kontakt i współpraca
Przepis na pudding chia, który uwielbiam i robię bardzo często. Pod ostatnim wpisem o Warzywach prosiliście mnie również o zdradzenie naszych ulubionych przepisów na domowe lody.
Nasionka chia (szałwia hiszpańska) odkryłam rok temu i do tej pory mi się nie znudziły. Jem je bardzo często w różnych formach (nie przekraczając dziennej dawki 15 g).
Pamiętam jak opublikowałam zdjęcie mojego puddingu kilkanaście dni po porodzie Juniora, to wiele osób zapytało, czy nie obawiam się zmniejszenia ilości mleka. Otóż nie, chia nie wpływa na laktację i mogą ją spokojnie jeść mamy karmiące. Wiadomo nie od dziś, że nasz rodzima szałwia wpływa na zmniejszenie ilości mleka, jednak takie właściwości mają liście naszej polskiej szałwii.
Chia to tzw. superfood, czyli są to nasiona, które mają bardzo pozytywny wpływ na zdrowie człowieka. Przede wszystkim zawierają wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, a teraz uwaga:
Więcej informacji o dobrodziejstwie nasionek chia przeczytacie TUTAJ
Przepis na pudding chia może się wydawać skomplikowany, jednak jest naprawdę prosty. Jest kilka składników, które bardzo pasują do puddingu i zaraz Wam o nich napiszę.
Dodam jeszcze, że chia jest polecana przy dietach, bo są niskowęglowodanowe, a wszystkie węglowodany pochodzą z błonnika.
1.Do słoika lub kubka nasyp nasiona chia (2 łyżki dla dorosłego dziennie lub 1 łyżka dla dzieci)
2.Dolej 100 ml mleka (ja używam roślinnego, czasem krowiego, ale najlepszy wychodzi z mlekiem kokosowym lub migdałowym. Możesz też dodać odrobinę słodkiego syropu, ale ja tego nie robię, a i tak jest dobre.
3.Całość wymieszaj lub jeśli używasz słoika zakręć słoik i potrzep nim by wszystko się wymieszało, nasionka muszą być zanurzone.
4.Zostaw na 15 minut w lodówce. Następnie wymieszaj pudding.
5. Całość zostaw w lodówce na noc lub minimum 3-5h .
6.Wyjmij pudding.
7.Dodaj ulubione dodatki. Smacznego!
Do puddingu pasują najbardziej świeże owoce, ale ja mam dwa swoje sprawdzone przepisy, które są obłędne.
Kiedy wyjmę już gotowy pudding to przygotowuję drugą część. W misce duszę widelcem połówkę dojrzałego banana z łyżeczką dobrego masła orzechowego (najlepsze arachidowe z Rossmanna). Mieszam masę dokładnie i kładę na pudding. Górę posypuję pełnoziarnistymi płatkami i świeżymi owocami. Warstwy możecie układać dowolnie np. chia – masa z masłem orzechowym i bananem – chia – płatki – owoce
Zdradzę Wam jeszcze jeden trik! Jeżeli chcecie jeszcze bardziej pysznie wyglądający pudding to wcześniej ukrojcie bardzo cienkie plasterki owoca (2-3 mm) np. świetnie się sprawdza kiwi, truskawka, banan i przyklejcie go do ścianek. Następnie przełóżcie pudding.
i
Do puddingu dodać jeszcze odrobinę cynamonu, i miodu. Pół jabłka pokroić w kosteczkę i prażyć na patelni z łyżeczką masła, posypać cynamonem. Uprażyć płatki migdałowe. Masę jabłkową lekko przestudzić i położyć na pudding. Całość posypać płatkami migdałowymi.
Smacznego:)
Nasionkami posypuję również koktajle np. taki z ananasem i mlekiem kokosowym, a czasem dosypuję do szklanki wody.
Tak, oczywiście, tylko nie w dużych ilościach (ma sporo błonnika). Moja córka uwielbia puddingi, ale daję jej deser zrobiony z jednej łyżki chia i 50 ml mleka. Junior czasem wyprosi jedną łyżkę puddingu, albo dosypuję niewielką ilość do owsianki.
Te lody są dziecinnie proste w wykonaniu i nawet 3-letnie dziecko je samo zrobi.
Do foremek nalewamy do połowy wodę kokosową lub wodę smakową i wrzucamy owoce.
To tyle 🙂 Są naprawdę pyszne i bardzo orzeźwiające
Przepis na 4 lody
Banana wcześniej smażymy na odrobinie oleju kokosowego lub pieczemy w piekarniku. Dzięki temu będzie miał naprawdę ciekawy smak.
Wszystko miksujemy i wkładamy do foremek.
Ten z lewej jest arbuzowy
na 4 lody
Na kilka godzin przed rozpoczęciem zamrozić: borówki, maliny i banana. Banany obieramy ze skóry i kroimy na małe części i wkładamy do zamrażarki
Do miksera wkładamy składniki pierwszej warstwy: borówki, pół mrożonego banana, 1/4 szklanki jogurtu, 1/4 łyżeczki miodu i miskujemy. Przelewamy do kubka lub dzbanka.
Myjemy mikser i wkładamy składniki na drugą warstwę: maliny, pół banana, 1/4 szklanki jogurtu, 1/4 łyżeczki miodu i miskujemy. Przelewamy do kubka lub dzbanka.
Szybko (aby masa się nie rozpuściła) przelewamy je do foremek warstwowo. Całość mrozimy 3-4 godziny.
Jeżeli szukacie fajnych foremek to polecam takie TUTAJ
lub też takie TUTAJ
Takie TUTAJ
Rice TUTAJ
Wyobraź sobie miejsce, gdzie dzieci biegają od rana do wieczora boso po trawie. Słychać ich beztroski śmiech, a pory dnia wyznacza tylko wschodzące i zachodzące słońce. Nie ma pośpiechu, nerwowego zbierania się, a jest czas wolny: drzemka na hamaku, harce w strugach wody i zabawy od rana do wieczora.
Nasz weekend właśnie tak wyglądał, a miejsce, które wprawiało nas w taki wolny rytm nazywa się Borówkowe domki.
Zaledwie 50 minut od Warszawy (jadąc autostradą w kierunku Łodzi) znajduje się idylliczne miejsce, które z pewnością jeszcze nie raz odwiedzimy. Wyjechaliśmy w piątek o 16 i o dziwo nie utknęliśmy na wylotówce.
Godzinę później nasze dzieci już biegały swobodnie po trawie. Jak wiecie mieszkamy w centrum Warszawy i często robimy sobie takie wycieczki na łono natury. W Dmosinie poczułam się trochę jak u mamy na Podlasiu (tylko jest zdecydowanie bliżej).
Pojechali z nami nasi znajomi z dwójką dzieci. Wiem, że z nimi nie można się nudzić, a nasze starsze dzieci bardzo dobrze się ze sobą dogadują i praktycznie cały czas zajmują się sobą. Było cudownie!
Są to 2 duże, drewniane domy, wybudowane w ubiegłym roku. Jak tylko je zobaczyłam u Kasi z travelicious.pl to wiedziałam, że musimy się tam wybrać! Dla gości przeznaczone są 4 apartamenty (po dwa w jednym domu).
My w 8 osób (4 osoby dorosłe, 2 czterolatków, 2 roczniaków) bez problemu zmieściliśmy się w jednym apartamencie i tak w domku jedynie spaliśmy. Cały weekend spędziliśmy na terasie, w ogromnym ogrodzie i na polu z borówkami.
Domki są dwupoziomowe (góra jest dość wysoko) więc wysłałyśmy tam naszych mężów;) Wykończone są w drewnie i mamy tam do dyspozycji: łazienkę z prysznicem (można wziąć z domu wanienkę), kuchnię z aneksem kuchennym, lodówkę, tv, komodę pełną gier i książek dla dzieci oraz taras.
Ale najważniejsze jest na zewnątrz! Nie ma schodów, ani różnych przeszkód, przy których musiałabym cały czas pilnować wszędobylskiego Juniora. Przy tarasie jest ogromy ogród. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że moje dzieci tak bardzo będą z tego korzystać. Właściwie cały weekend spędziliśmy na podwórku.
Do dyspozycji gości jest nawet sauna. Kiedy zrobiło się cieplej nalaliśmy dzieciom wody do baseników, ale był ubaw!
Ale powiem Wam, że największą atrakcją jest niewątpliwie pole pełne borówki. Kiedy rezerwowałam nasz pobyt (a było to w marcu, bo terminy rozchodzą się jak świeże bułeczki) specjalnie sprawdziłam, czy aby napewno owoce będą już się nadawały do zbiorów prosto z krzaka.
Moja starsza córka borówki UWIELBIA, więc była to niesamowita okazja żeby zobaczyć jak wygląda na żywo oraz jeść owoce o zachodzie słońca prosto z krzaka. Wszyscy byliśmy oczarowani! Plantacja, która położona jest na wzgórzach przypomina zielone pola winorośli w Toskanii. Chodziliśmy tam nawet 3 razy dziennie:) Dalej jest jeszcze plantacja porzeczek i piękny staw.
Nie napisałam Wam jeszcze o jedzeniu… Przemiła Gospodyni powitała nas koktajlem z borówki, a później przynosiła jedzenie do domku i jedliśmy je na tarasie. Proste śniadanie zrobione z regionalnych składników to uczta dla kubków smakowych.
Przepyszne placki z borówkami, domowy twarożek, czy też jajecznica zostaną w mojej pamięci na długo. Śniadanie wliczone jest w cenę pobytu. A na obiad możecie zamówić np. wyśmienite pierogi. Do dyspozycji gości jest również grill (możecie tam upiec różne rzeczy) lub zrobić ognisko.
My do Borówkowych domków pojechaliśmy wypocząć i to był główny punkt programu. Spędziliśmy tam niesamowity weekend, a nasze dzieci miały okazję biegać boso, huśtać się w hamakach i cieszyć się otaczającą przyrodą. Niesamowite jest to, że wystarczy godzina drogi z Warszawy i już jesteśmy na działce pełnej zieleni.
Jeżeli szukacie ciekawego miejsca na wyjazd z dziećmi niedaleko od Warszawy koniecznie zajrzyjcie do Borówkowych domków
a na inne podróże może wybierzecie Węgry – 10 powodów by je odwiedzić
a tu polskie Najlepsze Hotele dla rodzin z dziećmi
Gry podróżne nie muszą zajmować wiele miejsca. Kiedy się pakujemy musimy zwracać uwagę na gabaryty i często brakuje nam dodatkowej przestrzeni np. na gry, które mogą nam umilić podróż. Dodam jeszcze, że chodzi mi raczej o gry, w które gramy na wyjazdach, a nie w samochodzie;)
Chociaż niektóre z nich sprawdziłyby się w samolocie. Każda z nich jest niewielkich rozmiarów i bez problemu mieści się nawet w małym plecaku dziecka. Gry podróżne to fajny pomysł na spędzenie czasu razem.
Dostępne TUTAJ
Klasyczne, kartonowe memo z owocami. Jest to jedna z naszych ulubionych gier pamięciowych. Zadaniem dziecka jest odnalezienie pary. Sama uwielbiam w nią grać.
Ta wersja jest zamknięta w małym pudełeczku, które bez problemu zmieści się w bagażu.
Prosta gra karciana, która wzbudza wiele emocji. Szczególnie wtedy kiedy ktoś wyciąga kartę z Piotrusiem;) Nasza wersja ma piękne ilustracje ze zwierzętami. Po odłożeniu karty z Piotrusiem można grać nimi w memory. Całość z instrukcją zamknięta jest w kartonowym, grubym pudełku.
Grę w domino chyba każdy zna. Ta wersja ma dwa warianty gry, dla mniejszych dzieci jest domino obrazkowe, a dla większych z kropkami do liczenia. Ilustracje są przepiękne! Całość zamknięta jest w saszetce na zamek i dzięki temu mieści się bez problemu w bagażu.
Bardzo fajny pomysł na podróżną wersję szachów. Szachownicą jest woreczek, do którego chowa się pionki. Są różne wersje tej gry. My akurat lubimy grać w warcaby.
Dostępna TUTAJ
Świetna, dość prosta gra karciana dla dzieci i dorosłych. Zasadami trochę mi przypomina grę w makao. Powiem Wam, że nieźle się w nią wciągneliśmy i do tej pory budzi u nas wiele emocji.
Zasady są takie żeby jak najszybciej pozbyć się kart, a utrudnia nam to zawodnik przed nami. Żałuję jedynie, że opakowanie jest wykonane ze słabego kartonu i nie wygląda już zbyt dobrze.
Absolutny hit! Moje dziecko jest niesamowitą gadułą, więc ta gra pozwala spożyć trochę jej energii w tym kierunku, a przy okazji nauczyć się opowiadania. Według mnie jest to gra, którą naprawdę warto mieć. Jej walory edukacyjne są tak duże, że polecam ją każdemu rodzicowi.
Dzięki zabawie z tymi kostkami dziecko uczy się konstruować dłuższe wypowiedzi, intesnywnie myśli oraz poznaje nowe słownictwo, a przy okazji cała rodzina świetnie się bawi.
Można w nią grać nawet w samochodzie.
Są dostępne różne wersje.
Na koniec chcę Wam polecić jeszcze moje odkrycie. Bardzo długo szukałam zestawu do gry w badmingtona dla dzieci. Sama jestem ogromną fanką tego letniego sportu:) W końcu się udało. Dopadłam idealny zestaw z lotką i piłką. Paletki są lekkie i idealnie wilkością pasują do dziecięcej ręki. Dostępne TUTAJ
Przy okazji polecam mój wpis o Jak nauczyć dziecko przegrywać
tu macie wpis najlepsze Gry planszowe dla dzieci
a tu Gry planszowe dla dorosłych
Ze swojego dzieciństwa pamiętam nie do końca dobrze umyte ogórki prosto z ogródka od babci, kwaśne czarne porzeczki, których nie lubię do dziś i papierówki urywane prosto z jabłonki na podwórku. To był smak, który zapamiętam na całe życie! A pomiędzy wcinałam placki ziemniaczane posypane cukrem lub pajdę wiejskiego chleba z chrupiącą skórką posmarowaną grubą warstwą masła.
Kiedy byłam dzieckiem nie przykładało się aż tak dużej wagi do jedzenia warzyw i owoców. Rodzice absolutnie nie przejmowali się faktem, że ziemniaki były jedzone trzy razy dziennie w różnej postaci. Sama pamiętam takie smażone, pokrojone na plasterki z liściem laurowym.
Aż przełknęłam ślinę.
Wówczas nikt nie zdawał sobie sprawy, że jedzenie ma taki duży wpływ na nasze zdrowie. Od kilkunastu lat panuje trend zdrowego odżywiania. Ja również chciałabym zapewnić moim dzieciom dobry start w przyszłość i dokształcam się w tej dziedzinie.
Nie ukrywam, że zależy mi na tym aby moje dzieci jadły warzywa i owoce od małego. Jednak wiele razy zdarzyło się tak, że nie chciały tknąć nawet palcem niczego co miało kolor zielony lub czerwony i zachęcająco wyglądało na talerzu. Ile to razy zbierałam brokuły z podłogi i wycierałam wtarte pomidory w stół? W buzi zazwyczaj lądowało niewiele, a ja się zastanawiałam dlaczego?
Ostatnio wrzuciłam na naszym profilu na Instagramie zdjęcia obiadu Juniora z opisem, że po raz 22 podaję mu pomidora i do tej pory jeszcze go nie zjadł, ale nie tracę nadziei. Wiele z Was napisało, że również ma podobną sytuację.
Zdaję sobie sprawę, że jest to normalne. Moje dzieci do niedawna również nie przepadały za warzywami. O ile owoce (niektóre!) gościły w ich małych dłoniach dość często, to warzywa były zawsze witane niezbyt wylewnie. Jednak widzę u mojej starszej córki sporą przemianę.
Z dziecka, które jadło: pomidory, ogórki, paprykę przemieniła się prawdziwego smakosza warzyw. Co się zmieniło? Nie uwierzycie, moje codzienne gadanie o tym co jest dobrego w jedzeniu warzyw i owoców przyniosło skutki.
Ogromny wpływ ma też edukacja w przedszkolu. Wczoraj przy obiedzie prawie uroniłam łzę wzruszenia. Kiedy podałam gotowane brokuły moja starsza, która raczej za nimi przepada rzekła:
„Mamo, to są teraz moje ulubione warzywa. Brokuły są bardzo zdrowe i wyglądają jak takie małe. słodkie drzewka”
Po czym zjadła WSZYSTKIE z talerza.
Mało nie spadłam z krzesła jak to usłyszałam. Jak to? Okazało się, że Lilka w przedszkolu polubiła kilka nowych warzyw i nie raczyła mnie nawet o tym poinformować. A ja nie przepytuję jej codziennie co zjadła, a co nie.
Ja oczywiście rozmawiam z nią o tym, że warzywa są zdrowe i warto je jeść. Pokazuję też, że lepiej jeść owoce w skórce i żeby soki pić tylko okazjonalnie. Jednak widzę, że edukacja w przedszkolu przynosi naprawdę dobry skutek.
Dlatego kiedy zostałam poproszona o bycie Ambasadorem kampanii społecznej „Owoce i warzywa w szkole” zachęcającej dzieci oraz ich rodziców do zdrowego odżywiania, zgodziłam się bez wahania.
Moje dzieci są jeszcze małe i na razie to do mnie należy pokazywanie świata i nauka, co jest zdrowe, a co nie.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w Polsce od 2009 roku w szkołach podstawowych trwa akcja, której głównym celem jest budowanie świadomości na temat znaczenia zdrowej diety. W tym unijnym programie wzięło udział aż 90 % placówek i dzieci z zerówek oraz klas I-III. Dzięki funduszom szkoły dostawały warzywa i owoce oraz edukowały sowich podopiecznych na temat znaczenia zdrowej diety.
Więcej o programie „Owoce i warzywa w szkole” możecie przeczytać tutaj: www.owocewszkole.org.
A w tym roku centralnym punktem tej akcji jest genialny edukacyjny serial animowany dla dzieci w reżyserii Tomasza Karelusa „Ekipa Chrumasa”.
Niedawno miał uroczystą premierę w kinie Muranów, a już dziś możecie obejrzeć pierwszy i drugi odcinek:
www.ekipachrumasa.pl oraz na kanale „Owoce i warzywa w szkole” na YouTube.
fot. Piętka Mieszko/AKPA
W czasie premiery dzieci miały okazję poznać sympatyczną świnkę o imieniu Chrumas, któremu głosu użyczył Jarosław Boberek, królika Uchola (Mirosłw Zbrojewicz), kozę Meee (Julia Kamińska) i Stracha na Wróble – muzyczny narrator (Włodek Paprodziad Dembowski). Serial składa się z pięciu kilkuminutowych odcinków, opowiadających m.in. o roli rodziców w programie, pochodzeniu owoców i warzyw, obecności programu w szkole oraz wpływie wczesnej edukacji na przyszłe wybory dzieci w zakresie żywienia.
Serial jest naprawdę świetny. W prosty sposób pokazuje jak ważna jest zdrowa dieta. Kiedy Lilka zobaczyła na własne oczy dziury w zębach u królika Uchola to się przeraziła i zapytała, czy naprawdę od słodyczy mogą się takie zrobić.
Bardzo fajne jest to, że serial jest ogólnodostępny i każdy może go obejrzeć. Najważniejsze jest to, że „Ekipa Chrumasa” skłania do rozmowy z dzieckiem na ten temat.
Nie zdajemy sobie sprawy jak ważna jest edukacja na temat diety. Nasze dzieci najprawdopodobniej będą jadły tak jak je nauczymy. Mój mąż wielokrotnie wspomina, że w szkole nauczył się tylu niepotrzebnych rzeczy, a brakowało mu np. wiedzy na tem odżywiania, składników, witamin. Dlatego cieszę się bardzo, że świadomość społeczeństwa rośnie, a szkoła te działania wspiera.
Mam jeszcze dla Was Chrumasowy konkurs. Jeżeli chcecie dołączyć do „Ekipy Chrumasa” i po mieście bujać się z taką fajną nerką na drobiazgi napiszcie w komentarzach zabawną nazwę warzywa lub owoca.
Pamiętam jak moja córa na pomidora powiedziała: Pan Midorek 🙂
Wśród odpowiedzi wybiorę 3 naciekawsze i nagrodzę Was takiem fajnym gadżetem.
Prawie pod każdym wpisem dostaję od Was pytania, gdzie kupuję różne ubrania dla dzieci. Pytacie o rozmiarówkę, długości, szerokości i ceny. Jako, że właśnie trwają wyprzedaże chcę Wam pokazać gdzie my kupujemy ubrania i buty dla dzieci.
Mam kilka swoich ulubionych sklepów, które odwiedzam regularnie. Najczęściej robię zakupy online, ale zdarza mi się również pofatygować osobiście.
Na wstępie napiszę Wam, że uwielbiam secondhandy, wcale się tego nie wstydzę i nie kupuję tam tylko dlatego żeby zaoszczędzić, bardzo często wynajduję tam takie perełki, że sama jestem w szoku.
Uwielbiam polować na okazje.
Takim cudem kupiłam np. sukienkę Burberry za 12,5 zł i Plecak Kanken za 10 zł.
Uczucie towarzyszące zakupowi tych łupów pamiętam do dziś;)
Lubię zrobić coś z niczego, ale niestety nie umiem szyć. Mam jednak cudowną ciocię, która szyje cudownie. Moje ulubiona przeróbka…
z…. 🙂
Nic się nie zmarnuje:) taki piękny kawałek tiulu zalegał mi w szafie, że poprosiłam ciocię o przeróbkę na spódnicę. Lilka chodzi w niej do dziś:)
Uszyła również Lilce taką super kieckę, w której chodziła przez dwa lata
Mam ich dosłownie kilka i kupuję tam rzeczy dość często.
Najbardziej lubię linię Newbie, ze względu na wzornictwo oraz materiały. Ubrania prane, odplamiane, prasowane bardzo długo wyglądają jak nowe. Uwielbiam Newbie za styl – jest dość klasyczny i dzięki temu ponadczasowy.
Mam kartę klubową tego sklepu i często dostaję powiadomienia sms o promocjach np: 3 za 2, lub 20 % zniżki na jedną rzecz. W tym sklepie są najlepsze body dla dzieci – kupuję je tylko tam. Bardzo mnie cieszy, że Newbie jest do 128 cm, bo i Lilce coś tam upoluję. Lubię również rajstopy Newbie. Rozmiarówka jest nieco zawyżona np. Julian nosi jeszcze sweter i spodnie 74, a z innych marek już dawno wskoczył w 80 (12-18)
Lubię za wzory i jakość. Szczególnie sukienki dla dziewczynek, body, spodnie trafiają w mój gust. Przesyłka nie jest najtańsza (25 zł) dlatego nie zamawiam po jednej rzeczy, tylko zawsze większą ilość.
Jestem zapisana do newslettera i dostaję powiadomienia np. o darmowej wysyłce lub promocjach. rozmiarówka jest raczej typowa i nie odbiega od wzrostu dziecka.
Świetne wzory i fasony, ale ciężko czasem wstrzelić się z rozmiarem. Nie mam pomysłu dlaczego ubrania tak się różnią. Niektóre są ogromne, a inne naprawdę małe. Kupuję tam body, pajace z abs dla Jula, sukienki dla Lilki. Widzę, że jeszcze nie zaczęła się wyprzedaż – warto tam zaglądać.
Już jakiś czas temu wprowadzili ubrania dla dzieci i się zakochałam! Kupowałam Julkowi tam kurtkę na zimę, Lilce na wiosnę. Jest dosłownie kilka sklepów stacjonarnych (Galeria Mokotów), ale prawie nigdy nie mam tam tego, co wypatrzyłam sobie online.
Jedyny minus jest taki, że paczka z Mango idzie około tygodnia, a dostawa jest za darmo od 15 zł. Rozmiarówka jest lekko zaniżona. Lilce zamawiam na 5-6, a Julowi na 18-24. Są tam też moje ulubione jeansy – zamówiłam właśnie 5 parę (są po 69 zł teraz)
Odkąd wprowadzili zakupy online to czasem coś zamówię dla Julka. Tego sklepu chyba nie trzeba Wam przedstawiać.
Baaardzo lubię ten sklep stacjonarny. Niestety są tylko dwa w Polsce: Warszawa Blue City, Gdańsk. Najczęściej kupuję tam ubrania dla Lilki: sukienki, spódniczki, bluzki itd. Ceny są naprawdę atrakcyjne, a ubrania mają świetne fasony i wzory.
Rozmiarówka jest zaniżona (Lilce teraz kupuję tam na 6 lat). Sklep jest ogromny i można tam ubrać całą rodzinę. Szczególnie polecam przed nowym rokiem szkolnym: np. getry 3/4, które Lilka nosi już drugi sezon kosztują tam około 10 zł.
Mam jeszcze ulubioną markę piżam. Jest to Carter’s. Najczęściej proszę znajomych z USA o przywiezienie kilku kompletów. Teraz też czekam:) Piżamy są rewelacyjnej jakości i wystarczają na rok. Możecie też je kupić w promo TUTAJ
Zapytacie pewnie o Zarę – przestałam tam kupować. Po pierwsze kilka ubrań dosłownie rozleciało się po pierwszym praniu, a po drugie nic mi się tam ostatnio nie podoba.
Wiem, że jest ich wiele, ale ja lubię tylko trzy. Jedną odkryłam stosunkowo niedawno i pomyślałam, że się z Wami podzielę, bo jest naprawdę genialna, a ubrania nie kosztują bardzo dużo.
Szukałam Julkowi miękkich krótkich szortów bez żadnych printów i trafiłam na ten sklep. Zamówiłam na próbę kilka ubrań i powiem Wam, że jestem zachwycona. Julek non stop biega w tych portkach, spodniach i bluzie. Lilce też wzięłam szorty i t-shirt.
Bardzo fajne ubrania, które są szyte z miękkiej dzianiny w Polsce. Nie zdawałam sobie sprawy, że można kupić takie ubrania za taką cenę. Na pewno będę korzystać regularnie i kupię dzieciom ubrania na przyszły sezon. Sami zobaczcie:
Zobaczcie sami, bo są świetne: Mybasic
Jestem dość rozsądna jeżeli chodzi o kupowanie ubrań, ale na Miszkomaszko lubię wydawać pieniądze, bo są genialne. Piękne printy, sukienki, które się kręcą (warunek konieczny) i fasony. Z zapartym tchem czekam na każdą kolekcję:)
Genialne fasony i cienkie czapy. Do tego ubrania są miękkie i się świetnie piorą.
Buty muszą być porządne i spełniać wiele warunków. Mam w sumie 3 ulubione marki i to się raczej długo nie zmieni.
Kiedy zamówiłam pierwszą parę Bobux to już wiedziałam, że zostaną z nami na dłużej. Mamy różne modele i jestem bardzo z nich zadowolona. Julian też w nich chodzi. Przede wszystkim buty są dostosowane do rozwoju stopy i dla maluchów buty będą wyglądały zupełnie inaczej niż dla starszaków. Cenię je ogromnie za najbardziej miękką podeszwę!
Druga marka to Igor – hiszpańskie trampki dla dzieci. Mamy już trzecią parę i na przyszły rok też napewno je zamówię. Tylko muszę Was ostrzec, że trzeba zamawiać o rozmiar większe i nie są to buty dla dzieci z wysokim podbiciem. Mało tego, na Lilkę wiele butów jest za szerokich, a te pasują idealnie. Teraz domówiłam nowy model Irene i jak Lilka z nich nie wyrośnie to będą jako kapcie do przedszkola. Trampki piorę raz na około 10 dni w pralce i noszą się znakomicie.
Lubimy też polskie Mrugały szczególnie na kauczukowej podeszwie.
W tym roku udało mi się zamówić Lilce kultowe Saltwaters, powiem Wam szczerze, że są genialne (tylko na szczupłą stopę).
Tu macie świeższy wpis gdzie opisuje Polskie marki odzieżowe dla dzieci
Place zabaw Warszawa – dziś pokażemy Wam nasze ulubione miejsca. Nigdy się nie spodziewałam, że kierunek moich wyjazdów będą wyznaczały place zabaw. Odkąd mamy dzieci, które potrzebują ruchu to właśnie tam spędzamy każde popołudnie.
położenie / kameralny / w cieniu drzew
Świetny plac zabaw dla dzieci w przepięknej okolicy, przykryty cieniem drzew. Plac jest ogrodzony i dzieci znajdą tam kilka fajnych atrakcji. Nie jest on duży, ale dzieciom do lat pięciu w zupełności wystarczy. Znajdziecie tam karuzelę (napędzaną pedałami), huśtawki (dla małych i dużych), dwie zjeżdżalnie, domek do zabaw tematycznych i piaskownicę. W tym samym parku jest też plac zabaw dla dużo starszych dzieci.
A na koniec koniecznie wstąpcie na kawę i ciacho do Kolonii Ochota
Te zdjęcie wykorzystałam w moim wpisie o placach zabaw
Obecnie nawierzchnia już nie jest tak różowa jak na początku, ale też jest ok.
wiele atrakcji/ miejsce dla małych i dużych dzieci/piękna okolica
Ogromny plac dla dzieci w różnym wieku. Znajdziecie tu atrakcje nawet dla dzieci powyżej 10 r.ż (ogromna zabawka do wspinania się ze zjeżdżalnią). Część dla starszych dzieci wyłożona jest tartanem, a strefa dla młodszych usypana jest miękkim piaskiem. Jedyny minus to tłumy. W weekend jest tam bardzo dużo dzieci i robi się tłoczno.
design/ naturalny plac zabaw/ pyszna kawa
Miejsce bardzo wyjątkowe i nawet jeżeli macie daleko to warto się tam wybrać. Bardzo fajny naturalny plac zabaw dla dzieci, obok park gdzie można rozłożyć koc i zrobić piknik. Jest nawet spora ścianka wspinaczkowa. Uwielbiamy to miejsce, bo nie dość, że dzieci mogą świetnie spędzić tam czas, to i rodzice odpoczną. W SDK jest również kawiarnia, gdzie serwują pyszną kawę, ciasta i kanaki. Do tego cały obiekt jest naprawdę ciekawy architektonicznie.
Plac zabaw Warszawa
ciekawy pomysł/ powierzchnia/ dużo atrakcji
Niedaleko SDK jest jeszcze drugi plac zabaw, który warto odwiedzić. Jest to chyba jedyny tematyczny plac zabaw w Warszawie. Znajdziecie tam dwie strefy: dla młodszych i starszych dzieci. Całość robi ogromne wrażenie, nie tylko na dzieciach. Są tam huśtawki, kręciołki, wielkie drewniane dinozaury do wspinania się oraz tyrolka.
Jeżeli chcecie coś dobrego później zjeść do polecam Szarą Eminencję
woda do zabawy/ położenie/ duży teren
Nasze nowe odkrycie! Plac zabaw w Warszawie, na którym można bawić się wodą. Można też budować tamy. Znajdziecie też kilka sporych zjeżdżalni i drabinek do wspinania się. Naprawdę wspaniałe miejsce w świetnej lokalizacji. Jest tam również boisko wyłożone sztuczną trawą. Plac znajduje się tuż za Fonatnnami Multimedialnymi.
Można spędzić tam naprawdę ciekawe popołudnie z dziećmi. Obok jest kilka restauracji, ale jeszcze nie zdążyliśmy ich wypróbować. Podobno w weekendy są tam darmowe zajęcia dla dzieci.
A na słońcu przydadzą się Okulary przeciwsłoneczne dla dziecka 2023
różnorodność/ piękny park/ fontanny
Dwa place zabaw położone w malowniczym parku. Znajdziecie tu świetne atrakcje dla młodszych dzieci, jak i starszych. Bardzo fajne jest to, że place zabaw się od siebie różnią: zarówno materiałem wykonania, jak i zabawkami.
Na pierwszym zrobionym z drewna i metalu można kopać małymi koparkami, zjeżdżać, huśtać się, a na drugim (położonym nieco dalej koło stawu z kaczkami) bawić się w piasku i kręcić na ogromnej karuzeli.
sensoryczne zabawki/ ogrodzony, niewielki teren/ lokalizacja
Bardzo fajny sensoryczny plac zabaw z dość nietypowymi zabawkami. Położony tuż obok wielkiej fontanny i Grobu nieznanego żołnierza. Zabawki są dość blisko siebie, ale dzięki temu możemy mieć na oku dzieci, nie chodząc za nimi krok w krok. Maluchy i starszaki na pewno znajdą coś tam dla siebie.
Jeżeli szukacie czegoś w okolicy na obiad to polecam St Antonio (animacje w weekend) lub Momu Gastrobar
teren do jeżdżenia na rowerze/ górka/ ogródek
Plac zabaw Warszawa Wola. Fajne miejsce na zabawy oraz jeżdżenie na rowerze. Znajdziecie tam również górkę, z której uwiebia zbiegać moje dziecko. Na terenie placu zabaw są nawet sprzęty dla dorosłych (siłownia pod chmurką)
Jeżeli po zabawie zgłodniejecie polecam Wam nasz ulubiony bar mleczny – Stołówkę u Chłopaków – mają przepyszne jedzenie w bardzo atrakcyjnej cenie (zupa plus drugie 14 zł)
woda/design/ klimat
To plac, w którym dzieci mają możliwość swobodnej zabawy z wodą. Świetne miejsce – spędziliśmy tam 3 godziny i nikt nie miał dość. Przed wizytą koniecznie zapakujcie do torby: zabawki do wody, ubrania na zmianę, ręcznik. Moje dzieci (5 lat i rok) bawiły się tam znakomicie i co najważniejsze nie trzeba było ich aż tak bardzo pilnować. Naprawdę to będzie chyba nasze ulubione miejsce na te wakacje w mieście. Po drugiej stronie jest strefa do wspinania się i mała karuzela. A tuż za płotkiem są huśtawki i spory zjazd tyrolski. Pod drzewami są hamaki, można rozłożyć koc i wspaniale spędzić czas.
Jeżeli zgłodniejecie to obok jest Szklarnia oraz dość elegancka (jak na outfit po placu zabaw) Warszawa wschodnia
Co prawda nie w Warszawie, ale w Błoniu 30 km od stolicy jest NAJLEPSZY plac zabaw w całym województwie. Pisałam o nim oddzielny wpis tutaj: Park Bajka
Jeżeli nie ma tutaj ulubionego placu zabaw Twoich dzieci, napisz go w komentarzu. Będę wdzięczna:)
a tu inspiracje na Najlepsze restauracje z dziećmi Warszawa
a tu Najlepsze hotele dla rodzin z dziećmi
Nie mam przed moim mężem żadnych sekretów, ale jakby zobaczył stan mojego koszyka w księgarni internetowej to by mocno się zdziwił, więc oszczędzam mu nerwów;)
dostępna TUTAJ
Dla dzieci 5 +
Dunia jest dziewczynką takich jakich wiele, czasem jest radosna, a czasami jest smutna. Książki o Duni (jest ich w sumie 5) to niesamowite historie o emocjach, które są bliskie dzieciom. Przygody głównej bohaterki są opisane ciekawym, ale zrozumiałym językiem. Książki z tej serii nadają się również do samodzielnego czytania.
dla dzieci 3+
Wydaje mi się, że już kiedyś gościła w moich wpisach, a to dlatego, że jest to książka WYBITNA. Moje dziecko ją uwielbia i to chyba jedyna pozycja, którą po raz trzeci wypożyczamy z biblioteki.
Książka jest o Stinie i jej przygodach podczas wakacji u dziadka. Do tego ilustracje są tak piękne jak obrazy. jeżeli jeszcze jej nie znacie to koniecznie kupcie.
Bardzo ciekawy przedruk książki z 1944 roku znanego rysownika i twórcy filmów animowanych. Genialna książka o tym jak powstaje książka. Skrzaty postanawiają uszczęśliwić małą Ewę, pisząc o niej książeczką. Bardzo fajna i pouczająca pozycja. Niewiele jest na rynku tak napisanych wierszy…
Trzecia książka Gwidona Miklaszewskiego z 1949 roku. Tym razem jeden ze skrzatów wpada na pomysł, by zbudować domek, który ma służyć mieszkańcom lasu. Do pomocy wzywa swoich braci. Wszyscy biorą się dziarsko do pracy i budują skrzaci domek.
Połączenie ilustracji Emilii Dziubak i rymów Dortoy Gellner sprawia, że ta książka czyta się sama. Poznacie wielu bohaterów i ich zaskakujące perypetie, do których chce się wracać.
„Ach, nie ma jak kocia muzyka! Od mysiej dostaje się bzika!”- powiedział kot
Bardzo fajna, edukacyjna seria, aż ciężko uwierzyć, że kosztują 5 zł!
„Nie wszystko mogę mieć” TUTAJ
„Myję ręce” TUTAJ
Książeczki o Fenku odkryłam kiedy szukałam książki o … myciu rąk. Bohaterem całej serii, w której znajdziecie bardzo dużo ciekawych tytułów (na temat różnych problemów) jest Fenek – lisek (alter ego naszego dziecka). Fenek, jak każdy dziecko ma swoje pomysły.
Autorka porusza różne WAŻNE sprawy np. poznanie telefonu alarmowego, oszczędzanie wody, zdrowe jedzenie, segregowanie śmieci itd. Każda książka dotyczy innego problemu i naprawdę w ciekawy sposób pomaga zrozumieć go dziecku.
Niestety nie mogę pokazać Wam zdjęcia ze środka ponieważ autorka zastrzegła sobie do nich prawo. Ogólnie jest dość dużo tekstu i ilustracje jak na okładce. Na końcu są również pytania.
dla dzieci 4+
Ciekawa książka … w kształcie tableta. Jaskiniowiec TEK korzysta z technologii w nadmiarze, aż któregoś dnia nie ma dostępu do sieci i odkrywa piękno otaczającego świata. Fajna i potrzebna książka.
Kolejna książka o Karusi i piaskowym wilku. Piaskowy Wilk uwielbia trudne pytania. To dlatego tak dobrze się czuje w towarzystwie Karusi. Opowiada jej rzeczy zapierające dech w piersiach i razem tłumaczą sobie zagadki otaczającego świata.
Karusię ciekawi wszystko – komary i miłość, puste kieszenie, nieposłuszne nogi, krótkie chwile, które bywają długie, wszechświat bez końca i czerwone kalosze.
„Åsa Lind pokazuje świat na pograniczu rzeczywistości i dziecięcej fantazji, świat widziany oczami dziecka. Jest bardzo świadoma języka, smakuje go i bawi się nim, podobnie jak robią to dzieci. Rysunki Kristiny Digman w znakomity sposób współtworzą klimat opowieści.”
Druga książka po „Dołku do kopania”, która prezentuje zbiór gier słownych i powiedzonek dla dzieci. Uwielbiamy za trafne pointy i prostotę.
Kartonowe wydanie wierszyków dla dzieci do WSPÓLNEGO czytania. Wspólne czytanie w tym wypadku nie polega tylko na odczytywaniu słów przez dorosłego. Dzieci uzupełniają wierszyk nazywając ilustracje. Bardzo fajna książka wzbogacająca słownictwo.
Uczy również poprawnej odmiany rzeczowników. My ją lubimy czytać we troje (Junior też jest zainteresowany), a Lila jest zaangażowania w czasie czytania.
różne części TUTAJ
dla dzieci 5+
To nasze pierwsze spotkanie z Nelą – małą reporterką, która podróżuje po świecie i pisze książki. Moje dziecko z wypiekami na policzkach ogląda z tatą program „Boso przez świat” i uwielbia takie „wyprawy”. Powiedziała nawet ostatnio, że chciałaby zostać podróżniczką. Dlatego książki z tej serii to strzał w dziesiątkę! Napisane bardzo ciekawym językiem, ze zdjęciami i ciekawostkami. Książki z Nelą mają wiele walorów edukacyjnych i są warte uwagi. Podoba mi się również, że Nela boi się niektórych rzeczy i powoli oswaja swoje lęki (dobra lekcja dla dzieci).
Mamy całą serię
Tę książkę dostaliśmy w prezencie od przyjaciół. A właściwie Julian ją dostał na roczek. Jest genialna! Książkę z imieniem dziecka zamawia się na stronie (link wyżej) wpisuje się jego imię i oni ją drukują. Jest naprawdę wspaniała, trochę żałuję, że nie jest po polsku.
Historia jest o chłopcu, który zgubił swoje imię. Na swojej drodze spotyka różne zwierzęta, których pierwsze litery składają się na jego imię. Na Julka drodze stanął: Jaguar, Unicorn, Lion, Elephant, Koala. Świetny pomysł na prezent, szczególnie jeżeli mieszka za granicą – wysyłają bezpośrednio do solenizanta (bezpłatna wysyłka na cały świat).
Ta książka kosztuje ok 8 zł! Jestem w szoku, że za takie pieniądze można kupić coś naprawdę wartościowego. Jest to kolorowanka, w której znajdziecie mnóstwo informacji na temat polskich miast. Do tego jest ciekawa i ładnie narysowana. Są dostępne również inne miasta:
WARSZAWA TUTAJ
POZNAŃ TUTAJ
GDAŃSK TUTAJ
Przepiękna opowieść o nieśmiałości. Dwie urocze świnki mieszkają w tym samym bloku i nawet nie wiedzą o swoim istnieniu. Przez zupełny przypadek poznają się i próbują się przełamać.
Wspaniała opowieść, która na długo zostanie w Waszych sercach – do tego świetne ilustracje i błyskotliwy język.
dla dzieci 2+
Światowy bestseller w końcu w Polsce. Może się wydawać, że jest to zwykła książka o zwierzętach, ale tak nie jest. Naprawdę niezwykła książka dla miłośników zwierząt.
Najmłodsze dzieci będą zachwycone kolorowymi ilustracjami, a starsze dzieci będą mogły pomagać. Wystarczy przełożyć folię żeby pomóc zagrożonemu gatunkowi.
Na pewno znacie „Ptasie radio” Juliana Tuwima… Jednak trudno jest rozpoznać te ptaki w parku czy też w lesie. Dzięki tej książce możecie je poznać bliżej, obejrzeć a nawet wysłuchać ich śpiewu. Świetna, edukacyjna książka, która zaciekawi nie tylko dziecko.
Piękne ilustracje namalowała Katarzyna Minasowicz
Do książki dołączona jest płyta z głosami ptaków.
Ale powiało sentymentem. Sama miałam tę książkę z ilustracjami pop up. Cóż tu dużo pisać. Świetna, mało drastyczna wersja Czerwonego Kapturka. Przy niektórych ilustracjach są ruchome elementy.
Warto mieć ją do kolekcji z Czerwonym Kapturkiem.
dla dzieci 2+ do czytania przez rodzica
Kupiłam tę książkę (za 8 zł), bo myślałam, że Lilka będzie ją czytać bratu (złudne me nadzieje;) Ale ogólnie jest to bardzo fajna pozycja do nauki czytania. Są również inne części.
Na wakacjach na Węgrzech audiobook „Afryka Kazika” Lilka przesłuchała z 50 razy. Tak się jej spodobało, że wypożyczyłam tę książkę. Jest naprawdę ciekawa i ma dużo ciekawych zdjęć. Lilka mi właśnie mówi, że chciałaby aby Tata czytał ją jej całymi dniami;)
Jak my czekaliśmy na to wydanie! Pana Kleksa oglądaliśmy chyba z dwa lata temu, muzyka z tego filmu gra u nas codziennie i znamy ją na pamięć. W końcu możemy też czytać w takim pięknym wydaniu z ilustracjami. Polecam bardzo na prezent! Lilka mówi, że musimy ją zachować i za cztery lata będzie ją czytać Julianowi (oby;))
Sama jestem taką Rózią, gdzie inni dostrzegają śmieci, ja widzę inspirację. Bardzo lubię książki o przebjowych dziewczynkach, które nie są posłuszne i idą przez życie według swojego pomysłu. O tym właśnie jest ta książka! Rymy lekko częstochowskie, ale to nic – Lilka uwielbia Rewelkę;)
„Gębolud” to urocza opowieść o czarodzieju, który mówiąc wprost nie grzeszy czystością. Do tego jest bardzo ponury i nieprzyjemny. Jednak jego los się odmienia kiedy poznaje małą dziewczynkę i zostaje jej tatą. W jego sercu powoli zaczyna być radośnie.
Świetna książka dla dociekliwych dzieci. Pokazuje jak zbudowane są zwierzęta oraz w dość prosty sposób wyjaśnia jak one funkcjonują. Do tego znajdziecie tu mnóstwo szczegółowych ilustracji oraz wnikliwych opisów.
Przepięknie wydany ogromny atlas zwierząt. Jest to bardzo bogato zilustrowane kompendium wiedzy o zwierzętach. Dla młodych poszukiwaczy przygód każda strona jest okazją, by odkryć setki szczegółów i przyswoić sobie mnóstwo wiadomości.
Pamiętacie mój wpis o Najpiękniejszej książce dla dzieci ? Astrid Desbordes napisała nową, tym razem o miłości do rodzeństwa. Jak zwykle z humorem i trafnymi spostrzeżeniami pokazuje jak buduje się więź brata i siostry oraz o emocjach, które tym wydarzeniom towarzyszą. Książka jest wspaniała i może być fajnym prezentem dla dziecka, które będzie w niedługim czasie starszym bratem lub siostrą.
To kompendium wiedzy na temat psów i kotów. Polecam szczególnie dzieciom, które chcą przygarną zwierzaka do domu. Przepiękne ilustracje i bardzo ciekawe informacje budują wiedzę dzieci na temat zwierząt domowych.
Ja zamówiłam tę książkę z prostej przyczyny, chcę oswoić u Lilki strach przed psami. Z książki można się dowiedzieć wiele ciekawostek.
Na koniec jak zwykle zostawiłam prawdziwą perełkę:)
Mówią, że nie ocenia się książki po okładce… A ja ją zamówiłam właśnie z tego względu i oczywiście się nie pomyliła. Książka jest wspaniała! Ilustracje dosłownie zapierają dech w piersiach i przygody Lotte, która odrobinę przypomina mi z charakteru i wyglądu moją córkę, wciągają do cna.
Lotte jest dziewczynką bardzo odważną i rezolutną. Chce dużo osiągnąć i być niezależna. Jednak nie do końca się jej to udaje, a ona się nie poddaje… Uwielbiam takie książki o dziewczynkach i wg mnie jest ich niewiele na rynku. Polecam z całego serca! Sami zobaczcie jakie cudo:
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i zamierzasz skorzystać z moich rekomendacji kliknij „Lubię to” na profilu: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Fidget spinner – co to jest? Dlaczego dzieci tak go uwielbiają, jaki ma na nie wpływ i skąd się wziął na rynku? W dzisiejszym wpisie znajdziecie odpowiedzi na te pytania oraz napiszę Wam moją opinię na jego temat, czy faktycznie jest taki niebezpieczny.
Zabawka wcale nie jest taka nowa. Ma ponad 24 lata, a wymyśliła ją Cetherine Hettinger. W jaki sposób powstał Fidget spinner? Sama Catherine w wywiadzie dla New York post powiedziała, że pomysł na tę zabawkę zrodził się w jej głowie, kiedy zobaczyła dość przykre zdarzenie w Izraelu. Była świadkiem agresji grupy chłopców, którzy obrzucali kamieniami kordon policji.
Hettinger jest wykształcenia inżynierem i pomyślała, że chciałaby stworzyć zabawkę lub przedmiot, który rozładuje napięcie i zajmie dłonie dzieci.
W wywiadzie dla Guardian, zdradziła, że sam projekt narodził się w jej głowie kiedy … zachorowała na chorobę immunologiczną (Miastenię), której jednym z objawów było osłabienie mięśni. Nie mogła bawić się ze swoją córką, więc wymyśliła Fidget spinner.
W 1993 chciała sprzedać swój pomysł dla firmy Hasbro, jednak oni nie widzieli w tej zabawce żadnego potencjału. Nikt nie mógł się spodziewać, że 24 lata później zabawka będzie takim hitem i firma, która będzie miała je na wyłączność zarobi miliardy dolarów. A sama Hettinger nie zarobiła na nim nawet dolara.
Niewiele osób wie, że jej prototyp znacznie się różnił od dzisiejszego Fidget spinnera. Wyglądał raczej jak rozłożony parasol, który nakłada się na palec i kręci. Catherine założyła niedawną publiczną zbiórkę na jej klasyczny Fidget spinner TUTAJ Sama chce wyprodukować go na nowo. Zobaczcie jak on wygląda:
4 maja 2017 roku Scott McCoskery w wywiadzie dla National Public Radio oznajmił, że to on 2014 zaprojektował Fidget spinner i nazwał go Torqbar, który wyglądem przypomina ten dzisiejszy (ale ma dwa ramiona). Stworzył go do zabawy podczas nudnych spotkań biznesowych, czy długich telekonferencji.
Jest to zabawka, która przyszła do nas z USA. Dzieci na jej punkcie oszalały! Wszyscy kręcą nimi w przerwach, po szkole, po przedszkolu. Wiele dzieci ma nawet po kilka Fidget spinnerów. Jej konstrukcja jest oparta na łożyskach, które się kręcą i wprawiają w ruch ramiona zabawki. Są dostępne różne kolory i modele. Są Fidget spinnery świecące, plastikowe, metalowe, kto jakie woli. Ja się o nim dowiedziałam od mojej 4-latki, która przyszła z przedszkola i błagalnym tonem poprosiła:
„Mamo, kupisz mi takiego kręcącego się SpinDera?”
Jestem rodzicem bardzo dociekliwym, dlatego od razu zaczęłam szukać, co to jest i dlaczego moje dziecko uważa, że to atrakcyjna zabawka. Od razu je znalazłam i stwierdziłam, że sama muszę zobaczyć ten gadżet zanim będę miała o nim swoją opinię.
W mediach powielane są informacje, które nie są do końca prawdziwe. Niektórzy nawet przestrzegają przed tą zabawką i uważają, że jest niebezpieczna. Jak jest naprawdę?
Zauważcie, że WSZYSTKIE nowości są tak przyjmowane. Ludzie panicznie boją się rzeczy, których nie znają, nigdy nie mieli ich w ręku, a tylko powielają informacje na ich temat na zasadzie plotki. Każdy o nim mówi, ale nie wie czy to prawda czy też nie. Media donoszą, że są zakazane w wielu szkołach, że szkodzą dzieciom, ale nie próbują dotrzeć do źródła.
Wszystkie źródła podają, że Fidget spinner został stworzony dla dzieci z ADHD i autyzmem, aby rozładować stres. Ma działać tak jak piłeczka do zgniatania i rozluźnić dłonie. Siła mięśni nadgarstków i przedramion wprawia Fidget spinner w płynny ruch, a co za tym idzie automatycznie zmniejsza napięcie. Z tym się zgadzam.
Dzieci z autyzmem, bardzo często lubią ruch rotacyjny (kręcenie się, kręcenie przedmiotami). Nadmiernie koncentrują się na szczegółach takich jak np. kręcenie kół aut, wpatrywanie się we włączoną pralkę i w ten sposób się autostymulują. O objawach autyzmu pisałam we wpisie: Objawy autyzmu
Są to powtarzające się zachowania, które nie służą niczemu innemu jak tylko gratyfikacji sensorycznej. Terapeuci pracujący z dziećmi autystycznymi starają się za wszelką cenę o ZMNIEJSZENIE czasu i natężenie autostymulacji. Takie właśnie zachowania zabierają uwagę dziecka, którą można wykorzystać w inny sposób. Dodatkowo takie epizody autostymulacji są negatywnie odbierane przez otoczenie, bo dziecko jest wtedy w swoim świecie i nie docierają do niego bodźce z zewnątrz. To bardzo utrudnia procesy związane z nauką i tym samym zaburza terapię.
Wpływ autostymulacji na zachowanie dziecka można śmiało porównać do uzależnienia (w mózgu uwalniają opioidy). Ta potrzeba jest tak silna, że dziecko za wszelką cenę będzie dążyło do niej. W tym czasie nie będzie przyjmowało informacji z zewnątrz, czyli: słuchać poleceń, odpowiadać na zadawane pytania itd. Dlatego terapeuci starają się eliminować zachowania autostymulujące u dzieci z autyzmem.
Myślę, że nie. Jednak warto by było zapytać terapeutę, który pracuje z dzieckiem twarzą w twarz, a nie polegać na doniesieniach z sieci.
Co ciekawe zdrowi ludzie też się autostymulują. Przypomnijcie sobie nudne spotkanie lub szkolenie. Pewnie też w pewnym momencie zaczynacie prowokować różne bodźce: tupać nogą, nakręcać włosy na palec, stukać ołówkiem o kolano. Te wszystkie zachowania służą właśnie AUTOSTYMULACJI.
Różnica jest jednak zasadnicza, że osoby które nie mają żadnych wyzwań rozwojowych potrafią jednocześnie koncentrować się na innej rzeczy, czyli np. słuchać na lekcji, a te zachowania autostymulacyje są zazwyczaj dyskretne do tego stopnia, że np. osoba siedząca obok ich nie zauważy.
U dzieci z ADHD może mieć uzasadnione zastosowanie. W pracy z dziećmi z tym zaburzeniem często się stosuje tzw. fidget toys, czyli zabawki pomagające się skoncentrować. Są to przedmioty ciche, nie wydające dźwięków, ale zajmujące ręce. Stosunek polskiej szkoły do Fidget spinnera nie jest mi jeszcze znany, ale w niektórych szkołach za granicą został zabroniony. Pewnie dlatego, że wiele dzieci (bez wyzwań rozwojowych) używało go podczas lekcji i nauczyciel nie mógł sobie z nimi poradzić i kontynuować swojej pracy.
Oczywiście są dzieci, które po zabawie będą rozdrażnione i pobudzone, przecież ruch rotacyjny jest dość silnym bodźcem. Rodzice powinni obserwować swoje dzieci i starać się wyłapać takie sytuacje.
Rodzice dzieci z zaburzeniami Integracji senosorycznej wg mnie powinni skonsultować zabawę Fidget spinnerem z terapeutą. W pewnym wypadkach zabawa nie jest wskazana, a wręcz zabroniona np. świecący Fidget spinner w rękach dziecka z padaczką.
Terapeuta może pokazać dziecku jak może się nim bawić żeby wspomagać rozwój, a nie szkodzić.
Fidget spinner jest zabawką tak wszechstronną, że dzieciom, które nie mają problemów z przetwarzaniem bodźców może pomóc.
Mam wątpliwości, czy Fidget spinner stymuluje (nadmiernie) zmysł wzroku, bo uważnie obserwowałam kilkoro dzieci (bez wyzwań rozwojowych) i zauważyłam, że żądne z nich nie wpatruje się w kręcącą się zabawkę, a raczej kontroluje wzrokiem, czy nie spada.
Jeżeli chcecie zobaczyć, co można z nim robić koniecznie kliknijcie ten filmik:
Myślę, że Fidget spinner może być również pomocny dzieciom, które obgryzają paznokcie (służy rozładowaniu napięcia).
Jak sami widzicie Fidget spinner nie jest dla wszystkich dzieci. Nie powinny go używać dzieci poniżej lat 3, a rodzice dzieci z zaburzeniami przetwarzania sensorycznego niech skonsultują zabawę z terapeutą. Nie wierzcie mediom o szkodliwości Fidget spinnera, tylko obserwujcie swoje dzieci co się z nimi dzieje po zabawie.
Fidget spinner można kupić np. TUTAJ
A tutaj macie wpis o najnowszej modzie z 2021 od Fidget toy – Pop it
Żródła na temat powstania Fidget spinnera:
The Guardian
New York Post
Dziś chciałabym Wam pokazać nasze śniadania, które przewijają się u nas ciągle. Chyba jest niewiele osób, które rano mają bardzo dużo czasu na przygotowanie pożywnego śniadania w 5 minut dla rodziny.
Ja tuż po przebudzeniu piję kawę i dopiero wtedy myślę co zrobię na śniadanie. Nie jestem osobą, która planuje posiłki sporo czasu naprzód i zazwyczaj robię je bardzo spontanicznie. W domu mam zawsze kilka produktów, które stanowią bazę do zrobienia szybkiego śniadania.
Zawsze mam w domu: jajka, banany, jabłka, kaszę gryczaną niepaloną, zdrowe płatki: orkisz preparowany, jagły z miodem, amarantus ekspandowany, owoce mrożone (zawsze je mrożę na koniec sezonu – maliny, jeżyny), mleko roślinne, kaszka dla Jula, często mam też serek Bieluch (ale nie zawsze)
Napiszę też, że zdarza nam się jeść na śniadanie nie do końca zdrowe rzeczy, bo np. mąż kupi nie takie płatki albo jemy w miarę dobre parówki. Ogólnie staramy się jeść zdrowo, ale wychodzi to różnie. Dziś np. nie udały mi się placki z bananami (próbowałam robić bez przepisu), więc dałam Lilce serek z krówką, a Julkowi kanapkę z masłem (ale nie chciał jeść, bo ząbkuje).
Przepis jest banalnie prosty i dzieciaki je uwielbiają! Robi się je bardzo szybko i często właśnie to jest nasz pomysł na śniadanie w 5 minut.
Wieczorem namaczam szklankę kaszy gryczanej niepalonej w dwóch szklankach wody i wstawiam na noc do lodówki. Rano przepłukuję kaszę, dorzucam niżej wymienione dodatki i blenduję na jednolitą masę:
Z tego ciasta można też usmażyć placuszki na patelni.
Do każdej z opcji można dodać co tylko chcemy: jogurt naturalny, owoce, dżemy itd. – w zależności co lubią dzieci i co mamy w lodówce
Ja do ciasta dodaję też mrożone maliny i to miksuję razem. Wychodzi około 15 placków, które moje dzieci zjadają w 10 minut:)
Zapytacie pewnie, co z owsianką na śniadanie?
Zwyczajnie nam się przejadła i od paru miesięcy nie mam ochoty na owsiankę – dzieci również. Za kaszami jaglanymi nie przepadają, więc znalazłam alternatywę.
Wcześniej Julkowi robiłam kaszkę błyskawiczną, bez mleka i bez cukru – najczęściej TĄ Jednak jakiś czas temu odkryłam znacznie lepszą i zdrowszą opcję. Wiecie, że takie kaszki, które zalewa się tylko wodą są mniej wartościowe niż takie, które się gotuje?
Ja też o tym nie wiedziałam. Zboże podczas obróbki traci sporo swoich cennych właściwości. Dlatego taka zalewana kaszka wcale nie jest taka super (jakby się mogło wydawać). Można też gotować jaglanki itd. Jednak moje dzieci za nimi nie przepadają, a do tego rano nie mam czasu żeby 20 minut gotować kaszę.
Znalazłam więc opcję idealną dla nas i chcę Wam dziś je pokazać, bo jest to tak genialny produkt, że aż szkoda żebym Wam go nie zdradziła.
Dlaczego je lubimy? Przede wszystkim dlatego, że nie mają cukru. Zdecydowanie wolę posłodzić kaszkę tartym jabłkiem lub bananem. Kaszki są produkowane w Polsce. Zboża pochodzą od lokalnych rolników, są pakowane również tutaj. A ja lubię wspierać polskie biznesy.
Do tego przygotowanie zajmuje dosłownie 3 minuty! No i moje dzieci je uwielbiają. Cena w porównaniu z kaszką błyskawiczną, którą kupuję jest bardzo podobna, a jednak wartości odżywczych jest więcej. Do kaszek można zamówić również Różdżki smaku, czyli owoce liofilizowane zachowujące wartości świeżych owoców. Lilka uwielbia ją dodawać sama.
Kaszki zamawiam na bieżąco, bo Julek je codziennie nawet dwie miski.
Kaszkę przygotowuję na mleku owsianym, a wcześniej gotowałam tylko na wodzie. Na koniec dodaję odrobinę masła i gotowe.
Dostępnych jest mnóstwo rodzajów, moim dzieciom najbardziej smakują kaszki mieszane. A Różdżki smaku uwielbiamy najbardziej jagodowe i truskawkowe. Jagody liofilizowane podawałam Julkowi również kiedy miał biegunkę (jagody mają właściwości przeciwbiegunkowe) i bardzo pomogły.
Kaszki HELPA <-klik
Mata z miską to EZPZ
Jeśli jednak macie więcej czasu na przygotowanie pysznego śniadania to tu macie przepis na szakszukę
Jestem ciekawa jakie Wy macie pomysły na śniadania w 5 minut? Zdradźcie je w komentarzach
Dziś Budapeszt. Bo po powrocie z naszych wakacji dostaję od Was setki wiadomości z różnymi pytaniami o nasz wyjazd. Postanowiłam zrobić krótki, ale treściwy przewodnik: gdzie się zatrzymać, co jeść, co zwiedzać?
Zacznijmy od początku – my nasze wakacje zaczęliśmy planować ok. 2 miesiące przed wyjazdem.
Właściwie od początku byliśmy przekonani, że w Budapeszcie zatrzymamy się w Aquaworld – to hotel, w którym jest aquapark. Czy z perspektywy czasu zatrzymalibyśmy się tam? Nie wiem. Napiszę Wam o plusach i minusach, bo to zależy co kto lubi:
Z perspektywy czasu myślę, że lepiej znaleźć coś bliżej centrum i np. 2 razy pojechać do Aquaparku na cały dzień. Gdzie szukać noclegów? My zawsze szukamy na booking.com. Następnym razem rozważyłabym jednak wynajęcia mieszkania na kilka dni np. przez airbnb.pl Szukajcie blisko centrum. Punktem orientacyjnym może być Hősök tere (Plac Bohaterów). Przy tym placu jest mnóstwo atrakcji.
Myślę, że każdy sam może wpisać w Tripadvisor i zobaczyć co go najbardziej interesuje. My za każdem razem jak jesteśmy w Budapeszcie jeździmy na Górę Gellerta skąd jest najpiękniejszy widok na Budapeszt. Tym razem odkryliśmy również inne atrakcje właśnie w tej lokalizacji i już Wam o nich piszę.
Po zejściu z góry poszliśmy zjeść zupę gulaszową z widokiem na panoramę Budapesztu w Búsuló Juhász Étterem, było przepyyyszne.
Tuż obok udaliśmy się na deser na lody do Füge bolt és kávézó. Tam napijecie się przepysznej kawy i zjecie naprawdę pyszne lody (mają nawet bezglutenowe rożki). W środku kawiarni są też rewelacyjnie wyposażone delikatesy, możecie kupić tam trochę pyszności na później.
Powiem szczerze, że takich placów zabaw to im zazdroszczę! A mają ich naprawdę sporo, ale trzeba o nich wiedzieć. Ja oczywiście niżej Wam wszystko napiszę:)
Najpierw poszliśmy na Vuk Játszótér (jest minutę pieszo od lodziarni) i niestety akurat był w remoncie. Udało mi się zrobić tylko dwie fotki przez ogrodzenie, a możecie go w pełni zobaczyć TUTAJ Jest wooow!
Idąc na Górę Gellerta jest inny plac zabaw: Cerka Firka i spędziliśmy tam dwie godziny! Dzieciaki były przeszczęśliwe, że mogą się bawić na kredkach i w temperówce.
Niestety przez to, że mieszkaliśmy tak daleko to nie mogliśmy z nich skorzystać. Ale dam Wam link do węgierskiej blogerki z linkami i adresami, gdzie znajdziecie m.in. takie cuuuuda! Gdybym mogła to bym tylko te place zabaw zwiedzała:)
4 km od Aquaworld jest TARZAN PARK– podobno świetny
8 najlepszych placów zabaw
6 super placów zabaw
Jednego dnia padało bardzo mocno i mąż wrzucił w google hasło: co robić w Budapeszcie z dziećmi kiedy pada deszcz? Wiecie co mu wyskoczyło jako pierwsze? Aquaworld, czyli hotel, w którym spaliśmy.
Uznaliśmy, że mamy dość wody i wolimy porobić coś innego. Wybraliśmy się do centrum, które bardzo przypomina Centrum Nauki Kopernik, ale jest bardziej oldchoolowe: https://www.facebook.com/csodakpalotaja/
Po zabawach pojechaliśmy do malowniczo położonej restauracji Dunyha. Nie wiedzieliśmy, że jest to cały kompleks i można się tam zatrzymać na kilka dni. Zobaczcie sami: Petnehazy Club – baseny, zielone okoliczności przyrody, pyszne jedzenie:)
Z racji tego, że urodziny Juniora wypadały nam na wyjeździe, więc postanowiliśmy je świętować w tradycyjny sposób – zabraliśmy dzieci do zoo. Warto odwiedzić budapesztańskie zoo – spędziliśmy tam naprawdę fajny czas i na koniec spotkałam moją czytelniczkę z córką Lilką:)
Okolice ZOO to od setek lat tereny rekreacyjne. Na tzw. Wystawę Millenijną w 1896 roku – czyli na 1000-lecie państwa węgierskiego powstało tam mnóstwo atrakcji na weekendowe wypady „za miasto” (piszę w cudzysłowie bo dziś to ścisłe centrum).
Zamek Vajdahunyad, wspomniane ZOO, wesołe miasteczko, cyrk miejski no i naturalnie baseny termalne. Dociągnięto tam wtedy nawet linię metra, która była pierwsza „kontynencie europejskim” (Celowo zawsze piszą formułując dokładnie w ten sposób – bo de facto pierwsze metro było w Londynie – ale UK to wyspa a na kontynencie prym wiedzie Budapeszt).
Dzieciom się bardzo podobało. Jednak jak zawsze największą furorę zrobił tematyczny plac zabaw. Atrakcje w kształcie zwierząt zajęły je na długo.
Jest tylko jeden minus – nie wiem dlaczego przy zwierzętach i atrakcjach nie ma informacji w języku angielskim.
W zoo byliśmy ponad 3 h i od razu po wyjściu udaliśmy się coś zjeść. Na przeciwko jest świetna restauracja z widokiem na jeziorko i fontannę: Robinson
A na koniec przeszliśmy w stronę Placu Bohaterów (warto zobaczyć, jeżeli ktoś jest pierwszy raz) oraz udaliśmy się w stronę Muzeum Rolnictwa (piękne miejsce) i wypiliśmy kawę w kawiarni przy jeziorku.
Baseny termalne SchechenyiSpa (my mieliśmy w hotelu, więc tym razem nie skorzystaliśmy, ale wg mnie warto się wybrać)
Nie udało nam się dotrzeć do ulubionej restauracji mojego męża, ale może Wam się uda? Znajdziecie tam naprawdę pyszne dania kuchni węgierskiej. Kehli
Mieliśmy również w planach odwiedzenie Szimpla Kert miejsca gdzie można zjeść w pięknych okolicznościach. W niedziele jest tam też market.
Ogólnie w Budapeszcie jest wiele ciekawych restauracji, ale tym razem nie zdążyliśmy ich odwiedzić. Podrzucę też Wam link, który miałam zapisany przed wyjazdem. Są tam właśnie takie klimatyczne miejsca: TUTAJ
Jeżeli macie jakieś pytania, śmiało – piszcie je w komentarzach.
a tu jeszcze Węgry 10 powodów, dla których warto je odwiedzić
Ale macie ze mną dobrze! Sezon dopiero się zaczyna, a my w warunkach wodno-piaszczystych zdążyliśmy przetestować dla Was świetne gadżety, które przydadzą się podczas podróży z dziećmi. A jeżeli nigdzie się nie wybieracie to możecie ich używać nawet na spacerze.
Moje odkrycie tego wyjazdu! Nigdzie nie mogłam znaleźć nic sensownego z rękawami, aż trafiłam na te. Są przemiłe w dotyku, dobrze wchłaniają wodę i szybko schną. Do tego zajmują bardzo mało miejsca w walizce. Dzięki temu, że mają dość uniwersalny rozmiar wystarczą na długo.
Myślałam, że będę ich używać tylko na basenie, ale przez to, że tak dobrze wchłaniają wodę to zamierzam ich używać również w domu po kąpieli. Zapytacie pewnie jak wypada rozmiarówka. Julian ma 0-2 (a ma 80 cm wzrostu), a Lilka mimo tego, że ma 4,5 roku (105 cm) ma rozmiar 2-4, więc jak widzicie szlafroki wystarczą na dłużej.
Są dostępne w różnych kolorach i dwóch rozmiarach TUTAJ
Czy Wasze dzieci też nie potrafią chodzić po basenie? Moje są zawsze w biegu… Zawsze się obawiam, że się wywrócą na śliskiej powierzchni i non stop powtarzam: „Chodzimy powoli!”. Jednak moje słowa działają tylko na dwa kroki, później już biegną. W tym roku postanowiłam, że przetestujemy taki wynalazek i powiem Wam, że sprawdziły się znakomicie!
Zero upadków, a ja w końcu nie musiałam ich ciągle strofować. To nic innego jak bardzo dobrze przylegające skarpetki z antypoślizgiem. Wchodzi się w nich do wody. Myślę też, że świetnie się sprawdzą na wodnym placu zabaw, o którym pisałam we wpisie Bajka
Dostępne w różnych rozmiarach i kolorach TUTAJ
Kiedy tylko zrobi się zielono temat kleszczy powraca jak bumerang. W tym roku zdecydowałam się jeszcze na dodatkową ochronę. To ten mały breloczek przy Lilki plecaku – nazywa się TickLess i aktywowany ma chronić przed kleszczami.
Jak działa? Kleszcze oraz roztocza kurzu domowego posiadają specjalny narząd (tzw. narząd hallera), który wykorzystują do namierzania pożywienia/ofiary.
TickLess oraz MiteLess blokują działanie narządu hallera poprzez emisję ultradzwięków. Czyli stajemy się niewidoczni dla kleszczy. Drugie takie urządzenie mam przy wózku Julka, a trzecie przy mojej torebce. Jest jeszcze wersja MiteLess dla alergików na roztocza, które również mają ten narząd hallera.
Więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ
Junior od dwóch miesięcy ma fazę na chodzenie. Wszystko robi w ruchu, nawet czyta książki i myje zęby. Trochę się obawiałam posiłków podczas wyjazdu i stwierdziłam, że przyda się nam takie składane krzesełko. To był strzał w dziesiątkę!
Zajmuje mało miejsca po złożeniu (wsunęłam je pod fotel w aucie), a po rozłożeniu służy jako krzesełko. Na wyjeździe – wiadomo, nie zawsze się je w restauracji i dzięki temu mogłam dać mu spokojnie coś do jedzenia. Na zdjęciach je swoje pierwsze truskawki z widokiem na Balaton. Kiedy się pobrudził to wycierałam je chusteczkami nawilżanymi, a po powrocie krzesełko uprałam w pralce i wygląda jak nowe.
Na każdy wyjazd z dziećmi zabieramy takie zestawy: sztućce, większa miska, kubeczki. Przydają się do zrobienia kaszki, czy też umycia owoców. Teraz zabrałam właśnie ten, bo miska jest trochę większa i może służyć również za talerz. Nie znałam wcześniej tej marki, a jest super – nie wiedziałam, że z kukurydzy można zrobić eko talerze.
Kiedy miałam przed sobą wizję 2 – tygodniowego zastanawiałam się jak będę prać śliniaki, których Julian zużywa po 4 dziennie. Myślałam, żeby kupić jednorazowe, ale akurat nigdzie nie mogłam ich dostać. Tak też znalazłam gadżet idealny! Do uchwytu zamontować można chusteczkę, która zawsze jest dostępna w restauracjach. Na koniec wycieram chusteczką buzię po posiłku i ją wyrzucam. Genialne! Juniorowi służą również jako gryzaki;)
Podróżowanie z dziećmi autem to czasami spore wyzwanie. Ja mam kilka swoich patentów, które nam je ułatwiają. Często wyjeżdżamy na wieczór żeby dzieci zasnęły w samochodzie. Mam swój sposób, który zawsze stosuję i działa idealnie. Otóż, często światła mijanych samochodów budzą dzieci, dlatego ja zawsze zakładam osłonkę na fotelik, którą montuję przy twarzy dziecka.
Wcześniej układałam tam przewijak Skip hop, a ostatnio zamówiłam taką osłonkę, która przyda się również latem podczas jazdy wózkiem. Jest bardzo przewiewna i dobrze się trzyma (na magnesy). Można ją podwijać i przypinać.
Ja nie wiem jak my wcześniej bez niego jeździliśmy! To jest genialny wynalazek. W końcu nie muszę 100 razy podawać wody do picia, czy też innych rzeczy. A do tego osłania fotel przed zabrudzeniem od butów.
Na samej górze ma przezroczystą kieszeń, do której można włożyć tablet z włączoną bajką. My akurat nie stosujemy takich umilaczy, bo Lilka ma chorobę lokomocyjną, ale innym może się przydać.
Dostępny TUTAJ
Do tej pory jeździłam z zupełnie przypadkowymi zasłonkami z reklamą kaszki, które dostałam w gratisie. Niezbyt dobrze zaciemniały, a do tego non stop wypadały. Przed wyjazdem zamówiłam te i są genialne! Dobrze zaciemniają, można je mocować na przyssawki lub zaczepić na szybie. Składają się za pomocą jednego kliknięcia (może to zrobić dziecko zapięte w pasach). Mogłyby być odrobinę szersze, ale to już zależy od wielkości szyb. W zestawie macie dwie zasłonki.
Pewnie zapytacie w jakim foteliku jeździ Lilka – to Takata Maxi. Przygotuję o nim oddzielny post, bo sprawdza nam się znakomicie.
Postanowiłam ożywić trochę nasz szary wózek na wiosnę:) Wkładka jest naprawdę świetna i przyda się latem kiedy jest gorąco. Jakie jest jej działanie:
Wkładka zapewnia odpowiednią temperaturę siedzenia w wózku dzięki trzem elementom: wierzchniej warstwie chłonącej wilgoć, siatce na spodzie, która pozwala na swobodny przepływ powietrza oraz specjalnym zagłębieniom, które odprowadza ciepłe powietrze. Wkładka zaprojektowana jest tak, by zapewniać dziecku wygodę przez cały rok. Posiada wiele otworów by móc ją dopasować do różnych konfiguracji pasów w większości rodzajów wózków. Antypoślizgowy spód sprawia, że wkładka jest nieruchoma.
Mam go już ponad rok i uwielbiam! Ma dwa miejsce na napoje (moje i np. Juniora), kieszonkę na zamek i dobrze trzyma się wózka. Kiedy wychodzę blisko domu to nie biorę żadnej torby. Pieluchy i chusteczki wkładam do worka Skip hop (TUTAJ), a portfel, telefon do organizera. Można prać go w pralce.
Zapanowała u nas faza na hulajnogę! Po 3 latach od kupienia:) Zabieramy ją wszędzie, bo Lilka bardzo ją lubi, a do tego po złożeniu zajmuje mało miejsca. Idealnie nadaje się na zwiedzanie miasta, czy też wycieczkę do zoo. Ostatnio zażyczyła sobie dzwonek i upolowałam taki z kolekcji z zagrożonymi zwierzętami Wishbone. Pasuje na każdy pojazd.
Dzwonek TUTAJ
Mamy je już dość długo, ale nie miałam okazji Wam pokazać. Co za wynalazek! Pojemniki są 3 – każde z nakrętką i można je ze sobą łączyć. Co w nich nosimy? Różności: pokrojone jabłka, chrupki Julka, a nawet zabieram w nich w podróż suchą kaszkę dla Jula do zalania wodą. Są niewielkie i mieszczą się wszędzie.
Tak, przyznaję kupuję Juniorowi jedzenie w słoiczkach do podgrzania (taka ciekawostka, że Lilce kupiłam tylko jeden w życiu). Na spacery zabieram go właśnie w tym podgrzewaczu, w którym za pomocą jednego kliknięcia podgrzewam jedzenie.
Bardzo fajny pomysł! Tylko aby go znów „aktywować” trzeba go gotować w garnku lub za pomocą torebki do sterylizowania wygotować w mikrofali. Super pomysł na wyjazd.
Mamy już kolejny model. Więcej pisałam o nich Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci. Są fajne, lekkie i co najważniejsze mają filtry.
Dostępne w wielu rozmiarach, modelach i kolorach TUTAJ
Nie mogłam o nich nie wspomnieć – od kilku sezonów Lilka w nich biega i jestem z nich bardzo zadowolona. To są właśnie takie buty, w których dzieci mogą chodzić cały dzień, co zazwyczaj się zdarza na wyjazdach. Są miękkie, dobrze trzymają się stopy i noga się w nich nie poci.
Julka pierwsze buty to też Bobux – napiszę o nich oddzielny wpis.
Taaak, pogoda nawet latem nad morzem może być… ciekawa, dlatego jeszcze przed wyjazdem zamówiłam im cienkie czapki. Jeżeli szukacie takich to bardzo Wam polecam Pan Pantaloni. Miałam kiedyś dla Lilki jedną od nich i chodziła w niej 3 sezony. Super się pierze, nie rozciąga i nie zsuwa się z uszu.
Zamówiłam też Julkowi legginsy, a Lilce sukienkę, bo paski tej wiosny rządzą u nas w szafie.
Pan Panataloni TUTAJ
Lilka przechodziła w nich w tamtym roku całe lato. Zamówiłam je również i w tym, bo pasują do wszystkiego:) Pamiętajcie tylko, że trzeba je zamawiać większe.
To już wszystko. Niedługo dodam jeszcze post o zabawkach i grach podróżnych.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to koniecznie dajcie mi znać i kliknijcie Lubię to: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy moja mama powiedziała mi te słowa: „Zrozumiesz to, jak sama będziesz matką”. Wiele razy później powtarzała tę frazę. Nie znosiłam kiedy tak mówiła! Trzaskałam drzwiami, wybiegając w jednym bucie na klatkę schodową, a pod nosem burczałam : A co Ty możesz wiedzieć!
Minęło ponad 13 lat, odkąd wyprowadziłam się z domu, a jej słowa realizują się jak samospełniająca się przepowiednia.
Dziś sama jestem matką i wiem, co to znaczy paniczny strach o zdrowie dziecka. Tego dziecka, które przed chwilą było uśmiechnięte i ściskało Twoje palce z całych sił. Wiem, co to znaczy być nieprzytomnym po nieprzespanej nocy. I nie mam tu na myśli 10 czy 16 pobudek, tylko siedzenie przy łóżku i pilnowanie czy przypadkiem dziecko znów nie wymiotuje i się nie dławi. Wiem też, jak to jest, kiedy uśmiech dziecka pomaga przetrwać ten czas.
To co moja mama próbowała mi wytłumaczyć 25 lat temu, dopiero teraz jest dla mnie jasne. Są to prawdy uniwersalne o byciu mamą. Nieważne, że minęło tyle czasu…
Czasy się zmieniają, ale ludzie pozostają tacy sami.
Często rozmawiam z moją mamą o wychowywaniu dzieci. Jak sama mi kiedyś przyznała: Wtedy było łatwiej!
Nie mogłam uwierzyć w jej słowa, bo jednak zawsze mi się wydawało, że mamy tyle udogodnień, długi i płatny (TRZY RAZY DŁUŻSZY) urlop macierzyński, wsparcie zaangażowanych ojców i wszystkiego innego. A może mamy za dobrze i nie doceniamy tego, co mamy?
Postanowiłam przenieść się w czasie i sprawdzić, jak to było kiedyś i czy faktycznie było łatwiej, a może podobnie?
Telefon, czerwony i błyszczący z kablem zakręconym jak świński ogon – marzenie każdej gospodyni domowej. Symbol luksusu i łączności ze światem. Nie dzwoniło się na plotki czy też bezsensowne pogaduchy z newsem, że Lewandowska z góry urodziła.
Telefon służył do przekazywania najważniejszych informacji: ktoś zmarł, ktoś się urodził, rzucili wózki na Lipowej lub też aranżowaniu spotkań towarzyskich. Często wpadało się bez zapowiedzi, ku „uciesze” wszystkich domowników.
Rozmowy face to face, zamiast naszego fejsa były znacznie łatwiejsze. Nikt się nie obrażał za to, że na końcu rozmowy nie dałaś ikonki Emoji z puszczonym oczkiem, bo to był jednak żarcik. A Ty to wzięłaś na serio.
Zamiast wystylizowanej fotki z kawą upiększonej filtrem Valencia – parzona kawa w szklance w metalowym koszyczku ze stylową grzałką obok. Teraz wiesz co jakaś @nebule jadła na śniadanie, a nie wiesz jak się nazywa sąsiad zza ściany.
Bez przypomnień na telefonie wiedziały, kiedy jest następne szczepienie na Polio czy też, o której zaczyna się przedstawienie w teatrze lalek. Zawsze przed czasem i na spokojnie – i to MPK-iem, bez buspasa.
Dziś wyjście i dojechanie z dwójką dzieci na umówioną godzinę muszę planować na dwie godziny przed, a i tak się stresuję czy zdążymy.
Czy w PRL-u doba była o 3 godziny dłuższa, czy może matki się szybciej ze wszystkim uwijały? Mindfullness przy cerowaniu skarpet i kotlety mielone w stylu slow food przepuszczone przez maszynkę do mięsa zdiełaną w ZSRR, którą wujek Kazik przywiózł z wyprawy po złote łańcuszki. Jak to jest, że matki miały czas na wszystko?
Frania uprała górę prania i odwirowała ubrania – w trybie manualnym kręcąc za korbkę. Oczywiście nie sama! Spracowane dłonie – zakończone paznokciami w migdałki, pomalowane na perłowy kolor potrafiły zrobić wszystko. Teraz hybryda zdziera się tylko od stukania w klawiaturę i scrollowania fejsa.
Teraz zapłaciłabyś paypalem, przelewem lub zbliżeniowo, żeby doba była dłuższa o 3 h. Dziś luksusem jest czas, na który nie możesz sobie pozwolić. Siedzenie bezczynne to marnotrawienie pieniędzy. Jesteś 5 tygodni na macierzyńskim już powinnaś szyć kocyki minky. Zostajesz na wychowawczym? To może jakaś praca freelancera lub start-up?
Szkoda czasu na siedzenie na dywanie i czytanie po raz setny Pucia. A kiedy decydujesz się wrócić po roku na swoje stanowisko i jakimś cudem nie zajęła go młodsza o 10 lat dziewczyna w wieku (jeszcze) przedprodukcyjnym to jesteś ZŁĄ KORPOMATKĄ, która woli zarabiać hajs na nianię lub drogie przedszkole językowe.
Sprzątanie w trybie manualnym (czytaj ściera i balia z wodą) plus asany na podłodze, w pozycji „pies z głową w dół” – z każdego kąta lakierowanego parkietu wytarte śmieci. Radziecki odkurzacz wył jak przy starcie Sputnika i mało kto dziś pamięta, że można było nim nadmuchać materac. Stylowa grzałka to był must have każdego gospodarstwa domowego.
Herbata i kawa tylko fusiasta – zostawiała niezły osad na zębach. Ciasta, szynki i kiełbasy piekło się w prodiżu postawionym na paździerzowym stołku. Jedzenie dla niemowląt przecierane ręcznym blenderem (czytaj: przez sitko), oczywiście wszystko eko i bio, bo na naturalnych nawozach od stryjka Zdzisia spod Pułtuska. Jaja od kurek szczęśliwych z wolnego wybiegu i mleko od krówek dojonych humanitarnie. Problem był wtedy, kiedy nie miało się rodziny na wsi.
„Kobiety, jutro o 8 rzucą buty dla całej rodziny w tym sklepie na Górczewskiej” – to nie wiadomość z poczty pantoflowej z 85-go roku, a post na fejsie o plastikowych butach z logiem krokodyla. Lubimy dalej coś upolować, wystać, wyprosić, wywalczyć.
Wtedy to był nieodłączny element miejskiego lajfstajlu, a dziś? Promocja w drogerii potrafi przenieść nas na nowo do PRL-u, kiedy wszystkie Panie były jak… Pani Walewska – o tym samym zapachu.
A właściwie eko i fair trade: tetra na pupę, tetra pod szyję, tetra na budę wózka. Silny trend minimalizmu – dostawało się ich 10. Genderowe ubranka po siostrze na brata, po bracie na siostrę i zawsze w czapeczkach, koniecznie wiązanych pod brodą – nawet w domu, a już zbrodnią było nie założenie jej po kąpieli.
Vintage kaftaniki wiązane na troczki to znak rozpoznawczy każdego berbecia – od ciągłego prania (Frania), wyrzynania przez rolki i prasowania z lekkim efektem sprania i przecierania. Dziś płacimy za takie ciuchy hiszpańskiej marki kilka stówek z hasztagiem #bobolovesyou.
Wózek dostawało się w spadku bo dziadku (od stryja siostry córki sąsiadki spod Łomży) lub jakimś fartem nowy ze sklepu. Podnoszenie takiego pojazdu dawało lepsze efekty niż crossfit 3 razy w tygodniu. Dziecko w takim wózku zasypiało 3 minuty, bo amplituda bujania na skórzanych paskach był wprost proporcjonalna do poziomu zmęczenia dziecka.
Z racji tego, że mamy nie miały takich luksusów jak np. pieluszki jednorazowe, nawilżane chusteczki, czy też nosidła ergonomiczne, były zmuszone zostawiać dzieci w domu. Dzieci w przestrzeni publicznej praktycznie nie było.
Zaglądam właśnie do mojej torby, bez której nie ruszam się z domu i mam tam moje pewniaki: pampersy, pielęgnacyjne chusteczki Baby Dove, 3 łyżeczki plastikowe, body z długim rękawem, jedna (?) skarpetka, śliniak, 3 klocki Lego. Z moich rzeczy jest tam: portfel. Pisałam już, że to moja torba?
Blogi w tamtych czasach nie miałyby racji bytu, bo była tylko jedna marka kocyków, jedna marka ubrań i jedna marka wózków. Zero inspiracji – wszędzie to samo. Być może blogi z DIY byłyby najbardziej popularne, bo tylko mama potrafiła uszyć z barchanowych gaci rożek do chrztu.
Trudno orzec – widzę dużo podobieństw. Wydaje mi się, że nasze mamy nie miały takiej presji: bycia świetną mamą, pracownikiem roku, a do tego wzorową żoną. Miesiąc po porodzie nie musiała myśleć o nadliczbowych kilogramach, a mimo tego nigdy nie chodziła w dresie.
Zawsze zadbana, ubrana w garsonkę lub sukienkę z lekkim makijażem i perłową pomadką na ustach. Brak internetowych schadzek i scrollowania Facebooka generował naprawdę sporo wolnego czasu, który można było spożytkować na coś ciekawego.
Nie ma znaczenia ile masz lat, czy pamiętasz czasy Gierka, czy może Wałęsy.
Nie ma znaczenia w jakiej szerokości geograficznej mieszkasz, czy po wodę chodzisz do kuchni całej w marmurach i z baterią ze złota czy też musisz pokonać 20 km z bańką na głowie.
Nie ma znaczenia czy, dzieci Twoje dzieci wychowywałaś 30 lat temu, czy robisz to teraz.
Nie ma znaczenia, czy Twoje mieszkanie wygląda jak ze skandynawskiego katalogu, czy też przy wytapetowanej ścianie stoi brunatna meblościanka.
Stylizacja sesji: Monika Wielgo
Zdjęcia: Justyna Duszaj
Zdjęcia wykonano w Muzeum PRL
Jak pewnie zdążyliście już zauważyć wybraliśmy dość mało popularny kierunek na wakacje. Pod zdjęciami na moim profilu na Instagramie codziennie pojawiają się takie komentarze:
„Nie planowaliśmy wakacji na Węgrzech, ale po Twojej relacji na Instagramie nabraliśmy ochoty. Czy możesz zrobić wpis na ten temat?”
Proszę bardzo! Mam zamiar napisać nawet kilka postów o naszej podróży, bo jeden mógłby zawierać nawet 320 zdjęć i opisów.
W tym kraju, który kojarzy się nam z wakacjami w PRL-u jesteśmy któryś już raz. Zanim pojawiły się nasze dzieci przyjeżdżaliśmy na balety głównie do Budapesztu. Kiedy nasza rodzina się powiększyła wybraliśmy się tutaj z 11-miesięczną Lilką. Spędziliśmy 10 dni w Egerze i bawiliśmy się znakomicie.
Muszę również wspomnieć, że mój mąż jest hungarystą i mieszkał tutaj kilka lat. Dlatego nasz stosunek do tego kraju i jego kultury jest bardziej emocjonalny niż typowego Kowalskiego.
Kiedy ktoś mnie pytał, gdzie się wybieramy na wakacje i ja od razu odpowiadałam, że na Węgry to widziałam pewne zaskoczenie. Zdaję sobie sprawę, że w dobie wszechobecnego all-inclusive jest to dość niedoceniany kierunek.
Dlatego chcę to odczarować i pokazać Wam, dlaczego warto się tu wybrać!
Węgry są naprawdę blisko Polski i łatwo przejedziecie tę trasę autem. My zatrzymaliśmy się u dziadków w Rzeszowie, a później przejechaliśmy resztę trasy w 5 godzin. Każdy znajdzie jakąś strategię na swoich małoletnich pasażerów by uniknąć nieodłącznego „a mamusiu, a czy już jesteśmy”? Drzemka, popas, obiad, drzemka i gotowe. Z Krakowa da się tę trasę zrobić jeszcze szybciej.
Jest to według mnie optymalna odległość – aż tak bardzo się jej nie odczuwa. Zawsze też możecie tu przylecieć samolotem. Lot z Warszawy trwa jedynie godzinę a z Krakowa pół! (z Warszawy lata Wizzair). My wolimy jednak podróż samochodem, bo na miejscu dużo się przemieszczamy.
taaak, tu jest zdecydowanie cieplej niż w Polsce. Koleżanki właśnie wysyłają mi zdjęcia padającego śniegu w Polsce, a tutaj jest dziś 16 stopni i świeci słońce. Zawsze jest tu cieplej o jakieś 8-9 stopni (a często tyle wystarczy, aby rzucić w kąt znienawidzone czapki, szaliki i miesiąc wcześniej niż u nas spędzać całe dnie na zewnątrz).
Klimat jest podobny jak w Polsce, czyli nawet jak jest gorąco to powietrze nie jest wilgotne (tak jak na Kubie). Trzy lata temu jak byliśmy tu z małą Lilką w sierpniu to było nawet 36 stopni! Całe dnie siedzieliśmy w wodzie i było fajnie. Mąż preferował wtedy chłodzić się w wodzie o temperaturze 37 stopni.
Węgrzy to chyba jedyny naród, który lubi Polaków! We wszystkich innych krajach dostajemy różne łatki… A tutaj? Często można usłyszeć: magyar lengyel ket jo barat, egyutt harcol ‘s issza borat… Jak wpadniesz w kłopoty czym prędzej po prostu zacznij recytować: Polak Węgier dwa bratanki… i już twój interlokutor jest kupiony i mimo iż nie macie jak się dogadać – przychyli ci nieba.
Węgrzy uwielbiają dzieci, codziennie ktoś się do nas tu uśmiecha. A jeżeli już zobaczą pulchnego bobaska ze złotymi włosami (Junior) to macie gwarantowaną sympatię! Uwielbiam to, że na termach spotykamy głównie osoby starsze, które spędzają tutaj całe dnie. Szkoda, że nie jest tak u nas. W dni ustawowo wolne od pracy w Polsce spotkacie na Węgrzech dużo Polaków.
uwielbiam węgierskie jedzenie i chociaż nie należy do najzdrowszych na świecie to właśnie jest moja ulubiona kuchnia. Zupa rybna, naleśniki a la Gundel, langos, kurtoskalacs, pogacse, panierowane pieczarki, kalafiory czy ser, zupa gulaszowa, galuszki (kluseczki), kiszonki (oni kiszą wszystko! nawet arbuza) i dużo dużo więcej – za wyjątkiem placków po węgiersku! To jest absolutnie polski wynalazek!
Kuchnia węgierska od pewnego czasu bardzo ewoluowała i na gastronomicznej mapie Węgier znajdziecie całe mnóstwo restauracji, które potrafią przyrządzić te z pozoru ciężkie potrawy na lżejszą i pyszniejszą nutę. Natomiast tradycyjne węgierskie restauracje to wciąż kuchnia tłustsza niż słonina u dziadka, pikantna (choć mąż usilnie twierdzi że po prostu odpowiednio doprawiona) no i te porcje… polska babcia feederka nie ma szans.
Nie wierzycie? No to niech wam stanie przed oczami kotlet schabowy wielkości talerza pod którym to znajdziecie pół talerza ryżu a drugie pół opiekanych ziemniaków. Nie-do-prze-je-dze-nia!
A – tylko pamiętajcie o napiwkach, w przeciwieństwie do Polski – to nawet za komuny ludzie – jak to południowcy – z restauracji korzystali – więc ta tradycja nigdy nie umarła. Wręcz przeciwnie, na Węgrzech kelner to zawód.
Nie tak jak u nas gdzie każdy traktuje to jak poślednie zajęcie dla studenta gotowego pracować za minimalną póki szybciutko nie złapie czegoś intratniejszego. Tutaj często spotkacie 50 letniego obera, któremu całe życie doświadczenia pozwala zapamiętać zamówienie wszystkich gości przy stole bez zapisywania i który z gracją i znawstwem zapewni wam miły czas. Tak że 10% i wyżej (mąż mówi że nie wie czy teraz – ale kiedyś nawet kelnerzy płacili podatek od domniemanych napiwków!)
na Węgrzech ceny są dość przyzwoite, a nawet niższe niż w Polsce: pyszne cappucino w kawiarni kosztuje 500 forintów (7,5 złotego) a duże ciacho 800 (około 11 zeta) w zasadzie wszystko jest tańsze, oprócz książek, ale węgierskie lektury możecie sobie pewnie dozować. Oczywiście wszystko zależy od miejsca i budżetu jakim dysponujecie.
zapomnijcie o Toruniu. Na Węgrzech mam wrażenie gdziekolwiek by nie zacząć wiercić dziury – wypływają z nich wody termalne. W Budapeszcie jest na Dunaju Wyspa Małgorzaty – nawet to iż byli na wyspie na środku rzeki nie powstrzymało skubańców – wywiercili dziurę w glebie i co? Są termy? No raczej!
Lubimy jeździć na wakacje przed sezonem, by uniknąć tłumów i upałów, podczas takiej majówki na Krecie z 8 miesięczną Lilą mąż dostał olśnienia – właściwie dlaczego fruwać na all-inclusive? Ryzykować czy aby na pewno pogoda pozwoli zdjąć koszulkę na plaży? Głowić się czy Lila może w tym lodowatym jeszcze morzu chlupać się 15 minut czy 20 – skoro można przecież na pewniaka leżeć calutki dzień w ciepłej wodzie na termach.
Na Węgrzech prawie każdym mieście znajdziesz „thermal furdo” czyli baseny termalne. Chodzimy na nie na całe dnie! Idealne miejsce dla wszelkich nie odrośniętych od ziemi szkrabów. Woda po pas, temperatura jak ze stanu podgorączkowego – brzdąc może calutki dzień zarabiać na swoje odmoczki a sinej wargi nie zobaczysz choćby na zewnątrz basenu leżał śnieg.
Nie wspominając iż są to wody lecznicze, w których warto wygrzać utrudzone kości i wyleczyć się przy okazji z doskwierających nam rodzicielskich dolegliwości. Ceny również są przyzwoite, bo np. dziś za cały dzień pobytu naszej rodziny zapłaciliśmy niecałe 50 zł.
mąż mówi, że dawniej na Węgrzech też były bramki, różne firmy i różne opłaty, aż pewnego dnia państwo pogoniło całe to towarzystwo. Wykupili te wszystkie drogi i ujednolicili opłatę. Za miesięczną winietę zapłaciliśmy jakieś 65 złotych i hulaj dusza piekła nie ma – można jeździć ile się zapragnie. Mapka najlepiej pokaże że w każdym kierunku jest autostrada:
Co czyni z Węgier także dogodną noclegownię na popas w drodze na południe Europy. Uważajcie tylko żeby was nie wciągnęło…
Winietę łatwo i prosto można kupić z waszego wygodnego fotela. Wasz numer rejestracyjny po dokonaniu opłaty trafia do systemu i nie trzeba się trudzić żadnymi niemożliwymi potem do zdrapania z szyby naklejkami. Tu zresztą macie link z dokładną instrukcją:
ZAKUP WINIETY WĘGRY
jak ktoś lubi, to wie że znajdzie tu wszystko, do tego w nienachalnych cenach. Turyści winni, mogą na własnej skórze doświadczyć jak szybko po upadku komunizmu i wiążącej się z nim kolektywizacji można podnieść do skali światowej kilkadziesiąt lat zaniedbań i produkcji na ilość.
Turyści niewinni – niech choć spróbują do słodkiego deseru kieliszek płynnego węgierskiego złota z Tokaju. Tylko i wyłącznie po to istnieją słodkie wina – by uzupełniać lub wręcz nawet zastąpić deser. Natomiast jeśli ktoś nie lubi wina – i tak jest w raju – Węgrzy pomieszają wam w słoneczny dzień w przeróżnych proporcjach białe wino z wodą mineralną – alkohol zrobi swoje a bąbelki uderzą do głowy. Czerwone wino choć w to nie uwierzycie podadzą wam z… coca-colą.
Ten przysmak musicie sami upolować w spożywczaku. Podpowiem tylko że ten pierwszy prawdziwy oryginalny ma opakowanie w czerwone grochy
czyli elderflower – czyli bez.
W każdej postaci, jako syrop do wody, jako syrop do mineralnej – tu wciąż można kupić wodę w syfonie! Są tu Ice-Tea o smaku bodzy jest niebieskiego koloru bodzowa Fanta, bezalkoholowe piwa i radlery z bodzą, alkoholowe piwa i radlery z bodzą, cydr o smaku bodzy, lemoniada z bodzy – pomyśl o czymś mokrym, wilgotnym odświeżającym – na pewno dostaniesz to z bodzą.
Na gorące popołudnia lub ciężkie poranki mąż leczy się białym winem rozcieńczonym mineralną z paroma kroplami syropu z bodzy oraz listkiem mięty…
Budapest
Miskolc i okolice
Debreczyn i Nyíregyháza
Malownicza objazdówka przez Węgry
A na koniec 10 słów żeby wam ułatwić googlowanie w poszukiwaniu wymarzonej miejscówki:
Etterem [yjtterem] – restauracja
Gyerek [dierek] – dziecko
Jatszoter [jatsotyjr] – plac zabaw
Fogylalt [fodźlolt] – lody
Szalloda [sallouda] – hotel
Bor [tu wyjątkowo łatwo – bor]– wino
Furdo [firdy] – termy
Bodza [bodza] – bez
Galuska [goluszka] – lane kluski
Viz [wiiz] – woda (gazmentes – niegazowana)
A żeby dzieci z głodu nie umarły jak nic nie będziecie rozumieć z menu to na ratunek jedno bardzo proste słowo:
Hasabburgonya [hoszabburgońo] – frytki
Żeby nie być gołosłowną dołączam kilkanaście fotek. Więcej pojawi się we wpisach odnośnie konkretnych miejsc, które odwiedziliśmy.
Już nie raz i nie dwa pisałam Wam, że nie przepadam z salami zabaw. Więcej: tutaj Dlaczego wolę zabrać dziecko do muzeum niż na kulki? Moje stanowisko w tej sprawie się nie zmieniło. Jednak odkryłam dwa miejsca, które są absolutnie genialne i bez wahania zabieram tam dzieci (4,5-latkę i roczniaka). O jednym już pisałam Klockownia. Kto jeszcze nie był w Klockowni to niech koniecznie się wybierze.
A dziś o tym drugim, bliskim mojemu sercu. W Warszawie powstała niedawno (chyba jedyna w Polsce) bawialnia edukacyjna w stylu Montessori.
Specjalnie piszę „w stylu”, bo jednak aby była zgodna w pełni z pedagogiką Marii Montessori to musiałaby spełniać kilkanaście warunków, których nie da się zrealizować w ciągu godziny. Jednak, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, że takie miejsce powstało w Warszawie i mam nadzieje, że będzie ich więcej.
Umówiłam się tam z moją przyjaciółką i dwójką jej dzieci w czwartkowe przedpołudnie. Byłam bardzo ciekawa i jechałam tam z wielką nadzieją.
To miejsce, które powstało z pasji. Widać to na każdym kroku – przepiękne pomoce, przystosowane otoczenie i przede wszystkim podejście do dziecka oraz rodzica. Nasze dzieci spędziły tam naprawdę świetny czas. Lilka 40 minut pracowała w kąciku wodnym, a później zajęła się innymi rzeczami. Julian również znalazł tam interesujące pomoce dla siebie. Warto się tam wybrać żeby nawet zobaczyć i się przekonać (lub też nie).
Bawialnia znajduje się w niedużym lokalu i na raz może tam przebywać maksymalnie 6 dzieci. Wynika to przede wszystkim z szacunku do pracy dzieci. Kiedy jest ich więcej… zaczyna się chaos. Pani Kasia jest niezwykle pomocna, można zadawać jej pytania, prezentuje również pomoce oraz zajmuje się utrzymaniem porządku.
Przed wizytą najlepiej jest napisać lub zadzwonić do Pani Kasi i zapytać ile dzieci w danym czasie będzie przebywać w bawialni. Kiedy jest ich za dużo to dzieci nie skorzystają i będą się tylko irytować.
W Salawamama odbywają się również zorganizowane zajęcia – warto się dowiedzieć.
Muszę jeszcze napisać dwie ważne sprawy: nie warto tam zabierać dziecka zmęczonego, głodnego itd. będzie tylko się irytować i nie skorzysta w ogóle z pomocy. Na miejscu nie można kupić przekąsek, więc weźcie coś z domu. Rodzice mogą zamówić kawę lub herbatę.
Druga sprawa: czas – niektóre dzieci już nawet po godzinie mogą mieć dość i jest to zupełnie normalne zjawisko, bo ich koncentracja uwagi się skończy.
Sami zobaczcie jakie świetne są pomoce. Jeżeli coś Wam wybitnie się spodoba to piszcie, spróbuję podać nazwę skąd pochodzi dana rzecz;)
Myślę, że taka sala zabaw jest świetną alternatywą dla typowych pstrokatych i plastikowych bawialni. Dziecko ma okazję obcowania z równymi materiałami. Przy okazji rodzic może zobaczyć jak dziecko odnajduje się takich warunkach.
Salawamamę mogą też odwiedzać dzieci, które przygotowują się do adaptacji przedszkolnej. To świetny pomysł żeby w taki sposób powoli wkraczać w grupę dzieci z rodzicem u boku.
Strona bawialni znajduje się TUTAJ
Adres: Grzymalitów 11 m 15 A
Dziś pokażę Wam moje małe przyjemności, które w ostatnim czasie wprawiają mnie w dobry humor. Na moim blogu bardzo często pojawiają się rzeczy dla dzieci, a dziś chciałabym Wam polecić kilka fajnych rzeczy, których ostatnio używam.
Nie lubię kiedy mamy mówią: „W końcu matce też się należy” dlatego będę Was napastować o dbanie o siebie. Kiedyś na blogu były cykl miesięczny z takimi propozycjami – jadnak po narodzinach Julka lekko o nim zapomniałam. Mam chęć do nich wrócić.
1. W moim zestawieniu najlepszych seriali nie było „Wielkich kłamstewek”, bo dopiero wchodził na ekrany. Jest to serial genialny, trzymający w napięciu i przyprawiający o ciarki na karku.
Całość jest absolutnym majsterszykiem i mam nadzieję na kolejne sezony. Kto jeszcze nie widział? Serial zrobił na mnie takie wrażenie, że sama piosenka z czołówki (Michael Kiwanuka) wprawia mnie w niesamowity nastrój. A o czym jest? O życiu matek, tajemnicach i idealnych (na pozór) rodzinach
2. Matowe pomadki w natarciu – uwielbiam taką formę, bo nie rozmazuje się na ustach i nie zostawia śladów. Nowość od Lancome Matte Shaker
3. Chipie Joseph Antracite – moje ulubione obuwie wiosenno-letnie. To moja trzecia para i absolutny must have spacerowy. Wyglądają jak zwykłe trampki, a noszą się wspaniale (nawet bez skarpetek) i do tego pachną gumą balonową.
Lubię je za to, że dobrze wyglądają do jeansów i marynarki lub letniej sukienki. Piorę je w pralce przynajmniej raz na tydzień i tylko nabierają fajnego, wypranego wyglądu. Pamiętajcie tylko, żeby zamawiać o rozmiar większe niż nosicie, bo numeracja jest zaniżona.
4. Pomada Hagi z olejem z rokitnika znów jest dostępna. Bardzo fajny, wszechstronny produkt. To mój ulubiony zapach – ma w sobie energię. Trochę ubolewam, że nie ma mniejszej, kieszonkowej wersji i pomada stoi na codzień w łazience.
5. Moja nowa torba Gwen od Mammania. Znudziły mi się typowe torby wózkowe i zapragnęłam mieć coś bardziej eleganckiego. Ta torba jest wprost idealna. Chodzę z nią codziennie.
Nie muszę przepakowywać się kiedy wychodzę sama bez dzieci. Nie jest zbyt duża, ale w środku bardzo pakowna i ma odpowiednio dużo przegródek (nawet kieszeń termoizolacyjną). Uwielbiam ją za nieoczywisty charakter. Są też inne kolory.
6. Zestaw startowy Semilac do robienia hybrydowych paznokci. Moja kuzynka zrobiła mi taki manikiur dwa razy i się zakochałam. Aaaa, no i specjalnie kupiłam najpiękniejszy kolor lakieru ever – Bisquit.
Wiem, że już wszyscy wypróbowali tego typu manikiuru w domu… A ja dopiero teraz;) Dostałam ten zestaw od męża i zamierzam go używać. Dam znać czy się sprawdzi.
7. Kolekcja dla mam i córek od Mohito od ubiegłego tygodnia jest w sklepach, a ja wciąż nie mogę się zdecydować co kupić mi i Lilce. Fajne, proste zestawy w rozmiarach dla mamy i córki.
8. Nowa książka Małgosi Musiał z dobrarelacja.pl musi stanąć na mojej półce. Treści tej autorki są bliskie mojemu rodzicielskiemu sercu i wiem, że pomogą szczególnie w trudnych chwilach. TUTAJ
„Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny Najważniejsza jest relacja z dzieckiem słyszą zewsząd rodzice. Ale jak ją pielęgnować, kiedy rano trzeba szybko wyjść do szkoły albo kiedy rodzeństwo zaczyna kłótnie o zabawki Jak zadbać o potrzeby całej rodziny, jeśli każdy ma inne oczekiwania, a doba tylko dwadzieścia cztery godziny „
9. Jestem bardzo ciekawa tych nowych pomadek do ust od Clinique Crayola, które są zainspirowane popularnymi na całym świecie kredkami. Uwielbiam takie soczyste kolory na ustach i z pewnością coś zamówię na lato.
10. Nowa książka Jesera Juula „Rodzic jako przywódca stada” TUTAJ Kolejną książka tego autora, którą chcę przeczytać.
„Cała władza w rodzinie należy do rodziców. Dzieci potrzebują przywództwa, ponieważ brakuje im jeszcze doświadczenia i siły wewnętrznej, żeby samemu decydować o sobie. Jak jednak korzystać z władzy rodzicielskiej, żeby nie ranić dziecięcych uczuć i nie naruszać ich granic?”
To moje ostatnie odkrycia.
Restauracja z animacjami w Warszawie, która skradła dziś nasze serca nazywa się Stixx. Takich atrakcji połączonych z przepysznym jedzeniem na stołecznej mapie jest niewiele. W moim zestawieniu 10 najlepszych restauracji przystosowanych do potrzeb dzieci było kilka takich miejsc, jednak to co dziś zobaczyliśmy w Stixx Bar & Grill przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Zobaczcie co jest wyjątkowego w tym miejscu.
Zacznę od tego, że sama restauracja znajduje się przy Placu Europejskim w Warszawie – to zupełnie nowe miejsce na stołecznej mapie. Ta nowatorska przestrzeń miejska jest obowiązkowym punktem naszych spacerów.
Znajdziecie tam fontanny, w których latem można się bawić, mnóstwo zieleni i obiekty sztuki. Sam plac jest otoczony nowoczesnym budownictwem z małym akcentem zabytkowym.
Skuszeni ciekawym menu wybraliśmy się dziś do Stixx. Nie ukrywam, że zachęciła nas opinia naszej znajomej. Powiedziała, że jest to restauracja z animacjami dla dzieci, które ciężko zapomnieć. Jej dziecko świetnie się bawiło, a po atrakcjach zjedli pyszny obiad.
Muszę się przyznać, że Stixx odwiedziliśmy już latem, tuż po otwarciu i owszem jedzenie było smaczne i naprawdę zrobiło na nas wrażenie, jednak wtedy czekaliśmy na obiad około 50 minut (przy prawie pustej restauracji). Zrażeni tym faktem nie zawitaliśmy tam, do dziś. Nie wiedzieliśmy, że są tam właśnie animacje.
W sali obok odbywały się animacje dla dzieci. Panie były bardzo przygotowane i potrafiły zająć dzieci na długi czas. Lilka była zachwycona: robieniem ciastek (maślanych i pysznych), papierowych króliczków i obrazków z kurczakami. Naprawdę świetnie się bawiła.
Sama restauracja jest ogromna, więc spokojnie można się do niej wybrać z dużą grupą znajomych.
Ja jadłam Pad Thai z krewetkami i był obłędny!
Moja przyjaciółka skusiła się na dorsza
A Lilka zjadła rosół i chlebek Naan 🙂
Na deser własnoręcznie zrobione ciastka – pisanki
A tak ciekawie wygląda zlew w toalecie
Ja już nie miałam miejsca na deser. Ale jeśli tam wybierzecie to polecam Wam kawiarnie tuż obok Daft Cafe. Są tam ciacha grzechu warte np. bananofee, które wspominam do dziś i do tego pyszna kawa.
Wiosna na dobre (mam nadzieję) rozgościła się za oknem. Taka pogoda sprzyja wycieczkom. W końcu mam ochotę pojechać gdzieś z rodziną, trochę pozwiedzać i miło spędzić czas. Wrocław odwiedziliśmy już dwa lata temu i zakochaliśmy się w tym mieście.
Ma niesamowity urok oraz mnóstwo miejsc do zwiedzani, szczególnie z dziećmi. We wcześniejszej relacji pisałam o świetnych miejscach, które trzeba zobaczyć koniecznie we Wrocławiu: Wroclove
Pokażę Wam miejsca, które odwiedziliśmy tym razem. Ale jeżeli się tam wybieracie to koniecznie kliknijcie link powyżej, bo tam zamieściłam sporo ciekawych rzeczy
Tym razem do Wrocławia zawitaliśmy zawodowo już w piątek rano i postanowiliśmy zostać do niedzieli.
Hydropolis, czyli centrum wiedzy o wodzie. Interaktywne muzeum, którego tematem przewodnim jest właśnie WODA. Warto je odwiedzić z dziećmi, bo sposób prezentowanej wiedzy jest genialny. Dzieci przez doświadczenie mogą poznać wiele zagadnień związanych z wodą. Lilka skorzystała z wielu atrakcji i bardzo się jej podobało.
Wg mnie już 3-latki znajdą tam coś dla siebie.
Informacje praktyczne: w Hydropolis byliśmy w sobotę rano (20 min przed otwarciem) i nie było tłumów, bilety kupiliśmy od ręki. W muzeum jest ciemno, wiem, że dla niektórych dzieci to może być problem.
A tak wygląda w środku
Po wizycie w Hydroplis wybraliśmy się na mały lunch do:
Aż trudno uwierzyć, że jest to infopunkt miasta Wrocław:) W środku Barbary znajdziecie ogromną przestrzeń z fajnie zaaranżowanym kącikiem dla dzieci, pyszne jedzenie i świetną atmosferę! Polecam wszystkim – znajduje się bardzo blisko Rynku.
Kto odwiedza Wrocław musi odwiedzić też Rynek. O każdej porze roku warto się tu przespacerować. Kolorowe, zabytkowe kamienice niezmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój i uwielbiam się włóczyć z aparatem w zaułkach.
Ulubione zajęcie naszej rodziny we Wrocławiu to szukanie krasnali, które są ukryte w wielu miejscach. Dzięki nim dzieci chętniej spacerują i zwiedzają.
Bardzo lubimy również nieduży Park Staromiejski, gdzie jest świetny plac zabaw i stara karuzela (niestety tydzień temu była jeszcze nieczynna)
Gdzie się zatrzymaliśmy?
Już drugi raz w świetnym
Zazwyczaj jak szukamy noclegu to zwracamy uwagę na to żeby w hotelu był basen. Tutaj go nie ma, ale miejsce jest tak magiczne, że nie stanowi to problemu.
Położony jest prawie w centrum przy Dworcu głównym. Cały hotel jest stylizowany na Alicję z krainy czarów i to właśnie ten motyw nas do niego przyciąga. Dodatkowo, na dole jest świetna restauracja Czary mary, gdzie jadłam chyba najlepszą sałatkę z kozim serem w życiu:)
Warto też zwiedzić Dworzec Główny, szczególnie jeżeli na co dzień poruszacie się autem – Lilka była wniebowzięta i musimy się wybrać w podróż pociągiem.
Za chwilę majówka, dłuższe weekendy – warto wybrać się do Wrocławia i dać się porwać magii tego miasta.
A jeżeli szukacie czegoś znacznie bliżej Warszawy to polecam https://www.nebule.pl/pomysl-weekend-hotel-warszawianka/
Katar u dzieci jest bardzo powszechny. Prawie każdy rodzic miał lub będzie miał z nim styczność.
Dziś rozmawiam na ten temat z naszą pediatrą dr. Ewą Miśko-Wąsowską
Katar to jeden z najczęstszych powodów konsultacji pediatrycznych. Na początku warto zaznaczyć, że jest to objaw, nie choroba.
Katar powstaje na skutek drażnienia błony śluzowej nosa i powstającego w niej stanu zapalnego. Najczęściej towarzyszy ostrym infekcjom dróg oddechowych i alergiom. Ale są jeszcze inne sytuacje, kiedy u dzieci obserwujemy katar m.in. ząbkowanie, przebywanie w zanieczyszczonym powietrzu (dym tytoniowy!). Katar to też reakcja na suche powietrze, albo nagłe zmiany jego wilgotności, kurz, ciało obce w nosie.
U starszych dzieci katar może towarzyszyć migrenowym bólom głowy. Może też być reakcją na leki – przedłużone stosowanie preparatów obkurczających śluzówki nosa np. z ksylometazoliną (powyżej 5-7 dni) powoduje „przyzwyczajenie” się do leku i tzw. reakcję z odbicia – nadmiernie przesuszona śluzówka produkuje większą ilość wydzieliny. Jest to katar dość trudny do wyleczenia.
Istnieje jeszcze jedna łagodna odmiana kataru tzw. naczynioruchowy. Każdy z nas zapewne doświadczył jego występowanie, gdy zmarznięci wejdziemy do ciepłego pomieszczenia lub napijemy się gorącej herbaty. To fizjologiczna reakcja śluzówki nosa.
Pamiętajmy, że nie każde pojawienie się wydzieliny w nosie świadczy o chorobie, może to po prostu oczyszczanie. W ten sposób organizm pozbywa się niepotrzebnych cząstek z górnych dróg oddechowych (np. kurz).
Ponieważ różne mikroorganizmy towarzyszą nam na co dzień, a nos nie jest zamkniętą sterylną przestrzenią katar nigdy nie będzie jałowy. Natomiast nie znaczy to, że musimy go od razu leczyć antybiotykami. Wymaz z nosa ocenia jedynie nosicielstwo – czyli tych właśnie towarzyszy (m.in. paciorkowce czy tzw. pałeczki hemofilne).
Dość często zdarza się, że mieszka z nami gronkowiec złocisty. Jego nosicielstwa też nie leczymy (wg niektórych danych nawet 20-30% populacji). Leczenie nosicielstwa po pierwsze może sprzyjać szerzeniu się szczepów bakterii opornych na antybiotyki. Po drugie może torować drogę naprawdę poważnym zakażeniom. Kiedyś usłyszałam zdanie, które bardzo do mnie przemawia – „leczymy chorobę, a nie wynik wymazu”.
Jak jesteśmy już przy diagnostyce to dodam tylko, że aby mieć pewność jaki patogen jest przyczyną np. ostrego zapalenia zatok, to powinien być pobrany tzw. aspirat bezpośrednio z zatok. Wymaz z nosa nie będzie badaniem miarodajnym.
Sam kolor kataru nie świadczy o tym czy mamy do czynienia z infekcją wirusową czy bakteryjną. Niezmiernie rzadko zdarza się bakteryjne zapalenie od samego początku. Zwykle zaczyna się infekcją wirusową, a następnie może (nie musi) dojść do nadkażenia bakteryjnego.
W przebiegu infekcji wirusowej katar na początku jest wodnisty, przejrzysty. Następnie zaczynają gromadzić się w śluzówkach komórki stanu zapalnego, złuszcza się nabłonek i katar robi się gęsty, zielonkawy. Zatem zielony katar nie znaczy, że dziecko ma zakażenie bakteryjne, które trzeba leczyć antybiotykiem. O tym świadczy gorączka, która pojawia się po kilku, kilkunastu dniach infekcji.
To jeden z odwiecznych problemów rodziców małych przedszkolaków (też do nich należę). Największa zakaźność przy infekcjach kataralnych utrzymuje się przez pierwsze dni infekcji (zwykle towarzyszy temu podwyższona temperatura). Jest to czas kiedy dziecko powinno zostać w domu.
Dzieci jednak mogą już zarażać dzień przed wystąpieniem typowych objawów, mogą się wówczas jedynie trochę gorzej czuć. Nie od razu myślimy o przeziębieniu. To właśnie dlatego tak dużo zachorowań w żłobkach czy przedszkolach i na to nie mamy wpływu.
Natomiast dziecko, które ma katar już od ponad tygodnia a czuje się dobrze i przede wszystkim nie ma gorączki (w tym stanów podgorączkowych) i innych niepokojących objawów może uczęszczać do przedszkola. Nie stanowi już zagrożenia dla innych. Powinniśmy tylko ocenić czy wyciekająca wydzielina nie jest za bardzo uciążliwa dla malucha.
Problem z katarem polega na tym, że nie tylko uprzykrza funkcjonowanie w codzienności, ale może utrudniać ssanie u niemowląt powodując problemy z karmieniem. Może również przyczyniać się do powikłań jak chociażby zapalenie ucha środkowego. Dobrze jest zatem pomagać dzieciom w usuwaniu nadmiaru wydzieliny.
U najmłodszych, zwłaszcza poniżej 3 m.ż. wystarczy zakraplać roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej do noska i po chwili ułożyć dziecko na brzuchu (możemy je na przykład nosić w takiej pozycji na swoim przedramieniu). Lepiej w tym wieku ograniczać wszelkie aerozole, czy nadmierne korzystanie z aspiratorów.
Śluzówki nosa są niedojrzałe. W reakcji na nadmierne drażnienie mogą być bardziej obrzęknięte czy nawet krwawić. Pamiętam 7 tyg. chłopca, który trafił na Oddział Laryngologiczny z krwawieniem z noska. A wszystko to po prostu po intensywnym stosowaniu zwykłej soli morskiej właśnie w aerozolu.
Starszym dzieciom też należy sprawdzać co podajemy. Zastosujmy najpierw preparat na swoim nosie, żeby się przekonać czy ciśnienie nie jest za duże. I właśnie już u tych starszych (>3 m.ż.) aspiratory mogą być pomocne. Podstawą jednak tzw. toalety nosa jest roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej – najpierw zakraplamy, potem odciągamy.
I tu zdania wśród lekarzy są podzielone. Dla jednych jest to typowy objaw ząbkowania, podczas gdy inni uważają, że ma tylko związek z nakładającą się na ząbkowanie infekcją. Z tego co udało mi się do tej pory znaleźć w piśmiennictwie wydaje się, że jednak wyrzynaniu się zębów może towarzyszyć katar.
Jest to związane z produkcją tzw. mediatorów stanu zapalnego. One również mogą być odpowiedzialne za pojawienie się wydzieliny w jamach nosowych. Typowy katar u dzieci ząbkujących pojawia się na dzień przed przebiciem się zęba i ustępuje właśnie po przebiciu. Nie będzie więc trwał dłużej jak kilka dni. Zwykle jest wodnisty, przejrzysty.
Tak, w ostatnich latach są bardzo popularne i słusznie. Nebulizacje nawilżają drogi oddechowe, mogą przynieść ulgę zarówno w katarze jak i w kaszlu. Przy katarze wystarczą inhalacje z roztworu zwykłej soli fizjologicznej, pomagają odblokować nos. Można też zastosować roztwór soli hipertonicznej, która ułatwia rozrzedzanie zalegającej wydzieliny.
Jak wspomniałam wyżej przyczyny kataru są nie tylko infekcyjne, więc nie każdym katarem możemy się „zarazić”. Oczywiście jednak myśląc o najczęstszej przyczynie kataru, czyli infekcjach wirusowych – tak nimi zarażamy się całkiem łatwo. Wirusy przenoszą się drogą kropelkową, przez nieumyte dłonie. Najbardziej popularne w infekcjach kataralnych są rinowirusy. Łatwo namnażają się w wychłodzonym nabłonku nosa, powodując objawy infekcji m.in. katar.
Ten tydzień, to takie popularne określenie ze świata… dorosłych. Mówi się, że „katar leczony trwa 7 dni, a nie leczony tydzień”. U dzieci sprawa ma się inaczej, ze względu na niedojrzałość śluzówek i układu odpornościowego katar średnio trwa 10-14 dni.
Katar, który trwa kilka tygodni wymaga większej uwagi. Na początku warto ocenić, czy nie są to nakładające się na siebie infekcje. Biorąc pod uwagę fakt, że katar u dziecka może trwać 2 tygodnie, a częstość infekcji w sezonie jesienno-zimowym (zwłaszcza u przedszkolaków) może wynosić 1-2 infekcje w miesiącu, może wydawać się, że dziecko ma „ciągle” katar.
Zwykle lekarze uznają katar za przewlekły, gdy utrzymuje się ponad 6-8 tygodni. Przyczyn może być wiele – przewlekłe zakażenie, alergia, przerost migdałka gardłowego, obecność ciała obcego, zmiany polekowe, skrzywienie przegrody nosa.
Poważne choroby też mogą objawiać się przewlekłym katarem np. mukowiscydoza. Natomiast wówczas, mamy też inne niepokojące objawy jak przewlekły kaszel, słaby przyrost masy ciała, biegunki, bóle brzucha i in. Każda choroba wymaga innego postępowania.
Znaczną poprawę w funkcjonowaniu zwłaszcza najmłodszym dzieciom przynosi częste wietrzenie pomieszczeń, zaleca się utrzymanie temperatury 19-20°C. Częste układanie w pozycji na brzuszku gdy dziecko jest aktywne.
Można zastosować uniesienie górnej części ciała do snu podkładając coś pod materac, aczkolwiek u tych bardziej ruchliwych niemowląt nie zda to egzaminu. Jak dziecko nie gorączkuje, a nie ma mrozu za oknem, możemy wybrać się na spacer.
I to co ciągle powtarzamy – nawadnianie. Proponujmy dzieciom często coś do picia. Dobrze nawodniony organizm lepiej sobie poradzi z infekcją.
8-10 infekcji w roku uważa się za normę, biorąc pod uwagę, że dominują w sezonie jesienno-zimowym, wówczas może wypadać średnio 1-2 infekcje w miesiącu. Nie myślimy jeszcze wówczas o zaburzeniach odporności.
Bardzo dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi.
Możecie również zadawać pytania, Pani dr odpowie na nie w komentarzach.
Po więcej porad możesz śledzić dr. Ewą Miśko-Wąsowską na Instagramie – znajdziesz ją tam jako: dr_misko
Katar jest bardzo powszechny wśród dzieci, a rodzice często są zagubieni. Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i uważasz go za wartościowy. Proszę udostępnij ten post swoim znajomym. KLIKNIJ https://www.facebook.com/nebuleblog/
A tu macie moje Domowe sposoby na katar i przeziębienia
A kiedy dziecko jest w domu, i chcesz je czymś zająć – może zainspiruj żeby zrobiła Lapbook
Zazwyczaj piszę Wam o wydarzeniach, w których mieliśmy już przyjemność uczestniczyć. Wtedy zawsze mi piszecie: „Szkoda, że nie dałaś znać wcześniej” lub „Też odwiedzamy to miejsce, żałuję, że się nie spotkaliśmy”. Tym razem jest inaczej. Pojawiła się niesamowita okazja i już w następną niedzielę (19.03.2017 r.) będziecie mogli się z nami spotkać.
W tym roku blog skończy 5 lat. Niesamowity czas, który bardzo szybko minął. Byliście tu ze mną jak rodziła się Lila, kiedy zostałam zwolniona z pracy, kiedy obwieściłam Wam, że pojawił się Julian. Piszę Wam o tym co lubię, co mnie martwi i czym się inspiruję. Widzę, że doceniacie moją pracę i cieszycie się z małych i dużych sukcesów. Dziękuję!
Wooow! Pamiętam jak zaczynałam pisać i miałam 10 czytelników. Jest mi ogromnie miło, że tu zaglądacie i macie chęć na więcej. Cieszę się z każdego „lajka” pod wpisem. Wam się może to wydawać niezbyt ważne, bo to tylko liczby. A ja zawsze, przy każdym moim wpisie klikam te „polubienia” i patrzę kim jesteście, jak wyglądają Wasze dzieci itd. Tam, pod tymi postami na Facebooku nie jesteście liczbami tylko osobami, które już rozpoznaję.
Ale tym razem pojawia się szansa spotkania nie w wirtualnym świecie, a w realnym.
Jak wiecie lubię wspierać różne, ciekawe inicjatywy. Tak też stało się tym razem. Zostałam parterem Warszawskich Dni Rodzinnych organizowanych przez Fundację Zwalcz Nudę i m.st. Warszawa
w godzinach 11:00-15:00 zapraszamy do Centrum Rekreacyjno-Sportowego Bielany,
ul. Lindego 20 (przy metrze Wawrzyszew)
Będziemy tam! Jeżeli macie chęć nas spotkać i do tego świetnie się bawić z dziećmi przyjdźcie koniecznie na Piknik.
IX edycja Warszawskich Dni Rodzinnych już 17-19 marca 2017 r.
Tęsknicie za wiosną? Nie macie pomysłów na rodzinne, zimowe wypady? Brakuje Wam słońca? Nie martwcie się! Jak co roku Zwalcz Nudę wraz z Miastem Stołecznym Warszawa pomoże Wam przetrwać wiosenne przesilenie zapraszając na kolejną edycję Warszawskich Dni Rodzinnych. To już IX edycja!
Warszawskie Dni Rodzinne, to wyjątkowy weekend, podczas którego najlepsze miejskie instytucje otwierają swoje drzwi dla warszawskich rodzin. Co roku na dwa weekendy (na wiosnę oraz na jesieni) zamieniamy stolicę w wielki, radosny plac zabaw.
Wszystko jest otwarte, bezpłatne i skierowane do rodzin: pokazowe zajęcia językowe, sportowe, artystyczne, warsztaty dla rodziców, eksperymenty oraz setki innych atrakcji jak spektakle teatralne oraz specjalne wystawy w muzeach.
Trzeci weekend marca to dla warszawskich rodzin trzy dni wspaniałej zabawy. Czekają na Was między innymi: zajęcia z matematyką na wesoło przygotowane przez Matplanetę i anglojęzyczne zajęcia pełne gier, zabaw ruchowych i muzyki w szkołach języka angielskiego Helen Doron.
Szkoła języka angielskiego dla dzieci Archibald Kids zorganizuje warsztaty językowo- plastyczne, zaś KLOCKOWNIA warsztaty „dookoła świata” gdzie dzieci będą budować z klocków znane budowle np. Wierzę Eiffla, Taj Mahal czy Big Bena. Dziecięca Akademia Twórczości zaprasza na zajęcia z robotyką RoboRobo oraz z Robo Maincraftem; w księgarni Baczyńskiego spędzicie czas w latynoskim klimacie, a rodzice spróbują wybornej południowoamerykańskiej kawy.
Fundacja Nowolipki przygotowała warsztaty z witrażu – Puzzle na szkle; Fundacja Nadwiślański Uniwersytet Dziecięcy pokaz – „Czy w morskich głębinach mieszkają potwory?”. Na najmłodszych czekają również zajęcia z podstaw programowania – a to tylko niektóre z przygotowanych zajęć! Podczas tej edycji WDR będziecie mogli bezpłatnie wejść do najciekawszych muzeów, teatrów i kin w Warszawie.
Czekają na Was zaproszenia m.in. do: Teatru Studio, Teatru Guliwer, Kina Muranów, Kina Iluzjon oraz Kina Wisła na Misiowe Poranki, Muzeum Domków dla Lalek, Muzeum POLIN czy Zamku Królewskiego.
19 marca 2017 w CRS Bielany na ul. Lindego 20 w godz. 11:00-15:00 gdzie na warszawskie rodziny czeka moc niepowtarzalnych atrakcji. Podczas gdy rodzice będą zdobywać wiedzę i poszerzać horyzonty pod okiem wykwalifikowanych pedagogów, psychologów i lekarzy, na najmłodszych czeka mnóstwo wspaniałej zabawy: spotkacie rybkę MiniMini+, maskotkę ZTM – uroczy Bilecik; spróbujecie wyjść z escape roomu przygotowanego specjalnie na tę okazję przez Team Exit.
Miasto Stołeczne Warszawa zaprosi na zajęcia plastyczne i techniczne dla dzieci organizowane przez warszawskie kluby dla rodzin; dzieci będą również miały okazję zobaczyć jak pracuje zespół Pogotowia Ratunkowego oraz Straży Pożarnej, która na Piknik przyjedzie wozem ratowniczo-gaśniczym; Urząd Komunikacji Elektronicznej zaprosi do swojego stoiska gdzie, poprzez gry i zabawy pokaże najmłodszym jak bezpiecznie poruszać się w sieci, a rodzice dowiedzą się jak chronić swoje pociechy.
Będziecie mieli także okazję do zrobienia sobie szalonych, nietypowych zdjęć w fotobudkach CAMERAlnie i Make a Wish, lub profesjonalnych fotografii na stoisku Magiczne Chwile. Leroy Merlin zaprosi wszystkich do wspólnego sadzenia roślinek, o stylizację dziecięcych fryzur zadbają Fryzurki spod Chmurki, zaś Funiversity przeprowadzi wybuchowe eksperymenty.
pojawią się również mamy blogerki autorki takich blogów jak: nebule.pl, mamawarszawianka.pl, mamacarla.pl czy ohmummy.pl.
Blogerki podpowiedzą jak stawiać czoła wyzwaniom rodzicielstwa oraz jak odnaleźć swoją pasję jako mama, zaś Justyna Tomańska autorka portalu najlepszedladzieci.pl będzie podpisywać swoje książki. Patronami Pikniku są również autorzy bloga Mądrzy Rodzice, który jest jednym z najpoczytniejszych portali parentingowych w Polsce!
W piknikowej strefie CHRONIĘ BO KOCHAM pary spodziewające się dziecka będą mogły spotkać się z wykwalifikowaną doulą, która oferuje fizyczne i emocjonalne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży i połogu.
Dzięki rozmowie z przedstawicielami Pramerica Życie młodzi rodzice poznają najlepsze sposoby zabezpieczenia życia i zdrowia, aby całą rodziną mogli w spokoju ducha realizować swoje marzenia i czerpać więcej z życia, dowiedzą się również kim jest Life Planner® i jak bardzo wartościowa jest jego pomoc.
W tej strefie również m.in.: Basket Kids przygotuje animacje sportowe z elementami koszykówki; pobawicie się klockami małymi, dużymi i tymi zupełnie nietypowymi; naukę pierwszej pomocy przeprowadzi Pogotowie Ratunkowe; zaś Fundacja Wiewiórki Julii zaprosi maluchy na bezstresowy przegląd stomatologiczny.
To tylko niektóre z atrakcji, z których będzie można skorzystać podczas Warszawskich Dni Rodzinnych. Pamiętajcie, że wstęp na wszystkie zajęcia jest bezpłatny, po uprzednim zapisaniu się i zarezerwowaniu miejsca! Zapisy na zajęcia ruszają 24 lutego 2017 r. o godzinie 10:00.
Nie może Was zabraknąć!
Więcej informacji na: www.warszawskiednirodzinne.pl
Dziecko należy ustawić w szeregu, niechaj kolejno odlicza. Sztywno, równo i posłusznie, a do tego bez wahania. Dyscyplina! Dyscyplina, to podstawa wychowania…*
* Pan Kleks W Kosmosie (Akademia Pana Kleksa)
Choć wcześniej wydawało jej się, że na pierwsze chwile po wykluciu – wszystko już jest naszykowane – teraz jednak popędziła zabiedzonego papę gęsiora Tofla po rzekomo nie cierpiące zwłoki sprawunki. Sama natomiast bezzwłocznie przystąpiła do wprowadzania – koniecznego wszakże w 9-cio pisklętowej komandzie porządku. Najpierw oznajmiła – nakarmimy wasze młode gęsie ego – opanowując sztukę chadzania wszędzie gęsiego!
Małe niezborne nóżki, dzióbki i futerka, cichutko popiskując, szybko uznały autorytet rodzicielki i poddały się jednej słusznej rutynie. Oprócz jednego rebelianta, małego gąsiorka Bolka, który wykluł się jako pierwszy i kiedy jego rodzicielka zajęta była przeliczaniem pojawiających się sumiennie i zgodnie z harmonogramem na świecie jego braci i sióstr, zdążył tymczasem dać drapaka…
Jak tylko usłyszała pierwsze popiskiwania dobywające się z pękających skorupek, przyzwała głośnym gdakaniem tatę kogucika i razem dumnie i gromko hałasując pomagali małym brzdącom stanąć na nogi.
Biegali jak oszalali po kurniku i robili rejwach na całą okolicę. Masa żółtego pierza, niezliczona ilość łap, oczków, dzióbków. Masa nieopanowywalnego pisku, masa szczęścia.
Gdyby Inka nie była zbyt zajęta musztrowaniem gęsiej gromadki – z pewnością z potępieniem patrzyłaby na te spontaniczne wybuchy radości i organizacyjny chaos. U niej wszystko było dawno dokładnie rozplanowane i poukładane.
Pasza dla bobasów była przygotowana, podzielona na 9 równiutkich stosików, każdy z nich podpisany, zważony i naturalnie dietetycznie zoptymalizowany pod kątem jak najszybszego przyrostu masy. Już ona pokaże gospodarzowi że wszystkie pisklaki będą w 10tym centylu. Bólu głowy przysparzał jej tylko ten huncwot Bolko? Gdzież on się już zdążył zapodziać? A niech go gęś kopnie!
Całe stadko biegało w tę i z powrotem, przekomarzając się szpetnie. Gdyby ktoś zapytał kurkę czy doliczyła się już swoich pociech – usłyszałby odpowiedź że cyfra za każdym razem wychodzi inna – ale co tam, wszak szczęście jest niepoliczalne. Dzięki właśnie dokładnie takim warunkom, Bolko był w stanie zadomowić się u kurek na dobre, swojsko czuł się w dynamicznej grupie, uczył się samodzielności i walki o swoje.
Tymczasem w zagrodzie gęsi panowała żelazna dyscyplina. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Każde z nich dostało swoje wyraźnie oznaczone 10 cm przestrzeni. Dysponowało komfortowymi warunkami. Inka miała wszystko dokładnie rozpisane. Każdy kuper był codziennie ważony, mierzony, jego dieta na bieżąco korygowana. „Dzieci potrzebują rutyny”, „to im daje poczucie bezpieczeństwa” – Inka mogła na wyrywki cytować podręczniki i fora. Budziła swoje pociechy nawet w nocy na karmienie.
Choćby spały kamiennym snem – ona lepiej wszak wiedziała, iż ich malutkie żołądki bez dwóch zdań potrzebują karmienia dokładnie co 4 godziny. Papa Tofel jako gabarytowo mniejszy od szacownej małżonki, chciał chyba nadrobić parszywą posturę bo jeszcze był sumienniejszy od niej.
Kiedy jakieś gąsiątko próbowało choć nieśmiało zaprotestować, licząc na to iż ktoś inny niż mama zrozumie drobną żołądkową niesubordynację, dostawało bezpardonowo lejek w dziób, i dodatkową porcję paszy prosto do przepełnionego żołądka. Nawet jednak wzorcowy służbista Tofel, nie był stanie zapanować nad Bolkiem, który znikał wciąż jak kamfora.
Chodziła wolno po wybiegu i wspierała swoje niezgrabne wpierw maluchy. Tu prezentowała jak drapnąć tłustego robaka, tam wskazywała dziobem co smaczniejsze kępki trawy. Dwoiła się i troiła by pisklaki same potrafiły odnaleźć swoje gusta.
Krzyczała na kogucika kiedy za bardzo chciał wyręczyć któregoś szkraba w poszukiwaniu pokarmu. „Najbardziej im posmakuje to co sami sobie zorganizują” klarowała. „Nie odbieraj im możliwości uwierzenia we własne siły!” Podwórko kurek mogło razić wizualnie uwrażliwionych kibiców. Każde z kurczątek leniwie uczyło się polowania na smakowite kąski, każde w swoim tempie.
Właściwie nie było chwili kiedy któreś z nich nie jadło. Mimo iż rodziciele cierpliwie dwoili się i troili próbując zapanować nad jako takim porządkiem – musiał on polec na ołtarzu tej spontanicznej nauki dziobania, ale kurka hołdowała zasadzie jakiej nauczył ją jeden francuski piesek: „jem tyle na ile mam ochotę, ani mniej ani więcej”.
Jeśli uznały że mimo iż dopiero pół naczynia jest puste, ich brzuszki są już pełne – pędziły czym prędzej fikać koziołki z rodzeństwem. Lubiły zresztą odkrywać co rusz to nowe smaki i faktury. Ziarno było nudne jak flaki z olejem.
Za płotem gęsiej zagrody, próżno byłoby szukać choć zmarnowanego ziarenka. Inka bardzo kochała swoje dzieci. Wpierw próbowała pozwolić gąskom jeść samodzielnie, szybko jednak uznała taką formę za mało efektywną. O estetyce nie wspominając.
Gąski próbowały się wygłupiać, potrafiły się pobrudzić czy nie daj boże zmarnować jakiś okruch! Nie nie nie i jeszcze raz nie! Inka szybko podjęła decyzje iż tak być nie może. Zakazała używać przy jedzeniu jakichkolwiek kończyn.
Nie ma mowy o pomaganiu sobie skrzydełkami, drapaniu nóżką. Po paru eksperymentach rozkazała iż po prostu siedzieć proszę na kuprze i nie dyskutować tylko dziobać dziobać dziobać! Przecież pasza, którą gospodarz przynosił musi być bez dwóch zdań spożyta co do ostatniego okruszka!
Kurka z kogucikiem może i zainspirowaliby się porządkiem panującym w gęsiej zagrodzie, ale po prostu nawet nie mieli czasu zajrzeć do wzorowo zorganizowanej sąsiadki. Małe kurczątka nie ustawały bowiem w zaskakiwaniu rodzicieli coraz to nowymi umiejętnościami rozrabiania.
Przez to że dzieciaki prześcigały się w zdobywaniu urozmaiconego pożywienia – ich zdolności motoryczne rozwijały się niepomiernie. Skrzydła przejawiały właściwości wręcz chwytne, koordynacja łapa-oko prócz efektywnego polowania na robaki pozwalała im bardzo szybko opanować zdolność skrobania jak kura pazurem. Rodzicom wydawało się że to pokolenie chyba pójdzie od razu do gimnazjum, na samą myśl dostawali gęsiej skórki.
Nie ustawali oni zgodnie w staraniach by prześcignąć oczekiwania gospodarza. Im więcej przynosił im karmy – tym więcej jeszcze prosili. Gąski były karmione już nie co 4 a co 3 godziny. Budowanie biomasy szło w imponującym tempie. Odkryli, iż dobrze działa też wykluczenie jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Gąski siedziały na kuprach, każda miała przypisany lejek a rodzice sypali w nie paszę jak do worka. Inka nie posiadała się ze szczęścia. Codziennie mierzyła i ważyła swoje pociechy. Wiedziała że im bardziej się przyłożą, tym prędzej gąski osiągną tak wymarzoną przez gospodarza dojrzałość. Inka bardzo kochała swoje dzieci.
Był najgorszą skazą nieskazitelnej gęsiej zagrody. Odmieniec ważył połowę tego co rodzeństwo. Co gorsza był nad wyraz ruchliwy, niepokorny i wyszczekany. Skaranie boskie z takim łobuzem. Potrafił podlecieć nad wysoki płot, potrafił wyskrobać swoje imię na płocie, przez to często spotykał się z aktywną dezaprobatą gospodarza.
Tyle pożytku, że rodzice mogli go używać jako negatywnego przykładu ze swojego podwórka dla reszty posłusznej czeredy. Rodzice namiętnie straszyli nim resztę dzieciaków – „jak będziesz niesforny jak ten Bolko to na zawsze zostaniesz taki drobny!”
Inka aż cała się trzęsła z radości, kiedy pewnego dnia na gospodarstwo zajechał ten wielki błyszczący kurnik na kołach. Cała jej familia była idealnie przygotowana.
Wypucowała jeszcze piórka i skrzydełka swej nieruchliwej tłustej gromadce. Bielutkie pierze na wypasionych gąskach lśniło i puszyło się dumnie w ciepłym słońcu. Nawet Pan Tofel zasłużył dziś na pochwałę! Przyczynił się aktywnie do sukcesu wyprowadzając przed dom gospodarza – pięknie maszerującą gęsiego defiladę.
Gospodarz i jego gość cmokali i mlaskali z zadowolenia. Poprosili nawet o repetę z defilady zanim zaprosili gąski do wnętrza luksusowego vana. Inka była w takiej ekscytacji, że właściwie wyparła ze swej lśniącej białogłowy istnienie Bolka. Wiedziała jak psułby tę sielankę swą cherlawą posturą, do tego brudny i umorusany jak nie przymierzając zmokła kura.
Gęś Inka bardzo kochała swoje dzieci. Łzy szczęścia zakręciły się jej w oku kiedy komfortowy van do kurortu o egzotycznej nazwie „Ubojnia drobiu” odjechał w gęsiną dal.
Tylko Bolko przegrał życie…