kontakt i współpraca
Dzień Dziecka zbliża się wielkimi krokami. Ja już na szczęście wszystko mam i dziś chciałabym zaprezentować kilka świetnych zabawek, które świetnie nadają się na prezenty.
Jak wiecie mamy w domu prawie 5 – latkę i roczniaka. Także w tym roku wybrałam prezent dla Juniora zgodny z jego etapem rozwoju, a Lilce zgodnie z jej zainteresowaniami. Obecnie są to: taniec, język chiński, różne zabawy manualne, ozdabianie przedmiotów i dekorowanie.
Oto moje pomysły:
Układanki jednoelementowe
To pierwszy etap układania. Te mają dość grube uchwyty i świetnie je się łapie. Dodatkowo dziecko ćwiczy chwyt pęsetkowy – potrzebny w dalszych etapach rozwoju.
Wybrałam puzzle sensoryczne ze zwierzętami, bo będziemy przy nich wydawać odgłosy:)
Jedne są z elementami dotykowymi
Dostępna TUTAJ
Drugie są z dźwiękami, przy czym są bardzo fajnie nagrane, nie ma wątpliwości jakie to zwierzę. Bardzo się Julkowi podobają ( dałam mu je trochę wcześniej, bo chciałam wypić kawę;) Na razie tylko wyjmuje, ale już nie długo zacznie wkładać elementy w odpowiednie otwory.
Dostępne TUTAJ
Szukałam czegoś takiego w prezencie na roczek. Zależało mi też na figurkach. Ta zabawka będzie nam służyć conajmniej 3 lata, bo można się z nią bawić na różne sposoby: można układać piramidę, wkładać zwierzęta do otworów, bawić się w farmę. Julkowi oczywiście najbardziej podoba się burzenie;) A do tego świetnie się składają i zajmują mało miejsca.
Na koniec klasyk! Jak tylko ją kiedyś zobaczyłam to wiedziałam, że kupię tę rakietę dla następnego dziecka. Elementy trzymają się ze sobą magnesami, jednak trzeba je odpowiednio dopasować. Rakieta nie jest duża i doskonale mieści się w małych rączkach. Do tego te ruchome śmigiełko… Już czuję, że to będzie jego ulubiona zabawka.
Ostatnio przyniosłam Juniorowi starego miśka Lilki. Kiedy ona to zobaczyła to oczywiście go chciała… A on teraz ma jakąś fazę na przytulanie i tuli nawet… foremki do piasku. Postanowiłam, że też musi mieć swojego misia.
Często szukamy tych drewnianych zabawek edukacyjnych, a zapominamy o klasykach, które powinno mieć każde dziecko. A ten miś jest przeuroczy, zamknięty w cudnym pudełku na prezent. Do tego jest tak miły w dotyku, że sama mam ochotę go przytulić.
Dostępny TUTAJ
Tak jak wspomniałam wyżej – Lilka ma bardzo ukierunkowane zainteresowania i dlatego wybrałam takie rzeczy, które obecnie podobają się jej najbardziej.
Lilka spędza teraz przy biurku długie godziny, ciągle coś klei, wycina, ugniata itd. Brakowało mi czegoś sensownego jako podkładka (do tej pory zaściełałam gazetę). Teraz może ugniatać masę solną, lepić z modeliny czy tez malować farbami. Zobaczcie jaki fajny wynalazek – mata się przyczepia do biurka, można ją myć w zmywarce i stosować do różnych prac.
Układanka zamknięta w metalowym pudełku. Mieliśmy kiedyś bardzo podobną tylko z domem – Lilka ją uwielbiała. Za pomocą magnesów można tworzyć własne aranżacje. Super zabawka na podróże, bo zajmuje mało miejsca.
Lilka uwielbia takie rzeczy – właście to jej jedyne zajęcie ostatnio. Ciągle coś tworzy. Już kiedyś miała takie zestawy Janod, ale z innymi motywami ( zobaczcie tutaj: Mamo, ja nie lubię rysować). Teraz zamówiłam trochę trudniejsze. Będzie zachwycona! Cały zestaw jest zamknięty w metalowej walizeczce, która później służy do innych rzeczy.
Przeszła jej jakoś faza na układanie puzzli, ale może zachęci ją piękny obrazek z baletnicami:)
A JUŻ W PRZYSZŁYM TYGODNIU POKAŻĘ WAM NAJFAJNIEJSZE KSIĄŻKI NA PRZENT NA DZIEŃ DZIECKA
Jeżeli szukacie innych ciekawych wpisów z pomysłami na prezenty to polecam te:
KLOCKI MAGNETYCZNE
KLOCKI KONSTRUKCYJNE
ZABAWKI GEOGRAFIA
KINOPTIK I JOINKS
ZABAWKI (NIE TYLKO) DLA DZIEWCZYNEK
Ale macie ze mną dobrze! Sezon dopiero się zaczyna, a my w warunkach wodno-piaszczystych zdążyliśmy przetestować dla Was świetne gadżety, które przydadzą się podczas podróży z dziećmi. A jeżeli nigdzie się nie wybieracie to możecie ich używać nawet na spacerze.
Moje odkrycie tego wyjazdu! Nigdzie nie mogłam znaleźć nic sensownego z rękawami, aż trafiłam na te. Są przemiłe w dotyku, dobrze wchłaniają wodę i szybko schną. Do tego zajmują bardzo mało miejsca w walizce. Dzięki temu, że mają dość uniwersalny rozmiar wystarczą na długo.
Myślałam, że będę ich używać tylko na basenie, ale przez to, że tak dobrze wchłaniają wodę to zamierzam ich używać również w domu po kąpieli. Zapytacie pewnie jak wypada rozmiarówka. Julian ma 0-2 (a ma 80 cm wzrostu), a Lilka mimo tego, że ma 4,5 roku (105 cm) ma rozmiar 2-4, więc jak widzicie szlafroki wystarczą na dłużej.
Są dostępne w różnych kolorach i dwóch rozmiarach TUTAJ
Czy Wasze dzieci też nie potrafią chodzić po basenie? Moje są zawsze w biegu… Zawsze się obawiam, że się wywrócą na śliskiej powierzchni i non stop powtarzam: „Chodzimy powoli!”. Jednak moje słowa działają tylko na dwa kroki, później już biegną. W tym roku postanowiłam, że przetestujemy taki wynalazek i powiem Wam, że sprawdziły się znakomicie!
Zero upadków, a ja w końcu nie musiałam ich ciągle strofować. To nic innego jak bardzo dobrze przylegające skarpetki z antypoślizgiem. Wchodzi się w nich do wody. Myślę też, że świetnie się sprawdzą na wodnym placu zabaw, o którym pisałam we wpisie Bajka
Dostępne w różnych rozmiarach i kolorach TUTAJ
Kiedy tylko zrobi się zielono temat kleszczy powraca jak bumerang. W tym roku zdecydowałam się jeszcze na dodatkową ochronę. To ten mały breloczek przy Lilki plecaku – nazywa się TickLess i aktywowany ma chronić przed kleszczami.
Jak działa? Kleszcze oraz roztocza kurzu domowego posiadają specjalny narząd (tzw. narząd hallera), który wykorzystują do namierzania pożywienia/ofiary.
TickLess oraz MiteLess blokują działanie narządu hallera poprzez emisję ultradzwięków. Czyli stajemy się niewidoczni dla kleszczy. Drugie takie urządzenie mam przy wózku Julka, a trzecie przy mojej torebce. Jest jeszcze wersja MiteLess dla alergików na roztocza, które również mają ten narząd hallera.
Więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ
Junior od dwóch miesięcy ma fazę na chodzenie. Wszystko robi w ruchu, nawet czyta książki i myje zęby. Trochę się obawiałam posiłków podczas wyjazdu i stwierdziłam, że przyda się nam takie składane krzesełko. To był strzał w dziesiątkę!
Zajmuje mało miejsca po złożeniu (wsunęłam je pod fotel w aucie), a po rozłożeniu służy jako krzesełko. Na wyjeździe – wiadomo, nie zawsze się je w restauracji i dzięki temu mogłam dać mu spokojnie coś do jedzenia. Na zdjęciach je swoje pierwsze truskawki z widokiem na Balaton. Kiedy się pobrudził to wycierałam je chusteczkami nawilżanymi, a po powrocie krzesełko uprałam w pralce i wygląda jak nowe.
Na każdy wyjazd z dziećmi zabieramy takie zestawy: sztućce, większa miska, kubeczki. Przydają się do zrobienia kaszki, czy też umycia owoców. Teraz zabrałam właśnie ten, bo miska jest trochę większa i może służyć również za talerz. Nie znałam wcześniej tej marki, a jest super – nie wiedziałam, że z kukurydzy można zrobić eko talerze.
Kiedy miałam przed sobą wizję 2 – tygodniowego zastanawiałam się jak będę prać śliniaki, których Julian zużywa po 4 dziennie. Myślałam, żeby kupić jednorazowe, ale akurat nigdzie nie mogłam ich dostać. Tak też znalazłam gadżet idealny! Do uchwytu zamontować można chusteczkę, która zawsze jest dostępna w restauracjach. Na koniec wycieram chusteczką buzię po posiłku i ją wyrzucam. Genialne! Juniorowi służą również jako gryzaki;)
Podróżowanie z dziećmi autem to czasami spore wyzwanie. Ja mam kilka swoich patentów, które nam je ułatwiają. Często wyjeżdżamy na wieczór żeby dzieci zasnęły w samochodzie. Mam swój sposób, który zawsze stosuję i działa idealnie. Otóż, często światła mijanych samochodów budzą dzieci, dlatego ja zawsze zakładam osłonkę na fotelik, którą montuję przy twarzy dziecka.
Wcześniej układałam tam przewijak Skip hop, a ostatnio zamówiłam taką osłonkę, która przyda się również latem podczas jazdy wózkiem. Jest bardzo przewiewna i dobrze się trzyma (na magnesy). Można ją podwijać i przypinać.
Ja nie wiem jak my wcześniej bez niego jeździliśmy! To jest genialny wynalazek. W końcu nie muszę 100 razy podawać wody do picia, czy też innych rzeczy. A do tego osłania fotel przed zabrudzeniem od butów.
Na samej górze ma przezroczystą kieszeń, do której można włożyć tablet z włączoną bajką. My akurat nie stosujemy takich umilaczy, bo Lilka ma chorobę lokomocyjną, ale innym może się przydać.
Do tej pory jeździłam z zupełnie przypadkowymi zasłonkami z reklamą kaszki, które dostałam w gratisie. Niezbyt dobrze zaciemniały, a do tego non stop wypadały. Przed wyjazdem zamówiłam te i są genialne! Dobrze zaciemniają, można je mocować na przyssawki lub zaczepić na szybie. Składają się za pomocą jednego kliknięcia (może to zrobić dziecko zapięte w pasach). Mogłyby być odrobinę szersze, ale to już zależy od wielkości szyb. W zestawie macie dwie zasłonki.
Pewnie zapytacie w jakim foteliku jeździ Lilka – to Takata Maxi. Przygotuję o nim oddzielny post, bo sprawdza nam się znakomicie.
Postanowiłam ożywić trochę nasz szary wózek na wiosnę:) Wkładka jest naprawdę świetna i przyda się latem kiedy jest gorąco. Jakie jest jej działanie:
Wkładka zapewnia odpowiednią temperaturę siedzenia w wózku dzięki trzem elementom: wierzchniej warstwie chłonącej wilgoć, siatce na spodzie, która pozwala na swobodny przepływ powietrza oraz specjalnym zagłębieniom, które odprowadza ciepłe powietrze. Wkładka zaprojektowana jest tak, by zapewniać dziecku wygodę przez cały rok. Posiada wiele otworów by móc ją dopasować do różnych konfiguracji pasów w większości rodzajów wózków. Antypoślizgowy spód sprawia, że wkładka jest nieruchoma.
Mam go już ponad rok i uwielbiam! Ma dwa miejsce na napoje (moje i np. Juniora), kieszonkę na zamek i dobrze trzyma się wózka. Kiedy wychodzę blisko domu to nie biorę żadnej torby. Pieluchy i chusteczki wkładam do worka Skip hop (TUTAJ), a portfel, telefon do organizera. Można prać go w pralce.
Zapanowała u nas faza na hulajnogę! Po 3 latach od kupienia:) Zabieramy ją wszędzie, bo Lilka bardzo ją lubi, a do tego po złożeniu zajmuje mało miejsca. Idealnie nadaje się na zwiedzanie miasta, czy też wycieczkę do zoo. Ostatnio zażyczyła sobie dzwonek i upolowałam taki z kolekcji z zagrożonymi zwierzętami Wishbone. Pasuje na każdy pojazd.
Dzwonek TUTAJ
Mamy je już dość długo, ale nie miałam okazji Wam pokazać. Co za wynalazek! Pojemniki są 3 – każde z nakrętką i można je ze sobą łączyć. Co w nich nosimy? Różności: pokrojone jabłka, chrupki Julka, a nawet zabieram w nich w podróż suchą kaszkę dla Jula do zalania wodą. Są niewielkie i mieszczą się wszędzie.
Tak, przyznaję kupuję Juniorowi jedzenie w słoiczkach do podgrzania (taka ciekawostka, że Lilce kupiłam tylko jeden w życiu). Na spacery zabieram go właśnie w tym podgrzewaczu, w którym za pomocą jednego kliknięcia podgrzewam jedzenie.
Bardzo fajny pomysł! Tylko aby go znów „aktywować” trzeba go gotować w garnku lub za pomocą torebki do sterylizowania wygotować w mikrofali. Super pomysł na wyjazd.
Mamy już kolejny model. Więcej pisałam o nich Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci. Są fajne, lekkie i co najważniejsze mają filtry.
Dostępne w wielu rozmiarach, modelach i kolorach TUTAJ
Nie mogłam o nich nie wspomnieć – od kilku sezonów Lilka w nich biega i jestem z nich bardzo zadowolona. To są właśnie takie buty, w których dzieci mogą chodzić cały dzień, co zazwyczaj się zdarza na wyjazdach. Są miękkie, dobrze trzymają się stopy i noga się w nich nie poci.
Julka pierwsze buty to też Bobux – napiszę o nich oddzielny wpis.
Taaak, pogoda nawet latem nad morzem może być… ciekawa, dlatego jeszcze przed wyjazdem zamówiłam im cienkie czapki. Jeżeli szukacie takich to bardzo Wam polecam Pan Pantaloni. Miałam kiedyś dla Lilki jedną od nich i chodziła w niej 3 sezony. Super się pierze, nie rozciąga i nie zsuwa się z uszu.
Zamówiłam też Julkowi legginsy, a Lilce sukienkę, bo paski tej wiosny rządzą u nas w szafie.
Pan Panataloni TUTAJ
Lilka przechodziła w nich w tamtym roku całe lato. Zamówiłam je również i w tym, bo pasują do wszystkiego:) Pamiętajcie tylko, że trzeba je zamawiać większe.
To już wszystko. Niedługo dodam jeszcze post o zabawkach i grach podróżnych.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis to koniecznie dajcie mi znać i kliknijcie Lubię to: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy moja mama powiedziała mi te słowa: „Zrozumiesz to, jak sama będziesz matką”. Wiele razy później powtarzała tę frazę. Nie znosiłam kiedy tak mówiła! Trzaskałam drzwiami, wybiegając w jednym bucie na klatkę schodową, a pod nosem burczałam : A co Ty możesz wiedzieć!
Minęło ponad 13 lat, odkąd wyprowadziłam się z domu, a jej słowa realizują się jak samospełniająca się przepowiednia.
Dziś sama jestem matką i wiem, co to znaczy paniczny strach o zdrowie dziecka. Tego dziecka, które przed chwilą było uśmiechnięte i ściskało Twoje palce z całych sił. Wiem, co to znaczy być nieprzytomnym po nieprzespanej nocy. I nie mam tu na myśli 10 czy 16 pobudek, tylko siedzenie przy łóżku i pilnowanie czy przypadkiem dziecko znów nie wymiotuje i się nie dławi. Wiem też, jak to jest, kiedy uśmiech dziecka pomaga przetrwać ten czas.
To co moja mama próbowała mi wytłumaczyć 25 lat temu, dopiero teraz jest dla mnie jasne. Są to prawdy uniwersalne o byciu mamą. Nieważne, że minęło tyle czasu…
Czasy się zmieniają, ale ludzie pozostają tacy sami.
Często rozmawiam z moją mamą o wychowywaniu dzieci. Jak sama mi kiedyś przyznała: Wtedy było łatwiej!
Nie mogłam uwierzyć w jej słowa, bo jednak zawsze mi się wydawało, że mamy tyle udogodnień, długi i płatny (TRZY RAZY DŁUŻSZY) urlop macierzyński, wsparcie zaangażowanych ojców i wszystkiego innego. A może mamy za dobrze i nie doceniamy tego, co mamy?
Postanowiłam przenieść się w czasie i sprawdzić, jak to było kiedyś i czy faktycznie było łatwiej, a może podobnie?
Telefon, czerwony i błyszczący z kablem zakręconym jak świński ogon – marzenie każdej gospodyni domowej. Symbol luksusu i łączności ze światem. Nie dzwoniło się na plotki czy też bezsensowne pogaduchy z newsem, że Lewandowska z góry urodziła.
Telefon służył do przekazywania najważniejszych informacji: ktoś zmarł, ktoś się urodził, rzucili wózki na Lipowej lub też aranżowaniu spotkań towarzyskich. Często wpadało się bez zapowiedzi, ku „uciesze” wszystkich domowników.
Rozmowy face to face, zamiast naszego fejsa były znacznie łatwiejsze. Nikt się nie obrażał za to, że na końcu rozmowy nie dałaś ikonki Emoji z puszczonym oczkiem, bo to był jednak żarcik. A Ty to wzięłaś na serio.
Zamiast wystylizowanej fotki z kawą upiększonej filtrem Valencia – parzona kawa w szklance w metalowym koszyczku ze stylową grzałką obok. Teraz wiesz co jakaś @nebule jadła na śniadanie, a nie wiesz jak się nazywa sąsiad zza ściany.
Bez przypomnień na telefonie wiedziały, kiedy jest następne szczepienie na Polio czy też, o której zaczyna się przedstawienie w teatrze lalek. Zawsze przed czasem i na spokojnie – i to MPK-iem, bez buspasa.
Dziś wyjście i dojechanie z dwójką dzieci na umówioną godzinę muszę planować na dwie godziny przed, a i tak się stresuję czy zdążymy.
Czy w PRL-u doba była o 3 godziny dłuższa, czy może matki się szybciej ze wszystkim uwijały? Mindfullness przy cerowaniu skarpet i kotlety mielone w stylu slow food przepuszczone przez maszynkę do mięsa zdiełaną w ZSRR, którą wujek Kazik przywiózł z wyprawy po złote łańcuszki. Jak to jest, że matki miały czas na wszystko?
Frania uprała górę prania i odwirowała ubrania – w trybie manualnym kręcąc za korbkę. Oczywiście nie sama! Spracowane dłonie – zakończone paznokciami w migdałki, pomalowane na perłowy kolor potrafiły zrobić wszystko. Teraz hybryda zdziera się tylko od stukania w klawiaturę i scrollowania fejsa.
Teraz zapłaciłabyś paypalem, przelewem lub zbliżeniowo, żeby doba była dłuższa o 3 h. Dziś luksusem jest czas, na który nie możesz sobie pozwolić. Siedzenie bezczynne to marnotrawienie pieniędzy. Jesteś 5 tygodni na macierzyńskim już powinnaś szyć kocyki minky. Zostajesz na wychowawczym? To może jakaś praca freelancera lub start-up?
Szkoda czasu na siedzenie na dywanie i czytanie po raz setny Pucia. A kiedy decydujesz się wrócić po roku na swoje stanowisko i jakimś cudem nie zajęła go młodsza o 10 lat dziewczyna w wieku (jeszcze) przedprodukcyjnym to jesteś ZŁĄ KORPOMATKĄ, która woli zarabiać hajs na nianię lub drogie przedszkole językowe.
Sprzątanie w trybie manualnym (czytaj ściera i balia z wodą) plus asany na podłodze, w pozycji „pies z głową w dół” – z każdego kąta lakierowanego parkietu wytarte śmieci. Radziecki odkurzacz wył jak przy starcie Sputnika i mało kto dziś pamięta, że można było nim nadmuchać materac. Stylowa grzałka to był must have każdego gospodarstwa domowego.
Herbata i kawa tylko fusiasta – zostawiała niezły osad na zębach. Ciasta, szynki i kiełbasy piekło się w prodiżu postawionym na paździerzowym stołku. Jedzenie dla niemowląt przecierane ręcznym blenderem (czytaj: przez sitko), oczywiście wszystko eko i bio, bo na naturalnych nawozach od stryjka Zdzisia spod Pułtuska. Jaja od kurek szczęśliwych z wolnego wybiegu i mleko od krówek dojonych humanitarnie. Problem był wtedy, kiedy nie miało się rodziny na wsi.
„Kobiety, jutro o 8 rzucą buty dla całej rodziny w tym sklepie na Górczewskiej” – to nie wiadomość z poczty pantoflowej z 85-go roku, a post na fejsie o plastikowych butach z logiem krokodyla. Lubimy dalej coś upolować, wystać, wyprosić, wywalczyć.
Wtedy to był nieodłączny element miejskiego lajfstajlu, a dziś? Promocja w drogerii potrafi przenieść nas na nowo do PRL-u, kiedy wszystkie Panie były jak… Pani Walewska – o tym samym zapachu.
A właściwie eko i fair trade: tetra na pupę, tetra pod szyję, tetra na budę wózka. Silny trend minimalizmu – dostawało się ich 10. Genderowe ubranka po siostrze na brata, po bracie na siostrę i zawsze w czapeczkach, koniecznie wiązanych pod brodą – nawet w domu, a już zbrodnią było nie założenie jej po kąpieli.
Vintage kaftaniki wiązane na troczki to znak rozpoznawczy każdego berbecia – od ciągłego prania (Frania), wyrzynania przez rolki i prasowania z lekkim efektem sprania i przecierania. Dziś płacimy za takie ciuchy hiszpańskiej marki kilka stówek z hasztagiem #bobolovesyou.
Wózek dostawało się w spadku bo dziadku (od stryja siostry córki sąsiadki spod Łomży) lub jakimś fartem nowy ze sklepu. Podnoszenie takiego pojazdu dawało lepsze efekty niż crossfit 3 razy w tygodniu. Dziecko w takim wózku zasypiało 3 minuty, bo amplituda bujania na skórzanych paskach był wprost proporcjonalna do poziomu zmęczenia dziecka.
Z racji tego, że mamy nie miały takich luksusów jak np. pieluszki jednorazowe, nawilżane chusteczki, czy też nosidła ergonomiczne, były zmuszone zostawiać dzieci w domu. Dzieci w przestrzeni publicznej praktycznie nie było.
Zaglądam właśnie do mojej torby, bez której nie ruszam się z domu i mam tam moje pewniaki: pampersy, pielęgnacyjne chusteczki Baby Dove, 3 łyżeczki plastikowe, body z długim rękawem, jedna (?) skarpetka, śliniak, 3 klocki Lego. Z moich rzeczy jest tam: portfel. Pisałam już, że to moja torba?
Blogi w tamtych czasach nie miałyby racji bytu, bo była tylko jedna marka kocyków, jedna marka ubrań i jedna marka wózków. Zero inspiracji – wszędzie to samo. Być może blogi z DIY byłyby najbardziej popularne, bo tylko mama potrafiła uszyć z barchanowych gaci rożek do chrztu.
Trudno orzec – widzę dużo podobieństw. Wydaje mi się, że nasze mamy nie miały takiej presji: bycia świetną mamą, pracownikiem roku, a do tego wzorową żoną. Miesiąc po porodzie nie musiała myśleć o nadliczbowych kilogramach, a mimo tego nigdy nie chodziła w dresie.
Zawsze zadbana, ubrana w garsonkę lub sukienkę z lekkim makijażem i perłową pomadką na ustach. Brak internetowych schadzek i scrollowania Facebooka generował naprawdę sporo wolnego czasu, który można było spożytkować na coś ciekawego.
Nie ma znaczenia ile masz lat, czy pamiętasz czasy Gierka, czy może Wałęsy.
Nie ma znaczenia w jakiej szerokości geograficznej mieszkasz, czy po wodę chodzisz do kuchni całej w marmurach i z baterią ze złota czy też musisz pokonać 20 km z bańką na głowie.
Nie ma znaczenia czy, dzieci Twoje dzieci wychowywałaś 30 lat temu, czy robisz to teraz.
Nie ma znaczenia, czy Twoje mieszkanie wygląda jak ze skandynawskiego katalogu, czy też przy wytapetowanej ścianie stoi brunatna meblościanka.
Stylizacja sesji: Monika Wielgo
Zdjęcia: Justyna Duszaj
Zdjęcia wykonano w Muzeum PRL
Jak pewnie zdążyliście już zauważyć wybraliśmy dość mało popularny kierunek na wakacje. Pod zdjęciami na moim profilu na Instagramie codziennie pojawiają się takie komentarze:
„Nie planowaliśmy wakacji na Węgrzech, ale po Twojej relacji na Instagramie nabraliśmy ochoty. Czy możesz zrobić wpis na ten temat?”
Proszę bardzo! Mam zamiar napisać nawet kilka postów o naszej podróży, bo jeden mógłby zawierać nawet 320 zdjęć i opisów.
W tym kraju, który kojarzy się nam z wakacjami w PRL-u jesteśmy któryś już raz. Zanim pojawiły się nasze dzieci przyjeżdżaliśmy na balety głównie do Budapesztu. Kiedy nasza rodzina się powiększyła wybraliśmy się tutaj z 11-miesięczną Lilką. Spędziliśmy 10 dni w Egerze i bawiliśmy się znakomicie.
Muszę również wspomnieć, że mój mąż jest hungarystą i mieszkał tutaj kilka lat. Dlatego nasz stosunek do tego kraju i jego kultury jest bardziej emocjonalny niż typowego Kowalskiego.
Kiedy ktoś mnie pytał, gdzie się wybieramy na wakacje i ja od razu odpowiadałam, że na Węgry to widziałam pewne zaskoczenie. Zdaję sobie sprawę, że w dobie wszechobecnego all-inclusive jest to dość niedoceniany kierunek.
Dlatego chcę to odczarować i pokazać Wam, dlaczego warto się tu wybrać!
Węgry są naprawdę blisko Polski i łatwo przejedziecie tę trasę autem. My zatrzymaliśmy się u dziadków w Rzeszowie, a później przejechaliśmy resztę trasy w 5 godzin. Każdy znajdzie jakąś strategię na swoich małoletnich pasażerów by uniknąć nieodłącznego „a mamusiu, a czy już jesteśmy”? Drzemka, popas, obiad, drzemka i gotowe. Z Krakowa da się tę trasę zrobić jeszcze szybciej.
Jest to według mnie optymalna odległość – aż tak bardzo się jej nie odczuwa. Zawsze też możecie tu przylecieć samolotem. Lot z Warszawy trwa jedynie godzinę a z Krakowa pół! (z Warszawy lata Wizzair). My wolimy jednak podróż samochodem, bo na miejscu dużo się przemieszczamy.
taaak, tu jest zdecydowanie cieplej niż w Polsce. Koleżanki właśnie wysyłają mi zdjęcia padającego śniegu w Polsce, a tutaj jest dziś 16 stopni i świeci słońce. Zawsze jest tu cieplej o jakieś 8-9 stopni (a często tyle wystarczy, aby rzucić w kąt znienawidzone czapki, szaliki i miesiąc wcześniej niż u nas spędzać całe dnie na zewnątrz).
Klimat jest podobny jak w Polsce, czyli nawet jak jest gorąco to powietrze nie jest wilgotne (tak jak na Kubie). Trzy lata temu jak byliśmy tu z małą Lilką w sierpniu to było nawet 36 stopni! Całe dnie siedzieliśmy w wodzie i było fajnie. Mąż preferował wtedy chłodzić się w wodzie o temperaturze 37 stopni.
Węgrzy to chyba jedyny naród, który lubi Polaków! We wszystkich innych krajach dostajemy różne łatki… A tutaj? Często można usłyszeć: magyar lengyel ket jo barat, egyutt harcol ‘s issza borat… Jak wpadniesz w kłopoty czym prędzej po prostu zacznij recytować: Polak Węgier dwa bratanki… i już twój interlokutor jest kupiony i mimo iż nie macie jak się dogadać – przychyli ci nieba.
Węgrzy uwielbiają dzieci, codziennie ktoś się do nas tu uśmiecha. A jeżeli już zobaczą pulchnego bobaska ze złotymi włosami (Junior) to macie gwarantowaną sympatię! Uwielbiam to, że na termach spotykamy głównie osoby starsze, które spędzają tutaj całe dnie. Szkoda, że nie jest tak u nas. W dni ustawowo wolne od pracy w Polsce spotkacie na Węgrzech dużo Polaków.
uwielbiam węgierskie jedzenie i chociaż nie należy do najzdrowszych na świecie to właśnie jest moja ulubiona kuchnia. Zupa rybna, naleśniki a la Gundel, langos, kurtoskalacs, pogacse, panierowane pieczarki, kalafiory czy ser, zupa gulaszowa, galuszki (kluseczki), kiszonki (oni kiszą wszystko! nawet arbuza) i dużo dużo więcej – za wyjątkiem placków po węgiersku! To jest absolutnie polski wynalazek!
Kuchnia węgierska od pewnego czasu bardzo ewoluowała i na gastronomicznej mapie Węgier znajdziecie całe mnóstwo restauracji, które potrafią przyrządzić te z pozoru ciężkie potrawy na lżejszą i pyszniejszą nutę. Natomiast tradycyjne węgierskie restauracje to wciąż kuchnia tłustsza niż słonina u dziadka, pikantna (choć mąż usilnie twierdzi że po prostu odpowiednio doprawiona) no i te porcje… polska babcia feederka nie ma szans.
Nie wierzycie? No to niech wam stanie przed oczami kotlet schabowy wielkości talerza pod którym to znajdziecie pół talerza ryżu a drugie pół opiekanych ziemniaków. Nie-do-prze-je-dze-nia!
A – tylko pamiętajcie o napiwkach, w przeciwieństwie do Polski – to nawet za komuny ludzie – jak to południowcy – z restauracji korzystali – więc ta tradycja nigdy nie umarła. Wręcz przeciwnie, na Węgrzech kelner to zawód.
Nie tak jak u nas gdzie każdy traktuje to jak poślednie zajęcie dla studenta gotowego pracować za minimalną póki szybciutko nie złapie czegoś intratniejszego. Tutaj często spotkacie 50 letniego obera, któremu całe życie doświadczenia pozwala zapamiętać zamówienie wszystkich gości przy stole bez zapisywania i który z gracją i znawstwem zapewni wam miły czas. Tak że 10% i wyżej (mąż mówi że nie wie czy teraz – ale kiedyś nawet kelnerzy płacili podatek od domniemanych napiwków!)
na Węgrzech ceny są dość przyzwoite, a nawet niższe niż w Polsce: pyszne cappucino w kawiarni kosztuje 500 forintów (7,5 złotego) a duże ciacho 800 (około 11 zeta) w zasadzie wszystko jest tańsze, oprócz książek, ale węgierskie lektury możecie sobie pewnie dozować. Oczywiście wszystko zależy od miejsca i budżetu jakim dysponujecie.
zapomnijcie o Toruniu. Na Węgrzech mam wrażenie gdziekolwiek by nie zacząć wiercić dziury – wypływają z nich wody termalne. W Budapeszcie jest na Dunaju Wyspa Małgorzaty – nawet to iż byli na wyspie na środku rzeki nie powstrzymało skubańców – wywiercili dziurę w glebie i co? Są termy? No raczej!
Lubimy jeździć na wakacje przed sezonem, by uniknąć tłumów i upałów, podczas takiej majówki na Krecie z 8 miesięczną Lilą mąż dostał olśnienia – właściwie dlaczego fruwać na all-inclusive? Ryzykować czy aby na pewno pogoda pozwoli zdjąć koszulkę na plaży? Głowić się czy Lila może w tym lodowatym jeszcze morzu chlupać się 15 minut czy 20 – skoro można przecież na pewniaka leżeć calutki dzień w ciepłej wodzie na termach.
Na Węgrzech prawie każdym mieście znajdziesz „thermal furdo” czyli baseny termalne. Chodzimy na nie na całe dnie! Idealne miejsce dla wszelkich nie odrośniętych od ziemi szkrabów. Woda po pas, temperatura jak ze stanu podgorączkowego – brzdąc może calutki dzień zarabiać na swoje odmoczki a sinej wargi nie zobaczysz choćby na zewnątrz basenu leżał śnieg.
Nie wspominając iż są to wody lecznicze, w których warto wygrzać utrudzone kości i wyleczyć się przy okazji z doskwierających nam rodzicielskich dolegliwości. Ceny również są przyzwoite, bo np. dziś za cały dzień pobytu naszej rodziny zapłaciliśmy niecałe 50 zł.
mąż mówi, że dawniej na Węgrzech też były bramki, różne firmy i różne opłaty, aż pewnego dnia państwo pogoniło całe to towarzystwo. Wykupili te wszystkie drogi i ujednolicili opłatę. Za miesięczną winietę zapłaciliśmy jakieś 65 złotych i hulaj dusza piekła nie ma – można jeździć ile się zapragnie. Mapka najlepiej pokaże że w każdym kierunku jest autostrada:
Co czyni z Węgier także dogodną noclegownię na popas w drodze na południe Europy. Uważajcie tylko żeby was nie wciągnęło…
Winietę łatwo i prosto można kupić z waszego wygodnego fotela. Wasz numer rejestracyjny po dokonaniu opłaty trafia do systemu i nie trzeba się trudzić żadnymi niemożliwymi potem do zdrapania z szyby naklejkami. Tu zresztą macie link z dokładną instrukcją:
ZAKUP WINIETY WĘGRY
jak ktoś lubi, to wie że znajdzie tu wszystko, do tego w nienachalnych cenach. Turyści winni, mogą na własnej skórze doświadczyć jak szybko po upadku komunizmu i wiążącej się z nim kolektywizacji można podnieść do skali światowej kilkadziesiąt lat zaniedbań i produkcji na ilość.
Turyści niewinni – niech choć spróbują do słodkiego deseru kieliszek płynnego węgierskiego złota z Tokaju. Tylko i wyłącznie po to istnieją słodkie wina – by uzupełniać lub wręcz nawet zastąpić deser. Natomiast jeśli ktoś nie lubi wina – i tak jest w raju – Węgrzy pomieszają wam w słoneczny dzień w przeróżnych proporcjach białe wino z wodą mineralną – alkohol zrobi swoje a bąbelki uderzą do głowy. Czerwone wino choć w to nie uwierzycie podadzą wam z… coca-colą.
Ten przysmak musicie sami upolować w spożywczaku. Podpowiem tylko że ten pierwszy prawdziwy oryginalny ma opakowanie w czerwone grochy
czyli elderflower – czyli bez.
W każdej postaci, jako syrop do wody, jako syrop do mineralnej – tu wciąż można kupić wodę w syfonie! Są tu Ice-Tea o smaku bodzy jest niebieskiego koloru bodzowa Fanta, bezalkoholowe piwa i radlery z bodzą, alkoholowe piwa i radlery z bodzą, cydr o smaku bodzy, lemoniada z bodzy – pomyśl o czymś mokrym, wilgotnym odświeżającym – na pewno dostaniesz to z bodzą.
Na gorące popołudnia lub ciężkie poranki mąż leczy się białym winem rozcieńczonym mineralną z paroma kroplami syropu z bodzy oraz listkiem mięty…
Budapest
Miskolc i okolice
Debreczyn i Nyíregyháza
Malownicza objazdówka przez Węgry
A na koniec 10 słów żeby wam ułatwić googlowanie w poszukiwaniu wymarzonej miejscówki:
Etterem [yjtterem] – restauracja
Gyerek [dierek] – dziecko
Jatszoter [jatsotyjr] – plac zabaw
Fogylalt [fodźlolt] – lody
Szalloda [sallouda] – hotel
Bor [tu wyjątkowo łatwo – bor]– wino
Furdo [firdy] – termy
Bodza [bodza] – bez
Galuska [goluszka] – lane kluski
Viz [wiiz] – woda (gazmentes – niegazowana)
A żeby dzieci z głodu nie umarły jak nic nie będziecie rozumieć z menu to na ratunek jedno bardzo proste słowo:
Hasabburgonya [hoszabburgońo] – frytki
Żeby nie być gołosłowną dołączam kilkanaście fotek. Więcej pojawi się we wpisach odnośnie konkretnych miejsc, które odwiedziliśmy.
Przyszło nam żyć w takich czasach, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki lub też na jedno kliknięcie. Mamy szeroki dostęp do nowości, ułatwień i gadżetów. Podajemy wszystko dzieciom na tacy, trochę rekompensując to, czego my nie mieliśmy w swoim szaroburym dzieciństwie. Podobno dzieci mają teraz o wiele łatwiej, właśnie ze względu na dostęp.
A ja się z tym nie zgadzam. Albo zgadzam się połowicznie, dzieci mają łatwiej, ale rodzice trudniej.
Nasi rodzice nie mieli tylu możliwości i chociaż chcieli – często nie mogli sobie pozwolić na dostarczenie tylu dóbr. Dostrzegam duży paradoks.
Kiedyś niedobór wszystkich atrakcji i wielka chęć do dostarczania
Dziś NADMIAR i gotowość rodziców do ograniczania
Ostatnio rozmawiałam ze znajomą mamą, która martwiła się, że nie daje 5-letniemu dziecku grać w edukacyjne gry na tablecie. Z jednej strony nie chciałaby zostawiać dziecka w tyle, bo przecież dzieci w tym wieku potrafią puścić ulubioną bajkę na youtubie. Wiedziała też, że prędzej czy później będzie musiała wprowadzić dziecko w świat elektroniki. Zastanawiała się tylko jak to zrobić mądrze.
Od samego początku ograniczaliśmy nadmiar bodźców, co pewnie zdążyliście już dawno zauważyć i skoro tu dalej ze mną jesteście to znaczy, że ta idea jest Wam bliska.
Moja 4- latka, gdybym jej tylko pozwoliła oglądałaby by bajki 12 h non stop i kiedy bym w końcu je wyłączyła to i tak by powiedziała, że to mało.
Nie chcę również popadać w skrajność, a co za tym zupełnie odciąć ją od technologii i udawać, że nie istnieje.
Specjaliści głoszą swoje górnolotne tezy o szkodliwości telewizji, grania w gry, używania aplikacji itd. Czy słusznie? Nie wiem. Wiadomo, lepiej jest wiedzieć niż nie, ale wg mnie, żaden radykalizm nie jest dobry.
Nie ukrywam, że w świat technologii wprowadziliśmy córkę bardzo wcześnie – mało tego, używaliśmy smartfona zamiast smoczka. W sytuacjach podbramkowych, kiedy jazda samochodem się dłużyła lub w restauracji po zjedzeniu obiadu puszczaliśmy jej piosenki z yt. Uspokajała się momentalnie.
Teraz mam mieszane uczucia co do naszego zachowania, ale nie zastanawiam się nad tym, bo wiem, że widocznie nie mieliśmy innej opcji. Włączaliśmy rytmiczną piosenkę w sytuacjach kiedy byliśmy pewni, że marudzi z nudów i jako atrakcję wybieraliśmy smartfon.
Około 2 r.ż zaczęła oglądać dłuższe bajki (5-minutowe), a z wiekiem powoli wydłużaliśmy czas. Od początku też uczyliśmy ją, że smartfon nie jest do zabawy. Nie dawaliśmy go do rąk tylko sami trzymaliśmy lub ustawialiśmy przed nią. Kiedy zobaczyłam, że bajka puszczona przed snem stała się rytuałem to… przestaliśmy je włączać.
Uznaliśmy, że taki nawyk wcale nie jest dobry i wolałabym puszczać bajkę o różnych porach i niezależnie od innej czynności. Taki system zadziałał u nas lepiej, bo skończyły się błagania o „bajecke”.
Są to rzeczy lub bodźce, które na pierwszy rzut oka uspakajają dzieci ale naprawdę tak bardzo angażują zmysły, że dziecko jest wyłączone. Spokój naszego dziecka jest tylko pozorny, bo zazwyczaj w jego układzie nerwowym dzieje się w tym czasie za dużo.
Wyłączenie bajki lub zabranie smartfona zazwyczaj powoduje opór. Tak tak jakby zabrać dziecku środek odurzający. Często bezpośrednio po zakończeniu dzieci potrzebują sporo czasu aby układ nerwowy powrócił do poprzedniego stanu.
4. SPRAWDZONE TREŚCI – warto wiedzieć co dziecko ogląda. My mamy kilka bajek na cenzurowanym i ich nie puszczamy.
5. NIGDY JAKO KARA LUB NAGRODA – akurat my nie stosujemy takich metod, ale wiem, że niektórym się to zdarza. Ale u nas było dość widoczne pewne warunkowanie np. kiedy ja musiałam pracować, włączałam córce bajkę. Ona tak szybko się tego nauczyła, że od rana chodziła za mną i smęciła: „No kiedy w końcu będziesz pracować”, co było dla niej jednoznaczne z tym, że będzie oglądać bajkę. Przerwałam i ten nawyk.
6. CIEKAWSZE ALTERNATYWY – pamiętam, że jak sama byłam mała to miałam bardzo dużą styczność z codziennymi pracami domowymi, czy też zabawami w realu u babci na wsi. Bajka była tylko wtedy kiedy była okropna pogoda, czy też nie było nic ciekawszego. A teraz tak mało dzieci ma styczności z życiem realnym, że ATRAKCJĄ jest dla nich pomoc mamie w gotowaniu czy też podlewaniu kwiatów. Wg mnie nie powinno tak być i warto angażować dzieci do takich prac. Wiecie ile radości sprawia wyczyszczenie liści kwiatka z kurzu mokrym wacikiem? Albo wspólne gotowanie?Ostatnio poprosiłam Lilkę żeby wzięła mokrą chusteczkę i przetarła swoje buty z kurzu. Wiecie co zrobiła? Wyczyściła WSZYSTKIE, które stały w przedpokoju.
7. NIE NA WŁASNOŚĆ – mamy w domu stary tablet, który leży nieużywany i TEORETYCZNIE mogłabym powiedzieć, że jest to jej tablet, gdzie ma swoje bajki, swoją muzykę czy też aplikacje. Nie zrobię tego, bo wtedy wymknie mi się to spod kontroli. Wolę za każdym razem wstawać, włączać, wyłączać i wiedzieć kiedy to robi niż dla wygody odciąć od mojego wpływu. Nie wiem ile lat jeszcze minie, zanim podarujemy jej na własność takie urządzenie.
Jeżeli któregoś dnia zapytam dziecko co by wolało: smartfon do zabawy, czy też robienie wspólne pizzy i odpowie, że to pierwsze to uznam, że poniosłam porażkę rodzicielską.
Tak bardzo często dbamy o bezpieczeństwo i porządek, że zapominamy o podstawowych potrzebach dzieci takich jak kontakt z drugim człowiekiem oraz realne zabawy.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij: Lubię to lub udostępnij go swoim znajomym https://www.facebook.com/nebuleblog/
Poród to dla wielu magiczna chwila, na wspomnienie którego robi się w sercu ciepło i łzy napływają do oczu. Są też tacy, którzy nie chcą pamiętać – owszem to był najpiękniejszy dzień w ich życiu, ale tylko moment kiedy trzymali już swoje dzieci w ramionach. Reszta chciałaby wymazać to wydarzenie z życiorysu i nigdy o tym sobie nie przypominać – kiedy ktoś mówi im o cudownym, wspaniałym porodzie to tylko się zamyślają i zastanawiają się dlaczego u nich tak nie było i najczęściej obwiniają siebie lub personel medyczny.
Pisałam Wam kiedyś, że jak tylko zaszłam w ciążę myślałam, że będę szukać lekarza, który wypisze mi skierowanie na cesarskie cięcie. Tak bardzo bałam się porodu naturalnego, że nie wyobrażałam sobie jak urodzę moje dziecko.
Jestem mało odporna na ból i przy najmniejszych dolegliwościach pomagam sobie środkami przeciwbólowymi. A już te towarzyszące comiesięcznym, kobiecym katorgom traktowałam zawsze jak jednostkę chorobową. Kiedy znajoma powiedziała mi, że bóle porodowe właśnie przypominają ten BÓL to pomyślałam sobie:
„Anka, no nie dasz rady, szukaj lekarza! Chociażby psychiatry, który wpisze: TOKOFOBIA”.
Mijały tygodnie, a ja miałam już zarysowany mocno brzuch. Mimo tego, że wciąż się bałam, coraz więcej czytałam o porodach różnych kobiet. Oczywiście 95% miało porody fatalne, o których nie chcą pamiętać. Ale znalazłam też kilka wypowiedzi kobiet, że było ok.
Nie było wielkiej tragedii i nawet tak bardzo nie bolało. Na tym zaczęłam się skupiać. Uważam siebie za życiową szczęściarę, więc pomyślałam, że może i mi się uda.
Im bardziej oswajałam się z tematem, tym strach się zmniejszał. W pewnym momencie zaczęłam już szukać szpitala, w którym będę rodzić. Wybór padł na Żelazną. Była to bardzo przemyślana decyzja, podparta wieloma opiniami kobiet, które tam rodziły. Jest to szpital, w którym można urodzić po ludzku – z szacunkiem do mamy oraz dziecka.
Bardzo mi zależało, aby to właśnie tam przyszło na świat moje dziecko. Niestety, dowiedziałam się również, że jest bardzo oblegany i często można zostać odesłanym. Tak bardzo mi zależało, że postanowiliśmy zwiększyć swoje szanse przyjęcia, czyli: ciąża prowadzona u lekarza pracującego w tym szpitalu, szkoła rodzenia ukończona tamże oraz prywatna położna do porodu. O samej położnej napiszę oddzielny post, bo wiem, że to Was interesuje.
Od połowy ciąży byłam już przekonana, że chcę rodzić naturalnie. Jednak nie nastawiłam się tak jak większość kobiet. Powiedziałam do mojego wewnętrznego ja: „Będzie fajnie jak się uda”. Nie stawiałam sobie celu, że urodzę naturalnie i inne opcje nie wchodzą w rachubę. Nie uzależniałam również od tego mojego poczucia wartości. Jeżeli urodzę przez cesarskie cięcie to też ok.
Ma na to wpływ tak wiele czynników, że można na ten temat napisać książkę. Wg mnie trzeba mieć również dużo szczęścia, tak po prostu.
Pamiętacie o tym jak panicznie bałam się bólu porodowego? To na koniec ciąży stwierdziłam nawet, że może spróbuję bez znieczulenia. Wariatka! Chyba omamiły mnie wydzielające się już wtedy hormony i uznałam, że dam radę. Naprawdę zaczęłam wierzyć, że jakoś to dziecko urodzę.
W przygotowaniach bardzo pomogła mi położna. Zdradziła również swoją tajemną metodę, którą zastosowałam i u mnie się sprawdziła.
A teraz napiszę Wam dlaczego boję się pisać lub mówić o moich porodach…bo były cudowne. Urodziłam dwójkę dzieci bardzo szybko, bez znieczulenia. Ból był, owszem, ale przez około 20 minut. Nie wiem dlaczego. Miałam szczęście? Predyspozycje? Wspaniałą położną? Cudownego męża obok?
Ale według mnie zwyczajnie „mi się udało”, bo szereg wydarzeń był bardzo pomyślny i lepiej być nie mogło. Nie mówię głośno, jak świetne były moje porody, bo wiem, że niestety wiele kobiet nie miało tyle szczęścia. Nie chcę potęgować też poczucia winy, które niestety mają – według mnie niesłusznie.
Tak wiele kobiet nie ma takiej możliwości jak ja, zdaję sobie z tego sprawę. Nie umiem postawić się w sytuacji innych osób, ale widzę jak bardzo jest im przykro, że z jakiegoś powodu poród nie poszedł po ich myśli.
Jest mi strasznie smutno z tego powodu, że bardzo dużo kobiet nie może urodzić po ludzku. Szkoda jest mi tych, które rodziły przez 24 h, a na koniec sytuacja była tak dramatyczna, że wszyscy z pośpiechem biegli na salę operacyjną.
Nie wiem co wtedy im powiedzieć. Po prostu tak się dzieje i nie można siebie obwiniać.
Zabawki dla niemowląt – co wybierać żeby wspierać rozwój dziecka? Na rynku jest dostępnych wiele zabawek, które wydają się być odpowiednie. Rodzice często nie wiedzą co może spodobać się dziecku i dokonują często przypadkowych wyborów, a później zabawka leży w kącie i się kurzy. Jak jest tego przyczyna? Najczęściej jest zwyczajnie niedopasowana do danego stadium rozwoju.
O wcześniejszych etapach pisałam tutaj:
Zabawki dla niemowląt 0-6 miesięcy
Zabawki dla niemowląt 6-12 miesięcy
Dzięki tym informacjom będzie Wam łatwiej wybierać inne zabawki dla dzieci w tym wieku.
To ostatnio ulubiona zabawka i absolutny must have na półce. Wieża Hanoi jest zabawką genialną! Nie tylko ta, bo tak nazywają się wszystkie układanki, które polegają na włożeniu okręgów na kołek.
Początkowo dzieci zdejmują tylko kółka, później zakładają tylko jeden element, aż w końcu (około 2 lat) potrafią ułożyć je od najmniejszego do największego lub odwrotnie.
To nasze pierwsza zabawka z Wooden story i jestem absolutnie oczarowana – jakością, dbałością o detal i wykończeniem.
Autka to miłość mojego syna. Te od Wooden story są absolutnie przepiękne. Tak samo jak wieża jest tak starannie wykończone, że ma się ochotę zamówić więcej.
Julek jeździ nim po podłodze i mówi: brrrbrrrr. Wkłada paluszki w dziurki i kręci kołami. Dostępna TUTAJ
To jedna z zabawek, którą Julek podebrał Lilce. Bardzo lubi ją tulić, nosić i… gryźć. Taki mały bobasek idealnie nadaje się do nauki schematu ciała. Uczymy się pokazywać oko, pępek i nos.
Niektórym może się wydawać dziwne, że chłopiec ma lalkę. Wręcz przeciwnie wg mnie każdy chłopiec powinien mieć lalkę. Ale o tym napiszę innym razem.
Zabawka, którą zna chyba każdy z nas. Julian bardzo lubi patrzeć jak bączek się kręci i oczywiście go łapie. Próbuje również go puszczać. Jest to zabawka na lata, bo widzę, że i Lilka lubi się nim bawić. Nasz jest dostępny TUTAJ
Taki zestaw piłek będzie już atrakcyjny dla 6-miesięcznego malucha. Różne wzory, kolory i tekstury stymulują zmysły niemowlaka. Zabawa piłką zawsze będzie stymulowała do poruszania się. Nasz zestaw jest o tyle fajny, że może służyć do różnych zabaw. Piłka różowa ma wypustki, które Julian lubi gryźć.
Piła w paski bardzo fajnie się toczy oraz stymuluje zmysł wzroku. Piłka w stylu oball ćwiczy chwyt i pobudza zmysł słuchu (ma grzechotkę w środku). A piłka w kropki po uderzeniu o podłogę zaczyna świecić różnymi kolorami.
Dzieci uczą się mówić od wyrażeń dźwiękonaśladowczych, więc odgłosy zwierząt wałkujemy na okrągło. Ten motyw powtarza się u nas wszędzie: w zabawkach, figurkach, książkach itd. Utrwalamy je codziennie i się świetnie przy tym bawimy. Zestaw TUTAJ
To pierwsze klocki Juniora. Układamy z nich wieżę, nazywamy kolory, wykorzystujemy sensoryczne elementy. Bardzo fajny pomysł na prezent. Klocki są niewielkich rozmiarów i dzięki temu idealnie mieszczą się w dłoni. Klocki TUTAJ
Gdybym miała wybrać zabawkę , przy której Junior spędza najwięcej czasu to byłaby właśnie ta. Uważam, że mądre zabawki interaktywne w niewielkiej liczbie są naprawdę fajne.
Pamiętam jak przyjechaliśmy kiedyś do znajomych i mieli oni domek interaktywny KLIK i byłam mocno zdziwiona ile czasu Lilka przy nim spędza. Miała wtedy około 2 lata. Postanowiłam, że następnemu dziecku kupię coś podobnego.
Tę farmę znalazłam już dawno i mamy ją około 3 miesiące. Julek przesiadywał przy niej naprawdę długo, teraz już stoi i się bawi. To naprawdę fajna zabawka, która nie ma za dużo mrugających czy też grającuch elementów. Bardzo podobają mi się ruchome częsci jak otwieranie i zamykania, przesuwanie, naciskanie.
Zwierzątka są wyjmowane i działają podobnie jak instrumenty w pulpicie dyrygenta Symfonia Btoys Zwierzątko postawione w odpowiednim miejscu zaczyna wydawać dźwięk. Najbardziej lubi wrzucać kulki do zjeżdżalni i otwierać drzwi. Myślę, że do 3 roku życia wciąż będzie atrakcyjna. Dostępna jest TUTAJ
Jak działa możecie obejrzeć poniżej:
Pokazywałam ją Wam kiedyś na facebooku. Tę wieżę Junior dostał na gwiazdkę i od tamtej pory jest w ciągłym użytku. Oczywiście najbardziej interesuje go wyjmowanie kijka i machanie im, ale widzę , że coraz częściej próbuje włożyć kij w otwór.
Nałożone kółka kręcą się wkoło i powoli opadają na dół. Daje to niesamowity efekt. Zobaczcie poniżej na filmie.
Około 10 miesiąca (niektóre nawet wcześniej) są w stanie włożyć kulkę do otworu. Szukałam takiej bardzo prostej zabawki i wymyśliłam, że sama ją zrobię (z pomocą dziadka). Z drewnianego chustecznika za 10 zł zrobiliśmy genialną pomoc.
Junior potrafi wrzucać kulkę kilkanaście razy pod rząd, a przy tym ćwicząc koordynację wzrokowo-ruchową. Dzięki temu, że dno jest pochyłe kulka wypada sama.
Kulodrom wypatrzyłam na Pinterest, ale nie można go było dostać nigdzie w PL. Jednak miałam szczęście, bo pojawił się na Allegro. Szukajcie, może i Wam się uda, bo jest genialny.
Może znajdziecie również inne modele – pamiętajcie tylko, że kulka musi być odpowiednio duża (żeby nie mieściła się do buzi). Taka zabawka jest idealna do ćwiczeń koordynacji ręka-oko oraz śledzenia wzrokiem
Mamy również kilka zabawek, które zabieramy na spacer lub podróż. Każda z nich ma zaczep (przyczepiam je do zawieszki od smoczka).
Bardzo fajny drewniany telefon z lusterkiem. Przyciski się obracają, a po naciśnięciu słuchawki telefon cichutko dzwoni. Junior często chodzi z nim po domu i robi „halo”
Kluczyki, które imitują nasze. Wiadomo, że dzieci uwielbiają takie przedmioty. te są bardzo fajne, bo wydają delikatne dźwięki, a jednym z nich włącza się latarkę. Sama klucze są metalowe. Dostępne TUTAJ
Książeczka z wystającymi ogonami – to fajny pomysł na naukę wyrażeń dźwiękonaśladowczych. Zabieramy ją często na spacery. Kolorowe nadruki zwierząt przyciągają wzrok. W jednym miejscu znajduje się też element dźwiękowy (w krowie).
Zabawki staram się wymieniać i chować. Widzę, że chętniej się bawi kiedy jest ich zdecydowanie mniej.
Za tydzień Junior już kończy roczek i wtedy pokażę Wam bardzo obszerny post z inspiracjami na prezenty dla niemowląt
Już nie raz i nie dwa pisałam Wam, że nie przepadam z salami zabaw. Więcej: tutaj Dlaczego wolę zabrać dziecko do muzeum niż na kulki? Moje stanowisko w tej sprawie się nie zmieniło. Jednak odkryłam dwa miejsca, które są absolutnie genialne i bez wahania zabieram tam dzieci (4,5-latkę i roczniaka). O jednym już pisałam Klockownia. Kto jeszcze nie był w Klockowni to niech koniecznie się wybierze.
A dziś o tym drugim, bliskim mojemu sercu. W Warszawie powstała niedawno (chyba jedyna w Polsce) bawialnia edukacyjna w stylu Montessori.
Specjalnie piszę „w stylu”, bo jednak aby była zgodna w pełni z pedagogiką Marii Montessori to musiałaby spełniać kilkanaście warunków, których nie da się zrealizować w ciągu godziny. Jednak, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, że takie miejsce powstało w Warszawie i mam nadzieje, że będzie ich więcej.
Umówiłam się tam z moją przyjaciółką i dwójką jej dzieci w czwartkowe przedpołudnie. Byłam bardzo ciekawa i jechałam tam z wielką nadzieją.
To miejsce, które powstało z pasji. Widać to na każdym kroku – przepiękne pomoce, przystosowane otoczenie i przede wszystkim podejście do dziecka oraz rodzica. Nasze dzieci spędziły tam naprawdę świetny czas. Lilka 40 minut pracowała w kąciku wodnym, a później zajęła się innymi rzeczami. Julian również znalazł tam interesujące pomoce dla siebie. Warto się tam wybrać żeby nawet zobaczyć i się przekonać (lub też nie).
Bawialnia znajduje się w niedużym lokalu i na raz może tam przebywać maksymalnie 6 dzieci. Wynika to przede wszystkim z szacunku do pracy dzieci. Kiedy jest ich więcej… zaczyna się chaos. Pani Kasia jest niezwykle pomocna, można zadawać jej pytania, prezentuje również pomoce oraz zajmuje się utrzymaniem porządku.
Przed wizytą najlepiej jest napisać lub zadzwonić do Pani Kasi i zapytać ile dzieci w danym czasie będzie przebywać w bawialni. Kiedy jest ich za dużo to dzieci nie skorzystają i będą się tylko irytować.
W Salawamama odbywają się również zorganizowane zajęcia – warto się dowiedzieć.
Muszę jeszcze napisać dwie ważne sprawy: nie warto tam zabierać dziecka zmęczonego, głodnego itd. będzie tylko się irytować i nie skorzysta w ogóle z pomocy. Na miejscu nie można kupić przekąsek, więc weźcie coś z domu. Rodzice mogą zamówić kawę lub herbatę.
Druga sprawa: czas – niektóre dzieci już nawet po godzinie mogą mieć dość i jest to zupełnie normalne zjawisko, bo ich koncentracja uwagi się skończy.
Sami zobaczcie jakie świetne są pomoce. Jeżeli coś Wam wybitnie się spodoba to piszcie, spróbuję podać nazwę skąd pochodzi dana rzecz;)
Myślę, że taka sala zabaw jest świetną alternatywą dla typowych pstrokatych i plastikowych bawialni. Dziecko ma okazję obcowania z równymi materiałami. Przy okazji rodzic może zobaczyć jak dziecko odnajduje się takich warunkach.
Salawamamę mogą też odwiedzać dzieci, które przygotowują się do adaptacji przedszkolnej. To świetny pomysł żeby w taki sposób powoli wkraczać w grupę dzieci z rodzicem u boku.
Strona bawialni znajduje się TUTAJ
Adres: Grzymalitów 11 m 15 A
Gdyby 5 lat temu ktoś zapytałby mnie czy zamierzam podać mojemu pierwszemu dziecku smoczek, zrobiłabym wielkie oczy i odpowiedziałabym głośne i stanowcze: „Nie, przecież stosowanie smoczka powoduje wady wymowy!” Nie chciałam aby moja córka miała w ustach kawałek gumy i plastiku. Wtedy wiedziałam, że zrobię wszystko aby nie podawać dziecku smoka.
Kiedy ponad 3 lata później byłam w następnej ciąży wiedziałam, że smoczek będzie naszym przyjacielem. Co się zmieniło w ciągu tych kilku lat?
Jak wiecie jestem z wykształcenia logopedą. Jednak w momencie kiedy zostałam mamą trochę inaczej patrzę na wiedzę teoretyczną, która wkuwałam przez 5 lat studiów magisterskich.
Jeżeli zapytacie dietetyka, czy cukier szkodzi. Odpowie bez wahania ” Tak, szkodzi!”Jeżeli zapytacie stomatologa, czy używać past z fluorem. Z pewnością odpowie „Tak, używać”Jeżeli zapytacie pediatrę, czy szczepić dzieci. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem odpowie: „Tak, szczepić”Jeżeli zapytacie fizjoterapeutę, czy leżaczki szkodzą. Odpowie: ” Tak, szkodzą”Jeżeli zapytacie logopedę, czy smoczki szkodzą i przyczyniają się do wad wymowy. Odpowie: „Tak, smoczki przyczyniają się do wad wymowy.”
Jeżeli zapytacie dietetyka, czy cukier szkodzi. Odpowie bez wahania ” Tak, szkodzi!”
Jeżeli zapytacie stomatologa, czy używać past z fluorem. Z pewnością odpowie „Tak, używać”
Jeżeli zapytacie pediatrę, czy szczepić dzieci. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem odpowie: „Tak, szczepić”
Jeżeli zapytacie fizjoterapeutę, czy leżaczki szkodzą. Odpowie: ” Tak, szkodzą”
Jeżeli zapytacie logopedę, czy smoczki szkodzą i przyczyniają się do wad wymowy. Odpowie: „Tak, smoczki przyczyniają się do wad wymowy.”
Przed moją pierwszą ciążą również postrzegałam wiele rad właśnie w takich kategoriach: czarne – białe, można – nie można, stosować – nie stosować itd. Jednak kiedy w końcu problem dotknął mnie osobiście, najzwyczajniej w świecie … ZMIENIŁAM ZDANIE.
W mojej pierwszej wyprawce nawet nie było smoczka. Nie kupiłam go i wcale nie zamierzałam. Nie mogłam patrzeć na dzieci ze smoczkami w buzi. Taki widok był dla mnie wręcz obrzydliwy. Dziwiłam się nawet mamom, które świadomie decydowały się na podanie smoczka.
Pierwsze miesiące z córką były naprawdę trudne. Ona non stop płakała. W końcu mąż zaproponował, żebyśmy kupili smoczek. Poczułam się tak jakbym dostała w twarz. Kawałek gumy miał spowodować, że przestanie płakać. Myślałam, że nie daję rady jako matka.
Kiedy kupiliśmy go i mąż próbował jej podać to ja w tym czasie sama płakałam w drugim pokoju. Czułam, że poniosłam porażkę i robię dziecku krzywdę.
Około 4 miesiąca zaczęła ssać kciuk i wtedy już wiedziałam, że jednak smoczek będzie przydatny (pisałam o tym Ssanie kciuka). Z bólem serca sama jej go kupiłam. Jednak wiedziałam, że wybieram mniejsze zło. Tym razem córka polubiła ten kawałek gumy i plastiku. Oczywiście miałam wyrzuty sumienia, jednak wiedziałam, że to dla jej dobra.
Nadal nie przepadałam za widokiem smoczka w jej słodkiej buzi. Nawet nie robiłam jej żadnych zdjęć kiedy miała go w ustach (a było to bardzo rzadko – do usypiania w samochodzie, wózku lub nosidle). Używaliśmy go naprawdę rzadko i tylko w trudnych sytuacjach.
W sumie w ciągu dnia było to może 10 minut dziennie (razem). Kiedy zasypiała od razu go wypluwała, a kiedy płakała starałam się inaczej ją uspokoić. Naprawdę używaliśmy go bardzo rzadko. Nigdy nie zdarzyło się tak żebym włożyła go jej do buzi kiedy nie spała i była radosna.
Mimo tego, że karmiłam naturalnie do 15 m.ż, mleko z butelki podałam może 5 razy, smoczka używaliśmy bardzo mało i to przez pół roku, nigdy nie nakarmiłam córki papką i od początku rozszerzałam dietę metodą BLW to…
Przyczyn wad wymowy oraz zgryzu jest wiele i tak naprawdę na wszystko nie mamy wpływu np. na warunki anatomiczne lub czynniki genetyczne. Oczywiście warto stosować się do rad specjalistów, jednak trzeba to robić z głową.
Kiedy byłam w ciąży z Juniorem uznałam, że smoczek nie jest taki straszny i naprawdę pomaga w wielu sytuacjach. Przyznam szczerze, że byłam też lekko przerażona sytuacją kiedy mam drugie, starsze dziecko i noworodka, który ciągle płacze. Stwierdziłam, że smoczek może nam pomóc i kupiłam go już będąc w ciąży.
Jak tylko moja laktacja się ustabilizowała – podałam Juniorowi smoczek. Jednak on go nie chciał i wypluwał. Na rynku jest teraz dostępnych mnóstwo modeli (wykonanych z różnych tworzyw oraz w różnych kształtach), więc uznałam, że widocznie ten smoczek mu nie odpowiada i kupiłam inny. Tamten też mu nie przypadł do gustu, dopiero 6 smoczek spodobał się Juniorowi i lekko go zasysał.
Uznałam, że smoczek (jak zresztą wszystkie inne udogodnienia dla dzieci) używany w rozsądnych ilościach nie zrobi mu krzywdy.
SSANIE ODŻYWCZE, które ma za zadanie pobieranie pokarmu z piersi. To właśnie wtedy dziecko wykonuje najcięższą pracę językiem i ćwiczy bardzo intensywnie mięśnie aparatu artykulacyjnego. Ten sposób ssania ma działanie profilaktyczne przed wadami wymowy.
Dzieci, które są karmione naturalnie statystycznie mają mniej problemów logopedycznych w przyszłości dlatego, że praca jaką wykonują ich aparaty artykulacyjne podczas ssania odżywczego jest bardzo intensywna. Język uniesiony jest ku górze, a mięśnie artykulatorów są napięte. Co ciekawe dzieci NIGDY nie będą ssały smoczka właśnie w taki sposób.
SSANIE NIEODŻYWCZE, które ma zupełnie inny wzorzec ruchu, następuje często przed ssaniem odżywczym lub po. Najprościej mówiąc: nie słyszymy wówczas intensywnego połykania, oraz nie widać tak mocnego napięcia artykulatorów jak przy ssaniu odżywczym. Czasami zdarza się tak, że jeszcze podczas ssania nieodżywczego leci jeszcze mleko, ale zazwyczaj jest go mniej.
Zazwyczaj mamy mówią, że dzieci memłają, zasypiają z piersią w buzi i często żalą się, że trwa to nawet kilka godzin. Takie długie ssanie powoduje pobudzanie piersi do produkcji mleka w przyszłości. U nas było to zauważalne przed skokami rozwojowymi aby zapewnić większą produkcję pokarmu w tym okresie.
Jeden i drugi wzorzec ssania ma również funkcje uspokajające dla dziecka. Dlatego nie wolno dzieciom jej odmawiać, jeżeli mają taką potrzebę. Z czasem odruch ssanie słabnie i często dzieci mają mniejszą potrzebę.
Jak widzicie jest możliwe rozsądne używanie smoczka uspokajacza. Pamiętajcie, że często dzieci płaczą też z nudów i warto wtedy zrobić z dzieckiem coś ciekawego, a nie wkładać do buzi smoczek.
Zapraszam po Książki dla najmłodszych wspierające rozwój mowy.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij poniżej i podziel się nim ze znajomymi:
Dziś pokażę Wam moje małe przyjemności, które w ostatnim czasie wprawiają mnie w dobry humor. Na moim blogu bardzo często pojawiają się rzeczy dla dzieci, a dziś chciałabym Wam polecić kilka fajnych rzeczy, których ostatnio używam.
Nie lubię kiedy mamy mówią: „W końcu matce też się należy” dlatego będę Was napastować o dbanie o siebie. Kiedyś na blogu były cykl miesięczny z takimi propozycjami – jadnak po narodzinach Julka lekko o nim zapomniałam. Mam chęć do nich wrócić.
1. W moim zestawieniu najlepszych seriali nie było „Wielkich kłamstewek”, bo dopiero wchodził na ekrany. Jest to serial genialny, trzymający w napięciu i przyprawiający o ciarki na karku.
Całość jest absolutnym majsterszykiem i mam nadzieję na kolejne sezony. Kto jeszcze nie widział? Serial zrobił na mnie takie wrażenie, że sama piosenka z czołówki (Michael Kiwanuka) wprawia mnie w niesamowity nastrój. A o czym jest? O życiu matek, tajemnicach i idealnych (na pozór) rodzinach
2. Matowe pomadki w natarciu – uwielbiam taką formę, bo nie rozmazuje się na ustach i nie zostawia śladów. Nowość od Lancome Matte Shaker
3. Chipie Joseph Antracite – moje ulubione obuwie wiosenno-letnie. To moja trzecia para i absolutny must have spacerowy. Wyglądają jak zwykłe trampki, a noszą się wspaniale (nawet bez skarpetek) i do tego pachną gumą balonową.
Lubię je za to, że dobrze wyglądają do jeansów i marynarki lub letniej sukienki. Piorę je w pralce przynajmniej raz na tydzień i tylko nabierają fajnego, wypranego wyglądu. Pamiętajcie tylko, żeby zamawiać o rozmiar większe niż nosicie, bo numeracja jest zaniżona.
4. Pomada Hagi z olejem z rokitnika znów jest dostępna. Bardzo fajny, wszechstronny produkt. To mój ulubiony zapach – ma w sobie energię. Trochę ubolewam, że nie ma mniejszej, kieszonkowej wersji i pomada stoi na codzień w łazience.
5. Moja nowa torba Gwen od Mammania. Znudziły mi się typowe torby wózkowe i zapragnęłam mieć coś bardziej eleganckiego. Ta torba jest wprost idealna. Chodzę z nią codziennie.
Nie muszę przepakowywać się kiedy wychodzę sama bez dzieci. Nie jest zbyt duża, ale w środku bardzo pakowna i ma odpowiednio dużo przegródek (nawet kieszeń termoizolacyjną). Uwielbiam ją za nieoczywisty charakter. Są też inne kolory.
6. Zestaw startowy Semilac do robienia hybrydowych paznokci. Moja kuzynka zrobiła mi taki manikiur dwa razy i się zakochałam. Aaaa, no i specjalnie kupiłam najpiękniejszy kolor lakieru ever – Bisquit.
Wiem, że już wszyscy wypróbowali tego typu manikiuru w domu… A ja dopiero teraz;) Dostałam ten zestaw od męża i zamierzam go używać. Dam znać czy się sprawdzi.
7. Kolekcja dla mam i córek od Mohito od ubiegłego tygodnia jest w sklepach, a ja wciąż nie mogę się zdecydować co kupić mi i Lilce. Fajne, proste zestawy w rozmiarach dla mamy i córki.
8. Nowa książka Małgosi Musiał z dobrarelacja.pl musi stanąć na mojej półce. Treści tej autorki są bliskie mojemu rodzicielskiemu sercu i wiem, że pomogą szczególnie w trudnych chwilach. TUTAJ
„Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny Najważniejsza jest relacja z dzieckiem słyszą zewsząd rodzice. Ale jak ją pielęgnować, kiedy rano trzeba szybko wyjść do szkoły albo kiedy rodzeństwo zaczyna kłótnie o zabawki Jak zadbać o potrzeby całej rodziny, jeśli każdy ma inne oczekiwania, a doba tylko dwadzieścia cztery godziny „
9. Jestem bardzo ciekawa tych nowych pomadek do ust od Clinique Crayola, które są zainspirowane popularnymi na całym świecie kredkami. Uwielbiam takie soczyste kolory na ustach i z pewnością coś zamówię na lato.
10. Nowa książka Jesera Juula „Rodzic jako przywódca stada” TUTAJ Kolejną książka tego autora, którą chcę przeczytać.
„Cała władza w rodzinie należy do rodziców. Dzieci potrzebują przywództwa, ponieważ brakuje im jeszcze doświadczenia i siły wewnętrznej, żeby samemu decydować o sobie. Jak jednak korzystać z władzy rodzicielskiej, żeby nie ranić dziecięcych uczuć i nie naruszać ich granic?”
To moje ostatnie odkrycia.
Restauracja z animacjami w Warszawie, która skradła dziś nasze serca nazywa się Stixx. Takich atrakcji połączonych z przepysznym jedzeniem na stołecznej mapie jest niewiele. W moim zestawieniu 10 najlepszych restauracji przystosowanych do potrzeb dzieci było kilka takich miejsc, jednak to co dziś zobaczyliśmy w Stixx Bar & Grill przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Zobaczcie co jest wyjątkowego w tym miejscu.
Zacznę od tego, że sama restauracja znajduje się przy Placu Europejskim w Warszawie – to zupełnie nowe miejsce na stołecznej mapie. Ta nowatorska przestrzeń miejska jest obowiązkowym punktem naszych spacerów.
Znajdziecie tam fontanny, w których latem można się bawić, mnóstwo zieleni i obiekty sztuki. Sam plac jest otoczony nowoczesnym budownictwem z małym akcentem zabytkowym.
Skuszeni ciekawym menu wybraliśmy się dziś do Stixx. Nie ukrywam, że zachęciła nas opinia naszej znajomej. Powiedziała, że jest to restauracja z animacjami dla dzieci, które ciężko zapomnieć. Jej dziecko świetnie się bawiło, a po atrakcjach zjedli pyszny obiad.
Muszę się przyznać, że Stixx odwiedziliśmy już latem, tuż po otwarciu i owszem jedzenie było smaczne i naprawdę zrobiło na nas wrażenie, jednak wtedy czekaliśmy na obiad około 50 minut (przy prawie pustej restauracji). Zrażeni tym faktem nie zawitaliśmy tam, do dziś. Nie wiedzieliśmy, że są tam właśnie animacje.
W sali obok odbywały się animacje dla dzieci. Panie były bardzo przygotowane i potrafiły zająć dzieci na długi czas. Lilka była zachwycona: robieniem ciastek (maślanych i pysznych), papierowych króliczków i obrazków z kurczakami. Naprawdę świetnie się bawiła.
Sama restauracja jest ogromna, więc spokojnie można się do niej wybrać z dużą grupą znajomych.
Ja jadłam Pad Thai z krewetkami i był obłędny!
Moja przyjaciółka skusiła się na dorsza
A Lilka zjadła rosół i chlebek Naan 🙂
Na deser własnoręcznie zrobione ciastka – pisanki
A tak ciekawie wygląda zlew w toalecie
Ja już nie miałam miejsca na deser. Ale jeśli tam wybierzecie to polecam Wam kawiarnie tuż obok Daft Cafe. Są tam ciacha grzechu warte np. bananofee, które wspominam do dziś i do tego pyszna kawa.
Dziś same świetne książki dla maluchów. Junior coraz więcej czasu potrafi skupić się na czytaniu, więc chętnie to wykorzystujemy. Siadamy przy naszej biblioteczce i po kolei wszystko czytamy.
Dziś pokażę Wam nasze nowości.
Świetny pomysł na książki dla dzieci. Julian je uwielbia, przewraca rączką ilustracje i bardzo się nimi interesuje. Jak czytamy te książeczki to zazwyczaj sporo przy każdej ilustracji opowiadam i nie ograniczam się tylko do przeczytania napisu. Dodaję odgłosy, opisuję kolory, pokazuję „oko” „ucho” itd.
Obracanki są naprawdę świetne tylko dziecko powinno je czytać pod nadzorem dorosłego. Z tyłu jest napisana informacja, że są powyżej 3 r.ż., ale materiał w nich zawarty jest dla dzieci młodszych. Dlaczego jest tak napisane? Może się zdarzyć przycięcie paluszka, które przytrafiło się Julkowi dwa razy. Czytajcie je razem z dziećmi.
A w serii są:
Wg mnie najlepsza na sam początek. Dostępna już w niewielu miejscach TUTAJ
Bardzo fajna pozycja do rozwijania słownika. Dostępna TUTAJ
Świetna do pierwszych prób liczenia, ale również do pokazywania paluszkiem. Dostępna TUTAJ
Druga seria, którą można kupować dzieciom w ciemno. Z doświadczenia wiem, że u dzieci często najlepiej sprawdzają się proste rozwiązania. Mój 11-miesięczniak obecnie wszystko wskazuje paluszkiem wskazującym. Ta seria doskonale wykorzystuję tę nową umiejętność. Za pomocą owego paluszka można zmienić coś w ilustracji. Książeczki skradły moje serce i uwagę syna. Skupiają uwagę i wyciszają.
/Na pewno zapytacie, czy ciężko się przesuwa ilustracje… nie, bardzo łatwo się to robi i nie stanowi problemu dla takiego malucha jak mój/
W serii znajdują się 4 książki, które do tego mają piękne, spokojne ilustracje. Z tego co wiedzę są dostępne tylko TUTAJ
Książka o niebie. Jednym małym paluszkiem możemy zaświecić gwiazdy, namalować tęczę, zapalić światło w budynkach…
Za pomocą paluszka zaświecimy słońce, zapalimy świeczki na torcie, obetniemy warkocze…
Magiczna podróż do lasu, tym razem przesuwając paluszkiem sprawimy, że będzie padał śnieg, zobaczymy gdzie mieszka kotek, czy też zobaczymy jak rośnie ząbek u braciszka…
Kolejna świetna seria
O jednej z nich pisałam we wcześniejszym poście o książkach Dla najmłodszych
Jest przeznaczona dla najmłodszych, możną ją pokazywać nawet noworodkom. Świetne, wyraźne ilustracje z wykorzystanie kolorów, które widzi malutkie dziecko. Stawiamy przed dzieckiem, kładziemy je na brzuszek i oglądamy 🙂
Przeznaczona dla starszych niemowlaków. Fajne, krótkie rymowane zdania. Julkowi bardzo się podoba, bo nauczył się ostatnio robić „papa” i wykorzystuje ten gest na dwóch stronach książki.
Moje odkrycie ostatnich dwóch miesięcy! Zamówiłam ją z dużą dozą wątpliwości, a tymczasem to Julka ulubiona książka. Kosztuje niecałe 10 zł TUTAJ.
Zwróciłam na nią uwagę, bo Jul gryzł wszystko, więc uznałam, że taka książka będzie idealna. A teraz co jest w środku? Bardzo proste i PIĘKNE ilustracje dla najmłodszych, zwierzęta i kolory. To wszystko za tę cenę:)
Chyba się skuszę i zamówię inne kolory:
Mała owieczka TUTAJ
Mały kotek TUTAJ
Mały pingwin TUTAJ
Zamówiłam ją również bardzo nieśmiało, a jest świetna! Szczególnie dla tych dzieci, które nie mogą wysiedzieć przy książce. Jul to miłośnik kółeczek wszelakich, a w tej książce się nawet obracają. Mało tego, po zamknięciu, książka naprawdę jeździ.
Ilustracje może nie są najpiękniejsze, ale moje dzieci (Lilka też) lubią tę książkę i zamierzam zamówić jeszcze kilka (w zależności od zainteresowań dzieci):
Strażacy TUTAJ
Autobus TUTAJ
Lokomotywa TUTAJ
Wywrotka TUTAJ
Buldożer TUTAJ
Wyścigówka TUTAJ
Traktor TUTAJ
Klasyk nad klasykami, ale wiem, że czyta mnie sporo mam, które nie mają starszych dzieci i tej książki jeszcze nie znają. Nasza gąsienica czekała w szafce „po Lilce” i się doczekała. Julian wkłada paluszki w dziurki i bardzo się nią interesuje. To „must have” na półce malucha.
Tę książkę odkryłam niedawno i jest świetna! Bardzo wartki i rymowany wierszyk o kolorach prowadzi nas przez krainę zwierząt. A moje serce skradła przede wszystkim dlatego, że ma mnóstwo znaków zapytania, wykrzykników i przez to rodzic bardzo moduluje głos czytając. Dzięki temu dzieci mają okazję posłuchania różnej prozodii (brzmienie mowy). Polecam ją bardzo!
To również „must have” na półce malucha. Dostępna TUTAJ
Pamiętam ile razy czytałam ją Lilce… Z każdym razem pukała do drzwi i krzyczała: „Jete” (jeszcze) Genialna pozycja! Jak czytam Julowi to dodaję dużo wyrazów dźwiękonaśladowczych aby jeszcze bardziej motywować go do mówienia.
Są jeszcze trzy książki w tej serii:
A dlaczego? TUTAJ
Gdzie idziemy? TUTAJ
Wymyśl coś TUTAJ
Ale żadna z nich nie wywołała takiego entuzjazmu jak: „Jest tam kto?”
Najfajniejsza książeczka interaktywna jaką mieliśmy do tej pory. Dostępna TUTAJ.
Nagrane dźwięki brzmią realnie, a do tego są ciche. Julian od stycznia wciąż ją uwielbia, chociaż nadal nie umie sam wcisnąć przycisku. Są dostępne jeszcze inne książki z tej serii i na pewno się skusimy.
Gospodarstwo TUTAJ
Zwierzęta TUTAJ
Vivaldi TUTAJ
Mozart TUTAJ
Instrumenty TUTAJ
Odgłosy natury TUTAJ
Bardzo fajna książka dla odrobinę starszych dzieci (myślę, że 18m +) o różnych pojazdach. Dostępna TUTAJ
Spory format i twarde strony zaangażują dziecięce dłonie na długi czas. Na drugiej stronie są napisane określenia. Dzieci mogą tworzyć swoje własne historie.
A wszystko po to żeby dzieci miały w końcu książkę dostosowaną do swoich potrzeb rozwojowych. Dzięki niej zaczną przygodę z czytaniem.
Ząbkowanie wielu rodzicom spędza sen z powiek. Nie wiedzą jak ulżyć dzieciom w tym trudnym czasie. Dziś chciałabym podzielić się z Wami ciekawostkami na temat ząbkowania oraz zdradzić nasze metody jak ulżyć dzieciom w trudnym dla nich czasie.
Pamiętam jak jeszcze byłam w ciąży to wszyscy rodzice straszyli mnie, że ząbkowanie dzieci to coś okropnego. Wieczny ryk, płacz i wycie. Bałam się tego, że i u nas będzie tak ciężko, bo wiem, że i tak się zdarza. Jeżeli miałabym określić skalę jak bardzo nas doświadczyło ząbkowanie to byłoby 5 na 10. Ale za to moje dzieci mają mnóstwo innych objawów związanych właśnie z ząbkowaniem.
Zacznijmy może od czasu kiedy wyrzynają się pierwsze zęby. Ja swojego pierwszego zęba miałam gdzieś w okolicach 4 m.ż. Tak samo było z Juniorem, a Lilka w 5, 5 miesiąca. Porównując do innych jest to dość wcześnie.
Literatura podaje, że proces ząbkowania zaczyna się około 6 miesiąca i tak np.
W badaniach przeprowadzonych w warszawskich żłobkach stwierdzono, że w 6 miesiącu życia jedynie 26% zaczyna ząbkować. Przed 6 m.ż jest to 17 %, a po 6 m.ż ząbkuje 57% dzieci.
Spore różnice w wieku rozpoczęcia ząbkowania u dzieci donoszonych i wcześniaków:
Przyspieszająco na termin pierwszego ząbkowania wpływają:
Nie ma też wyraźnych różnic pomiędzy w okresach wyrzynania się pierwszych zębów u dziewczynek i chłopców.
Opóźnione ząbkowanie występuje również w niektórych chorobach i zespołach chorobowych. Są to: niedoczynność przysadki, niedoczynność tarczycy, niedobór witaminy A i D, krzywica witamino D-oporna, zespół Downa i inne.
Czynniki miejscowe związane z anatomią mają również wpły na opóźnienie ząbkowania. Są to: brak miejsca w wyrostku zębodołowym, przemieszczanie zębów, urazy,
Istnieje cały zespół objawów ogólnych, które towarzyszą ząbkowaniu:
Literatura fachowa traktuje te wszystkie objawy jako współtowarzyszące. Uwzględniają również fakt, że ząbkowanie przypada na okres od 6 miesięcy w górę, a wtedy również powoli wygasa odporność wrodzona. Wyrzynanie się zęba połączone z miejscowym stanem zapalnym może powodować u dziecka nerwowość i niepokój.
Po pierwsze – podwyższona temperatura ciała wzmaga przemianę materii, a tym samym może przyspieszać wyrzynanie się zębów.
Po drugie – zmiany zapalne w miejscu wyrzynania się zęba mogą powodować podwyższenie temperatury ciała.
Dzieci często wkładają też palce do buzi, co może mieć wpływ na perystaltykę jelit, drażniąc układ współczulny i wzmagać ślinienie.
Przeprowadzone badania wśród dzieci warszawskich wykazały, że najwięcej obajwów współtowarzyszących ząbkowaniu występuje podczas wyrzynania się zębów siecznych (czyli jedynki i dwójki), słabiej pierwszych trzonowych (czwórki), a nie występują w ogóle przy wyrzynaniu się zębów drugich trzonowych (piątki).
Objawy miejscowe, które występują na dziąsłach są również istotne i można je łatwo zaobserwować.
Stan zapalny dziąsła podczas wyrzynania się pojedynczych zębów mlecznych może występować u dzieci. Zaczerwienienie i obrzęk błony śluzowej występuje na kilka dni przed ukazaniem się zęba w jamie ustnej. Dzieci zawyczaj wtedy są niespokojne, obficie się ślinią, wkładają palce oraz różne przedmioty do ust.
W wyniku tych urazóm mechanicznych mogą uszkodzić delikatną błonę śluzową. Te oznaki najczęściej ustępują zwykle po ukazaniu się zęba. Czasmi na kilka dni lub tygodni występuje zasinienie dziąsła, spowodowane jest ono mechanicznym urazem błony śluzowej przez ostre brzegi wychodzącego zęba.
Lilka ząbkowała dość boleśnie, przed wyrżnięciem się każdego zęba miała katar, dość mocno się śliniła i była marudna. Nie miała ani podwyższonej temperatury, a nie problemów z brzuchem. Ząbkowanie przeszła w miarę spokojnie i uznaliśmy, że mieliśmy szczęście.
Nie stosowałam specjalnych metod, ale sprawdziły się u nas gryzaki, twarde jedzenie, żele na ząbkowanie (Orajel), których używałam dosyć często, bo miałam wrażenie, że jej pomagają. Kilka razy kiedy widziałam, że cierpi to podawałam jej leki przeciwbólowe. W czasie wszystkich trudnych chwil sporo ją nosiłam w nosidle, spała u mnie na rękach i dużo ssała piersi. Zazwyczaj po tygodniu już było lepiej.
A z Juniorem też jest w miarę – mam wrażenie, że mniej go bolą same dziąsła, ale ma więcej objawów współtowarzyszących: pojawiała się wysoka gorączka, tygodniowa biegunka, przed każdym zębem ma wielki katar, baaardzo obfite ślinienie…
A teraz lubi takie z miękkiego kauczuku Lanco. Gryzie je, tarmosi, rzuca – przy okazji ma bardzo dobrą zabawę. Jeż i misiek piszczą, po naciśnięciu i to Julian uwielbia.
A ta piłka Lanco to jest ostatni nasz hit – też wykonana z miękkiego kauczuku, więc nadaje się do gryzienia. Jul łapie ją jedną ręką i rzuca do Lilki, a przed każdym rzutem gryzie – to ostatnio ich ulubiona zabawa. Zobaczcie jakie piłka ma świetne faktury, a do tego może służyć do nauki kolorów.
Bibliografia:
„Stomatologia wieku rozwojowego” pod red. Marii Szpringer-Nodzak i Magdaleny Wochno-Sobańskiej
Wiosna na dobre (mam nadzieję) rozgościła się za oknem. Taka pogoda sprzyja wycieczkom. W końcu mam ochotę pojechać gdzieś z rodziną, trochę pozwiedzać i miło spędzić czas. Wrocław odwiedziliśmy już dwa lata temu i zakochaliśmy się w tym mieście.
Ma niesamowity urok oraz mnóstwo miejsc do zwiedzani, szczególnie z dziećmi. We wcześniejszej relacji pisałam o świetnych miejscach, które trzeba zobaczyć koniecznie we Wrocławiu: Wroclove
Pokażę Wam miejsca, które odwiedziliśmy tym razem. Ale jeżeli się tam wybieracie to koniecznie kliknijcie link powyżej, bo tam zamieściłam sporo ciekawych rzeczy
Tym razem do Wrocławia zawitaliśmy zawodowo już w piątek rano i postanowiliśmy zostać do niedzieli.
Hydropolis, czyli centrum wiedzy o wodzie. Interaktywne muzeum, którego tematem przewodnim jest właśnie WODA. Warto je odwiedzić z dziećmi, bo sposób prezentowanej wiedzy jest genialny. Dzieci przez doświadczenie mogą poznać wiele zagadnień związanych z wodą. Lilka skorzystała z wielu atrakcji i bardzo się jej podobało.
Wg mnie już 3-latki znajdą tam coś dla siebie.
Informacje praktyczne: w Hydropolis byliśmy w sobotę rano (20 min przed otwarciem) i nie było tłumów, bilety kupiliśmy od ręki. W muzeum jest ciemno, wiem, że dla niektórych dzieci to może być problem.
A tak wygląda w środku
Po wizycie w Hydroplis wybraliśmy się na mały lunch do:
Aż trudno uwierzyć, że jest to infopunkt miasta Wrocław:) W środku Barbary znajdziecie ogromną przestrzeń z fajnie zaaranżowanym kącikiem dla dzieci, pyszne jedzenie i świetną atmosferę! Polecam wszystkim – znajduje się bardzo blisko Rynku.
Kto odwiedza Wrocław musi odwiedzić też Rynek. O każdej porze roku warto się tu przespacerować. Kolorowe, zabytkowe kamienice niezmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój i uwielbiam się włóczyć z aparatem w zaułkach.
Ulubione zajęcie naszej rodziny we Wrocławiu to szukanie krasnali, które są ukryte w wielu miejscach. Dzięki nim dzieci chętniej spacerują i zwiedzają.
Bardzo lubimy również nieduży Park Staromiejski, gdzie jest świetny plac zabaw i stara karuzela (niestety tydzień temu była jeszcze nieczynna)
Gdzie się zatrzymaliśmy?
Już drugi raz w świetnym
Zazwyczaj jak szukamy noclegu to zwracamy uwagę na to żeby w hotelu był basen. Tutaj go nie ma, ale miejsce jest tak magiczne, że nie stanowi to problemu.
Położony jest prawie w centrum przy Dworcu głównym. Cały hotel jest stylizowany na Alicję z krainy czarów i to właśnie ten motyw nas do niego przyciąga. Dodatkowo, na dole jest świetna restauracja Czary mary, gdzie jadłam chyba najlepszą sałatkę z kozim serem w życiu:)
Warto też zwiedzić Dworzec Główny, szczególnie jeżeli na co dzień poruszacie się autem – Lilka była wniebowzięta i musimy się wybrać w podróż pociągiem.
Za chwilę majówka, dłuższe weekendy – warto wybrać się do Wrocławia i dać się porwać magii tego miasta.
A jeżeli szukacie czegoś znacznie bliżej Warszawy to polecam https://www.nebule.pl/pomysl-weekend-hotel-warszawianka/
Marzeniem każdego rodzica na świecie jest przesypianie nocy. Po całym dniu na pełnych obrotach mamy tylko jedno pragnienie – porządnie się wyspać. Kiedy ktoś mnie pyta, o której dziś się obudziłam to chce mi się śmiać. Ja się nie budzę, ja zmartwychwstaję. Z sennej odchłani budzi mnie tupot małych stóp lub błagalne tony o jedzenie (godzina nie ma dla nich znaczenia). W ciągu 5 lat zdążyłam się już do tego przywyczaić.
*wpis powstał w ramach współpracy z marką Pampers
Przy pierwszym dziecku wstawałam nawet po 10 razy w nocy. Karmiłam, odkładałam, kładłam się do łóżka… i tak w kółko. Pieluchy nie zmieniałam prawie nigdy, bo bałam się, że taka gimnastyka obudzi dziecko. Mało tego, ja nawet liczyłam te wszystkie pobudki i kiedy rano wstawałam, wiedziałam dokładnie ile razy w nocy pełniłam swój macierzyński obowiązek.
15 miesięcy takich „atrakcji” sprawiło, że jedyną rzeczą o jakiej marzyłam był SEN i kawa. Kiedy odstawiłam córkę od piersi – jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęła przesypiać calutkie noce.
Kiedy urodził się Junior i pięknie spał w swoim koszyku myślałam, że mam niesamowite szczęście. Chodziłam wyspana, karmiłam go w nocy około 2 razy i kiedy przyszła TA noc, myślałam, że trafiło nam się złote dziecko.
Julek przespał noc. Obudziłam się sama (pierwszy raz od niepamiętnych czasów) i podbiegłam do jego kołyski sprawdzić czy oddycha. Wtedy dumna zamieściłam na naszym Instagramie to zdjęcie:
Dziś napiszę Wam prawdę. Byłam tak szczęśliwa, że oczywiście lekko zakrzywiłam rzeczywistość. Wg mnie przespana noc to było 7 h ciurkiem od godziny 1 w nocy do 8. To nic, że przecież spałam już o tej pierwszej i wstawałam do niego wcześniej, ale najważniejsze było dla mnie to, że przespał 7 h bez pobudki. Aż teraz nie mogę w to uwierzyć, bo wiecie co?
Mało tego! Po tamtej nocy zaczął się budzić jeszcze częściej niż wcześniej. Tak jak wstawałam do Lilki kilka lat wcześniej, to przy Juniorze byłam nieprzytomna. Kiedyś zasnęłam z nim na rękach na fotelu.
Stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby mój syn wreszcie
I wdrożyłam to w nasze życie, od początku zadziałało i ja w końcu byłam wyspana, mąż również mógł w końcu normalnie spać. Miałam trochę wyrzuty sumienia, bo jednak było to na początku dość trudne. Sama budziłam się nocy i sprawdzałam czy wszystko z nim ok.
Mój mąż też często podchodził do łóżka żeby zobaczyć czy Junior oddycha. Kilka pierwszych nocy było dla nas trudnych, ale szybko się przyzwyczailiśmy. Ja rano była budzona (nie mylić z „budzeniem się”) ale już nie było mi tak ciężko wstać, bo jednak Junior spał i nie musiałam do niego wstawać.
Wiecie co zrobiłam, że zaczął spać w nocy?
Po prostu. Pierwsze noce były trudne, bo się ciągle budziłam i sprawdzałam czy go nie zgniatam albo czy nie spadnie. Później się przyzwyczaiłam i już spałam przez całą noc.
Junior śpi sobie obok mnie, a jak jest głodny to się budzi na jedzenie. Mam wrażenie, że tych pobudek jest naprawdę mało, bo czuje mnie i nie ma potrzeby pobudki w stylu „muszę sprawdzić czy mama tu jest i poczuć jej zapach”. Wstaje tylko kiedy jest głodny. Pieluchy też mu nie zmieniam w nocy, bo bym go tylko rozbudziła.
Takim cudem mam w domu ząbkującego niemowlaka, który przesypia noce. Ja wiem, że dla kogoś pobudka na jedzenie przerywa nocną ciągłość, ale ja się nie budzę i śpię dalej. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie muszę już do niego wstawać.
Bez suchej pieluszki bliskość mamy i pełny brzuch nie pomogą.
Pamiętam jeszcze jak Lilka była noworodkiem i nie bardzo wiedzieliśmy dlaczego płacze, a robiła to bardzo często i z wielkim natężeniem. Jak w amoku sprawdzaliśmy ciągle czy:
a) chce jeść
b) trzeba zmienić pieluchę
c) odpowiedź a i b, bo po karmieniu trzeba było zmienić pieluchę
Z pieluchą właściwie od początku było nam łatwo, bo stwierdziliśmy, że dla naszej pierworodnej, jedynej córeczki kupimy Mercedesa wśród pieluch. Nie miała żadnych dolegliwości skórnych, pielucha nie przeciekała, a Lilka spała w niej całą noc. Stwierdziliśmy, że skoro tak, to spróbujemy innych, dostępnych na rynku, bo może akurat jej skóra nie jest zbyt wymagająca i polubi również inne rodzaje pieluch.
Już na drugi dzień biegłam do sklepu po nasze Pampersy i od tamtej pory już nie zmieniałam marki tylko kupowałam coraz większe rozmiary.
Tak samo było z Juniorem, kupiliśmy sprawdzone i testowane przez prawie 4 lata Pampersy Premium Care. Na nim już nawet nie eksperymentuję, bo wiem, że szybko bym wróciła do pierwszego wyboru.
Znam nawet mamy, które zdecydowały się na pieluchowanie wielorazowe, ale na noc i tak zakładają Pampersy, bo one zapewniają naprawdę spokojny sen. Wątpię żeby ktoś lubił kiedy jest mu mokro.
Kiedy rano Junior wspina się po mnie widzę, że ma już pełną pieluchę to zastanawiam się jak działają te pieluchy, że jednak nie przeciekają i nie odparzają cienkiej skóry dziecka.
Jeżeli macie chęć zrobić taki test w domu to przeczytajcie do końca, bo poszukujemy 25-30 mam, które sprawdzą właściwości siateczki oraz chłonność 3 kanalików w pieluchach Pampers Premium Care.
Pierwszy tes,t jaki wykonałyśmy sprawdził chłonność pieluszki. Zabarwiona na niebiesko woda to alter ego niemowlęcego moczu;) Do wody dodałam niebieski barwnik spożywczy, a Lila dokładnie go wymieszała:
Zdecydowanym ruchem zasikałam zmoczyłam pieluchę, a Lilka dzielnie ją trzymała
Pielucha bardzo szybko się napełniła, a pasek zmienił kolor na „zmień mnie natychmiast”. Już na zewnątrz widać wyraźnie trzy kanaliki:
No i są! 3 kanaliki, które zatrzymują płyn w całej okazałości. To dzięki nim Julian śpi bez zmiany pieluchy 12 h. Dziękujemy;)
Lilka nie wierzy, musi się im przyjrzeć z bliska:
I voila:
Przygotowujemy zestaw z samymi powłoczkami:
Z lewej strony siateczka z poprzedniej wersji Pampers Premium Care, a po prawej dostępna obecnie na rynku siateczka z pieluszki Pampers Premium Care
Wylewamy płyn:
Łyżeczką wygładzam substancję i jest! W pieluszce Premium Care siateczka przepuszcza, chłonie i odciąga wilgoć do środka żeby chronić delikatną skórę noworodka:
Lilka jak zwykle nie wierzy, musi sama sprawdzić organoleptycznie:
Test pokazał nam dokładnie jak działa nowa siateczka w pieluchach. Dzięki tym właściwościom skóra noworodka jest lepiej chroniona i dziecko może już spać spokojnie.
Jeżeli macie chęć zobaczyć właściwości pieluszek Pampers Premium Care to możecie również przetestować je w domu. Jestem ciekawa Waszych opinii. Dajcie mi znać tutaj lub w prywatnej wiadomości, bo chciałabym Wam wysłać pieluszki Pampers Premium Care (najlepiej rozmiary 1,2,3) z nową siateczką do przetestowania. Wynikami Waszych obserwacji podzielę się innym razem, a Was poproszę o krótką opinię na stronie Pampers
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na naszym Facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/ niech inne mamy też mają szansę na testowanie Pampers.
Naprawdę jest niewiele takich sytuacji kiedy chciałabym podejść do rodzica spotkanego na ulicy i powiedzieć: Czy wiesz, że robisz krzywdę swojemu dziecku? Zazwyczaj daleko mi do jakichkolwiek osądów i nie ośmieliłabym się na podstawie JEDNEJ wyrwanej z kontekstu całego rodzicielstwa ocenić drugiego rodzica. Jednak w TEJ sytuacji mogłabym to zrobić, ich zachowanie wynika z NIEWIEDZY.
Ja sama jestem dzieckiem „po chodziku”, sadzanym i prowadzanym za rączkę. Mam krzywy kręgosłup w dwóch odcinkach, które mnie potwornie bolą.
Internet stał się źródłem wiedzy i wymiany informacji o rozwoju dzieci. Wydawałoby się, że dzięki temu rodzice ustrzegą się przed błędami które mogą wpływać negatywnie na zdrowie ich pociech. Tymczasem na forach królują wyścigi: które dziecko wcześniej usiadło albo które już chodzi prowadzane za rączki. Przyspieszanie rozwoju motorycznego dziecka może skończyć się poważnymi powikłaniami w przyszłości, a rodzic skupiony na śledzeniu postępów często ignoruje sygnały, które powinny skłonić do go wizyty u specjalisty: osteopaty lub fizjoterapeuty.
Rozwój motoryczny dziecka nie bez powodu ujęty jest w pewnych ramach i „widełkach” wiekowych. Tymczasem mam wrażenie, że rodzice za punkt honoru stawiają sobie, żeby ich dziecko znalazło się jak najbliżej dolnej granicy widełek. Często widuję na przykład dzieci, które siedzą w wózku i są pochylone do przodu. Czy tak to powinno wyglądać?
Nie. Taka pozycja u dziecka świadczy o tym, że mięśnie brzucha i kręgosłupa są jeszcze zbyt słabe żeby utrzymać ciało. Rozwiązaniem nie jest obkładanie dziecka poduchami i podpieranie go, ale umożliwienie mu rozwoju tych mięśni np. poprzez leżenie na brzuchu. Przyspieszanie rozwoju motorycznego dziecka to jeden z najczęściej popełnianych przez rodziców błędów.
Mówimy tutaj np. o zbyt wczesnym sadzaniu dziecka czy prowadzaniu go za rączki. Rodzice tłumaczą, że dziecko samo wyrywa się do chodzenia czy wstawania. Tymczasem niezwykle ważne jest, żeby dziecko przeszło wszystkie etapy rozwoju zanim zacznie się pionizować i chodzić.
Dziecko aby przygotować się do samodzielnego stania i chodzenia musi wykształcić i wytrenować odpowiednie grupy mięśni i stawów. Robi to poprzez ćwiczenia: podnoszenie głowy i tułowia, pełzanie, czworakowanie. Dopiero później przychodzi czas na pozycje wyższe.
Mówiąc o błędach rodziców warto zacząć od tego, że utrudniają dziecku te ćwiczenia. Dzieci często marudzą kiedy są kładzione w pozycji na brzuchu i rodzice to odpuszczają. Duży błąd, ponieważ to właśnie ta pozycja pozawala ćwiczyć mięśnie głowy, pleców i brzucha, które później będą potrzebne przy siadaniu czy wstawaniu.
Problemem jest też kiedy dziecko zbyt dużo czasu spędza na tzw. leżaczkach czy nawet na rękach. Nie ze względu na rozpieszczenie, ale właśnie na umożliwienie rozwoju motorycznego. Idealną powierzchnią dla dziecka są półtwarde, nieśliskie powierzchnie np. puzzle piankowe czy duże maty.
Pozwólmy dzieciom trochę popracować nad swoją mobilnością np. kładąc zabawkę w pewnym oddaleniu. Dziecko zacznie dążyć do tego, aby po nią sięgnąć najpierw pełzając a potem raczkując. Zdecydowanie odradzam także wszelkiego rodzaju chodziki.
Na początek do błędów dodałbym jeszcze ignorowanie wczesnych objawów. Na przykład zdarza się, że malutkim dzieciom ucieka oczko, a rodzice słyszą od lekarza czy położnej, że problem sam minie. Tymczasem może być on związany np. z trudnym porodem i napięciem, które wytworzyło się w obrębie nerwów zaopatrujących oko bądź w obrębie kości i membrany przez które te nerwy przechodzą.
Wczesna interwencja u osteopaty może pomóc wyrównać te napięcia już na samym początku. Innym problemem jest asymetria ciała dziecka. Rodzice zapominają, że warto stymulować tą słabszą stronę poprzez ćwiczenia lub np. pokazywanie zabawki i aktywowanie dziecka właśnie na tę stronę.
Asymetrie, także w obrębie główki to również powód do wizyty u osteopaty lub fizjoterapeuty. W szpitalach np. w Niemczech tacy specjaliści pracują nawet na oddziałach neonatologii. Na wizytę można przyjść już nawet z klikutygodniowym dzieckiem, warto wybrać jednak osteopatę lub fizjoterapeutę który ma doświadczenie w pracy z najmłodszymi.
Wracając do konsekwencji: są to najczęściej problemy związane z krzywym kręgosłupem lub nieprawidłowo wykształconymi np. biodrami czy kłopoty ze stawami.
Dziecko, które zbyt wcześnie było sadzane czy prowadzane za rączki wykształca sobie złe wzorce ruchowe i wady postawy, które często zostają z nim na całe życie: wypłaszczenie w odcinku piersiowym (płaskie plecy), powiększona lordoza lub kifoza, a w najgorszym wypadku problemy ze skoliozą.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” lub udostępnij go swoim znajomym: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Przez moje ręce przewinęło się mnóstwo zabawek i pomocy. Jak wiecie trzymam też ciągle rękę na pulsie jeżeli chodzi o nowości, które pojawiają się rynku. Podobno mam oko i wiem co będzie hitem, a co będzie zalegać na półkach i zbierać kurz. Tak też było i tym razem…
Pisałam Wam, że ten sezon mocno przechorowaliśmy i właściwie przesiedzieliśmy w domu. Dzieci dosłownie roznosiło, a mnie za to wprost proporcjonalnie do ich energii ciągnęło w dół. O ile w takim czasie jestem w stanie zorganizować ciekawe prace plastyczne, czy też układnie puzzli to o zwykłe wyhasanie się jest naprawdę trudno.
Widziałam jak bardzo Lilkę roznosi energia. Któregoś dnia tak skakała na łóżku, że aż wyskoczyła sprężyna z materaca.
Te wnioski wysnuwam po Waszych wiadomościach. Często prosicie o polecenie właśnie jakiejś zabawki wspierającej rozwój ręki. Zależy Wam na tym aby przygotować dziecko do pisania, do rysowania itd. Rodzice tak bardzo się skupiają na motoryce małej, że zapominają o dużej, która ma ogromny wpływ na całościowy rozwój.
Nierzadko traktuje się właśnie motorykę dużą, jako tę gorszą, mniej rozwijającą.
Czasami nawet dzieci potrzebują wzmocnienia mięśni całego działa, poprawy koordynacji i równowagi, aby móc w pełni rozwijać motorykę małą np. taki problem jak mocne zaciskanie narzędzia pisarskiego. Myśli się, że to problem tkwi w samej dłoni, a to najczęściej jest problem dotyczący całego przedramienia, a nawet ciała.
Cieszę się bardzo, że na blogu mogę Wam pokazywać różne nowości, bo wiem, że często szukacie ciekawych rozwiązań. Tak też było tym razem. Kiedy bObles pojawiło się Polsce stwierdziłam, że MUSZĘ je przetestować, bo to w końcu coś, co może się sprawdzić w niedużym mieszkaniu.
Po kilku tygodniach użytkowania mogę Wam więcej napisać na ich temat.
Te zabawki na mnie i moich dzieciach zrobiły ogromne wrażenie. Jak wiecie jestem też terapeutą SI i właśnie pod tym względem najbardziej mnie zainteresowały.
Jest to zupełnie normalne i nie należy ich zatrzymywać. Kiedy przebywają w domu również chcą pobudzać wszystkie zmysły. Usadzanie ich przy stoliku czy też na dywanie może być nie lada wyzwaniem.
Moje dzieci są bardzo ruchliwe. Julian teraz nie wysiedzi w miejscu nawet minuty. Czworakuje wszędzie i eksploruje otoczenie. Jeżeli coś go zainteresuje to nie siada z tym przedmiotem, tylko bada go na stojąco. Tak samo Lilka, mimo tego, że ma już ponad 4 lata to nadal biega, skacze i jest w ciągłym ruchu (nawet w domu).
Dlatego tak bardzo zainteresowały mnie te zabawki, które mogą być wykorzystywane na różne sposoby. Najbardziej podoba mi się to, że dzieci mogą poruszyć swoją wyobraźnię i same próbować różnych zabaw. W czasie zabawy dzieci ćwiczą siłę mięśni, układ przedsionkowy, refleks i świadomość ciała.
To co moje dzieci wyprawiają z tymi zabawki przechodzi pojęcie, a mi włos się na głowie jeży.
Czyli półokrągła równoważnia, może służyć małemu dziecku do bujania się na brzuchu. Starsze wykorzysta je np. do ćwiczenia równowagi. Można po nim chodzić i traktować jako „kamień” do stawania. Kurczak pasuje również do inne zabawki: bObles Słonia i dzięki temu można się na nim bujać na brzuchu
Najbardziej podoba mi się multifunkcjonalność – jedną zabawką bawi się 10-miesięczniak i 4-latka. Każde na swój sposób i co najważniejsze według SWOICH POTRZEB.
Sporych rozmiarów huśtawka, która może służyć dzieciom w różnych aktywnościach. Lilka uwielbia się na nim bujać w różnych pozycjach, a Julian najchętniej przy nim stoi i się bawi.
Na Słoniu można pobudzać równowagę i ćwiczyć siłę mięśni, a po odwróceniu bujać się na nim na brzuchu. Moim dzieciom zdarza się również bujać w nim lalkę;)
Czyli okrągła gumowa oponka o niewielkich rozmiarach, na której można siedzieć, leżeć, skakać, bujać się… Możliwości jest wiele, zależy na co dzieci mają ochotę. Fajne jest to, że Pączek po przyciśnięciu do podłogi potrafi się przyssać i dziecko może na nim np. siedzieć lub nawet stać, a on ani drgnie.
Wszystkich elementów bObles jest znacznie więcej i na pewno kiedy pojawią się na rynku przyjrzę im się dokładniej. A teraz jest bardzo z nich zadowolona, bo nie ma dnia żeby nie były w użyciu i widzę jak pozytywny wpływ mają na moje dzieci. Wszystkie zabawki bardzo łatwo jest utrzymać w czystości, bo wystarczy przetrzeć je wilgotną szmatką.
bObles są dostępne w sklepie http://malutkichswiat.pl
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” na moim Facebooku: https://www.facebook.com/nebuleblog/
Wybór wózka dla dziecka nie jest prosty. Na rynku jest teraz mnóstwo wózków i rodzice, którzy szukają odpowiedniego pojazdu mogą czuć się lekko zagubieni. My w ciągu 5 lat używaliśmy kilku i wciąż jestem zdania, że nie ma wózka idealnego. Jednak mam kilka typów, które mniej lub bardziej do tego ideału się zbliżają. Tak jest właśnie z wózkiem bugaboo bee 3
Pewnie pamiętacie, że nasza starsza córka jeździła na początku inneg Bugaboo pisałam o nim we wpisie Bugaboo cameleon. Miałam do niego kilka zastrzeżeń, ale ogólnie byłam zadowolona. Zatrzymałam go nawet „dla następnego dziecka”. Jednak kiedy byłam już w połowie ciąży i dowiedziałam się, że do mniejszego Bee można kupić twardą gondolę – przepadłam i już nie chciałam mojego kolorowego Cameleona. Bugaboo Bee 3 miał (prawie) wszystko to, czego nie miał Cameleon.
Bardzo mi na tym zależało. Termin porodu miałam na maj i wiedziałam, że całe wakacje spędzę z dziećmi na podwórku. Jak sobie przypomnę jak bardzo musiałam się wyginać przy Cameleonie to stwierdziłam, że Bee będzie idealne. Tak też było! Pod wózek pakowałam cały nasz dobytek i maszerowaliśmy na długi spacer.
Przy dwójce dzieci, kiedy starsze ciągle zmienia zdanie byłoby mi ciężko ciągle się schylać i wyjmować wszystkie rzeczy. Kosz w Bee 3 jest siatkowany, więc widzimy wszystko co w nim się znajduje. Kosz w Cameleonie jest cały zabudowany i nie bardzo widać co w nim jest
Bugaboo Bee jest lżejsze niż Cameleon, bo waży 7,7 kg. Wózek wydaje się być naprawdę lekki i jak przyszło nam na wakacjach mieć pokój na 3 piętrze bez windy to bez mniejszych problemów go nosiliśmy. A nawet jak wózek był pusty to nosiłam go za uchwyt od gondoli.
Niektórym może się wydawać, że wózek jest malutki i dziecko szybko z niego wyrośnie. Jednak mi te pozornie małe gabaryty bardzo odpowiadają, bo nie zależało mi na wielkiej landarze na pompowanych kołach.
Bugaboo Bee 3 jest genialnym wózkiem miejskim i do takich warunków jest najbardziej przystosowany. Bez problemu wjeżdżam nim do mojego ulubionego, małego warzywniaka czy też do maleńkiej restauracji.
Składa się również do niedużych rozmiarów. Tak jak w Cameleonie musiałam za każdym razem zdejmować koła do mojego mikrego bagażnika (250 l) i było to dość uciążliwe. Bugaboo bee 3 wchodzi bez problemu i kombinowania.
W Cameleonie również denerwowało mnie to, że wózek z siedziskiem spacerowym składa się w dwóch częściach. Za każdym razem musiałam odpinać siedzisko, kłaść na ziemię, składać stelaż itd. Bugaboo Bee 3 z zamontowanym siedziskiem spacerowym składa się w jednej części (juhu!).
Wózek z zamontowanym siedziskiem spacerowym można rozłożyć jedną ręką. Nie raz zdarzyło mi się go rozkładać z Julkiem na rękach. Przy składaniu potrzebne są dwie:)
po rozłożeniu: 108 cm wysokości x 103 cm długości x 55 cm szerokości.
Regulacja teleskopowa rączki od od 89 do 108 cm
W Bugaboo Bee 3 siedzisko rozkładane prawie na płasko. Jak pewnie pamiętacie Cameleon ma siedzisko kubełkowe. Teraz widzę więcej plusów za standardowym siedziskiem niż kubełkiem. Zwróciła mi również na nie uwagę fizjoterapeutka, że w kubełku dziecko nie jest w stanie spać na brzuchu, a to jest najzdrowsza pozycja do spania.
Zwykłe siedzisko jest bardziej przewiewne niż kubełek i sprawdzi się bardzo w czasie upałów. w Cameleonie plecy dziecka są otoczone ściśle przylegającą ścianką- pamiętam jak latem wyjmowałam z wózka Lilkę z mokrymi plecami. Tutaj nie będzie takiej możliwości.
Regulowana wysokość i długość siedziska- kiedy Bee do nas przyszło na początku tamtego roku Lilka miała 3,5 roku i 104 cm wysokości- bez problemu zmieściła się do spacerówki. Jest naprawdę spora i większemu dziecku będzie w nim wygodnie. Kilka razy zdarzyło się tak, że Lilka zasypia w aucie, więc przekładam ją do wózka i wiozę do domu. Siedzisko można rozkładać na 3 razy.
Szerokość to 30 cm, głębokość przy maksymalnym rozciągnięciu 39 cm. Oparcie ma max 52 centymetry długości i 30 centymetrów szerokości. Maksymalna długość siedziska można ustawić pomiędzy 73 a 92 cm.
Hamulec nożny – w odróżnieniu do Cameleona, który ma hamulec ręczny Bee zatrzymuje się nogą. Wg mnie jest to o wiele wygodniejsze (ale to pewnie kwestia gustu).
Kiedy idę z Lilką i trzymam ją za rękę to w drugiej dłoni trzymam wózek to nie muszę niczego puszczać żeby zaciągnąć hamulec. Bez problemu też go zwalniam, pamiętam, że w Camie czasami musiałam pomóc drugą ręką.
W Bee 3 gondola znajduje się o kilka centymetrów wyżej niż w Cameleonie i ma bardzo poręczne uchwyty. Można ją również zdjąć i postawić na płasko ( w Camie nie było takiej opcji). Sama jej konstrukcja jest zdecydowanie inna. Ścianki gondoli w Bee 3 są miękkie, ale w żaden sposób nie zmienia to komfortu użytkowania. Sama gondola jest niższa niż w Camie.
Kiedy zdecydowałam się na Bee 3 wiedziałam jak długo będę używać gondoli (przewidywałam maj-październik) Julek na początku rósł bardzo szybko i nawet przez chwilę myślałam, że wyrośnie z gondoli bardzo szybko. Jednak nie to okazało się u nas problemem.
Syn bardzo szybko stanął na czworaki (w 5 m) i istniało ryzyko wpadnięcia z gondoli. Zazwyczaj i tak nie zostawiam go bez nadzoru jednak wolałam zmienić na siedzisko, które rozkładane jest prawie na płasko i przypiąć pasami. Tak też zrobiłam.
Kiedy zrobiło się chłodniej używałam małego śpiworka Lodger do fotelika, a kiedy przyszedł chłód jak zwykle świetnie się sprawdził śpiwór Lodger Bunker.
Wymiary gondoli: 74 cm długości, 27-31 cm szerokości (najszerzej w ramionach), 19 cm głębokości
Nie wiem jak Wy, ale ja mam problem z pasami. Doprowadza mnie to do szału kiedy nie mogę zapiąć pasów, albo końcówka nie chce wejść do otworu. W swojej matczynej karierze przerobiłam już 6 wózków i zdecydowanie Bugaboo Bee 3 ma NAJLEPSZE PASY ever!
Nie dość, że świetnie się je zapina i odpina. To dzięki temu, że są 5-punktowe możemy je zapinać w różnych konfiguracjach: tylko w pasie, tylko plecy, jeden pas od pleców i jeden od pasa… Bardzo mi to odpowiada, bo Jul może spać na brzuchu w wózku i wciąż być zapiętym. Do tego regulacja pasów nie sprawia najmniejszych problemów i tak jak w innych wózkach pasy zjeżdżają, lub za mocno się je ściśnie to w Bee 3 możesz dopasować je idealnie.
Można regulować również ich wysokość zaczepu dla większego wózka. Rozpinają się również bezproblemowo i np. kiedy zapinałam Julka w śpiworku to powrocie ze spaceru odpinałam pasy jednym kliknięciem i przenosiłam go w śpiworze na łóżko, a tam mogłam spokojnie rozebrać (a on dalej spał).
Sprawdziła się idealnie podczas lata kiedy zasłaniała twarz przed promieniami słonecznymi. Konstrukcja jest rozpinana w miarę potrzeb i naprawdę dobrze chroni dziecko przed słońcem. Bardzo mi tego brakowało w Cameleonie.
Materiał z jakiego jest wykonana znacznie się różni od tych, z którymi miałam do czynienia – zdecydowanie jest bardziej jak tkanina (przewiewna). Budka świetnie się sprawdziła w okresie letnim, bo jest przewiewna.
Jednak w okresie kiedy było zimno i wiał mocny wiatr zakładałam na wózek folię przeciwdeszczową. Budkę można rozkładać w różnych pozycjach, a nawet można zasłonić bardziej jednak bok niż drugi. Uważam, że jest to spore udogodnienie.
Ich średnica to 16 cm. Przeczytałam wiele opinii i pytałam użytkowniczek. Bugaboo Bee 3 jest wózkiem miejskim i takie jest jego przeznaczenie. Jednak jeżeli planujecie zakup zwróćcie uwagę jak wyglądają Wasze chodniki wokół domu.
Jeżeli jest w nim pełno dziur, pęknięć, wystających kamieni itd. to zastanówcie się jeszcze raz. Wózek teraz z 8- kilogramowym Julkiem podbija się świetnie i nie hałasuje na kostce brukowej. Jest dobrze dociążony, sunie bez najmniejszych problemów nawet po lekko dziurawej nawierzchni.
Jednak kiedy wyszłam z nim na pierwszy spacer (Jul 4200 kg) to amortyzacja nie była dociążona. Wózek lekko się trząsł na polbruku. Podbijał się dobrze, jednak było można odczuć delikatne wibracje. Nie było to mocne, jednak Cameleon miał lepszą amortyzację. I to tyle w kwestii kółek.
Bugaboo Bee super jedzie po trawie, ubitej wiejskiej drodze i radzi sobie z podbijaniem. Wg mnie jest to jedyny minus tego wózka. Być może jest to lepiej dopracowane w wersji 5, która niedawno weszła do sklepów.
Mimo wszystko uważam, że bugaboo bee 3 to był świetny wybór. Wózek prowadzę jedną ręka, a za drugą zazwyczaj trzymam Lilkę. Na tym bardzo mi zależało. Mamy również montowaną podkładkę z siedzonkiem Bugaboo, która świetnie się sprawdza podczas dalekich wypadów np. na plac zabaw. Teraz dzieci sobie siedzą- Lilka zabawia Jula, a ja pcham wózek jedną ręką.
Wózek można obejrzeć i kupić w Warszawie w sklepie Muppetshop.
Zdjęcia travelicious.pl
Katar u dzieci jest bardzo powszechny. Prawie każdy rodzic miał lub będzie miał z nim styczność.
Dziś rozmawiam na ten temat z naszą pediatrą dr. Ewą Miśko-Wąsowską
Katar to jeden z najczęstszych powodów konsultacji pediatrycznych. Na początku warto zaznaczyć, że jest to objaw, nie choroba.
Katar powstaje na skutek drażnienia błony śluzowej nosa i powstającego w niej stanu zapalnego. Najczęściej towarzyszy ostrym infekcjom dróg oddechowych i alergiom. Ale są jeszcze inne sytuacje, kiedy u dzieci obserwujemy katar m.in. ząbkowanie, przebywanie w zanieczyszczonym powietrzu (dym tytoniowy!). Katar to też reakcja na suche powietrze, albo nagłe zmiany jego wilgotności, kurz, ciało obce w nosie.
U starszych dzieci katar może towarzyszyć migrenowym bólom głowy. Może też być reakcją na leki – przedłużone stosowanie preparatów obkurczających śluzówki nosa np. z ksylometazoliną (powyżej 5-7 dni) powoduje „przyzwyczajenie” się do leku i tzw. reakcję z odbicia – nadmiernie przesuszona śluzówka produkuje większą ilość wydzieliny. Jest to katar dość trudny do wyleczenia.
Istnieje jeszcze jedna łagodna odmiana kataru tzw. naczynioruchowy. Każdy z nas zapewne doświadczył jego występowanie, gdy zmarznięci wejdziemy do ciepłego pomieszczenia lub napijemy się gorącej herbaty. To fizjologiczna reakcja śluzówki nosa.
Pamiętajmy, że nie każde pojawienie się wydzieliny w nosie świadczy o chorobie, może to po prostu oczyszczanie. W ten sposób organizm pozbywa się niepotrzebnych cząstek z górnych dróg oddechowych (np. kurz).
Ponieważ różne mikroorganizmy towarzyszą nam na co dzień, a nos nie jest zamkniętą sterylną przestrzenią katar nigdy nie będzie jałowy. Natomiast nie znaczy to, że musimy go od razu leczyć antybiotykami. Wymaz z nosa ocenia jedynie nosicielstwo – czyli tych właśnie towarzyszy (m.in. paciorkowce czy tzw. pałeczki hemofilne).
Dość często zdarza się, że mieszka z nami gronkowiec złocisty. Jego nosicielstwa też nie leczymy (wg niektórych danych nawet 20-30% populacji). Leczenie nosicielstwa po pierwsze może sprzyjać szerzeniu się szczepów bakterii opornych na antybiotyki. Po drugie może torować drogę naprawdę poważnym zakażeniom. Kiedyś usłyszałam zdanie, które bardzo do mnie przemawia – „leczymy chorobę, a nie wynik wymazu”.
Jak jesteśmy już przy diagnostyce to dodam tylko, że aby mieć pewność jaki patogen jest przyczyną np. ostrego zapalenia zatok, to powinien być pobrany tzw. aspirat bezpośrednio z zatok. Wymaz z nosa nie będzie badaniem miarodajnym.
Sam kolor kataru nie świadczy o tym czy mamy do czynienia z infekcją wirusową czy bakteryjną. Niezmiernie rzadko zdarza się bakteryjne zapalenie od samego początku. Zwykle zaczyna się infekcją wirusową, a następnie może (nie musi) dojść do nadkażenia bakteryjnego.
W przebiegu infekcji wirusowej katar na początku jest wodnisty, przejrzysty. Następnie zaczynają gromadzić się w śluzówkach komórki stanu zapalnego, złuszcza się nabłonek i katar robi się gęsty, zielonkawy. Zatem zielony katar nie znaczy, że dziecko ma zakażenie bakteryjne, które trzeba leczyć antybiotykiem. O tym świadczy gorączka, która pojawia się po kilku, kilkunastu dniach infekcji.
To jeden z odwiecznych problemów rodziców małych przedszkolaków (też do nich należę). Największa zakaźność przy infekcjach kataralnych utrzymuje się przez pierwsze dni infekcji (zwykle towarzyszy temu podwyższona temperatura). Jest to czas kiedy dziecko powinno zostać w domu.
Dzieci jednak mogą już zarażać dzień przed wystąpieniem typowych objawów, mogą się wówczas jedynie trochę gorzej czuć. Nie od razu myślimy o przeziębieniu. To właśnie dlatego tak dużo zachorowań w żłobkach czy przedszkolach i na to nie mamy wpływu.
Natomiast dziecko, które ma katar już od ponad tygodnia a czuje się dobrze i przede wszystkim nie ma gorączki (w tym stanów podgorączkowych) i innych niepokojących objawów może uczęszczać do przedszkola. Nie stanowi już zagrożenia dla innych. Powinniśmy tylko ocenić czy wyciekająca wydzielina nie jest za bardzo uciążliwa dla malucha.
Problem z katarem polega na tym, że nie tylko uprzykrza funkcjonowanie w codzienności, ale może utrudniać ssanie u niemowląt powodując problemy z karmieniem. Może również przyczyniać się do powikłań jak chociażby zapalenie ucha środkowego. Dobrze jest zatem pomagać dzieciom w usuwaniu nadmiaru wydzieliny.
U najmłodszych, zwłaszcza poniżej 3 m.ż. wystarczy zakraplać roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej do noska i po chwili ułożyć dziecko na brzuchu (możemy je na przykład nosić w takiej pozycji na swoim przedramieniu). Lepiej w tym wieku ograniczać wszelkie aerozole, czy nadmierne korzystanie z aspiratorów.
Śluzówki nosa są niedojrzałe. W reakcji na nadmierne drażnienie mogą być bardziej obrzęknięte czy nawet krwawić. Pamiętam 7 tyg. chłopca, który trafił na Oddział Laryngologiczny z krwawieniem z noska. A wszystko to po prostu po intensywnym stosowaniu zwykłej soli morskiej właśnie w aerozolu.
Starszym dzieciom też należy sprawdzać co podajemy. Zastosujmy najpierw preparat na swoim nosie, żeby się przekonać czy ciśnienie nie jest za duże. I właśnie już u tych starszych (>3 m.ż.) aspiratory mogą być pomocne. Podstawą jednak tzw. toalety nosa jest roztwór soli fizjologicznej lub hipertonicznej – najpierw zakraplamy, potem odciągamy.
I tu zdania wśród lekarzy są podzielone. Dla jednych jest to typowy objaw ząbkowania, podczas gdy inni uważają, że ma tylko związek z nakładającą się na ząbkowanie infekcją. Z tego co udało mi się do tej pory znaleźć w piśmiennictwie wydaje się, że jednak wyrzynaniu się zębów może towarzyszyć katar.
Jest to związane z produkcją tzw. mediatorów stanu zapalnego. One również mogą być odpowiedzialne za pojawienie się wydzieliny w jamach nosowych. Typowy katar u dzieci ząbkujących pojawia się na dzień przed przebiciem się zęba i ustępuje właśnie po przebiciu. Nie będzie więc trwał dłużej jak kilka dni. Zwykle jest wodnisty, przejrzysty.
Tak, w ostatnich latach są bardzo popularne i słusznie. Nebulizacje nawilżają drogi oddechowe, mogą przynieść ulgę zarówno w katarze jak i w kaszlu. Przy katarze wystarczą inhalacje z roztworu zwykłej soli fizjologicznej, pomagają odblokować nos. Można też zastosować roztwór soli hipertonicznej, która ułatwia rozrzedzanie zalegającej wydzieliny.
Jak wspomniałam wyżej przyczyny kataru są nie tylko infekcyjne, więc nie każdym katarem możemy się „zarazić”. Oczywiście jednak myśląc o najczęstszej przyczynie kataru, czyli infekcjach wirusowych – tak nimi zarażamy się całkiem łatwo. Wirusy przenoszą się drogą kropelkową, przez nieumyte dłonie. Najbardziej popularne w infekcjach kataralnych są rinowirusy. Łatwo namnażają się w wychłodzonym nabłonku nosa, powodując objawy infekcji m.in. katar.
Ten tydzień, to takie popularne określenie ze świata… dorosłych. Mówi się, że „katar leczony trwa 7 dni, a nie leczony tydzień”. U dzieci sprawa ma się inaczej, ze względu na niedojrzałość śluzówek i układu odpornościowego katar średnio trwa 10-14 dni.
Katar, który trwa kilka tygodni wymaga większej uwagi. Na początku warto ocenić, czy nie są to nakładające się na siebie infekcje. Biorąc pod uwagę fakt, że katar u dziecka może trwać 2 tygodnie, a częstość infekcji w sezonie jesienno-zimowym (zwłaszcza u przedszkolaków) może wynosić 1-2 infekcje w miesiącu, może wydawać się, że dziecko ma „ciągle” katar.
Zwykle lekarze uznają katar za przewlekły, gdy utrzymuje się ponad 6-8 tygodni. Przyczyn może być wiele – przewlekłe zakażenie, alergia, przerost migdałka gardłowego, obecność ciała obcego, zmiany polekowe, skrzywienie przegrody nosa.
Poważne choroby też mogą objawiać się przewlekłym katarem np. mukowiscydoza. Natomiast wówczas, mamy też inne niepokojące objawy jak przewlekły kaszel, słaby przyrost masy ciała, biegunki, bóle brzucha i in. Każda choroba wymaga innego postępowania.
Znaczną poprawę w funkcjonowaniu zwłaszcza najmłodszym dzieciom przynosi częste wietrzenie pomieszczeń, zaleca się utrzymanie temperatury 19-20°C. Częste układanie w pozycji na brzuszku gdy dziecko jest aktywne.
Można zastosować uniesienie górnej części ciała do snu podkładając coś pod materac, aczkolwiek u tych bardziej ruchliwych niemowląt nie zda to egzaminu. Jak dziecko nie gorączkuje, a nie ma mrozu za oknem, możemy wybrać się na spacer.
I to co ciągle powtarzamy – nawadnianie. Proponujmy dzieciom często coś do picia. Dobrze nawodniony organizm lepiej sobie poradzi z infekcją.
8-10 infekcji w roku uważa się za normę, biorąc pod uwagę, że dominują w sezonie jesienno-zimowym, wówczas może wypadać średnio 1-2 infekcje w miesiącu. Nie myślimy jeszcze wówczas o zaburzeniach odporności.
Bardzo dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi.
Możecie również zadawać pytania, Pani dr odpowie na nie w komentarzach.
Po więcej porad możesz śledzić dr. Ewą Miśko-Wąsowską na Instagramie – znajdziesz ją tam jako: dr_misko
Katar jest bardzo powszechny wśród dzieci, a rodzice często są zagubieni. Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i uważasz go za wartościowy. Proszę udostępnij ten post swoim znajomym. KLIKNIJ https://www.facebook.com/nebuleblog/
A tu macie moje Domowe sposoby na katar i przeziębienia
A kiedy dziecko jest w domu, i chcesz je czymś zająć – może zainspiruj żeby zrobiła Lapbook
Zazwyczaj piszę Wam o wydarzeniach, w których mieliśmy już przyjemność uczestniczyć. Wtedy zawsze mi piszecie: „Szkoda, że nie dałaś znać wcześniej” lub „Też odwiedzamy to miejsce, żałuję, że się nie spotkaliśmy”. Tym razem jest inaczej. Pojawiła się niesamowita okazja i już w następną niedzielę (19.03.2017 r.) będziecie mogli się z nami spotkać.
W tym roku blog skończy 5 lat. Niesamowity czas, który bardzo szybko minął. Byliście tu ze mną jak rodziła się Lila, kiedy zostałam zwolniona z pracy, kiedy obwieściłam Wam, że pojawił się Julian. Piszę Wam o tym co lubię, co mnie martwi i czym się inspiruję. Widzę, że doceniacie moją pracę i cieszycie się z małych i dużych sukcesów. Dziękuję!
Wooow! Pamiętam jak zaczynałam pisać i miałam 10 czytelników. Jest mi ogromnie miło, że tu zaglądacie i macie chęć na więcej. Cieszę się z każdego „lajka” pod wpisem. Wam się może to wydawać niezbyt ważne, bo to tylko liczby. A ja zawsze, przy każdym moim wpisie klikam te „polubienia” i patrzę kim jesteście, jak wyglądają Wasze dzieci itd. Tam, pod tymi postami na Facebooku nie jesteście liczbami tylko osobami, które już rozpoznaję.
Ale tym razem pojawia się szansa spotkania nie w wirtualnym świecie, a w realnym.
Jak wiecie lubię wspierać różne, ciekawe inicjatywy. Tak też stało się tym razem. Zostałam parterem Warszawskich Dni Rodzinnych organizowanych przez Fundację Zwalcz Nudę i m.st. Warszawa
w godzinach 11:00-15:00 zapraszamy do Centrum Rekreacyjno-Sportowego Bielany,
ul. Lindego 20 (przy metrze Wawrzyszew)
Będziemy tam! Jeżeli macie chęć nas spotkać i do tego świetnie się bawić z dziećmi przyjdźcie koniecznie na Piknik.
IX edycja Warszawskich Dni Rodzinnych już 17-19 marca 2017 r.
Tęsknicie za wiosną? Nie macie pomysłów na rodzinne, zimowe wypady? Brakuje Wam słońca? Nie martwcie się! Jak co roku Zwalcz Nudę wraz z Miastem Stołecznym Warszawa pomoże Wam przetrwać wiosenne przesilenie zapraszając na kolejną edycję Warszawskich Dni Rodzinnych. To już IX edycja!
Warszawskie Dni Rodzinne, to wyjątkowy weekend, podczas którego najlepsze miejskie instytucje otwierają swoje drzwi dla warszawskich rodzin. Co roku na dwa weekendy (na wiosnę oraz na jesieni) zamieniamy stolicę w wielki, radosny plac zabaw.
Wszystko jest otwarte, bezpłatne i skierowane do rodzin: pokazowe zajęcia językowe, sportowe, artystyczne, warsztaty dla rodziców, eksperymenty oraz setki innych atrakcji jak spektakle teatralne oraz specjalne wystawy w muzeach.
Trzeci weekend marca to dla warszawskich rodzin trzy dni wspaniałej zabawy. Czekają na Was między innymi: zajęcia z matematyką na wesoło przygotowane przez Matplanetę i anglojęzyczne zajęcia pełne gier, zabaw ruchowych i muzyki w szkołach języka angielskiego Helen Doron.
Szkoła języka angielskiego dla dzieci Archibald Kids zorganizuje warsztaty językowo- plastyczne, zaś KLOCKOWNIA warsztaty „dookoła świata” gdzie dzieci będą budować z klocków znane budowle np. Wierzę Eiffla, Taj Mahal czy Big Bena. Dziecięca Akademia Twórczości zaprasza na zajęcia z robotyką RoboRobo oraz z Robo Maincraftem; w księgarni Baczyńskiego spędzicie czas w latynoskim klimacie, a rodzice spróbują wybornej południowoamerykańskiej kawy.
Fundacja Nowolipki przygotowała warsztaty z witrażu – Puzzle na szkle; Fundacja Nadwiślański Uniwersytet Dziecięcy pokaz – „Czy w morskich głębinach mieszkają potwory?”. Na najmłodszych czekają również zajęcia z podstaw programowania – a to tylko niektóre z przygotowanych zajęć! Podczas tej edycji WDR będziecie mogli bezpłatnie wejść do najciekawszych muzeów, teatrów i kin w Warszawie.
Czekają na Was zaproszenia m.in. do: Teatru Studio, Teatru Guliwer, Kina Muranów, Kina Iluzjon oraz Kina Wisła na Misiowe Poranki, Muzeum Domków dla Lalek, Muzeum POLIN czy Zamku Królewskiego.
19 marca 2017 w CRS Bielany na ul. Lindego 20 w godz. 11:00-15:00 gdzie na warszawskie rodziny czeka moc niepowtarzalnych atrakcji. Podczas gdy rodzice będą zdobywać wiedzę i poszerzać horyzonty pod okiem wykwalifikowanych pedagogów, psychologów i lekarzy, na najmłodszych czeka mnóstwo wspaniałej zabawy: spotkacie rybkę MiniMini+, maskotkę ZTM – uroczy Bilecik; spróbujecie wyjść z escape roomu przygotowanego specjalnie na tę okazję przez Team Exit.
Miasto Stołeczne Warszawa zaprosi na zajęcia plastyczne i techniczne dla dzieci organizowane przez warszawskie kluby dla rodzin; dzieci będą również miały okazję zobaczyć jak pracuje zespół Pogotowia Ratunkowego oraz Straży Pożarnej, która na Piknik przyjedzie wozem ratowniczo-gaśniczym; Urząd Komunikacji Elektronicznej zaprosi do swojego stoiska gdzie, poprzez gry i zabawy pokaże najmłodszym jak bezpiecznie poruszać się w sieci, a rodzice dowiedzą się jak chronić swoje pociechy.
Będziecie mieli także okazję do zrobienia sobie szalonych, nietypowych zdjęć w fotobudkach CAMERAlnie i Make a Wish, lub profesjonalnych fotografii na stoisku Magiczne Chwile. Leroy Merlin zaprosi wszystkich do wspólnego sadzenia roślinek, o stylizację dziecięcych fryzur zadbają Fryzurki spod Chmurki, zaś Funiversity przeprowadzi wybuchowe eksperymenty.
pojawią się również mamy blogerki autorki takich blogów jak: nebule.pl, mamawarszawianka.pl, mamacarla.pl czy ohmummy.pl.
Blogerki podpowiedzą jak stawiać czoła wyzwaniom rodzicielstwa oraz jak odnaleźć swoją pasję jako mama, zaś Justyna Tomańska autorka portalu najlepszedladzieci.pl będzie podpisywać swoje książki. Patronami Pikniku są również autorzy bloga Mądrzy Rodzice, który jest jednym z najpoczytniejszych portali parentingowych w Polsce!
W piknikowej strefie CHRONIĘ BO KOCHAM pary spodziewające się dziecka będą mogły spotkać się z wykwalifikowaną doulą, która oferuje fizyczne i emocjonalne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży i połogu.
Dzięki rozmowie z przedstawicielami Pramerica Życie młodzi rodzice poznają najlepsze sposoby zabezpieczenia życia i zdrowia, aby całą rodziną mogli w spokoju ducha realizować swoje marzenia i czerpać więcej z życia, dowiedzą się również kim jest Life Planner® i jak bardzo wartościowa jest jego pomoc.
W tej strefie również m.in.: Basket Kids przygotuje animacje sportowe z elementami koszykówki; pobawicie się klockami małymi, dużymi i tymi zupełnie nietypowymi; naukę pierwszej pomocy przeprowadzi Pogotowie Ratunkowe; zaś Fundacja Wiewiórki Julii zaprosi maluchy na bezstresowy przegląd stomatologiczny.
To tylko niektóre z atrakcji, z których będzie można skorzystać podczas Warszawskich Dni Rodzinnych. Pamiętajcie, że wstęp na wszystkie zajęcia jest bezpłatny, po uprzednim zapisaniu się i zarezerwowaniu miejsca! Zapisy na zajęcia ruszają 24 lutego 2017 r. o godzinie 10:00.
Nie może Was zabraknąć!
Więcej informacji na: www.warszawskiednirodzinne.pl