kontakt i współpraca
Zaraz Mikołajki, Black Friday i nie wiedzieć kiedy już święta za pasem. Jako że w tym roku bezpieczniej kupować przez internet, więc aby mieć pewność, że przesyłki dojdą na czas – chciałabym Wam pokazać inspirujące pomysły na prezenty na święta dla dzieci 2020. W dzisiejszym wpisie pokażę Wam około 30 świetnych rzeczy, które możecie podarować bliskim.
Jak wiecie, wyszukiwanie prezentowych perełek i inspiracji jest jednym z celów misji nebule.pl, dlatego przeszukuję dla was czeluści internetu by prezentować najbardziej wartościowe rekomendacje. Niniejszy materiał sponsorują producenci/sprzedawcy naprawdę wyjątkowych zabawek
a tu macie najnowszy wpis Prezenty na Święta dla dzieci 2022
Jakie lubimy prezenty na Święta? Takie, które podobają się dzieciom, a nie tylko rodzicom. W tym roku pokażę właśnie takie pomysły.
Mam nadzieję, że macie coś do picia, ciepły kocyk i zapraszam do oglądania:
PS. Jeśli coś z tych inspiracji wpadnie wam w oko – zanim sfinalizujecie zakupy – przescrolujcie do końca wpisu – naturalnie nie na wszystko – ale na część z nich ja też mam dla was prezencik – kody zniżkowe🙂
Nie wiem dlaczego ja dopiero niedawno odkryłam ten namiot! Zobaczcie jakie to jest genialne – z zestawu rurek i łączników możecie wybudować naprawdę wszystko: auto, rakietę, dom, bazę, jaskinię…
Nic Was nie ogranicza, a zabawa będzie świetna! A co jest najlepsze w tym namiocie? Po złożeniu zajmuje tak mało miejsca, że możemy nawet go schować do plecaka i zabrać na wycieczkę. Ta zabawka jest idealna – pobudza kreatywność, zachęca do interakcji, a do tego nie brudzi i nie jest głośna – takich zabawek potrzebują też rodzice;)
Namiot jest dostępny TUTAJ
Nie uwierzycie – elementy są fluorescencyjne… Czy można było sprawić by baza była jeszcze bardziej cool?!?
Pamiętam, jak w tamtym roku pokazałam Wam taki prosty projektor do rysowania i bardzo Wam się podobał. Teraz odkryłam jeszcze lepszy sprzęt, który daje więcej możliwości. W zestawie macie 50 ilustracji zapisanych na karcie pamięci – ale to jest pikuś! Po zainstalowaniu aplikacji na telefonie, nie dość, że szablonów jest znacznie więcej – możecie tam wgrać swoje własne zdjęcia!
Projektor sczyta kontury i dziecko może narysować siebie, brata, mamę, tatę czy też ulubioną postać z bajki. Prawda, że mega? Szczegóły zabawy pokaże wam na Stories! Projektor będzie świetnym prezentem na święta dla dzieci, które już kochają rysować, ale także dla dla tych, które nie potrafią, bo dzięki niemu mogą się podszkolić.
Projektor jest dostępny TUTAJ
Jeżeli macie w rodzinie dzieci, które chętnie towarzyszą Wam w gotowaniu (a nie znam takich, które nie przepadają) to te akcesoria je zachwycą. O książce kucharskiej pisałam oddzielny wpis – Gotuj z Alą i Antkiem – nieustannie z niej gotujemy i bardzo lubimy zdrowe przepisy. Teraz są jeszcze dostępne pasujące fartuszki (również w wersji do samodzielnego pokolorowania) i foremki z pieczątkami do świątecznych pierniczków.
Gotuj z Alą i Antkiem do kupienia TUTAJ
A fartuszki ”NIE WYGANIAJ Z KUCHNI” – do kupienia TUTAJ
Jeżeli macie mniejsze dzieci i szukacie ciekawych układanek edukacyjnych to polecam Wam Wspomagajki. Przyjemne ilustracje przedstawiające zwierzęta, pory roku czy też bliskie dzieciom przedmioty sprawiają, że łatwiej jest przyswajać nowe słowa. Wszystkie Wspomagajki są wykonane z grubego kartonu, więc są odporne na dziecięce rączki.
Pisałam wam szczegółowo jak używać ich do wspomagania rozwoju mowy we wpisie Wspomagajki. Jeśli zachęceni już wtedy kupiliście którąś z gier – cały czas powstają nowe o które możecie ubogacić swój repertuar edukacyjnej rozrywki:
1,2,3! Pamiętam Pory roku – gra edukacyjna
1,2,3! Szukam – gra
1,2,3! Układam Moi mali przyjaciele
1,2,3! Układam Zwierzęta w lesie
Nie wiem, czy ten prezent cieszyłby bardziej mnie, czy dzieci – ale widzę nas siedzących pod choinką, w tle świąteczna muzyka – a my składamy tę wielką księgarnię z klocków. To niezła gratka dla miłośników LEGO, jak i książek w jednym. W środku znajdziecie niezwykłe szczegóły, które doceni nie jeden kolekcjoner. A później ile czeka nas z nim zabawy!
Nie będę więcej pisać – słowa nie oddadzą tego zachwytu – po prostu spójrzcie na to zdjęcie:
Do kupienia TUTAJ
No zobaczcie sami ten stopień dopracowania detali:
A jeśli kupicie projektor do rysowania – albo wasze dzieci lubią tworzyć prace plastyczne i szukacie materiałów potrzebnych do rysowania, malowania, szkicowania itd to zobaczcie ten ogromny zestaw. W jednym miejscu będziecie mieć wszystko: farby akwarelowe, kredki, mazaki, pędzle. Jakość akcesoriów Djeco jest świetna i taki zestaw wystarczy na dłużej. Moja 8- latka chodzi po domu z tym zestawem i cały czas coś tworzy.
Jeżeli macie w domu małego czytelnika, który pochłania książki w szalonym tempie to polecam Wam czytnik na prezent.
Oczywiście nie zastąpi on papieru, ale jako uzupełnienie sprawdza się znakomicie.
Najlepsze jest w nim to, że ma bezpośrednią aplikację Legimi i książki ściągamy na czytnik jednym kliknięciem! Mamy go już dość długo i mogę śmiało polecić. Przez tą łatwość obsługi a nie cudowanie z przegrywaniem książek jak na kindlu – to właśnie po Inkbooka Lila sięga codziennie.
Inkbook Calypso do kupienia TUTAJ – tam już mają Black Friday!
Jeśli chodzi o pomysły na prezenty na Święta 2020 dla dzieci no to to jest HIT. Udało nam się spełnić nasze marzenie, bo pewnie nie wszyscy wiecie, że uwielbiamy grę w piłkarzyki (a mój mąż jest „utytłanym” mistrzem). Dzieci też załapały bakcyla, więc taki stół to dla nas wielka atrakcja. W zestawie macie 4 gry w jednym: piłkarzyki, cymbergaj, bilard i tenis. Stół jest naprawdę spory: 118 x 61 x 82 cm, więc i gra jest poważna.
W zestawie macie wszystkie potrzebne akcesoria: siatka do ping-ponga, paletki, zestaw do bilarda itd. Musze powiedzieć, że to naprawdę fajny pomysł na prezent, bo możecie sami grać z dzieckiem, albo dzieci mogą korzystać z niego same (będą potrzebowały tylko pomocy przy zmianie gier). Stół jest dość lekki, ale bardzo stabilny. Polecamy na rodzinne, świąteczne rozgrywki. U nas mistrzostwa piłkarzyków stały się już doroczną tradycją. Wdrażamy teraz w rywalizację najmłodsze pokolenie:)
Stół do kupienia TUTAJ
Nie wiem dlaczego, ale mi zawsze marzyły się klocki LEGO ułożone kolorystycznie. Chcę Wam pokazać klasyczny zestaw LEGO – pomoże Wam rozbudować zestawy, które już macie. W tym zestawie macie aż 1500 klocków, a do tego płytki, które przydają się do budowli. Myślę, że taki prezent na święta zadowoli LEGOmaniaka w każdym wieku.
Jak mi brakowało takiej książki na półce naszego miłośnika dinozaurów. W tej pozycji znajdziecie aż 300 gatunków! Książka jest przepieknie wydana na matowym papierze i ma lubiany przez nas retro klimat. Śmiało można powiedzieć, że to encyklopedia, bo wszystkie nazwy ułożone są alfabetycznie „od ardonyksa do zuniceratopsa”. Przy każdym dinozaurze znajdziecie najciekawsze informacje, które warto zapamiętać, a wszystkie informacje zebrane w tej książce pochodzą od najlepszych specjalistów z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie.
Książka do kupienia z fajnym rabatem TUTAJ. Oprócz Dinozaurów od KROPKI możecie przy okazji w tej samej przesyłce kupić lekturę i dla siebie z przecudnej oferty Wydawnictwa Marginesy
A gdybyście na pomysły na prezenty dla dzieci na święta szukali gry, która w prosty sposób zachęci do nauki liczenia to voila! Jak wiecie jesteśmy fanami gry Haba „W ogrodzie”, do tej pory w nią gramy, a ona wciąż wygląda jak nowa. Mądry Miś to tak naprawdę cztery warianty gry, podczas której liczymy w zakresie dziesięciu. W zestawie znajdziecie: karty, drewniane kostki do gry i liczydło, które pomaga w rachunkach. Według mnie jest to gra od około 4 lat. Jeśli dziecko ma fazę na liczenie – albo jeśli odczarować matematykę – musthave.
Są 3 kostki – na kostkach są palce, kropki i cyfry. To genialny pomysł by nauczyć dziecko cyferek.
Mądry Miś do kupienia TUTAJ
O Walkie Talkie moje dzieci marzyły od dawna – to jest taka zabawka, która sama w sobie pobudza wyobraźnię. Od razu rodzą się pomysły na zabawę: w policjantów, szpiegów, czy w zwykłe bieganie po lesie. To profesjonalny zestaw, zasięg do 4 km!
Ma wiele funkcji: 8 kanałów, podświetlany wyświetlacz, zaczep do paska, tryb głośnomówiący, a do tego 10 dzwonków do wyboru. Walkie Talkie możecie ładować ładowarką (dołączona do zestawu) lub wkładać baterie. Mieliśmy do tej pory parę różnych zabawkowych – ale to jest pierwsze solidne – które zostanie z nami na lata.
Walkie talki do kupienia TUTAJ
Pokazywałam Wam ten zestaw w oddzielnym wpisie o LEGO – tam znajdziecie szczegóły. Po kilku miesiącach stwierdzam, że to jeden z fajniejszych zestawów LEGO DUPLO, jaki mieliśmy. Julek odpina kulę i przyczepia ją do innych budowli, które buduje. Żuraw wieżowy służy mu też do wielu ciekawych zabaw i widzę, że pobudza jego wyobraźnię. Jeżeli macie w domu miłośnika pojazdów budowlanych – to bardzo Wam polecam ten zestaw.
Piękne i naprawdę duże krosno wykonane z drewna bukowego. Dzieci mogą tworzyć na nim naprawdę imponujące rzeczy: dywaniki, torebki, makatki. Możliwości jest naprawdę dużo, a afekt będzie piękny. Do krosna można dokupować własne nitki i tworzyć piękne makatki.
Krosno do kupienia TUTAJ
Idealny prezent na święta dla małych fanów straży pożarnej i postaci z tej bajki – znanego wszystkim Strażaka Sama. Ten pojazd ma kilka ciekawych funkcji: światło zapalane przez wciśnięcie przycisku, dźwięk, a do tego jeszcze możliwość zaprogramowania całej trasy.
Wiecie, że jest nowa część perypetii Jano i Wito? Ukazała się niedawno, a już wszyscy ją kochają – nowa książka Wioli Wołoszyn „Różowy rower”. Tym razem książka przeznaczona jest dla starszych miłośników Jano i Wito. Historia jest bardzo ciekawa, a do tego zawiera kilka wątków edukacyjnych. Jest rozmowa o emocjach, przełamywanie stereotypów i do tego utrwalanie głoski „r”. Bardzo podobają mi się obrazki wplecione w tekst, tak aby dziecko również mogło czytać.
Różowy rower i ale wszystkie inne pozycje poczytnej autorki Wioli Wołoszyn możesz kupić i w księgarni ale od paru dni również w jej autorskim sklepie! Tylko tam kupując książki, otrzymujesz je z własnoręcznym AUTOGRAFEM AUTORKI – do kupienia TUTAJ
Oh, jak długo szukałam takiego zestawu, z którego można stworzyć różne ciekawe rzeczy. W pudełku znajdziecie aż 211 elementów, które łączą się ze sobą dowolnie, a to Wy możecie decydować co z tego powstanie. Taka zabawka łączy wszystko to, co cenię: kreatywność, motorykę małą i rozwój intelektualny. U nas takie zabawki służą przez wiele lat, bo rosną razem z dzieckiem, a my możemy ten rozwój obserwować.
Zestaw majsterkowicza do kupienia TUTAJ
Jeżeli też Wam się przypominają bajki z projektora wyświetlane na ścianie lub suficie to ten zestaw jest dla Was. W pięknym opakowaniu macie ukryte 32 obrazkowe opowieści dla dzieci. Do tego dołączone są bilety, mini ekran i oczywiście przeźrocza, a wszystko po to żeby dzieci mogły same pobawić się w kino i zaprosić rodziców. W zestawie są takie bajki, jak „Kopciuszek”, „Czerwony Kapturek”, „Śpiąca Królewna”, ale też historyjki o piratach, rycerzach, superbohaterze, zwierzętach i wiele innych.
Lila przygotowuje plakaty, sprzedaje bilety i chodzimy do niej na seanse. Rozważa też otwarcie budki z pop-cornem.
Bajki do kupienia TUTAJ
Edit – Kino już podobno wyszło – ale zobaczcie podobne produkty TUTAJ
Faza na lalki LOL jeszcze się u nas nie skończyła i trwa w najlepsze. Lila ma kilka laleczek, a ostatnio marzyło się jej auto. A ten zestaw nie jest taki zwykły – ten samochód ma też scenę i basen! Można nalewać lalkom wody!
W liście do Mikołaja była właśnie jedna laleczka, sami wiecie ile te kuleczki kosztują – i przy koszcie pojedynczej, ten zestaw wychodzi mega ekonomicznie! Lila co chwilę odkrywa i pokazuje poekscytowana – lusterka się ruszają! Jest kluczyk do stacyjki! Światła się chowają, wysuwają i ŚWIECĄ! Święcą ultrafioletem a strój laleczki fosforyzuje! Dziś urządziła kąpiel w basenie całej kolekcji lalek…
Jak wiecie jestem ogromną fanką tej marki – mieliśmy sporo zabawek Btoys i zawsze były świetnej jakości. Tak też jest z tą kolejką – super wykonanie, a do tego super zabawa. W zestawie macie drewniane tory i dodatki, które rozbudują Waszą górską kolejkę. Są też drzewka, znaki drogowe, budynki, no i oczywiście pociąg z wagonikami. Cała kolejka składa się do estetycznego pudełka, a nakrywką jest … pagórek z torami. Świetny pomysł, bo nie musimy dodatkowo więc skrzynki na tę zabawkę. Tory są kompatybilne z innymi dostępnymi na rynku, więc bez problemu powiększycie swój zestaw.
Kolejka do kupienia TUTAJ
Ciastoliny nigdy dość! Przyznam się, że my nigdy nie mieliśmy całego zestawu, tylko same tubki. Dlatego taka fabryka czekolady to dobry pomysł na prezent na Święta dla dzieci. Można się bawić samemu lub z rodzeństwem, a kiedy się skończy można kupić kolejne opakowania ciastoliny. W zestawie jest sporo ciekawych dodatków, z których dzieci mogą tworzyć żelki, ciastka, babeczki – a wszystko bez obaw o próchnicę;)
Gra Ryzyko Junior to gra pełna przygód! Będzie dobra dla dzieci od 5 lat. Najmłodszym graczom spodoba się łatwa rozgrywka i piracki motyw. Zadaniem dzieci jest przesuwanie swoich pionków w kształcie okrętów tak, aby odnaleźć ukryte skarby, a do tego toczyć bitwy w celu zdobycia łupów. Czas rozgrywki to około 30 minut – łatwo ją złożyć i gra nie wymaga umiejętności czytania. ARRR!
Ryzyko Junior do kupienia TUTAJ
Jeżeli szukacie parkingu dla resoraków z prawdziwego zdarzenia, która ma zjeżdżalnie, windę, stację benzynową a nawet myjnię dla samochodów – to będzie dobry wybór. Zabawka jest wykonana z drewna i ma plastikowe elementy. Do to w zestawie jest też kilka aut. Możecie się wyścigować lub bawić się w tematyczne rozgrywki.
Parking jest bardzo solidny, więc długo Wam posłuży. Ujęła mnie staranność wykonania. Śrubki, którymi będziecie skręcać tor, mają główki pomalowane na kolor tła! Szacun dla twórców. Do tego toru pasują też inne samochodziki, które macie w domu. Są nawet działające światła przy samochodowej skoczni! Jest helikopter i lądowisko dla niego na dachu! Tor jest duży i wielowątkowy, Julek razem z sąsiadem mają razem taką frajdę, że nie można ich oderwać.
Jeżeli Wasze dzieci uwielbiają resoraki, to z pewnością im przypadnie do gustu tor dla autek. W tym zestawie znajdziecie wielki (75 cm) garaż na 20 autek i ogromny pomarańczowy zjazd. W jednym czasie dzieci mogą urządzać zawody. Cały tor się składa, więc nie będziecie mieli problemów z przechowywaniem.
Tor do kupienia TUTAJ
A jeśli lubicie takie pomysły na prezenty na święta dla dzieci, które łączą ze sobą przyjemne z pożytecznym to zobaczcie te cuda od polskiej marki Kidsspace. Mogą służyć jako koce, ale również jako przebranie. Są przemiłe w dotyku i naprawdę duże. Nie ukrywam, że jak dzieci w końcu zasną i nieopatrznie zostawią kocyk na kanapie to bezkarnie z niego korzystam.
Kocyki do kupienia TUTAJ
O LEGO DOTS pisałam Wam już w zestawieniu Prezenty dla 8-latka i nadal uważam, że to świetny pomysł na podarunek. Są dostępne różne zestawy – mniejsze i większe, a najważniejsze jest to, że wszystkie się ze sobą łączą. Wszystkie nadają się na prezenty np. na urodziny dla koleżanek czy jako dodatek do prezentu zamiast słodyczy. Bardzo Wam też polecam bransoletki LEGO DOTS – u nas nadal jest na nie faza.
Nie wiem jak u Was, ale jak ja byłam dzieckiem, to zawsze w paczce od Mikołaja znajdowałam też skarpetki. Dla mnie prezentownik bez skarpetek się nie liczy:) Ostatnio odkryłam tak fajne skarpety, że postanowiłam je Wam tu pokazać. Są tworzone i produkowane w Polsce przez Mamę. Mamy wersję z ABS (są duże rozmiary) i wersję MERINO – to jest bajka! Sama też takie noszę:)
do kupienia TUTAJ
Kto lubi prezenty książkowe niech zajrzy do wpisu Książki świąteczne dla dzieci
A tu inspiracje na konkretny wiek:
Prezent na roczek 100 inspiracji
Prezenty dla 2 latka
Prezenty dla 3-latka
Prezent dla 4 latka
Prezenty dla 5-latka
Prezenty dla 6 latka
Prezenty dla 8-latka
Prezenty na święta dla dzieci 2021
Wybór oświetlenia do domu może sprawiać problemy. Po ilości Waszych maili zapytań widzę, że też szukacie inspiracji. W dzisiejszym wpisie zebrałam wszystkie nasze lampy, ledy i osprzęt elektryczny. Pokażę oświetlenie led, oświetlenie łazienkowe, sufitowe, oświetlenie schodów, łazienki, salonu, kuchni a nawet podszafkowe:). Może Wam pomoże przy dobieraniu oświetlenia w waszym domu.
Zacznę od tego, że na samym początku miałam pewne wyobrażenia i chciałam je zrealizować w naszym domu. Bardzo mi zależało na różnych źródłach światła i takie informacje przekazałam naszej architekt na samym początku naszej współpracy.
Oświetlenie sufitowe ale i wszystkie inne źródła światła ustalaliśmy z Kasią (amicusdesign.pl) już na samym początku. Wysokości, odległości dobieraliśmy na wstępie żeby elektryk miał możliwość odpowiedniego przeprowadzenia kabli. Później Kasia przesłała mi linki do oświetlenia, które pasuje do naszych wnętrz. Nie ukrywam, że pomoc architekta jest ogromna i ułatwia w dużej mierze proces szukania.
Natomiast mi też zależało na obniżeniu kosztów oświetlenia, więc szukałam tańszych zamienników. Nie wiem czy wiecie, ale jeżeli wyposażacie cały dom lub mieszkanie w oświetlenie to lepiej wszystko jest kupić w 1 sklepie. Wtedy możecie dostać duży rabat.
Nie spodziewałam się, że prawie wszystkie sklepy internetowe z oświetleniem nie mają produktów dostępnych w 24 h. Wszystko jest na zamówienie i trzeba zrobić to odpowiednio wcześniej.
Podczas poszukiwania sklepu, który zamówi całe oświetlenie natknęłam się na wspaniałych ludzi, którzy pomogli mi bardzo! Dzielę się kontaktem, bo dzięki nim cały proces przebiegł, szybko, sprawnie i do tego taniej niż w sklepach internetowych.
Pani Ola z HOSEL nie dość, że znalazła mi tańsze odpowiedniki lamp to podpowiedziała wiele ciekawych rozwiązań. U nich też zamówiłam cały osprzęt elektryczny i żarówki. Wszystko sprawnie i bardzo profesjonalnie.
W całym domu mamy spoty AZZARDO tuba pojedyncza BROSS 1 (wyszło nam około 20 sztuk) – KLIK
W dwóch pomieszczeniach mamy też wersję podwójną AZZARDO tuba podwójna BROSS 2 – KLIK
W salonie mamy dużo oświetlenia, bo jest podzielony na kilka stref. Zrezygnowaliśmy też z lampy na środku, bo od początku był w planach projektor pod sufitem. Każda ściana ma oddzielny przełącznik, więc daje to spore możliwości. Nie ukrywam, że jeszcze nie nauczyłam się wszystkich włączników, ale już niewiele mi brakuje i ogarnę to oświetlenie salonu:)
W rogu mamy lampkę do czytania i pracy – to Aldex Arrow – KLIK
Jak widzicie – w kuchni też mamy spor różnych źródeł światła i daje to bardzo ciekawy efekt.
Na stołem lampy UMMO KOBAN – są przepiękne i dają dużo światła
Nad wyspą mamy regulowany kinkiet NOVODVORSKI TECHNO KLIK – bardzo fajna lampa, która ma trochę industrialny charakter i często o nią pytacie.
Pod szafkami mamy też ledy – bardzo lubię tę opcję i najczęściej jej używam.
Przez to, że mamy tam duży skos, a pomieszczenie jest niewielkie to nie było pola do szaleństw jeśli chodzi o oświetlenie łazienkowe. Mamy tam tylko 1 kinkiet, ale z dwoma żarówkami.
To porcelanowy kinkiet ZANGRA podwójny
To kinkiet Markslojd ZEN KLIK
Na drugiej stronie ściany też te same – czyli razem mamy 3
Jeśli chodzi o oświetlenie schodów to mamy podświetlane schody na czujkę! Jest to bardzo fajna opcja. Kiedy podchodzimy do schodów, to zapalają się wszystkie stopnie. Można też regulować aby światło się nie gasiło lub było całkowicie wyłączone.
Bardzo podoba mi się efekt końcowy – wymagał sporo pracy i od stolarza od schodów i elektryka, ale warto było.
Na klatce schodowej mamy też duże lampy w formie kul
Aldex BALIA KLIK – mamy takie dwie sztuki. Kinkietem można obracać i wybierać odpowiednie ustawienie
Automatyczne oświetlenie schodów może się wydawać zbytkiem, ale mówię wam, warto. Jest to super wygodne, po schodach rzadko kiedy idziesz na pusto i brakuję rąk – a tak włącza się samo:)
Tutaj mamy podwójny Zumaline SPOT go SL2 biały
4 spoty Zumaline czarne SPOT GO SL1 KLIK
Lampa w kształcie koła RAMKO ECHO VERTICAL 90 cm KLIK
Ta lampa była moim marzeniem i efekt z nią jest świetny. Natomiast wg mnie mogłaby mocniej świecić.
W łazience też mamy 2 ukryte ledy
Grzejnik VASCO RITMO
I led przy suficie
Kinkiet przy biurku to Frandsen Lyss Wall Almond
Oświetlenie sufitowe to Jackie pink KLIK
Kinkiet nad łóżkiem Nordlux POP KLK
Kinkiet LA forma Odine KLIK
Tę żółtą lampę zamówiłam na Alliexpress, bo gdzieś mi mignęła, ale była już niedostępna. Lampa przyszła po ok 6 tygodniach, ale miała inny kolor rozety i to popsuło cały efekt. Musiałam ją przemalować. Mogłaby też być większa i być może za ja jakiś czas ją zmienię.
Lampa górna Lindby Fabronia – tę lampę znalazłam sama i ją uwielbiam. Kosztowała niedużo, a daje dużo światła, jest świetnie wykonana i bardzo pasuje do wnętrza.
Kinkiety Ummo Koban
Górna lampa Markslojd Kirkenes KLIK
2 Spoty LED Morik
I dwa spoty, które mamy w całym domu
Jeżeli chodzi o osprzęt to mamy Simon 54 Premium
Mieliśmy kilka miejsc, gdzie były potrzebne ramki 4 i 5-krotne i takie właśnie HOSEL nam doradził
A w łazience chcieliśmy mieć radio podtynkowe, więc zdecydowaliśmy się na osprzęt Berker B.kwadrat KLIK – jestem bardzo zadowolona z tego radia – świetny dźwięk i łatwa obsługa
Prosiliście żeby napisać o żarówkach. Ja się totalnie na tym nie znam i mi wyborze pomogła ekipa HOSEL – przyjechali ze swoimi żarówkami i udało nam się wybrać idealne: wszystkie o barwie neutralnej 4000 K.
Lampka Myszka z pierwszego zdjęcia to Seletti – dostępna TUTAJ
a tu macie poprzednie wpisy z serii Dom:
Wykończenie domu
Inspiracje na dom marzeń
Biały czy kolor – Kolory ścian
A na dziś to już chyba wszystko jeśli chodzi o oświetlenie – jeżeli macie jakieś pytania to piszcie w komentarzach.
Wędzidełko języka stało się ostatnio „modnym tematem”. Jest przedmiotem ożywionych dyskusji między różnymi specjalistami – logopedami, ortodontami, laryngologami, chirurgami, doradcami laktacyjnymi, ale również między rodzicami, którzy mierzą się z problemem skróconego wędzidełka u swojego dziecka i poszukują skutecznych sposobów postępowania.
Wokół tego tematu pojawia się coraz więcej udowodnionych naukowo informacji i strategii postępowania, jak również nadal krąży wiele mitów. W poniższym artykule przybliżę te pierwsze i postaram się obalić te drugie.
Najprościej można powiedzieć, że jest to fałd błony śluzowej, która łączy dolną powierzchnię języka z dnem jamy ustnej, czyli jest to ta błonka, którą możemy zobaczyć pod językiem. Struktura niby niewielka, ale jeżeli jest skrócona może przysporzyć wielu trudności i być przyczyną wielu problemów.
Warto sobie uzmysłowić, że ta błonka ma decydujący wpływ na zakres ruchów języka, który jest bardzo ważnym organem w naszej jamie ustnej. Język bierze aktywny udział w jedzeniu, formowaniu kęsów pokarmowych, połykaniu, jest również głównym artykulatorem, a pośrednio bierze także udział w prawidłowym oddychaniu.
Fachowo skrócenie wędzidełka określa się mianem ankyloglosji i jest uznawane za najczęściej występujące zaburzenie w obrębie jamy ustnej (nawet u 10,7% populacji). Przyjmujemy, że występuje ona, kiedy długość, szerokość, grubość, umiejscowienie przyczepów wędzidełka uniemożliwia prawidłowy przebieg funkcji pokarmowych, czyli ssania, połykania, żucia, gryzienia, a w dalszej perspektywie uniemożliwia prawidłową artykulację głosek.
Wędzidełko języka zbudowane jest z włókien kolagenowych typu I oraz włókien elastyny. Są to struktury, które nie podlegają rozciąganiu i nawet po chwilowym naciągnięciu wracają do pierwotnego kształtu.
Ta wiedza wyznacza nam kierunki działań w przypadku skróconego wędzidełka języka – ta struktura nie rozciąga się, ani poprzez wykonywanie masaży, ani poprzez intensywne ćwiczenia języka. Zalecone przez logopedę masaże i ćwiczenia czynne są nieodłącznym elementem postępowania w przypadku skróconego wędzidełka języka, ale samego przecięcia nie zastąpią.
Zabieg frenotomii (zabieg przecięcia wędzidełka języka) jest jedynym skutecznym i naukowo udowodnionym efektywnym sposobem postępowania przy ankyloglosji. Warto w tym miejscu dodać, że odwlekanie zabiegu powoduje utrwalanie nieprawidłowych nawyków w zakresie ssania, gryzienia, żucia i połykania oraz powoduje, że terapia logopedyczna w przypadku wad wymowy jest długotrwała i nieefektywna.
Kiedyś uważano, że widoczny na języku „sercowaty kształt” przy próbie wysuwania języka na brodę jest objawem skróconego wędzidełka języka. Trochę jest w tym prawdy, ale nie do końca – występowanie „serduszka” jest potwierdzeniem skróconego wędzidełka, ale jego brak wcale nie oznacza, że budowa i długość wędzidełka jest prawidłowa. Ocena wędzidełka języka powinna obejmować różne próby i obserwację pracy języka w różnych pozycjach. Specjaliści posługują się w tym celu opracowanymi skalami i zestawami prób, ale rodzic również może dostrzec wiele objawów skróconego wędzidełka języka.
W przypadku noworodków i niemowląt mogą występować duże trudności podczas karmienia piersią, a czasem także podczas karmienia z butelki. Noworodki i niemowlęta ze skróconym wędzidełkiem mogą mieć problem z przystawieniem się do piersi, któremu może towarzyszyć płacz, prężenie i mimika, które świadczą o dyskomforcie jaki odczuwa dziecko. Samo przystawianie może być bolesne dla mamy, a brodawki po karmieniu mogą być poranione, zniekształcone lub spłaszczone.
Dzieci te zasypiają podczas karmienia, nie opróżniają dostatecznie piersi, prezentują małe przyrosty wagi, a mamy borykają się z bolesnym zapaleniem piersi i zatkanymi kanalikami. Musimy jednak pamiętać, że problemy z karmieniem nie są jedynym sygnałem, który może świadczyć o skróconym wędzidełku języka i nie możemy przyjąć za pewnik, że brak trudności w karmieniu piersią jest potwierdzeniem, że wędzidełko języka jest prawidłowe.
U starszych niemowląt możemy obserwować problemy z rozszerzaniem diety, niechęć do spożywania pokarmów stałych, pojawiający się odruch wymiotny, krztuszenie się, wypychanie językiem łyżeczki albo jedzenia.
Dokładnie powinniśmy się przyjrzeć wędzidełku języka, również w sytuacjach, kiedy dziecko oddycha z uchylonymi ustami (tzw. oddychanie torem ustnym), wykazuje tendencje do układania języka między dziąsłami (u niemowląt) lub zębami (u starszych dzieci), ślini się, obserwujemy wady wymowy.
W takim razie co zrobić i gdzie się udać, jeśli podejrzewasz u swojego dziecka skrócone wędzidełko języka?
W przypadku problemów z karmieniem piersią warto w pierwszej kolejności udać się do certyfikowanego doradcy laktacyjnego, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie wszyscy zwracają należytą uwagę na wędzidełko języka. Warto zatem również umówić się na konsultację do logopedy, który podczas takiego spotkania sprawdzi jak zbudowane jest wędzidełko, oceni jego długość, grubość, miejsce przyczepów, ale również to jak samo wędzidełko wpływa na przebieg funkcji prymarnych – jaka jest pozycja spoczynkowa języka, jak dziecko oddycha, jaka jest mechanika ssania, jak język pracuje podczas gryzienia, żucia, połykania i artykulacji. Jeśli logopeda zdiagnozuje skrócenie wędzidełka języka wyślę Was do specjalisty, który zajmuje się przecinaniem wędzidełka języka.
Bardzo ważnym aspektem jest przygotowanie dziecka do zabiegu i wdrożenie odpowiednich ćwiczeń po zabiegu. Odpowiednie masaże oraz ćwiczenia czynne przyzwyczajają dziecko do dotyku w obrębie jamy ustnej i w jej wnętrzu, mają za zadanie rozluźnienie napiętych struktur, a ćwiczenia wykonywane bezpośrednio po zabiegu służą prawidłowemu gojeniu się rany, zapobieganie bliznowaceniu i wypracowaniu prawidłowych funkcji języka.
Poniżej zamieściłam link do mapki stworzonej z inicjatywy dr Marzeny Machoś (Ciocia Guguhopla) oraz Pani Agaty Janko. Znajdują się tam adresy gabinetów logopedycznych w całej Polsce, gdzie pracują logopedzi specjalizujący się w diagnozie wędzidełka oraz adresy gabinetów w których wykonywane są zabiegi jego przecięcia. Jeżeli nie ma tam gabinetu logopedycznego, który znajduje się blisko Twojego miejsca zamieszkania – zadzwoń i zapytaj, czy logopeda podejmie się takiej oceny u Twojego dziecka:
https://www.google.com/maps/
Autorką wpisu jest Joanna Ćwiklińska – surdologopeda, terapeuta miofunkcjonalny, pedagog specjalny. Pracuje w Klinice Rehabilitacji w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu, Międzynarodowej Szkole Europejskiej oraz Centrum Diagnozy i Terapii Supramedica. Zajmuje się diagnozą i terapią logopedyczną dzieci, młodzieży oraz osób dorosłych. Autorka i współautorka publikacji z dziedziny szeroko pojętej surdologopedii. Autorka kursu on line „Przesiewowe badania logopedyczne”.
Zobacz też poprzedni artykuł autorki, który omawia kiedy warto zabrać dziecko na Badania słuchu
Nastały dziwne i trudne czasy, kiedy z każdej strony bombardują nas informacje, które nas stresują. Mam wrażenie, że większości z nas towarzyszy ciągłe poddenerwowanie. Ja też jestem w takim stanie, ale się nie poddaję – wciąż próbuje sobie radzić na wszystkie znane mi sposoby.
W dzisiejszym wpisie razem z marką Avène chciałabym się z Wam podzielić moimi sprawdzonymi metodami na uspokojenie i odzyskanie równowagi.
Chcę też Wam się do czegoś przyznać – 2 lata temu byłam o krok od nerwicy. Ten stan trwał kilka miesięcy, a ja się zawzięłam – podjęłam ciężką pracę na wielu poziomach i udało mi się wygrać.
Napiszę Wam też coś ważnego – jeżeli nie czujecie się na siłach albo nie wiecie jak sobie poradzić, to koniecznie skonsultujcie się ze specjalistą. To wszystko, co wypisałam poniżej jest tylko moim środkiem zapobiegawczym i myślę, że osobie potrzebującej pomocy psychoterapeuty nie pomoże.
Ale mi w obecnej sytuacji te wszystkie sposoby bardzo pomagają i za każdym razem jak robię coś z listy poniżej to sobie powtarzam „Robię to dla siebie i to mi pomaga”.
Jak wiecie, nie jestem fitness freakiem i od zawszę stronię od sportu. Nie lubię się męczyć, więc bardzo długo nic nie ćwiczyłam. Doszło do tego, że każde podniesienie pulsu mój organizm traktował jako zagrożenie i sytuację stresową. Musiałam nauczyć moje ciało, że szybsze tętno nie zawsze oznacza zagrożenie. Zaczęłam ćwiczyć 3 razy w tygodniu po 30 min (lekkie cardio). Ruchem podnosiłam sobie puls tak do 140 u/m i mój organizm się nauczył, że podwyższone tętno to nic złego. Do tego zauważyłam, że po treningu czuję się doskonale – jestem spokojniejsza i mam lepszy humor.
Co ćwiczę? Wcześniej mieliśmy orbitreka, teraz mamy bieżnię. 3 razy w tygodniu włączam sobie lekki bieg, a przy okazji oglądam serial. Dwa razy w tygodniu chodzę też na pilates. A czasami włączam trening wideo.
Zapytacie pewnie, co ma skóra do stresu? A ja Wam odpowiem, że ma bardzo dużo wspólnego. Nie zastanawialiście się dlaczego np. w sytuacjach stresowych wychodzą Wam czerwone plamy na dekolcie? Albo zaczynacie się nerwowo drapać?
Skóra jest bardzo ściśle powiązana z układem nerwowym, bo rozwija się z tego samego listka zarodkowego. Dlatego często można zaobserwować, że WWO (Wysoko Wrażliwe Osoby) mają też wrażliwą skórę.
Tak też jest ze mną – jestem wrażliwcem i od urodzenia mam problemy ze skórą. Od zawsze miałam suchą skórę, do tego skłonną do podrażnień i swędzącą po kąpieli.
Na podstawie moich doświadczeń i wiedzy z SI wiem, że można regulować układ nerwowy odpowiednio zajmując się skórą. Okresowo mam bardzo suchą skórę, której żadnej olejki nie pomagają. Albo odczuwam tak silny świąd po kąpieli, że drapię się do krwi.
Ale mam też moje remedium – poznane już jakiś czas temu demorkosmetyki Avène z linii Xera Calm A.D. Jest to gama produktów marki Eau Thermale Avène. Jest to pielęgnacja specjalistyczna, dedykowana dla skóry suchej, skłonnej do atopii i świądu.
Produkty z z tej serii i woda termalna Avène koją, łagodzą podrażnienia, nawilżają i odżywiają skórę. Dermokosmetyki sprawdzają się też w pielęgnacji niemowląt, dzieci i dorosłych. Możecie je kupić bez recepty w aptece.
Mam dwóch ulubieńców z tej serii: XeraCalm A.D Balsam Uzupełniający Lipidy – łatwo się rozsmarowuje, zostawia na długo nawilżoną skórę, a do tego łagodzi uczucie swędzenia. Próbowałam wielu balsamów, ale tylko ten spełnia moje wymagania.
Do tego zamiast żelu pod prysznic używam Olejku uzupełniającego lipidy XeraCalm A.D. Delikatnie myje i pozostawia skórę mocno nawilżoną. A najważniejsze jest dla mnie to, że po kąpieli skóra nie swędzi.
Wodę Termalną Eau Thermale Avène na pewno znacie – ten produkt jest w mojej kosmetyczce od wielu lat. Lubię ten moment, kiedy wieczorem po zmyciu makijażu pryskam twarz.
Przez ponad rok mieliśmy tylko prysznic i dopiero teraz odkrywam, jak bardzo wieczorna kąpiel mnie relaksuje. Kiedy dzieci już śpią, ja mogą zapalić świece, wlać olejek nawilżający, wziąć książkę, herbatę i spokojnie poleżeć. Włączam cichutko muzykę i te 20-30 minut mnie relaksuje. Kiedy leżę w wannie i moje zmysły są zajęte to myśli się uspokajają. (Dodam jeszcze, że przy mocno wrażliwej skórze trzeba uważać na temperaturę wody, ja staram się żeby woda nie była gorąca – tylko przyjemnie ciepła)
Ostatnio praktykuje 20-minutowe samotne spacery i uważam, że to jest niesamowite – jak taka prosta, darmowa czynność potrafi uspokoić. Gdzieś czytałam, że wystarczy 20 minut dziennie patrzenia na naturę żeby się odstresować. Wcześniej nie przepadałam za spacerami, a teraz kiedy mamy dużo ograniczeń to jedna z moich atrakcji w ciągu dnia.
Polubiłam tez zwykłe spacery z dziećmi – bez konkretnego celu. Chodzenie po parku lub lesie zawsze pomaga mi złapać dystans i się uspokoić.
Jeszcze dwa lata temu uważałam, że nie mam ręki do kwiatów i nie potrafię o nie dbać. Teraz wiem, że moje podejście wynikało z niewiedzy. Kiedy zaczęłam więcej czytać i rozmawiać na ten temat to złapałam bakcyla. A moje zielone kwiaty i dbanie o nie wpływają na mnie kojąco. To właśnie 2 lata, kiedy nie radziłam sobie ze stresem wkręciłam się w roślinki i miałam mniej czasu na moje trudne myśli.
Taaak wiem, ja też nie lubię codziennego prasowania i nie prasuję już od kilku lat. Ale odkryłam coś takiego, że jak jest wkurzona, zła, zestresowana to muszę robić coś takiego, żeby szybko było widać efekt mojej pracy. Wtedy… rozkładam deskę i prasuję. Czasem włączam podcasty na telefonie, a czasem serial na tablecie. Kiedy wyprasowane stosiki wkładam do szaf, to naprawdę czuję satysfakcję i mam wrażenie, że trochę napięcia w czasie tej czynności schodzi.
Tak wiem – to banalne. Ale zdaję sobie sprawę, że czasem nasze lęki i obawy, o których ciągle myślimy urastają do wielkich rozmiarów. Kiedy zaczniecie o nich mówić i zostaniecie wysłuchani to często się okazuje, że po samym wypowiedzeniu jest lepiej. Ja też tak mam i zauważyłam, że po wypowiedzeniu głośno moich lęków one stają się mniejsze.
Staram się jeść rozsądnie i zdrowo – co nie znaczy, że raz na jakiś czas nie pozwalam sobie na smakołyki. Natomiast widzę bardzo wyraźnie, kiedy zdrowo jem, dbam o suplementację (witaminy z grupy B, witamina D3 i magnez) to znacznie lepiej czuję się psychicznie i fizycznie, a do tego mam większą odporność na stres.
Na samym początku epidemii wróciłam do mojego dawno hobby – zaczęłam układać puzzle. Jest to czynność, która oczyszcza moją głowę i uspokaja. Kiedy układam puzzle nie jestem w stanie myśleć o niczym złym. Może też macie jakieś dawne pasje, które Was zajmowały i warto do nich wrócić?
Już dawno wyłączyłam 90% powiadomień i uważam, że jest to w obecnych czasach dobry sposób na higienę psychiczną. A kiedy czuję się przytłoczona, zestresowana to odkładam telefon w miejsce, którego nie widzę. Taka prosta czynność, a pomaga mi złapać balans.
To już wszystkie sposoby na radzenie sobie ze stresem. Wiem, że każdy ma swoje sprawdzone, dlatego mam do Was prośbę – napiszcie swoje pomysły.
Zaczynając pisać na temat sposobów jak wzmocnić odporność i wiedząc, czym chcę się dziś z Wami podzielić, czuję się trochę jak własna babcia. Dlaczego? O tym później, ale najpierw kilka słów o mnie samej, z początków macierzyństwa.
Materiał sponsorowany przez rodzinną olejarnię Olini
Oto Ania sprzed paru lat. Ania ma małe dziecko i choć przeczytała cały internet, nadal nie jest pewna, jak sprawić, by jej dziecko chorowało możliwie najmniej. Wiadomo, choroba dziecka to ogromny stres. Ania szuka więc wszelkich informacji, budując swoją wiedzę jak wzmocnić odporność
Jej szafka na leki jest pełna syropków przepisywanych, zarówno przez lekarzy, jak i kupowanych samodzielnie. Wszystko z etykietą: „na odporność dla dzieci”. Za to w pewnym momencie Ania się orientuje, że na pierwszym miejscu w ich składzie jest… cukier w postaci syropu glukozowo-fruktozowego. I traci wiarę, że znajdzie cudowny środek z odpowiedzią na pytanie jak wzmocnić odporność u dzieci.
Chcemy dobrze, ufając, że rozmaite syropy wspomogą zdrowie naszych dzieci. Tymczasem one nadal chorują. I nie okłamujmy się – dzieci będą chorować, bo ich system odpornościowy właśnie tak się wykształca. Dzięki kontaktowi z rozmaitymi wirusami i bakteriami uczy się przed nimi chronić.
Czy to oznacza, że mamy sobie odpuścić i olać to całe wzmacnianie odporności? Nie! Chcę się z Wami podzielić moim doświadczeniem. Bo będąc Anią sprzed lat, chciałabym trafić na takie informacje, które nie gwarantują cudów, ale są prawdziwe i skuteczne. Po prostu.
Najważniejsze w budowaniu odporności są dwie rzeczy: zdrowa dieta i aktywność fizyczna na dworze. To dlatego trzeba z maluchem spacerować w każdą pogodę. Wiatr, mróz, słońce, a nawet deszcz – to dobra pogoda na spacer. Wystarczy odpowiednio się ubrać. Nie ma złej aury na spacer.
Oczywiście jak jest silny mróz, trzeba zabezpieczyć skórę, podobnie zresztą jak w upały. Tylko mając kontakt z różnymi warunkami, nie tylko pogodowymi, ale także ekspozycją na różne mikroby, dziecięcy układ immunologiczny ma możliwość nauczenia się radzenia sobie z nimi.
Nadmierna higienizacja życia sprawia, że dzieciaki żyją w szklanej kuli i może powalić je pierwsze kichnięcie. Pozwólcie im więc grzebać w ziemi i skakać po kałuży czy tarzać się na trawie.
Drugą, najważniejsza w budowaniu odporności kwestią, jest dieta. I tu się zaczynają często problemy. Dawna Ania była pewna, że dzieci jedzą to, co rodzice im serwują! Bo przecież dzieci uczą się poprzez obserwację zachowań rodziców. Ha, ha, ha… (pusty śmiech).
Tymczasem… no cóż, same macie dzieci, więc wiecie, jak jest. Bywa, że walczy się o to, by szczególnie najmłodsze, zjadły cokolwiek. Choć sama jestem zwolenniczką teorii, że dziecko z dostępem do jedzenia się nie zagłodzi, to niestety bywa, że to, co je nie jest zadowalające.
Co z tego, że dostanie pełnowartościowy posiłek, jeśli zje tylko jedną rzecz, na przykład makaron. Codziennie. Przez miesiąc. Są takie dzieci. A przecież w tym posiłku jest brokuł, ryba, pomidory i inne wartościowe produkty. Choć większość dzieci kiedyś zaczyna jeść „normalnie”, to zanim do tego dojdzie, upłynie wiele wody. Jak zatem dostarczać dziecku wartościowych składników odżywczych, które wspomogą układ odpornościowy?
O Rodzinnej Olejarni Olini pisałam już na blogu nie raz. Ogromną zaletą ich produktów jest naturalny skład. Żadnych wypełniaczy, wzmacniaczy, barwników i konserwantów. Nie mam więc obaw, że moje dzieci razem z dobrymi składnikami, w gratisie dostają masę złych – jak często jest w przypadku aptecznych suplementów, szczególnie kuszących syropków, żelków i lizaków na odporność.
Tu mam pewność i to bardzo ułatwia mi życie! Nie muszę czytać składów i analiz, szukając najlepszego wyboru – na to Ania z przeszłości też marnowała dużo czasu. Też tak macie?
Produkty Olini zastąpiły nam spore pudło z lekami, które dawna Ania uzupełniała po każdej wizycie u pediatry o różne nowości. Pokaże Wam naszych ulubieńców na odporność dla dzieci. Z sukcesem stosujemy je od ponad roku i bez nich już nie wyobrażam sobie dbania o zdrowie naszej rodziny.
Zawiera przede wszystkim zdrowe, nienasycone kwasy tłuszczowe oraz ponad setkę substancji aktywnych. Ma dzięki nim działanie immunomodulujące, antywirusowe i przeciwbakteryjne – łagodzi kaszel, skraca czas trwania infekcji oraz zmniejsza objawy alergii. Pomaga także w leczeniu chorób skóry!
(Więcej o oleju z czarnuszki pisałam tu: Olej z czarnuszki – czy naprawdę działa i jakie są jego właściwości?)
Miody uwielbiamy, a nasze ulubione to: faceliowy (ma lekko cytrusową nutę) – dodajemy je do oleju z czarnuszki, by poprawić jego dość intensywny smak (wiecie, zamiast syropu glukozowo-fruktozowego😉) i miód z jagodą kamczacką.
To między innymi źródło dobrze przyswajalnego żelaza – idealny dla dzieci, w których diecie jest niewiele produktów bogatych w żelazo (wiedziałyście, że szacuje się, że na anemię spowodowaną niedoborami żelaza cierpi ponad 40% dzieci do drugiego roku życia? to istotne, żeby tego składnika nie brakowało w naszej diecie). Zakwas buraków to także witamin z grupy B, cynk, fosfor, magnez i wapń oraz spora dawka naturalnych probiotyków (więcej w temacie zakwasy pisałam tu: No to chlup! – najzdrowsza multiwitamina i do tego naturalna).
To znakomity probiotyk, który możecie stosować w czasie antybiotykoterapii, ale także przy biegunkach czy zatruciach pokarmowych. To całe mnóstwo dobrych bakterii, ale także źródło witaminy C – doskonałe więc na wzmocnienie i na odporność dla dzieci. To naturalny napój probiotyczny.
Jesień w pełni, a za oknem pandemia
Zaczęłam więc buszować po stronie Olini w celu uzupełnienia zapasów i trafiłam na nowe produkty, które mnie zainteresowały – sok z aronii oraz miód z jagodą kamczacką. Jako, że miód u nas w domu jest uwielbiany, a w tej postaci jeszcze go nie znaliśmy, trafił prosto do koszyka, w komplecie z sokiem.
(Więcej pisałam tu: Wszyscy myślą, że to tylko sok – a to eliksir życia) i towarzyszył nam jako multiwitaminowa alternatywa dla kompotów i owocowych soków, teraz w Olini znalazłam też miód rzepakowy kremowany z jagodą kamczacką.
Ten owocowy miód jest pyszny i tak apetycznie wyglądający, że dzieci chętnie po niego sięgają. Sam w sobie jest świetnym składnikiem diety, a w połączeniu z jagodą kamczacką, bogatą w antocyjany, flawonoidy i przeciwutleniacze jest po prostu magią.
Jagodę kamczacką mamy już w miodzie, więc tej jesieni sięgnęłam też po inny sok. Tłoczony z równie niezwykłych owoców co jagody kamczackie – z aronii.
Aronia to nasz polski superfood, zwany „Czarnym skarbem”. Ten owoc jako pierwsi odkryli Indianie. Podobno wierzyli, że daje siłę niedźwiedzia i długość życia sekwoi. A jej owoce dają magiczną moc. Brzmi zachęcająco. Moje dzieci na tę ciekawostkę zareagowały bardzo entuzjastycznie 🙂
Na koniec zostawiłam Wam najnowsze dziecko Olini – dwuskładnikowe syropy owocowe – jeżeli nie macie zacięcia i nie lubicie domowych przetworów, a chcecie mieć pyszny syrop do herbaty to zerknijcie koniecznie na te syropy jak od babci, z krótkim składem – tylko owoce i cukier!
Wszystko co znajdziecie w Olini jest w 100% naturalne i świeże. Oleje są tłoczone dopiero po Waszym zamówieniu! Nie ma ryzyka przedawkowania. To nie lekarstwa, ale właśnie czysta natura, a co za tym idzie bezpieczeństwo stosowania. To właśnie natura podpowiada nam jak wzmocnić odporność.
Na początku napisałam, że czuję się trochę jak babcia. Wiecie dlaczego? Przerobiłam w życiu wiele preparatów na odporność dla dzieci, by ostatecznie schylić głowę przed mądrością poprzednich pokoleń i wrócić w pełni do natury w kontekście budowania i wzmacniania odporności.
Kiszonki, soki owocowe, oleje roślinne – czy to Wam nie przypomina piwniczki babci? Sama nie mam wiedzy, umiejętności, czasu i dostępu do dobrej jakości składników, by przygotowywać soki czy zakwasy, nie wspominając o olejach.
A przecież to też nie wszystko jedno, jakie one będą. Korzystając z własnych doświadczeń i mając pewność co do wysokiej jakości, bez obaw sięgam po produkty Olini. Wiem, że dzieci dostają odpowiednią dawkę witamin, składników odżywczych, a nawet dobrych bakterii (z zakwasów).
Skoro już nazwałam się babcią, moje wnętrze się nieco przed tym buntuje, więc zdradzę Wam, jak wykorzystuję oleje Olini, gdy nikt nie patrzy 😉. Być może wiecie, że naturalne oleje roślinne są wykorzystywane w kosmetologii. Odżywiają one skórę, nawilżają ją i ujędrniają.
W zależności od rodzaju oleju mogą spłycać zmarszczki, poprzez wzmocnienie struktury skóry i jej dobre odżywienie. Poza tym oleje roślinne można stosować do demakijażu, co jest częścią koreańskiej pielęgnacji (słyszałyście o niej?).
Tak więc, gdy dzieci popijają oleje (a ja wraz z nimi), część z nich trafia także na skórę mojej twarzy, cudownie ją zmiękczając i odżywiając. Raz na jakiś czas wykorzystuję je także do zabiegu olejowania włosów, wzmacniając je i nadając im blasku.
To pisałam ja – dzisiejsza Ania, która już wie, że warto… Warto korzystać z mądrości pokoleń i szukać tego, co sprawdzone, w nowej formie.
Jeżeli też macie chęć wypróbować rady babci Ania to możecie skorzystać z rabatu „nebule” – zalicza on 10 % zniżki na stronie https://olini.pl/
Obecna sytuacja jest niepewna i dynamiczna. Najmłodsze dzieci jeszcze chodzą do szkół i przedszkoli, ale oczywiste jest, że może się to zmienić w każdej chwili. Wiele dzieci przebywa na kwarantannach czy po prostu zostało w domu, z różnych powodów.
Tymczasem my, dorośli, nawet jeśli jesteśmy w domu, to niezwykle rzadko mamy wolne. Musimy godzić pracę online z opieką nad dziećmi, czasem zdalnym nauczaniem. Bywa, że sami jesteśmy chorzy, a dziecko musi z nami zostać w domu.
Nie jest łatwo, zwłaszcza gdy nie chcemy, by nasze dzieci spędzały pół dnia, korzystając z urządzeń takich jak telefony czy tablety.
To prawda, że są one bardzo skutecznym orężem w walce o „dawanie nam spokoju”, ale wszyscy wiemy, jak to jest. To wyrzuty sumienia i poczucie, że nie dajemy dzieciom tego, co powinniśmy. Czasem można odpuścić, ale gdy wspólna izolacja domowa się przedłuża, nikt z nas nie chce, by dziecko spędzało całe dnie oglądając bajki na YT czy grając. Nie będę już mówiła o szkodliwości ekranu dla dzieci, żeby nie dokładać wszystkim poczucia winy, ale chcę się z Wami podzielić moimi pomysłami na samodzielne zajęcia dla dzieci.
Jednym z moich największych odkryć jest radość dzieci z rzeczy niepotrzebnych. One są jak koty! 😊. Zamawiam sporo przez internet i zawsze są w domu jakieś kartony i ich wypełniacze, zabezpieczające przesyłkę. Gdy tylko przyjdzie karton większy niż zwykle, zaczyna się zabawa. A jeśli dołącza do niego folia bąbelkowa – święty spokój nastaje na długo….
Lila i Julek mają niezliczone pomysły na zabawę. Są kosmonautami, którzy lecą w kosmos, duchami, straszącymi się wzajemnie, kotami (😉), a ostatnio nawet chomikami. Pozwalamy na ten bałagan, pod warunkiem, że odbywa się on w ich pokojach. Wiecie, to jest ton: no dobrze, zgadzamy się, żebyście wzięli te kartony, tylko u siebie. Tacy z nas łaskawcy😊. Tymczasem sami zasiadamy do pracy czy innych obowiązków.
Pewnego dnia moje dzieci poustawiały w całym domu tor przeszkód, zrobiony z poduszek, wałków, czy swoich zabawek. Zapytałam, co robią. Obby – padła odpowiedź. Popularna gra, którą uwielbiają wszystkie dzieciaki, właśnie trafiła do rzeczywistości. Obby to jeden z rodzajów map w tej grze, gdzie bohater musi omijać i przeskakiwać różne przeszkody. No więc zrobili Obby w domu, a my prosząc, by się nie połamali, zajęliśmy się tym, czym zajmują się dorośli w ciągu dnia.
O tym, że chętnie kupuję gazetki moim dzieciom ze względów edukacyjnych, już wiecie, ale przyznam, że kupuję je nie tylko dlatego. Nowa gazetka w domu oznacza dużą dawkę czasu dla siebie. Dostosowuję je do zainteresowań . Tym razem w ich ręce trafiła gazetka: „Kraina Lodu” – dla Lilii, oraz „Bing” – dla Julka.
Gazetki zajmują dzieci z wielu powodów. Po pierwsze mają prezenty, a to jak wiadomo, jest wielkim magnesem dla nich. W najnowszej „Krainie Lodu” dziewczynki znajdą lodowy projektor. „Bing” przychodzi do dzieci z zestawem kąpielowym.
W obu gazetkach jest mnóstwo zadań kreatywnych, dopasowanych do wieku dzieci. Lili zrobiła na podstawie wskazówek z gazetki kartonowy telewizor, a Julek sekretne pudełeczko na skarby.
Każda z gazetek zawiera też opowiadanie. W „Krainie Lodu” dotyczy ono tym razem książek i czytania, a wiecie, że na tym punkcie mam hopla😉. „Bing” to mnóstwo zadań związanych z kształtowaniem motoryki małej u dzieci, ale także wyobraźni przestrzennej i zadań przygotowujących dziecko do nauki czytania.
Lila w „Krainie Lodu” znalazła też grę planszową, więc gdy oboje już przeglądnęli swoje gazetki, zainteresowali się gazetką rodzeństwa i wspólną zabawą. I tak nasz czas dla siebie się wydłużył. Wiadomo, Julek sam jeszcze nie czyta, ale Lila chętnie razem z nim zagląda do jego gazetki, tłumacząc mu, niczym nauczycielka, na czym polegają poszczególne zadania. Serce rośnie!
Nie wiem, co takiego jest w kolorowankach drukowanych, że dzieci je uwielbiają. Mają mnóstwo różnorodnych książeczek, ale jak raz przypadkiem wydrukowałam im kolorowankę, znalezioną w sieci – przepadli. W ruch poszły kredki i pisaki i przysięgam, że dawno nie mieliśmy tyle czasu do pracy w CISZY. Myślę, że magią tych kolorowanek jest to, że mogą sami je wybrać. Później ze swoich prac robią książki, łącząc je wstążeczkami.
Znacie ją? Dzieci mogą dotykać podłogi tylko tymi częściami ciała, które wypowiecie. Czyli na polecenie: dwa łokcie i kolano – dzieci wykonują zadanie.
Inne:
Świetna jest ta zabawa – spróbujcie!
Takie mamy sposoby. Nie wymagają one, jak widzicie wielkich nakładów finansowych, a oprócz tego, że zajmują dzieci, mają ogromną wartość edukacyjną, o czym one oczywiście nie wiedzą😉. Rysując, wycinając, kolorując, grając w samodzielnie przygotowane planszówki, kształtują swoje umysły na tak wielu poziomach, że trudno to przecenić. A my tymczasem zajmujemy się sobą. Czasem wystarczy dać dziecku wędkę, a samo złowi rybę.
A w listopadzie jest specjalna promocja przy zakupie 3 dowolnych magazynów na Egmont.pl dostawa tylko 5 zł. Dotyczy także numerów archiwalnych i przedsprzedaży. Idealna propozycja dla rodzeństwa.
tu macie wpis Jak obejść fazy na dziecięce postaci z bajek
Nauka pisania to bardzo złożony proces, który wymaga zbudowania w mózgu wielu połączeń i właściwej koordynacji mięśni ręki. Trwa on latami, a zaczyna się już od okresu niemowlęctwa, kiedy dzieci uczą się chwytania zabawek, trafiania łyżką do buzi, chwytu pęsetowego.
Czas przedszkola to moment na trenowanie prawidłowego ułożenia ołówka czy kredki w ręku oraz ćwiczenie pierwszych szlaczków, które już wkrótce zmienią się w litery. To wszystko wymaga od mózgu niezwykle intensywnego rozwoju, za którym idzie sprawność z którą jest związana Motoryka mała. Na szczęście ćwiczenie motoryki małej jest związana z zabawą! Istnieje mnóstwo sposobów na jej poprawę poprzez fajne zajęcia. Może być to:
I choć niektóre dzieci lubią jedne czynności, a innych nie, to ostatni punkt łączy wszystkie maluchy. Które dziecko bowiem nie kocha lepić z ciastoliny Play-Doh? Nic dziwnego, że dzieci ją uwielbiają. Jest bajecznie kolorowa i występuje w całej palecie barw, ma idealną konsystencję do różnorodnych zabaw z nią związanych i jest wygodniejsza do lepienia niż popularna dawniej plastelina.
Wielką zaletą ciastoliny Play-Doh jest to, że zabawa z nią rozwija doskonale mięśnie dłoni i palców dziecka, wzmacniając je, ale także poprawiając ich sprawność.
Oczywiście bawiąc się nią, dzieci mogą korzystać z wielu akcesoriów, które są dostępne. Mogą się także bawić samą ciastoliną, rozwijając swoje umiejętności, a motywacją do tworzenia może stać się najnowszym magazynem od Wydawnictwa Edipresse – Play-Doh.
Pamiętacie jak polecałam wam kiedyś inną serię od Edipress – „Zakład, że tego nie wiesz„
Są rodzice, którzy uwielbiają zabawy plastyczne z dziećmi, ale są też tacy, którzy nie mają do tego drygu. Magazyn Play-Doh jest dla obu tych grup. Oczywiście jest ona kierowana do dzieci, jednak oczywiste jest, że wsparcie rodziców w jej czytaniu jest nieuniknione, wszak to gazetka dla przedszkolaków i dzieci wczesnoszkolnych. W gazetce znajdą one inspirującą instrukcję lepienia ciastolinowego lwa w wersji obrazkowej. I tu miła niespodzianka: nie musicie mieć własnej ciastoliny.
Do gazetki, w prezencie, są dołączone trzy pojemniki kolorowej ciastoliny. Dzieci dostaną więc kompletny zestaw do pracy, wraz z instrukcją.
Są dzieci, które mają zmysł plastyczny i same potrafią stworzyć bajeczne figurki, a dla tych, które potrzebują większej inspiracji i pomocy, takie instrukcje są znakomitą bazą do zbierania doświadczeń i motywacji. Wszak, gdy wyjdzie TAKI lew, każde dziecko musi być z siebie dumne!
Magazyn Play-Doh to więcej niż rozwój motoryki małej za pomocą lepienia. Dzieci znajdą tam zadania związane z kojarzeniem kształtów, labirynt, naukę liter, a nawet z ekologią. To więc doskonałe wsparcie wszechstronnego rozwoju dzieci. Także poprzez czytanie – a wiecie, że na tym punkcie mam fioła 😊.
W najnowszej gazetce Play-Doh jest opowiadanie o zwierzakach, które koniecznie musicie przeczytać z dziećmi – nawet tymi, które jeszcze nie znają liter. Opowiadanie to bowiem jest przeplatane obrazkami, zastępującymi wyrazy. W ten sposób dziecko może śledzić tekst i włączać się do jego „czytania”. To daje dziecku poczucie sprawczości. Ono także „przeczytało”!
Nic tak nie motywuje dziecka do wysiłku, jak sukces i wiarogodny przekaz, że może go osiągnąć. To najlepszy rodzaj motywacji – pochodzący z wewnątrz.
Kolekcja zawiera 5 tomów, które ukazują się co miesiąc w kioskach. Tom I w sprzedaży jest już od 29 października.
Jeśli nie chcesz przegapić żadnego tomu, możesz zamówić prenumeratę, w lepszej cenie…. Jeśli zamówisz CAŁĄ prenumeratę – każdy tom kosztuje wtedy tylko 10,99zł (zamiast 15,99zł). Jak będziesz na stronie Koszyka to odnajdź miejsce na kod rabatowy wpisz NEBULE i jeszcze 10% bonus się zaaplikuje!
Edukacja małego dziecka to złożony proces, a jeśli nie mamy wykształcenia pedagogicznego, a większość z nas nie ma, warto korzystać z takich materiałów, jak gazetka Play-Doh, która wskazuje kierunek rozwoju dziecka i ułatwia rodzicom edukację. To świetny sposób na wielostronny rozwój, który jest dziecku niezbędny, jeszcze zanim pójdzie do szkoły. Dzięki temu będzie lepiej wyposażone w niewidzialne narzędzia, jakimi są sprawność motoryki małej, szeroka wiedza ogólna, oraz inne umiejętności ułatwiające naukę na dalszych etapach. A wystarczy ulepić lwa!
Jak pierwszy raz usłyszałam tę diagnozę, to w pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć. Nikt z naszej rodziny nigdy jej nie miał i znałam ją jedynie z opowieści innych rodziców. Kiedy pediatra powiedziała, że jest tego pewna, to dopiero po chwili wszystkie wcześniejsze objawy skleiły się w całość.
Do podzielenia się moją historią w ramach płatnej współpracy zaprosił mnie Alergoff
Czy byłam zaskoczona – niestety nie. Już w pierwszych tygodniach mogłam zaobserwować wyraźne objawy, jednak wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale byłam pewna, że coś jest nie tak.
Kiedy zostałam mamą w 2012 roku, wciąż popularna była dieta matki karmiącej (czyli dieta lekkostrawna, wykluczająca alergeny i dość trudna dla mamy). Nie jadłam produktów mlecznych, starałam się nie spożywać potencjalnych produktów, które mogą zaszkodzić.
I nie wiem, na ile miałam intuicję, a na ile to był przypadek. Ale wystarczyła kawa z mlekiem krowim, a moje dziecko w nocy płakało tak, że słyszeli sąsiedzi z 4 piętra.
Do tego walczyliśmy z ulewaniem i wysypką.
Kiedy w drugim roku życia dołączyły choroby układu oddechowego, to właśnie wtedy pediatra zasugerowała, że to może być alergia.
Na własną rękę zrobiliśmy testy, z których nic nie wyszło. Jak się później okazało – u tak małych dzieci (18 m.) takie badanie nie jest miarodajne. Jedyne, co możemy zrobić to wykrywanie alergenów przez eliminację i obserwację. I tak metodą wielu prób i błędów doszliśmy do tego, że winowajcą jest nabiał.
Jednak życie z alergią nie jest proste i przez to, że układ odpornościowy jest bardziej pobudzony, to mogą pojawić się kolejne.
Tak też niestety było u nas – po pewnym czasie zauważyłam katar, kichanie, które pojawia się konkretnych sytuacjach i znów połączyłam pewne fakty – podejrzewaliśmy alergię na roztocza kurzu domowego.
Z alergią na nabiał nauczyliśmy się żyć, bo trwa już długo. A resztę wskazań dopiero oswajamy i powoli przenosimy do naszych czterech kątów.
Nie zdawałam sobie z tego sprawy, że najwięcej alergenów jest w… sypialni, a dokładniej w materacu.
Niestety w tym miejscu roztocze mają optymalne warunki do życia – jest podwyższona wilgotność i pokarm (żywią się złuszczonym naskórkiem)
Siedliska alergenów kurzu to także meble pokryte tapicerką, dywany i wykładziny dywanowe, pluszowe zabawki.
Potocznie mówi się o alergii na roztocza, ale to nie pajęczaki są powodem uczulenia – lecz alergizujące białka Der p 1 i Der p 2 znajdujące się w ich odchodach.
Ja jestem fanką kołder z pierzem, bo lubię czuć dociążenie. Takie kołdry też kupiłam dzieciom, a jak się później okazało nie był to to dobry wybór. Pościel z naturalnym wkładem może potęgować przykre objawy alergii. Zwróćcie też uwagę na rozmiar wypełnień – najlepsze będą takie, które swobodnie mieszczą się w pralce.
Akurat zmienialiśmy łóżka i materace, więc był to dobry moment żeby wybrać odpowiedni materac. Najlepszym wyborem okazał się materac z topem, który jest nasączony wyciągiem z liści aloesu – dzięki temu skutecznie zapobiega rozwojowi roztoczy, bakterii oraz grzybów. W każdej chwili można łatwo odpiąć górną warstwę i ją wyprać.
Dopóki moje dziecko nie miało tego problemu, to nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Wystarczy spryskać materac, kołdry, poduszki i pluszaki minimum dwa razy w roku, a wyeliminujemy alergeny roztoczy kurzu domowego.
Można nim także pryskać legowisko psa lub kota. Niestety zwierzęta coraz częściej cierpią z powodu objawów alergii.
Allergoff pomaga nie tylko w alergii na roztocze, ale także inne alergeny, które zawiera kurz domowy: zwierząt domowych, pyłki roślin, grzyby pleśniowe.
Allergoff spray działa na 2 sposoby – neutralizuje alergeny (pozbawia je szkodliwego, uczulającego działania), a jednocześnie skleja drobinki kurzu w większe nielotne cząstki.
Jaki jest efekt?
Ciężko w to uwierzyć, ale pluszowe maskotki są bombą alergenów. Zostawiłyśmy tylko takie, które mają dużą wartość sentymentalną i używam do ich prania płynu, który usuwa alergeny roztoczy kurzu domowego. Wystarczy także minimum 2 razy w roku spryskać maskotki sprayem. Ja piorę je co najmniej raz w miesiącu i wtedy pryskam sprayem.
Mam robot sprzątający z filtrem HEPA i przed kolacją go włączam. Gołym okiem nie widać żadnego kurzu, a zawsze z pojemniki wysypuję kłębki.
Specjalnie do nowego domu wybrałam takie szafki, które są zamykane. Dzięki temu kurz nie osiada na przedmiotach.
Nie wiem czy wiecie – człowiek traci nawet ok. 40 tys. komórek skóry dziennie, a ponadto pościel chłonie pot, jest siedliskiem bakterii i roztoczy kurzu domowego.
Pościel, ręczniki, koce piorę zazwyczaj w 60 stopniach, a dekoracyjne poduszki, maskotki, narzutę w 30 stopniach i dodaję płyn eliminujący alergeny roztoczy. Mamy mały chodniczek, który łatwo jest wyprać.
Jak działa płyn do prania?
Aby wyeliminować alergeny z tkanin, musimy wyprać je w temp. co najmniej 60°C.
Jeśli natomiast namoczymy je przed praniem dodając Allergoff wash – temperatura wody dla prania może być nawet 30°C
Oczyszczacz powietrza z filtrem HEPA też może być pomocny przy zmniejszaniu ilości alergenów w powietrzu.
Niestety nawilżacze mogą powodować zbyt dużą wilgotność i to sprzyja rozwojowi pleśni. Optymalnym poziomem jest 45 %.
Znacie ten pomysł żeby po spaniu nie chować kołdry do pojemnika tylko rozkryć i otworzyć szeroko okno? Ja też zaczęłam go stosować, często też wynoszę pościel na podwórko.
Alergia u córki objawia się też zmianami na skórze w typowych miejscach (na zgięciach) Żeby załagodzić ten stan używam kremów barierowych. Był czas, że używałam olejków, ale niestety były za słabe, więc jak szukacie dobrego kremu to zerknijcie na Allergoff Atopy – używamy go od czerwca i widzę poprawę. Co dla nas ważne nie ma parafiny, zawiera prebiotyki, naturalne oleje, działa kojąco na skórę i w widoczny sposób poprawia jej stan. Krem dobrze się wchłania i zostawia delikatną powłokę na skórze.
Życie z alergią nie jest łatwe, ale wiem, że można ją trochę załagodzić. Mam też cichą nadzieję, że córka z niej wyrośnie.
Preparaty są dostępne też w aptekach, natomiast na kod NEBULE20 możecie kupić Allergoff TUTAJ z 20% zniżką. (Kod działa na cały asortyment – natomiast nie działa w przypadku pakietów/zestawów produktów.)
A może Wy macie jeszcze jakieś sposoby? Dopiszcie je w komentarzach.
Nigdy nie byłam fanką kolorów we wnętrzach. Dlaczego zmieniłam zdanie i w nowym domu postawiliśmy na różne barwy i kolory ścian? Postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym wpisie.
Pamiętam ten dzień bardzo dobrze – odebraliśmy szczęśliwi klucze, a ja dumnie przechadzałam się po naszych kątach. Wieczorem włączyłam komputer i odpaliłam Pinterest – a po 3 minutach spanikowana go wyłączyłam. Ogrom kolorów, barw i faktur mnie przytłoczył. Nie potrafiłam określić, co mi się podoba, a co na pewno nie. Wtedy jeszcze myślałam, że wszystko będzie białe, a tylko meble i dodatki będą kolorowe.
Jednak po spotkaniu z naszą projektantką wnętrz i przeglądaniu zapisanych inspiracji zaczęłam skłaniać się ku bardziej odważnym rozwiązaniom.
W naszym poprzednim mieszkaniu wszędzie mieliśmy białe ściany. Przy niedużym metrażu jest to bardzo dobry sposób na optyczne powiększenie wnętrza i byłam zadowolona z tego rozwiązania. Kolorowymi dodatkami ożywialiśmy nasze cztery kąty, a do tego można było je łatwo zmieniać.
Zauważyłam u siebie taką skłonność, że najlepiej funkcjonuję w jasnych wnętrzach. Mam wtedy energię do działania i lepszy humor.
Dlatego zależało mi żeby w nowym domu też tak było.
Kasia – nasza projektantka – już na pierwszym spotkaniu zapytała mnie jakie kolory lubimy najbardziej.
A ja zapytałam o to wszystkich domowników:
A ja najbardziej lubię biały.
Jednak niedawno w gamie moich ulubionych kolorów zagościł dość nieoczywisty kolor o nazwie „kacze jajo”. Elegancki, potrafi się dopasować do otoczenia, a jeżeli chodzi o barwę to jest na pograniczu: niebieskiego-zielonego- szarego.
Na początku byłam lekko przerażona faktem, że mam wybrać kolor, który będzie nam towarzyszył przez najbliższe lata. Ale kiedy zaczęłam przeglądać foldery z próbnikami, to wybrałam kilku faworytów.
Zdecydowaliśmy się na ceramiczne farby Magnat, bo znamy tę markę nie od dziś i ściany pomalowane w poprzednim mieszkaniu nadal świetnie wyglądają. Są odporne na plamy – kilka razy zdarzyło mi się wycierać ketchup, kawę, a nawet wino. Za każdym razem nie było widać nawet śladu.
Było dla mnie prosty wybór, bo przetestowany w trudnych warunkach. Sami widzieliście, że wielokrotnie musiałam ścierać dziecięce malunki ze ścian. Tak samo w nowym domu – wolałam mieć tak zebezpieczone ściany, że w razie wypadku łatwo doprowadzę je do porządku.
Farby Magnat Ceramic są trwałe i odporne na szorowanie i zmywanie. Jednym słowem są przetestowane do intensywnego użytkowania, które przy dzieciach jest na porządku dziennym. Kupiłam też do nich odpowiednie grunty żeby ściany, były dobrze przygotowane.
Pierwsze plamy na nowych ścianach mamy już za sobą i mogę śmiało powiedzieć, że ceramiczne farby to świetny wybór. Jeszcze wiele wpadek przed nami i wiem, że nie muszę się tym martwić.
Zamówiłam próbniki żeby zobaczyć, jak kolor będzie wyglądał na ścianie i to był strzał w dziesiątkę. Farba inaczej wygląda w internecie, inaczej w katalogu, a jeszcze inaczej na ścianie. Chciałam być pewna mojego wyboru i dzięki tej metodzie udało się nam szybko wytypować faworytów.
Razem z Kasią zrobiłyśmy próbki na ścianie i w ten sposób wybraliśmy ulubieńców.
Wszystkie próbki zamówiłam sobie ze strony DEKORATORIUM
Tak wyglądały nasze próby – na szczęście dość szybko udało nam się wybrać odpowiednie kolory.
Jedno maźnięcie gąbką i już wiedziałam, że Szlachetna biel A1 z linii Magnat Ceramic Care to jest ten kolor – mamy nią pomalowane sufity, ściany nad lamperiami w dziecięcych pokojach, łazienkę na górze, gabinet i sypialnie (w tym panele na ścianie) klatkę schodową i gabinet. Na żywo wygląda świetnie – pasuje do mebli i jest tłem dla wielu dodatków.
Lubię szary kolor we wnętrzach, bo jest spokojny, a jednocześnie podkreśla inne kolory – chwilę trwało zanim zdecydowałam się na ten kolor, ale ideał to Jasny Kalcyt A14 – jest delikatny i elegancki
Deszczowy morganit B13, tak pasował nam do tapety, że od razu wiedziałyśmy, że to jest to. Ten kolor jest delikatny, a zarazem zdecydowany – pięknie prezentuje się we wnętrzu i idealnie wpasował się w pokój dziewczynki. Nie będzie problemów z pobrudzoną ścianą, bo powłoka tej farby jest stworzona do intensywnego użytkowania
U Julka też miałyśmy kilka prób i udało nam się znaleźć ideał. To kolor z linii Magnat creative Brudny Kalcyt CR15. Te farby też mają właściwości plamoodporne.
To kolor z mieszalnika i podaję Wam numer NCS: S3010-B10G
Chociaż w naszym domu jeszcze nie wszystko jest skończone i brakuje sporo rzeczy, to muszę powiedzieć, że kolory ścian nadają mu charakteru. Dzięki temu, że wybraliśmy spójne, pasujące do siebie barwy i odcienie to razem wygląda naprawdę ciekawie.
Jeśli macie pytania o poszczególne sprzęty, to zanim zaczniecie do mnie pisać, zobaczcie też do wpisu Wykończenie domu albo poprzedniego jeszcze bogatszego w moje wnętrzarskie Inspiracje
Dajcie znać, czy też zdecydowaliście się w Waszym domu na kolorowe ściany i czy jesteście zadowoleni.
Wpis powstał w ramach współpracy z marką Magnat
Śmiem twierdzić, że seria książek o Basi stanie się dla moich dzieci jednym z najmilszych, pierwszych wspomnień z dzieciństwa, związanych z książkami. Nie sposób wprost opisać, jak oboje uwielbiają te książeczki. Znacie te historie, kiedy dziecko chce w kółko czytać jedną książkę? Można paść😊.
Na szczęście genialna Zofia Stanecka napisała całe mnóstwo opowiadań o przygodach Basi (i Franka), dzięki czemu udaje się nam uniknąć monotonii. Bo „Basię” czytamy codziennie, przynajmniej raz. Na szczęście lekkie pióro autorki jej nie zawodzi i pisze kolejne opowiadania. Gdy więc zobaczyłam, że do księgarń wchodzi najnowsze opowiadanie „Basia i chorowanie”, było oczywiste, że ląduje w moim koszyku. Jakże się zdziwiłam, że jednocześnie pojawiła się „pełnometrażowa” książka z tej serii „Opowieści Miśka Zdziśka”! Cudownie!
O „Basi” muszę koniecznie wtrącić uwagę dla dorosłych. Jeśli nie przepadacie za wieczornym czytaniem bajek, bo Was one nużą, koniecznie spróbujcie tej serii. Ma ona tyle podtekstów kierowanych do dorosłych, że nie raz dzieci pytały:
– Mamo, z czego się śmiejesz?
– … jakby ci to wytłumaczyć :P.
Brrr, brzmi złowieszczo, ale najnowsza przygoda Basi dotyczy właśnie chorowania. Cieszę się, że wyszła właśnie teraz, gdy sytuacja związana z pandemią niepokoi wiele dzieci. Maluchy, podobnie zresztą jak dorośli, boją się tego, czego nie znają. Problem w tym, że dzieci nie znają dużo większej ilości sytuacji. „Basia i chorowanie” pozwala oswoić się z nagłą chorobą wielu członków rodziny, a nawet z koniecznością wizyty w szpitalu. Cała opowieść umożliwia dzieciom identyfikację z bohaterką, dzięki czemu w sytuacji konieczności wizyty w szpitalu, będą mogły się do czegoś odwołać w swojej pamięci. Już nie raz Julek w różnych momentach mówił:
I dzięki temu sam wie, jak różne wydarzenia mogą przebiegać. I tak jest właśnie w przypadku Basi, która zachorowała. Niebagatelną rolę odgrywają tu też niesamowite ilustracje Marianny Oklejak. Nawet mnie poruszyło zobrazowanie drogi do szpitala i tego, jak może wszystko wtedy wyglądać i jak można się czuć w takiej sytuacji. No i na koniec oko puszczone do nas, rodziców. Wszystko zaczęło się od taty, który miał katar. Czy ja muszę mówić coś więcej? 😉
Druga z książek o Basi – „Opowieści Miśka Zdziśka” – której premiera jest 14 października jest zupełnie nowym spojrzeniem na basiowe przygody. Tym razem świat Basi przedstawiony jest z perspektywy jej misia, o wdzięcznym imieniu Misiek Zdzisiek. Jestem pewna, że ta konwencja będzie się dzieciom podobała. Wszak kto by nie chciał wiedzieć, co robią i o czym rozmawiają zabawki, gdy one idą do przedszkola? A wszystko dzieje się w towarzystwie niezbyt rozgarniętej, ale za to bardzo zabawnej małpki. Dzieci będą miały ubaw!
Całość podzielona jest na cztery części (sześć – jeśli liczyć przedśniadanko i deserek). Każda część zawiera kilka opowiadań tematycznych. I tu znowu dobra wiadomość. Taki podział sprawia, że książeczka ta może służyć też jako jedna z pierwszych lektur do samodzielnego czytania. Opowiadania są nie za długie, są interesujące i zabawne, więc będą skłaniać maluchy do włożenia wysiłku w ich przeczytanie, a jednocześnie będą same w sobie nagrodą. Wszak czytanie to przyjemność! Młodsze dzieci z pewnością będą rozbawione i zainteresowane perypetiami Miśka Zdziśka, który jest bardzo rezolutny.
Jeśli macie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co czytać dzieciom, seria książek o Basi, wraz z jej najnowszymi opowiadaniami, z pewnością Was zachwyci. Piękny język, ciekawa fabuła, humor, śliczne ilustracje i urocze oczko puszczane do dorosłych – oto jest Basia.
a tu kod od Wydawnictwa HarperCollinsPolska: Basia35nebule – 35% rabatu na całą serię Basia w terminie 13-17.10
Basia to już polski klasyk – a tu opisywałam wam serię Disney – nostalgia
Ręka do góry kto ma pojęcie jakie święto jest już w najbliższą sobotę 10.10? Uwaga! Uwaga! Będzie to Dzień Gier Planszowych! Będzie to pierwszy Dzień Gier Planszowych i będzie odbywał się pod hasłem: „Cała Polska Gra w Planszówki”!
Wy też już powoli planujecie długie jesienne wieczory w domu? My tak – mam już zapas filmów familijnych, książek i oczywiście zestaw gier planszowych.
Dziś pokażę Wam nowości na naszej półce. Ostatnio Julek jest pochłonięty zabawą klockami i nie ma chęci z nami grać, więc wykorzystujemy ten czas.
Nasza 8-latka lubi określony typ gier i w takie staramy się celować. Są to zazwyczaj gry językowe, które angażują graczy w zabawy słowne. Dla nas – dorosłych takie gry są naprawdę angażujące, bo my też musimy się wysilić.
Liczba graczy: 2- 4
Wiek graczy: 8-108 lat
Czas gry: 20 minut
Dostępna TUTAJ
„Gra pozorów” jest stworzona na podstawie amerykańskiego eksperymentu. Psycholog John Ridley Stroop odkrył, że w tym samym czasie prawa półkula mózgu określa kolory, a lewa anlizuje sens słów. Tak jak łatwo jest nam przeczytać:
CZERWONY, ZIELONY, CZARNY, ŻÓŁTY
to znacznie więcej trudności sprawia nam odczytanie:
ZIELONY, CZARNY, CZERWONY, ŻÓŁTY.
Nasz mózg próbuje nam wmówić inne rzeczy niż widzimy i na tym oparta jest ta gra. Liczy się szybkość, spostrzegawczość i nasze zmienione tory myślowe.
Zasada jest taka: zwracamy uwagę na TREŚĆ WYRAZU, a nie na wygląd liter.
Nie ukrywam, że jak jestem zmęczona, to nasza 8- latka ogrywa mnie w tę grę. A przy rozgrywce jest sporo zabawy.
Jest to też bardzo fajna gra imprezowa.
Liczba graczy: 3-10
Wiek graczy: 6-106 lat
Jest to bardzo ciekawa rodzinna gra kooperacyjna, czyli podczas rozgrywki nie rywalizujecie ze sobą. Najlepiej jest w nią grać na podłodze, bo rozłożone karty zajmują sporo miejsca. Ale nie zrażajcie się tym – spędzicie razem ciekawy czas.
Gra jest podzielona na 3 etapy, które wykorzystują:
Bardzo mi się podoba, że w tej grze wszyscy gracze grają do jednej bramki – czyli starają się razem osiągnąć jak najlepszy wynik. Myślę, że ta gra jest też ciekawym wyborem na zajęcia integracyjne w klasie, świetlicy lub na wyjazd. Myślę, że sprawdzi się też wśród dorosłych.
Pierwszy etap to faza skojarzeń
Drugi to faza opowiadanie
W trzecim etapie pobudzamy naszą pamięć
Wiek graczy: 10-108 lat
Według mnie jest to ciekawa gra, ale raczej dla nastolatków i dorosłych. Sytuacje opisane w grze będą bardziej znajome starszym niż dzieciom. Jest to gra na skojarzenia, która troszeczkę przypomina kultową Dixit.
A przy okazji gry możemy rozmawiać o emocjach i według mnie jest to największy atut tej gry. Często wydaje się nam, że kogoś bardzo dobrze znamy i wiemy jak reaguje w różnych sytuacjach. Jednak w tej grze mamy możliwość dowiedzieć się więcej. Mnie zaskoczyły niektóre odpowiedzi mojego męża, kiedy graliśmy w nią sami.
Bardzo Wam ją polecam, bo jest to gra, która nie tylko bawi, ale też uczy.
Liczba graczy: 3-6
Wiek graczy: 10-110 lat
Czas gry: 30 minut
Jest to gra na refleks, która doskonali zdolność szybkiego myślenia i odnajdywania właściwych słów.
Wykładacie karty na stół i gdy na kartach pojawi się ten sam symbol – wtedy następuje pojedynek. Waszym zadaniem jest jak najszybciej podać hasło z kategorii znajdującej się na karcie przeciwnika. Wygrywa ten gracz, który zwycięży w największej liczbie pojedynków.
W talii jest prawie 200 kart, więc możliwości jest wiele.
Jeżeli spodoba się Wam pierwsza wersja (czerwona) to warto też kupić zieloną.
Według mnie zielona jest trudniejsza i sprawia, że jeszcze bardziej musicie się skupić.
Tak jak w pierwszej wersji, wykładacie karty na stół i gdy zobaczycie, że na kartach 2 graczy pojawi się identyczny symbol, następuje pojedynek. Waszym zadaniem jest najszybsze wypowiedzenie słów zawierających litery z tych kart.
W tej grze macie 3 poziomy trudności, a do tego jest też wariant z kategoriami.
Ta gra jest najfajniejsza, jak jednocześnie jest 5-6 osób, więc idealnie nadaje się na imprezę. Im więcej będzie graczy, tym jest większa szansa na pojedynek.
Liczba graczy: 1-4
Jakie jest zadanie graczy?
Wyobraźcie sobie chaos przed wejściem na pokład samolotu, kiedy nagle się okazuje, że komputer z rezerwacjami zwariował i to Wy musicie usadzić wszystkich pasażerów.
Niestety, jak by tego było mało, musicie się sugerować preferencjami osób, które polecą tym lotem. Zakochani chcą siedzieć obok siebie, dzieci muszą mieć obok siebie dorosłych, a inni liczą na miejsce przy oknie lub przejściu.
Sytuacja nie jest prosta, ale do rozwiązania. W ostateczności możesz wyprosić kłótliwego pasażera z samolotu.
Zasady gry wymagają od graczy dobrego planowania i szacowania. Jeżeli dobrze rozmieścicie pasażerów, to uda Wam się zakończyć grę z sukcesem.
Jeśli chcecie więcej inspiracji to tu znajdziecie nasze Najlepsze gry planszowe dla dzieci – a z kolei w tym spisie są Gry planszowe dla dorosłych w które namiętnie gramy:)
Muszę się z Wami czymś podzielić i myślę, że Wy też tak macie, ale boicie się do tego przyznać przed sobą i przed innymi. Lubię spędzać czas z moimi dziećmi, uczyć ich świata, czytać im pasjonujące książki, ale nie zawsze lubię się z nimi bawić.
Nie lubię przepychanek, nie lubię gadać lalkami ani jeździć resorakami po dywanie.
Naprawdę nie przepadam za siłowankami, walkami na poduszki i robieniem fikołków.
Przewracam oczami w duchu, kiedy mam odegrać scenkę lalką.
I nie widzę większego sensu w krążeniu autem po podłodze.
Zawsze wtedy, kiedy dzieci chcą się tak bawić, nagle muszę wstawić makaron, wyjąć pranie lub zadzwonić do męża. W te zabawy już bawią się same. A od siłowanek i przewrotów do góry nogami jest tata:)
Czy to jest normalne? Oczywiście! Osobiście nie znam żadnego rodzica, który kochałby wszystkie zabawy i nie wolałby jednej od drugiej. Jest to naturalne zjawisko i warto wiedzieć o tym, że każdy z nas ma do tego prawo.
Najczęściej proponuję co innego i bardzo często się to udaje, bo dzieciom zależy, żeby spędzić ze mną czas bez wyraźnego wskazania na konkretną aktywność.
Na szczęście mam całą listę ulubionych zabaw i zabawek. Do tego przyznam się szczerze – zabawki dla dzieci też kupuję dla siebie, bo przecież również się nimi bawię. Też tak macie?
I to by było na tyle!
Kiedy po zabieganym dniu siadam z dziećmi na dywanie i razem zaczynamy tworzyć budowle z klocków – to czuję, że spędzamy wartościowy czas.
Układamy klocki, czasem według instrukcji, czasem tworzymy swoje własne konstrukcje.
Ciekawe jest to, że jak klocki leżą na środku pokoju, to zaraz Lila odkłada książkę i też do nas idzie. Czasem nawet i Daniel się przysiada, bo sam jest ogromnym fanem LEGO.
Pisałam już Wam o tym, że daję dzieciom kieszonkowe i one najczęściej zbierają właśnie na LEGO.
Nie wydają na zachcianki czy słodycze – tylko właśnie na klocki, które później układają i z których tworzą ciekawe konstrukcje.
Niedawno Julek wymarzył sobie zestaw budowlany LEGO DUPLO Rozbiórka kulą wyburzeniową (ma numer 10932), bo od zawsze interesowały go koparki, buldożery i dźwigi. W tym zestawie jest nawet kula do rozbiórki i wielkie głazy.
Bardzo podoba mi się też jeden z ludzików – Pani Operatorka dźwigu – Julek mówi, że to Inżynier Gosia.
Ten zestaw LEGO DUPLO odzwierciedla prawdziwy plac budowy, a więc mamy tam ruchomy dźwig, wywrotkę i buldożer z kółkami. Dzieci bawiły się najpierw w budowę, czyli z elementów zbudowały wieżę i domek, a później była najciekawsza część zabawy – wyburzanie. Za pomocą znaku i pachołka wydzieliły strefę rozbiórki i wtedy zrobiły „bum” kulą wyburzeniową. A później przyjechała wywrotka i wszystko zabrała.
Budowanie z klocków LEGO pobudza wyobraźnię, dzieci często wymyślają swoje scenariusze, a dzięki temu rozwijają myślenie przyczynowo – skutkowe. Wam się może wydawać, że to są tylko klocki, a ja widzę w nich duży potencjał na rozwojową zabawę.
W czasie zabawy poszerzają swój słownik, a my w tym uczestniczymy. Moje dzieci uczyły się kolorów na klockach LEGO DUPLO i poszło im to bardzo sprawnie, bo wystarczy operować nazwami i prosić dziecko:
„Podaj mi czerwony klocek”
Albo
„Podaj mi 2 zielone klocki:
Tym sposobem dokładamy jeszcze podstawowe elementy matematyczne.
Wszystko to sprawia, że właśnie dlatego tak chętnie siadam z dziećmi do takiej zabawy. Mogę przemycić w tym czasie naukę dodawania, podpytam co jadły na obiad w szkole i przedszkolu… a do tego sama się dobrze bawię.
We wpisie Najlepszy prezent na dzień dziecka pokazywałam Wam, że LEGO to nie tylko klocki! To baza do wielu zabaw, na które być może nigdy nie wpadliście! Kto nie widział tamtego wpisu – serdecznie zapraszam po inspiracje.
Stopa dziecka – rozwój w pierwszym roku życia, niepokojące objawy, profilaktyka wad stóp.
Dziś mam dla Was artykuł napisany przez mgr Karolinę Bojdo – fizjoterapeutkę neurorozwojową, PNF oraz trójpłaszczyznowej manualnej terapii stóp.
Pierwsze 12 miesięcy życia dziecka to czas, w którym stopa ma pozornie niewiele do roboty. Nie przyjmuje ciężaru ciała, ani nie jest używana do chodu. Wydawałoby się że nie spełnia żadnych istotnych funkcji. Taki obraz jest jednak bardzo mylący, gdy dokładniej przyjrzymy się rozwojowi tej części ciała.
Ważne, by pamiętać, że stopa funkcjonuje w odniesieniu do ułożenia innych stawów, gdzie kluczowa jest symetria i liniowość (ustawienie danych części ciała względem siebie): tułowia, miednicy, bioder, kolan.
Wady stóp zwykle występują w połączeniu z różnorodnymi nieprawidłowościami układu ruchu. Wyjątkiem są izolowane wady wrodzone, np. stopa piętowa lub końsko-szpotawa. Niemniej jednak po głębszym zbadaniu okazują się powiązane z innymi zaburzeniami. Ułożenie stopy z reguły wynika z zaburzeń napięcia mięśniowego na tułowiu lub nieprawidłowej stabilizacji miednicy, za którymi idzie wadliwe ułożenie bioder i kolan. Wszystkie wymienione elementy mogą wynikać z poziomu jakości napięcia mięśniowego dziecka.
Warto zaznaczyć, że w zakresie prawidłowego napięcia mięśniowego mieści się również to lekko obniżone oraz lekko podwyższone. Nie każdy z nas posiada idealne zakresy ruchomości stawów oraz wysoką jakość napięcia mięśniowego, co nie oznacza że u każdego będzie to powodowało problemy z postawą i dolegliwości bólowe w przyszłości. Wszystko jest kwestią indywidualną i wciąż poddawane jest badaniom naukowym.
W okresie noworodkowym dziecko wykonuje tzw. prymitywne kopanie. Jest to ruch naprzemiennego zgięcia i wyprostu nogi w obrębie stawu kolanowego, kontrolowany przez pień mózgu (tzn. odbywa się z tego samego poziomu, co kontrola oddechu – nie jest to świadomy ruch a automatyzm). W trakcie tej aktywności niemowlę opierając się paluchem o podłogę, stymuluje stawy i mięśnie krótkie stopy, kształtując jej sklepienie. W tym okresie pięta ustawia się w pozycji koślawej.
W tym czasie występuje również tzw. chód automatyczny, czyli prymitywny odruch polegający na tym, że dziecko postawione na podłożu i wychylone do przodu zaczyna wykonywać “automatyczne” kroki, obciążając stopy.
Pierwsze dwa miesiące są czasem, gdy noworodek adaptuje się do świata poza brzuchem mamy i, o ile lekarz nie zdecyduje inaczej, głównym zaleceniem powinien być spokój i przyjazna pielęgnacja noworodka (tzw. handling).
W dużym skrócie, polega ona na tym, by dać dziecku jak najwięcej okazji do doświadczania rotacji, skrętów oraz naprzemiennego obciążenia obu stron ciała.
Przykładem może być przewijanie pieluchy: nie ciągniemy dziecka za nóżki, tylko przekładamy je na boki trzymając za biodra. To samo dzieje się podczas odkładania i podnoszenia dziecka, kiedy zawsze staramy się wykonywać daną czynność przez bok – raz prawy, raz lewy. Można się również wybrać do terapeuty ndt bobath (fizjoterapeuty dziecięcego) w celu instruktażu, jak poprawnie stosować handling. Poza tym, pamiętajmy, aby od pierwszych dni życia malca, układać je na brzuchu w trakcie czuwania – może być krótko, ale często.
W tym czasie powinna mieć też miejsce pierwsza wizyta w poradni preluksacyjnej. Lekarz ortopeda wykonuje tam badanie USG pod kątem sprawdzenia u niemowlęcia ewentualnego występowania dysplazji stawów biodrowych. Należy pamiętać, że obecnie nie rekomenduje się tzw. szerokiego pieluchowania w profilaktyce dysplazji bioderek.
Rozpoczyna się kształtowanie rotacji zewnętrznej w stawie biodrowym, dzięki której ruchy ciała przenoszone są na stopę. Dziecko opanowuje tzw. podstawowy wzorzec ustawienia kończyn dolnych, czyli zgięcie, odwiedzenie i rotacja zewnętrzna biodra ze zgiętym kolanem. (Rysunek nr 1)
W praktyce często możemy zauważyć to ułożenie u dziecka położonego na plecach, które unosi nóżki nad brzuch. W tym momencie zanika koślawe ustawienie pięty i rozpoczyna się praca nad supinacją (odwróceniem) stopy.
Można zauważyć to podczas łączenia stópek podeszwami do siebie, co jest ich charakterystycznym ułożeniem w tym momencie. Równocześnie dziecko zaczyna sięgać rękami do stóp oraz wykonuje tzw. małe mostki (w leżeniu na plecach unosi pośladki i opiera się na stopach) po raz pierwszy obciążając piętę.
Pod koniec pierwszego kwartału stwórzmy dziecku jak najwięcej okazji do łączenia stóp w linii środkowej ciała w leżeniu na brzuchu poprzez jak najczęstsze układanie go w tej pozycji. Z kolei w leżeniu na plecach, staramy się podawać dziecku zabawki nad pępkiem, tak by sięgało po nie rękami i stopami łącząc je w linii środkowej ciała. Można wtedy założyć na stopy dziecka skarpetki z dzwoneczkami lub pomponami, tak by zainteresować nimi dziecko. Dodatkowo możemy też zachęcić niemowlę do unoszenia stópek nad brzuchem poprzez położenie ręki na brzuszku dziecka i przesuwanie skóry wraz z tkankami w kierunku głowy. W ten sposób dziecku łatwiej będzie unieść nogi.
Idealną zabawą rozwojową jest również ułożenie dziecka na kolanach i łączenie po skosie ręki ze stopą. W ten sposób dziecko zaczyna poznawać swoje ciało a także przekracza linię środkową ciała, co przyda mu się w kolejnych etapach rozwoju (np. przewrotach).
Dziecko rozpoczyna wykonywać ruchy chwytne palcami stóp, które wzmacniają krótkie mięśnie odpowiedzialne za ich wysklepienia. Ciekawostką jest fakt, że stopa niemowlaka zanim uzyska funkcję podporową, posiada już funkcję chwytną. W tym wieku niemowlę potrafi stopami chwycić np. kubeczek. Podczas tej czynności kształtowane są boczne krawędzie stóp, które dodatkowo ustawiają się w pełnej supinacji (odwróceniu). Jest to również czas na kierowanie ich do ust. W ten sposób dziecko zaczyna stymulować podeszwy czuciowo oraz zaczyna się proces ich odwrażliwiania przed kolejnymi etapami rozwoju w późniejszym okresie.
Aby wspomóc rozwój wzorców ruchowych w tym okresie, podajemy niemowlakowi leżącemu na plecach stópki do buzi. Możemy też drażnić jego stopy różnymi fakturami (np. piłeczką z kolcami, filcem lub piórkiem) i zachęcać je do chwytania zabawek za pomocą stóp, wkładając w nie piłeczkę lub kubek.
W leżeniu na brzuchu zachęcamy natomiast dziecko do wysokiego podporu, czyli oparcia się na otwartych dłoniach z wyprostowanymi łokciami. Dziecko opiera się wtedy również na udach, ćwicząc wyprost w biodrze, potrzebny później do chodu. Na początku najłatwiej jest ułożyć dziecko w poprzek naszego uda, tak by mogło oprzeć się na otwartych dłoniach. Dodatkowo można położyć niewielkie lusterko pod twarzą dziecka, tak by spoglądając na nie, wydłużało kark i unosiło łokcie nad podłoże.
Warto też pamiętać o sporej ilości receptorów czuciowych w podeszwach stóp. Nie należy zakładać siedmiomiesięcznym maluchom butów “niechodków”, aby dziecko miało swobodny dostęp do swoich stópek.
W rozwoju dziecka pojawia się pozycja boczna. Gdy dziecko kładzie stopę przed sobą w tej pozycji, rozpoczyna się rozwój funkcji podporowej stopy a funkcja chwytna staje się mniej ważna. (Rysunek nr 2)
Od tego momentu dziecko zaczyna przygotowywać stopę do bezpośredniego obciążenia, a także kształtuje mięśnie krótkie stopy (wysklepienie). Dokładnie taką pozycję wykorzystuje się w gabinecie do terapii stopy płasko-koślawej.
Możemy zachęcać dziecko do zabawy w pozycji bocznej poprzez zejście z nim do parteru i zachęcanie do obrotów z pleców na bok.
Jeśli dziecko bardzo garnie się już do siadania przez podciąganie się do przodu (np. chwytając w wózku za pałąk) możemy umożliwić mu aktywność w wyższej pozycji, ale nie przez bierne posadzenie, tylko dzięki siadowi bocznemu przez udo rodzica. Taka forma siadu wspiera przenoszenie ciężaru ciała na strony oraz buduje napięcie mięśni tułowia – oczywiście pod warunkiem, że wykonujemy go obustronnie. (Rysunek nr 3).
Około dziewiątego miesiąca pojawia się kilka umiejętności ruchowych bezpośrednio wpływających na kształtowanie się stóp dziecka:
Pełzanie – tę czynność dzieci osiągają pomiędzy 5 a 13 miesiącem życia (wg WHO). W trakcie osiągania tego wzorca ćwiczone jest odwrócenie stopy (supinacja).
Czworaki – w tej pozycji kształtuje się zgięcie podeszwowe stopy (ustawienie jak w balecie), potrzebne później do stania na palcach, które mocno kształtuje łuki stopy.
Klęk na obu i na jednej nodze – kształtuje się zgięcie grzbietowe (w nóżce położonej z przodu) i podeszwowe stopy (w kończynie ułożonej z tyłu) potrzebne do wykonywania swobodnych kroków do przodu. Pozycja ta jest również kluczowa w nauce kontrolowania ustawienia miednicy.
Wstawanie, stanie w miejscu – stopniowo aktywuje mięśnie nawracające stopę, dzięki którym mają one później możliwość do zaadaptowania się do zmiennych właściwości podłoża podczas chodu i biegu.
Chód bokiem – stopa uczy się przyjmować ciężar ciała na oba łuki, boczny i przyśrodkowy. Trening ten wpływa pozytywnie na stabilizację stóp i przygotowuje je do swobodnego chodu w przód.
Starajmy się zachęcać dziecko do zabawy przy stoliku w pozycji klęcznej. Później być może spróbujmy wyciągać raz jedną a raz drugą nóżkę do przodu – aż do przyjęcia pozycji klęku jednonóż. (Rysunek nr 4)
Dzieci zaczynają chodzić pomiędzy 9 a 18 miesiącem życia. Mitem jest przeświadczenie o tym, że maluch powinien wejść w roczek na własnych stopach. Dziecko powinno mieć czas na samodzielne opanowanie trudnej umiejętności, jaką jest samodzielny chód. Pozwólmy mu przy tym na trening upadania, pamiętać jednocześnie, aby zabezpieczyć przestrzeń i dzięki temu wyeliminować możliwość poważnych wypadków (np. zabezpieczenie schodów oraz kantów mebli).
Ostatnim etapem, a także wyznacznikiem prawidłowej ruchomości stóp, jest zdolność dziecka do wykonania pełnego przysiadu. Taka pozycja pojawia się zazwyczaj już po osiągnięciu etapu chodu w przód.
Pozwólmy dziecku na jak najdłuższe czworakowanie, chód bokiem oraz samodzielne próby pokonywania małych odległości między meblami. Na przykład układając meble tak, by niemowlę ucząc się chodzić w przód, mogło pokonywać malutkie odcinki od „stacji” do „stacji”.
Warto też zachęcać dziecko do „zbierania skarbów” z podłogi poprzez wykonanie przysiadu, wspinania się na niskie przeszkody oraz pokonywania schodów za pomocą czworakowania.
Ważne jest też, aby umożliwiać dziecku odczuwanie różnych rodzajów podłoża podczas chodu. Zachęcajmy maluchy do poruszania się na bosaka, np. po piasku, trawie czy kamieniach.
Zakup pierwszych butów zostawmy na czas gdy dziecko już stabilnie chodzi po domu i jest gotowe na pierwsze kroki na zewnątrz.
But powinien być na tyle elastyczny, by dał się zgiąć w jednej trzeciej długości dwoma palcami osoby dorosłej. Wybierajmy najlepiej produkty z naturalnych materiałów, aby stopa się nie pociła. Zapiętek nie powinien krępować ruchów stawu skokowego, tzn. nie powinien być wyższy niż do kostki ani przesadnie sztywny. Dobrze gdy bucik daje się „wykręcić” na długość, co oznacza że jest wystarczająco podatny na swobodną pracę stopy. Idealnie buty powinny być na tyle lekkie, by dziecko nie czuło się w swoim pierwszym obuwiu (i kolejnym również) jak w butach narciarskich. Marka nie ma tu znaczenia. Zdarza się, że buty renomowanych firm nie przechodzą powyższych testów, a z drugiej strony popularne (i tańsze) marki często wypuszczają modele bardzo przyjazne dla stopy dziecka.
Najprostszy test w temacie butów? Porównujemy jak dziecko chodzi boso, a jak w wybranych butach – różnica powinna być jak najmniejsza.
Oto kilka przykładów wad stóp, mogących występować tuż po porodzie:
Bardzo ważne, by pamiętać, że stopa płaska (bez dodatkowej koślawości pięty powyżej 5 stopni od pionu) nie jest nieprawidłowością w okresie niemowlęcym i wczesnodziecięcym. Niemowlęta i małe dzieci posiadają tzw. podściółkę tłuszczową, która chroni delikatne struktury stopy dziecka i może dawać wrażenie stopy płaskiej. Taki stan jest fizjologiczny nawet do 5 roku życia a dopiero po 3 urodzinach poduszka tłuszczowa zaczyna zanikać.
Gdy zauważymy cokolwiek niepokojącego, warto udać się do fizjoterapeuty dziecięcego i ortopedy. Podczas wizyty kontrolnej teraputa sprawdza jakość wzorców ruchowych całego ciała, stabilizację tułowia oraz miednicy, ułożenie poszczególnych części ciała względem siebie, a także odruchy i wiele innych.
mgr Karolina Bojdo – fizjoterapeutka neurorozwojowa, PNF oraz trójpłaszczyznowej manualnej terapii stóp. Na co dzień mama 3-letniego Januszka pracująca w przedszkolu Tika w Katowicach oraz gabinecie prywatnym w Rudzie Śląskiej.
www.kalabojdo.pl
Zapraszam też na poprzedni wpis Karoliny – powiedziałabym obowiązkowy dla każdej mamy niemowlęcia:) – wtedy na tapet brała Skoki rozwojowe
Bibliografia
1. “Windows of achievement for six gross motor milestonesReference: WHO Multicentre Growth Reference Study Group. WHO Motor Development Study: Windows of achievement for six gross motor development milestones.” Acta Paediatrica Supplement 2006;450:86-95
2. “Trójpłaszczyznowa manualna terapia wad stóp u dzieci” Barbara Zukunft- Huber Urban & Partner, 2013
3. “Gimnastyka dla niemowląt” Barbara Zukunft- Huber, Fundacja Promyk Słońca, Kraków 2018
4. “Neurorozwojowa prewencja i korekcja wad postawy u niemowląt i małych dzieci” Małgorzata Matyja, Anna Gogola, Skrypt szkoleniowy, GWSH Katowice 2018 r.
Często pytacie mnie, jak to zrobiłam, że moje dzieci nie mają ubrań z postaciami z bajek, pokoju z takimi motywami i ogólnie nie mają wszystkiego z Peppą, Psim Patrolem, czy Elsą.
Cenię sobie estetykę. Często mniej, znaczy więcej. Lubię proste formy i kolory. Ład i harmonię. Gdybym pozwoliła moim dzieciom w całości urządzać ich pokoje, pewnie Lila miałaby Elsę na ścianie, na meblach naklejki z księżniczkami, łóżko z nadrukiem i firanki w baloniki. Julek miałby fototapetę Hot Wheels, naklejki z autami i pościel z ulubionym superbohaterem. A całość okraszona byłaby ogromem przedmiotów-zabawek, co w sumie wyglądałoby jak jeden wielki chaos.
Gdybym pozwoliła 4-letniej Lili ubierać się w to, co chce, nosiłaby żarówiaste sukienki z tiulu, wzorując się na księżniczkach, a dziś – starsza, koszulki z ich nadrukami, getry w księżniczki i takie same buty. Julkowi, gdybym pozwoliła wybierać, nosiłby bluzy Hot Wheels i podobnie jak Lila, byłby od góry do dołu odziany w ubrania z bohaterami z ulubionych bajek.
Nie zrozumcie mnie źle, każdy ma inne poczucie estetyki.
A do tego zauważyłam, że zazwyczaj ubrania, akcesoria do do pokoju z motywami z bajek są niskiej jakości. Kiedyś kupiłam jedną bluzkę z Frozen z sieciówki i po 3 praniach naprawdę do niczego się nie nadawała. To nie jest zgodne z moim światopoglądem na jednorazowe ubrania. Często też kupuję ubrania większe, po to żeby dzieci mogły w nich chodzić przez 2-3 sezony, a wtedy gust się zmienia. I sorry Mamo: „Ja już nie lubię Psiego Patrolu.”
To nie jest moja fanaberia, tylko przemyślany lifehack. I możecie pomyśleć, że moje dzieci są biedne, bo mama im nie pozwala – a ja od początku wymyśliłam dobrą strategię i u nas dobrze to działa.
Nie kupuję im jednak ubrań ani nie urządzam pokoi w tym stylu. Mam jednak swój sposób na to, aby wilk był syty i owca cała. A nawet więcej – owca jest nie tylko cała, ale i zadowolona😊.
Zdecydowanie jest łatwiej nakleić naklejkę (i ją później usunąć) niż kupić gotowy przedmiot z postacią z bajki.
Śniadaniówka z Elsą – proszę bardzo – naklejamy naklejkę
Nocnik z Psim Patrolem czy Hot Wheels – nie ma problemu
Bidon z Peppą – 2 minuty i jest
A do tego najważniejsze, jak się naklejka zdrapie lub znudzi – można ją zmienić.
Chociaż ciężko jest znaleźć ładne wydania to czasami trafi się jakaś perełka. Kupuję też książki z naklejkami.
Zgadzam się na figurki z postaciami z bajek i na rozsądną ilość maskotek z bohaterami z bajki. Pamiętam, jak Lila była mała i uwielbiała Peppę to kupiłam jej projektor pluszowy ze świnką – bardzo go lubiła i ułatwiał jej zasypianie.
Tak, wiem – to się niedługo skończy, ale póki mogę to kupuję je sama.
A jednym ze sposobów na zaspokojenie dziecięcej fazy są gazetki. Daniel przez 15 lat pracował w drukarniach więc gazetki to właściwie nasza rodzinna branża a w naszych żyłach płynie CMYK.
Te magazyny łączą przyjemne z pożytecznym. Są one nie tylko pełne ciekawych treści, ale także rozwijają motorykę małą, zawierają łamigłówki i pobudzają w dzieciach chęć do samodzielnego czytania.
Julek ma teraz fazę na wycinane, więc przeczytaną gazetkę wycina do zera.
Pokażę Wam ostatnie numery, które mieliśmy:
o ciekawe propozycje dla dziewczynek i chłopców (bez względu na to, którą gazetkę wybiorą). W nowym numerze Hot Wheels znajdą dużo informacji dotyczących świata motoryzacji, szczególnie wyścigów. To dobra baza informacji, które mogą zainteresować małych fanów ścigaczy. Nie brakuje tam mini komiksu, a jak wiecie, komiksy są świetnym sposobem na polubienie czytania przez dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z literaturą. Jest też mnóstwo kolorowych ilustracji i zdjęć.
jest pełna pozytywnych emocji oraz historii pobudzających wyobraźnię. Jak wszystkie bajki Disneya, także te w gazetce „Księżniczka” niosą pozytywne treści, przekazując dobre wartości. No i jest trochę dziewczęcej próżności😊.
Są też prezenty!
Julek jako fan LEGO jest też prenumeratorem magazynu LEGO EXPLORER
Mówi się, że prasa powoli staje się przeżytkiem. Czas pokaże, czy elektronika wyprze papier. Jedno jest pewne: dzieci, zanim poznają świat wirtualny, powinny zasmakować w realnym. Poczytać gazetkę, poczuć jej zapach i móc ją dotknąć. Gdy zrozumieją ideę prasy i polubią jej czytanie, będą mogły korzystać z różnych źródeł pozyskiwania wiedzy i nauczą się odsiewać ziarno od plew. Cudownie, że mogą poznawać świat w oparciu o swoje zainteresowania i piękny, dziecięcy świat bajek.
Dla zainteresowanych polecam – do końca września jest -20 % na wszystkie magazyny (i na Giganty) na www.egmont.pl
Dzięki tym sposobom udaje mi się obejść fazy na postaci z bajek. Ja jestem zadowolona i dzieci też – a o to w tym chodzi.
Uczysz się języków obcych od najmłodszych lat. Uczysz się w szkole. Uczysz się na kursach. Uczysz się w grupie. Uczysz się samodzielnie. Chcesz zapewnić swoim dzieciom możliwość komunikacji z całym światem. Powielasz w swoich dążeniach ten sam model. A może da się coś zrobić, aby wyjść z tego zaklętego kręgu?” Tu nie chodzi o to żeby się uczyć…. ale żeby się Nauczyć:)
współpraca reklamowa z Microsoft
Była na blogu swego czasu recenzja książki Mikołaja Marceli – „Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem„. To między innymi ona pomogła mi poukładać sobie pewne rzeczy w głowie – precz z pruskim systemem edukacji:)! Kiedy uczymy się w grupie – tak jak w klasie szkolnej czy na kursie – cała uwaga nauczyciela – nie jest skupiona na uczniu – a na materiale, który zgodnie z podstawą programową musi upchnąć uczniom w głowie.
Jasne, były to czasy, kiedy dostęp do wiedzy był ograniczony tylko do bogatszych warstw społeczeństwa. Natomiast spójrzmy na fakty. Kiedy dzieci miały guwernantki czy guwernerów – efekt był taki, że ci, którzy mieli szczęście zostać wykształceni – czytali Goethego, Dumasa, Byrona i Dostojewskiego – każdego w oryginale!
Dziś przełożyłoby się to pewnie na możność składania prania przy jednoczesnym oglądaniu na Netflixie serialów w oryginale – bez konieczności włączania polskiego lektora:)
Studiując wyżej wymienioną już książkę – zgadzam się w całości z zawartymi tam tezami. Model powszechnej edukacji – choć liczy niespełna 200 lat – był skrojony na miarę i dopasowany… ale do wyzwań XIX wieku! Przygotowywał a właściwie tresował on dzieci – by reagowały na dzwonek, nie spóźniały się, by były trybikami w maszynie. Wszystko to było potrzebne do pracy w fabryce.
Cofnijmy się do czasów starożytnych – tam edukacja opierała się na relacji mistrz-uczeń. „uczeń zdobywał informacje i poszerzał wiedzę podczas wzajemnych kontaktów”[1]. Później rolę mistrzów przejęły guwernantki czy guwernanci. Ciekawskich odsyłam na stronkę, którą odkryłem zbierając materiały – kim jest guwernanta.
„Zatrudniając guwernantkę, rodzic otwiera przed dzieckiem nowe możliwości. Guwernantka na pełny etat zadba nie tylko o dobre oceny w szkole, lecz będzie również pielęgnować dziecięce pasje, rozwijać kreatywność dziecka i być dla niego oparciem oraz osobą, której może w pełni zaufać.”[2]
Zawarta tam lista obowiązków i czas pracy – marzenie każdego z nas – a już zwłaszcza przy nauce zdalnej rodem z 2020:)
Za to stać pewnie na taki luksus tylko niektórych z nas, poszukajmy też więc bardziej realnych alternatyw.
„(…) są miejsca, w których relacja mistrz-uczeń funkcjonuje i dziś, stanowiąc fundament edukacji. Czy zdziwię was, jeśli powiem, że tak jest między innymi na słynnych uniwersytetach brytyjskich: Uniwersytecie Oksfordzkim i Uniwersytecie Cambridge? Już w 1870 roku wprowadzono tam powszechną i podstawową metodę kształcenia, którą nazwano tutoringiem. W jej ramach studenci spotykają się ze swoimi tutorami, a celem spotkań jest przedyskutowanie przygotowanych przez studentów prac pisemnych (…) tutoring nie jest metodą nauczania, lecz niezwykle efektywną metodą uczenia się (…)” [3]
Jako że celem tego postu jest omówienie efektywnych metod uczenia się – zaparkuję teraz na chwilę myśl na temat tutoringu – by wrócić do niej w odpowiedniej chwili.
Angielskiego uczyłem się pewnie z 10 lat. W szkole, na kursach, samodzielnie. Ha – ale jednak by upewnić się, że poradzę sobie z maturą – rodzice sięgnęli po zaskórniaki – na korepetycje! Czyli co? – tutoring:) Pozwoliło mi to przebrnąć przez egzaminy na studia. Kiedy zacząłem mówić? Kiedy pojechałem na stypendium do Estonii. Tam – postawiony w obliczu akademika pełnego obcokrajowców z całego świata – zanurkowałem. Jako, że najbliższy rodak znajdował się 200 km ode mnie w ambasadzie, gdzie raz na miesiąc jeździłem po stypendium MENu – zanurzenie w języku spowodowało, że odblokowałem się i zacząłem mówić.
Znajomość węgierskiego nabywałem mozolnie na studiach. Choć nie było na węgierski za bardzo czasu. Na przykład na pierwszym roku – kiedy każdy profesor uważał, że jego przedmiot jest najważniejszy – wkuwałem więcej łaciny niż węgierskiego. Był też np. przedmiot zakończony egzaminem: „Szamanizm i dyfuzjonizm w kręgu baśni węgierskich – Drzewo sięgające nieba”. (Wybacz nie mogłem się powstrzymać by się tym nie podzielić:))
Do czego zmierzam – nawet mając dyplom ukończenia hungarystyki – daleko mi było do płynności w tym pięknym języku. Miałem to szczęście – że potem praca sprawiła iż 3 lata mieszkałem w Kiskunfélegyháza- a tam znów zanurzony po pachy – dołączyłem do grona aktywnych użytkowników:)
Tymi dwoma językami posługuję się biegle – dzięki zanurzeniu. Żyjąc, mieszkając, używając ich na co dzień – mózg uznał, że jednak warto utrwalić te połączenia między neuronami – by móc łatwo sięgać po te zasoby.
Mimo, że w tak zwanym międzyczasie – liznąłem też pobieżnie rosyjski, estoński, łacinę, chiński czy niemiecki – ich zasoby mózg gdzieś głęboko zachomikował – i wydziela mi je bardzo skąpo. Choć po głębszej lampce wina – udaje się i tam czasem włamać:)
Tego języka uczyłem się w zupełnie innym modelu niż wszystkich poprzednich. Miałem tutora…
Też pewnie nie było by mnie stać na prywatnego nauczyciela, natomiast firma dla której pracowałem – dostrzegała potencjał w edukacji. Kiedy znakomita większość koleżanek i kolegów wybrała angielski – ja poprosiłem o lekcje niderlandzkiego. Jako, że żaden inny kamikadze się nie znalazł – wylądowałem na lekcji sam na sam z nauczycielem. To był strzał w 10-kę.
OK, powiedzieć, że nauczyłem się języka w rok nic nie robiąc byłoby przesadą – ale sam oceń. Spotykałem się z moim tutorem 1 lub 2 razy w tygodniu (w zależności od nawału pracy). Z reguły siadaliśmy przy kawie i… rozmawialiśmy po… niderlandzku.
Kiedy uczeń nie ma ze sobą bagażu całej klasy – spojrzeń, ocen, rozkojarzenia. Kiedy nauczyciel nie musi się przejmować podstawą programową a po prostu podąża za uczniem… To był najszybszy i najefektywniejszy proces nawet nie nauki – a przyswajania języka!
Jedni lubią ślęczeć nad słówkami. Inni lubią uczyć się całych zdań czy zwrotów. Studiować i wałkować zasady gramatyczne. A potem kiedy przyjdzie do rozmowy z native’m siedzą sparaliżowani. Boją się o swoją poprawność gramatyczną i językową. Boją się kompromitacji.
Kiedy spotykałem się później z holenderskimi klientami – widziałem uśmiech w ich oczach, kiedy przetykałem coraz bardziej nasze angielskie konwersacje językiem niderlandzkim! Mimo że każdy Holender tylko nasłuchuje twojego akcentu – i sądząc po nim bez sekundy zwłoki zwraca się do ciebie płynnym angielskim czy niemieckim. A pierwszym pytaniem na wieść, iż uczę się niderlandzkiego jest: „Po co?”. To jednak odczuwalne za każdym razem było natychmiastowe ocieplenie relacji i przeniesienie jej na zupełnie inny poziom.
Nasz mózg jest wspaniałą maszynką do nauki. Jego możliwości przyswajania wiedzy są wspaniałe. A już do mistrzostwa ten organ opanował sztukę… zapominania:).
Możemy zakuć regułki, gramatykę, słówka – zdać zadany przez nauczyciela materiał – a dzień później go bardzo efektywnie usunąć z podręcznej pamięci. Nie ma możliwości nakazania mózgowi – „nie słuchaj, to jest dla nas ważne – weź bądź raz miły i zapamiętaj TO na zawsze”. Nie ma zmiłuj. Mózg jest beznamiętnym egzekutorem. Które nowe połączenia między neuronami – nie są na bieżąco używane i powtarzane – zostają czym prędzej efektywnie usunięte w bezdenną czeluść.
Ale naszym sojusznikiem jest za to pęd mózgu do oszczędzania energii i optymalizacji procesu. W przypadku języka to Używanie i Powtarzanie. Jeśli mózg, raz, drugi, trzeci – zostanie przez nas zmuszony po sięgnięcie po jakiś zasób – przesuwa on go wyżej ku łatwiej dostępnej powierzchni. Co jest statystycznie częściej używane – wypala się na twardo – by było łatwo dostępne.
To jak z nauką jazdy na rowerze czy samochodem. Wpierw analizujemy każdy manewr naszych kończyn – by wprawić nasz pojazd w ruch. Każdy z nich wymaga od nas przemyślenia, skupienia i wysiłku. Na tym etapie – każdy jest w pełni świadomy. A porównajmy to do pokonania 500 km parę lat później – kiedy nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć szczegółów pokonanej trasy… Albo kiedy wsiadamy na rower po zimowej przerwie – tego się nie zapomina:)
Dlatego żeby móc efektywnie opanować język – należy go po prostu używać. I teraz odpowiedz sobie szczerze na pytanie – dziecko siedząc w grupie kolegów na lekcji w klasie czy na kursie – ile faktycznie gada?
Ja pamiętam z lekcji uczenie się na pamięć czytanek. Pamiętam wkuwanie deklinacji, koniugacji czy innych gramatycznych rozkoszy. Pamiętam mozolne wypisywanie nazw 50 warzyw (z których 45 w życiu później nie użyłem). Pamiętam czytanie z podziałem na role dialogów z podręcznika. Nie pamiętam za to wcale interaktywnej rozmowy.
Spójrz na początki – na proces w jakim dziecko przyswaja swój pierwszy język. Czy ktoś wyłuszcza niemowlęciu zasady gramatyki jego/jej pierwszego języka? Czy ktoś ci tłumaczył dlaczego tworząc liczbę mnogą w języku polskim od słowa „pies” masz inną formę dla 2-3-4 „psy” a inną od ilości 5 – mianowicie „psów”? Swoją drogą czy w ogóle byłeś tego faktu świadomy:)?
(to pozostałości po liczbie podwójnej, która obejmowały ilości 2,3 i 4 sztuki).
„Niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak trudnym zadaniem jest nauka (pierwszego – mój dopisek) języka – o ileż trudniejszym niż wszystko inne, co robimy w życiu. Dzieci uczą się mówić, zanim jeszcze będą potrafiły zawiązać sobie buty. Rozumieją i stosują zasady gramatyczne, zanim poznają proste zasady zabawy w ciuciubabkę. Bez instrukcji uczą się tego, czego nie są w stanie opanować najpotężniejsze komputery (…) przyswojenie pierwszego języka to niewiarygodnie trudny proces.
Sprawność fizyczna i koordynacja, które są do tego niezbędne, wielokrotnie przekraczają możliwości kogoś, kto wciąż nie radzi sobie z nalaniem soku do kubka. Umiejętne poruszanie płucami, wargami i językiem t wyczyn porównywalny do żonglerki i akrobatyki, ale przecież mówienie jest i tak o wiele bardziej skomplikowane. Zrozumienie tego, co mówi ktoś inny, stanowi problem o podobnej skali trudności (…) mówienie i słuchanie obciążają pamięć dziecka nieporównywalnie bardziej niż inne zadania z którymi maluchowi przychodzi się zmierzyć”[4]
Cytuję to by pokazać, iż przy nabywaniu pierwszego języka, dziecko stosują zaawansowaną analizę statystyczną. Jest otoczone ogromną ilością dźwięków, a jest w stanie wyłowić z nich te, które są ważne. Dziecko samo buduje bazę głosek, które są w danym języku są istotne. Weźmy polskie „s”, „ś” i „sz” – żaden z rodowitych użytkowników polskiego nie pomyli słów „kasa”, „Kasia” i „kasza”. Spróbujcie tego z obcokrajowcem w którego języku takie rozróżnienie nie jest istotne…
Dziecko nabywając pierwszy język – buduje w głowię mapę dźwięków, które są istotne. Więcej na ten temat pisałem we wpisie o przewrotnym tytule – Dlaczego nie warto uczyć dzieci języków obcych. Kiedy byłem na studiach, ówczesny stan wiedzy mówił, że dzieci budują tę siatkę do około 7 roku życia. To oznacza, że ich ucho jest w stanie rozróżnić nawet 800 takich dźwięków. Natomiast jeśli nasz pierwszy język używa tylko np. 30-40 fonemów – po ustaniu tego okresy sensytywnego – stajemy się głusi na wszelkie pozostałe.
To właśnie dlatego tak łatwo nam odróżnić obcokrajowca, który zaczął naukę w dojrzalszym wieku. Nie jest on już w stanie usłyszeć, a co dopiero wyprodukować – poprawnych dla naszych uszu głosek.
Umożliwić dziecku rozpoczęcie oswajania i przyswajania drugiego języka jak najwcześniej.
tylko tyle i aż tyle.
Przez lata narosło wiele mitów, o tym że nabywania 2 języków na raz już od okresu niemowlęctwa nie jest optymalne – ale najnowsze badania temu przeczą. To temat na dłuższy wpis, o który może kiedyś się pokuszę. Współczesne badania, (za Barbara Zurer Pearson „Jak wychować dziecko dwujęzyczne”) jasno pokazują, że dzieci dwujęzyczne:
Tak naprawdę to my żyjemy w bańce, że większość świata jest jednojęzyczna. Natomiast są rejony świata gdzie nawet nie dwu- a wielojęzyczność jest na porządku dziennym.
Do brzegu. Ty zrobisz co zechcesz. Nie mam dla Ciebie jedynej słusznej recepty. Fakty dotyczące stanu szkolnictwa i specjalnego mechanizmu przyswajania języków swoistego tylko dla dzieci – opisałem powyżej. Możesz wysnuć własne wnioski i zapraszam do komentowania. Chętnie się zainspirujemy. To jest blog – i na nim subiektywnie opisujemy nasze doświadczenia.
We wpisie: Nauka angielskiego dla dzieci – nasze rutyny – podzieliłem się z wami refleksjami, które sposoby uważam za mniej a które za bardziej efektywne.
Potrzebowałem roku, by doświadczyć tego na własnej (choć tak naprawdę Lilki i Julka skórze). Kiedy Ania prawie rok temu, jeszcze w dawno zapomnianych pre-Covidowych czasach, dostała propozycję poambasadorowania szkole językowej – w pierwszej chwili najbardziej cieszyliśmy się z zalet logistycznych. Lila wcześniej chodziła do szkoły językowej na kurs stacjonarny – i wiedzieliśmy jaki to złodziej naszego drogocennego czasu. Teraz z perspektywy czasu, widzimy też jak bardzo Lila ruszyła z mową od tamtego czasu.
Czy stać nas na prywatną guwernantkę czy tutora? No nie. Ba, nawet nie ma co marzyć o wynajęciu prywatnych nauczycieli. O native speakerach nie wspominając.
Czy stać mnie na lekcje dla dzieci w których ceny zaczynają się od 29 złotych?
Lekcja online to prawdziwe combo. Lila ma swoją ulubioną nauczycielkę. Opowiada jej co u niej słychać, dziewczyny dobrze się bawią. Formuła lekcji 1×1 wymusza ciągły dialog. Długość lekcji też mi się podoba. Mimo, że to jedynie 25 min – jest to optymalny czas, przez który dziecko jest w stanie efektywnie skupić uwagę. Ja jestem fanem systematyczności. Tak jak fiszki ćwiczę z dziećmi 10 minut ale codziennie – tak spotkania z lektorem są nie za długie ale częste.
Przez wakacje ustawialiśmy lekcje rano. W roku szkolnym przesunęliśmy je na późniejsze godziny. Nie jesteśmy niewolnikami poziomu/grupy/nauczyciela/wtorku godziny 19.30 – jak na kursie stacjonarnym. Jako aktywni podróżnicy – możemy dowolnie przesunąć termin lekcji – choć tak naprawdę nie musimy. Wystarczy internet stąd często lekcje odbywamy na powietrzu czy znajdując kącik w restauracji
Z Julkiem dopiero niedawno zaczęliśmy przygodą z nauką online. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie – nie mogłem się doczekać aż Julek skończy 4 lata. To jak podpowiadali najwcześniejszy wiek od jakiego przyjmują młodych adeptów angielskiego.
Pierwszy raz spróbowaliśmy parę miesięcy temu, ale po 2,3 lekcjach uznaliśmy, że jeszcze trochę poczekamy. Wiele zależy od indywidualnego rozwoju dziecka. Julek nie ogarnął obsługi myszki – a bez tego ani rusz. Do tego, jeszcze do końca był w stanie skupić się na te 25 min, by skorzystać z kontaktu ze swoim tutorem. Pierwsza lekcja jest darmowa – możesz sama sprawdzić jak poradzi sobie twój 4 latek. Może już jest gotowy!
Wrzesień – początek przedszkola, to dobra okazja to wprowadzania nowych aspektów edukacji. Wyposażyliśmy się więc ostatnio w laptopa Microsoft Surface Go 2 – akurat w ten właśnie model – bo obsługuje się go piórem. Jest i myszka naturalnie, ale jako że ekran jest dotykowy – Julek może brać z powodzeniem udział w lekcji używając właśnie pióra! Ostatnio ma on mocną fazę na rysowanie – a co za tym idzie – super sobie radzi z obsługą dzięki właśnie temu narzędziu. Maluje więc na całego po ekranie.
Lekcje online to dla niego frajda też dzięki temu, że to jedyna okazja dla obcowania z elektroniką:) Jako, że staramy się jak możemy dozować mu czas przed ekranem – przynajmniej na lekcji angielskiego może poszaleć do woli. Tu wpis Ani Jak świadomie wprowadzać dziecko w świat elektroniki
Jako, że to jego obiecujące początki – ciężko na razie o jakieś wnioski. Obiecuję, śledź IG Stories – a za czas jakiś będziemy go podglądać i zobaczysz jak mu idzie:)
Przypisy:
Pamiętam, jak bardzo podobał Wam się post Jak wspomagać rozwój mowy najmłodszych dzieci. Ale były tam moje sposoby skierowane do mniejszych dzieci. A dziś chciałbym się skupić na starszakach (2,3,4 +), które mówią już wyrazy i zaczynają budować proste zdania.
Jeśli chodzi o rozwój mowy dziecka – oczywiście każde dziecko nabywa umiejętności we własnym tempie i w swoim czasie. Mimo wszystko, warto wiedzieć, w jakim wieku dziecko przechodzi przez poszczególne etapy, aby mieć świadomość, czy jest jeszcze czas, czy coś może się dzieje i trzeba to sprawdzić.
Odpowiedź na to pytanie znajdziecie we wpisie Kiedy do logopedy
A co to jest? A jaki to kolor? A gdzie misiek ma oko?
Ja wiem – niektórzy rodzice podchodzą do takich pytań z przymrużeniem oka i uważają je za bezsensowne, ale one naprawdę działają. To jest rozmowa z dzieckiem na jego poziomie – zadawanie pytań mobilizuje do mówienia. Dzięki temu łatwiej będzie Wam się dogadać.
Lepiej zadawać pytania otwarte, czyli takie na które odpowiedź nie brzmi tak lub nie.
Logopedzi mają w gabinetach właśnie takie gry jak poniżej, dlatego warto mieć je też w domu i łączyć przyjemne z pożytecznym.
Gry dla dzieci, które angażują takie czynności jak: pokazywanie, nazywanie, szukanie, zgadywanie będę pozytywnie wpływać na rozwój mowy.
Wspomagajki to gry stworzone po to żeby wspomagać rozwój dzieci – możecie używać ich w domu do codziennej dawki ćwiczeń.
Stworzony przez Wspomagajki 1,2,3 Układam to zestaw dla dzieci – znajdziecie tam układanki 4, 6, i 9-elementowe. Fajne jest to, że macie tam stopniowanie trudności i tak, jak łatwo jest ułożyć 4 elementy, to pozostałe są trudniejsze.
Układanka jest kartonowa i pięknie wykonana – po ułożeniu porozmawiajcie, co widzicie na ilustracjach.
Kolejna pomocna gra od Wspomagajki to 1,2,3 Szukam – jest to loteryjka obrazkowa, dzięki której możecie poszerzać słownictwo, ćwiczyć spostrzegawczość, a do tego świetnie się bawić.
Macie 6 plansz z różnymi scenkami, a do nich żetony. Każda ilustracja jest bardzo szczegółowa i dlatego jest tak ciekawa. Nie jest to proste odnaleźć odpowiedni żeton. Ale za to jaka frajda!
Zdradzę Wam, że ze wszystkich gier moja ulubiona gra to memory, bo naprawdę muszę wytężyć umysł żeby w nią wygrać. Kiedy pracowałam jako logopeda to właśnie w memory dzieci lubiły grać najbardziej, a to była doskonała okazja do ćwiczeń
Wspomagajki wydały grę z porami roku – 1,2,3 Pamiętam – dzięki temu możecie razem poszerzać słownictwo z tego zakresu. A dodatkowo ćwiczyć pamięć i spostrzegawczość.
Wspomagajki to ciekawe gry i układanki, które pomagają w rozwoju dzieci – dzięki temu, że są stworzone w Polsce to ilustracje nawiązują do najbliższego środowiska dziecka.
P.s. Zajrzyjcie na koniec wpisu, bo mam dla Was niespodziankę
Nie muszą to być typowe dziecięce piosenki, ja pamiętam jak moja mama i ciocia śpiewały mi patriotyczne hity, a dzięki nim poznałam wiele nowych słów. Śpiewanie z dziećmi doskonale wspomaga rozwój mowy, bo dzięki nim możecie poznawać nowe słowa i wyrażenia. Dodatkowo sam śpiew stymuluje i regeneruje mózg. Na przykład osoby jąkające się podczas śpiewu wypowiadają słowa płynnie.
Pewnie nie raz słyszeliście, że mała motoryka wspomaga rozwój mowy. Dlaczego tak się dzieje? Otóż ośrodki w mózgu odpowiedzialne za mowę leżą niedaleko obszarów odpowiedzialnych za precyzyjne ruchy dłoni. Każda ciastolina, koraliki do nawlekania czy przesypywanie łyżką pomoże dzieciom w rozwoju mowy.
Chyba nie zaskoczę Was tym akapitem, ale to prawda – czytanie bardzo wzbogaca słownik bierny dziecka. A jeżeli będziecie jeszcze omawiać lub zadawać pytania co do przeczytanych treści to pobudzicie mowę czynną.
Tak, tak wiem – ja też często słucham biernie, a myślę, o tym co zrobię na obiad. Nie da się być cały czas aktywnym i zaangażowanym – dlatego zwracam na to uwagę i słucham o różnych rzeczach, które nie do końca mnie interesują i zadaję pytania – taki los rodzica 🙂 Gwarantuję, że z wiekiem rozkminki dzieci będą coraz ciekawsze i sami się wiele ciekawego dowiecie
Kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko to zdecydowaliśmy, że wyłączamy TV w tzw. tle. Czyli TV jest włączony, a my nie oglądamy tylko coś robimy. Zaczęliśmy oglądać programy lub seriale dopiero jak dzieci szły spać. Taki TV włączony gdzieś w tle powoduje szum i dziecko może nie móc się skupić, a do tego być ciągle pobudzone.
Bardzo prosty i przydatny sposób – macie ćwiczenia motoryki małej, zabawy sensoryczne, a do tego możecie rozmawiać na różne tematy i nazywać produkty: kolorami, konsystencjami, temperaturami itd.
Czasem zwykły spacer, rozmowy i zabawy w trakcie mogą nauczyć dziecko więcej niż niejedna drewniana zabawka edukacyjna. Możecie rozmawiać, nazywać, zadawać pytania. A jeżeli nudzi Was zwykły spacer, to polecam zabrać ze sobą pudełko skarbów
Często w nie gramy, jak jedziemy autem – np. co jest czerwone i jest w aucie, a jaki dźwięk wydaje koza, a co się rymuje z koza itd. Teraz dzieci same wymyślają swoje zagadki (czasami absurdalne;)
Jak widzicie jest mnóstwo ciekawych metod wspierania rozwoju mowy.
A jeżeli widzicie coś, co Was nie pokoi to koniecznie pójdźcie do logopedy.
A tu macie wpisy z inspiracjami na rozrywkę połączoną z nauką – najlepsze Gry planszowe dla dzieci a tu Gry planszowe dla dorosłych
W tym roku jesień może mnie zaskoczyć – jeśli chodzi o ubrania dla dzieci – jestem gotowa jak nigdy. Nie wiem czy Wasze dzieci też urosły kilka centymetrów od marca, ale moje wystrzeliły dość mocno. Jestem zdziwiona, że Julka spodnie, w których chodził do przedszkola sięgają mu przed kostkę – dlatego dziś pokażę Wam nowości w naszej szafie.
Dla cierpliwych na końcu czeka rabat 🙂
Cieszę się, że w szafach dzieci są głównie polskie marki – nie zaglądam do sieciówek, bo mam już swoich ulubieńców.
Dostępne TUTAJ
Nowość na rynku – ubranka, które rosną z dziećmi. Pomysł świetny na to żeby zaoszczędzić na ubraniach. Twórcy marki zaprojektowali je w ten sposób aby jedna rzecz pasowała na 3 rozmiary.
Do tego znajdziecie tam faje fasony i printy, na których nie widać plam.
Podobne patenty zastosowane są też w bluzach Rośnij Pięknie
My basic to ubrania dla dzieci, które pewnie już znacie – a my dalej jesteśmy jej wierni. Jak szukam ubrań ponadczasowych i pasujących do wszystkiego to wybieram właśnie tę markę.
Ubrania też świetnie sprawdzają się w szkole – grantowe polo mamy do mundurka.
Cały wpis o tej marce jest we wpisie: Jak ubrać dzieci modnie a ekonomicznie
W tym roku My basic stworzył też ubrania dla dorosłych i mam od nich T-shirty (w paski). Mają tak samo świetną jakość i piękne kolory.
Nowa kolekcja jesienna jest przepiękna i dalej trzyma poziom. Marka wprowadziła ściągacze w spodniach i to jest strzał w 10. Mamy też ubrania cieplejsze na zimę.
Bardzo lubię ubrania dla dzieci tej marki, bo są uniwersalne i pasują do wszystkiego.
W tym roku jest też piękny wełniany płaszczyk
Kolory ombre
Czapki
To już 3 rok, jak Jul będzie chodził w tej kurtce – nadal jest dobra i spełnia swoje funkcje: jest ciepła, przeciwdeszczowa i do tego świetnie wygląda.
To kolejne już spodnie z tej marki – są świetnej jakości i Jul chodzi w nich non stop. Nie wypychają się kolana i cały czas trzymają fason.
W tamtym roku Lila całą zimę przechodziła w tej ocieplanej czapce i kominie. Zestaw sprawdził się rewelacyjnie!
Nasze ulubione buty Bobux
W tym roku potrzebowałam butów odpornych na błoto i deszcz, więc mamy butki Mrugała Tepoor z membraną – nie będę musiała się martwić, że przemokną.
P.s. Dobrze mierzcie stopy, bo Julkowi wyszedł 2 rozmiary większy niż w butach Bobux.
Rośnij pięknie na hasło „Nebule” do końca września 15 %
Mybasic NEBULE0920 10 % Ważny do 13.09
Pan Robak na hasło nebulejesien 10 %
Buty Bobux kod nebule daje 10 % do 11.09 do północy
Kurtki Miapka kod Nebule do końca września na nieprzecenione produkty 15%
Długo nie rozumiałam osób, które tak zachwycały takim sprzętem jak wyciskarka wolnoobrotowa. Myślałam, że to kolejny gadżet, który i tak będzie stał zakopany głęboko w szafce.
EDIT: zapraszam na wpis gdzie porównuję EVO820 do nowszego modelu Revo830
Jak wiesz jestem sceptycznym konsumentem i zawsze długo zajmuje mi podjęcie decyzji – tak też było tym razem.
Post powstał jako współpraca komercyjna z firmą Kuvings i zawiera linki afiliacyjne
Na instagramie ostatnio zaczęła panować moda na wyciskanie soku z selera naciowego i wtedy pierwszy raz pojawiłaby się myśl, że sama chętnie bym robiła takie soki.
A kiedy byliśmy w kawiarni i moje dzieci poprosiły kilka razy żeby zamówić im wyciskany sok z jabłek (który kosztuje tyle co 3 kg jabłek za szklankę) stwierdziłam, że chyba przyszedł na nas czas.
Wyciskarka wolnoobrotowa jest z nami od 2 miesięcy i… codziennie jest w użyciu. Nawet nie chowam jej do szafki, bo nie ma sensu. Czasem nawet 2 razy dziennie robię jakiś sok lub danie (zobaczycie dalej w poście).
Nasz wybór to wyciskarka wolnoobrotowa Kuvings Evo 820 Plus.
Chyba tylko takie, że dosłownie skrzyniami zwożę owoce i warzywa do domu 🙂
Po 2 miesiącach używania, widzę, że dzieci chętniej próbują innych smaków. Same zaczynają komponować soki. A ja stałam się prawdziwą matką przemytniczką i co rusz dorzucam im tam coś wartościowego.
I kiedy byliśmy teraz na wakacjach to żałowałam, że nie wzięłam Kuvingsa z nami, bo brakowało mi naszych soków.
Odkąd mam Kuvingsa, to na nowo pokochałam buraki. Myję je tylko w wodzie – odcinam ogonek, ćwiartkuję i wrzucam. Bardzo lubię te 2 konfiguracje:
(buraki kroję na ćwiartki, jabłko myję i wrzucam w całości, a seler łamię na pół
Nakładam sitko do smoothie i dzięki temu powstaje sok przecierowy
A w drugiej turze zrobiłam tzatziki:
I gotowe!
A pozostały sok dolałam do zupy.
Z racji tego, że marka KUVINGS obserwuje nas na Instagramie, więc udało mi się załatwić rabat – tu łapcie LINK z którego jak klikniecie wyciskarka wolnoobrotowa Kuvings Evo 820 Plus – będzie 240 zł tańsza!
Tak naprawdę pytanie tytułowe zamiast „kupić” powinno brzmieć: Czy warto „zainwestować” w wyciskarkę wolnoobrotową – bo zwrot z tej inwestycji będzie najlepszy – Wasze zdrowie.
A na koniec przypominam wpis w którym matka przemytniczka zdradzałam Jako podawać dzieciom warzywa i owoce
Epi-Centrum Nauki! Jak ja czekałam na ten dzień! Odkąd dowiedziałam się ponad rok temu, że na Podlasiu u planowane jest otwarcie takiego miejsca, to nie mogłam się doczekać. W końcu się udało, a my dziś byliśmy pierwszy raz (i na pewno nie ostatni).
Dla dzieci od 3 roku życia +
Jestem przekonana, że dzieci, nastolatkowie, rodzice, dziadkowie będą się tam bawić znakomicie.
*na Wystawie Głównej w Strefie Elektryczności nie mogą przebywać osoby z rozrusznikami serca.
Ja kupiłam dzień wcześniej na stronie internetowej KLIK – wybrałam godzinę, gdzie było najwięcej niesprzedanych biletów żeby uniknąć tłumów.
Bardzo polecam ten sposób, bo na pierwszej wystawie byłyśmy zupełnie same.
Biletu nie musicie drukować – wystarczy, że przy wejściu zeskanujecie kod QR z telefonu.
Ceny biletów są inne w dni powszednie, a inne w weekend
Epi-Centrum Nauki Białystok znajduje się w Stadionie Miejskim przy ul. Słonecznej 1
Sama parkowałam na ul. Wiosennej, ale w kasie dowiedziałam się, że można parkować na pasie przy samym Centrum.
Ja kupiłam bilety na dwie wystawy, ale już teraz wiem, że z Lilą będę głównie chodzić na Wystawę Główną, a z Julkiem do Strefy Małego Odkrywcy.
Najpierw pokażę Wam Strefę Małego Odkrywcy
W tej strefie możecie przebywać przez 1,5 h
Strefa jest bardzo duża – znacznie większa niż Bzz w CNK W Warszawie. Przestrzeń jest ciekawie zaaranżowana i każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Żeby wejść na Wystawę Główną musicie wyjść z budynku i przejść kilkanaście metrów dalej do drugiego wejścia.
Ta strefa zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo było tam mnóstwo ciekawych eksperymentów. Chciałbym tam kiedyś też pójść sama i wypróbować wszystkich atrakcji.
Bardzo się cieszę, że Epi-Centrum otworzyło się w Białymstoku i z pewnością będziemy tam zaglądać. Eksperymentów jest mnóstwo, a w planach są kolejne, a do tego też Laboratoria. Jak będziecie planować wycieczkę na Podlasie to koniecznie odwiedźcie Epi-Centrum, albo zaplanujcie wycieczkę specjalnie – to tylko 1h 40 min z Warszawy.
A jeśli Epi-Centrum Nauki Białystok skusi was do odwiedzin w stolicy Podlasia – to tu macie długaśną listę – Atrakcje dla dzieci Białystok i okolice a na bazę można obrać np. Hotel Branicki albo Apartamenty Zamenhofa
A tu łapcie wpis, w którym omawiam Podlasie i wszystkie jego atrakcje!
Po ostatniej publikacji serii dr Dolto „Niby nic, a jednak…”, która dotyczyła emocji, chętnie przystałam na patronat kolejnej części tej wartościowej serii, tym razem o tytule „Relacje”.
Pewnie wiele z Was stoi obecnie przed ogromnym wyzwaniem, jakim jest pierwszy dzień dziecka w przedszkolu. Znam uczucia, które Wami targają. Tu zresztą dla zainteresowanych pisałam Jak wybrać przedszkole.
Byłam tam, gdzie wy jesteście. Wy będziecie, gdzie ja jestem.
I powiadam Wam: nie ma się czego bać! Zanim jednak o przedszkolu, kilka słów o książce.
Każde z opowiadań kończy się uwagami dr Cat, dotyczącymi obaw i problemów, jakie może mieć dziecko w związku z określonymi sytuacjami przedstawionymi w opowiadaniach. Podoba mi się podkreślanie, że emocje po prostu są i nie wartościuje się ich. Fajne jest także to, że autorka wyjaśnia dziecku, że czasem może mu się coś nie podobać, ale musi to zaakceptować i już. Na przykład to, że rodzice pracują. Wszystko w formie prostego przekazu do dzieci.
Dzieci, podobnie jak dorośli boją się tego, czego nie znają.
Przedszkola nie znają, dlatego, zanim do niego pójdą, warto, aby poznały zasady panujące w grupie, plan dnia i ogólnie zaznajomiły się z tym, ja wygląda życie w przedszkolu. Dwa pierwsze opowiadania są w tym zakresie niezastąpione. Sami, nawet jeśli mamy już dzieci w przedszkolu, ułatwiamy sobie życie taką książeczką, gdyż zawiera ona wiele informacji, wraz z rysunkami, które wyzwalają w dzieciach chęć do zadawania pytań i oswajania swoich obaw związanych z przedszkolem.
Kolejne opowiadania dotyczą relacji pomiędzy dziećmi. Ileż razy mówiłam swoim dzieciom, że mają zachowywać się w cywilizowany sposób, choć wiem, że jeszcze wiele wody musi upłynąć, zanim wdrukują sobie wszystkie zasady zachowań społecznych.
A relacje pomiędzy dziećmi są niezwykle trudne z jednej strony i łatwe z drugiej.
Trudne, dlatego, że wszystkie są jeszcze niecywilizowane i się uczą😊. Często też nie kontrolują emocji. A łatwe, dlatego, że szybko zapominają, nie chowają urazy i nie obrażają się na wieki. Jednego dnia się nie znoszą, a drugiego są najlepszymi przyjaciółmi. W książce o relacjach jest sporo o przyczynach takich sporów, zwłaszcza pomiędzy rodzeństwem. A wiem, że zapewne przybijecie mi piątkę, gdy powiem, że nic mnie tak nie irytuje, jak kłótnie pomiędzy dziećmi. O wszystko😊. Nawet nie będę zaczynała wymieniać.
Jak bardzo to działa opowiem Wam na przykładzie anegdoty. Pewnego dnia szłam z Lilą ulicą i naprzeciwko szedł sobie czarnoskóry (Afroamerykanin, jak kto woli), a Lila zaczęła się oglądać za nim, przyglądać się. Myślę:” Trzeba z nią będzie porozmawiać o różnorodności kolejny raz. ” A tymczasem Lilia na to: mamo, widziałaś jaką on miał ładną koszulkę?Nawet nie zauważyła koloru skóry, tak jak nie robi na niej wrażenia inny niż jej kolor włosów. Czasem człowiek czuje, że coś zrobił dobrze😊.
W książce poruszone są różne tematy, również tabu. Dlatego warto najpierw przeczytać ją samemu i wybrać treści, które są wartościowe dla nas i naszego dziecka. Autorka w jednym opowiadaniu porusza temat śmierci rodzeństwa z innej perspektywy. Nie znam żadnej innej książki, w której byłyby opisane takie trudne przeżycia. Możecie zdecydować ominąć ten fragment, ale są rodziny, którym jest to bardzo potrzebne.
Polecam Wam najnowszą książkę dr Dolto – „Relacje”, która pozwala dzieciom nie tylko zrozumieć otaczający je świat, ale także poznać siebie i swoje uczucia i krok po kroku budować swoje JA. W zgodzie z otoczeniem i poszanowaniem JA innych ludzi.