kontakt i współpraca
2 razy w roku przemierzamy 600 km, aby pobyć kilka dni razem. Te chwile wiele dla nas znaczą i tylko umacniają naszą więź. Nasze dzieci dogadują się ze sobą, a po powrocie do domu tęsknią.
Nie trzeba wielu słów aby opisać nasze relacje. Niech mówią zdjęcia…
Powiedziała stanowczo moja córka i zrzuciła kubek z kredkami ze stolika.
„Ok, jeżeli nie chcesz to nie rysuj”- rzekłam i zupełnie tym się nie przejęłam.
Dzieciństwo wielu z nas kojarzy właśnie z rysunkami głowonogów: „To jest mama, to jest tata, a to ja”. Na białej kartce widnieją kółka i parę kresek. My widzimy taki wytwór i układamy w głowie mądrą, nieoceniającą ripostę lub jedziemy z automatu: pięknie, boskie, cudowne, najpiękniejsze na świecie bohomazy.
W wielu przypadkach tak. Jeżeli obserwujemy obniżone napięcie mięśniowe, nieprawidłowe trzymanie narzędzia pisarskiego, trudności z motoryką małą, brak chwytu pęsetkowego i wiele innych (ale ten temat będzie następnym razem).
Tak jest właśnie u nas.
Sięgnęłam do odpowiednich lektur, aby mój post jeszcze bardziej wiarygodny:
„Tak zwany rysunek dowolny nie jest elementem mojej metody. Unikam przedwczesnych prób, niepotrzebnie męczących i strasznych rysunków tak modnych we współczesnych szkołach”.
„Nasze dzieci rysują motywy ornamentalne i figury o wiele jaśniejsze i bardziej harmonijne niż te dziwne bazgroły tak zwanego rysunku dowolnego, w którym dziecko musi tłumaczyć co miało na myśli i co ma przedstawiać jego niezrozumiała próba”
Oba cytaty Maria Montessori
Co z nich można zrozumieć? Dzieci nie muszą rysować domków, piesków i całej swojej rodziny, a po tym jeszcze opowiadać. Wydaje się, że to my- dorośli najczęściej to wymuszamy albo prosimy: „Narysuj mi coś proszę”.
„My nazywamy naszą metodę nauczania rysunku i pisma ” metodą niebezpośrednią”. Wynika z niej, że dzieci, stając się bardziej zdolnymi do wyrażania siebie samych, wykonują tysiące rysunków, dochodząc czasami do 10 rysunków dziennie i tak samo jak w pisaniu, nigdy się nie męczą.„- M. Montessori
Interpretacja słów jest według mnie prosta. Trzeba dostarczyć dziecku wielu bodźców w świecie realnym, aby miało bogaty świat wewnętrzny. W pewnym momencie przyjdzie czas na wyrażanie siebie, bo nabyta wiedza będzie już na tyle uporządkowana, że dziecko przeleje ją na papier.
Bardzo ciekawe są spostrzeżenia psychologa Geza Revesza- przyznaje on, że według jego doświadczenia istnieją dzieci
„… które w miarę jak rozwija się ich ekspresja lingwistyczna i kulturalna, rezygnują stopniowo całkowicie z rysowania, ponieważ przestaje ono je w ogóle interesować albo dlatego, że nie mają talentu artystycznego. albo w końcu dlatego, że koncentrują się na zainteresowaniach o innym charakterze”.
Całkowicie normalne – polaryzacja uwagi na innych ważniejszych sferach.
Na zakończenie tego wpisu warto dodać, że najlepszym sposobem aby zachęcić dziecko do rysowania nie jest pozostawienie go wolnemu, ale przygotować do niego dłoń przez różne prace manualne.
„We wczesnym dzieciństwie dłoń pomaga rozwojowi inteligencji, a u dorosłego człowieka jest narzędziem, które determinuje jego los na ziemi.”– David Katz
My często sięgamy po inne metody plastyczne, które sprawiają nam więcej frajdy, a jednocześnie ćwiczą dłonie.
Takie są właśnie nowości od JANOD
W pięknych walizkach mamy gotowe produkty do robienia prac.
My mamy Magiczne farby gdzie za pomocą pipety nanosimy farby na paletę, a później pędzelkiem malujemy po karcie. W zestawie mamy 6 kart pracy, farby, pipetę i paletkę.
Drugi zestaw absolutnie podbił nasze serca. Magiczny brokat do obsypywania na wybrane elementy pracy w pełni zaspokaja zapotrzebowanie mojej córki na typowo dziewczęce zabawy z różem i brokatem.
Cała zabawa polega na tym, że odklejamy kawałek kartki i w tym miejscu nasypujemy złocisty pyłek. Następnie palcem lub specjalnym narzędziem go rozcieramy.
Lód na szydełku
Inne typy i kolory zestawów kreatywnych od Janod.
We współpracy z firmą Janod przygotowałam dla Was konkurs, który będzie trwał od dziś do 14.08.2015 r. W komentarzu wpiszcie Wasze ulubione kreatywne zabawy. Wśród osób wybiorę 2 najciekawsze i nagrodzimy je wybranymi przez zwycięzców zestawami kreatywnymi. Będzie nam miło jeżeli klikniecie „Lubię to” na profilu Janod Polska.
Wyniki konkursu:
zestawy kreatywne wygrywają: Jowita Romaniuk i Karina
napiszcie na kontakt@nebule.pl
Jest upał, bo jest lato. Zamiast narzekać możemy się pobawić w chłodzące zabawy!
Zabawy lodem i wodą dostarczają wielu doznań sensorycznych. Warto gorącą aurę do tego wykorzystać:)
Malowanie farbami po kostkach lodu.
Dzień wcześniej zamroziłam wodę wymieszaną z barwnikami spożywczymi. Wlałam do formy na babeczki i włożyłam drewniane patyki. Lepszy efekt dałyby farby, więc jeżeli macie je pod ręką to lepiej ich użyjcie. Zamiast formy na babeczki można użyć tacek do robienia lodu.
Po 8 h w zamrażarce mamy gotowe „farby”
Zamrożone kształty możemy wykorzystać do obserwacji jak mieszają się kolory
W woreczkach do lodów zamroziłam pofarbowaną barwnikami spożywczymi wodę
Jeżeli zamiast barwników użyjemy farb plakatowych wymieszanych ze skrobią kukurydzianą możemy malować lodową kredą po chodniku.
Do spryskiwacza nalałam zabarwioną wodę
Angażują zmysł wzroku i dotyku
Zamrożone w woreczku daje ciekawe doznania dotykowe
A na koniec nasz ulubiony jogurt
Kiedy 11 lat temu wysiadałam z pociągu PKP na stacji Warszawa Centralna z całym uczniowskim dobytkiem nie zdawałam sobie sprawy jak zmieni się moje życie. To tu, w stolicy planowałam spędzić kolejne 5 lat.
Nie przewidziałam jednak, że zostanę tu prawdopodobnie na zawsze- Warszawa stanie się moim domem, a moje dziecko przyjdzie tu na świat.
Będąc singielką zupełnie się nie zastanawiałam nad tym tematem. Owszem, dość często jeździłam do domu i faktycznie bardzo to lubiłam. Jednak największa potrzeba przebywania z rodzicami pojawia się wtedy kiedy na świecie pojawiają się dzieci.
Wychowywanie się wielopokoleniowej rodzinie w jednym mieście było normą. Pamiętam jak moja mama zostawiała mnie na kilka dni u dziadków- byłam niewiele starsza od Lilki.
Teraz, kiedy procent migracji wewnętrznej w Polsce jest bardzo wysoki i często zostawiamy gniazdo rodzinne na rzecz edukacji lub pracy w innym mieście jest nam trudniej. Coraz częściej dzieci są widywane w miejscach gdzie jeszcze 20 lat temu było to nie do pomyślenia. Seans w kinie dla rodziców i dziecko śpiące w foteliku obok – to już norma.
Dzieci na koncertach dla dorosłych to również powszechny widok. Cywilizacja wychodzi nam na przeciw. Kiedyś takie miejsca były zakazane i dzieci były tam niemile widziane. Niektórzy idą nawet o krok dalej i zabierają dzieci na imprezy.
My, tzw. słoiki nie mamy wyjścia. Jesteśmy z dziećmi cały czas. Nie mamy pomocy kochanej babci kiedy dopadnie choroba lub zwyczajnie chcemy wyjść z mężem wieczorem. Ja też chodzę z Lilką np. na pobieranie krwi kiedy mąż jest w delegacji.
Jest to zupełnie normalne, że młodzi rodzice potrzebują czasu tylko dla siebie, dla ich związku. Chociaż nasze dziecko jest absolutnie cudowną istotą mamy chęć przekazania jej w ręce kogoś innego i normalnego wyjścia razem wieczorem. Ba! To nawet nie musi być randka. Pamiętam jak około 1,5 roku temu zostawiliśmy Lilkę z dziadkami, a sami udaliśmy się na zakupy spożywcze. Mimo tego, że był to jeden dzień przed Wigilią i w sklepach panowała gorączka przedświąteczna.
To były najspokojniejsze i najprzyjemniejsze zakupy w życiu. Nie przeszkadzały nam kolejki, 30-osobowa kolejka do kasy i zacinające się kolędy z głośnika. Chodziliśmy po sklepowych alejkach za ręce i uśmiechaliśmy się do siebie.
Nikt nie szarpał nas za nogawki, nie strącał produktów z półek i na widok lizaków przy kasach nie robił awantury 100-lecia. Wtedy zapaliła nam się lampka, że tak bardzo tego potrzebujemy- 0ddechu, bycia tylko dla siebie.
Zdarzało się nam uśpić Lilkę w wózku i iść wtedy do restauracji.
Często chodzimy do kawiarni, w której Pani zajmuje się dziećmi, a my siedzimy i pijemy kawę przez 2 h.
Co zrobiliśmy kiedy dostaliśmy zaproszenie na wesele bez dzieci? Był to dla nas ogromny problem, ale jednak udało się zorganizować opiekę.
Kiedy tylko przyjeżdżamy do dziadków to już w aucie sprawdzamy repertuar kin i teatrów. Tuż po zaśnięciu Lilki wymykamy się na randki.
Tak bardzo doceniamy te chwile i wciąż mamy niedosyt. Zupełnie nie wiem jak inaczej to zorganizować i bardzo zazdroszczę osobom, które dziadków mają na co dzień.
A Wam jak to idzie?
Dziś przedstawiam Wam mój autorski przepis na gofry dietetyczne.
Stworzyłam go na potrzebę mojej diety, a i Lilka się nimi zajada.
Bez cukru!
Płatki mielę w młynku do kawy na mąkę. Suche składniki mieszam razem. Na koniec dodaję oliwę i mleko. Energicznie mieszam wszystko w misce. Gotowe!
Gofry polewałam musem malinowym. Jest nic innego jak podgrzane maliny z odrobiną wody i na koniec potraktowane blenderem. Mus smakuje znakomicie z listkiem mięty.
Lilki ulubiony dżem:)
Przepis na inne zdrowe gofry u OLGI
Pastelowe talerze i kubki: RICE
Sztućce Beaba
Gofrownica Silvercrest
Przez cały weekend ani razu nie wyciągnęłam aparatu z torby. Celowo go nie wzięłam. Stwierdziłam, że będę kręcić film.
Tak wyglądał nasz weekend.
See bloggers – moim okiem <—– KLIK
Wróciliśmy wczoraj z See bloggers. Jest to cykliczna impreza dla blogerów organizowana w Trójmieście. Cieszę się niezmiernie, że mogliśmy w niej wziąć udział oraz mieć swój wkład.
Kiedy Marlena z Makóweczek zaprosiła mnie do wzięcia udziału w panelu na temat „Blogowanie z dzieckiem na kolanie” bez wahania się zgodziłam. Z racji tego, że był to panel dyskusyjny mogłyśmy z innymi dziewczynami porozmawiać o naszych doświadczeniach.
Brały w nim jeszcze udział: Marysia z Mamy gadżety, Asia z Matka jest tylko jedna, Ola z Mam wątpliwość i Alicja z Mamala.
Uznałam, że napiszę jeszcze na ten temat ponieważ kilkadziesiąt osób nie zdążyło obejrzeć mojej transmisji na Periscope. A na dole tego postu pojawi się jeszcze całe nagranie z panelu.
Przede wszystkim cudownie! Będąc z dzieckiem cały czas mamy możliwość obserwowania jego rozwoju, nowych pasji, pokonywania pierwszych kamieni milowych, bla bla bla.
Kiedy masz ważny telefon z agencji a Twoje ukochane dziecko akurat w tym momencie krzyczy „Maaamo, poczytaj miiiii”?
Jak to jest, że ciągle uważam, że jest to najwspanialsza praca na świecie i kiedy piszę te słowa moje dziecko stoi za mną i „plecie” mi warkocz i przypina spinki z Dosią.
Przebywanie z dzieckiem cały czas sprawia, że pomysły na posty kiełkują w mojej głowie w zawrotnym tempie. Wtedy tylko szybko chwytam telefon i w notatniku zapisuję złote myśli. Jak mam trochę więcej czasu przelewam również kilka gotowych myśli, które później skleją się w sensowną całość i post już popłynie.
Rozmawiałyśmy również o porach dnia, w których blogujemy. Chyba tylko ja robię to w godzinach porannych. Kiedy Lilka jeszcze spała w dzień to nie było najmniejszego problemu.
wstajemy-śniadanie-ogarnięcie domu-spacer-drzemka (PRACA)-obiad-czas z tatą-kolacja-spanie. Odkąd dziecię nie śpi w dzień jest o wiele trudniej. Inne blogerki mówiły, że piszą w nocy. Ja niestety tak nie dam rady. Około godziny 20 mój mózg pracuje tylko biernie i nie jestem w stanie sklecić mądrzejszych wypowiedzi.
Aby utrzymać blog przy życiu wypracowałam nowy system, który w 90% sytuacji się sprawdza. Obecnie wygląda to tak:
wstajemy-śniadanie- PRACA-ogarnięcie domu- spacer- obiad- czas z tatą, kolacja spanie.
Dokładnie tak jest. Codziennie po śniadaniu siadam do komputera i piszę posty, odpowiadam na meile, poddaje zdjęcia postprodukcji, wykonuję ważne telefony. Jak to robię?
Na bazie wiedzy na temat rozwoju dziecka korzystam z tego czasu po śniadaniu. Dlaczego wtedy nie ścielę łóżek i nie wstawiam prania? Bo ten czas jest najefektywniej wykorzystywany przez dziecko. To właśnie wtedy dzieci uczą się najwięcej.
Koncentracja jest na najwyższym poziomie, zaangażowanie jest niezwykle wysoki. Dlatego zawsze zaczynam od najbardziej angażujących czynności jak np. pisanie postów. Zdarzają się oczywiście sytuacje, że córka do mnie przychodzi i z rezolutnym uśmiechem ładuje się na kolana. Co wtedy robię? Tłumaczę jej, że pracuję i proszę o uszanowanie tego. Tak samo ja szanuję jej zabawy, które nazywamy w domu pracą. To działa!
Po około godzinie Lilka zaczyna przychodzić do mnie i prosić mnie o zabawę lub czytanie. W tym czasie zazwyczaj mam już gotową treść i zostają tylko zdjęcia. Ale nie jest to dla mnie problem kiedy po 2 fotkach odchodzę od komputera żeby przeczytać książkę lub ułożyć z Lilką układankę.
Nie zdążyłam tego powiedzieć na panelu, ale moim wybawieniem są aplikacje mobilne. Byłoby mi bardzo trudno robić wszystko na komputerze. Z resztą po czasie po jej pracy czyli do około 11-12 każde otworzenie komputera działa jak magnes na Lilkę. Dlatego całe centrum dowodzenia Nebule mam w telefonie. Podam Wam nazwy kilku apek, z których korzystam w tak zwanym międzyczasie.
podstawa! Wielokrotnie na wszystkich konferencjach było powtarzane, że na meile z prop0zycjami odpowiadamy natychmiastowo. Inaczej można stracić ciekawą ofertę. Wychodzę z założenia, że skoro mam czas na odczytanie i odpisanie nie zajmie więcej niż 3 minuty robię to od razu.
Odpisanie na wiadomości od Was często wymaga mojego większego zaangażowania, więc robię to w godzinach pracy.
najcudowniejsza aplikacja do odpowiadania na komentarze oraz ich zatwierdzanie. Nie muszę włączać komputera aby na nie odpowiadać. Zyskuję dzięki niej mnóstwo czasu. Dodatkowo każdy komentarz wyświetla mi się na zablokowanym ekranie i widzę kiedy pojawia się coś nowego.
wiadomo fanpage bloga jako oddzielna apka.
Instagram, Snapchat
świetna aplikacja. Mail z zapytaniem o współpracę – skan statystyk w sekundę i odesłanie mailem – 1 minuta!
wszystko robię na telefonie
Filmiki również montuję na telefonie
Na ekranie w telefonie mam również skróty do ulubionych blogów, aby nie tracić czasu na wchodzenie w przeglądarkę. Jeżeli nie wiecie jak dodać Nebule, mogę Wam udzielić instrukcji:).
Od września Lilka pójdzie do przedszkola, więc będę miała 4 h dziennie dla siebie. Już zapisuję sobie pomysły na ten czas.
A Wam jak idzie praca z dzieckiem w domu? Macie swoje patenty?
A tu nasz panel:
a tu ciąg dalszy
Kiedy wchodzę do supermarketu i przechodzę obok działu z zabawkami to mam dreszcze. To co widzę na półkach sklepowych najczęściej jest brzydkie, świecące i różowe. Wiele z nich jest postaciami z bajek nadawanych w telewizji lub w kinie.
Nie chcę żeby w ten sposób był kreowany gust mojej córki- przez te wrzeszczące, czasami wulgarne i niesmaczne zabawki. Jestem lekko przerażona, w którą stronę pójdzie moda za rok, dwa.
Wszystkie moje koleżanki, które mają starsze dzieci ostrzegają mnie, że jak Lilka pójdzie do przedszkola to nie będę w stanie jej odmówić kucyka Pony czy paskudnego Monster high. Jak na razie jeszcze nie wymyśliłam co zrobię w takiej sytuacji.
A jak będzie dalej? Zobaczymy.
Dziś chciałam poruszyć nie tylko temat estetyki, ale również potrzeby kolekcjonowania. Jako dziecko najpierw zbierałam pocztówki. Później przyszedł czas na karteczki z pachnących notesików. A na końcu zbierałam ulotki reklamowe (nie pytajcie;). Dzieci uwielbiają kolekcjonować różne rzeczy. Coś co ma wspólny mianownik zapewnia poczucie bezpieczeństwa.
Ja pewną serię odkryłam już jakiś czas temu. Czekałam na dobry moment, bo nie chciałam popełnić żadnego falstartu. Chciałam żeby ta seria skradła jej serce i miała ochotę na więcej.
Na Wielkanoc kupiłam pierwszą myszkę Maileg w pudełku. Lilka uwielbiała ten zestaw. Kilkanaście razy dziennie układała do pudełka pościel, poduszkę i myszkę. Byłam zdziwiona jak z tych 4 rzeczy powstają długie historie.
Po jakimś czasie dokupiłam następne elementy z tej rodzinki. No i znów – strzał w 10. Całość tworzy przepiękny zestaw, którym można bawić się samemu lub z koleżanką. Za jakiś czas- pewnie na 3 urodziny dokupimy kolejne rzeczy pasujące do tego zestawu.
Wszystkie dostępne rzeczy dobiera się na zasadzie rozmiarów myszek i króliczków. Możemy im stworzyć całe królestwo. A do tego te wszystkie elementy są bardzo ładne i są wykonane z naturalnych materiałów.
A kto ma chociaż odrobinę talentu sam może doszyć różne akcesoria.
Wszystkie produkty Maileg znajdziecie TUTAJ
Tak bardzo spodobał Wam się wpis o nauce sprzątania, że postanowiłam iść za ciosem i w dzisiejszym poście opisać sławną książkę „Magia sprzątania” Marie Kondo.
Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam, stwierdziłam, że muszę ją mieć. W dzisiejszy poście przekażę Wam wszystkie niezbędne informacje do przeprowadzenia metamorfozy mieszkania, a zarazem Waszego życia.
Mieszkamy w 50-metrowym mieszkaniu. Nasi znajomi, rodzina często delikatnie nas podpytują czy niedługo będziemy budować dom lub kupować większe mieszkanie.
Mieszka nam się bardzo dobrze i zupełnie nie rozumiem tych pytań. Lubimy mieszkać w centrum, wszędzie mamy blisko i nie stoimy za dużo w korkach. Jest tylko jedna sprawa, która mi przeszkadza.
Uznaliśmy z mężem, że nie jest to powód do przeprowadzki. Tylko musimy się pozbyć niektórych rzeczy. W tym ma nam pomóc „Magia sprzątania”- Marie Kondo.
„Sztuka sprzątania to seria prostych czynności, w czasie których przedmioty są przesuwane z jednego miejsca do drugiego. Obejmuje to umieszczanie rzeczy tam gdzie powinny być. Wydaje się to tak proste, że nawet sześciolatek mógłby to zrobić. A jednak większość ludzi tego nie potrafi.”
Według autorki to nie pomieszczenia ani też rzeczy są przyczyną powracania bałaganu, to sposób myślenia.
Pamiętacie swoje czasy uczniowskie kiedy tuż przed ważnym egzaminem zabieraliście się ochoczo do sprzątania? To Wasz mózg nakazuje sprzątnięcie przestrzeni wokół, bo inaczej będzie mu ciężko przyswoić nowe informacje z książek.
Autorka mówi o jednym, wielkim sprzątaniu, a później już tylko odnoszeniu rzeczy na swoje miejsce.
Odwiedza swoich klientów i razem z nim robi selekcję rzeczy do wyrzucenia. Przez lata praktyki opracowała metodę, którą opisuje krok po kroku w książce. Ja również Wam ten plan dziś przekażę.
Są tylko dwa rodzaje sprzątania: codzienne i specjalne (wielkie sprzątanie). Codzienne ogranicza się już tylko do odnoszenia rzeczy na swoje miejsce.
„I tak ludzi, którzy nie potrafią utrzymać porządku można podzielić na trzy typy: „nie potrafię tego wyrzucić”, „nie potrafię tego odłożyć na miejsce”, „nie potrafię tego ani odłożyć, ani wyrzucić”
Tak naprwdę sprzątanie, które ma nam pomóc obejmuje tylko dwa działania: wyrzucanie rzeczy i podejmowanie decyzji, gdzie pozostałe przechowywać.
Proste?
Tak!
Ale trzeba mieć dobry plan
Aby efekty były najlepsze trzeba sprzątać wg właściwej kolejności. Najpierw wydawało mi się to dość absurdalne, ale kiedy skończyłam książkę wszystko nabrało sensu.
Wcześniej wyrzucałam tylko rzeczy zepsute lub zużyte i dlatego tak się pietrzą w naszym mieszkaniu. Mam wiele przedmiotów, które mnie denerwują, a mimo to je trzymam. TO BŁĄD!
WEŹ KAŻDY PRZEDMIOT DO RĘKI I ZADAJ PYTANIE: „CZY TO DAJE MI RADOŚĆ?” Jeżeli odpowiedz jest twierdząca, zachowaj go. Jeżeli nie, wyrzuć bez skrupułów.
Bardzo przydatną zasadą jest sprzątanie w odpowiedniej kolejności oraz porządkowanie jednej kategorii. W wielu domach rzeczy z jednej kategorii są rozłożone w wielu miejscach (np. książki).
Tak jak zawsze, otwierasz szafę i po kolei oglądasz każdą rzecz. Chwile po tym znajdujesz zdjęcia i przepadasz. TO BŁĄD! Osoby początkujące nie powinny zaczynać od rzeczy, które wywołują wspomnienia.
Najlepiej przeglądać rzeczy w takiej kolejeności:
ubrania, książki, papiery, różności (komono), pamiątki
Jeżeli chodzi o ubrania to najlepiej podzielić je na mniejsze kategorie:
Zanim zaczniemy należy przynieść wszystkie rzeczy należące do tej kategorii. Jeżeli sprzątamy góry to znosimy każdą jedną rzecz (te z prania i do prasowania również)
Ciuchy po domu- każdy ma taką magiczną półeczkę, z której wyciąga poplamione dresy i dziurawe tiszerty. Często ich nie lubimy z wielu względów, a jednak trzymamy całą gromadę takich ubrań. Co z nimi robimy? Wyrzucamy. Chyba, że jednak te rzeczy sprawiają nam radość i koszulka z obozu w podstawówce poprawia nam humor.
Autorka pisze również o przechowywaniu. Radzi trzymać rzeczy pionowo (jeszcze nie przetestowałam). Składamy koszulkę w kostkę i ustawiamy pionowo w szufladzie. Ma to sens, ale muszę sama wypróbować.
Rozbawił mnie podrozdział o traktowaniu skarpet i rajstop z szacunkiem, ale chyba zastosuje się do jej rad, bo moje skarpety zazwyczaj są nieszczęśliwe (nie mają pary). Dodatkowo skarpety nie powinny być zwinięte w kłębki tyko swobodnie leżeć złożone na pół.
Zaczynamy również od przyniesienia wszystkich książek jakie mamy w mieszkaniu. Układamy je obok siebie na podłodze. Póżniej rozdziel je ze względu na kategorię:
Teraz weź po kolei każdą książkę do ręki (koniecznie!) i zadecyduj czy doświadczasz przypływu radości czy też nie. Nie zaczynaj tylko jej czytać:)
Największą trudność sprawiają nieprzeczytane książki. Autorka uważa, że skoro książka leży już u nas jakiś czas to nigdy jej nie przeczytamy. To samo dotyczy książek przeczytanych na przykład w połowie. Dodatkowo sądzi, że takie jest jej przeznaczenie, skoro dobrnęliśmy tylko do połowy to znaczy, że nie jest nam dane dokończenie jej.
Dzielimy je również na kategorie i wyrzucamy to co nie mieści się w :
Autorka zaleca przechowywanie papierów w pionowej pozycji w konkretnym miejscu. Miejsce powinno być określone ze względu na częstotliwość sięgania po nie: papiery używane rzadko oraz używane często.
Gwarancje od urządzeń elektrycznych należy przechowywać w jednym miejscu, najlepiej w koszulce. Wszystkie instrukcje obsługi, z których nie korzystamy również wyrzucamy.
„Trzymaj rzeczy, które kochasz, a nie „bo tak”.
Drobne monety powinny zawsze wędrować do portfela, a nie do szuflady lub małych koszyczków.
*mój komentarz – autorka nie pisze nic o zdjęciach na komputerze. Ale warto również tutaj wprowadzić porządek i j ma taki plan. Zmotywował mnie ten cytat „Będziesz o wiele bardziej cieszył się zdjęciami w starszym wieku, jeżeli będą w albumie, niż kiedy będziesz musiał przetrząsać ciężkie pudło „- w tym wypadku komputer
Autorka pisze o bardzo ciekawym zjawisku. Większość dorosłych ludzi wywozi swoje rzeczy do rodziców. Jest to złe postępowanie. Prawdopodobnie nigdy po te rzeczy nie wrócimy.
Po zakończeniu procesu wielkiego sprzątania czas wyznaczyć każdej rzeczy miejsce, a później je tylko odkładać.
„Bałagan ma dwie możliwe przyczyny: zbyt wiele wysiłku trzeba włożyć w odłożenie rzeczy lub też nie wiadomo gdzie dana rzecz powinna leżeć.„
Podczas układania rzeczy pamiętajmy o jednej ważnej zasadzie:
„Nie kładź rzeczy jedna na drugiej: przechowuj je pionowo”.
Ostatnie rozdziały są o następnych etapach, czyli o tym jak później znów nie zagracić mieszkania.
Ja najbardziej zastosuje się do zasady o zakupach. Często kupuję coś na wyprzedażach na kolejny sezon i najczęściej tego nie noszę.
„Kupowanie i używanie rzeczy wtedy gdy są potrzebne daje więcej radości.”
„Szczęśliwi ludzie są otoczeni rzeczami, które dają im radość”
Tym podsumowaniem kończę wpis. Przemawia do mnie ta metoda jak żadna inna i już niedługo będziemy pakować swoje niepotrzebne rzeczy do worków. Większości nie wyrzucę na śmietnik, a spróbuję znaleźć osoby, któr mogłyby tego wszystkiego potrzebować.
Poniżej przygotowałam Wam gotową listę do ściągnięcia i wydrukowania. Wszystko po to żeby ułatwić sprzątanie.
KLIK poniżej
magia_sprzątania
„Porządek”, „sprzątanie”, „odnoszenie rzeczy na miejsce”- to terminy, które wielu rodzicom podnoszą mocno ciśnienie. Niektórzy już dawno wyluzowali w tym temacie, a inni próbują egzekwować.
W dzisiejszym poście będziecie zdradzam metody stosowane przez nas.
Większość teorii, które dziś tu zaprezentuję jest zaczerpnięta z pedagogiki M. Montessori. Okres sensytywny na porządek trwa od urodzenia do 4,5 roku życia. Jeżeli do tego czasu nie nauczymy dziecka tych czynności lub nie zapewnimy im odpowiednich bodźców bardzo trudno będzie nam je później egzekwować.
Zacznę od początku, czyli od samego procesu przygotowywania otoczenia dla dziecka. Pisałam o tym we wpise Przystosowane otoczenie.
Jak ma odłożyć zabawkę na miejsce skoro półka jest wysoko?
Gdzie ma powiesić swoją kurtkę lub ręcznik skoro nie ma wieszaczka na wysokości jego rąk?
Jak ma wygodnie pracować skoro stół sięga mu po samą brodę?
Moje wskazówki dotyczące nauki porządku od małego kiedy mamy już przystosowane otoczenie.
łatwiej jest zapanować nad porządkiem kiedy rzeczy jest mało. Ciężko jest powiedzieć ile tych zabawek powinno być, ale powinniście odczuwać pewien niedosyt. Kiedy wchodzicie do pokoju i macie wrażenie, że zabawek jest za dużo. To dla Waszych dzieci jest tego 2 razy za wiele. Dziwicie się, że dziecko nie chce sprzątać klocków? Ma ich 100, więc pewnie dlatego. 30 klocków nie sprawiłoby takiej trudności. Warto się nad tym zastanowić kiedy dziecko odmawia sprzątania.
zwracajmy uwagę na jakość kupowanych zabawek. Naprawdę lepiej jest mieć dosłownie 10 porządnych rzeczy na półce niż 100 byle jakich.
w pokoju powinny się znajdować zabawki/pomoce dostosowane do wieku dziecka. Bez sensu jest trzymać na półkach stare sortery, grzechotki, proste układanki kiedy nasze dziecko już interesuje się literami. Takie otoczenie jest mało stymulujące i często dzieci się nudzą.
zabawki interaktywne, grające nie wnoszą wiele do rozwoju dziecka, a często rozpraszają od prawdziwej pracy.
zabawki lepiej jest trzymać na małych tackach lub w koszykach niż w pudełkach kartonowych (chyba, że opakowanie jest niezbędne np. puzzle). Zwróćcie uwagę na te dwa zdjęcia. Po lewej stronie te same pomoce w pudełkach, a po prawej wyłożone i ładnie wyeksponowane. Taki sposób prezentacji jest bardzo atrakcyjny dla dziecka i daje od razu sygnał do tego, że to jest jej miejsce. Nie ma też trudności z posprzątaniem pomocy na miejsce.
Dodatkowo podczas przenoszenia dzieci ćwiczą równowagę i grację.
wbrew pozorom pudełka na zabawki, pojemniki i skrzynie utrudniają wprowadzanie porządku. Aby coś znaleźć trzeba wysypać wszystko na podłogę. Taki model porządkowania nazywa się upychaniem.
Ja robię podmianę raz na około 3 tygodnie. W tym czasie dziecko jest w stanie znudzić się proponowanymi aktywnościami lub je przyswoić. Obserwujmy dziecko, jeżeli wciąż korzysta z jakiejś zabawki- zostawmy ją.
do niczego nie zmuszamy. Pokazujemy tylko, że miejsce tej rzeczy jest tutaj. Kiedy dziecko prosi- pomóżmy mu. Nie grozimy, że oddamy je innym dzieciom i „nie wyrzucamy zabawek do kosza”.
Im dziecko chętniej z czegoś korzysta to znaczy, że jest dobrze dostosowane. Jeżeli setny raz nie odwiesiło swojego ręcznika na miejsce to zastanówmy się jaka jest tego przyczyna. Może wieszak jest zły lub sznureczek do zawieszenia za krótki.
Tak to wygląda w teorii. Nie myślcie, że dzięki tym wskazówkom Wasze dziecko nagle zacznie trzymać sterylny porządek w pokoju. Jest to proces długotrwały, ale z pewnością przyniesie dużą satysfakcję w przyszłości.
Aby zobrazować kontrast między teorią, a praktyką weszłam minutę temu do pokoju Lilki i zrobiłam zdjęcie tego co tam zastałam.
Apli papli!
Pewnego dnia Dziadek chciał podarować swojej jedynej wnuczce coś wyjątkowego. Coś czego nie można kupić w sklepie ani zamówić przez Internet. Z racji tego, że jest stolarzem chciał aby kawałek drewna zyskał duszę. Godzinami w swojej przydomowej pracowni strugał ręcznie obłe kształty. Poprawiał, szlifował i udoskonalał.
Tak powstał pierwszy drewniany konik. Dziadek podarował go wnuczce na pierwsze urodziny. Ona pokochała go od razu. Do dziś jest jej ulubioną zabawką. Konik skradł serca wielu osób, dlatego stworzyliśmy Apli Papli. Są to zabawki i produkty wytwarzane na Podlasiu przez 3 osoby. Osoby w sile wieku, które postanowiły stworzyć coś swojego. Wkładają w pracę całe swoje serce aby dzieci się cieszyły.
Wielokrotnie na blogu pokazywałam rzeczy, które zrobiła dla nas moja zdolna rodzina. Stwierdziliśmy, że założenie Apli papli pomoże nam się nimi podzielić.
Podziwiam ich bardzo, bo nie mają po 30 lat, a założyli swój biznes.
Trzymam mocno kciuki i już dziś zapraszam do odwiedzenia strony ze sklepem www.aplipapli.pl
Oraz polubienia i obserwowania mediów społecznościowych:
www.facebook.com/aplipaplisklep
www.instagram.com/aplipapli.pl/
Cudowne logo zrobiła Olga z www.olgaiokolice.pl
A teraz pokażę kilka produktów
Dziś kolejny wpis z serii Shelfie, czyli o nowościach na naszej półce.
Poprzedni wpis z tego cyklu był zbiorem pomocy kreatywnych, a nawet plastycznych. Shelfie
Tym razem pomoce mają bardzo duży pierwiastek edukacyjny.
Zaczynamy:
jest już u nas od dłuższego czasu. Zadaniem dziecka jest nawlekanie drewnianych korali (warzyw, owoców, zwierząt) na sznurek. Na początku jest duża drewniana igła, która pomaga wcelować w otwór. Dziurki są na tyle duże, że nie jest to trudne.
Jest to świetna pomoc do ćwiczenia koordynacji ręka- oko oraz obustronnej koordynacji. Dodatkowym atutem jest mnogość korali i możemy je wykorzystać w różny sposób:
kolejna ciekawa pomoc edukacyjna. Kiedy prowadziłam terapię logopedyczną ze wszystkich pomocy dostępnych w gabinecie dzieci najbardziej lubiły łowić rybki. Do moich były przypięte spinaczami wyrazy do powtarzania lub sylaby. Przez zabawę dzieci chętniej ćwiczyły.
Rybki Djeco oprócz samego łowienia, które już jest bardzo ciekawe uczą się kolorów i cyfr. Zadaniem dziecka jest wyłowienie za pomocą drewnianej wędki rybki. Na odwrocie jest cyfra na kolorowym tle. Po złowieniu przypasowujemy rybkę do karty ( ze względu na cyfrę lub kolor).
Możemy również zrobić zawody i zagrać w grę. Kto pierwszy wyłowi wszystkie rybki ze swojej karty- wygrywa.
układnie figur geometrycznych
Pomoc, która podbiła moje pedagogiczne serce! Zadaniem dziecka jest odwzorowanie kształtu na planszy. Bardzo mi się w niej podoba to, że jest podzielona na poziomy. Mamy ich 3 i możemy je oddzielić i schować na później. Teraz pokażę wszystkie abyście mogły się dobrze jej przyjrzeć, ale już teraz na półce u Lilki leży tylko poziom pierwszy.
Resztę będę wyjmować sukcesywnie, myślę, że aż do 6 roku życia. Z tym najtrudniejszymi ja miałam nawet problem;) Ale ja nie umiem myśleć abstrakcyjnie.
Czego uczy ta pomoc? Przede wszystkim myślenia. Możemy wyjąć podpowiedź do każdej karty, ale równie dobrze możemy próbować bez.
Jesteśmy u mamy na Podlasiu. Czas tu mocno zwalnia (internet również). Cały czas nie mogę się przyzwyczaić ile obowiązków jest przy domu. One są takie proste, a jednak dają bardzo dużą satysfakcję.
Kiedy byłam dzieckiem jeździliśmy do babci na zbiory owoców lub warzyw. Siedzieliśmy w krzakach i odrywaliśmy dojrzałe owoce. Niektóre trafiały do koszyka, a niektóre prosto do naszych umorusanych buzi.
Dziadek z babcią za taką pracę wypłacali nam niewielką kwotę. Jedynie obiecane kieszonkowe lub lody przywiezione przez wujka na motorze lekko nas motywowały.
Pielenie ogrodu – no zmora. A chwasty tak szybko odrastały.
Szczerze tego nie lubiłam. Sama nie wiem nawet dlaczego.
I tak teraz znów stoję przed zarośniętym lekko ogródkiem mamy wraz moją małą pomocnicą. Jakoś inaczej na to patrzę, bo mi się chce. Rano w piżamie wybiegam po zaroszonej trawie po szczypior do twarożku i tak mi fajnie. Chyba się powoli starzeję, bo takie proste przyjemności sprawiają mi ogromną przyjemność. Nic mnie teraz tak nie relaksuje jak jedna czynność, której efekt od razu widać. Jest chwast i już go nie ma. Jakie to jest proste.
Tak sobie tu spędzamy czas…
Plac zabaw zawsze mi się kojarzy z wolnością. Od ok 5-6 r. ż. sama wychodziłam na kilka godzin i bawiłam się tak jak chciałam. Wisiałam głową w dół na trzepaku i huśtałam się do pety na metalowych huśtawkach. Z racji nadwrażliwego przedsionka często te ekscesy kończyły się w krzakach na mocnych mdłościach. Nienawidziłam karuzeli i nikt nigdy nie kazał mi się na niej kręcić.
Nie musiałam nawet na nią wchodzić. Od samego patrzenia było mi niedobrze. Nikt za mną nie chodził i nie strofował. Kiedy z kolanami zdartymi do kości i bluzką mokrą od płaczu wbiegałam do domu mama wiedziała, że najpewniej znów się wywróciłam na prostej drodze lub zahaczyłam o gwóźdź wychodząc przez okno z piwnicy.
Lubiłam bawić się w piaskownicy dość długo- kopaliśmy wielkie doły i wchodziliśmy w nie do kolan. Później nas zakopywali. Sama dobrze wiedziałam czego potrzebuję. Powisieć głową w dół- biegiem na trzepak, poczuć wiatr we włosach (i piasek) zjechać głową w dół ze zjeżdżalni. Pamiętacie, że dziś pewnie miałabym diagnozę i terapię? Gdybym urodziłą się 5 lat temu
A tak dzięki wielu godzinom na placu zabaw trochę te deficyty narobiłam.
Często słyszę ten tekst od rodziców. W dobie gadżetów i kultury zajęć dla dzieci ten plac zabaw wg nas- dorosłych jest słabą atrakcją dla dzieci. Dlaczego? Bo jest za darmo!
Kiedyś rodzice od wielkiego dzwonu zabierali dziatwę na wielkie wydarzenia jak kino, teatr czy zoo. Mam wrażenie, że teraz jest wręcz pożądane aby gdzieś zabierać swoje dziecko. Dużo. Często. Czasami z grubą kasę. Też się dałam złapać w tę pułapkę.
Przechodziliśmy obok Teatru Palladium. Tłumy rozentuzjazmowanych dziewczynek przed wejściem zwróciły naszą uwagę. Postanowiliśmy wstąpić i zapytać co to za wydarzenie. Okazało się, że za chwilę zaczynają się „Najpiękniejsze bajki baletowe”. Lilka obecnie lubi takie klimaty, więc stwierdziliśmy, że to będzie świetna rozrywka rodzinna.
Bilet dla mnie i dla męża 90 zł – Lilka za free, bo na kolanach. Na sali tłum. Krzesła tak blisko siebie jak fotele w Rajanerze. Zaczyna się. Wszyscy lekko podekscytowani. Po 15 minutach moje dziecko głośno i wyraźnie rzecze: „Wolałabym żeby to się już skończyło”. Wszyscy się odwracają. My się śmiejemy.
Wychodzimy i idziemy na plac zabaw. Miejsce wolności i swobodnej zabawy. Jednak nie dla wszystkich.
Podczas pobytów na placach zabaw wciąż słyszę komendy matek, ojców, babć, opiekunek:
Lekceważące i burzące pewność siebie:
„Nie właź tam” „Zaraz spadniesz” „Nie wchodź do piachu, bo będziesz miał piasek w butach” „Zostaw te kamienie” „Nie chce mi się Ciebie huśtać” Troskliwe: „Chodź pokażę Ci drabinki. Wyjdź już z piaskownicy, bo pupę sobie przeziębisz.” „Tam jest za wysoko” „A zobacz jaka tam jest świetna karuzela”
„Nie właź tam”
„Zaraz spadniesz”
„Nie wchodź do piachu, bo będziesz miał piasek w butach”
„Zostaw te kamienie”
„Nie chce mi się Ciebie huśtać”
Troskliwe:
„Chodź pokażę Ci drabinki. Wyjdź już z piaskownicy, bo pupę sobie przeziębisz.”
„Tam jest za wysoko”
„A zobacz jaka tam jest świetna karuzela”
Wyobraźcie sobie, że macie ogromną ochotę na obejrzenie filmu w telewizji. Dawno temu był w kinie i nie zdążyliście na niego pójść. Już tydzień temu zauważyliście, że będzie i nawet ustawiliście przypomnienie w telefonie. Jednak Wasz partner lub partnerka tak bardzo nalegają na wyjście do kina.
Propozycja wydaje się absurdalna, bo macie już tak wielką chęć obejrzenia filmu w kapciach i pod kocem, że żadne argumenty do Was nie przemawiają. „Będzie fajne”- mówi, „No chodź zobaczysz”-nalega, „Co tak będziesz tu siedzieć?”-pyta, „To idę sam/-a”- grozi.
Dokładnie te sam teksty słyszę na placach.
„Będzie fajnie”- to nic, że tego nie lubisz
„No chodź zobaczysz”- ale mnie to nie interesuje
„Co będziesz tak siedzieć?” i sypać ten piach do butów
„To idę sam/-a” skoro nie chcesz zobaczyć tej karuzeli
Z reguły mieszkamy teraz w klitkach. Dzieci w domu nie mają możliwości aby się wybiegać, pohuśtać, poskakać i wspinać. Często te aktywności ze względów bezpieczeństwa są w domu zabronione. A układ nerwowy dzieci do prawidłowego rozwoju potrzebuje mocnej, wielozmysłowej stymulacji.
Naprawdę taki plac zabaw jest w stanie wszystkich tych bodźców, które potrzebuje dziecko, zapewnić.
Ta zabawa nie może być kierowana. To musi być swobodna zabawa. Musimy dać dzieciom swobodę, żeby to ich UKŁAD NERWOWY zdecydował na co jest teraz zapotrzebowanie. Podczas gdy dajemy komendy, nakazy, zakazy, lub nawet grzecznie prosimy to dziecko nie ma okazji wykorzystania tego zapotrzebowania.
Pewnie nawet nie wiecie jak dużą wartość terapeutyczną mają place zabaw. Dzieci wybierają same to czego potrzebują. A jeżeli unikają jakiś atrakcji to również jest to ważna informacja zwrotna.
Taka zwykła huśtawka dostarcza do układu nerwowego tak wielu bodźców, że podczas zwykłych zabaw nie moglibyśmy im zapewnić. Mało kto wie, że można dzieciom śpiewać podczas huśtania, szczególnie tym z zaburzeniami rozwoju mowy.
Bezsensowne przesypywanie piasku stymuluje zmysł dotyku i ćwiczy koordynację ręka-oko. Chodzenie na boso w piaskownicy bardzo mocno stymuluje układ dotykowy.
Wchodzenie po drabinkach wzmacnia siłę mięśniową oraz ćwiczy praksję (planowanie ruchowe).
I wiele, wiele innych…
A tu zobaczcie Książeczki wspierające rozwój mowy
Dziś wpis z cyklu Prace domowe klik.
Ta pomoc uczy dziecko liczenia na konkretach. Przy okazji podczas pracy doskonali koordynację wzrokowo-ruchową, precyzję ruchów oraz koncentrację.
Potrzebujemy:
Zadaniem dziecka jest przeniesienie odpowiedniej liczby fasolek do kubków.
Pamiętajcie żeby kubki ustawić rosnąco od lewej do prawej oraz cyfry były pisane, a nie drukowane.
Coraz częściej dostaję od Was pytania-prośby o dodanie posta na temat pielęgnacji włosów. Z racji tego, że jest dość niestandardowa stwierdziłam, że pokażę Wam kilka moich sposobów oraz trików.
Od małego cieszyłam się bujną grzywą. Moja mama lubiła je czesać i pięlęgnować. Zawsze miałam długie włosy. Dopiero jak pierwszy raz wyjechałam na kolonie (6,5 roku) mocno je skróciłyśmy aby łatwiej było mi samej zadbać o ich pielęgnację.
Tak wyglądałam w wieku 5 lat:). Moje włosy wówczas trochę się kręciły i wywijały. Już wtedy używałam odżywek do włosów, bo nie dało się ich rozczesać. Całe życie nosiłam również grzywkę. Dopiero 4 lata temu ją zahodowałam.
Pod koniec szkoły podstawowej zaczęłam farbować włosy szamponetkami w kolorze mahoniowym. Zdjęcia nie mam, a nawet jakbym miała to bym się nim nie podzieliła;)
Kiedy poznałam mojego męża (prawie 8 lat temu) zaczęłam sukcesywnie rozjaśniać włosy.
Przed zajściem w ciążę z Lilka stwierdziłam, że jednak będę wracać do naturalnego koloru, bo odrost byłby bardzo widoczny przez 9 miesięcy. Nie chciałam truć Lilki w brzuchu rozjaśniaczami.
Kilka miesięcy po porodzie, dokładnie w Sylwestra, stwierdziłam, że wracam do blondu. Do platynowego blondu. Po wyjściu od fryzjera chciało mi się płakać. Wyglądałam jak Wiedźmin. Kilka razy sama ufarbowałam włosy farbą i trochę ten kolor zszedł. Jednak już po kilku dniach zauważyłam, że moje włosy są w fatalnym stanie. Kruszyły się nawet w połowie. Były do tego matowe i spuszone. Bardzo skrzywdziłam swoje włosy i musiałam to odpokutować.
Dodam również, że do tego momentu myłam włosy co drugi dzień różnymi szamponami i nakładałam odżywki bez żadnej świadomości. W moim koszyku lądowało to co mi wpadło w oko. Od Ziaji po Kerastase. Suszyłam włosy suszarką i używałam prostownicy (przez 7 lat).
Stan moich włosów był tragiczny. Było ich dużo, ale bardzo połamane, wołały o pomoc. Tak trafiłam na blogi włosomaniaczek. Przez około miesiąc chłonęłam jak gąbka wiedzę i stosowałam je u siebie. Już po miesiącu było widać pierwsze efekty. A teraz mogę śmiało powiedzieć, że uwielbiam moje włosy, które do tej pory były tylko problemem.
Tyle tytułem wstępu.
Na początku określiłam typ moich włosów. Korzystałam z tych pytań TEST. Dowiedziałam się, że moje włosy są wysokoporowate (długo schną, puszą się, mam szorstkie końcówki, są podatne na falowanie, nie lubią wilgoci, są matowe). Później znalazłam blogerki, które mają podobny typ włosów do moich i zaczęłam świadomą pielęgnację.
1. Żegnamy się z suszarką i prostownicą. Ewentualnie raz na jakiś czas można wysuszyć włosy chłodniejszym strumieniem. Najlepiej zostawić włosy do wyschnięcia. Wiem, wiem, może to być problem np. rano. Inne włosomaniaczki myją włosy po powrocie z pracy i pozwalają im naturalnie wyschnąć.
2. Po myciu wycieram włosy w duży, bawełniany T-shirt, który jest już do tego przeznaczony. Włosów nie szoruję, bardzo delikatanie się z nimi obchodzę, bo to właśnie mokre włosy są najbardziej podatne na uszkodzenia. Można powiedzieć, że lekko wyciskam wodę w koszulkę. Robię turban i spinam szczypcami.
3. Nie można iść spać nawet z lekko wilgotnymi włosami- zawsze sprawdzam czy są suche ze względów, które podałam wyżej.
4. Do spania robię bardzo wysoko koczek. Włosy rozpuszczone podczas spania bardzo się szarpią i niszczą. Wysoki kucyk nie przeszkadza, a chroni włosy.
5. Spanie na jedwabnej poduszce lub poszewce. Jedwab nie tylko bardzo dobrze wpływa na włosy, ale również na skórę twarzy. Pisałam o tym TUTAJ
6. W czasie trudnych warunków atmosferycznych chodzenie ze związanymi włosami (mocny wiatr, słońce).
7. Delikatne rozczesywanie
8. Używanie gumek do włosów bez metalowych elementów, a najlepiej powleczonych materiałem.
9. Naprzemienne używanie odżywek i szamponów. Czyli jednego dnia myjemy szamponem A i nakładamy odżywkę B, a za 2 dni szampon C i odżywka D (później od nowa). Co to powoduje? Macie czasami wrażenie, że nowy szampon i odżywka tak cudownie działają na Wasze włosy? To dlatego, że jest nowy i włosy lepiej na niego reagują. Stosując naprzemienność możemy je lekko „oszukać”. Ale naprawdę to działa!
10. Używanie chłodniejszej wody do spłukiwania. Wtedy zamykają się łuski włosowe i włosy przyjemnie błyszczą.
1. Szampony bez SLS (Sodium Lauryl Sulfate i Sodium Laureth Sulfate). Pierwszą rzecz na jaką zwracam uwagę w sklepie to czy dany szampon ma w składzie na drugim miejscu (tuż po wodzie) ten wysuszający włosy detergent. Lista łatwo dostępnych szamponów: TU
2. Rzadsze mycie włosów. Teraz myję włosy dopiero na 3 dzień. Wysokoporowate włosy nie lubią częstego mycia.
3. Odżywki i maski emolientowe, proteinowe i humekantowe. Ważne jest żeby używać ich naprzemiennie, żeby nie nasycić za bardzo włosów. TU jest spis wszystkich tanich i łatwo dostępnych produktów.
4. Olejowanie – na początku kiedy moje włosy były bardzo zniszczone codziennie olejowałam włosy. Przed snem nakładałam na nie łyżkę stołową oliwy z oliwek, związywałam i szłam spać. Rano myłam włosy tak jak zawsze. Już po jednym użyciu TU możecie dobrać odpowiedni olej do rodzajów włosów. Ja olejowałam oliwą z oliwek i olejkiem Alterra z Rossmanna.
5. OMO – specjalna metoda mycia włosów. TU – więcej na ten temat. Ja tak myłam bardzo krótko, bo odkryłam lepszą metodę.
6. Moja ulubiona metoda odżywiania włosów. Przed myciem głowy (około 30 min) na zwilżone włosy nakładam maskę do włosów. Równomiernie rozprowadzam i przeczesuję delikatnie palcami. Na włosy zakładam foliowy czepek lub zwykłą reklamówkę. Na tym tworzę turban z ręcznika. Chodzę tak pół godziny i później myje jak zawsze. Moje wysokoporowate włosy kochają tę metodę.
Moje włosy kiedy same schną na koniec wyglądają jak szczotka. Są spuszone i matowe. Kiedy już są suche robię z nich koczek, który ma z zadanie wygładzenie ich. Ważne jest żeby nie używać gumki tylko małych szczypiec- wtedy nie powstaną zagniecenia.
8. Farbuję włosy raz na 2 miesiące u fryzjera. Nie rozprowadza farby na całej długości- tylko na sam odrost. Na zmywaku zapienia mi na całej długości farbę i zaraz zmywa. Dzięki temu wrażliwe końce aż tak nie cierpią.
9. Obcięcie włosów na prosto. Uwierzcie mi, ten zabieg najwięcej dał moim włosom. Zawsze miałam mocno wystopniowane końce. Niestety u mnie wyglądało to dość niekorzystnie, bo końcówki zamieniały się w strąki. Dopiero ścięcie ich na prosto podkreśliło ich ciężar i objętość.
10. Czesanie szczotką Tangle Teezer
To już chyba wszystko z mich sekretów:)
p.s. Chwilowo używałam również wcierki Jantar na porost włosów – działa cuda!
Aktualnie używam
Niedziela jest takim dniem kiedy mocno zwalniamy, rzadziej logujemy się do wirtualnego świata i cieszymy się sobą.
Odkrywamy Warszawę na własny sposób.
p.s. Jeszcze nigdy nie byliśmy z tej strony Zamku Królewskiego
A Wy co robicie w niedzielę?
Lilka:
Buty Mrugała
Sukienka Zara
Ania:
Sukienka Miszkomaszko
Mokasyny – Minnetonka
Śmiało mogę napisać, że książki zajmują Lilkę najdłużej. Bardzo mnie to cieszy, że ciągle nosi ze sobą, którąś pozycję ze swojej kolekcji. Lubi kiedy jej się czyta, ale równie chętnie sama je przegląda. Dziś zaprezentuję nasze książki, które wnoszą ogrom wiedzy do życia 3-latki.
Atlas obrazkowy z okienkami do otwierania. Kiedyś natknęłam się na wersję holenderską podczas pobytu w Eindhoven. Oglądałam go z ogromnym zainteresowaniem, bo nie dość, że jest ładny to zawiera mnóstwo informacji.
Kartonowe, bardzo mocne kartki przeżyją długi czas. Lilka najbardziej lubi ustawiać na nim figurki zwierząt lub budowli jak pisałam w Palcem po mapie. No końcu książki jest plakat z mapą do powieszenia na ścianie.
Świetne propozycja jako uzupełnienie atlasu lub samodzielnie. Mamy do dyspozycji piękne mapy, na których brakuje różnych elementów. Podpowiedzi są lekko wyblakłe, więc nie ma wątpliwości gdzie co należy przykleić.
Ogromny plus za grafikę oraz różnorodność. Mamy tu: zwierzęta, charakterystyczne ubiory, budowle (w sumie 350 naklejek)
Przepiękna książka dedykowana dziewczynkom. 100 naklejek do dekorowania domków lalek dają ciekawe możliwości zabawy. Do tego podczas wyklejania można ćwiczyć słownictwo oraz wyrażenia przyimkowe.
Książka dla każdego przedszkolaka. Nie dość, że poszerza słownictwo to pomaga zrozumieć rytm dnia i co po czym następuje. Do tego piękne ilustracje oraz mnóstwo naklejek.
Coś innego niż książka, ale wciąż ma ogromne walory edukacyjne i wykorzystuje inne możliwości. Mój mąż (z wykształcenia hungarysta, a z zamiłowania lingwista) w zabawach z Lilką wykorzystuje właśnie te karty.
Od jakiegoś czasu obserwujemy u niej zainteresowanie językami obcymi. Nie zapoznawaliśmy się z metodologią nauczania języków obcych. Robimy to bardzo intuicyjnie, często podczas zabaw i życia codziennego. I to działa!
Lilka zna już kilka kolorów oraz rzeczowników. Śpiewa też kilka piosenek w obcych językach: „We will rock you”- po angielsku, „Veo veo”- po hiszpańsku oraz „Tsjoe Tsjoe Wa”- po holendersku. Karty są dostępne w wielu językach w tym polskim.
Te książki oraz wiele innych możecie zamówić z rabatem -10 % na hasło „nebule” u Centrum BEST przez tydzień.
Otwieram Instagram, widzę, że przy szufladce na górze świeci się na pomarańczowo wiadomość. Klikam i nie wierzę. jeszcze raz klikam, ale nadal nie wierzę. Po minucie gapienia się w wyświetlacz telefonu dopiero do mnie dociera, że wygrałam w instagramowym konkursie kamerę GoPro.
AAA! Myślę sobie: „Będę GoPROWcem” i już wiem do czego będę jej używać. Po chwili przychodzi dalsza wiadomość. Dodatkiem do nagrody jest wyjazd na 3-dniowe warsztaty fotograficzne w Tykocinie. Szybka synchronizacja kalendarzy z mężem dała mi zielone światło.
Jest czwartek wieczór, a ja pakuję walizkę na wyjazd. Wszystko się zmieściło do tej najmniejszej, która leżała w czeluściach szafy. Dopięłam ją bez dopychania kolanem i pomocy drugiej osoby. I wtedy ogarnął mnie niepokój. Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać, że tych rzeczy jakoś niewiarygodnie mało i na pewno o czymś zapomniałam.
Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że jadę SAMA, więc kołderka May Lily, Lala Pola, 4 pieluchy z Dorą, 6 zmian ubrań (na 3 dni), mini apteczka zostają w domu. Odetchnęłam z ulgą, że tym razem zabiorę się do auta na raz i będę jeszcze miała rękę, żeby kupić sobie wodę.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale wsiadając do auta i odpalając Chilli Zet pierwszy raz od jakiegoś czasu poczułam wolność, bo zazwyczaj tuż po zapięciu pasów słyszę tylko komendy: „Radio Bajka”, „Pippi, włącz”, „Lasse i Bosse, mamo chce” „Piciaaaaa!”. Tak więc jadę, nawet 45- minutowy korek na Wisłostradzie mi nie zepsuł humoru.
Wykorzystałam go bardzo produktywnie i wykonałam bardzo pilne telefony do przyjaciółek. Dziwnie się czułam, bo zazwyczaj brzmię jak osoba z zespołem Touretta. „Tak już jadę do ZOSTAW PASY Białegostoku” „Na warsztaty NIE LILU JESZCZE NIE JESTEŚMY fotograficzne”.
W pewnym momencie wjeżdżam w tunel. Jadę w ciemnościach. Już widzę strugę światła na końcu. Kontrolnie spoglądam we wsteczne lusterko i dosłownie czuję się jakby mnie prąd poraził. Z tyłu nie widzę Lilki. Dopiero po chwili mój mózg przypomniał sobie, że moja latorośl została z tatą.
Po drodze bez najmniejszych wyrzutów sumienia zatrzymuje się w Macdonaldzie. Jadąc z dzieckiem często nadkładamy drogi lub w tym momencie krzyczymy: „Zobacz ptaszek po lewej” aby tylko uniknąć próśb i gróźb „Chcę do Macdonaldzika”.
Jadę w kierunku Tykocina i autentycznie delektuję się drogą, widokami i lekkim downtempo wymykającym się z głośników. Nie była to podróż jak w GPS. Dotrzeć z punktu A do punktu B w możliwie jak najszybszym czasie i po drodze tylko zwalniać przez ostrzeżenia Yanosika. Mój wyjazd- odpoczynek zaczął się już w Warszawie podczas 45- minutowego korka.
Słońce powoli chowa się za chmury, a tykocińska architektura aż się prosi o fotkę na Instagram. Wchodzę na teren Alumnatu i wypatruję uczestników warsztatów. W końcu dostrzegam znajomą twarz. Kasia z bloga Żudit.pl również wygrała warsztaty w konkursie.
Myślę sobie: „Ale ten świat mały”. Jednak zmieniam zdanie kiedy przez bramę wchodzi znajomy z ogólniaka Maciek, również bloger Gapienamape.pl. Wtedy stwierdzam, że świat jest naprawdę maleńki. A na koniec dociera dawny znajomy, który te warsztaty będzie prowadził. Niesamowite.
W pośpiechu jemy kolację żeby złapać światło zachodzącego słońca. Spacer po klimatycznej okolicy wprawia mnie w świetny humor. Już wtedy zaczynam dostrzegać ogromne różnice między fotografią krajobrazową, a dziecięcą.
Zabrzmi to pewnie śmiesznie, ale tak się skupiłam na robieniu zdjęć na Nebule, że zapomniałam o innych typach fotografii. Można fotografować inne obiekty niż dzieci? Można! A nawet jest to bardzooo przyjemne.
Wieczorem sprawdzamy na SunCalc, o której jest wschód słońca, a na meteo.pl czy poszczęści nam się z mgłą. Przygotowując się do fotografowania dziecka zwracam uwagę na zupełnie coś innego. Czy jest najedzone, czyste i czy ma dobry humor. Szkoda, że nie ma do tego żadnej aplikacji.
Wstajemy o 3.20 na wschód słońca, bo chcemy złapać magiczne promienie światła. W domu pobudka o 3.20 jest największą masakrą. Dziecko się obudziło to dla Ciebie przymus i obwieścisz o tym całemu światu, że o tej zostałaś bezprawnie zwleczona z łóżka. Tak wcześnie wstałam, bo chciałam, nie musiałam. Jest duża różnica.
Jest! Ten moment kiedy wychodzisz na łąkę a słońce dopiero nieśmiało wstaje z horyzontu. Powoli się rozciąga, leniwie przepuszczając swoje promienie przez chmury. Ekwipunek: statyw z aparatem, kalosze i kurtka przeciwdeszczowa. Bez kawy.
Mam czas na powolne rozłożenie statywu, który w domu się tylko kurzy, bo nie dam rady z nim biegać po mieszkaniu za przemieszczającym się obiektem. Szukam odpowiedniej perspektywy, myślę kadrami. Widzę małe drzewo ukryte daleko we mgle.
Zmieniam ustawienia aparatu – trwa to dobre 3 minuty. W domu w te 3 minuty zrobiłabym już 50 zdjęć, bo obiekt może zmienić zdanie co do chęci uczestniczenia, więc nie mam czasu na rozkminki. Patrzę przez wizjer i spokojnie naciskam na spust migawki. Jestem spokojna i robienie zdjęć mnie relaksuje.
Często po wyciągnięciu sprzętu dostaję bardzo wymowny komunikat „Mamo, schowaj aparat”. Natura nie udzieli Ci takiej odpowiedzi, a wręcz zaprasza do robienia fotografii. Jest bardzo łaskawa, bo nic nie dzieje się nagle.
Wróciłam bardzo zainspirowana. Warsztaty z mistrzami z Magii Podlasia otworzyły mi oczy, że istnieje inny świat poza dzieckiem. Piękny świat. Co z tego, że moje dziecko jest całym moim światem skoro nie dostrzegam otaczającego piękna. Dziękuję za poszerzenie perspektywy i wiele przegadanych godzin (nie o dzieciach). I czekam na ciąg dalszy…
Oraz zdjęcia, które zrobiono mi:
„Małego księcia” zna chyba każdy. Książka została wydana w 1943 r. i jest już klasykiem. Jej fenomen wcale mnie nie dziwi. Pod baśniową warstwą kryją się uniwersalne prawdy, które dają nam kierunkowskaz do szczęśliwego życia.
Cytaty z „Małego księcia” często są wpisywane na kartkach okolicznościowych. Wiele osób uważa tę książkę za przewodnik po przyjaźni. Mnie również oczarował Exupery. Mam kilka swoich ulubionych sentencji, których często używam.
Kiedy dostałam propozycję objęcia patronatem (a właściwie matronatem) audiobooka „Mały książę” bez wahania się zgodziłam. W czasie realizacji projektu okazało się, że ten audiobook będzie wyjątkowy. Aksamitny głos Tomasza Sobczaka otrzymał piękne tło graficzne.
Podczas odtwarzania wyświetlają się ilustracje, wykonane przez samego mistrza Antoine’a de Saint Exupery’ego.
Można powiedzieć, że jest to bardzo wysmakowana bajka. Duża ilość czytanego tekstu i stosunkowo mniej obrazów powoduje, że bardzo się skupiamy na treści. Odtwarzając audiobooka na urządzeniach mobilnych mamy możliwość oglądania „Małego księcia”- to wyróżnia tę publikację. Można ją nabyć TUTAJ
Przewińcie post do końca. Tam czeka niespodzianka dla Was.
Suknia – Miszkomaszko
Słuchawki dziecięce Polaroid Tk Maxx
Mam dla Was 5 audiobooków do wygrania. Od dziś do 29.06 (do północy) w komentarzach pod tym postem możecie wpisywać swoje ulubione cytaty z „Małego księcia” wraz z uzasadnieniem dlaczego akurat wybraliście ten. Należy również podać adres e-mailowy. Wśród zgłoszeń wybiorę 5 osób. Wyniki będą opublikowane w tym poście po 29.06.
WYNIKI ROZDANIA
Dziękuję bardzo za udział w tym wyjątkowym konkursie. Mam wspaniałe, wrażliwe czytelniczki. Dziękuję, że jesteście. Wybrałam 5 odpowiedzi, chociaż nie było łatwo.
Audiobooki otrzymują:
Atram86
Illumineuse
Marta
Magda
Paulina
Napiszcie na kontakt@nebule.pl
Gratuluję:)