kontakt i współpraca
Pod wpisem o przemocy pojawiło się niestety sporo komentarzy, że bez klapsów nie da się wychować dziecka. Jako drugi biegun przedstawiano bezstresowe wychowanie, gdzie doprecyzuję: nie ma żadnych zasad, ani granic. A ja wiem, że po środku jest mnóstwo metod, które służą porozumieniu z dzieckiem i dziś chciałabym Wam o nich napisać.
Wielu rodziców mówi do swoich dzieci. Nawijają non stop. A ono nic, jak grochem o ścianę. Jest duża różnica między mówieniem i rozmawianiem. Często produkujemy się, dziecko powie „yhy” i już. Nie, to nie działa. Rozmowa, to jest komunikacja, czyli dziecko pyta, odpowiada.
Musi być też zachowany jeden bardzo ważny warunek: ta rozmowa działa tylko wtedy jak mózg dziecka i rodzica nie jest w stresie, czyli np. w czasie trudnej sytuacji dziecko nie słyszy (a nie jak niektórzy myślą „ONO mnie nie słucha”) lekcje wychowawcze zostaną oblane. Natomiast jeżeli zrobimy to kiedy się wszyscy uspokoją, jest bardzo duża szansa, że dziecko to zrozumie. Naprawdę, taka rozmowa przyniesie efekt, a nie w trakcie, kiedy dziecko płacze. Wtedy nie zrozumie nic i do tego powtórzy to zachowanie.
W każdym społeczeństwie jest wiele granic np. nie przechodzimy na czerwonym, nie chodzimy butami po siedzeniach, nie bijemy innych dzieci. Dzieci nas obserwują – często o tym zapominamy, one szybciej coś zapamiętają jak nas zobaczą w analogicznej sytuacji, niż jak będziemy im o tym tylko mówić.
„Nie wolno” dla małego dziecka jest bardzo abstrakcyjne i zazwyczaj nie działa. Każdą rzecz musimy wytłumaczyć, dlaczego to tak działa. „Nie wolno” to taka prawda ogólna, która jest trudna do zrozumienia, bo od razu budzi pytanie: „dlaczego?”. Często dbamy o dziecka bezpieczeństwo i używamy tego komunikatu jako „alarm”. A przez to chcemy tylko powiedzieć: „Nie chcę żebyś to robił, bo się boję o Twoje zdrowie” np. wkładał palec do kontaktu.
A wyobraź sobie, że to Ty jesteś dzieckiem. Zamiana roli na chwilę pomaga postawić się w innej perspektywie. Dzieci mają ogromna potrzebę eksplorowania świata, wszystkiego uczą się przez zmysły. Muszą dotykać rzeczy, wkładać do buzi żeby się tego nauczyć. Okaż mu swoje zrozumienie.
Ja często tak właśnie zaczynam. Zniżam się do poziomu dziecka, czyli kucam (naprawdę od razu zmienia się wtedy perspektywa). Szczególnie dobrze ją widać kiedy wkoło są inni dorośli. Stajesz się mały i bezbronny, a świat jest trochę bardziej przerażający. Kiedy patrzysz na dziecko twarzą w twarz (kucając, bo schylając się tego nie poczujesz, a zabolą Cię plecy) dostrzeż o wiele więcej niż, jak mówisz do niego z góry. Kontakt wzrokowy pomaga bardzo w zrozumieniu tego, co się dzieje w tej małej głowie.
Trochę nawiązuję tu do punktu pierwszego, ale rozwinę to oddzielnie. Kiedy coś chcecie wytłumaczyć ważnego swoim dzieciom tak żeby „aż poszło im w pięty” i zapamiętały to do końca życia to zróbcie to najbardziej spokojnym i przyjaznym głosem, jaki tylko potraficie z siebie wydobyć, czyli wtedy jak emocje opadną, bo mózg nie uczy się w stresie. A do tego językiem prostym dla wieku.
Z doświadczenia i z teorii wiem też, że nie działa za bardzo mówienie jakiego zachowania nie chcemy: „Nie biegaj”, „Nie maluj po ścianach”, „Nie krzycz” itd. po takim zwróceniu uwagi dziecko nie wie co ma robić. Wiem, że Wam się to wydaje oczywiste, ale tak nie jest. Dziecko potrzebuje konkretu:
„Nie biegaj” – „Stój spokojnie”
„Nie stukaj w ścianę” – „Możesz stukać w podłogę”
„Nie maluj po ścianach” – „Masz kartkę i po niej rysuj”
„Nie krzycz” – „Mów ciszej”
Często pomagają też porównania, które dzieci lubią np. bądź cichutko jak myszka (powiedz to szeptem).
Zamiast „Pospiesz się” – bądź szybki jak gepard.
Podobno też mózg myśli obrazami i kiedy mówimy „Nie jedz tego cukierka” to od razu myślimy o tym cukierku, albo „Nie biegaj” to widzimy siebie biegnącego.
W takich sytuacjach nerwowych, jak wychodzenie z domu na czas, albo braku chęci do działania dobrze się sprawdzają słowa klucze np. „Ubierz się”, „Buty”, „Zęby”.
Często też zapominamy, że na wychowanie dorosłego człowieka mamy 18 lat. Nie wszystko musimy wytłumaczyć dzieciom w pierwszych 3 latach życia.
To czego nie akceptujesz u siebie, nie akceptujesz też u dziecka. Czasem to w nas tkwi problem, a może mamy zakorzenione z dzieciństwa niekoniecznie szkodliwe zachowania. Każdy z nas ma takie zachowania, które doprowadzają nas do szału i chcemy jak najszybciej je wyeliminować, wtedy jak zwykle działa nasz gadzi mózg, którym rządzą emocje i zachowujemy się nie do końca racjonalnie.
Najważniejsze jest to, żeby mieć świadomość tych sytuacji. Jeżeli je sobie uświadomisz (możesz wypisać) to będzie Ci się zapalała lampka już odrobinę wcześniej. Warto to przemyśleć i nauczyć się z tym radzić żeby nie wybuchnąć.
Rozmowa jak równy z równym (prosto w oczy, na kucaka lub na kolanach) da o wiele więcej niż wyśmiewanie, porównywanie ( do innych dzieci) lub szantaż. Ha, to ostatnie sama tez kiedyś w desperacji próbowałam. To zadziała rad, dwa, trzy – za 10 nie zadziała, bo dziecko będzie chciało więcej.
Co było gdyby mąż do Ciebie mówił „Jak pozmywasz naczynia, to możesz obejrzeć serial”. A jak tego nie zrobisz to nie. Co jest wtedy w Twojej głowie? „Jestem nikim”. Tak samo myśli dziecko, ale pozornie jest w stanie się z tym zgodzić, bo chce coś na czym mu zależy.
„Jak nie założysz butów, to nie pójdziesz na podwórko” a gdyby tak:
Pokazać, że coś następuje po czymś:
„Jak tylko założysz buty, to pójdziemy na podwórko”.
„Jak nie zjesz obiadu, to nie dostaniesz deseru”
A może: „Po obiedzie będzie deser”.
A jeżeli proponujemy takie dobra jak: bajka, słodycze itp. w zamian za zachowanie takie jak chcemy to po jakimś czasie to nie zadziała, bo to spowszednieje i nie będzie atrakcyjne.
Sporo jest takich zwrotów, nad którymi warto się zastanowić, ale jednym z nich, który ja teraz eliminuję ze swojego słownika to „nie”. Oh, jakie przyjemniejsze jest dzieciństwo moich dzieci, jak używam go zdecydowanie mniej. Zauważyłam to na filmie, który nagrywałam mimochodem i chyba w 3 zdaniach usłyszałam z moich ust:”Tego nie możesz, tak nie idź i nie mogę teraz.” Posłuchałam tego i byłam w szoku. Żeby ktoś tak do mnie mówił, to bym chyba go wysłała na drzewo.
A będzie płakało zdecydowanie mniej, bo jeszcze nikt nie przestał płakać od „Nie płacz”. Cały tekst o płaczu napisałam Pozwólcie dzieciom płąkać
Kiedy krzyczysz, to mózg dziecka jest w stresie=nie rozumie dokładnie co mówisz. Jeżeli to samo powiesz później, to jest o wiele większa szansa, na to, że to zrozumie. Z mojej pracy w placówkach Montessori wyniosłam jeden bardzo ważny nawyk – w domu jak nic się nie dzieje, mówię półszeptem.
Robię to też dlatego, że nie lubię hałasu i widzę, że moje dzieci mnie naśladują. Efekt jest taki, że mało krzyczą i podnoszą głos. Kiedy coś chcę żeby zrobiły to wystarczy, że odrobinę powiem to głośniej. Nie muszę krzyczeć. To naprawdę działa, spróbujcie. Oczywiście, zdarza mi się krzyknąć, ale pracuję nad sobą.
Wiele złości i frustracji wynika z tego, że dzieci nie chcą robić tego, co my chcemy w zakresie samoobsługi: mycie zębów, ubieranie się, sprzątanie itp. Jak sprawić, żeby ubieranie, czy mycie zębów nie było dla całej rodziny trudne? Od małego najlepiej jest wspierać samodzielność – na tyle ile jest to możliwe. Dziecko, które potrafi się samo ubrać, czy też obsłużyć będzie mniej się denerwowało przy takich czynnościach.
Często, my – rodzice zafiksujemy się na jakiejś czynności i za wszelką cenę nie chcemy odpuścić. W sytuacji stresowej tym bardziej nie odpuszczamy. Ale kiedy emocje opadną, zastanówcie się czy warto. Być może jest to rzecz naprawdę błaha. Pamiętam jak kilka lat temu toczyliśmy poranne boje o ubrania. Był płacz, zgrzytanie zębami i moje nerwy.
Każdy dzień zaczynaliśmy tak samo. Próbowałam różnych metod: szykowaliśmy ubrania wieczorem, a i tak to nie pomagało. W końcu stwierdziłam, że naprawdę szkoda tych nerwów i nie wiem po co tak się na tym fiksuję. Od tej pory córka ubiera się sama. Obawiałam się tego, bo się bałam, że będzie wybierała ubrania nieodpowiednie do pogody. Mało tego, jak dałam jej wolność w tym temacie, to ona i tak za każdym razem jak się ubierze to i tak pyta czy jest ok. Do tego jest otwarta na zmiany. Tak mało, a tak dużo to dało.
One działają tylko na krótką metę. Pisałam o tym Czy da się wychować dziecko bez kar i nagród
Zamiast chwalić pod niebiosa – dziękuję. Wzmacniam pozytywy przez miłe słowa. Staram się w miłej i przyjaznej atmosferze uczyć dzieci (nie lubię słowa dyscyplina), ale tak właśnie jest. Jak dziecko mi coś przyniesie o co prosiłam, to dziękuję. Jak mi powie coś miłego, to też dziękuję. Bardzo dużo w moim rodzicielstwie jest tej zwykłej wdzięczności.
Skąd mieć siły na te wszystkie tłumaczenia, rozmowy, awantury, płacze i złości? Trzeba też trochę dbać o siebie – widzę, że jak mam długo niezaspokojone swoje potrzeby, to nie mam siły na bycie takim rodzicem, jakbym chciała np. jeżeli nie wypiję kawy albo nie mam 15 minut tylko dla siebie.
Zdaję sobie sprawę, że ktoś, kto nie kończył studiów pedagogicznych, ani za bardzo nie interesuje go ta tematyka może mieć trudności ze zrozumieniem tego wszystkiego. Mi to zajęło 13 lat. Ale znam rodziców, którzy chcą się uczyć i zgłębiać wiedzę na ten temat- z bardzo pozytywnym skutkiem:)
Jeszcze raz patrzę na te wszystkie moje metody i spróbuję pokazać ich źródło. To taki miks, który pozwala mi na odnajdywanie się w rodzicielskim świecie. Żadnej z tych metod nie stosuję w 100% – po prostu wybieram to, co podpowiada mi serce i moje dzieci.
A boi się, że jeżeli nie zareaguje to dziecko wejdzie mu na głowę. Jest słaby i boi się naruszenia swojej pozycji w rodzinie. Nie widzi innych opcji żeby jego dziecko nauczyło się, że „nie wolno”. Ma złudzenie, że to działa, bo przecież rodzice tak samo ze mną postępowali. I co? Na ludzi wyrosłem.
Jeżeli ta osoba była bita w dzieciństwie i jako dorosła uważa, że klapsy to dobra metoda wychowawcza, to nie wyrosła na ludzi.
Przemoc słowna i cielesna powoduje nieodwracalne zmiany w zachowaniu i osobowości. Dziecko akceptuje to, że może być poniżane i bite. Będzie pozwalało innym na przekraczanie jego granic. Samo również najprawdopodobniej dopuści się takich czynów albo na sobie albo na otoczeniu. Przemoc w rodzinie zmienia biochemię w mózgu i powoduje trwałe szkody, które są dziedziczone. Te doświadczenia zapisują się w epigenetycznym kodzie.
Myślałam, że nigdy nie będę musiała pisać tego tekstu, no bo kto w dzisiejszych czasach bije jeszcze dzieci? Jak się okazuje – prawie połowa społeczeństwa. A większość z nich uważa, że klaps to nie bicie. Szturchanie, ciąganie za ręce, popychanie – też nie. Rodzice nie mają absolutnie żadnego pojęcia jak taki „klap” w tyłek działa. Nie zastanawiają się nad konsekwencjami tylko widzą efekt – dziecko mnie słucha. A to co się dzieje w jego głowie, to już jest nieważnie.
Zdarzyło mi się szarpnąć dziecko, bo leciało na głowę z wysokich schodów. Tak zwana siła ochronna – gdybym nie złapała (a na pewno mój chwyt bolał) to już widziałam jak się obija o każdy kolejny schodek. To było w dobrej wierze. Po tym incydencie wszystko we mnie buzowało, byłam tak zdenerwowana, że nie wiedziałam co robić. Pierwszy odruch to była ogromna złość na dziecko, że tam polazł(takie słowa uruchamia mózg w stresie!), nie słuchał się, a wołałam. Mimo tego, że NIGDY nie podniosłam ręki na żadne z dziećmi, to wtedy naprawdę coś mi z tyłu głowy mówiło, że normalnie bym wlała. Potrzebowałam wyładować gdzieś ten stres, złapałam go i z całej siły…
przytuliłam. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. NIGDY.
Niektórzy mogą mieć złudne wrażenie, że taki klap w tyłek (lekki) też jest w dobrej wierze, bo chcemy dobrze. Jak napisałam wyżej – robimy dziecku krzywdę.
Przemoc zaburza prawidłowy rozwój dziecka. W jego ciele wytwarza się hormon stresu, który hamuje harmonijny rozwój. Zmiany wywołane przez zbyt dużą ilość hormonu stresu zahamowują rozwój komórek tkanki nerwowej w mózgu, a także znacznie osłabiają układ odpornościowy. Dzieci częściej chorują.
Przestają tworzyć się połączenia mózgowe, a strukturalne i funkcjonalne zmiany w mózgu przypominają te, które zaobserwować można u dorosłych cierpiących na depresję.
„Ale przecież zachowanie po klapsie się poprawia”
To tylko złudzenie – dziecko żyje w stałym stresie, że znów je dostanie. Nadal nie rozumie, co zrobiło źle, ale jego instynkt zachowawczy mówi mu, że ma tak nie robić. Niestety przez to, że NIC nie wyniosło z tej lekcji będzie nadal postępować tak, że na klapsa znów zasłuży. A wszystko dlatego, że RODZIC nie wie jak mu to wytłumaczyć, więc robi to ręcznie.
Nawet jeśli po wymierzonym klapsie będzie tłumaczył, że „tak nie wolno, bo to i tamto” to i tak dziecko tego nie zrozumie i nie wyciągnie z tego lekcji. Wiecie dlaczego?
Uczy się tylko wtedy kiedy jest miło i przyjemnie, a kiedy jest nerwowo się wyłącza. Dlatego dzieci z takich lekcji nie wyciągają ŻADNYCH wniosków. W stresie u wszystkich ludzi aktywuje się MÓZG GADZI, który jest odpowiedzialny za reakcję walki lub ucieczki. Małe dziecko, które nie jest w stanie walczyć z rodzicem, będzie uciekało. I nie mówię tu o fizycznym przemieszczaniu się, tylko będzie obojętne, nieobecne i ABSOLUTNIE nic się nie nauczy. Być może nie zrobi tego znów, bo będzie się bało klapsa, ale już w analogicznej sytuacji zrobi podobnie, bo nie będzie wiedziało, że to jest złe.
Najgorzej jest dać tego pierwszego klapsa. Wtedy coś pęka – relacja jest wtedy zerwana i jest bardzo duża szansa, że dziecko to zapamięta do końca życia. Nawet kiedy samo będzie już rodzicem to właśnie w stresowej sytuacji ze swoim dzieckiem może odruchowo chcieć podnieść na nie rękę. Tak działa MÓZG GADZI – najbardziej prymitywny.
Są jednak osoby, które przerwały to błędne koło i mimo tego, że same przemocy doświadczyły – definitywnie z nią skończyły. Tym osobom naprawdę należą się słowa uznania, bo te zachowania są mocno zakorzenione w mózgu i wychodzą w sytuacji stresowej.
O tym, że klapsy i przemoc (słowna) są złe – wie wiele ludzi, jednak sporo z nich nie widzi INNYCH metod wychowawczych i ich nie szuka. Widzą efekt, więc to działa. A co się dzieje w głowach dzieci, to juz nieważne.
Niestety wciąż wiele osób myśli, że dzieci są złe. Złe z natury: chcą nam zrobić na złość, na przekór, robią coś specjalnie po to tylko żeby nas zdenerwować albo przetestować. Zachowują się najgorzej, bo …. (wstaw, co chcesz).
Dzieci proszą o miłość i uwagę w najmniej przyjemny sposób.
Tak, to niestety prawda.
Dziecko nie przyjdzie i nie powie:
„Hej mamo, zostaw ten telefon i zajmij się mną”. Tylko weźmie nożyczki i potnie zasłony.
Albo
„Ej tato, no weź nie wracaj tak późno z pracy”. Tylko pobiję brata, bo wtedy tata ze mną pogada.
„Mamo, porozmawiaj ze mną o moich problemach” Tylko pójdę na piwo z koleżankami, bo one mnie słuchają.
Im bardziej wyskokowe są te wybryki, tym bardziej dziecko błaga o uwagę. Tak, dziecko może wybiegać na ulicę po to żeby zwrócić na siebie uwagę, aby było bardziej obecne w Twoim życiu.
Dziecko, które ma to wszystko pod dostatkiem, będzie wychowane w ciepłej relacji bez przemocy, będzie przejawiało mniej takich zachowań. (Chyba, że jego układ nerwowy nie będzie w pełni prawidłowo funkcjonował i może mieć zaburzenia SI – pisałam o tym wpis Gdybym urodziłą się 5 lat temu).
„Klaps” i wychowanie przez kary cielesne skreśla wiele w życiu dorosłym. Nawet ostatnio trafiłam na dwie publikacje, w których jest doskonale pokazane, jak przemocowe dzieciństwo wpłynęło, na to, kim są. Polecam obejrzeć serial: „Patrick Melrose” i przeczytać książkę Kasi Nosowskiej „AJa żem jej powiedziała”.
Nie sztuką jest napisać, że coś jest złe. Dlatego w następnym poście napiszę, co można zrobić żeby wychować dziecko z szacunkiem, tak aby wyrosło na dobrego człowieka – bez kar, bez szantażu i co najważniejsze bez przemocy.
Dziś wpis dla wszystkich, którzy rozważają Węgry. Kompletna lista miejsc które odwiedziliśmy – gotowa lista inspiracji. W tym poście zebrałam wszystko: miejsca gdzie spaliśmy, restauracje i atrakcje. Postaram się opisać je jak najdokładniej żebyście mieli gotową, ciekawą trasę na wyjazd.
Ten filmik powie wam wszystko:):
W tym wpisie opisałam to, co nas tam ciągnie, czyli: jedzenie, bliska odległość, źrodła termalne, ciekawe atrakcje dla rodzin z dziećmi. Jeżeli jeszcze się wahacie, to przeczytajcie ten wpis.
10 powodów, dla których warto odwiedzić Węgry
Jeżeli szukacie czegoś blisko to bardzo Wam polecę okolice Miskolca. W tym wpisie poniżej macie wszystko:)
Węgry z dziećmi
A teraz przechodzimy do naszego wyjazdu. Bardzo chcieliśmy znów tam pojechać, dlatego zdecydowaliśmy się na objazdówkę. To był strzał w dziesiątkę – zobaczyliśmy bardzo dużo, dzieci były zachwycone różnorodnością, a my zrobiliśmy też rekonesans, gdzie warto następnym razem przyjechać na dłużej. Nasza podróż trwała 16 dni i tak jak zawsze zaczęliśmy od Rzeszowa, gdzie mamy dziadków.
W sumie przejechaliśmy około 2000 km. Tak wyglądała nasza trasa. Pomiędzy jednym a drugim miejscem mieliśmy od 50 do 100 km, więc niedużo.
Wieczorem wyruszyliśmy do Rzeszowa, tam spędziliśmy u dziadków 2 dni i rano wyjechaliśmy na Węgry. Droga do granicy jest dość mocno uczęszczana, a do tego wąska. Nie pojedziecie tam zbyt szybko. Ale jak tylko przekroczycie granicę to jedzie się super.
Prawie cały czas jest dwupasmówka. Tylko w jednym miejscu jest mała serpentyna, ale później już jest prosta droga. W połowie drogi zatrzymaliśmy się restauracji, którą odwiedziliśmy poprzednim razem i skradła nasze serca. Warto tam się specjalnie zatrzymać. Jest w miejscowości Encs, ok 40 km od Miskolca.
Anyukám Mondta
Pod wieczór dotarliśmy do naszego pierwszego noclegu.
RADA: wybraliśmy trochę za długi odcinek na początek. Lepiej by było zatrzymać się np. w okolicach Egeru lub nawet w Miskolcu. Chociaż jechaliśmy długo to dzieci zniosły podróż świetnie. Ale następnym razem inaczej bym to zaplanowała. Na końcu wpiszę Wam fajne miejsca, które mam w swoim sekretnym folderze „Do odwiedzenia”.
Nie ukrywam, że jest to najpiękniejszy region Węgier, jaki do tej pory widziałam. Chciałabym kiedyś przyjechać tam na dwa tygodnie i poruszać się tylko w tym regionie. Wszędzie jest przepięknie, są pagórki, na których winorośle wznoszą się do słońca. Najlepsze jedzenie jadłam właśnie tam. Każda miejscowość wygląda, jak z pocztówki. Piękne domy, wspaniałe restauracje i ludzie z południowym trybem życia. Bardzo żałuję, że byliśmy tam tak krótko, bo się nie nasyciłam.
Noclegi: ten spędziliśmy w miejscowości Zánka nad Balatonem.
FÜGEKERT Bed & wine – przyjemna agroturystyka z klimatycznymi pokojami. Właściciel bardzo pomocny i wesoły (na rezerwacji zobaczył wiek dzieci i kupił im książki dostosowane do ich umiejętności). Rano śniadanie wszyscy jedzą na tarasie. Pięknie i smacznie, chociaż mojemu mężowi brakowało typowych dań. Ale ja byłam zachwycona. Dla dzieci jest mały plac zabaw i hamak.
Rano jak wstaliśmy to chcieliśmy pojechać do Aquaparku (KLIK) na cały dzień do Balatonfüred (około 20 km od Zanka). Niestety okazało się, że Annogora jest czynna od 14.06 do 2.09, więc nie mogliśmy skorzystać.
Tuż obok aquaparku jest Sun City – miasteczko do którego weszliśmy przenosząc się w czasie. Chatki i zabudowania wyglądały na Egipt, a nie Węgry. Okazało się, że wieczorem odbywają się tam imprezy. Ale miejsce jest naprawdę wyjątkowe.
Później specjalnie pojechaliśmy do znanej piekarni: Peklany (KLIK). Pieczywo z tej piekarni śni mi się po nocach. Kupiliśmy pyszne cynamonowe csiga (czyli ślimaki) i dużo innych specjałów. Węgrzy potrafią robić obłędne pieczywo, ale trzeba wiedzieć gdzie. Piekarnia jest czynna w soboty dość krótko, więc sprawdźcie godziny.
Bistro Sparhelt
Później pojechaliśmy do Tihany pozachwycać się najpiękniejszym widokiem na Balaton. Miejscowość jest typowo turystyczna, więc zobaczyliśmy, co chcieliśmy i pojechaliśmy dalej. Mieliśmy jeszcze pójść na plac zabaw (wpiszcie w google Tihany jatszoter), ale dzieci były głodne, więc pojechaliśmy na obiad.
W Kali-medence jest jedna wioseczka (Koveskal), która ma absolutnie doskonałą restaurację (mają też nocleg) Kővirág. Musicie jednak pamiętać żeby do Kovirag zadzwonić z rezerwacją na obiad. To miejsce to jest absolutny majstersztyk pod każdym względem: jest pięknie, przepysznie i jest znakomita obsługa. Kiedyś na pewno tam wrócimy.
Na lody pojechaliśmy do wioski obok. Kő fagyi? (KLIK) to niesamowite miejsce. Wchodzi się jak do kogoś na podwórko na wsi i jesz je na murku. Lody były przepyszne. Mój mąż delektował się lodami o smaku białego wina. Czynne jest tylko w weekendy!
Jak już byliśmy tak blisko to podjechaliśmy do pubu Káli-kapocs (KLIK). Bardzo ciekawe miejsce – pub w stylu „ruin bars”. Weszliśmy zobaczyć i bardzo nam się podobało.
Później pojechaliśmy do naszej miejscowości Zanka (5 km od Koveskal) i poszliśmy na plażę.
Na koniec dnia poszliśmy na piechotę z Fugekert do restauracji na kolację. Pięknie położona na wzgórzuNeked Főztem Zánka gasztrokocsma (KLIK). Była muzyka na żywo, pyszne jedzenie, zachód słońca i świetna łódka dla dzieci. Spędziliśmy tam świetny czas:)
To było pierwszy bardzo intensywny dzień, który można by było rozłożyć na kilka dni. Ale tak byliśmy głodni wrażeń, że chcieliśmy tego wszystkiego spróbować!
Rano (niedziela) spakowaliśmy się i pojechaliśmy na klimatyczny, okoliczny węgierski targ, który jest tylko w niedzielę KLIK. Pojedliśmy specjałów, pooglądaliśmy różne ciekawe rzeczy i pojechaliśmy dalej.
Padło na Hévíz i jezioro termalne (największe w Europie KLIK). Pomysł wydawał nam się wspaniały – spędzimy w ciepłej wodzie kilka godzin i pojedziemy dalej. Całość wyglądała imponująco – plac zabaw, zacienione miejsce na trawie na koc, sporo ludzi. Czar prysł jak Daniel wszedł do wody.
Cieplutka woda była wspaniała, ale niestety było głęboko. Całe jezioro (z jednym małym wyjątkiem) ma głębokość około 2,8 m. Z dwójką dzieci było naprawdę ciężko – cały czas musiałby pływać. Węgrzy przychodzą ze swoimi makaronami, które unoszą ich na wodzie. Ale jednak z małymi dziećmi to nie był dobry pomysł. Znaleźliśmy jedno miejsce na środku jeziora, do którego wchodzi się przez budynek, gdzie był wstawiony niewielki płytki basen. Polecam to miejsce do wypróbowania, ale nie z małymi dziećmi.
Na obiad poszliśmy w Heviz do Brix Bistro. Było bardzo smacznie i miło.
Na kolejny nocleg wybraliśmy Kristinus Borbirtok (KLIK), czyli hotel przy winnicy. W tym miejscu nie było nic, a nic dla dzieci, ale tak jak rozmawiam z mężem to właśnie tam najbardziej odpoczęliśmy – przepyszne wino i jedzenie w stylu fine dining. Dzieci biegały przy tarasie, zbierały kamyki i się cieszyły.
Byliśmy tam tylko jedną noc i rano ruszyliśmy dalej. Nasz kolejny cel to był Pecs, ale po drodze zatrzymaliśmy się w bardzo niepozornej miejscowości Kaposvar. Chcieliśmy skorzystać z aquaparku w tym mieście.
Dla dzieci są dwa brodziki ze zjeżdżalnią i mini fontanną. Dla starszych są inne atrakcje. Są też baseny na zewnątrz. TUTAJ więcej o tym miejscu. Po tej miejscowości nie spodziewałam się wiele, ale jak weszliśmy do miasta, to okazało się, że jest pięknie! Ogromne wrażenie zrobiły na mnie alejki z platanami, które tworzyły tunele. Zaprakowaliśmy właśnie w takim przy fajnej kawiarni .
Znalazłam też niesamowitą cukiernię, ale już nie mieliśmy czasu żeby tam pójść: Gardann
Pécs – miasto, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Przechodząc koło kolorowych fasad miałam wrażenie, że jestem w Hawanie (tylko na Kubie wszystko jest zniszczone, a tu nie). Pecs jest jak z innej bajki. Na środku rynku jest ogromny meczet, na budynkach widać motywy muzułmańskie. A samo miasto jest położne na wzgórzach.
Zatrzymaliśmy się w bardzo klimatycznych apartamentach Adele apartments. To był strzał w dziesiątkę – apartament przepiękny z aneksem kuchennym bardzo blisko rynku. Bardzo Wam je polecam!
W Pécsu byliśmy kilka dni i było wspaniale. Odwiedziliśmy Zsolnay Negyed, czyli tereny fabryki porcelany. Miejsce tak genialne, że byliśmy tam cały dzień. W jednym miejscu macie 5 placów zabaw, zapierające dech w piersi mozaiki, małe centrum podobne do warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. A wszystko w pięknym otoczeniu.
Jednego przedpołudnia wybraliśmy się do Villánykövesd – to mała bardzo klimatyczna wioska z malutkimi winnicami. Na przeciwko tych białych budynków jest plac zabaw, więc każdy będzie zadowolony. Tuż obok jest bardzo klimatyczna wieś Palkonya z restauracją z pysznym jedzeniem Palkonyha.
W Pecsu jest jedno miejsce, gdzie jest przepięknie, jest pyszne jedzenie i kawa, a do tego jest kącik z zabawkami dla dzieci (śniadania i lunche, czynne do 15). Bardzo miło wspominam Reggeli.
Po kilku dniach w mieście pojechaliśmy na wieś. Naszym kolejnym noclegiem było Apponyi Kiskastély natur minihotel. Po drodze z Pecsu zatrzymaliśmy się w świetnej restauracji Almalomb. Restauracja położona na polanie nad maleńkim strumykiem skradła nasze serca. Wszystkie produkty są regionalne, robione przez kucharzy. Majstersztyk! Obsługa bardzo kidsfriendly i mówiąca po angielsku.
Po południu dojechaliśmy do Apponyi. To miejsce jest jak z innej bajki, trochę przypomina Pana Tadeusza, a trochę Toskanię. Piękne, zadbane miejsce idealne na wypoczynek. Jest tam mały plac zabaw dla dzieci i basen z podgrzewaną wodą na zewnątrz. Jedzenie bardzo regionalne, ale smaczne.
Na terenie jest mnóstwo drzew i kwiatów, a co za tym idzie było sporo owadów, które niestety dość mocno pokąsały nam dzieci. Piszę o tym otwarcie, bo może to naprawdę utrudniać pobyt. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tam tak było. Może o innej porze roku byłoby lepiej?
Po dwóch nocach na wsi ruszyliśmy do Budapesztu autostradą. Tego dnia padał deszcz, więc od razu pojechaliśmy do centrum do Mini polisz – to sala zabaw dla dzieci, gdzie można bawić się w różne zawody. Było fantastycznie! 3 h zabawy kosztowały całą rodzinę około 100 zł, a dzieci nie chciały stamtąd wychodzić.
Niestety to była sobota, a do tego brzydka pogoda, więc ludzi było mnóstwo. Jeżeli będziecie planować odwiedzić to miejsce, to zróbcie to w tygodniu rano.
Pewnie zapytacie, gdzie się zatrzymaliśmy. Otóż mój mąż marzył o tym, żebyśmy się zatrzymali w Hotelu Gellert. Bardzo starym, który pamięta dawne czasy. Faktycznie, jest klimatyczny, ale dość zniszczony. Najlepsze okazało się na miejscu, jak już weszliśmy do pokoju. Hotel Gellert jest miejscem TYLKO dla dorosłych.
Mój mąż nie wpisał dzieci, bo na bookingu podaje wtedy dwa pokoje. Tak więc przez 3 dni udawaliśmy, że nie mamy dzieci;) Żartuje, po prostu staraliśmy się żeby dzieci nie biegały, nie krzyczały itp. Oczywiście to było bardzo trudne i frustrujące. Sam hotel ma swój klimat i przepiękne termy. Myślę, że jest to miejsce na wyjazd bez dzieci lub z mamą.
Pośrodku widok z balkonu hotelowego
Następnego dnia poszliśmy na termy hotelowe. Goście mają zniżkę 50%, ale i tak zapłaciliśmy około 40 euro. Byłam zachwycona zdjęciami term, które widziałam w sieci i miałam duże oczekiwania wobec tego miejsca. Okazało, że to nie jest miejsce dla nas. W środku była zimna woda, a na zewnątrz basen z ogromnymi sztucznymi falami, których moje dzieci się bały. Pomoczyliśmy się trochę w najmniejszym ciepłym basenie i lekko zawiedzeni ruszyliśmy na obiad.
W Budapeszcie już byliśmy kiedyś z dziećmi i nie chcieliśmy powielać miejsc. Możecie przeczytać o nich tutaj:
Budapeszt z dzieckiem
Tym razem spaliśmy w tym hotelu też ze względu na lokalizację: tuż obok góry Gellerta. Na samej górze są przepiękne widoki, a do tego 3 absolutnie rewelacyjne place zabaw. Jeden ze zjeżdżalniami i trampolinami, drugi z kredkami, a trzeci z postaciami z bajki Vuk (na przeciwko są też pyszne lody). W Budapeszcie jest chyba ze 20 placów zabaw, które są unikatowe.
Kolejnego dnia wybraliśmy się przez most na piesze zwiedzanie i delektowanie się miastem. Przeszliśmy przez most na stronę Pesztu. Miałam tam zapisanych kilka miejsc, które koniecznie chciałam odwiedzić.
Na początku legendarne lody w kształcie róży. Gelarto rosa to pyszne lody, które są małym dziełem sztuki. Dużo smaków jest bez mleka i alergenów, więc warto się tam wybrać.
Zjedliśmy lody i pospacerowaliśmy koło katedry. Poszliśmy dalej w poszukiwaniu wrażeń. Później zatrzymaliśmy się na obiad w chyba najlepszej restauracji, w jakiej byłam w Budapeszcie. Miałam ją zapisaną na swojej liście. Börze to miejsce wyjątkowe! Pyszne i niedrogie jedzenie, a do tego piękne wnętrza.
W tej okolicy jest jeszcze piekarnia i kawiarnia Artizan, gdzie warto wstąpić. Niestety byliśmy tam w niedzielę i było zamknięte. Przeszliśmy obok budynku parlamentu i na koniec zawitaliśmy na plac zabaw w Olimpia Park – super miejsce na kilka godzin zabawy. Jak tam będziecie to weźcie ubranie na zmianę, bo jest tam mini wodny plac zabaw.
Na przeciwko placu zabaw jest bardzo fajna restauracja z kącikiem dla dzieci Magnet.
żeby je wszystkie odwiedzić to trzeba tam być z dwa tygodnie. Tutaj macie link do najlepszych atrakcji w Budapeszcie po angielsku, których ja nie opisałam:
15 things to do in Budapest with kids
Na blogu tej mamy możecie znaleźć też inne perełki np. takie place zabaw:
8 megújult játszótér Budapesten, amit már nagyon vártunk!
Aż żal, że w pl nie ma takich (poza węgierskim, o którym pisałam Węgierski plac zabaw)
Po 3 dniach ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze zatrzymalismy się na plaży w Lupa Strand w Budakalasz. To miejsce śni mi się do dziś – ktoś miał niesamowity pomysł. Wszystko jest tam dopracowane w każdym szczególe. Jest oddzielna plaża dla dzieci z toaletą, placem zabaw, a nawet daszkiem nad wodą – żeby dzieci mogły schować się przed słońcem. Woda w jeziorze jest bardzo ciepła i przyjemna.
Jest też wydzielona płytka woda, tak aby nie musieć się przejmować głębokością. Wokół jeziora każdy znajdzie coś dla siebi: pyszne jedzenie – podzielone na różne smaki, wino, czy drinki. Można też popływać na desce lub na wakeboardzie, a nawet pohuśtać się na wodnej huśtawce. W tym miejscu naprawdę odpoczęliśmy i było nam mało. Kiedyś przyjedziemy tutaj na dłużej. Plaża jest prywatna i płatna (wstęp na cały dzień około 100 zł).
TIP: ta plaża jest dość blisko Budapesztu i Szentendre (czyt. Sentendre), bardzo klimatycznej miejscowości w serbskim stylu. Gdybym jechała tam pierwszy raz to bym poszukała noclegu w Szentendre. Na jeden dzień wyskoczyłabym też do skansenu, który jest obok tej miejscowości. Byliśmy tam w tamtym roku i było CUDOWNIE. Zwierzęta, kolejka do jeżdżenia po skaksenie, place zabaw! Raj na ziemi:)
Szentendre
Na sam koniec naszej wyprawy zawitaliśmy do historycznej miejscowości Wyszegrad. Spaliśmy w hoteli Silvanus położonym bardzo wysoko z bajecznym widokiem na Dunaj. Mieliśmy tam śniadania i obiadokolacje, więc prawie cały czas siedzieliśmy w basenach, które były świetne – dobra głębokość i temperatura, akurat dla dzieci.
Jednego dnia wybraliśmy się na godzinę na pobliskie ruiny zamku, a drugiego dnia na plac zabaw (płatny) przy drugim zamku. Tam odpoczęliśmy najbardziej 🙂
Plac zabaw przy Matyas Kiraly (płatny)
Wracaliśmy autostradą i po drodze chciałam jeszcze zobaczyć magiczne jezioro Bokodo, ale dzieci zasnęły i już nie było możliwości, ale może Wam się uda.
Całą podróż zapamiętamy na długo. Dzieci były zachwycone i z pewnością jeszcze nie raz się na Węgry wybierzemy. Poniżej zamieszczam Wam jeszcze linki do fajnych hoteli i miejsc, które mam zapisane w swoim folderze. Może i Was one zainspirują do podróży na Węgry.
1. Kreinabacher Birtok – miejsce na wypad dla dorosłych – wino i design
2. Mala garden – cudowny hotel w Siófok z najlepszym jedzeniem i widokiem na Balaton
3. Passkom Cottage – klimatyczna agroturystyka
4. Bambara Hotel – klimaty afrykańskie w okolicy Egeru (raj dla dzieci)
5. Kali Art Inn – tylko z dziećmi powyżej 10 lat
6. R40 Vendégház – wino i klimat w Mád
7. Saliris Resort & spa – kompleks hotelowy z bajecznymi termami ( w okolicach Egeru jest bardzo dużo term!)
8. Alsoors Marina – marynistyczny klimat nad Balatonem
9. Azur Premium Siofok – mega hotel dla rodzin z dziećmi
10. Avalon Park – piękne miejsce na wypad z dziećmi (byliśmy w nim tydzień – Węgry – okolice Miskolca
11. Nomad Hotel and Glamping – stylowy i bardzo oryginalny glamping
Jeżeli wolicie klimatyczne agroturystyki to szukajcie na tym portalu. Są tam same perełki:
http://nivos-szallasok.hu
A na tej stronie same najlepsze restauracje i noclegi wokół Balatonu. Mam ich mapę i bezpłatną aplikacje na telefonie. Cały czas jej używałam jak tam byliśmy i każde z tych poleceń okazało się strzałem w dziesiątkę:
https://gasztroterkepek.hu/en/
Apteczka na wyjazd z dzieckiem to must have w bagażu na podróże dalekie i bliskie. Razem z naszą zaufaną pediatrą Ewą Miśko-Wąsowską stworzyłam ściągę wszystkich przydatnych leków i akcesoriów.
My właśnie wróciliśmy z wyjazdu, więc na świeżo napiszę Wam, co mieliśmy w bagażu, a po co musieliśmy nagle jechać do apteki. Znajdziecie tutaj również gadżety, które mogą Wam ułatwić różne, niezbyt przyjemne sytuacje.
Leki i akcesoria podzieliłyśmy na dolegliwości. Oczywiście każda apteczka na wyjazd z dzieckiem jest inna, ale ta lista może pomóc w orientacyjnym kompletowaniu.
Ta lista jest orientacyjna i nie zastąpi wizyty u lekarza. Jeżeli macie jakieś wątpliwości, to warto zapytać pediatrę.
Jeżeli wyjeżdżacie do krajów UE to przed wyjazdem wyróbcie sobie kartę EKUZ.
A pakując leki, które macie w domu sprawdźcie termin przydatności.
Polecam Wam też zapisać link do kalkulatora objętości dawki leku przeciwgorączkowego, bo jak się okazuje wartości podane na opakowaniu są często niedoszacowane: https://mamaginekolog.pl/kalkulatory/objetosc-syropu-przeciwgoraczkowego
Jak widzicie apteczka na wyjazd z dziećmi może być spora. Ja wolę mieć wszystkie rzeczy pod ręką niż w nerwach szukać apteki. Na wyjeździe musieliśmy szybko zadziałać i wyjąć żądło, a nie było czym. Warto mieć te leki ze sobą.
Inhalator ewentualnie można pominąć, ale ja go traktuję jak talizman;) Kiedy go zapomnę, to zawsze dzieci są chore, więc go wożę 🙂
Na koniec mam dla Was listę do druku żeby Wam ułatwić pakowanie na wakacje.
To jest nasza apteczka na wyjazd z dzieckiem. Jestem ciekawa, czy coś macie jeszcze dodatkowego w swoich, czy dajecie na luz i kupujecie tylko, jak jest potrzeba?
Mini apteczka Lassig
A tu zobaczcie naszą rekomendację – czy to dobry pomysł żeby pojechać na Camping na narty?
Nie umiem pływać. Nigdy się nie nauczyłam i już prawdopodobnie nigdy to mi się nie uda. Do tego mam silnie rozwiniętą hydrofobię. Kiedy nawet przejeżdżam przez most lub w pobliżu jest woda to czuję lęk, właśnie dlatego, że nie umiem pływać. Dlaczego tak się stało?
Pierwszą styczność z wodą miałam bardzo późno. Mama mnie zapisała na basen jak miałam 7 lub 8 lat. Po dwóch zajęciach musiałam zrezygnować, bo było to dla mnie doznanie traumatyczne. Do dziś pamiętam, jak stoję nad brzegiem basenu i instruktor każe mi wskoczyć trzymając się jedynie kijka do wody, która ma głębokość 3,5 m. Nie wskoczyłam – jak wszystkie dzieci z mojej grupy i nigdy więcej na te zajęcia nie poszłam.
Myślę, że tak się stało dlatego, bo już wtedy miałam duży lęk przed wodą. Wiedziałam, co może się stać i sama myśl mnie paraliżowała. Później, jak byłam studentką to próbowałam jeszcze raz nauczyć się pływać i niestety mi się nie udało. Ale pokonałam odrobinę strach i umiem pływać na plecach. Jednak i tak nie wypłynę w miejsce, gdzie pod palcami nie będę czuła dna.
Dziś razem z marką Pampers chciałabym Wam opowiedzieć o korzyściach, które płyną z ruchu w wodzie. Jest ku temu dobra okazja, bo właśnie na rynek weszły nowe pieluszki dla maluchów na basen.
Mój przykład jest doskonały – nie miałam możliwości wcześniejszego chodzenia na basen, więc pojawiła się reakacja obronna, która tylko narastała. Maluchy nie znają zagrożeń związanych z wodą, dlatego się nie boją. Im później zaczynamy chodzić z dziećmi na basen tym istnieje większa szansa, że będą się tego bały.
Rodzice często zapominają o tym, że dzieci spędziły 9 miesięcy w wodzie i jest to dla nich bardzo naturalne środowisko.
W domu często mamy sporo obowiązków i nawet jak już bawimy się z dzieckiem, czy też czytamy – to wciąż myślimy o różnych innych sprawach takich jak gotowanie obiadu, praca, porządki. Na basenie jest tak duża stymulacja sensoryczna, że odcinamy się od spraw domowych. Myślimy o tym, co jest tu i teraz.
Basen to chyba jedno z niewielu miejsc, gdzie twarz dziecka jest na wysokości twarzy rodzica. Można to wykorzystać do wspomagania rozwoju mowy i rozpoznawania emocji.
Często nawet terapeuci SI zalecają zajęcia na basenie żeby wzmocnić mięśnie obręczy barkowej, która ma wpływ np. na prawidłowy chwyt narzędzia pisarskiego.
Jest nam potrzebna w wielu codziennych sytuacjach. Dzięki tej zdolności możemy uprawiać inne, bardziej zaawansowane sporty.
Nie da się skaleczyć, upaść, połamać. Pływanie jest naprawdę zdrowe. Do tego jest to świetny sport dla osób, które nie mogą z różnych przyczyn ćwiczyć np. są otyłe lub mają schorzenia układu ruchu
Jeżeli Wasze dzieci nie lubią myć głowy lub nie znoszą kąpieli to ruch w wodzie pomoże się oswoić.
Możemy z nim rozmawiać, bawić się bez żadnych przeszkód. Odkładamy wszystkie urządzenia elektroniczne i zajmujemy się sobą.
Ruch w wodzie znakomicie wpływa na rozwój ruchowy dzieci. Nawet jeżeli będziemy bawić się z nim w proste zabawy, to ono skorzysta na nich dwukrotnie. Od małego możemy chodzić na różne zajęcia: grupowe lub indywidualne. Na basenie każdy znajdzie coś dla siebie. A przebywając z dzieckiem w wodzie stymulujemy jego rozwój.
Wybierając się na basen mamy zawsze przygotowaną torbę z niezbędnymi akcesoriami, a ostatnio nawet dokupiliśmy kilka gadżetów żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ten czas. Pływanie pod wodą z maską to naprawdę inne wyzwanie i wyższy poziom zaawansowana.
Przy ostatnich wizytach na basenie testowaliśmy nowość na rynku, czyli Pampers Splashers. Pieluszki są miękkie i kolorowe. Na każdej z nich jest rysunek z motywem morskim. Zwróciłam uwagę przede wszystkim na gumeczki, które nie obciskają brzucha. Pielucha trzyma się na miejscu nawet jak jest cała mokra.
Do tego idealnie przylegają do nóżek dziecka, więc grubsza sprawa nie przedostanie się na zewnątrz. Pieluszki bardzo szybko się wkłada i zdejmuje – nawet jak są mokre. Na koniec wystarczy je rozerwać i gotowe. Najważniejsze, że dziecko jej w ogóle nie czuje na sobie i może swobodnie pływać.
Ja cały czas sobie obiecuję, że będziemy chodzić na basen jeszcze częściej, bo to niesamowita frajda dla dzieci. A już za dwa tygodnie będziemy korzystać z basenów codziennie, bo wyjeżdżamy na wakacje. Tak, czy inaczej od września chcę zapisać Lilę na lekcje pływania.
Jest już na tyle oswojona z wodą, że wykorzysta wszystko to, czego się nauczyła przez 6 lat. A Julek nadal będzie z nami chodził i cieszył się na sam widok torby na basen w przedpokoju. Mam nadzieję, że Was przekonałam żeby zabierać dzieci na basen jak najczęściej – to fajny, rodzinny czas wykorzystany w 100 %.
Prezent na Dzień Mamy musi być wyjątkowy! Coś, co sprawi obdarowanej osobie przyjemność i spowoduje uśmiech na ustach. Ja co roku kupuję sobie coś sama – taki prezent na Dzień Mamy z karteczką „Robisz to dobrze”. Zebrałam dziś inspiracje ciekawych propozycji na ten dzień.
Pamiętacie mój wpis Najgorszy Dzień Matki? W tym roku na pewno taki nie będzie.
Kupię sobie ten kapelusz, a od dzieci dostanę pewnie po arcydziele, które będzie zdobiło moją lodówkę przez następny rok. A ja za to podaruję coś mojej Mamie i będę świętować razem z nią ten wyjątkowy dzień.
Po więcej inspiracji na prezenty dla kobiet zajrzyjcie do wpisu Prezenty dla niej
A Wy jaki chciałybyście dostać prezent na Dzień Mamy? Podzielcie się:)
Wiosna rozgościła się w Polsce na dobre, a wraz z nią niestety pojawiły się kleszcze. Te niepozorne z wyglądu pajęczaki potrafią przysporzyć nie lada kłopotów zdrowotnych, dlatego absolutnie nie należy ich lekceważyć!
Autorką tekstu jest moja czytelniczka, która sama jest zarażona i jest też mamą. Próbowała różnych metod leczenia i rozmawiałam z nią o tym sporo. Chciałam żeby przekazała swoje doświadczenie w tym temacie. Specjalnie nie poprosiłam o to lekarza, bo chciałam żeby to była osoba niezależna. Zależało mi też, że treść nie straszyła, a tylko uświadomiała.
Kleszcze są zagrożeniem zarówno dla zwierząt jak i ludzi. Przynoszą wiele niebezpiecznych chorób. Do najbardziej powszechnych należą babeszjoza, anaplazmoza, odkleszczowe zapalenie mózgu oraz borelioza. Ta ostatnia, zdiagnozowana odpowiednio wcześnie, poddaje się leczeniu. Problem pojawia się, gdy pierwsze objawy zostaną zignorowane bądź zakażenie przebiega bezobjawowo. Warto, zatem być wyjątkowo czujnym.
Pierwszy szczyt aktywności kleszczy przypada na maj-czerwiec, kolejną wzmożoną aktywność obserwuje się we wrześniu. Kleszcze teoretycznie budzą się wraz z wiosennym ociepleniem, jednak warto wiedzieć, że w ostatnich latach pojawiają się również w zimnych miesiącach, co wskazuje na to, że uodporniły się one na niskie temperatury.
Wbrew powszechnej opinii najmniej kleszczy występuje w typowym lesie, bowiem nie żyją one na drzewach. Najlepiej czują się w krzakach i trawach – do półtora metra wysokości – zatem szczególną ostrożność należy zachować na łąkach, w parkach, na miejskich skwerach czy „zielonych” placach zabaw.
Kleszcze, które kojarzymy to zwykle duże formy, tymczasem warto zaznaczyć, że występują też formy małe i nimfy (stadium larwalne). Te ostatnie, ze względu na rozmiar i jasną barwę, są praktycznie nie widoczne dla oka. Warto być szczególnie czujnym!
Kleszcze wędrując po ciele szukają ciepłych miejsc. Lubią pachwiny, pachy, obszary za uszami, szyję. Wychodząc w miejsca, gdzie potencjalnie możemy spotkać kleszcze warto osłonić ciało. Założyć ubranie z długimi rękawami i długimi nogawkami, włożyć wyższe buty, które szczelnie osłonią kostkę, bądź wysokie skarpety, które należy naciągnąć na nogawki. Głowę sugeruje się zabezpieczyć czapką lub kapeluszem. Warto by ubranie miało jasny kolor. Co prawda, nie odstraszy to kleszczy, ale na pewno będzie je łatwiej zauważyć. Pamiętajmy jednak, że to działania czysto profilaktyczne i nie uchronią one przed ewentualnym atakiem kleszczy. Dotyczy to zarówno dzieci jak i dorosłych.
Na rynku dostępne są obecnie liczne preparaty odstraszające kleszcze. Ich użycie zmniejsza ryzyko, że kleszcze zaatakują, ale – o czym należy pamiętać – nie dają one całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Wśród środków „przeciwko” kleszczom wyróżnia się spraye, kremy, olejki, czy urządzenia oparte na zasadzie emisji ultradźwięków (np. Tickless). Te ostatnie przeznaczone są również dla dzieci od pierwszych dni życia. Warto również zapoznać się z działaniem takich ziół jak wrotycz, czystek czy popularny rozmaryn lub tymianek.
Po każdym powrocie z obszaru, na którym mogą występować kleszcze, powinniśmy dokładnie obejrzeć całe ciało. Przedtem warto zdjąć ubranie i dokładnie je wytrzepać zwracając uwagę, czy przypadkiem nie strzepujemy z niego kleszczy do mieszkania! Następnie wskazana jest kąpiel.
Nieprawdą jest, że z wbitym kleszczem należy udać się na pogotowie. Tu czas odgrywa niezwykle ważną rolę, zatem im szybciej usuniesz go z ciała tym lepiej.
Do wyciągnięcia kleszcza posłużą „kleszczołapki” lub urządzenia działające na zasadzie pompki odsysającej. Zakupisz je w każdej aptece. Warto mieć je zawsze przy sobie w sytuacjach, gdy Ty bądź dziecko macie bezpośredni kontakt z naturą. Jeśli nie mamy wyżej wspomnianych narzędzi, użyjmy zwykłej pęsety.
Kleszcza wyciągamy ze skóry zdecydowanym ruchem, a następnie dezynfekujemy miejsce jego wbicia. Uwaga, nigdy na odwrót! Dezynfekcja wbitego kleszcza sprawia, że ten wymiotuje wpuszczając przy tym do organizmu ludzkiego bakterie i wirusy. Wyciągniętego kleszcza dokładnie oglądamy, by upewnić się, że został wyciągnięty w całości i następnie oddajemy go do badania. Nie jest to jednak wymogiem. Decyzję pozostawia się osobie zainteresowanej tematem.
Badanie kleszcza wykonują wybrane laboratoria. Mają one na celu sprawdzenie, czy dany kleszcz jest nosicielem patogenów powodujących choroby. Jeśli kleszcz był zdrowy, możesz odetchnąć z ulgą. Jeśli był chory, warto być czujnym. Borelioza może nie dawać żadnych objawów przez lata, to bardzo podstępna choroba. Tu warto dopowiedzieć, że rumień zawsze oznacza zakażenie, zaś jego brak nie oznacza, że choroby nie ma, a kleszcz może nas zarazić będąc wbitym nawet przez krótką chwilę.
Kleszcze niosą ryzyko wielu poważnych chorób, niektóre z nich są trudne w zdiagnozowaniu i jeszcze trudniejsze w leczeniu. Nie popadajmy jednak w paranoję. Dla zdrowia, znacznie bardziej niebezpieczne jest unikanie kontaktu z naturą. Zabawy na świeżym powietrzu, czy spacer po łące lub lesie to najlepsza forma aktywności dla dużych i małych. Pamiętajmy jednak o tym, że nie jesteśmy tam sami, nie ignorujmy ryzyka zdrowotnych powikłań, które niewielki pajęczak może wywołać, jeśli staniemy się obiektem jego zainteresowań.
Tekst: Marlena Zienkiewicz
Dziś chciałabym Wam pokazać nowy plac zabaw w Warszawie. Jest absolutnie świetny! Został on w pełni sfinansowany przez Ambasadę Węgier. Takie place zabaw są właśnie bardzo charakterystyczne dla ich kraju. Zawsze drewniane, kolorowe, nawiązujące do ich kultury i folkloru. Jestem zakochana w tym miejscu i z pewnością będziemy tam wracać.
Plac zabaw jest przy Agrykoli. Jak go znaleźć? Kierujcie się na Atelier Amaro i tam zejdźcie uliczką na sam dół, do skrzyżowania. Po lewej stronie go zobaczycie. Jeżeli będziecie autem to możecie zaparkować przy Atelier Amaro (parking jest płatny).
Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś byłam tak mało aktywna. Odkąd mam dzieci to nie mogę usiedzieć w miejscu. Ciągle bym gdzieś ich zabierała i pokazywała. Nigdy bym też się nie spodziewała, że będę non stop biegać w adidasach i takich ciuchach.
p.s. Chcę Wam też pokazać moje najwygodniejsze buty – Crocs LiteRide Uwielbiam je za lekkość, miękką podeszwę, materiałową górę. Chodzę w nich cały czas, czy to na plac zabaw, na zakupy, czy na spotkanie. Mają piankowe wkładki LiteRide, które są bardzo sprężyste i lekkie. Biegam w nich za dzieciakami i nie czuję ich na stopie.
Udało mi się załatwić też dla Was zniżkę na 15% (na nie przecenioną kolekcję), hasło: nebule2018, ważny do 20 kwietnia na stronie https://www.crocs.pl.
Moje dzieci nigdy nie dostały kary. Nie usłyszały, że coś im zabiorę „za karę” lub nie będą mogły czegoś zrobić, bo nabroiły. Nie dostały też nagrody za super zachowanie, ani nie miały obiecanej nagrody. Dzisiejszy temat to wychowanie bez kar i nagród.
Dlaczego stosowanie kar i nagród powoduje, że rodzice wpadają w błędne koło? A dzieci często są pod taką presją, że obiecana nagroda przynosi inny skutek.
Pamiętacie, że kiedyś dużo czerpałam z pedagogiki Marii Montessori. Jednak w pewnym momencie mojego rodzicielstwa uznałam, że nie chcę polegać na teoriach, tylko na swoim instynkcie i na moich dzieciach, które dają doskonałe lekcje (pisałam o tym tu: Rodzicu porzuć wszelkie teorie). Jednak mimo tego, że prawie wszystkie założenia odrzuciłam, to w porozumieniu z mężem uznaliśmy, że wychowanie bez kar i nagród jest najlepsze, jakie możemy naszym dzieciom dać.
Nie było to proste tylko na pozór.
Według mnie o wiele trudniejsze jest wychowanie z systemem kar i nagród.
W takich sytuacjach, kiedy dajemy dziecku karę za jakieś zachowanie lub brak czynności, o które nam chodziło gramy na najprostszych uczuciach.
Nigdy! Kara nie przyniesie pożądanego efektu, a spowoduje, że Wasze dziecko będzie miało do Was, do rodzeństwa żal. Żal, który połączony z brakiem poczucia bezpieczeństwa podważy jego poczucie własnej wartości.
Pamiętam siebie stojącą w kącie w przedszkolu. Chciałam się wtedy zapaść pod ziemię. Mimo tego, że minęło tyle lat to do dziś pamiętam wstyd, smutek i… brak jakiegokolwiek zrozumienia dla tej kary. Nie myślałam wtedy: „Ok to nie będę tak więcej robić”. Tylko byłam zła, smutna i było mi strasznie wstyd.
Kara nie pozwoli zrozumieć dziecku, co zrobiło źle, a co za tym idzie, będzie powtarzało niepożądane przez nas zachowania np. bicie rodzeństwa. Tylko rozmowa kiedy emocje opadną (mózg nie uczy się w stresie!) może przynieść efekty. Tu przypomnę mój artykuł o tym Dlaczego dzieci biją innych.
Czy dziecko nie będzie powielało pewnych zachowań, bo się będzie bało kary?
Może przez krótki czas, co może dać iluzję, że system kar działa. A tak naprawdę nie jest w stanie tego zrozumieć.
Tak będą się obawiały kary, że w sytuacji, która może grozić karą będą kłamać. Pytanie do rodziców jest takie, czy chcemy żeby dziecko się nas bało? Czy może jednak chcemy wychować je w ciepłej relacji, gdzie nikt nie boi się mówić o sprawach trudnych. Warto to przemyśleć. Dzieci mogą kłamać nawet dla takich błahostek jak oglądanie bajki. Dla nich jest to bardzo ważne, a my często odbieramy im tę przyjemność „za karę”.
Dziecko bije młodszego brata lub zabiera mu rzeczy. Przychodzi rodzic, który jest już zestresowany tą sytuacją i czuje, że musi coś zrobić żeby zakończyć takie zachowanie. Mówi: „Nie wolno bić brata! Za karę nie będziesz oglądał bajki”.
Rodzic myśli: „A, teraz to się nauczy, że nie wolno bić brata. Następnym razem już go nie uderzy, bo będzie bało się, że znów odbiorę mu przyjemność.”
A dziecko myśli: „Przez mojego brata nie mogę obejrzeć bajki.” I narasta agresja między rodzeństwem i niesprawiedliwością ze strony rodzica. Ta reakcja nie ma żadnej wartości edukacyjnej dla dziecka. Pewnie w tym dniu jeszcze nie raz uderzy brata.
Pomyślicie pewnie, że to wszystko wygląda pięknie w teorii, a w praktyce jest trudne. Rodzice boją się, że rezygnując z kar nie będą umieli zapanować nad swoimi dziećmi.
Przyznaję, że też miałam chwilowy etap (2 sytuacje) kiedy nie widziałam wyjścia z sytuacji, a mój mózg w stresie kazał mi skorzystać z prymitywnej formy, czyli użycia kary. Karą, było odebranie nagrody – wcześniej obiecanej. Na chwilę ta metoda zadziałała i Lilka poprawiła swoje zachowanie, ale jak za 3 razem zrobiła to samo, to powiedziałam sobie, żę NIGDY WIĘCEJ NIE UŻYJĘ KARY DO WYCHOWYWANIA DZIECI. To naprawdę nie działa, a ja sama miałam straszne wyrzuty sumienia.
Czasem tak sobie nawet myślę, co musiałoby zrobić moje dziecko żebym myślała o tym żeby dać mu karę. I nic nie przychodzi mi do głowy, bo powiem Wam, że dzieci które są wychowywane właśnie bez kar i nagród nie sprawiają większych problemów wychowawczych. Wiele razy Wam pisałam, że akceptuję wszystkie emocje, bardzo dużo rozmawiamy (szczególnie o trudnych sytuacjach) a do tego stosujemy się do ogólnie przyjętych w naszym domu, społeczeństwie reguł i naprawdę nie trzeba dzieci specjalnie dyscyplinować.
Dobrze zadziałały u nas rytuały, które stosujemy do początku i dzieci wiedzą, co mogą, a co nie. Kiedy coś się im odwidzi to rozmawiamy, czytamy na ten temat. To nasza metoda wychowawcza, ale gdybym miała do czegoś ją porównać to chyba najbliżej jej do Pozytywnej dyscypliny ( nie czytałam książki, ale gdzieś się natknęłam na złożenia) i NVC.
Sporo wymagamy od dzieci, ale właśnie w taki serdeczny, stanowczy sposób. Działają też naturalne konsekwencje, o których teraz dużo się mówi, ale są to takie, które naprawdę wynikają naturalnie. Nigdy się nie zastanawiam: „Co może być tego naturalną konsekwencją?”
Też miałam bardzo krótki etap w rodzicielstwie, kiedy zobaczyłam, że obiecanie nagrody powoduje nagłą poprawę zachowania, a dziecko z ogromnego płaczu przechodzi do śmiechu.
Nagroda, to nic innego jak manipulacja.
Zacznę od nagród za dobre zachowanie w jakiejś sytuacji. Dlaczego one działają tylko za pierwszym i drugim razem? Dzieci po tym czasie czują ogromną presję dostania nagrody. Towarzyszy im niepokój i napięcie… dlatego często obiecana nagroda przynosi odwrotny skutek. Dziecko nie może wytrzymać, więc puszczają mu nerwy i jego zachowanie jest trudniejsze niż było.
Pamiętam jak Lila dostała u pielęgniarki naklejkę „dzielny pacjent” po pobraniu krwi. Poprosiła mnie żeby ją przeczytać, ona powiedziała: Przecież krzyczałam i płakałam. Nie wiem czemu Pani mi to dała?
Pytanie: „No ale nie chcesz dostać nagrody?” Powoduje u dzieci jeszcze większą frustrację.
Robią tak, bo ich rodzice też tak robili. Jednak obiecanie nagrody nie powinno być celem.
Nie chcecie chyba żeby Wasze dzieci sprzątały pokój, bo dostaną lizaka. Tylko będą miały miłą i przyjemną przestrzeń do zabawy,
Nie chcecie też pewnie żeby uczyły się dla ocen, tylko dla siebie.
Nie chcecie pewnie też żeby Was słuchały tylko dlatego, że im coś obiecaliście.
Od urodzenia staram się wspierać wewnętrzną motywację i widzę, że to naprawdę działa. Dzieci są skupione na tym co robią, lubią się uczyć nowych rzeczy i nie potrzebują żadnych wzmocnień w postaci zewnętrznych nagród. Wiem, że nagroda mocno zaburzyłaby ich rozwój i poczucie własnej wartości.
To bardzo prosta droga do uzależnienia i nauki do bardzo złych nawyków. Ja do dziś (niestety) z tym u siebie walczę. Czasami kupuję dzieciom słodycze bez żadnego związku, ani kiedy są smutne, ani kiedy myślę, że powinnam je za coś nagrodzić.
Żeby nie było tak kolorowo, wiem, że są sytuacje lub dzieci, którym nagroda ułatwia pewne rzeczy. Używana mądrze i w dobrej wierze może pomóc. Podam nasz przykład. Lila bardzo długo miała wadę wymowę. Średnio raz w tygodniu podejmowałam próby ćwiczeń z nią. Jednak nie stosowałam żadnych wzmocnień dla prawidłowych powtórzeń jakie zazwyczaj się stosuje (naklejki, pieczątki w nagrodę itp).
Efekt był taki, że ona nie chciała ze mną ćwiczyć. Około rok temu podjęłam decyzję o rozpoczęciu terapii z inną logopedą. Nie byłam w stanie wyjść z roli mamy, kiedy ćwiczyłam z dzieckiem i ją nagradzać. Samo tłumaczenie, że ma wadę wymowy nie powodowało chęci do ćwiczeń. Zapisałam ją do logopedy i po powtórzeniach wzmocnionych nagrodą terapia zajęła nam 1,5 miesiąca (!). Chciałam Wam opisać ten wyjątek, bo w teorii wszystko jest łatwe. Gorzej jest z praktyką.
Z perspektywy czasu widzę, że wychowanie bez kar i nagród jest łatwiejsze. Nie muszę myśleć, czy powinnam dać nagrodę. Nie muszę zastanawiać się, kto naprawdę zawinił. Kogo i jak mam za to ukarać? Nie mam tez wyrzutów sumienia, bo robimy to wszystko w zgodzie ze sobą.
Jeżeli chcielibyście poczytać więcej o wychowaniu bez kar i nagród to polecam Wam książki:
dostępna TUTAJ
Dostępna TUTAJ
Cudny hamak Koala TUTAJ
Siedzę zapłakana na klatce schodowej w moim bloku. Łzy spływają mi po policzkach, które jeszcze chwilę temu były obklejone gumą balonową. Ściskam w ręku opakowanie po piciu w woreczku, a w drugiej ręce mój segregator. Mój skarbiec, paszport do bycia fajniejszą koleżanką i dowód na to, że jako 8-latka mam niezłe umiejętności handlowe.
Jednak nie tym razem. Agnieszka z ostatniej klatówki, nie chciała się wymienić na karteczkę do segragatora z koniem. Pachnącą. I z brokatem.
Do powrotu do wspomnień z mojego cudownego dzieciństwa zaprosił mnie Disney Channel Polska
Mam 8 lat i sensem mojego życia jest gra w gumę. Moją gumę kupiła mi mama w pasmanterii i jest niczym innym jak elementem bieliźnianym. Kiedyś była biała i sprężysta, a teraz jest szara i wyciągnięta, bo gramy w nią non stop w Smik smak smok, przedeptujemy gumę do nierównego chodnika.
Mam 8 lat i kiedy tylko rzucę plecak w kącie w domu lecę na podwórko. W jednej kieszeni mam wspomnianą wcześniej gumę, a w drugiej paczkę czarnych pestek. Mam bardzo poważne problemy takie jak np. brak 3 osoby do gry w gumę. Wtedy zawiązujemy ją o trzepak – miejsce bardzo ważne w hierarchii na naszym podwórku. To właśnie tu przesiadujemy z chłopakami i gadamy o poważnych sprawach.
Zupełnie nie przeszkadza nam smród ze śmietnika, który stoi obok. Na trzepaku toczy się życie towarzyskie całego osiedla. Mięśnie mam wytrenowane od zwisu w dół i fikołka do tyłu. Poważne, egzystencjalne dywagacje na temat wyższości gry w chowanego nad podchodami przerywa niechciany krzyk: „Ania, do domuuuu” i wtedy nie ma już zmiłuj. Idę i już.
Na kolację jem kanapkę z pasztetową, która bardzo mi smakuje, bo ilość wybieganych kilometrów w podwórkowej grze w „Policjantów i złodziei” napędza mój apetyt.
Kąpię się w wannie i podziwiam wszystkie otarcia, siniaki i rany, które są pamiątką po grze w klasy na nierównym betonie. Siniaka na dłoni zarobiłam podczas niezbyt udanej próbie zabawy z Tiki tiki. Oj bolało jeszcze dwa tygodnie. Kolano, które zdarłam podczas jazdy na wrotkach nie chce się zagoić od dwóch tygodni. Wtedy o tym jeszcze nie wiem, że te wszystkie szramy będą pamiątką na całe życie. Pamiątką, którą życzę każdemu dziecku, bo świadczy o tym, że miałam wyjątkowo aktywne i udane dzieciństwo.
i już leci:
Dzioby w górę, zgodnym chórem
Kaczki! (uuu-uuu)
Raz na wozie, raz pod wozem
Kaczki!
To jest dopiero coś! W szarym-betonowym dzieciństwie, gdzie kolory sami sobie rysujemy kredą na chodniku – bajki i seriale animowane są czymś niezwykle ważnym. Każdy odcinek przegadujemy póżniej na trzepaku lub na huśtawkach bujając się do pety.
Mam 8 lat i potrafię sama zapleść bransoletkę z muliny i ze starej skarpety zrobić mojej lalce strój na bal. Mam też zeszyt, który krąży wśród moich koleżanek. Zapisują tam swoje Złote myśli, które naprawdę są na wagę złota i bez tych informacji NIE DA się żyć („na jutro masz przynieść!)”:
Jaką zupę najbardziej lubisz?
Jaki zespół najbardziej lubisz?
Byłaś/eś kiedyś na kolonjach? (pisownia oryginalna)
Jaki masz numer w dzienniku?
Czy mnie lubisz?
Czy na wszystkie pytania odpowiedziałaś szczerze?
Mam 8-lat i marzę o psie. Mama mówi, że nie możemy go mieć w bloku, a u babci są 3 psy i jeden może być mój. Ale ja nie chcę takiego. W zamian proponuje kupić chomika. Zgadzam się bez wahania i już następnego dnia taszczę wielki słoik po ogórkach kiszonych z rudym gryzoniem do domu. Po dwóch tygodniach zmieniam mu trociny z wielką niechęcią i bez krzty miłości. Nie jest to pies, a ja nie potrafię cieszyć się z tego gryzonia.
Nie mogę go wyprowadzać pod blok, a tam spędzam większość dnia, więc po co mi on. Koleżanka z 4 piętra mówi, że ona chciałby mieć chomika. Bez wahania proponuję jej intratną transakcję i pozbywam się „szczura” w zamian za 2 złote. Z radością na twarzy biegnę do sklepu „na schodki” i kupuję 6 paczek pestek i gumę kulkę. Mama jest zdziwiona początkami mojej przedsiębiorczości.
Na podwórku jesteśmy razem, bo lubimy to samo: piosenki zespołów nagrywanych z radia, kolorowe warkoczyki, które farbujemy mazakami. Siedzimy na ławce i gramy w anse kabanse do zmroku lub do głośnego „Aniaaa, do domuuu” z okna.
Mam 8 plus 25 lat i wciąż się ekscytuję nowym długopisem, który ma 10 kolorów w jednym. Kupiłam go sobie córce. Na podwórku pod blokiem mam trzepak, na którym pokazuję dzieciom, jak powinno się go używać (głową w dół). Do tego cieszę się bardzo, że znów będę mogła obejrzeć Hyzia, Zyzia i Dyzia, czyli siostrzeńców Kaczora Donalda w telewizji, bo premiera serialu „Kacze opowieści” już tuż tuż – 9 kwietnia o 18:30 w Disney Channel.
Na wiosnę czekam z utęsknieniem od 1 marca. Codziennie mam nadzieję, że to już! Wypatruję promieni słonecznych i pączków na drzewach. Szczególnie dziś, kiedy spadł śnieg myślę intensywnie o tym czasie i wizualizuję nasze wiosenne spacery.
W ubiegłym tygodniu zrobiłam porządki w szafie i sprawdziłam, czego mi brakuje na nadchodzące miesiące.
Nigdy nie byłam Perfekcyjną Panią Domu i test białej rękawiczki oblałabym na wstępie. Ale nie sądziłam, że aż tak zaniedbuję moich pomocników, którzy wspierają mnie w domowych obowiązkach.
Są w domu takie sprzęty, bez których nie wyobrażam sobie życia. Z automatu wkładam, wciskam przycisk i się dzieje „Czystość”. Kiedy skończy – wyjmuję i rozkładam na swoje miejsca. Ot i filozofia! Codziennie ich używam, nie zastanawiając się co by było gdyby nagle odmówiły współpracy.
Nie zgłębiam tajników pracy, czy też innych programów. Mam swoje ulubione i z nich najczęściej korzystam. Nie wczytuję się w instrukcje, bo nawet nie wiem gdzie one są. Jak coś przestaje działać to radzę się dr. Google. Ostatnio zapytałam go:
I znowu moja wina.
A naprawdę każda Pani Domu wie, że rzeczy zrobionych nie widać. Domownicy zauważają je dopiero, jak nie są zrobione. I tak się stało u nas.
Oczekuję od moich domowych pomocników pełnej gotowości i świetnej pracy, a sama o nich nie dbam. Nie dziwię się w sumie, że przestają ze mną współpracować.
Ciężko mi to wyznać nawet przed sobą, bo to tylko potwierdza fakt, jak beznadziejną Panią domu jestem. Przyznam szczerze, że lista moich przewinień jest znacznie dłuższa. Przez moje „grzeszki” związane z brakiem dbania o ukochaną zmywarkę, przestała pracować, tak jak powinna.
Jednak w ostatnim czasie dowiedziałam się jakie były moje przewinienia i dziś się nimi z Wami podzielę. Może same również popełniacie te błędy, które prowadzą do powolnej śmierci Waszej zmywarki.
To moja wina i mój obowiązek, który zaniedbałam. Zmywarka raz dziennie zmywa nasze rodzinne brudy, a ja powinnam o nią dbać.
1. Sól dosypywałam jak mi się przypomniało (raz na pół roku).
2. Nabłyszczacz – a po co mi on?
3. Płyn do mycia zmywarki – to zmywarka nie myje się podczas zwykłego cyklu?
4. Odświeżacz – jak się szybko wstawia zmywarkę to nie ma nieprzyjemnego zapachu, więc nie widziałam potrzeby.
Do tego mogłabym wypisać całą listę skandalicznych czynności takich jak: ustawianie naczyń jedno na drugim, blokowanie dużym talerzem dyszy myjącej (dopiero gość z serwisu zwrócił mi na to uwagę), ładowanie zmywarki na full itp. itd.
Jak ma ona myć naczynia, skoro sama jest brudna?
Raz na jakiś czas warto użyć płynu do czyszczenia zmywarek Finish, który dogłębnie czyści głęboko osadzony (np. na filtrze) brud jak tłuszcz czy kamień. Wystarczy uruchomić pustą zmywarkę z płynem (na 65 stopni) i po jednym cyklu mamy czystą i pachnącą zmywarkę.
Ale jeżeli nie chcemy marnować jednego cyklu „na pusto” to możemy również wypróbować nowości – kapsułek Finish, które umieszcza się na dnie załadowanej zmywarki. Dzięki niej szybko pozbędziecie się tłuszczu i brudu, a zmywarka i naczynia będą czyste.
Regularne czyszczenie
Niewiele osób wie, że dzięki stosowaniu nabłyszczacza mamy:
Nabłyszczacz Finish
Z solą mam taki problem, że niby wiem o konieczności jej dosypywania, ale nigdy nie pamiętam żeby to zrobić, bo nawet nie wiem po co mam to robić.
Dowiedziałam się, że dzięki regularnie dosypywanej soli:
Dosypywanie soli
Zawsze myślałam, że pojawia się dlatego, bo zbieram naczynia w zmywarce przez cały dzień i nawet się z nim oswoiłam. Jednak zawsze można użyć odświeżacza, którego woń zupełnie nie przenosi się na naczynia, a przy każdym otworzeniu zmywarki unosi się świeży zapach.
ROZWIĄZANIE
Odświeżacz Finish
Jak widzicie – dowody są oczywiste. Popełniłam chyba wszystkie możliwe zbrodnie wobec zmywarki, która ratuje moje dłonie przed codziennym zmywaniem. Nie dbałam o ten wspaniały wynalazek, a oczekiwałam od niej wielkiej efektywności.
Za karę: zmywanie ręczne! Oj szybko sobie zapamiętam wszystkie zasady dbania o zmywarkę.
A wtedy cała mokra robota przejdzie z moich rąk na zmywarkę, a my nie będziemy musieli się martwić praniem naszych brudów.
Winnym współudziału w tej zBRÓDni doskonałej jest marka Finish, która nie umywa rąk od brudnej roboty.
Taka piękna pogoda, a powietrze jest fatalne. Chciałoby się w odetchnąć, nie sprawdzać codziennie aplikacji z pomiarami, ale niestety nie da się. Nadal ten problem jest aktualny, dlatego poprosiłam naszą, zaufaną pediatrę żeby odpowiedziała na kilka pytań o tym, jak smog wpływa na zdrowie dzieci.
Dziś rozmawiam z pediatrą dr Ewą Miśko-Wąsowską, autorką bloga ewamisko.pl
Małe dzieci są bardziej podatne na negatywne skutki działania smogu, ponieważ mają niedojrzały zarówno układ oddechowy jak i immunologiczny. Niedojrzałe śluzówki i ich mechanizmy obronne, częste oddychanie przez usta i fakt, że większe stężenie zanieczyszczeń obserwujemy przy gruncie same chyba nasuwają nam odpowiedź.
Dzieci oddychają z większą częstotliwością (więcej oddechów na minutę niż dorośli), przez co więcej substancji toksycznych dostaje się do dróg oddechowych i więcej może się kumulować w organizmie.
Rozwój płuc u dzieci trwa do 6-8 r.ż. Narażenie w tym okresie na zanieczyszczenia powietrza może ten rozwój upośledzać i wiązać się z gorszym funkcjonowaniem dróg oddechowych nawet w wieku dorosłym. Wiele obserwacji i badań wykazuje, że w rejonach o znacznym zanieczyszczeniu powietrza więcej dzieci i dorosłych ma stwierdzoną astmę oskrzelową i częściej u nich występują zaostrzenia tej choroby.
Upośledzenie czynności dróg oddechowych i układu odpornościowego może się wiązać z częstszym występowaniem chorób zakaźnych płuc (np. zapalenia płuc). U dorosłych częściej również obserwuje się nowotwory płuc, rozedmę czy przewlekłą obturacyjną chorobę płuc. Badania pokazują też zanieczyszczone powietrze może wywoływać też choroby układu krwionośnego czy nerwowego.
Są również doniesienia, wykazujące negatywny wpływ zanieczyszczenia powietrza na rozwój płuc dzieci jeszcze w brzuchu mamy. Substancje toksyczne wdychane przez ciężarną przedostają się przez łożysko do organizmu rozwijającego się maluszka. Mogą też wiązać się ze zwiększonym ryzykiem porodu przedwczesnego i niskiej urodzeniowej masy noworodka.
Dobrze jest codziennie sprawdzać tzw. alerty smogowe i unikać spacerów, kiedy powietrze jest złej jakości. Dane dostępne są na stronie Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska oraz na stronach inspektoratów wojewódzkich. Można też się posłużyć aplikacją na telefon. Mieszkania też wietrzymy, kiedy jakość powietrza jest dopuszczalna.
Warto zadbać o to, aby pokój dziecka nie znajdował się od strony ulicy.
Unikajmy spacerów przy ruchliwych ulicach – wybierajmy te mniej uczęszczane i jak mamy możliwość to spacerujmy po parku.
Wyjeżdżajmy z dziećmi w miarę możliwości poza miasto – każdy pobyt w lokalizacji o czystszym powietrzu może być na wagę złota. Jeżeli musimy podróżować z dzieckiem autem to najlepiej robić to poza godzinami szczytu, okna w samochodzie powinny być pozamykane i wentylacje ustawione na obieg zamknięty.
Starszym dzieciom można rozważyć zakupienie maski antysmogowej, aczkolwiek ich skuteczność w ochronie przed tzw. pyłem zawieszonym jest trudna do oceny, trudno też dopasować wielkość maski do twarzy dziecka.
Nie zapominajmy też, że antyoksydanty w diecie pomagają w walce z wolnymi rodnikami, które powstają, gdy oddychamy zanieczyszczonym powietrzem. Dbajmy o urozmaicenie diety, o warzywa i owoce na talerzu.
Rośliny w pomieszczeniu również mogą pomóc w oczyszczaniu powietrza – efektywność ta ma znaczenie, gdy na każde 10 m2 przypada przynajmniej jedna roślina. Zanim jednak zakupimy konkretne gatunki należy się upewnić, czy nie będą one toksyczne dla dzieci i zwierząt (jak z nami mieszkają).
Warto rozważyć zakupienie urządzenia oczyszczającego powietrze z filtrem HEPA – dobre filtry oczyszczają powietrze nawet z najdrobniejszych cząsteczek zanieczyszczeń ale też z części alergenów, wirusów, bakterii czy grzybów. Taki oczyszczacz powinien być umieszczony w tym pomieszczeniu, w którym najczęściej przebywają dzieci – zwykle pokój dziecięcy lub salon.
Tu z pomocą przychodzą nam strony m.in. wspomnianych wyżej wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska, które podają z jakimi rodzajami zanieczyszczeń mamy do czynienia i czy wychodzenie na dwór jest wskazane. To samo dotyczy wietrzenia pomieszczeń.
Tak, to dobry pomysł. Warto też podawać coś do picia – nawilżone śluzówki gardła będą w stanie zatrzymać część zanieczyszczeń.
Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – należy bezwzględnie unikać palenia papierosów przy dzieciach – dotyczy to także osób, które wychodzą np. na balkon, żeby zapalić i zaraz wracają do pomieszczenia.
Okazuje się, że ilość zanieczyszczeń, na które są wówczas narażone dzieci jest porównywalna do tych, gdy dorosły pali bezpośrednio w pomieszczeniu, w którym przebywa dziecko! Bierne palenie jest również związane z rozwojem astmy oskrzelowej i innych chorób układu oddechowego i nie tylko.
Dziękuję za rozmowę.
O smogu trzeba mówić głośno przez cały rok, a nie tylko wtedy kiedy normy są przekroczone parokrotnie. Jest to problem, który narasta z roku na rok i budzi dużo emocji. Ważna jest edukacja, ale też działanie na rzecz poprawy jakości powietrza.
Puść dalej ten wpis, niech szersze grono dowie się, jak smog szkodzi najmłodszym.
a tu rozmowa z Panią doktor Katar u dzieci – 10 pytań do zaufanego pediatry
Czy Wasze włosy po zimie też wysyłają sygnał SOS? Moje potrzebowały ratunku, bo tak fatalnego stanu czupryny już dawno nie miałam. Ale znalazłam szybki ratunek na to, jak odżywić włosy na wiosnę.
Chyba każde włosy nie lubią się z czapkami, kapturami, mrozem, suchym powietrzem i gorącymi podmuchami suszarki. Moja czupryna mocno się zmieniła, bo warunki pogodowe jej nie sprzyjają. A ja dodatkowo nie mam czasu specjalnie o nią zadbać. Krótko mówiąc – moje włosy są w kiepskim stanie – przyklepnięte na górze i suche na końcach.
Do tego je zaniedbałam. Czas w łazience mam ograniczony do minimum, więc przyznaję się, że moje wcześniejsze zabiegi (olejowanie, mycie metodą OMO, wcierki) zastąpiło szybkie mycie głowy, nałożenie maski lub odżywki.
Moje włosy nie zostały mi dłużne i po prostu się zbuntowały. Do tego swędziała mnie skóra głowy, a czasem nawet bolała. W styczniu miałam badanie skóry głowy, które potwierdziło, że mam zanieczyszczone cebulki włosów. Zdziwił mnie ten wynik, bo zawsze dokładnie myłam skalp, ale jak się okazało, to nie wystarczy.
Wszystkie zanieczyszczenia, które osadzają się na skórze głowy źle wpływają na pracę gruczołów łojowych, często powodując łupież i niedotlenienie cebulek, a przez to włosy rosną słabe i matowe. Skóra głowy, która jest zanieczyszczona często swędzi, pojawiają się wypryski lub mocno się przetłuszcza. Warto zadbać o odpowiednią pielęgnację, a przede wszystkim o oczyszczanie.
Już wtedy specjalistka poradziła mi, żebym raz w tygodniu robiła peeling skóry głowy i myła włosy oczyszczającym szamponem. Wzięłam sobie to do serca i jak zobaczyłam, że na rynek wchodzi nowa linia kosmetyków do demakijażu włosów – postanowiłam ją przetestować.
Obiecałam też, że się podzielę moimi wrażeniami z testów linii BIOVAX BOTANIC, która zaprosiła mnie współpracy.
Produkty L’biotica znam i lubię od dawna, więc byłam pewna, że nowe kosmetyki z tej linii będą dobre dla mojej skóry i włosów, ale nie spodziewałam się takiego efektu. Żałuję, że nie zrobiłam sobie zdjęcia „przed” i „po”, bo już po jednym zabiegu, moje włosy odzyskały dawną świetność.
Wszystkie produkty z linii BIOVAX BOTANIC zawierają organiczne ekstrakty z czystka i nasion czarnuszki. Są to rośliny, które mają pozytywny wpływ na stan skóry i włosów.
działa antyoksydacyjnie, antybakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Intensywnie oczyszcza skórę głowy i reguluje wydzielanie sebum.
bardzo dobrze wpływa na stan skóry głowy i łagodzi podrażnienia. Poprawia też wygląd włosów i wzmacnia blask.
Każdy z kosmetyków z tej linii zawiera 90% substancji pochodzenia naturalnego. Do tego mają certyfikaty ECOCERT i COSMOS.
Tyle o kosmetykach, czas przejść do moich wrażeń po testowaniu.
TUTAJ
Z nadzieją użyłam go pierwszy raz. Na mokrą skórę głowy nałożyłam peeling i delikatnie masowałam. Już sam masaż mnie odprężył. Bez problemu spłukałam kosmetyk z drobinkami i na tak przygotowany do dalszej pielęgnacji skalp, nałożyłam niewielką ilość szamponu.
Niewielka ilość szampony wystarczyła, że umyć bujną czuprynę. Zaskoczyło mnie to, że kosmetyk bardzo dobrze się pieni, co jest niespotykane w szamponach bez SLS i SLES. Dzięki temu rozprowadziłam szampon na całej długości włosów i delikatnie umyłam. Nie spodziewałam się, że tak dobrze będzie się spłukiwał. Na koniec nałożyłam ekspresową odżywkę 7w1.
Nałożyłam niewielką ilość odżywki na włosy (od okolic ucha do dołu). Ma przyjemny, świeży zapacg i dobrze się rozprowada. Poczekałam minutę i zmyłam.
Cały zabieg trwał może 7 minut.
Wypiłam czystek, zdjęłam ręcznik z włosów i zostawiłam włosy do wyschnięcia. Zapomniałam nawet, że użyłam czegoś nowego, bo wciągnęły mnie domowe obowiązki. Kiedy po 2 h poszłam do łazienki, to nie mogłam nie zauważyć efektów oczyszczania włosów i skalpu.
Moje oklapnięte wcześniej włosy były uniesione u nasady, błyszczące (a mam farbowane) i do tego tak miękkie i lekkie, że byłam zaskoczona. Po kilku dniach zauważyłam też, że przestała mnie swędzieć skóra głowy.
Wystarczył jeden zabieg (mechaniczny peeling) plus odpowiednie kosmetyki do włosów, a ja czułam działanie.
usunął zanieczyszczenia z mojej skóry i poprawił krążenie. Dodatkowo pozbyłam się pozostałości po kosmetykach do stylizacji. Ten zabieg oczyścił cebulki i przygotował je do dalszych etapów pielęgnacji. Efekt był widoczny już po tym jednym razie. Peeling wystarczy robić raz w tygodniu.
bardzo dokładnie oczyścił moje włosy, bo na całej długości zrobiły się lekkie. Wcześniej miałam niektóre miejsca bardziej przyklapnięte i jakby nie do końca umyte. Teraz już wiem, że ten szampon będzie mi towarzyszył co drugie mycie, żeby nadać włosom tę lekkość i uniesienie u nasady.
na końcu nawilżyła moje końce i przywróciła blask. Włosy są miękkie i nawilżone. Wystarczy ją zostawić na jedną minutę. W składzie jest wyciąg z bursztynu, który jest naturalnym filtrem słonecznym. Teraz stosuję ją po każdym myciu, bo jest bardzo skuteczna i szybko działa.
Nie wiedziałam, że demakijaż włosów może być ważnym elementem pięlęgnacji. Dlatego moje włosy wcześniej były matowe i pozbawione blasku. Nie sądziłam też, że regularny peeling skóry głowy działa w taki sposób, że unosi je u nasady i dodaje włosom lekkości. Polecam Wam linię BIOVAX BOTANIC, szczególnie przed wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, a my mamy chęć wyjątkowego zadbania o siebie.
Żeby i Wam umożliwić przetestowanie tych produktów, to mam dla Was kod na 15 % rabatu na cały asortyment sklepu www.biutiq.pl od 6-11 marca, kod: nebule.
Zdjęcia Justyna Duszak
Gdyby do każdego dziecka była dołączona instrukcja obsługi, to nasze rodzicielstwo byłoby zdecydowanie prostsze. Jednak wydaje mi się, że wtedy mogłoby być też naprawdę nudne, bo byłoby bardzo przewidywalne. A tak rodzicielstwo jest niekończącą się wędrówką, czasem po zielonym, pachnącym lesie, a czasem po dżungli amazońskiej w czasie pory deszczowej.
Jest wiele poradników dla rodziców, które zawierają informacje o rozwoju dzieci. Jednak nikt nie odważył się jeszcze spisać TYCH najciekawszych, które my, rodzice pamiętamy do końca życia.
Jeżeli masz dziecko między pierwszym, a drugim rokiem życia (a niektóre egzemplarze nawet i później) to poproś je żeby spojrzało na Ciebie przez rolkę po papierze toaletowym/lunetę/kalejdoskop. Jaka będzie Twoja mina, kiedy przyłoży ów rekwizyt pomiędzy dwoma gałkami ocznymi? Ja się uśmiałam! Trzecie oko, jak nic!
A tak naprawdę jest to objaw jeszcze nieustalonej lateralizacji oraz ćwiczeniu czynności symetrycznych takich jak chodzenie. Każdy z nas ma dominujące oko i dopiero po 2 roku życia dzieci będą częściej wybierać jedno oko. Ten proces trwa aż do 6 roku życia (a niektóre źródła mówią, że nawet dłużej).
Wystarczy napomknąć znajomym, czy też rodzinie, że nasze dziecko (niepotrzebne skreślić):
– śpi w swoim łóżeczku
– zasypia samo na noc
– nie wstaje o 5 rano
– nie chorowało od pół roku
– jest wesołe i uśmiechnięte
To możecie być PEWNI, że ono to słyszy, bo na 100% już dzisiejszej nocy będzie: płaczliwe, zaśnie na nas i nie będzie można go przenieść do swojego łóżka, o 2 w nocy okaże się, że ma 39 stopni gorączki i wstanie o 5 rano. A wszystko w piątek wieczorem, bo dzieci najczęściej chorują na weekend, kiedy nie ma dostępu do lekarza i umówiłaś się z przyjaciółką. (Amerykańscy naukowcy powinni przeprowadzić badania na ten temat).
Nie wiem co to za zmysł, ale jest szczególnie wyczulony u tych najmniejszych. Kiedy rodzic w końcu wszystko ogarnie i chce posadzić swoje umęczone członki na wygodnej kanapie to prawdopodobieństwo pobudki wzrasta o 80%, a jeżeli dzierży w dłoni z filiżankę aromatycznej kawy to wzrasta już do 100%. Co to za instynkt?
Czyżby atawizm, kiedy nasze dziecko interpretuje nasze kocie, pozbawione gwałtowności ruchy jako skradającą się zwierzynę do jaskini? Że za 3,2,1 sekund otwiera oczy?
Im bardziej rodzic się stara wywołać radość na dziecięcej twarzy drogą zabawką, tym efekt będzie bardziej mizerny. Tyle wysiłku, a pieseczek na baterie leży w kącie z łapami do góry. A wystarczy powiedzieć: „To moje płatki! Są mi potrzebne” i zostawić na chwilę dziecko w łazience. Nie minie 10 sekund, a już pulchna łapka sięgnie po okrągłe cudeńko.
Tak samo jest z różnymi drobiazgami, które z pozoru mogę nam się wydawać nieciekawe. Jednak dzieci odnajdą ich drugie dno.
Obstawiam, że po 10 i to szybko liczonych. Dzieci mają ten dar, że potrafią wyczuć kiedy nasze ciało dotyka fotela, kanapy, a nawet podłogi. Nie będę wymieniać toalety, bo to przecież oczywiste. Nie ma czytania, nie ma herbaty picia jest zabawa i wygłupy z lekko ociężałym rodzicem.
Żaden mądry poradnik nie uczy rodziców, jak przewidywać gusta ich pociech, szczególnie z rana, kiedy jeszcze niezbyt w dobrych humorach siedzą przy stole. Wydawać by się mogło, że maleńkie auto na talerzu nie zostanie zauważone przez rozespane oko 5-latki, dla której jedyny właściwy kolor to „elzowy”. Nic z tych rzeczy, nie ten talerz, nie ten dzień, nie ta mama i idzie kula śnieżna, która nabiera na prędkości i na koniec uderza biednego rodzica prosto w twarz.
Wielu rodziców już się w tym temacie wyedukowało, zapominają o tym tylko nowicjusze. Każdy rodzic przed wyjściem z domu (szczególnie zimą) pyta dziecię: „Chcesz siku?”. Odpowiedź pada „tak” lub „nie”, ale z doświadczenia wiem, że i tak nie ma to wpływu na dalszy rozwój wydarzeń. No więc mimo tego, że dziecię już w toalecie nawet było, to jak mu założysz niekończący się ciąg:
rajstopyspodniekurtkirekawiczkiczapkiszalikibuty. To i tak albo tuż po wyjściu lub chwilę po tym usłyszysz: „Mamo, chce mi się…” I już nawet nie musi kończyć, bo ja już to WIEM i krew mnie zalewa. Już nie wspomnę o sytuacjach kiedy jesteśmy np. w restauracji i dzieci się bawią 40 minut w oczekiwaniu na jedzenie i kiedy ono wreszcie przychodzi to co słyszę: „Mamo, chce mi się…” A sytuacje najbardziej hardcorowe, o których nie przeczytasz w żadnym poradniku to wyjście samemu z dwójką dzieci, kiedy jedno patrzy Ci głęboko w oczy i mówi: „Mamo, chcę mi się…” A mi właśnie wtedy chce się… wyć!
kiedy jest 5 rano albo jesteś pod prysznicem albo jesteś w toalecie albo suszysz włosy (?!?!). A kiedy siedzimy wieczorem przy kolacji to jakby amnezja je dopadła i wszystkie te SUPER WAŻNE SPRAWY, które NAPRAWDĘ nie mogą poczekać aż wyjdę z łazienki, odchodzą w zapomnienie.
Ale tylko do pierwszej pobudki. Przy drugiej już tak nie myślisz. A przy trzeciej to…
A jak już w końcu zaśnie to jeszcze przeglądasz jego zdjęcia na telefonie. Dlaczego nie piszą o tym w poradniku dla rodziców?
Po pierwsze, kiedy tylko zmienisz dziecku mokrą pieluchę, to jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że za dosłownie chwilkę będziesz zmieniać drugi raz, tylko z o wiele cięższym ładunkiem.
A Wy co byście dodali?
„- Wyjąć Julka! Wyspałaś!”
„- Wyjąć z łóżećka, juś”
Unosisz ciężkie od snu powieki. Patrzysz na wyświetlacz – wciąż łudząc zmysły, iż wszechobecna szarość oznacza środek nocy i pobudzony synek da się spacyfikować zapachem rodzicielki. Jest 7.07. Podejmujesz próbę mobilizacji wciąż śpiących partii mięśni, jeszcze nie do końca wiesz na jakim jesteś świecie, a już coś Ci nie pasuje. Tego burego dnia też tak miałam. Naprawdę rzadko kłócę się z moim mężem, ale tym razem atmosfera jest gęsta od samego rana. Nie pomaga nawet aromatyczna kawa, której rano potrzebuję bardziej niż podmuchu powietrza.
post sponsorowany przez Electrolux
Trzymam w ręku parujący kubek z pobudzającym płynem. Wyglądam przez usmolone okno i widzę, że dziś jest znów ten dzień. Można siekiery wieszać. Ot i moje spacerowo-dzieciowe plany odlatują niniejszym z głośnym sykiem w siną dal.
Mówią: „Nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednia odzież”.
Niestety, to powiedzenie się w Polsce zdezaktualizowało.
Co ja mam odpowiedzieć dziecku, które stoi pod drzwiami i prosi: „Spacel, Mamo, juś! MAMO! Tejaz!”
„Przepraszam synku, ale mamy tak trujące powietrze, że niestety musimy zostać dziś w domu.”
Nie tak sobie wyobrażałam moje wyśnione macierzyństwo! Każdy rodzic ma wiele problemów, ale żeby jeszcze musiał się dodatkowo zamartwiać o „morowe powietrze”, które duszącym smrodem wypełnia cały świat się za oknem?
Tego dnia, jak zwykle zostaję z dziećmi w domu i próbuję animować towarzystwo różnymi propozycjami edukacyjno-rozwijającymi w duchu Montessori. 10.45. Koniec pomysłów. Mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie stado małp, a nie dwójka przeciętnie, z siatkę centylową rozwiniętych i wcale nie hiperaktywnych dzieci w wieku 2 i 5.
Jak dotrwać do 20.30 nie wychodząc z domu? Są właśnie takie dni, kiedy naprawdę odliczam nie godziny i nie minuty, a sekundy do przyjścia męża z pracy. Zamknięta w czterech pomazanych kredkami ścianach bez możliwości wyjścia na zewnątrz, z telefonem w ręku nerwowo sprawdzam na aplikacjach, czy może łaskawie PM2.5 i PM10 straciły na mocy.
Mąż wraca z pracy. Po całym dniu „siedzenia w domu” (bo siedzeniem tego bym nie nazwała) jestem tak wściekła na to, że nie mogę wyjść z dziećmi chociaż przed blok na godzinę, że wystarcza naprawdę niewiele.
To typowa środa – mąż zabiera wtedy dzieci na 2 h i jadą dla przygody, celowo metrem do centrum na angielski. Tego dnia, mimo że wszem i wobec – wszelkie media trąbią „Ogłaszamy warszawski alarm smogowy!” – mój mąż wcale nie zamierza porzucić swego rutynowego planu i sam się o to prosi, uruchamiając mnie prowokacyjnym:„ – Przesadzasz!”
„- I do tego dramatyzujesz jak rozhisteryzowana nastolatka”
„Całe życie, jak żyję, był smog, a nagle teraz się o nim niby zrobiło głośno, to zwykła ściema” – próbuje argumentować mój nieświadomy zbierającej się nad nim gęstej chmury burzowej małżonek. Oczywiście, że był, ale nigdy nie było tak źle. A właściwie to jest coraz gorzej. Bardzo dobrze, że jest głośno o smogu i powinno być jeszcze głośniej. Może w końcu po rozdmuchaniu tematu, osiągniemy masę krytyczną i przyjazny klimat by zadziałać.
„Smog nie jest tak szkodliwy żeby AŻ nie wychodzić z domu” – tym argumentem próbuje mnie przekonać – mój wykształcony w kierunkach humanistycznym mąż. Ja tę dawkę chemii „łyknęłam” już jakiś czas temu. Niestety, jego wiedza na ten ten temat jest znikoma, bo kiedy go pytam o pyły zawieszone, benzo(a)piren i ich wpływ na zdrowie, to nie ma bladego pojęcia o co kaman. Ale na szczęście jest osobą, która nie opiera się wiedzy i nie sprzecza z faktami. Posyłam mu kilka linków do poczytania. W końcu dziś będzie samotnie i bez mojego słodkiego towarzystwa spędzał szare, długie i nudne wieczorne godziny. Foch!
„Bez przesady, nie musimy specjalnie się bronić przed smogiem”– nadal nie jest do końca przekonany, że maski i oczyszczacze faktycznie działają. Oczywiście, że aktywnie pomagają – filtry węglowe bardzo dobrze oczyszczają powietrze i pozwalają nam oddychać pełną piersią. Ech, żeby tak mogły w tym samym czasie równie skutecznie oczyszczać duszną od kłótni małżeńskiej atmosferę! No cóż, na to się ma szczęście ma inne sprawdzone sposoby i sposobiki….
Na szczęście jest osobą, która lubi czytać i wiem, że jak już opadną emocje, przestudiuje skrupulatnie artykuły i badania, które mu wysyłam. Znam go na tyle że na początek podeśle mi link do swojego ulubieńca Korwina, który powie: „ Żadnego smogu nie było i nie ma! Jest to zwykły spisek wszelkiej maści lobbystów!”. Ale jestem pewna, że po rzetelnym obadaniu tematu, kiedy już nie będzie tylko szukał kontrargumentów, byleby nie wyszło że się myli… cicho i pod nosem przyzna mi rację.
Zasypiam wieczorem niespokojna – całym dniem na chacie zmordowana. Prześladowana przez uporczywą myśl, że nie wyobrażam sobie naszej przyszłości w kraju, gdzie czyste powietrze to luksus, którego nawet nie można sobie kupić.
Sen jest przedziwny. Tak realny! Jednocześnie przerażający…
Budzę się w super nowoczesnym mieszkaniu, całym z błyszczącego szkła i lśniących luster. Wyglądam za okno i zupełnie mnie nie dziwi wszechobecny smog. Interaktywny wyświetlacz pomiaru smogu, radośnie na jaskrawo-czerwono pokazuje stan alarmowy. Sprawdzam kontrolki na oczyszczaczu powietrza. Upewniają mnie, że w mieszkaniu powietrze jest krystalicznie czyste. Podlewam przestarzałym zwyczajem antysmogowe rośliny na parapecie i pędzę sobie zaparzyć poranną kawuchę.
W domu otaczają mnie dziwne przedmioty, które przypominają gadżety z filmu science-fiction. Pralka, która sama selekcjonuje pranie wg koloru i sposobu odświeżania. Komoda, która po wrzuceniu do dolnej szuflady sterty wysuszonego prania – sama selekcjonuje, składa, prasuje i przesuwa wszelkie części garderoby do odpowiednich szuflad. Sama jestem zdziwiona moim nowym apartamentem i wiem, że to nie są moje czasy. Sprawdzam Aj-fona XXS i okazuje się, że jest rok 2030, a ja nadal mam tyle lat co teraz, a moje dzieci 2 i 5, czyli nadal siedzę w pieluchach.
Do tego da się przyzwyczaić? Możliwe, skoro ludzie od 20 lat nic z tym nie zrobili…. Sprawdzam na aplikacji, że dziś, czyli 31.01 w Warszawie jest dzień bez samochodu, czyli po mieście mogą się poruszać tylko pojazdy Solarnej Komunikacji Metropolitalnej im. ministra Szyszko. Jak zwykle wybieram mój preferowany środek transportu, czyli własne nogi. Właśnie kończą nam się filtry do masek, więc do Stacji Antybenzo(a)pirenowej naginam na moim składaku.
Później wybieram się z dzieckiem na spacer, oczywiście odpowiednio przygotowana. Przed samym wyjściem szukam, jak zwykle, po wszelkich zakamarkach naszego przenośnego oczyszczacza do wózka, który pozwala małym dzieciom, w swoich bezpiecznych pokrywach oddychać świeżym powietrzem. Huncwoty są za małe by chodzić w maskach, a to one właśnie potrzebują spacerów najbardziej. Biorę też dla niego smoczek (ja zdeklarowana logopedka…). Wiem, że kiedy dziecko trzyma go w buzi to oddycha przez nos – a wtedy powietrze też jest trochę czystsze.
Zabezpieczeni przez te we wszystkie gadżety wychodzimy z domu na spacer. Moim telefonem z nadgryzioną gruszką mierzę laserowo poziom pyłów w powietrzu i jest porównywalny do 30 piętra, na którym mieszkamy. Na ulicach od dawna nikogo nie dziwi fakt, że ludzie chodzą w maskach i w założonych filtrach w nosach. Niektórzy mają nawet fikuśne biżuteryjne filtry, które stały się hitem na ulicach. Dziewczyny noszą takie nawet z diamentami. Dzieci, które są za małe na maski jeżdżą w wózkach z pokrywami, a w środku mają małe przenośne oczyszczacze powietrza.
Chociaż tego dnia normy są przekroczone parokrotnie, nikt się tym absoutnie nie przejmuje. Ludzie starają się przejść z punktu A do punktu B w możliwie jak najszybszym czasie żeby nie przebywać długo na zewnątrz. Naprawdę nikogo nie dziwi smutny portret Warszawy w masce antysmogowej. Każdy ma ją, jak przyszytą na twarzy. Tak jak kiedyś kochałam to miasto, to teraz naprawdę ciężko żywić do niego ciepłe uczucia.
Większość klimatycznych kamienic zastąpiły bardziej efektowne wysokie wieżowce, które skutecznie uniemożliwiają przepływ powietrza w mieście. Wszędzie szaro i ponuro od osadzającego się pyłu.
Nagłówki gazet: Polska najbardziej zanieczyszczonym krajem świata.
Wieczorem jest coraz gorzej. Wtedy nigdy nie zabieram ze sobą dzieci.
Unoszę ciężkie od snu powieki. Mój łapiący ostrość wzrok pada na męża. Siedzi z nosem w telefonie i acz niechętnie ale jednak sprawiedliwie przyznaje, że niestety miałam rację. Przeczytał w nocy raporty i wyniki badań. Oddycham z ulgą, że stoimy po jednej stronie wobec wspólnego wroga. Podnoszę się z łóżka, sprawdzam kontrolki na oczyszczaczu powietrza, nawadniam rośliny antysmogowe i pędzę sobie parzyć kawę. Mam nieodparte poczucie deja vu…
a współudział należy do marki Electrolux – producenta oczyszczaczy. Nasz model oczyszczacza to EAP450 – pogromca pyłów zawieszonych i innych świństw, które wiszą w powietrzu. Ma filtr HEPA, który skutecznie zatrzymuje tablicę Mendelejewa w środku. Nie trzeba go nosić po mieszkaniu, bo bez problemów ogarnia 103 m2. Właściwie jest bezobsługowy, bo na trybie automatycznym sam wykrywa zwiększone zanieczyszczenie i wtedy zaczyna mocniej pracować. Z nim możemy spać spokojnie, bo nawet nie słychać go w trybie nocnym.
Naprawdę niesamowite jest tych kilkadziesiąt sekund tuż po wejściu do domu, kiedy powietrze na zewnątrz śmierdzi spalenizną, a w domu czuć świeżą bryzę. Powinno być odwrotnie, ale cóż żyjemy takich czasach, że oczyszczacz powietrza stał się podstawowym produktem AGD w mieszkaniu.
Ma tylko jeden minus – nie oczyszcza atmosfery po małżeńskiej kłótni;)
Pomysł i realizacja własna
Makeup Kasia Opolska
Hotel dla rodzin z dziećmi to miejsce, które powinno być przystosowane do potrzeb małych gości. W dzisiejszym wpisie zaprezentuję Wam 10 miejsc, które właśnie takie są. W każdym z nich byliśmy i uważamy, że są naprawdę ciekawe i godne polecenia. (Po zimowe rekomendacje kliknij tutaj: Hotele na narty z dziećmi – ranking TOP 20
wpis zawiera linki afiliacyjne
EDIT tu łapcie świeżo po naszej wizycie – Czy to najlepszy hotel w górach dla rodzin z dziećmi?
piękne, czyste jezioro idealne dla dzieci; ogromny teren zielony; pyszne jedzenie
Natura Mazur to hotel skierowany do rodzin z dziećmi, którzy chcą wypocząć w przepięknych oklicznościach przyrody. Na miejscu czeka nas mnóstwo atrakcji: basen w środku i jacuzzi z niesamowitym widokiem na zewnątrz, sala zabaw, plac zabaw, kręgle. Do tego w weekendy są ciekawe animacje dla dzieci i atrakcje (u nas było ognisko ze śpiewami). Jedzenie jest przepyszne i bardzo urozmaicone.
Największą atrakcją jest jezioro Narty, które jest najpiękniejszym jeziorem, jakie widziałam w Polsce: na dnie jest miękki piasek i zero mułu, jest to jedno z najczystszych jezior (można w nim nawet nurkować), a do tego jest płytkie (około 10 metrów od brzegu jest woda po kolana). Jeżeli szukacie miejsca na wypad z rodziną, to bardzo Wam polecam Naturę Mazur. My z pewnością wrócimy tam jesienią, bo nie mieliśmy czasu nawet skorzystać ze wszystkich atrakcji w środku.
przyroda, piękna okolica z bajeczną drogą do jeziora, przepyszne śniadania
Jest to hotel dla rodzin z dziećmi, którzy cenią sobie bliskość natury. Nie jest to duży hotel, ale spełnia wszystkie warunki. Jest basen, sala zabaw z animacjami, menu dziecięce, a do tego wspaniały drewniany plac zabaw. Do tej pory wspominamy nasz pobyt w tym hotelu i z pewnością tam wrócimy.
Nakręciliśmy również film z naszego wyjazdu, który w pełni oddaje klimat tego miejsca: KLIK
Obszerny wpis z recenzją pisałam tutaj: Hotel Aubrecht
basen z atrakcjami (brodzik), sala zabaw Kiddos, plaża
Hotel znajduje się około 40 km od Warszawy, więc spokojnie w godzinę w piątek tam dojedziecie. Cały kompleks jest położony nad samym jeziorem, do tego jest naprawdę ogromny. Jeżeli Wasze dzieci jeżdżą na rowerkach, hulajnogach to możecie je ze sobą zabrać. Jest świetny basen ze zjeżdżalniami i brodzikiem, na który chodziliśmy dwa razy dziennie.
Na uwagę zasługuję niespotykana sala zabaw Kiddo’s, które robi ogromne wrażenie. Wstęp mają do niej dzieci w wieku 4-12 lat i zostają tam same z Paniami. Jest to hotel dla rodzin z dziećmi, którzy cenią sobie wygodę. Do hotelu przynależy plaża, więc latem można spędzić tam naprawdę fajny czas.
genialne animacje, bliskość plaży, atrakcje dla dzieci
Hotel Aquarius jest położony bardzo blisko morza. Dosłownie w 7 minut jesteśmy w stanie tam dotrzeć nawet z dwójką dzieci. Wzdłuż plaży jest deptak, więc możecie wziąć dzieciom hulajnogi i rowerki. Jedną z najmocniejszych stron hotelu są animacje dla dzieci. Chyba nigdzie nie spotkałam jeszcze tak szerokiej i ciekawej oferty.
W czasie wakacji, ferii, długich weekendów jest bardzo rozbudowana. W inne dni animacje również są, bo Pani Agnieszka pracuje tam na stałe. Podczas naszego pobytu była cała rozpiska z planem animacji.
piękne otoczenie, sala zabaw, smaczne jedzenie
Nad samym jeziorem znajduje się hotel, który jest w pełni przystosowany do potrzeb dzieci. Macie tam wszystko, co jest potrzebne: basen z brodzikami, świetną salę zabaw z animacjami w weekend, smaczne jedzenie. Okolica skłania do spacerów – jezioro, ścieżki rowerowe, place zabaw i dużo atrakcji latem (wodny plac zabaw).
świetny design, sala zabaw, ogromny plac zabaw na zewnątrz
Piękny hotel z góralskimi motywami, ale w stylowym wydaniu. Byliśmy w nim zimą rok temu i było wspaniale. Mnóstwo śniegu na pobliskiej górce i herbata zimowa sprawiły, że bardzo dobrze wspominam te wyjazd. Dla dzieci jest fajna sala zabaw, basen i animacje.
Z racji tego, że byliśmy zimą to nie mogliśmy skorzystać z placu zabaw, który jest na zewnątrz. Zrobił na nas ogromne wrażenie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli z niego skorzystać. Świetny hotel dla rodzin z dziećmi.
bajkowy wystrój, lokalizacja, restauracja hotelowa
Bajkowy hotel w stylu „Alicja z krainy czarów” położony bardzo blisko Dworca głównego. Niesamowite wrażenie na dzieciach zrobią dekoracje nawiązujące do magii (stoły i krzesła na suficie, fotele w kształcie filiżanek, drzwiczki skrzatów w pokojach). Co prawda nie ma basenu, ani specjalnej sali zabaw, ale i tak jest to ciekawy wybór. W hotelowym lobby jest duża przestrzeń z zabawkami dla dzieci, a tuż obok jest restauracja z przepysznym jedzeniem.
Jeżeli wybieracie się do Wrocławia to przeczytajcie nasz wpisy z atrakcjami tego miasta: Atrakcje Wrocłąwia i Pomysł na weekend – Wrocław
świetny basen o niezwykłym designie, położenie, baza wypadowa na wycieczki
Mamy do Białowieży niezwykły sentyment, bo sama w dzieciństwie sporo tam przebywałam. Białowieża jest cudownym miejscem na wyjazd o każdej porze roku, tam zawsze jest sezon, a nie ma tłumów. Sam hotel położony jest w centrum Białowieży. Niewątpliwie wyróżnia go strefa spa, która przypomina las. Dla dzieci są brodziki. W hotelu jest sala zabaw dla dzieci i duży plac zabaw na zewnątrz. Jeżeli jeszcze nigdy nie byliście w Białowieży to koniecznie się tam wybierzcie.
Tutaj macie spis miejsc, które warto odwiedzić i restauracje godne polecenia Atrakcje Białowieży
lokalizacja, wyposażenie pokoi, menu
W tym hotelu byliśmy około 4 lata temu, ale do tej pory bardzo dobrze go wspominamy. Niesamowicie wyposażone pokoje – można nawet zamówić nawilżacz powietrza, podgrzewacz do butelek, wanienkę itd. W hotelu jest sala zabaw i są organizowane różne atrakcje. Cały kompleks położony jest trochę na uboczu nad jeziorem. W okolicy jest mnóstwo atrakcji. Jeżeli nie byliście w Augustowie, to serdecznie Wam polecam.
lokalizacja, dużo atrakcji dla starszych dzieci, baza wypadowa na wycieczki
Na granicy województwa małopolskiego i śląskiego znajduje się kompleks hotelowy Kocierz. Świetne miejsce, bardzo urokliwe. Jest basen, przy restauracji oddzielna sala zabaw i wiele atrakcji na zewnątrz dla starszych dzieci. Park linowy rozciągnięty wśród drzew skłania do poznawania okolicy z wysokości, a zjeżdżalnie na zewnątrz zapewnią super zabawę. Co prawda byliśmy tam już dawno, ale pamiętam, że zrobił na mnie spore wrażenie – właśnie pod względem atrakcji dla dzieci.
A tu łapcie wpis, w którym omawiam Podlasie i wszystkie jego atrakcje!
Hotel dla rodzin z dziećmi to miejsce przyjazne małym gościom i im rodzicom. Znacie takie miejsca, których jeszcze nie odwiedziliśmy? Dajcie znać w komentarzu.
Siedzi prawidłowo przy biurku, czy też nie? Czy rodzice uczniów wiedzą ile czasu dzieciaki spędzają w tej pozycji? Najpierw lekcje w szkole, potem lekcje w domu, zajęcia dodatkowe. Gdyby to podliczyć, to średnio uczeń spędza przy biurku około 6, a nawet do 8 godzin dziennie! Wystarczy sobie uzmysłowić jak my, dorośli czujemy się po całym dniu pracy przy komputerze…
Konieczność o zadbanie o prawidłową postawę wydaje się więc oczywista. W praktyce jednak ogranicza się do zakupu dostoswanego do wysokości dziecka biurka i regulowanego krzesełka. A krzesło, nawet to najlepsze nie spowoduje, że dziecko siedzi prawidłowo przy biurku.
Czy to wystarczy?
Na pytania odpowie Rafał Raczewski, magister fizjoterapii, obecnie w trakcie studiów podyplomowych, 5-letnich na kierunku osteopatia z For-Clinic z Poznania.
Moment, kiedy dziecko idzie do szkoły jest przełomowy dla rozwoju jego ciała. Niestety, mówimy tutaj raczej o negatywnych konsekwencjach, które płyną ze zmiany stylu życia dziecka. Zamiast godzin swobodnych zabaw na podłodze i biegania nagle większość czasu dziecko zaczyna spędzać w niefizjologicznej, siedzącej pozycji. Nie zrekompensują tego niestety sportowe zajęcia pozalekcyjne.
W przeciwnym razie mogą pojawić się problemy z napięciami, skrzywieniami kręgosłupa, asymetrią. Dla rodziców takie zmiany mogą być niewidoczne, ale rzutują one między innymi na możliwość koncentracji.
Rodzic uważa, że to oznaka zniecierpliwienia dziecka, a tymczasem to naturalny sposób rozładowania napięcia i potrzeba ruchu. Widząc taki sygnał, zamiast uspokajać dziecko należy przerwać odrabianie lekcji, zaproponować kilka ćwiczeń rozciągających, pozwolić odetchnąć świeżym powietrzem. Zmęczenie też powoduje, że dziecko nie siedzi prawidłowo przy biurku.
Nie, ponieważ nie jesteśmy stworzeni do siedzenia. Dlatego rodzic powinien skupić się na kilku aspektach.
Prawidłowe siedzenie to jedno.
Ważne jest, żeby zachować trzy punkty podparcia dla pośladków: na kości ogonowej i kościach kulszowych.
Po drugie: całe stopy powinny znajdować się na ziemi, a całe łokcie na stole (a nie tylko przedramiona).
Po trzecie: proste plecy i szyja. Im szybciej wyrobimy u dziecka nawyk takiego siadania, tym lepiej. Ale to tylko część sukcesu.
Jak już powiedziałem: długotrwałe siedzenie po prostu z zasady nie jest zdrowe, a nie ma jednej, idealnej pozycji. Każda, nawet ta najlepsza, po dłuższym czasie będzie powodowała napięcia i problemy.
Generalnie idealnie by było, żeby po powrocie ze szkoły dziecko jak najmniej siedziało przy biurku.
A już zupełnie fantastycznie byłoby, gdyby w szkole była możliwość krótkich przerw na ruch w czasie lekcji. Niestety, w naszej rzeczywistości najczęściej dzieci siedzą w ławce 45 minut, a prace domowe zajmują czasami nawet kilka godzin. Zajęcia pozalekcyjne typu lekcje muzyki czy języki obce też odbywają się na siedząco. Biurka rzadko są do tego dostosowane. Zwykle są zdecydowanie za niskie.
Optymalnie byłoby, gdyby biurko było wysokie, a dziecko przyjmowało pozycję, gdzie cały ciężar oparty jest na stopach, a krzesło służy do podparcia. To jednak nieczęsta sytuacja (da się taką pozycję ustawić w krześle Nomi). Dlatego to, co rodzic powinien robić w domu to motywować dziecko do częstych zmian pozycji w czasie odrabiania lekcji, regularnych, np. co 20 minut, krótkich ćwiczeń rozciągających.
Można kupić specjalną poduszkę sensoryczną. Wygląda jak połówka kolczastej piłki. Dziecko siedząc na niej cały czas musi lekko balansować ciałem. Taki sam efekt daje siedzenie na piłce. Dobrą pozycją jest też praca na pół-stojąco z podparciem pośladków. Ważne jest jednak, aby te działania wykorzystywać zmiennie. Istotą jest tutaj częsta zmiana pozycji, wymuszenie ruchu. Wtedy łatwiej spowodować, że dziecko siedzi prawidłowo przy biurku.
Ostatnio słyszałem reklamę żelków dla dzieci z magnezem, które w cudowny sposób rozwiązały ten problem… Oczywiście żartuję? Fakt, że niedobory witamin i składników mineralnych mogą mieć na to wpływ, ale przede wszystkim należy skupić się na tym dlaczego dziecko ma problem z przyjęciem prawidłowej postawy ciała. Najczęściej to skutek napięć, które mogły pojawić się np. już podczas porodu.
Polecam wówczas wizytę u osteopaty i fizjoterapeuty. W moim gabinecie spotykam się w wieloma pacjentami w wieku szkolnym. Praca z nimi polega na wychwyceniu różnych napięć w ciele, oraz zlikwidowaniu nieprawidłowych nawyków, które ciało „zapamiętało” z wcześniejszych etapów życia.
Jeśli dołączymy do tego pracę z dzieckiem w domu i ćwiczenia z fizjoterapeutą podczas odrabiania lekcji to w krótki czasie możemy uzyskać zadziwiające efekty. Rodziców z Poznania i okolic serdecznie zapraszam do odwiedzenia naszej strony www.for-clinic.pl i w razie wątpliwości można umówić się na wizytę kontrolną z dzieckiem. Warto pamiętać, że doświadczone oko specjalisty zobaczy znacznie więcej niż oko rodzica.
Lilki krzesło Nomi
Zapytacie pewnie, dlaczego nie jest to Stokke. Niestety sama zainteresowana nie zgodziła się siedzieć w kuchni przy posiłkach już na zwykłym krześle. Próbowaliśmy i było jej niewygodnie bez podpory na stopy i dopasowanego siedziska, więc zdecydowaliśmy, że do biurka musi mieć oddzielne. Byłam bardzo ciekawa tego krzesła, więc od kilku miesięcy używamy właśnie jego.
Może za jakiś czas porównam wszystkie krzesła, które mamy i będziecie mieli pogląd. A teraz jestem z niego zadowolona, bo krzesło można dostosować do wzrostu dziecka bez rozkręcania go, a nawet jest wskazane żeby dziecko na nim siedziało podczas regulacji, bo dzięki temu można to zrobić dokładnie.
Biurko – stolik to Flexa
Właśnie czegoś takiego prostego szukałam. Stolik ma regulowane nóżki i można go bez problemu dostosować do wzrostu dziecka i wysokości, jaka nam odpowiada. My mamy ustawione na najwyższy, bo chciałam żeby młodszy brat miał ograniczony dostęp do biurka. Jak na razie, to rozwiązanie sprawdza nam się idealnie.
Blat jest duży i szeroki – myślę, że na kilka lat spokojnie nam wystarczy. Kiedyś już Wam pisałam (Dlaczego dziecko potrzebuje rytuałów), że mamy łóżko z Flexy i nie zmieniam o nim zdania – jest świetne! Jakość i wykończenie na bardzo wysokim poziomie.
Do zdjęcia pozowała Joanna z bloga Dieta eliminacyjna
Hity kosmetyczne roku 2017 to zbiór moich ulubionych rzeczy, których używałam w tym roku. Uwielbiam testować różne nowości i odkrywać kosmetyczne perełki, dlatego zebrałam je w dzisiejszym wpisie.
W tym roku moja kosmetyczka wzbogaciła się o sporo ciekawych produktów, które polecam moim przyjaciółkom i czytelniczkom w prywatnych wiadomościach. Uznałam, że początek roku sprzyja takim podsumowaniom, więc opisałam je specjalnie dla Was, bo może również i Wam się spodobają.
Alkemie
Krem, który naprawdę działa jak botoks! Już po miesiącu użytkowania widziałam efekty, które przerosły moje oczekiwania. Mam sporo zmarszczek mimicznych w okolicach oczu i kiedy się śmieję – widać je dość mocno. Nawet makijaż w tych okolicach nie do końca pomaga, jak skóra nie jest odpowiednio przygotowana.
Better than botox bardzo wygładził okolice moich oczu. Moim problemem są również odpadające powieki i po kilku miesiącach używania widzę, że ta powieka jest delikatnie uniesiona, a skóra ujędrniona. Nie spodziewałam się takich efektów po kremie z naturalnym składem. Lekko rozjaśnił również cienie pod oczami, ale jego działanie jest zdecydowanie inne. Kupiłam go również mojej mamie i ona również potwierdza działanie tego kremu.
Wcześniej lubiłam krem z awokado z Kiehl’s, ale ten bije go na głowę.
Resibo
Odkrycie końcówki roku. Krem, którego używam zawsze po myciu twarzy. Jest bardzo lekki, a jednocześnie mocno nawilża. W sezonie jesienno-zimowym mam problem z suchą skórą w kilku miejscach na twarzy, a ten krem niweluje ten efekt przesuszenia.
Świetnie się rozsmarowuje, szybko wchłania i daje satynowe wykończenie. Praktycznie po kilku minutach nakładam na niego podkład i nic się nie roluje. Krem chroni przed promieniowaniem UV i zanieczyszczaniami powietrza.
Hity kosmetyczne roku 2017
Krem, który nie tylko fajnie wygląda na skórze, dając efekt rozświetlacza, ale również lekko nawilża. Stosuję go przed nałożeniem makijażu na kości policzkowe, a czasem na dekolt. Krem zawiera drobno zmieloną mikę, która odbija światło i daje efekt opalizującej tafli. Lubię go używać nawet kiedy nie nakładam dużo makijażu. Wystarczy, że umaluję rzęsy i już jestem gotowa.
Tusz, którego używałam cały rok. Jest duży (10 ml) i bardzo wydajny. Świetnie wydłuża i podkręca moje liche rzęsy. Jedna warstwa w zupełności wystarczy do makijażu dziennego, a dwie dają efekt WOW.
Nie kruszy się, nie zostawia „pieczątek” na łukach i świetnie się nosi. Nie wiem co mnie podkusiło, że kiedy mi się skończył to kupiłam zupełnie inny tusz, który w porównaniu do tego jest naprawdę słaby (Lancome Hypnose Volume a porter)
Według mnie są to najlepsze i najładniejsze cienie do powiek. Długo używałam ich małej paletki z matowymi cieniami TUTAJ i ją naprawdę uwielbiam. Są pięknie napigmentowane, długo się trzymają na bazie UD, nawet na mojej opadającej powiece się nie rolują.
Czarnym cieniem często robię sobie kreski i wygląda świetnie. Do tego cała paletka jest przystosowana do przewożenia w kosmetyczce, a cienie są mocno zapieczone, więc nawet jak Jul niepostrzeżenie rzucił ją o podłogę to nic im się nie stało (uuuuf!)
Uwielbiam matowe pomadki, które długo się utrzymują na ustach. Do tej pory najbardziej lubiłam Bourjous Velvet i Revlon w kredce, ale jak tylko pojawiły się Kat von D to musiałam je wypróbować! Naprawdę tak długo się utrzymują na ustach, że aż trudno w to uwierzyć. Są bardzo mocno napigmentowane. Mam tylko problem z kolorówką i chyba nie do końca trafiłam z kolorem moich (Mother), ale następnym razem wybiorę coś odrobinę jaśniejszego. (Widzę, że teraz mój zestaw jest w promo za 39 zł KLIK)
Pod koniec roku kupiłam sobie zestaw 3 miniaturek i od pierwszego wejrzenia pokochałam je całym sercem. Są idealne! Pod wpływem ciepła i innego ph zmieniają kolor na ustach od razu po nałożeniu. Uwielbiam za doskonałe nawilżenie, brak wysuszenia i trwałość.
Można się nimi malować bez większych umiejętności i nawet bez lusterka. Jedną mam w torebce, drugą w kieszeni, a trzecią już zdążyłam zgubić 🙁 Najładniejsza jest wg mnie różowa, która nadaje piękny kolor ustom.
Jestem uzależniona od tych mydeł! To już nasza 3 lub czwarta butelka, zostanę im wierna przez długi czas. Mydło, które dobrze myje, a nie wysusza rąk, na czym najbardziej mi zależy zwłaszcza zimą. Dobrze się zmywa z rąk i pozostawia piękny zapach.
Moje odkrycie tego roku! Przywiózł mi go mąż z targów kosmetycznych i bez żadnego entuzjazmu użyłam go na swoich włosach (po wysuszeniu). Póżniej wyszłam na podwórko, było mokro i strasznie wilgotno. Moje włosy w takich warunkach atmosferycznych zazwyczaj wyglądają jak mop, to z tym sprayem pozostały idealnie gładkie i proste.
Używam go teraz po każdym myciu. Spray jest lekki i efekt można stopniować. Dzięki niemu nie wstydzę się też zdjąć czapki w miejscu publicznym, bo wiem, że włosy nie będą się elektryzować. Spryskuje nim też sukienki od spodu żeby nie przyciągały się do rajstop. Są dostępne w sieci drogerii Rossmann.
Odżywka w sprayu, która jest lekka i ułatwia rozczesywanie. Używam go na spółkę z Lilką i uwielbiam. Jest lekki, fajnie pachnie i dobrze nawilża włosy. Dostępny w Hebe.
Moje włosy lubią odżywki z silikonami i to tylko one trzymają je w ryzach. To są moje ulubione odżywki drogeryjne, które kupuję na zmianę. Kosztują około 8 zł, a sprawdzają się idealnie do włosów wysokoporowatych.
Ten zestaw startowy (do kupienia TUTAJ) dostałam w tym roku od męża na urodziny i od tamtej pory nie byłam ani razu u manikiurzystki. Nie wiem dlaczego dopiero teraz odkryłam zalety tego rodzaju manikiuru. Cały czas mam piękne paznokcie i już opanowałam technikę jego robienia. Cały czas dokupuję nowe lakiery i już sobie nie wyobrażam mieć standardowy lakier na paznokciach.
Jedynym minusem samodzielnego robienia manikiuru w domu były skórki, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Aż przyjaciółka poleciła mi ten płyn. Jest genialny! w 20 sekund rozmiękcza skórki, które odsuwam później patyczkiem i nic więcej nie musze z nimi robić.
Dostępny jest w drogeriach.
To były moje hity kosmetyczne 2017 roku.
A tu możecie zobaczyć Hity roku 2016 nebule
Wisi na naszej choince figurka misia, która nie ma nóżki. Ma smutną minę i wzrok tępo wlepiony w ścianę. Chciałby się uśmiechnąć, ale nie ma ku temu powodu. Wszyscy wkoło kupują prezenty, planują rozkład talerzy na wigilijnym stole, liczą gości, którzy do nich przybędą i myślą o radosnym czasie z rodziną. A miś tylko patrzy z nadzieją na lepsze jutro.
Nasz miś bardzo dobrze pamięta święta z 2014 roku, które były wyjątkowo trudne. Niby przygotowywaliśmy święta, kupowaliśmy prezenty i cicho śpiewaliśmy kolędy. Ale tylko dlatego, że tak trzeba było zrobić. Gdyby nie było z nami dziecka, z pewnością nie mielibyśmy siły na udawanie, że to radosny czas.
Na tydzień przed wigilią okazało się, że nasza rodzina nie powiększy się latem o nowego członka rodzina. I chociaż wszystko było pewne, to ja i tak liczyłam na cud. Zamiast lepić pierogi, robić pierniczki i włożyć świąteczne skarpety – siedziałam pod kocem i płakałam. Nie mogłam patrzeć na innych, którzy spędzają ze sobą wspaniały czas.
Kiedy jesteś nieszczęśliwy, to święta nie tyle nie cieszą, co wręcz wprowadzają w jeszcze bardziej beznadziejny stan. Stan, w którym czujesz się jeszcze gorzej, jeszcze częściej zadajesz sobie pytanie: „Dlaczego ja?” i naprawdę nic nie jest w stanie Ci pomóc.
Dobija to, że inni mają cudowny czas z rodziną, denerwują rzucone od niechcenia życzenia: „Wesołych świąt”, które przecież się nie spełnią. Święta, kiedy jesteś w dołku to czas, kiedy naprawdę chcesz, żeby minął jak najszybciej.
Właśnie wtedy pod tym kocem doszłam do tych wniosków, że dla osób, które mają smutny czas, święta są jeszcze trudniejsze niż zwykły dzień.
Mimo, że nie miałam wówczas na nic ochoty to pojechałam do sklepu z ozdobami świątecznymi żeby kupić kilka bombek na choinkę. Na wystawie sklepowej było ich mnóstwo, ale moją uwagę przykuł ten miś. Lilce kupiłam bombkę w kształcie ptaszka z prawdziwym piórkiem, a misia wzięłam dla tego milimetrowego życia, które jeszcze wtedy biło pod moim sercem.
Pomyślałam, że może tak się uda. Powiesiliśmy wszystko na choince i czekaliśmy na cud, który się nie wydarzył. A w dzień kiedy wróciłam od lekarza, który rozłożył tylko ręce, Lilka przez przypadek strąciła misia z choinki, a on stracił wtedy nogę. Byłam strasznie zła i jeszcze bardziej płakałam.
Po co mieliśmy wszystkim psuć święta? To nic by już nie zmieniło.
Jednak we mnie się wtedy zmieniło wiele. Zaczęłam dostrzegać tych, którym jest trudno. Zaczęłam nawet szukać sensu, w tym co się stało. Obiecywałam sobie, że jeżeli nam się uda, to będę miała ogromny dług do spłacenia. Tak się teraz właśnie czuję, że mamy taki dar, który trzeba doceniać codziennie i się nim dzielić.
Szczególnie w tym czasie świątecznym, który jest cholernie trudny dla osób, które są smutne, chore, samotne… Dla nich święta są właśnie bardzo, ale to bardzo ciężkie. Inni w tym czasie płaczą ze szczęścia lub z rozpaczy nad nie udanym prezentem. A oni chcą żeby ten czas jak najszybciej się skończył.
Najchętniej pomagam innym bez rozgłosu. Nie potrzebuję wdzięczności, ani nie poszukuję poklasku. Jednak moja czytelniczka Zosia, namówiła mnie do napisania tego wpisu. Bycie anonimowym pomagaczem jest fajne i taki typ pomagania preferuję, ale napisanie o tym może zainspirować innych również do tego, a to może spowodować kolejną, jeszcze większą falę dobra.
Długo się zastanawiałam, kto może potrzebować takiego wsparcia najmocniej. Z doświadczenia wiem, że to inne Mamy właśnie go potrzebują najbardziej. Mamy, które zostały same z dziećmi i do tego są samotne. Jak wiecie moja mama wychowała mnie samodzielnie, ale miała wsparcie w całej rodzinie i bliskich znajomych. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna i nadal nie wiem jak to zrobiła, ale jest moją bohaterką. Niestety są na świecie Mamy, które są samotne. Same wychowują swoje dzieci i dodatkowo nie mają jeszcze żadnego wsparcia.
Dlatego od dawna wspomagam Mamom, które są samotne, bo to ogromny trud wychować samemu dziecko, nie mając praktycznie żadnego wsparcia.
Mamy w Domu Samotnej Matki w Chyliczkach są w takiej sytuacji. Bardzo, ale to bardzo chciałam im pomóc i zrobić dla nich coś większego niż oddać ubranka, zabawki po nas. Długo też myślałam, jak zrobić coś, co chociaż w niewielkim stopniu podniesie je na duchu, że są na świecie ludzie, którzy o nich myślą. A ja nawet sądzę, że to są bohaterki, które mają bardzo trudne zadanie przed sobą.
Wiecie, że współpracuję z różnymi markami. Wy, często postrzegacie je jako reklamę, logo i nic poza tym. A ja wiem, że z nimi stoją wspaniali ludzie, którzy jak tylko usłyszeli o moim pomyśle to wysłali 100 kilogramową paletę kosmetyków dla mam i dzieci, pieluchy najlepsze na rynku i zabawki, które fajnie stymulują rozwój.
A wiecie co jest najlepsze? Oni chcieli pozostać anonimowi i nie afiszować się z tą pomocą. Jestem im tak ogromnie wdzięczna, bo zapewnili Mamom z Domu w Chyliczkach zapas na cały rok. Dlatego chociaż w ramach podziękowania podlinkuję wpisy, które dla nich pisałam Bycie mamą jest wspaniałe, Dziecko przesypia całe noce, Książeczka sensoryczna.A ja od siebie dorzuciłam jeszcze karty prezentowe do drogerii żeby w końcu Mamy kupiły coś dla siebie.
Właśnie od nich wróciłam i prawie przez łzy piszę dla Was ten wpis. Dom Samotnej Matki w Chyliczkach jest jedną z pierwszych tego typu placówek w Polsce. Pomaga samotnym Mamom, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej, a jednocześnie wspiera żeby były samodzielne.
Obecnie w Domu znajdują się Mamy z dziećmi, które mają mniej niż rok. Dobrze myślicie, to będą ich pierwsze w życiu święta i do tego spędzone właśnie w Domu Samotnej Matki.
W dzisiejszych czasach tak łatwo można pomóc, nie wychodząc z domu. Proszę, Wy też pomyślcie o tych Mamach, które wieczorem będą tulić swoje malutkie dzieci i będą myśleć o tym jak zbudować swoim dzieciom przyszłość. Prowadzące przeznaczają również pieniądze z darowizn na konto mam żeby mogły w niedalekiej przyszłości stanąć na nogi.
Tutaj znajdziecie wszystkie informacje. Możecie zrobić przelew, wesprzeć poradą prawną lub zapewnić pomoc materialną.
Strona internetowa: Dom Samotnej Matki w Chyliczkach
Z góry Wam dziękuję i czuję, że razem zrobimy coś JESZCZE BARDZIEJ DOBREGO, a prowadzące DOM się zdziwią, co się dzieje na ich koncie! Oczywiście nie wiadomo skąd, bo one nie wiedzą, że za mną stoi 100 000 tysięcy wspaniałych mam, które zaglądają na mojego bloga.