kontakt i współpraca
Trochę opuściliśmy się z frekwencją w odwiedzaniu miejsc związanych z kulturą, ale to dlatego, że najmłodszy domownik nam nie bardzo na to pozwala. Jedynie wyjścia do restauracji są dla nas w tym momencie najlepszą opcją. Ostatnio odkryliśmy nowe miejsce gdzie można spędzić kilka wyjątkowych godzin z rodziną.
W ubiegłą niedzielę odwiedziliśmy restaurację w hotelu DeSilva w Piasecznie.
Odkąd Julek jest z nami wybieramy trochę inne miejsca, gdzie jest ciszej, spokojniej, gdzie jest miejsce żeby postawić wózek. Niewiele jest takich miejsc w Warszawie, bo jednak właściciele chcą mieć dużo stolików na niewielkiej przestrzeni. Gdzieś w sieci trafiłam na ofertę Rodzinnych obiadów i postanowiliśmy je wypróbować.
Dzieci zasnęły w samochodzie i 15 minut po wyjeździe z centrum Warszawy już byliśmy na miejscu. Julek spał sobie smacznie w wózku, a my mogliśmy w spokoju zjeść obiad, deser i spędzić naprawdę fajny, rodzinny czas.
Już kiedyś Wam pisałam – często żałujemy, że żadna babcia nie mieszka w promieniu 100 km i tak naprawdę odkąd mamy dwoje dzieci to nie mamy z mężem czasu dla siebie. Julek wieczorem budzi się co pół godziny, a jak dzieci nie śpią to jednak bardziej zwracamy uwagę na nie niż na siebie.
To właśnie te weekendowe wyjścia do restauracji są przeznaczone dla mnie i męża. Lilka zazwyczaj jest zajęta 2-3 h zabawą z animatorką, Jul śpi w wózku, a my mamy w końcu czas dla siebie. Taka niewielka namiastka randki;)
Wracając do naszej niedzieli. Co mi się bardzo podobało to genialne animacje. Zupełnie inne niż w restauracjach. Pani miała przygotowany pomysł na całe zajęcia i były to Dinozaury. Dzieci robiły przy pomocy animatorki swoje pacynki, a później ozdabiały. Lilka była zachwycona, bo takie zabawy ostatnio uwielbia. Pani miała wyjątkowo dobre podejście do dzieci i „pomagała” im zrobić prace samodzielnie.
Restauracja zapewnia oddzielny bufet dla dzieci, który jest BEZPŁATNY. Tak, dobrze czytacie – ja też się zdziwiłam. Jest podobnie tak jak w hotelach all inclusive – dzieci mogą wybierać i przebierać w daniach, które są wyłożone. Czyli nie ma czegoś takiego, co u nas często się zdarza, że Lilka zamówi danie z karty, a później jak zobaczy to już nie chce jeść. Do wyboru było mnóstwo dań i tak naprawdę dzieci mogą zjeść wszystkiego po trochę (pomidorowa, rosół, frytki, ryba, szaszłyki, zapiekanki, naleśniki).
Muszę przyznać wielki plus za menu dietetyczne. Próbowałam hamburgerów bezglutenowych i były bardzo dobre. Dodatkowo dzieci mogą wybierać wśród malutkich kanapeczek, koreczków, owoców i wypieków. Mogą sobie nawet same nalewać kompot malinowy, który jest zrobiony z prawdziwych owoców. A na koniec wyciąć z galaretki ulubiony kształt.
Naprawdę świetnie pomyślane dla dzieci, które lubią próbować różnych rzeczy. Ten bufet jest za darmo dla dzieci do 10 lat. Rodzice płacą tylko za swoje dania.
Kuchnia jest bardzo różnorodna i każdy znajdzie coś dla siebie. My się najedliśmy, napiliśmy dobrej kawy, zjedliśmy również deser i po 3h powoli musieliśmy namawiać Lilkę na powrót do domu, co nie było takie łatwe. To chyba najlepsza rekomendacja:)
Informacje:
Hotel DeSilva
ul. Puławska 42
05-500 Piaseczno
strona www http://www.desilva.pl/piaseczno
Facebook https://www.facebook.com/HoteleDeSilva
Tak, tak pamiętam, że uwielbiacie takie wpisy jak z czegoś niepozornego zrobić coś ciekawego.
Dziś bardzo fajny pomysł na… bombki sensoryczne dla maluchów.
Za chwilę będziemy ubierać choinkę, a mamy w domu raczkującego niemowlaka. Nie wiem jeszcze gdzie postawimy choinkę i czy Julian będzie się nią interesował. Zobaczymy:)
A już dziś zrobiłam dla niego bardzo fajną zabawkę, którą właśnie ciąga po ziemi.
Do bombki nasypujemy materiał sypki, możemy dodać brokatu, zaklejamy taśmą i zawiązujemy sznurek.
Bombki są świetne do powieszenia, ale też do zabawy na podłodze. Możemy zawiązać różne sznurki, aby w dotyku były inne.
Gotowe:)
Jeżeli spodobał się Wam ten wpis daj mi znać tutaj:
Niektórym prezenty na święta dla dzieci spędzają sen z powiek. Ja bardzo lubię wyszukiwać, zapisywać i dzielić się z Wami moimi pomysłami.
EDIT: tu macie Prezenty na święta dla dzieci TOP 2020
Jeżeli chcecie poczytać o tym co jest odpowiednie dla jakiego wieku to bardzo dokładnie zrobiłam to w matce wszystkich prezentowych wpisów – Prezenty
Inspiracje podzieliłam na grupy wiekowe i ceny (do 100 zł i od 100 zł)
1/2/3/4/5/6/7/8/9/10
1/2/3/4/5/6/7/8/9
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
W dzisiejszym wpisie zdradzę Wam bardzo szybki przepis na zdrowe żelki.
Gdybym mogła wybrać jeden ulubiony słodycz mojej córki to z pewnością byłyby to… żelki. Nie lubi czekolady, nie przepada za ciastkami, a żelki mogłaby jeść w każdych ilościach. Nie ukrywam, że zdarza mi się jej kupić takie zwykłe naładowane cukrem i sztucznymi barwnikami jeżeli bardzo mnie prosi. Jednak na co dzień staram się ograniczać takie słodkości. Ostatnio zrobiłyśmy razem domowe, zdrowe żelki.
1/3 łyżeczki agaru rozpuścić w 250 ml zimnego soku, dobrze wymieszać i podgrzać do temp 90 st (w tej temp. rozpuszcza się agar-agar). Zanim dodacie miód warto odczekać żeby przez wysoką temperaturę nie stracił swoich właściwości zdrowotnych. Dodajemy miód, mieszamy i wlewamy do foremek. Można użyć silikonowych foremek do lodu lub użyć starego opakowania po czekoladkach. Odstawić do wystygnięcia w temp. pokojowej.
Jeżeli dopadnie Wasze dzieci choroba to można zrobić żelki, które będą zawierały naturalne antybiotyki takie jak np. kurkuma lub imbir. Czytałam też niedawno o mocy naparu z goździków. Następnym razem wypróbujemy.
Foremka Tiger
Talerzyk Sillydesign
Nasza rodzina – cztery osoby, które mieszkają pod jednym dachem. Każdy jest inny i ma zupełnie różne potrzeby. Przedstawię Wam naszą krótką charakterystykę – poczynając od najmłodszego.
Julian – mlekożerny niemowlak, który zaczyna się przemieszczać stylem gąsienicowym. Do pozostawionego na podłodze laptopa mknie z prędkością… ślimaka, czyli jak na jego możliwości ruchowe – bardzo szybko. Lubi wygłupy starszej siostry i swoje odbicie w lustrze.
Lilka – gadatliwa czterolatka. Obecnie interesuje się językiem chińskim i napisała już 10 listów do Mikołaja (a jest połowa listopada). Lubi jeść kisiel i wczoraj zrobiła awanturę, bo wypiłam cały sok z buraków.
Tata Daniel – miłośnik polskiej kuchni i dobrego wina. Pochłania książki w zastraszającej prędkości i robi to wszędzie, nawet nosząc Julka w chuście. Lubi żartować i wymyślać nowe słowa.
Mama Ania – gadżeciara i optymistka. Po wypiciu pierwszej kawy można z nią się nawet dogadać. Próbuje ogarniać rodzinną czasoprzestrzeń i czasem jej to wychodzi. Całe życie jest na diecie.
Szczepan Twardoch mówi, że najważniejsze w życiu są książki i dzieci. W takim razie półka z książkami dla dzieci powinna być kompletowana z dokładnością. W dzisiejszym wpisie proponuję jej uzupełnienie o kilka nowości.
Wyjątkowo pojawią się również książki, na których się lekko zawiodłam.
dostępna tutaj
Książka autora „Gdzie jest moja czapeczka?”, która była jedną z naszych ulubionych. Miałam wobec niej wielkie wymagania i niestety… Nie podeszła mi do końca. Dwa żółwie znajdują kapelusz, jednemu i drugiemu w nim do twarzy.
Nie mogą zdecydować się do kogo będzie należał znaleziony fant. W końcu zapadają w sen. Jeden z nich zaczyna skradać się po kapelusz, a w tym czasie drugi śni o tym, że każdy z nich ma swój kapelusz. Można tu się doszukiwać empatycznych wątków, jednak wg mnie są zbyt głęboko. Ilustracje również nie do końca spełniły moje oczekiwania.
dostępny tutaj
W końcu coś nowatorskiego na rynku. Czerwonego kapturka nie znamy jeszcze w oryginale, bo jeszcze nie znalazłam odpowiedniej wersji. Jednak bardzo nam się się spodobała książka Entliczka.
Na początku czytamy razem z dzieckiem streszczenie klasycznej bajki o Czerwonym kapturku, następnie sprawdzamy symbole na załączonej legendzie i… opowiadamy swoimi słowami co się wydarzyło.
Książka genialna dla dzieci, które mają trudności z budowaniem dłuższych wypowiedzi. Dzięki temu, że widzą symbole jest im łatwiej tworzyć historię. Naprawdę pod względem edukacyjnym jest rewelacyjna. Uczy logicznego myślenia w kreatywny sposób.
I kolejne rozczarowanie. Pierwszą część Okularki uwielbiałyśmy za mądrą treść, wątek edukacyjny, humor itd. Kiedy zobaczyłam, że kolejna jest dostępna, wzięłam ją bez wahania. Niestety, nie jest to mój klimat np. Frania mówi do niani, że jest głodna i chce jeść, a niania mówi do niej: „Nie chcesz” (dialogi na zdjęciach). A później pojawiają się słowa, za którymi również nie przepadam. I owszem jestem za tym żeby czytać różne książki i rozmawiać na ich temat – to jednak „Król” nam się nie podoba.
Przepiękne wydanie Misia Uszatka. Prawie 300 stron przygód Misia i jego przyjaciół. Książka jest cudownie wydana – świetna na prezent.
Genialny pomysł na książkę. To niewielka encyklopedia wiedzy o wirusach powodujących choroby dziecięce. Zaciekawiła moją 4-latkę, która lubi tematy związane z ciałem człowieka. Ilustracje przedstawiające główne objawy chorób z nakładanymi foliami pomagają w identyfikacji choroby.
P.s. Nie wiem jak Wy, drodzy rodzice, ale ja prawie każdą wysypkę na ciele dziecka googluję;) Teraz sięgam po tę książkę.
P.s 2 Nie polecam zwolennikom ruchu antyszczepionkowego;)
Basia w zupełnie nowej formie – książka jest w twardej teczce, a obok załączone mamy papierowe zwierzaki do wycięcia i ozdobienia naklejkami. Wszystkim fanom Basi na pewno przypadnie do gustu.
A sama książka jest o przygotowaniach do świąt. Przeczytajcie poniżej moje ulubione zdania. Myślę, że jest doskonała na nadchodzący czas.
Pierwsza część tej serii była dedykowana mniejszym dzieciom – pisałam o niej tu: Wielka księga Basi i Franka . Była to jedna z bardziej lubianych książek w naszym domu. Część druga jest również świetna z tym, że dla odrobinę starszych dzieci 3+ (wg mnie). Przygody Basi i młodszego brata Franka zaskakują jak zwykle! Opowiadania są przeplatane zgadywankami.
Uwielbiamy Wierszyki domowe i zachęcona kupiłam tę książkę. Autentycznie, dawno się tak nie śmiałam podczas czytania. Polecam szczególnie polonistom i miłośnikom gier słownych. Rymy Rusinka są niepowtarzalne i wciąż śmieszą.
Jedyne do czego bym się przyczepiła to rozmiar czcionki, bo w przygaszonym świetle jest nieczytelna. Książka składa się z 2 rozdziałów: Jak przekręcać? – o neologizmach i drugi: Jak przeklinać? – genialne! A nawet trochę pomoże nam zrozumieć frustracje dzieci.
Podoba mi się, że można dopisać również swoje słowa.
Pięknie wydane wszystkie wiersze Jana Brzechwy. Bardzo fajny pomysł na prezent.
Seria, która pojawiła się ostatnio w dyskontach. Fajne, proste ilustracje i niekomplikowany tekst. Spodobały mi się, bo wyczerpują ciekawe tematy. Jednak mam kilka „ale”. O ile „Na wsi” i „Mali odkrywcy” są ok, to „Alfabet” już niekoniecznie.
Zwróćcie uwagę na stronę z „c”. Lepiej nie wprowadzać zamieszania i nie uczyć dzieci liter tylko głosek, czyli tak jak słyszą (chipsy są na „cz”, a nie na „c”, chleb jest na „ch”, a nie na „c”)
Świetnie wydana książka dla osób opiekujących się dziećmi (fajne na kolonie, obozy, do świetlicy). Kiedy nie chcecie kupować nowych zabawek, wystarczy zajrzeć do książki i znaleźć pomysł na zabawę.
Wiele z nich pochodzi z dawnych czasów. Swietny pomysł na odświeżenie naszych dawnych zabaw.
Sama uwielbiam Muminki, jednak moje dziecko nie podziela mojego entuzjazmu, więc znalazłam coś innego. Historia jest znacznie krótsza i z większą ilością ilustracji. Bardzo nam odpowiada ta forma.
Piękna książka o uczuciach. W bardzo prosty sposób możemy poznać różne emocje. Pomoże ona wielu dzieciom w nauce rozpoznawania emocji, a do tego jest pięknie zilustrowana.
Tę książkę musiałam fotografować w ukryciu, bo jest to prezent na Mikołajki. Sama okładka wpadła mi w oko i musiałam ją kupić. Nie zawiodłam się! Ta książka jest magiczna. Nie mogę się doczekać aż wręczę ją Lilce.
„Jeżyk we mgle to międzynarodowy bestseller oparty na rysunkach Franczeski Jarbusowej do kultowego rosyjskiego filmu animowanego Jurija Norsztejna z 1975 roku. Film ma swoich wielbicieli także w Polsce, głównie wśród dzisiejszych czterdziestolatków – za sprawą wyjątkowej plastycznej urody, ale też filozoficznej wymowy ukrytej pod urzekająco prostą treścią.
Tematem zarówno filmu, jak i książki są bowiem przygody Jeżyka, który wyrusza na spotkanie ze swym przyjacielem Niedźwiadkiem, aby razem z nim – jak co wieczór – liczyć gwiazdy. Po drodze niespodziewanie spowija go tajemnicza mgła, w której spotyka Konia, Psa, Puchacza oraz zagadkowego Kogoś.
Jeżyk we mgle bywał już interpretowany na sposób religijny, psychoanalityczny, a nawet jako metafora losu rosyjskich dysydentów, jednak żadna z interpretacji nie wyczerpuje bogactwa i piękna tej bajki, podbijającej serca dzieci i dorosłych na całym świecie.”
Krótka, fajnie zilustrowana książka o wirtualnym życiu – w dzisiejszych czasach bardzo potrzebna.
Pięknie wydana książka dla odrobinę starszych dzieci. Trochę mroczna, ale bardzo interesująca przez wykorzystanie ażurowych ilustracji. Pobudza wyobraźnię i wprowadza w świat baśni. Również czeka na Mikołajki.
W końcu udało mi się znaleźć książkę o Bożym Narodzeniu. Malutka książeczka wprowadza dzieci w historię Świąt. Wg mnie mogłaby być jeszcze mniej szczegółowa, ale i tak jest bardzo przyjazna dla małego czytelnika.
W połączeniu z drewnianą szopką to genialny prezent mikołajkowy.
Jeżeli spodobał Wam się ten wpis kliknij „Lubię to” lub udostępnij go swoim znajomym
Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Niestety, zaczął się też sezon na choroby, które unieruchomiły nas w domu na trzy tygodnie. Powróciły również dolegliwości skórne, z którymi od dawna się zmagamy. Jednak dzięki prawidłowej pielęgnacji, jest o wiele lepiej niż rok temu w tym okresie.
W dzisiejszym poście napiszę o tym, dlaczego właśnie teraz dzieci części cierpią z powodu dolegliwości skórnych oraz jak sobie z nimi radzić. Znajdziecie tu również nasze sposoby na pielęgnację suchej skóry
Wielokrotnie Wam wspominałam, że moje starsze dziecko ma ekstremlanie suchą skórę ze tendencją do zmian atopowych. Szukaliśmy przyczyn, bo wielu specjalistów uważało, że ma alergię. Jednak testy nie wykazały nic istotnego i pewnie za kilka lat znów je powtórzymy, bo w tym wieku wyniki wciąż mogą być niemiarodajne.
A tymczasem nadal musimy się zmagać ze stanami zapalnymi oraz ekstrmalnie suchą skórą. Jedyne co nam pozostaje to specjalna pielęgnacja i łagodzenie przykrych objawów.
Przede wszystkim trzeba unikać przegrzewania. Skóra zdecydowanie sobie lepiej radzi z chłodem niż z gorącem. Dodatkowo wydziela się pot, który potęguje uczucie swędzenia i dyskomfortu.
Najlepiej ubierać dzieci na cebulkę i w razie czego zdjąć dodatkową warstwę. Lubiłam moje dzieci przegrzewać – wiem to, ale dzięki świadomości 2 razy się zastanawiam, czy ten sweterek jest potrzebny.
Temperatura, w którym śpi dziecko nie powinna być wysoka (poniżej 20 stopni). Codziennie o tym dyskutuję z moim mężem, który jest ciepłolubny.
Warto zwrócić uwagę również na temperaturę wody, w której kąpiemy dziecko – nie może być za gorąca, bo wpływa niekorzystnie na stan skóry (najlepiej żeby to było między 20, a 30 stopni) – zmywa płaszcz lipidowy.
Widzę ogromną poprawę stanu skóry odkąd zaczęliśmy kąpać Lilkę co drugi dzień. Wcześniej wieczorna kąpiel była częścią rytuału i nie chcieliśmy z niej rezygnować. Teraz kiedy już doskonale odnajduje się w czynnościach poprzedzających sen co drugi wieczór ma „Dzień Dziecka”. Dodatkowo skróciliśmy kąpiel do 20 minut.
Używamy preparatów przeznaczonych do pielęgnacji skóry atopowej, a nie normalnej. Po kąpieli osuszamy skórę przez odsączanie, a nie wycieranie. Na koniec kąpieli (ostatnie 2 minuty dodaję do wody olejek natłuszczający). W ciągu 3 minut po kąpieli stosujemy balsamy i kremy pielęgnacyjne. Nie pozwalam na to, aby skóra wyschła.
I to właściwie wystarcza przez ostatni czas. Lilka się nie drapie, nie ma w zgięciach żadnych zmian. Widzę ogromną poprawę jej stanu skóry. Na początku wiosny zaczęliśmy używać kosmetyków do pielęgnacji skóry atopowej i z tendencją do atopii. Specjalnie stosowaliśmy je przez tak długi okres żeby móc napisać więcej o ich działaniu. Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo już jest listopad – okres grzewczy już dawno się zaczął, a na skórze nie ma żadnych zmian i ogólny stan uległ poprawie.
Do mycia używamy Kremu myjącego STELATOPIA. Bardzo dobrze myje i nie wysusza skóry. Mało tego, samo używanie tego preparatu poprawia stan skóry i ją nawilża. Po kąpieli skóra jest gładka, nie jest ściągnięta. Muszę przyznać, że sama podkradam ten krem myjący Lilce.
Jednej butelki używamy od marca, bo wystarczy niewiele płynu żeby umyć całe dziecko – jest bardzo wydajny. Nie pieni się, a w kontakcie z wodą zamienia się w delikatną piankę. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, bo ma blokadę wypływu i bez problemu można go włożyć do kosmetyczki i zabrać w podróż.
Na koniec każdej kąpieli wlewałam do wanny 2 nakrętki Olejku mlecznego STELATOPIA. Dobroczynne oleje: destylat oleju ze słonecznika, olejek ze słodkich migdałów i olejek rumiankowy działają kojąco na skórę i uzupełniają poziom lipidów w skórze.
Po wyjściu z wanny lekko osuszamy skórę przez odsączanie (a nie pocieranie) i szybko zabieramy się za natłuszczanie.
Jak już udaje mi się ją złapać to smarujemy miejsca wrażliwe (na zgięciach, pod kolanami) Balsamem intensywnie natłuszczającym STELATOPIA, który przede wszystkim łagodzi podrażnienie i łagodzi świąd (dzięki zawartości destylatu oleju słonecznikowego), a całe ciało Kremem natłuszczająco- nawilżającym STELATOPIA. Latem, kiedy skóra była w świetnym stanie używałam tylko tego drugiego, bo nic takiego się nie działo.
Chociaż ten wpis powstał we współpracy z marką Mustela to nie zmienia to mojej opinii o tej linii. Będę ich używać również później. Naprawdę, na blogu możecie znaleźć post o tym, że używaliśmy wielu kosmetyków i nie byłam w 100% zadowolona z żadnego. Dopiero teraz widzę poprawę. Jeżeli Wasze dzieci mają ekstremalnie suchą skórę z tendencją do atopii – spróbujcie linii Stelatopia Mustela. A jeżeli interesuje Was temat AZS to kliknijcie TUTAJ
P.s. Piszecie do mnie w prywatnych wiadomościach czego używamy na zimę, na podwórko. Niezmiennie są to preparaty z Cold Cream Mustela (Sztyft ochronny z Cold Cream i krem odżywczy z Cold Cream, o których pisałam rok temu – My się zimy nie boimy (sztyft mam jeszcze z ubiegłego roku i używam ich również na skórę Julka) – sprawdzają się idealnie.
Dziś chciałabym Wam pokazać dwie świetne zabawki, które w ubiegłym tygodniu zawitały w naszym domu i nie ma dnia żebyśmy ich nie rozkładali na podłodze. Przyznaję szczerze, że zabawki kupuję również dla siebie, bo ja też się nimi bawię i jak tylko zobaczę coś ciekawego to najczęściej zamawiam. A Wy korzystacie z moich wpisów, więc wszyscy są zadowoleni.
Dziś prezentujemy
To jest ta sama firma, która wyprodukowała kultowe przyssawki Squigz. W komplecie mamy 39 silikonowych łączników i 37 drewnianych patyczków w trzech rozmiarach. Zabawa polega na tym, żeby łączyć ze sobą elementy i budować różne konstrukcje.
Budowanie jest bardzo proste, bo wystarczy włożyć patyk w silikonowy klocek i połączyć z drugim. Całość możemy przymocować do podłogi lub dużej powierzchni za pomocą przyssawek. Łączniki są bardzo elastyczne i można je wyginać. Wg nas jest to rewelacyjna zabawka, bo cała rodzina może razem budować. Nawet Julek sobie podkradł jeden element i go namiętnie gryzł.
Wg mnie zabawka się sprawdzi u dzieci 3+
Nasz film z testowania
Pamiętacie książkę Piżamorama. Zabawka Kinoptik jest skonstruowana na podobnej zasadzie, dzięki pasiastym foliom przesuwanym po obrazku mamy wrażenie ruszających się obiektów. Tym razem dziecko może samo stworzyć postać, którą chce „ożywić”.
Można korzystać z podanych przykładów w książce lub tworzyć je samodzielnie. Całość przymocowuje się za pomocą magnesów na planszy, a później już wystarczy przesunąć po nim folie. Gotowe!
Wg mnie zabawka przeznaczona jest dla dzieci 4+
Zobaczcie jak Lilka testowała Kinoptik
Coraz mniej czasu spędzamy na zewnątrz i szukamy miejsc w środku, w których można spędzić popołudnie lub weekend z rodziną.
Dziś przedstawiam Wam kilka miejsc, które idealnie się do tego nadają.
To strefa do zabawy dla dzieci w Muzeum Polin. Jest to idealne miejsce dla dzieci. Można tam spędzić naprawdę ciekawy czas. Organizują również ciekawe warsztaty dla rodziców. Przy sali znajduje się przystosowana do potrzeb dzieci łazienka.
Na temat tego miejsca pisała a nim tu: Polin, a w tym miejscu możecie znaleźć więcej informacji o wydarzeniach. Po udanej zabawie koniecznie wybierzcie się do żydowskiej restauracji, która znajduje się w tym samym budynku.
Muzeum jest położone na warszawskim Mokotowie. Pamiętam, że spędziliśmy tam naprawdę ciekawy czas. Jest kilka okazów do obejrzenia i świetna makieta wulkanu. Na pewno w tym roku również się tam wybierzemy. Pisałam o nim tutaj: Muzeum Geologiczne
Lubimy weekendowe wypady na Pragę, bo w tygodniu ciężko tam dojechać. Seanse filmowe, a później atrakcje dla dzieci Lilka wspomina do dziś. Musimy znów coś ciekawego wybrać i się udać. Po bajce polecam na obiad świetne miejsce: Stalowa 52 Art Bistro, o którym pisałam tutaj Kino Praha
Niech tylko Jul zacznie siedzieć, to znów zaczniemy chodzić na Smykofonię. Jeżeli Wasze dzieci lubią muzykę, to koniecznie sprawdźcie repertuar tutaj. Świetnie przygotowane koncerty dla dzieci. Pisałam o nich tutaj: Smykofnia
Jeżeli zdrowie Wam dopisuje to dobrym pomysłem jest basen z dzieckiem. Fajny pomysł zarówno dla maluchów, jak i starszych. Poszukajcie w Waszej okolicy pływalni z niechlorowaną wodą. Na basenach często odbywają się zorganizowane zajęcia dla dzieci- warto sprawdzić czy są i u Was.
Ciekawym miejscem na wycieczkę jest Stadion Narodowy. Można go zwiedzić z przewodnikiem i spędzić ciekawe popołudnie. Godziny zwiedzania i cennik znajdziecie tutaj
O tym miejscu planuję napisać osobny wpis. Jednak dziś też zamieszczam CNK tutaj. W sezonie jesienno-zimowym jest zdecydowanie mniej wycieczek i można lepiej skorzystać z atrakcji. Pytaliście mnie wiele razy od jakiego wieku można zabrać tam dziecko. Oczywiście, to zależy od dziecka, ale myślę, że 18m + dziecko spędzi naprawdę ciekawy czas w wydzielonej strefie Bzzz (pamiętajcie, żeby wziąć ubrania na zmianę). Więcej informacji znajdziecie tutaj .
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis kliknij „Lubię to” lub udostępnij go swoim znajomym
Przyszła szara i ponura. Rozgościła się już na dobre i nie planuje odwrotu. Jesień w tym roku nie jest do końca taka jaką lubię. Nie było nawet okazji żeby porządnie w liściach się wytaczać. No nic, trudno. A my sobie i z nią poradzimy. Nie włączamy trybu: „aby do wiosny” i ” wegetacja”. Z dziećmi byłoby to naprawdę trudne. Wciąż na pełnych obrotach – mimo lekkiego kataru – wychodzimy z domu.
Zauważyłam, że dzieci nie rozróżniają pogody, tak jak my – na brzydką i ładną. Nie wstają rano, nie zaglądają przez okno i szurając kapciami suną do łazienki. Tylko wyskakują z łóżek pełne energii nawet jak ciśnienie spada poniżej 1000 hPa, a za oknem o 7.30 jest ciemno.
Nie są uzależnione od promyków słońca. Są naładowane od rana, a my staramy się im dorównać poziomem energetycznym, często nieudolnie.
„Znów pada deszcz…” – patrzę przez okno z kubkiem gorącej herbaty w ręku. A moje dziecko krzyczy: „Super, pójdziemy na kałuże? Weźmy parasol i kalosze” i jak tu odmówić.
Wcale się im nie dziwię – ja też nie lubię jak coś krępuje mi ruchy. Ciepłe – wcale nie oznacza grube. W tym roku odkryłam wełnę merino.
Miałam sporo wątpliwości, bo ja nie lubię jak mnie coś drapie, ale w tamtym roku moja kochana mama zrobiła mi czapkę na drutach właśnie z wełny merino. Byłam zachwycona- przechodziłam w niej całą zimę i chodzę również teraz. Kiedy już chłód zapukał nam do okien stwierdziłam, że i dla dzieci w tym roku znajdę coś lekkiego, ale ciepłego. Lilka do tego ma zmiany atopowe na skórze, więc o nią obawiałam się najbardziej. Jednak nic specjalnego się nie działo i jeszcze bardziej się przekonałam.
Kiedy napisała do nas Julia z Pan Pantaloni z propozycją: „Hej Ania, zaglądam do Was od dawna i widzę, że nie straszna Wam zimna aura. Chcecie ogrzać się lekką wełną merino?”
A, że już wcześniej przeglądałam ich ofertę w poszukiwaniu ocieplanych spodni dla Jula (a to ich flagowy produkt) zgodziłam się od razu. Odwiedziliśmy ich sklep przy pl. Konstytucji w Warszawie i wybraliśmy kilka rzeczy.
Okazja do testowania zdarzyła się w ubiegły weekend. Co roku odwiedzamy farmę dyń w Powsinie i tam się właśnie wybraliśmy. Było dość chłodno, więc musieliśmy się ciepło ubrać. Na miejscu były dzieci nawet w kombinezonach zimowych… A my w ciepłych swetrach i w przejściowych kurtkach. Lilka była w ciągłym ruchu, więc było jej ciepło. Jula zapięłam w śpiworku i smacznie sobie spał.
Nie chcę narzekać, bo pewnie przechodzicie teraz to samo co ja. Jednak chcę Was tknąć odrobinę dobrej energii na nadchodzące miesiące. Przygotowuję mnóstwo inspiracji do zrobienia w domu i ciekawych miejsc na wyjścia. Bądźcie ze mną i dotrwamy do wiosny:)
Ubranka dzieci Pan Pantaloni
Buty Lilki Mrugała
Moja sukienka – Pan Pantaloni
Płaszcz Simple
Kalosze Hunter
Pamiętacie swoje wakacje z przed okresu kiedy zostaliście rodzicami? Ja tak, ale jak przez mgłę. Tak sobie czasami przypominam jak leżałam na hamaku na karaibskiej plaży… Ile ja bym teraz dała za taki relaks. Chociaż jeden dzień żeby móc odpocząć tak w pełni. Poczytać książkę kilka godzin bez przerwy, porozmawiać z mężem przy kolacji, a nawet wziąć długi prysznic… Ale wróć! Jestem mamą i taki odpoczynek muszę na razie zostawić w sferze marzeń.
Pamiętacie mój wpis Wakacje z dzieckiem – nie mylić z odpoczynkiem? I teraz tak sobie myślę, kiedy mam już dwoje dzieci, że się myliłam. Odkąd jest nas czworo o ten zwykły codzienny odpoczynek jest coraz ciężej. W pewnym momencie stwierdziłam, że w ogóle nie odpoczywam. Frustrowało mnie to, że nie mogę usiąść w spokoju i poczytać bo:
Doszło nawet do tego, że naprawdę mnie to denerwowało.
I wtedy coś mnie tknęło. Uświadomiłam sobie, że tak będzie przez kilka następnych lat i postanowiłam, że coś zmienię w tym kierunku. Większość problemów rośnie w naszych głowach i im bardziej zastanawiamy się nad czymś tym jest gorzej.
Przewartościowałam wiele spraw w mojej głowie. W ciągu dnia jest wiele momentów kiedy naprawdę odpoczywam, a to dlatego, że zmieniłam myślenie.
Po pierwsze zamieniłam w głowie „muszę” na „chcę”. Przez to nie mam poczucia, że się z czymś tak bardzo nie wyrabiam, ale też nie czuję presji. Do zmiany myślenia zainspirował mnie genialny artykuł Małgorzaty Musiał- jeżeli nie czytaliście zajrzyjcie tutaj. Zmuszanie się do czegoś naprawdę robi w naszej głowie wiele złego. Czujemy się jak niewolnice własnego życia. To jest niby tak mało, ale jednak dużo. Spróbujcie i Wy! Kiedy nam coś się chce to i entuzjazm mamy większy.
Znany Wałęsizm zamieniłam na:
„Nie muszem, ale chcem.”
Po pierwsze zmieniłam definicję słowa odpoczynek.
Kiedyś to było leżenie brzuchem do góry i największym problemem było wybranie dania na obiad czy koloru drinka, a teraz odpoczynek to dla mnie: brak prac domowych i brak projektów zawodowych (w tej chwili). Specjalnie nie piszę „obowiązków”. Bo ja już nie muszę.
Chcę ugotować dobry obiad albo wyciągam pierogi z zamrażarki od teściowej albo kupuję obiad w barze mlecznym. Tak samo z pracą. Wybieram tylko te projekty, w które wierzę w 100 %. Stwierdziłam, że za szkoda jest mi czasu żeby robić rzeczy „letnie”.
Przestałam też odkładać wszystko na czas kiedy dzieci zasną. Naprawdę jest tak niewiele takich chwil kiedy jestem w wolniejsza. Nie mogę wszystkich rzeczy robić kiedy dzieci zasną- doba by była wtedy za krótka. A ja lubię spać. Miałam dosyć 10 pobudek młodszego i wzięłam go do łóżka.
No właśnie… Kiedy siedzę z dziećmi na dywanie, nie rozwieszam prania, nie zajmuję się innymi rzeczami… to jest właśnie ten czas. Wyłączony telewizor i radio pomagają mi naładować akumulator, a telefon leży na stole w kuchni. Spróbujcie robić jedną czynność na raz i naprawdę poczujecie różnice.
Korzystam z każdego momentu. Kiedy widzę, że Jul ma dobry humor (ostatnio rzadko i codziennie od 16.30 do 19.00 go nosimy), a Lilka ma chęć i siedzi przy nimi to robię kawę, czytam chociaż jeden artykuł w gazecie- cokolwiek- dla siebie.
Częściej też wychodzę bez dzieci (niż jak miałam jedno dziecko). Bardziej dbam o siebie, bo wiem, że tego potrzebuje moja głowa. Czasem wyjdę na manicure, czasem z przyjaciółkami do kina. Ostatnio nawet zaczęłam ćwiczyć w domu, a w tym czasie oglądam serial (2w1, a i tak odpoczywam).
Nie wiem jak to możliwe, że kiedyś miałam z tego powodu wyrzuty sumienia.
Zazdroszczę trochę tym rodzicom, którzy mieszkają blisko Dziadków. Chciałabym wyjść również z samym mężem. Ale myślę, że jeszcze trochę czasu musi minąć i nam się uda.
Jakiś czas temu moje przyjaciółki wpadły na pomysł żeby wyjechać bez mężów z samymi dziećmi. My trzy i czwórka dzieci w wieku od 3 m do 4 lat. Pojechałam sama z dwójką dzieci do ukochanej Białowieży i naprawdę chciałabym móc napisać, że odpoczęłam;) Wyzwaniem nawet było zrobienie zdjęć. Ojcowie to największy skarb!
Zatrzymaliśmy się znów w klimatycznej Wiejskiej Zagrodzie Podlasie
Kiedy myślę o swoim dzieciństwie mam przed oczami długowłosą, wrażliwą dziewczynkę. Niesamowity czas beztroski- prawie bez żadnych ograniczeń, ukształtował mnie jako osobę dorosłą. Jestem wdzięczna, że mogłam w taki sposób przeżyć pierwsze lata mojego życia. Moje absurdalne, niekiedy, pomysły i tak miały swoje ujście. Wolność jaką mi dano wpłynęła na całe moje życie.
Oprócz retrospekcji dzikich zabaw na podwórku mam również jeszcze mnóstwo wspomnień związanych z moimi emocjami. Byłam bardzo wrażliwym dzieckiem. Takim, które potrafi ze śmiechu przejść w płacz i odwrotnie. Wystarczyło jedno spojrzenie, słowo lub gest, a ja już siedziałam pod stołem i płakałam. Może nawet nie płakałam- ja beczałam.
Mam nawet kilka zdjęć z dzieciństwa kiedy jestem właśnie w tym stanie. Pamiętam, że wszyscy próbowali mnie zagadywać, odwracać uwagę, przykupywać, rozśmieszać… Nie chcę tych wspomnień więcej przywoływać. Moja rodzina wychowała mnie najlepiej jak tylko potrafiła i jestem bardzo wdzięczna. Kiedyś też nie miało się tak dużej świadomości jak teraz.
Podobno w naszych dzieciach denerwuje nas to samo, czego nie możemy przepracować w sobie. U mnie jest to płacz dziecka i wszelkie emocje, które nie są związane z zadowoleniem. Kiedy moje dziecko płacze wchodzę w stan gotowości. Włos mi się jeży, myślę jak człowiek pierwotny i czuję się bezradna.
Mam wtedy tylko jeden cel: ŻEBY MOJE DZIECKO PRZESTAŁO PŁAKAĆ. Robię w tym kierunku wszystko: pytam o przyczynę, tłumaczę, rozmawiam, jestem blisko, ale wszystkie te działania mają na celu zatrzymania fali płaczu, spazmów i ogólnego rozdrażnienia.
Nie miałam wiedzy ani kompetencji jak sobie radzić z tymi emocjami. (Specjalnie nie piszę, „emocje negatywne”, bo takich nie ma! Wszystkie emocje są pozytywne, nawet te, po których boli nas głowa i mamy chęć wysłać swoje dzieci na inną planetę).
W końcu trafiłam na seminarium Gordona Neufelda i dzięki tej wiedzy, którą tam zdobyłam w końcu wiem, że robiłam źle. Mało tego, wiem też jak mam robić żeby było dobrze.
„Kora przedczołowa u 4-latka nie pozwoli mu zwerbalizować komunikatu: Mamo, kocham Cię, ale chciałbym Cię uderzyć.”
Tylko dziecko nas uderzy. Jego mózg pracuje właśnie w ten sposób.
Wszystkie emocje, które dzieci przeżywają w ciągu dnia wracają kiedy są wśród osób, z którymi mają więź. Ich mózgi nakazują szukanie osób, w towarzystwie których mogą czuć się bezpiecznie i wtedy wystarczy nawet malutka niedogodność i następuje wybuch. Nam się może wydawać, że ta błahostka spowodowała właśnie ten stan, ale tak nie jest.
To kulminacja tych wszystkich tłumionych emocji z całego dnia, że np. kolega je zdenerwował albo siostra zabrała coś na czym mu zależy. Najważniejsze zdanie, które usłyszałam na seminarium:
Żeby był balans – emocje muszą być w ruchu.Gordon Neufeld
Żeby był balans – emocje muszą być w ruchu.
Tłumione emocje wyrażają się później. Te wszystkie strachy spod łóżka, obgryzanie paznokci, lękowe nastawienie do nowych czynności, bicie innych, autoagresja mogą być właśnie wynikiem tego, że nie pozwalamy na to, żeby wszystkie emocje były na wierzchu. A nie tylko te, kiedy twarz dziecka się śmieje.
Uczucia to nie są problemy i nie trzeba ich rozwiązywać
Przede wszystkim trzeba dać im przestrzeń. Wielu rodziców, reaguje tak jak ja- z otwartymi ramionami przyjmuje emocje, które wg nas są pozytywne, czyli śmiech, radość, zadowolenie itd. A emocje, które targają naszymi dziećmi i są dla nas trudne, traktują jako problem, który trzeba jak najszybciej usunąć.
Wiem, że ciężko sobie wyobrazić cieszenie się z tego, że Wasze dziecko płacze od 40 minut. A nawet wydaje się absurdalne. Ale uwierzcie mi- to bardzo dobrze, że dzieci tak robią. Dzięki temu ich stres ujdzie. A jeżeli dobrze zareagujecie to nauczą się z nimi lepiej radzić.
„Widzę, że jesteś zły, bo ci nie wyszło?”
„Widzę, że jesteś smutny”
„Jesteś rozczarowany, bo coś Ci się nie udało.”
Nie można też osądzać uczuć. Dziecko ma prawo czuć się tak jak teraz odczuwa.
Nie negujmy tego co dziecko czuje. „Nie możesz być teraz zły”
Nie dawajmy do zrozumienia, że te emocje, które teraz odczuwa są dla nas zbyt trudne do zniesienia.
Nie dawajmy też nauczek. „A nie mówiłam, że tak będzie?” Dzieci same wiedzą, że coś się nie udało. Same muszą mieć poczucie sprawczości.
Nie rozwiązujmy problemu. Dajmy dziecku możliwość żeby samo mogło to zrobić. Ja najczęściej pytam: „Czy mogę Ci jakoś pomóc?”
Po seminarium Gordona Neufelda czuję w końcu, że wiem jak mam teraz reagować. Początki wdrażania tej wiedzy były dla mnie trudne. Ale z czasem odczułam wielką ulgę. Wiem, że to co robię jest dobre dla mnie i mojego dziecka. Nie patrzę na innych co sobie pomyślą kiedy moje dziecko płacze w miejscu publicznym. To moje dziecko i jego przestrzeń. A nawet już po tygodniu zauważyłam ogromną poprawę- to naprawdę działa. Zdecydowanie mniej jest tych „wielkich wybuchów o kolor talerzyka”, a więcej rozmowy i akceptacji.
Jeżeli i Was interesuje ten temat to polecam kilka książek. Możecie również zaglądać w trzy miejsca w sieci, z których ja czerpię garściami:
Agnieszka Stein i jej publikacje książkowe oraz warsztaty online (webinaria)
Anita Janeczek- Romanowska blog i wartszaty
Małgorzata Musiał blog i warsztaty
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis daj mi o tym znać
Zabawki dla dziewczynek jednym kojarzą się z różowymi koronami i plastikowymi butami na obcasach, a innym z lalkami. W dzisiejszych czasach jednak już nikogo nie dziwi dziewczynka bawiąca się narzędziami czy samochodami, ale wiem, że wciąż emocje budzą mali chłopcy bawiący się np. kucykami Pony.
Edit:
Zestaw Lego Friends wędruje do:
Ani od czapki niewidki.
Odezwij się proszę na kontakt@nebule.pl
Nie wiem, nie potrafię na te pytanie odpowiedzieć. Ale moja córka w pewnym momencie zaczęła wybierać tylko te, które są właśnie „dziewczyńskie”.
Kolor różowy i faza na księżniczki trwała dosłownie miesiąc. Jednak potrafi już bardzo dokładnie zaszufladkować przedmioty, które są „chłopackie”, a które nie. Daliśmy jej bardzo dużą wolność w tym temacie i sama doszła do tych wniosków.
Przedmioty, którymi ją otaczaliśmy mogły równie dobrze przynależeć do chłopca. Przy wyborze zabawek kierowałam się przede wszystkim zainteresowaniami dziecka, a nie tym, co mogą sobie myśleć inni. Miała kolejkę z pociągami, samochody i inne. Dla mnie było to zupełnie normalne.
Teraz ma 4 lata i sporo ciekawych, edukacyjnych zabawek, które nadal nie są ukierunkowane na konkretną płeć. Jednak jakiś czas temu zauważałam w niej dużą potrzebę zabawy przedmiotami brokatowymi, z różem lub fioletem i mocno (jednak) związanych z dziewczęcym światem.
Zauważyłam jednak, że większość zabawek dedykowanych dziewczynkom jest zwyczajnie głupia i szkoda by było mi na nie pieniędzy. Owszem, kiedy wiem, że Lilki prośba nie jest chwilową zachcianką to jestem w stanie również i kupić coś takiego. Jednak te zabawki mogę policzyć w domu na palcach jednej ręki.
Odpowiadając na jej potrzeby znalazłam kilka ciekawych zabawek, które są (nie chcę wrzucać ich do szufladki „dla dziewczynek”) różowe, ale mają walory edukacyjne.
dostępny TUTAJ
Poprzednia układanka z tej serii (pisałam o niej Magnetibook) jest w ciągłym użyciu, więc pokusiłam się o brokatowe księżniczki. Zadaniem dziecka jest ułożenie stroju wg wzoru lub własnego pomysłu.
W czasie zabawy dzieci nawet nie wiedzą, że ćwiczą różne rzeczy. Muszą odnaleźć odpowiednią część garderoby, mogą ją nazwać i przypasować.
Po koralach B.toys (pisałam o nich Wspierające zabawki) przeszedł czas na bardziej zaawansowane zabawy. To przepiękny zestaw do tworzenia biżuterii dla dzieci (dla mam również). Koraliki są drewniane o różnej wielkości otworów.
W pięknym pudełku znajdziecie również nitki, żyłki oraz zapięcia. Nam bardzo się przydaje, bo wciąż musimy ćwiczyć oczy, a nawlekanie koralików to najlepszy sposób na doskonalenie małej motoryki i koordynacji ręka-oko.
Przyznaję się! Nie mam wyobraźni przestrzennej, jestem humanistką, totalną nogą z matematyki i nigdy w życiu nie zdałabym żadnego egzaminu na studiach inżynierskich.
Nie potrafię nic złożyć z instrukcji. Nie mam pojęcia czy to wynika z moich predyspozycji, czy może nie miałam odpowiednich zabaw w dzieciństwie. Zabawy konstrukcyjne są niezwykle ważne i jeżeli tylko dzieci wykazują chęci do zabawy takimi zabawkami to trzeba je w tym temacie rozwijać.
Pierwszą taką zabawką jest Lego (u nas Duplo), które kurzy się pod łóżkiem już od 3 lat. Zaczęłam nawet córkę podejrzewać o powielenie moich wątpliwych zdolności (a właściwie ich braku), bo z Duplo wyciągała tylko figurki i odgrywała scenki. A ćwiczenia wyobraźni przestrzennej ograniczała tylko do budowania krzesełek z dwóch klocków dla ludzików.
Na szczęście przyszedł przełom i coś w tym temacie się ruszyło. A zaczęło się właśnie od GoldieBlox- jednego z dostępnych na rynku zestawu do rozwijania wyobraźni przestrzennej i doskonalenia typowych inżynierskich zdolności.
Z pomocą instrukcji i taty zbudowała rolkę, która jeździ po sznurku, a na niej bohaterka Goldie. Później zbudowała drugi zestaw i już wtedy bez problemu radziła sobie z budowaniem z instrukcji. To naprawdę rewelacyjny pomysł żeby dziewczynki zachęcić do rozwijania takich umiejętności.
TUTAJ
W serii jest dostępnych wiele zestawów dla dzieci w różnym wieku.
Jakoś nie byłam przekonana do tej serii klocków. Jednak Lilka sama poprosiła nas o zestaw na urodziny. Miała okazję bawić się LF u swojej 10-letniej kuzynki i widocznie się jej spodobało. Pierwszy zestaw układała ze mną, a że ja tak średnio lubię takie zabawy to ONA sama go złożyła, później rozłożyła i znów złożyła.
Wszystko układała sama z instrukcją. Była z siebie bardzo dumna, a ja nie mogłam wyjść z podziwu jak dobrze sobie z nimi radzi. Lego friends możecie znaleźć w różnych zestawach. My mamy Przyczepę leczniczą dla koni oraz Park rozrywki. Tymi zestawami potrafi się bawić całe dnie.
worek na zabawki, klocki Play&go
Odkryłam go dość niedawno kiedy szukałam pojemnika no klocki drewniane. Stworzył go na pewno ktoś kto sam ma dzieci i wie, że sprzątanie po zabawie do przyjemnych nie należy.
Można się bawić klockami nie wyjmując z worka albo tuż przy nim. Po skończonej zabawie można szybko wrzucić klocki do worka, ściągnąć sznurek i gotowe. A jeżeli ktoś nie ma miejsca na ten worek to można powiesić go na haczyku na ścianie. Świetny w swojej prostocie.
Kto dotrwał do końca?
Mam dla Was niespodziankę – 2 pudełka Lego Friends. Wystarczy, że w komentarzu napiszecie o ulubionej zabawce swojego dziecka. A ja nagrodzę jedną osobę poniższymi zestawami:)
Macie czas do 24.10 do północy.
Jeszcze 10 dni temu szalałyśmy na placu zabaw w samych swetrach, a teraz już wyciągamy z szafy ciepłe ubrania i buty za kostkę. Lubię ten czas, kiedy więcej czasu spędzamy w domu, bo latem byliśmy prawie cały czas na podwórku. Teraz też wychodzimy często i tylko ulewa może nas skutecznie zatrzymać w domu.
Czy tylko moje dzieci nie lubią się ubierać? Lilka nie może przywyknąć do tego, że nosimy długie rękawy i ciągle podciąga je aż do łokci. Kręci nosem na grube swetry i kurtki. Czapka też jej nie jest potrzebna. Każdą część garderoby musimy negocjować i już przywykłam do tego, że w tym temacie nie jest u nas lekko.
Wyjścia na podwórko teraz są o wiele trudniejsze niż latem, bo niestety dzieci trzeba ubrać. Czy w ogólne jest jakieś niemowlę, które nie płacze przy wkładaniu do kombinezonu?
Na samą myśl robi mi się gorąco. Po ubraniu Julka jest mi tak gorąco, że najchętniej założyłabym tylko lekką kurtkę. Nie mam nawet jak założyć sznurowanych butów i muszę sobie kupić jakieś wciągane, bo cały blok słyszy, że wychodzimy.
O wiele łatwiej było wyjść latem. I chociaż nie lubię gorąca to tęsknię za tym, że wyjście na podwórko ograniczało się do włożenia Julka do wózka i założenia przeze mnie klapek. Lilka sama się ubiera od dawna, więc jej nie liczę.
Zacznijmy od domowych tematów. Kapcie kupuję tylko na sezon jesień-zima, a tak pozwalam biegać na boso (także na zewnątrz jak są warunki).
W tym roku mamy skórzane Bobux
Jeszcze 10 dni temu była taka pogoda 🙂
Lilka ma na sobie parkę Benetton, którą nosi już… 3 sezon- ciągle modna i pasuje
Gruby sweter z Kiabi (kto z Warszawy nie zna tego sklepu niech lepiej sprawdzi)
Spódniczka i rajstopy też Kiabi
Szalik (mam tak sam i uwielbiam) Numero 74 Mofflo
Bardzo miękkie, całe skórzane sztyblety Bobux
Jul ma kombinezon z bucikami Lodger i myślę, że „przechodzi” w nim też zimę razem ze śpiworem po Lilce (zachowałam go, bo jest genialny!)
Kombinezon jest w sam raz na teraz (bez kocyka). Ma wbudowane rękawiczki i buciki, które można przyczepić żeby się nie zgubiły. Nie jest też śliski, przez co nadaje się do fotelika. Do tego mamy jeszcze cienką pilotkę też z tej samej firmy. Zasłania uszy i nie zjeżdża na oczy.
Jesiennie spacery to jest to! Tylko tak uda nam się przetrwać do zimy. Zbieramy kasztany i liście.
To są Lilki ulubione buty. Nie wiem dlaczego, ale mówi, że są szybkie:) Pewnie dlatego, że są czerwone, a wiadomo, że czerwone samochody są szybkie.
Buty Bobux
Zamówiłam jeszcze kilka dni temu Julowi kurtkę, bo w kilku sytuacjach sprawdza się lepiej niż kombinezon. Kurtka Mango i cieplejsza czapa zawiązywana pod brodą ze 100% niegryzącej wełny merino Nui Organics z merinodzieciaki.pl
Do spacerówki mamy śpiworek Lodger, który pasuje do fotelika. Jest bardzo funkcjonalny i ciepły.
Dla Lilki już w tamtym roku szukałam czapki z 100% wełny merynosów i w końcu znalazłam w merinodzieciaki.pl Nui Organics . Jeszcze tylko taką dla mnie muszę znaleźć.
Nie mam jeszcze ciepłej kurtki dla Lilki, a na rynku nic ciekawego nie ma. Chyba się skuszę na tą z Next
Powolutku myślimy też o zimie i już niedługo pokaże nasze typy na zimę.
Jak to jest być mamą dwójki dzieci? Czy to jazda bez trzymanki rodem z internetowych memów, czy może sielanka i spokój? W dzisiejszym wpisie napiszę o moich odczuciach. Co mnie zaskoczyło i jak sobie z tym poradziliśmy oraz czym się martwię (jak przystało na mamę).
Wiele razy sobie wyobrażałam jak to będzie. Dwójka dzieci to zawsze więcej o jedno. Czyli z matematyki wynikałoby, że to dwa razy więcej obowiązków, dwa razy więcej uwagi i dwa razy mniej czasu dla mnie.
Takie myśli miałam kiedy byłam już na końcówce ciąży. Martwiłam się bardzo, jak pogodzę to wszystko razem. A kiedy drugie dziecko było na świecie okazało się, że macierzyństwo po raz drugi to… bułka z masłem.
Teraz zupełnie inaczej patrzę na moje pierwsze macierzyństwo. Byłam zestresowana, mało pewna siebie i wszystko konsultowałam z dr. Google. Kiedy porzuciłam wszystkie teorie i zaczęłam być szczęśliwym rodzicem przeżyłam katharsis. Tak bardzo tego potrzebowałam! Wniosek był jeden:
Pamiętam siebie z tamtego czasu. Wszystko było czarno-białe. Jeżeli BLW to nigdy nie karmię łyżeczką. Płakałam kiedy raz podaliśmy mm. Nienawidziłam smoczka w buzi mojego dziecka, a bez niego ssało kciuk.
Moje macierzyństwo przypominało raczej plan na kartce, którego nie realizowałam w całości i mnie tylko frustrowało. Tak bardzo pozwoliłam na to, żeby mój instynkt macierzyński wyparły różne teorie i poglądy, że autentycznie byłam nieszczęśliwa i nie do końca się realizowałam w byciu mamą.
Miałam tylko jeden plan. Chciałam żeby było zupełnie inne niż pierwsze. Niczego nie planowałam (a to dość trudne w moim przypadku) i czekałam co mi przyniesie życie. Nie zamierzałam robić niczego wbrew sobie. I to było najlepsze co mogłam zrobić.
To normalne, że stresujemy się nowymi zadaniami, ale nie pozwólmy żeby ten strach nami kierował.
Mało tego, doszłam do wniosku, że nasze zachowania przechodzą na dzieci.
Potwierdziła to nawet znajoma fizjoterapeutka, która twierdzi, że przyczyną wzmożonego napięcia mięśniowego może być stres. Kiedy nerwowo reagujemy na zachowania dziecka, bo np. płacze, to dzieci odbierają nasze frustracje przez skórę.
Teraz dopiero to widzę. Moje całkowicie inne podejście owocuje naprawdę pogodnym usposobieniem dzieci. Zarówno młodszego, jak i starszego.
Mi dosyć dużo trudności sprawiało karmienie piersią. Mimo tego, że nie miałam dużych problemów to wciąż miałam wątpliwości czy robię to dobrze. Dodatkowo trzymałam nieistniejącą dietę matek karmiących i to mnie bardzo frustrowało, bo dosłownie na nic sobie nie pozwalałam.
Od tamtego czasu moja wiedza na ten temat jest o wiele większa. Tym razem poradziłam sobie bez najmniejszych problemów i nawet nawał mnie ominął.
Przy Lilce miałam też sporo wątpliwości co do pielęgnacji (podnoszenie, kąpanie, noszenie itd.) Efektem naszych błędów pielęgnacyjnych było wzmożone napięcie mięśniowe i asymetria. Mój stan wiedzy wcale się nie zmienił. Nie chciałam tych błędów powtarzać przy młodszym dziecku dlatego jak byłam jeszcze w ciąży zrobiłam kurs w tej tematyce, który otworzył oczy na wiele kwestii.
Każdemu mówię, że jestem zupełnie inną osobą niż byłam cztery lata temu.
Przy Lilce nie mogłam się doczekać każdego następnego kroku milowego. Chciałam żeby już zaczęła chodzić, mówić i jeść stałe pokarmy. A przy młodszym delektuję się każdą chwilą, bo już wiem, że ten czas tak szybko mija i nigdy nie wróci.
Chciałabym żeby jak najdłużej był taki malutki i ode mnie zależny. Zdaję sobie z tego sprawę, że jak przyjdzie czas to również będę wspierać jego samodzielność, ale teraz cieszę się z każdej chwili.
Ludzie najszybciej uczą przez praktykę i tak właśnie pierwszy egzamin z macierzyństwa już zdałam. Na podstawie naszych doświadczeń przy pierwszym dziecku udało nam się szybko dojść do wprawy.
Dzięki temu, że mamy cały know how jest o wiele łatwiej. Nie muszę zastanawiać się po kilka razy zanim coś zrobię.
Naprawdę nie spodziewałam się, że macierzyństwo po raz drugi tak pozytywnie mnie zaskoczy i dopiero teraz dam z siebie wszystko to, co chciałam.
Ostatnimi czasy tak dużo dyskutuje się na tematy zdrowia kobiet. Szkoda, że w taki sposób i przez osoby nieuprawnione do tego. Nie będę w tym wpisie odnosić się do obecnej sytuacji politycznej, ale chciałabym napisać w tym kontekście o ważnej dla mnie sprawie.
Chciałabym uniknąć pompatyczności oraz nadmiernego ładunku emocjonalnego. Te słowa układałam w swojej głowie przez półtora roku i dopiero teraz jestem w stanie przelać je na wirtualny papier.
Dodam też, że ten wpis nie jest po to, żebyście nam współczuli. Takie sytuacje dzieją się w co czwartej rodzinie, ale mało kto decyduje się na rozmowę na ten temat. Kiedy nas to spotkało po raz pierwszy, szukałam właśnie takich słów jakie poniżej napiszę. Tak bardzo potrzebowałam rozmowy z osobą, która przeżyła to samo co my. Niestety nie znalazłam.
Wiem, że wielkim dla Was szokiem było ukrywanie ciąży. Myślę, że każdy z Was mnie jeszcze bardziej zrozumie, bo to nie była moja druga ciąża, tylko czwarta.
Jeszcze w czerwcu 2014 była dla mnie czymś niesamowitym. Okresem tak cudownym, zupełnie bezproblemowym oraz przepełnionym marzeniami. Zwłaszcza, że miałam taką piękną ciążę z Lilką. Głaskałam się po brzuchu, chodziłam na ćwiczenia dla ciężarnych oraz objadałam się ogórkami kiszonymi. Z takim samym entuzjazmem przeżywałam następną ciążę, która niestety bardzo niespodziewanie zakończyła się w 12 tc.
Beż żadnych niepokojących objawów, dzień przed usg genetycznym dowiedziałam się, że serduszko nie bije od 8 tc. Nie bardzo już pamiętam ten czas, bo nie chce pamiętać.
Przeżyliśmy ogromny szok, żal, ból i przeszliśmy długą żałobę. Świat nam się zawalił, bo nic nie wskazywało na to, że w styczniu nie będę trzymała na rękach mojego drugiego dziecka. Musiałam pożegnać w myślach właśnie to wyobrażenie, że pcham wózek w śniegu i ubieram dziecko w kombinezony, a na lato to ono już będzie siedzieć i zasuwać świeże warzywa.
Właśnie te myśli i marzenia musiałam pożegnać, bo wtedy ciąża oznaczała dla mnie to, że będziemy mieli dziecko.
Za drugim razem podeszliśmy już bardziej sceptycznie. Nie cieszyliśmy się, podeszliśmy do tej drugiej kreski z dużym dystansem, mając w głowie doświadczenia sprzed kilku miesięcy. Niestety i tym razem się nie udało, tylko dużo wcześniej. Ciążę straciłam w Wigilię.
Cieszę się, że w końcu w Polsce więcej się mówi o straconych ciążach. Każdy ma prawo przeżywać ten czas na swój własny sposób. Po naszych doświadczeniach mam niestety trochę żal do lekarzy, że jednak z takim entuzjazmem podchodzą do każdej drugiej kreski.
W mojej przychodni przed każdą pierwszą wizytą w ciąży (nawet już w 5tc.) zakłada się książeczkę ciąży i wylicza się termin porodu. Dlaczego? Przecież ciąża wcale nie oznacza tego, że będzie się miało dziecko.
Niestety. Mój lekarz na początku każdej wizyty wyciągał to cholerne kółeczko i mówił kiedy mam termin porodu. A my, kobiety tak bardzo lubimy planować. Myślimy od razu jak to będzie, że latem to będzie gorąco z brzuchem, a zimą to ciężko buty z brzuchem będzie założyć. Przecież może być różnie i co czwarta ciąża nie zakończy się właśnie tak. A będzie ból, cierpienie i litry łez.
Po moich przejściach najchętniej poszłabym na pierwszą wizytę w 13 tygodniu ciąży – taka jak się dzieje w wielu krajach, a wcześniej nie robi się usg. Co z tego, że zobaczymy te malutkie bijące serduszko? Które tak naprawdę bez żadnej wyraźniej przyczyny może przestać bić?
Kiedy felerny 2014 się skończył, stwierdziłam, że statystyka nie mogła zadziałać na naszą niekorzyść aż dwa razy. Zaczęłam drążyć i czytać na ten temat. Trafiłam na pewną profesor, która zaczęła nas diagnozować.
Nie bez przyczyny napisałam Wam posty o witaminie D3 i przygotowaniach do mojej czwartej ciąży (a dokładniej o mutacji MTHFR). Po tym wpisie dostałam od Was dziesiątki meili. U każdej z Was występowały poronienia i szukałyście przyczyny.
Warto zacząć diagnostykę jeżeli poroniłyście co najmniej 2 razy. Mało tego, jeżeli było to 3 razy to diagnostyka przysługuje Wam na NFZ i nazywa się już „Poronieniami nawykowymi”.
Każdy przypadek jest inny, ale po godzinach wertowania internetu doszłam do wniosków, że w wielu przypadkach przyczyny strat są podobne. Istnieje nawet coś takiego jak: „żelazny zestaw”, który wypisuje kilku lekarzy w Polsce, a większość niestety radzi starać się dalej bez jakiejkolwiek terapii i leków skazując kobiety na dalsze niepowodzenia.
Pierwsza kwestia: lekka insulinooporność (przed planowaną ciążą i do 20 tc. byłam na diecie o niskim IG oraz przyjmowałam leki na obniżenie glikemii, niedobór wit. D3 (miałam skrajnie niski poziom, który może również przyczyniać się do aktywowania wielu chorób z autoimmunologii), mutacja MTHFR A198c heterozygota (jest to lżejsza postać tej mutacji i wymaga suplementacji metylowanym kwasem foliowym, metylowaną wit B12 i aktywną postacią B6).
Mutacja MTHFR najpewniej spowodowała u mnie mikrozakrzepy, które zakończyły poprzednie ciąże. W profilaktyce przed ciążą brałam leki rozrzedzające krew i kontynuowałam je w ciąży. Doszły również zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch, codziennie. Profesor, którą wspominałam wyżej zaleciła mi mnóstwo badań i te akurat okazały się być zasadne.
Kiedy już znałam diagnozę było mi lżej. Moją głowę zajęły badania, wizyty i dieta, na której zrzuciłam 10 kg. Udało mi się przepracować tamte straty i wiedziałam, że jak już znajdziemy przyczynę to się uda. I to właśnie na końcu tej ciąży, która była bardzo trudna stało moje ukochane dziecko.
Najtrudniejsze były te 12 tygodni. Niestety los jeszcze trochę nas doświadczył. W 8 tc na IP kiedy już żegnałam moje marzenia o dziecku dowiedziałam się o krwiaku, który jest dość powszechny przy tym zestawie leków. Na szczęście po kilku tygodniach się wchłonął.
Czas do 12 tygodnia, był dla nas najgorszy. Starałam się nie cieszyć, nie myśleć i niczego nie planować. Żyłam dniem dzisiejszym i nie oglądałam żadnych wyprawkowych rzeczy.
Jeszcze na usg genetycznym po bardzo dokładnych pomiarach pani doktor stwierdziła przezierność karkową w samej górnej granicy normy. Stres dał za wygraną i zrobiliśmy z mężem test NIFTY.
I kiedy w 13 tygodniu ciąży odbierałam wynik, że będziemy mieli zdrowego synka byłam najszczęśliwsza na świecie.
Trochę dziwnie się z tym czuję, że piszę Wam na ten temat, bo szanuję naszą prywatność. A ta sprawa jest dla nas bardzo intymna, ale wiem, że tymi słowami pomogę wielu kobietom. To normalne, że traci się ciąże. Nie tylko Was to spotyka. Nie czujcie się w tym osamotnione. Szukajcie przyczyny, zmieniajcie lekarzy i się nie poddawajcie. Wierzę, że tym postem dałam Wam nadzieję. Nadzieję na spełnienie Waszego największego marzenia.
Sezon na kasztany w pełni – też macie już całą chałupę pełną tych jesiennych skarbów? Jeśli tak to przypominam wam niniejszym parę zastosowań. Zobaczcie jak można je wykorzystać w sposób edukacyjny!
Naprawdę mnie to ujmuje – jak Julek z równie wielkim entuzjazmem znajduje setnego kasztana jak i tego pierwszego. Koszyk pełen, z kieszeni cały czas się turlają jak idzie, jednak każdy kolejny znaleziony traktowany jest jak najprawdziwszy skarb. Choć z drugiej strony gdybym ja tak znajdywała np. bursztyny… Muszę przyznać mu rację:) Każdy to skarb.
No dobrze – jeśli macie w domu podobnych entuzjastów – i tak jak my macie nieprzebraną stertę kasztanów w każdym pokoju – to pokażę Wam jak można by je edukacyjnie wykorzystać:
Potrzebujemy:
Zadaniem dziecka jest zapakowanie kasztana w folię aluminiową.
wiek dziecka 18m+
I Lili siedzi i zawija je w te sreberka…
Ta zabawa jest dla dzieci najmłodszych. Myślę, że nawet roczne dzieci będą w stanie wrzucać jr do butelek z szerokim wejściem. Butelkę można później zakręcić i toczyć po podłodze. Ciekawe efekty wizualne i słuchowe gwarantowane.
Przygotowanie: cienkim śrubokrętem musicie zrobić otworki, a końcówkę sznurka obkleić taśmą klejącą, aby była sztywna.Przewlekanie kasztanów jak korali doskonali koordynację ręka – oko.
My zrobiłyśmy gąsienice i Lilka dorysowała oczy i buzię, ale można zmieniać projekty wg uznania (dodać koraliki, makarony itd.)
Przypasowanie odpowiedniej liczby kasztanów do cyfry na kartce.
Inne nasze pomysły, w których można użyć kasztanów znajdziesz też we wpisie: Prace domowe 8
Oraz coś dla starszych:
Jeszcze jest najcudowniejszy okres na zewnątrz. Słoneczko nas jak na październik mocno rozpieszcza. Korzystamy z każdej chwili na zewnątrz. Polska złota jesień jak malowana. Natomiast na długie zimowe szarobure popołudnia i wieczory polecam wam szerszy wpis podrzucam a w nim uniwersalne inspiracje na Zabawy dla dzieci w domu
Wszystko miało wyglądać pięknie… niestety tylko w teorii. Rozkoszowałam się obrazkami w książce o BLW (Baby led weaning) dzieci umorusanych od stóp do głów warzywami. Snułam plany jak to moje dziecko będzie uwielbiało warzywa i dzięki temu będzie zdrowe.
Życie zweryfikowało moje plany dość mocno. Mimo, tego, że proponowałam córce wiele kolorowych warzyw, nie wyrażała żadnej chęci pochłonięcia choćby kawałka. „Ulubione” brokuły zawsze lądowały na ziemi, a ona zawsze wybierała mięso lub węglowodany. Na początku lekko się tym przejmowałam. Później mi przeszło i zaczęłam szukać przyczyny, dlaczego ona nie chce jeść warzyw.
Po lekturze książki Carlosa Gonzaleza „Moje dziecko nie chce jeść” wyluzowałam bardzo mocno.
Wszystkie nawyki kształtujemy w dzieciństwie dlatego warto o nie zadbać już teraz.
Jak to prezenty dla czterolatki? Wciąż nie mogę w to uwierzyć, że kończy już cztery lata. Niedawno była jeszcze takim bąblem jak Julek, a teraz rano przy śniadaniu potrafi mnie zastrzelić pytaniem: „Dlaczego niektóre kobiety mają wąsy?” i płacze, że chce być dorosła.
Prezentownik jak zwykle dopasowany do naszych potrzeb, ale myślę, że i Wam się spodoba.
2. Ciągle chodziłaby w spódniczkach. Nawet sukienki nie są tak fajne, bo zazwyczaj się nie kręcą. Ta pasuje do niej idealnie.
3. Zabaw manualnych nigdy za wiele. Wyplatanka Janod zajmie ją na dłuższy czas.
4. Miłość do puzzli wróciła ze zdwojoną siłą. Takie puzzle w woreczku Mudpuppy można zabrać ze sobą na wyjazdy i zajmują mniej miejsca na półce.
5. Ma wielką chęć opieki nad młodszym bratem, więc kosz Mojżesza Numero 74 dla lali będzie świetnym pomysłem
6. Rysowałaby po wszystkim! Nowe kredki z piórnikiem z jednorożcem nosiłaby ze sobą w plecaku.
7. Niedawno zafascynowała ją historia drewnianego pajacyka. Tato przeczytał jej całą historię bez obrazków do snu. W tej książce z najpiękniejszymi ilustracjami Roberto Innocenti mogłaby to wszystko zobaczyć.
8. Dawno już nie widziałam tak ciekawej zabawki dla dziewczynek. Zestawy Goldieblox pobudzają umysły analityczne i mogą sprawić, że Wasze córki zostaną inżynierami.
9. Przyszedł już czas na Lego Friends. Duplo leży i od 3 lat się kurzy, a Friends zawsze się bawi u swojej 10-letniej kuzynki – więcej Lego inspiracji we wpisie – Prezent na dzień dziecka
Dawno nic nie pojawiło się w naszym cyklu Warszawa dzieciom, a długie jesienne wieczory przed nami. Wczoraj odwiedziliśmy nowe miejsce na stołecznej mapie- to Kawa i zabawa umiejscowiona na ul. Terespolskiej 4.
Oczywiście, przyciągnęła nas wielka zjeżdżalnia i to ona jest główną atrakcją tej kawiarni. Podczas naszej wizyty Lilka zjechała z niej może 120 razy i nie miała dość. Gdybym mogła napisać instrukcję zjeżdżalni idealnej to wyglądałaby właśnie tak. Szybki, zakręcony zjazd na długo pozostanie w głowie mojej córki.
Pod kawiarnią jest duży parking i nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem miejsca (co niestety jest rzadkością w Warszawie).
Duża, jasna przestrzeń cieszy moje purytańskie oko. Bardzo sprytnie schowane są kolorowe zabawki i dzięki temu nie zagracają przestrzeni. Dzieci bawią się we wnęce pod zjeżdżalnią.
Do toalety można wjechać nawet wózkiem. Znajdziemy tam również przewijak i … błękitne niebo.
Menu nie jest tutaj bardzo szerokie, bo jest to tylko kawiarnia. Można zjeść coś lekkiego: sałatkę lub naleśniki. A na deser przekąsić coś słodkiego i wypić naprawdę dobrą kawę! Całość zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie i z pewnością tam nie raz wrócimy.