kontakt i współpraca
Prezenty dla kobiet… Pewnie nie raz dostałyście prezent, który Was rozczarował. Pamiętacie to uczucie kiedy z ekscytacją zdzieracie papier i zębami rozwiązujecie supły na wstążkach (bo przecież szkoda paznokci)? Emocje sięgają zenitu i Waszym oczom ukazuje się coś czego zupełnie byście się nie spodziewały. Miną próbujecie rozegrać to w miarę polubownie, ale w głowie macie myśli: „Co to w ogóle jest?” „Przecież ja tego nie używam”, a z ust jak z automatu leci wiązka: „Dziękuję bardzo! No śliczne! Będzie mi pasowało do zielonej bluzki z gruszką, którą dostałam od Ciebie rok temu”. Nikt nie chce robić nikomu przykrości i dla zachowania przyjaznej atmosfery dziękujemy, uśmiechamy się trochę na siłę i wrzucamy taki podarek na dno szafy.
post sponsorowany przez Zalando
Znam wiele osób , które nie potrafią kupować prezentów. Jedną z nich jest mój towarzysz życia. Po wielu wpadkach (złoty medal Queen Bitch etc.) się poddał. Zwyczajnie, któregoś dnia wywiesił białą flagę i powiedział, że mam sama wybierać sobie prezenty, a najlepiej to mam sama sobie kupić i zapakować.
Może jeszcze sama sobie mam go dać? No i co mam zrobić skoro bardzo lubię niespodzianki? Oczywiście takie trafione. Nie wiem czy Wasi mężczyźni też tak mają, ale mój nie potrafi czytać między wierszami i kiedy jesteśmy w sklepie, coś mi się spodoba i nawet pójdę do przymierzalni – to on siedzi wlepiony w telefon i klepie holenderskie słówka lub robi Mobilny Kurs Sommeliera.
Wychodzę z przymierzalni (a zbliżają się urodziny/Dzień Kobiet/Europejski Dzień Mózgu (18 marca)/Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę Płacy (22 wrzesień). Żaden gest ani uśmiech nie jest w stanie go naprowadzić na ten trop, że ja – towarzyszka życia upodobałam sobie daną rzecz na prezent.
Faceci są naprawdę z innej planety, bo kiedy już naprawdę biorę coś do przymierzalni i przy dobrych fluidach to coś na mnie pasuje to znaczy, że muszę i pragnę TO mieć. Żadna kobieta nie przegapiłaby tego blasku w oczach i mokrych z ekscytacji dłoni.
A mężczyznę? Najpierw muszę oderwać od telefonu, zaprowadzić, pokazać palcem i jeszcze rozmiar podać i dodać wielkim literami: „Chciałabym to dostać na urodziny”. Samo „Podoba mi się” nie będzie dla niego zbyt wymowne i zlekceważy ten komunikat. A już najlepiej to zrobić zdjęcie telefonem, dopisać sklep, rozmiar i wysłać MMS-em.
Możecie pomyśleć, że mój mąż mnie nie zna skoro nie potrafi mi kupić prezentu. Zna mnie i to bardzo dobrze, ale mamy inne gusta. On nie potrafi się wcielić we mnie i na zakupach spojrzeć na rzeczy moimi oczami i kiedy nie ma konkretnego pomysłu to woli nic nie kupić (bo dno szafy to nie Narnia i więcej nietrafionych prezentów nie przyjmie).
Anegdotka: Zachorowałam ostatnio na pewne buty. Kosztują sporo, więc ciągle o nich TYLKO myślę. Mam już do nich 5 różnych stylizacji i widzę oczami wyobraźni jak cudownie w nich wyglądam. Pokazuję je mężowi. On robi wielkie oczy i mówi: „No, takie miał Anaruk chłopiec z Grenlandii. Kupiłabyś sobie skórzane, do kolan, najlepiej na obcasie”. Taaaa, na plac zabaw nadają się idealnie.
Mam na niego mały haczyk. Czyta mojego bloga, codziennie. Komentarze również:) To prawie tak samo jakby czytał mój pamiętnik, wie co siedzi u mnie w głowie. Po ostatnim wpisie o Prezenty dla niej dostałam 2 miesiące później ozdobny pasek do aparatu, który był w inspiracjach. Czyli zadziałało. Za chwilę Walentynki, a lada dzień Dzień Kobiet, Dzień Matki i milion innych okazji, więc chciałabym zaktualizować moją listą z prezentami. Wiem, że macie podobny gust i również skorzystacie.
Poniżej przedstawiam moje typy na „bezpieczne” prezenty, które można kupić dyskretnie bez wypytywania o rozmiar lub wielkość.
Wpis powstał we współpracy z Zalando – sklepem, gdzie znajdziecie mnóstwo inspirujących pomysłów na prezenty: https://www.zalando.pl/pomysl-na-prezent/
Po więcej inspiracji na prezenty dla kobiet zajrzyjcie do wpisu Prezenty dla niej
Uwielbiam wyjazdy. Już sama świadomość, że za jakiś czas opuścimy nasze małe mieszkanie powoduje u mnie nie małą ekscytację. To właśnie w tym czasie jesteśmy tylko dla siebie i nadrabiamy ten, czas, który tak szybko leci pomiędzy śniadaniem, praniem, sprzątaniem i innym prozaicznymi czynnościami dnia codziennego. Lubię kiedy jest czas na wszystko, nikt się nie spieszy, mniej jest nerwów, a więcej rozmowy i wspólnego spędzania czasu.
A tu łapcie wpis, w którym omawiam Podlasie i wszystkie jego atrakcje!
Chciałam ten czas spędzić wyjątkowo, a nie na kanapie przed telewizorem. Dlatego doszłam do wniosku wraz z moim przyjaciółkami, że możemy ruszyć się gdzieś dalej. Nasze dzieci są już na tyle duże, że bez problemu odnajdą się w nowej sytuacji, a my przy okazji wypoczniemy, nagadamy się za wszystkie czasy i spędzimy fajnie Sylwestra. Wpadłyśmy na pomysł wyjazdu całą ekipą: 6 osób dorosłych, 2 dzieci i kot. Zaczęłyśmy poszukiwania miejsca idealnego.
Hotele nie wchodziły w rachubę, ponieważ cena z balem powaliła nas na kolana. A poza tym zależało nam żeby nie zamykać się w swoich pokojach i spotykać tylko na posiłkach, a rzeczywiście spędzić ten czas razem. Zdecydowaliśmy się na agroturystykę – najlepiej bez właściciela w domku. Długo nie musiałam szukać. Nasz domek znalazł nas sam. Pojawił mi się któregoś dnia na facebookowej tablicy. Weszłam na stronę i już wiedziałam, że nasz wyjazd spędzimy w Wiejskiej Zagrodzie Podlasie, a był dopiero początek października.
Jak wiecie pochodzę z tych okolic i każdy wyjazd w tamte strony sprawia, że czuję się jakbym wróciła na podwórko do mojej Babci.
Kiedy sprawdziłam lokalizację domku- byłam już niemal pewna. Białowieża, Narewka, Hajnówka, Puszcza Białowieska to miejsca gdzie spędzałam wakacje- najczęściej na koloniach. Kojarzy mi się wciąż z beztroską i totalnym kontaktem z naturą. Chciałam zabrać rodzinę i przyjaciół w takie miejsce, które będzie dla mnie wyjątkowe.
Sporo w okolicy się zmieniło, więc jak to ja zrobiłam odpowiedni research i zaprosiłam najbliższych na wycieczkę po moim dzieciństwie.
Kilka słów o Wiejskiej Zagrodzie Podlasie. Kontaktowałam się z właścicielami drogą elektroniczną. Bardzo szybko sfinalizowaliśmy rezerwację, bo bałam się, że ktoś może nam to miejsce sprzątnąć sprzed nosa. Właściciele cierpliwie odpowiadali na 100 meili, które wysyła matka przed wyjazdem;) Upewniłam się czy wszystko czego potrzebujemy jest na miejscu oraz czy może z nami jechać kot. Dostałam bardzo miłą wiadomość, że kot nawet MUSI z nami pojechać.
Pozostało nam tylko odliczać dni do wyjazdu. Nie było to takie łatwe, bo wszyscy nie mogliśmy się doczekać.
Zapakowaliśmy walizki i ruszyliśmy na wschód. Z przyjaciółmi spotkaliśmy się na miejscu, a domek otworzyła nam przemiła Pani sąsiadka, która zajmuje się kwaterą. Powitał nas przepiękny, bardzo stary dom urządzony w folkowym stylu. Wciąż jestem zauroczona tym miejscem. Domek jest niewielki, ale bardzo przytulny. Na dole: salon, kuchnia, jadalnia i łazienka, a na górze 3 sypialnie i łazienka.
Spokojnie zmieszczą się tu 3 rodziny z dziećmi. W każdym pokoju jest nawet łóżko dla dzieci- odpowiednio przygotowane przez właścicieli. Muszę też napisać o udogodnieniach. W domu jest pralka, lodówka, a nawet zmywarka. Można tu przyjechać na cały tydzień i korzystać z tych wszystkich wygód.
Dla dzieci jest wysokie krzesełko, wanienka, a nawet kącik do zabawy ze stolikiem krzesełkami oraz zabawkami i książeczkami o żubrach.
Łazienka z małą sauną i pralką
Teraz trochę o miejscach, które warto odwiedzić. Białowieża jest oddalona o 14 km od domku. Warto wybrać się drogą przez Puszczę Białowieską- cudowne widoki gwarantowane. W Białowieży jest kilka dobrych miejsc na obiad. Jedno z nich to Restauracja Carska- prowadzonych przez Gesslerów. Samo miejsce jest naprawdę urocze, bo restauracja znajaduje się w zabytkowy budynku dworca kolejowego zbudowanego dla Cara Mikołaja. Jedzenie jest bardzo dobre, jednak ceny są dość wysokie. Dlatego też szukaliśmy innych miejsc na obiad. Po skończonym posiłku warto wyjść drugą stroną i zwiedzić zabytkowe wagony kolejowe.
Park i Muzeum
Cerkiew z ołtarzem zrobionym w całości z porcelany
Przy parku jest jeszcze Stacja Białowieża Pałac z edukacyjnym placem zabaw – wstęp jest płatny.
Jeżeli macie chęć na basen to polecam Hotel Żubrówka – świetne spa i basen z brodzikiem dla dzieci.
Na przeciwko tego hotelu jest sklep Jarzębinka – wstąpcie tam po Bułkę białowieską – drożdżowe zawijasy z cynamonem, mniam!
W Białowieży warto jeszcze odwiedzić kawiarnię Walizka i zjeść obiad w Stoczku (zróbcie najpierw rezerwację).
W okolicy Mikłaszewa polecam na obiad Bojarski gościniec– (oddalony o 3 km) bardzo dobra zupa soljanka i pierogi:)
Możecie też się wybrać do Hajnówki – tam polecano mi Restaurację Starówka z kącikiem dla dzieci oraz basen.
Za Białowieżą w stronę Tersmisk jest Sioło Budy – przepyszne jedzenie i skansen.
Z racji tego, że podczas naszego temperatura na zewnątrz była mocno na minusie (-19) nie mogliśmy korzystać z dobrodziejstw Puszczy, ale z pewnością warto się tam wybrać z dzieciakami-zobaczyć dziką naturą, a nawet spotkać żubra. W tamtych okolicach sezon trwa cały rok, ale myślę, że na wiosnę może być jeszcze bardziej uroczo.
Serdecznie Wam polecam Wiejską Zagrodę Podlasie na wyjazd z dziećmi. Jestem pewna, że będziecie chcieli tam wrócić, bo z pewnością jeszcze tam zawitamy.
Dawno nie pojawił się wpis z tego cyklu. Choroby i wyjazdy skutecznie nam uniemożliwiały odwiedzanie ciekawych miejsc dla dzieci. Dziś nadrabiam i prezentuję trzy miejsca na stołecznej mapie warte zobaczenia.
Długo nie wiedziałam o istnieniu tego muzeum, aż pewnego niedzielnego poranka trafiłam na ich stronę. Samo muzeum nie jest duże, ale zapewni sporą dawkę wiedzy i zabawy. Spokojnie w 1,5 h można obejrzeć wszystko. Bardzo interesujące okazały się eksponaty zwierząt oraz ewolucja człowieka. /Jesteśmy teraz na etapie oglądania „Był sobie człowiek”, więc wizyta w tym muzeum była ciekawym doświadczeniem.
Wstęp jest darmowy.
Nasze odkrycie ostatnich miesięcy to Der Elefant. Miejsce wyjątkowe, bo posiada wszystko czego szukam w restauracji przyjaznej dzieciom. A nawet bije na głowę inne miejsca, które z córką odwiedzamy.
Sama filozofia przemawia do mnie w 100%. Wystrój restauracji bardzo przypomina mi nowojorskie restauracje, w którym jadałam 7 lat temu- surowo, ale z charakterem. Lokal ma dwa ciekawie zaaranżowane, przestronne piętra.
Jedzenie jest pyszne – a najczęściej w tym celu udaję się do restauracji. Ryby i owoce morza smakują naprawdę wybornie, a pierogi ruskie zachwyciły Lilkę. Wieczorem z czarnego fortepianu wydobywa się cudowna muzyka. Klimat jest niepowtarzalny.
Kiedy pierwszy raz weszłam na górę nie zdawałam sobie sprawy, że taka niespodzianka czeka na górze. Blisko stolików znajduje się niewielka sala zabaw z kulkami, które dosłownie, aż błyszczały z czystości;) Obok jest toaleta dla dzieci- genialny pomysł.
W tym pomieszczeniu zaintrygowały mnie mała kuchnia i długie stoły. Okazało się, że w weekendy odbywa się tu Szkoła gotowania dla najmłodszych. Z pewnością się na nią wybierzemy.
Co jeszcze oferuje Der Elefant najmłodszym? Dziecięce menu, wysokie krzesełka, przewijak w toalecie i bardzo wyrozumiałe podejście do małego klienta, który na koniec dostaje lizaka.
Jeżeli będziecie rezerwować tam stolik na obiad z dzieckiem poproście o miejsce przy sali zabaw.
Dziś chciałabym pokazać zabawki (pomoce), które były najczęściej zdejmowane z półki w ubiegłym roku. Znam już moje dziecko dość dobrze i wiem, co jej się podoba. Z racji tego, że umiem uważnie obserwować- większość z nich doskonale odpowiadało zapotrzebowaniom rozwojowym.
To hit ubiegłego roku. Nie pokazywałam jej do tej pory na blogu. Byłam dość sceptycznie nastawiona ze względu na małe i ostre elementy, ale córka poradziła sobie z nią znakomicie. Mało tego, ona również sobie zdawała sobie sprawę z tego jak ostrożnie trzeba się z tą zabawką obchodzić i jeszcze chętniej pracowała z nią przy biurku.
Sama zabawka jest świetna- ćwiczy wiele ważnych funkcji: koordynację ręka oko (level master), motorykę małą i myślenie.
Bardzo prosta zabawka, która zajmuje niewiele miejsca. Może być wstępem do dalszej zabawy np. wyszukiwania zwierząt w albumach i porównywaniu ich ze slajdami. Podoba mi się w niej to, że na przeźroczach są zdjęcia zwierząt, a nie ilustracje (Montessori). Dodatkowo podczas zabaw ćwiczymy oczy. Dostępna jest jeszcze wersja: Dzikie zwierzęta
Prezent świąteczny, który był strzałem w 10. Waga jest używana na 100 różnych sposobów, a jej elementy (miseczki i odważniki) podkradane są do innych zabaw. Lilka waży na niej klocki, lalki i inne rzeczy. Wykonanie, wygląd i funkcjonalność zachwyciły mnie totalnie. Wygląda jak kopia prawdziwej. Odważniki również mają odpowiednią wagę. tutaj
Zainteresowanie tą zabawką wciąż nie maleje. Lilka wykorzystuje zapięcia na różne sposoby. Ostatnio zamieszkały w nim golaski Sonny Angel.
Pisałam o nim we wpisie Niebanalne pomysły na prezent
Od dłuższego czasu trwa u nas faza na lalki (bobasy) i misie. Niektóre towarzyszą nam przy czynnościach codziennych, są zabierane nawet na spacery. Jest to normalny etap w życiu małego człowieka. Nasze ukochane lale: Maria i Pepotes i Pepotin
Ta książka ma w sobie coś takiego, że jak tylko do nas dojdzie to jest w ciągłym użyciu, aż wszystkie strony zostaną pomalowane. Później ozdabiają ściany i lodówkę. Przypomnę tylko, że dziecko maluje w niej samą wodą, a farby są zatopione w kartce.
Pisałam o niej tutaj:
Cała seria (chociaż mamy dosłownie kilka rzeczy) to ukochane zabawki. Mają swoje specjalne miejsce w pokoju i bardzo często są wykorzystywane do różnych zabaw. O dziwo, ulubione są te najmniejsze. Pod jednym z postów polecałyście serie Sylvanian Families. Kupiłam 2 zestawy, ale nie było większego zainteresowania. Maileg tutaj Pisałam o nich:
Przeleżał chwilkę pod łóżkiem, ale znów wrócił do łask. Najchętniej bawimy się nim w łazience, bo świeci w ciemności. Więcej na jego temat pisałam:
Rozwijająca zabawa – kulodromy
9. Zestawy artystyczne od Janod
Ulubione zestawy kreatywne zamknięte w przepięknej walizce. Zostały nam dosłownie 2 karty do wypełnienia i będę musiała zamówić następne. Bardzo fajny pomysł na prezent. Pisałam o nich:
Mamo, ja nie lubię rysować
Bardzo fajna pomoc dla dzieci, które nie przepadają za swobodnym rysowaniem. Mamy również drugą wersję bardziej w duchu Montessori z budowlami świata. Różne wzory:
Pisałam o nich:
Shelfie – zabawki wspierające rozwój manualny
Chciałabym jeszcze polecić świetny artykuł o zabawkach u Hafiji. O tym żeby kupować dzieciom zabawki, a nie w ramach prezentu kupować np. bilet do teatru.
http://www.hafija.pl/2016/02/kupuje-dziecku-zabawki.html
Dziś rozprawiam się z niektórymi zakazami wypowiadanymi często z automatu przez rodziców i osoby z bliskiego otoczenia. Nie przepadam za takimi nieprzemyślanymi komunikatami i często sama gryzę się w język w trakcie wypowiadania podobnego zwrotu.
Ogólnie staram się nie używać zwrotów, które zaczynają się na „nie”. Mózg dziecka często go nie słyszy i pozostaje komunikat „…skacz” „…gadaj” itd. dlatego lepiej jest zabraniać przez zaprzeczenie, czyli zamiast „Nie skacz” lepiej jest powiedzieć „Idź spokojnie” albo „Cicho”.
No nie skacz, bo się przewrócisz, nogę skręcisz lub się spocisz. Naprawdę to takie straszne, że dzieci skaczą? Niektóre nawet nie chodzą, a przemieszczają się skacząc. Dlaczego skakanie jest im potrzebne? W czasie tej aktywności ćwiczą siłę mięśniową, układ proprioceptywny oraz równowagę.
Takie skoki uczą układ mięśniowy odpowiedniego balansu ciałem oraz przygotowują ciało do bardziej skomplikowanych czynności. Ja, osobiście dzieciom zazdroszczę tej ciągłej potrzeby ruchu i z przyjemnością na nie patrzę.
Dziecięce ciało potrzebuje ruchu i jak już tylko zdobędzie podstawowe umiejętności w tym zakresie to nie da się ich zatrzymać. O ile jestem w stanie zrozumieć, że biegać nie wolno np. w sklepie lub na ważnych uroczystościach- to w domu, czy na podwórku jest to wręcz wskazane.
Bieganie (taka zwykła czynność) ćwiczy bardzo wiele funkcji. A jeżeli Wam to przeszkadza to pomyślcie, że za 7-8 lat siłą dzieci z domu nie wypchniecie i będziecie wspominać z sentymentem swoje ruchliwe dziecko zalegające teraz z tabletem na kanapie.
„Stop! To gorące, ostre, kłujące lub trujące”- brzmi zdecydowanie lepiej. W innych przypadkach rzadko kiedy jest usprawiedliwione. Dzieci uwielbiają zostawiać ślady swoich łapek na wszystkim. Nie ma co się im dziwić- tak poznają świat. Dzięki doznaniom sensorycznym uczą się o wiele więcej niż tylko drogą słuchową. Także pozwólmy im eksplorować świat małymi rękami.
Tak jak już wielokrotnie pisałam: odpowiednia stymulacja dotykowa wpływa pozytywnie na rozwój mowy ponieważ ośrodki odpowiedzialne za te funkcje są położone w mózgu niedaleko siebie.
Ja też bym chciała być ciągle wyżej jakby moje pole wzrokowe kończyło się na wysokości stołu. Lepiej jest widzieć więcej, bo to umożliwia dzieciom poznanie świata. A dodatkowo w trakcie pokonywania kolejnych centymetrów ku górze dzieci ćwiczą mięśnie i układ proprioceptywny. Uczą się też na ile ich ciało jest w stanie sobie poradzić z przeszkodą.
Mam w domu nieposkromioną gadułę. Gdyby mogła to by gadała nawet przez sen. Czasami mam ochotę posiedzieć w ciszy. Nawet wyłączam wtedy radio. Proszę ja bardzo o zwyczajną ciszę i szukam na ten czas jakiejś angażującej zabawy. Kiedy ma bardzo zajęte ręce to wtedy jest cicho właśnie z tego względu, o którym pisałam w punkcie 3.
Mam wypisać wszystkie plusy rozmowy z dzieckiem? Chyba się nie da, bo jest tego mnóstwo. Nie proszę ją nigdy żeby nie gadała, ale jak mam dość lub mam ważną rozmowę przez telefon szukam czegoś interesującego co ją zajmie na chwilę. Uwaga! To może być nawet ugotowane jajko do obierania;)
To nie jest możliwe. „Pilnuj porządku” brzmi lepiej, ale chyba dla 10-letniego dziecka. Mimo tego, że w domu mamy wiele zasad (niektóre z pedagogiki Montessori) to nie ma możliwości żeby dziecko odkładało zabawkę na miejsce tuż po skończonej zabawie-nawet jak ma ich mało. Jak ma się dzieci jest i bałagan- trzeba się do tego przyzwyczaić.
Nigdy się nie dowiemy jaki pomysł na zabawę ma dziecko i czy akurat tego wszystkiego nie potrzebuje.
Tak, ja też często automatycznie używam tego zwrotu i zawsze gryzę się w język. Wiecie dlaczego? Bo ona tego zwrotu nie rozumie- zwyczajnie nie wie co to znaczy, a ja tylko się denerwuje, że jesteśmy spóźnieni. Ten zwrot jest zbyt abstrakcyjny. Jeżeli tak jak ja- jesteście super hiper punktualni to dodajcie sobie zawsze te 15 min przed wyjściem- inaczej stres i nerwy gwarantowane.
Dzieci to nie są dorośli – dużo czynności robią wolniej, albo robią coś- zagapią się na kropelkę deszczu na oknie i się zawieszą. Potrzebują też dodatkowego czasu na poprawienie błędów (np. założą buty odwrotnie). Pozwolenie na autokorektę jest bardzo potrzebne do kształtowania poczucia własnej wartości. A najlepiej jak dziecko samo to zauważy, a nie po naszej uwadze.
A jak już gdzieś idziemy i się spieszymy to najczęściej mówię „Szybciej przebieraj nogami” i wtedy pomaga, dokładnie wie co ma robić. Ja często też od niej słyszę ten zwrot i jest kwita:)
Tak wiem, jest to potrzebny zwrot. Ale warto się zastanowić czy czasami nie jest używany na wyrost (tak z automatu). Przy sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu jest jak najbardziej wskazany, ale przy wchodzeniu na schody, nalewaniu wody do kubka z dzbanka czy wchodzeniu na krzesło? Takim komunikatem często wyrywamy dziecko ze skupienia, które towarzyszy danej czynności. Dajemy również znać, że nie mamy zaufania co do umiejętności dziecka i szczerze w je wątpimy. W takich sytuacjach lepiej stanąć blisko i w porę zareagować lub pozwolić na popełnienie błędu. Taka lekcja będzie bardziej pouczająca niż jakiekolwiek komunikaty.
No cóż ja mogę na ten temat napisać. Płakać wolno, a nawet trzeba. Potrzeba wyrażenia emocji u dzieci jest tak silna, że płacz przybiera różne postaci, o czym często zapominamy. Nam najbardziej kojarzy się ze smutkiem i nie chcemy żeby nasze dzieci były smutne- stąd ten komunikat. A dzieci płaczą bo: są zmęczone, są przestymulowane bodźcami, tęsknią, źle się czują, mają zły humor albo nie wiedzą co chcą i też płaczą. To naprawdę najzdrowszy ze sposobów wyrażania emocji.
Na ten tekst mam szczególną alergię. Co to znaczy być grzecznym dla dziecka? Nic- bo nie rozumieją tego słowa. Jeżeli zależy nam na spełnianiu naszych próśb używajmy bardziej szczegółowych komunikatów. A stosowanie polecenia „bądź grzeczny” właściwie do każdej sytuacji jest niewłaściwe. Nakazujemy dzieciom, aby nie mogły pokazać prawdziwego siebie. Pisałam o tym we wpisie O moim niegrzecznym dziecku
Jeżeli spodobał się Wam ten tekst lub otworzył oczy kliknijcie „Lubię to” na nebulowym Facebooku lub nawet udostępnijcie
A tu łapcie Okulary przeciwsłoneczne dla dziecka
A tu znów są dostępne moje Książki dla najmłodszych dzieci – wspierające rozwój mowy
Kto zagląda do nas od dawna wie, że jesteśmy miłośnikami wycieczek i wyjazdów. Są one urozmaiceniem naszej codzienności. Samo planowanie przyprawia mnie o dreszczyk emocji i zawsze nie mogę się doczekać kiedy nastąpi ten dzień. Jako urodzony strateg i wielbiciel planowania mam wszystko dopięte na ostatni guzik.
Nie lubię być zaskoczona jakąś niezapowiedzianą sytuacją. Dlatego do każdego wyjazdu (nawet tego najmniejszego) zawsze jestem przygotowana.
W ramach trzeciej już odsłony cyklu Mamissima loves Skip Hop organizowanego wspólnie z Ladnebebe.pl, Mamissima i Skip hop chciałabym zaprosić Was na wycieczkę.
Jak zwykle rozpoczęłam przygotowania na chwilę przed wyjazdem. Wiedziałam, że Lilka na pewno będzie miała ochotę na małe przekąski, więc zrobiłam drożdżowe racuchy z jabłkiem i zapakowałam kilka suchych przegryzek.
Produkty Skip hop doskonale nadają się na wycieczki.
Nie spodziewałam się, że tak dobrze trzyma temperaturę (zimne 5h, gorące 7h) i dzięki temu placuszki pozostaną ciepłe na długo. Nie jest duży, więc nie zajmuje dużo miejsca. Jest to o wiele ciekawsze rozwiązanie niż włożenie placuszków do pudełka. Dzięki temu mamy ciepłą przekąskę dostępną od ręki. Proste i bardzo szybkie rozwiązanie na wycieczki i wyjazdy.
Do pojemnika zapakowałam również suche przekąski do podjadania. Tym razem były to: migdały, rodzynki i wafle ryżowe. Zamknęłam je w kolorowym pudełku z sercem. W środku pojemnika jest wyjmowane małe pudełeczko na drobne produkty (takie jak: migdały, rodzynki czy pestki). Ten pomysł bardzo przypadł mi do gustu i mogę używać go oddzielnie.
Do bidonu wykonanego ze stali nierdzewnej nalewam jak zwykle wody i zabieramy go razem ze sobą, bo przecież w każdej chwili może dopaść nas pragnienie. Otwieranie nie sprawia najmniejszego problemu, a silikonowa nakładka sprawia, że dobrze trzyma się go w rękach.
To największy i najbardziej pojemny plecak jaki mamy. Zmieszczą się do niego wszystkie niezbędne na wycieczce rzeczy. A dodatkowo pomieści inne gadżety, które często dzieci mają chęć ze sobą zabrać. Ma zewnętrzną kieszonkę na zamek i boczną na bidon. Mamy wszystko w jednym miejscu.
Zawsze zabieramy ze sobą aparat lub kamerę żeby móc uwiecznić nasz wspólny czas. Lilka uwielbia później oglądać zdjęcia i przeżywać ten czas na nowo.
Na koniec mam dla Was niespodziankę od 1.02 do 4.02 w Mamissima na wszystkie produkty wymienione w poście trwa promocja.
Dziś bierzemy na tapet pokój dziecka, a dokładnie pokój przedszkolaka! W poprzednim wpisie dotyczącym pokoju zabrakło Wam opisu. Na co warto zwrócić uwagę i jak tę powierzchnię zaaranżować?
W dzisiejszym poście postaram się Wam odpowiedzieć na wszystkie pytania o pokój dziecka, które pojawiały się w prywatnych wiadomościach.
Trochę czasu upłynęło i wprowadziłam kilka modyfikacji w Pokoju dwulatki. Wszystko po to aby przystosować go do dziecka w wieku przedszkolnym.
Do tej pory miała kącik z zabawkami w dużym pokoju: stolik z krzesłem i mała komoda na zabawki. Jej łóżeczko stało u nas w sypialni. Uznaliśmy, że szkoda nam tej przestrzeni w sypialni, z której korzystamy tylko w nocy. Tak wyglądała jej przestrzeń wcześniej.
Przystosowane otoczenie
Nie ukrywam – ciężko było się rozstać z łóżkiem 160×200 z bardzo wygodnym materacem. Jednak po rozważeniu wszystkich za i przeciw zdecydowaliśmy o stworzeniu pokoju dla dziecka.
Wszystkie założenia udało nam się zrealizować, jednak w czasie użytkowania pokoju dodałabym kilka ulepszeń. O nich będzie później.
Własny pokój nie jest niezbędny do prawidłowego rozwoju, jest to „wynalazek” dzisiejszych czasów. Kiedyś dzieci nie miały swoich pokoi, co wcale im nie przeszkadzało w harmonijnym rozwijaniu się. Czasy się jednak trochę zmieniły i zamiast 5-6 godzin dziennie na podwórku dzieci spędzają ten czas w domu, więc warto zapewnić im stymulujące otoczenie.
Czy dzieci MUSZĄ mieć swój pokój? Nie! Jednak chcę na coś zwrócić uwagę: ważne jest posiadanie swojego kąta. Własnego miejsca, w którym może trzymać swoje rzeczy i być za nie odpowiedzialnym. Nieważne czy ten kącik będzie w pokoju starszego rodzeństwa czy też będzie w salonie. Warto jest taką przestrzeń wydzielić. Wpłynie on bardzo pozytywnie na rozwój dziecka.
Najważniejsze wg mnie jest ustawienie mebli.
Zwróćcie też uwagę, która ręka dziecka jest dominująca. Jeżeli stolik do pracy jest ustawiony na ścianie bocznej ręka pisząca lub rysująca nie może zasłaniać źródła naturalnego światła. Nasze biurko to Les Gambettes.
Również o nie pytacie. Nie kosztują tyle co zestaw z Ikei, ale już teraz wiem w jakim stanie byłaby tańsza wersja. Dzięki temu, że jest to porządny mebel na lata nie muszę ograniczać dziecka jak ma się z nim obchodzić. Obrazki powstają na nim nawet długopisem.
Mogę go szorować szorstką stroną gąbki z cifem i nie zostanie nawet rysa, nie mówiąc już nawet o odpryskach jakie się pojawiają na innych meblach w trakcie zwykłego użytkowania. Te meble są niezniszczalne.
najlepiej sprawdzi się łóżko jak najdalej od okna, a przestrzeń najbliżej okna lepiej wykorzystać na strefę do zabawy. Światło (szczególnie w okresie wiosenno-letnim) nie będzie wybudzało dziecka.
wg preferencji. Komoda w pokoju mieści wszystkie ubrania, w których chodzi obecnie Lilka, a do tego kosmetyki oraz koce i kołderki. Nasza ma 3 lata, a wygląda z bliska jakby miała 10. Następnym razem kupiłabym coś bardziej trwałego, zwłaszcza, że jest dość klasyczna. Np. po postawieniu kubka z wrzątkiem i olejkiem do inhalacji zrobiło się szpetne kółko na samej górze.
A jak chciałam wyszorować ją środkiem chemicznym to w kilku miejscach farba zwyczajnie zeszła. Jeżeli jesteście jeszcze przed zakupem to pomyślcie o bardziej trwałej firmie np. Quax
warto umiejscowić je już na początku projektu. Mi zależało na tym, aby dziecko miało swobodny dostęp do zabawek lub książek. Jest to nieco utrudnione na małej przestrzeni, ale sobie radzimy. Półka z Ikei powieszona jest nisko żeby nie było problemów z dosięganiem do interesujących rzeczy. Mogłabym zrobić słupek z półkami aż po sufit. Wykorzystałabym pustą przestrzeń ponad nią. Ale!
Lilka nie miałaby swobodnego dostępu do najwyższych półek. Po prawie roku użytkowania mogę Wam jeszcze doradzić żeby półki nie były zbyt głębokie. Większość zabawek i pomocy jest niewielkich rozmiarów i nie ma co marnować przestrzeni. Fajnie sprawdza się ta co my mamy (nie ma już jej w sprzedaży w Ikei). Ale można stworzyć samodzielnie bardzo podobny regalik montując trzy półki na wspornikach.
zapytań o to łóżko (Minnen Ikea – nasz model ma trochę inne rzeźbienie) dostałam może 200. Postaram się Wam odpowiedzieć na wszystkie pytania tutaj. Kupiliśmy je w lipcu 2014 roku, czyli Lilka miała 2 lata 4 miesiące. Wybrałam je pod względem wyglądu – (przyznaję się!)
Czy to był dobry wybór? Niestety nie.
Jeżeli mogłabym cofnąć czas inaczej bym to zorganizowała. Najpierw kupiłabym kosz mojżeszowy np. ten i postawiłabym go przy naszym łóżku. Nie musiałabym nawet wstawać żeby wyjąć dziecko do karmienia, a do tego zajmuje mało miejsca. Pierwsze łóżeczko kupiłabym (ok 6 msc.) w większym rozmiarze 70 x 140 (a nie 60 x 120) i koniecznie musiałoby mieć zdejmowany bok z możliwością zamontowania barierki.
Wystarczyłoby do 4-5 roku życia, a później kupiłabym już normalne duże łóżko 90×200.
Nie dało się w nim zamontować barierki. Musieliśmy obkładać podłogę poduszkami i zabezpieczać kocem. A i tak raz czy dwa udało jej się z niego spaść. Przez to, że ma druty musimy używać około 10 poduszek albo jedną wielką Maylily żeby móc wygodnie na nim siedzieć i czytać książki.
Ciężko jest też znaleźć prześcieradła do tego materaca. Materac do niego jest w 3 częściach. Kiedy naciągnie się prześcieradło z gumką część ruchoma się unosi (!!!). A innych prześcieradeł nie toleruję, bo muszę je codziennie poprawiać.
Tak więc używamy cudnych prześcieradeł z Fabryki prześcieradeł, ale tylko na tę nieruchomą część w rozmiarze 70×140. Resztę przykrywam kocem. Na szczęście na moją prośbę Fabryka prześcieradeł wprowadziła prześcieradła na ten rozmiar materaca. Z pościelą też mam nie lada kłopot, bo kołderka już jest za mała, a dużej kołdry nie ma w takim rozmiarze.
powstała w mojej głowie z zapotrzebowania na niskie półki oraz zakrycia kaloryfera. Miejsce pod szerokim parapetem wydawało się być idealnym. Sama zrobiłam projekt i znalazłam wykonawcę. Nie jest to tanie rozwiązanie – kosztowała z transportem ok 1200 zł. Ale jestem z niej bardzo zadowolona.
Płyta fornirowana jest wykonana z metalu, na której za pomocą magnesów Lilka może wieszać swoje prace. Dostęp do kaloryfera jest ograniczony, ale i tak go nie włączamy (ze względu na alergie), a w nocy przykrywam ją dodatkową kołderką.
Plecak jeansowy ombre – tutaj
ustawienie książek frontem do pokoju bardzo się sprawdza. Kolorowe okładki są ciekawą dekoracją i zachęcają aby je wziąć do ręki. Łatwiej jest jej również je tam odkładać. Nie mieszczą nam się wszystkie książki dlatego regularnie je wymieniamy. (Seria Ribba Ikea-dostępna już tylko na allegro).
Lampka chmurka tutaj Naklejki deszcz
Naklejka do pisania kredą – tutaj
Na łóżku mamy dwustronną, bawełnianą narzutę Jollein – bardzo jestem z niej zadowolona, bo służy nam w dzień, a w nocy nakrywam ją na małą kołderkę. Przez to odkryłam świetny sposób na ciągle rozkrywające się dziecko:) Narzuta miała spore wzięcie i będzie znów dostępna w marcu.
Kredki świecowe zastąpiłam już ołówkowymi. Wprowadziłam też bardziej „dorosłe” narzędzia plastyczne takie jak np. pastele.
Szufladka w biurku kryje wszystkie niezbędne narzędzia: nożyczki, klej, temperówka, gumka, taśma klejąca.
Przy biurku ustawiłam rzeczy potrzebne podczas pracy przy stoliku: farby, kartki papieru na szufladce aby miała do nich swobodny dostęp, szablony do odrysowywania, kolorowanki itd…
Od niedawna ( z dużym powiedzeniem) stoi również kosz na śmieci. Muszę tylko jeszcze kupić małą szczotkę i szufelkę.
Wczoraj (dlatego nie ma jej na głównych zdjęciach) przyszła pufka Jollein, która w środku jest wypełniona styropianowymi kuleczkami (coś jak worek sako). Fajnie prezentuje się w jej pokoju i w naszym nieco surowym salonie.
I czy powinno Cię to martwić?
W trakcie mojej pracy w przedszkolu wielokrotnie byłam proszona o przyjrzenie się dzieciom, które chodzą na palcach w trakcie swobodnej zabawy. Najczęściej komunikaty nauczycieli brzmiały tak: „Aniu, proszę rzuć okiem na Kazia, Franka, Maję, bo chodzą na palcach”. A wiecie dlaczego? Bo chodzenie na palcach jest niby zwykłą czynnością, a jego przyczyna może być naprawdę poważna. Dlatego dziś chciałabym Wam dziś ten problem przybliżyć. Najczęściej jest kojarzone z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Jak się okazało zależne jest od grupy zawodowej w jakieś się poruszamy, bo np. fizjoterapeuta, który zobaczy dziecko chodzące na palcach najpierw będzie podejrzewał obniżone napięcie mięśniowe.
O ile nie mamy problemu z zauważeniem czy dziecko chodzi w danej chwili na palcach to bardzo ciężko jest nam dostrzec przyczynę tego zachowania. Uważane jest za normę rozwojową ok. 2-3 roku życia. W tym wieku bez ŻADNEJ zdrowotnej przyczyny dziecko MOŻE chodzić na palcach. Chodzenie na palcach ułatwia utrzymanie równowagi i pomaga w regulacji napięcia mięśni prostujących tułów.
O ile na poprzednie pytanie było bardzo łatwo odpowiedzieć tak z znalezieniem przyczyny może być trochę więcej kłopotu. Istnieje naprawdę wiele powodów takiego wzorca poruszania się. Czasem nawet nie da się znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Co nie zmienia faktu, że warto jej poszukać.
Dłonie i ręce są częściami ciała, które mają miliony receptorów dotykowych. O ile na dłoniach wydaje nam się to oczywiste to unerwienie stóp może wydawać nam się dziwne. Jest to pewnie pozostałość po naszych przodkach.
Wracając do nadwrażliwości dotykowej stóp. Jeżeli podejrzewamy takie u dziecka warto udać się na diagnozę do terapeuty Integracji Sensorycznej. Dlaczego tak się dzieje? Dziecko idąc na palcach unika pełnego obciążenia stóp, aby zapewnić stopie jak najmniejszą powierzchnię styczną z podłożem.
Dziecko odczuwa ogromny dyskomfort stawiając całą stopę, a może to być nawet bolesne. Często dzieci nie są w stanie powiedzieć co im przeszkadza- są tylko rozdrażnione i nie mogą skupić się na jednej czynności. Warto wtedy obserwować również stopy- co się dzieje z nimi pod stolikiem.
pozycja zgięciowa – pojawia się w 12 tygodniu życia płodowego, a integruje się (czyli zanika) ok 2-4 miesiąca życia, ale może występować w formie wygaszonej do 3 roku życia
pozycja wyprostna – pojawia się podczas porodu siłami natury, a integruje się stopniowo aż do 2-3, ale może występować formie wygaszonej do 3 roku życia
Jeżeli po tym czasie odruch w pozycji wyprostnej nie zaniknie dziecko może chodzić na palcach, a do tego mogą wystąpić inne zaburzenia.
Przez chodzenie na palcach dzieci próbują regulować napięcie mięśniowe całego ciała. Warto zwrócić na to uwagę, jeżeli wyraźnie widać napięte mięśnie trzeba skonsultować się terapeutą Integracji Sensorycznej.
Obniżone napięcie powoduje nierówną pracę mięśni w okolicach bioder i może wywoływać kompensacyjne chodzenie na palcach
diagnozowane jest o wiele wcześniej
charakterystyczne dla tej choroby jest to, że stopa jest tej pozycji również podczas leżenia. Wizyta u ortopedy jest konieczna, gdyż może doprowadzić do skracania ścięgien Achillesa.
Tak jak wspomniałam wyżej- nie każde chodzenie na palcach ma swoją przyczynę. Ważne jest obserwowanie własnego dziecka i w razie potrzeby odpowiednia konsultacja u specjalistów (ortopedy, fizjoterapeuty, terapeuty Integracji Sensorycznej). Najczęściej zanika około 5 roku życia, ale jednak po 3 roku życia szukałabym przyczyny. Najbardziej może być niepokojące kiedy towarzyszą inne zaburzenia takie jak: opóźniony rozwój psychoruchowy, opóźniony rozwój mowy, trudności w skupianiu uwagi, wrażliwość na bodźce.
Bibliografia:
Zapraszam też do wpisu – Stopy dziecka
Lubię podsumowania, dlatego postanowiłam zamieścić dziś ranking książek, które pojawiły się u nas w poprzednim roku – Najlepsze książki 2015
Zacznę od tych najbardziej ulubionych.
Miłość do tej bajki trwa u nas od ponad roku, a w wersji książkowej jest równie atrakcyjna. Gdybym miała wybrać najczęściej czytaną książkę w 2015 roku to byłaby Masza.
Książka zupełnie w innym klimacie jeżeli chodzi o ilustracje i tekst. Jednak pamiętam ile razy ją czytałyśmy. Dostarcza ciekawych doznań podczas czytania i element magiczny (w każdej stronie wycięty jest kształt, przez który można zajrzeć). Jest to bardzo mądra opowieść z morałem, szczególnie w dzisiejszych, konsumpcyjnych czasach.
Książka przywieziona z podróży do Holandii. Do tej pory jest chętnie oglądana przez córkę. Ciężko jest ją dostać w Polsce, ale czasami pojawia się w różnych księgarniach, a naprawdę warto. Ta pozycja była wielokrotnie nagradzana w różnych konkursach.
W książce nie ma tekstu, więc każdy może interpretować ilustracje (przepiękne) na swój sposób. Widzę jak z wiekiem zmienia się odbiór tej książki. Bardzo polecam!
Zachwyt nad tą książką nie ustaje u nas od grudnia. Zarówno tekst jak i ilustracje trafiają w nasz gust. Jest to opowieść niewidomej dziewczynki przedstawiona w bardzo sensualny sposób. Dla prawdziwych wrażliwców będzie idealna.
Seria o Kastorze zawitała w naszym domu trochę za późno (idealna dla dzieci 2+) jednak wciąż jest to jedna z ulubionych książek. Tak jak już wielokrotnie pisałam dzieci uwielbiają rozkładanie złożonych czynności na czynniki pierwsze. I taki jest właśnie Kastor! A do tego piękne ilustracje i mądra treść.
Przygody małej Madeline towarzyszą nam przed każdym zasypianiem. Powtarzalność i stały rytm tej książki sprawiają, że jest to bardzo fajna książka. Tekstu jest niewiele, a ilustracje nie są aż tak oczywiste.
Książka, która śmieszy i uczy myślenia. Jest to jedna z pozycji, która L. uwielbia czytać sama, bo tekst zna już na pamięć. Bardzo błyskotliwa i ciekawa pozycja.
Książka, która idealnie wpasowała się w naszą sytuację. Dzięki wyrazistości bohaterki i jej rodziny polubią ją również dzieci, które nie noszą okularów. Z niecierpliwością czekam na dalsze części tej serii- „Małe katastrofy”, bo zapowiada się bardzo ciekawie.
Ćwiczymy buzię i języki na wesoło podczas czytania- bardzo fajna propozycja do utrwalania w domu. Ciekawe ilustracje i niebanalny tekst sprawiają, że dzieci chcą do tej książki wracać.
Książa o spełnianiu marzeń. Napisana prostym językiem, ale w bardzo interesujący sposób. Piękne ilustracje dopełniają ciekawą treść.
A teraz zapowiedzi książek, które ukażą się w 2016 roku. Czekamy z niecierpliwością
Brakowało na rynku ciekawej książki o zawodach, a już w marcu ta będzie dostępna na rynku. Można podejrzeć ją w środku tutaj
„Na pokładzie!” „Za kierownicą”- Eva Oburkova wyd. Bajka
Rozkładana książeczka w formie harmonijki dla młodszych dzieci.
Zapowiada się prawdziwa uczta dla zmysłów…
Premiera: początek 2016 r.
Książka jest już dostępna w sprzedaży. Ciekawe ilustracje i spora dawka wiedzy.
Taki klasyk w końcu w polskiej wersji językowej już w maju
Już w lutym będzie dostępna książka o zasypianiu. Łagodna i przyjemna jak baranek:)
Dalsze losy Kici Koci tym razem w lesie. Kolorowanka połączona z książką do czytania.
*Tytuł to cytat z wiadomości od jednej z czytelniczek
Są naszą podporą, dają nam poczucie przynależności, pomagają jak najlepiej potrafią. Dziadkowie, za chwilę ich święto. Jaką rolę pełnią w życiu naszych dzieci oraz naszym? Dziś chciałabym napisać o NICH. O naszych bliskich.
Zmieniły się trendy, moda i podejście. Kiedyś dzieci jak ryby głosu nie miały. Teraz często są osobami decyzyjnymi w rodzinie. Nasi rodzice mają okazję bacznie obserwować te zachodzące bardzo dynamicznie zmiany.
„Załóż kapcie, bo będzie chory”—> „Ale my stosujemy zimny chów i może chodzić boso”
„Nie noś jej tyle, bo się przyzwyczai”—>”Bliskości nie da się przedawkować”
To tylko przykładowe rady jakie możemy usłyszeć od rodziców, ale są skierowane w wychowanie naszych dzieci. Zazwyczaj na wszystko inne co nie zawiera się w naszej teorii wychowania reagujemy alergicznie. Mało tego, często nie pozwalamy nawet na inne metody w obawie o dobro naszych dzieci. A wiecie, że dziadkowie też chcą dobrze? Chcą nawet najlepiej.
Nie było podręczników ani wielu wydumanych teorii na ten temat. Zaspakajało się podstawowe potrzeby dziecka i tyle. Nikt się nie zastanawiał czy nadmiar cukru może szkodzić i czy chodzenie na boso stymuluje układ dotykowy. Przez migracje do innych miast w poszukiwaniu pracy jesteśmy często oddaleni od rodziców o setki kilometrów.
Zapewniamy dzieciom sporadyczny kontakt od święta i często wymagamy od dziadków respektowania naszych zasad. A dziadkowie, jak to dziadkowie- spragnieni kontaktu chcą naszym pociechom dać przysłowiową gwiazdkę z nieba.
Czekała na mnie odłożona porcja czekoladowych cukierków i ciastek. Babcia z dziadkiem od samego przyjazdu dogadzali wnukom. Ulubione potrawy pachniały na stole (wszystkie na słodko), pachnący truskawkami kompocik i oczywiście deser.
Dziadek przezywał mnie „Anka Cyganka”- wtedy okropnie mnie to denerwowało – a teraz wiem, że w taki sposób okazywał zainteresowanie, a po kieszeniach upychał cukierki. Kiedyś nie rozmawiało się w otwarty sposób z dziećmi- nie byli dobrymi interlokutorami. Z dziećmi można było się powygłupiać, a miłość okazywano przez jedzenie.
bo przeczytaliśmy Stein, Cohena i innych psychologów. Najlepszym nauczycielem jest życie. A ten kto żyje dłużej ma większe doświadczenie. Dziadkowie mają zupełnie inne podejście do naszych dzieci niż mieli do nas- jako rodzice i nie możemy mieć o to pretensji. Dlatego też często to powoduje konflikty. Nie możemy patrzeć na swoich rodziców przez taki pryzmat. Oni mają teraz inną rolę. Są dziadkami z wszystkimi przywilejami. Mają swoje podejście i my musimy to uszanować. My musimy wyjść w pewnym stopniu z roli ich dzieci. To my w domu- stawia
my granice i pilnujemy ich jak Cerber, a każdą próbę wkroczenia w te zasady traktujemy jako zamach. Moim zdaniem jest to bardzo złe podejście. Musimy pozwolić dziadkom być dziadkami. Z tymi cukierkami i wszechobecną troską. Jeżeli na czymś bardzo nam zależy to po prostu zakomunikujmy ten fakt.
Czasami pewnych rzeczy ciężko jest się domyślić. Dzieci potrzebują różnorodności i w żaden sposób nie zachwieje to ich poczucia bezpieczeństwa. Dajmy dziadkom więcej luzu. Ja już przymykam oko na codzienny słodki kisiel, bo wiem, że moja córka będzie miała właśnie takie wspomnienie z dzieciństwa- „Mama, nie dawała mi cukru, ale u babci zawsze mogłam liczyć na słodki kisielek”. Sami zobaczycie:)
Za oknem nieśmiało zawitała zima. Taka prawdziwa: ze śniegiem, obrazkami z lodu na oknie i malowniczymi krajobrazami. Mróz przyjemnie szczypie w policzki, a nogi same się wyrywają do podjechania pół metra po zamarzniętej kałuży.
Banałem będzie stwierdzenie, że przez prawie 20 lat mojego życia nie lubiłam zimy, bo pewnie każdy tak ma. Dopiero kiedy pojawiają się na świecie dzieci zmienia nam się optyka i powracają wspomnienia z dzieciństwa.
Z każdym dodatkowym centymetrem śniegu przenoszę się do ferii zimowych u mojej babci i dziadka na wsi. Na ten temat można by było opowiadania wydać.
Budziły nas promyki słońca, które nieśmiało próbowały przebić się przez mrozowe malunki na szybach. Wygrzebywaliśmy się spod ciężkich pierzyn i szybko biegliśmy do kuchni żeby jak najszybciej usiąść na nagrzanej już ścianówce z kafli. Nie lada wyzwaniem było zmieszczenie się 6 małych ciałek na powierzchni jednego metra.
Grzaliśmy się i czekaliśmy na ciepłą zupę mleczną, która już bulgotała na piecu w garnku. Babcia zawsze pilnowała żeby nie zrobił się kożuch, no kto go lubił? Zjadaliśmy na prędce po dwa talerze i zaczynaliśmy snuć plany. Śniegu zazwyczaj było bardzo dużo, więc możliwości na spędzenie całego dnia na zewnątrz również.
Narty? Były tylko jedne biegówki. Sanki? 2 pary. Łyżwy? 2 pary na sześcioro. Figurówki o 5 rozmiarów za duże i powykrzywiane hokejówki. Nie przeszkadzał nam brak asortymentu sportowego. Mieliśmy jeden najważniejszy: wyobraźnię!
Zakładaliśmy po 4 pary spodni- ostatnią już po starszym rodzeństwie, bo się nogi nie mieściły od ilości warstw. 2 pary skarpet, a na to jeszcze wełniane robione przez babcię. Wszystko to ściągaliśmy ze sznurka przy piecu, gdzie się suszyły jeszcze z poprzedniego dnia.
Niektóre nabrały dziwnej sztywności. Do tego ciepłe swetry i kurtki lub kożuchy. Na głowę ciepłe czapki, na szyję szaliki (czasami po dwa) i rękawice palczatki. W takimi stroju ledwo się ruszaliśmy, ale byliśmy gotowi jak Jerzy Kukuczka na Everest.
Nie było bielizny termicznej i koszulek merino. Buty przemakały nam po około godzinie, bo nie miały żadnej membrany. Wiatr przez wszystkie warstwy ubrania lizał naszą delikatną skórę. Nikomu to nie przeszkadzało, bo nie było nam zimno. Ciągle byliśmy w ruchu.
głodni, wyziębieni, nieprzytomni ze zmęczenia. Ubrania od śniegu i lodu były sztywne. Przed wejściem obowiązkowo najstarsi obmiatali wszystkich miotłą zrobioną z gałęzi, bo wyglądaliśmy jak bałwany. Oblepieni cali śniegiem i lodem, a tylko poniżej czapki świeciły się szczęśliwe oczy.
Policzki malowane różem firmy Dziadek Mróz w kolorze buraczkowa czerwień. Zawieszaliśmy mokre ubrania na sznurek przy piecu i przebieraliśmy się w piżamy. Jedliśmy jajecznicę z 12 jaj prosto z patelni postawionej na stołku i zagryzaliśmy domowym chlebem z masłem. Po kolacji graliśmy jeszcze w karty i zasypialiśmy pod wielkim pierzynami przy ciepłym piecu.
Teraz wychodzimy maksymalnie na godzinkę i już mamy dość. Ubrani w membarny i merino szczękamy zębami z zimna. Brakuje nam ruchu, a przede wszystkim towarzystwa do zabawy. Bardzo nad tym ubolewam. Dlatego staram się zapewniać od początku sporą dawkę ruchu w zimowej aurze. Sanki, spacery, a w tym tygodniu debiutujemy na tafli lodowiska.
Chciałabym aby moje dziecko zimę traktowało tak jak ja- jako okazję do spędzenia aktywnego czasu na zewnątrz, a nie tylko powodu do marudzenia.
W moich latach dziecięcych nie brakowało mi specjalistycznej odzieży czy sprzętu sportowego. Jednak jest jedna rzecz, której brak odczuwam do dziś. Od długiego czasu spędzonego na zewnątrz i nie zabezpieczonej odpowiednio skóry miałam odmrożenia. Przez to, że skóra na twarzy jest bardzo delikatna, a w połączeniu z wilgocią od biegania popękały mi naczynka na policzkach.
Do dziś borykam się z tym problemem. Niestety, nie wygląda to estetycznie. Dlatego mam pewną zimową obsesję. Jest nią odpowiednia pielęgnacja delikatnej skóry, która narażona jest na mróz, chłód i zimny wiatr. Od samego początku dbam o to, żeby córka zawsze przed wyjściem (około 20 minut) miała zabezpieczoną skórę twarzy.
Nawet jak 3 lata temu była 4 miesięcznym berbeciem, leżącym w głębokiej gondoli i zasłonięta budą zawsze używałam kremu na zimę.
kupiłam już pod koniec listopada. W mojej ulubionej aptece miałam akurat chwilkę i mogłam spokojnie zobaczyć co jest w ofercie. Chwyciłam za niewielki sztyft, przeczytałam skład i oniemiałam.
To jest coś czego szukałam: brak wody w składzie, masło shea, które bardzo dobrze natłuszcza (zimą nie nawilżamy) najbardziej narażone na działanie zimna strefy (usta, nos, policzki). Odżywia i przede wszystkim chroni. Można go stosować od pierwszych dni życia.
Forma aplikacji jest genialna! Mój mąż nienawidzi smarować Lilki kremami. A tu nie mamy kontaktu z preparatem. Bezpośrednio ze sztyftu nakłada się na skórę. Nawet dziecko jest samo w stanie to zrobić. Po aplikacji nie mamy tłustych rąk. Niewielki rozmiar ułatwia zabranie nam go na podwórko i w razie potrzeby możemy wyjąć go z kieszeni i posmarować wytarte usta. A teraz to co lubię najbardziej. Po sezonach zimowych zostawały mi resztki kremu w tubce. Wyrzucałam go po jakimś czasie. A ten sztyft będzie z nami do końca do smarowania ust jako pomadka.
Prawda jakie to genialne? Cena też jest przyzwoita, więc uważam ten sztyft za odkrycie roku.
Jako uzupełnienie zimowej pielęgnacji wybrałam krem z tej samej serii Cold Cream Krem do twarzy. Jest to
do skóry suchej i narażonej na przesuszenia od pierwszych dni życia. Bardzo spodobał mi się jego skład, bo poza ochroną przed zimnem dodatkowo skórę odżywia.
Ma w składzie olejek Avocado, Masło Shea i olejki roślinne. Dodatkowo Ceramidy dostarczają skórze brakujących lipidów. Ten krem pozostaje na skórze nawet do 8h. Wygodna aplikacja (dla mnie, bo mąż używa tylko sztyftu;) i niewielki rozmiar sprawiają, że mam go zawsze w torebce i używam w razie potrzeby. Cena jest podobna jak sztyftu- mniej niż 20 zł.
Oba kosmetyki testowaliśmy w ekstremalnych warunkach pogodowych -18 stopni i dały radę. Sama też ich używałam i potwierdzam działanie.
Jak to dobrze, że skończyły się czasy kiedy podczas ubierania w kombinezony i smarowania kremem musiałam stawać na głowie żeby nie płakała. Teraz robi to z przyjemnością, bo wie, że na zewnątrz czeka ją sporo atrakcji.
Razem z marką Mustela przygotowałam dla Was konkurs ze wspaniałymi nagrodami. Wystarczy pod tym wpisem zostawić komentarz z dokończeniem zdania „Lubię zimę, bo…”. Konkurs będzie trwał do 27.01.2016 r. do północy. Wśród zainteresowanych wybiorę 3 najciekawsze wypowiedzi, które otrzymają taki Zestaw zimowy, który zawiera:
A my lubimy zimę, bo… TAK:)
Mama też dba o usta:)
A tata dba o takie atrakcje:
A po takiej aktywności tylko grzanie przy piecu kaflowym
Zdjęcia zostały wykonane w bardzo klimatycznym miejscu: Wiejska Zagroda Podlasie
Regulamin konkursu Regulamin Mustela
Bardzo dziękujemy za wszystkie ciekawe odpowiedzi. Zima na chwilę nas opuściła, ale mam nadzieję, że jeszcze wróci.
Nagrodzone komentarze:
27 stycznia 2016 at 19:43
Lubię zimę bo … rok temu zimą urodził się mój syn i teraz zima zawsze będzie kojarzyć mi się z jego narodzinami w piękny biały zimowy wieczór.Lubię zimę za … wspomnienia z dzieciństwa kiedy wieczorami tata zabierał mnie i mojego brata na spacer do lasu gdzie rzucaliśmy się śnieżkami lub robiliśmy orzełki na śniegu, kiedy uczyłam się jeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie.
Lubię zimę za … wspomnienia z dorosłego dzieciństwa kiedy wyjeżdżaliśmy w góry gdzie przez cały dzień brnęliśmy w śniegu po pas z plecakami na plecach a potem dla rozgrzewki biegaliśmy boso po śniegu.Lubię zimę bo … kojarzy mi się z kursem turystyki zimowej, ze wspinaczką po lodospadzie i wycieczką na Zawrat i najpiękniejszymi zimowymi widokami Tatr.
Lubię zimę za … wspomnienie pobytu w schronisku w Dolinie Roztoki, gdzie razem z mężem byliśmy jedynymi gośćmi, grzaliśmy się przy kominie po całodziennych wycieczkach i objadaliśmy oscypkiem z żurawiną.
Lubię zimę bo … kojarzy mi się z urodzinami mojego męża, który jak nie był jeszcze moim mężem organizował imprezy urodzinowe przy ognisku co bardziej dymiło niż się paliło.
Lubię zimę bo … w nocy po nakarmieniu synka można usiąść w kuchni na stole z kubkiem gorącej herbaty i gapić się bez końca na płatki śniegu wirujące w świetle lamp ulicznych.
Lubię zimę za … ciepło i ciszę krajobrazu
Lubię zimę bo … mam nadzieję z każdym rokiem dopisać kolejne piękne wspomnienia czasu spędzonego z rodziną czy to w lesie za naszym domem czy też w moich ukochanych Tatrach.
—————————————————————————————————————————
20 stycznia 2016 at 08:36
Lubię zimę, bo ….Bo bezkarnie mogę zjeżdżać z wrzaskiem na sankach z górki i nikt nie patrzy na mnie jak na wariatkę- przecież mam dzieci i świetnie się z nimi bawię.Bo cały szary świat jest przykryty białą kołderką ze śniegu, który skrzypi rano pod stopami moich dzieci.Bo moje dzieci po zabawie na śniegu mają policzki rumiane jak najsłodsze jabłka.Bo można urządzać bitwy na śnieżki i mam okazję w wieku 31 lat poczuć się jak dziecko.Bo jest zimno:)Bo też pochodzę z Podlasia, krainy zimnem słynącej i mam bardzo podobne wspomnienia z dzieciństwa do Twoich:)
20 stycznia 2016 at 09:04
Lubię zimę, bo przychodzi tuż po szaroburej jesieni, zjawia się po cichutku, kiedy to ni stąd ni zowąd za oknem zaczyna padać śnieg! Najpiękniejsze są te ogromne białe płatki, wirujące wesoło i przykrywające wszystko, co spotkają na swojej drodze. I wtedy nie ważne kim się jest i ile ma się lat – człowiek po prostu wzdycha i uśmiecha się do siebie.
Później już tylko czekać na bezchmurne niebo, oślepiające słońce i wielki mróz… trzeba ciepło się ubrać (tak, żeby ledwo móc się w tym ubraniu poruszać), nasmarować porządnie policzki i nosy i gotowe! Można ruszać – na spacer, na sanki, na narty, na łyżwy, z dziećmi, z ciocią, z babcią, z ukochanym, ukochaną czy z psem – wszystko jedno! Ważne, żeby spacerując usłyszeć pod butami skrzypiący śnieg i poczuć wiatr w oczach zjeżdżając na sankach.
A gdy już dość tego mrozu, nosy czerwone, ręce skostniałe – pora wracać, ciepło w domu jest wtedy najcieplejsze, a pachnąca zupa najsmaczniejsza. Stopy na termofor, a w dłonie kubek gorącej herbaty z miodem, plastrem imbiru i gałązką rozmarynu… Do tego dobra książka, najlepiej w towarzystwie małej pociechy, która z równie czerwonymi policzkami jak Twoje gramoli Ci się na kolana.
Czasem z zimą nie ma żartów, kiedy mocno wieje, pada śnieg z deszczem albo mróz jest naprawdę mroźny… ale wtedy można przynajmniej bez wyrzutów sumienia siedzieć w domu i obejrzeć dobry film czy fajną bajkę, pograć w grę planszową albo upiec jakieś aromatyczne ciasteczka!No i po zimie przychodzi wiosna! Czy to samo przez się nie przemawia za tym, aby zimę lubić?
Autorów wyróżnionych komentarzy proszę o kontakt w ciągu 7 dni na adres e-mail: kontakt@nebule.pl
Kto będzie pierwszy ten wybierze sobie kolor Misia:)
Minął tydzień od ogłoszenia wyników i nie nie zgłosiła się jedna osoba. Wg regulaminu wybrałam kolejną osobę:
Czekam na wiadomość kontakt@nebule.pl z danymi do wysyłki
26 stycznia 2016 at 20:48
Lubię zimę, bo mimo iż nie jest to już taka zima, jaką zapamiętałam z dziecięcych lat, to wciąż ta pora roku sprawia, że moje wewnętrzne dziecko szaleje. Widząc spadający z nieba śnieg, otwieram buzię i łapię co większe płatki, szuram butami po świeżym puchu, albo dziarsko przemierzam białe chodniki, skrzypiące pod podeszwami. Jakby tylko nadarzyła się okazja, wsiadłabym na sanki i zjeżdżała żwawo z górki, drąc się w niebogłosy. Innym razem sturlałabym się po bielutkim zboczu, by u dołu wstać, otrzepać się, powiedzieć sobie (a raczej temu dziecku we mnie), „no już, wystarczy, pora do domu”.
Lubię zimę, bo mimo iż słońca jest jak na lekarstwo, a katar i kaszel to niejako nieodłączne jej składowe, jest w tej porze roku coś uroczego, magicznego. Magia zimy łączy się w mojej głowie ze Świętami, które przecież od dobrych paru lat są raczej wiosenne niż zimowe, a mimo to wyobraźnia działa na pełnych obrotach… I kiedy prezenty zjawiają się pod choinką, to mogę dać sobie uciąć rękę, że są lekko zziębnięte i opruszone śnieżną pierzyną.
Lubię zimę, bo jako kierowca z prawie dziesięcioletnim stażem właśnie zimą czerpię z jazdy najwięcej frajdy. Co prawda do pasji doprowadzają mnie inni uczestnicy ruchu, którzy na widok śniegu zwalniają i tempem dorównują matkom wózkującym, ale jakoś przymykam na to oko. ? Uwielbiam natomiast zbaczać z miejskich szos i odwiedzać co bielsze parkingi lub opustoszałe drogi, by sprawdzić się jako kierowca w warunkach dla mnie ekstremalnych. Po takim treningu lekkie poślizgi w białej miejskiej dżungli mi nie straszne – wiem, jak hamować, by opanować samochód, a przede wszystkim wiem, jak opanować emocje i nie dać się porwać panice.
I choć kocham lato, słońce, rozgrzany piasek pod stopami, to lubię zimę!
Wchodzicie do pokoju i widzicie bawiące się dziecko. Chwilę obserwujecie i słuchacie co tam do siebie gada. Po minucie stwierdzacie, że ta zabawa jest głupia i bez sensu. Czy tak naprawdę jest?
Nawet nie zdajemy sobie sprawy jaki wpływ wywierają na dziecko na pozór proste czynności. Często zabawa tematyczna jest bagatelizowana. Zdarza się też, że nie szanujemy wyborów dziecka, bo coś wg nas nie jest edukacyjne czy wartościowe. A to dziecko wie najlepiej czego potrzebuje do rozwoju.
Zabawa, która została wymyślona przez naszą pociechę często wnosi więcej dobrego niż jeżeli coś podsuniemy im pod nos i damy konkretną instrukcję (jak jest w Montessori). Ta dowolność wpływa bardzo korzystnie na wyobraźnię oraz planowanie. Uczy również myślenia tzw. „out of box”- poza schematem – tak bardzo pożądanego w dzisiejszych czasach.
Dziecko zazwyczaj ma gotowy plan, który realizuje punkt po punkcie wg jego rozkładu. Niekierowana zabawa tematyczna bardzo pozytywnie wpływa na rozwój społeczny. Odgrywając role przygotowuje się do sytuacji, które je spotkają, bądź w ten sposób radzi sobie z wcześniej przeżytymi problemami.
To tylko możliwe w czasie dziecięcej zabawy.
Domino to bilety:)
Na zdjęciach przepiękna kolekcja Maki Mon Ami zaprojektowana przez Dawida Wolińskiego.
Dziadkowie Lilki proszeni są o nie zaglądanie do tego posta:)
Również w tym roku stwierdziłyśmy, że takie prezenty będą najlepsze. Chciałam żeby to były użyteczne rzeczy, a nie zbieracze kurzu.
Dziś pokażemy, co fajnego razem zrobiłyśmy dla Dziadków z południa Polski i ze wschodu. Będą to w sumie dwa różne pomysły.
Potrzebujemy:
Zaczynamy od odmierzenia kawałka chusteczk i- tak aby pasował do świecy. Następnie chusteczkę naklejamy na kartkę papieru (na brzegach) taśmą klejącą- ułatwia to rysowanie po niej. Dziecko wykonuje rysunki, możemy wykropkować litery do połączenia (dla nie piszących). Następnie odklejamy delikatnie chusteczkę i oddzielamy warstwy.
Potrzebna jest nam tylko jedna (górna). Przykładamy chusteczkę do świecy i owijamy papierem woskowanym. Następnie włączamy suszarkę i kierujemy źródło ciepła na świecę. Robimy tak, aż chusteczka wtopi się w świecę. Gotowe!
Na kubku dziecko rysuje dowolne wzory lub pisze litery. Odstawiamy kubek do oschnięcia na 4 h. Następnie wkładamy go do nie nagrzanego piekarnika do utrwalenia na 90 min na 160 stopni. Dzięki temu zabiegowi napisy będą trwałe i nie zejdą nawet w zmywarce.
Wykropkowałam litery:
Dziecinnie proste:)
*A niektóre są nawet za 0 zł
Często chcemy ofiarować naszym dzieciom coś specjalnego. Takiego, żeby zaparło im dech w piersi i zaczęły skakać z radości krzycząc „Wow, wow, wow!”. Staramy się znaleźć coś wyszukanego, niebanalnego i bardzo angażującego. Poświęcamy na to długie godziny tylko po to, żeby sprawić dziecku radość.
A tymczasem im więcej czasu przeznaczymy na poszukiwania tym proporcja do reakcji naszej pociechy jest niewspółmierna. Znacie to? Ja tak! Dlatego dziś przygotowałam listę aktywności lub rzeczy, które uwielbiają dzieci bez względu na wiek. Czysta radość gwarantowana! Takie proste, a sprawia dzieciom najwięcej uśmiechu. Dodatkowo jest bardziej edukacyjne niż niejedna książka, bo doświadczone przez wszystkie zmysły.
widzimy za oknem coś interesującego, szybko zakładamy odpowiednie ubrania i biegniemy na zewnątrz. Takie obserwacje bardzo często wywołują u dzieci uśmiech, a dodatkowo uczą. A samo łażenie po kałużach w deszcz nauczy ich więcej niż niejedna lektura.
no które dziecko tego nie lubi? Uwielbiamy kolorowe banieczki unoszące się w powietrzu. A to jest zabawa za całe 2 zł:) Jeżeli pozwolimy dziecku dmuchać to dodatkowo będzie miało okazję ćwiczyć fazę wydechową.
nieważne czy darmowe, reklamowe czy takie kupione. Dzieci je uwielbiają i potrafią w kreatywny sposób wykorzystać. Można je odbijać lub malować po nich mazakami.
jeżeli codziennie pokonujecie trasy autem warto raz na jakiś czas kupić bilet i przejechać się komunikacją miejską. Jest to niezapomniane przeżycie, a nam się wydaje, że to niewygodne. Dzieci uwielbiają jeździć autobusem, tramwajem lub metrem, a jeżeli jeszcze pozwolimy im skasować bilet to gwarantuję, że będą trzymać go malutkiej rączce jak największy skarb.
kto by pomyślał, że to może być interesujące? A jednak jest i to bardzo! Pociąg odjeżdżający do Sulejówka może dziecko bardziej zauroczyć niż kucyk Pony. A jeżeli do tego umiemy dopowiadać ciekawe historie- dziecko będzie wniebowzięte.
nieważne czy w parku czy w środku miasta. Dzieci uwielbiają wrzucać kamyczki lub patyki. Jeżeli jest możliwość przebiegnięcia na drugą stronę i sprawdzenia czy ich skarb już płynie z pewnością na ich twarzy zagości uśmiech.
z rodzicem lub bez. Ta atrakcja jest bardzo pożądana w naszym domu. Sprawia wiele radości, a nic nie kosztuje, no może po jakimś czasie wymianę materaca. A dlaczego warto? Skakanie po sprężynach doskonale wpływa na układ przedsionkowy i pobudza go do pracy. Jedynie upadki mogą być niebezpieczne dlatego najlepiej upewnić się, że w pobliżu nie ma np. szklanego stolika. A nawet upadki uczą układ nerwowy reakcji obronnych;)
tania, prosta i bardzo edukacyjna czynność. Nieważne czy przy stoliku, w wannie czy na podwórku. Dzieci kochają wodę: przelewać, wylewać, psikać, zamrażać, roztapiać itd. Tyle nauki, a koszt niewielki. Dodatkowo ćwiczą motorykę małą.
mieszanie jajek i dodawanie łyżką mąki jest bardziej rozwijające niż niejedna zabawka. Do tego spędzimy razem naprawdę fajny czas, który nasze dziecko zapamięta na całe życie.
taka atrakcja za 2 zł. Mają wszystko to co dzieci kochają. Kolorowa kulka na wafelku lub patyczku często jest bardziej pożądanym obiektem niż klocki Lego. A do tego nie wiem czy wiecie lizanie lodów ćwiczy język:)
Takie proste, a sprawia tyle radości! Czas poświęcony dziecku jest najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek możemy podarować. Dlatego warto korzystać z mojej listy:)
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub wywołał wspomnienia z dzieciństwa zostaw tu po sobie ślad, kliknij lajka lub udostępnij go na Facebooku
Czyli jak zwykle lekko spóźniona garść inspiracji na styczeń.
W ubiegłym roku wisiał na lodówce kalendarz strażacki, a w tym roku ten pozytywny od Mamarak. Można go wydrukować tutaj:
Gra „Zgadnij co to jest?” do pobrania za free na różne smartfony – dla wszystkich, którzy lubią gimnastykę komórek mózgowych.
Od dawna jestem wielbicielką gier słownych, a ta jest po prostu genialna. Coś jak jednoosobowe kalambury:) – do tego świetne ilustracje i zaskakujące hasła.
Nie mogłam się już doczekać kiedy wprowadzą ten serwis do Polski. Za niewielkie pieniądze 8, 10 lub 12 euro (tyle co jednorazowy bilet do kina) mamy dostęp do nowych seriali zza wielkiej wody. Nie spodziewałam się, że będzie tak duża oferta dla dzieci. Przedwczoraj nadrabialiśmy Madagascar 3 (z dubbingiem). Nie wszystkie filmy i seriale mają dubbing lub napisy, ale widzę, że jest tego coraz więcej. Ściągnęliśmy również Netflix na Playstation i oglądamy bez specjalnego podłączania. J
eżeli nie macie konsoli do komputera możecie podpiąć TV za pomocą kabla HDMI. Z członkostwa można zrezygnować w każdym momencie bez żadnych konsekwencji. Oglądając coś na Netflix ma się wrażenie, że film jest puszczony z płyty. Nic się nie tnie i nie wiesza, jak przy innych serwisach online. Na razie nie widzę żadnych minusów. No i w końcu Lilka może obejrzeć Mother Goose Club- świetny program z piosenkami do nauki angielskiego.
Dostaliśmy na Święta od znajomych taką maszynę do popcornu. Nie dość, że stylowo wygląda to sprawdza się w 100%. Wsypuję zwykłą suchą kukurydzę i wyskakuje pyszny popcorn. Maszyna nie potrzebuje nawet grama tłuszczu, więc można powiedzieć, że jest dietetyczny:)
Moje lektury na najbliższe miesiące
Niestety Planeta organica ostatnio bardzo mi przesuszyła skalp i szukałam czegoś nowego. W ulubionej drogerii w Rzeszowie wpadłam na nowości Insight (można znaleźć online). Skład powalił mnie na kolana i od miesiąca używam tego zestawu. Jest moc!
I moje nowe hobby, o które nigdy bym siebie nie podejrzewała!
Aż śmiać mi się chce jak sobie o tym pomyślę, bo chyba się starzeję. W domu były do tej pory dwa kwiatki: bonsai z 3 listkami i drugi, którego nazwy nie znam. Dba o nie mąż:)
A tu z nowym rokiem ja się za to wzięłam i szukam nowych ciekawych gatunków. Poluję również na doniczki:) Ten piękny sukulent wypatrzyłam u teściowej, która ma niesamowitą rękę do kwiatów. Mam nadzieję, że go nie zepsuję, bo będę próbować go przesadzić. Szukam teraz czegoś do Lilki pokoju żeby sama mogła o niego dbać.
Wybieram się z przyjaciółkami na „Moje córki krowy”– świetna obsada i doskonałe recenzje przekonały mnie już dawno. Teraz tylko musimy zgrać terminy.
Kiedy Lilka skończyła 6 miesięcy, zaczęła siadać i okazywać duże zainteresowanie jedzeniem kupiliśmy pierwsze krzesełko do jedzenia. Nie przepadam za nazwą „krzesełko do karmienia”, bo tak się złożyło, że akurat jej nie karmiliśmy. Ona jadła sama.
Nie zastanawiałam się nawet chwili nad wyborem, bo uznałam, że najprostszy model całkowicie spełni nasze oczekiwania.
Od początku było dla mnie jasne, że Lilka je z nami. Nawet przez myśl by mi nie przeszło żeby dawać jej jedzenie przed nami tylko po to żeby w spokoju zjeść swój ciepły obiad. Chcieliśmy budować naszą relację również przez wspólne posiłki. Jest to znakomity czas aby w spokoju porozmawiać o tym jak minął dzień albo jakie mamy plany na jutro. Bezcenne słowa z ust 2-letniej Lilki przy kolacji: „Jak tam Twoi klienci, Tato?”
Nie ma na stole zabawek, telewizor jest wyłączony, telefony zostają w innym pomieszczeniu. My razem jemy obiad i rozmawiamy. Jesteśmy tylko dla siebie. Od początku staramy się żeby kolację (w dni powszednie) i wszystkie posiłki (w weekendy) jeść razem przy stole w kuchni. I chociaż on zajmuje połowę pomieszczenia to uważam go za najważniejszy mebel w naszym domu.
Siedzenie przy stole to nie tylko konsumowanie kanapek i picie herbaty. To dla mnie coś więcej. Czas na rozmowę i bycie razem.
Ok 18 miesiąca życia Lilka zbuntowała się i nie chciała już siedzieć w swoim krześle, które było już lekko przymałe. Przy stole urzędowała na dużym, dorosłym krześle stojąc na kolanach. Próbowałam różnych podkładek, ale nie zdały u nas egzaminu. Dwa razy zaliczyła niezły upadek z kanapką w ręku. A ostatnio zaczęła siadać na piętach.
Zaprzyjaźniona fizjoterapeutka zwróciła mi na to uwagę, że nie jest to korzystne dla rozwoju układu kostno-stawowego. Przy okazji wyjaśnił się bardzo krótki czas spędzony przy stole. Lilce było po prostu niewygodnie. Zaczęłam szukać rozwiązań. Myślałam o zakupie wysokiego krzesła z Ikei. Jednak uznałam, że jest to bez sensu, bo nogi wiszą w powietrzu i nie mają podparcia.
Nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła odpowiedniego researchu na ten temat.
Mamy to krzesło od 2 miesięcy i zakochani jesteśmy w nim od początku. Lilce przypadło bardzo do gustu. Jest jej wygodnie, siedzi wysoko, a nie tak jak wcześniej „nosem w misce”. Kręgosłup opiera się na wyprofilowanym oparciu, którego wysokość można bez problemu regulować, a stopy swobodnie stoją na podpórce. Między udem a kolanem jest zachowany kąt prosty, a plecy w stosunku do reszty ciała również ustawione są prawidłowo.
Nie służy już tylko spożywaniu posiłków, ale również wielu innym czynnościom. To tutaj powstają prace plastyczne, układane są puzzle i rysowane są głowonogi. Widzę, że ciągnie ze sobą rzeczy z pokoju żeby mieć dużą powierzchnię do pracy.
Lubię też jej widok przy stole. Mieszam jedną ręką zupę, a drugą pomagam znaleźć brakujący element układanki.
Żałuję, że nie kupiłam go 2,5 roku temu, ale perspektywa wieloletniego użytkowania z pewnością mi to wynagrodzi.
Tripp Trapp z zestawem BabySet, pasami i poduszką
Nie tylko do siedzenia przy stole:)
Po zdjęciu zestawu Baby set i szelek mamy krzesło, które posłuży do dorosłości.
I jak Wam się podoba? Wiem, że TT ma wielu miłośników dlatego razem z marką Stokke chcę Wam umożliwić poznanie tego genialnego krzesła. Mamy do wygrania krzesło Tripp Trapp z zestawem BabySet (taki jak na zdjęciach poniżej) w wybranym przez zwycięzcę kolorze.
Konkurs będzie trwał przez tydzień ( do północy 14.01.2016 r.) Najciekawszą odpowiedź nagrodzimy krzesłem Tripp Trapp z zestawem BabySet w wybranym przez zwycięzcę kolorze.
Wpis powstał we współpracy z marką Stokke
Zdjęcia w klimatycznym drewnianym domu zostały zrobione w Wiejskiej Zagrodzie Podlasie
Bardzo dziękujemy za wszystkie wypowiedzi. Ciężko było wybrać najciekawszą odpowiedź. Krzesło Tripp Trapp powędruje do…
Koralina:
Pojawiłem się w ich domu tuż po łóżku, regale na książki i ekspresie do kawy. Od samego początku mogli na mnie polegać, a ja odkrywałem przed nimi kolejne wcielenia: blatu roboczego, domowego biura, kącika scrabblistów i miejsca do codziennej wymiany myśli. Z przyjemnością poznawałem ich zwyczaje i powoli przywykałem do rytmu ich życia. Aż któregoś dnia obwieścili rodzinie radosną nowinę. Już myślałem, że się przesłyszałem, bo przez długi czas nic się nie zmieniło, ale po kilku miesiącach nowa rzeczywistość zapukała do drzwi razem z płaczącym niemowlakiem. Nogi dosłownie się pode mną ugięły – zawalony stertą prania, stosem poradników i wieżą z kubków po niedopitej herbacie ziołowej i kawie, ledwo sam siebie poznawałem. A to był dopiero początek! Coraz rzadziej stawiano na mnie talerze, za to często nade mną przysypiano. I kiedy wydawało się, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, z dnia na dzień znalazłem się w samym centrum kulinarnego poligonu doświadczalnego.
Pojawiłem się w ich domu tuż po łóżku, regale na książki i ekspresie do kawy. Od samego początku mogli na mnie polegać, a ja odkrywałem przed nimi kolejne wcielenia: blatu roboczego, domowego biura, kącika scrabblistów i miejsca do codziennej wymiany myśli.
Z przyjemnością poznawałem ich zwyczaje i powoli przywykałem do rytmu ich życia. Aż któregoś dnia obwieścili rodzinie radosną nowinę. Już myślałem, że się przesłyszałem, bo przez długi czas nic się nie zmieniło, ale po kilku miesiącach nowa rzeczywistość zapukała do drzwi razem z płaczącym niemowlakiem. Nogi dosłownie się pode mną ugięły – zawalony stertą prania, stosem poradników i wieżą z kubków po niedopitej herbacie ziołowej i kawie, ledwo sam siebie poznawałem. A to był dopiero początek! Coraz rzadziej stawiano na mnie talerze, za to często nade mną przysypiano. I kiedy wydawało się, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, z dnia na dzień znalazłem się w samym centrum kulinarnego poligonu doświadczalnego.
Byłem lepki od kaszek i przecierów, czyjeś małe rączki z zapamiętaniem wcierały we mnie warzywa w potrawce z królika, oprószały kawałkami chrupek kukurydzianych i zalewały mlekiem. W ciągu następnych miesięcy czułem się jak paleta w rękach szalonego malarza: pac! zieleń brokułu, pac! fiolet jagód, pac pac! czerwień pomidora. Słyszałem, jak mówiono przy tym, że bobas lubi wybór, mnie to się jednak bardziej kojarzyło z blatem ledwie widocznym.
W swojej drewnianej naiwności myślałem, że naukę łączenia barw mam już za sobą, ale okazało się, że czekały mnie kolejne niespodzianki. Nie minęło dużo czasu, a po rodzaju skrzypienia nauczyłem się odróżniać kolory kredek, dla których żadna kartka nie była zbyt duża, a moje blade sosnowe oblicze ożywiły zamaszyste pociągnięcia umaczanego w farbie pędzla. Kiedy w ruch poszły nożyczki, szybko pokryłem się skomplikowaną siecią zmarszczek. Zacząłem nabierać charakteru.
A ile się przy tym nasłuchałem…! I o Grzesiu, co szedł przez wieś, i o Gabrysiu, co sitem wodę czerpał, i o murzynku Bambo, co uczy się pilnie przez całe ranki. Odwiedziłem stragan w dzień targowy, stałem na stacji obok lokomotywy, byłem na wyspach Bergamutach i nauczyłem się, jak rozmawiać trzeba z psem. Czasami myślę sobie, że gdybym nie trafił do domu, w którym równie ważne jak to, co ląduje na talerzu, jest to, co wpada do ucha, prawdopodobnie nie poznałbym ani Tuwima, ani Brzechwy i nigdy nie odkryłbym, że owsianka najlepiej smakuje z poezją!
Znowu spędzamy ze sobą więcej czasu. Z prawdziwą przyjemnością obserwuję, jak cierpliwie prowadzą niewprawną jeszcze dziecięcą rączkę podczas pisania słów „mama”, „tata”, „dom”, pokazują, gdzie dołożyć kolejny element układanki i wyjaśniają reguły pierwszych planszówek. I chociaż czasami mam wrażenie, że od jeszcze jednego turlu turlu kostki do gry za chwilę pęknie mi głowa, zawsze okazuje się, że radosny śmiech towarzyszący rozgrywkom ma na mnie zbawienny wpływ. Gdzie tam olejowanie czy woskowanie! Nic nie konserwuje lepiej niż czysta miłość.
Taka jest moja historia. Teraz czas, abyś ty opowiedział mi swoją, Tripp Trappie w kolorze White.
Stół
GRATULACJE
Odezwij się do na kontakt@nebule.pl
Witajcie w Nowym Roku.
Czy też, tak jak ja, żegnacie stary rok z refleksjami? Od pewnego momentu czuję, że czas ucieka mi przez palce, a ja w żaden sposób nie potrafię tego zatrzymać. Końcówka roku (jak zawsze) była szalona. Wiele chwil udało mi się zapamiętać, ale w końcowym rozrachunku wciąż mam wrażenie, że jest tego za mało.
Patrzę na Lilkę i widzę małą dziewczynkę, która wciąż nas bardzo potrzebuje. A kiedy staje obok 6-miesięcznej córeczki mojej przyjaciółki mam wrażenie, że jest dorosła. Wtedy zaczynam myśleć, o tych chwilach, których jej nie poświęciłam i jest mi smutno. Ten czas już nigdy nie wróci, a podobno będzie leciał coraz szybciej.
W ubiegłym roku miałam tylko 2 postanowienia noworoczne. Udało mi się je zrealizować niewielkim wysiłkiem. Ale dopiero wtedy kiedy odpuściłam.
W styczniu dzielnie uczęszczałam na siłownię. O moich zmaganiach możecie przeczytać we wpisie – Jak (nie) schudnąć 10 kg
Nie czułam euforycznego stanu ani napływających endorfin. Kiedy zbliżał się czas wyjścia na zajęcia czułam, że jest to kolejny przykry obowiązek. A tak przecież nie powinno być. W lutym byłam już zaledwie kilka razy. W marcu może raz. Karnet przeleciał na pusto do lipca. Miałam ogromne wyrzuty sumienia. Mąż również miał powód do lekkich drwin;)
Ten rok chcę przeżyć bez konkretnych planów i bez stresu czekać na to co przyniesie mi los. Chcę żyć dniem dzisiejszym, a nie tym co będzie za jakiś czas. Czuję, że będzie mi z tym dobrze, bo wiem, że wykorzystam ten czas teraźniejszy w 100 %.
Jestem typem, który uwielbia mieć WSZYSTKO zaplanowane. Często niemożność spełnienia tego planu wprawia mnie w ogromną frustrację. Ostatnie lata nauczyły mnie tego żeby nic nie planować. A żyć tym co jest teraz. Nie myśleć też za dużo o przeszłości.
Happy Planner to prezent od męża (tfuuuu Mikołaja). Prosiłyście mnie o zdjęcia wewnątrz. Żadne fotki nie oddadzą piękna tego przedmiotu. Pominęłam co prawda część o planowaniu dalekosiężnym, ale będę z niego intensywnie korzystać w organizacji mojej pracy tutaj.
Wróciliśmy na chwilę do domu, więc wrzucam kilkanaście zdjęć z tego tygodnia. Na Święta odłożyłam aparat do torby i chłonęłam atmosferę.
Bardzo cieszy mnie to, że jeszcze jedne Święta przed nami i dane jest nam przeżywanie tego czasu dwa razy w roku.
W środę znów się pakujemy i ruszamy do bardzo klimatycznego miejsca na Sylwestra. Jeżeli jesteście ciekawi zapraszam do śledzenia na bieżąco naszego profilu na Instagramie na:
Wszystkim czytelnikom oraz partnerom bloga Nebule
życzymy wesołych Świąt Bożego Narodzenia.
Niech będą przepełnione bliskością, rozmową z drugą osobą oraz wspólnymi czynnościami.
Zwróćmy uwagę na te najmniejsze gesty i niech na zawsze zostaną w naszej pamięci.
„Każde dobrze przeżyte 'dzisiaj’ zamienia 'wczoraj’ w szczęśliwe wspomnienie”.
Dominique Loreau
Nebule.pl
Dziś przedstawię wam nasze najlepsze filmy familijne. Tu jest wpis stricte Filmy dla dzieci. Tymczasem tu, przez filmy familijne – rozumiem takie, które mrugają oczkiem także do dorosłego widza:)
Są takie wieczory, gdy zasiadamy całą rodziną i mamy wieczór filmowy. Lubię te chwile, ale jest coś, co mi przeszkadza się nimi cieszyć – wybór filmu. Przy pierwszym dziecku z chęcią oglądałam wszystkie bajeczki i fascynował mnie ten świat niejako powrotu do własnego dzieciństwa, przy jednoczesnym obserwowaniu tworzenia się filmowych wspomnień mojego dziecka.
Dziś już jestem rodzicem z bagażem doświadczeń i fascynacja oglądaniem bajek jest zamierzchłą przeszłością. W takie filmowe wieczory myśl o kolejnej bajce jest dla mnie męcząca, choć przecież są filmy animowane dla dzieci na poziomie – je uwielbiam, ale generalnie bajki dla dzieci są… dla dzieci.
Szukam więc kompromisu, którym są filmy familijne. To oczywiście nadal nie „Forrest Gump”, ale zwykle wszyscy jesteśmy zadowoleni. Dziś ułatwię Wam sprawę i podzielę się listą najfajniejszych filmów familijnych, które ubarwią Wasze wieczory, ucieszą dzieci, a Was nie znudzą.
klikając w zdjęcie – przeniesiesz się do zwiastuna.
Nie będę tego z tego robić rankingu TOP 10, TOP 20 czy TOP 30. Ba! Nawet nie będę numerować – dzięki czemu jak podeślecie inne sprawdzone produkcje – będę ubogacać wpis! Lista zaczyna się więc od najnowszych produkcji by na koniec przypomnieć klasyki.
IMDb – 7,4
tytuł oryginalny: Onwardrok produkcji: 2020długość filmu: 1h 42 min
Najnowsza produkcja Pixara ma wszystko. Jest filmowa podróż. Jest przygoda życia. Jest przemiana bohaterów. Jest przesłanie, że jest potrzebny nam umiar w używaniu technologii. Historyjka nie jest może super odkrywcza, ale odpowiednio bawi i wzrusza.
IMDb – 8,2
tytuł oryginalny: Klausrok produkcji: 2019długość filmu: 1h 36 min
To będzie obowiązkowa lektura w okolicy świąt. Choć niektórym dzieciom/rodzicom nie przeszkadza tematyka oglądać go po 7 razy i okrągły rok:) Film pełny komizmu sytuacyjnego. Najważniejsze, że i dziecko i dorosły znajdą coś dla siebie. W porównaniu do innych świątecznych produkcji – bardzo odświeżający!
IMDb – 7,2
tytuł oryginalny: A Dog’s Purpose rok produkcji: 2017długość filmu: 1h 40 min
Film reżysera Hachiko. To opowieść o miłości, przyjaźni i przywiązaniu, które pokonuje wszystkie bariery. Chłopiec, który w dzieciństwie dostaje psa, dorasta z nim, jednak kres psich dni jest szybszy niż ludzkich. Okazuje się jednak, że zwierzęca reinkarnacja istnieje – przynajmniej w tym filmie – i Bailey otrzymuje nowe ciało ze starą, psią duszą…
IMDb – 8,4
tytuł oryginalny: Cocorok produkcji: 2017długość filmu: 1h 45 min
Coco to opowieść o meksykańskim chłopcu, który kochał muzykę tak bardzo, że przeniosła go ona do świata umarłych. Świata który miał szansę poznać, by dowiedzieć się, że zmarli to nie tylko zdjęcia, ale prawdziwe historie prawdziwych ludzi. W tej opowieści wszystko jest piękne: pokazanie tradycji meksykańskich, związanych ze śmiercią, muzyka i sama animacja jest tak piękna, że zapiera dech. Wzruszenia i śmiech, plus mnóstwo mądrości.
IMDb – 6,7
tytuł oryginalny: Ferdinandrok produkcji: 2017długość filmu: 1h 48 min
Co się stanie kiedy pacyfista trafi na arenę… Bardzo ciepła opowieść. Sympatyczni bohaterowie. Mądre przesłanie. I co najważniejsze każdy znajdzie coś dla siebie. I dzieci i dorośli będą parskać głośnym śmiechem.
tytuł oryginalny: The Jungle Bookrok produkcji: 2016długość filmu: 1h 46 min
Dzieci klasykę znać muszą. I „Księga Dżungli” właśnie nią jest. Chłopiec wychowywany jest przez zwierzęta – nie będę opisywać fabuły, bo ją znacie. Ta wersja filmu to jednak majstersztyk. Wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach, a zwierzęta w wersji life-action przyprawiają o ciarki.
a tu łapcie świeżutki największy prezentownik z inspiracjami dla dzieci od 1 roku aż po nastolatków. 10 tablic z podziałem na wiek dzieci, w sumie ponad 100 przemyśłanych propozycji! – Prezenty na święta dla dzieci 2023
IMDb – 8,1
tytuł oryginalny: Inside outrok produkcji: 2015długość filmu: 1h 35 min
I kolejna animacja, ale także jest w tym zestawieniu, ze względu na swoją wyjątkowość. To opowieść o emocjach, które mieszkają w każdym z nas. W tej historii mają swoje imiona, twarze i charaktery. Tak, tak. Niczym w „Było sobie życie” emocje są spersonifikowane. Jest Radocha, Smutna, Gniew, Odraza i Strach. Gdy dziewczynka przeżywa trudne chwile związane z przeprowadzką, jej dotąd działająca doskonale konstrukcja psychiczna, zaczyna się chwiać w posadach. Na ratunek ruszają Radocha i Smutna docierając do najdalszych jej zakamarków. Ten film jest tak dobry, że jego rekomendacja zajęłaby mi kolejnych kilka stron tekstu. Musicie to zobaczyć. Czapki z głów dla twórców.
IMDb – 6,9
tytuł oryginalny: Cinderellarok produkcji: 2015długość filmu: 1h 45 min
Klasyczna baśń o dziewczynie, która dzięki udanemu mariażowi, z pomiatanej pasierbicy, staje się żoną księcia. Choć schemat jest już dziś nieco passe, to film jest przepiękny i z pewnością spodoba się dzieciom. Dorośli odnajdą w nim magię, jednak ostrzegam, że opowieść ta, momentami absurdalna, może irytować, dlatego oglądając ją z dziećmi, nastawcie się na dobrą zabawę i przymknijcie swoje feministyczne oko na irytujące wątki.
IMDb – 7,5
tytuł oryginalny: Heidirok produkcji: 2015długość filmu: 1h 51 min
Chyba mało kto zna Heidi. A warto! Oszałamiające alpejskie widoki, wzruszająca historia. Osierocona Heidi, ma ułożone życie ze dziadkiem na łonie natury, kiedy pojawia się ciotka, pragnąca ucywilizować dziewczynkę. Zabiera ją do miasta, gdzie poznaje niepełnosprawną bogatą Klarę. Światy obu dziewczynek nie mogłyby się bardziej różnić…
IMDb – 7,0
tytuł oryginalny: Maleficentrok produkcji: 2015długość filmu: 1h 37 min
Ten film jest pięknie zrobiony – kostiumy, scenografia no i wspaniała kreacja Angeliny Joli w roli Diaboliny z pewnością spodobają się Wam. Dzieci urzeknie fabuła, która zbliżona jest to opowieści o Śpiącej Królewnie, jednak pokazuje tę historię z punktu widzenia Tej Złej?
tytuł oryginalny: Paddingtonrok produkcji: 2014długość filmu: 1h 35 min
Paddingtona chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Dzieci tak samo jak kochają książki, z rozdziawionymi buziami pochłaniają też film. Film zrobili producenci Harry’ego Pottera. Niech samo to będzie rekomendacją że wzięli się za to profesjonaliści. Wyszło wspaniałe kino familijne. Film doczekał się już paru części:)
tytuł oryginalny: Belle et Sébastien rok produkcji: 2013długość filmu: 1h 44 min
To kolejna opowieść o przyjaźni człowieka ze zwierzęciem, w tym przypadku psem. Akcja filmu dzieje się w cudownych i malowniczych Alpach w 1943 roku. Mieszkańcy wioski tracą swoje owce. Tymczasem Sebastian spotyka w górach samotnego owczarka, z którym się zaprzyjaźnia. Czy to Bella jest winna porwaniom owiec? Wspaniały klimat i piękne okoliczności przyrody dla dorosłych i oczywiście chłopiec i pies dla dzieci.
IMDb – 6,3
tytuł oryginalny: Karsten og Petra blir bestevenner rok produkcji: 2013długość filmu: 1h 14 min
To jest ostatni hit! Obejrzeliśmy razem i znów pojawiły się prośby o ponowne włączenie. Film powstał na podstawie książki, o której kiedyś pisałam. Bardzo fajny dla dzieci, które zaraz zaczną edukację przedszkolną, bo pokazuje kuluary tej instytucji. Trochę magii i piosenek urozmaica oglądanie. W kinach studyjnych jest teraz wersja świąteczna, ale nie możemy trafić.
IMDb – 5,6
tytuł oryginalny: Mirror Mirrorrok produkcji: 2012długość filmu: 1h 46 min
Julia Roberts jako Zła Królowa, trafia np. do gabinetu odnowy biologicznej…:) Popis autoironii. To taka ocierająca się o parodię formuła komedii, gdzie i dzieci i dorośli będą się śmiać do rozpuku. Osadzona w baśniowym świecie ale pełna odnośników do wspólczeności.
IMDb – 7,7
tytuł oryginalny: Tangled rok produkcji: 2010długość filmu: 1h 40 min
Ona jest uziemiona… na wieki. Ale teraz dostała okazję by poznać świat po raz pierwszy na spółkę z pewnym łotrzykiem. Historii Roszpunki nie muszę wam opowiadać. Wspaniała adaptacja filmowa. Idealna doza humoru.
IMDb – 7,1
tytuł oryginalny: Le petit Nicolas rok produkcji: 2009długość filmu: 1h 31 min
Mikołajek, Rosół, Ananiasz… te postaci przenoszą mnie do mojego dzieciństwa:) A Julek i Lilka chłonąc ich przygody na ekranie, wieczorem podtykają do czytania przed snem moje ulubione książeczki:)
tytuł oryginalny: Uprok produkcji: 2009długość filmu: 1h 36 min
Jeśli jakimś cudem nie widziałaś tego filmu – to od niego zacznij! To też tak uniwersalne i ponadczasowe kino familijne, że i dzieciaki i ty będziecie oglądać przyklejeni do telewizora. Film porusza głębokie nuty. Wartość przyjaźni, pogoń za marzeniami, że nawet nie będąc już najmłodszym wciąż można zmienić swoje nastawienie i wziąć świat za rogi!
tytuł oryginalny: WALL·Erok produkcji: 2008długość filmu: 1h 38 min
Zaczynają się prawdziwe klasyki:) Choć nie myślałem, że tak szybko stanie się nim historia robota sprzątającego. Kiedy Wall·e poznaję EVE – mimo, że film dzieje się za 700 lat – opowiada historię starą jak świat:)
tytuł oryginalny: Enchantedrok produkcji: 2007długość filmu: 1h 47 min
Znacie księżniczki disneyowskie – ptaki nad nimi śpiewają, słońce dla nich wstaje, jak śpiewał Kult: „na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek. A przed nią bieży baranek, a nad nią lata motylek”. Taka właśnie księżniczka, w wyniku czarów-marów trafia nagle do współczesnego Nowego Jorku. Co może pójść źle? Wszystko! Oczekiwania kontra rzeczywistość. Księżniczka z bajki i zwyczajny facet. Zobaczcie sami.
IMDb – 6,4
tytuł oryginalny: Night at the Museumrok produkcji: 2006długość filmu: 1h 48 min
Cudowny film przygodowy, który przybliża dzieciom dawny świat i uzmysławia, że eksponaty to żywa historia. Oto Larry został zatrudniony jako strażnik w Muzeum Historii Naturalnej. Pracując na nocną zmianę, dowiaduje się, że właśnie nocą eksponaty ożywają. Rany, jak ja mu zazdroszczę! A co dopiero dzieci!
IMDb – 6,5
tytuł oryginalny: Nanny McPheerok produkcji: 2005długość filmu: 1h 37 min
Do ojca z gromadką niesfornych dzieci trafia Niania, która ma zapanować nad chaosem. Początkowo dzieci nic sobie nie robią z kolejnej niani, jednak tym razem trafiła kosa na kamień i Niania McPhee wprowadzi porządek w tej rodzinie, co oczywiście nie spodoba się dzieciom. Do czasu. Dużo zabawnych perypetii, ale także wzruszeń. Czasem zastanawiam się, czy potrzebuję takiej Niani, czy może sama już nią jestem?
tytuł oryginalny: The Chronicles of Narnia: The Lion, the Witch and the Wardrobe rok produkcji: 2005długość filmu: 2h 23 min
Kolejna z klasycznych opowieści, które trzeba znać. Rodzeństwo odkrywa magiczną szafę, która przenosi ich do magicznego świata Narni. Dzieci będą oczarowane opowieścią, a rodzice cudownym klimatem i światem, jaki udało się stworzyć twórcom tego filmu.
tytuł oryginalny: The Princess Diaries rok produkcji: 2001długość filmu: 1h 51 min
To opowieść, którą najlepiej ogląda się mamom i córkom. Nastoletnia, zwykła dziewczyna z San Francisco, zostaje odwiedzona przez nieznaną jej dotąd babcię, która oznajmia jej, że jest następczynią tronu niewielkiego, europejskiego państwa. Dziewczynki, już takie od 8 roku życia, będą zachwycone perypetiami dziewczyny, która ma stać się królową.
IMDb – 7,8
tytuł oryginalny: Shrekrok produkcji: 2001długość filmu: 1h 30 min
Bez dwóch zdań klasyk, który po prostu musiał się tu znaleźć. W Polsce zapisał się na kartach historii, dzięki brawurowemu tłumaczeniu i cudownemu dubbingowi. Pewnie nawet nie wiecie, że w oryginale bohaterom głosy dodawały takie tuzy aktorstwa jak Mike Myers, Eddie Murphy czy Cameron Diaz! Ale chyba mimo tego polski dubbing wygrywa:)
tytuł oryginalny: A Little Princessrok produkcji: 1995długość filmu: 1h 37 min
Tę opowieść zna chyba każdy. No może każda?. Mała Sara trafia na pensję do Panny Mincin, gdzie ma pobierać naukę. Gdy jednak nadchodzą wieści o śmierci jej ojca, okrutna właścicielka szkoły zamienia życie Sary w piekło, degradując ją z pozycji bogatej uczennicy do służącej. To klasyka gatunku, pełna wzruszeń i emocji.
tytuł oryginalny: Jumanji rok produkcji: 1995długość filmu: 1h 44 min
Chłopiec, który odnalazł grę, trafia do serca dżungli w niewiadomy sposób. Mija 26 lat, gdy dwójka dzieci, wprowadzając się do jego domu, odnajduje tę grę i zaczyna w nią grać. Oni również zostają wciągnięci do świata Jumanji. Czy im wszystkim uda się wydostać? Świetna rozrywka dla dzieci i rodziców.
tytuł oryginalny: Alla vi barn i Bullerbynrok produkcji: 1986długość filmu: 1h 27 min
Znów – klasyk, którego nikomu nie trzeba przedstawiać – nie udało mi się odkopać żadnego trailera – kliknięcie w plakat przeniesie was wprost do drugiej części filmu z nowymi przygodami!
IMDb – 6,8
tytuł oryginalny: Akademia Pana Kleksarok produkcji: 1983długość filmu: 2h 38 min
Polacy nie gęsi – więc i nasz swojski prekursor Harry’ego Pottera musiał się znaleźć w tym zestawieniu. Absolutny klasyk. Ja sama oglądałam go może z 50 razy na kasecie VHS. A razem z Lilką zdarzyło się to już może z 10 razy. Soundtrack dzieci znały na pamięć zanim w ogóle poznały co to telewizor:)
tytuł oryginalny: E.T. the Extra-Terrestrialrok produkcji: 1982długość filmu: 1h 55 min
To najstarszy film w rankingu. Aż trudno uwierzyć, że ma już 38 lat! Opowieść o kosmicie, który przypadkowo został na ziemi i trafił pod opiekę chłopca, urzeka już kolejne pokolenia. Dzieci muszą zobaczyć E.T., a dorośli… no cóż, rozczuliło mnie oglądanie tego filmu. Uśmiechałam się też z ciekawością, oczekując na scenę odlotu statku kosmicznego. Fajnie sobie kiedyś radzili, gdy nie było takich możliwości technologicznych, jak dziś.
A jak szukacie tysięcy godzin filmów za 49 zł rocznie to może zobaczcie jakie super seriale i filmy można obejrzeć na Amazon Prime Video
Zapraszam też na zestawienie Najlepsze seriale MAX
A tu łapcie świeżutkie inspirację na Prezent dla niej i dla niego pod choinkę 2024!
A tu za to świeżutki największy prezentownik z inspiracjami dla dzieci od 1 roku aż po nastolatków. 10 tablic z podziałem na wiek dzieci, w sumie ponad 100 przemyśłanych propozycji! – Prezenty na święta dla dzieci
Tu znajdziecie coś dla dorosłego widza – nasze Najlepsze filmy 2022
Tu łapcie świeżutki SkyShowtime TOP 20 z naszymi polecajkami a tu Disney dla dzieci.
Tu łapcie polecajki na najlepsze seriale Apple TV+
a tu łapcie inspiracje na Prezenty na Dzień Dziecka 2025
Tu łapcie Seriale dla dzieci na Netlixie
Tu znajdziecie coś dla dorosłego widza – nasze najlepsze seriale Netflix, tu Disney seriale
Tu znajdziecie odpowiedź Jak wprowadzać dzieci w świat bajek
a jak już je wprowadzicie zapraszam po Najlepsze bajki na Netflix a tu wpis w którym znajdziecie najlepsze bajki edukacyjne, dostępne też poza Netflixem
Tu łapcie najświeższy wpis: Okulary przeciwsłoneczne dla dziecka 2024
Tu łapcie naszę listę – najlepsze seriale TOP 100
Koniecznie napisz mi co jeszcze jest „lekturą obowiązkową” w Twoim domu! Jakie są twoje ulubione filmy familijne? Obiecuję zebrać najczęściej powtarzające się sugestie i zaktualizować wpis o tytuły, które przegapiłam!
A jak macie już dość ekranu – zainspiruj dziecko by zrobiło Lapbook na interesujący go temat
tu macie nasz tegoroczny wybór na Lunchbox i bidon 2025 a tu Plecak do szkoły 2025