźców dotykowych nie będzie dobrze tolerowana. Warto wtedy zwrócić się do terapeuty integracji sensorycznej w celu potwierdzenia tych przypuszczeń. Dziecko z nadwrażliwością dotykową nie będzie tolerowało faktury podłogi czy też nierówności podłoża dlatego niezbędne będą skarpety lub kapcie z miękką podeszwą.
W związku z powyższym nasuwa się pytanie: jakie obuwie powinno nosić dziecko w żłobku/przedszkolu? Dobry bucik powinien być wykonany z elastycznej podeszwy i zginający się w 1/3 długości, a przy tym lekki, przewiewny z cholewką do kostki dziecka.
O dobrych kapciach do przedszkola napisałam wpis: kapcie do przedszkola i szkoly
Najlepiej zbadać dziecko u lekarza ortopedy lub skonsultować u fizjoterapeuty dziecięcego. W przypadku nieprawidłowości stopy oraz przy zaburzonym wzorcu chodu niezbędne będą dodatkowe środki typu: ortezy, buty ortopedyczne, wkładki do butów lub bandażowanie stopy. Każdy sposób usprawniania dziecka oraz pomocy ortopedycznych powinien być indywidualnie dobrany do potrzeb dziecka po konsultacji z fizjoterapeutą.
Krzesło na zdjęciach krzesło NOMI
Pamiętam jak kilka lat temu interaktywne książki robiły furorę wśród dzieci (i dorosłych też)! Zadania do wykonania były zabawne i wprowadzały nowy element do czytania.
Dziś chciałbym Wam pokazać dwie świetne książki, które z dziką, wręcz zwierzęcą radością, objęłam patronatem Nebule.
Tu jest dostępna „Ta książka jest psem„
Jeżeli Wasze dzieci lubią psy, albo wręcz się ich boją to koniecznie zajrzyjcie do tej książki. Ta książka jest psem, a my możemy się z nim bawić. Nadajemy mu imię, głaszczemy, a nawet rzucamy mu piłeczkę.
Książka jest bardzo zabawna i pokazuje, jak zachowują się psy. Dzięki niej dzieci będą miały namiastkę zwierzaka w domu, a przy okazji trochę się o nim dowiedzą.
Książka jest napisana prostym i zrozumiałym językiem dla dzieci. Gwarantuję, że kiedy ją przeczytacie dziecku, to za chwilę powie żeby czytać jeszcze raz. Do tego ilustracje są charakterystyczne i po kilku razach, dzieci będą mogły same ją wykonywać zadania.
Tu jest za to dostępna „Ta książka jest kotem„
Tym razem mamy wesołego kotka, który lubi pieszczoty. Zadania do wykonania są różne: drapanie, dmuchanie, klaskanie. Dzieci będą miały mnóstwo zabawy z tym zwierzakiem.
Dzięki tej książce dzieci będą mogły poznać zachowania kotów i nauczyć się ich pięlęgnacji.
Ta interaktywna książka jest przystosowana dla młodszych dzieci i to one będą z niej najwięcej czerpały.
Dla jakiego wieku są te książki: według mnie mogą już być dla dzieci od 18 m.ż. do 4 roku życia (chociaż kiedy czytam je Julkowi to nasza 7-latka też zawsze przybiega) i się kłócą kto będzie drapał kotka!
My się nie byliśmy w stanie zdecydować i głaszczemy i czochramy na zmianę oba sierściuchy, a wy jesteście team kot, czy team pies?
Tak, przyznaję bez bicia, miałam zadatki na idealną Mamę, która ma czysty dom, ułożone włosy i dwudaniowy obiad na stole. Wystarczył jeden dzień żeby mój plan legł w gruzach, a kolejne lata w ogóle nie przypominały moich perfekcyjnych założeń.
Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, bo wtedy zostałam mamą po raz pierwszy.
Wolałam spryskać włosy suchym szamponem i jeść mrożone pierogi niż słuchać jak płacze moje dziecko. Nie żałuję żadnej z tych decyzji, a do tego każdy kolejny rok weryfikował plany bycia „IDEALNĄ MAMĄ”
Dużo się zmieniło przez te 7 lat i cieszę się, że dziś mogę je podsumować – może niektórym mamom pomoże też w odpuszczeniu i zaoszczędzę im wyrzutów sumienia.
Do podzielenia się moimi doświadczeniami zaprosiła mnie marka Hortex
Tu żyją ludzie, więc to normalne, że widać ich ślady. Jak ja się frustrowałam, kiedy po kilkugodzinnych porządkach już po chwili nie było śladu… Trochę mi zeszło aż odpuściłam latanie na ścierce każdego dnia. Po pierwsze odpuściłam sprzątanie w ciągu dnia. Wszystkie zabawki ogarniamy razem na koniec dnia. Nie ma sensu o 16 zbierać wszystkich klocków, skoro i tak za godzinę znów będą na podłodze.
Każdy rodzic chciałby żeby jego dziecko jadło różnorodnie i do tego ze smakiem. Tymczasem im więcej wysiłku wkładałam w przygotowanie dania, to mniej go ubywało z talerza. Wiele razy (myślę, że z 347) moje dzieci odmówiły nawet spróbowania. Mimo tego, że zawsze ich zachęcamy chociaż do jednego kęsa, to często nie da się ich przekonać. Dlatego odpuściłam wymyślne gotowanie i pierwszym kryterium wyboru dania jest pytanie: „Czy dzieci to zjedzą?”
A co zapytacie kiedy nawet lodówka już pusta a świadomy rodzic chciałby zaserwować swoim latoroślom pełnoprawny, wartościowy posiłek? Tylko żeby był bez środków konserwujących. Aaa, no i zdrowo no i warzywa (nieważne, że jest środek zimy). Wolny od GMO! No i najważniejsze zostawiłam na koniec – oprócz spełnienia tych wszystkich kryteriów – jeszcze taka przysłowiowa truskawka na torcie – żeby był smaczny:):):) Ha, na to też mam receptę – patrzcie uważnie, tu podrzucam FILM INSTRUKTAŻOWY
Kiedy odpuściłam sobie bycie perfekcyjną, to zaczęłam bardziej się skupiać na prawdziwych problemach i zaczęłam tworzyć plany awaryjne. Czyli na przykład, kiedy jestem na zakupach to kupuję lizaki dla dzieci i wkładam do torby na „czarną godziną”. I kiedy wydaje mi się, że nic nie mam żeby zająć dzieci w kolejce to wtedy wyciągam zapomniane lizaki.
A kiedy wsiadam z dziećmi do pociągu – trzymam takie czary z laminatora w maminym zanadrzu:
https://www.facebook.com/bmshkola/videos/1056064528084920/
Pamiętam te nieprzebrane stosy prania, które czekały na prasowanie i moją frustrację kiedy wieczorem wolałabym obejrzeć serial na kanapie niż surfować na desce. Pomogła mi zmiana myślenia oraz proste tricki, dzięki którym przestałam tonąć w stertach do wyprasowania. Mniej obrotów w pralce + mniej prania w bębnie + rozwieszenie od razu lub wrzucenie do suszarki = prasowanie codziennych ubrań z głowy.
Kiedyś byłam osobą, która bardzo źle znosi krytykę i bywało tak, że nie potrafiłam się zdystansować. Brałam to wszystko za bardzo do siebie. Myślę, że macierzyństwo wpłynęło na mnie w taki pozytywny sposób, że zostałam mistrzynią dystansu. Potrafię teraz śmiać się z siebie w serdeczny sposób i odpuszczać różne sprawy, o które kiedyś piekliła bym się na darmo w nieskończoność.
Bardzo ważny punkt w moim macierzyństwie. Kiedy ktoś mnie pytał, czy potrzebuję pomocy, to zawsze dziękowałam i mówiłam, że świetnie daję sobie radę. Oczywiście daleko mijało się to z prawdą, a ja byłam sfrustrowana. Kiedy zostałam mamą po raz drugi – postanowiłam nie być Zosią Samosią i dać sobie przyzwolenie, że mogę nie ogarniać. Proszenie o pomoc nie jest porażką, tylko normalną sytuacją. Bądź mądrzejsza – mi stanowczo za długo zajęło, zanim do tego doszłam.
Potakuję i puszczam mimo uszu. Wiem doskonale, czego chcę dla siebie i dzieci. Od nadmiaru „dobrych rad” boli czasem głowa, więc polecam odpuścić.
Podążam za moimi dziećmi, a na ich akurat temat jakoś nikt nie napisał jeszcze nawet najkrótszej broszurki. Żadna, nawet najmądrzejsza naukowa metoda w 100% nie nadaje się do wykorzystania w domu. Zrozumienie tego zajęło mi trochę czasu, ale kiedy odrzuciłam je wszystkie to zrobiło mi się łatwiej i lżej.
Widzę ją codziennie w lustrze i uśmiechamy się do siebie. Już nie jestem dla niej niemiła. Tylko wspieram w razie potrzeby i przytulam w myślach znacznie częściej niż kiedyś.
Dzieci, mąż, praca, dom – a gdzie jestem ja? Kiedy odpuściłam trochę to pojawiła się u mnie spora przestrzeń dla siebie. Korzystam z niej coraz częściej i mi się to podoba. Więcej spełnionych moich potrzeb, to więcej zasobów dla dzieci. Kiedyś rozsypany ryż na podłodze potrafił mnie zagotować w sekundę, a teraz włączam odkurzacz i bez mrugnięcia okiem sprzątam.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i macie takie same przemyślenia, to kliknijcie „Lubię to” i udostępnijcie ten wpis swoim znajomym – podziękują Wam.
Kto ma rano więcej niż 10 minut na makijaż? Ja nie mam, dlatego od kilku lat maluję się tak samo i zajmuje mi to mało czasu. Pod wpisami pojawiła się prośba o wpis na temat makijażu i dziś pokażę Wam, jak to robię i czego używam.
Zacznę od tego, że w ciągu 7 dni, z których składa się tydzień jestem umalowana max 5 razy. Lubię siebie bez makijażu i kiedy mam taki dzień, że nie mam spotkań, czy też nie robimy zdjęć to się nie maluję.
Kiedyś byłoby to niemożliwe, bo miałam kiepską cerę, a teraz jest naprawdę ładna i uważam, że wcale tak dużo nie potrzebuję.
W dni kiedy się nie maluję używam tylko filtra UV (stosuję pielęgnację z kwasami), kremu nawilżającego lub kremu BB dla wyrównania kolorytu i to wszystko. Obecnie moim ulubieńcem jest Clinique iD – jest to świetny produkt, bo sami go do siebie dobieracie.
Najpierw wybieracie bazę: macie ich aż 5 do wyboru
A później wg Waszych potrzeb dobieracie wkład z aktywnym koncentratem
Ja używam teraz Clinique iD z bazą nawilżającą i leciutkim kryciem Dramatically Different™ Moisturizing BB-Gel (butelka moro) i mam wkład pomarańczowy z z Aktywnym Koncentratem na Zmęczenie.
Kiedyś popełniałam mnóstwo błędów, ale wynikały one z mojej niewiedzy. Dziś wiem już więcej i podzielę się nimi z Wami.
Przez wiele lat pod podkład nie nakładałam kremu nawilżającego, bo miałam rozszerzone pory. Wydawało mi się, że taki krem spowoduje mocniejsze przetłuszczanie się skóry twarzy. A tymczasem nie wiem czy wiecie, że rozszerzone pory to objaw skóry odwodnionej. I odkąd zaczęłam ją mocno nawilżać, to zmniejszyły mi się pory! Kiedyś używałam też podkładów matujących i to też był błąd, przez to twarz wyglądała bardzo płasko i nie odbijała światła.
Teraz: zawsze pod podkład używam nawilżenia. Teraz jest to Clinique iD i dopiero na to podkład.
Wiem, że makijażystkom może się jeżyć włos na głowie, ale nie używam gąbek i Beauty blenderów. Wszystko nakładam palcami, bo jest mi tak wygodniej i nie musze później nic czyścić – tylko myję ręce.
Od roku używam nawilżającego podkładu Even Better Refresh i uważam, że jest genialny – naprawdę widzę większe nawilżenie i nie mam żadnych suchych skórek, które kiedyś mi się zdarzały w okolicy nosa. Mam kolor WN04 Bone. Podkład trzyma się do wieczora i cały czas czuję, że skóra jest przyjmnie nawilżona.
Mam dość mocne cienie pod oczami (taka moja uroda) i używam korektora. Przez jakiś czas używałam Collection 2000, ale któregoś dnia zauważyłam, że mam o wiele większe zmarszczki pod oczami i zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. Sama doszłam do wniosku, że ten korektor jest za ciężki.
Zbierał mi się w zmarszczkach mimicznych i wyglądałam jakby mi przybyło lat. Ponad rok temu zmieniłam korektor na o wiele lżejszy, ale z dobrym kryciem. Od roku używam Airbrush Concealer i jest idealny – właśnie mi się skończyło pierwsze opakowanie, więc jest wydajny. Dobrze kryje, rozjaśnia cienie i nie zbiera się w zmarszczkach. Mam kolor Fair cream
Zanim zorientowałam się, że mam opadające powieki to minęło trochę czasu i popełniłam mnóstwo błędów makijażowych – łącznie z obrysowywaniem całego oka czarną kredką (kto tak nie robił?;)
Wcześniej nakładałam cień na powiekę i po kilku godzinach cień miałam zrolowany. Kiedy zaczęłam używać bazy pod cienie, to moje życie się zmieniło;) Cienie przestały się rolować i zniknął efekt tłustej powieki, a tusz do rzęs pozostawał na miejscu. Od lat używam bazy Urban Decay.
Kiedyś miałam duże paletki z cieniami, ale zauważyłam, że na 12 kolorów zawsze używam … dwóch. Uznałam, że bez sensu kupować takie duże zestawy, bo później muszę je wozić i zajmują dużo miejsca. Bardziej ekonomicznie jest kupić dwa duże cienie i tak od ponad roku mam swoich dwóch ulubieńców.
Te cienie są świetne, bo się nie osypują przy nakładaniu i dobrze się trzymają na powiece
W porównaniu z cieniami z palety Naked wygrywają dwa razy!
Jasny perłowy cień Cream pop – lekko opalizuje i odbija światło, a dzięki temu oko wydaje się większe. Nakładam go palcem, bo wtedy lepiej trzyma się powieki.
A drugi to Cocoa Pop – jest ciemny i świetnie nadaje się do powiększania oka. Nakładam go pędzelkiem i rozcieram.
Na kursie makijażu nauczyłam się, że opadającą powiekę maluje się na otwartym oku – dzięki temu coś na nim widać, a oko się powiększa. Super patent!
Mam też jeden pędzelek do rozcierania cienia (makijażystki nie śmiejcie się ze mnie;) Pędzelek Real Techniques
Od lat maluję też kreskę na powiece – mam słabe rzęsy, a nie chcę sobie doczepiać, więc maluję kreskę. Dodam, że nie umiem tego robić i często kreski wychodzą mi inne, ale się tym nie przejmuję, bo wiem, że tylko ja to widzę;)
Kiedyś kreski malowałam ściętym pędzelkiem i cieniem, ale od kilku lat robię to eyelinerem w pisaku. Ostatnio kupiłam z Bourjois, ale po miesiącu mi się rozdzielił na pół (strasznie słabe) i teraz mam eyeliner Clinique Pretty Easy Liquid Eyelining Pen. Rysuje nim się bardzo łatwo i trzyma się na oku cały dzień! Nawet na opadającej powiece.
Bardzo lubię wodoodporne maskary, bo mam dość wrażliwe oczy, a do tego nie odbijają się na górnej powiece. Obecnie mam High Impact Waterproof Mascara i sprawdza się super. Wcześniej miałam Diorshow, ale zostawiał mi „pieczątki” na powiekach.
Brwi też mam liche, więc raz w miesiącu chodzę na hennę. Jak zaczyna mi się zmywać, to podkreślam je żelem do brwi Benefit.
Na koniec używam zawsze bronzera w takie miejsca jakby padało na mnie słońce, czyli na górę czoła, kości policzkowe, nos i żuchwę. Długo używałam Nars laguna, ale wkurzało mnie to, że kiedy jest go mniej to mi się kruszył i nie nadawał się do użytku. Teraz mam True Bronze Pressed Powder Bronzer – delikatnie bronzuje i odbija światło – ma drobinki.
Od niedawna używam też rozświetlacza, korzystając z patentu mojej przyjaciółki nakładam go palcem na kości policzkowe, nos i na łuk kupidyna (nad ustami). Nałożenie rozświetlacza w tym miejscu powiększy usta i będą wydawały się wyraźniejsze (znacie ten trick?)
To już pewnie wiecie, że mam swoją ukochaną pomadkę i właściwie tylko jej używam. To Dramatically Diffrent Lipstick kolor 28 romantizice, która pasuje chyba wszytskim. Jest nawilżająca, delikatna i do tego ma chłodny pigment, który powoduje, że zęby wydają się bielsze.
Tak wygląda na ustach bez filtra
Ta wygląda mój makijaż, który robię od kilku lat. Zajmuje mi to nie więcej niż 10 min.
A ja mam dla Was bardzo fajną ofertę, jeżeli w dniach 23-25.02 zamówiciie dopasowany do Was Clinique iD to moją ukochaną pomadkę (Dramatically Diffrent Lipstick kolor 28 romanticize) dostaniecie gratis. Kod do wpisania: nebule
Darmowa dostawa jest od 119 zł i nie łączy się z innymi ofertami na stronie.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na Facebooku i udostępnijcie go swoim znajomym – może też chętnie skorzystają.
Audiobooki dla dzieci to świetna sprawa! Ze względu na chorobę lokomocyjną, to jedyne czym możemy próbować zająć dzieci w podróży. Jeżeli gdzieś się wybieramy to zawsze mamy coś nowego w zanadrzu. Choć ze względu na upodobanie dzieci do słuchania ulubionej bajki po wielokroć – słuchawki dla nich to też dobra opcja. Natomiast co ciekawsze tytuły włączamy też w domu.
EDIT: zobaczcie tu najnowszy wpis Audiobooki dla dzieci
Choć książki dzieciom czytam sama, to oprócz podróży audiobooki są świetnym rozwiązaniem na jesienne wieczory, czy zmęczenie rodziców? Przygotowałam Wam listę 15 sprawdzonych audiobooków, które możecie śmiało puszczać dzieciom. A nawet sami podsłuchiwać ?
Edit – odkryłam ostatnio dobra źródło audiobooków! Po więcej szczegółow zapraszam do wpisu – Audiobooki. Jeśli chcecie wypróbować za darmo, jak działa Storytel, możecie to zrobić, logując się na platformę, gdzie uzyskacie 50 darmowych dni próbnych.
a teraz już czas na:
Artur Andrus wziął się za pisanie bajek – czy to się mogło udać? I to jak! Stare postaci z bajek, jak Czerwony Kapturek czy Jaś i Małgosia, są już znudzone powtarzalnością ich historii, więc czas wymyślić inne. Absurd, gra słowem i inteligentny humor – polecam słuchać w czasie długich podróży. Ubawią się nie tylko dzieci, ale także i Wy. Nie ma nudy?
A czyta to nie kto inny, jak sam Artur Andrus – już jest śmiesznie, prawda?
Dostępny tutaj —>„Bzdurki, czyli bajki dla dzieci (i) innych”, A. Andrus
Wanda Chotomska czyta swoją opowieść o pięciu uroczych szczeniaczkach, które wprowadzają do domu chaos – jak to maluchy. Ileż jest z nimi roboty! Autorka w swoim stylu przeplata prozę, z uroczymi wierszykami, uzmysławiając dzieciom, jak dużo pracy jest, gdy ma się jedno małe zwierzę, za co dopiero pięć! Jest to też historia o odpowiedzialności za żywe stworzenia.
Dostępny tutaj —>„Pięciopsiaczki”, W. Chotomska
Mamooo, a dlaczego kamień jest twardy? A czemu truskawki muszą być czerwone, a nie niebieskie? A skąd się bierze trawa? Idę o zakład, że znacie to. Ta książka pozwoli Wam odciążyć się od części z tych pytań, jednocześnie zaspokajając ciekawość dzieci. A wszystko to zebrane jest w 22 historie, które opowiada Anna Rusiecka.
Dostępny tutaj —>„Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty? Historyjki dla ciekawskich dzieci.”, P. M. Schmitt, C. Dreller
Gdyby zapytać Julka – to numer 1 jeśli chodzi o audiobooki dla dzieci. Może dlatego, że był na karnawale w Eindhoven, a Jaś i Janeczka to klasyka literatury holenderskiej:) Para uroczych pięciolatków – tytułowi Jaś i Janeczka – łobuzują, poznają świat, zadają wiele pytań. Prosty język, idealny dla maluchów, opisuje ich przygody, zabawy, spory i codzienne życie. Cała opowieść to kilka tomów zabawy dla młodszych dzieci. A czyta Jarosław Boberek….
Ten audiobook jest też fajny do włączania na wieczór i usypiania
Dostępny tutaj —>Jaś i Janeczka tom 1
Dostępny tutaj —>Jaś i Janeczka tom 2
Dostępny tutaj —>Jaś i Janeczka tom 3
Moda na skarpetki nie do pary nie przyszła znikąd. Ona zrodziła się z w wyniku powszechnie zachodzącego procesu znikania skarpetek podczas prania. Znacie to, prawda? A wiecie, dlaczego skarpetki znikają? Niektórzy mówią, że to „syndrom kłaka”, a tymczasem… no cóż posłuchajcie, razem z dziećmi, co się dzieje ze skarpetkami, które giną nam z oczu. Okazuje się, że wiodą bardzo ciekawe żywoty. A o wszystkim opowie Wam Anna Wodzyńska.
Dostępny tutaj —>„Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek”, J. Bednarek
Tym razem, to nie dziecko pragnie mieć psa, ale pies marzy o posiadaniu dziewczynki. Urocza, ciepła i zabawna opowieść o perypetiach psiaka, który postanowił spełnić swoje marzenie. Historia dla wszystkich dzieci, które chcą mieć psa, ale także dla tych, które kochają zwierzęta. Książkę czyta Artur Barciś.
Dostępny tutaj —>„Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę”, S. Peltoniemi
Jako ośmioletnia dziewczynka sama czytałam tę książkę i byłam zachwycona. Do szkoły szłam udając, że jestem Lisą. Wyobrażałam sobie, że skaczę przez strumienie i boso biegnę po trawie. Te wspomnienia zawsze wywołują uśmiech. Jaką wtedy miałam wyobraźnię! Ile radości wzbudziła książka o przyjaciołach z małej wioski, którzy, jak wszystkie dzieci mają swoje małe i wielkie sprawy. Niezwykle aktualna, a czytana przez Edytę Jungowską, wzbudza nawet dziś wiele pozytywnych emocji. Czyż mogłabym jej nie podsunąć moim dzieciom? No way!
Dostępny tutaj —>„Dzieci z Bullerbyn”, A. Lindgren
Storytel —> „Dzieci z Bullerbyn” – audiobook
Tak naprawdę są to wiersze Jana Brzechwy, które czyta Piotr Fronczewski. To absolutna klasyka. Pan Kleks opowiada więc o kwoce, która chciała nauczyć wszystkich kultury, o leniu, którego pracy nikt nie dostrzegał, czy o dzikim dziku, przed którym trzeba zmykać na drzewo. Myślę, że już wiecie, jakie wiersze czyta Pan Kleks – znamy je wszyscy.
Dostępny tutaj —>„Wiersze Pana Kleksa”, J.Brzechwa
Jeśli sądzicie, że nie jest łatwo żyć wychowując gromadkę dzieci, to poznajcie państwa Brown. Lata temu, na stacji Paddington, spotkali oni bowiem misia, który przybył z Peru. Od tej pory ich życie diametralnie się zmieniło i nic już nie było takie, jak przedtem. A życie Brownów wywróciło się do góry nogami. Jeśli Wasze dzieci lubią Kubusia Puchatka, to pokochają także uroczego Paddingtona. Książkę czyta Artur Barciś.
Dostępny tutaj —>„Miś zwany Paddington”, M. Bond
Storytel —> po angielsku „Paddington” – audiobook
Jeśli Wasze dzieci nie znają jeszcze serii książek o Basi, to koniecznie musicie to nadrobić. Basia, jak każda dziewczynka ma swoje marzenia, pomysły i fochy. Tym razem marzy, by zapisać się na taniec. Podobnie jak jej mama. Ta książka, oraz cała seria o Basi, pomaga dzieciom zmagać się ze słabościami i wyjaśnia im skomplikowane reguły, które rządzą światem. Pozwala im też oswoić sytuacje, które wydają się potencjalnie straszne. W książce jest sporo ironii, kierowanej do rodziców – z pewnością znajdziecie ją między wierszami. Przyznam, że bywało, że śmiałam się do łez, a dzieciaki nie rozumiały dlaczego?. Czyta Maria Seweryn.
Dostępny tutaj —>„Basia i taniec”, Z. Stanecka, M. Oklejak
Storytel —> „Basia i taniec” – audiobook
Choć książeczka kierowana jest do dzieci w wieku 3-7 lat, tytuł zobowiązuje i także rodzice ubawią się przy słuchaniu tych opowiadań. A są to zabawne historyjki, opowiadane przez przedszkolaka, którego interesuje wszystko. Szuka on odpowiedzi na pytania, których my dorośli byśmy nie zadali. Nawet nie wpadlibyśmy na to, żeby o to pytać. No bo, która z Was zastanawia się o czym śni pies? A opowie o tym, kto? Oczywiście Artur Barciś!
Dostępny tutaj —>„Opowiadania do chichotania”, R. Piątkowska
Storytel —> „Opowiadania do chichotania” – audiobook
I znowu Artur Barciś czyta opowiadania, których tym razem bohaterem jest Tomek, chłopiec, który ma kilka lat i niezwykłe pomysły. Przygody rezolutnego przedszkolaka są zabawne i pouczające jednocześnie. Na kanwie sukcesu pierwszej części książki, pojawiły się kolejne z tej serii – przedszkolaki będą zachwycone. Dzieci co chwilę krzyczą: to prawda! Tak właśnie jest!
Dostępny tutaj —>„Opowiadania dla przedszkolaków”, R. Piątkowska
Storytel —> „Opowiadania dla przedszkolaków” – audiobook
Sama jestem zaskoczona, że ta pozycja trafi na top 15 audiobooki dla dzieci, ale i Lila i Julek po prostu ją uwielbiali! Kazimierz Nowak, w latach 1931 -1936 przemierzył całą Afrykę pieszo, rowerem, konno i czółnem. Gdy kilkadziesiąt lat później odnaleziono materiały z tej wyprawy, powstała relacja z podróży, a na jej podstawie opowiadania dla dzieci, które zapierają dech w piersiach. Wszystkie przygody z tej książki są oparte na rzeczywistych wydarzeniach, które miały miejsce w czasie tej fascynującej podróży. Dzieciaki poszerzają horyzonty, nawet nie wiedząc, że to robią. Te niezwykłe opowieści czyta Artur…. a nie, bo Jacek Kawalec?.
Dostępny tutaj —>„Afryka Kazika”, Ł. Wierzbicki
Storytel —> „Afryka Kazika” – audiobook
Tym razem dzieci przeniosą się do wyjątkowej Krainy Uważności. Tam znajdą spokój, ciszę i wsłuchają się w siebie wśród dźwięków natury i muzyki. Odkryją, czym są emocje takie jak złość, nuda czy brak poczucia własnej wartości. Nauczą się technik uważności. Bardzo kojąca książka, także dla dorosłych.
Dostępny tutaj —>„Słuchowiska. Kraina uważności”, A. Pawłowska
Lila po tacie uwielbia wszelkie gry słowne, dlatego w kategorii audiobooki dla dzieci – jej nagrodę oczywiście otrzymuje „Co to znaczy…?”. A czy Wasze dzieci wiedzą, co znaczy czuć do kogoś miętę, albo mieć kiełbie we łbie? Ta książeczka to zbór opowiadań, które w zabawny sposób wyjaśniają, co oznaczają popularne związki frazeologiczne. I znowu mamy naukę poprzez zabawę – to lubię!
Dostępny tutaj —> „Co to znaczy…?”, G. Kasdepke
Na koniec pokażę Wam świetny magnetofon, który kupiłam dzieciom – właśnie do słuchania płyt i muzyki z mp3. Mamy go od roku i wszyscy bardzo lubimy.
Ma przyciski odpowiednie do małych paluszków i łatwo go obsłużyć. Ma wejście na pendriva i na kabelki.
Można go kupić TUTAJ
A jak dla odmiany będziecie chcieli coś pooglądać – tu macie fajne, miłe i edukacyjne – Najlepsze bajki HBO GO
tutaj Najlepsze bajki na Netflix
a tu Edukacyjne bajki dla dzieci
Jeżeli macie w oczach skaner cukru, jednym spojrzeniem potraficie ocenić ile poliestru jest w dziecięcej skarpecie, a na zakupach najpierw patrzycie na skład, a dopiero później na cenę, to najprawdopodobniej jesteście świadomymi rodzicami.
Do podzielenia się moimi doświadczeniami zaprosiło mnie Auchan
Obudzony w środku nocy wyrecytuje trzy zdrowe zamienniki cukru
Kiedy widzi na ulicy dziecko w wisiadle w duszy się gotuje i wzywa wirtualny MOPS
Zapala mu się lampka „odłóż to na półkę” kiedy widzi SLS na butelce płynu dla dzieci
Ale czasami już mam dość! Kiedyś mi się śniło, że weszłam do sklepu i kupiłam pierwszy lepszy serek dla dzieci. Nie czytałam składu, nie patrzyłam na ilość cukru, nie zauważyłam nawet żelatyny wieprzowej w składzie;) Po prostu podeszłam do lodówki i wzięłam produkt. Normalnie koszmar!;)
I tak sobie zaczęłam myśleć, że bycie świadomym rodzicem to jest mój styl wychowawczy. Lubię czytać, dociekać, porównywać i wybierać zawsze najlepszą opcję. Ale nie ukrywam, że jest to czasami trud i znój.
Wyboru produktów właściwie nie było, nie musieli wertować blogów w poszukiwaniu bidonu idealnego, który wspiera rozwój aparatu artykulacyjengo, tylko do 5 roku życia dawali dzieciom krowie mleko z butli ze smokiem. To, że dziecko miało później wadę wymowy i zgryzu traktowali jako coś normalnego, a nie konsekwencję swoich wyborów.
Kiedy chcieli mieć najlepszej jakości warzywa, czy mięso, jechało się na wieś do wujka Zdziśka, a on ze swoich (niekontrolowanych i bez żadnych atestów) upraw, dostarczał im pomarszczoną marchew. Nie musieli znać oznaczeń chowu, bo wszystkie jaja były od kurek szczęśliwych z wolnego wybiegu.
Podobno ludzki mózg lubi, kiedy maksymalnie ma 3 rzeczy do wyboru. To co ma powiedzieć rodzic, który codziennie dokonuje takich wyborów. Przyznam, że często jestem tym już zmęczona, ale podobno to też jest objaw świadomego rodzicielstwa.
„Mleko zaśluzowuje” – „Kasza odśluzowuje”, , jesteśmy bombardowani natłokiem informacji i czasami już sami nie wiemy, co mamy zrobić. Szum informacyjny jest duży i my się w tym zaczynamy gubić. Świadomi rodzice są też zmęczeni właśnie dlatego – ciągle słyszą różne komunikaty: a to wyniki najnowszych badań, a to fakty i mity. Myślę też, że niektórzy z nas mogą mieć niewielkie FOMO (fear of missing out, czyli lęk o to, co nas może pominąć).
Po prostu: kiedy czuję natłok informacji to się odcinam. M.in. dzięki temu kilka lat temu przestałam oglądać TV.
które są lokalne i znane. Pisałam Wam już wcześniej, że robię zakupy w Auchan, bo tam wystarczy, że znajdę produkty z logo „Pewni dobrego” i wiem, że są świeże, przebadane (np. pod obecność pestycydów) i z lokalnych gospodarstw. Ostatnio pojawiło się sporo nowych produktów, więc zakupy mam ułatwione. Tak jak bałam się kupować łososia, to teraz mam sprawdzonego w Auchan.
To powiedzenie naszej pediatry. Nie przejmuję się tym, że mimo wielu świadomych wyborów zdarzy mi się popełnić błąd. To jest normalne i daję sobie do tego prawo.
Nieświadomie stosuję tę metodę od urodzenia. „Wystarczy” jest dla mnie lepsze niż „perfekcyjne”, dzięki temu oszczędzam sobie wiele frustracji (i czasu).
Tylko zależne jest od dawki. Woda w ogromnej ilości też może być trucizną. Dlatego wolę uczyć dzieci, że chipsy można wybrać w zdrowszej formie i to jest ok.
Przyznam, że mam w sieci kilka sprawdzonych miejsc, gdzie zaglądam raz na jakiś czas żeby przeczytać o ciekawostkach (np. Czytaj skład, Mataja i Pan Tabletka). Ufam im i wiem, że jak oni coś polecają to możliwe, że i u mnie się sprawdzi.
Korzystam też z różnych przepisów żeby móc szybko przygotować obiad. Polecam Wam wpis u Ilony z obiadami bez mięsa KLIK.
Mam bazę wielu produktów, które zawsze mam w domu i często je kupuję. Wtedy nie muszę skanować etykiety w poszukiwaniu syropu glukozowo-fruktozowego i mączki świętojańskiej w śmietanie. Tu inspiracje na 10 produktów które zawsze mam w domu.
Bycie świadomym rodzicem może nie jest łatwe, ale daje ogrom satysfakcji. Mam wpływ na to jak żyję i jak rozwijają się moje dzieci.
Mam też do Was prośbę – jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na Facebooku i udostępnijcie go swoim znajomym, podziękują Wam.
Nebulizacja jest jedną z najpopularniejszych metod leczenia górnych i dolnych dróg oddechowych. Jednak nie każdy wie, jak poprawnie ją wykonać. Ja też przez długi czas działałam intuicyjnie i jak się okazuje -popełniłam masę błędów.
Pod koniec ubiegłego roku zostałam zaproszona przez markę Teva do stworzenia filmu edukacyjnego. Pod okiem specjalistów i Prof. Alergologii Adama Sybilskiego zebrałam wszystkie najważniejsze informacje, o tym jak prawidłowo wykonać nebulizację.
A na samym końcu tego wpisu znajdziecie stworzony przez nas film edukacyjny, o tym jak poprawnie zrobić nebulizację.
Dziś napiszę Wam o najczęstszych błędach, ale też pokażę rozwiązanie, czyli instruktaż.
Chciałabym się skupić tutaj tylko na nebulizacji lekiem. Jeżeli robimy nebulizację solą fizjologiczną to te wskazania nie są tak rygorystyczne. A jeżeli mamy dawkę z lekiem to musimy przestrzegać niżej wymienionych zasad, bo leczenie nie będzie skuteczne.
Zdjęcia z konferencji „Odetchnij z TEVA”
Jest to jeden z kluczowych błędów, popełniany często nieświadomie. Wybór nebulizatora jest ważny, jak wybór komputera. Jeżeli wybierzemy kiepski model, to leczenie nie będzie efektywne. Dlatego warto go kupić jeszcze zanim dziecko zachoruje. W przeciwnym razie będziemy szukać czegoś na szybko, nie zapoznając się z parametrami.
Na co zwrócić uwagę:
Dzieci do lat 4 powinny używać nebulizatora z przepływem 4 litry powietrza/ minutę.
Dla dzieci w wieku od 4-12 lat zalecany przepływ to 8 litrów/ minutę,
A dla dzieci powyżej 12 roku życia powyżej 10 litrów/ minutę.
Chcę jeszcze dodać kilka faktów (ważnych przy wyborze nebulizatora), których dowiedziałam się pod Prof. Sybilskiego:
Zapomnijcie o przykładaniu końcówki bez ustnika do twarzy dziecka. Ja też myślałam, że jak dziecko ma chociaż w pobliżu twarzy końcówkę inhalatora to nebulizacja będzie wykonana poprawnie. Otóż nie! Oddalenie ustnika lub maseczki powoduje straty leku, więc leczenie nie jest skuteczne. Jaka jest prawidłowa technika nebulizacji:
Gdy cały płyn z inhalatora zostanie zużyty wyłącz kompresor. Zwróć też uwagę żeby całkowity czas nebulizacji nie przekraczał 3-4 min. Dłuższy czas może powodować coraz gorszą współpracę dziecka
Jeżeli dziecko ma zatkany nos, to nie udrażniaj/ nie oczyszczaj go przed nebulizacją. Celem nebulizacji jest dostarczenie leku do krtani, czy też oskrzeli, a przez usta lek ma krótszą drogę do pokonania i unika się niepotrzebnego deponowania leku w nosie.
To bardzo ważny punkt, o którym nawet czasami lekarze zapominają. Zapamiętajcie! Po zakończonej nebulizacji TRZEBA przemyć dziecku twarz (oczy też) i wypłukać buzię. Jeżeli dziecko jest małe i nie umie wypluć płynu, to trzeba dać mu wodę do popicia.
Po nebulizacji trzeba dziecko oklepać. Najlepiej położyć dziecko u siebie na kolanach (jedno kolano wyżej, drugie niżej) – tak aby głowa była niżej niż pupa. Jedną ręką przytrzymujemy dziecko za bark. Z drugiej ręki robimy łódkę (rynienkę) i zdecydowanym ruchem oklepujemy od dołu do góry. Oklepujemy w szybkich seriach: 1-2-3 przerwa. Taki zabieg powinien trwać około 3 min.
Nie zaleca się rozcieńczania leku solą fizjologiczną, gdyż nie wiadomo jakie właściwości będzie miał powstały aerozol, może to obniżać ilość dostarczonego leku, a także wydłużać czas nebulizacji, co z kolei może być przyczyną gorszej współpracy dziecka i osłabiać efekt zabiegu.
Aby nebulizator dobrze działał i podawał prawidłową dawkę leku trzeba o niego dbać.
Tak jak mówię w filmie: Tylko spokój nas uratuje.
Jeżeli będziemy spokojni, to i dzieci będą lepiej współpracować. Dlatego w wolnej chwili dokoładnie obejrzyjcie film edukacyjny, który Wam przygotowałam i stosujcie wszystkie porady, a wtedy leczenie przebiegnie szybciej i sprawniej.
P.S. Profesor Adam Sybliski na konferencji przytaczał badania, z których wniosek płynął taki, że nebulizacje puszczane przy bajce są najskuteczniejsze, bo dziecko jest spokojne przez ten czas (3-4 min) i jest największa szansa, że nie będzie strat leku. Link do badań TUTAJ
Poniżej możecie obejrzeć efekt naszej pracy, czyli film edukacyjny, z którego się dowiecie jak prawidłowo zrobić nebulizację.
Jeżeli obejrzeliście film i dowiedzieliście się nowych rzeczy, kliknijcie „Lubię to” na Facebooku i udostępnijcie ten post znajomym – podziękują Wam
EDIT – Po opublikowaniu wpisu – zarówno w komentarzach na mediach społecznościowych jaki i tutaj – pojawiły się różne wątpliwości, pytania, zarzuty. Nie jest moją intencją generowanie ruchu na takich medialnych burzach. Zebrałam więc wasze pytania i poprosiłam organizatorów konferencji o odpowiedź na najczęściej pojawiające się wątpliwości. Jednym celem jest dostarczenie nam wszyskim wiedzy, która jest świeża, zgodna z najnowszymi badaniami i rekomendacjami. Nie będę odnosić się tu do zarzutów w stylu „a ja jestem lekarzem a ty nie”. To nie ja przygotowywałam te rekomendacje, tylko szacowne grono ekspertów. Firma, która przygotowała tę konferencję, pofatygowała się by po prostu, by za pomocą kanałów nebule.pl – dotrzeć do rodziców w całym kraju. Za czasów naszych rodziców, nikomu się o nebulizacji nie śniło. Prawidłowe metody aplikowania leków nie miały jak się rozpowszechnić i utrwalić. Nawet wśród lekarzy.
Oto komentarze i rekomendacje do przesłanych przez was pytań:
Najwięcej pytań dotyczy rozcieńczania – publikacje, które wyjaśniają skąd rekomendacja, żeby tego nie robić to m.in. publikacja prof. Pirożyńskiego – guru nebulizacji w Polsce i za granicą.
W skrócie: podanie leku z nebulizatora pneumatycznego oznacza, że:
1. Część mieszanki zostaje w pojemniku nebulizatora (objętość martwa) i nie jest przetwarzana w aerozol, a nie mamy wiedzy czy w tej objętości jest lek czy sól fizjologiczna, czy ich mieszanka i w jakiej proporcji. Więc może się zdarzyć tak, że z takiej mieszanki większość przetworzona w aerozol to sól a lek został w nebulizatorze, czyli nie podaliśmy odpowiedniej ilości leku.
2. Jak mieszamy ciecze, to nie wiemy jakie właściwości fizyczne będzie miała taka mieszanka. Może się zdarzyć tak, że cząsteczki obu cieczy się połączą i stworzą tak dużą cząsteczkę, która nie ma szans spenetrować do dolnych (wąskich) dróg oddechowych i zostanie na języku i w krtani a do oskrzeli nie dotrze.
PS. Lekarze zalecają rozcieńczanie, bo ich na studiach mało uczą o nebulizacji jako zabiegu, podobnie jak kwestia doboru inhalatora nie jest poruszana na studiach medycznych.
Odnośnie inhalatorów siateczkowych/ membranowych o których również mowa:
komentarz czytelnika: „a mi jednak bez rozcieńczania siateczka zapycha sie i lek nie leci z solą tez czesto sie zapycha i rozwaliłem tak juz dwa inhalatory. Membranowe moim zdaniem w ogole sie nie nadają do leków.„
No właśnie w tym przypadku, jak Pani rozcieńcza lek to z siateczki leci sam rozcieńczalnik, a nie lek. Skoro po nalaniu leku nie ma aerozolu, to znaczy że nebulizator jest niewłaściwy do tego leku. Leki mają różną budowę – różną wielkość cząstek -> są takie które są za duże na siateczki dlatego nie ma pary. I co ważne => tanie siateczki są zwyczajnie kiepskiej jakości i się szybko zapychają i zwykle nie da się ich wyczyścić. Są dobre siateczkowe (omron, phillips, pari). Właśnie dlatego póki co FDA zaleca stosowanie dla sterydów wziewnych (Nebbud) tylko nebulizatora pneumatycznego -> bo jest najlepiej przebadany i każdy, nawet tani wytworzy aerozol.
Ad pani Kamila – fizjoteraputa, która pisze iż oklepywanie jest błędem ->
oklepywanie to jedna z podstawowych technik rehabilitacji dróg oddechowych szczególnie u małych dzieci i jest we wszystkich rekomendacjach. Bo są tez inne techniki, np. nauka kaszlu i odkrztuszania, ćwiczenia oddechowe, ale u małych dzieci, które fizjologicznie nie są w stanie odkrztuszać, bo nie mają jeszcze odruchu kaszlu, są one nie do zastosowania… a u starszych dzieci (7+) zaleca się stosowanie inhalatorów ciśnieniowych, a nie nebulizatorów, m.in. dlatego ze potrafią już koordynować oddech.
Powtórzę tylko to co ujęłam na wstępie do wpisu – za organizacją konferencji, wysiłkiem włożonym w przygotowanie zarówno edukacyjnego filmu jak i recenzją tegoż wpisu stoją lekarskie autorytety pod okiem Prof. Alergologii Adama Sybilskiego
Treści opracowane na podstawie publikacji prof. Michała Pirożyńskiego, prof. A, Emeryka, Prof. A.Sybilskiego + konsultowane z prof. Sybilskim.
Akademia Mądrego Dziecka to seria ponad 70 książeczek, z których część już Wam pokazywałam. Dziś chcę Wam przedstawić kolejne z nich – „Pierwsze Bajeczki”, dedykowane są dzieciom od drugiego roku życia.
Dobrze wiecie, że sama uwielbiam czytać i staram się zarazić moje dzieci miłością do literatury. To dlatego od najmłodszych lat (w właściwie, od najmłodszych miesięcy), „kąpię” moje dzieci w książkach, słowach, ilustracjach. I dzielę się z Wami najciekawszymi pozycjami, jakie znajduję na rynku. Dziś chcę Wam pokazać książeczki, które są kontynuacją serii, już prezentowanej na blogu –„Pierwsze Bajeczki”, wydawnictwa Egmont.
Seria składa się z trzech tytułów, choć podejrzewam, że to dopiero początek – zapowiada się bowiem bardzo ciekawie. Kierowana jest do dzieci powyżej drugiego roku życia. W każdej z książeczek poruszany jest temat, który dwulatkom jest bliski i pozwala oswoić się z otaczającym ich światem. Oczywiście nieocenioną cechą tych pozycji jest ich interaktywny charakter. Na każdej stronie znajdują się ruchome elementy, które pozwalają dziecku niejako wejść w świat przedstawiony w opowieści. Dodatkowym atutem jest rozwój motoryki małej podczas manipulacji interaktywnymi elementami.
W tej książeczce dziecko oswaja się z podróżą, poznaje słownictwo związane z samochodami. Dzięki kolorowym obrazkom uczy się czym jest sygnalizacja świetlna, oraz czego potrzebuje samochód, by jechać.
Ta część serii oswaja dzieci z lataniem. Dowiadują się jak wygląda odprawa na lotnisku i kim jest pilot. Krótka historyjka dostarcza podstawowych informacji, dotyczących podróży samolotem. To świetna pozycja dla maluchów, które mają odbyć pierwszą tego typu podróż. Po zabawie z tą książeczką, żaden lot nie będzie straszny. Przeciwnie, może okazać się fascynującą przygodą.
To może stać się także i Wasza ulubiona część serii, jeśli tylko dzieci zastosują się do wskazówek dotyczących spania, jakie znajdą w tej opowiastce. Mamy tu niesforną pandę i jej mamę, która usiłuje położyć łobuziaka spać. Dziecko uczy się, że spanie wiąże się z rytuałem i jest konieczne do regeneracji i zebrania sił do dalszych zabaw.
Wszystkie książeczki mają sztywne kartki, co jest istotne, wszak są dedykowane dwulatkom. Mają bardzo kolorowe, wyraziste ilustracje, wykonane przez Nathalie Choux, która jest autorką całej serii.
Polecam te bajeczki, bo rozwijają wyobraźnię, dostarczają informacji o otaczającym dzieci świecie w przystępny dla nich sposób, oraz rozwijają sprawność mięśni dłoni i palców. Prawda, że to dużo zalet, jak na tak małe książeczki?:)
A czy Wasze dzieci lubią tą serię? Koniecznie dajcie znać, co myślicie o książeczkach „Akademia Mądrego Dziecka”. A może macie swoje ulubione części?
Jeśli szukasz jeszcze innych książeczek, w których mnóstwo okienek i przesuwanych elementów wzmaga ciekawość u dzieci i urozmaica czytanie – zobacz np. Wielką Księgę Zabaw – naprawdę warto ją poznać i stosować wszystkie metody dbania o Ziemię.
Ssanie, gryzienie i połykanie to umiejętności kształtujące się naturalnie – bez potrzeby ingerencji ze strony rodziców. Dobrze jednak wiemy, że zanim dzieci zaczną sprawnie i samodzielnie jeść każdy rodzaj pokarmu, musimy nauczyć je nie tylko nowych smaków, ale także czuwać nad nabieraniem przez nie wprawy w spożywaniu „ryzykownego” jedzenia. Dziś Wam opowiem o moich sposobach, które pozwoliły mi nie osiwieć ze strachu przed zadławieniem.
Dzieci krztuszą się właściwie od pierwszego karmienia. Nawet mlekiem z piersi. Prawdziwe kłopoty z tym związane zaczynają się jednak wraz z rozszerzaniem diety. Zanim zaczniecie rozszerzać dietę warto rozróżnić zakrztuszenie( z którym dziecko radzi sobie samo (kaszle, prycha, odkasłuje), od zadławienia, którego objawem jest trudność ze złapaniem oddechu, wytrzeszczanie oczu, nie możność wydobycia z siebie dźwięku, sinienie na twarzy.
Uważam, że każdy rodzic powinien zrobić chociaż krótki kurs pierwszej pomocy żeby móc być przygotowanym i na takie wypadki.
Jednak jeżeli nie macie takie możliwości to warto obejrzeć kilka razy filmy instruktażowe, np. ten:
Ja podeszłam entuzjastycznie do wprowadzania nowych smaków i konsystencji. Jednak szybko przyszedł ten pierwszy raz, gdy doszło do zakrztuszenia. Dzieci radziły sobie same i odkasływały. Nadal kontynuowałam stosowanie metody BLW (Baby Led Weaning), która z założenia omija podawanie niemowlętom papek na rzecz produktów, które trzeba gryźć. Uznałam, że zalety BLW są nieocenione. Gryząc, żując, odgryzając, mlaskając dziecko ćwiczy mięśnie, których rozwój jest potrzebny do nauki mówienia.
No dobrze, ale co z tym zadławienim – zapytacie. Nauczyłam się unikać sytuacji potencjalnie niebezpiecznych związanych z możliwością zadławienia.
Oto moje sposoby na podawanie niemowlętom i małym dzieciom jedzenia, które może wywołać zadławienie:
bez względu na to, czy dzieci są niemowlętami, czy teraz, gdy są większe, pilnuję, gdy jedzą. Oczywiście dziś nie ślęczę im nad głową podczas kolacji, ale w czasie jedzenia orzechów, winogron, borówek, czy innych drobnych pokarmów, siedzę obok nich i obserwuję. Gdy były niemowlętami i uczyły się gryźć, zawsze byłam przy nich – gotowa w razie potrzeby interweniować.
ta zasada jest święta i ma związek nie tylko z bezpieczeństwem podczas jedzenia, ale także z pewną celebracją czasu, który spędzamy razem. Ponadto, jedzenie przy stole unieruchamia dzieci, które gdyby im pozwolić, biegałyby z kanapką po całym domu, a ruch – szczególnie w wykonaniu maluchów – sprzyja możliwości zadławienia.
to nie tylko kwestia kultury jedzenia, ale także ryzyka związanego z zakrztuszeniem. Sami wiecie, że gdy dwoje dzieci zaczyna rozmawiać i się śmiać, to nie da się tego opanować. W czasie rozmowy czy śmiechu, wciągamy powietrze także ustami, co może doprowadzić do zassania jedzenia do tchawicy, a to już stwarza niebezpieczeństwo zadławienia.
wydaje się to oczywiste, jednak znam rodziców, którzy pozwalają dzieciom, szczególnie pić na leżąco. Taka pozycja to proszenie się o nieszczęście. Spróbujcie same położyć się i napić. Żartuję, lepiej tego nie róbcie – to naprawdę niebezpieczne.
małe dzieci, które jeszcze nie mają zębów muszą otrzymywać pokarmy dostosowane twardością do swoich możliwości. Jeśli damy bezzębnemu niemowlęciu orzech, będzie go memlało w buzi, a ostatecznie wypluje lub połknie w całości, dlatego ważne jest, by dostosować jedzenie do możliwości maluchów. Starsze dzieci, często spieszą się w trakcie jedzenia i niedokładnie gryzą pokarm, połykając duże kawałki jedzenia. To niezdrowe i ryzykowne.
Stosowanie się do tych zasad pozwoliło nam jak dotąd – odpukać – uniknąć potencjalnie niebezpiecznych sytuacji związanych z utratą oddechu, spowodowaną udławieniem.
Szczególnym wyzwaniem dla mnie, na początku macierzyństwa, było podawanie leków. Choć każdy syrop zawiera odpowiednią strzykawkę czy łyżeczkę z miarką, to ich użycie też wymaga wprawy. Chyba nie ma w Polsce osoby, która nie słyszałaby dramatycznej historii Oli, córki Ewy Błaszczyk, która w wieku 6 lat zakrztusiła się przy połykaniu tabletki i zapadła w śpiączkę. Myślę, że to wydarzenie wpłynęło na wiele współczesnych matek. Boicie się podawania tabletek swoim dzieciom?
Jak podaję dzieciom leki:
Niemowlętom i małym dzieciom podaję leki w syropie – jeśli tylko jest to możliwe, to małym dzieciom podaję leki w płynnej formie. Łatwiej je aplikować, a dzieciom połykać.
Używam strzykawek załączonych do leków – są one bezpieczne, zakończone odpowiedniej średnicy otworem, bez ostrych krawędzi.
Syrop tłoczę strzykawką, kierując w policzek dziecka – to najbezpieczniejszy sposób podawania leków – także w nocy, gdy dziecko bywa nie do końca obudzone. Płyn nie ma możliwości pod ciśnieniem wystrzelić do gardła dziecka.
Zawsze na siedząco – o tym pisałam już wyżej, ale warto wspomnieć o tym jeszcze raz w kontekście podawania leków, które czasem musimy aplikować nocą i jest pokusa, żeby nie ruszać dziecka, tylko podać mu syrop w pozycji leżącej. Nigdy tak nie róbcie, konsekwencje mogą być dramatyczne.
Niemowlętom i małym dzieciom kruszę – są leki, choć jest ich niewiele, które nie mają swojego płynnego odpowiednika, a jednocześnie trzeba je podać dziecku. Oczywistym jest, że maluszek ich bezpiecznie nie połknie, dlatego trzeba je rozkruszyć i podać wraz z płynem na łyżeczce.
Tłumaczę – z doświadczenia wiem, że dzieciaki współpracują, gdy wiedzą, że traktuje się je poważnie. Moim dzieciom wyjaśniam, jak trzeba połknąć tabletkę i czym jest zakrztuszenie. Wiedzą, że w czasie połykania nie ma śmiania się, wygłupów. Połykamy i wtedy możemy się bawić.
Pomimo zachowywanych środków bezpieczeństwa, zdarza się, że dziecko się zakrztusi. Co wtedy robić? Musicie zachować zimną krew. Nie wpadajcie w panikę. W większości wypadków dziecko poradzi sobie samo, kaszląc. Obserwujcie uważnie każdy oddech – rozpoznacie, czy potrzebna jest pomoc. Nie każcie mu podnosić rąk, nie klepcie po plecach. W większości przypadków efektywny kaszel jest skuteczny.
Gdy nie przyniesie efektów, dziecko straci oddech. Wtedy konieczne jest natychmiastowe działanie. Niemowlęta układamy na przedramieniu i przechylając głową w dół, z wyczuciem, klepiemy w plecy. Starsze dzieci powinny się pochylić do przodu. Gdy dziecko nadal nie odkrztusza, uciskamy okolice mostka (starsze dzieci uciskamy w nadbrzusze), by wywołać kaszel. Jeśli dziecko nadal nie oddycha lub straciło przytomność, rozpoczynamy resuscytację i wzywamy pogotowie.
Dramatyczne w skutkach przypadki zakrztuszenia, wbrew pozorom, nie zdarzają się bardzo często. Przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa i odpowiednich nawyków związanych z jedzeniem, zakrztuszenie – nawet, gdy się przytrafi – skończy się na kaszlu. Pamiętajcie też o tym, żeby obserwować dziecko po zakrztuszeniu, bo może się zdarzyć, że pokarm przedostanie się do dolnych dróg oddechowych.
A Wy miałyście jakieś nieprzyjemne historie z zakrztuszeniem? Jakie są Wasze sposoby na uniknięcie takich sytuacji?
Kiedy byłam w ciąży z Julkiem, to obiecałam sobie, że moja relacja ze starszą córką się nie zmieni. Miałam w głowie gotowy plan, jak to zrobię i bardzo mi na tym zależało. Czy się udało i jaki miało wpływ na naszą relację o tym napiszę w dzisiejszym wpisie.
Jak wiecie jestem jedynaczką i zawsze miałam mamę tylko dla siebie. Jak miałam jedno dziecko to byłam skupiona tylko na nim i było mi trudno wyobrazić sobie sytuację, że uwaga rodzica jest podzielona na dwoje dzieci (niestety często nie po równo, bo młodsze dzieci mają często większe potrzeby niż starsze).
Kiedy przywieźliśmy Julka ze szpitala i zobaczyłam Lilę, to wydała mi się taka duża! A ona przecież wciąż miała tylko 3 lata. Starałam się poświęcać jej dużo uwagi, a do tego postanowiłam wdrożyć mój plan – co jakiś czas wyjścia sam na sam, na tzw. babskie wyjście.
Dziś chciałabym się przyjrzeć takim wyjściom sam na sam. Przenalizować, co one dają dziecku i rodzicowi. A do tego zachęcić Was do takich wypadów. Pokażę Wam też naszą ostatnią randkę.
Przyznam, że w ciąży planowałam taki wypad raz na miesiąc. Oczywiście nie udało mi się go zrealizować (życie:) Na początku było zdecydowanie trudniej, bo Julek był malutki. Ale teraz faktycznie udaje się nam wyjść raz na miesiąc same.
Wiem, że to może się wydać dziwne, ale wyjścia sam na sam z dzieckiem umożliwiają zobaczenie pewnych rzeczy, na które na co dzień nie zwracacie uwagi. W czasie takich wyjść zawsze udaje mi się odkryć coś nowego i ciekawego u swojego dziecka, czego wcześniej nie widziałam.
To jest wg mnie bardzo wartościowy czas, który pomaga w budowaniu relacji. Nie ma obowiązków domowych, pracy, ani skupiania się na innych ludziach. Jesteś tylko Ty i dziecko, które bardzo docenia ten czas i czuje się ważne.
Szczególnie na początku, jak pojawia się małe dziecko w domu, to często dzieciom może towarzyszyć uczucie zazdrości. W tym czasie może też prosić o uwagę w najmniej przyjemny sposób, czyli przez bicie, krzyki i niemiłe słowa. Taki wypad z dzieckiem sam na sam pomoże mu zrozumieć, że rodzic wciąż będzie gotów by spędzać czas z dzieckiem. Spokojna rozmowa z dzieckiem (nieprzerywana obowiązkami domowymi, czy opieką nad drugim dzieckiem) też pozytywnie wpłynie na Waszą relację.
Ja na początku wychodziłam ze starszą córką blisko domu np. do warzywniaka, czasem to wystarczyło żeby nabrać dystansu i porozmawiać o różnych sprawach.
Takie spotkanie z rodzicem, miły czas i serdeczna rozmowa bardzo pozytywnie wpływają na poczucie własnej wartości u dzieci. Dzieci wtedy myślą, że są ważne i doceniane.
Ja zawsze z takiego spotkania wracam spokojniejsza i zadowolona, że spędziłam taki fajny czas z dzieckiem. Czuję też większą więź i ogromną wdzięczność za to, co mam i kim są moi bliscy. Taki wypad pozwala mi też nabrać dystansu do problemów, które mam. Cieszę się chwilą.
Ja po każdym takim wypadzie wyobrażam sobie, jak wygląda moja relacja z dorosłym dzieckiem. Jak spędzamy czas, którego jest znacznie mniej i jak ze sobą rozmawiamy. Zależy mi na tym, żeby za 15 lat moje dziecko spontanicznie do mnie zadzwoniło i powiedziało: „Mamo, szykuj się – zabieram Cię na kawę”.
Chociaż chciałabym częściej móc wychodzić z jednym dzieckiem to jestem na razie zadowolona, że od czasu do czasu udaje nam się taki wypad. Jeżeli obecnie macie wyrzuty sumienia, że nie udaje się Wam takie wyjście, to pewnie Wasze dzieci są jeszcze małe. Dajcie sobie czas. Z doświadczenia wiem, że im większe dzieci tym jest łatwiej.
I powiem Wam szczerze, że u nas zazwyczaj taka randka to jest spacer + kino lub kawiarnia + kino. Odkąd dzieci są starsze to mogę spędzić nawet 3 h poza domem. A jak dzieci były mniejsze, to na przykład zabierałam Lilę na 30 minutowy spacer.
Nasz ostatni wypad udał się znakomicie, bo miałyśmy ciekawy plan. Wypatrzyłyśmy trailer nowej bajki „Śnieżka i Fantastyczna Siódemka”, który właśnie wszedł do kin i ustaliłyśmy, że jak tylko pojawi się na ekranie to razem pójdziemy.
Trailer możecie obejrzeć poniżej:
Plan był taki, że najpierw idziemy na spacer pogadać, a póżniej idziemy do kina.
Na spacerze trochę zmarzłyśmy, więc w podskokach poszłyśmy do kina i mogę śmiało polecić Wam tę bajkę.
to znana wszystkim baśń, ale w zupełnie nowej odsłonie. Ja jeszcze nie czytałam Lili prawdziwej historii Śnieżki i cieszę się, że poznała ją pierwszy raz w takiej odsłonie.
Historia jest trochę inna, bo głównym motywem jest postrzeganie siebie i pozytywny stosunek do swojego wyglądu. W tej historii najważniejsze jest serce i to jakie masz wartości, a nie jak wyglądasz. Dlatego Śnieżka wygląda zupełnie inaczej niż w klasycznej wersji. Bajka ma walory edukacyjne, bo pokazuje piękno bez kompleksów i podkreśla bohaterstwo bez limitów.
Uczy, że prawdziwe piękno jest w każdym znas, niezależnie od wyglądu. Parę razy śmiałam się w głos, a był też moment wzruszenia. Wyszłyśmy z kina usatysfakcjonowane i rozmawiałyśmy o tym, co jest naprawdę ważne, czyli to, co mamy w sercu.
Głównym postaciom głosów użyczyli: Julia Kamińska, Antoni Królikowski i Adam Zdrójkowski. Akcja była wartka i ciekawa. Jeżeli szukacie pomysłu na wyjście z dzieckiem, to polecam Wam „Śnieżkę i Siedmiu Wspaniałych”.
A ja jestem ciekawa, czy też wychodzicie z dziećmi sam na sam? A może macie inne sposoby żeby spędzić wartościowy czas z dziećmi, to koniecznie podzielcie się w komentarzach.
Zdjęcia Maciejimałgosia
a tu macie rozrywką dla całej rodziny – najlepsze Filmy familijne
Każdy rodzic chciałby żeby jego dziecko miało wysokie poczucie własnej wartości. Natomiast wśród różnych porad możemy znaleźć artykuły, które głównie piszą o tym, czego nie robić. „Nie karaj”, „Nie bij brawo”, „Nie mów nie wolno” itd. A ja postanowiłam dziś Wam napisać, co konkretnie robić żeby mądrze wspierać poczucie własnej wartości.
Do napisania tego wpisu zaprosiło mnie LEGO
Myślę, że jest to wewnętrzne przekonanie człowieka, że jest wartościowy, niezależnie od talentów, umiejętności, czy też sukcesów.
Podoba mi się też określenie Jespera Juula:
„Jestem w porządku i mam swoją wartość tylko dlatego, że istnieję”
Każde dziecko rodzi się z poczuciem własnej wartości, a później wiele zależy od nas.
A ja napiszę Wam o moich sposobach, które też naturalnie wynikają z naszego stylu wychowania.
Myślę, że najtrudniej jest wspierać w dziecku poczucie własnej wartości, kiedy, my rodzice, mamy ją na niskim poziomi. Jeżeli dostrzegacie u siebie taki problem, to warto skonsultować się z psychologiem lub psychoterapeutą. Specjalista przepracuje z Wami wszystkie kwestie i da Wam narzędzia, które pomogą wspierać Wasze dzieci.
To jest właśnie ciekawe – aby wspierać poczucie własnej wartości, trzeba zapewnić niewartościującą uwagę.
Co to jest? Jest to pełna akceptacja zachowań dziecka, kiedy ciągle go nie chwalimy, nie motywujemy nagrodami. Po prostu jesteśmy i doceniamy to, że dziecko jest. Wpojono nam, żeby dzieci chwalić na każdym kroku i nagradzać, bo inaczej nie będą się starać. Będą się starać, ale nie dlatego, że chcą – tylko po tę nagrodę. Albo będą robić coś, bo mama lub tata będzie zadowolona.
Niewartościująca uwaga jest wtedy, kiedy dziecko weszło na najwyższą drabinkę i krzyczy do nas: „Mamo, spójrz” i ma ten charakterystyczny uśmiech na twarzy, który świadczy o wielkim szczęściu i zadowoleniu. Nie oczekuje od nas, że my będzie krzyczeć „Super, brawo! W nagrodę kupię Ci lody” tylko czeka na nasze spojrzenie, niewartościującą uwagę i powiedzenie np. „Widzę Cię! Wszedłeś na najwyższy stopień drabinki!” Dziecko samo w sobie wytworzy tę dumę i będzie wiedziało, że rodzic ZAWSZE jest dla niego. Po takich sytuacjach ja często też pytam: „Jak się czułaś tam na szczycie? „Czy było trudno tam wejść?” „Czy następnym razem chcesz poszukać jeszcze wyższej”
Kolejny sposób, którego też nas nikt nie nauczył. Mam wrażenie, że niektórzy rozróżniają tylko smutek, szczęście i złość. Przecież istnieje wiele innych, których odczuwanie powoduje w nas dyskomfort, bo nie wiemy do końca co czujemy.
U nas każda rozmowa na ten temat zaczyna się zazwyczaj od słów „Dziwnie się czuję…” i wtedy wiem, że możemy porozmawiać. Nazywanie emocji jest naprawdę czymś trudnym, a nauczenie tego dziecka może być wyzwaniem.
My często używamy dwóch słów i robimy z nich jedno np. trochę się boję i cieszę na nową aktywność i łączymy to w „bocieszę się” (ten sposób jest z książki Kacper i Emma najlepsi przyjaciele KLIK).
O ile łatwo jest nazwać takie emocje, które widać jak: strach, złość, radość. To kiedy emocje łączą się, to robi się trudniej np: radość i strach często towarzyszy dzieciom razem i może na przykład powodować wstyd. Czyli w sytuacji, kiedy dziecko bardzo czeka na jakąś atrakcję, a trochę się boi to te dwie emocje mogą spowodować, że dziecko schowa się za nami, będzie się wstydzić nowej osoby lub wyjść z auta itd. A u dorosłych te same emocje, czyli radość i strach mogą powodować poczucie winy (znane wielu mamom).
Aby dzieci miały wysokie poczucie własnej wartości warto mówić, że wszystkie emocje są dobre. Ja też tak mówię, że dobrze jest się złościć i nie ma czegoś takiego jak emocje pozytywne (które oczywiście częściej są pożądane) i negatywne (które często chcemy zdusić w zarodku).
Niestety nie jest to takie łatwe, bo kiedy nie pozwolimy dziecku odczuwać złości, smutku, rozczarowania, to może być tak, że słabiej zacznie wyrażać również radość, zadowolenie itd. Emocje przyjmujemy w całości!
Jedno z moich ulubionych, bo mnie również uczy tego żeby akceptować czyjeś wybory bezwarunkowo. Oczywiście wszystko w ramach rozsądku. Zaczynając od jedzenia (BLW), przez ubieranie się (jak dzieci były mniejsze i była kiepska pogoda to dawałam 2 zestawy do wyboru) po trudniejsze decyzje, takie jak zajęcia dodatkowe. Staram się też umożliwiać sytuacje, kiedy dziecko samo może coś wybrać, np. deser w kawiarni, czy książkę w księgarni.
Samodzielne ubranie się dziecka, czy też samodzielne umycie wpływa bardzo pozytywnie na poczucie własnej wartości. Znaczy dla dziecko tyle co: „Potrafię, umiem, jestem wystarczalny”. Wiele razy przymykałam oko na krzywo zapiętą koszulę, po to aby nie zepsuć tego efektu. Później dziecko samo widziało w lusterku, że jest krzywo i szybko się poprawiało. Gdybym od razu powiedziała, że „Super, ale krzywo się zapiąłeś”, to dziecko zapamięta tylko „Krzywo się zapiąłem” i możliwe, że nie będzie chciało podejmować prób.
Zabawy z ogrywaniem ról są bardzo dobrą okazją właśnie do tego. Najczęściej dziecko jest tym bohaterem, którego trzyma w ręku, a my mamy możliwość z nim „rozmawiać” na innym poziomie niż robimy to zazwyczaj. W czasie zabawy dziecko ma możliwość, być kim chce: piosenkarką na kolorowej scenie, fotografką, naukowcem, lekarzem. A my możemy ich umacniać, że mogą być kim tylko chcą. Ja mam dwa sposoby zabawy: czynny i bierny. Czasami uczestniczę, coś dopowiadam itd. A czasami daję dziecko całkowitą dowolność i nawet się nie odzywam – taka zabawa też daje dziecku poczucie i wspiera poczucie własnej wartości, bo mama czy tata robi to co ja chcę.
Bawimy się nowymi kostkami LEGO, które można zabrać wszędzie ze sobą, bo są kieszonkowych rozmiarów. W każdym zestawie jest mała laleczka, zestaw klocków i instrukcja. Możecie się wcielić w: kucharkę Stephanie, chemiczkę Olivię, weterynarz Mia, fotografkę Emmę, piosenkarkę Andreę. Wszystkie kostki można ze sobą łączyć i dokładać klocki z innych zestawów LEGO.
Bardzo często widzimy tylko efekt końcowy i nie zdajemy sobie sprawy, ile ktoś musiał nad tym pracować. Czasem jest nawet tak, że dzieci nie są zadowolone z efektu końcowego, bo włożyły tak dużo wysiłku. Za każdym razem jak widzę doskonałą pracę, piękny występ, czy wielką budowlę staram się doceniać pracę i wysiłek a nie „piękną wieżę”. Po prostu nazywam to co, dziecko zrobiło i dopytuję. Jest to trudniejsze od powiedzenia „Super wieża”, ale daje więcej satysfakcji dziecku i uczy je, że wysiłek jest ważniejszy niż sukces. Takie podejście przygotowuje na łagodniejsze zniesienie porażki.
Niby takie proste, a jednak nie zawsze się udaje żeby znaleźć czas na wspólne czytanie, przytulanie, rozmowę, a czasem nie trzeba nic więcej.
Wspieranie poczucia własnej wartości nie jest może łatwe, ale zdecydowanie tego warte. Dzięki nam i naszemu otoczeniu (nasi bliscy, przedszkole, szkoła) dzieci mają okazję żeby wyrosnąć na ludzi, którzy też kiedyś przekażą te wartości swoim dzieciom.
Zdjęcia powstały w słodkiej kawiarni Słodko, a zdjęcia zrobili nam Maciejimałgosia.
Jeżeli cierpicie na brak energii to ten wpis jest dla Was! W okolicach października – listopada miałam spore deficyty mocy, więc wdrożyłam różne ciekawe sposoby, które postawiły mnie do pionu.
W dzisiejszym wpisie przeczytacie o tym, co zrobić żeby powróciła Wasza energia.
Zacznę od podstawowej rzeczy – jeżeli gorzej się czujecie to najpierw polecam wizytę u lekarza.
Ja tak miałam właśnie jesienią. Wyniki w porządku, jestem zdrowa, a energii brak. Zaczęłam się wtedy przyglądać moim nawykom, czytać sporo artykułów naukowych i powoli zaczęłam wdrażać wszystkie zmiany.
Po miesiącu czułam już różnicę
Tak, ja też brałam – raz w tygodniu, albo i rzadziej. Jak z ręką na sercu przeanalizowałam częstotliwość, to przyznałam sama przed sobą, że nie ma w tym ani regularności ani sensu. Do tego zamieniłam suplement diety na lek i naprawdę zaczęłam się przykładać (codziennie i w odpowiedniej dawce ustalonej przez lekarza). Efekty poczułam już po miesiącu.
Choćby ktoś robił cuda i przyjmował różne rzeczy, to jak nie będzie dosypiał, to będzie zmęczony. Moje dzieci w miarę przesypiają noce, ale wstawałam do nich, jak się budziły. Teraz po prostu machnęłam ręką i jak się budzą to wołam je do naszego łóżka. Po prostu śpią z nami. Mam też takie podejście, że mój sen to ważna sprawa: ważniejsza niż serial, praca, składanie prania. Mój organizm nie funkcjonuje dobrze poniżej 7 h snu i bardzo o to dbam.
W okresie jesienno-zimowym nie chce się tak pić jak latem. Widzę to bardzo wyraźnie i jak zaczęłam liczyć to wychodziło mi dziennie 700 ml (mało prawda?). Nie liczymy tego, a organizm nie ma kontrolki „za mało wody”. Przez to, że nie kupujemy wody, tylko pijemy kranówkę to nie liczymy ile wypiliśmy. Zaczęłam nalewać wodę do dzbanka i stawiam w różnych, często uczęszczanych miejscach w domu. Czy jest lepiej? Zdecydowanie!
Ja, co prawda jestem już od dawna na diecie z niskim IG, ale zdarzają mi się grzeszki. Jak to działa: węglowodany na śniadanie (owsianka, jaglanka) i brak energii murowany – mam zjazd energetyczny po 1 h. Zamiast tego jem śniadanie białkowo-tłuszczowe i naprawdę czuję ogromną różnicę! Nie będę też pisać, że cukier wpędza nas w koło spadków energetycznych, bo na pewno o tym wiecie;) Staram się trzymać zdrową dietę, bogatą w zielone warzywa. Robię też koktajle i sałatki.
Zawsze też dodaję zdrowe tłuszcze, bo kwasy omega 3 zawarte w olejach tłoczonych na zimno mają duży wpływ na nasze samopoczucie. Jeżeli ten temat Was interesuje to przeczytajcie ten artykuł KLIK. Pamiętajcie też żeby wybierać dobre oleje – ja lubię oleje Olini. Olej z czarnuszki z Olini bierzemy w domu wszyscy – pisałam o tym tutaj KLIK
Ja tak i to sporo. Jednym z nich jest ocet jabłkowy. Raz dziennie piję ocet z sokiem z grejpfruta i czuję dużą różnicę. Jak działa dobrej jakości ocet?
Warto zwrócić uwagę na jakość octu, bo nie każdy dostępny w sklepie będzie miał takie właściwości. Ważne żeby ocet był dojrzały (im dłuższy proces fermentacji tym więcej dobroczynnych substancji i bogatszy smak) i niepasteryzowany – taki ocet jest żywy, bioaktywny – obfituje w żywe kultury bakterii oraz enzymy. Taki ocet będzie cały czas pracował i z czasem nabiera mocy już na Waszej półce.
Octy jabłkowe zamawiam TUTAJ. Dojrzewają ponad dwa lata i mają pyszny smak
wyciskany sok z 1 grejpftuta (lub jednodniowy sok z tegoż) i 2 łyżki stołowe octu – wymieszać i wypić
Octy jabłkowe zamawiam TUTAJ
Polecam Wam też obejrzenie filmiku o octach jabłkowych i ich właściwościach:
Przyznaję się bez bicia, nie lubię ćwiczyć! Ale jak się już przemogłam (3 razy w tyg po 30 min na orbitreku) i do tego 10 000 kroków dziennie to było WOW. Ja naprawdę nie znoszę ćwiczyć, ale uwielbiam moje samopoczucie po ćwiczeniach.
Nie wiem czy to endorfiny z faktu, że już przestałam męczyć moje ciało, czy może faktycznie są to potreningowe moce. Ale to działa! Wcześniej ćwiczyłam bez większego przekonania, ale jak kupiłam sobie smartwatch (tego) to wszystko ruszyło ze zdwojoną mocą. Zamykam codziennie pierścienie i ruszam się 2 razy więcej.
Ja też się do tego nie przykładałam, ale jak przeczytałam wyniki tych badań KLIK to się zdziwiłam, że probiotyki mają wpływ na nasze samopoczucie, a nawet są zalecane przy depresji. U chorych zaobserwowano też zmiany biochemiczne, które sugerują zmianę tryptofanu do serotoniny. Ja też widzę poprawę samopoczucia odkąd piję zakwas, jem więcej kiszonek i biorę probiotyki.
Wbrew pozorom kawa nie daje aż takiego energetycznego kopa. Przekonałam się o tym, jak na 2 miesiące całkowicie odstawiłam kawę. (Nie wierzę, że to piszę, ale naprawdę pierwszy raz od 20 lat nie piłam kawy). Jak ma się do tego brak energii?
Zaczęłam o tym czytać i byłam w szoku: kawa powoduje stymulację nadnerczy, a co za tym idzie wydziela się nam kortyzol (hormon stresu). Jak wiadomo stres wyostrza nasze zmysły i mamy wrażenie pobudzenia, ale jest to chwilowe. Ja oczywiście wróciłam do picia kawy (bardziej chodzi o nawyk i celebrację chwili dla siebie) ale piję max 2 dziennie.
Do tego mam świetną metodę, która naprawdę działa (spróbujcie kiedyś) – jak czuję, że mam spadek energii to zamiast kawy piję szybko i na raz 2 spore szklanki wody. Do tego ta metoda działa, jak zaczyna mnie boleć głowa (na samym początku).
Będzie Wam trudno uwierzyć, jak Wam napiszę, że potrafię łatwo rozróżnić wieczory kiedy w ciągu dnia wypiłam zieloną herbatę? Nie wiem jak to się dzieje, ale mam więcej energii, nie zasypiam na siedząco i czuję moc. Kiedyś byłam fanką herbaty owocowej, ale spróbowałam jednej zielonej herbaty i się zakochałam. Uwielbiam za smak, aromat i tę czystość umysłu po niej.
Pamiętajcie tylko, że zielona herbata pobudza kiedy jest parzona nie w 100 stopniach tylko 90 i przez 2-3 min. Jeżeli zostawicie „fusy” na dłużej to taki napar Was zamuli. Zieolona herbata do tego zawiera wyjątkowy zestaw polifenoli o różnorodnym działaniu oraz katechiny, silne antyoksydanty. Są też garbniki, alkaloidy, lipidy, aminokwasy, teina, witaminy (A, B, C, E), liczne mikroelementy (wapń, potas, miedź, cynk, mangan, fluor).
Nic nie dodaje takiego kopa motywacyjnego jak nowości w życiu (albo tylko u mnie to działa?). Przeprowadzka, nowe studia, nowy sport i naprawdę to czuję. Zaczęłam grę w tenisa, wróciłam po 12 latach na narty i czuję, że żyję.
To już wszystkie moje metody by zwalczyć brak energii, ale wciąż szukam nowych. Myślałam nawet o ashwagandzie – może Wy ją stosowaliście? Napiszcie o swoich odczuciach.
A jeżeli macie chęć spróbować mocy zakwasów, olei i octów jabłkowych to możecie skorzystać z rabatu do Olini. Na hasło NEBULE macie -10% przez cały rok:) Korzystajcie do woli.
Zdrowe przekąski dla dzieci na dobre zagościły na naszych półkach i uważam, że jest to dobra alternatywa dla różnych produktów kierowanych do najmłodszych. Dziś chciałabym Wam pokazać, co kupuję dzieciom zamiast słodyczy i jak im to wydzielam.
Żeby było jasne, to zdarza mi się też kupić typowe produkty (jak na przykład Kinder jajko, czy lizak). Jestem zdania, że we wszystkim najważniejszy jest umiar i nie będę udawać przed dziećmi, że słodycze nie istnieją. Natomiast te zwykłe produkty kupuję rzadko (raz na miesiąc lub dwa), bo chcę nauczyć dzieci, że warto czytać składy, analizować i zawsze wybierać zdrowsze wersje.
Mam też pewne zasady, co do słodyczy, ale może o tym napiszę w innym wpisie (na przykład nigdy nie daję im nic słodkiego jak są smutne). Maksymalnie raz dziennie daję też dzieciom taką zdrową przekąskę. Ale żeby była jasność – nie ma u nas słodyczy codziennie.
Zdrowe przekąski to dla mnie zawsze owoce i warzywa – tego się trzymam, ale są takie momenty kiedy proszą o coś słodkiego to wtedy daję coś z poniższej listy.
Przechodzimy do naszych ulubionych produktów, które kupuję dzieciom
A tu łapcie – Najlepsze lunchboxy i bidony dla dzieci – TOP 5 propozycji
Dostępny w różnych wersjach (najtaniej TUTAJ), ale jest też w różnych sklepach (na przykład Rossmann)
Nasza przygoda ze zdrowymi słodyczami zaczęła się właśnie od tych żelków, które składają się tylko z owoców. Moje dzieci je bardzo lubią.
Dostępny TUTAJ
To jest u nas hit – dzieci nasypują sobie na talerzyk i wyjadają językiem (przy okazji ćwicząc aparat artykulacyjny)
Dostępne TUTAJ
Co prawda paluszki kupuję też normalne, ale jak już robię większe zamówienie to kupuję te.
dostępne TUTAJ
Landrynki dla starszych dzieci (nie daję ich 3-latkowi) z ksylitolem i naturalnymi barwnikami.
Bezy bez cukru z ksylitolem i naturalnymi barwnikami
Pewnie też je znacie, moje dzieci często proszą żeby nasypać je do pojemniczka i zjeść jak zwykłe chrupki.
Dostępne TUTAJ (taniej niż w Rossmannie)
Takie chrupki są zdecydowanie lepsze niż chipsy i jako zdrowa przekąska z warzywami będzie dobrym rozwiązaniem.
Nie ukrywam, że to chrupki to u nas hit. Są bardzo dobre i mają malutko soli. Są też misie KLIK i gwiazdki KLIK
Jest po prostu pyszny i smakuje lepiej niż Prince polo:P
Pyszne, chrupiące i zero dodatkowego cukru.
Bardzo dobre, chrupiące ciacha z pestkami dyni.
Pyszne, grube paluchy, które bardziej przypominają grissini.
Sam je lubię czasem podbierać dzieciom. Taka paczka wystarcza nam na około 4 m. Lizaki są bardzo dobre i niesłodkie.
Jeżeli szukacie pomysłów, co włożyć do śniadaniówki to Wam podpowiem mój wpis. Znajdziecie w nim inspiracje na: Śniadaniówka 15 pomysłów
Przyznam Wam się do czegoś – kiedyś słowo „wyprzedaż” wzbudzało we mnie dreszczyk emocji i powodowało rozszerzenie źrenic. A teraz? Wiem, jak i co kupować na wyprzedażach żeby być w zgodzie ze sobą i nie mieć po nich „kaca moralnego”.
Kiedyś uwielbiałam kupować na wyprzedażach i kupowałam dużo, a nawet bardzo dużo. Uważam nawet, że wpadłam w pułapkę, bo dopiero zauważyłam to po dłuższym czasie. Ulegałam złudzeniu, że to jest prawdziwa okazja, a ja muszę z niej skorzystać. Kupowałam rzeczy niepotrzebne, tylko po to żeby odczuć satysfakcję z tego, że wydałam mniej pieniędzy. I co z tego, skoro wydałam na coś czego później nie używałam lub nie nosiłam.
Musiało minąć wiele czasu żebym to zrozumiała, a budziłam się kiedy zaczęłam przeglądać rzeczy dzieci, z których wyrosły, a w śród nich były ubrania z sieciówek z metką kupione na wyprzedaży.
Lubiłam robić te zakupy wyprzedażowe – przyznaję. Czułam się wtedy fajnie i dumna z siebie, że jestem taka przedsiębiorcza. I tak jak na spodniach dziecięcych była metka 49 zł przekreślona na 29 zł, a moje dziecko nie włożyło ich ani razu. To ja nie zaoszczędziłam 20 zł, tylko straciłam 29!
Ze 3 lata temu doszłam właśnie do takich wniosków i zmieniłam kompletnie moje podejście do wyprzedaży.
przestałam masowo kupować w sieciówkach – martwi mnie zanieczyszczenie naszej planety i staram się unikać sklepów z ubraniami słabej jakości na jeden sezon. W czasie wyprzedaży nie jest to dla mnie okazją kupić coś za 20 zł – patrzę na to ubranie przez pryzmat tego, ile wody zostało zużytej do produkcji, jak dużo CO2 zostało wyprodukowanego do wyprodukowania itd.
Myślę też jaka jest żywotność tego ubrania, czy 3 dzieci będzie w stanie donosić je, czy pójdzie na śmietnik?
nie chodzę po sklepach, bo może mi się coś spodoba. Takie „spacery” powodują często, że kupuję coś zupełnie niepotrzebnego
czy ta rzecz tak bardzo jest mi potrzebna lub tak bardzo mi się podoba, że byłabym w stanie zapłacić za nią pełną kwotę? Jeżeli odpowiedz jest twierdząca, to poważniej się nad nią zastanawiam.
to jest moja podstawowa zasada. Oceniam ile lat będę mogła tę rzecz używać, jeżeli tylko rok to zazwyczaj nie decyduję się na zakup (chyba, że chodzi o buty dziecięce).
one szybko przemijają, a przez to musimy kupić coś nowego. Kiedyś często przeglądałam trendy, bo mnie interesowało, ale teraz nie zwracam już na to uwagi.
staram się oceniać ubrania i buty w ten sposób, że jak coś było na topie 5 lat temu, to i za 10 lat będzie też modne.
nie pamiętam już kiedy kupiłam rzecz 100 % poliester.
bo wiem, że mogę zaoszczędzić.
Tak na przykład było w tamtym roku, jak szukałam idealnego płaszcza. Najpierw przejrzałam wszystkie sieciówki, później marki premium, później czytelniczki mi podpowiedziały świetną polska markę, która szyje płaszcze w Polsce. Zajrzałam na stronę Talia płaszcze, wypatrzyłam sobie jeden model, który od razu wpadł mi w oko. Poczekałam do wyprzedaży i kupiłam mój ideał 🙂
Chodzę w nim od tamtej pory i uwielbiam. Do tego stopnia mi się spodobał, że jak przyszły chłody to zamówiłam drugi zimowy. Niestety wtedy nie był przeceniony, bo to nie był czas wyprzedaży, ale teraz już jest. Więc jeżeli i Wy od lat nie możecie znaleźć ideału, to zajrzyjcie do Talii. Możecie też skorzystać z dodatkowego rabatu na wyprzedaż (Nebule10 da Wam dodatkowe 10% rabatu).
To płaszcz Talia model Oktawia – ja mam rozmiar S KLIK jest wiosenno jesienny
A to Viola wino (kolor w rzeczywistości jest winny) – ma podpinkę i jest ciepły KLIK
pewnie też tak macie, że jak coś Wam podpasuje to wybieracie to co znacie. Ja tak mam na przykład z marką Emu. Już sobie nie wyobrażam innych butów na zimę – po prostu. Zmieniam je co dwa lata i noszę cały czas.
Wiem, że jakbym miała znów kupować za rok, to pewnie kupiłabym je na wyprzedaży, bo rozmiar mi się nie zmieni, a gust też. Teraz są właśnie w promocji, ale ja mam z tego roku, więc nie potrzebuję na przyszły.
przyznaję szczerze, że wolę kupić daną rzecz u polskiego producenta, gdzie mam pewność, że jest to produkt polski. Zaglądam do polskich marek bardzo często i wspieram ich biznesy. Nawet u nich są wyprzedaże i na przykład świetne polskie ubranka można kupić za ceny sieciówkowe:
tu macie wpis Polskie marki odzieżowe dla dzieci
I tak z wyprzedażowej bestii stałam się świadomym konsumentem. Dobrze mi z tym i cieszę się, że ludzie też zaczynają tak postępować. A Wy coś kupujecie na wyprzedażach? Macie swoje sposoby?
Kiedy nadawałam na Instastories z gór pytaliście mnie o mnóstwo rzeczy. Czy kupowaliśmy sprzęt, buty, kaski, czy może wypożyczaliśmy. Jak wiecie, decyzję o wyjeździe na narty podjęliśmy już w sierpniu i wtedy zaczęliśmy o tym myśleć.
Dziś napiszę Wam o naszych przygotowaniach, jak wyglądały, co się nam sprawdziło, a co nie. Myślę, że ten wpis pomoże Wam w podjęciu kilku decyzji, a też na moich błędach nauczycie się czegoś nowego.
Ubrania dla mnie i dla Daniela kupiłam już w październiku. Wiedziałam, że chcę porządne ciuchy, które wystarczą nam na kilka lat, więc zamówiłam je przed sezonem, bo zależało mi na atrakcyjnej cenie. Ubrania narciarskie są wykonane ze specjalnych materiałów i dlatego nie są tanie. Kiedy zaczynałam poszukiwania spodni i kurtek dla nas od razu zaczęłam od Limango.
Akurat w outlecie Limango było dużooo ciekawych modeli i ciężko było mi zdecydować. Finalnie zamówiłam dla siebie: kurtkę Billabong i spodnie z tej samej marki – całość kosztowała około 500 zł. Daniel ma spodnie Salomon i kurtkę Burton też z outletu Limango. Przyznam Wam, że te ubrania sprawdziły się znakomicie! Właśnie poluję na jeszcze jedne spodnie, bo potrzebuję mieć na zmianę, bo jasne się brudzą. Więc, jak będziecie kupować ubrania narciarskie, to nie popełnijcie mojego błędu i kupcie ciemne spodnie, lub wtedy dwie pary. I już wypatrzyłam spodnie Icepeak w dobrej cenie.
I tak jak kurtki i spodnie sprawdziły nam się super to popełniłam jeden błąd – uznałam, że nie potrzebujemy bielizny narciarskiej (termicznej) i pierwszego dnia lekko odmroziłam sobie nogi, a drugiego dnia jak założyłam pod kurtkę zwykły T-shirt i bluzę GAP to spociłam się okrutnie.
Dlatego uważam, że bielizna termiczna to dobry pomysł i na pewno zaopatrzę całą naszą rodzinę w takie ubrania – przeglądam właśnie ofertę i coś wybiorę LINK.
Czapki mieliśmy swoje, ale nie zakładaliśmy ich pod kaski, a zamiast szalika bardzo Wam polecam cienkie kominy . Dzieci i Daniel miały coś takiego na szyi i sprawdziło się rewelacyjnie. Ja jedyna nie miałam i mi wiatr wiał w szyje z tyłu na stoku.
Polecam Wam też dłuższe skarpety. Mogą być narciarskie, bo dobrze dopasowują się do nogi i grzeją np. Salomona
Co do butów – koniecznie nieprzemakalne śniegowce. Ja w ostatniej chwili kupowałam dzieciom takie, bo ich skórzane by przemokły. Bardzo fajną są na przykład z Kamika lub Muflon. Lilka miała Emu Brumby (wodoodporne). Zobaczcie jeszcze tu są dobre ceny i fajne modele
Co do ubrań narciarskich dla dzieci to mamy kombinezon Ducksday i kurtkę i spodnie Ducksday. Czy ponownie zdecydowałabym się na taką konfigurację? Nie – już piszę dlaczego.
Spodnie i kurtka sprawdziły się rewelacyjnie! Nie są grube, więc nie ograniczają ruchów, ale za to bardzo ciepłe. Dzieci dosłownie turlały się godzinami w śniegu i były suche. Lili kurtka miała też kieszonkę na rękawie na skipass (powiem szczerze, że to super opcja), bo Jul w kombinezonie nie miał, więc Daniel stał przy bramce i mu odbijał.
zawsze po zejściu ze stoku szliśmy na jedzenie i tak jak Lila zdejmowała tylko kurtkę, to Julkowi trzeba było zdjemować buty (on stawał skarpetą na mokrą podłogę:P) i zdejmowaliśmy cały kombinezon, a później trzeba było go włożyć. Naprawdę polecam Wam opcję: spodnie plus kurtka ( z kieszonką na rękawie).
Kupcie też porządne rękawice narciarskie – będziecie z nich korzystać cały dzień i przez cały wyjazd i muszą być naprawdę dobre. My mieliśmy z firmy LEVEL i sprawdziły się znakomicie TUTAJ.
Co do sprzętu – zależało mi bardzo żeby dzieci miały własne kaski i buty narciarskie. Tę decyzję podjęliśmy już na wstępie. Dlaczego? Ze względu na higienę. Owszem, można wypożyczyć przy stoku zarówno kaski, buty, jak i narty. Ja mam małą obsesję związaną z użytkowaniem takich artykułów przez inne dzieci (a i też wiem, że na przykład po powrocie z ferii jest zazwyczaj wysyp wszawicy w szkołach i przedszkolach), więc kaski i buty mieliśmy swoje.
Kaski mają regulację ( u moich dzieci 52-56 cm), więc spokojnie jeszcze na przyszły sezon lub dwa wystarczą. My też jeździmy na łyżwach, więc idealnie sprawdzają się też na lodowisku.
Poprosiliśmy o doradztwo i zdecydowaliśmy się na sprzęt Head. Kaski z wbudowanymi goglami są dobrą opcją. Jak widziałam dzieci ze spadającymi goglami albo krzyczące, że im cisną to tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to był dobry wybór. Daniel nosi okulary i to jedyny kask, który mu nie przeszkadzał i mógł mieć okulary pod goglami.
Dodam też, że pod kaski nie ma potrzeby wkładania czapki – ja chciałam tego uniknąć, bo wiem, że kask na czapce nie pracuje tak jak trzeba. I jak widziałam na stoku dzieci w czapce z pomponem, a na to kask, to trochę się obawiałam o ich bezpieczeństwo.
nie było nam zimno bez czapek, a w dzień kiedy było naprawdę ciepło przez wywietrzniki dobrze odprowadzała się wilgoć i Julek nie miał mokrej głowy.
Lili kask TUTAJ, Julka kask TUTAJ, mój kask TUTAJ, Daniela kask TUTAJ
Buty HEAD TUTAJ
Kasków też używaliśmy na sankach, bo prędkość zjazdu była naprawdę niezła.
Tak samo z butami – też z firmy HEAD – super dopasowane do nogi, ale też dobrze trzymające stawy. Wybrałam uniseks kolor, aby później mogły przejść na Julka. Dobrze się je zapina i reguluje. A dzieci, które były pierwszy raz na nartach nie narzekały, że bolą je nogi.
Pan dopasował je do naszych gabarytów – to też jest bardzo ważne. Jeżeli nie znacie się na doborze nart, to zapytajcie specjalistów- na przykład w dobrazima.pl
Mam też mały bonus (bo prosiliście) – rabat 5% na zakupy w dobrazima.pl, hasło Nebule5
To już wszystkie moje uwagi, jeżeli macie jakieś swoje patenty i rady to koniecznie napiszcie je w komentarzach.
Jeżeli spodobał się Wam wpis i uważacie, że jest przydatny to proszę kliknijcie „Lubię to” na Facebooku.
A tu zobaczcie naszą rekomendację – czy to dobry pomysł żeby pojechać na Camping na narty?