kontakt i współpraca
Ale jeżeli miałabym magiczną różdżkę lub lampę Alladyna wyczarowałabym dziadkom takie prezenty:
1. Zdrowie – jego nigdy za wiele. Do tego kartę „Bez kolejki” do przychodni.
2. Czas na odpoczynek i pasję. Tak, ten czas, który zawsze odkładacie na później.
3. Uścisk ich mamy
4. Możliwość spotkania się ze starymi znajomymi sprzed wielu lat
5. Dużo wcześniejszą emeryturę
6. Teleportację – ot, w 2 sekundy z południa i wschodu Polski na kawkę do wnuczki i drewniane ciastka
7. Przetwory na zimę, które robią się same. Wciskamy przycisk plus owoce/warzywa i gotowe. Same też się zanoszą do piwnicy.
8. Nie musieć – wydaje mi się, że starsi ludzie są o wiele bardziej obowiązkowi i dużo rzeczy robią, bo tak trzeba
9. Cofnięcie czasu – do dowolnego momentu
10. Spełnienie marzeń – bo jak nie teraz to kiedy?
A Wy co byście dodali od siebie?
zobaczcie też wpis Prezenty dla babci i dziadka
Dzień świstaka. Wstajemy, piję kawę, robię śniadanie, wyjmuję naczynia za zmywarki, zmywam, nastawiam pralkę, zbieram pranie i je segreguję, ścielę łóżka, doprowadzam mieszkanie do ogólnego ładu, w międzyczasie puszczam wpis z wczoraj, zaglądam na Instagram, rozwieszam pranie, wstawiam następne itp itd.
Niektórzy tylko o innych godzinach, po pracy +/- inne obowiązki.
Co w tym czasie robi Lilka?
Asystuje mi! Wyciąga naczynia ze zmywarki, przy każdej podanej rzeczy mówi „prrrose”. Z ogromnym zaciekawieniem obserwuje mój każdy ruch dlatego muszę być bardzo ostrożna (z detergentami, ostrymi narzędziami, włączaniem pralki). Czasami na chwilkę odchodzi żeby zająć się sobą i znów wraca i kropka w kropkę mnie kopiuje.
Później nadchodzi czas kiedy pokazuję jej pomoce i z prędkością światła znów się ulatniam. Towarzyszę jej mentalnie, rzadko kiedy fizycznie. Jeżeli nie jest sama w stanie czegoś zrobić to delikatnie jej podpowiadam, jeżeli nadal nie jest rozwiązać tego problemu- odkładamy pomoc na półkę.
Skończył się czas kiedy 12 h na dobę leżałam z nią na dywanie z przerwami na wizytę w toalecie i jej drzemkę.
Rzadko kiedy tak najnormalniej w świecie się z nią bawię. Kiedy jestem zajęta, krzątam się po domu, mam zajęte ręce i stoję (!) Lilka zajmuje się sama sobą. Albo prosi mnie o jakieś zadanie lub robi coś w swoim pokoju. Kiedy tylko na chwilę usiądę i nie daj Boże wezmę telefon do ręki moje dziecko na mnie wisi. Wchodzi na głowę, dosłownie. Ciągnie mnie za szyję i szarpie za włosy. Pewnie tego też w jakimś stopniu potrzebuje. Czegoś w rodzaju siłowanek. Ale często mówię głośne i wyraźne: „Nie!” jeżeli nie mam na to ochoty.
Na Konferencji Bliskości podczas panelu dyskusyjnego poruszyłam właśnie ten temat. Czy będąc rodzicem bliskościowym jest „zdrowo” cały czas skupiać się na dziecku? Gdzie jestem ja i moje potrzeby? Która z nas na prośbę dziecka nie leci na łeb na szyję, przeskakuje górę prania żeby podnieść dziecku nożyczki, bo spadły?
Przytoczyłam ten artykuł jednej z prekursorek rodzicielstwa bliskości. Doszłyśmy do takich wniosków, że to każdy rodzic powinen nałożyć granice dla siebie, a nie dla swojego dziecka i je szanować.
Coraz częściej za Montessori próbuję odróżnić potrzeby od zachcianki i to ułatwia mi reakcję.
Kiedyś ludzie mieli o wiele mniej czasu wolnego. Właściwie od rana do nocy czymś byli zajęci. Teraz żyjemy w takich czasach, że uważamy, że i tak mamy go mniej, a tak chyba nie jest. Pamiętam jak dziś, że mój dziadek pracował od rana do nocy. My za nim biegaliśmy i wybieraliśmy mu pszenicę z wiadra.
Nikt się z nami nie bawił tak jak w dzisiejszych czasach. Myślę, że to wychodzi na dobre, bo uczy wielu przydatnych w dorosłym życiu umiejętności, a jednocześnie wzmacnia poczucie własnej wartości. Mimo tego, że jestem jedynaczką to „daję radę” i wiele razy słyszałam, że nie zachowuję się tak jakbym nie miała rodzeństwa.
Na placu zabaw spokojnie patrzę jak ktoś jej wyrywa zabawkę. Nie nazywam każdego grymasu twarzy uczuciem. Przytulam kiedy potrzebuje i kocham.
Niektórzy mówią, że jestem pod tym względem wyluzowana, a mi się wydaje, że normalna. To inni przesadzają…
*na zdjęciu dziecko moje zastane w piżamie, tutu i skrzydłach czyta sobie atlas i nazywa budowle świata
Jak już pewnie wiecie od grudnia Lilka ma swój pokój. My eksmitowaliśmy się do salonu. Powoli myślimy nad zaaranżowaniem jej przestrzeni.
Od dłuższego czasu szukam w internecie różnych rzeczy do jej pokoiku. Zależy mi żeby koncepcja była spójna i zgodna z zasadami przystosowanego otoczenia wg pedagogiki M.Montessori.
Staram się nie zaglądać na Pinterest, a indywidualnie stworzyć niepowtarzalne wnętrze, które będzie JEJ! Będzie stworzone tak, aby jak najbardziej umilić przebywanie w nim oraz ułatwić samodzielne funkcjonowanie. Przestrzeń nie jest duża, dlatego zadanie jest nieco utrudnione. Pomysłów mam wiele. Kilka projektów jest już w realizacji, ale wciąż szukam ciekawych ergonomicznych rozwiązań.
Mumla zauroczyła mnie totalnie i stwierdziłam, że idealnie wpasuje się w nasze wnętrze. Pościel jest cudowna! Miękka i bardzo przyjemna. Również da oka. Jest dwustronna przez może być świetnym rozwiązaniem dla osób lubiących zmiany.
Kilka słów o samodzielnym spaniu w swoim pokoju… Nie spodziewałam się, że Lilka tak szybko się do tego przyzwyczai. Przesypia całe noce, przychodzi do nas około 7.
Pytałyście mnie czy mamy łóżko czy materac. M. Montessori proponowała sam materac aby dziecku ułatwić wchodzenie, schodzenie i zminimalizować ryzyko upadku.
U nas te rozwiązanie by się nie sprawdziło, bo mamy zimną podłogą. Dodatkowo Lilka uwielbia wędrować po łóżku, więc ciężko by było jej z materaca się nie sturlać.
Nie jestem z niego zadowolona. A wręcz mnie denerwuje. Druty wbijają się w plecy podczas czytania, nie da się założyć na nie blokady… Jeżeli znajdę coś godnego uwagi to rozważę zmianę.
Te zdjęcia to już tylko wspomnienia… Lilka przestaje spać w dzień! Blogu pisz się sam:)
Pościel – Mumla Confetti z prześcieradłem
Krzesełko- Les Gambettes
Lampka Beaba
Książki – Jabłonka Eli, Kwiaty Eli – Zakamarki
Coraz częściej dostaję od Was e-maile z prośbę o radę – kiedy do logopedy? Często Wasze wątpliwości dotyczą rozwoju mowy. Nie jestem w stanie zdiagnozować dziecka przez internet, ale Wam po tej lekturze będzie łatwiej podjąć decyzję, czy to jest już odpowiedni moment.
Każde dziecko rozwija się w indywidualnym tempie. Nie porównujmy dzieci do siebie.
W dzisiejszym poście postaram się jak najbardziej wyczerpująco odpowiedzieć na pytanie „Kiedy warto udać się do logopedy?”
Jeżeli odczytujemy dane dla dziecka 3-letniego, to najpierw przeczytajmy punkty znajdujące się powyżej
Zapraszam po Ksiażki dla najmłodszych wspierające rozwój mowy
Tu znajdziecie więcej informacji na temat Rozwój mowy dziecka do 2 roku życia
Zapraszam też na obszerniejszy wpis Jak wspomagać rozwój mowy
i koniecznie zobaczcie Badania słuchu
Mam nadzieję teraz już trochę rozjaśniłam odpowiedź na pytani kiedy do logopedy!
Dziś pogoda byle jaka. Lekko na plusie, buro i ponuro. Lilka spogląda przez okno i wypatruje dzieci. Na próżno.
Dzieci w taką pogodę nie wychodzą na podwórko, przynajmniej u nas. Siedzą w domu i wchodzą rodzicom na głowy. Dosłownie.
Często ta informacja podawana rodzicom na zebraniu wprawia w ich osłupienie, a nawet wznieca protest. „Jak to? W taki ziąb? Poprzeziębiają się tylko. Po co?” -słychać w tylnych rzędach.
A po to żeby się hartować. Po to żeby doskonalić samoobsługę. Powodów jest wiele. Często samo ubieranie trwa dłużej niż sam pobyt na zewnątrz. Samodzielne smarowanie buzi kremem często dla niektórych jest bardziej przyjemne niż jeżeli robi to Pani.
Moja znajoma ostatnio mi opowiadała, że dzieci jej koleżanki w Skandynawii śpią w wózkach na podwórku do -10. Ten fakt w ogóle mnie nie zdziwił. Ale myślę, że takie praktyki nie przeszłyby w Polsce. Może i by ktoś się odważył, ale byłby bohaterem u Jaworowicz.
W okresie zimowym często wspominam moje ferie u babci na wsi. Nie mieliśmy wiatroodpornych i woodopornych kombinezonów ani kremów do twarzy, a radziliśmy sobie świetnie. 3 pary rajstop plus sztruksy dobrze trzymały ciepło. Kurtki po starszym rodzeństwie sięgały do kolan i lepiej chroniły przed zimnem. Na podwórku potrafiliśmy być aż do zmroku. Po kilka godzin tarzać się w śniegu. Jeździliśmy w za dużych łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Graliśmy w hokeja zwykłymi patykami. Za krążek służył nam zaschnięty krowi placek. Mieliśmy tylko jedne sanki, dlatego dziadek wypychał nam nylonowe worki po nawozach sianem, związywał i tak ślizgaliśmy się jak na bobslejach (prędkość podobna). Wracaliśmy przed zmrokiem z bordowymi policzkami do domu. Przed wejściem miotłą każdy zgarniał z siebie grudy śniegu przymarznięte do ubrań. Wtedy szybko wskakiwaliśmy na ścianówkę i grzaliśmy ręce ciepłą herbatą. Na podwórko chodziliśmy codziennie!
I trochę mnie dziwi to niewychodzenie na podwórko jeżeli termometr wskazuje temperaturę niższą niż 10 st na plusie. Nie będę rozpisywać się o przegrzewaniu, bo to już było.
Z roku na rok, ubieram Lilkę coraz lżej, bo coraz więcej się rusza.
A sama sobie kupuję coraz cieplejsze ubrania, bo jestem zmarźluchem. Elegancki płaszczyk i pantofelki zamieniłam na pikowany „śpiwór” z futrem i Emu.
Aż zasnęła:)
Moje Podlasie:
Tej zimy w końcu zdecydowałam się na porządny śpiwór do wózka. Bardzo żałuję, że dopiero teraz, bo jest od urodzenia, a nam wystarczy jeszcze na następną zimę. Ekstremalnie ciepły Lodger
Buty Mrugała – tu
Sanki baranie rogi – Allegro
Panterowa czapa – sale H&M
*na zdjęciach moje siostry cioteczne i jeden brat 🙂
…wesołych Świąt- BANAŁ!
Nadchodzą wyjątkowe chwile. W rodzinnym gronie usiądziecie razem przy wigilijnym stole. Będzie wzruszająco i ciepło, czasem nerwowo. Dzieci biegające po domu, przyjemna woń czerwonego barszczu i kutii to moje zapachy z pierwszych lat życia. Na prawdziwej choince ozdoby naznaczone znakiem czasu… Mikołaj ze zbitą ręką i szyszki, z których brokatowy śnieg już dawno się osypał. Dla mnie najpiękniejsze!
Obowiązkowo na gałązkach wisiały cukierki czekoladopodobne z galaretką albo już same papierki po cukierkach…
Życzę Wam abyście spędzili te najbliższe dni z ukochanymi osobami i spędzili je spokojnie. Żeby nie zabrakło Wam czasu na przypomnienie swoich Świąt z dzieciństwa.
Tak jak Lila spogląda w lustrzaną bombkę tak i ja będę patrzeć w przeszłość. W te cudowne lata, które sprawiły, że tak lubię ten czas.
Wczoraj rozmawialiśmy z tatą męża ( rocznik 39′) o tym jak kiedyś wyglądały Święta. Nie było choinki, nie było prezentów. Czasami dzieci dostawały cukierka.
Z ciekawości zapytałam Lilę co wolałaby otrzymać: Lego czy cukierki?Bez chwili zastanowienia wykrzyknęła : ” cukierrrrki!!!”
Dało mi do myślenia…tak niewiele trzeba do szczęścia. Dzieci nie potrzebują sterty prezentów, a uwagi i czasu.
A jak ktoś wyciągnie małego cukierka to uwierzcie mi będą właśnie za 30 lat pamiętać ten jeden cukierek…
Z wypiekami jest u mnie różnie. Zazwyczaj robię coś na specjalne okazje. Nie ma u nas ciasta w niedzielę po obiedzie (nad czym trochę ubolewam) i postanowię się poprawić.
Natomiast jak są święta, urodziny, imieniny wtedy wyciągam moje książki kucharskie lub odpalam niezawodną kwestięsmaku.com i szukam inspiracji.
Od niedawna mam nową książkę i trochę częściej do niej zaglądam. Jest to zbiór przepisów na różne okazje oraz bez okazji. Świetne pomysły na szybkie śniadania oraz małe przekąski do kawy. W ubiegłym roku kupiłam mamie i teściowej poprzednią książkę tej autorki i były bardzo zadowolone. Ja również:)
1/2 szklanki razowej mąki orkiszowej
1 szklanka maślanki
1 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
2 duże jaja
2 1/2 cukru trzcinowego lub syropu z agawy
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
2 gruszki, obrane, starte na tarce o dużych oczkach
Wszystkie składniki mieszamy widelcem. Na koniec dodajemy gruszki. Smażyć na patelni zwilżonej olejem na złoty kolor.
Przepis pochodzi z książki Doroty Świątkowskiej ( znanej blogerki ) „Moje wypieki i desery na każdą okazję” wyd. Egmont
Te bałwanki będziemy w tym roku robić zamiast pierniczków;)
Stalowe sztućce Beaba
Kubek i miseczka Beaba
Jednym z ogromnych plusów blogowania jest możliwość poznawania nowych ludzi. I nie mam na myśli kontaktów wirtualnych, a twarzą w twarz. Na Księżniczkę w kaloszach trafiłam stosunkowo niedawno, a na jej blogu poczułam się bardzo dobrze. Trochę nawet jak w domu.
Założyłam ciepłe kapcie, okryłam się kocem i z herbatą zimową jednym kliknięciem wprosiłam się w jej blogowe progi. Post za postem, a ja już od razu wiedziałam, że się dogadamy.
Jej punkt widzenia często pokrywa się z moim, mimo tego, że styl życia jest kompletnie inny. Ja wychowana praktycznie na wsi mam wciąż ciągoty do sielskiego życia. I ona na końcu świata, tam gdzie sygnał gps to bardzo pożądana rzecz.
Mieszkają nad stajnią, w samym środku… niczego. Porzucili miejskie życie żeby spełniać swoje marzenia. To widać, słychać i czuć. Dom z duszą, a nie z pinterestu z oknem z kuchni do stajni. Niesamowite.
Przeszłam przez bramę i nie odróżniłam owcy od kozy (!), kaczkę z gęsią też pomyliłam. Brakuje mi tego. Z ogromnym uśmiechem patrzę na nich, na ich syna, który ma możliwość bycia tak blisko natury. Tam gdzie rytm roczny wyznaczają pory roku, a nie wyprzedaże w Zarze.
Ich Stajnię Zamczysk mam zamiar odwiedzić jeszcze nie raz, bo tam znów mam wrażenie, że mam 5 lat.
Od dwóch tygodni pijemy bombowe koktajle.
Koktajle z bombową dawką wit. C.
Składniki:
Dziewczyny!
Pod jednym z wpisów pisałyście, że podajecie dzieciom aloes. Napiszcie coś więcej!
A tu wpis w którym opisuję dlaczego potrzebna ci jest Wyciskarka wolnoobrotowa
Dziś zrecenzuję Wam książkę duńskiego terapeuty i pedagoga Jespera Juula. O tym autorze mówiła również Agnieszka Stein na Konferencji Bliskości. „Twoje kompetentne dziecko” zaczęłam czytać już bardzo dawno, ale dopiero teraz JA sama czuję się kompetentna aby opisać Wam tę pozycję.
Myślę, że nie tylko dla rodziców. Wiele wątków okazało się pomocnych nie tylko dla mnie jako rodzica, ale i terapeuty, który pracuje z dziećmi i ich rodzinami. Pewnie się zdziwicie, ale ta książką dała również do myślenia mi jako żony.
Po lekturze, czuję, że nabyłam nowe KOMPETENCJE, a może je tylko odzyskałam?
Nie mam już wątpliwości czy pozwalam córce na zbyt wiele…
Już na pierwszych stronach odnalazłam odpowiedź na moje teraźniejsze problemy.
Płacze? to bunt dwulatka.
Nie chce się ubrać? to bunt dwulatka
Nie zjadło obiadu? to bunt dwulatka
U niektórych zaczyna się nawet ok. 18 m.ż.. Jeżeli będziemy źle postępować to może zakończy się wieku 18 lat, a może i nie.
Jesper Juul otworzył mi oczy… „Ja sama” „Ja nie chcę” „Lila nie lubi” to nie jest BUNT
Bunt będzie dopiero wtedy kiedy zaczniemy narzucać dziecku swoje zdanie i będziemy zawsze wiedzieć lepiej.
Cytat „Jeśli rodzic odniesie się do kiełkującej niezależności swego dwuletniego dziecka z niechęcią lub oporem, w ciągu kilku miesięcy dziecko albo zacznie się buntować- na opór odpowiadając oporem- albo całkowicie straci inicjatywę i stanie się jeszcze bardziej zależne”
Książka nie jest łatwa w odbiorze, uderza w samo sedno rodzicielskich błędów. Ja dzięki niej spojrzałam krytycznie na niektóre swoje zachowania. Zajęło mi to dość długo, ale teraz już wiem, że postępowałam źle. Najciekawsze jest to, że wcześniej się zastanawiałam:” Czy aby na pewno dobrze postępuję?” Dałam się ponieść konwenansom , a nie słuchałam siebie.
„Musimy traktować ich tak, jak chcemy by traktowali swoje dzieci” Widzicie jakie to proste?
Myślę, że nie wszyscy rodzice są gotowi na tę książkę. Wiecie dlaczego? Bo będą się bali, że dzieci „wejdą im na głowę”. Dzieci mają być grzeczne (czyt. uległe). J. Juul obala ten mit! Nie ma takiej potrzeby żebyśmy rządzili dzieckiem.
W jednym z rozdziałów autor pisze o poczuciu własnej wartości, wierze w siebie oraz o tym, że te terminy często są ze sobą mylone. Pamiętacie mój post Kocham, nie chwalę? W komentarzach wiele z Was miało wątpliwości co do skuteczności tej metody. Polecam właśnie Wam przeczytanie tej lektury. Wiecie, że nadmierne pochwały w stylu „wspaniały „cudowny” „fantastyczny” mogą przynieść więcej szkody niż pożytku? Te słowa nie wzmacniają wiary w siebie…
Juul nie tylko krytykuje złe zachowania, ale również tłumaczy jak postąpić inaczej. Dlatego ta książka jest trudna. Pozwala zrobić rachunek rodzicielskiego sumienia, ale również krzepi. Nikt nie jest idealny. Dziecko potrzebuje prawdziwego rodzica z trudnymi emocjami, ze złym humorem, z bolącą głową, popełniającego błędy…
A teraz o rozdziale, który ciągle przepracowuje w głowie.
Juul podaje IMO rewolucyjne rozwiązanie. Zamiast nakładać ograniczenia na dzieci, wytyczmy granice dla siebie.
„Uniwersalny zestaw zasad nie istnieje. Rodzice muszą nauczyć się ustalać SWOJE indywidualne granice w relacjach z dziećmi. Innymi słowy muszą zbudować własny autorytet, a nie sprawować władze autorytarną”.
Ja już od jakiegoś czasu miałam to w głowie. Juul nazywa to „automatyczną rodzicielską sekretarką”. W sytuacjach kryzysowych zadaję sobie kilka pytań:
„Czy rzeczywiście wierzę w to co mówię?
Które z moich uwag są zbyteczne? Które zostały przejęte od moich rodziców lub dziadków”
Język osobisty… to jest to z czym mam problem. Na podstawie tej książki uczę się używać czasownika „chcę” zarówno w rozmowie z dzieckiem jak i ze sobą.
Świetnie Jull obrazuje ta słowa scenką: Dzwoni telefon, a dziecko nie daje mamie powiedzieć ani słowa.
„Simon, mamusia chciałaby usłyszeć co ciocia mówi przez telefon”- te słowa mówią dziecku, że nie szanuję swoich granic możesz robić co chcesz.
„Simon, chcę żebyś był cicho, kiedy rozmawiam z ciocią” te słowa wyznaczają moją granicę i proszę Cię żebyś je uszanował.
Powiem szczerze, że mam z tym problem. Język osobisty jest u mnie do przepracowania!
Jeszcze jedno stwierdzenie mam do przerobienia. Nie wiem jak Wy, ale często zdarza mi się zwracać do mojego męża „Tato”, a o sobie w rozmowie z nim mówię „Mama”. Juul radzi żeby wyjść z roli. „Jeżeli kobiecie nie podoba się sposób jak jej mąż pomaga synowi w lekcjach, ważne jest, aby podeszła do niego jako jego żona, partnerka , a nie jako matka swojego dziecka”. Rewolucyjne, prawda?
Dlaczego rodzice mają podwójną moralność? Jeżeli relacje ze swoimi dziećmi są dobre to znaczy, że są dobrymi rodzicami. Jeżeli nie układają się pomyślnie to znaczy, że dziecko jest złe. Nie, dziecko nie jest złe! To my- dorośli źle postępujemy. Książka „Twoje kompetentne dziecko” jest właśnie przewodnikiem jak odzyskać bądź nabyć kompetencje do współdziałania z dziećmi.
Jesper Juul „Twoje kompetentne dziecko” – wydawnictwo Mind
Jakiś czas temu dostałam e-mail. Niby taki zwykły, ale nie do końca. Pewna osoba napisała kilka miłych słów na temat mojego bloga. Między wierszami padały słowa „piękne zdjęcia, interesujące pomysły…” „wyróżnia się wśród innych”.
Czytałam słowo za słowem i z coraz większym zaciekawieniem przewijałam tekst. Poproszono mnie o przesłanie numeru telefonu. Z wielką niecierpliwością czekałam na sygnał komórki. W końcu zadzwonił! Od słowa do słowa rozmawiałyśmy o mnie, o moim blogu, o jego wartości edukacyjnej i estetycznej.
Cieszę się ogromnie, że ktoś docenia moją pracę. Uwierzcie mi, wpisy nie powstają w godzinę, dwie. Same zdjęcia, tekst, edycja zajmuje mi sporo czasu. Mogę śmiało powiedzieć, że blog zajmuje 70 % mojego wolnego czasu i dlatego jak otrzymuję taki telefon, e-mail to czuję, że warto!
Pani powiedziała, że chcą przysłać nam prezent. Hmmm lubię prezenty, nawet bardzo! A prezenty niespodzianki to już w ogóle!
Więc pomyślałam: „Dlaczego nie?” i się zgodziłam. Ale oczywiście zapytałam: „A co będzie jak nam się nie spodoba?”. Pani spokojnym tonem odpowiedziała, że przejrzała cały mój blog i wie jakie rzeczy mi się podobają. „Wow”- pomyślałam!
Kiedy Pani zadzwoniła ponownie (dzień przed urodzinami Lilki), że chcą dziś nadać paczkę i pytała w jakich godzinach będę w dniu jutrzejszym w domu. Niestety nazajutrz wyjeżdżaliśmy i zapytałam, czy w takim razie mogę sama odebrać prezent? Pani się zgodziła i podała adres.
Lekko podekscytowana pojechałam w kierunku Mokotowa. Weszłam do środka i oniemiałam… Chodziłam od półki do półki. Oglądałam, dotykałam i podziwiałam.
Jestem wzrokowcem, dlatego zakupy w internecie nie są dla mnie. Uwielbiam zakupy w sklepach stacjonarnych. Czasami zupełnie inaczej prezentuje się dana rzecz niż w sieci. Nie wiedziałam, że ten sklep internetowy ma showroom, który jest wyposażony w prawie wszystko to co jest na stronie. Kiedyś kupiłam u nich Tulę, taki model jakiego nikt nie miał i zamówiłam kuriera. Nie zdawałam sobie sprawy, że sklep stacjonarny jest 3 km ode mnie;)
To Fabryka wafelków Ten sklep znajduje się blisko Ogródka Jordanowskiego na Odyńca
Odebrałam paczkę i popędziłam do domu.
Razem z Lilą otworzyłyśmy pakunki…. iiii tak, jak pewnie się domyślacie były tam same pięknie rzeczy i w NASZYM stylu. Pomyślałam sobie wtedy, że ktoś włożył naprawdę spory wysiłek żeby wpasować się w nasz gust. Zrobiło mi się bardzo miło.
Jesteście pewnie ciekawi co było w tej paczce. Uchylę Wam rąbka tajemnicy i pokażę troszeczkę… W całości pojawią się niedługo na blogu:)
Zdjęcie z naszego konta na Instagramie
Pamiętacie „Konkurs na zdrowe śniadanie z Beaba”?
Przysłaliście mnóstwo świetnych przepisów. Wybrałam z nich kilka, wypróbowałam i stworzyłam razem z Beaba e-book do pobrania za darmo dla Was.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba:)
ebook <—- kliknijcie tu żeby pobrać
Jako, że Worpress pracuje w trochę innej technologii niż Blogger postanowiłam przenieść listę najpopularniejszych wpisów z Liliija.
Oto lista:
1. Alternatywny kalendarz szczepień
2. Jakie wybrać kredki?
3. Efekty BLW
4. Lekka spacerówka, nasz wybór
5. Fotelikowy zawrót głowy
6. Nasz pierwszy dzień w pracy
7. 10 tekstów dorosłych, które działają mi na nerwy
8. Tulletomania
9. Jak wspomagać rozwój mowy
10. Kocham, nie chwalę
A Wam, który wpis podobał się najbardziej?
Wczoraj zrobiłam ciasto, które już po pierwszym kęsie skradło moje serce
Kasze ugotować w lekko osolonej wodzie w proporcji 1:2 aż kasza wchłonie całą wodę. Po ugotowaniu przestudzić i zblendować na budyń. Ja od razu zmiksowałam z jajkami i oliwą. Masa musi być gładka.Potem dodać, resztę składników, jeszcze zmiksować i wylać na blachę wysłaną papierem do pieczenia.Na wierzchu ułożyć maliny, orzechy i piec w 180 st. przez 40-45 min albo do „suchego patyczka” .Uwaga! Uzależnia! Smacznego:)
.A tu macie przepis na najlepsze Ciasto mojej mamy
Czyli to co słyszę prawie za każdym razem jak ktoś widzi L. podczas rysowania, jedzenia a nawet dłubania w nosie i patrzy na mnie z politowaniem.
Jak rozwija się lateralizacja?
Praworęczność jest już ustalona około 2 – 3 r. ż, a leworęczność ok 3 – 4 r. ż. J. Bauer twierdzi nawet, że najpóźniej w 13 miesiącu życia dzieci praworęczne dokonują wyboru ręki przez gest wskazania palcem.
Jak widzicie jest to proces bardzo złożony. Rozwój lateralizacji przebiega wielostopniowo. Dlatego wciąż nie rozumiem osób, które wyjmują dzieciom kredki lub łyżki z lewej ręki. Dominującej prawej półkuli u osób leworęcznych nie da się oszukać. Jeżeli kiedykolwiek ktoś wróci uwagę Waszemu dziecku to powiedzcie jej, żeby sam wziął widelec do niedominującej ręki i zaczął jeść. Tak naprawdę jedynym ruchem wymaganym społecznie od osób leworęcznych jest podanie na „dzień dobry” ręki prawej.
Leworęczność nie jest czymś co utrudnia życia. W dzisiejszych czasach są nawet nożyczki, myszki, a nawet gitary dla leworęcznych osób. Odkryłam również sklep z gadżetami dla leworęczych (nie lubię słowa „mańkut”) tu.
OKO
UCHO
NOGA
Najlepiej żeby lateralizacja była jednorodna, czyli np. lewostronna lub prawostronna. Problemy zaczynają się wtedy gdy mamy np. dominujące lewe oko, prawą rękę, lewe ucho i prawą nogę (jak mój mąż np.). Utrudnia mu to wiele codziennych czynności.
Sami możecie wykonać sobie orientacyjne badanie lateralizacji
Co ciekawe jeżeli masz wadę wzroku lub słuchu, to i tak dominacja się utrzymuje.
p.s. Są te badania jedynie orientacyjne. Jeżeli macie wątpliwości co do lateralizacji Waszych dzieci od lat 6, warto skonsultować się ze specjalistą.
Zęby. Mogłoby się wydawać, że wiemy o nich wszystko, a jednocześnie to samo wszystko wydaje się czarną magią. Dziś opowie Wam o nich i ich pielęgnacji lek.dent. Karolina Jaroch
Zawiązki zębów powstają już w życiu płodowym, pod koniec drugiego miesiąca zaczynając od mleczaków. Proces niezwykle długotrwały, bo ostatnie zawiązki – zębów mądrości -kształtują się w piątym roku życia.
Fakt niezwykle ważny, biorąc pod uwagę, że przez ten cały czas, wiele czynników ma wpływ na to, czy ząb powstanie, jakie będą jego właściwości, a przede wszystkim – czy będzie na tyle „mocny” by nie poddać się działaniu kwasów bakteryjnych, a tym samym – próchnicy.
Żeby zrozumieć celowość swojego postępowania trzeba zrozumieć istotę próchnicy. Dlaczego tak jest, że próchnica czasem powstaje, a czasem nie? Wpływają na to cztery czynniki: podatność tkanek zęba, płytka nazębna zawierająca bakterie próchnicotwórcze, substraty dla produkcji kwasów, czyli najczęściej cukier oraz czas przez jaki ten cukier będzie znajdował się w jamie ustnej.
Niezmiernie ważną rolę w kształtowaniu tkanek zęba ma żywienie. Nie jest to żadna nowość. Natomiast nie każdy zdaje sobie sprawę z tego jak wiele składników żywienia ma wpływ na ten proces. Nie będę zagłębiać się w to, jakie skutki wywołują braki poszczególnych substancji, gdyż artykuł nie miałby końca, nie mniej spróbuje nakreślić ogólny zarys całej sytuacji 😉
Na początek weźmy pod lupę okres płodowy. Już matka ma wpływ na to jakiej jakości będą tkanki zęba. Oczywisty jest wpływ witamin, z resztą nie tylko na zęby. W przypadku zębów najistotniejszą rolę grają witaminy: A, C oraz D. Odpowiadają za tworzenie mikrostruktury szkliwa, zębiny, miazgi – czyli tego, z czego składa się ząb oraz za jakość kości, w której zęby tkwią. Niezwykle ważny jest także odpowiedni stosunek węglowodanów, białek oraz tłuszczy.
Badania wykazały, że kobiety, które w ciąży spożywały duże ilości węglowodanów prostych, a zatem słodyczy rodziły dzieci o znacznie bardziej podatnych na próchnicę zębach. Jeśli chodzi o mikroelementy, ważne są tu: żelazo, miedź, cynk, mangan, magnez i oczywiście: wapń i fosfor. Jednym słowem, aby nasze dziecko miało zdrowe zęby obowiązuje racjonalna, pełnowartościowa dieta. Zasady te tak samo obowiązują w komponowaniu diety już narodzonego dziecka. Mleko matki bądź też mleko modyfikowane dostarcza tych substancji w okresie noworodkowym i niemowlęcym, natomiast rozszerzając dietę dziecka o zapotrzebowanie na to substancje muszą zadbać rodzice.
Jeszcze kilkanaście lat wstecz stosowano endogenną (doustną) profilaktykę związkami fluoru, podając dzieciom krople czy też tabletki fluorkowe, fluorkując wodę, sól kuchenną, a nawet mąkę. Obecnie nie ma to medycznego uzasadnienia, ponieważ sumaryczna ilość fluoru, jaką obecnie przyjmują dzieci, którą źródłem jest m.in. woda czy ryby morskie, a także ilość fluoru dostarczana w pastach do zębów jest dostateczna, do prawidłowego rozwoju zębów.
Fluor jest niezbędny, aby tkanki zęba były bardziej odporne na próchnicę, wynika to z tego, iż związki chemiczne tworzące szkliwo są mniej rozpuszczalne w kwasach, niż te, które w swojej strukturze fluoru nie zawierają. Jednak jak ze wszystkim – nadmiar szkodzi. Objawia się to tzw. fluorozą, która jest efektem przewlekłego zatrudnia fluorem. Obraz zęba dotknięty fluorozą może być różny – począwszy od białych, matowych plam, linii, cętek przez żółtawo-brązowe przebarwienia szkliwa, aż po całkowity jego brak.
Fluorotyczne plamy cechują się mniejszą podatnością na próchnicę, niż pozostałe szkliwo, stanowią jednak problem estetyczny. Natomiast pozostałe zmiany są wynikiem niedostatecznej mineralizacji (szkliwo jest „słabsze”) bądź jego zmniejszenia jego ilości i tu problem staje się poważniejszy. Należy pamiętać, że fluoroza dotyka jednak znacznie częściej zęby stałe, niż mleczne. Wynika to między innymi z tego, iż stężenie fluoru we krwi ciężarnej, gdy trwa mineralizacja zębów mlecznych jest zbyt małe by fluor przeniknął przez łożysko, ponadto okres mineralizacji mleczaków jest krótszy niż zębów stałych.
Należy używać odpowiedniego stężenia oraz odpowiednich past do zębów. Jednak nie chodzi tutaj o te zęby, które już się wyrznęły, ale o te, które jeszcze znajdują się w kości, ponieważ jak nie jedna mama się już na pewno przekonała – większość pasty nie jest wypluwana, a zjadana.
Przejdźmy teraz do posterytuptywnego wpływu żywienia, czyli co należy jeść, aby zęby były zdrowe już po ich wyrznięciu. Zacznijmy od tego, iż fakt, że ząb pojawił się w jamie ustnej nie oznacza, że jest to ząb całkowicie ukształtowany. Wyrzynając się ząb posiada ok. ½ostatatecznej długości korzenia, więc wciąż obowiązują zasady wspomagania tworzenia zdrowych tkanek zęba „od wewnątrz”, natomiast od tego momentu koniecznym jest też zadbanie o niego od strony jamy ustnej.
Po wyrznięciu mamy do czynienia z tzw. „posteruptywnym dojrzewaniem szkliwa”. Polega to na tym, iż dochodzi do zamiany różnych jonów w strukturze szkliwa oraz jego przebudowy, w którym biorą udział zarówno związki zawarte w pożywieniu, jak i te, które bezpośrednio będą kontaktować się z zębami.
Natomiast nie chodzi o byle jaki cukier, a o sacharozę, czyli nasz kuchenny kryształ. Następna w kolejce jest glukoza. Myślę, że każdy wie jak to działa. Bakterie przetwarzają cukier na kwasy, kwasy rozpuszczają tkanki zęba. Jednak ważny jest nie tylko rodzaj cukru, ale także jego forma. Na przykład – nieoczyszczone ziarna zbóż czy jedzenie kawałków jabłka powodują, że w wyniku żucia dochodzi do mechanicznego oczyszczania powierzchni zęba z tzw. płytki nazębnej, co jest zjawiskiem pozytywnym.
Rozpatrując możliwości oczyszczania powierzchni zęba najbardziej negatywny wpływ będą miały produkty pokroju ciastek. Dlaczego? Ponieważ zawierają sacharozę, a w połączeniu z lepką strukturą przetworzonej skrobi przyklejają się do zębów dając bakteriom pole do popisu. Nie mniej zaskakującym faktem jest to, iż karmel został uznany za zdrowszy od wyżej wymienionych ciastek 😉 W badaniach nie okazał się tak próchnicotwórczy jak się spodziewano.
Nie polecam chemicznie syntetyzowanych słodzików typu aspartam, ponieważ do dziś nauka nie może zając jednoznacznego stanowiska co do ich szkodliwości, natomiast polecałabym sorbitol, a przede wszystkim ksylitol. Są słodkie, a bakterie nie są w stanie lub tylko w niewielkim stopniu mogą przetworzyć je na kwasy.
W powstawaniu choroby próchnicowej niezwykle ważna jest częstotliwość spożywania cukru, co przekłada się na wymieniony na początku czas jego bytowania w jamie ustnej.
Wróćmy jeszcze do fluoru – jak działa przed wyrznięciem zęba już wiemy. Natomiast po wyrżnięciu jest też dostarczany w pastach do zębów, a później także i w innych produktach. Nie będę rozdrabniać się nad mechanizmami, jakie rządzą wpływami fluoru w tym okresie. Przejdę do profilaktyki.
Kiedy zacząć dbać o higienę jamy ustnej? Od samego początku. Zanim jeszcze pojawią się zęby, zalecane jest oczyszczanie zachyłków jamy ustnej z resztek mleka gazą nawilżoną solą fizjologiczną, przegotowaną wodą bądź też rumiankiem. Wydaje się to nielogiczne, przecież dziecko jeszcze nie ma zębów. Ale gdy przyjrzymy się bliżej sprawie – bakterie bytują nie tylko na zębach, ale również na błonie śluzowej jamy ustnej oraz w ślinie.
Bakterie próchnicotwórczecechują się tym, iż lubią wszelkie resztki pokarmowe, a w tym cukier. Im mniej pozostanie go w jamie ustnej, tym większe prawdopodobieństwo, że takich szczepów bakteryjnych rozwinie się mniej.
Możemy dalej posługiwać się gazą, dostępne są też specjalne szczoteczki z tworzyw sztucznych do nakładania na palec. Jeden raz dziennie to absolutne minimum. Najkorzystniej byłoby oczyszczać żeby po ostatnim karmieniu przed spaniem. Jest to jednak dość problematyczne biorąc pod uwagę, że zwykle niemowlę zasypia, a takie manipulacje w buzi najprawdopodobniej je obudzą. Płytka nazębna staje się szkodliwa, kiedy ma 24 godziny. Jeśli więc raz dziennie, w dzień oczyścimy zęby maleństwa, powinno wystarczyć.
Kiedy brzdąc skończy rok należy zakupić szczoteczkę do zębów (dziecięcą – mają krótsze trzonki i mniejszą część pracującą oraz miękkie włosie – nie trudno je odróżnić na sklepowych półkach). Dzieci uczą się poprzez naśladowanie, zatem korzystnie jest zabierać ze sobą dziecko do łazienki, kiedy sami idziemy szczotkować zęby. Szczoteczkę trzeba dać dziecku, pamiętając jednocześnie, żeby mieć na malucha na oku! Do trzeciego roku życia jest to co prawda bardziej forma zabawy, nie mniej w przyszłości zachęci pociechę do używania szczoteczki. Aby maluch nie zrobił sobie krzywdy, można zakupić szczoteczkę z ogranicznikiem.
Dla „Zoś-samoś”polecam szczoteczki dziecięce o przedłużonym trzonku, gdzie rodzic szczotkuje zęby maluchowi razem z nim.
Nie ma konkretnych wytycznych co do tego. Ogólnie uznaje się, że momentem kiedy wprowadzamy pastę jest ten, w którym dziecko nauczy się świadomie wypluwać, a także płukać jamę ustną. Zwykle ma to miejsce około 2 roku życia. Ostatnio zalecane jest „muśnięcie” włosia szczoteczki nawet wcześniej, co ma na celu zachęcenie dziecka do szczotkowanie zębów. Bez obaw – taka ilość pasty nie będzie w stanie wywołać fluorozy. Pasty dla dzieci różnią się od tych dla dorosłych przede wszystkim stężeniem fluoru. Poniżej przedstawiam jeden z zalecanych schematów wprowadzania środków i przyrządów do higieny jamy ustnej:
– od 18 m.ż. do 3 r.ż. 400-500 ppm F¯ ; szczoteczka miękka; szczotkowanie minimum 1x dziennie
– od 3 do 6 r.ż. 400-500 ppm F¯ ; szczoteczka miękka; szczotkowanie 2x dziennie
– od 6 do 11 r.ż. 1000 ppm F¯ ; szczoteczka miękka lub średnia; szczotkowanie 2x dziennie ; gdy wyrzną się pierwsze stałe zęby trzonowe można wprowadzić nitkę dentystyczną do oczyszczania przestrzeni międzyzębowych
– powyżej 11 r.ż . 1250 – 1500 ppm F¯ (czyli standardowa pasta dla dorosłych) ; szczoteczka średnia; szczotkowanie 2x dziennie; nitka dentystyczna
Jeśli zaś chodzi o ilość pasty – do 3 r.ż. zalecane jest wcześniej wspomniane „muśnięcie” włosia szczoteczki. Natomiast im dziecko starsze, tym ilość pasty zwiększamy. Nie przekraczając jednak ilości odpowiadając ziarnku groszku. Jeśli zaś chodzi o technikę szczotkowania zębów, najlepiej zapytać o to dentystę, gdyż jest to dość trudne do przekazania w takiej formie 😉 Należy wspomnieć, iż rodzice powinni kontrolować jakość oczyszczenia zębów aż do 12r.ż.
Wyżej wymienione zalecenia są oczywiście ogólne i powinny być dostosowane do możliwości manualnych oraz indywidualnego rozwoju dziecka.
Ostatnią kwestią jaką chciałabym poruszyć jest to, jak dziecko zachęcić do tego wszystkiego.
Jak najwcześniej wprowadzić przybory do oczyszczania zębów w środowisko dziecka. Jeśli nagle trzylatek dostanie szczoteczkę i odgórny „przykaz” szczotkowania zębów, raczej będzie to ciężka współpraca.
Dziecko powinno przyglądać się rodzicom podczas szczotkowania zębów, musi być to coś całkowicie normalnego w mniemaniu malucha.
Dzieci lubią rutynę w codziennych czynnościach. Rodzice nie powinni więc odpuszczać mycia zębów, nawet jeśli wieczorne zabawy były maksymalnie wyczerpujące. Nigdy nie można straszyć brzdąca. Słowa „Jeśli nie umyjesz zębów zjedzą je robaki”… Albo: „Jeżeli nie będziesz szczotkować zębów, to wszystkie powypadają” – raczej nie napawają optymizmem.
Wybór szczoteczek do zębów, kubków do płukania jamy ustnej i stojaków na przybory higieniczne jest tak bogaty, że każdy fan spidermana, batmana, księżniczek i innych znajdzie coś dla siebie.
Pasty do zębów dla dzieci. Kolorowe opakowania, przyjemny smak, a same pasty posiadają nawet brokat 😉. Pamiętajmy jednak, że słodka pasta do zębów wiąże się z tym, że maluch będzie chciał wsunąć całą tubkę pasty… To może być tragiczne w skutkach!
Szczoteczki elektryczne. Z jednej strony też mogą zmotywować dziecko do dbania o higienę. Pamiętajmy tylko, że szczoteczki te wydają dość charakterystyczny dźwięk, mogący malucha wystraszyć!
Książki, kolorowanki oraz bajki o szczotkowaniu zębów – często również przemawiają do dzieci.
2. Pasta bez fluoru Jack&Jill
3. Klepsydra z Krecikiem
4. Szczoteczka Jack&Jill
5. Kubek Petit Jour Paris
6. Stojak z klepsydrą Vilac
7. Kubek Petit Jour Paris
8. Uchwyt na szczoteczkę Kikkerland
Dziś chciałabym Wam zaprezentować serię książek o perypetiach Basi i Franka. Pierwszą książkę kupiliśmy jak byliśmy nad morzem i od tamtej pory przybyło ich nam jeszcze cztery. Lila uwielbia tę serię. Książki mają twarde strony, więc nadają się również dla mniejszych dzieci.
Co mnie w nich urzekło? Przede wszystkim ilustracje. Proste, a zarazem ładne.
Tekst jest ciekawy, inny niż wszystkie. Basia i Franek są typowymi dziećmi, mają swoje problemy, humory i grymasy. Podoba mi się, że w tych książkach Franek płacze, stawia na swoim i inni jego zdanie szanują.
Najfajniejsze są wg mnie i Lilki „Basia, Franek i kolory” i ” Basia, Franek i zwierzęta”.
Seria o Basi i Franku – wydawnictwo HarperCollinsPolska
Idealne moim zdaniem dla dzieci w wieku 18+
A tu nasz „nowy” regał na książki.
Idealnej półki na książki szukałam około roku. Do tej pory trzymaliśmy BibLILOteczkę w koszykach:) Nie lubię stałych rozwiązań, więc szukam różnych alternatyw…
Ten regalik wyciągnęłam z naszej kanciapy. Służył nam kiedyś w łazience w wynajmowanym mieszkaniu. Kupiliśmy go w Ikei za 30 zł.
Po małym tunningu idealnie nadaje się na książki.
A tu wpis o najnowszych przygodach Basi
Kiedy tam wracam wszystkie wspomnienia odżywają… Mam przed oczami dziewczynkę, która ma długie rozwichrzone, czarne warkocze i grzywkę pod linijkę. Ubranie zazwyczaj brudne, potargane. Na kolanach strupy, strupki, strupeczki. Niektóre nie zdążą zniknąć, a obok już nowe pojawiają się w tempie ekspresowym.
e zagojone szybko są zdrapywane paznokietkiem, za którym jest ziemia pomieszana z sokiem z truskawek. Pachnie wiatrem i mlekiem prosto od krowy. Nogi ma podrapane od ścierniska. W rękach najczęściej ma kwiatki z łąki, patyk, a nawet scyzoryk.
To ja – prawie 25 lat temu na wakacjach u babci na wsi.
Mama mnie wychowała sama. Sama z pomocą jej rodziny. W ciągu tygodnia spędzałyśmy czas w naszym mieszkaniu w bloku, a w piątek po przedszkolu biegłyśmy na pociąg lub PKS. Wujek czekał na nas na stacji. Czasami jak się spóźniał to szłyśmy drogą przez las. Ja się trochę bałam, ale Mama zawsze umiała tak odwrócić moją uwagę, że o tym zapominałam.
Wujek przyjeżdżał po nas furą z koniem lub motorem (ja siedziałam zawsze w środku mocno go obejmując w pasie). Później miał już bordową Ładę. Babcia i dziadek mieszkali niedaleko lasu za wielkim dębem. Tam też mieszkali moje siostry cioteczne i brat /nie potrafię mówić na nich kuzyni/. Tylko zdążyłam się przywitać z babcią i dziadkiem od razu biegłam na podwórko. STOP. Mama dawała mi wcześniej ubranie na zmianę.
Zbierać jajka
Karmić świnki
Ganiać koguta
Grać w noża z moim starszym bratem
Jeść owoce i warzywa prosto z ogródka. Brudną ręką zajadać ogórki z solą.
Chlupać się w wodzie
Skakać na sianie
Jeść jajecznicę z 6 jaj prosto z patelni postawionej na schodach przed domem
Zimą grać w hokeja na zamarzniętym stawie (za krążek służył zamarznięty krowi placek)
Wieczorem grać z babcią w karty w durnia albo świnkę
Jeść kanapki ze świeżutkiego chleba z masłem i solą
Jeździć na koniu (na oklep)
Chodzić do lasu na jagody i wracać z fioletową buzią
Wbijać młotkiem gwoździe w ziemię
Przychodziliśmy do domu grubo po zmroku zadowoleni, brudni i bardzo pozytywnie zmęczeni. Nie pamiętam nawet żebyśmy oglądali bajki w tv. Wieczorem oczywiście były pertraktacje kto z kim śpi, bo łóżek było mniej niż osób. Zasypiałam szybko przykryta wielką pierzyną. Rano na śniadanie była najczęściej zupa mleczna. Ahhh ten smak.
Idę z Lilką za rękę przez park, ona zatrzymuje się przy kamieniach, żołędziach, patykach… Przykucnie nawet jak zobaczy mrówkę. Chce w niej pielęgnować tego wiejskiego ducha. Jedności z naturą.
Przed nami idzie babcia/opiekunka z chłopcem w wieku Lilki. Chłopiec nagle zatrzymuje się… coś zauważył. Schyla się po liść. Kobieta mocno wyszarpuje mu z ręki ten skarb, wyrzuca i krzyczy: ” Nie podnoś liści, one są BRUUUdne. Nie wolno”. Po czym bardzo mocno wyciera chusteczką nawilżaną jego małe dłonie.
A ja znów mam przed oczami tę dziewczynkę, która jest brudna od stóp do głów i … bardzo szczęśliwa.
Na zdjęciach Lilka ma butki Emel tu
Drugi zwycięski przepis w konkursie „Zdrowe śniadanie z Beaba” to:
Kaszka jaglana z malinami
1/2 szklanki wody1/2 szklanki mleka2 łyżeczki kakao4 łyżki kaszy jaglanejcukier/miód lub inny preferowany słodzik2 garście malinKaszkę zmielić w młynku do kawy – to można pominąć w zależności od preferencji.
Do garnka wlać wodę i mleko, dodać kaszę i kakao. Gotować około 15 na wolnym ogniu do miękkości co jakiś czas mieszając – czas gotowania jest zależny od stopnia zmielenia kaszy.Po ugotowaniu dodać cukier lub miód- ilość w zależności od preferencji. Dodać maliny – kilka zostawić w całości na wierzch, resztę zanieść z kaszą.
Kakao można pominąć
Nie znoszę kaszy jaglanej, a w tym przepisie zupełnie jej nie czuć.
Zwycięzca otrzymuje ten zestaw:
Skontaktuję się z Tobą e-mailowo
Wszystkim uczestnikom bardzo dziękujemy za udział. Niektóre przepisy wypróbuję i zmieszczę w ebooku:)
Jak już pewnie zauważyliście jesteśmy na nowej domenie. Jeszcze wszystko nie działa tak jak powinno, ale z czasem będzie idealnie.
Tymczasem nie zważając na różne przeciwności dodaję nowy wpis.
Na konkurs przyszło wiele świetnych przepisów, można by było z nich stworzyć książkę kucharską. Bardzo trudno było mi wybrać dwa, wg mnie najlepsze. Dlatego postanowiłam je również wypróbować.
Dziś pierwsze zdrowe śniadanie z Beaba
Omlet owsiano-bananowy
Wszystkie składniki miksujemy z pomocą blendera i na muśniętą oliwą patelnie wylewamy omlet.
Po usmażeniu polałam omlet syropem z agawy.
Bardzo szybkie, proste i pyszne danie!
Gratuluję zwycięzcy, odezwę się do Ciebie meilowo.
To zestaw dla Ciebie
A teraz mam pytanie do wszystkich uczestników. Razem z marką Beaba chcemy wydać kilkanaście przepisów w formie ebooka. Będzie można go pobrać z nebule.pl i strony Beaba. Co o tym myślicie?