kontakt i współpraca
Długo się zastanawiałam czy napisać ten post. Kiełkował we mnie zdanie po zdaniu, a całe frazy powoli układały się w całość. Może Wam się to wydać dziwne, że na blogu, który ma wiele słów kluczowych- bardzo dobrze wyszukiwanych przez wyszukiwarki takich jak: „metoda BLW”, „metoda M.Montessori”, „metoda symultaniczno-sekwencyjna”, „Rodzicielstwo Bliskości”, „Integracja Sensoryczna” „metoda Karpa” powstanie kiedyś taki wpis.
Dostaję od Was wiele wiadomości na różne tematy. Niektóre dotyczą wychowania, inne zaś sklepu, w którym kupiłam Lilce rajstopy. Często pytacie mnie o bardzo ważne kwestie takie jak np. wybór przedszkola lub prosicie o radę odnośnie rozwoju Waszego dziecka. Dziękuję, że macie do mnie zaufanie i liczycie się z moją opinią.
A ja? No cóż najczęściej udzielam jednej odpowiedzi. „Zrób tak jak podpowiada Ci matczyne serce, tak żeby było Ci wygodnie, tak żebyś nie musiała pożyczać pieniędzy na czesne, tak żebyś miała czas pobawić się z dzieckiem w domu, tak żebyś mogła cieszyć się i wiedzieć, że nie zrobiłaś czegoś wbrew sobie.”
Rodzice w dzisiejszych czasach są niepewni siebie. Często są oderwani od rodziny, która mieszka setki kilometrów od miejsca zamieszkania. Nie mają wsparcia, pomocy i są zwyczajnie zagubieni. Dostają 3,5 kilogramowe dzieciątko w szpitalu bez załączonej instrukcji obsługi.
Nic nie jest już proste, a rady, które docierają do nich nie są przepuszczane przez filtr zaufania. Nikt nie wie co jest najlepsze dla mojego dziecka, ale ja też do końca nie jestem tego pewna.
Lubię słowa A. Stein „Do wychowania dziecka potrzeba całej wioski”. Kiedyś to matki i babki mówiły młodym matkom jak postępować z malutkim dzieckiem. Jednak kiedy te więzy rodzinne się rozluźniły- takie rady i uwagi młode matki traktują jako atak na ich umiejętności i przekonania.
Na każde słowa dotyczące naszego dziecka i naszym metod reagujemy alergicznie. Gdyby ta zażyłość i kontakt zostały w bardzo bliskim stopniu, inaczej byśmy do nich podchodziły.
Pamiętam siebie z tego czasu. Niepewną, rozdrażnioną, poszukującą „złotego środka”. Naczytałam się poradników i miałam w głowie jakiś plan działania. To była właśnie ta brakująca instrukcja, której nikt nie załączył do mojego nowonarodzonego dziecka, a reklamacji w tej kwestii nie uwzględniano.
Moje dziecko płakało często, długo i bardzo intensywnie, a ja czasami razem z nim. Szukałam antidotum na moje problemy i je szybko odnajdywałam.
Noworodek płacze? Nie może zasnąć? Jest na to metoda!- 5 zasad uspokajania dziecka. Czytałam książkę z zapartym tchem i oglądałam filmiki instruktażowe na youtubie.
Genialne – działa! A tak naprawdę to samo pewnie poradziłaby mi moja mama, która takie metody zna od swojej mamy.
Tak, później przyszedł czas na Rodzicielstwo Bliskości- cudowna teoria. Karmienie piersią, noszenie i bliskość. Miałam wyrzuty sumienia, że nie możemy stosować tej metody w całości i czułam się gorsza od innych matek, bo nie potrafiłam spać z niemowlęciem w jednym łóżku.
Czułam, że nie spełniam wszystkich zasad teorii RB i to już chyba coś innego. A gdzie mój rozum wtedy był? Nie wiem. Ale bardzo łatwo było można mnie wpędzić w poczucie winy i bycia „złą matką”. Apogeum nastąpiło wtedy kiedy próbowaliśmy dziecko „otruć” mlekiem modyfikowanym tylko po to żeby mogła 5 godz przespać w nocy ciągiem. Ja- egoistka- siedziałam zapłakana na kanapie w drugim pokoju, a mąż próbował nasze dziecko oszukać. W mojej głowie kłębiły się tylko myśli, że dla własnej wygody podaję mieszankę. Myślę tylko o sobie, a nie o moim dziecku.
Tak sobie teraz myślę, że gdybym nie przeczytała tych wszystkich poradników byłabym szczęśliwsza. Poradniki, teorie i metody wyparły skutecznie mój instynkt. Wyrugowały go i zastąpiły wyrzutami sumienia. W połączeniu z hormonami to jak koktajl Mołotowa.
Czułam się niepewnie i tylko wspomaganie się różnymi badaniami naukowymi pomagały mi „nauczyć się swojego dziecka”.
Później przyszedł czas na rozszerzanie diety oczywiście Metodą BLW. Cała metoda jest świetna- nie ukrywam, jednak moje ortodoksyjne podejście dziś mnie przeraża. Jak mogłam być taka zero jedynkowa? Przez to wiele razy moje wyrzuty sumienia były głębokie jak przedwojenna wanna. Przecież nic się stanie jak raz na jakiś czas podasz dziecku słoik.
To było wówczas NIE DO POMYŚLENIA, bo przecież to nie jest metoda BLW, którą stosujemy. Śmiać mi się chce jak sobie pomyślę o moim dawnym toku rozumowania. Dałam się złapać w pułapkę bycia świetną matką, która stosuje wszystkie metody wychowawcze i pielęgnacyjne. Trochę luzu na pewno by mi pomogło.
Również moje wykształcenie naznaczało mi jakąś ścieżkę. Jednak tutaj nie dałam się aż tak ponieść, bo ani Integracja Sensoryczna, ani metoda Marii Montessori, a już tym bardziej logopedia nie są metodami wychowania.
Dają jakieś narzędzia, z których możemy korzystać i się na nich opierać. Ale w żadnym wypadku podążać ślepo i bezrefleksyjnie. Nawet ja – specjalista w tych 3 dziedzinach oddzielam wychowanie córki od moich przekonań zawodowych.
Nikt na tym by dobrze nie wyszedł, a powodowałoby tylko frustrację i złość. Od stosowania tych metod są specjaliści po kursach i odpowiedniej praktyce. Wiem, że są bardzo interesujące i wspierają rozwój dziecka. Jednak, proszę Was nie przeginajcie.
Dostałam niedawno meila od czytelniczki, która pyta mnie od jakiego wieku można puszczać dziecku bajki, bo literatura mówi o 7 r.ż. Inni piszą, że nie można (ABSOLUTNIE) do 3 r.ż. Serio? A kto tak powiedział lub napisał? Amerykańscy naukowcy?
Owszem telewizja w nadmiarze jest szkodliwa. Ale nie dajmy się zwariować. Na pocieszenie dodam, że wolałam Lilce dać Elmo song na telefonie niż podać jej smoczek kiedy podczas podróży autem płakała w niebogłosy.
Apeluję do Was o zdrowy rozsądek i podejście. Gwarantuję Wam, że jeżeli przestaniecie się zastanawiać, a będziecie postępować wg tego jak Wam serce podpowiada będziecie szczęśliwsi. Docenicie to, że dziecko poznaje litery w taki sposób jak chce, a nie dana metoda się nie sprawdza. Frustrację i nerwy zastąpi radość i świeżość.
W razie wątpliwości i problemów zawsze możecie zwrócić się do specjalisty. Nie musicie nimi się stawać nawet jeżeli Wasze dziecko ma wyzwania rozwojowe.
O co chodzi? Andrzej Tucholski już po raz piąty organizuje świetną akcję. Autorzy polecają autorów.
Ja również mam kilka blogów, które bardzo lubię i często odwiedzam. Chciałabym również żeby szersza grupa osób o nich wiedziała. Dlatego dziś napiszę o 3 blogach, które warto wg mnie odwiedzać.
to blog wspaniałej mamy 2 dzieci, która również ma wiele wątpliwości na temat macierzyństwa i wychowania. Sporo tematów na jej blogu jest związanych ze Skandynawią. Jej mąż pochodzi z tej dalekiej krainy i ma wiele przemyśleń na jej temat. Lubię jej styl pisania i podejście do wielu sprawa. Widzę też, że się rozwija fotograficznie i bardzo jej kibicuję. Jeżeli jeszcze nie znacie Ronji – koniecznie zajrzyjcie.
Mataja.pl
pewnie znacie, a kto nie zagląda ten trąba. Blog o rodzicielstwie oparty na dowodach naukowych. Sztywnie brzmi, co? A teraz wejdźcie w ich progi, przeczytajcie jeden wpis i spróbujcie się nie śmiać.
Dziewczyny mają wyjątkową lekkość pióra i każdy ich wpis czytam z takim samym entuzjazmem jakbym oglądała najśmieszniejszy serial świata. A wiecie jakie wpisy u nich lubię najbardziej? Sponsorowane! Jak nikt potrafią ugryźć temat i w humorystyczny sposób zrobić content.
PaniMoney.pl
blog trochę inny, bo o finansach. Od zawsze byłam noga z oszczędnościami i zbieram się powoli żeby trochę w tym temacie się dokształcić. Blog Ady jest bardzo przyjemny w odbiorze i z pewnością niedługo odniesie sukces. Jeżeli myślicie o kredytach, kartach, oszczędnościach to koniecznie zajrzyjcie na jej blog. W ciekawy sposób opisuje własne finansowe perypetie.
Bardzo trudny był to wybór.
Mam jeszcze kilkoro swoich ulubieńców. Kolejność przypadkowa. Opiszę je słowami kluczowymi 🙂
amicusdesign.pl wnętrza i estetyka
Matkawariatka.pl– książki dla dzieci i gadżety
Matkatylkojedna.pl– słowo pisane (!) i pointy
Makóweczki.pl– nadchodzące zmiany i ciepło
flowmummy.pl– macierzyństwo bez lukru
Żudit.pl– zdjęcia Kasi i niebanalne pomysły na posty
Tasteaway.pl– podróże z dzieckiem i warszawskie restauracje
Jestrudo.pl– nauka fotografii
Littlehooligansblog.pl i http://sobiejestesmy.blogspot.com– chłopięcy świat
coverbaby.pl pomysł na macierzyństwo
Kantorekkatjuszki.pl– chwile uchwycone na zdjęciach
Jeżeli sami prowadzicie bloga napiszcie mi o tym w komentarzu – z chęcią do Was zajrzę! I zapraszam do udziału w Share week.
W ubiegłym roku zamiast się głowić jak zrobić pisanki poszłam na totalną łatwiznę. W supermarkecie kupiłam zwykłe, chemiczne barwniki. W tym roku chęci trochę więcej, więc postanowiłam, że zrobimy same: piękne, kolorowe pisanki. To dobra okazja żeby spędzić trochę czasu z dziećmi w przedświątecznej bieganinie. Chyba uczynimy z niej tradycję taką jak robienie pierniczków na Boże Narodzenie.
Pokaże dziś kilka ciekawych pomysłów jak zrobić pisanki z dziećmi.
Wszystkie jajka najpierw gotujemy i do dekoracji bierzemy ciepłe, a nawet gorące. Ustawiamy je na butelce z szerokim otworem lub w kieliszku na na jajka (zwanym przez Lilkę jajnikiem lub jajniczkiem:)
Dzieci rysują po gorących jajkach, a rysunek zaczyna się ze skorupką stapiać. Wzory zależą od inwencji dziecka.
Za pomocą patyczka przyozdabiamy farbą plakatową w dowolne wzory (fajnie wychodzą kropki).
Z kolorowej bibuły wycinamy kwadraciki. My mamy akurat confetti w kształcie kółek. Każdy skrawek papieru dziecko moczy w wodzie i przykleja do jajka. Kiedy papier wyschnie zdejmujemy kwadraciki i mamy pofarbowane jajko.
p.s. Mocniejsze wzory wychodzą na bardzo ciepłych jajkach.
Smarujemy jajka klejem w płynie i obtaczamy w brokacie.
To propozycja dla osób, które są tradycjonalistami i uważają, że pisanki powinny wyglądać klasycznie.
My akurat zdecydowaliśmy się na jeden z czerwonej kapusty (wychodzą piękne niebieskie).
Gotujemy jajka na twardo.1/2 główki czerwonej kapusty gotujemy w 1 l wody przez 30 minut. Przelewamy przez sitko do miski, liście możemy wykorzystać np. do sałatki albo bigosu.Do gorącej wody z kapusty dodajemy 2 łyżki soli i 2 łyżki białego octu spirytusowego.Zanurzamy jajka i zostawiamy aż do uzyskania pożądanego odcienia niebieskiego (intensywny kolor wymaga leżakowania jajek w barwniku przez całą noc).
Przepisy na ten i inne kolory znajdziecie tutaj
Przed włożeniem jajek do barwnika wycinamy prostokąt z rajstopy, prosimy dziecko o przytrzymanie jednej części i związujemy sznurkiem. Dziecko układa na płasko rośliny, a my zawiązujemy bardzo ściśle z drugiej strony. Wkładamy na noc do garnka z barwnikiem.
Rano wyglądają tak:
Tu jeszcze były Wielkanocne ozdoby
A jeśli jest u was tradycja świątecznego obdarowywania to tu macie inspiracje na drobne Prezenty od zajączka
A jeśli macie w rodzinie dzieci 0-3 to niezmiennie polecamy nasze książeczki – to ostatnia szansa bo za około 30 dni zamykamy już nasz sklepik online!
Pakiet książek TERAZ z dostawą na terenie całej Polski GRATIS – TUTAJ
Przełom zimy i wiosny to czas kiedy nasze dzieci częściej chorują. Osłabiona odporność i niezbyt stabilna pogoda sprzyjają zwiększeniu ilości zachorowań. Dzieci pociągają nosem, pojawia się kaszel, czasami gorączka. Dzieci są rozdrażnione, bo nie śpią w nocy przez katar i kaszel, a my niewyspani jak nigdy. Katar nieleczony podobno trwa 7 dni, a leczony tydzień. Tak nie jest w przypadku dzieci. Katar trwa zazwyczaj od 10 do 14 dni, czyli prawie dwa razy dłużej. Jak pomóc dzieciom w tym trudnym czasie? Jakie są moje domowe sposoby na katar i przeziębienia – odpowiem na te pytanie w dzisiejszym wpisie.
Mam wrażenie, że odkąd moja córka poszła do przedszkola uczestniczymy w maratonie przeziębieniowym. Od września do marca przeszła ok. 10 infekcji wirusowych. Z jednej strony jest to normalne, bo w taki sposób dzieci nabierają odporności, a z drugiej jest to dość wyczerpujące. Na szczęście nigdy żadne z przeziębień nie przerodziło się w nic poważniejszego. Katar i kaszel to wg mnie nie choroby. A to dlatego, że mam swój niezawodny zestaw przeziębieniowy, który stosuję od ponad 3 lat. Dzięki szybkiej reakcji tylko 2 razy był potrzebny antybiotyk, więc śmiało mogę powiedzieć, że nasze sposoby działają.
W czasie przeziębień jak tylko pojawią się pierwsze objawy stosuję domowe sposoby. Dotyczą one zarówno funkcjonowania fizycznego jak i poprawy dobrego samopoczucia. Dzieci w tym czasie są marudne, rozdrażnione i wymagają więcej uwagi niż zwykle. To do nas – matek, lgną najbardziej w poszukiwaniu ukojenia i polepszenia humoru. A my staramy się, mimo zmęczenia, ten trudny czas uprzyjemnić i sprawić żeby dziecko nie cierpiało.
Dziś dzielę się z Wami moimi, domowymi sposobami na katar i przeziębienia stosuję je zawsze jak tylko zobaczę pierwsze objawy (najczęściej jest to katar).
Kiedy pod nosem dziecka zaczyna błyszczeć, znana wszystkim, wydzielina zawsze wyciągam niezawodny inhalator. Jeżeli katar jest gęsty to zawsze przed rozpoczęciem inhalacji robimy toaletę nosa. Kiedy Lilka była mniejsza stosowałam taki zestaw: sól morska do nosa (aby rozrzedzić wydzielinę), później aspirator (polecam taki podłączany do odkurzacza). Teraz kiedy potrafi EFEKTYWNIE (jest to bardzo ważne, bo inaczej wydzielina zalega) wydmuchać nos to używam tylko soli morskiej. Jednak jeżeli katar jest bardzo gęsty to wracamy do aspiratora.
Inhalator (pisałam o nim Jak wybrać inhalator) – nasz najlepszy przyjaciel w czasie przeziębień. Wdychanie roztworu chlorku sodu powoduje rozrzedzanie wydzieliny i dlatego jest tak pomocne. Inhalacje robimy już kiedy nos jest czysty – wtedy działa najlepiej. Do tego zabiegu używamy tylko soli fizjologicznej NaCl, która ma również działanie antybakteryjne. Kiedyś próbowałam wersji hipertonicznej jednak spowodowała ona dodatkowe podrażnienie i wcale nie było lepiej. Na jedną inhalację wlewam jedną ampułkę. W tym czasie włączam Lilce bajkę. Kiedy była mniejsza do tego zabiegu były potrzebne dwie osoby. Jedna trzymała ją na kolanach i przykładała maskę do twarzy, a druga w tym czasie produkowała się wokalnie naprzeciwko – najlepiej sprawdzały się piosenki z pokazywaniem. Inhalacje robimy 2- 3 razy na dobę.
Kiedy karmiłam ją piersią i zatkany nos utrudniał jedzenie robiliśmy te 2 czynności przed jedzeniem. Jeżeli do kataru doszedł również kaszel mokry, odrywający się po 15 minutach od zakończenia inhalacji zawsze ją oklepuję, aby wydzielina się oderwała. Robię to zdecydowanym ruchem kładąc ją na brzuchu na kolanach. Rękę układam w łódeczkę i raz przy razie oklepuję.
Co jeszcze stosuję w czasie walki z katarem i przeziębieniami?
I tylko w postaci wody, a nie soczków i herbatek. Nawadnianie organizmu walczącego z infekcją jest bardzo ważne, a często dzieci w tym czasie nie odczuwają tak mocno pragnienia. Dlatego stosuję różne triki, aby tylko utrzymać prawidłowy poziom płynów w organizmie. Tak jak widać na zdjęciu wyciągam nawet najbardziej fikuśne butelki z kolorowymi słomkami aby tylko skłonić dziecko do picia. Pamiętam nawet, że przez 2 tygodnie chorowania Lilka piła wodę tylko z papierowego kubka po kawie ze stacji benzynowej. A jak już nic nie działa to nalewam wodę do małego dzbanuszka i pozwalam jej nalewać wodę do szklanek.
W czasie przeziębień staramy się unikać kilku produktów, które niekorzystnie wpływają na rozwój choroby. Są nimi cukier i mleko krowie. Pierwszy składnik może zadziałać w ten sposób, że infekcja wirusowa nadkazi się bakteryjnie (bo bakterie lubią cukier) i wtedy będzie potrzebny antybiotyk oraz mleko krowie, które ma właściwości zaśluzowujące i zwiększa ilość wydzieliny, z którą tak bardzo w czasie przeziębień walczymy. Nie przeginam również z produktami powszechnie znanymi jako lecznicze. Uznaję zasadę zdrowego rozsądku i nie podaję kaszy jaglanej na każdy posiłek.
Przed położeniem córki spać wietrzę jej pokój. Ze względu też na atopową skórę nie włączamy kaloryferów w jej pokoju. Często stoi u niej oczyszczacz powietrza. Powietrze musi być chłodne, nawilżone i oczyszczone.
Kiedy katar spływa po tylnej ścianie gardła dzieci często się budzą i kaszlą. Dlatego w czasie infekcji wirusowej układam ją na dużej poduszce lub kładę na brzuchu. Kiedy się obróci znów przekładam do odpowiedniej pozycji.
To są nasze niezawodne domowe sposoby na katar i przeziębienia. Próbowałam również innych metod, ale tylko te przynoszą u nas efekty i polecam je każdej mamie. Zobacz też wpis: Wszystko co musisz wiedzieć o katarze – 10 pytań do zaufanego pediatry
Tak, jutro już pierwszy Dzień Wiosny! A za tydzień Wielkanoc.
Powoli się do niej przygotowujemy i razem robimy wielkanocne ozdoby.
Jedną z nich jest rzeżucha pachnąca w domu. Pokażemy dziś nasze ludziki (na razie łyse), ale już nie długo zamieszkają u nas Panowie Rzeżucha:)
W skorupkach dzieci układają namoczone i złożone na 4 waciki (po 2 lub nawet 3, aby zapełnić całą skorupkę). Później wysypują rzeżuchę i spryskują spryskiwaczem. Na koniec robimy twarze, które można narysować mazakami, kredkami lub pastelami żelowymi.
Stawiamy na parapet aż czupryny wyrosną. Codziennie nawilżamy im skalpy:)
W czwartek pokażę Wam bardzo fajne pomysły na malowanie pisanek z dziećmi, więc jeżeli macie to w planie- poczekajcie nie będziecie żałować.
A już jutro wpis, o który mnie prosiłyście przez 2 lata istnienia bloga. Zajrzyjcie koniecznie rano!
Za chwilę Wielkanoc. W różnych regionach panują różne zwyczaje podczas tych Świąt. W moich okolicach dzieciom daje się malutkie upominki. Dziś pokażę Wam kilka ciekawych i niedrogich prezentów.
Wprowadziłam nową funkcjonalność- zamiast tablicy z inspiracjami będą się pojawiały czasami takie przeglądy. Będzie Wam łatwiej zobaczyć co to jest, bo każde zdjęcie można powiększyć i dokładnie obejrzeć. Każdy podpis to aktywny link do sklepu. Dajcie mi znać czy to się Wam podoba.
Nie możemy doczekać się wiosny! Kiedy w kilka dni temu Warszawę zasypał śnieg poczułam, że jednak jeszcze daleko do temperatury powyżej 10 stopni. Zaszyłam się znów pod kocem z gorącą herbatą, a z pokoju dobiegał Lilki śpiew „Pada śnieg, pada śnieg…”.
Myślę, że każdy z nas czeka z utęsknieniem na ten czas kiedy śpiew ptaków będzie rozbrzmiewał za oknem, a my znów obudzimy się do życia. Tymczasem biorę podwójną dawkę witaminy D3 i wyciągam Lilkę na popołudniowe wyprawy.
Tym razem wybrałyśmy się na BioBazar- ciekawe miejsce na stołecznej mapie. Jest umiejscowiony w starej fabryce i dzięki temu ma swój unikalny klimat. Obowiązkowo wstąpiłyśmy po żelki misie!
Zajrzyjcie na koniec wpisu – czeka na Was niespodzianka
Lilka ma na sobie:
Czapka Mini rodini
Mój szalik Numero 74
Kurtka Benetton (ubiegły sezon)
Tutu Kids on the moon
Rajstopy Next
Kosz na zakupy ze skórzanymi rączkami Tine K
Kalosze Hunter
Jeżeli nie macie jeszcze butów dla siebie lub dla dzieci na wiosnę to mam dla Was niespodziankę.
Razem ze sklepem Mivo mam dla Was prezent: kod rabatowy 20% MIVONEB20 Kod obowiązuje na wszystkie buty poza ofertą promocyjną do końca marca. Minimalna wartość zamówienia to 50 zł.
Kochamy nasze dzieci wielką i bezwarunkową miłością. Chcielibyśmy aby miało w życiu łatwo, nie miało problemów i nigdy nie spotkały go żadne przykrości. Wam też maluje się taki idylliczny obrazek? Mogę Wam śmiało powiedzieć, że tak nie będzie NIGDY. Uczucie porażki jest dzieciom bardzo potrzebne, a od nas zależy jak ono sobie z nią poradzi. Tyle możemy jedynie zrobić.
Jest taki moment – kiedy dzieci ledwo odrosną od ziemi i zaczynają mieć styczność z innymi osobami to zaczynamy dostrzegać, że nie zawsze będzie miło i przyjemnie. Pierwsze próby można najczęściej zauważyć w piaskownicy, kiedy Franio z zawziętością i złością w oczach wyrywa naszemu kochanemu syneczkowi ukochaną, czerwoną łopatkę.
Ja przeżyłam go okropnie. Byłam gotowa stanąć twarzą w twarz z rocznym dzieckiem i odebrać to trofeum, aby tylko moje dziecko nie poczuło się nieszczęśliwe. Już miałam plan wymiany na inne „dobro” w postaci plastikowej betoniarki. Jednak w ostatniej chwili się opamiętałam. Tak, moje dziecko wywinęło usta w podkówkę, po pulchnych policzkach spłynęły łzy jak grochy i chyba nigdy nie widziałam mojej córki tak nieszczęśliwej. Moje serce rozpadło się na pół.
Po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że nie będę ingerować w takie sytuacje chyba, że ktoś bije, szarpie lub gryzie moje dziecko. Czyli jeżeli dzieje jej się krzywda fizyczna będę jak lwica stawać za nią i jej bronić. Jednak tu efektem nie był uszczerbek na zdrowiu lecz uczucie porażki.
kiedy ktoś zrobi coś przykrego mojej córce. Moim zadaniem – jako rodzica jest nauka przeżywania tego nieprzyjemnego uczucia. Smutek, który zagościł na jej twarzy bardzo łatwo było mi nazwać- dlatego prosto było mi to wytłumaczyć, że „tak się zdarza i nie jest to miłe” i zwyczajnie ją przytulić.
Zaproponowałam też, że wspólnie podejdziemy i zapytamy czy „zbój” nie zamieni się na coś innego. A jeżeli już wychodzimy z placu boju to zwyczajnie prosimy o oddanie.
Sytuacja powtarzała się wielokrotnie w różnych konfiguracjach, również w takiej kiedy to ona zabrała coś innemu dziecku. Nie ingerowałam, a jedynie tłumaczyłam, że teraz smutek jest po drugiej stronie i czy pamięta jak to było kiedy ktoś jej coś zabrał i czy to było miłe uczucie. Chociaż dzieci to egocentrycy to z czasem takie tłumaczenie przynosi efekty.
Teraz kiedy chodzi do przedszkola podobnych sytuacji jest coraz więcej. Zauważyłam, że wiele dzieci ma ogromną potrzebę wygrywania. Często sama myśl o prawdopodobnej porażce paraliżuje je do tego stopnia, że niechętnie podejmują aktywność. To straszne kiedy 9- latka nie chce zagrać w grę rodzinną tylko dlatego, że przegra. Chęć wygrania jest duża, ale za to lęk przed przegraną jest tak wielki, że nie chce nawet spróbować.
Jest to niewątpliwie trudne, ale trzeba zacząć już od małego- zdejmując właśnie ten przysłowiowy klosz znad głowy naszej pociechy.
Chociaż myślisz, że Twoje dziecko jest najwspanialsze na świecie i wszystko czego się dotknie zamienia się w przysłowiowe złoto – nie werbalizuj tego. Mądre pochwały służą budowaniu poczucia własnej wartości. Lepiej jest dokładnie obejrzeć dzieło, zainteresować się i zapytać o szczegóły powstawania rysunku niż od razu rzucić „To najpiękniejszy domek na świecie”.
Pamiętajcie, że tylko od Was usłyszy takie słowa i kiedy w przedszkolu Pani powie „Ładny obrazek, Mieciu” to będzie za mało.
Ani do rówieśników ani do innych dzieci. To, że ktoś coś umie wcale nie znaczy, że i Twoje dziecko powinno lub nie powinno tak robić. Działa to w obie strony: „O zobacz, Kazik umie jeździć na dwóch kółkach, a Ty nie”, „Ale jesteś zuch, Kazik nie umie jeździć na dwóch kołkach, a Ty tak”. Niestety oba stwierdzenia niekorzystnie wpływają na samoocenę dziecka i każde przeginanie nie jest dobre.
Po porażce dzieci są smutne. Jedyne czego potrzebują to przytulenia i przeżycia swoich emocji, rzadko kiedy usłyszą dobre rady. Lepiej będzie jeżeli same przepracują ten temat i wymyślą w jaki sposób mogą następnym razem wygrać. Gotowe rady często nie działają.
Doskonałym treningiem przegrywania są gry rodzinne. Każdy z nas ma pewnie dylemat czy „dać” dziecku fory i ułatwić wygraną. Ja nauczyłam się tej trudnej sztuki pracując w przedszkolu. Mam jedną zasadę- NIGDY NIE OSZUKUJĘ. Gramy do tej pory aż dziecku uda się wygrać. Jak to zrobić? Najlepsze są gry, w których nie mierzymy się np. na wiedzę lub sprawność fizyczną z małym dzieckiem.
Takie gry budują w dziecku fałszywe poczucie zwycięstwa i w końcu zorientują się, że je oszukujemy, co niekorzystnie wpłynie na samoocenę. Wybieram zawsze takie gry, w których decyduje szczęście (no i memo, bo w nim jestem akurat słaba i Lilka mnie notorycznie ogrywa). Chińczyk, Grzybobranie, Loteryjki, Czarny Piotruś- jest wiele gier, które dziecko może wygrać mając odrobinę szczęścia.
To ma być zabawa, a nie turniej z medalami i fanfarami. W czasie gry nie podkreślam, że ważna jest wygrana tylko sama czynność grania jest fajna i to dobry pomysł na miłe spędzenie czasu.
Po zakończonej grze warto jest pogratulować wygranym, ale bez specjalnych fajerwerków. Nie reagujcie też przesadnie jeżeli dziecko wygra. Ok, wygrało teraz, a następnym razem komuś innemu się poszczęści. Przegrało? Ok, możemy zagrać jeszcze raz.
Mamy kilka takich gier, które lubimy i często w nie gramy. Nie przestawiamy pionków, nie daję dodatkowych rzutów kostką i nie udaję, że na karcie „5 pól do tyłu” jest napisane „do przodu”. Cały czas podkreślam, że fajnie spędzamy czas, jest wesoło i nie skupiamy się na tym kto wygra. Chociaż czasami muszę kopać męża pod stołem, bo jego chęć wygranej jest często bardzo silna- to udaje nam się kończyć gry bez płaczu. I o to chodzi:)
Tu macie parę rekomendacji:
A tu macie link Gra planszowa dla dzieci do 50 zł
a tu nasz Top – Najlepsze gry planszowe dla dzieci
A to nasi ostatni ulubieńcy:
Gra karciana, w której wygrywa ten kto ma więcej szczęścia i najszybciej pozbędzie się kart. Przydaje się również dobry refleks. Piękne ilustracje zwierząt na kartach przypominają mi książki obrazkowe. Do tego podczas gry dzieci mogą nauczyć się nowych nazw zwierząt.
Gra z retro ilustracjami może być wykorzystywana na kilka sposobów: Bingo, loteryjka obrazkowa, domino. A zadaniem graczy jest liczenie przedmiotów widocznych na kartach. Bardzo fajna gra edukacyjna, bo uczy dzieci liczenia i powiązania cyfry z liczbą. Do tego te obrazki…
Inni ulubieńcy:
tu macie wpis najlepsze Gry planszowe dla dzieci
a tu Gry planszowe dla dorosłych
Wiosna czeka już za rogiem, a my powoli przygotowujemy się do zmiany garderoby na lżejszą. Kurtki co prawda jeszcze nosimy zimowe, ale buty już dawno zmieniliśmy na lżejsze. W dzisiejszym wpisie pokażę Wam moje typy na wiosnę.
Chyba nie ma osoby, która by nie czekała na 12-13 stopni, śpiew ptaków i słoneczko za oknem. W oczekiwaniu na ten czas przeczesuję sklepy w poszukiwaniu nowych elementów wiosennej garderoby.
Trochę może wspomnę o kolorach, bo w tym roku wyjątkowo mam chęć na kolorowe rzeczy. Wg Pantone kolory roku 2016 to Rose Quartz, czyli zgaszony róż i Serenity, czyli kolor syreni. Oba wpadły mi w oko i widzę je w naszej garderobie.
Zobaczycie, że te 2 kolory zdominują inne i w prawie każdym sklepie będzie mogli kupić rzeczy w tym kolorze.
Jak widzicie w naszej garderobie jest odrobina różu. W takiej ilości bardzo mi się podoba.
1./2/3./4./5./6.
1./2./3./4.
1./2./3./4./5.
1./2./3./4./5./6.
W tym roku zdecydowałam się na buty Bobux. Szkoda, że dopiero na nie trafiłam, bo już mogę powiedzieć, że to najlepsze buty w jakich okazję miała chodzić Lilka.
Co je wyróżnia: przede wszystkim miękkość, na której powinno zależeć wszystkim przy wyborze butów dla dzieci. Mają tak elastyczną i giętką podeszwę, że wyginają się nawet w stronę przeciwną niż zgina się stopa w ruchu. Dodatkowo jest stosunkowo cienka i przez to nie ogranicza stopy.
Buty ważą ok 90 g, więc są bardzo lekkie. Kolejna kwestia to materiały: solidne i przede wszystkim oddychające. Nasze różowe sneakersy i sztyblety w całości wykonane są z miękkiej skóry, a do tego mają skórzaną wkładkę. Zapiętek bardzo dobrze trzyma stopę, a jednocześnie nie ogranicza ruchów. Podoba mi się to, że mają szerokie noski- tak żeby palce miały sporo miejsca podczas pracy stopy.
Rzecz najważniejsza – każde buty dziecko jest w stanie włożyć samodzielnie:)
sneakersy
sztyblety
sportowe, które wg mnie są genialnym kompromisem pomiędzy życzeniami dziecka co do butów, a praktycznością rodzica. Z boku wyglądają zupełnie normalnie, a od wewnątrz…
są różowe jednorożce:) W wersji dla chłopców są inne zwierzęta.
Podeszwa- jest aż tak miękka
I tak jak zawsze mi piszecie, że ciężko znaleźć ładne buty dla chłopca to wg mnie Bobux bije na głowę inne marki.
Wybór rozmiaru bardzo ułatwia tabelka, która jest na stronie i wystarczy zmierzyć stopę dziecku i porównać z rozmiarami.
Sukienka ze zdjęcia tytułowego to Zezuzulla
A beżowy trencz Zara
Kiedy pojawia się w domu dziecko chcemy być pewni, że otoczenie, w którym przebywa jest bezpieczne. Chowamy wszystkie „potencjalnie” niebezpieczne sprzęty na dno szuflady, często zakładając na nią blokadę. Aż w końcu nasze dziecko odrośnie trochę od ziemi, a my wtedy powoli zaczynamy wprowadzać dzieci w świat zagrożeń i niebezpieczeństw.
Jestem za tym żeby dzieci wiedziały jakie zagrożenia za sobą niosą ostre narzędzia, bo w końcu kiedyś się z nimi zetkną, a nas może akurat przy nich wtedy nie być. Warto jest od małego demonstrować do czego służy dany przedmiot i o nim rozmawiać. Samo stwierdzenie „to jest ostre” może być zbyt abstrakcyjne dla dzieci. Dobrze jest zademonstrować daną czynność, a już najlepiej dać dziecku spróbować. Nie od dziś wiadomo, że dzieci uczą się przez doświadczenie. Mam również takie spostrzeżenia, że dzieciom, którym nie zabrania się używania takich przedmiotów, a są już nauczone obsługi- nie sięgną po nie do innych celów taki jak np. pocięcie nowych zasłon.
Myślę, że jest to dobry wiek na wprowadzenie tego sprzętu. Dzieci często są nimi zainteresowane i wiedzą do czego służą. Warto już wtedy zaopatrzyć malucha w ich mniejszą wersję. Nie ma co kupować plastikowych nożyczek- tylko od razu kupić najmniejsze, metalowe, z zaokrąglonymi czubkami.
Najlepsze są takie, które mają mniejszy otwór na kciuk i większy na resztę palców (a nie z podobnymi wielkościowo otworami). Jestem za tym aby wyznaczyć w pokoju miejsce do pracy z nożyczkami- najlepiej przy stoliku. Aby uniknąć bałaganu umieszczamy nożyczki i paski do cięcia na tacy.
Przy pierwszym podejściu najlepiej jest zademonstrować jak to działa. Wziąć nożyczki w jedną rękę, a w drugą cienki pasek papieru. Powoli pokazać dziecku sposób użytkowania. Kiedy dziecko będzie chętne- podczas pierwszej próby można mu pomóc delikatnie ściskając nożyczki. Musimy również pokazać w jakim kierunku mają opadać ścinki tak by lądowały na tacy. Wtedy nie ma praktycznie sprzątania.
Pewnie sobie nie zdajecie sprawy jak świetnym narzędziem są nożyczki. Taki prosty przedmiot, a dzięki nimi dzieci mogą ćwiczyć wiele funkcji. W niektórych przypadkach obserwacja cięcia nożyczkami może być diagnostyczna. Pierwsza kwestia, do której ręki dziecko preferuje brać nożyczki. (Post o lateralizacji tu Oj będzie lewręczna.)
Druga kwestia jak sobie z nimi radzi. Czy potrafi je prawidłowo trzymać? Czy odwodzi kciuk od reszty ręki? Czy jest w stanie wcelować w to co chce wyciąć? Czy przy wycinaniu występują współruchy np. wystawia język? Jeżeli tak to najprawdopodobniej cięcie sprawia mu trudność i w ten sposób sobie „pomaga”. To wszystko można zaobserwować podczas cięcia nożyczkami.
A co rozwijają? Przede wszystkim jest to bardzo dobre ćwiczenie dla mięśni dłoni- często zalecane dzieciom, które nieprawidłowo trzymają narzędzia pisarskie. Używając siły mięśniowej dziecko prowadzi nożyczki po kartce. Pomyślcie ile razy musi ścisnąć nożyczki, a później wykonać ruch odwodzenia, żeby wyciąć linię np. długości 20 cm.
Małe dzieci, które nie do końca jeszcze tę czynność opanowały zrobią minimum 30 ruchów. Wycinając po śladzie dzieci mają okazję ćwiczyć koordynację ręka- oko. Dzieci podczas wycinania ćwiczą również obustronną koordynację, bo jedną ręką wycinają, a drugą przesuwają papier.
A do tego najważniejsze, jest to czynność, która ma natychmiastowy efekt, więc wzmacnia poczucie własnej wartości. Nie ma potrzeby komentować każdego cięcia i wtrącać: „Brawo, wyciąłeś pasek”, bo dziecko to doskonale widzi i nie potrzebuje takiego wzmocnienia. Jeżeli dziecko przejawia już, że woli np. rękę lewą (tak jak Lilka) warto kupić nożyczki dla leworęcznych. My mamy nożyczki dla dzieci Fiskars (wersja z Muminkami), są bardzo dobrze wyprofilowane, ale ciężko je dostać.
Pamiętajcie tylko o jednym ze względów bezpieczeństwa przy początkowych miesiącach użytkowania zawsze bądźcie obok.
Przygotowałam do pobrania szablon do wydruku z liniami do wycinania. Najpierw musicie wyciąć po ciągłych liniach szerokie paski, a później dajemy je do wycinania. Jeżeli nie macie drukarki pod ręką równie dobrze możecie je sami narysować. Umieściłam je wg stopnia trudności. do pobrania na dole postu.
Oczywiście można ciąć różne rzeczy.
My zaczynałyśmy od pasków papieru bez linii, później były miękkie słomki, z których później można zrobić naszyjnik, na końcu twardy karbowany papier, który pomaga ciąć w linii prostej.
kreski <———————-PDF do pobrania
Jeżeli spodobał Wam się ten post dajcie mi znać tutaj w komentarzach lub klikając „Lubię to” https://www.facebook.com/nebuleblog/
Rowerek biegowy czy może hulajnoga?
Dziś bardzo długo oczekiwany przez Was test pojazdów dla dzieci. Postaram się pokazać je w różnych aspektach – tak aby ułatwić Wam wybór idealnego rowerka biegowego lub hulajnogi.
część linków we wpisie to linki afiliacyjne
Żyjemy w czasach kiedy wiele rzeczy dla dzieci jest dostępnych na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba kombinować, zamawiać i prosić rodzinę z zagranicy o przysłanie rowerka biegowego dla naszej pociechy. Na rynku jest tego multum i naprawdę ciężko jest się zdecydować na coś co będzie służyło dziecku.
Dziś pod lupę wezmę pięć pojazdów, które sama wybrałam do testów. Niektóre z nich mamy od dłuższego czasu i ich recenzje będą najbardziej obszerne. Postaram się być obiektywna w ocenie, a swoje dygresje napiszę na koniec.
Na początek kilka rad czym kierować się przy zakupie.
Najpierw przedstawię parametry techniczne tak żeby łatwiej było Wam odnaleźć rowerek biegowy na miarę Waszych potrzeb.
W wieku 22 miesięcy
Wszyscy przechodnie się zachwycali:)
Był to pierwszy pojazd jaki kupiliśmy Lilce. Miała wtedy 1,5 roku.. Zdecydowaliśmy się na wersję 3w1 (jeździk, hulajnoga z krótką rączką, hulajnoga z długą rączką). Taka wersja posłuży na kilka lat. Składa się do mniejszych rozmiarów i dzięki temu mogliśmy ją zabierać na długie spacery – bez problemu mieści się w koszu pod wózkiem. Złożenie jej zajmuje 10 sekund (trzeba tylko zamontować rączkę do otworu) i już można jeździć. Ta hulajnoga dla dzieci jest popularna na całym świecie. Są również dostępne wersje dla starszych dzieci, a nawet dla dorosłych. Jest wykonana z bardzo solidnych materiałów. Mimo tego, że jest rzucana na ziemię, jeździ w wózku lub bagażniku nie ma na niej większych śladów użytkowania. Firma Mini micro wydała również serię gadżetów do hulajnóg ( torebeczki, kolorowe dzwonki itd.)
Nasza opinia: bardzo ciężko jest mi cokolwiek napisać akurat odnośnie tej hulajnogi. Dlaczego? Bo nam nie służy. Wiem, że jesteśmy wyjątkiem, bo znam może 15 dzieci, które uwielbiają Mini Micro. O ile na wersji z jeździkiem radziła sobie dość dobrze, to z hulajnogą jest różnie. Lilka miała lekką asymetrię ciała i wzmożone napięcie mięśniowe. Nie do końca jest to pojazd sprzyjający jej zapotrzebowaniom rozwojowym. Wiadomo, że podczas jazdy dziecko wybiera nogę dominującą. Fizjoterapeuci mówią, że najlepiej by było aby raz jeździć na jednej stronie, a raz na drugiej. Nie jest to możliwe przy hulajnodze, bo nasz mózg zawsze wybierze stronę dominującą. Jak we wszystkim- ważna jest różnorodność.
A tu łapcie rabat na zakupy do sklepu todler.pl gdzie na kod Nebule – dostajesz 5% rabatu na rowerki Woom, Puky czy na hulajnogi Micro.
Poniżej Lilka w wieku ok 2,5 roku.
Innowacyjny pojazd, który po przekręceniu ramy staje się rowerkiem biegowym lub hulajnogą. Bardzo fajny pomysł dla dzieci, które lubią oba pojazdy, ale nie mogą się zdecydować. Ten ma te dwa rozwiązania w jednym i przy tym wynalazku ucieszyli by się fizjoterapeuci – jest różnorodność i inne wzorce ruchu. Do tego jest bardzo lekki (2 kg). Jeżeli dziecko się zmęczy to bez problemu możemy powiesić go na wózku lub nieść. Materiał, z którego wykonane jest Scootandride jest bardzo solidny (stworzyli go wynalazcy Mini micro), więc po wielu jazdach wygląda bardzo dobrze. Z racji niewielkich niepompowanych kółek nie poradzi sobie po piaskowych ścieżkach na wsi. Jest to rowerek miejski.
Nasza opinia: Lilce bardzo przypadł do gustu. Właściwie cały poprzedni sezon przejeździła na tym rowerku biegowym. Ciągłe użytkowanie wygląda u nas tak (5 min na rowerku, 15 min na placu zabaw, 3 min jazdy, dalej ja niosę). Jednak to zawsze Scootandride był wyciągany przed spacerem. Na hulajnodze nie chce jeździć, z rowerka już wyrosła.
Porządny, aluminiowy rower na długi czas użytkowania. Inne pojazdy i rowerki wyglądają przy nim jak zabawki. Regulowana kierownica i siodełko pozwalają dostosować do odpowiedniego wzrostu dziecka. Rowerek biegowy przed sezonem trzeba dokładnie sprawdzić (tak jak rower dla dorosłych). Dokręcić wszystkie śruby, dopasować wysokość kierownicy i siodełka. Niektóre elementy trzeba też naoliwić. Jako jedyny z naszego zestawienia ma hamulec ręczny. Przekonał nas do niego pan w sklepie rowerowym, że jest dobrym wstępem do większego roweru z pedałami. W podstawowym zestawie ma również dzwonek. Duże, pompowane koła jadą nawet po wertepach. Jest dość ciężki – nawet dla 2,5 letniego dziecka.
Nasza opinia: Mimo tego, że ten rowerek biegowy wydawał nam się najbardziej porządny i miał wystarczyć na długo – nie jest u nas lubiany. Pewnie z tych względów, o których pisałam wyżej – jest dość ciężki. Do parku mamy daleko i samym rowerem jeszcze tam nie dojechaliśmy. Nie dało się go powiesić na wózku, ani również nieść. Wydaje mi się, że jest to rowerek biegowy dla starszych dzieci, a nie dla mojej 15- kilogramowej dziewczynki.
Pierwszy drewniany rowerek biegowy z jakim miałam do czynienia. Wykonany z drewnianej sklejki oraz eko skóry. Nie ma żadnych bajerów i przez to jest lekki. Ma miękkie, dość szerokie siodełko o regulowanej wysokości. Posiada duże, ale lekkie piankowe koła i przez to może być użytkowany w każdym terenie. Kierownica lekko chodzi i jest na dobrej wysokości. Bardzo porządny rower za niewielkie pieniądze.
Nasza opinia: Bardzo przypadł do gustu Lilce, kilkanaście dni jeździła nim po domu i troszkę porysowała nam białe ściany oponami. A na podwórku sprawdza się idealnie. Da radę sama go znieść np. z krawężnika. Nie przeważa jej na zakrętach i do tego fajnie wygląda.
Inna wersja drewnianego rowerka biegowego, która zwraca na siebie uwagę designem. Jest wykonany z drewna z ekologicznych upraw. Jest to rowerek biegowy na lata, który rośnie razem z dzieckiem. Białe opony nie rysują ścian (sprawdziliśmy), więc dzieci mogą najpierw wprawiać się w domu. Ma najwęższe siodełko ze wszystkich testowanych przez nas pojazdów, a to bardzo duży plus. Dedykowany jest dzieciom od ok 18 miesięcy do 5 lat. Ma bardzo duże, szerokie i pompowane koła, które ułatwiają jazdę i nadają się na każdą nawierzchnię.
nie było nam dane testować ten pojazd ponad 2 lata temu dlatego poprosiłam moją czytelniczkę o opinię. (Dziękuję Eliza!)
„Rowerek kupiliśmy jak synek miał 18 miesięcy. Wybraliśmy limitowaną wersję „Abecadło” i do niego dokupiliśmy silikonową nakładkę w kolorze musztardowym. Nasz syn jeździł nim najpierw „na sucho” po domu. Kiedy przyszedł kask – byliśmy już gotowi na jazdę na rowerze po podwórku. Od razu załapał o co chodzi i robił furorę na chodnikach. Kolorowa, drewniana rama w literki i śnieżnobiałe opony robiły wrażenie. Ale najbardziej ten maluszek, który dziarsko przebierał nóżkami i był bardzo szczęśliwy. Nie miałam pojęcia, że taki maluch tak szybko załapie o co chodzi. I tak jeździł na tym trzykołowcu. Przy tej wersji, niestety po pewnym czasie, zauważyłam że synek szybko przebierając nóżkami zaczepiał piętami o tylną oś kół. Mnie to bardzo irytowało, a jemu chyba nie przeszkadzało. Wyglądało to tak jakby tego nie zauważał i jechał dalej. Na wersji trzykołowej synek jeździł przez rok. Teraz używamy wersji dwukołowej, na którą od razu się przestawił. Po dwóch latach intensywnego użytkowania rowerek biegowy wygląda jak nowy.”
Wg mnie najbardziej stylowy. W porównaniu do innych rowerków biegowych jest dość długi. Nie utrudnia to jednak jazdy. Bardzo wygodne i wąskie siodełko (ogromny plus). Łatwo nim się manewruje i Lilka go naprawdę lubi. Bez problemu go podnosi i przenosi w inne miejsce. Jesteśmy teraz na drugim poziomie. Za rok obrócimy ramę do góry nogami i jeszcze nam posłuży. Gdybym mogła cofnąć czas to chyba nie kupiłabym Mini micro baby seat tylko Wishbone, bo starczył by nam na dłuższy czas.
Prosicie również o opinie na temat kasków dla dzieci. Mieliśmy do tej pory dwa. Bardzo lekka (218 g) Alpina ze światełkiem z tyłu. Ten gadżet pomógł nam przy oporach przed założeniem. Zapinany pod brodą i dopasowywany przez pokrętło z tyłu. Ma bardzo dobre wietrzenie, więc na upały był idealny. Dobry na obwód głowy (50-55 cm), są też inne rozmiary.
Drugi kask, który będzie użytkowany już drugi sezon to kask Janod – sporo cięższy (380 g) tzw. „orzeszek”. Regulowany paskami pod brodą i za pomocą pokrętła. Dobrze dopasowuje się do głowy i trzyma się przez cały czas. (51-54 cm)
I na koniec o moim odkryciu tego sezonu. W końcu znalazłam tak miękkie buty o klasycznym wyglądzie, które nie ograniczają małej i bardzo aktywnej stopy Bobux tutaj
A jeśli rozważasz zakup dla starszego dziecka, lub dla siebie – kopalnię inspiracji znajdziesz we wpisie Jaki rower miejski kupić.
a tu macie więcej wpisów o rowerach:
Dziś kolejna dawka inspiracji – tym razem (pomimo śniegu za oknem) lekko wiosennych.
Książki wcale nie muszą być drogie aby mieć w sobie to „coś”. Dziś polecam ciekawe książki dla dzieci w różnym wieku (od 6 m+ do 6 lat), za które nie zapłacicie więcej niż 10 zł. Można? Pewnie, że tak!
Prosicie również o oznaczenia dla dzieci w jakim wieku mogą być atrakcyjne. Tak dziś też uczynię.
Wiek 6m +
Cena ok 3 zł.
Seria 7 kartonowych książeczek z onomatopejami. Ciekawa alternatywa dla Księgi dźwięków. To właśnie od wyrażeń dźwiękonaśladowczych dzieci zaczynają mówić. Warto wspomagać naukę książkami z obrazkami.
Wiek 12 m+
Cena ok 4 zł
Pewnie każdy kto ma dzieci ma małe kartonowe książeczki z wierszykami Brzechwy. Ta seria jest wyjątkowo ładnie zilustrowana i wydana.
Wiek 18 m+
Seria kartonowych książeczek, która bardzo przypomina kultową już ul. Czereśniową. Mniejszy format i tekst sprawiają, że dzieci uwielbiają te książki. Każda z nich ma sporo szczegółów i ciekawy tekst.
Cena ok 6 zł
Kartonowa książeczka w formie harmonijki ilustrowana przez Marcina Szancera. Bardzo fajna forma do czytania- Lilka ją uwielbiała.
Wiek 18 m +
Cena ok 7 zł
Legendarny wiersz Tuwima ilustrowany przez Bohdana Butenkę. Świetne wydanie!
Wiek 24 m+
Seria o rezolutnym rodzeństwie Basi i Franku. Bardzo ciekawe i pouczające książki. Można je kupić w jednym tomie, ale wtedy kartki nie są kartonowe. Zauważyłam również, że młodsze dzieci wolą tę serię czytać w pojedynczych książeczkach.
lub
Seria przygód wesołej kotki o imieniu Kicia Kocia. Kto nie zna – serdecznie polecam. Dzieci ją uwielbiają, a rodzice Kicia kocia pomaga w rozwiązywaniu różnych problemów. Ilustracje są dość specyficzne, ale przyjemne dla oka. Każda z części ma sporo szczegółów, które dzieci bardzo lubią.
Wiek 3 lata+
Seria „Mądra Mysz” składa się z kilku mniejszych, ale powiązanych tematycznie książek
Seria książek o Zuzi, która ma różne przygody. Niektóre części są jak bajki terapeutyczne- pozwalają oswoić strach przed nieznanym („Zuzia u dentysty”) lub mają wątek edukacyjny „Zuzia nie rozmawia ze znajomym”. Lilka tę serię uwielbia! Mogłaby czytać ją non stop.
Bohaterem książek jest chłopiec o imieniu Maks. Ciekawe historie i przyjemne dla oka ilustracje.
Bardzo szczegółowe książeczki o maszynach i pojazdach.
Pierwsza seria przybliża różne zawody. Bardzo ciekawe i pouczające książki rozszerzające słownictwo.
„Dawniej i dziś” to porównanie dzisiejszych czasów z dawniejszymi. Fascynująca podróż w czasie.
Wiek 3+
Cena ok 9 zł.
Seria książek dla dzieci do samodzielnego czytania (3 poziomy trudności), ale nic nie stoi na przeszkodzie żebyśmy to my czytali je dzieciom. Wszystkie są napisane przez polskich autorów i w większości zilustrowane przez rodzimych ilustratorów (Emilia Dziubak, Joanna Rusinek). Fajne książki dla dzieci w różnym wieku. Osobiście bardzo polecam „Robota Roberta” i „Maję na tropie jaja”.
Wiek 4+
Cena ok 5 zł
Ta seria przedstawia w bardzo interesujący sposób zagadnienia, którymi interesują się dzieci. Odpowiada na pytania i zaspokaja głód wiedzy.
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis proszę dajcie mi znać tutaj lub kliknijcie „Lubię to” na https://www.facebook.com/nebuleblog/. Dziękuję!
Każdy z nas ma marzenia. Dzieci też. Uczę się rozpoznawać chwilowe zachcianki i odróżniać je od tych prawdziwych marzeń. A te chciałabym spełniać.
Jako dziecko bardzo chciałam mieć dwie rzeczy. Nie była to tymczasowa „fanaberia” tylko ja rzeczywiście marzyłam o dwóch rzeczach: prawdziwa Barbie i domek dla niej. Taki plastikowy, różowiasty z windami- do tego koniecznie z piętrem. Widziałam taki u mojej sąsiadki. Tata jej przywiózł z RFN. Patrzyłam na niego z wielką zazdrością i marzyłam o takim przez ponad 2 lata. No i ta Barbie. Miałam podróbkę, ale to nie było to samo.
Dwa razy pisałam o tych skarbach w liście do Mikołaja. Oczywiście ich nie dostałam. Wtedy tego nie rozumiałam i byłam zrozpaczona. Pamiętam mój smutek kiedy zamiast wielkiego różowego pudła dostałam puzzle.
Miało się mało zabawek, a codzienność wypełniało podwórko. Teraz jest inaczej i proporcje się zamieniły. Zabawek dzieci mają dużo, a mniej czasu spędzają na podwórku. Dorośli częściej się bawią z dziećmi w domu i to od nich najczęściej zależy decyzja jak to będzie wyglądało. Moje wybory często opierają się na zainteresowaniach oraz fazach wrażliwych, czasami ulegam również prośbom.
Pół roku temu Lilka poprosiła o domek dla lalek. Nie określiła jak ma wyglądać i z czego ma być zrobiony. Poprosiłam dziadka, który na co dzień produkuje drewniane zabawki w rodzinnym sklepiku Apli papli. Jednak potrzebny był projekt. Tak więc, moja znajoma Kasia – architekt, zaprojektowała przepiękny drewniany domek z płaskim dachem. Jednak jego wykonanie przerosło możliwości przydomowego warsztatu. Projekt spoczął na dnie szuflady, a ja zaczęłam szukać idealnego domku.
Urzekł mnie jego kształt i forma- połączenie drewna z plastikiem imitującym szkło w stylu lat 60-tych- tego szukałam. Szerokie rozstawienie ścian działowych ułatwia zabawę. No i „szklany” dach umożliwia podgląd. Do tego mamy zestawy mebelków i rodzinkę lalek. Dawno nie widziałam takich fajnych figurek, którym ruszają się ręce i zginają nogi w kolanach. Całość trafia w mój gust idealnie. A te piękne meble bardzo pasują do całości. Mamy na razie tylko dwa komplety, ale już na Dzień Dziecka planuję dokupić kolejne.
Domek Djeco
inna wersja z dachem spadzistym:
Figurki – Rodzina
Pogoda byle jaka. Skreślam dni do wiosny i staram się myśleć pozytywnie. Niech tylko przestanie lać, słońce wyjrzy zza chmury i wszystko obudzi się do życia. Taki mam plan. A teraz? Zbliża się weekend i myślę co zaplanować na dwa najbliższe dni. Szkoda siedzieć w domu kiedy jesteśmy w końcu zdrowi i chętni na wyjście. I co robić z aktywną 3-latką żeby miło i przyjemnie spędzić czas? Duże miasto daje mnóstwo możliwości i wszystko zależy od tego jakie mamy preferencje oraz ile gotówki w portfelu.
Oferta dla dzieci jest naprawdę szeroka, więc dlaczego ciągamy nasze dziecko po „nudnych” muzeach i galeriach zamiast dać jej się wybawić i wyszaleć w kuleczkach?
Jeżeli miałabym do wyboru muzeum czy kulki zawsze wybrałabym to pierwsze. Gorzej jest jeżeli wyboru dużego nie ma, a najbliższe miejsca związane z kulturą mamy 100 km od domu.
W niedzielę po koncercie w Mazowieckim Instytucie Kultury równolegle odbywały się warsztaty z Kinder Niespodzianką- tym wielkim jajem, które zna każde dziecko. Wychodząc ze Smykofonii nie dało się tego nie zauważyć. Wchodzimy, dzieci około 40 na 25 metrach kwadratowych. Gorąco, głośno, wilgotno. Rozglądam się i mój „chorobowy czujnik” już bije na alarm.
Po prawej dziecko z gilem po pas, pewnie „alergicznym”, w basenie z kulkami 5 lub 6 dzieci. Jedno kaszle tak, że aż się dusi, obok siedzi niemowlak i pochłania buzią jedną kulkę. Dziecięce wydzieliny są wszędzie. Jestem w stanie je zaakceptować tylko wtedy kiedy jest w nich DNA mojego dziecka. Inne przyprawiają mnie o dreszcze i odruch wymiotny. Mam wiele wątpliwości związanych z takimi miejscami.
Po każdej wizycie w kulkolandach Lilka była chora. A po 2 tygodniowej kwarantannie, wycieraniu nosa, robienia inhalacji i łażenia w piżamach nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki. Raz byłam świadkiem kiedy dziecko zasikało się w basenie z kulkami. Opiekun szybko zabrał dziecko i nic sobie nie zrobił z pozostałości. Oblepione we włosach plastikowe kuleczki dalej bawiły dzieci. Mnie to totalnie nie bawi i nie chcę żeby moje dziecko w tym spędzało czas. Kiedyś czytałam artykuł (nie mogę do niego dotrzeć), że w kulkach jest więcej drobnoustrojów niż na desce klozetowej w publicznej toalecie.
Możecie sobie pomyśleć, że jestem przewrażliwiona. Ale nie jestem. Moje dziecko nie chodzi brudne, ale tylko dlatego, że jej to przeszkadza. Nie mam obsesji na punkcie plamki na bluzce czy okruchów na buzi. Ona sama to zauważa i krzyczy żeby zmienić, co czasami doprowadza nas do małych spięć, bo np. za godzinę będzie przebierać się w piżamę, więc nie widzę sensu zmieniać bluzki z powodu maleńkiej plamy.
Jednak ona ma swoje zdanie na ten temat i jej pozwalam. Nie pamiętam żebym myła zabawki czy inne rzeczy, które z pasją wkładała do buzi. Bo wiem, co jest u mnie na podłodze i nie mam wątpliwości, czy ktoś to nasikał czy napluł.
Jednak jeżeli widzę potencjalne zagrożenie zdrowia to je eliminuję i wolę się tym nie martwić. Oczywiście, powiecie, że wszędzie może się czymś zarazić nawet o tym nie wiedząc. Jednak polityka niektórych sal zabaw budzi moje wątpliwości i wolałbym aby były jakieś punkty prawne w tej kwestii.
Sanepid monitoruje tylko niektóre takie miejsca raz na kwartał. W ciągu 3 lat byłam w dwóch miejscach, które wydawały mi się czyste. Reszta pozostawiała wiele do życzenia. W jednym nawet Pani pytała czy dziecko jest zdrowe i zdezynfekowała nasze dłonie. Ale jednak to nie wystarcza. Staramy się unikać takich miejsc i dlatego właśnie wolę zabrać ją gdziekolwiek tylko nie tam. Z obawy o zdrowie- nic więcej.
Oczywiście wizyta w muzeum czy galerii jest bardziej wartościowa poznawczo niż zjeżdżanie na dmuchańcach, ale dzieci potrzebują jednego i drugiego. A proporcję powinny same wyznaczać w zależności od potrzeb.
Można też dyskutować o wyższości niektórych atrakcji dla dzieci nad innymi, ale tutaj każdy ma swoje przemyślenia na ten temat. Nie wiem czy mi się do końca podoba tylko to, że bilet rodzinny np. do warszawskiej Zachęty kosztuje 15 zł (za 3 osoby, cały dzień, wszystkie wystawy), a 3 h w kulkach 35 zł. Jednak wkład organizatorów jest tutaj niewspółmierny.
Nie pozostaje mi nic innego jak czekanie na wiosnę. Powrót na plac zabaw jest jednym z moich marzeń. I nawet nie martwię się o piaskownice, bo wiem, że ktoś nad nimi czuwa.
p.s. Ten wpis powinnam wrzucić do kategorii: „Miejsca NIEprzyjazne dzieciom”.
W ubiegłym tygodniu pisałam o moich „live hacks” czyli sposobach na ułatwienie i organizację życia codziennego. Takie metody często się sprawdzają jeżeli zrobimy z nich nawyk i po jakimś czasie rzeczywiście możemy uznać je za skuteczne. Dziś chciałabym Wam napisać o moim kolejnym ułatwiaczu życia, przez który mam więcej wolnego czasu dla siebie oraz tracę mniej nerwów.
Przyznam Wam szczerze, że kiedyś uwielbiałam robić zakupy. Miałam cały swój rytuał z tym związany. Lubiłam przygotowywać listy zakupowe, wyszukiwać w internecie wykwintne przepisy kulinarne i poznawać nowości. Następnie spisywałam bardzo skrupulatnie wszystkie potrzebne składniki i z taką gotową ściągawką wybieraliśmy się we dwójkę w weekend na zakupy.
Mój mąż, z tego co wiem, jest ewenementem- uwielbia zakupy spożywcze i mimo tego, że ma gotową listę to, musi przejść przy każdej półce i zobaczyć, czy nie ma czegoś nowego, co mogłoby nam posmakować.
Ja jestem zadaniowcem i rzadko kiedy kupuję coś spoza listy i nie mam chęci na długie, „romantyczne” spacery wśród sklepowych półek. Dlatego często w sklepach się rozdzielamy. Ja biegam i w myślach odhaczam kolejne pozycje z kartki, a on chodzi, wybiera, ogląda i analizuje. Dzięki temu mieliśmy zrealizowaną listę zakupową oraz kilka ciekawych nowości do wypróbowania.
Obydwoje biegamy jak opętani po markecie i wrzucamy rzeczy na oślep. Często mamy podwójne egzemplarze jakiegoś produktu, bo obydwoje go lubimy, ale przy komunikacji ograniczającej się do „Nie możemy tego kupić”, „To jest niezdrowe”, „Jeszcze chwilę, wytrzymaj” nie możemy się porozumieć. Jest w tym sporo uroku, bo tylko naprawdę nasz rytuał weekendowy się zmienił o jakieś 180 stopni i przyjemności odnajdujemy w innych czynnościach z Lilką niż zakupy spożywcze.
Po 15 minutach w zatłoczonym markecie mam ochotę uciekać. Ilość bodźców docierających do mnie przekracza moje możliwości i po bardzo krótkim czasie staję się nerwowa i mało przyjemna. Jeżeli muszę jeszcze walczyć o prawie każdy produkt „z reklamy” i szerokim łukiem omijać półki z kolorowymi słodyczami to mam serdecznie dość. Kiedyś wybraliśmy się w Rzeszowie bez Lilki na zakupy. Mimo tego, że był jeden dzień przed Wigilią i w hipermarkecie panował chaos i hałas zupełnie nam to nie przeszkadzało. Powiedzieliśmy o tym szwagrowi, który ma 3 dzieci i zaśmiał nam się w twarz: „Zakupy bez jednego dziecka?”:)
Mali konsumenci nie ułatwiają zakupów i o ile czasami udaje nam się zażegnać kryzys długimi pertraktacjami i małymi przekupstwami to często widzę matki, które nie są w stanie sobie poradzić z krzyczącymi i płaczącymi dziećmi. Wtedy porozumiewam się z nią spojrzeniem: „rozumiem Cię doskonale”, a do akcji wkraczają sklepowi Pedagodzy- obserwatorzy, w których oczach to Ty jesteś zawsze ta zła. Wiedzą lepiej wszystko, nawet to, że roczne dziecko chce Snickersa- a Ty wyrodna matka nie chcesz mu kupić.
Dlatego raz na jakiś czas robimy duże zakupy spożywcze w internecie. Odkryliśmy tę metodę, kiedy mieszkaliśmy na 5 piętrze w kamienicy na warszawskim Żoliborzu. Winda dojeżdżała na 4 piętro, a później wnosiliśmy jeszcze jedno piętro wyżej zakupy. Kiedyś dostawca pół żartem pół serio powiedział nam, że im wyżej ludzie mieszkają tym więcej zgrzewek wody zamawiają.;)
z którego usług korzystamy już od dawna i jesteśmy bardzo zadowoleni. Więc kiedy Frisco zwróciło się do mnie z zapytaniem o recenzję, zgodziłam się od razu, bo korzystam z zakupów już przez długi czas i mogę śmiało polecić innym. Dlaczego tam? Sposób w jaki zamówienie jest kompletowane jest zupełnie inny.
Ten sklep internetowy nie ma swojego hipermarketu stacjonarnego dlatego wszystkie świeże produkty są często pakowane już u dostawców. Właśnie dlatego, że stawiają na najwyższą jakość- wybrałam już dawno ten sklep. Dodatkowo zachęcają konkurencyjne ceny, w porównaniu z innymi marketami spożywczymi, właśnie z tego względu, że nie mają sklepu stacjonarnego.
Pełna usługa zakupów jest dostępna na terenie Warszawy i okolic, a poza tym obszarem obsługuje ich firma kurierska. Jednak produkty świeże w tym przypadku są wyłączone z oferty, bo bardzo dbają o jakość usług.
Spodobał Ci się ten wpis? Daj mi znać zostawiając komentarz lub klikając „Lubię to” na profilu https://www.facebook.com/nebuleblog/ Dziękuję
W ten weekend sporo się działo. Zaliczyliśmy dwa bardzo kulturalne dni.
W sobotę byłyśmy na nowej bajce w Kinie Praha. Jest już do obejrzenia we wszystkich kinach w Polsce. „Zwierzogród” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Piękne animacje i do tego naprawdę śmieszne teksty. Jest to bajka, na której cała rodzina będzie się świetnie bawić. Dzieci będą śledzić losy bohaterów, a dorośli pękną ze śmiechu z tekstów. Dawno nie oglądałam tak fajnej bajki.
Jeżeli nie to musicie się koniecznie wybrać. Lubicie muzykę dla dzieci na żywo, w której brak komercji i prostych rytmów? Przejrzycie program następnych koncertów. My już drugi raz byliśmy na występie naszej ulubionej Ani Brody. Było świetnie- najpierw kilkanaście granych piosenek na różnych instrumentach (nawet na 80- letnich cymbałach), a później dzieci mają okazję dotknięcia i zagrania na nich.
Przejrzyjcie program i kupujcie bilety (1- 15 zł) na następne wydarzenia, bo rozchodzą się jak świeże bułeczki, a naprawdę warto.
Sweter – Kiabi (Blue City)
Sukienka Louise Misha
Rajstopy Zara
Buty wiosenne – Bobux
Wystawa Tu czy tam? Współczesna polska ilustracja dla dzieci podbiła nasze serca- dla wszystkich miłośników książek dla dzieci. Wystawa na, której nie można się nudzić, a można świetnie się bawić. Z pewnością wybierzemy się jeszcze raz (do 08.05.2016 r.), bo dziś były tłumy.
Bilet rodzinny kosztuje 15 zł, a zabawy jest co niemiara. Można rysować po ścianach i siedziskach, można przeczytać „Pierwsze urodziny prosiaczka” zaglądając do okienek, pobawić się orkiestrą i wiele, wiele więcej.
Ssanie kciuka spędza sen z powiek wielu rodzicom. Nieważne czy dziecko ma 6 miesięcy, rok czy też 2 lata. Zastanawiamy się w jaki sposób oduczyć tego nawyku i próbujemy wielu metod. W dzisiejszym poście postaram się Wam przybliżyć etiologię tego zjawiska oraz wspólnie zastanowimy się jak sobie z tym radzić.
Już chwilę po porodzie dziecko jest w stanie włożyć sobie dłoń do buzi i ssać palce. Nic w tym dziwnego, przecież w okresie płodowym również to robiło z wielkim zamiłowaniem. Odruch ssania jest już wykształcony w 17 tygodniu życia płodowego, czyli przez następne 23 tygodnie dziecko tę czynność doskonali- często na swoim kciuku. Taki widok na usg połówkowym w 20 tygodniu często rozczula rodziców.
Nie dziwne jest to, że po porodzie również ma chęć tę czynność kontynuować, bo działa na nie przede wszystkim uspokajająco. Coraz bardziej popularnym zjawiskiem w szpitalach są rękawiczki- niedrapki i pajace z wbudowaną rękawiczką. Wszystko po to aby dziecko nie podrapało się po twarzy dłuższymi paznokciami.
W szpitalach nie zaleca się obcinania paznokci dzieciom. Paznokcie kilka dni po porodzie są bardzo miękkie. Warto dzieci nie zniechęcać do tych czynności i dać dziecku możliwość zapoznania się z własnym ciałem.
Następnie około 3 miesiąca pojawia się znaczne zainteresowanie własnymi dłońmi. Niemowlaki zupełnie świadomie poznają swoje ciało i są w stanie ssać kciuk lub palce w celach poznawczych. Tak kształtuje się również pierwsze poczucie świadomości swojego ciała i rozwija się koordynacja.
Często rodzicom ciężko jest dostrzec różnicę czy takie ssanie jest wynikiem chęci poznania siebie czy też ma właściwości uspokajające. Warto jest obserwować czy taka czynność występuje podczas snu. Jeżeli dziecko wkłada palec do buzi odruchowo podczas spania możemy być pewni, że ssanie służy uspokojeniu, wyciszeniu, a nie poznawaniu własnego ciała.
To jest właśnie ten moment. Jeżeli obserwujemy u dziecka ssanie kciuka podczas snu i w ciągu dnia pojawia się często, a siła ssania jest dość intensywna- warto pomyśleć o smoczku uspokajaczu. Możemy wnioskować, że odruch ssania jest na tyle silny i nie da się go zaspokoić podczas jedzenia- nasze dziecko potrzebuje smoczka.
Ssanie to nie tylko jedzenie. Służy również uspokojeniu, zmniejszeniu wrażliwości na ból (przy ząbkowaniu), wyciszeniu- a co za tym wszystkim idzie zapewnieniu poczucia bezpieczeństwa. Anatomiczny kształt smoczka wpływa lepiej na ułożenie łuków zębowych niż obecność twardego palca.
Dodatkowo smoczek jest (a właściwie powinien) być utrzymany w nienagannej czystości- czego niestety nie możemy powiedzieć o palcach, które eksplorują najbliższe otoczenie.
Trzeci i najważniejszy atut smoczka to późniejsza możliwość odstawienia. Jest go o wiele łatwiej się pozbyć niż oduczyć dziecko ssania kciuka. Smoczek odstawiamy najpóźniej w 18 m.ż. A ssanie kciuka trwa o wiele dłużej, co może niekorzystnie wpływać na rozwój mowy oraz wady zgryzu.
Szczególne wzmożenie wkładania palców do buzi możemy zaobserwować w czasie ząbkowania. Jest to dość trudny moment w życiu niemowlaków. Towarzyszący ból, swędzenie dziąseł dziecko próbuje łagodzić poprzez wkładanie palców lub przedmiotów do buzi. A kciuk podczas odruchu ssania, masuje obolałe dziąsła ale również działa uspokajająco, więc jest lekiem na całe zło.
Ten nawyk może mieć niestety poważne konsekwencje. Długotrwały i częsty kontakt z podniebieniem twardym może spowodować jego zniekształcenie. Kształt podniebienia może się przez ten nawyk zmienić i być zbyt wysoko wysklepione. Również zmienia się obraz szczęki, która staje się za bardziej wydłużona i wąska, a zęby wysunięte są ku przodowi. W/w zmiany mogą mieć poważny wpływ na czynność jedzenia, odgryzania, połykania i mówienia.
Dodatkowo język jest przyciśnięty kciukiem co powoduje patologiczne, płaskie ułożenie języka, które skutkuje wadami wymowy. Dzieci mają problem z odgryzaniem kęsów, często jedzą z otwartymi ustami, oddychają przez usta, a niemowlęcy typ połykania nie ma szansy przemienić się w dorosły.
Drugą kwestią są zniekształcenia palca. Długotrwałe ssanie powoduje rany, deformacje oraz zakażenia skóry. Wpływa również na deformację płytki paznokciowej.
Na szczęście odchodzi się już od siłowych prób oduczenia się ssania kciuka, które dawniej były przekazywane z pokolenia na pokolenie jako skuteczne. Zaszywanie rękawów na noc, zaklejanie kciuków plastrami, smarowanie gorzkimi substancjami- tak było kiedyś. A co się zmieniło?
Obecnie uznaje się, że dzieci ssą kciuki w sytuacjach stresujących kiedy potrzebują wyciszenia i ukojenia. W/w sposoby nie są skuteczne, a mogą dodatkowo wzmagać stres u dziecka. Mogą przestać ssać kciuk, ale za to zaczną obgryzać paznokcie lub skórki albo moczyć się w nocy.
Obecnie stosuje się metody odwracające uwagę. W czasie napięcia, zdenerwowania u dziecka warto zaproponować wspólną zabawę, czytanie, rysowanie, lepienie z ciastoliny. Można również kupić sensoryczne piłki- takie które rozładują napięcie, a dodatkowo zajmą dziecku ręce. Takie odwrażliwianie nie tylko od czynności ale również od kontaktu kciuka z buzią może przynieść dobre efekty.
Wieczorem warto jest zwrócić uwagę na rytuały, nie włączać pobudzających bajek lub bawić się w szalone zabawy. To powinien być czas spokojny i bardzo przewidywalny.
Częste wkładanie kciuka, palców lub przedmiotów do buzi może być również spowodowane podwrażliwością dotykową. Dziecko ma ciągłą potrzebę mocnej stymulacji w obrębie jamy ustnej. Warto wtedy wybrać się do logopedy, który za pomocą profesjonalnego masażu pomoże dziecku zmniejszyć podwrażliwość.
Możemy również stosować domowe sposoby takie jak np. podawanie twardych pokarmów do gryzienia oraz zmienić szczoteczkę do zębów z manualnej na elektryczną, która dobrze masuje dziąsła.
Jeżeli intensywne ssanie kciuka występuje również w nocy możemy kupić tzw. wkładką przedsionkową, która uniemożliwi włożenie palca do buzi.
Jak widzicie jest to dość złożony problem i nie istnieją gotowe porady na ten temat. Warto jest jednak próbować, ponieważ konsekwencje długotrwałego ssania kciuka są naprawdę poważne. Dodam jeszcze tylko w ramach ciekawostki, że legenda- Amy Winehouse kiedy nie miała już żadnych używek w zasięgu dłoni ssała kciuk.
Kliknij w obrazek w celu powiększenia i klikaj w strzałki.
Zapraszam też do lektury wpisy Stopy dziecka – wszystko co trzeba wiedzieć.
Dziś ruszamy z nową kategorią wpisów. Będą to testy – takie jak my – matki lubimy najbardziej. Z porównaniem do innych, sprawdzeniem pod każdym kątem oraz ze szczegółowymi zdjęciami. Ta seria postów ma pomóc w wyborze odpowiedniego produktów dla Waszych dzieci. Na pierwszy ogień – plecaki dla dzieci
*W tej kategorii wpisów chcę żebyście nie zwracali uwagi, że bloger ma 4 rowery czy 5 plecaków. To nie o to tutaj chodzi. Muszę mieć porównanie, więc i tych rzeczy mamy więcej. Do testów wybieram je sama.
W pewnym wieku nasze pociechy mają chęć wynosić z domu różne rzeczy. Chodzimy na spacery, wycieczki bliższe lub dalsze i w taki plecak możemy zapakować przekąski lub zabawki dziecka. Taki mały gadżet, a naprawdę się przydaje.
Porównam je bardzo wnikliwie, ale nie napiszę Wam, który lubimy najbardziej, bo ta seria wpisów ma być obiektywna, a nie subiektywna – jak na większości blogów. To Wy znacie swoje potrzeby najlepiej i wybierzecie taki jaki Wam najbardziej pasuje. Jedynie w kwestii szelek musiałam użyć oceny, bo inaczej nie byłoby to miarodajne.
Pokazuję również zdjęcia na Lilce, która ma obecnie 95 cm wzrostu.
Mam również kilka zdjęć porównujących konkretne kategorie.
Plecaki dla dzieci – Przód:
Plecaki dla dzieci – Tył:
Plecaki dla dzieci – Bok:
Plecaki dla dzieci – Szelki:
Kieszenie w środku:
Jedynej rzeczy, której mi zabrakło to ODBLASKI. Szkoda, że niektórzy producenci nie pomyśleli o nich. Wg mnie są niezbędne. Na szczęście do każdego z plecaków można przymocować odblask. Pamiętajcie o nich. Za 4 zł z przesyłką można je kupić np TUTAJ.
Ale bardzo nalegacie żeby wskazała ulubiony, więc post edytowałam i dopisałam tę część. Cieszę się bardzo, że polegacie na moich wyborach:)
A ten ulubiony to Mueslii – właśnie ze względu na szelki, które są miękkie i bardzo wygodne. Bidon i tak noszę ja, bo jest ciężki, więc brak kieszonki wcale nam nie przeszkadza. Dostępny jest w wielu wzorach i kolorach tutaj (moro dla chłopaków)!
edit – z czasem doceniłam – co tłumaczę w tym wpisie również Plecak Kanken
Tak jak już zdradzałam na początku marca planuje porównanie pojazdów jeżdżących dla dzieci.
Ostatnio mam sporo przemyśleń na temat swojego życia. Nie chcę żeby czas uciekał mi przez palce, a ja się obudzę po 40, że to już. Od kiedy zostałam mamą- mam wrażenie, że lata mijają jak miesiące, a tylko pojedynczy dzień dłuży się niemiłosiernie (szczególnie podczas chorób).
Myślę, że spory wpływ na to ma moja praca związana z blogiem. Chociaż staram się wydzielić sobie „godziny pracy”- bywa z tym różnie, bo nie potrafię na zawołanie wyłączyć np. myślenia o wpisie bądź aranżowania w głowie kadru, który chcę uwiecznić.
Nie jestem Idealną Mamą, ani Perfekcyjną Panią Domu. Mało tego- nawet nie chcę nimi być! Ani nawet dążyć do ideału, bo wg mnie to unieszczęśliwia. Pogodziłam się z tym jaka jestem, ale też nie zaniechałam pracy nad sobą, bo uważam, że stać mnie na więcej, a moje lenistwo skutecznie ukryty potencjał blokuje. Mam swoje nawyki, których już nic nie zmieni, ale również ciągle poszukuję nowych rozwiązań-takich ułatwiających życie.
Magia sprzątania sporo ułatwiła i rzeczywiście widzę jej realny wpływ na organizację dnia codziennego. Jednak wszystkich wskazówek nie udało mi się wdrożyć i przyjęłam to z pokorą. Widocznie nie do końca mi pasowały. Wiele z nich wydała mi się nawet absurdalna! Bo jak ja- matka na full etacie mam jeszcze o tym wszystkim pamiętać. Dlatego wciąż poszukuję ułatwień tak żeby lepiej zorganizować przestrzeń wokół nas oraz czas.
Przyznam Wam szczerze, że lepiej idzie mi zajmowanie się dzieckiem niż domem. Wiele odpuszczam tylko po to żeby mieć więcej czasu dla dziecka lub dla siebie. Nie mam siły na codziennie układanie i codzienne porządki. Nie mam Pani do sprzątania i mi z tym dobrze. Sprzątam wszystko jeden raz w tygodniu i jest ok. Wielkich wymagań wobec domowników też nie mam. Dobrze nam się żyje w tym ekosystemie- jednak wiem, że mogłabym bardziej się do tego przykładać.
Mam kilka swoich „live hacks”, które ułatwiają mi życie. W trakcie zwariowanego dnia Matki, która jest w domu potrzebuję takich wskazówek. Bo jak mam zachować balans pomiędzy byciem rodzicem, żoną i właścicielką dobrze prosperującego bloga? No nie da się. Na koniec dnia zawsze mam jakieś niezałatwione sprawy, których nie udało się dopiąć. Z tym już się pogodziłam.
Jest w tym wiele prawdy. Wyobraźcie sobie, że leżę sobie na plaży w Turcji pod słomkowym parasolem. Piję zimnego drinka. Lila w oddali zbiera kamyki z mężem- jest idealnie. Czytam dobry kryminał i tam znajduję zdanie, które odmienia moje życie. „Wszystko co nie zajmuję więcej niż 2 min rób od razu”– mówi postać do głównego bohatera. Czytam jeszcze raz. I jeszcze raz. Nie mam ołówka żeby sobie zaznaczyć ten kawałek. Z Lilki gazety z Peppą wyrywam kawałek i zaznaczam go sobie.
Później dużo o tym myślę. Wracamy do Polski, a ja zaczynam wdrażać to jedno zdanie do mojego życia pełnego chaosu. Jestem pod wrażeniem, jak kilka słów może mieć widoczny wpływ na nasz dzień codzienny.
Wszystko staram się robić wg tej zasady i mam o wiele mniej pracy później, a przez to więcej wolnego czasu. Mało tego, moje sumienie ma się o wiele lepiej. Stosuję tę metodę na wielu płaszczyznach mojego życia i widzę bardzo pozytywny efekt. Wstaję rano- od razu ścielę łóżko, bo zajmuje mniej niż 2 min. 3-4 talerze zmywam od razu. Na meila lub komentarz, który wymaga krótkiej odpowiedzi odpisuję od razu.
Przez to nie muszę rezerwować później 2-3 godzin na zrobienie wszystkiego i jestem mniej zmęczona. To działa! A do tego mam wrażenie, że jestem szczęśliwszym człowiekiem.
Prosiłyście w wiadomościach prywatnych o kilka słów na temat pościeli Maylily. Wypatrzyłam ją jeszcze przed Świętami, ale piszę dopiero teraz, bo musiałam zobaczyć jak będzie wyglądać po kilku praniach. Czym się różni od zwykłej pościeli?
Przede wszystkim składem- bambus ma właściwości antybakteryjne i wpływa na miękkość włókien. Nawet jej nie prasuję. Mam wrażenie, że ma podobne właściwości jak jedwab- rano wstaję z gładką skórą na twarzy.
Jaskółki urzekły mnie totalnie.
Jeżeli spodobał Ci się ten post zostaw komentarz lub kliknij „Lubię to” na profilu https://www.facebook.com/nebuleblog/ Dziękuję:)