kontakt i współpraca
Kapcie do szkoły i kapcie do przedszkola to tematy, które wracają jak bumerang na moim blogu. Mieliśmy już w naszej karierze przedszkolnej i szkolnej kilkanaście modeli. Podzielę się z Wami naszymi doświadczeniami i pokażę inne, na które warto zwrócić uwagę.
Wybór kapci jest bardzo ważny, bo dzieci spędzają w nich dużo czasu i warto kupić je świadomie.
Część odnośników w tym poście to linki afiliacyjne. A główna część wpisu to materiał sponsorowany przez dobrze mi znaną markę Befado.
Wiem, że też lubicie pooglądać rzeczy na prawdziwych zdjęciach, więc w tym roku bardzo się przygotowałam. W każdym moim zestawieniu zawsze pojawiają się kapcie Befado. I Wy je często mi polecałyście!
Befado to polska marka, która od 90 lat produkuje w Bielsko-Białej obuwie dla dzieci i dorosłych. Każdy but jest zrobiony tak, aby wspierać naturalny ruch stopy. Tekstylne kapciuszki do żłobka i przedszkola, tenisówki do szkoły, czy buty sportowe na WF – to wszystko znajdziecie w Befado.
A tu łapcie – Śniadaniówka z przegródkami do szkoły – najlepszy lunchbox!
W ubiegłym roku szkolnym sama kupiłam kapcie do szkoły tej marki i jako jedyne wytrzymały cały rok
Oprócz tego, że kapcie Befado są wykonane z przewiewnych materiałów, to niektóre modele mają skórzane wkładki, oddychające podeszwy, bawełniane wyściółki i wiele innych udogodnień. Wszystko po to, żeby zapewnić komfort stopie. Dziecięce modele zostały oznaczone znakiem Zdrowa Stopa – jest to ważne przy wyborze kapci do szkoły i przedszkola.
Najlepiej jest zmierzyć stopę dziecka i na tej podstawie wybrać rozmiar.
W celu dokładnego zmierzenia stopy dziecka, weźcie kartkę i ustawcie na niej dziecko tyłem do ściany, oprzyjcie piętę o ścianę i zaznaczcie kropkę przed dużym palcem. Zmierzcie odległość od ściany do najdłuższego palca.
Prawidłowy zapas w kapciach do przedszkola i szkoły to 0,5-1 cm.
W Befado macie bardzo ułatwiony wybór rozmiaru, bo przy każdym modelu i rozmiarze jest napisana długość wkładki. Dzięki temu prawidłowo dobierzecie kapcie do szkoły i przedszkola.
KLIK
Dostępne od rozmiaru 25 aż do 36
Miękkie kapcie idealne do szkoły i przedszkola – o minimalistycznym wyglądzie przypominającym trampki ze wzmocnionymi czubkami. Według mnie jest to ciekawa propozycja dla dzieci z wąską stopą. Zamiast sznurówek jest gumka i mocny rzep.
Dostępne od rozmiaru 27 do 34
To zupełnie nowy model kapci z anatomiczną, bardzo cienką i równą podeszwą, dzięki której noszenie butów przypomina chodzenie boso. Kapcie Softer są niezwykle miękkie i będą też się nadawały do chodzenia po domu w chłodne dni.
Ten model ma anatomiczną podeszwę, które imitują chodzenie boso!
Kapcie mają skórzaną wkładkę. Czuję, że ten model będzie hitem w przedszkolach w tym roku. Są dostępne 2 wersje Softerów – na rzep i z gumką.
Różne kolory KLIK
Dostępne od rozmiaru 23 do 30
Nowe, miękkie kapcie do przedszkola. Mają wygodną podeszwę honey, która doskonale amortyzuje skoki, bieganie. Cholewka jest wykonana z przewiewnego i dopasowującego się do stopy materiału.
Dostępne w różnych kolorach KLIK
Od 25 do 36
Jeżeli Wasze dzieci wolą tenisówki to fajnym wyborem do szkoły jest Befado Tim. Są zapinane na rzep, a gumka zamiast sznurówek pozwala dopasować but do stopy.
Dostępne w różnych wzorach KLIK
Od rozmiaru 25 do 36
Doskonałe kapcie dla bardzo energicznych dzieci. Kapcie są miękkie i co najważniejsze mają oddychającą podeszwę – to ważne jeżeli stopy mają tendencję do nadmiernego pocenia. Mocna rzepa dobrze utrzyma stopę.
Dostępne w różnych wzorach TUTAJ
To jest ulubiony model dziewczynek w przedszkolach i pierwszych klasach szkoły podstawowej. Świetnie się noszą, dobrze dopasowują się do stopy i mają przepiękne wzory. Zobaczcie tylko jakie piękne modele z delikatnym połyskiem. Do tego mają oddychające podeszwy.
Dostępne w różnych kolorach TUTAJ
Rozmiary od 20 do 26
Niektórzy rodzice wolą kupić sandałki zamiast typowych kapci – jest to bardzo dobre rozwiązanie szczególnie dla dzieci z wyższym podbiciem. Regulacja na rzep w dwóch miejscach pozwala lepiej dopasować but.
Takie sandałki sprawdzą się w przedszkolu u dzieci, którym mocniej poci się stopa. A do tego mają skórzaną wyściółkę. Polecam!
Od rozmiaru 18 do 26
Jeżeli szukacie wyższych kapci do żłobka lub przedszkola to ten model będzie idealny! Bardzo miękkie, dobrze trzymają stopę, a jednocześnie łatwo się je wkłada. Do tego mają przewiewne podeszwy.
W Befado znajdziecie też bardzo ciekawe modele butów sportowych – idealne na ćwiczenia w przedszkolu i szkole.
Od rozmiaru 25 do 40
Świetny, lekki i miękki model, który idealnie sprawdzi się do chodzenia na co dzień, ale też na ćwiczenia w szkole lub w przedszkolu. Buty nie mają sznurówek, szybko się je wkłada i doskonale dopasowują się do stopy.
Rozmiary od 25 do 41
Lekkie i przewiewne sportowe buty dla chłopców i dziewczynek. Mają bardzo miękką podeszwę, która dobrze amortyzuje bieganie. Dzięki gumce i rzepie szybko się je wkłada, a do tego są wygodne.
Od rozmiaru 25 do 41
Te buty też doskonale się sprawdzą jako kapcie – są bardzo przewiewne i lekkie. Mają całą białą podeszwę – są idealne na salę gimnastyczną.
Buty Befado dostępne są także w lokalnych sklepach z obuwiem. Mapkę sklepów można sprawdzić TUTAJ
A jeżeli szukasz inspiracji na wyprawkę szkolną tutaj łap przegląd Plecak do szkoły 2025, tu Wyprawka szkolna 2025 a tu najlepsze Lunchboxy i bidony
Macie już kapcie do przedszkola i szkoły? Jeżeli nie, to na pewno je znajdziecie w tym wpisie.
Cały dzień jesteśmy najlepszą wersją siebie, a wystarczy jedna czerwona kreska namalowana nieśmiało na ścianie, a my potrafimy zagotować się ze złości. Często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, co nas wprowadza w taki stan. Dziś chciałabym napisać o stresorach rodziców, czyli takich sytuacjach, które powodują, że nasze pokłady cierpliwości zdecydowanie za szybko się kończą.
Poprzedni wpis o przyczynach trudnych zachowań u dzieci bardzo Wam się podobał (Kiedy dziecko gorzej się zachowuje), więc tym razem, aby mieć pełny obraz – napiszę o naszych stresorach, z którymi można próbować sobie radzić.
Każdy z nas ma zakodowane inne sytuacje, które wyprowadzają z równowagi, mam je również i ja. Jestem tylko człowiekiem.
Chociaż może to tak wyglądać: wypoczęta i uśmiechnięta mama. Niestety na zdjęciach nie widać odliczania do dziesięciu, wzdychania i przewracania oczami. Osobiście wyjazdy z domu z dziećmi znoszę dość ciężko. Jestem osobą, która ma WSZYSTKO zaplanowane i jestem spakowana na każdą ewentualność. Jednak zawsze zdarzają się sytuacje, które są dla mnie nowe i niekoniecznie chciałabym je przeżyć na wyjeździe.
Niestety one najczęściej dotyczą zdrowia. Mieliśmy kilka takich sytuacji, które były dla mnie ogromnie stresujące i podczas nich marzyłam żeby być w domu. Jedna sytuacja: Julek nastąpił na pszczołę, a my nie mieliśmy nic do wyjęcia żądła, a druga to rotawirus, który nie oszczędził nikogo z nas i rodziny naszych znajomych.
To dlatego zawsze moja apteczka wygląda jakbym wybierała się na wojnę, a i tak zawsze czegoś mi brakuje. Pisałam Wam już jak wygląda moja Apteczka na wyjazd z dzieckiem, i że mam w niej wiele lekarstw i zawsze sprawdzam ich przydatność przed wyjazdem.
Kiedy jestem zmęczona to wystarczy błahostka, aby pokłady mojej cierpliwości doszły do zera. Intensywniej wtedy odczuwam dochodzące bodźce i one powodują u mnie zdenerwowanie. Pamiętam też, jak dzieci wstawały po kilka, kilkanaście razy w nocy i na drugi dzień byłam nieprzytomna, to dosłownie od rana chodziłam zła jak osa.
W takie dni przechodzę w tryb „oszczędzania energii” – staram się nie robić nic poza tym, co trzeba. Robię szybki obiad lub kupuję w barze mlecznym, porządki zostawiam na „lepsze dni”, a sama korzystam z drzemki dziecka, żeby chociaż na 20 minut zmrużyć oko.
Telefon to takie okno na świat – wszystko możemy tam sprawdzić, pogadać z przyjaciółką, czy pooglądać inspiracje na Instagramie. Są jednak dni, kiedy kładę telefon daleko, bo widzę, co ze mną robi. Kiedy piszę sms-a lub sprawdzam informacje i dzieci mnie o coś proszą, to pojawia się u mnie dziwne uczucie, którego nie potrafię do końca opisać, ale nie jest ono dobre.
Kiedy do tego dojdą emocje, codzienne sprawy, to telefon często tratuję jako ucieczkę do lepszego świata (bez bałaganu i obowiązków). Niestety poprawa jest tylko chwilowa, bo później wracam do moich okruchów na podłodze i kosza z praniem. Widzę, że nie wpływa to na mnie dobrze, dlatego biorąc telefon do ręki w takie trudne dni staram się patrzeć na wszystko, jak na bajkę (wiem, że nie do końca jest to prawdziwe).
Doszłam do kolejnego mojego stresora, który naprawdę potrafi mnie zagotować w kilka sekund. Sprzątam, odkładam i przechodzę do następnego pomieszczenia. Wracam za chwilę do niego, a tam już LEGO na podłodze i pomazane biurko. Biorę kilka oddechów i w głowie sobie tłumaczę: „Za 15 lat będziesz miała porządek i będziesz za tym tęsknić” i trochę mi lepiej. A jak sobie z tym radzę? Zabawki sprzątamy razem, wieczorem, bo naprawdę nie mam siły ani chęci odnosić każdej rzeczy co chwilę.
Moim stresorem było też pranie, ale kilka miesięcy temu kupiliśmy większą pralkę (dzięki temu robię pranie zdecydowanie rzadziej) i suszarkę (pranie nie stoi w przedpokoju). Dzięki temu trochę szybciej schodzą nam obowiązki domowe. Mąż zawsze ogarnia kuchnię, a mi zostaje reszta.
Kawa to moja mała, chwilka dla siebie – takie przytulenie od środka. Mam w środku dnia 2 takie momenty, a czasem nawet 3. Kiedy coś się dzieje i nie mogę wypić mojego ulubionego napoju, to jest mi bardzo ciężko. Dosłownie nie potrafię się wziąć w sobie żeby coś zrobić. Staram się też żabym mogła wypić ją w spokoju i to całkiem ciepłą, od razu po zaparzeniu. Takie 15 minut dla mnie, ładuje moje akumulatory do końca dnia, a jeżeli jeszcze mogę drugą ręką przejrzeć gazetkę to jestem przeszczęśliwa.
Ja wiem, ja to wszystko wiem. Ale czasami naprawdę odliczam minuty do jego powrotu. Brakuje mi dorosłej osoby, z którą nie muszę negocjować koloru talerzyka. Co robię w takich sytuacjach? Najczęściej ubieramy się i idziemy na podwórko – tam zawsze mogę spotkać sąsiada, nie widzę zabawek na podłodze, a dzieci mniej się kłócą. To moje remedium na stres – patrzę na drzewa i jest mi lepiej. A na męża czekamy na podwórku i nawet nie zauważam, że miał być później.
Pamiętam jak dziś, jak byłam sfrustrowana, bo ciągle spychałam moje potrzeby na koniec. Kiedyś w końcu miarka się przebrała i powiedziałam koniec. Teraz na bieżąco staram się zaspokajać swoje potrzeby, tak żeby znów nie dojść do tej ściany. Więcej mówię: „Jak skończę to Ci przyniosę”, włączam bajki po to żeby w spokoju się wykąpać i zebrać myśli, bardziej o siebie dbam.
To wcale nie znaczy, że jestem złą matką, tylko ja to wiem, że im bardziej dbam o swoje potrzeby tym mam więcej cierpliwości i zasobów.
Piasek kinetyczny, gwizdek, harmonijka, flet – wszystko poszło na górę do szafy. Nic się dzieciom nie stanie, jak nie pogwiżdżą przez 2 minuty, a mój stan psychiczny zdecydowanie będzie lepszy. Te wszystkie przedmioty wprowadzają mnie w stan walki lub ucieczki, tylko nie mam gdzie uciekać…
Są takie momenty, że chciałabym tego nie słyszeć, ale się nie da. Coraz normalniej podchodzę do takich awantur i staram się nie wnikać i nie analizować. To mi pomaga i przez to dzieci uważają, że jestem sprawiedliwa. Nie pytam, kto pierwszy, kto bardziej itd. Tylko słucham i ewentualnie pozwalam nazwać emocje. To naprawdę im wystarcza.
Nie da się non stop zajmować dziećmi i nie oszaleć. Kiedyś ciągle spychałam ten czas dla siebie, kiedy dzieci zasną, a to może zrobię w weekend. Ale doba z gumy nie jest i ostatnio zauważyłam, że się zapędziłam w pułapkę: „Nic się nie da zrobić z dziećmi”.
Nie wiem czemu tak myślałam i wszystko zostawiałam na czas kiedy śpią lub wyjdą z mężem na podwórko. Okazuje się, że tak naprawdę bardzo dużo rzeczy da się zrobić z dziećmi obok np. paznokcie lub poczytać książkę. Te ograniczenia były tylko w mojej głowie, a ja się dałam złapać.
To lista moich największych stresorów, z których doskonale zdaję sobie sprawę i staram się ich unikać żeby nie być sfrustrowana i z ograniczonymi zasobami cierpliwości. A Wasza lista jak wygląda?
Lato mija – niby najlepszy czas na odpieluchowanie dziecka, a u nas na razie w tym temacie jest kiepsko. Wszyscy nas o to dopytują, a sam zainteresowany zupełnie nie jest gotowy. Dziś napiszę o gotowości rodziców i samego dziecka, która jest w tym przypadku najważniejsza. Nie stresuję się tym zupełnie, chociaż sama jestem gotowa już dawno.
Przychodzi tak czas w życiu rodzica, kiedy zaczyna myśleć o odpieluchowaniu. Chcę zwrócić też uwagę na presję otoczenia, bo jest ona znacząca. Mam wrażenie, że wszystkim na tym zależy. A ja wiem, że nie powinnam słuchać tych wszystkich rad.
Starsza odpieluchowała się w tydzień kiedy miała 22 miesiące. Miesiąc wcześniej mieliśmy mały falstart i po 2 dniach wróciliśmy do pieluch. A kiedy przyszedł TEN czas, sama zakomunikowała, że nie chce pieluchy. Po kilku dniach już było po sprawie. Wtedy jeszcze nikt nas nie dopytywał: czy już? Było jeszcze trochę czasu do drugich urodzin, więc w sumie nawet się nie spodziewaliśmy. Poszło super sprawnie i bez problemów.
Młodszy nie jest jeszcze gotowy – kiedy to mówię lub piszę w odpowiedzi na wiadomość „Jak tam odpieluchowanie?”to patrzą na mnie jak na leniwą matkę, której się nie chce biegać za dzieckiem i wysadzać na nocnik. Naprawdę nie rozumieją, że to nie powinno być widzimisię rodzica.
Najprościej mówiąc dziecko czuje, że ma potrzebę fizjologiczną. Koniec i kropka. Związane jest to z czuciem głębokim i zwiększeniem pojemności pęcherza.
Nie jest to wtedy kiedy my je wysadzamy i czekamy aż coś poleci, bo wtedy może robić to w sposób, który przyniesie w przyszłości trudności związane z układem moczowym. Parcie na mocz powoduje późniejsze trudności w życiu dorosłym np. nietrzymanie moczu lub obniżenie mięśni dna miednicy.
Nie jest to też wtedy kiedy siedzimy z dzieckiem na podłodze i je zabawiamy żeby coś zrobiło do nocnika.
Nie jest to też wtedy kiedy dajemy książkę do oglądania na nocniku, czyli ma siedzieć aż coś zrobi.
Nie jest to też wtedy kiedy dziecko ma wycisnąć kilka kropelek po to żeby dostać nagrodę (naklejkę, pieczątkę, czy chociaż brawo). Naprawdę dzieci bardzo szybko się uczą i żeby dostać „brawo” będą cisnąć żeby coś wyleciało.
Wysadzanie powoduje, że dzieci załatwiają swoje potrzeby wtedy kiedy tego nie czują, a kiedy my tego chcemy.
Gotowość na odpieluchowanie najczęściej pojawia się pod koniec drugiego roku życia to może być w 2 urodziny, ale również i grubo po.
Rodzice często się boją, że przegapią ten moment i tak jak w metodzie Montessori później będzie trudniej im się tego nauczyć. Według mnie nie jest to prawda – im starsze dziecko tym ma większą świadomość swojego ciała i lepiej umie je odczytywać. Mięśnie, które są odpowiedzialne za potrzeby fizjologiczne są bardziej dojrzałe. Znam przypadki dzieci odpieluchowanych później, ale za to z pełnym sukcesem, bo od razu nie chciały też pieluchy na noc. A znam też takie, które mimo szybkiego odpieluchowania, miały zakładaną ją na noc aż do 5 roku życia.
Wydaje mi się, że rodzice często boją się zaufać w tej kwestii swoim dzieciom i czując presję (bo lato się skończy, bo idzie do przedszkola) poddają się tej fali „treningu czystości”.
Jak zwykle zaczęliśmy od książki uświadamiającej, która wg mnie jest najlepszą książką na rynku w tej tematyce. Nie ma w niej żadnych treści, które przeczą moim przekonaniom, czyli nie ma porównywania, że wszyscy już robią do nocnika. Nie ma też nagród za sukcesy. Fajna, mądra książka, którą można kupić w okolicach 18m. i czytać.
Są dostępne dwie wersje:
Nocnik nad nocnikami. Dziewczynka dostępna TUTAJ
Nocnik nad nocnikami. Chłopiec dostępna TUTAJ
Kosztuje 10 zł i warto ją dokupić do nocnika.
Jaki nocnik? U nas świetnie sprawdził się nocnik z Ikei z wyjmowanym środkiem (kosztuje 19.90).
Przy pierwszym dziecku bardzo mi brakowało czegoś mniejszego, turystycznego. Nie znałam jeszcze wtedy Potette, więc mieliśmy spory problem z załatwianiem się na podwórku. Pamiętam, że wiele razy biegaliśmy i szukaliśmy toalety. Tym razem zamówiłam Potette, czyli nocnik, który ma biodegradowalny worek z wkładem. Szybko się go rozkłada, a zawartość wyrzuca do kosza.
dostępny jest TUTAJ
Potette jest też nakładką na sedes, więc może nas uratować w wielu sytuacjach.
W zestawie startowym mamy nocnik, 3 wkłady i worek. Potette się składa i chowa do worka. Można go włożyć do kosza w wózku lub powiesić na haczyku. Poleciła mi go znajoma, która używa go z powodzeniem od 4 lat.
Innym nocnikiem turystycznym jest polski TRON. Jest to nocnik jednorazowy, ale z dość małym otworem. Nie ukrywam, że raz Julkowi nie udało się do niego nasikać. Ciekawe, czy to tylko przypadłość chłopców?;) TRON ma jeden wielki plus – jest malutki. Sama mam go gdzieś w czeluściach torby w razie awarii. Kosztuje 5.99 zł np TUTAJ
Teraz uzbrajam się w cierpliwość i czekam na gotowość. Nie stresuje mnie to, że lato się zaraz skończy. Trudno – majtki suszą się w suszarce i nie będzie problemu.
a tu macie Książki wspierające rozwój mowy
Mam wrażenie, że świat się zatrzymał milion lat temu, kiedy do wychowania dziecka była potrzebna cała wioska. A przynajmniej mentalność społeczna nie zmieniła się od tamtej pory. Chodzi mi o “dobre rady” udzielane przez np. pana lat 50 w warzywniaku, panią z pieskiem w parku itepe itede.
Nie wiem dlaczego, ale prawie każdy czuje swój obywatelski obowiązek żeby coś tej biednej matce, która nic nie wie i nie potrafi, pomóc. Mało tego, czasami słyszę też jak dorosły zasoli do dziecka taki tekst, że mi ręce opadają.
Żałuję bardzo, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawy. Spiszę tu top of the top najgorszych tekstów.
Nie wiem skąd się wziął ten głupi tekst, ale z tego co słyszę to ma się bardzo dobrze i dzieci się boją Pana i Pani w sklepie, bo może je wziąć pod pachę jak bułkę (chleba- regionalizm podlaski) i wyjść z sklepu z owym dziecięciem. Kiedyś jeszcze była czarna Wołga, oj brrr boję się do dziś. Buki też się bałam.
Sytuacja typowa i do tego patowa. Biegnie, biegnie, biegnie i wielkie bum bez telemarku. Podchodzi rodzic, podnosi dziecko, tuli (no ok, normalne-pomyślicie) i mówi “Nic się nie stało przecież”. Ten tekst doprowadza mnie do szału. Często jest też używany do zbycia dziecka, któremu coś się zepsuło i przychodzi zapłakane żeby mu naprawić. I znów ciach “Nic się nie stało”.
Oj stało! Jakby mi się zepsuło, coś bardzo ważnego to stała by się tragedyja nie z tej ziemi. Czemu, więc tak traktujemy problem dziecka? To nie jest sprawa błaha i nieważna, to coś na czym bardzo jej/jemu zależało.
Kolejny tekst z życia wzięty. Bardzo częsty z resztą. Dzieciom nie zabraniam płaczu. Niech płacze, przytulam, żałuję, głaszczę po głowie. Mówiąc “nie płacz” uczymy dziecko, że płacz to coś złego. A to są emocje. Dzieci tak jak dorośli mają różne.
To czemu zabraniamy dziecku płakać? Bez sensu.
Kiedyś w dedetefałen byłą Pani psycholog, ze swoimi pacjentkami i ich mamą. Była przedstawiona cała historia, że dziewczynki często płaczą i mama sobie nie radzi. Pani psycholog wymyśliła świetne rozwiązanie. Namówiła mamę, żeby kupiła im Kury pluszowe i nauczyła je, że kiedy dziewczynki są smutne i płaczą to moją iść właśnie na te kury i tam sobie z własnym płaczem poradzić. No błagam.
Płacz tylko wtedy przynosi ukojenie kiedy jest przeżywany z kimś. Ale nie z kimś kto ma dziobek i pazury. Takie “dobre rady” uczą dziecko, że płacz to coś złego i trzeba płakać w samotności. Okropne!
Tekst pediatry. Z chęcią bym odpowiedziała: “Nie, brzydko je. Brokuły ma nawet z uszami, stół cały wymazany, no podłodze brokułowa papa”. Drugi podobny: czy ładnie śpi. No śpi bardzo ładnie. Wygląda jak anioł. Ale budzi się 6 razy w nocy, a może nawet 16 już sama nie pamiętam z wycieńczenia.
Dziwne to jest, że przymiotnik “grzeczna” w naszych głowach ma dwa kucyki, różową sukienusię, uśmiechniętą buzię i nigdy nie płacze. Odnosi talerzyk po jedzeniu, kłania się sąsiadom i stoi równiutko na apelu. Niestety w naszym społeczeństwie dziewczynki od małego naznaczone są tym stygmatem. Martwi mnie to bardzo, że takich zachowań się tylko wymaga od dziewczynek. Zabrania się złości, płaczu i innych emocji.
To słyszę bardzo często. A najczęściej z ust nianiek/babci na placu zabaw. Czasami mi się wydaje, że idealne dziecko na placu zabaw siedzi na ławce i patrzy na inne dzieci i do tego je tłustego pączka (nie wiem co to za skojarzenie z tym pączkiem;). Przecież po to tu przyszło, nie?
Nagminnie to słyszę w różnych kulkolanadach i innych bawialniach. A może dziecko woli być z mamą? Tak jak w poprzednim punkcie, przecież przyszło się bawić z dziećmi.
Łatwo powiedzieć…
Uczymy dziecko w ten sposób, że jedzenie to nic przyjemnego i trzeba to robić dla kogoś lub za coś.
Denerwuje mnie traktowanie dzieci jako istot niemyślących.
Mogłabym jeszcze pisać i pisać. Nikt nie jest idealny. Czasem mi się wyrwie jakieś słowo, ale zawsze robię rachunek sumienia i wiem, że więcej tak nie zrobię. To chyba najważniejsze.
Co byście dodali?
Rower biegowy Cruzee to najlepszy rowerek, jaki do tej pory mieliśmy. Ma wszystko to, co rower dla dziecka powinien mieć i jest idealny dla najmniejszych dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z jeżdżeniem. Dziś podzielę się z Wami moją opinią i zaprezentuję jego możliwości.
Część odnośników w artykule to linki afiliacyjne.
Zacznę do tego, że rowerów biegowych dla dziecka mieliśmy kilka. Pisałam o nich tutaj: Rowerki biegowe i hulajnogi i tak naprawdę żałuję, że kiedy starsza córka zaczynała jeździć – nie było Cruzee w Polsce. Myślę, że zdecydowanie wcześniej zaczęłaby jeździć, a tak dopiero około 3,5 roku pojechała z przyjemnością.
Dla kogo? Myślę, że umiejętności około 2- letniego dziecka są wystarczające, żeby na nim usiąść i próbować jeździć. Oczywiście każde dziecko jest inne i nie ma reguły. Ale myślę, że rower biegowy Cruzee jest świetnym prezentem na drugie urodziny.
Julek dostał go na święta i miał wtedy 19 miesięcy. Było to za wcześnie. Nauczył się jeździć jak miał równo dwa lata. Dodam jeszcze, że nie chciał jeździć po asfalcie. Dopiero jak go zabraliśmy na trawę i lekką górkę do zaskoczyło. Dwa razy potrzymałam go za siodełko i pojechał. A teraz dogonić go nie mogę;)
Przede wszystkim wagą. Waży dokładnie 1,9 kg! On jest jak piórko. Wydaje mi się, że sukces jazdy na tym rowerze to 80 % jego lekkość. Wiem, co mówię bo kilka razy kupiłam za ciężki rower, na którym dzieciom było trudno jeździć.
Rama jest z aluminium i dzięki temu jest tak lekki. Julek sam go podnosi, mi również nie sprawia trudności jego noszenie. A umówmy się – dzieci na początku jeżdżą niedużo, a wtedy rodzic nosi rower lub wiezie na wózku.
Rowerek ma świetną funkcję, której nie miałam w innych modelach. Płynnie reguluje się siodełko i kierownicę bez użycia żadnych kluczy. Jest bardzo wygodne, bo nie odkładamy tego na później tylko regulujemy z dzieckiem obok. Pamiętajcie, żeby nogi były proste kiedy dziecko siedzi na siodełku. Jeżeli je zgina to znaczy, że czas podnieść siodełko.
Regulacja jest w zakresie
Wydaje mi się, że Cruzee wystarcza na 2- 3 sezony zanim dziecko usiądzie na rower z pedałami
Koła wykonane są z pianki, więc nie musimy się martwić o pompowanie, czy przedziurawienie. Rowerek jest bardzo cichy i świetnie sobie radzi na każdym terenie.
Jest dostępny w wielu kolorach i można dokupić też części.
według mnie jest świetnym wyborem, bo wspiera rozwój dużej motoryki i równowagi. Właściwie odkąd Julek nauczył się na nim jeździć to hulajnoga Mini micro poszła w odstawkę.
Jeździmy w kasku Abus, ale porównując go do Alpiny, którą miała Lila to według mnie jest trochę trudniejszy w regulacji i gdybym kupowała go jeszcze raz to bym zdecydowała się na Alpinę.
A tu łapcie rabat na zakupy do sklepu todler.pl gdzie na kod Nebule – dostajesz 5% rabatu na rowerki Woom, Puky czy na hulajnogi Micro.
A jak już nadejdzie czas na pierwszy rower z pedałami, nie dokręcaj tylko bocznych kółek, nie szykuj drągów – przeczytaj Jak nauczyć dziecko jeździć na rowerze w 15 minut:)
A jeśli rozważasz zakup dla starszego dziecka, lub dla siebie – kopalnię inspiracji znajdziesz we wpisie Jaki rower miejski kupić.
Chociaż nie przepadam ze stwierdzeniem, że dzieci się źle zachowują – to specjalnie tak chciałam nazwać ten tekst. Nie lubię też stwierdzenia „niegrzeczne”, więc tak naprawdę ten wpis jest o tym, dlaczego dzieci nie robią, tak jakbyśmy tego chcieli lub nie pasuje im to, co im proponujemy. Taki tytuł najbardziej by mi tutaj pasował. A więc poznajmy dziecięce stresory
Znacie to, chcecie aby Wasze dziecko skończyło zabawę i poszło zrobić, coś o co je prosiliśmy. A tymczasem nie robią sobie nic z tego, a dodatkowo wydaje się nam jak zupełnie nas nie słuchały i nasze prośby nic dla nich nie znaczyły.
Na pewno też znacie awantury o niepasujący kolor talerzyka lub spazmy przez założenie buta nie na tę nogę.
W dzisiejszym tekście chciałabym Wam napisać o dziecięcych stresorach, czyli sytuacjach, które nam, dorosłym wydają się być normalne, a tymczasem powodują, że nasze dzieci zmieniają się nie do poznania. (stresory to pojęcie z metody Self-reg, o której pisałam Pozwólcie dzieciom płakać)
Bardzo często widzimy tylko wierzchołek tej sytuacji, która spowodowała przeciążenie, a nie jego przyczynę, więc dziś piszę właśnie o tym. Częste dziecięce stresory to:
Specjalnie napisałam ten punkt jako pierwszy, bo według mnie jest kluczowy. Bardzo często mamy wobec dzieci zbyt wygórowane wymagania. Ja sama też się często na tym łapię i wtedy sobie tłumaczę, przecież to tylko dziecko (ma 2 lata i przecież nie ustoi w miejscu). Czasem przez presję otoczenia oczekujemy od nich niewiadomo czego, że np. 3 latek będzie używał wszystkich form grzecznościowych i jak ich nie używa to znaczy, że jest „niegrzeczny”
Jeżeli Wasze dzieci nie robią tego, o co je prosicie, to zastanówcie się czy to na pewno jest w ich kompetencjach. Czasem też nie rozumieją ogólnych zwrotów typu „Posprzątaj pokój”. Potrzebują bardziej konkretnych wskazówek takich jak: „włóż klocki do koszyka”, „wrzuć piłki do pojemnika”.
Myślicie dlaczego tak bardzo ograniczam dzieciom cukier i zabarwione chemią lizaki/żelki/inne dziadostwa? Właśnie dlatego, że cukier niezdrowo pobudza i wprowadza dzieci w dziwny stan, który najpierw nazwałabym „naćpaniem”, a później zjazdem. Sama obserwuję to bardzo wyraźnie na kinderbalach, gdzie jest nieograniczony dostęp do słodyczy i widzę jak dzieci reagują. Nie słuchają, nie potrafią się skupić, a później kiedy poziom glukozy opada, stają się rozdrażnione.
spróbujcie zdrowszych zamienników – naprawdę dają radę i obserwujcie dzieci.
Są dzieci, które bardzo często nie nadążają za akcją w bajce i ich układ nerwowy jest zbyt pobudzony. Dodatkowo zauważyłam, że z bajkami związanych jest wiele napięć: najpierw chęć włączenia, a później niechęć przy wyłączaniu. Często dzieci nie chcą żeby wyłączać bajkę i o to się awanturują.
Jeżeli Wasze dzieci po bajkach są pobudzone i często nie radzą sobie z emocjami to spróbujcie je ograniczyć lub następnym razem wybrać inne mniej dynamiczne. We wpisie Edukacyjne Bajki dla dzieci pisałam wam o takich bajkach
Jeżeli Wasze dzieci nie chcą zgodzić się na wyłączenie bajki to ustalcie wcześniej ilość. Na przykład 3 Świnki peppy i narysujcie na kartce 3 kółka. Po każdej z nich skreślcie kółko i pokażcie, że została już tylko jedna. Mam też koleżankę, która nastawia dzieciom minutnik w telefonie i one widzą, kiedy mija ten czas.
Na szczycie jeśli chodzi o dziecięce stresory może być zmiana rutyny. Dzieci nie znają się na zegarku i rytm dnia ustalają czynności takie jak: śniadanie, ubieranie, obiad, spacer, kolacja, kąpiel, usypianie. Te następujące po sobie czynności dają poczucie bezpieczeństwa i dzieci wiedzą, co po sobie następuje. Kiedy zmieniamy kolejność lub coś pomijamy to często dzieci się niepokoją. Bardzo często można to zaobserwować na wyjazdach lub wakacjach.
Zwróćcie uwagę, co robicie jedno po drugim i jak reagują na to dzieci. Kiedy wyjeżdżanie nie zwracajcie uwagi na porę, tylko na czynności, które po sobie następują. My nawet jak gdzieś dojeżdżamy o 22 to mamy ją zachowaną: książka, śpiewanie i przytulanie.
Chyba nie musze tego tłumaczyć. Małe dzieci nie potrafią powiedzieć, że są rozbite i coś je boli. Pamiętam jak dzieci były mniejsze to w takich sytuacjach, kiedy płakały z nieznanego nam powodu to najpierw sprawdzałam temperaturę.
Znacie to? Odbieracie dzieci z kinderbalu, wyłączacie bajkę i nagle przez przysłowiowy kolor talerzyka mamy płacz i zgrzytanie zębami. Małe dzieci często mają trudności z płynnym przejściem od aktywności bardzo angażującej do spokojnej i pozbawionych wielu bodźców.
Postarajcie się uprzedzać dzieci o tym, że niedługo nastąpi zmiana. Ja często towarzyszę dzieciom w tym końcowym etapie i już wtedy staram się je wyciszać.
Odbieracie dziecko z przedszkola i już, kiedy tylko przekroczycie próg domu zaczyna się trudny czas. Może to być też spowodowane punktem, który napisałam wyżej, ale również dlatego, że dzieci w domu czują się bezpiecznie i wiedzą, że mają tam pełną akceptację do wyrażania wszystkich emocji. Dlatego dzieci zawsze przy mamie zachowują się najgorzej! My też w pracy zachowujemy się w określony sposób, a kiedy przychodzimy do domu możemy dać upust swoim emocjom.
wspierajcie dzieci w tych trudnych chwilach, kiedy wracają do domu. Kiedy zdenerwuje je błahostka, to znaczy, że kumulowały się w nich emocje z całego dnia, które bały się wyrażać.
Za dużo atrakcji, za dużo słodyczy, brak drzemki powoduje rozdrażnienie. To też jest największy stresor rodziców, kiedy jesteśmy zmęczeni – wystarczy jeden przysłowiowy klocek Lego żebyśmy wybuchli. Wszystkie emocje wtedy wyjdą, a przecież przyczyną wcale nie jest ten klocek. Dzieci często się wydają wypoczęte, a tak naprawdę dosłownie padają na twarz: za dużo zajęć, za dużo atrakcji plus dopalenie cukrem i mamy awanturę na 40 minut.
zwracajcie uwagę kiedy może dziecko mieć dość. Gwarantuję Wam, że ono Wam tego nie powie. Sami musicie to zaobserwować kiedy jest już wszystkiego za dużo.
Małe dzieci wyrażają to przez płacz, starsze też mogą. Przegrzanie powoduje rozdrażnienie i naprawdę wtedy łatwo o awanturę. Pamiętam, że kiedyś gdzieś przeczytałam, że biegacze odczuwają temperaturę o 10 stopni wyższą niż jest na zewnątrz. Dziecko będące cały czas w ruchu na placu zabaw przy temperaturze 20 stopni odczuwa 30. Pytanie jest takie, czy naprawdę potrzebuje bluzki z długim rękawem?
sprawdzajcie kark dzieciom, czy jest chłodny. Starszym dzieciom zawsze zdejmuję najpierw bluzę, bo łatwiej wyczuć, czy dziecku jest chłodno, niż za ciepło. Ewentualnie wtedy zakładam. Przegrzanie osłabia układ odpornościowy i dzieci zdecydowanie łatwiej sobie radzą z wychłodzeniem niż przegrzaniem.
Często dzieci, które mają niezdiagnozowane zaburzenia integracji sensorycznej zachowują się gorzej niż rówieśnicy. To właśnie dlatego, że nie radzą sobie z przetworzeniem otaczających bodźców i nie potrafią się dostosować. Jeżeli macie obawy, to polecam Wam wypełnić kwestionariusz online TUTAJ
Jak widzicie jest mnóstwo przyczyn, które mogą powodować takie zachowania. Warto się im przyglądać, żeby mieć ich świadomość i móc wcześniej zareagować.
Kawiarnie dla dzieci i rodziców są świetnym miejscem na spotkania z koleżanką i spędzenie tam ciekawego czasu. Dziś zebrałam najciekawsze miejsca przystosowane do potrzeb dzieci w Warszawie.
obsługa kidsfriendly, pyszna kawa, sala zabaw
Jest to nasze ulubione miejsce na spotkanie z przyjaciółkami. Chociaż jest to bardziej restauracja, to na kawę właśnie umawiamy się najczęściej tam. Dzieci mogą się swobodnie bawić, a my mamy na nie oko. Zimą jest pyszna herbata rozgrzewająca, a przez cały rok aromatyczna kawa, na której barista wyczaruje wzorek. Jest tam przepyszne jedzenie i Nabo wiedzie prym we wszystkich kawiarniach i restauracjach skierowanych do rodzin z dziećmi. Są krzesełka, przewijak, a nawet lizak dla dzieci, które posprzątają po sobie w sali zabaw. Polecam!
znakomita kawa, plac zabaw na zewnątrz, niepowtarzalny klimat
Jedno z naszych ulubionych miejsc na spotkania z koleżankami z dziećmi lub wypad na rowerach. Kolonia jest otwarta od maja do końca października. Cała przestrzeń ma 3 strefy: z przodu można usiąść bez dzieci i delektować się pyszną kawą (np. też pracować), w środku kiedy pada deszcz i na zewnątrz na tarasie z widokiem na plac zabaw. W Kolonii uwielbiam kawę i to, że kiedy siedzę i rozmawiam z koleżankami to widzę dzieci. Miejsce jest tak przyjazne dzieciom, że ma się je na oku. Tuż obok są dwa place zabaw i fontanna (można się w niej pluskać).
plac zabaw z dużą ilością zabawek, położenie nad Wisłą, ogródek warzywny
To miejsce odwiedziliśmy niedawno i spędziliśmy świetny czas. Grunt i woda znajdują się przy samej Wiśle. Wszędzie jest piasek, więc można poczuć się jak nad morzem. Jest bardzo dużo zabawek i atrakcji dla dzieci (tablica do pisania kredą, tipi, domek, kuchnia). Na miejscu możecie napić się kawy, lemoniady, zjeść frytki lub foccacię. Tutaj też macie na oku swoje dzieci siedząc przy stolikach.
Za placem zabaw jest ogródek warzywny, gdzie można podglądać rosnące rośliny. Mi Grunt i woda przypomina trochę nadmorskie klimaty. Jeżeli za tym tęsknicie, to tam zawitajcie. Muszę wspomnieć o dwóch minusach: toaleta jest w Toitoiu, ciężko jest zaparkować (parkowałam 400 metrów wcześniej przy bosmanacie przy porcie Czerniakowskim (5 zł/h). Jeżeli lubicie kawiarnie dla dzieci i rodziców na zewnątrz, to zajrzyjcie tutaj.
świetny design, pyszna kawa, plac zabaw obok, zwierzęta
Jest to miejsce, do którego mamy daleko, ale specjalnie tam jeździmy. Wyjątkowe pod wieloma względami. Zacznę od architektury, która przypomina mi nowoczesną stodołę. Na terenie SDK jest też świetny plac zabaw z drewnianymi atrakcjami. Na ścianie budynku jest również ścianka wspinaczkowa.
Obok jest zagródka, w której są kozy. A na górze mamy piękny teren zielony z budką na wysokości i kładką. Warto tu przyjechać żeby to wszystko zobaczyć. A jak przyjdzie pora obiadu to niedaleko jest świetna restauracja – Szara Eminencja. Całość jest po prostu wspaniała i gwarantuję Wam, że spędzicie tu ciekawie czas.
ciekawe zabawki, smaczne jedzenie, świetna obsługa
Bardzo fajne miejsce, które istnieje w Warszawie już długo. Zjecie tam obiad i napijecie się pysznej kawy. Jest tam sala zabaw w zabawkami i plac zabaw na zewnątrz. Obsługa jest tam wspaniała i bardzo wyrozumiała dla małych klientów. Możecie tam również zapisać się na zajęcia z dziećmi lub warsztaty. Nie ma problemów z parkowaniem, ale jadąc z centrum trzeba przejechać przez most, zawrócić koło Stadionu Narodowego i wrócić znów na most. Wtedy zaparkujecie przy samej Kredce. Kawiarnie dla dzieci i rodziców właśnie tak powinny wyglądać.
książki dla dzieci, świetny wystrój, niepowtarzalny klimat
Świetne miejsce, które zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, bo jest bardziej ciche i kulturalne. Radio i telewizja to kawiarnia z księgarnią, a na górze są książki dla dzieci, stolik, klocki. Nie ma zbyt dużo zabawek, ale jest naprawdę wyjątkowy klimat. Często sam tam organizowane warsztaty lub gry dla dzieci.
wystrój, smaczne jedzenie, zabawki
Duża kawiarnia dla dzieci i rodziców, w której spędzicie miło czas. W kawiarni jest płatna sala zabaw, która ma dwie strefy: małpi gaj (wg mnie dla dzieci od około 2 lat) i strefa za zagródką dla młodszych dzieci (nawet niemowląt). Strefa z kulkami jest bardzo czysta i tak zrobiona żeby była bezpieczna. W kawiarni jest pyszna kawa i smaczne jedzenie (naleśniki, placki, ciasta).
W Ansekabanse jest też ciekawa oferta zajęć dla dzieci (byliśmy kiedyś na balecie). Ogromy plus za łazienki przystosowane do potrzeb dzieci i pokoik do karmienia. W Ansekabanse możecie też urządzić urodziny.
przemyślane miejsce na zabawę, pyszne ciasta, atrakcyjne ceny
Na Pradze Południe znajduje się świetne miejsce na kawę z koleżanką. Możecie tu zjeść pyszne ciacho i mieć oko na dzieci, które w tym czasie będą 100 razy zjeżdżać z zakręconej zjeżdżalni. Toaleta jest w pełni przystosowana do potrzeb dzieci. W środku jest duża przestrzeń, więc bez problemu możecie tam wjechać wózkiem.
smaczne jedzenie, pyszna kawa, design
Ciekawe miejsce na kawę z przyjaciółką. W kawiarni znajduje się niewielki kącik z zabawkami i książeczkami. Panuje tam bardzo fajna atmosfera, która powoduje, że mam ochotę tam wrócić. W łazience jest przewijak.
design, drewniane zabawki, smaczne jedzenie
Ciekawe miejsce na warszawskim Wilanowie. Możecie wybrać się tam z koleżanką na kawę, a Wasze dzieci spędzą tam miło czas. Jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie są naprawdę świetne zabawki (kuchnia Kidfkraft, zabawki Melissa&doug). Można tam również urządzić urodziny. W Polanie są organizowane zajęcia dla mam i dzieci. W kawiarni jest też specjalne miejsce, gdzie można położyć niemowlę.
To nasze ulubione warszawskie kawiarnie dla dzieci i rodziców.
P.s. Dopiszcie też swoje ulubione miejsca:)
A jeżeli szukacie restauracji przyjaznych dzieciom to zajrzyjcie 10 najlepszych restauracji z dziećmi w Warszawie.
a tu macie Warszawa – place zabaw
Wiem, że jest lato i dzieci najwięcej czasu spędzają na podwórku, ale chciałabym Wam dziś pokazać układankę edukacyjną, która zajmuje bardzo mało miejsca i można ją zabrać w podróż. Ta układanka daje tak dużo możliwości, że można z nią pracować przez lata dokupując jedynie nowe książeczki. Ciekawa jestem, czy ją znacie, bo w środowisku terapeutów jest bardzo powszechna, ale widzę, że wśród rodziców już nie.
Dlatego dziś chciałabym Wam pokazać genialną układankę edukacyjną, która daje mnóstwo możliwości do zabawy i do poznawania świata.
Dla kogo jest układanka edukacyjna PUS (Pomyśl – Ułóż – Sprawdź)?
Według mnie można próbować wprowadzać ją już 4-latkom, ale jeżeli dokupimy do niej trudniejszą książkę, to nawet 8-latek będzie nią zainteresowany. Jest tak wiele wariantów, że może pomagać nawet 10-latkom uczyć się ortografii lub dzieciom mieszkającym za granicą i uczącym się j. polskiego.
Aby zacząć przygodę z PUS trzeba kupić zestaw kontrolny (czerwone pudełko z klockami) i książeczkę. Zestaw kontrolny kupicie najtaniej TUTAJ kosztuje 26 zł, co według mnie jest niewielką kwotą, jak na możliwości jakie daje.
Do klocków musicie mieć książeczkę i one kosztują około 10-13 zł np. TUTAJ. Jest ich mnóstwo i zawsze możecie jakąś dokupić, robiąc zamówienie w księgarni internetowej, bo są tam dostępne.
Jest ich mnóstwo, w zależności od tego, czego szukacie! To jest najlepsze, że zestaw kontrolny jest zawsze ten sam, a książeczka jest inna. W każdej z nich jest około 12 układanek.
Warto zacząć od najprostszych żeby załapać o co chodzi.
Na przykład od – Dla przedszkolaków zabawy i ćwiczenia ogólnorozwojowe dla najmłodszych. Jeżeli chcecie zajrzeć do każdej książeczki żeby zobaczyć, czy będzie odpowiednia do poziomu Waszego dziecka to możecie zajrzeć TUTAJ
A inne to:
Nauka Angielskiego TUTAJ
Rebusy TUTAJ
Nauka Niemieckiego
Zagadki TUTAJ
Ortografia (wszystkie możliwości) np. ó- u TUTAJ
Mnożenie TUTAJ
Nauka czytania np. TUTAJ
Zadania tekstowe
Język polski (różne problemy, również frazeologia, poprawna polszczyzna) np. rzeczownik TUTAJ
Przyroda (wiedza o świecie) TUTAJ
Logopedyczne (utrwalanie głosek, doskonalenie słuchu fonemowego) np. R TUTAJ
Zasady ruchu drogowego TUTAJ
Pory roku zgadywanki np. lato TUTAJ
Muzyka (teoria) TUTAJ
Religia
Jak widzicie jest ich mnóstwo. Każdy znajdzie coś dla swojego dziecka. Ja bardzo lubię pracę z PUS, bo dzieci uczą się przez zabawę. Mają możliwość podciągnięcia się też w dziedzinach, w których muszą więcej popracować np. z ortografii. A przez formę, nie odczuwają znużenia.
Co poza tym ćwiczy układanka edukacyjna PUS?
Prawda, że genialne? A do tego nie kosztuje dużo.
Dziecko układa w pudełku klocki od 1 do 12. Bierze książeczkę i wybiera zadanie. Numer klocka to numer zadania, trzeba go położyć na rozwiązanie. Na koniec zamykamy pudełko, odwracamy i sprawdzamy, czy wzór się zgadza.
Naprawdę Wam polecam układankę edukacyjną PUS, bo to świetny sposób na naukę czasami trudnych zagadnień, a do tego niezła zabawa.
A tu łapcie drugi wpis którego tamtem są układanki edukacyjne.
Gdańsk z dziećmi odwiedziliśmy w ubiegły weekend. Nasz coroczny urlop nad Bałtykiem mamy zaplanowany na koniec sierpnia, ale już tak nie mogliśmy się doczekać, że wyskoczyliśmy na 2 dni do Trójmiasta. Przywitała nas przepiękna pogoda i miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić z dziećmi.
Miałam długą listę miejsc, ale przez wspaniałą pogodę, chcieliśmy jak najwięcej czasu spędzić na powietrzu.
Zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznym i przyjaznym dzieciom miejscu. Tym razem wybraliśmy apartament, a nie hotel i to był strzał w dziesiątkę. Apartament 106 to miejsce, które Was i Wasze dzieci zachwyci! Jest położony w otoczeniu zabytkowych budynków nad rzeką Motławą. Blok był niedawno oddany do użytku, więc pachnie nowością.
W okolicy jest mnóstwo miejsc, z których można korzystać. My jadaliśmy śniadania na dole w restauracjach: Niepokorni i Zakorkowani (napiszę o nich później).
Apartament 106 ma wszystko, czego rodzina z dziećmi potrzebuje. Jest zmywarka, pralka, wanienka, ekspres do kawy (!), zabawki, piętrowe łóżko, które pomieści 3 dzieci (3 łóżka – jedno wysuwane na dole). Jest też huśtawka – hamak, która umili czytanie książek lub zabawy. Jest też Netflix 🙂
Mieszkanie jest w 100% bezpieczne, nie ma szklanych stołów, a nawet drabinka z łóżka się zdejmuje. Jest to miejsce przemyślane, a do tego stylowe. Tak naprawdę to można samemu przygotowywać posiłki, bo jest i kuchenka i piekarnik.
Do apartamentu przynależy miejsce parkingowe i jest winda.
Niedaleko stąd jest gdańska Starówka i można do niej dojść piechotą. Z dworca kolejowego jest około 2 km. Na plażę trzeba podjechać autem.
Na dole są sklepy (Żabka, niedaleko Biedronka). Śniadania jedliśmy w budynku obok. W Niepokornych smakowało nam lepiej 😉
Strona internetowa, więcej zdjęć i informacji znajdziecie TUTAJ
Wybierając się do Gdańska miałam całą listę atrakcji. Pogoda była cudowna, więc najwięcej rzeczy robiliśmy na zewnątrz. A muzea i inne zostawiliśmy sobie na inną porę roku, bo na pewno tam wrócimy na dłużej.
Wybraliśmy się na plażę w Brzeźnie, bo wypatrzyłam tam ciekawy plac zabaw w kształcie statku pirackiego. Taka ciekawa konstrukcja, że dzieci spędziły tam sporo czasu. Bardzo im się podobało. Zaskoczył mnie piasek, który nie był taki jak w Dębkach. Był bardziej szary, ale za to pełen białych muszelek.
Nie ma tam cienia, więc warto wziąć lub kupić parasol. Do godziny 12 nie było dużo ludzi w sobotę, nawet się zdziwiłam. A później poszłam z Lilą na molo i inne zejścia obok.
Za molo jest fajne miejsce, gdzie jedliśmy pyszne tajskie lody i czekoladowy kebab:) Są tam parasole i klimatyczne leżaki z zasłonkami. Tam już było dużo ludzi.
Po plaży poszliśmy na obiad „na rybkę” do „Tapas rybka” – było bardzo smaczne
Aby uciec do cienia i tłumów pojechaliśmy do Parku Oliwskiego. Dzieci jeździły na rowerach i moczyły nogi w strumyku. Przepiękne i bardzo spokojne miejsce, idealne na upał.
A na koniec dnia wybraliśmy się na plażę do Jelitkowa. Było już pusto i przepięknie ( w tym miejscu piasek już był bardziej biały i było dużo muszelek).
Na drugi dzień spotkaliśmy się w świetnym miejscu w gdańskim Wrzeszczu. Piękne zielone miejsce, gdzie dzieci mogą się pobawić (ogromny plac zabaw), pobiegać po trawie, pojeździć na rowerach, wypić pyszną kawę i na koniec zjeść coś dobrego.
Spotkaliśmy się tam z Marią i Sylwią. Dziewczyny znają wszystkie zakamarki Trójmiasta i to one wytypowały tę miejscówkę.
W Garnizonie jest dużo świetnych miejsc, ale my piliśmy kawę z Sztuce wyboru, a obiad jedliśmy w Ping pongu – pyszne azjatyckie jedzenie i kącik dla dzieci.
Gdyby nasz wyjazd trwał 2 tygodnie, a nie dwa dni to może udałoby nam się zobaczyć wszystkie miejsca, które miałam na liście. Ale niestety w dwa dni zobaczyliśmy niewiele.
Mam jednak dla Was listę (właśnie od Sylwii) restauracji w Trójmieście gdzie jest smaczne jedzenie i kącik (lub nawet sala zabaw dla dzieci).
– Serwus (kącik- Gdynia)– Szafarnia (animacje w weekend, kącik – Gdańsk)– Mito Sushi (sala zabaw – Gdańsk)– Dwór Oliwski (plac zabaw latem -Gdańsk)– Mandu Pierogarnia (kącik – Gdańsk)– Zajazd Olivka (mega płac zabaw na zewnątrz, ale wiosna/ lato – Gdańsk)– Kos (sala zabaw – Gdańsk)– Alt Cafe (kawiarnia dla dzieci – Gdynia)– Umam Szafarnia (kącik – Gdańsk)– White Marlin (kacik, animacje weekend, plac zabaw latem – Sopot)– Azzurro (kącik, plac zabaw latem, animacje weekend – Gdańsk)– Cafe Coco (kącik, animacje weekend- Gdynia)– Otwarta (zabawki dla dzieci – Garnizon Gdańsk)– Pizzeria Sempre Sopot (kącik i plac zabaw latem)– Pizzeria Sempre Gdynia (plac zabaw latem)– Viva la Pizza (kącik – Gdynia)– Pomarańczowa Plaża (kącik, plac zabaw latem – Sopot)– Zatoka Sztuki (kącik, plac zabaw latem – Sopot)– M15 (kącik, plac zabaw latem – Sopot)– Panorama (kącik, Gdynia)– Minga (kącik – Gdynia)– Ping Pong (kącik – Garnizon Gdańsk)– Naleśnikarnia Sopot Dworzec (kącik)– Projekt 36 (kącik, Sopot)– Bulaj Sopot (piaskownica i zabawki na zewnątrz, ale tylko latem )– Chwila Moment (animacje w Wknd – Gdynia)
-AIOLI (animacje w weekend i kącik, Gdańsk)
-Guga Sweet (kącik na zewnątrz na trawie, Gdańsk)
-Casa Cubeddu Ristorante da Domenico (plac zabaw na zewnątrz, kącik Gdynia)
– Tesoro (plac zabaw na zewnątrz, Sopot)
A po wszystkie atrakcje w Gdańsku odeślę Was TUTAJ. My z pewnością jeszcze tam wrócimy (chyba tym razem zdecydujemy się na pociąg, bo jedzie 2 godz 40 min z Warszawy, a dla dzieci będzie to przygoda).
Mam też prośbę, jeżeli zamierzacie skorzystać z naszych rekomendacji to kliknijcie „Lubię to” na Facebooku lub udostępnijcie ten wpis znajomym – podziękują Wam 🙂
Stoimy właśnie przed jednym z najważniejszych wyborów w naszym życiu. W naszym 50-metrowym mieszkaniu robi nam się ciasno i zaczynamy się zastanawiać, co dalej. Decyzję musimy podjąć do końca roku, bo chcielibyśmy żeby dzieci poszły do szkoły i przedszkola w nowym miejscu. Cały czas się miotam, co wybrać i co będzie najlepsze dla nas. Dlatego dziś spiszę wszystkie plusy i minusy, a jednocześnie proszę Was o podzielenie się Waszymi doświadczeniami.
Teraz mieszkamy w świetnym miejscu i naprawdę będzie nam ciężko się wyprowadzić. W centrum właściwie się nie zdarza żeby mieć ogromne podwórko z placem zabaw, świetnymi sąsiadami i dziećmi w wieku moich. Są dni, że jesteśmy po 3 razy na podwórku, bo ktoś inny wyszedł i ma ciekawy pomysł na zabawę. A do tego widok z okna na zieleń, drzewa – nawet nie jest tak głośno.
Szkoła i przedszkole są 5 minut na piechotę – do tego nie przepełnione i z fajnym podejściem. No ale brakuje nam tutaj dwóch pokoi, tak żebyśmy mieli oddzielną sypialnię i drugi pokój dziecięcy. Myśleliśmy nawet, żeby kupić mieszkanie w tym bloku 80-metrowe. Tylko właśnie wtedy zaczęły nas nachodzić watpliwości…
Kiedy myślałam o mieszkaniu, to wydawała mi się opcja idealna. Ja tak naprawdę nigdy nie mieszkałam w domu, tylko na wakacje wyjeżdżałam do babci na wieś. Lubię to, że wkoło są inni ludzie, nie ma totalnej ciszy (bo nie umiem w takiej spać). Kiedy coś się zepsuje to schodzę na dół i dzwonię do majstra z administracji. Jest to bardzo duża wygoda, bo mieszkanie jest prawie bezobsługowe. Raz na kilka lat można zrobić remont i gotowe.
Moja mama przeprowadziła się do domu z mieszkania dopiero, jak ja wyjechałam na studia. Mówi, że cały czas jest coś do roboty, nie jest jak w mieszkaniu, że już wszystko zrobione – można usiąść i odpocząć. Inni mi też to potwierdzają, że w domu non stop jest coś do roboty. A ja sama nie wiem, czy tak chcę. Czasem też słyszę, że mama ma piękny teras, ale nie ma czasu żeby na nim przesiadywać. Pogoda w Polsce jest specyficzna i przebywanie w ogrodzie jest przyjemne tylko przez kilka miesięcy w roku. Do tego nie przepadam za pracami ogrodniczymi.
Mieszkanie jest jednak mniejsze i jest mniej obowiązków. Nie trzeba się martwić o śmieci, szambo, wodę, prąd (który np. u mojej mamy często znika). Na pewno nie zdecydujemy się na budowę, ja nie mam na to nerwów, tak samo mój mąż – obawiam się, że to by się źle dla nas skończyło.
Ostatnio przyszła mi właśnie inna myśl żeby może w cenie mieszkania znaleźć segment w dalszych dzielnicach Warszawy. Wydaje mi się, że może być kompromis pomiędzy mieszkaniem w bloku, a domem wolnostojącym na odludziu. Odszedł też by problem z budową. Prawda jest taka, że za cenę mieszkania w bloku można kupić dwa razy większy segment na obrzeżach. Ta myśl wpadła mi dopiero niedawno – postanowiliśmy ją przemyśleć.
Ale wtedy nachodzi mnie mnóstwo wątpliwości, takich jak np. dojazdy. Ja pracuję w domu, a mój mąż wyjeżdża z Warszawy w godzinach szczytu. Tak samo jest teraz, jak mieszkamy w centrum – kiedy wszyscy jadą rano do miasta, to on wyjeżdża, a kiedy wraca do domu, to wszyscy wyjeżdżają.
Mamy też taki komfort, że możemy właśnie teraz szukać czegoś nowego i kierować się lokalizacją dobrej szkoły (której non stop szukam dla L. i przedszkola dla J.). Więc tak naprawdę to jest główne kryterium, żeby nie musieć dowozić zbyt daleko. Nie chciałabym też później spędzać dużo czasu w aucie, więc poszukuję intensywnie właśnie takich miejsc. Znacie jeszcze jakieś minusy?
Myślę jeszcze o zimie i smogu – taki sam jest w centrum, co na obrzeżach, więc chyba w tej sytuacji tylko przeprowadzka nad morze mogłaby nas uratować, a tej nie rozważamy,
Zastanawiam się też nad kontaktami z rówieśnikami – obecnie bardzo mi to odpowiada, że wychodzimy na dół i zawsze ktoś jest. A jak jest w domu? Zapraszacie dzieci z przedszkoli i szkół swoich dzieci? Czy przychodzą do Was dzieci sąsiadów? Pamiętam, jak znajoma nam się żaliła, że dzieci sąsiadów pukają do nich w sobotę o 9 i siedzą caluteńki dzień – mówiła, że jest to dość uciążliwe.
Totalnie nie nadaję się za to do mieszkania na wsi. Uwielbiam miasto i tu się najlepiej czuję, a na wieś mogę wyskoczyć do Mamy na Podlasie ( i po tygodniu bardzo tęsknię do miasta).
Mieszkanie 50-metrowe da się posprzątać w 3 godziny, a domu niestety nie. Ale za to mielibyśmy więcej miejsca.
Uwielbiamy też się włóczyć po mieście i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw, ale czuję, że chciałbym więcej czasu spędzać w domu.
Podsumowując:
Oczywiście jest to moja subiektywna lista. Dla kogoś brak prac w ogrodzie może być minusem 🙂
Pomożecie?
„Zobaczysz, jak sama będziesz mamą” – te słowa do dziś słyszę w mojej głowie przy różnych sytuacjach związanych z moimi dziećmi. Moja mama często tak powtarzała, ale wtedy nie brałam ich sobie do głowy. Bycie rodzicem było dla mnie totalną abstrakcją, więc nie rozumiałam tych słów. Dopiero teraz one do mnie dochodzą i tak jak potrafiłam się pokłócić z mamą o głupotę, to teraz przyznaję rację. Też tak macie?
Do wspomnień z dzieciństwa zaprosił BOBO FRUT, który doskonale pamiętam z lat dziecięcych. Do dziś pamiętam ten smak, zapach i oblizywanie „wąsów” z soku pod nosem. BOBO FRUT właśnie obchodzi 50-te urodziny i z tej okazji znajdziecie go z takimi etykietami, jak były dawniej. Ja właśnie w takiej formie pamiętam go najlepiej. Ach, jak szybko potrafią wrócić wspomnienia.
Kiedyś…
Dziś…
Kiedy byłam dzieckiem uznawałam te słowa za absurd i oczywiście zawsze się z tym stwierdzeniem kłóciłam, a im byłam starsza, to miałam więcej argumentów. Moja mama nie ma studiów pedagogicznych, ale ma niesamowitą intuicję i wiedziała, że nawyki i rutyna są ważne w życiu dziecka. To co jest nie tak z tą piżamą?
Dzieci nie znają się na zegarku i pory dnia wyznaczają im czynności, które my inicjujemy. One nie spojrzą na zagarek ze zdziwieniem „O, już jest 11, a ja wciąż w piżamie”. Tylko będą myślały, że cały czas jest ranek, a w związku z tym mogą protestować podczas innych oczywistych czynności. Niby taka błahostka, ale to naprawdę działa. Teraz dzieci szybko przebieram z piżam, bo wiem, że szybciej wejdą w codzienne obowiązki.
W czasach kiedy powszechne były gazowane napoje o smaku landrynek i oranżada – u nas w domu piło się wodę. Ten nawyk moja mama wyniosła z domu rodzinnego, gdzie woda była nabierana prosto ze studni. Doskonale pamiętam ten smak zimnej wody, którą dopiero co dziadek wyciągnął w metalowym wiadrze. Zanurzaliśmy w nim emaliowane kubki tuż po przybiegnięciu do domu.
Do dziś mam ten nawyk i moje dzieci wodę uwielbiają. Nie muszę za nimi chodzić, przypominać i pytać. Ważne jest to, żeby dzieci same odczuwały pragnienie i wtedy je gasiły wodą, a nie zdawały się na nas.
To mnie zawsze dziwiło, przecież soki to picie. A właśnie, że nie! Widzę to na przykładzie moich dzieci – jak kupię im soczek to bardzo często proszą o wodę do popicia. Moja mam też kupowała mi raz na jakiś czas właśnie BOBO FRUT, nalewała do kubka i podawała. Często też rozcieńczała go wodą, ale niestety nie był wtedy już taki pyszny;)
Pamiętam, jak mi mówiła, że soki mają mnóstwo witamin. Ja moim dzieciom też czasami kupuję, zwracając uwagę, czy nie są dosładzane i nie mają konserwantów.
Jak zbliżał się weekend to zawsze w tym czasie jeździłyśmy na wieś do rodziny mojej mamy. Pamiętam, jak się burzyłam, bo wolałam w tym czasie biegać po podwórku z kolegami z klasy niż jechać na wieś. Więzi rodzinne są według mnie bardzo ważne, dają dużo oparcia i poczucie bezpieczeństwa. Bardzo żałuję, że mieszkamy tak daleko od dziadków, bo bywalibyśmy u nich zdecydowanie częściej.
Teraz dopiero rozumiem moją mamę, że taki wyjazd do rodziny na weekend był dla niej czymś bardzo ważnym i tak naprawdę jedyną szansą na odetchnięcie ode mnie;) Ale jak tylko mamy możliwość to zabieramy dzieci do dziadków: na Podlasie lub do Rzeszowa. Ostatnio byliśmy właśnie na Podkarpaciu, z którym mocno związany jest BOBO FRUT. To właśnie w tym mieście jest fabryka, gdzie wytwarzany jest ten sok od 50 lat. Okazało się też, że rodzina mojego męża mieszkająca na wsi, dostarczała tam własne dynie.
Moją mamę wychowaną na wsi zawsze ciągnęło do natury. Chociaż w tygodniu mieszkałyśmy w bloku w mieście, to w weekend byłyśmy na wsi, w lesie lub nad jeziorem. Wtedy zdecydowanie wolałam moich rówieśników w blokowisku i wolałam to, niż zbieranie jagód. Jednak teraz sama widzę, że powielam ten sam schemat.
Mieszkamy w mieście, a w weekendy i wakacje ciągnie nas do natury. Nie mogłabym na stałe mieszkać na wsi, jednak te kilka dni zawsze mi pomagają naładować akumulatory. Rodzice mojego męża mają taką enklawę w mieście i trochę im tego zazdroszczę. Działka moje hobby, chciałoby się rzec 🙂
podróż w czasie
Kiedyś salon to był duży pokój i pamiętam, jak mama mi zabraniała tam jeść. Teraz sama stosuję tę metodę i uważam, że jest genialna. Stół mamy w kuchni i właśnie tutaj zasiadamy do wspólnych posiłków. Co to nam daje? Bardzo dużo! Po pierwsze jemy posiłki razem, a nie każdy gdzie chce. Po drugie skupiamy się tylko na jedzeniu, a nie też na innych czynnościach. Po trzecie: nie jemy przed telewizorem – uważam, że jest to jeden z najlepszych nawyków jakiego mogę nauczyć nasze dzieci.
Siedzenie wspólne przy stole to nie tylko jedzenie – u nas jest to doskonałą okazja do rozmowy. Po czwarte – nie mam śladów po jedzeniu na kanapie, podłodze itd. Mam zdecydowanie mniej sprzątania. Czasami robimy kino domowe i wtedy robię popcorn. Oglądamy i jemy w salonie. Nawet nie spodziewałam się, że to może być taka frajda! p.s. na koniec wszystko muszę odkurzyć;)
Kilka razy przetestowałam tę teorię np. wrzucając niezjedzone kanapki ze szkoły za fotel. I jak? No zawsze kłamstwo wychodziło. Mama mi to powtarzała, a ja jej nie wierzyłam. Dopiero, jak dojrzałam to zauważyłam tę zależność. Moim dzieciom wpajam, że nie muszą kłamać, nie spotka ich za to kara, a każda prawda jest lepsza niż kłamstwo.
Kilka razy się tak zdarzyło, że usłyszałam małe kłamstewko i widziałam czekanie na moją reakcję. Przykucnęłam, spojrzałam prosto w oczy i powiedziałam: „Możesz mi powiedzieć prawdę. Nic się nie stanie jak to powiesz”. Widzę, że to działa, a przez to, że nie stosujemy kar i nagród to nie ma znaczenia, czy powie najgorszą prawdę, czy skłamie. A ja przynajmniej wiem, że niczego ważnego nie ukrywa.
Pamiętam te słowa bardzo dobrze, kiedy szłam z portfelikiem na szyi i rachunkami do zapłacenia na pocztę. Miałam może 10 lat i było to dla mnie ogromne przeżycie, które dawało mi poczucie ważności, jak i budowania własnej wartości. Moja mama dawała mi bardzo dużo swobody przekazując przez to informację, że ma do mnie ogromne zaufanie.
Wierzyła moim wyborom i w pełni je akceptowała i akceptuje do dziś. Chyba nigdy nie powiedziała, że coś jest złym pomysłem, tylko proponowała ponowne przemyślenie. A akurat za którymś razem sama dochodziłam do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł. Tak samo postępuję z moimi dziećmi, daję im dużo swobody i nie krytykuję wyborów.
Rzeszowski Rynek
Te słowa mam w głowie codziennie. Właśnie tak mnie wychowała, że nie jestem jej własnością tylko drugim, odrębnym życiem. Uczyła mnie wszystkich norm społecznych i zasad savoir vivre, tak żeby było mi łatwiej. Tak samo ja, uczę dzieci zasad, które obowiązują nie tylko u nas w domu. Daje im to poczucie bycia częścią społeczności.
Rzeszów – szkoła Taty
Dokładnie tak samo się stało. Chociaż teraz moje dzieci nie do końca zawsze mnie rozumieją, to za kilkanaście lat przyznają mi rację (albo i nie;).
A ja jestem ciekawa, czy też macie takie spostrzeżenia i czy też się buntowaliście, co do tekstów Waszych rodziców? Widzicie teraz ich sens, czy może odwrotnie?
Tak na koniec… Pamiętam, jak mama mi wpisała wierszyk do pamiętnika: „Jeżeli kiedyś, w chwili zwątpienia, powiesz, że w życiu przyjaciół Ci brak. Spójrz na tę kartę, ona Ci powie, że wcale nie jest tak.”
Właśnie tak chcę, wychować swoje dzieci.
Airo to nowa sala zabaw w kosmicznym stylu. Wczoraj była fatalna pogoda, więc postanowiliśmy odwiedzić to miejsce ze znajomymi. Dziś podzielę się z Wami moją opinią i przemyśleniami.
Przejrzałam najpierw wszystkie atrakcje, które sama Wam proponowałam Co robić z dziećmi w Warszawie i zdecydowaliśmy się na wizytę w Airo.
Już dość dawno usłyszałam reklamę tego miejsca w lokalnej stacji radiowej. Byłam ciekawa, co to za miejsce, bo moja wyobraźnia bardzo popłynęła słysząc „kosmiczna sala zabaw”. Wyobrażałam ją sobie „troszeczkę” inaczej i może stąd moje rozczarowanie. Jadąc tam myślałam, że dzieci będą mogły oglądać modele planet, organoleptycznie zbadać makietę słońca itd. No nie wiem, co ja sobie myślałam, słysząc reklamę w radio. A to jest po prostu kosmiczna sala zabaw, która ma namalowane ufoludki na ścianach i w kilku miejscach są podobne motywy.
Jak doczytałam na stronie po powrocie – są organizowane warsztaty, ale akurat wtedy ich nie było.
Umówmy się, że Airo to miejsce do wyskakania się, wybiegania i zabawy.
Airo znajduje się w Centrum Handlowym MODO na ul. Łopuszańskiej 22. Byłam tam do tej pory tylko raz, bo jednak sklepy, które tam są: nie bardzo przyciągają do tego miejsca (poza salonem Alles). Na szczęście jest spory, darmowy parking i łatwo tam trafić. Wczoraj w Warszawie była okropna pogoda i w Airo było mnóstwo osób. Ale tak naprawdę mnóstwo.
Jeżeli tam się wybieracie, to wybierzcie mniej popularny termin, bo wyjdziecie stamtąd z bólem głowy.
Do końca lipca jest promocja 10 zł za godzinę za osobę. Dzieci poniżej roku wchodzą za darmo. Póżniej będzie to 20 zł za godzinę (pon- czwartek) lub 25 zł za godzinę (pt-niedz).
Cała sala jest spora, bo ma 2000 metrów i jest podzielona na dwie strefy:
Moje wrażenia: kosmiczna sala zabaw jest podzielona na dwie strefy (dla starszych dzieci – ogromne konstrukcje) i dla mniejszych obok kawiarni mała konstrukcja. Powiem Wam szczerze, że się bałam kiedy moja prawie 6-latka wchodziła na te konstrukcje. Sama nie szłam za nią, tylko czekałam na dole. One naprawdę są duże, a zjeżdżalnie szybkie. Nie ma dolnej granicy wieku korzystania z ich, ale rodzice z 4 latkami zjeżdżali na kolanach. Jeżeli Wasze dzieci uwielbiają takie ekstremalne przeżycia, to może się im spodoba. Na górze jest też mnóstwo przejść i kiedy córka dość długo nie zjeżdżała, to poszłam jej szukać. W końcu znalazła wyjście, ale mówiła, że się trochę wystraszyła, bo nie mogła trafić.
Julek w tym czasie spał (i bardzo dobrze, bo bym go nie wpuściła na górę).
Obok jest też strefa na ziemi gdzie była fajna gra z przesypywaniem piasku, kilka monitorów z kolorowankami multimedialnymi i taki kulodrom kulkowy, który wg mnie jest najfajniejszy ze wszystkich atrakcji w Airo.
Są tam również małe gokarty, ale była ogromna kolejka do nich.
Na górze jest już znacznie spokojniej i tam spędziliśmy sporo czasu. W strefie dla najmniejszych dzieci jest basen z kulkami i mini konstrukcja. Dzieciom 2, 3 i 5,5 tam się najbardziej podobało, a ja miałam je na oku. Obok jest też kawiarnia i małe przekąski.
Te miejsce oglądaliśmy tylko z boku. Powiedziałam dzieciom, że jest dla starszych dzieci. Trochę nastraszyła mnie koleżanka, która wśród najbliższych znajomych ma osoby, które po skokach w Airo mają naderwane więzadła w kolanie i skręcone nogi. Na pewno jest to wielka frajda, ale było tak dużo osób, że ciężko by nam było upilnować nasze dzieci, które jeszcze nie do końca potrafią panować nad swoim ciałem. Ale robi wielkie wrażenie i może kiedyś tam znów zawitamy.
Zwróciłam uwagę na BARDZO ŚLISKĄ podłogę. Ja nie wiem, kto wpadł na pomysł żeby taką nawierzchnię kłaść w takim miejscu. Ja i dzieci mieliśmy zwykłe skarpetki (wchodzi się bez butów) i dosłownie rozjeżdżały nam się nogi, a dzieci musiałam trzymać za ręce. Jul na chwilę się zapomniał i się wywrócił. W innej kasie mojemu mężowi Pani powiedziała, że musi kupić skarpetki z ABS (5 zł), a nam nikt tego nie powiedział.
Nie ukrywam, że Airo nie jest dobrym miejscem dla małych i dużych wrażliwców – jest głośno, kolorowo i mnóstwo rzeczy. Widziałam kilkoro dzieci, które dosłownie wywijały się w spazmach. Powodem takiego przebodźcowania był dodatkowo jeszcze tłum ludzi. Gdybym jeszcze raz się tam kiedyś wybierała to z pewnością w inny dzień o innej godzinie.
Dodam też, że jeżeli wybieracie się tam z dwójką dzieci sami – to może być Wam ciężko mieć na oku jedno i drugie, więc koniecznie zabierzcie pomoc.
To jest tylko moja opinia, które pewnie wynika też z faktu, że nastawiłam się na zupełnie coś innego.
A więcej informacji znajdziecie TUTAJ
a tu macie Najlepsze place zabaw Warszawa
Przyznajmy szczerze, pakowanie na wakacje do najprzyjemniejszych nie należy. Dlatego staram się robić to sprawnie i naprawdę skutecznie. Nie jest to proste zadanie, jeżeli mamy mały bagaż i dużo dzieci, a umiejętności logistyczne wzrastają wraz z liczbą dni urlopu. My dużo jeździmy, więc w pakowaniu osiągnęłam prawdziwe mistrzostwo, bo umiem nas spakować szybko i sprawnie, ale to mi dał 6-letni trening z walizką w ręku.
Partnerem wpisu jest marka Baby Dove, która wspiera mamy w codziennych wzywaniach, a pakowanie dzieci na wakacje to niewątpliwie niezły sprawdzian;)
Kiedyś robiłam listy i kiedy przychodził dzień pakowania, po kolei skreślałam wszystkie rzeczy. Teraz mam ją już w głowie i za każdym razem odtwarzam.
Zawsze zaczynam od wyzerowania kosza na prania. Oczywiście, jest pusty jakieś 10 minut, ale wtedy wiem, które ubrania mogą nam się przydać na wyjeździe. Przez 2- 3 dni chodzimy w ciuchach, których nie bierzemy na wyjazd.
TIP: każdy but pakuję w oddzielny worek – wtedy zajmują mniej miejsca.
To jest taki zestaw, który przydaje się zawsze, czy to na Mazury, czy nad morze.
TIP: Majtki i skarpety pakuję dla każdej osoby w oddzielny przezroczysty woreczek, bo wtedy nie muszę szukać. Widzę dokładnie, co wyjmuję i nie wysypuję całej zawartości. Całość zapinam lub zawiązuję uszy torebki.
Biorę też dużą bawełnianą torbę na brudne ubrania.
Ubrania w walizce układam tak, że najcięższe znajdują się najbliżej kółek (jeżeli pakuję się do walizki), a jeżeli jest to torba to takie rzeczy wkładam na sam dół.
Bawełniane ubranka zajmuję jeszcze mniej miejsca w walizce jeżeli je zrollujecie.
O pakowaniu apteczki napisałam obszerny wpis TUTAJ.
Zawsze mam też paczkę pieluch, bo niestety moje dzieci tylko na jeden rodzaj nie miały alergii i kilka razy się zdarzyło, że musiałam jeździć i szukać dokładnie tych, których używamy. Nie ukrywam, że był to duży problem. Do auta wrzucam bez problemu całą paczkę, a do samolotu wkładałam do bawełnianej torby do kosza w wózku.
To wszystko. Chociaż zawsze mam wrażenie, że czegoś zapomniałam to jeszcze mi się to nie zdarzyło. A Wy macie jakieś swoje patenty? Podzielcie się nimi.
Żłobek, niania, a może urlop wychowawczy? Każda mama prędzej, czy później stanie przed takim wyborem. Niektóre z nas mają nawet plan – zanim jeszcze zajdą w ciążę. Co wybrać? Co jest najlepsze dla nas, dla naszych dzieci?
Ostatnio na mojej grupie na Facebooku rozmawiałyśmy na ten temat i uznałam, że jest to tak ciekawe, że warto o tym napisać.
Jak to było u mnie? Chciałam wrócić do pracy, kiedy starsza córka miała 18 m. Charakter mojej pracy pozwalał mi na połowę etatu, a do tego miałabym ją blisko siebie. Jednak mój plan wziął w łeb, bo pierwszego dnia po powrocie dostałam wypowiedzenie. Chociaż wtedy byłam załamana, to dziś się z tego ogromnie cieszę i wiem, że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.
Jak to piszę, to sama się do siebie uśmiecham, bo brzmi to conajmniej tak jakbym naprawdę siedziała i nic nie robiła. Ostatnio właśnie dostałam taki komentarz, że wykształcone kobiety nie powinny siedzieć z dziećmi w domu (czyt. być na wychowawczym), bo dają dzieciom zły przykład. Stymulują swoje dzieci do modnych i rozwijających zabaw, a same siedzą i nic ze sobą nie robią. Trzeba iść do pracy i uczyć dzieci szacunku do niej.
Tak więc proponuję moim dzieciom zabawy metodą Jagody Cieszyńskiej, Weroniki Sherborne, Marii Montessori, a sama siedzę w dresie na dywanie i cofam się w rozwoju.
Rozwój zawodowy to nie wszystko.
Na świecie jest wiele kobiet, które tego wyboru nie mają. Muszą wrócić do pracy z powodu sytuacji finansowej lub rodzinnej. Znam takie osoby i wiem, że mają wyrzuty sumienia z tego powodu. Nie miejcie, czasami tak jest, że na coś nie mamy wpływu i nie warto wciąż tego rozpamiętywać, tylko warto starać się szukać plusów tej sytuacji.
Jednak kiedy pojawia się wybór to jest nam trudniej. To nie jest łatwa decyzja i wiem, że wiele mam się tym martwi.
Odpowiadając na pytanie z tytułu – to jest najlepsze dla moich dzieci. Być może dla Twoich niekoniecznie. Może nie masz chęci czytać, śpiewać, lepić z plasteliny? Ja to szanuję.
Każda sytuacja jest zupełnie indywidualna i nie da się jednoznacznie określić, czy lepiej posłać dziecko do żłobka, zatrudnić nianię, czy może jednak zostać na urlopie wychowawczym. Każda z nich ma swoje plusy i minusy.
Denerwują mnie jednak takie powszechnie powielane stereotypy, które wciąż są aktualne.
Znam wiele takich matek, które do pracy po prostu chciały wrócić i w związku z tym szukały najlepszej opieki dla swoich dzieci. Wiele z nich mówi, że w pracy odpoczywają i dzięki temu są lepszymi rodzicami, bo się stęsknią i po powrocie mają energię do wspólnych zabaw. Sama tego uświadczyłam i znam to uczucie jak wraca się do domu, do dzieci.
Niesamowite jest to kiedy po przekroczeniu progu domu, kiedy rzucasz wszystko żeby móc wziąć na ręce swoje dziecko. Sporo matek, które znam mówiły, że po powrocie do pracy odżyły, że nie są tylko matką, ale też pracownikiem, koleżanką z pracy. Inne wyzwania również powodują, że czują się ważne.
Ja też mam takie poczucie w mojej pracy, że szybko widać jej efekt, a wtedy poczucie własnej wartości szybko wzrasta i czujemy się ze sobą lepiej. Wychowując dzieci nie możemy liczyć na szybki efekt swojej pracy, bo jednak jest to bardziej złożony proces. A efekty prac domowych są niestety krótkotrwałe (szczególnie przy dzieciach) i dlatego może to być frustrujące.
Kiedy podejmujemy decyzję o powrocie do pracy zaczynamy rozpatrywać możliwości opieki dla dzieci.
„Twoje dziecko aż rwie się do dzieci, dlaczego siedzisz z nim w domu”, „W żłobku będzie się bawiło z rówieśnikami”, „Będzie bardziej samodzielne”. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Czy żłobek faktycznie jest taki super?
Według mnie nie jest.
Powiedzmy sobie szczerze, małe dzieci w pierwszej kolejności potrzebują rodziców. Więź, która buduje osobowość dziecka zostaje z nim na zawsze. Żadna instytucja nie zastąpi rodzica. Małym dzieciom do prawidłowego rozwoju nie jest potrzebny rówieśnik, ale rodzic. Ten okres 0-3 lata jest bardzo ważny w rozwoju dziecka i to on definiuje wiele cech, które w przyszłości w nas się rozwiną.
Drugą kwestią jest zabawa z rówieśnikami. Owszem – jest ważna, ale dopiero dzieci około 4 roku życia bawią się ze sobą, a nie tylko równolegle. Jako były pracownik żłobka i przedszkola mogę też powiedzieć, że te pierwsze lata są bardzo trudne dla zabawy z innymi. Dzieci bardzo często się kłócą, wyrywają sobie zabawki i nie mogą dojść do porozumienia, bo brak im jeszcze elementarnych umiejętności, takich jak np. rozpoznawanie emocji.
Jeżeli chodzi o samodzielność to też bym się nad nią zastanowiła, bo jednak wolałabym żeby miało szansę dojrzeć do pewnych etapów, a nie być zmuszonym przez np. przepisy (brak pieluchy przy przyjęciu, czy też umiejętność samodzielnego jedzenia). Do tych ważnych etapów potrzebna jest ogromna cierpliwość i czas osoby dorosłej, a kiedy ma się w grupie 20 takich dzieci, to może być za mało.
Żłobek to często też maraton chorobowy (oczywiście nie u wszystkich), ale warto to wziąć pod uwagę.
Na pewno finansowy, jest tańszy niż niania. Dzieci w żłobkach uczą się też zdecydowanie szybciej przystosowywać do norm społecznych. W żłobku są też różne zajęcia, które niekoniecznie są praktykowane w domu np. panie śpiewają piosenki, grają na instrumentach.
Warto też podkreślić przestrzeń – dzieci w tym wieku doskonalą dużą motorykę (skaczą, biegają). Żłobki zazwyczaj mają spore sale, które umożliwiają dzieciom nieskrepowaną przestrzeń do rozwoju motorycznego.
Zawsze się zarzekałam, że nie będę nigdy miała niani na cały etat dla moich dzieci. Dlaczego? Obawiałam się, że nigdy nie znajdę kogoś, kto w 100 % będzie odpowiadał mi swoim podejściem do dzieci. Tak mam nadal. Nie potrafię powierzyć komuś tak dużej odpowiedzialności. Zostawienie na 2-3 h jest dla mnie akceptowalne, bo jednak to za krótko żeby ktoś miał wyraźny wpływ na to kim będzie moje dziecko. Ale to jest tylko moja opinia.
Ale być może Wy jesteście bardziej wyluzowani w tym temacie, albo mieliście tyle szczęścia, że znaleźliście taką osobę (czego Wam zazdroszczę). Serdeczna niania na pewno pomoże uchronić dzieci przed żłobkowym chorowaniem i może wnieść w życie dziecka różnorodność.
Wiele mam podejmuje decyzję o pozostaniu w domu z dzieckiem. Zdają sobie sprawę z tego, że ten czas pomiędzy 0-3 rokiem życia, jest wyjątkowy i nigdy już nie wróci. Teoria tworzenia przywiązania Bowlby’ego mówi właśnie o 3 roku życia dziecka jako ważnym momencie gotowości do życia społecznego. Zgadzam się z nią w 100%
Poważa się fakt, że zdecydowały się poświęcić dla rodziny, a jednocześnie wymaga się: pięknego wyglądu, kreatywności w zabawach, wysprzątanego domu (bo przecież nic nie robisz) i jeszcze uśmiechu na twarzy, bo przecież nie musisz pracować.
Nawet mamy, które zajmują się dziećmi czują presję społeczeństwa i często nie docenia się ich naprawdę trudnej pracy. Ja jestem zdania, że to co robimy jest naprawdę wspaniałe i śmiało mogę przyznać, że przez ten czas kiedy jestem z dziećmi w domu nauczyłam się o wiele więcej niż w mojej pracy. Mam ogromną satysfakcję z tego, że moje dzieci są takie, jakie są i ja wiem, że to moja zasługa. Ani niania, ani najbardziej wypasiony żłobek nie są w 100% zgodne z moimi przekonaniami. Absolutnie nie jest to zmarnowany czas.
Dzieci bardzo szybko rosną i ja to widzę, że z roku na rok tego czasu mam coraz więcej. To jest właśnie TEN czas, kiedy one mnie potrzebują najbardziej i ja to wiem, dlatego tu jestem. Wiem też, że za kilka lata będę miała dużo czasu na więcej pracy i jeszcze się napracuję w swoim życiu.
Często tak się myśli, bo wpadamy w pułapkę perfekcjonizmu. Twoje dziecko wcale nie potrzebuje coraz to nowych zabaw, czy też zabawy z rówieśnikami. Naprawdę wystarczy mu towarzyszenie Tobie w sytuacjach codziennych.
Ale to moja sytuacja, a nie kogoś innego. Nie wiem, czy nie chciałabym wrócić do pracy, gdybym nie miała bloga. Lubię to, że mogę się oderwać od tej codzienności i zająć innymi sprawami.
Oczywiście, ale wtedy zastanawiam się nad sobą, co mogę zrobić żeby było lepiej. Kiedy nie dbam o swój odpoczynek, to czasami mam dość i z chęcią uciekłabym do pracy. Ale wystarczy, że się głębiej nad tym zastanowię i znajduję jakieś wyjście. Ciągle szukam również fajnych spotkań dla mam, czy warsztatów. Nie mam poczucia straconego czasu, który mogłam poświęcić na pracę, bo przewartościowałam pewne sprawy. Teraz też mogłabym więcej pracować, ale po pierwsze nie jestem do tego zmuszona, a po drugie zwyczajnie nie chcę. Mam w głowie kilka dużych projektów, które mam zamiar zrealizować dopiero jak dzieci będą większe.
Rozwój zawodowy to nie wszystko. Widzę to po sobie, że ten czas z dziećmi w domu zweryfikował też moje plany zawodowe i w końcu wiem, w którym kierunku będę zmierzać. Na pewno nie odkryłabym tego wracając do pracy.
Ostatnio nawet Lilka powiedziała, że jak sama będzie miała dzieci, to też tak będzie chciała. Jest to największy komplement jaki mogłam usłyszeć.
„Jak Ty wyszukujesz te wszystkie świetne miejsca? Bo chyba nie trafiasz na nie przypadkiem?” – tak dużo takich wiadomości dostałam od Was w ostatnim czasie, więc postanowiłam napisać wpis na ten temat. Dzięki moim wskazówkom znajdziecie klimatyczne miejsca w Londynie i w Dębkach. Nie ma znaczenia lokalizacja, tylko umiejętność szukania.
Ja wiem, że to może tak wyglądać – „Przechodziliśmy akurat i takie fajne miejsce się trafiło”. Niestety takich miejsc trafia się naprawdę niewiele. 85% to jest research przed wyjazdem. Lubię planować, więc jest to dla mnie czysta przyjemność.
Tak, dokładnie. Nie ma to jak sprawdzone miejsce z opisem, zdjęciam i jeszcze poradami. Na blogach znajduje się mnóstwo informacji, które można wykorzystać. Tak, jak ja Wam opisuję wszystkie miejsca, w których byliśmy, tak ktoś w innym zakątku planety robi to samo. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę np.
„Dębki blog” „Positano blog” „Pcim blog”
Często też przełączam na grafikę w wyszukiwarce i wtedy widzę lepiej, co może mnie zainteresować.
Zdarzyło mi się też napisać bezpośrednio do blogera wiadomość na Facebooku lub na Instagramie, czy mógłby coś polecić w danej lokalizacji. Tak znalazłam wiele miejsc na Węgrzech, bo napisałam do kilku blogerów (po angielsku). Sami również do mnie piszecie i jak tylko mogę, to nawet Wam układam np. plan atrakcji w Warszawie:)
Do Kasi https://travelicious.pl
Do Natalii i jej rodziny http://www.tasteaway.pl
Do podróżującej rodziny: https://ourlittleadventures.pl
Instagram od 2012 jest moim ulubionym serwisem społecznościowym i czerpię z niego bardzo dużo. A poniżej pokażę Wam, jak go wykorzystuję.
Przede wszystkim – tam zazwyczaj znajduję miejsce, do którego decydujemy się jechać. Tak było np. z Avalon park na Węgrzech.
Mam polubionych sporo podróżniczych profili i sobie zapisuje konkretne miejsca.
Jeżeli wpiszecie w wyszukiwarkę na Instagramie:
visit… (i w miejsce kropek kraj lub miasto, do którego się wybieracie to znajdziecie oficjalny profil z najlepszymi atrakcjami i najpiękniejszymi widokami)
Korzystam z możliwości zapisywania na Instagramie i dzięki temu nie giną mi te miejsca. Kiedyś robiłam zrzuty ekranu, ale nie mogłam ich później opanować. Ta opcja zapisu jest najlepsza, bo często na zdjęciach są też podane dokładne lokalizacje i jest to banalnie proste.
Przy każdym zdjęciu jest taka flaga (zaznaczyłam strzałką), jak ją dotkniesz to zdjęcie przenosi się do folderu zapisane.
Wszystkie swoje zapisane zdjęcia macie tutaj:
Mój folder na wyjazd wyglądał tak:) Jest to naprawdę świetna możliwość planowania podróży i wiele ułatwia.
Najbardziej znane miejsce do wyszukiwania pięknych miejsc. Często z niego korzystam przy planowaniu podróży. Pamiętajcie też, że przy wpisywaniu warto zachować oryginalną pisownię. Jak wpisywałam „Hungary” to były wciąż te same zdjęcia, wciąż te same przewodniki w stylu „5 najlepszych miejsc…”, które już znałam.
Ale Węgry w języku węgierskim to: „Magyarország” i wtedy już zupełnie inne miejsca wyskakują – mniej turystyczne i bardziej unikatowe. A tam już dotarłam np. do tablic ludzi, którzy kompletują takie miejsca i miałam podane „na tacy”.
Mam aplikację na telefonie, z której korzystam już w czasie wyjazdu, a wcześniej planuję sobie na komputerze. Ale nie ukrywam, Tripadvisor to ostateczność, jak akurat nie mam czegoś znalezionego w okolicy, to sprawdzam tam. Czytam opinie i tak je wybieram. Na miejscu często szukam np. restauracji w okolicy, więc wyszukuję „w pobliżu”.
Tak szukam restauracji i atrakcji.
Dość niestandardowym miejscem na szukanie atrakcji jest Google maps, ale to właśnie tam najczęściej udaje mi się znaleźć plac zabaw, czy też fajną miejscówkę. A używam tej strony w taki sposób:
Wpisuję miejsce gdzie będziemy np. Wyszegrad. Już po lewej mi się wyświetla coś, co wydaje się być ciekawe (tematyczny plac zabaw akurat tutaj).
A później łapię myszką tego żółtego ludzika z prawego dolnego rogu i upuszczam go w tym miejscu gdzie będziemy. Tam, gdzie jest niebieska linia, to znaczy, że jechał tamtędy samochód i robił zdjęcia dla Street view. Opuszczam tam ludzika i „sobie chodzę” w poszukiwaniu przygód:)
Patrzę, czy jest to coś wartego zobaczenia. Chodzę strzałkami po okolicy i widzę takie coś:)
W swoich notatkach w telefonie mam też zapisane różne ciekawe linki i również nich korzystam. Kolekcjonuje je, bo wiem, że kiedyś skorzystam np. taki:
https://www.buzzfeed.com/rachelzarrell/the-most-charming-places-in-the-world?utm_term=.qq4M8vZ5N#.uazj6a1dn
Albo przeglądam zakładkę TRAVEL na telepraph.co.uk
Często są też lokalne strony, które zajmują się zrzeszaniem właśnie takich miejsc. Na Węgrzech jest ich kilka np. https://gasztroterkepek.hu/en/, https://welovebalaton.hu czy http://nivos-szallasok.hu. Gdyby dobrze poszukać to w każdym miejscu takie znajdziecie.
To są moje sposoby na znajdywanie różnych klimatycznych miejsc dla dzieci, jak i dla nas. Tak samo wyszukuję miejsca w Warszawie i tak samo w Balatnofured. Jeżeli macie jakieś inne, dajcie znać, chętnie z nich skorzystam.
A jeżeli Wam się spodobał ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na Facebooku lub udostępnijcie ten wpis swoim znajomym – podziękują Wam.
Dawno nie było długiego wpisu książkowego, więc dziś nadrabiam. Mamy sporo nowości na półkach, bo czytelnictwo u nas jest w fazie rozkwitu. Najwięcej czytamy wieczorem przed snem i na jednaj lekturze się nie kończy. Dlatego dziś tak dużo dobrego mam dla Was.
Wydawnictwo Dwie siostry
Dostępna TUTAJ
Naprawdę nie sądziłam, że kiedyś to napiszę, ale jest to świetna baśń dla dzieci. Tak, dobrze czytacie! Baśń opowiedziana tak prostym językiem, że dwulatek ją zrozumie. Jest absolutnie wyjątkowa i chociaż czytałam ją dzieciom około 100 razy, to i tak ją lubię. Świetnie sprawdza się przed snem. Według mnie jest to jedna z lepszych książek dla maluchów!
Wiola Wołoszyn, Przemek Liput
wyd. Mamania
Kolejna część Jano i Wito, którzy tym razem szukają zgubionego klucza w domu. W książce znajdziecie mnóstwo wyrażeń naśladowczych i przedmiotów otaczających nas. Wspomniany klucz jest srebrny i ma inną powierzchnię,dzięki temu jest jeszcze bardziej atrakcyjny. Polecam wszystkim dwulatkom.
Quentin Greban
Wyd. Media rodzina
Jeżeli macie w domu miłośnika strażaków, to ta książka na pewno Wam przypadnie do gustu. Miś, który bardzo chce zostać strażakiem, nie do końca rozumie jakie jest jego zadanie. Ale w końcu mu się udaje i spełnia się jego marzenie. W książce znajdziecie piękne ilustracje i niewielką ilość tekstu – odpowiednią dla 2-3 latków.
Vibcent Bourgeau
wyd. Babaryba
Pamiętacie książkę „Zaśnij ze mną”, którą można było położyć spać? To jest druga część i równie ciekawa. Tym razem książka chciałaby być czytana i przytulana. Julek bardzo ją lubi i często prosi o przeczytanie.
Agata Dudek i Małgorzata Nowak
Wyd. Dwie siostry
Nowa książka z Wydawnictwa Dwie siostry zachwyca ilustracjami i pomysłem. W prosty sposób pomaga poznać gatunki warzyw, tak aby już nigdy nikt nie pomylił pietruszki i marchewki. Czytanie książki może zainspirować do wspólnych zakupów w warzywniaku, a później gotowania i oczywiście jedzenia.
Charise Mericle Harper
Wyd. Babaryba
Świetny pomysł na książkę, która w prosty sposób tłumaczy, jak działają światła na ulicy. Pokazuje, jak się zmieniają i co powodują. Ilustracje są dość specyficzne, ale dla małego miłośnika pojazdów jest to wymarzona książka.
Jorg Muhle
wyd. Dwie siostry
Kiedy zobaczyłam ten tytuł w zapowiedziach, to lekko się wzdrygnęłam. Bałam się, że będzie to książka, która uczy dzieci żeby nie płakać. Na szczęście okazało się, że tak nie jest! Ta książka uczy empatii – i to w najbardziej przyjemny sposób, jaki się da. Nie spodziewałam się tego po niej.
Dziecko widzi płaczącego króliczka i autor sugeruje nam, co możemy zrobić żeby go pocieszyć. Nie bójcie się – nie ma tam żadnych sformułowań, które sugerują, że płacz jest zły. Bardzo ją polecam!
p.s. tam gdzie trzeba nakleić plasterek – naklejcie prawdziwy – dzieci będą zachwycone!
Marianne Debuc
Książka, która jak żadna inna utrwala wyrażenia przyimkowe;) Mnóstwo miejsc, które są „za” „przed” „pod”. Bardzo prosty i ciekawy pomysł na książkę dla dzieci. Sporo rzeczowników do nauczenia i utrwalenia. Według mnie może się spodobać już młodszym dzieciom od roku.
Anthony Browne
Książka, którą mamy prawie od roku i wciąż budzi takie same emocje. Mama ma supermoce, o których wiedzą nie tylko dzieci. Fajna, mądra i poprawiająca humor mamie po ciężkim dniu. Jest jeszcze druga o Tacie.
Anna Podgórska
wyd. Aksjomat
Dostępna TUTAJ (kosztuje 2,5 zł)
Książka, która tylko tyle kosztuje i jest naprawdę ciekawa! jest w duchu Montessori (nie ma tam fikcji) i każde dziecko, które lubi książki ze szczegółami znajdzie tam coś dla siebie. Według mnie jest to świetna książka na wyjazd, bo zajmuje mało miejsca, a jest sporo czytania i oglądania.
Są jeszcze inne z tej serii, poszukajcie.
Julian Tuwim
Bardzo fajne wydanie (za 3 zł) Lomokotywy – jak to mówi Jul. Wiersze najlepiej u nas się sprawdzają w formie pojedynczych książeczek. W tej są ładne ilustracje – malowane jakby kredkami. Są jeszcze „Okulary” i „Słoń Trąbalski”
Kolejna książeczka za kilka złotych, która pomoże zaspokoić ciekawość dziecka. Ciekawa, fajnie zilutstrowana i ma bardzo dużo szczegółów.
Są dostępne również inne:
Na budowie TUTAJ
Straż pożarna TUTAJ
Na wsi TUTAJ
Kolejna książeczka ze szczegółami za 4 złote. A do tego ma fajną rączkę do noszenia.
wyd. Olesiejuk
Bardzo fajna kartonowa przesuwanka za 10 zł. Jeżeli Wasze dzieci lubią w książkach przesuwane elementy, to zainteresujcie się tą serią. Na każdej stronie znajdziecie ruchomy element, który łatwo da się ruszać. A do tego ma sporo walorów edukacyjnych i przyjemne ilustracje. W serią są jeszcze:
Dzień ze strażakami TUTAJ
Dzień ze zwierzakami TUTAJ
Mayana Itoiz
Piękna książka o miłości i więzi między mamą, dzieckiem. W dość nietypowy sposób możemy uczyć się z niej kolorów i je utrwalać. Piękne ilustracje i ciepło bijące z treści.
wyd. Egmont
Dostępne TUTAJ
Bing doczekała się również książeczek. Moje dzieci uwielbiają tę bajkę, więc i książki im się podobają. Bardzo je polecam, bo kosztują około 7 zł, a są naprawdę wartościowe.
Dawid Ryski
dostępne TUTAJ
Bardzo lubię kreskę tego ilustratora – jest taka na pograniczu dziecięcej i dorosłej. W książce znajdziecie supermoce, które posiada mama. Ciekawa książka, do inspirowania się i pokazania dzieciom, że Mama robi kawał dobrej roboty.
Britta Teckentrup
wyd. Prószyński i spółka
Zupełnie nie wiem dlaczego Jul woli tę książkę od Czereśniowej. To jedna z ulubionych książek ze szczegółami. Bardzo lubię ilustracje tej autorki (mieliśmy kiedyś książki do wyszukiwania szczegółów). A tutaj możemy obserwować budowę – sporo ciekawych postaci i wątków do omówienia.
Anita Głowińska
wyd. Media rodzina
Kupiłam ją na fali książek z okienkami i ma wszystko, co teoretycznie powinno się podobać dzieciom, ale szczerze – Julek nie przepada za Kicią Kocią i zwyczajnie jej nie czytamy. Ta książka jest naprawdę ciekawa, bo poszerza słownik, możemy się z niej sporo nauczyć.
Alona Frankel
wyd. Nisza
Jest to jedyna znana mi książka, która do odpieluchowania podchodzi w mądry sposób. Bardzo ją polecam wszystkim, którzy ten temat mają już za sobą. Jest ciekawa i dla dziecka, i dla rodzica. W łagodny sposób pokazuje jak się do tego zabrać.
dostępna TUTAJ
Genialna książka o wsi i wszystkim, co tam się dzieje. Jeżeli Wasze dzieci interesują te tematy, to bardzo Wam polecam. Jest sporo wiedzy, ładne ilustracje i otwierane okienka. Kupcie, bo jak się skończy nakład to nie będzie dodruku, a na prawdę warto.
Jest jeszcze o ciele człowieka TUTAJ
Helen Stephens
wyd. Amber
Całkiem przypadkiem trafiłam na tę nowość i już mam ochotę na więcej. W tej książce dziewczynka, o imieniu Malwinka przygarnęła lwa i próbuje go ukryć w domu. W końcu prawda wychodzi, na jaw, ale i tak wszystko się kończy. Ciekawa opowieść, napisana prostym językiem.
Zwróćcie uwagę na ilustracje – są naprawdę ładne. Wydawnictwo Amber ma jeszcze kilka nowości – światowych bestsellerów. Obejrzyjcie je w księgarni, bo naprawdę warto.
Liesbet Slegers
wyd. Adamada
Jeżeli lubicie książki bez fikcji, której bohaterami są dzieci, to polecam Wam tem tytuł. Książka jest ciekawa, ale napisana też prostym językiem. Bardzo mi się podoba, że głównymi bohaterami jest ojciec i syn – to dość rzadko zdarza się w książkach dziecięcych.
W serii są jeszcze inne tytuły:
Kuba i jego nocnik TUTAJ
Kasia idzie do lekarza TUTAJ
Kasia i brzuszek mamy TUTAJ
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis i zamierzacie skorzystać z moich rekomendacji, kliknijcie proszę „lubię to” na naszym profilu na Facebooku lub udostępnijcie go swoim znajomym – podziękują Wam 🙂
Ostatni wpis o podobnej tematyce bardzo Wam się spodobał, więc dziś nowa porcja ciekawych produkcji do obejrzenia. Wieczorem, kiedy dzieci już śpią, mamy trochę czasu żeby się zrelaksować i razem coś oglądamy.
Liczę też na Wasze polecenia, bo obecnie czekamy na nowe odcinki i nic ciekawego nie mamy do obejrzenia.
Kiedy, ktoś prosi mnie o polecenie filmu, to zazwyczaj mówię ten tytuł. Wzruszająca i bardzo piękna historia, którą wciąż mam w głowie. Pozwala docenić to, co mamy i nie prosić o więcej. Po tym filmie pójdziesz do sypialni dzieci i będziesz dziękować, że ja masz. Pokazuje, jak wielka jest miłość rodzica. Niesamowicie mnie wzruszył i skłonił do refleksji. Bardzo polecam!
Film, który rozśmiesza i wzrusza. Genialnie przegadany w taki sposób, że ma się ochotę obejrzeć go jeszcze raz. Pokazuje bezsilność matki i jej determinację. Postaci są tak wyraziste, że do końca nie wiesz, kto jest dobry, a kto zły. Absolutny majstersztyk!
Byłam na Tully z przyjaciółkami i kiedy wyszłam z kina, miałam bardzo mieszane uczucia. Absolutnie, nie jest to komedia. Był to rasowy dramat, taki o którym myślisz jeszcze kilka dni po. Według mnie warto zobaczyć ten film z partnerem. Jest trochę przerysowany, ale według mnie ma sporo prawdy. Każda z nas ma w sobie coś z głównej bohaterki.
Francuska komedia o sile marzeń. Paula jest córką głuchoniemych rodziców i chce wystartować w konkursie wokalnym. Film pokazuje niesamowitą miłość, fajne relacje i sporo śmiesznych sytuacji. To taki film, od którego robi się ciepło w serduchu, warto go zobaczyć.
Świetny dokument w odcinkach o rodzicielstwie i rozwoju dzieci. Naprawdę wzruszający i pouczający. Pokazuje różne modele rodzicielstwa i style wychowania z całego świata. Wypowiedzi naukowców, pedagogów i rodziców, którzy mają sporo ciekawego do powiedzenia. Bardzo Wam polecam:)
Zupełnie przez przypadek włączyliśmy kiedyś show Ali Wong i nie mogłam przestać oglądać. Trafne spostrzeżenia, dystans do siebie i ciąży spowodowały, że na końcu śmiałam się do łez. Jeżeli macie trochę specyficzne poczucie humoru to Wam polecam. Niestety druga część: Hard knock life jest już mniej śmieszna i trochę zbyt hardcorowa.
Jeżeli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, to bardzo Wam polecam. Niby idylliczne życie głównych bohaterek (świetna obsada) przeplatają bardzo poważne problemy. Serial zrobił na mnie ogromne wrażenie i czekam na kontynuację.
Ależ nas wciągnął ten serial! Dawno nic tak dobrego nie oglądałam – bardzo świeży, zaskakujący i do tego świetnie zrobiony. Obejrzeliśmy na jednym tchu, a to już się raczej nie zdarza. Nie będę zdradzać szczegółów, ale trzeba zobaczyć.
Serial o macierzyństwie, który pokazuje prawdę i te trudne chwile (momentami przerysowane). Gówna bohaterka jest tak urocza, że chciałoby się ją przytulić i powiedzieć „Wszystko będzie ok”. Na razie jest jeden sezon, ale liczę na więcej.
Serial raczej dla kobiet, o kobietach. Trochę mi przypomina „Sex w wielkim mieście” tylko główne bohaterki są trochę młodsze. 4 przyjaciółki pracują w redakcji pisma kobiecego i mają różne problemy. W serialu są poruszane różne kwestie: zdrowia, wizerunku własnego ciała, a także związków. Fajny, lekki serial na oderwanie się od pieluch;)
Tu łapcie świeżutki SkyShowtime TOP 20 z naszymi polecajkami a tu Disney dla dzieci
Po więcej seriali zapraszam do wpis – Najlepsze seriale na Netflixie – Top 22
A dla waszych pociech jakościowe treści znajdziecie we wpisach:
Edukacyjne bajki dla dzieci
Najlepsze bajki dla dzieci na Netflix
A Wy co oglądacie? Napiszcie koniecznie swoje ulubione filmy i seriale.
Pod wpisem o przemocy pojawiło się niestety sporo komentarzy, że bez klapsów nie da się wychować dziecka. Jako drugi biegun przedstawiano bezstresowe wychowanie, gdzie doprecyzuję: nie ma żadnych zasad, ani granic. A ja wiem, że po środku jest mnóstwo metod, które służą porozumieniu z dzieckiem i dziś chciałabym Wam o nich napisać.
Wielu rodziców mówi do swoich dzieci. Nawijają non stop. A ono nic, jak grochem o ścianę. Jest duża różnica między mówieniem i rozmawianiem. Często produkujemy się, dziecko powie „yhy” i już. Nie, to nie działa. Rozmowa, to jest komunikacja, czyli dziecko pyta, odpowiada.
Musi być też zachowany jeden bardzo ważny warunek: ta rozmowa działa tylko wtedy jak mózg dziecka i rodzica nie jest w stresie, czyli np. w czasie trudnej sytuacji dziecko nie słyszy (a nie jak niektórzy myślą „ONO mnie nie słucha”) lekcje wychowawcze zostaną oblane. Natomiast jeżeli zrobimy to kiedy się wszyscy uspokoją, jest bardzo duża szansa, że dziecko to zrozumie. Naprawdę, taka rozmowa przyniesie efekt, a nie w trakcie, kiedy dziecko płacze. Wtedy nie zrozumie nic i do tego powtórzy to zachowanie.
W każdym społeczeństwie jest wiele granic np. nie przechodzimy na czerwonym, nie chodzimy butami po siedzeniach, nie bijemy innych dzieci. Dzieci nas obserwują – często o tym zapominamy, one szybciej coś zapamiętają jak nas zobaczą w analogicznej sytuacji, niż jak będziemy im o tym tylko mówić.
„Nie wolno” dla małego dziecka jest bardzo abstrakcyjne i zazwyczaj nie działa. Każdą rzecz musimy wytłumaczyć, dlaczego to tak działa. „Nie wolno” to taka prawda ogólna, która jest trudna do zrozumienia, bo od razu budzi pytanie: „dlaczego?”. Często dbamy o dziecka bezpieczeństwo i używamy tego komunikatu jako „alarm”. A przez to chcemy tylko powiedzieć: „Nie chcę żebyś to robił, bo się boję o Twoje zdrowie” np. wkładał palec do kontaktu.
A wyobraź sobie, że to Ty jesteś dzieckiem. Zamiana roli na chwilę pomaga postawić się w innej perspektywie. Dzieci mają ogromna potrzebę eksplorowania świata, wszystkiego uczą się przez zmysły. Muszą dotykać rzeczy, wkładać do buzi żeby się tego nauczyć. Okaż mu swoje zrozumienie.
Ja często tak właśnie zaczynam. Zniżam się do poziomu dziecka, czyli kucam (naprawdę od razu zmienia się wtedy perspektywa). Szczególnie dobrze ją widać kiedy wkoło są inni dorośli. Stajesz się mały i bezbronny, a świat jest trochę bardziej przerażający. Kiedy patrzysz na dziecko twarzą w twarz (kucając, bo schylając się tego nie poczujesz, a zabolą Cię plecy) dostrzeż o wiele więcej niż, jak mówisz do niego z góry. Kontakt wzrokowy pomaga bardzo w zrozumieniu tego, co się dzieje w tej małej głowie.
Trochę nawiązuję tu do punktu pierwszego, ale rozwinę to oddzielnie. Kiedy coś chcecie wytłumaczyć ważnego swoim dzieciom tak żeby „aż poszło im w pięty” i zapamiętały to do końca życia to zróbcie to najbardziej spokojnym i przyjaznym głosem, jaki tylko potraficie z siebie wydobyć, czyli wtedy jak emocje opadną, bo mózg nie uczy się w stresie. A do tego językiem prostym dla wieku.
Z doświadczenia i z teorii wiem też, że nie działa za bardzo mówienie jakiego zachowania nie chcemy: „Nie biegaj”, „Nie maluj po ścianach”, „Nie krzycz” itd. po takim zwróceniu uwagi dziecko nie wie co ma robić. Wiem, że Wam się to wydaje oczywiste, ale tak nie jest. Dziecko potrzebuje konkretu:
„Nie biegaj” – „Stój spokojnie”
„Nie stukaj w ścianę” – „Możesz stukać w podłogę”
„Nie maluj po ścianach” – „Masz kartkę i po niej rysuj”
„Nie krzycz” – „Mów ciszej”
Często pomagają też porównania, które dzieci lubią np. bądź cichutko jak myszka (powiedz to szeptem).
Zamiast „Pospiesz się” – bądź szybki jak gepard.
Podobno też mózg myśli obrazami i kiedy mówimy „Nie jedz tego cukierka” to od razu myślimy o tym cukierku, albo „Nie biegaj” to widzimy siebie biegnącego.
W takich sytuacjach nerwowych, jak wychodzenie z domu na czas, albo braku chęci do działania dobrze się sprawdzają słowa klucze np. „Ubierz się”, „Buty”, „Zęby”.
Często też zapominamy, że na wychowanie dorosłego człowieka mamy 18 lat. Nie wszystko musimy wytłumaczyć dzieciom w pierwszych 3 latach życia.
To czego nie akceptujesz u siebie, nie akceptujesz też u dziecka. Czasem to w nas tkwi problem, a może mamy zakorzenione z dzieciństwa niekoniecznie szkodliwe zachowania. Każdy z nas ma takie zachowania, które doprowadzają nas do szału i chcemy jak najszybciej je wyeliminować, wtedy jak zwykle działa nasz gadzi mózg, którym rządzą emocje i zachowujemy się nie do końca racjonalnie.
Najważniejsze jest to, żeby mieć świadomość tych sytuacji. Jeżeli je sobie uświadomisz (możesz wypisać) to będzie Ci się zapalała lampka już odrobinę wcześniej. Warto to przemyśleć i nauczyć się z tym radzić żeby nie wybuchnąć.
Rozmowa jak równy z równym (prosto w oczy, na kucaka lub na kolanach) da o wiele więcej niż wyśmiewanie, porównywanie ( do innych dzieci) lub szantaż. Ha, to ostatnie sama tez kiedyś w desperacji próbowałam. To zadziała rad, dwa, trzy – za 10 nie zadziała, bo dziecko będzie chciało więcej.
Co było gdyby mąż do Ciebie mówił „Jak pozmywasz naczynia, to możesz obejrzeć serial”. A jak tego nie zrobisz to nie. Co jest wtedy w Twojej głowie? „Jestem nikim”. Tak samo myśli dziecko, ale pozornie jest w stanie się z tym zgodzić, bo chce coś na czym mu zależy.
„Jak nie założysz butów, to nie pójdziesz na podwórko” a gdyby tak:
Pokazać, że coś następuje po czymś:
„Jak tylko założysz buty, to pójdziemy na podwórko”.
„Jak nie zjesz obiadu, to nie dostaniesz deseru”
A może: „Po obiedzie będzie deser”.
A jeżeli proponujemy takie dobra jak: bajka, słodycze itp. w zamian za zachowanie takie jak chcemy to po jakimś czasie to nie zadziała, bo to spowszednieje i nie będzie atrakcyjne.
Sporo jest takich zwrotów, nad którymi warto się zastanowić, ale jednym z nich, który ja teraz eliminuję ze swojego słownika to „nie”. Oh, jakie przyjemniejsze jest dzieciństwo moich dzieci, jak używam go zdecydowanie mniej. Zauważyłam to na filmie, który nagrywałam mimochodem i chyba w 3 zdaniach usłyszałam z moich ust:”Tego nie możesz, tak nie idź i nie mogę teraz.” Posłuchałam tego i byłam w szoku. Żeby ktoś tak do mnie mówił, to bym chyba go wysłała na drzewo.
A będzie płakało zdecydowanie mniej, bo jeszcze nikt nie przestał płakać od „Nie płacz”. Cały tekst o płaczu napisałam Pozwólcie dzieciom płąkać
Kiedy krzyczysz, to mózg dziecka jest w stresie=nie rozumie dokładnie co mówisz. Jeżeli to samo powiesz później, to jest o wiele większa szansa, na to, że to zrozumie. Z mojej pracy w placówkach Montessori wyniosłam jeden bardzo ważny nawyk – w domu jak nic się nie dzieje, mówię półszeptem.
Robię to też dlatego, że nie lubię hałasu i widzę, że moje dzieci mnie naśladują. Efekt jest taki, że mało krzyczą i podnoszą głos. Kiedy coś chcę żeby zrobiły to wystarczy, że odrobinę powiem to głośniej. Nie muszę krzyczeć. To naprawdę działa, spróbujcie. Oczywiście, zdarza mi się krzyknąć, ale pracuję nad sobą.
Wiele złości i frustracji wynika z tego, że dzieci nie chcą robić tego, co my chcemy w zakresie samoobsługi: mycie zębów, ubieranie się, sprzątanie itp. Jak sprawić, żeby ubieranie, czy mycie zębów nie było dla całej rodziny trudne? Od małego najlepiej jest wspierać samodzielność – na tyle ile jest to możliwe. Dziecko, które potrafi się samo ubrać, czy też obsłużyć będzie mniej się denerwowało przy takich czynnościach.
Często, my – rodzice zafiksujemy się na jakiejś czynności i za wszelką cenę nie chcemy odpuścić. W sytuacji stresowej tym bardziej nie odpuszczamy. Ale kiedy emocje opadną, zastanówcie się czy warto. Być może jest to rzecz naprawdę błaha. Pamiętam jak kilka lat temu toczyliśmy poranne boje o ubrania. Był płacz, zgrzytanie zębami i moje nerwy.
Każdy dzień zaczynaliśmy tak samo. Próbowałam różnych metod: szykowaliśmy ubrania wieczorem, a i tak to nie pomagało. W końcu stwierdziłam, że naprawdę szkoda tych nerwów i nie wiem po co tak się na tym fiksuję. Od tej pory córka ubiera się sama. Obawiałam się tego, bo się bałam, że będzie wybierała ubrania nieodpowiednie do pogody. Mało tego, jak dałam jej wolność w tym temacie, to ona i tak za każdym razem jak się ubierze to i tak pyta czy jest ok. Do tego jest otwarta na zmiany. Tak mało, a tak dużo to dało.
One działają tylko na krótką metę. Pisałam o tym Czy da się wychować dziecko bez kar i nagród
Zamiast chwalić pod niebiosa – dziękuję. Wzmacniam pozytywy przez miłe słowa. Staram się w miłej i przyjaznej atmosferze uczyć dzieci (nie lubię słowa dyscyplina), ale tak właśnie jest. Jak dziecko mi coś przyniesie o co prosiłam, to dziękuję. Jak mi powie coś miłego, to też dziękuję. Bardzo dużo w moim rodzicielstwie jest tej zwykłej wdzięczności.
Skąd mieć siły na te wszystkie tłumaczenia, rozmowy, awantury, płacze i złości? Trzeba też trochę dbać o siebie – widzę, że jak mam długo niezaspokojone swoje potrzeby, to nie mam siły na bycie takim rodzicem, jakbym chciała np. jeżeli nie wypiję kawy albo nie mam 15 minut tylko dla siebie.
Zdaję sobie sprawę, że ktoś, kto nie kończył studiów pedagogicznych, ani za bardzo nie interesuje go ta tematyka może mieć trudności ze zrozumieniem tego wszystkiego. Mi to zajęło 13 lat. Ale znam rodziców, którzy chcą się uczyć i zgłębiać wiedzę na ten temat- z bardzo pozytywnym skutkiem:)
Jeszcze raz patrzę na te wszystkie moje metody i spróbuję pokazać ich źródło. To taki miks, który pozwala mi na odnajdywanie się w rodzicielskim świecie. Żadnej z tych metod nie stosuję w 100% – po prostu wybieram to, co podpowiada mi serce i moje dzieci.
A boi się, że jeżeli nie zareaguje to dziecko wejdzie mu na głowę. Jest słaby i boi się naruszenia swojej pozycji w rodzinie. Nie widzi innych opcji żeby jego dziecko nauczyło się, że „nie wolno”. Ma złudzenie, że to działa, bo przecież rodzice tak samo ze mną postępowali. I co? Na ludzi wyrosłem.
Jeżeli ta osoba była bita w dzieciństwie i jako dorosła uważa, że klapsy to dobra metoda wychowawcza, to nie wyrosła na ludzi.
Przemoc słowna i cielesna powoduje nieodwracalne zmiany w zachowaniu i osobowości. Dziecko akceptuje to, że może być poniżane i bite. Będzie pozwalało innym na przekraczanie jego granic. Samo również najprawdopodobniej dopuści się takich czynów albo na sobie albo na otoczeniu. Przemoc w rodzinie zmienia biochemię w mózgu i powoduje trwałe szkody, które są dziedziczone. Te doświadczenia zapisują się w epigenetycznym kodzie.
Myślałam, że nigdy nie będę musiała pisać tego tekstu, no bo kto w dzisiejszych czasach bije jeszcze dzieci? Jak się okazuje – prawie połowa społeczeństwa. A większość z nich uważa, że klaps to nie bicie. Szturchanie, ciąganie za ręce, popychanie – też nie. Rodzice nie mają absolutnie żadnego pojęcia jak taki „klap” w tyłek działa. Nie zastanawiają się nad konsekwencjami tylko widzą efekt – dziecko mnie słucha. A to co się dzieje w jego głowie, to już jest nieważnie.
Zdarzyło mi się szarpnąć dziecko, bo leciało na głowę z wysokich schodów. Tak zwana siła ochronna – gdybym nie złapała (a na pewno mój chwyt bolał) to już widziałam jak się obija o każdy kolejny schodek. To było w dobrej wierze. Po tym incydencie wszystko we mnie buzowało, byłam tak zdenerwowana, że nie wiedziałam co robić. Pierwszy odruch to była ogromna złość na dziecko, że tam polazł(takie słowa uruchamia mózg w stresie!), nie słuchał się, a wołałam. Mimo tego, że NIGDY nie podniosłam ręki na żadne z dziećmi, to wtedy naprawdę coś mi z tyłu głowy mówiło, że normalnie bym wlała. Potrzebowałam wyładować gdzieś ten stres, złapałam go i z całej siły…
przytuliłam. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. NIGDY.
Niektórzy mogą mieć złudne wrażenie, że taki klap w tyłek (lekki) też jest w dobrej wierze, bo chcemy dobrze. Jak napisałam wyżej – robimy dziecku krzywdę.
Przemoc zaburza prawidłowy rozwój dziecka. W jego ciele wytwarza się hormon stresu, który hamuje harmonijny rozwój. Zmiany wywołane przez zbyt dużą ilość hormonu stresu zahamowują rozwój komórek tkanki nerwowej w mózgu, a także znacznie osłabiają układ odpornościowy. Dzieci częściej chorują.
Przestają tworzyć się połączenia mózgowe, a strukturalne i funkcjonalne zmiany w mózgu przypominają te, które zaobserwować można u dorosłych cierpiących na depresję.
„Ale przecież zachowanie po klapsie się poprawia”
To tylko złudzenie – dziecko żyje w stałym stresie, że znów je dostanie. Nadal nie rozumie, co zrobiło źle, ale jego instynkt zachowawczy mówi mu, że ma tak nie robić. Niestety przez to, że NIC nie wyniosło z tej lekcji będzie nadal postępować tak, że na klapsa znów zasłuży. A wszystko dlatego, że RODZIC nie wie jak mu to wytłumaczyć, więc robi to ręcznie.
Nawet jeśli po wymierzonym klapsie będzie tłumaczył, że „tak nie wolno, bo to i tamto” to i tak dziecko tego nie zrozumie i nie wyciągnie z tego lekcji. Wiecie dlaczego?
Uczy się tylko wtedy kiedy jest miło i przyjemnie, a kiedy jest nerwowo się wyłącza. Dlatego dzieci z takich lekcji nie wyciągają ŻADNYCH wniosków. W stresie u wszystkich ludzi aktywuje się MÓZG GADZI, który jest odpowiedzialny za reakcję walki lub ucieczki. Małe dziecko, które nie jest w stanie walczyć z rodzicem, będzie uciekało. I nie mówię tu o fizycznym przemieszczaniu się, tylko będzie obojętne, nieobecne i ABSOLUTNIE nic się nie nauczy. Być może nie zrobi tego znów, bo będzie się bało klapsa, ale już w analogicznej sytuacji zrobi podobnie, bo nie będzie wiedziało, że to jest złe.
Najgorzej jest dać tego pierwszego klapsa. Wtedy coś pęka – relacja jest wtedy zerwana i jest bardzo duża szansa, że dziecko to zapamięta do końca życia. Nawet kiedy samo będzie już rodzicem to właśnie w stresowej sytuacji ze swoim dzieckiem może odruchowo chcieć podnieść na nie rękę. Tak działa MÓZG GADZI – najbardziej prymitywny.
Są jednak osoby, które przerwały to błędne koło i mimo tego, że same przemocy doświadczyły – definitywnie z nią skończyły. Tym osobom naprawdę należą się słowa uznania, bo te zachowania są mocno zakorzenione w mózgu i wychodzą w sytuacji stresowej.
O tym, że klapsy i przemoc (słowna) są złe – wie wiele ludzi, jednak sporo z nich nie widzi INNYCH metod wychowawczych i ich nie szuka. Widzą efekt, więc to działa. A co się dzieje w głowach dzieci, to juz nieważne.
Niestety wciąż wiele osób myśli, że dzieci są złe. Złe z natury: chcą nam zrobić na złość, na przekór, robią coś specjalnie po to tylko żeby nas zdenerwować albo przetestować. Zachowują się najgorzej, bo …. (wstaw, co chcesz).
Dzieci proszą o miłość i uwagę w najmniej przyjemny sposób.
Tak, to niestety prawda.
Dziecko nie przyjdzie i nie powie:
„Hej mamo, zostaw ten telefon i zajmij się mną”. Tylko weźmie nożyczki i potnie zasłony.
Albo
„Ej tato, no weź nie wracaj tak późno z pracy”. Tylko pobiję brata, bo wtedy tata ze mną pogada.
„Mamo, porozmawiaj ze mną o moich problemach” Tylko pójdę na piwo z koleżankami, bo one mnie słuchają.
Im bardziej wyskokowe są te wybryki, tym bardziej dziecko błaga o uwagę. Tak, dziecko może wybiegać na ulicę po to żeby zwrócić na siebie uwagę, aby było bardziej obecne w Twoim życiu.
Dziecko, które ma to wszystko pod dostatkiem, będzie wychowane w ciepłej relacji bez przemocy, będzie przejawiało mniej takich zachowań. (Chyba, że jego układ nerwowy nie będzie w pełni prawidłowo funkcjonował i może mieć zaburzenia SI – pisałam o tym wpis Gdybym urodziłą się 5 lat temu).
„Klaps” i wychowanie przez kary cielesne skreśla wiele w życiu dorosłym. Nawet ostatnio trafiłam na dwie publikacje, w których jest doskonale pokazane, jak przemocowe dzieciństwo wpłynęło, na to, kim są. Polecam obejrzeć serial: „Patrick Melrose” i przeczytać książkę Kasi Nosowskiej „AJa żem jej powiedziała”.
Nie sztuką jest napisać, że coś jest złe. Dlatego w następnym poście napiszę, co można zrobić żeby wychować dziecko z szacunkiem, tak aby wyrosło na dobrego człowieka – bez kar, bez szantażu i co najważniejsze bez przemocy.
Dziś wpis dla wszystkich, którzy rozważają Węgry. Kompletna lista miejsc które odwiedziliśmy – gotowa lista inspiracji. W tym poście zebrałam wszystko: miejsca gdzie spaliśmy, restauracje i atrakcje. Postaram się opisać je jak najdokładniej żebyście mieli gotową, ciekawą trasę na wyjazd.
Ten filmik powie wam wszystko:):
W tym wpisie opisałam to, co nas tam ciągnie, czyli: jedzenie, bliska odległość, źrodła termalne, ciekawe atrakcje dla rodzin z dziećmi. Jeżeli jeszcze się wahacie, to przeczytajcie ten wpis.
10 powodów, dla których warto odwiedzić Węgry
Jeżeli szukacie czegoś blisko to bardzo Wam polecę okolice Miskolca. W tym wpisie poniżej macie wszystko:)
Węgry z dziećmi
A teraz przechodzimy do naszego wyjazdu. Bardzo chcieliśmy znów tam pojechać, dlatego zdecydowaliśmy się na objazdówkę. To był strzał w dziesiątkę – zobaczyliśmy bardzo dużo, dzieci były zachwycone różnorodnością, a my zrobiliśmy też rekonesans, gdzie warto następnym razem przyjechać na dłużej. Nasza podróż trwała 16 dni i tak jak zawsze zaczęliśmy od Rzeszowa, gdzie mamy dziadków.
W sumie przejechaliśmy około 2000 km. Tak wyglądała nasza trasa. Pomiędzy jednym a drugim miejscem mieliśmy od 50 do 100 km, więc niedużo.
Wieczorem wyruszyliśmy do Rzeszowa, tam spędziliśmy u dziadków 2 dni i rano wyjechaliśmy na Węgry. Droga do granicy jest dość mocno uczęszczana, a do tego wąska. Nie pojedziecie tam zbyt szybko. Ale jak tylko przekroczycie granicę to jedzie się super.
Prawie cały czas jest dwupasmówka. Tylko w jednym miejscu jest mała serpentyna, ale później już jest prosta droga. W połowie drogi zatrzymaliśmy się restauracji, którą odwiedziliśmy poprzednim razem i skradła nasze serca. Warto tam się specjalnie zatrzymać. Jest w miejscowości Encs, ok 40 km od Miskolca.
Anyukám Mondta
Pod wieczór dotarliśmy do naszego pierwszego noclegu.
RADA: wybraliśmy trochę za długi odcinek na początek. Lepiej by było zatrzymać się np. w okolicach Egeru lub nawet w Miskolcu. Chociaż jechaliśmy długo to dzieci zniosły podróż świetnie. Ale następnym razem inaczej bym to zaplanowała. Na końcu wpiszę Wam fajne miejsca, które mam w swoim sekretnym folderze „Do odwiedzenia”.
Nie ukrywam, że jest to najpiękniejszy region Węgier, jaki do tej pory widziałam. Chciałabym kiedyś przyjechać tam na dwa tygodnie i poruszać się tylko w tym regionie. Wszędzie jest przepięknie, są pagórki, na których winorośle wznoszą się do słońca. Najlepsze jedzenie jadłam właśnie tam. Każda miejscowość wygląda, jak z pocztówki. Piękne domy, wspaniałe restauracje i ludzie z południowym trybem życia. Bardzo żałuję, że byliśmy tam tak krótko, bo się nie nasyciłam.
Noclegi: ten spędziliśmy w miejscowości Zánka nad Balatonem.
FÜGEKERT Bed & wine – przyjemna agroturystyka z klimatycznymi pokojami. Właściciel bardzo pomocny i wesoły (na rezerwacji zobaczył wiek dzieci i kupił im książki dostosowane do ich umiejętności). Rano śniadanie wszyscy jedzą na tarasie. Pięknie i smacznie, chociaż mojemu mężowi brakowało typowych dań. Ale ja byłam zachwycona. Dla dzieci jest mały plac zabaw i hamak.
Rano jak wstaliśmy to chcieliśmy pojechać do Aquaparku (KLIK) na cały dzień do Balatonfüred (około 20 km od Zanka). Niestety okazało się, że Annogora jest czynna od 14.06 do 2.09, więc nie mogliśmy skorzystać.
Tuż obok aquaparku jest Sun City – miasteczko do którego weszliśmy przenosząc się w czasie. Chatki i zabudowania wyglądały na Egipt, a nie Węgry. Okazało się, że wieczorem odbywają się tam imprezy. Ale miejsce jest naprawdę wyjątkowe.
Później specjalnie pojechaliśmy do znanej piekarni: Peklany (KLIK). Pieczywo z tej piekarni śni mi się po nocach. Kupiliśmy pyszne cynamonowe csiga (czyli ślimaki) i dużo innych specjałów. Węgrzy potrafią robić obłędne pieczywo, ale trzeba wiedzieć gdzie. Piekarnia jest czynna w soboty dość krótko, więc sprawdźcie godziny.
Bistro Sparhelt
Później pojechaliśmy do Tihany pozachwycać się najpiękniejszym widokiem na Balaton. Miejscowość jest typowo turystyczna, więc zobaczyliśmy, co chcieliśmy i pojechaliśmy dalej. Mieliśmy jeszcze pójść na plac zabaw (wpiszcie w google Tihany jatszoter), ale dzieci były głodne, więc pojechaliśmy na obiad.
W Kali-medence jest jedna wioseczka (Koveskal), która ma absolutnie doskonałą restaurację (mają też nocleg) Kővirág. Musicie jednak pamiętać żeby do Kovirag zadzwonić z rezerwacją na obiad. To miejsce to jest absolutny majstersztyk pod każdym względem: jest pięknie, przepysznie i jest znakomita obsługa. Kiedyś na pewno tam wrócimy.
Na lody pojechaliśmy do wioski obok. Kő fagyi? (KLIK) to niesamowite miejsce. Wchodzi się jak do kogoś na podwórko na wsi i jesz je na murku. Lody były przepyszne. Mój mąż delektował się lodami o smaku białego wina. Czynne jest tylko w weekendy!
Jak już byliśmy tak blisko to podjechaliśmy do pubu Káli-kapocs (KLIK). Bardzo ciekawe miejsce – pub w stylu „ruin bars”. Weszliśmy zobaczyć i bardzo nam się podobało.
Później pojechaliśmy do naszej miejscowości Zanka (5 km od Koveskal) i poszliśmy na plażę.
Na koniec dnia poszliśmy na piechotę z Fugekert do restauracji na kolację. Pięknie położona na wzgórzuNeked Főztem Zánka gasztrokocsma (KLIK). Była muzyka na żywo, pyszne jedzenie, zachód słońca i świetna łódka dla dzieci. Spędziliśmy tam świetny czas:)
To było pierwszy bardzo intensywny dzień, który można by było rozłożyć na kilka dni. Ale tak byliśmy głodni wrażeń, że chcieliśmy tego wszystkiego spróbować!
Rano (niedziela) spakowaliśmy się i pojechaliśmy na klimatyczny, okoliczny węgierski targ, który jest tylko w niedzielę KLIK. Pojedliśmy specjałów, pooglądaliśmy różne ciekawe rzeczy i pojechaliśmy dalej.
Padło na Hévíz i jezioro termalne (największe w Europie KLIK). Pomysł wydawał nam się wspaniały – spędzimy w ciepłej wodzie kilka godzin i pojedziemy dalej. Całość wyglądała imponująco – plac zabaw, zacienione miejsce na trawie na koc, sporo ludzi. Czar prysł jak Daniel wszedł do wody.
Cieplutka woda była wspaniała, ale niestety było głęboko. Całe jezioro (z jednym małym wyjątkiem) ma głębokość około 2,8 m. Z dwójką dzieci było naprawdę ciężko – cały czas musiałby pływać. Węgrzy przychodzą ze swoimi makaronami, które unoszą ich na wodzie. Ale jednak z małymi dziećmi to nie był dobry pomysł. Znaleźliśmy jedno miejsce na środku jeziora, do którego wchodzi się przez budynek, gdzie był wstawiony niewielki płytki basen. Polecam to miejsce do wypróbowania, ale nie z małymi dziećmi.
Na obiad poszliśmy w Heviz do Brix Bistro. Było bardzo smacznie i miło.
Na kolejny nocleg wybraliśmy Kristinus Borbirtok (KLIK), czyli hotel przy winnicy. W tym miejscu nie było nic, a nic dla dzieci, ale tak jak rozmawiam z mężem to właśnie tam najbardziej odpoczęliśmy – przepyszne wino i jedzenie w stylu fine dining. Dzieci biegały przy tarasie, zbierały kamyki i się cieszyły.
Byliśmy tam tylko jedną noc i rano ruszyliśmy dalej. Nasz kolejny cel to był Pecs, ale po drodze zatrzymaliśmy się w bardzo niepozornej miejscowości Kaposvar. Chcieliśmy skorzystać z aquaparku w tym mieście.
Dla dzieci są dwa brodziki ze zjeżdżalnią i mini fontanną. Dla starszych są inne atrakcje. Są też baseny na zewnątrz. TUTAJ więcej o tym miejscu. Po tej miejscowości nie spodziewałam się wiele, ale jak weszliśmy do miasta, to okazało się, że jest pięknie! Ogromne wrażenie zrobiły na mnie alejki z platanami, które tworzyły tunele. Zaprakowaliśmy właśnie w takim przy fajnej kawiarni .
Znalazłam też niesamowitą cukiernię, ale już nie mieliśmy czasu żeby tam pójść: Gardann
Pécs – miasto, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Przechodząc koło kolorowych fasad miałam wrażenie, że jestem w Hawanie (tylko na Kubie wszystko jest zniszczone, a tu nie). Pecs jest jak z innej bajki. Na środku rynku jest ogromny meczet, na budynkach widać motywy muzułmańskie. A samo miasto jest położne na wzgórzach.
Zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznych apartamentach Adele apartments. To był strzał w dziesiątkę – apartament przepiękny z aneksem kuchennym bardzo blisko rynku. Bardzo Wam je polecam!
W Pécsu byliśmy kilka dni i było wspaniale. Odwiedziliśmy Zsolnay Negyed, czyli tereny fabryki porcelany. Miejsce tak genialne, że byliśmy tam cały dzień. W jednym miejscu macie 5 placów zabaw, zapierające dech w piersi mozaiki, małe centrum podobne do warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. A wszystko w pięknym otoczeniu.
Jednego przedpołudnia wybraliśmy się do Villánykövesd – to mała bardzo klimatyczna wioska z malutkimi winnicami. Na przeciwko tych białych budynków jest plac zabaw, więc każdy będzie zadowolony. Tuż obok jest bardzo klimatyczna wieś Palkonya z restauracją z pysznym jedzeniem Palkonyha.
W Pecsu jest jedno miejsce, gdzie jest przepięknie, jest pyszne jedzenie i kawa, a do tego jest kącik z zabawkami dla dzieci (śniadania i lunche, czynne do 15). Bardzo miło wspominam Reggeli.
Po kilku dniach w mieście pojechaliśmy na wieś. Naszym kolejnym noclegiem było Apponyi Kiskastély natur minihotel. Po drodze z Pecsu zatrzymaliśmy się w świetnej restauracji Almalomb. Restauracja położona na polanie nad maleńkim strumykiem skradła nasze serca. Wszystkie produkty są regionalne, robione przez kucharzy. Majstersztyk! Obsługa bardzo kidsfriendly i mówiąca po angielsku.
Po południu dojechaliśmy do Apponyi. To miejsce jest jak z innej bajki, trochę przypomina Pana Tadeusza, a trochę Toskanię. Piękne, zadbane miejsce idealne na wypoczynek. Jest tam mały plac zabaw dla dzieci i basen z podgrzewaną wodą na zewnątrz. Jedzenie bardzo regionalne, ale smaczne.
Na terenie jest mnóstwo drzew i kwiatów, a co za tym idzie było sporo owadów, które niestety dość mocno pokąsały nam dzieci. Piszę o tym otwarcie, bo może to naprawdę utrudniać pobyt. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tam tak było. Może o innej porze roku byłoby lepiej?
Po dwóch nocach na wsi ruszyliśmy do Budapesztu autostradą. Tego dnia padał deszcz, więc od razu pojechaliśmy do centrum do Mini polisz – to sala zabaw dla dzieci, gdzie można bawić się w różne zawody. Było fantastycznie! 3 h zabawy kosztowały całą rodzinę około 100 zł, a dzieci nie chciały stamtąd wychodzić.
Niestety to była sobota, a do tego brzydka pogoda, więc ludzi było mnóstwo. Jeżeli będziecie planować odwiedzić to miejsce, to zróbcie to w tygodniu rano.
Pewnie zapytacie, gdzie się zatrzymaliśmy. Otóż mój mąż marzył o tym, żebyśmy się zatrzymali w Hotelu Gellert. Bardzo starym, który pamięta dawne czasy. Faktycznie, jest klimatyczny, ale dość zniszczony. Najlepsze okazało się na miejscu, jak już weszliśmy do pokoju. Hotel Gellert jest miejscem TYLKO dla dorosłych.
Mój mąż nie wpisał dzieci, bo na bookingu podaje wtedy dwa pokoje. Tak więc przez 3 dni udawaliśmy, że nie mamy dzieci;) Żartuje, po prostu staraliśmy się żeby dzieci nie biegały, nie krzyczały itp. Oczywiście to było bardzo trudne i frustrujące. Sam hotel ma swój klimat i przepiękne termy. Myślę, że jest to miejsce na wyjazd bez dzieci lub z mamą.
Pośrodku widok z balkonu hotelowego
Następnego dnia poszliśmy na termy hotelowe. Goście mają zniżkę 50%, ale i tak zapłaciliśmy około 40 euro. Byłam zachwycona zdjęciami term, które widziałam w sieci i miałam duże oczekiwania wobec tego miejsca. Okazało, że to nie jest miejsce dla nas. W środku była zimna woda, a na zewnątrz basen z ogromnymi sztucznymi falami, których moje dzieci się bały. Pomoczyliśmy się trochę w najmniejszym ciepłym basenie i lekko zawiedzeni ruszyliśmy na obiad.
W Budapeszcie już byliśmy kiedyś z dziećmi i nie chcieliśmy powielać miejsc. Możecie przeczytać o nich tutaj:
Budapeszt z dzieckiem
Tym razem spaliśmy w tym hotelu też ze względu na lokalizację: tuż obok góry Gellerta. Na samej górze są przepiękne widoki, a do tego 3 absolutnie rewelacyjne place zabaw. Jeden ze zjeżdżalniami i trampolinami, drugi z kredkami, a trzeci z postaciami z bajki Vuk (na przeciwko są też pyszne lody). W Budapeszcie jest chyba ze 20 placów zabaw, które są unikatowe.
Kolejnego dnia wybraliśmy się przez most na piesze zwiedzanie i delektowanie się miastem. Przeszliśmy przez most na stronę Pesztu. Miałam tam zapisanych kilka miejsc, które koniecznie chciałam odwiedzić.
Na początku legendarne lody w kształcie róży. Gelarto rosa to pyszne lody, które są małym dziełem sztuki. Dużo smaków jest bez mleka i alergenów, więc warto się tam wybrać.
Zjedliśmy lody i pospacerowaliśmy koło katedry. Poszliśmy dalej w poszukiwaniu wrażeń. Później zatrzymaliśmy się na obiad w chyba najlepszej restauracji, w jakiej byłam w Budapeszcie. Miałam ją zapisaną na swojej liście. Börze to miejsce wyjątkowe! Pyszne i niedrogie jedzenie, a do tego piękne wnętrza.
W tej okolicy jest jeszcze piekarnia i kawiarnia Artizan, gdzie warto wstąpić. Niestety byliśmy tam w niedzielę i było zamknięte. Przeszliśmy obok budynku parlamentu i na koniec zawitaliśmy na plac zabaw w Olimpia Park – super miejsce na kilka godzin zabawy. Jak tam będziecie to weźcie ubranie na zmianę, bo jest tam mini wodny plac zabaw.
Na przeciwko placu zabaw jest bardzo fajna restauracja z kącikiem dla dzieci Magnet.
żeby je wszystkie odwiedzić to trzeba tam być z dwa tygodnie. Tutaj macie link do najlepszych atrakcji w Budapeszcie po angielsku, których ja nie opisałam:
15 things to do in Budapest with kids
Na blogu tej mamy możecie znaleźć też inne perełki np. takie place zabaw:
8 megújult játszótér Budapesten, amit már nagyon vártunk!
Aż żal, że w pl nie ma takich (poza węgierskim, o którym pisałam Węgierski plac zabaw)
Po 3 dniach ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze zatrzymalismy się na plaży w Lupa Strand w Budakalasz. To miejsce śni mi się do dziś – ktoś miał niesamowity pomysł. Wszystko jest tam dopracowane w każdym szczególe. Jest oddzielna plaża dla dzieci z toaletą, placem zabaw, a nawet daszkiem nad wodą – żeby dzieci mogły schować się przed słońcem. Woda w jeziorze jest bardzo ciepła i przyjemna.
Jest też wydzielona płytka woda, tak aby nie musieć się przejmować głębokością. Wokół jeziora każdy znajdzie coś dla siebi: pyszne jedzenie – podzielone na różne smaki, wino, czy drinki. Można też popływać na desce lub na wakeboardzie, a nawet pohuśtać się na wodnej huśtawce. W tym miejscu naprawdę odpoczęliśmy i było nam mało. Kiedyś przyjedziemy tutaj na dłużej. Plaża jest prywatna i płatna (wstęp na cały dzień około 100 zł).
TIP: ta plaża jest dość blisko Budapesztu i Szentendre (czyt. Sentendre), bardzo klimatycznej miejscowości w serbskim stylu. Gdybym jechała tam pierwszy raz to bym poszukała noclegu w Szentendre. Na jeden dzień wyskoczyłabym też do skansenu, który jest obok tej miejscowości. Byliśmy tam w tamtym roku i było CUDOWNIE. Zwierzęta, kolejka do jeżdżenia po skaksenie, place zabaw! Raj na ziemi:)
Szentendre
Na sam koniec naszej wyprawy zawitaliśmy do historycznej miejscowości Wyszegrad. Spaliśmy w hoteli Silvanus położonym bardzo wysoko z bajecznym widokiem na Dunaj. Mieliśmy tam śniadania i obiadokolacje, więc prawie cały czas siedzieliśmy w basenach, które były świetne – dobra głębokość i temperatura, akurat dla dzieci.
Jednego dnia wybraliśmy się na godzinę na pobliskie ruiny zamku, a drugiego dnia na plac zabaw (płatny) przy drugim zamku. Tam odpoczęliśmy najbardziej 🙂
Plac zabaw przy Matyas Kiraly (płatny)
Wracaliśmy autostradą i po drodze chciałam jeszcze zobaczyć magiczne jezioro Bokodo, ale dzieci zasnęły i już nie było możliwości, ale może Wam się uda.
Całą podróż zapamiętamy na długo. Dzieci były zachwycone i z pewnością jeszcze nie raz się na Węgry wybierzemy. Poniżej zamieszczam Wam jeszcze linki do fajnych hoteli i miejsc, które mam zapisane w swoim folderze. Może i Was one zainspirują do podróży na Węgry.
1. Kreinabacher Birtok – miejsce na wypad dla dorosłych – wino i design
2. Mala garden – cudowny hotel w Siófok z najlepszym jedzeniem i widokiem na Balaton
3. Passkom Cottage – klimatyczna agroturystyka
4. Bambara Hotel – klimaty afrykańskie w okolicy Egeru (raj dla dzieci)
5. Kali Art Inn – tylko z dziećmi powyżej 10 lat
6. R40 Vendégház – wino i klimat w Mád
7. Saliris Resort & spa – kompleks hotelowy z bajecznymi termami ( w okolicach Egeru jest bardzo dużo term!)
8. Alsoors Marina – marynistyczny klimat nad Balatonem
9. Azur Premium Siofok – mega hotel dla rodzin z dziećmi
10. Avalon Park – piękne miejsce na wypad z dziećmi (byliśmy w nim tydzień – Węgry – okolice Miskolca
11. Nomad Hotel and Glamping – stylowy i bardzo oryginalny glamping
Jeżeli wolicie klimatyczne agroturystyki to szukajcie na tym portalu. Są tam same perełki:
http://nivos-szallasok.hu
A na tej stronie same najlepsze restauracje i noclegi wokół Balatonu. Mam ich mapę i bezpłatną aplikacje na telefonie. Cały czas jej używałam jak tam byliśmy i każde z tych poleceń okazało się strzałem w dziesiątkę:
https://gasztroterkepek.hu/en/