kontakt i współpraca
Ostatni wpis o podobnej tematyce bardzo Wam się spodobał, więc dziś nowa porcja ciekawych produkcji do obejrzenia. Wieczorem, kiedy dzieci już śpią, mamy trochę czasu żeby się zrelaksować i razem coś oglądamy.
Liczę też na Wasze polecenia, bo obecnie czekamy na nowe odcinki i nic ciekawego nie mamy do obejrzenia.
Kiedy, ktoś prosi mnie o polecenie filmu, to zazwyczaj mówię ten tytuł. Wzruszająca i bardzo piękna historia, którą wciąż mam w głowie. Pozwala docenić to, co mamy i nie prosić o więcej. Po tym filmie pójdziesz do sypialni dzieci i będziesz dziękować, że ja masz. Pokazuje, jak wielka jest miłość rodzica. Niesamowicie mnie wzruszył i skłonił do refleksji. Bardzo polecam!
Film, który rozśmiesza i wzrusza. Genialnie przegadany w taki sposób, że ma się ochotę obejrzeć go jeszcze raz. Pokazuje bezsilność matki i jej determinację. Postaci są tak wyraziste, że do końca nie wiesz, kto jest dobry, a kto zły. Absolutny majstersztyk!
Byłam na Tully z przyjaciółkami i kiedy wyszłam z kina, miałam bardzo mieszane uczucia. Absolutnie, nie jest to komedia. Był to rasowy dramat, taki o którym myślisz jeszcze kilka dni po. Według mnie warto zobaczyć ten film z partnerem. Jest trochę przerysowany, ale według mnie ma sporo prawdy. Każda z nas ma w sobie coś z głównej bohaterki.
Francuska komedia o sile marzeń. Paula jest córką głuchoniemych rodziców i chce wystartować w konkursie wokalnym. Film pokazuje niesamowitą miłość, fajne relacje i sporo śmiesznych sytuacji. To taki film, od którego robi się ciepło w serduchu, warto go zobaczyć.
Świetny dokument w odcinkach o rodzicielstwie i rozwoju dzieci. Naprawdę wzruszający i pouczający. Pokazuje różne modele rodzicielstwa i style wychowania z całego świata. Wypowiedzi naukowców, pedagogów i rodziców, którzy mają sporo ciekawego do powiedzenia. Bardzo Wam polecam:)
Zupełnie przez przypadek włączyliśmy kiedyś show Ali Wong i nie mogłam przestać oglądać. Trafne spostrzeżenia, dystans do siebie i ciąży spowodowały, że na końcu śmiałam się do łez. Jeżeli macie trochę specyficzne poczucie humoru to Wam polecam. Niestety druga część: Hard knock life jest już mniej śmieszna i trochę zbyt hardcorowa.
Jeżeli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, to bardzo Wam polecam. Niby idylliczne życie głównych bohaterek (świetna obsada) przeplatają bardzo poważne problemy. Serial zrobił na mnie ogromne wrażenie i czekam na kontynuację.
Ależ nas wciągnął ten serial! Dawno nic tak dobrego nie oglądałam – bardzo świeży, zaskakujący i do tego świetnie zrobiony. Obejrzeliśmy na jednym tchu, a to już się raczej nie zdarza. Nie będę zdradzać szczegółów, ale trzeba zobaczyć.
Serial o macierzyństwie, który pokazuje prawdę i te trudne chwile (momentami przerysowane). Gówna bohaterka jest tak urocza, że chciałoby się ją przytulić i powiedzieć „Wszystko będzie ok”. Na razie jest jeden sezon, ale liczę na więcej.
Serial raczej dla kobiet, o kobietach. Trochę mi przypomina „Sex w wielkim mieście” tylko główne bohaterki są trochę młodsze. 4 przyjaciółki pracują w redakcji pisma kobiecego i mają różne problemy. W serialu są poruszane różne kwestie: zdrowia, wizerunku własnego ciała, a także związków. Fajny, lekki serial na oderwanie się od pieluch;)
Tu łapcie świeżutki SkyShowtime TOP 20 z naszymi polecajkami a tu Disney dla dzieci
Po więcej seriali zapraszam do wpis – Najlepsze seriale na Netflixie – Top 22
A dla waszych pociech jakościowe treści znajdziecie we wpisach:
Edukacyjne bajki dla dzieci
Najlepsze bajki dla dzieci na Netflix
A Wy co oglądacie? Napiszcie koniecznie swoje ulubione filmy i seriale.
Pod wpisem o przemocy pojawiło się niestety sporo komentarzy, że bez klapsów nie da się wychować dziecka. Jako drugi biegun przedstawiano bezstresowe wychowanie, gdzie doprecyzuję: nie ma żadnych zasad, ani granic. A ja wiem, że po środku jest mnóstwo metod, które służą porozumieniu z dzieckiem i dziś chciałabym Wam o nich napisać.
Wielu rodziców mówi do swoich dzieci. Nawijają non stop. A ono nic, jak grochem o ścianę. Jest duża różnica między mówieniem i rozmawianiem. Często produkujemy się, dziecko powie „yhy” i już. Nie, to nie działa. Rozmowa, to jest komunikacja, czyli dziecko pyta, odpowiada.
Musi być też zachowany jeden bardzo ważny warunek: ta rozmowa działa tylko wtedy jak mózg dziecka i rodzica nie jest w stresie, czyli np. w czasie trudnej sytuacji dziecko nie słyszy (a nie jak niektórzy myślą „ONO mnie nie słucha”) lekcje wychowawcze zostaną oblane. Natomiast jeżeli zrobimy to kiedy się wszyscy uspokoją, jest bardzo duża szansa, że dziecko to zrozumie. Naprawdę, taka rozmowa przyniesie efekt, a nie w trakcie, kiedy dziecko płacze. Wtedy nie zrozumie nic i do tego powtórzy to zachowanie.
W każdym społeczeństwie jest wiele granic np. nie przechodzimy na czerwonym, nie chodzimy butami po siedzeniach, nie bijemy innych dzieci. Dzieci nas obserwują – często o tym zapominamy, one szybciej coś zapamiętają jak nas zobaczą w analogicznej sytuacji, niż jak będziemy im o tym tylko mówić.
„Nie wolno” dla małego dziecka jest bardzo abstrakcyjne i zazwyczaj nie działa. Każdą rzecz musimy wytłumaczyć, dlaczego to tak działa. „Nie wolno” to taka prawda ogólna, która jest trudna do zrozumienia, bo od razu budzi pytanie: „dlaczego?”. Często dbamy o dziecka bezpieczeństwo i używamy tego komunikatu jako „alarm”. A przez to chcemy tylko powiedzieć: „Nie chcę żebyś to robił, bo się boję o Twoje zdrowie” np. wkładał palec do kontaktu.
A wyobraź sobie, że to Ty jesteś dzieckiem. Zamiana roli na chwilę pomaga postawić się w innej perspektywie. Dzieci mają ogromna potrzebę eksplorowania świata, wszystkiego uczą się przez zmysły. Muszą dotykać rzeczy, wkładać do buzi żeby się tego nauczyć. Okaż mu swoje zrozumienie.
Ja często tak właśnie zaczynam. Zniżam się do poziomu dziecka, czyli kucam (naprawdę od razu zmienia się wtedy perspektywa). Szczególnie dobrze ją widać kiedy wkoło są inni dorośli. Stajesz się mały i bezbronny, a świat jest trochę bardziej przerażający. Kiedy patrzysz na dziecko twarzą w twarz (kucając, bo schylając się tego nie poczujesz, a zabolą Cię plecy) dostrzeż o wiele więcej niż, jak mówisz do niego z góry. Kontakt wzrokowy pomaga bardzo w zrozumieniu tego, co się dzieje w tej małej głowie.
Trochę nawiązuję tu do punktu pierwszego, ale rozwinę to oddzielnie. Kiedy coś chcecie wytłumaczyć ważnego swoim dzieciom tak żeby „aż poszło im w pięty” i zapamiętały to do końca życia to zróbcie to najbardziej spokojnym i przyjaznym głosem, jaki tylko potraficie z siebie wydobyć, czyli wtedy jak emocje opadną, bo mózg nie uczy się w stresie. A do tego językiem prostym dla wieku.
Z doświadczenia i z teorii wiem też, że nie działa za bardzo mówienie jakiego zachowania nie chcemy: „Nie biegaj”, „Nie maluj po ścianach”, „Nie krzycz” itd. po takim zwróceniu uwagi dziecko nie wie co ma robić. Wiem, że Wam się to wydaje oczywiste, ale tak nie jest. Dziecko potrzebuje konkretu:
„Nie biegaj” – „Stój spokojnie”
„Nie stukaj w ścianę” – „Możesz stukać w podłogę”
„Nie maluj po ścianach” – „Masz kartkę i po niej rysuj”
„Nie krzycz” – „Mów ciszej”
Często pomagają też porównania, które dzieci lubią np. bądź cichutko jak myszka (powiedz to szeptem).
Zamiast „Pospiesz się” – bądź szybki jak gepard.
Podobno też mózg myśli obrazami i kiedy mówimy „Nie jedz tego cukierka” to od razu myślimy o tym cukierku, albo „Nie biegaj” to widzimy siebie biegnącego.
W takich sytuacjach nerwowych, jak wychodzenie z domu na czas, albo braku chęci do działania dobrze się sprawdzają słowa klucze np. „Ubierz się”, „Buty”, „Zęby”.
Często też zapominamy, że na wychowanie dorosłego człowieka mamy 18 lat. Nie wszystko musimy wytłumaczyć dzieciom w pierwszych 3 latach życia.
To czego nie akceptujesz u siebie, nie akceptujesz też u dziecka. Czasem to w nas tkwi problem, a może mamy zakorzenione z dzieciństwa niekoniecznie szkodliwe zachowania. Każdy z nas ma takie zachowania, które doprowadzają nas do szału i chcemy jak najszybciej je wyeliminować, wtedy jak zwykle działa nasz gadzi mózg, którym rządzą emocje i zachowujemy się nie do końca racjonalnie.
Najważniejsze jest to, żeby mieć świadomość tych sytuacji. Jeżeli je sobie uświadomisz (możesz wypisać) to będzie Ci się zapalała lampka już odrobinę wcześniej. Warto to przemyśleć i nauczyć się z tym radzić żeby nie wybuchnąć.
Rozmowa jak równy z równym (prosto w oczy, na kucaka lub na kolanach) da o wiele więcej niż wyśmiewanie, porównywanie ( do innych dzieci) lub szantaż. Ha, to ostatnie sama tez kiedyś w desperacji próbowałam. To zadziała rad, dwa, trzy – za 10 nie zadziała, bo dziecko będzie chciało więcej.
Co było gdyby mąż do Ciebie mówił „Jak pozmywasz naczynia, to możesz obejrzeć serial”. A jak tego nie zrobisz to nie. Co jest wtedy w Twojej głowie? „Jestem nikim”. Tak samo myśli dziecko, ale pozornie jest w stanie się z tym zgodzić, bo chce coś na czym mu zależy.
„Jak nie założysz butów, to nie pójdziesz na podwórko” a gdyby tak:
Pokazać, że coś następuje po czymś:
„Jak tylko założysz buty, to pójdziemy na podwórko”.
„Jak nie zjesz obiadu, to nie dostaniesz deseru”
A może: „Po obiedzie będzie deser”.
A jeżeli proponujemy takie dobra jak: bajka, słodycze itp. w zamian za zachowanie takie jak chcemy to po jakimś czasie to nie zadziała, bo to spowszednieje i nie będzie atrakcyjne.
Sporo jest takich zwrotów, nad którymi warto się zastanowić, ale jednym z nich, który ja teraz eliminuję ze swojego słownika to „nie”. Oh, jakie przyjemniejsze jest dzieciństwo moich dzieci, jak używam go zdecydowanie mniej. Zauważyłam to na filmie, który nagrywałam mimochodem i chyba w 3 zdaniach usłyszałam z moich ust:”Tego nie możesz, tak nie idź i nie mogę teraz.” Posłuchałam tego i byłam w szoku. Żeby ktoś tak do mnie mówił, to bym chyba go wysłała na drzewo.
A będzie płakało zdecydowanie mniej, bo jeszcze nikt nie przestał płakać od „Nie płacz”. Cały tekst o płaczu napisałam Pozwólcie dzieciom płąkać
Kiedy krzyczysz, to mózg dziecka jest w stresie=nie rozumie dokładnie co mówisz. Jeżeli to samo powiesz później, to jest o wiele większa szansa, na to, że to zrozumie. Z mojej pracy w placówkach Montessori wyniosłam jeden bardzo ważny nawyk – w domu jak nic się nie dzieje, mówię półszeptem.
Robię to też dlatego, że nie lubię hałasu i widzę, że moje dzieci mnie naśladują. Efekt jest taki, że mało krzyczą i podnoszą głos. Kiedy coś chcę żeby zrobiły to wystarczy, że odrobinę powiem to głośniej. Nie muszę krzyczeć. To naprawdę działa, spróbujcie. Oczywiście, zdarza mi się krzyknąć, ale pracuję nad sobą.
Wiele złości i frustracji wynika z tego, że dzieci nie chcą robić tego, co my chcemy w zakresie samoobsługi: mycie zębów, ubieranie się, sprzątanie itp. Jak sprawić, żeby ubieranie, czy mycie zębów nie było dla całej rodziny trudne? Od małego najlepiej jest wspierać samodzielność – na tyle ile jest to możliwe. Dziecko, które potrafi się samo ubrać, czy też obsłużyć będzie mniej się denerwowało przy takich czynnościach.
Często, my – rodzice zafiksujemy się na jakiejś czynności i za wszelką cenę nie chcemy odpuścić. W sytuacji stresowej tym bardziej nie odpuszczamy. Ale kiedy emocje opadną, zastanówcie się czy warto. Być może jest to rzecz naprawdę błaha. Pamiętam jak kilka lat temu toczyliśmy poranne boje o ubrania. Był płacz, zgrzytanie zębami i moje nerwy.
Każdy dzień zaczynaliśmy tak samo. Próbowałam różnych metod: szykowaliśmy ubrania wieczorem, a i tak to nie pomagało. W końcu stwierdziłam, że naprawdę szkoda tych nerwów i nie wiem po co tak się na tym fiksuję. Od tej pory córka ubiera się sama. Obawiałam się tego, bo się bałam, że będzie wybierała ubrania nieodpowiednie do pogody. Mało tego, jak dałam jej wolność w tym temacie, to ona i tak za każdym razem jak się ubierze to i tak pyta czy jest ok. Do tego jest otwarta na zmiany. Tak mało, a tak dużo to dało.
One działają tylko na krótką metę. Pisałam o tym Czy da się wychować dziecko bez kar i nagród
Zamiast chwalić pod niebiosa – dziękuję. Wzmacniam pozytywy przez miłe słowa. Staram się w miłej i przyjaznej atmosferze uczyć dzieci (nie lubię słowa dyscyplina), ale tak właśnie jest. Jak dziecko mi coś przyniesie o co prosiłam, to dziękuję. Jak mi powie coś miłego, to też dziękuję. Bardzo dużo w moim rodzicielstwie jest tej zwykłej wdzięczności.
Skąd mieć siły na te wszystkie tłumaczenia, rozmowy, awantury, płacze i złości? Trzeba też trochę dbać o siebie – widzę, że jak mam długo niezaspokojone swoje potrzeby, to nie mam siły na bycie takim rodzicem, jakbym chciała np. jeżeli nie wypiję kawy albo nie mam 15 minut tylko dla siebie.
Zdaję sobie sprawę, że ktoś, kto nie kończył studiów pedagogicznych, ani za bardzo nie interesuje go ta tematyka może mieć trudności ze zrozumieniem tego wszystkiego. Mi to zajęło 13 lat. Ale znam rodziców, którzy chcą się uczyć i zgłębiać wiedzę na ten temat- z bardzo pozytywnym skutkiem:)
Jeszcze raz patrzę na te wszystkie moje metody i spróbuję pokazać ich źródło. To taki miks, który pozwala mi na odnajdywanie się w rodzicielskim świecie. Żadnej z tych metod nie stosuję w 100% – po prostu wybieram to, co podpowiada mi serce i moje dzieci.
A boi się, że jeżeli nie zareaguje to dziecko wejdzie mu na głowę. Jest słaby i boi się naruszenia swojej pozycji w rodzinie. Nie widzi innych opcji żeby jego dziecko nauczyło się, że „nie wolno”. Ma złudzenie, że to działa, bo przecież rodzice tak samo ze mną postępowali. I co? Na ludzi wyrosłem.
Jeżeli ta osoba była bita w dzieciństwie i jako dorosła uważa, że klapsy to dobra metoda wychowawcza, to nie wyrosła na ludzi.
Przemoc słowna i cielesna powoduje nieodwracalne zmiany w zachowaniu i osobowości. Dziecko akceptuje to, że może być poniżane i bite. Będzie pozwalało innym na przekraczanie jego granic. Samo również najprawdopodobniej dopuści się takich czynów albo na sobie albo na otoczeniu. Przemoc w rodzinie zmienia biochemię w mózgu i powoduje trwałe szkody, które są dziedziczone. Te doświadczenia zapisują się w epigenetycznym kodzie.
Myślałam, że nigdy nie będę musiała pisać tego tekstu, no bo kto w dzisiejszych czasach bije jeszcze dzieci? Jak się okazuje – prawie połowa społeczeństwa. A większość z nich uważa, że klaps to nie bicie. Szturchanie, ciąganie za ręce, popychanie – też nie. Rodzice nie mają absolutnie żadnego pojęcia jak taki „klap” w tyłek działa. Nie zastanawiają się nad konsekwencjami tylko widzą efekt – dziecko mnie słucha. A to co się dzieje w jego głowie, to już jest nieważnie.
Zdarzyło mi się szarpnąć dziecko, bo leciało na głowę z wysokich schodów. Tak zwana siła ochronna – gdybym nie złapała (a na pewno mój chwyt bolał) to już widziałam jak się obija o każdy kolejny schodek. To było w dobrej wierze. Po tym incydencie wszystko we mnie buzowało, byłam tak zdenerwowana, że nie wiedziałam co robić. Pierwszy odruch to była ogromna złość na dziecko, że tam polazł(takie słowa uruchamia mózg w stresie!), nie słuchał się, a wołałam. Mimo tego, że NIGDY nie podniosłam ręki na żadne z dziećmi, to wtedy naprawdę coś mi z tyłu głowy mówiło, że normalnie bym wlała. Potrzebowałam wyładować gdzieś ten stres, złapałam go i z całej siły…
przytuliłam. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. NIGDY.
Niektórzy mogą mieć złudne wrażenie, że taki klap w tyłek (lekki) też jest w dobrej wierze, bo chcemy dobrze. Jak napisałam wyżej – robimy dziecku krzywdę.
Przemoc zaburza prawidłowy rozwój dziecka. W jego ciele wytwarza się hormon stresu, który hamuje harmonijny rozwój. Zmiany wywołane przez zbyt dużą ilość hormonu stresu zahamowują rozwój komórek tkanki nerwowej w mózgu, a także znacznie osłabiają układ odpornościowy. Dzieci częściej chorują.
Przestają tworzyć się połączenia mózgowe, a strukturalne i funkcjonalne zmiany w mózgu przypominają te, które zaobserwować można u dorosłych cierpiących na depresję.
„Ale przecież zachowanie po klapsie się poprawia”
To tylko złudzenie – dziecko żyje w stałym stresie, że znów je dostanie. Nadal nie rozumie, co zrobiło źle, ale jego instynkt zachowawczy mówi mu, że ma tak nie robić. Niestety przez to, że NIC nie wyniosło z tej lekcji będzie nadal postępować tak, że na klapsa znów zasłuży. A wszystko dlatego, że RODZIC nie wie jak mu to wytłumaczyć, więc robi to ręcznie.
Nawet jeśli po wymierzonym klapsie będzie tłumaczył, że „tak nie wolno, bo to i tamto” to i tak dziecko tego nie zrozumie i nie wyciągnie z tego lekcji. Wiecie dlaczego?
Uczy się tylko wtedy kiedy jest miło i przyjemnie, a kiedy jest nerwowo się wyłącza. Dlatego dzieci z takich lekcji nie wyciągają ŻADNYCH wniosków. W stresie u wszystkich ludzi aktywuje się MÓZG GADZI, który jest odpowiedzialny za reakcję walki lub ucieczki. Małe dziecko, które nie jest w stanie walczyć z rodzicem, będzie uciekało. I nie mówię tu o fizycznym przemieszczaniu się, tylko będzie obojętne, nieobecne i ABSOLUTNIE nic się nie nauczy. Być może nie zrobi tego znów, bo będzie się bało klapsa, ale już w analogicznej sytuacji zrobi podobnie, bo nie będzie wiedziało, że to jest złe.
Najgorzej jest dać tego pierwszego klapsa. Wtedy coś pęka – relacja jest wtedy zerwana i jest bardzo duża szansa, że dziecko to zapamięta do końca życia. Nawet kiedy samo będzie już rodzicem to właśnie w stresowej sytuacji ze swoim dzieckiem może odruchowo chcieć podnieść na nie rękę. Tak działa MÓZG GADZI – najbardziej prymitywny.
Są jednak osoby, które przerwały to błędne koło i mimo tego, że same przemocy doświadczyły – definitywnie z nią skończyły. Tym osobom naprawdę należą się słowa uznania, bo te zachowania są mocno zakorzenione w mózgu i wychodzą w sytuacji stresowej.
O tym, że klapsy i przemoc (słowna) są złe – wie wiele ludzi, jednak sporo z nich nie widzi INNYCH metod wychowawczych i ich nie szuka. Widzą efekt, więc to działa. A co się dzieje w głowach dzieci, to juz nieważne.
Niestety wciąż wiele osób myśli, że dzieci są złe. Złe z natury: chcą nam zrobić na złość, na przekór, robią coś specjalnie po to tylko żeby nas zdenerwować albo przetestować. Zachowują się najgorzej, bo …. (wstaw, co chcesz).
Dzieci proszą o miłość i uwagę w najmniej przyjemny sposób.
Tak, to niestety prawda.
Dziecko nie przyjdzie i nie powie:
„Hej mamo, zostaw ten telefon i zajmij się mną”. Tylko weźmie nożyczki i potnie zasłony.
Albo
„Ej tato, no weź nie wracaj tak późno z pracy”. Tylko pobiję brata, bo wtedy tata ze mną pogada.
„Mamo, porozmawiaj ze mną o moich problemach” Tylko pójdę na piwo z koleżankami, bo one mnie słuchają.
Im bardziej wyskokowe są te wybryki, tym bardziej dziecko błaga o uwagę. Tak, dziecko może wybiegać na ulicę po to żeby zwrócić na siebie uwagę, aby było bardziej obecne w Twoim życiu.
Dziecko, które ma to wszystko pod dostatkiem, będzie wychowane w ciepłej relacji bez przemocy, będzie przejawiało mniej takich zachowań. (Chyba, że jego układ nerwowy nie będzie w pełni prawidłowo funkcjonował i może mieć zaburzenia SI – pisałam o tym wpis Gdybym urodziłą się 5 lat temu).
„Klaps” i wychowanie przez kary cielesne skreśla wiele w życiu dorosłym. Nawet ostatnio trafiłam na dwie publikacje, w których jest doskonale pokazane, jak przemocowe dzieciństwo wpłynęło, na to, kim są. Polecam obejrzeć serial: „Patrick Melrose” i przeczytać książkę Kasi Nosowskiej „AJa żem jej powiedziała”.
Nie sztuką jest napisać, że coś jest złe. Dlatego w następnym poście napiszę, co można zrobić żeby wychować dziecko z szacunkiem, tak aby wyrosło na dobrego człowieka – bez kar, bez szantażu i co najważniejsze bez przemocy.
Dziś wpis dla wszystkich, którzy rozważają Węgry. Kompletna lista miejsc które odwiedziliśmy – gotowa lista inspiracji. W tym poście zebrałam wszystko: miejsca gdzie spaliśmy, restauracje i atrakcje. Postaram się opisać je jak najdokładniej żebyście mieli gotową, ciekawą trasę na wyjazd.
Ten filmik powie wam wszystko:):
W tym wpisie opisałam to, co nas tam ciągnie, czyli: jedzenie, bliska odległość, źrodła termalne, ciekawe atrakcje dla rodzin z dziećmi. Jeżeli jeszcze się wahacie, to przeczytajcie ten wpis.
10 powodów, dla których warto odwiedzić Węgry
Jeżeli szukacie czegoś blisko to bardzo Wam polecę okolice Miskolca. W tym wpisie poniżej macie wszystko:)
Węgry z dziećmi
A teraz przechodzimy do naszego wyjazdu. Bardzo chcieliśmy znów tam pojechać, dlatego zdecydowaliśmy się na objazdówkę. To był strzał w dziesiątkę – zobaczyliśmy bardzo dużo, dzieci były zachwycone różnorodnością, a my zrobiliśmy też rekonesans, gdzie warto następnym razem przyjechać na dłużej. Nasza podróż trwała 16 dni i tak jak zawsze zaczęliśmy od Rzeszowa, gdzie mamy dziadków.
W sumie przejechaliśmy około 2000 km. Tak wyglądała nasza trasa. Pomiędzy jednym a drugim miejscem mieliśmy od 50 do 100 km, więc niedużo.
Wieczorem wyruszyliśmy do Rzeszowa, tam spędziliśmy u dziadków 2 dni i rano wyjechaliśmy na Węgry. Droga do granicy jest dość mocno uczęszczana, a do tego wąska. Nie pojedziecie tam zbyt szybko. Ale jak tylko przekroczycie granicę to jedzie się super.
Prawie cały czas jest dwupasmówka. Tylko w jednym miejscu jest mała serpentyna, ale później już jest prosta droga. W połowie drogi zatrzymaliśmy się restauracji, którą odwiedziliśmy poprzednim razem i skradła nasze serca. Warto tam się specjalnie zatrzymać. Jest w miejscowości Encs, ok 40 km od Miskolca.
Anyukám Mondta
Pod wieczór dotarliśmy do naszego pierwszego noclegu.
RADA: wybraliśmy trochę za długi odcinek na początek. Lepiej by było zatrzymać się np. w okolicach Egeru lub nawet w Miskolcu. Chociaż jechaliśmy długo to dzieci zniosły podróż świetnie. Ale następnym razem inaczej bym to zaplanowała. Na końcu wpiszę Wam fajne miejsca, które mam w swoim sekretnym folderze „Do odwiedzenia”.
Nie ukrywam, że jest to najpiękniejszy region Węgier, jaki do tej pory widziałam. Chciałabym kiedyś przyjechać tam na dwa tygodnie i poruszać się tylko w tym regionie. Wszędzie jest przepięknie, są pagórki, na których winorośle wznoszą się do słońca. Najlepsze jedzenie jadłam właśnie tam. Każda miejscowość wygląda, jak z pocztówki. Piękne domy, wspaniałe restauracje i ludzie z południowym trybem życia. Bardzo żałuję, że byliśmy tam tak krótko, bo się nie nasyciłam.
Noclegi: ten spędziliśmy w miejscowości Zánka nad Balatonem.
FÜGEKERT Bed & wine – przyjemna agroturystyka z klimatycznymi pokojami. Właściciel bardzo pomocny i wesoły (na rezerwacji zobaczył wiek dzieci i kupił im książki dostosowane do ich umiejętności). Rano śniadanie wszyscy jedzą na tarasie. Pięknie i smacznie, chociaż mojemu mężowi brakowało typowych dań. Ale ja byłam zachwycona. Dla dzieci jest mały plac zabaw i hamak.
Rano jak wstaliśmy to chcieliśmy pojechać do Aquaparku (KLIK) na cały dzień do Balatonfüred (około 20 km od Zanka). Niestety okazało się, że Annogora jest czynna od 14.06 do 2.09, więc nie mogliśmy skorzystać.
Tuż obok aquaparku jest Sun City – miasteczko do którego weszliśmy przenosząc się w czasie. Chatki i zabudowania wyglądały na Egipt, a nie Węgry. Okazało się, że wieczorem odbywają się tam imprezy. Ale miejsce jest naprawdę wyjątkowe.
Później specjalnie pojechaliśmy do znanej piekarni: Peklany (KLIK). Pieczywo z tej piekarni śni mi się po nocach. Kupiliśmy pyszne cynamonowe csiga (czyli ślimaki) i dużo innych specjałów. Węgrzy potrafią robić obłędne pieczywo, ale trzeba wiedzieć gdzie. Piekarnia jest czynna w soboty dość krótko, więc sprawdźcie godziny.
Bistro Sparhelt
Później pojechaliśmy do Tihany pozachwycać się najpiękniejszym widokiem na Balaton. Miejscowość jest typowo turystyczna, więc zobaczyliśmy, co chcieliśmy i pojechaliśmy dalej. Mieliśmy jeszcze pójść na plac zabaw (wpiszcie w google Tihany jatszoter), ale dzieci były głodne, więc pojechaliśmy na obiad.
W Kali-medence jest jedna wioseczka (Koveskal), która ma absolutnie doskonałą restaurację (mają też nocleg) Kővirág. Musicie jednak pamiętać żeby do Kovirag zadzwonić z rezerwacją na obiad. To miejsce to jest absolutny majstersztyk pod każdym względem: jest pięknie, przepysznie i jest znakomita obsługa. Kiedyś na pewno tam wrócimy.
Na lody pojechaliśmy do wioski obok. Kő fagyi? (KLIK) to niesamowite miejsce. Wchodzi się jak do kogoś na podwórko na wsi i jesz je na murku. Lody były przepyszne. Mój mąż delektował się lodami o smaku białego wina. Czynne jest tylko w weekendy!
Jak już byliśmy tak blisko to podjechaliśmy do pubu Káli-kapocs (KLIK). Bardzo ciekawe miejsce – pub w stylu „ruin bars”. Weszliśmy zobaczyć i bardzo nam się podobało.
Później pojechaliśmy do naszej miejscowości Zanka (5 km od Koveskal) i poszliśmy na plażę.
Na koniec dnia poszliśmy na piechotę z Fugekert do restauracji na kolację. Pięknie położona na wzgórzuNeked Főztem Zánka gasztrokocsma (KLIK). Była muzyka na żywo, pyszne jedzenie, zachód słońca i świetna łódka dla dzieci. Spędziliśmy tam świetny czas:)
To było pierwszy bardzo intensywny dzień, który można by było rozłożyć na kilka dni. Ale tak byliśmy głodni wrażeń, że chcieliśmy tego wszystkiego spróbować!
Rano (niedziela) spakowaliśmy się i pojechaliśmy na klimatyczny, okoliczny węgierski targ, który jest tylko w niedzielę KLIK. Pojedliśmy specjałów, pooglądaliśmy różne ciekawe rzeczy i pojechaliśmy dalej.
Padło na Hévíz i jezioro termalne (największe w Europie KLIK). Pomysł wydawał nam się wspaniały – spędzimy w ciepłej wodzie kilka godzin i pojedziemy dalej. Całość wyglądała imponująco – plac zabaw, zacienione miejsce na trawie na koc, sporo ludzi. Czar prysł jak Daniel wszedł do wody.
Cieplutka woda była wspaniała, ale niestety było głęboko. Całe jezioro (z jednym małym wyjątkiem) ma głębokość około 2,8 m. Z dwójką dzieci było naprawdę ciężko – cały czas musiałby pływać. Węgrzy przychodzą ze swoimi makaronami, które unoszą ich na wodzie. Ale jednak z małymi dziećmi to nie był dobry pomysł. Znaleźliśmy jedno miejsce na środku jeziora, do którego wchodzi się przez budynek, gdzie był wstawiony niewielki płytki basen. Polecam to miejsce do wypróbowania, ale nie z małymi dziećmi.
Na obiad poszliśmy w Heviz do Brix Bistro. Było bardzo smacznie i miło.
Na kolejny nocleg wybraliśmy Kristinus Borbirtok (KLIK), czyli hotel przy winnicy. W tym miejscu nie było nic, a nic dla dzieci, ale tak jak rozmawiam z mężem to właśnie tam najbardziej odpoczęliśmy – przepyszne wino i jedzenie w stylu fine dining. Dzieci biegały przy tarasie, zbierały kamyki i się cieszyły.
Byliśmy tam tylko jedną noc i rano ruszyliśmy dalej. Nasz kolejny cel to był Pecs, ale po drodze zatrzymaliśmy się w bardzo niepozornej miejscowości Kaposvar. Chcieliśmy skorzystać z aquaparku w tym mieście.
Dla dzieci są dwa brodziki ze zjeżdżalnią i mini fontanną. Dla starszych są inne atrakcje. Są też baseny na zewnątrz. TUTAJ więcej o tym miejscu. Po tej miejscowości nie spodziewałam się wiele, ale jak weszliśmy do miasta, to okazało się, że jest pięknie! Ogromne wrażenie zrobiły na mnie alejki z platanami, które tworzyły tunele. Zaprakowaliśmy właśnie w takim przy fajnej kawiarni .
Znalazłam też niesamowitą cukiernię, ale już nie mieliśmy czasu żeby tam pójść: Gardann
Pécs – miasto, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Przechodząc koło kolorowych fasad miałam wrażenie, że jestem w Hawanie (tylko na Kubie wszystko jest zniszczone, a tu nie). Pecs jest jak z innej bajki. Na środku rynku jest ogromny meczet, na budynkach widać motywy muzułmańskie. A samo miasto jest położne na wzgórzach.
Zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznych apartamentach Adele apartments. To był strzał w dziesiątkę – apartament przepiękny z aneksem kuchennym bardzo blisko rynku. Bardzo Wam je polecam!
W Pécsu byliśmy kilka dni i było wspaniale. Odwiedziliśmy Zsolnay Negyed, czyli tereny fabryki porcelany. Miejsce tak genialne, że byliśmy tam cały dzień. W jednym miejscu macie 5 placów zabaw, zapierające dech w piersi mozaiki, małe centrum podobne do warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. A wszystko w pięknym otoczeniu.
Jednego przedpołudnia wybraliśmy się do Villánykövesd – to mała bardzo klimatyczna wioska z malutkimi winnicami. Na przeciwko tych białych budynków jest plac zabaw, więc każdy będzie zadowolony. Tuż obok jest bardzo klimatyczna wieś Palkonya z restauracją z pysznym jedzeniem Palkonyha.
W Pecsu jest jedno miejsce, gdzie jest przepięknie, jest pyszne jedzenie i kawa, a do tego jest kącik z zabawkami dla dzieci (śniadania i lunche, czynne do 15). Bardzo miło wspominam Reggeli.
Po kilku dniach w mieście pojechaliśmy na wieś. Naszym kolejnym noclegiem było Apponyi Kiskastély natur minihotel. Po drodze z Pecsu zatrzymaliśmy się w świetnej restauracji Almalomb. Restauracja położona na polanie nad maleńkim strumykiem skradła nasze serca. Wszystkie produkty są regionalne, robione przez kucharzy. Majstersztyk! Obsługa bardzo kidsfriendly i mówiąca po angielsku.
Po południu dojechaliśmy do Apponyi. To miejsce jest jak z innej bajki, trochę przypomina Pana Tadeusza, a trochę Toskanię. Piękne, zadbane miejsce idealne na wypoczynek. Jest tam mały plac zabaw dla dzieci i basen z podgrzewaną wodą na zewnątrz. Jedzenie bardzo regionalne, ale smaczne.
Na terenie jest mnóstwo drzew i kwiatów, a co za tym idzie było sporo owadów, które niestety dość mocno pokąsały nam dzieci. Piszę o tym otwarcie, bo może to naprawdę utrudniać pobyt. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tam tak było. Może o innej porze roku byłoby lepiej?
Po dwóch nocach na wsi ruszyliśmy do Budapesztu autostradą. Tego dnia padał deszcz, więc od razu pojechaliśmy do centrum do Mini polisz – to sala zabaw dla dzieci, gdzie można bawić się w różne zawody. Było fantastycznie! 3 h zabawy kosztowały całą rodzinę około 100 zł, a dzieci nie chciały stamtąd wychodzić.
Niestety to była sobota, a do tego brzydka pogoda, więc ludzi było mnóstwo. Jeżeli będziecie planować odwiedzić to miejsce, to zróbcie to w tygodniu rano.
Pewnie zapytacie, gdzie się zatrzymaliśmy. Otóż mój mąż marzył o tym, żebyśmy się zatrzymali w Hotelu Gellert. Bardzo starym, który pamięta dawne czasy. Faktycznie, jest klimatyczny, ale dość zniszczony. Najlepsze okazało się na miejscu, jak już weszliśmy do pokoju. Hotel Gellert jest miejscem TYLKO dla dorosłych.
Mój mąż nie wpisał dzieci, bo na bookingu podaje wtedy dwa pokoje. Tak więc przez 3 dni udawaliśmy, że nie mamy dzieci;) Żartuje, po prostu staraliśmy się żeby dzieci nie biegały, nie krzyczały itp. Oczywiście to było bardzo trudne i frustrujące. Sam hotel ma swój klimat i przepiękne termy. Myślę, że jest to miejsce na wyjazd bez dzieci lub z mamą.
Pośrodku widok z balkonu hotelowego
Następnego dnia poszliśmy na termy hotelowe. Goście mają zniżkę 50%, ale i tak zapłaciliśmy około 40 euro. Byłam zachwycona zdjęciami term, które widziałam w sieci i miałam duże oczekiwania wobec tego miejsca. Okazało, że to nie jest miejsce dla nas. W środku była zimna woda, a na zewnątrz basen z ogromnymi sztucznymi falami, których moje dzieci się bały. Pomoczyliśmy się trochę w najmniejszym ciepłym basenie i lekko zawiedzeni ruszyliśmy na obiad.
W Budapeszcie już byliśmy kiedyś z dziećmi i nie chcieliśmy powielać miejsc. Możecie przeczytać o nich tutaj:
Budapeszt z dzieckiem
Tym razem spaliśmy w tym hotelu też ze względu na lokalizację: tuż obok góry Gellerta. Na samej górze są przepiękne widoki, a do tego 3 absolutnie rewelacyjne place zabaw. Jeden ze zjeżdżalniami i trampolinami, drugi z kredkami, a trzeci z postaciami z bajki Vuk (na przeciwko są też pyszne lody). W Budapeszcie jest chyba ze 20 placów zabaw, które są unikatowe.
Kolejnego dnia wybraliśmy się przez most na piesze zwiedzanie i delektowanie się miastem. Przeszliśmy przez most na stronę Pesztu. Miałam tam zapisanych kilka miejsc, które koniecznie chciałam odwiedzić.
Na początku legendarne lody w kształcie róży. Gelarto rosa to pyszne lody, które są małym dziełem sztuki. Dużo smaków jest bez mleka i alergenów, więc warto się tam wybrać.
Zjedliśmy lody i pospacerowaliśmy koło katedry. Poszliśmy dalej w poszukiwaniu wrażeń. Później zatrzymaliśmy się na obiad w chyba najlepszej restauracji, w jakiej byłam w Budapeszcie. Miałam ją zapisaną na swojej liście. Börze to miejsce wyjątkowe! Pyszne i niedrogie jedzenie, a do tego piękne wnętrza.
W tej okolicy jest jeszcze piekarnia i kawiarnia Artizan, gdzie warto wstąpić. Niestety byliśmy tam w niedzielę i było zamknięte. Przeszliśmy obok budynku parlamentu i na koniec zawitaliśmy na plac zabaw w Olimpia Park – super miejsce na kilka godzin zabawy. Jak tam będziecie to weźcie ubranie na zmianę, bo jest tam mini wodny plac zabaw.
Na przeciwko placu zabaw jest bardzo fajna restauracja z kącikiem dla dzieci Magnet.
żeby je wszystkie odwiedzić to trzeba tam być z dwa tygodnie. Tutaj macie link do najlepszych atrakcji w Budapeszcie po angielsku, których ja nie opisałam:
15 things to do in Budapest with kids
Na blogu tej mamy możecie znaleźć też inne perełki np. takie place zabaw:
8 megújult játszótér Budapesten, amit már nagyon vártunk!
Aż żal, że w pl nie ma takich (poza węgierskim, o którym pisałam Węgierski plac zabaw)
Po 3 dniach ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze zatrzymalismy się na plaży w Lupa Strand w Budakalasz. To miejsce śni mi się do dziś – ktoś miał niesamowity pomysł. Wszystko jest tam dopracowane w każdym szczególe. Jest oddzielna plaża dla dzieci z toaletą, placem zabaw, a nawet daszkiem nad wodą – żeby dzieci mogły schować się przed słońcem. Woda w jeziorze jest bardzo ciepła i przyjemna.
Jest też wydzielona płytka woda, tak aby nie musieć się przejmować głębokością. Wokół jeziora każdy znajdzie coś dla siebi: pyszne jedzenie – podzielone na różne smaki, wino, czy drinki. Można też popływać na desce lub na wakeboardzie, a nawet pohuśtać się na wodnej huśtawce. W tym miejscu naprawdę odpoczęliśmy i było nam mało. Kiedyś przyjedziemy tutaj na dłużej. Plaża jest prywatna i płatna (wstęp na cały dzień około 100 zł).
TIP: ta plaża jest dość blisko Budapesztu i Szentendre (czyt. Sentendre), bardzo klimatycznej miejscowości w serbskim stylu. Gdybym jechała tam pierwszy raz to bym poszukała noclegu w Szentendre. Na jeden dzień wyskoczyłabym też do skansenu, który jest obok tej miejscowości. Byliśmy tam w tamtym roku i było CUDOWNIE. Zwierzęta, kolejka do jeżdżenia po skaksenie, place zabaw! Raj na ziemi:)
Szentendre
Na sam koniec naszej wyprawy zawitaliśmy do historycznej miejscowości Wyszegrad. Spaliśmy w hoteli Silvanus położonym bardzo wysoko z bajecznym widokiem na Dunaj. Mieliśmy tam śniadania i obiadokolacje, więc prawie cały czas siedzieliśmy w basenach, które były świetne – dobra głębokość i temperatura, akurat dla dzieci.
Jednego dnia wybraliśmy się na godzinę na pobliskie ruiny zamku, a drugiego dnia na plac zabaw (płatny) przy drugim zamku. Tam odpoczęliśmy najbardziej 🙂
Plac zabaw przy Matyas Kiraly (płatny)
Wracaliśmy autostradą i po drodze chciałam jeszcze zobaczyć magiczne jezioro Bokodo, ale dzieci zasnęły i już nie było możliwości, ale może Wam się uda.
Całą podróż zapamiętamy na długo. Dzieci były zachwycone i z pewnością jeszcze nie raz się na Węgry wybierzemy. Poniżej zamieszczam Wam jeszcze linki do fajnych hoteli i miejsc, które mam zapisane w swoim folderze. Może i Was one zainspirują do podróży na Węgry.
1. Kreinabacher Birtok – miejsce na wypad dla dorosłych – wino i design
2. Mala garden – cudowny hotel w Siófok z najlepszym jedzeniem i widokiem na Balaton
3. Passkom Cottage – klimatyczna agroturystyka
4. Bambara Hotel – klimaty afrykańskie w okolicy Egeru (raj dla dzieci)
5. Kali Art Inn – tylko z dziećmi powyżej 10 lat
6. R40 Vendégház – wino i klimat w Mád
7. Saliris Resort & spa – kompleks hotelowy z bajecznymi termami ( w okolicach Egeru jest bardzo dużo term!)
8. Alsoors Marina – marynistyczny klimat nad Balatonem
9. Azur Premium Siofok – mega hotel dla rodzin z dziećmi
10. Avalon Park – piękne miejsce na wypad z dziećmi (byliśmy w nim tydzień – Węgry – okolice Miskolca
11. Nomad Hotel and Glamping – stylowy i bardzo oryginalny glamping
Jeżeli wolicie klimatyczne agroturystyki to szukajcie na tym portalu. Są tam same perełki:
http://nivos-szallasok.hu
A na tej stronie same najlepsze restauracje i noclegi wokół Balatonu. Mam ich mapę i bezpłatną aplikacje na telefonie. Cały czas jej używałam jak tam byliśmy i każde z tych poleceń okazało się strzałem w dziesiątkę:
https://gasztroterkepek.hu/en/
Apteczka na wyjazd z dzieckiem to must have w bagażu na podróże dalekie i bliskie. Razem z naszą zaufaną pediatrą Ewą Miśko-Wąsowską stworzyłam ściągę wszystkich przydatnych leków i akcesoriów.
My właśnie wróciliśmy z wyjazdu, więc na świeżo napiszę Wam, co mieliśmy w bagażu, a po co musieliśmy nagle jechać do apteki. Znajdziecie tutaj również gadżety, które mogą Wam ułatwić różne, niezbyt przyjemne sytuacje.
Leki i akcesoria podzieliłyśmy na dolegliwości. Oczywiście każda apteczka na wyjazd z dzieckiem jest inna, ale ta lista może pomóc w orientacyjnym kompletowaniu.
Ta lista jest orientacyjna i nie zastąpi wizyty u lekarza. Jeżeli macie jakieś wątpliwości, to warto zapytać pediatrę.
Jeżeli wyjeżdżacie do krajów UE to przed wyjazdem wyróbcie sobie kartę EKUZ.
A pakując leki, które macie w domu sprawdźcie termin przydatności.
Polecam Wam też zapisać link do kalkulatora objętości dawki leku przeciwgorączkowego, bo jak się okazuje wartości podane na opakowaniu są często niedoszacowane: https://mamaginekolog.pl/kalkulatory/objetosc-syropu-przeciwgoraczkowego
Jak widzicie apteczka na wyjazd z dziećmi może być spora. Ja wolę mieć wszystkie rzeczy pod ręką niż w nerwach szukać apteki. Na wyjeździe musieliśmy szybko zadziałać i wyjąć żądło, a nie było czym. Warto mieć te leki ze sobą.
Inhalator ewentualnie można pominąć, ale ja go traktuję jak talizman;) Kiedy go zapomnę, to zawsze dzieci są chore, więc go wożę 🙂
Na koniec mam dla Was listę do druku żeby Wam ułatwić pakowanie na wakacje.
To jest nasza apteczka na wyjazd z dzieckiem. Jestem ciekawa, czy coś macie jeszcze dodatkowego w swoich, czy dajecie na luz i kupujecie tylko, jak jest potrzeba?
Mini apteczka Lassig
A tu zobaczcie naszą rekomendację – czy to dobry pomysł żeby pojechać na Camping na narty?
Kiedy stajesz się Mamą w Twoim organizmie budzą się supermoce. Już nigdy nie będziesz człowiekiem, który zwyczajnie stąpa po ziemi. Nadprzyrodzone zdolności budzą się w Tobie, nawet nie wiesz kiedy. Nikt nie dał Ci instrukcji, jak z nich korzystać, a jednak sama to wiesz! To instynkt!
Mama,
Agentka
Mocy
Arcyważnych
Partnerem wpisu o SUPERMOCY Mam jest marka Baby Dove, która towarzyszy mi w moich codziennych przygodach, które nazywają się MACIERZYŃSTWO.
Super szybkie zakupy w supermarkecie – z nieśpiącym dzieckiem w wózku to nasza specjalność. Wiemy też, jak chwilowo spacyfikować towarzysza – bułka kajzerka do pulchnej łapki przy wejściu i lecimy! Czas start, do zjedzenia bułki zostało 10 minut. Mkniemy między załadowanymi alejkami z prędkością światła, sprawnie wymijamy standy z przyprawami i kabanosami. W zakręt wchodzimy na ręcznym, żeby zminimalizować widoczność półki ze słodyczami.
Oczywiście – wszystkie manewry wykonujemy bez koszyka, dumnie dzierżąc pod pachą: kaszę jaglaną, 2 ogórki i mleko. Mamy skaner syropu glukozowo-fruktozowego w oczach i każdy produkt prześwietlamy na wylot. Nasz 6 zmysł nie pozwala wjechać w alejkę z zabawkami, a przy kasie potrafimy zasłonić całą sobą słodkie frykasy, które stoją w zasięgu ręki dziecka. Misja wykonana: Pani przy kasie jest w stanie zidentyfikować bułkę, której ostatni kęs właśnie przepadł w buzi.
Wzrok: Mama ma oczy nawet z tyłu głowy, widzi nimi nadchodzące niebezpieczeństwo i potrafi złapać w ostatniej chwili dziecko, które leci prosto na kant stołu.
Słuch: Mama słyszy każdy szmer nawet z najdalszego kąta mieszkania. Niestety ten zmysł utrudnia jej normalne funkcjonowanie, bo zawsze słyszy płacz dziecka kiedy jest pod prysznicem. Ale za to słyszy nawet jak Tata przewraca oczami, rozmawiając z nim przez telefon
Dotyk: Dotyk Mamy ma specjalną super moc, uspokaja i nawet usypia. Szkoda tylko, że czasem trwa to godzinę, ale jednak – działa!
Smak: Mama ma wyczulone kubki smakowe oraz receptory ciepła i zimna. Tylko ona potrafi tak wydmuchać łyżkę rosołu aby był w idealnej temperaturze. Mało tego po spróbowaniu pokarmu wie, czy ten rarytas posmakuje jej dziecku.
Węch: oj chyba nikt jak Mama, nie ma tak wyczulonego tego zmysłu. Mama wyczuje nawet z końca drugiego pokoju czy w pieluszce jest numer 1, czy 2, a może tylko ostrzeżenie przed 2.
Tę supermoc Mamy nabywają bardzo wcześnie. To, że Mama dogada się z niemówiącym berbeciem – to fakt. Po jednym grymasie twarzy już widzi, że coś dziecku nie pasuje. Jak dogadać się z niemow(l)ą – zapytaj każdą Mamę, od razu Ci powie. Mama też ma nadprzyrodzoną moc rozmowy z przedmiotami, a nawet potrafi je ożywić: „Cześć Julku, jestem Misiek Rysiek i tu mam oczko”.
I uwaga tu się zawiera: czytanie w myślach i kiedy Mama widzi, że dziecko powolnym krokiem podchodzi do stolika, bierze w dłoń czerwony mazak, zdejmuje pokracznie nakrętkę, odwraca się na pięcie i biegnie do świeżo wypranych białych zasłon to Mama już wie, co w tej małej główce się urodziło.
Tylko Mama ma taką moc, że potrafi czytać ulubioną książeczkę po raz piędziesiąty i za każdym razem udawać, że ją ona bawi. Po raz setny zmieniać pieluchę, po raz setny zakładać zgubioną skarpetę lub po raz setny podnosić wyrzuconą zabawkę. Mamy tę moc, prawda?
Początki tej mocy sięgają już ciąży i wtedy Mama przygotowuje się do tego, że sen wcale nie jest jej aż tak potrzebny do życia. Po co marnować czas, jak można nosić dziecko godzinami, karmić, szyć kostiumy na przedszkolne przedstawienie lub siedzieć przy łóżku dziecka trzymając w ręku mokry okład na czole albo co gorzej – miskę.
Mleko, które zawsze jest w dobrej temperaturze. Zawiera idealną kombinację składników: wody, białka, węglowodanów, w tym oligosacharydów, tłuszczów, witamin, składników mineralnych, czynników wzrostu, a także czynników odpornościowych, które chronią organizm niemowlęcia przed infekcjami. Wow! A dla każdego dziecka mleko ma inny skład i dostosowuje się do jego wieku. Czy to nie superhipermoc?
Dzięki małej pomocy Taty mama potrafi podwoić, potroić … ilość swoich dzieci. Tym samym sprawia, że tych wszystkich wyżej wymienionych mocy jej przybywa jeszcze więcej i np. dochodzą jej moce negocjatora i mediatora. I nawet ostatnią frytkę podzielić co do milimetra, bo ma przecież miarkę w oczach.
Mama potrafi sprawić, że rzeczy znikają w tajemniczych okolicznościach. Plamy z ubranek, ból brzucha, koszmary nocne, czekoladowy Mikołaj i kawa. To ostatnie znika w ilościach nadludzkich. Mama ma też w torbie lub wózku zawsze niezbędne sprzęty, które potrafi wykorzystać idealnie.
Jednym z nich, bez którego nie wychodzi z domu są chusteczki nawilżane. Jedną ręką wyciąga je z paczki i uratuje każdą sytuację, a przy tym pozostawi skórę czystą i nawilżoną. Nie ruszam się bez nich z domu, bo zawsze są potrzebne. Baby Dove są bardzo mocne i do tego perforowane – dokładniej czyszczą skórę i zostawiają ją nawilżoną.
Mama miesza zupę i śpiewa piosenki, karmi piersią i czyta książkę, usypia dziecko i myśli co zrobić na obiad, jedną rękę koloruje – drugą pije kawę. Dopiero będąc Mamą odkrywasz tą nadprzyrodzoną moc, że potrafisz zrobić tyle rzeczy swoją niedominującą ręką.
Ta paranormalna poMOC medyczna jest hitem: działa bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą (i jest za darmo). Połączona z „ojojaniem” i wsparciem dla ofiary działa w 10 sekund. A jeżeli jeszcze Mama ma kolorowy plasterek przeciwbólowy to obejdzie się bez tragedii. A nawet wywołuje uśmiech 🙂
I chociaż będąc Mamą, czasem marzą nam się inne moce takie jak: teleportacja, cofanie i zatrzymywanie czasu, niewidzialność to i tak jesteśmy SUPERBOHATERKAMI.
Dziś mam dla Was wpis z naszymi najlepszymi rzeczami, które super sprawdzają się latem. Jesteśmy właśnie na wakacjach, więc temat jest nam bardzo bliski. Zobaczcie, jakie cuda tym razem znalazłam.
Jestem fanką dwuczęściowych strojów na basen i na plażę. Zdecydowanie łatwiej pójść jest w nim do toalety bez zdejmowania rękawków. W poprzednich latach mieliśmy świetny kostium dwuczęściowy z filtrem UV 50 Lassig (do 3 roku życia jest rozmiarówka).
Dostępny TUTAJ
A już drugi sezon mamy kostiumy z Kappahl – sprawdzają i noszą się świetnie. Zdecydowanie lepsza jakość niż Next i H&m
Jul w tym roku po plaży śmiga w kostiumie Ducksday – nie muszę się wtedy martwić o ciągłe dokładanie kremu z filtrem, bo ten strój ma UV 50. Fajnie wygląda i do tego chroni przed słońcem. Sprawdzi się na pewno nad Bałtykiem, gdzie wcale nie jest tak gorąco i zawsze mam obawy, czy dzieciom nie jest zimno. Mniejsze rozmiary Ducksday mają rozpinane nogawki – ułatwienie do zmiany pieluchy.
W różnych kolorach i rozmiarach są dostępne TUTAJ
Na wakacje i wyjazdy mamy też zawsze buty Crocsy – dobrze sprawdzają się na basen i do ogródka. Najbardziej lubię w nich to, że można szybko je umyć.
Jak jesteśmy przy butach to polecę Wam trampki, które kupiłam w tym roku dzieciom. Dostaję o nie mnóstwo zapytań na instastories. To bawełniane buty Citrouille et compagnie i dostępne są TUTAJ. Pamiętajcie, że trzeba zamawiać o rozmiar większe niż dziecko nosi obecnie.
Odkryłam najbardziej miękkie kalosze, jakie miałam w ręku! A do tego takie piękne:) To kalosze Penny Scalan
Zapytacie pewnie też o płaszczyki przeciwdeszczowe. Świetne, kolorowe, a do tego oddychające. Moim dzieciom wystarczą na dwa lata. Dostępne TUTAJ
Od kilku miesięcy testujemy też butelkę Pura, którą polecaliście mi w poście o Bidon B.box. Powiem szczerze, że już nie wrócimy do plastiku. Ten bidon jest świetny, sporo większy i do tego łatwiej się z niego pije. Co go wyróżnia? Jest wykonany ze stali nierdzewnej – woda inaczej smakuje z niej niż z plastiku (sama piję ze szklanej Life factory).
Stal utrzymuje temperaturę i nawet w upale woda jest chłodna przez kilka godzin. Można w niej też trzymać herbatę (do 6 h). Nie ma problemów z myciem. Póżniej można dokupić inny ustnik i wystarczy na wiele dłużej. Niestety ma nakrywkę silikonową, którą się całkowicie zdejmuje i ją zgubiliśmy. Ale słomka ma system niekapka i dzięki temu woda się nie wylewa. Jeżeli szukacie bidonu na kilka lat, to polecam Purę.
Dostępna TUTAJ
Taki gadżet wynalazłam na spacery z dziećmi, ta kieszonka to super pomysł. Wrzucam tam placki ze śniadania i jemy je na spacerze. To pierwszy plecak Jula, do którego wrzuca sobie auta, jak gdzieś wychodzi. Jest też do niego smycz, ale ja takich rzeczy nie uznaję, więc ją odczepiłam.
Do kompletu mamy jeszcze kapelusz ze sznurkiem, który dobrze trzyma się głowy. Na słońce i plażę zdecydowanie wolę kapelusze niż czapki z daszkiem, bo chronią uszy. Zwróciła mi na to uwagę dermatolog, żeby dzieciom na słońce je zakładać. Lepiej osłaniają oczy i kark.
Kapelusze Penny Scalan 100% bawełny TUTAJ
Jul tak samo jak ja nie może patrzeć na słońce. Często prosi o to, żeby mu założyć okulary. Od kilku sezonów mamy Real kids shades, o których pisałam kiedyś Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci
Dostępne są TUTAJ
Pan Pantaloni
Znów mnie zachwyciła ich kolekcja – ubranka przewiewne, uniwersalne i nie krępujące ruchów.
Drugi rok używamy też skarpetek z abs na basen i wodne place zabaw. Nie wiem, kto je wymyślił, ale zasługuje na nagrodę. W końcu nie muszę ciągle upominać dzieci żeby nie biegały. W tym roku chodzi w nich również Julek i sprawdzają się znakomicie.
Skarpetki Sweakers dostępne TUTAJ
Jesteście ciekawi pewnie też zabawek do wody i piasku, ale oprócz naszego świetnego zestawu, o którym pisałam Zabawki do piasku mamy tylko jedną rzecz. Nie zdążyłam jeszcze jej zrobić zdjęcia, bo co tylko wezmę ją do ręki to mi dzieci zabierają. Mała, poręczna – świetna na wyjazd. Sprawdzi się w piasku, w wodzie i w wannie.
Coś do nakrycia – super nam się sprawdzają 6 rok z rzędu bambusowe otulacze Aden+anais (TUTAJ)- zarówno na drzemce, jak i w aucie w czasie jazdy. Mam też kołderkę bambusową do spania w nocy – jest genialna! Dostępna TUTAJ
Lekki i przewiewny dla malucha. TUTAJ
Są niezastąpione, a do tego małe po złożeniu.
Jeżeli macie coś ciekawego do dodania to koniecznie mi napiszcie.
A jeżeli spodobał się Wam ten wpis to kliknijcie „Lubię to” na naszym facebookowym profilu.
Znacie to porzekadło, że więcej czasu ma się dopiero przy drugim dziecku? Ja znałam, ale wcale w to nie wierzyłam. Jak to możliwe, że przy większej ilości obowiązków masz więcej czasu? Niemożliwe! A jednak tak się stało – przy dwójce dzieci lepiej radzę sobie z organizacją
Oczywiście, dodacie, że dzieci są różne, ale tak naprawdę są takie sposoby, które można wykorzystać z powodzeniem w wielu domach.
Dziś chciałabym napisać o tym jak się organizuję będąc mamą, która pracuje w domu. Wcześniej przy pierwszym dziecku nie wpadłyby mi te pomysły do głowy. Przyznam szczerze, że drugie dziecko nauczyło mnie większej organizacji i dzięki tamu udaje mi się wiele rzeczy zrobić w ciągu dnia.
Oczywiście wcale nie uważam, że jestem super zorganizowaną mamą i zdarzają mi się wpadki. Te patenty działają u mnie i wcale mogą nie zadziałać u kogoś innego – zdaję sobie sprawę, ale czasami jest tak, że nie możemy wpaść na coś prostego, a tak rewolucyjnego.
Jest to mój kalendarz, który wisi na widoku cały czas. Zapisuję tam najważniejsze wydarzenia rodzinne, wizyty lekarskie, eventy, spotkania. W tym kalendarzu wszystko mam na widoku w czasie kiedy jestem w kuchni. Wcześniej używałam kalendarza drukowanego – miesięcznego, ale od jakiegoś czasu mam magnetyczny ze suchościeralnym mazakiem. Sprawdza nam się świetnie i żałuję, że nie zamówiłam go wcześniej. Z racji tego, że głównie pracuję w domu to nie muszę mieć wersji mobilnej mojego kalendarza. Kalendarz i dodatki są z Familiowo.
Robię je bardzo często używając funkcji głosowej. Ja dyktuję – notatnik zapisuje. Tak samo przygotowuję się do pracy. W ciągu dnia zbieram pomysły, gotowe zdania w notatniku. A póżniej kiedy Julek śpi – spisuję je. Jest mi tak o wiele łatwiej. Notatnik mam kompatybilny z komputerem (Mac), więc często kopiuje je prosto do wpisu lub meila.
Średnio raz na 2 miesiące robię selekcję rzeczy, które mamy. Dotyczy to zarówno zabawek, ubrań, przedmiotów domowego użytku. Kiedy mamy w domu MNIEJ rzeczy – mamy mniej obowiązków. Naprawdę tak to działa: mniej ubrań do prania, mniej zabawek do sprzątania, mniej talerzy do zmywania itd.
Wyrobiłam sobie nowy plan dnia, odkąd jest z nami Julek i wydaje mi się, że działa. Otóż jednym z patentów, który stosuję jest drzemka w domu. Julek śpi około 2h do 2,5 w ciągu dnia i dzień zawsze rano planuję tak:
czas do drzemki (sprzątanie, zakupy, praca, pranie)
drzemka w domu (poświęcam ten czas na pracę lub czas dla mnie)
czas po drzemce: obiad, odebranie Lili, plac zabaw, rytuały wieczorne.
Kiedy mam na przykład umówione spotkanie to właśnie przed lub po drzemce. Zawsze tego pilnuję i dzięki temu mam sporo czasu dla siebie. Taki nawyk wypracowałam i sprawdza nam się znakomicie. Dodam, że jak jest weekend i gdzieś jedziemy, to Julek już nie umie spać w wózku przy hałasie – budzi się po 40 minutach i później jest niewyspany.
Z Lilką nie umiałam aż tak ustalonego dnia i dlatego gorzej się organizowałam. Co będzie jak przestanie spać w dzień? Już teraz zaczynam powoli wdrażać pracę po śniadaniu. To jest ten czas, kiedy dzieci mają najdłuższy czas koncentracji i potrafią bawić się same (przy przystosowanym otoczeniu).
Czyli przestrzeń w mieszkaniu, która wymaga niewielkiej naszej pomocy aby dziecko mogło się uczyć samodzielności. Staram się aby dzieci mogły korzystać same z toalety, zlewu, kosza na śmieci itd. To naprawdę wiele daje, a efekt jest taki, że ja nie muszę chodzić za nimi krok w krok, a one dzięki temu wzmacniają poczucie własnej wartości.
Każdy z nas ma swoje obowiązki i tak samo uczę dzieci, że np. podlewamy kwiaty, zanosimy brudne rzeczy do pralki, wkładamy talerz do zlewu po jedzeniu itd. Każdy z nas mieszka w tym domu, a ja nie chcę robić tego wszystkiego za nich. Małe czynności powodują, że dzieci do tego się przyzwyczajają. A później kiedy są starsze jest to dla nich zupełnie naturalne i nie doznają szoku, że w domu to wszystko robi się samo.
Wspominałam Wam też kiedyś i przyznaję się do tego, że mam pomoc do sprzątania, bez niej byłoby mi zdecydowanie trudniej i jeden cały dzień w tygodniu musiałabym poświęcić na sprzątanie. Do tego: nie prasuję, obiady gotuję raz na dwa dni lub kupuję w barze mlecznym, odkurzam kilka razy w tygodniu i piorę 3 razy w tygodniu (żeby zapełnić suszarkę bębnową zbieram pranie).
To zmieniło się około 2 lata temu i mogę śmiało powiedzieć, że dzięki temu mam więcej czasu. Zupełnie nie odczułam jej braku, a zyskałam naprawdę sporo wolnego. Pamiętam, jak Lila była mała to dzień zawsze zaczynałam od telewizji śniadaniowej. I tak czas do godziny 11 przechodził mi przez palce – dosłownie. Teraz do 11 mam już tyle zrobione, że naprawdę jestem w szoku.
Oczywiście jest mi trochę trudniej, bo nawet zwykłe przeglądanie Facebooka mogę podciągnąć pod moją pracę, to staram się być czujna, kiedy po prostu marnuję czas. Kontroluję czas spędzony w internecie sprawdzając w ustawieniach baterii w telefonie. Nadal zajmuje mi to dużo, bo odpowiadam na Wasze wiadomości, komentarze, ale jest to dla mnie wartościowy czas. Kiedy widzę, że zaczynam bez sensu scrolować ekran to odkładam telefon.
Kiedyś je miałam i przez to trochę gorzej szła mi organizacja czasu dla siebie. Nie miałam go prawie wcale, a i tak miałam wyrzuty sumienia. Teraz, tak szczerze, to nie zastanawiam się, że mogłam coś zrobić lepiej, czy się nie przyłożyłam. Akceptuję to jak jest i staram się nie myśleć. Przestałam dążyć do ideałów i jest mi z tym zdecydowanie lepiej.
Mam takie dni, że przedkładam niektóre czynności nad drugie i jest mi z tym dobrze. Kiedyś miałabym z tego powodu wyrzuty sumienia, że wolę pracować niż np. zrobić obiad. Teraz nie mam i bardzo mi to pomaga.
I zawsze planowanie zaczynam od KAWY 🙂
Od dawna należę do największej grupy na Facebooku o organizacji czasu i naprawdę wiele z niej czerpię. Ola Budzyńska, znana jako Pani Swojego Czasu dosłownie mnie zaraziła chęcią do bycia Panią Swojego Czasu i słuchajcie to naprawdę działa. Ja nie chcę żeby mi dni uciekały przez palce (a i tak uciekają). Kiedy dowiedziałam się, że Ola planuje kurs dla mam to dosłownie krzyknęłam z zachwytu. Kto jak kto, ale my- mamy potrzebujemy zawsze tych kilku godzin dodatkowych w ciągu doby żeby ze wszystko ogarnąć. I tak jest już: Kurs Mama ma czas.
Ja już mam do niego dostęp i mogę śmiało Wam polecić, bo to co w nim jest może zrewolucjonizować życie niejednej rodziny. Dlaczego? Bo pokazuje, że to nie chodzi o to żeby Mama wszystko sama ogarniała i do tego miała czas dla siebie. Dzięki kursowi spojrzycie na cała swoją rodzinę i dostaniecie gotowe narzędzia do pracy. Jest tam całe mnóstwo wskazówek, które mogą Wam pomóc. Co najlepsze jest to kurs online, który robicie we własnym tempie. Każdy moduł jest w różnych formach: video, audio, pisany. Możecie audio puścić w drodze do pracy lub podczas zmywania. Ja np. jestem wzrokowcem i muszę mieć tekst przed oczami żeby się czegoś nauczyć.
Znajdziecie tam też ciekawe wskazówki odnośnie wychowywania dzieci, które bazują na Pozytywnej dyscyplinie. Mnie osobiście zachwyciła lista na lodówkę dla całej rodziny zachowań, które można poprawić i cały wykład o tym, dlaczego dzieci zachowują się źle (a to wszystko przez ten mózg) albo jak motywować dzieci. Cały kurs jest spójny i bardzo ciekawy.
Cały kurs jest naładowany po brzegi ciekawymi informacjami i jest dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej! A do tego sposób podania tej wiedzy jest tak ciekawy, że aż się chce włączyć kolejny moduł i zacząć wdrażać te sposoby w życie.
Gry dla dzieci są różne – nasze ulubione to planszówki i karciane. Dziś pokażę Wam nasze ulubione gry dla dzieci, które najczęściej goszczą na naszym stole. Każda z nich ma w sobie coś takiego, że aż chce się rzucić wszystko i chwilę pograć.
Zacznę od gier, które widziałam już dawno i zapisałam je sobie w moim specjalnym folderze. Nie chciałam ich kupić za wcześnie żeby nie zrazić się do nich. A węgierskie gry Marbushka podziwiałam już kilka lat. Są absolutnie piękne i bardzo wartościowe. Zwróćcie uwagę na przepiękne, bajkowe ilustracje. Powiem szczerze, że było mi ciężko wybrać konkretną, bo naprawdę każda z nich jest wyjątkowa.
Gry mają instrukcje w języku polskim
Mamy dwie gry dla dzieci Marbushka, które wszystkie są dostępne TUTAJ
dostępna TUTAJ
Gra ma świetną fabułę i ciekawe wątki. Akcja gry jest tak ciekawa, że lekko odwraca uwagę od rywalizacji. Dziecko skupia się na tym co jest tu i teraz, a nie pędzi po to żeby tylko wygrać. Dzięki temu gra jest prawdziwą przyjemnością.
„Stary zamek z wysoką wieżą kryje tajemniczy skarb, dlatego tak trudno tam wejść. Jego sekretne drzwi można otworzyć złotymi kluczami – cztery pary drzwi muszą zostać otwarte, aby wejść do środka. Duch próbuje ukraść klucze, ale jeśli będziesz współpracował na pewno go przechytrzysz i znajdziesz Magiczny Kamień Życzeń, który jest największym skarbem… czy masz tajemne pragnienia i zależy Ci na tym by zdobyć kamień?”
Druga gra Marbushka jest również bardzo ciekawa i ma rozbudowaną fabułę. Tak samo jak w poprzedniej grze skupiamy się na ciekawej rozgrywce, która wcale nie jest ukierunkowana na zwycięstwo. Sama gra jest przepiękna, a stworki Güs są przesłodkie (jak to mówi Lila)
„Güs są ekspertami w dziedzinie roślin i zostały nazwane zabawnymi imionami, które zawierają literę ü. Stworki stworzyły tajne przepisy uzdrawiające, które przygotowuje się z leśnymi roślinami. Rośliny nie mogą być ze sobą dowolnie mieszane! Jedynie odpowiednia kombinacja składająca się dodatkowo z kryształów pomoże ogarnąć złe samopoczucie i wysypkę. Uzdrawiające kryształy należy zbierać podczas wędrówki po lesie.
Nie jest to jednak proste, bo drzewa są w ciągłym ruchu i zmieniają swoje miejsce, co może ułatwić, ale również utrudnić pracę małym Güs. Każdy ruch figurką może doprowadzić do nieoczekiwanych spotkań ze zwierzętami leśnymi. Celem gry jest zebranie poprawnych kombinacji kolorystycznych i pomoc tylu roślinom ilu zdołamy podczas rozgrywki. Gracz, który zbierze jak największą liczbę przepisów mikstur i uleczy, jak największą liczbę roślin zostaje zwycięzcą.”
Wersja dla dzieci 8 + dostępna najtaniej TUTAJ
Wersja dla dzieci 6+ dostępna najtaniej TUTAJ
Niewielkich rozmiarów gra dla dzieci, którą możecie zabrać w podróż. Jest wersja dla starszych dzieci i dla młodszych. My od kilku miesięcy mamy właśnie tę drugą. Na czym polega gra? Jest to gra do rozruszania szarych komórek. A do tego ma świetny element sensoryczny, bo karty zawierają dotykowe pola, które trzeba później odgadnąć.
Na raz może grać od 2 do 6 graczy i zadaniem graczy jest zebranie wszystkich części mózgu. Bardzo fajna gra z rywalizacją.
Nie wiem, czy pamiętacie, ale u nas od dawna panuje faza na geografię. Pokazywałam sporo zabawek w tym temacie Geografia przez zabawę. Teraz mamy bardziej zaawansowaną grę, z której przy okazji można się dużo nauczyć. Gry w memory chyba nie muszę nikomu przedstawiać, a ta jest świetna, bo jednocześnie podczas gry możemy się sporo nauczyć. Na początku odłożyliśmy połowę kart żeby było łatwiej. Teraz już gramy pełnym zestawem. Bardzo wartościowa gra, z której każdy może się wynieść.
tu macie wpis Najlepsze gry planszowe dla dzieci
a tu Gry planszowe dla dorosłych
Prezenty na dzień dziecka do 100 zł, które są ciekawe i przyjazne kieszeni kupującego. Dziś chciałabym Wam zaprezentować świetne propozycje, które być może ułatwią Wam poszukiwania prezentu idealnego. Wszystkie typy podzieliłam wiekowo żeby pomóc Wam w odnalezieniu czegoś ciekawego.
tu łapcie najnowszy wpis Prezenty na Dzień Dziecka
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij Lubię to lub udostępnij go swoim znajomym – podziękują Ci
Nie umiem pływać. Nigdy się nie nauczyłam i już prawdopodobnie nigdy to mi się nie uda. Do tego mam silnie rozwiniętą hydrofobię. Kiedy nawet przejeżdżam przez most lub w pobliżu jest woda to czuję lęk, właśnie dlatego, że nie umiem pływać. Dlaczego tak się stało?
Pierwszą styczność z wodą miałam bardzo późno. Mama mnie zapisała na basen jak miałam 7 lub 8 lat. Po dwóch zajęciach musiałam zrezygnować, bo było to dla mnie doznanie traumatyczne. Do dziś pamiętam, jak stoję nad brzegiem basenu i instruktor każe mi wskoczyć trzymając się jedynie kijka do wody, która ma głębokość 3,5 m. Nie wskoczyłam – jak wszystkie dzieci z mojej grupy i nigdy więcej na te zajęcia nie poszłam.
Myślę, że tak się stało dlatego, bo już wtedy miałam duży lęk przed wodą. Wiedziałam, co może się stać i sama myśl mnie paraliżowała. Później, jak byłam studentką to próbowałam jeszcze raz nauczyć się pływać i niestety mi się nie udało. Ale pokonałam odrobinę strach i umiem pływać na plecach. Jednak i tak nie wypłynę w miejsce, gdzie pod palcami nie będę czuła dna.
Dziś razem z marką Pampers chciałabym Wam opowiedzieć o korzyściach, które płyną z ruchu w wodzie. Jest ku temu dobra okazja, bo właśnie na rynek weszły nowe pieluszki dla maluchów na basen.
Mój przykład jest doskonały – nie miałam możliwości wcześniejszego chodzenia na basen, więc pojawiła się reakacja obronna, która tylko narastała. Maluchy nie znają zagrożeń związanych z wodą, dlatego się nie boją. Im później zaczynamy chodzić z dziećmi na basen tym istnieje większa szansa, że będą się tego bały.
Rodzice często zapominają o tym, że dzieci spędziły 9 miesięcy w wodzie i jest to dla nich bardzo naturalne środowisko.
W domu często mamy sporo obowiązków i nawet jak już bawimy się z dzieckiem, czy też czytamy – to wciąż myślimy o różnych innych sprawach takich jak gotowanie obiadu, praca, porządki. Na basenie jest tak duża stymulacja sensoryczna, że odcinamy się od spraw domowych. Myślimy o tym, co jest tu i teraz.
Basen to chyba jedno z niewielu miejsc, gdzie twarz dziecka jest na wysokości twarzy rodzica. Można to wykorzystać do wspomagania rozwoju mowy i rozpoznawania emocji.
Często nawet terapeuci SI zalecają zajęcia na basenie żeby wzmocnić mięśnie obręczy barkowej, która ma wpływ np. na prawidłowy chwyt narzędzia pisarskiego.
Jest nam potrzebna w wielu codziennych sytuacjach. Dzięki tej zdolności możemy uprawiać inne, bardziej zaawansowane sporty.
Nie da się skaleczyć, upaść, połamać. Pływanie jest naprawdę zdrowe. Do tego jest to świetny sport dla osób, które nie mogą z różnych przyczyn ćwiczyć np. są otyłe lub mają schorzenia układu ruchu
Jeżeli Wasze dzieci nie lubią myć głowy lub nie znoszą kąpieli to ruch w wodzie pomoże się oswoić.
Możemy z nim rozmawiać, bawić się bez żadnych przeszkód. Odkładamy wszystkie urządzenia elektroniczne i zajmujemy się sobą.
Ruch w wodzie znakomicie wpływa na rozwój ruchowy dzieci. Nawet jeżeli będziemy bawić się z nim w proste zabawy, to ono skorzysta na nich dwukrotnie. Od małego możemy chodzić na różne zajęcia: grupowe lub indywidualne. Na basenie każdy znajdzie coś dla siebie. A przebywając z dzieckiem w wodzie stymulujemy jego rozwój.
Wybierając się na basen mamy zawsze przygotowaną torbę z niezbędnymi akcesoriami, a ostatnio nawet dokupiliśmy kilka gadżetów żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ten czas. Pływanie pod wodą z maską to naprawdę inne wyzwanie i wyższy poziom zaawansowana.
Przy ostatnich wizytach na basenie testowaliśmy nowość na rynku, czyli Pampers Splashers. Pieluszki są miękkie i kolorowe. Na każdej z nich jest rysunek z motywem morskim. Zwróciłam uwagę przede wszystkim na gumeczki, które nie obciskają brzucha. Pielucha trzyma się na miejscu nawet jak jest cała mokra.
Do tego idealnie przylegają do nóżek dziecka, więc grubsza sprawa nie przedostanie się na zewnątrz. Pieluszki bardzo szybko się wkłada i zdejmuje – nawet jak są mokre. Na koniec wystarczy je rozerwać i gotowe. Najważniejsze, że dziecko jej w ogóle nie czuje na sobie i może swobodnie pływać.
Ja cały czas sobie obiecuję, że będziemy chodzić na basen jeszcze częściej, bo to niesamowita frajda dla dzieci. A już za dwa tygodnie będziemy korzystać z basenów codziennie, bo wyjeżdżamy na wakacje. Tak, czy inaczej od września chcę zapisać Lilę na lekcje pływania.
Jest już na tyle oswojona z wodą, że wykorzysta wszystko to, czego się nauczyła przez 6 lat. A Julek nadal będzie z nami chodził i cieszył się na sam widok torby na basen w przedpokoju. Mam nadzieję, że Was przekonałam żeby zabierać dzieci na basen jak najczęściej – to fajny, rodzinny czas wykorzystany w 100 %.
Prezent na Dzień Mamy musi być wyjątkowy! Coś, co sprawi obdarowanej osobie przyjemność i spowoduje uśmiech na ustach. Ja co roku kupuję sobie coś sama – taki prezent na Dzień Mamy z karteczką „Robisz to dobrze”. Zebrałam dziś inspiracje ciekawych propozycji na ten dzień.
Pamiętacie mój wpis Najgorszy Dzień Matki? W tym roku na pewno taki nie będzie.
Kupię sobie ten kapelusz, a od dzieci dostanę pewnie po arcydziele, które będzie zdobiło moją lodówkę przez następny rok. A ja za to podaruję coś mojej Mamie i będę świętować razem z nią ten wyjątkowy dzień.
Po więcej inspiracji na prezenty dla kobiet zajrzyjcie do wpisu Prezenty dla niej
A Wy jaki chciałybyście dostać prezent na Dzień Mamy? Podzielcie się:)
Kiedy urodziłam drugie dziecko, miałam już wizję kształtowania nowego członka naszej rodziny. Jako doświadczona mama wiedziałam, że będę wychowywała je podobnie. Jak się okazało jest to… niemożliwe. Dlaczego? My jesteśmy już innymi rodzicami, młodsze dziecko jest zupełnie inne, a i starsze rodzeństwo ma swój wpływ.
Materiał zrealizowany w ramach współpracy z Disney Junior Polska
Pierwsze macierzyństwo jest jak wspinaczka na szczyt górski. A drugie jak … bieg ze szczytu. Po błocie. W japonkach. Trzymając kubek kawy w ręku.
Ile ja miałam planów i pomysłów, które sprawdziły nam się przy pierwszym dziecku, a zupełnie nie wyszły przy drugim. Czasem się nawet sama sobie dziwię, że tak postępowałam przy Lilce. Moje pomysły wymagały bardzo dużo zaangażowania. Nie ukrywam, że przy drugim dziecku już mi się nie chce, bo wiem, że i bez tego przeżyje.
Pierwsze dziecko jadło tylko według metody BLW. Jednak muszę przyznać, że była to bardzo ortodoksyjna odmiana, bo NIGDY nie nakarmiłam córki łyżką. Przysporzyło nam to sporo: bałaganu, ćwiczeń cierpliwości przy zjadaniu groszku palcami i plam na obraniach. Ale było warto! Przy drugim dziecku trochę z lenistwa, a trochę z obserwacji dziecka postanowiłam wprowadzić papki (a nawet słoiki).
Dodam, że przy pierwszym nigdy nawet takiego wynalazku dla leniwych nie korzystałam. A przy drugim dziecku stałam się mamą w stylu SMART i uznałam, że przecież to nic złego. Młodszy ma się dobrze, a je więcej niż starsza siostra, która teoretycznie powinna być smakoszem.
Cukier to zło i przy pierwszym dziecku do 3 roku życia praktycznie nie podawaliśmy nic słodkiego. Nawet siłą perswazji przekonaliśmy ją, że nie lubi czekolady (biedna Lilka;) Słodyczy ze sklepu praktycznie nie widziała, a ja stawałam na głowie, jak dostała czekoladowego Mikołaja.
Do 3 roku życia nie znała też smaku lodów, bo cały czas kupowaliśmy jej same rożki. A młodszy sam się upomniał o swoje i każe sobie kupować lody o smaku „smakującym” i samymi wafelkami już dawno gardzi. Niestety nie da się przekonać najmłodszego członka rodziny do zdrowszych zamienników i kiedy raz na jakiś czas kupujemy starszej słodycze – to musi to być coś, co młodszy też będzie mógł zjeść.
Pierwsze dziecko wprowadzaliśmy w świat bajek bardzo ostrożnie, dobierając bajki przeznaczone dla jej wieku. Dodam też, że razem siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy je wspólnie. Jak urodził się młodszy, to Lilka miała prawie 4 lata i już wtedy miała swoje ulubione bajki. Teraz kiedy ma prawie 6 to rozumie już tak wiele, że wybiera seriale dla dzieci z rozbudowaną akcją i ciekawymi bohaterami.
Jako, że czas na oglądanie przypada wtedy, kiedy młodszy nie śpi, to często jej przy tym towarzyszy. Julek posiedzi kilka minut, obejrzy, coś zapyta, zrobi kilka podskoków i biegnie dalej. Tak razem oglądają Pidżamersów (więcej napisałam o nich na dole wpisu). A później bawią się w drużynę nieustraszonych bohaterów. Lilka jest oczywiście Sowellą. Razem z młodszym bratem chowa się do szafy i obmyśla plan niesienia pomocy.
Przy pierwszym dziecku prawie wszystkie zabawki mieliśmy drewnienie lub materiałowe. Prawie w ogóle nie mieliśmy plastiku, a już tego grającego i świecącego zwłaszcza. A przy drugim… Najważniejsze żeby dziecko czymś się zajęło – nieważne czy to łyżka do butów, czy grający samochód. No i przyznam szczerze, że mamy teraz tego sporo.
Oh, ile to pierwsze dziecko miało pięknych, białych i totalnie niepraktycznych ubranek. A o butach niechodkach, nie wspominając. Drugie dziecko ma same ubranka, które muszą spełniać te wymogi:
Owszem podobają mi się piękne ubranka, ale dbam o swoje zdrowie psychiczne i ich nie kupuję.
Dziecko było moim wszechświatem i samym pępkiem tegoż. Przy drugim dziecku musiała podzielić ten świat na pół i znaleźć jeszcze coś dla siebie. Paradoksalnie mając dwójkę dzieci mam naprawdę więcej czasu dla siebie, bo się inaczej organizuję.
Jak sobie przypomnę jak z Lilką leżałam godzinami na podłodze na macie, to teraz mam wyrzuty sumienia kiedy wysypuję Julkowi miskę suchego makaronu i daję kuchenne łyżki do makarony, a sama piję kawę i kątem oka czytam gazetę.
Jak pewnie pamiętacie, przy pierwszym dziecku bardzo dużo pracowałam z córką tworząc rozwojowe pomoce. Bardzo dużo czerpałam z tej pedagogiki, ale w pewnym momencie się poddałam. Przy dwójce dzieci, pracy z domu nie dałam zwyczajnie rady. Panie w przedszkolach nie mają prania, gotowania, 15 nieprzeczytanych meili w skrzynce.
Mogą na bieżąco prezentować pomoce, pomagać przy sprzątaniu i proponować coś nowego. Mi na to nie starczyło czasu i determinacji. Kiedy tylko moje dzieci zajmują się czymś, to ja się ulatniam do swoich obowiązków. A później przez resztę dnia chodzę i zbieram np. figurki z budowlami świata, które Julek powkładał do butów. Oczywiście wciąż się staram przygotowywać edukacyjne pomoce i w miarę możliwości prezentować je dzieciom, ale naprawdę jest tego dużo mniej.
Z pierwszym dzieckiem chodziliśmy na Gordonki i na naukę pływania dla niemowląt. A z drugim w ramach atrakcji idę np. do serwisu samochodowego albo na zakupy do warzywniaka;) Serio, nie mam za bardzo kiedy chodzić na dodatkowe zajęcia, a z resztą dopiero teraz widzę, że one nie są mu do szczęścia potrzebne. Jemu wystarczy mama i plac zabaw. No może jeszcze piłka.
Nawet nie zliczę ile razy byłam z pierwszym dzieckiem u lekarza z katarem. Przy drugim dziecku, kiedy już się wie, że od kataru się nie umiera to wizyty odbywam niezwykle rzadko. Zapisuję dziecko na wizytę po kilku dniach infekcji albo nie idę wcale. Eskapada z dwójką do lekarza to już nie taka prosta sprawa, więc rozważam wszystkie za i przeciw. A poza tym widzę, że Jul dzięki temu, że ma starszą siostrę – choruje mniej.
Przy pierwszym dziecku mam wszystko zapisane: kiedy pierwsze zęby, pierwsze „Mama”, pierwsze przewroty z brzucha na plecy. A z drugim? Nawet nie zauważyłam kiedy wyszły mu wszystkie czwórki. Lilka miała nawet album, który regularnie uzupełniałam.
Niesamowite jest to, że Ci sami rodzice mogą tak zmienić swoje poglądy odnośnie wychowywania dzieci. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę dwulatkowi kupować prawie codziennie gałkę lodów waniliowych to bym się popukała w czoło. Mimo tego, że teraz zmieniło się nam podejście i mocno poluzowaliśmy, to jesteśmy w tym szczęśliwi. I nasze dzieci również, a o to w tym wszystkim chodzi.
A Pidżamersi to serial emitowany na kanale Disney Junior. Odważni bohaterowie: Gekson, Kot Boy i Sowella razem, wspólnymi siłami ratują świat. Pomagają sobie nawzajem rozwiązywać tajemnicze zagadki i pokonują przeszkody używając swoich supermocy. Ze swoich eskapad wyciągają zawsze wartościowe wnioski i lekcje. W najnowszych odcinkach serialu Pidżamersi, które będą emitowane od 12 maja, w każdą sobotę, o godzinie 8:00 tylko w Disney Junior czekają na Was nowe przygody i nowe emocje. Spotykamy się przed telewizorami – będzie po prostu rewelacyjnie!
Wiosna rozgościła się w Polsce na dobre, a wraz z nią niestety pojawiły się kleszcze. Te niepozorne z wyglądu pajęczaki potrafią przysporzyć nie lada kłopotów zdrowotnych, dlatego absolutnie nie należy ich lekceważyć!
Autorką tekstu jest moja czytelniczka, która sama jest zarażona i jest też mamą. Próbowała różnych metod leczenia i rozmawiałam z nią o tym sporo. Chciałam żeby przekazała swoje doświadczenie w tym temacie. Specjalnie nie poprosiłam o to lekarza, bo chciałam żeby to była osoba niezależna. Zależało mi też, że treść nie straszyła, a tylko uświadomiała.
Kleszcze są zagrożeniem zarówno dla zwierząt jak i ludzi. Przynoszą wiele niebezpiecznych chorób. Do najbardziej powszechnych należą babeszjoza, anaplazmoza, odkleszczowe zapalenie mózgu oraz borelioza. Ta ostatnia, zdiagnozowana odpowiednio wcześnie, poddaje się leczeniu. Problem pojawia się, gdy pierwsze objawy zostaną zignorowane bądź zakażenie przebiega bezobjawowo. Warto, zatem być wyjątkowo czujnym.
Pierwszy szczyt aktywności kleszczy przypada na maj-czerwiec, kolejną wzmożoną aktywność obserwuje się we wrześniu. Kleszcze teoretycznie budzą się wraz z wiosennym ociepleniem, jednak warto wiedzieć, że w ostatnich latach pojawiają się również w zimnych miesiącach, co wskazuje na to, że uodporniły się one na niskie temperatury.
Wbrew powszechnej opinii najmniej kleszczy występuje w typowym lesie, bowiem nie żyją one na drzewach. Najlepiej czują się w krzakach i trawach – do półtora metra wysokości – zatem szczególną ostrożność należy zachować na łąkach, w parkach, na miejskich skwerach czy „zielonych” placach zabaw.
Kleszcze, które kojarzymy to zwykle duże formy, tymczasem warto zaznaczyć, że występują też formy małe i nimfy (stadium larwalne). Te ostatnie, ze względu na rozmiar i jasną barwę, są praktycznie nie widoczne dla oka. Warto być szczególnie czujnym!
Kleszcze wędrując po ciele szukają ciepłych miejsc. Lubią pachwiny, pachy, obszary za uszami, szyję. Wychodząc w miejsca, gdzie potencjalnie możemy spotkać kleszcze warto osłonić ciało. Założyć ubranie z długimi rękawami i długimi nogawkami, włożyć wyższe buty, które szczelnie osłonią kostkę, bądź wysokie skarpety, które należy naciągnąć na nogawki. Głowę sugeruje się zabezpieczyć czapką lub kapeluszem. Warto by ubranie miało jasny kolor. Co prawda, nie odstraszy to kleszczy, ale na pewno będzie je łatwiej zauważyć. Pamiętajmy jednak, że to działania czysto profilaktyczne i nie uchronią one przed ewentualnym atakiem kleszczy. Dotyczy to zarówno dzieci jak i dorosłych.
Na rynku dostępne są obecnie liczne preparaty odstraszające kleszcze. Ich użycie zmniejsza ryzyko, że kleszcze zaatakują, ale – o czym należy pamiętać – nie dają one całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Wśród środków „przeciwko” kleszczom wyróżnia się spraye, kremy, olejki, czy urządzenia oparte na zasadzie emisji ultradźwięków (np. Tickless). Te ostatnie przeznaczone są również dla dzieci od pierwszych dni życia. Warto również zapoznać się z działaniem takich ziół jak wrotycz, czystek czy popularny rozmaryn lub tymianek.
Po każdym powrocie z obszaru, na którym mogą występować kleszcze, powinniśmy dokładnie obejrzeć całe ciało. Przedtem warto zdjąć ubranie i dokładnie je wytrzepać zwracając uwagę, czy przypadkiem nie strzepujemy z niego kleszczy do mieszkania! Następnie wskazana jest kąpiel.
Nieprawdą jest, że z wbitym kleszczem należy udać się na pogotowie. Tu czas odgrywa niezwykle ważną rolę, zatem im szybciej usuniesz go z ciała tym lepiej.
Do wyciągnięcia kleszcza posłużą „kleszczołapki” lub urządzenia działające na zasadzie pompki odsysającej. Zakupisz je w każdej aptece. Warto mieć je zawsze przy sobie w sytuacjach, gdy Ty bądź dziecko macie bezpośredni kontakt z naturą. Jeśli nie mamy wyżej wspomnianych narzędzi, użyjmy zwykłej pęsety.
Kleszcza wyciągamy ze skóry zdecydowanym ruchem, a następnie dezynfekujemy miejsce jego wbicia. Uwaga, nigdy na odwrót! Dezynfekcja wbitego kleszcza sprawia, że ten wymiotuje wpuszczając przy tym do organizmu ludzkiego bakterie i wirusy. Wyciągniętego kleszcza dokładnie oglądamy, by upewnić się, że został wyciągnięty w całości i następnie oddajemy go do badania. Nie jest to jednak wymogiem. Decyzję pozostawia się osobie zainteresowanej tematem.
Badanie kleszcza wykonują wybrane laboratoria. Mają one na celu sprawdzenie, czy dany kleszcz jest nosicielem patogenów powodujących choroby. Jeśli kleszcz był zdrowy, możesz odetchnąć z ulgą. Jeśli był chory, warto być czujnym. Borelioza może nie dawać żadnych objawów przez lata, to bardzo podstępna choroba. Tu warto dopowiedzieć, że rumień zawsze oznacza zakażenie, zaś jego brak nie oznacza, że choroby nie ma, a kleszcz może nas zarazić będąc wbitym nawet przez krótką chwilę.
Kleszcze niosą ryzyko wielu poważnych chorób, niektóre z nich są trudne w zdiagnozowaniu i jeszcze trudniejsze w leczeniu. Nie popadajmy jednak w paranoję. Dla zdrowia, znacznie bardziej niebezpieczne jest unikanie kontaktu z naturą. Zabawy na świeżym powietrzu, czy spacer po łące lub lesie to najlepsza forma aktywności dla dużych i małych. Pamiętajmy jednak o tym, że nie jesteśmy tam sami, nie ignorujmy ryzyka zdrowotnych powikłań, które niewielki pajęczak może wywołać, jeśli staniemy się obiektem jego zainteresowań.
Tekst: Marlena Zienkiewicz
Odkąd jestem mamą zaczęłam zwracać uwagę, na to co sama jem i co je moja rodzina. Przyznam szczerze, że wcześniej nie przywiązywałam do tego wagi. Zdrowa dieta jest dla mnie bardzo ważna, bo wiem, że gwarantuje prawidłowy rozwój. Sama również odkąd zaczęłam się bardziej świadomie odżywiać, to mój stan zdrowia się poprawił.
Nie mamy żadnych zrywów zdrowego odżywania i nie przeprowadzamy rewolucji w kuchni. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba umieć jeść z głową. Od 6 lat stosuję bardzo ważną zasadę przy układaniu posiłków dla mojej rodziny. Brzmi ona mniej więcej tak:
Co przez to rozumiem? Każdy produkt, który kładę dzieciom na talerzu postrzegam przez pryzmat wartości odżywczych. Nie jest to sztuka żeby jeść byle co. Zdecydowanie trudniej się ODŻYWIAĆ, czyli spożywać takie jedzenie, które oferuje nam coś więcej niż tylko puste kalorie.
Chciałabym nauczyć moje dzieci już teraz (bo za kilka lat będzie zdecydowanie za późno), jak się odżywiać żeby być zdrowym.
Jak pokazują wyniki badań Światowej Organizacji Zdrowia, do 2025 roku ponad 70 milionów dzieci na całym świecie będzie cierpieć na otyłość. Dlatego uważam, że edukacja na tamat tego, co jemy powinna być od urodzenia.
Każdy z nas by chciał żeby nasze dzieci były zdrowe i miały świadomość, co na ten stan wpływa. Dlatego od małego wpajam dzieciom, co jest wartościowe, a co nie. Uczę, że zdrowe odżywanie to też fajna zabawa, bo można wymyślać różne ciekawe dania, razem gotować i spędzać przy tym wspaniały czas z rodziną. Chciałabym żeby w przyszłości wyniosły te nawyki z domu, kiedy nie będzie nad nim czuwał mój wzrok.
W domu zawsze mam zdrowe produkty, z których robię różne potrawy lub podaję w niezmienionej formie. Dziś chciałabym Wam o nich napisać, żeby i Was zainspirować.
Chcę żeby moje dzieci jadły jak mistrzowie, dlatego jest to dla mnie ważne. Słodycze i niezdrowe przekąski również się pojawiają w naszym menu, ale rozmawiamy o tym i dzieci doskonale zdają sobie z tego sprawę. Według mnie nie jest sztuką zabronić, tylko świadomie o tym rozmawiać i od czasu do czasu na nie pozwalać, bo czym jest zjedzony batonik raz na dwa tygodnie przy zdrowym stylu życia?
Bardzo często dostaję od Was pytania, jaki fotelik samochodowy wybrać. Jest to ważny zakup w życiu rodzica, dlatego warto zrobić to z głową. Na rynku jest mnóstwo fotelików samochodowych, które mają chronić dziecko podczas jazdy autem.
Tak, właśnie po to jest fotelik – dziecko ma w nim siedzieć i być prawidłowo zapięte.
Każdy z nas ma inne potrzeby, dlatego polecenie konkretnego fotelika może być naprawdę trudne, ale kolejne parametry pozwalają zawęzić poszukiwania.
Jestem zwolenniczką przewożenia dzieci jak najdłużej tyłem do kierunku jazdy. Jest to najbezpieczniejszy sposób i nie ma żadnych wątpliwości, że warto się w tym kierunku dokształcić. Każdy fotelik 0-13 kg jest RWF, i niektóre z grup wagowych: 9-18 kg, 9-25 kg.
Dlaczego fotelik tyłem do kierunku jazdy jest bezpieczniejszy? Jego przewagę wyjaśniają prawa fizyki. Podczas zderzenia czołowego np. z prędkością 50 km/h w foteliku montowanym przodem nacisk na szyję dziecka może wynieść nawet 200 kg. Małe dzieci mają do tego nieproporcjonalne głowy w stosunku do reszty ciała. Nawet niewielka stłuczka może spowodować poważne skutki zdrowotne.
Najkrótszy okres jaki się zaleca do przewożenia dziećmi tyłem do kierunku jazdy to 4 lata, ale zawsze można dłużej.
W Szwecji, gdzie dużą uwagę przykłada się bardzo dużą uwagę do bezpieczeństwa dzieci istnieje instytut VTI, który od 40 lat testuje niektóre foteliki samochodowe. Stworzyli tzw. Test Plus, który dostają foteliki przetestowane pod kątem nacisku na szyję, grożący złamaniem. Bardzo ciekawy jest fakt, że jak dotąd nigdy żaden fotelik przodem do kierunku jazdy nie uzyskał Test Plusa.
Fotelik ma być dobrany do wzrostu i wagi dziecka. Są dzieci, które w wieku 2 lat ważą 10 kg, a są też takie, które ważą tyle, co nie jeden czterolatek. Warto przemyśleć, do jakiego wzrostu będziemy przewozić dziecko w tym foteliku. Można kupić fotelik 9-18 kg, a poźniej 9-25 kg (tak my zrobiliśmy i mniejszy fotelik Lilka „oddała” bratu)
Jest to też ważna kwestia, bo inaczej kupuje się fotelik dla jedynaka, a inaczej dla 3 dzieci. Kiedy macie jeden, czy nawet dwa foteliki na tylnej kanapie to możecie na to nie zwracać uwagi. Ale kiedy potrzebne są 3 foteliki, to pojawia się problem. Warto też przemyśleć „dziedziczenie” fotelików po rodzeństwie. Jak jedno dziecko wyrośnie, to żeby drugie mogło jeździć.
Temat rzeka – każde auto i model jest zupełnie inne. Co z tego, że Wam napiszę o tym jak świetnie nam się jeździ z fotelikiem X w naszej Maździe, skoro Wy macie zupełnie inne auto. Są na rynku auta, do których nie pasują niektóre foteliki. Przy zakupie fotelika RWF warto też sprawdzić ilość miejsca jakie zostaje na nogi u pasażera z przodu. Moje auto jest małe i kiedy jeździmy nim całą rodziną, to na tym miejscu mieszczę się tylko ja. Kąt nachylenia kanapy również może mieć znaczenie, ale można je wyregulować przy pomocy specjalisty w sklepie.
Pocieszę Was, że są foteliki, które pasują do 90 % aut. Są to np. foteliki marki Axkid
Foteliki nie są tanie, a te, które są naprawdę bezpieczne kosztują jeszcze więcej. Z doświadczenia Wam napiszę, że kiedy próbujemy na czymś oszczędzać to niekoniecznie wychodzi nam na dobre. My chcieliśmy zaoszczędzić na drugim foteliku starszego dziecka i kupiliśmy tańszą alternatywę. Nie jestem z niego zadowolona, bo po zdjęciu własnych pasów – właściwie nie trzyma się siedzenia. Gdybym jeszcze raz kupowała fotelik z tej kategorii wagowej, kupiłabym lepszy. Często nam się wydaje, że to bardzo dużo pieniędzy, ale jak się weźmie pod uwagę bezpieczeństwo, użytkowanie i lata, ile fotelik będzie z nami jeździł to kwota się rozkłada.
Najpierw warto sprawdzić wyniki testów zderzeniowych, ale to nie wszystko.
Najlepiej jest przyjechać i przymierzyć go w sklepie. Ja miałam upatrzony fotelik do mojego auta, ale bałam się go kupić przez internet. Zdecydowałam, że przyjadę, zmierzę i zapytam specjalistów, czy faktycznie jest to dobry wybór.
Pojechałam z Julkiem do sklepu Osiem gwiazdek na Białołęce.
Na miejscu okazało się, że sklep jest w pełni przystosowany do dzieci (kącik z zabawkami). Świetnym rozwiązaniem jest to, że do sklepu wjeżdża się autem (3, a nawet 4 stanowiska na raz). Jest to ogromne ułatwienie, bo łatwiej jest zapanować nad dzieckiem, sprzedawca może przymierzyć kilka foteli,a dziecko może biegać bez kurtki i mierzyć po kolei wszystkie modele. Kto wpadł na ten pomysł, zasługuje na pochwałę!
Sprzedawca najpierw przedstawił mi różne możliwości dopasowane do mojego auta i dziecka. Zdecydowaliśmy się na nowego Axkida Minikid 2.0, który ma jeszcze lepszą ochronę boczną. Na razie sprawdza się znakomicie, ale za jakiś czas napiszę Wam obszerną recenzję.
Axkid Minikid 2.0 jest do 25 kg.
Zobaczcie Lilkę, która ma 5,5 roku, 110 cm i 18 kg wagi.
Dziś chciałabym Wam pokazać nowy plac zabaw w Warszawie. Jest absolutnie świetny! Został on w pełni sfinansowany przez Ambasadę Węgier. Takie place zabaw są właśnie bardzo charakterystyczne dla ich kraju. Zawsze drewniane, kolorowe, nawiązujące do ich kultury i folkloru. Jestem zakochana w tym miejscu i z pewnością będziemy tam wracać.
Plac zabaw jest przy Agrykoli. Jak go znaleźć? Kierujcie się na Atelier Amaro i tam zejdźcie uliczką na sam dół, do skrzyżowania. Po lewej stronie go zobaczycie. Jeżeli będziecie autem to możecie zaparkować przy Atelier Amaro (parking jest płatny).
Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś byłam tak mało aktywna. Odkąd mam dzieci to nie mogę usiedzieć w miejscu. Ciągle bym gdzieś ich zabierała i pokazywała. Nigdy bym też się nie spodziewała, że będę non stop biegać w adidasach i takich ciuchach.
p.s. Chcę Wam też pokazać moje najwygodniejsze buty – Crocs LiteRide Uwielbiam je za lekkość, miękką podeszwę, materiałową górę. Chodzę w nich cały czas, czy to na plac zabaw, na zakupy, czy na spotkanie. Mają piankowe wkładki LiteRide, które są bardzo sprężyste i lekkie. Biegam w nich za dzieciakami i nie czuję ich na stopie.
Udało mi się załatwić też dla Was zniżkę na 15% (na nie przecenioną kolekcję), hasło: nebule2018, ważny do 20 kwietnia na stronie https://www.crocs.pl.
Moje dzieci nigdy nie dostały kary. Nie usłyszały, że coś im zabiorę „za karę” lub nie będą mogły czegoś zrobić, bo nabroiły. Nie dostały też nagrody za super zachowanie, ani nie miały obiecanej nagrody. Dzisiejszy temat to wychowanie bez kar i nagród.
Dlaczego stosowanie kar i nagród powoduje, że rodzice wpadają w błędne koło? A dzieci często są pod taką presją, że obiecana nagroda przynosi inny skutek.
Pamiętacie, że kiedyś dużo czerpałam z pedagogiki Marii Montessori. Jednak w pewnym momencie mojego rodzicielstwa uznałam, że nie chcę polegać na teoriach, tylko na swoim instynkcie i na moich dzieciach, które dają doskonałe lekcje (pisałam o tym tu: Rodzicu porzuć wszelkie teorie). Jednak mimo tego, że prawie wszystkie założenia odrzuciłam, to w porozumieniu z mężem uznaliśmy, że wychowanie bez kar i nagród jest najlepsze, jakie możemy naszym dzieciom dać.
Nie było to proste tylko na pozór.
Według mnie o wiele trudniejsze jest wychowanie z systemem kar i nagród.
W takich sytuacjach, kiedy dajemy dziecku karę za jakieś zachowanie lub brak czynności, o które nam chodziło gramy na najprostszych uczuciach.
Nigdy! Kara nie przyniesie pożądanego efektu, a spowoduje, że Wasze dziecko będzie miało do Was, do rodzeństwa żal. Żal, który połączony z brakiem poczucia bezpieczeństwa podważy jego poczucie własnej wartości.
Pamiętam siebie stojącą w kącie w przedszkolu. Chciałam się wtedy zapaść pod ziemię. Mimo tego, że minęło tyle lat to do dziś pamiętam wstyd, smutek i… brak jakiegokolwiek zrozumienia dla tej kary. Nie myślałam wtedy: „Ok to nie będę tak więcej robić”. Tylko byłam zła, smutna i było mi strasznie wstyd.
Kara nie pozwoli zrozumieć dziecku, co zrobiło źle, a co za tym idzie, będzie powtarzało niepożądane przez nas zachowania np. bicie rodzeństwa. Tylko rozmowa kiedy emocje opadną (mózg nie uczy się w stresie!) może przynieść efekty. Tu przypomnę mój artykuł o tym Dlaczego dzieci biją innych.
Czy dziecko nie będzie powielało pewnych zachowań, bo się będzie bało kary?
Może przez krótki czas, co może dać iluzję, że system kar działa. A tak naprawdę nie jest w stanie tego zrozumieć.
Tak będą się obawiały kary, że w sytuacji, która może grozić karą będą kłamać. Pytanie do rodziców jest takie, czy chcemy żeby dziecko się nas bało? Czy może jednak chcemy wychować je w ciepłej relacji, gdzie nikt nie boi się mówić o sprawach trudnych. Warto to przemyśleć. Dzieci mogą kłamać nawet dla takich błahostek jak oglądanie bajki. Dla nich jest to bardzo ważne, a my często odbieramy im tę przyjemność „za karę”.
Dziecko bije młodszego brata lub zabiera mu rzeczy. Przychodzi rodzic, który jest już zestresowany tą sytuacją i czuje, że musi coś zrobić żeby zakończyć takie zachowanie. Mówi: „Nie wolno bić brata! Za karę nie będziesz oglądał bajki”.
Rodzic myśli: „A, teraz to się nauczy, że nie wolno bić brata. Następnym razem już go nie uderzy, bo będzie bało się, że znów odbiorę mu przyjemność.”
A dziecko myśli: „Przez mojego brata nie mogę obejrzeć bajki.” I narasta agresja między rodzeństwem i niesprawiedliwością ze strony rodzica. Ta reakcja nie ma żadnej wartości edukacyjnej dla dziecka. Pewnie w tym dniu jeszcze nie raz uderzy brata.
Pomyślicie pewnie, że to wszystko wygląda pięknie w teorii, a w praktyce jest trudne. Rodzice boją się, że rezygnując z kar nie będą umieli zapanować nad swoimi dziećmi.
Przyznaję, że też miałam chwilowy etap (2 sytuacje) kiedy nie widziałam wyjścia z sytuacji, a mój mózg w stresie kazał mi skorzystać z prymitywnej formy, czyli użycia kary. Karą, było odebranie nagrody – wcześniej obiecanej. Na chwilę ta metoda zadziałała i Lilka poprawiła swoje zachowanie, ale jak za 3 razem zrobiła to samo, to powiedziałam sobie, żę NIGDY WIĘCEJ NIE UŻYJĘ KARY DO WYCHOWYWANIA DZIECI. To naprawdę nie działa, a ja sama miałam straszne wyrzuty sumienia.
Czasem tak sobie nawet myślę, co musiałoby zrobić moje dziecko żebym myślała o tym żeby dać mu karę. I nic nie przychodzi mi do głowy, bo powiem Wam, że dzieci które są wychowywane właśnie bez kar i nagród nie sprawiają większych problemów wychowawczych. Wiele razy Wam pisałam, że akceptuję wszystkie emocje, bardzo dużo rozmawiamy (szczególnie o trudnych sytuacjach) a do tego stosujemy się do ogólnie przyjętych w naszym domu, społeczeństwie reguł i naprawdę nie trzeba dzieci specjalnie dyscyplinować.
Dobrze zadziałały u nas rytuały, które stosujemy do początku i dzieci wiedzą, co mogą, a co nie. Kiedy coś się im odwidzi to rozmawiamy, czytamy na ten temat. To nasza metoda wychowawcza, ale gdybym miała do czegoś ją porównać to chyba najbliżej jej do Pozytywnej dyscypliny ( nie czytałam książki, ale gdzieś się natknęłam na złożenia) i NVC.
Sporo wymagamy od dzieci, ale właśnie w taki serdeczny, stanowczy sposób. Działają też naturalne konsekwencje, o których teraz dużo się mówi, ale są to takie, które naprawdę wynikają naturalnie. Nigdy się nie zastanawiam: „Co może być tego naturalną konsekwencją?”
Też miałam bardzo krótki etap w rodzicielstwie, kiedy zobaczyłam, że obiecanie nagrody powoduje nagłą poprawę zachowania, a dziecko z ogromnego płaczu przechodzi do śmiechu.
Nagroda, to nic innego jak manipulacja.
Zacznę od nagród za dobre zachowanie w jakiejś sytuacji. Dlaczego one działają tylko za pierwszym i drugim razem? Dzieci po tym czasie czują ogromną presję dostania nagrody. Towarzyszy im niepokój i napięcie… dlatego często obiecana nagroda przynosi odwrotny skutek. Dziecko nie może wytrzymać, więc puszczają mu nerwy i jego zachowanie jest trudniejsze niż było.
Pamiętam jak Lila dostała u pielęgniarki naklejkę „dzielny pacjent” po pobraniu krwi. Poprosiła mnie żeby ją przeczytać, ona powiedziała: Przecież krzyczałam i płakałam. Nie wiem czemu Pani mi to dała?
Pytanie: „No ale nie chcesz dostać nagrody?” Powoduje u dzieci jeszcze większą frustrację.
Robią tak, bo ich rodzice też tak robili. Jednak obiecanie nagrody nie powinno być celem.
Nie chcecie chyba żeby Wasze dzieci sprzątały pokój, bo dostaną lizaka. Tylko będą miały miłą i przyjemną przestrzeń do zabawy,
Nie chcecie też pewnie żeby uczyły się dla ocen, tylko dla siebie.
Nie chcecie pewnie też żeby Was słuchały tylko dlatego, że im coś obiecaliście.
Od urodzenia staram się wspierać wewnętrzną motywację i widzę, że to naprawdę działa. Dzieci są skupione na tym co robią, lubią się uczyć nowych rzeczy i nie potrzebują żadnych wzmocnień w postaci zewnętrznych nagród. Wiem, że nagroda mocno zaburzyłaby ich rozwój i poczucie własnej wartości.
To bardzo prosta droga do uzależnienia i nauki do bardzo złych nawyków. Ja do dziś (niestety) z tym u siebie walczę. Czasami kupuję dzieciom słodycze bez żadnego związku, ani kiedy są smutne, ani kiedy myślę, że powinnam je za coś nagrodzić.
Żeby nie było tak kolorowo, wiem, że są sytuacje lub dzieci, którym nagroda ułatwia pewne rzeczy. Używana mądrze i w dobrej wierze może pomóc. Podam nasz przykład. Lila bardzo długo miała wadę wymowę. Średnio raz w tygodniu podejmowałam próby ćwiczeń z nią. Jednak nie stosowałam żadnych wzmocnień dla prawidłowych powtórzeń jakie zazwyczaj się stosuje (naklejki, pieczątki w nagrodę itp).
Efekt był taki, że ona nie chciała ze mną ćwiczyć. Około rok temu podjęłam decyzję o rozpoczęciu terapii z inną logopedą. Nie byłam w stanie wyjść z roli mamy, kiedy ćwiczyłam z dzieckiem i ją nagradzać. Samo tłumaczenie, że ma wadę wymowy nie powodowało chęci do ćwiczeń. Zapisałam ją do logopedy i po powtórzeniach wzmocnionych nagrodą terapia zajęła nam 1,5 miesiąca (!). Chciałam Wam opisać ten wyjątek, bo w teorii wszystko jest łatwe. Gorzej jest z praktyką.
Z perspektywy czasu widzę, że wychowanie bez kar i nagród jest łatwiejsze. Nie muszę myśleć, czy powinnam dać nagrodę. Nie muszę zastanawiać się, kto naprawdę zawinił. Kogo i jak mam za to ukarać? Nie mam tez wyrzutów sumienia, bo robimy to wszystko w zgodzie ze sobą.
Jeżeli chcielibyście poczytać więcej o wychowaniu bez kar i nagród to polecam Wam książki:
Cudny hamak Koala TUTAJ
Siedzę zapłakana na klatce schodowej w moim bloku. Łzy spływają mi po policzkach, które jeszcze chwilę temu były obklejone gumą balonową. Ściskam w ręku opakowanie po piciu w woreczku, a w drugiej ręce mój segregator. Mój skarbiec, paszport do bycia fajniejszą koleżanką i dowód na to, że jako 8-latka mam niezłe umiejętności handlowe.
Jednak nie tym razem. Agnieszka z ostatniej klatówki, nie chciała się wymienić na karteczkę do segragatora z koniem. Pachnącą. I z brokatem.
Do powrotu do wspomnień z mojego cudownego dzieciństwa zaprosił mnie Disney Channel Polska
Mam 8 lat i sensem mojego życia jest gra w gumę. Moją gumę kupiła mi mama w pasmanterii i jest niczym innym jak elementem bieliźnianym. Kiedyś była biała i sprężysta, a teraz jest szara i wyciągnięta, bo gramy w nią non stop w Smik smak smok, przedeptujemy gumę do nierównego chodnika.
Mam 8 lat i kiedy tylko rzucę plecak w kącie w domu lecę na podwórko. W jednej kieszeni mam wspomnianą wcześniej gumę, a w drugiej paczkę czarnych pestek. Mam bardzo poważne problemy takie jak np. brak 3 osoby do gry w gumę. Wtedy zawiązujemy ją o trzepak – miejsce bardzo ważne w hierarchii na naszym podwórku. To właśnie tu przesiadujemy z chłopakami i gadamy o poważnych sprawach.
Zupełnie nie przeszkadza nam smród ze śmietnika, który stoi obok. Na trzepaku toczy się życie towarzyskie całego osiedla. Mięśnie mam wytrenowane od zwisu w dół i fikołka do tyłu. Poważne, egzystencjalne dywagacje na temat wyższości gry w chowanego nad podchodami przerywa niechciany krzyk: „Ania, do domuuuu” i wtedy nie ma już zmiłuj. Idę i już.
Na kolację jem kanapkę z pasztetową, która bardzo mi smakuje, bo ilość wybieganych kilometrów w podwórkowej grze w „Policjantów i złodziei” napędza mój apetyt.
Kąpię się w wannie i podziwiam wszystkie otarcia, siniaki i rany, które są pamiątką po grze w klasy na nierównym betonie. Siniaka na dłoni zarobiłam podczas niezbyt udanej próbie zabawy z Tiki tiki. Oj bolało jeszcze dwa tygodnie. Kolano, które zdarłam podczas jazdy na wrotkach nie chce się zagoić od dwóch tygodni. Wtedy o tym jeszcze nie wiem, że te wszystkie szramy będą pamiątką na całe życie. Pamiątką, którą życzę każdemu dziecku, bo świadczy o tym, że miałam wyjątkowo aktywne i udane dzieciństwo.
i już leci:
Dzioby w górę, zgodnym chórem
Kaczki! (uuu-uuu)
Raz na wozie, raz pod wozem
Kaczki!
To jest dopiero coś! W szarym-betonowym dzieciństwie, gdzie kolory sami sobie rysujemy kredą na chodniku – bajki i seriale animowane są czymś niezwykle ważnym. Każdy odcinek przegadujemy póżniej na trzepaku lub na huśtawkach bujając się do pety.
Mam 8 lat i potrafię sama zapleść bransoletkę z muliny i ze starej skarpety zrobić mojej lalce strój na bal. Mam też zeszyt, który krąży wśród moich koleżanek. Zapisują tam swoje Złote myśli, które naprawdę są na wagę złota i bez tych informacji NIE DA się żyć („na jutro masz przynieść!)”:
Jaką zupę najbardziej lubisz?
Jaki zespół najbardziej lubisz?
Byłaś/eś kiedyś na kolonjach? (pisownia oryginalna)
Jaki masz numer w dzienniku?
Czy mnie lubisz?
Czy na wszystkie pytania odpowiedziałaś szczerze?
Mam 8-lat i marzę o psie. Mama mówi, że nie możemy go mieć w bloku, a u babci są 3 psy i jeden może być mój. Ale ja nie chcę takiego. W zamian proponuje kupić chomika. Zgadzam się bez wahania i już następnego dnia taszczę wielki słoik po ogórkach kiszonych z rudym gryzoniem do domu. Po dwóch tygodniach zmieniam mu trociny z wielką niechęcią i bez krzty miłości. Nie jest to pies, a ja nie potrafię cieszyć się z tego gryzonia.
Nie mogę go wyprowadzać pod blok, a tam spędzam większość dnia, więc po co mi on. Koleżanka z 4 piętra mówi, że ona chciałby mieć chomika. Bez wahania proponuję jej intratną transakcję i pozbywam się „szczura” w zamian za 2 złote. Z radością na twarzy biegnę do sklepu „na schodki” i kupuję 6 paczek pestek i gumę kulkę. Mama jest zdziwiona początkami mojej przedsiębiorczości.
Na podwórku jesteśmy razem, bo lubimy to samo: piosenki zespołów nagrywanych z radia, kolorowe warkoczyki, które farbujemy mazakami. Siedzimy na ławce i gramy w anse kabanse do zmroku lub do głośnego „Aniaaa, do domuuu” z okna.
Mam 8 plus 25 lat i wciąż się ekscytuję nowym długopisem, który ma 10 kolorów w jednym. Kupiłam go sobie córce. Na podwórku pod blokiem mam trzepak, na którym pokazuję dzieciom, jak powinno się go używać (głową w dół). Do tego cieszę się bardzo, że znów będę mogła obejrzeć Hyzia, Zyzia i Dyzia, czyli siostrzeńców Kaczora Donalda w telewizji, bo premiera serialu „Kacze opowieści” już tuż tuż – 9 kwietnia o 18:30 w Disney Channel.
Na wiosnę czekam z utęsknieniem od 1 marca. Codziennie mam nadzieję, że to już! Wypatruję promieni słonecznych i pączków na drzewach. Szczególnie dziś, kiedy spadł śnieg myślę intensywnie o tym czasie i wizualizuję nasze wiosenne spacery.
W ubiegłym tygodniu zrobiłam porządki w szafie i sprawdziłam, czego mi brakuje na nadchodzące miesiące.